(23kB)
strona główna


DAN BROWN

Anioły i demony

ANGELS AND DEMONS

Przełożyła: BOŻENA JÓŹWIAK

Wydanie polskie: 2003

Podziękowania

Mam dług wdzięczności wobec Emily Bestler, Jasona Kaufmana, Bena Kaplana oraz pracowników wydawnictwa Pocket Books za ich wiarę w to przedsięwzięcie.

Wobec Jake’a Elwella, mojego przyjaciela i agenta, za jego entuzjazm i niesłabnący wysiłek.

Wobec legendarnego George’a Wiesera za przekonanie mnie do pisania powieści.

Wobec mojego drogiego przyjaciela Irva Sittlera za zorganizowanie mi audiencji u papieża, zapoznanie mnie z zakątkami Watykanu, które niewielu widziało, oraz dostarczenie mi niezapomnianych wspomnień z Rzymu.

Wobec Johna Langdona, jednego z najbardziej pomysłowych i utalentowanych żyjących artystów, który cudownie sprostał postawionemu przeze mnie, niemal niewykonalnemu zadaniu i stworzył ambigramy dla celów tej powieści.

Wobec Stana Plantona, dyrektora biblioteki Ohio University - Chillicothe, za to, że stał się moim najlepszym źródłem informacji na niezliczone tematy.

Wobec Sylvii Cavazzini za łaskawe oprowadzenie mnie po tajemnym Passetto.

Oraz wobec najlepszych rodziców, jakich można mieć, Dicka i Connie Brownów... za wszystko.

Podziękowania dla CERN-u, Henry’ego Becketta, Bretta Trottera, Papieskiej Akademii Nauk, Brookhaven Institute, FermiLab Library, Olgi Wieser, Dona Ulscha z National Security Institute, Caroline H. Thompson z Uniwersytetu Walijskiego, Kathryn Gerhard i Omara Al Kindi, Johna Pike’a i Federation of American Scientists, Heimlicha Viserholdera, Corinny i Davisa Hammondów, Aizaz Ali, Galileo Project of Rice University, Julie Lynn i Charliego Ryana z Mockingbird Pictures, Gary’ego Goldsteina, Dave’a (Vilasa) Arnolda i Andry Crawford, Global Fraternal Network, Phillips Exeter Academy Library, Jima Barringtona, Johna Maiera, wyjątkowo uprzejmego spojrzenia Margie Wachtel, alt.masonic.members, Alana Wooleya, Wystawy Manuskryptów Watykańskich w Bibliotece Kongresu, Lisy Callamaro i Agencji Callamaro, Jona A. Stowella, Muzeum Watykańskiego, Aldo Baggii, Noaha Alireza, Harriet Walker, Charlesa Terry’ego, Micron Electronics, Mindy Homan, Nancy i Dicka Curtinów, Thomasa D. Nadeau, NuvoMedia and Rocket E-books, Franka i Sylvii Kennedych, Rzymskiej Izby Turystycznej, Maestro Gregory’ego Browna, Vala Browna, Wernera Brandesa, Paula Krupina z Direct Contact, Paula Starka, Toma Kinga z Computalk Network, Sandy i Jerry’ego Nolanów, Lindy George - guru Internetu, Narodowej Akademii Sztuki w Rzymie, fizyka i pisarza Steve’a Howe’a, Roberta Westona, księgarni przy Water Street w Exeter w stanie New Hampshire oraz Obserwatorium Watykańskiego

Fakty

W największym światowym centrum badawczym, czyli Europejskim Ośrodku Badań Jądrowych (CERN - Conseil Européen pour la Recherche Nucléaire) z siedzibą w Genewie, udało się ostatnio wyprodukować pierwsze cząsteczki antymaterii. Antymateria jest identyczna z materią, poza tym że składa się z cząsteczek, których ładunek elektryczny ma znak przeciwny w stosunku do cząsteczek zwykłej materii.

Antymateria jest najpotężniejszym ze znanych źródeł energii. Można z niej otrzymywać energię ze stuprocentową sprawnością, podczas gdy sprawność przy rozszczepieniu jądrowym wynosi 1,5 procent. Ponadto nie powstaje przy tym żadne szkodliwe promieniowanie ani zanieczyszczenia. Jedna kropla antymaterii mogłaby zaspokoić całodzienne zapotrzebowanie energetyczne Nowego Jorku.

Istnieje jednak pewien problem...

Antymateria jest wysoce niestabilna. Jej zetknięcie z materią wywołuje natychmiastową anihilację. Jeden gram antymaterii ma w sobie taką samą energię jak bomba atomowa o mocy dwudziestu kiloton, czyli taka, jaką zrzucono na Hiroszimę.

Do niedawna antymaterię produkowano tylko w ilościach symbolicznych (rzędu kilku atomów). Jednak obecnie CERN dokonał przełomu w swoich badaniach i liczy, że dzięki nowemu deceleratorowi antyprotonów będzie mógł ją wytwarzać w znacznie większych ilościach.

Pozostaje jednak pytanie, czy ta wysoce nietrwała substancja zbawi świat, czy raczej zostanie wykorzystana do stworzenia najgroźniejszej broni w dziejach ludzkości.

Od autora

Wszystkie wymienione dzieła sztuki, grobowce, tunele oraz elementy architektury rzymskiej istnieją naprawdę i znajdują się w miejscach opisanych w książce.

Bractwo iluminatów również nie jest dziełem wyobraźni autora.

Prolog

Fizyk Leonardo Vetra poczuł swąd przypalanego własnego ciała. Spojrzał z przerażeniem na pochylającą się nad nim ciemną postać.

- Czego chcesz?!

- La chiave - odparł chrapliwy głos. - Hasło.

- Ale... ja nie...

Napastnik ponownie przycisnął do jego piersi biały, rozżarzony przedmiot, wbijając go jeszcze głębiej. Rozległ się syk palącego się ciała.

- Nie ma żadnego hasła! - krzyknął Vetra pod wpływem straszliwego bólu. Czuł, że powoli odpływa w nieświadomość.

Postać przeszyła go wzrokiem pełnym nienawiści.

- Ne avevo paura. Tego się obawiałem.

Vetra walczył usilnie o zachowanie przytomności, ale stopniowo ogarniała go ciemność. Jedyną pociechą było dla niego przekonanie, że napastnikowi nie uda się zdobyć tego, po co przyszedł. Jednak chwilę później postać wyciągnęła nóż i przysunęła do jego twarzy. Ostrze zawisło na moment, ustawiając się z chirurgiczną precyzją.

- Na miłość boską! - krzyknął Vetra, ale już było za późno.

1

Młoda kobieta stojąca wysoko na stopniach piramidy w Gizie roześmiała się i zawołała:

- Robercie, pospiesz się! Jednak trzeba było wyjść za kogoś młodszego! - Jej uśmiech był naprawdę czarujący.

Robił, co mógł, aby dotrzymać jej kroku, ale nogi miał jak z kamienia.

- Poczekaj - błagał. - Proszę...

Oczy mu się zamgliły, w uszach słyszał dudnienie. Muszę ją dogonić! Jednak kiedy ponownie spojrzał w górę, kobiety już tam nie było. Jej miejsce zajął stary mężczyzna z próchniejącymi zębami. Wpatrywał się w niego, wyginając usta w smutnym grymasie. Potem wydał z siebie bolesny krzyk, który poniósł się daleko przez pustynię.

Robert Langdon ze wzdrygnięciem obudził się z tego snu. Telefon stojący przy łóżku dzwonił nieustępliwie. Oszołomiony podniósł słuchawkę.

- Tak?

- Szukam Roberta Langdona - odezwał się męski głos.

Langdon usiadł na pustym łóżku i starał się zebrać myśli.

- Mówi... Robert Langdon. - Zerknął na elektroniczny budzik. Była piąta osiemnaście rano.

- Muszę natychmiast się z panem zobaczyć.

- Z kim rozmawiam?

- Nazywam się Maximilian Kohler. Jestem fizykiem zajmującym się cząstkami elementarnymi.

- Kim? - Langdon nie potrafił się skupić. - Jest pan pewien, że dodzwonił się do właściwego Langdona?

- Jest pan profesorem ikonologii religijnej na Uniwersytecie Harvarda. Napisał pan trzy książki na temat symboliki i...

- Czy pan wie, która jest godzina?

- Przepraszam bardzo, ale mam coś, co musi pan zobaczyć. Nie mogę o tym rozmawiać przez telefon.

Langdon nie zdołał powstrzymać jęku. To już się nieraz zdarzało. Jednym z niebezpieczeństw wiążących się z napisaniem książki o symbolice religijnej okazały się telefony od fanatyków religijnych, którzy żądali od niego potwierdzania autentyczności znaków zesłanych im przez Boga. W ubiegłym miesiącu striptizerka z Oklahomy obiecała mu seks, jakiego w życiu nie doświadczył, jeśli przyleci do niej i zweryfikuje autentyczność śladu w kształcie krzyża, który w tajemniczy sposób pojawił się na jej prześcieradle. Langdon nazwał go sobie Całunem z Tulsy.

- Skąd pan ma mój numer? - spytał, starając się zachować uprzejmość, pomimo nieprawdopodobnej godziny.

- Z Internetu. Był na stronie poświęconej pańskiej książce.

Langdon uniósł brwi. Był całkowicie przekonany, że nie podał tam numeru domowego telefonu. Jego rozmówca najwyraźniej kłamał.

- Muszę się z panem spotkać - nalegał mężczyzna. - Dobrze panu zapłacę.

Langdona zaczęła ogarniać złość.

- Przykro mi, ale naprawdę...

- Jeśli od razu pan wyjedzie, może pan tu być przed...

- Nigdzie się nie wybieram! Jest piąta rano! - Odłożył słuchawkę i opadł z powrotem na łóżko. Przymknąwszy oczy, próbował ponownie zasnąć. Nic z tego. Nie mógł wyrzucić z myśli snu przerwanego przez dzwonek telefonu. W końcu niechętnie włożył szlafrok i zszedł na dół.

Przeszedł boso przez swój pusty wiktoriański dom w Massachusetts i przygotował zwyczajowe lekarstwo na bezsenność - kubek gorącego nesquika. Przez wykuszowe okno wpadał do pokoju blask kwietniowego księżyca, malując plamy na orientalnych dywanach. Koledzy Langdona często żartowali, że jego lokum wygląda bardziej na muzeum antropologiczne niż dom. Półki pełne były przedmiotów o znaczeniu religijnym, pochodzących z całego świata, takich jak ekuaba z Ghany, złoty krzyż z Hiszpanii, cykladzki bożek z wybrzeża Morza Egejskiego, a nawet rzadki tkany boccus z Borneo, symbol wiecznej młodości tamtejszych wojowników.

Siedząc na mosiężnej skrzyni Maharishiego i delektując się ciepłem czekolady, dostrzegł w oknie swoje odbicie. Obraz był zdeformowany i blady... jak duch. Starzejący się duch, pomyślał, brutalnie zmuszony do przypomnienia sobie, że jego młody duch mieszka w śmiertelnym ciele.

Langdon nie był może uderzająco przystojny, ale w wieku czterdziestu pięciu lat prezentował typ - jak to nazywały jego koleżanki - „pociągającego uczonego”: przebłyski siwizny w gęstych brązowych włosach, błękitne oczy o badawczym spojrzeniu, urzekająco głęboki głos i szeroki, beztroski uśmiech uniwersyteckiego sportowca. W szkole średniej i podczas studiów należał do szkolnej reprezentacji w skokach do wody i do dziś zachował sylwetkę pływaka. Dobrze umięśnione, mające ponad sto osiemdziesiąt centymetrów ciało utrzymywał w dobrej kondycji, przepływając codziennie pięćdziesiąt długości w uniwersyteckim basenie.

Dla przyjaciół zawsze stanowił pewnego rodzaju zagadkę. Postrzegali go jako człowieka należącego jednocześnie do dwóch światów. W weekendy przechadzał się w dżinsach po dziedzińcu uniwersyteckim i wdawał się ze studentami w pogawędki na temat grafiki komputerowej czy historii religii. Innym razem można go było zobaczyć na zdjęciach w eleganckich czasopismach poświęconych sztuce, jak ubrany w tweedowy garnitur i żakardową kamizelkę uczestniczy w otwarciu jakiejś wystawy muzealnej, zaproszony do wygłoszenia wykładu.

Langdon był ostrym i wymagającym wykładowcą, lecz jednocześnie człowiekiem, który z zapałem korzystał z każdej okazji do, jak to nazywał, „zaginionej sztuki dobrej, czystej zabawy”. Oddawał się wypoczynkowi z tak zaraźliwym fanatyzmem, że zyskał sobie braterską akceptację studentów. W kampusie nosił przezwisko Delfin, co odnosiło się zarówno do jego przyjaznego charakteru, jak i do legendarnej umiejętności nurkowania, która umożliwiała mu wyprowadzenie w pole całej drużyny przeciwników w meczu piłki wodnej.

Kiedy tak siedział zamyślony, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w ciemność, ciszę domu zakłócił kolejny dzwonek, tym razem faksu. Będąc zbyt wyczerpany, żeby się złościć, zdobył się na niewesoły chichot.

Lud boży, pomyślał. Dwa tysiące lat czekają na swojego mesjasza i nadal są wytrwali jak cholera.

Ze znużeniem odniósł pusty kubek do kuchni i powoli poszedł do wyłożonego dębową boazerią gabinetu. Faks został już wydrukowany i leżał na tacy. Z westchnieniem podniósł kartkę i rzucił na nią okiem.

Natychmiast poczuł, że robi mu się słabo.

Na kartce widniało zdjęcie zwłok mężczyzny. Ciało było rozebrane do naga, a jego głowę wykręcono całkowicie do tyłu. Na piersi ofiary widać było straszliwe oparzenie. Tego człowieka po prostu napiętnowano... wypalono mu na ciele jedno słowo. Langdon dobrze je znał. Bardzo dobrze. Z niedowierzaniem wpatrywał się w ozdobne litery.

 

 

 

- Illuminati - przeczytał. - Iluminaci - wyjąkał z trudem, czując, jak wali mu serce. To niemożliwe...

Powoli, obawiając się tego, co za chwilę zobaczy, obrócił kartkę o sto osiemdziesiąt stopni. Spojrzał ponownie.

Nie mógł złapać oddechu. Miał wrażenie, jakby uderzyła w niego ciężarówka. Niemal nie wierząc własnym oczom, znów obrócił faks, przeczytał napis w normalnym położeniu i do góry nogami.

- Iluminaci - wyszeptał.

Opadł na krzesło. Siedział przez chwilę, mając w głowie całkowity zamęt. W końcu jego wzrok przyciągnęło pulsowanie czerwonej lampki na faksie. Człowiek, który wysłał mu to zdjęcie, jeszcze się nie rozłączył... czekał, żeby porozmawiać. Langdon przez dłuższą chwilę przyglądał się mrugającemu światełku.

Potem drżącą ręką podniósł słuchawkę.

2

- Czy teraz mnie pan wysłucha? - zapytał męski głos, kiedy Langdon w końcu się odezwał.

- Tak, z pewnością. Może pan się wytłumaczy, do cholery?

- Usiłowałem to zrobić wcześniej. - Głos brzmiał sucho, mechanicznie. - Jestem fizykiem. Kieruję laboratorium badawczym. Mieliśmy tu morderstwo, a na zdjęciu widzi pan zwłoki.

- Jak pan mnie znalazł? - Langdon nie mógł się skupić. Jego umysł chciał się uwolnić od tego, co przed chwilą zobaczył.

- Już panu mówiłem, w Internecie. Na stronie prezentującej pańską książkę Sztuka bractwa iluminatów.

Langdon usiłował zebrać myśli. Jego książka była praktycznie nieznana w szerokich kręgach literackich, ale w sieci doczekała się sporej grupy entuzjastów. Jednak jego rozmówca i tak mijał się z prawdą.

- Na tej stronie nie podano informacji, jak się ze mną kontaktować. Jestem tego pewien.

- Mam tu w laboratorium ludzi doskonale radzących sobie z wydobywaniem informacji o użytkownikach z WWW.

Langdon nie bardzo mu wierzył.

- Wygląda na to, że wasze laboratorium sporo wie o Światowej Pajęczynie.

- Oczywiście - odparował mężczyzna. - Myśmy ją wynaleźli.

Coś w jego głosie przekonało Langdona, że to nie żart.

- Muszę się z panem spotkać - nalegał rozmówca. - To nie jest sprawa na telefon. Moje laboratorium jest tylko o godzinę lotu od Bostonu.

Langdon stał w półmroku gabinetu i uważnie przyglądał się trzymanemu w ręku faksowi. Widok napisu dosłownie go obezwładniał. Było to prawdopodobnie największe odkrycie epigraficzne stulecia, dziesięć lat jego badań potwierdzone jednym symbolem.

- To pilne - naciskał głos.

Langdon jednak nie potrafił oderwać wzroku od napisu. Illuminati, czytał w kółko. Jego praca opierała się na symbolicznych odpowiednikach skamielin - starożytnych dokumentach i historycznych pogłoskach. Tymczasem to, co widział, pochodziło z czasów obecnych. To czas teraźniejszy. Czuł się jak paleontolog, który nagle stanął oko w oko z żywym dinozaurem.

- Pozwoliłem sobie wysłać po pana samolot - kontynuował jego rozmówca. - Będzie w Bostonie za dwadzieścia minut.

Langdon poczuł nagłą suchość w ustach. Godzinny lot...

- Proszę wybaczyć, że tak się z tym pospieszyłem, ale potrzebuję pana tutaj.

Langdon ponownie spojrzał na faks - potwierdzenie starodawnego mitu czarno na białym. Implikacje pojawienia się tego napisu były przerażające. Z roztargnieniem wyjrzał przez okno. Przez gałązki brzóz w jego ogrodzie przesączały się już pierwsze blaski świtu, ale dzisiejszego ranka wszystko wydawało mu się trochę inne niż zwykle. Czując dziwne pomieszanie lęku z radością, zrozumiał, że nie ma wyboru.

- Wygrał pan - odezwał się. - Proszę mi powiedzieć, gdzie będzie czekał samolot.

3

Tysiące kilometrów od jego domu toczyła się rozmowa dwóch mężczyzn. Do spotkania doszło w mrocznej średniowiecznej komnacie o kamiennych ścianach.

- Benvenuto - odezwał się gospodarz. Siedział w cieniu, tak że nie było go widać. - Udało się?

- Si - odparła ciemna postać. - Perfectamente. - Jego głos był równie twardy jak kamienne ściany.

- I nie będzie najmniejszych wątpliwości, kto za to odpowiada?

- Żadnych.

- Doskonale. Masz to, o co prosiłem?

Czarne oczy zabójcy rozbłysły. Wyjął ciężkie elektroniczne urządzenie i położył je na stole.

Mężczyzna schowany w cieniu sprawiał wrażenie zadowolonego.

- Dobrze się spisałeś.

- Służenie bractwu to zaszczyt - odparł zabójca.

- Wkrótce rozpoczyna się faza druga. Odpocznij trochę. Dziś w nocy zmienimy świat.

 

4

Saab 900S Langdona przedostał się przez tunel Callahana i wynurzył po wschodniej stronie Boston Harbor w pobliżu wejścia na lotnisko Logana. Langdon sprawdził otrzymane wskazówki, odnalazł Aviation Road i skręcił w lewo, mijając budynek linii lotniczych Eastern. W odległości mniej więcej trzystu metrów, patrząc wzdłuż drogi dojazdowej, majaczył w półmroku hangar. Kiedy podjechał bliżej, zobaczył wymalowaną na ścianie dużą czwórkę. Langdon zaparkował koło niego i wysiadł.

Zza hangaru wyszedł pucołowaty mężczyzna w niebieskim mundurze pilota.

- Robert Langdon? - zawołał pytającym tonem.

Jego głos brzmiał przyjaźnie i słychać w nim było akcent, którego Langdon nie potrafił zidentyfikować.

- To ja - odparł, zamykając samochód.

- Doskonale się zgraliśmy - zauważył mężczyzna. - Właśnie wylądowałem. Proszę pójść za mną.

Kiedy okrążali budynek, Langdon poczuł niepokój. Nie był przyzwyczajony do tajemniczych rozmów telefonicznych i sekretnych schadzek z nieznajomymi. Nie wiedząc, co go czeka, ubrał się w strój, który nosił zazwyczaj na wykłady - spodnie z grubej bawełny, golf i tweedową marynarkę. Idąc, pomyślał o schowanym w kieszeni marynarki faksie, nadal nie mogąc uwierzyć w to, co w nim zobaczył.

Pilot wyczuł jego niepokój.

- Chyba latanie nie jest dla pana problemem?

- Absolutnie nie - odparł Langdon. Problemem są dla mnie zwłoki z wypalonym napisem. Latanie mogę znieść.

Mężczyzna poprowadził go wzdłuż całej długości hangaru, po czym okrążyli narożnik i wyszli na pas startowy.

Wówczas Langdon stanął jak wryty i ze zdumieniem wpatrzył się w stojącą tam maszynę.

- Tym mamy lecieć? Mężczyzna uśmiechnął się.

- Podoba się?

- Podoba? A co to u diabła jest?

 

 

Maszyna była ogromna, podobna nieco do wahadłowca kosmicznego, tyle że górna część została jakby ścięta na płasko. Stojąc na pasie startowym, przypominała ogromny klin. W pierwszym odruchu Langdon pomyślał, że śni. Ten pojazd wydawał się równie zdolny do lotu, co buick. Skrzydeł praktycznie nie było, tylko dwa krótkie stateczniki z tyłu kadłuba. Z tylnej części wyrastały jeszcze dwie płetwy grzbietowe, a resztę samolotu stanowił kadłub długości około sześćdziesięciu metrów, całkowicie pozbawiony okien.

- Dwieście pięćdziesiąt ton, kiedy jest zatankowany do pełna - poinformował go dumnie pilot, jak ojciec przechwalający się swym nowo narodzonym dzieckiem. - Napędzany ciekłym wodorem. Powłokę stanowi struktura tytanowa wzmocniona włóknami krzemowo-węglowymi. Stosunek ciągu do masy wynosi dwadzieścia do jednego, podczas gdy w większości odrzutowców jest to siedem do jednego. Naszemu dyrektorowi musi cholernie zależeć na spotkaniu z panem. Zazwyczaj nie wysyła naszego beniaminka.

- To lata? - wykrztusił Langdon.

Pilot tylko się uśmiechnął.

- Pewno. - Poprowadził go w stronę samolotu. - Wygląda trochę zaskakująco, wiem, ale lepiej niech pan się zacznie przyzwyczajać. Za jakieś pięć lat wszędzie będą takie cuda. To HSCT - Szybki Transport Cywilny. Nasze laboratorium jest jedną z pierwszych instytucji, które posiadają coś takiego.

Musi to być niezłe laboratorium, pomyślał Langdon.

- To, co pan widzi, to prototyp boeinga X-33 - wyjaśniał dalej pilot - ale jest jeszcze wiele innych: odrzutowiec NASP, czyli National Aero Space Plane, rosyjski Scramjet, brytyjski HOTOL. To nasza przyszłość, tyle że trochę potrwa, zanim się rozpowszechni w sektorze publicznym. W każdym razie wkrótce będzie można pożegnać tradycyjne odrzutowce.

Langdon skierował niepewne spojrzenie na maszynę.

- Ja chyba jednak wolę normalne samoloty.

Pilot wskazał mu ręką schodnię.

- Tędy, proszę, panie Langdon. Proszę uważać pod nogi.

 

 

Kilka minut później Langdon siedział już w pustej kabinie. Pilot przypiął go pasem w pierwszym rzędzie foteli i zniknął w przedniej części maszyny.

Sama kabina wyglądała dość zaskakująco - jak w normalnym szerokokadłubowym liniowcu. Różnica polegała na tym, że nie było okien, co wprawiło go w lekki niepokój. Przez całe życie cierpiał na łagodną odmianę klaustrofobii będącą następstwem pewnego zdarzenia z dzieciństwa, z którym jego psychika nie do końca sobie poradziła.

Niechęć do zamkniętej przestrzeni nie przeszkadzała mu normalnie funkcjonować, jednak zawsze powodowała u niego frustrację. Objawiała się w bardzo subtelny sposób. Na przykład, unikał sportów rozgrywanych w salach, takich jak racquetball czy squash, i z radością zapłacił małą fortunę za swój przestronny wiktoriański dom z wysokimi sufitami, choć mógł skorzystać z niedrogiego lokum oferowanego przez uniwersytet. Podejrzewał nawet, że jego zainteresowanie sztuką w latach dziecięcych pobudziły duże, otwarte przestrzenie w muzeach.

Silniki pod nim nagle z rykiem zbudziły się do życia, przyprawiając o drżenie cały kadłub. Langdon przełknął z wysiłkiem ślinę i czekał. Czuł, że samolot zaczął kołować. Z głośników nad głową dobiegły go ciche dźwięki muzyki country.

Telefon wiszący na ścianie odezwał się dwukrotnie. Podniósł słuchawkę.

- Tak?

- Wygodnie panu?

- Nie.

- Proszę się odprężyć. Za godzinę będziemy na miejscu.

- A gdzie dokładnie jest to miejsce? - spytał Langdon, który uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, dokąd się wybiera.

- W Genewie - odparł pilot, zwiększając ciąg silników. - Laboratorium jest w Genewie.

- W Genewie - powtórzył Langdon, czując nieznaczną ulgę. - Na północy stanu Nowy Jork. Mam rodzinę w pobliżu jeziora Seneca. Nie miałem pojęcia, że w Genewie jest laboratorium fizyczne.

- Nie w Genewie w stanie Nowy Jork, panie Langdon - roześmiał się pilot. - W Genewie w Szwajcarii.

Chwilę trwało, zanim to do niego dotarło.

- W Szwajcarii? - Poczuł przyspieszone bicie serca. - Przecież pan mówił, że laboratorium jest o godzinę drogi stąd!

- Bo jest. - Rozległ się chichot. - Ten samolot osiąga prędkość piętnastu machów.

5

Na jednej z ruchliwych europejskich ulic zabójca lawirował wśród tłumu. Był potężnym mężczyzną, ciemnym i silnie zbudowanym, a przy tym zaskakująco zwinnym. Nadal jeszcze czuł napięcie w mięśniach po emocjonującym spotkaniu, które przed chwilą odbył.

Dobrze poszło, stwierdził w duchu. Wprawdzie jego pracodawca nie pokazał mu twarzy, ale zabójca czuł się zaszczycony, że mógł przebywać w jego towarzystwie. Czy naprawdę minęło zaledwie piętnaście dni od chwili, gdy zleceniodawca nawiązał z nim kontakt? Nadal pamiętał każde słowo z tamtej rozmowy...

- Nazywam się Janus - przedstawił się człowiek, który do niego zadzwonił. - Łączy nas pewnego rodzaju powinowactwo. Mamy wspólnego wroga. Słyszałem, że pańskie umiejętności są do wynajęcia.

- To zależy, kogo pan reprezentuje - odparł płatny zabójca.

Rozmówca powiedział mu.

- Czy to ma być żart?

- Jak rozumiem, słyszał pan o nas.

- Oczywiście. Przecież to bractwo jest legendarne.

- A jednak wątpi pan, że mówię prawdę.

- Wszyscy wiedzą, że bracia zniknęli już z powierzchni ziemi.

- To tylko podstęp. Najniebezpieczniejszy wróg to taki, którego nikt się nie obawia.

Zabójca nadal nie dowierzał.

- To znaczy, że bractwo nadal istnieje?

- W podziemiu głębszym niż kiedykolwiek. Nasze wpływy przenikają wszystko... nawet świętą fortecę najbardziej zaprzysięgłego wroga.

- Niemożliwe. Oni są nie do ruszenia.

- Nasze wpływy sięgają bardzo daleko.

- Nikt nie sięga aż tak daleko.

- Wkrótce pan uwierzy. Już dokonano niepodważalnej demonstracji potęgi bractwa. Pojedynczy akt zdrady, a jednocześnie dowód.

- Co zrobiliście?

Rozmówca zaspokoił jego ciekawość.

Oczy zabójcy rozszerzyły się z niedowierzaniem.

- To niemożliwe do wykonania.

Następnego dnia gazety na całym świecie ukazały się z takimi samymi nagłówkami.

Zabójca uwierzył.

Teraz, piętnaście dni później, jego wiara umocniła się do tego stopnia, że nie pozostało miejsca na najmniejsze wątpliwości. Bractwo trwa, pomyślał. Dziś w nocy wyjdzie z podziemia, by pokazać swoją moc.

Kiedy tak szedł ulicami, jego czarne oczy błyszczały oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Jedno z najgroźniejszych i najbardziej tajnych stowarzyszeń, jakie kiedykolwiek istniały na świecie, powołało go do służby. Mądrze wybrali, pomyślał. Znany był bowiem ze swej dyskrecji, z którą równać się mogło tylko idealne dotrzymywanie terminów wykonania zadań.

Jak dotąd dobrze im służył. Dokonał zleconego morderstwa i dostarczył Janusowi przedmiot, o który ten prosił. Reszta zależy od Janusa, który musi użyć swoich wpływów, żeby umieścić to urządzenie tam, gdzie trzeba. Umieścić...

Zastanawiał się, jakim cudem uda mu się tego dokonać. Niewątpliwie musi mieć powiązania wewnątrz. Najwyraźniej zakres wpływów bractwa jest nieograniczony.

Janus, pomyślał. Niewątpliwie pseudonim. Ciekawe, czy to odniesienie do rzymskiego boga o dwóch twarzach... czy do księżyca Saturna? Zresztą to nie ma najmniejszego znaczenia. Janus posiadał nieograniczoną władzę. Już to udowodnił.

Idąc dalej, zabójca wyobrażał sobie, że przodkowie uśmiechają się do niego z niebios. Dziś toczył ich wojnę, walczył z tym samym wrogiem, którego oni starali się pokonać od setek lat, począwszy od jedenastego wieku... kiedy to armie krzyżowców po raz pierwszy najechały ich ziemie, gwałcąc i zabijając, ogłaszając, że są nieczyści, i bezczeszcząc ich świątynie i bogów.

Jego przodkowie stworzyli wówczas niewielką, lecz śmiertelnie niebezpieczną armię do obrony swoich terytoriów. Wkrótce armia stała się sławna - doświadczeni wojownicy przemierzali kraj, zabijając wszystkich wrogów, których udało im się wytropić. Znani byli nie tylko z brutalnych zabójstw, lecz również ze sposobu czczenia swych zwycięstw. Wprawiali się wówczas w stan narkotycznego oszołomienia, a narkotykiem, który stosowali, był hashish.

Z czasem, gdy opowieści o nich coraz bardziej się rozprzestrzeniały, zaczęto ich nazywać jednym słowem - Hassassin, co dosłownie oznacza „miłośnik haszyszu”. Słowo Hassassin stało się synonimem śmierci w większości języków. Nadal jest używane, tyle że podobnie jak sztuka zabijania, zdążyło przez ten czas wyewoluować i na przykład we współczesnym angielskim brzmi assassin, czyli zabójca.

6

Dokładnie po sześćdziesięciu czterech minutach Robert Langdon z niedowierzaniem zszedł po schodkach na zalaną słońcem płytę lotniska. Odczuwał lekkie mdłości. Rześki wietrzyk poruszał klapami jego tweedowej marynarki. Cudownie było znów znaleźć się na otwartej przestrzeni. Wszędzie wokół lotniska widział bujną zieleń wspinającą się aż po pokryte śniegiem wierzchołki gór.

To na pewno sen. Lada chwila się obudzę.

- Witamy w Szwajcarii - wykrzyknął pilot.

Langdon spojrzał na zegarek. Pokazywał siedem po siódmej.

- Właśnie przebył pan sześć stref czasowych - wyjaśnił pilot. - Tutaj jest kilka minut po pierwszej.

Langdon przestawił zegarek.

- Jak się pan czuje?

Pomasował żołądek.

- Jakbym się najadł styropianu.

Pilot skinął głową.

- Choroba wysokościowa. Lecieliśmy na wysokości dwudziestu kilometrów. Tam człowiek jest o trzydzieści procent lżejszy. Szczęście, że mieliśmy do wykonania tylko taki żabi skok. Gdybym miał lecieć do Tokio, musielibyśmy się wznieść na ponad sto kilometrów. To dopiero wywraca wnętrzności.

Langdon nieznacznie skinął głową i uznał, że w takim razie miał szczęście. Biorąc pod uwagę okoliczności, lot był zadziwiająco zwyczajny. Oprócz wtłaczającego go w fotel przyspieszenia podczas startu, podróż była typowa - od czasu do czasu niewielka turbulencja, kilka razy zmiana ciśnienia, gdy się wznosili, ale nic takiego, co by wskazywało, że pędzą w przestrzeni powietrznej z oszałamiającą prędkością ponad siedemnastu tysięcy kilometrów na godzinę.

Grupa mechaników wybiegła na pas, żeby zająć się maszyną. Pilot natomiast zaprowadził Langdona do czarnego peugeota znajdującego się na parkingu za wieżą kontrolną. Chwilę później pędzili szosą biegnącą dnem doliny. W oddali pojawiła się słabo jeszcze widoczna grupa budynków. Po obu stronach drogi rozciągały się porośnięte trawą łąki, które przy tej szybkości wyglądały jak rozmazany pas.

Langdon z niedowierzaniem patrzył, jak wskazówka szybkościomierza waha się w okolicy stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Czy ten facet ma obsesję szybkości?

- Mamy pięć kilometrów do laboratorium - wyjaśnił pilot. - Zawiozę tam pana w dwie minuty.

Langdon na próżno szukał pasa bezpieczeństwa. Czy nie lepiej, żeby to trwało trzy minuty i dojechalibyśmy żywi?

Samochód pędził dalej.

- Lubisz Rebę? - spytał pilot, wciskając kasetę do magnetofonu.

Kobiecy głos zaczął śpiewać: „To tylko strach przed samotnością...”.

Czego tu się bać, pomyślał Langdon z roztargnieniem. Koleżanki nieraz mu dokuczały, że jego kolekcja dzieł sztuki to tylko łatwa do przejrzenia próba wypełnienia pustego domu, który, ich zdaniem, niezmiernie by zyskał na obecności kobiety. Śmiał się z ich docinków, przypominając im, że ma już w życiu trzy miłości - symbolizm, piłkę wodną i stan kawalerski. Ten ostatni daje mu wolność podróżowania po świecie, spania tak długo, jak ma ochotę, i delektowania się spokojnymi wieczorami w domu, z brandy i dobrą książką.

- Mamy tu coś w rodzaju małego miasta - odezwał się pilot, wyrywając go z zamyślenia. - Nie tylko laboratoria. Są supermarkety, jest szpital i nawet kino.

Langdon kiwnął obojętnie głową i przyjrzał się licznym budynkom, które przed nimi wyrosły.

- Poza tym - dodał pilot - mamy też największą maszynę na świecie.

- Naprawdę? - Langdon przebiegł wzrokiem po okolicy.

- Tam jej pan nie zobaczy - roześmiał się jego rozmówca. - Jest schowana sześć pięter pod powierzchnią ziemi.

Langdon nie zdążył spytać o nic więcej. Kierowca bez najmniejszego ostrzeżenia wcisnął hamulce i samochód ślizgał się przez chwilę, by w końcu stanąć przed wzmocnioną budką strażniczą.

Przed nimi widniał napis SECURITE. ARRETEZ. Langdon poczuł nagły przypływ paniki, gdyż w końcu uświadomił sobie, gdzie się znalazł.

- Boże! Nie zabrałem paszportu!

- Paszporty są tu zbędne - zapewnił go pilot. - Mamy stałe uzgodnienia z rządem szwajcarskim.

Osłupiały Langdon patrzył, jak jego kierowca podaje strażnikowi swój identyfikator, a ten przesuwa go przez elektroniczne urządzenie potwierdzające tożsamość. Maszyna błysnęła zielonym światłem.

- Nazwisko pasażera?

- Robert Langdon.

- Czyj gość?

- Dyrektora.

Strażnik uniósł brwi. Odwrócił się i sprawdził wydruk komputerowy, porównując go z danymi na ekranie. Potem ponownie obrócił się do okna.

- Miłego pobytu, panie Langdon.

Samochód ponownie wystrzelił do przodu i przebył jeszcze około dwustu metrów wokół dużego ronda prowadzącego do głównego wejścia ośrodka. Dalej widać było prostopadłościenny, supernowoczesny budynek ze szkła i stali. Langdon był zachwycony uderzającą prostotą projektu. Zawsze ogromnie interesował się architekturą.

- Szklana Katedra - poinformował go pilot.

- Kościół?

- Nie, u licha. Kościół to jedyne, czego tu nie mamy. W tym miejscu to fizyka jest religią. Może pan do woli używać imienia Bożego nadaremno - roześmiał się - ale biada, jeśli obrazi pan jakieś kwarki albo mezony.

Langdon siedział oszołomiony, podczas gdy kierowca błyskawicznie przejechał przez bramę i zatrzymał się przed szklanym budynkiem. Kwarki i mezony? Nie ma kontroli granicznej? Samolot o szybkości piętnastu machów? Kim, u diabła, są ci ludzie?

Odpowiedzi udzielił mu napis wyryty na granitowej płycie przy wejściu:

 

CERN

Conseil Européen pour la

Recherche Nucléaire

 

- Badania jądrowe? - spytał Langdon, który mniej więcej zrozumiał napis.

Kierowca nie odpowiedział. Pochylony do przodu, manipulował przy magnetofonie kasetowym.

- Tu pan wysiada. Dyrektor spotka się z panem przy głównym wejściu.

Langdon zauważył, że z budynku wyjeżdża mężczyzna na wózku inwalidzkim. Mógł mieć trochę po sześćdziesiątce. Był bardzo chudy i całkowicie łysy, z ostro zarysowaną szczęką. Miał na sobie biały laboratoryjny kitel i eleganckie buty na nogach opartych mocno o podnóżek wózka. Nawet z pewnej odległości jego oczy wydawały się pozbawione życia - wyglądały jak dwa szare kamienie.

- Czy to on? - spytał Langdon.

Kierowca podniósł wzrok.

- Niech mnie licho! - Obrócił się i spojrzał na niego złowieszczo. - O wilku mowa...

Langdon, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać, wysiadł z samochodu.

Mężczyzna na wózku podjechał do nich i podał mu wilgotną rękę.

- Pan Langdon? Rozmawialiśmy przez telefon. Nazywam się Maximilian Kohler.

7

Maximilian Kohler, dyrektor naczelny CERN-u, zyskał sobie za plecami przydomek König - Król. Wyrażał on jednak nie tyle szacunek, co strach przed człowiekiem, który rządził swym królestwem z tronu inwalidzkiego wózka. Niewiele osób znało go osobiście, ale przerażająca historia o tym, jak stał się inwalidą, była powszechnie znana w CERN-ie i trudno byłoby znaleźć kogoś, kto miałby mu za złe zgorzknienie... lub jego całkowite oddanie czystej nauce.

Langdon przebywał w towarzystwie Kohlera zaledwie od kilku minut, ale już zdążył wyczuć, że to człowiek, który ma zwyczaj utrzymywać dystans. Teraz musiał prawie biec, żeby nadążyć za elektrycznym wózkiem dyrektora zmierzającym bezgłośnie ku głównemu wejściu. Nigdy wcześniej nie widział takiego wózka - wyposażonego w cały zestaw urządzeń elektronicznych, w tym wieloliniowy telefon, system przywołujący, ekran komputerowy, a nawet małą, odczepianą kamerę wideo. Ruchome centrum dowodzenia Króla Kohlera.

Langdon wszedł przez mechanicznie otwierane drzwi do ogromnego głównego holu.

Szklana Katedra, pomyślał, podnosząc wzrok ku niebu.

Nad jego głową dach z niebieskawego szkła mienił się w popołudniowym słońcu. Wpadające przez niego promienie tworzyły w powietrzu geometryczne wzory, nadając wnętrzu atmosferę przepychu. Podłużne cienie wyglądały jak żyły na wyłożonych białymi płytkami ścianach i marmurowych posadzkach. Powietrze było sterylnie czyste. Przed sobą widział naukowców spieszących w różne strony, a ich kroki odbijały się echem w przestronnym holu.

- Tędy, proszę, panie Langdon. - Głos jego gospodarza brzmiał, jakby wydobywał się z komputera: sztywny i precyzyjny, podobnie jak ostre rysy twarzy. Kohler zakaszlał i wytarł usta białą chusteczką, wpatrując się jednocześnie martwymi szarymi oczami w Langdona. - Proszę się pospieszyć. - Jego wózek inwalidzki sprawiał wrażenie, jakby skakał po wyłożonej płytkami posadzce.

Langdon szedł za nim, mijając po drodze niezliczone korytarze odchodzące od głównego atrium. W każdym z nich widać było ludzi, a wszyscy, którzy dostrzegli Kohlera, wpatrywali się w nich zaskoczeni, jakby się zastanawiali, kim musi być Langdon, żeby zasłużyć sobie na takie towarzystwo.

- Wstyd mi się przyznać - zaryzykował uwagę Langdon, starając się nawiązać rozmowę - ale nigdy nie słyszałem o CERN-ie.

- Wcale mnie to nie dziwi - odparł Kohler ostrym, autorytatywnym tonem. - Większość Amerykanów nie postrzega Europy jako lidera w dziedzinie badań naukowych. Traktują nas wyłącznie jako rejon, gdzie można dokonywać oryginalnych zakupów. Dość dziwne, jeśli zważyć na pochodzenie takich ludzi, jak Einstein, Galileusz czy Newton.

Langdon nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Wyciągnął zatem z kieszeni otrzymany od gospodarza faks.

- Ten człowiek na fotografii... czy mógłby pan...

Kohler przerwał mu ruchem ręki.

- Proszę, nie tutaj. Właśnie pana do niego prowadzę. - Wyciągnął dłoń. - Lepiej to wezmę.

Langdon wręczył mu kartkę i w milczeniu ruszył dalej.

Po chwili skręcili w lewo i znaleźli się w szerokim korytarzu ozdobionym licznymi nagrodami i dyplomami. Szczególnie duża tablica znajdowała się tuż przy wejściu i Langdon zwolnił, żeby przeczytać wyryty w brązie napis:

 

NAGRODA ARS ELECTRONICA

Za innowacje kulturalne w epoce cyfrowej

Przyznana Timowi Bernersowi Lee i CERN

za wynalezienie

INTERNETU

 

A niech mnie licho, pomyślał. Ten facet nie żartował. Langdon zawsze sądził, że Internet jest wynalazkiem amerykańskim. No, ale w końcu jego wiedza na ten temat ograniczała się do witryny poświęconej jego książce oraz przeszukiwania od czasu do czasu zasobów sieciowych Luwru i Prado.

- Internet - odezwał się Kohler, ponownie kaszląc i wycierając usta - miał swój początek tutaj, jako system umożliwiający współpracę tutejszych komputerów. Dzięki niemu naukowcy z różnych działów mogli codziennie wymieniać się informacjami na temat dokonanych odkryć. Oczywiście, całemu światu się wydaje, że WWW to amerykańska technologia.

Langdon podążał za nim korytarzem.

- To dlaczego nikt tego nie sprostuje?

Kohler wzruszył ramionami, wyrażając brak zainteresowania tą kwestią.

- To tylko drobne nieporozumienie na temat mało znaczącej koncepcji. CERN to coś bez porównania ważniejszego niż światowa sieć komputerów. Nasi naukowcy niemal codziennie są autorami cudów.

Langdon rzucił mu pytające spojrzenie.

- Cudów? - Z całą pewnością słowo „cud” nie było używane przez naukowców zajmujących się naukami ścisłymi na Harvardzie. Rezerwowano je raczej dla Wydziału Teologicznego.

- Pański głos brzmi sceptycznie - zauważył Kohler. - Sądziłem, że zajmuje się pan symboliką religijną. Nie wierzy pan w cudy?

- Nie jestem co do nich przekonany - odparł. Szczególnie jeśli chodzi o cudy dokonujące się w laboratoriach naukowych.

- Może rzeczywiście użyłem niewłaściwego słowa. Po prostu starałem się mówić pańskim językiem.

- Moim językiem? - Langdon poczuł się nieswojo. - Nie chciałbym pana rozczarować, ale ja badam symbole religijne. Jestem naukowcem, a nie księdzem.

Kohler nagle zwolnił i odwrócił się do niego, a jego spojrzenie odrobinę złagodniało.

- Oczywiście. Jakież to było uproszczenie z mojej strony. Nie trzeba mieć raka, żeby analizować jego symptomy.

Langdon nigdy nie słyszał, aby ktoś ujął to w podobny sposób.

Kiedy ruszali dalej, Kohler skinął z zadowoleniem głową.

- Myślę, że doskonale się będziemy rozumieli, panie Langdon.

Jednak Langdon jakoś w to wątpił.

 

 

W miarę jak się posuwali, do Langdona zaczęło dobiegać coraz głośniejsze dudnienie. Hałas potężniał z każdym krokiem, wzmocniony dodatkowo odbiciem od ścian. Dochodził najwyraźniej ze znajdującego się przed nimi końca korytarza.

- Co to jest? - zapytał wreszcie, zmuszony krzyczeć. Miał wrażenie, że zbliżają się do czynnego wulkanu.

- Komora swobodnego spadania - odparł Kohler, którego tubalny głos bez trudu pokonał hałas. Jednak niczego dalej nie wyjaśniał.

A jego gość nie pytał. Był już wyczerpany, a Maximilian Kohler najwyraźniej nie pretendował do nagrody za gościnność. Langdon przypomniał sobie, dlaczego się tu znalazł. Iluminaci. Gdzieś w tym ogromnym laboratorium znajdowało się ciało... ciało naznaczone symbolem, który chciał zobaczyć. I po to właśnie przeleciał prawie pięć tysięcy kilometrów.

Kiedy zbliżyli się do załomu korytarza, dudnienie stało się niemal ogłuszające i w całym ciele czuł wibracje podłogi. Skręcili, a wówczas po prawej stronie ujrzał galerię widokową. W wygiętej koliście ścianie zamontowane były cztery wysokie okna o grubych szybach, przypominające bulaje okrętu podwodnego. Langdon zatrzymał się i zajrzał przez jedno z nich.

Zdarzyło mu się w życiu widzieć różne dziwne rzeczy, ale ta była najbardziej niezwykła. Zamrugał kilkakrotnie oczyma, niepewny, czy to nie halucynacje. Patrzył właśnie na ogromną kulistą komorę, w której unosili się ludzie, zupełnie jakby ich ciała nic nie ważyły. Było ich troje. Jedna z osób pomachała do niego i zrobiła salto w powietrzu.

Boże, pomyślał, jestem w krainie Oz.

Posadzka tego pomieszczenia przypominała ogromny arkusz siatki ogrodzeniowej o heksagonalnych oczkach. Pod nią widać było metaliczny połysk ogromnego wiatraka.

- Komora swobodnego spadania - oznajmił Kohler, zatrzymując się, żeby na niego zaczekać. - Swobodne spadanie w zamkniętym pomieszczeniu. Pomaga rozładować stres. To pionowy tunel aerodynamiczny.

Langdon nadal przyglądał się temu ze zdumieniem. Jedna z unoszących się osób, tęga kobieta, podpłynęła do okna. Rzucały nią prądy powietrzne, ale patrzyła na niego z uśmiechem i przesłała mu znak uniesionych w górę kciuków. Uśmiechnął się lekko i odwzajemnił gest, zastanawiając się, czy ma ona pojęcie, że w starożytności był to symbol falliczny oznaczający męskość.

Zwrócił uwagę, że tylko ta kobieta miała coś przypominającego miniaturowy spadochron. Wydymający się nad nią płat tkaniny wyglądał jak zabawka.

- Do czego jej ten maleńki spadochron? - spytał Kohlera. - Przecież on nie ma nawet metra średnicy.

- Tarcie - wyjaśnił jego gospodarz. - Zmniejsza jej własności aerodynamiczne, dzięki czemu wentylator może ją unieść. - Ruszył dalej. - Materiał o powierzchni ośmiu dziesiątych metra kwadratowego zmniejsza szybkość spadania o prawie dwadzieścia procent.

Langdon skinął obojętnie głową.

Nie mógł wówczas wiedzieć, że jeszcze tej nocy w kraju oddalonym o setki kilometrów od laboratorium ta wiedza uratuje mu życie.

 

8

Kiedy wyszli tylnym wyjściem z głównego budynku CERN-u prosto w ostre szwajcarskie słońce, Langdon poczuł się, jakby go przeniesiono z powrotem do domu. Rozciągający się przed nim widok do złudzenia przypominał kampus któregoś z dobrych uniwersytetów amerykańskich.

Porośnięte trawą zbocze schodziło tarasami ku rozległemu terenowi, gdzie kępy klonów dodawały uroku dziedzińcom ograniczonym budynkami z cegły i chodnikami. Uczenie wyglądające osoby z naręczami książek wchodziły do budynków lub z nich wychodziły. Jakby dla podkreślenia uczelnianej atmosfery, dwóch długowłosych hippisów rzucało do siebie latającym talerzem, słuchając jednocześnie Czwartej Symfonii Maniera dobiegającej z otwartego okna.

- To nasze budynki mieszkalne - wyjaśnił Kohler, zjeżdżając szybko ścieżką. - Jest tu ponad trzy tysiące fizyków. CERN zatrudnia ponad połowę światowych specjalistów od fizyki cząstek, najwspanialszych umysłów na świecie. Mamy tu Niemców, Japończyków, Włochów, Holendrów, długo by można wymieniać. Nasi fizycy reprezentują ponad pięćset uniwersytetów i sześćdziesiąt narodowości.

Langdon słuchał tego wszystkiego ze zdumieniem.

- A jak się porozumiewają?

- Po angielsku, oczywiście. To uniwersalny język nauki.

Zawsze słyszał, że to matematyka jest uniwersalnym językiem nauki, ale był zbyt zmęczony, by się sprzeczać. Podążał zatem dalej za swym przewodnikiem.

W połowie drogi na dół przebiegł obok nich młody mężczyzna w koszulce z napisem NIE MA SŁAWY BEZ GUT-u.

Zdziwiony Langdon podążył za nim wzrokiem. - A cóż to jest GUT*?

- Jednolita teoria pola - teoria łącząca oddziaływanie elektryczne, magnetyczne i grawitacyjne.

- Rozumiem - odparł, chociaż nie rozumiał absolutnie niczego.

- Czy słyszał pan o fizyce cząstek elementarnych, panie Langdon?

Wzruszył ramionami.

- Znam się trochę na fizyce ogólnej; spadanie ciał, tego typu rzeczy. - Lata skoków do wody nauczyły go głębokiego szacunku dla przerażającej mocy przyspieszenia grawitacyjnego. - Fizyka cząstek zajmuje się badaniem atomów, tak?

Kohler potrząsnął przecząco głową.

- W porównaniu do tego, czym my się zajmujemy, atomy są wielkie jak planety. Nas interesuje jądro atomu, zaledwie jedna dziesięciotysięczna część całości. - Znowu zakaszlał, jakby był chory. - Pracownicy CERN-u szukają odpowiedzi na te same pytania, które ludzkość zadaje sobie od zarania dziejów. Skąd się wzięliśmy? Z czego powstaliśmy?

- I te odpowiedzi można znaleźć w laboratorium fizycznym?

- Zdaje się, że to pana zdumiewa.

- Oczywiście. Wydaje mi się, że to pytania raczej duchowej natury.

- Panie Langdon, wszystkie pytania były kiedyś natury duchowej. Od początku naszych dziejów duchowość i religię wykorzystywano do wypełnienia luk, z którymi nauka nie potrafiła sobie poradzić. Wschód i zachód Słońca przypisywano niegdyś Heliosowi i jego ognistemu rydwanowi. Trzęsienia ziemi i fale pływowe tłumaczono gniewem Posejdona. Nauka udowodniła, że ci bogowie byli tylko fałszywymi bożkami. Wkrótce wszyscy bogowie okażą się tym samym. Nauka dostarczyła odpowiedzi na niemal wszystkie pytania, jakie człowiek potrafił zadać. Zostało już tylko kilka i te mają charakter ezoteryczny. Skąd pochodzimy? Co tu robimy? Jaki jest sens życia i wszechświata?

Langdon poczuł rozbawienie.

- I na te pytania CERN usiłuje odpowiedzieć?

- Poprawka. To są pytania, na które właśnie odpowiadamy.

Langdon zamilkł i już bez słowa podążał za swoim gospodarzem, lawirującym pomiędzy budynkami. W pewnej chwili nad ich głowami rozległ się świst i tuż przed nimi wylądował latający talerz. Kohler zignorował go i ruszył dalej.

Z przeciwnej strony dziedzińca dobiegło ich wołanie:

- S’il vous plaît!

Langdon spojrzał w tamtym kierunku. Zobaczył, że macha do niego starszy, siwowłosy mężczyzna w bluzie z napisem COLLEGE PARIS. Podniósł talerz z ziemi i zręcznie go odrzucił. Mężczyzna złapał go na jeden palec, kilkakrotnie podrzucił i dopiero potem cisnął przez ramię do swojego partnera.

- Merci! - zawołał do Langdona.

- Gratulacje - odezwał się Kohler, gdy Langdon wreszcie go dogonił. - Właśnie pan zagrał z laureatem Nagrody Nobla Georges’em Charpakiem, wynalazcą wielodrutowej komory proporcjonalnej.

Langdon skinął głową. Mój szczęśliwy dzień.

Minęły jeszcze trzy minuty, zanim doszli do celu - dużego, zadbanego budynku stojącego w otoczeniu osik. W porównaniu do innych wydawał się luksusowy. Na umieszczonym przed nim kamieniu wyryto napis BUDYNEK C.

Ależ się wysilili, pomyślał Langdon.

Jednak pomimo nieciekawej nazwy, sam budynek odpowiadał jego architektonicznym upodobaniom. Był konserwatywny i solidny. Zbudowany z czerwonej cegły, z ozdobną balustradą i obramowany starannie przyciętymi, symetrycznymi żywopłotami. Kiedy podążali kamienną ścieżką w kierunku drzwi wejściowych, przeszli przez bramę utworzoną przez dwie marmurowe kolumny. Na jednej z nich ktoś przykleił karteczkę z napisem:

 

TA KOLUMNA JEST JOŃSKA

 

Czy to ma być graffiti fizyków?, zastanawiał się Langdon, przyglądając się kolumnie i chichocząc w duchu.

- Miło widzieć, że nawet błyskotliwi fizycy popełniają błędy.

Kohler spojrzał uważnie:

- Co pan ma na myśli?

- Ten, kto napisał tę karteczkę, pomylił się. To nie jest kolumna jońska. Kolumny jońskie mają równy przekrój na całej długości, a ta się zwęża. To kolumna dorycka... grecki odpowiednik. Częsty błąd.

- To miał być żart, panie Langdon - wyjaśnił mu gospodarz bez uśmiechu. - Jońska ma oznaczać, że zawiera jony: elektrycznie naładowane cząstki. Znajdują się w większości przedmiotów.

Langdon obejrzał się na kolumnę i jęknął.

Nadal jeszcze czuł się głupio, gdy wysiadał z windy na ostatnim piętrze budynku C. Poszedł za Kohlerem ładnie urządzonym korytarzem, którego wystrój nieco go zaskoczył - wiśniowa sofa, porcelanowy wazon na podłodze i ozdobnie toczona stolarka.

- Pragniemy, aby nasi zatrudnieni na stałe naukowcy czuli się wygodnie - wyjaśnił Kohler.

Na to wygląda, pomyślał Langdon.

- Zatem mężczyzna, którego widziałem na zdjęciu, tu właśnie mieszkał? Był jednym z ważniejszych pracowników?

- Właśnie. Nie przyszedł dziś rano na umówione ze mną spotkanie i nie odpowiadał, gdy dzwoniłem na jego pager. Przyszedłem tu, żeby go poszukać, i znalazłem go martwego w salonie.

Langdona przebiegł dreszcz, gdy uświadomił sobie, że za chwilę ujrzy zwłoki. Jego żołądek nigdy nie był zbyt odporny, jeśli chodziło o tego typu sprawy. Odkrył w sobie tę słabość jeszcze jako student akademii sztuk pięknych, gdy nauczyciel opowiedział klasie, iż Leonardo da Vinci poznał tak doskonale budowę ludzkiego ciała dzięki ekshumowaniu zmarłych i dokonywaniu sekcji ich mięśni.

Kohler zaprowadził go na koniec korytarza, gdzie znajdowały się tylko jedne drzwi.

- Można by rzec: apartament dla VIP-ów - oznajmił i wytarł sobie pot z czoła.

Langdon spojrzał na wizytówkę na dębowych drzwiach i przeczytał:

 

LEONARDO VETRA

 

- Leonardo Vetra skończyłby w przyszłym tygodniu pięćdziesiąt osiem lat - poinformował go Kohler. - Był jednym z najwybitniejszych naukowców naszych czasów. Jego śmierć stanowi niepowetowaną stratę dla nauki.

Przez chwilę Langdonowi wydawało się, że widzi cień emocji na kamiennej twarzy Kohlera, ale to wrażenie szybko minęło. Dyrektor sięgnął do kieszeni i wyciągnął duży pęk kluczy, wśród których zaczął szukać właściwego.

Nagle Langdon uświadomił sobie, że coś tu jest nie w porządku. Budynek był opustoszały.

- Gdzie są wszyscy? - spytał. Za chwilę mieli się znaleźć na miejscu zbrodni, a nie było tu żadnego ruchu.

- Mieszkańcy są w swoich laboratoriach - wyjaśnił jego gospodarz, znajdując w końcu klucz.

- Mam na myśli policję - uściślił. - Czy już odjechali?

Ręka Kohlera znieruchomiała w połowie drogi do zamka.

- Policję?

- Policję. Przysłał mi pan faks informujący o morderstwie. Przecież musiał pan wezwać policję.

- Bynajmniej.

- Co?

Szare oczy Kohlera spojrzały na niego ostro.

- Sytuacja jest bardzo skomplikowana, panie Langdon.

Langdon poczuł przypływ lęku.

- Ale... przecież z pewnością ktoś jeszcze o tym wie!

- Tak. Adoptowana córka Leonarda. Ona też jest fizykiem i tu pracuje. Mają wspólne laboratorium. Są partnerami. W minionym tygodniu panna Vetra wyjechała, aby wykonać badania w terenie. Powiadomiłem ją o śmierci ojca i już tu jedzie.

- Ale ten człowiek został zamordo...

- Odbędzie się oficjalne śledztwo - oznajmił stanowczym głosem Kohler - ale w odpowiednim czasie. Z pewnością obejmie ono przeszukanie laboratorium Vetry, które on i córka uważali za swoje najbardziej prywatne miejsce. Dlatego poczekam, dopóki panna Vetra nie przyjedzie. Uważam, że jestem jej winien choć tę odrobinę dyskrecji. - Przekręcił klucz w zamku.

Kiedy drzwi się otworzyły, wydobył się zza nich z sykiem podmuch lodowatego powietrza i uderzył Langdona w twarz. Cofnął się, nie wierząc własnym oczom. Za progiem znajdował się pokój jakby nie z tej planety - pogrążony w gęstej białej mgle, która wirowała smugami wokół mebli.

- Co do...? - zająknął się.

- Freonowy system chłodzący - wyjaśnił Kohler. - Obniżyłem temperaturę w mieszkaniu, żeby ciało zachowało się w dobrym stanie.

Langdon zapiął guziki marynarki w ochronie przed zimnem. Jestem w krainie Oz, pomyślał, tyle że zapomniałem swoich magicznych pantofli.

9

Ciało na podłodze stanowiło odrażający widok. Leonardo Vetra leżał na plecach, zupełnie nagi, a jego skóra przybrała niebieskoszary kolor. Głowa była całkowicie odwrócona do tyłu, tak że nie można było dostrzec twarzy wciśniętej w podłogę. Kości szyi przebiły skórę w miejscu złamania. Mężczyzna znajdował się w zamarzniętej kałuży własnego moczu, a włosy wokół pomarszczonych genitaliów miał pokryte szronem.

Langdon skierował wzrok na pierś ofiary, walcząc z ogarniającą go falą mdłości. Wprawdzie zdążył już dziesiątki razy przyjrzeć się symetrycznej ranie na fotografii, jednak w naturze robiła bez porównania silniejsze wrażenie. Na obrzmiałym, przypalonym ciele rysował się idealnie odciśnięty symbol.

 

 

 

Langdon zastanawiał się, czy dreszcz przeszywający jego ciało to skutek chłodu czy uświadomienia sobie znaczenia tego, co widzi.

Serce mu waliło, gdy obchodził ciało, żeby przeczytać napis do góry nogami i ponownie przekonać się o jego doskonałej symetrii. Teraz, kiedy na niego patrzył, jego istnienie wydawało mu się jeszcze bardziej niemożliwe niż przedtem.

- Panie Langdon?

On jednak nie słyszał. Był teraz w innym świecie... swoim świecie, swoim żywiole, gdzie historia, mity i fakty zderzały się ze sobą... a jego zmysły były tym całkowicie pochłonięte.

- Panie Langdon? - Kohler wpatrywał się w niego wyczekująco.

Langdon nie podniósł na niego wzroku. Był teraz całkowicie zaabsorbowany tym, co zobaczył.

- Co pan już wie?

- Tylko to, co zdążyłem przeczytać na pańskiej stronie internetowej. Illuminati oznacza „oświeceni”. To nazwa pewnego dawnego bractwa.

Langdon przytaknął skinieniem głowy.

- Zetknął się pan już wcześniej z tą nazwą?

- Nie, dopóki nie ujrzałem jej wypalonej na ciele pana Vetry.

- I wtedy zaczął pan szukać w Internecie?

- Tak.

- I z pewnością, kiedy wprowadził pan to słowo, pojawiły się setki odnośników.

- Tysiące - poprawił go Kohler. - Jednak w pańskiej witrynie znalazłem powiązania z Harvardem, Oksfordem i znanym wydawcą, a ponadto listę publikacji dotyczących tego tematu. Jako naukowiec przekonałem się, że informacja jest tyle warta, co jej źródło. Pańskie referencje wydawały się wiarygodne.

Langdon nie odrywał wzroku od ciała.

Kohler nie powiedział już nic więcej, tylko wpatrywał się w niego, najwyraźniej czekając, aż udzieli mu jakichś wyjaśnień na temat tego, co widzą.

Langdon podniósł w końcu wzrok i rozejrzał się po mroźnym pokoju.

- Może porozmawiamy o tym w cieplejszym miejscu?

- Tu będzie doskonale. - Kohler jakby nie odczuwał zimna. - Porozmawiamy tutaj.

Langdon zmarszczył brwi. Historia bractwa iluminatów była skomplikowana. Zamarznę tu na śmierć, zanim mu to wyjaśnię. Ponownie spojrzał na wypalone piętno i poczuł nowy przypływ zdumienia pomieszanego z lękiem.

Symbol bractwa iluminatów stał się legendarny we współczesnej symbolice, jednak żaden z naukowców nigdy go nie widział w rzeczywistości. Dawne dokumenty opisywały go jako ambigram. Ambo to po łacinie „oba”, toteż nazwa ta oznaczała, że można go czytać z obu stron. Jednak choć ambigramy były dość popularne w symbolice - przykładem może być swastyka, yin yang, gwiazda Dawida, zwykły krzyż - to wydawało się zupełnie niemożliwe napisanie wyrazu w taki sposób, żeby stał się ambigramem. Współcześni badacze symbolizmu od lat próbowali przekształcić wyraz Illuminati w idealnie symetryczny symbol, ale bez skutku. W związku z tym większość z nich doszła do wniosku, że jego istnienie było tylko legendą.

- Kim zatem są iluminaci? - naciskał Kohler.

Właśnie, pomyślał Langdon, kim są? Po czym rozpoczął swą opowieść.

 

 

- Od zarania dziejów istniał głęboki rozdźwięk pomiędzy nauką a religią. Uczeni, którzy otwarcie mówili o swoich odkryciach, tacy jak Kopernik...

- Byli mordowani - wtrącił się Kohler. - Mordowani przez Kościół za ujawnianie prawd naukowych. Religia zawsze prześladowała naukę.

- Tak. Jednak w szesnastym wieku powstała w Rzymie grupa, która zaczęła walczyć z Kościołem. Niektórzy z najbardziej oświeconych ludzi we Włoszech - fizycy, matematycy, astronomowie - zaczęli organizować tajne spotkania, na których krytykowali niezgodne z rzeczywistością nauki Kościoła. Obawiali się, że uzurpowany sobie przez Kościół monopol na „prawdę” uniemożliwi rozwój nauki na świecie. Założyli pierwszy na świecie naukowy sztab ekspertów i nadali sobie nazwę „oświeceni”.

- Illuminati.

- Tak. Najwybitniejsze umysły Europy... całkowicie oddane poszukiwaniu naukowej prawdy.

Kohler słuchał w milczeniu.

- Oczywiście iluminaci byli bezlitośnie prześladowani przez Kościół katolicki. Dla zachowania bezpieczeństwa musieli przestrzegać skomplikowanych rytuałów zapewniających im tajemnicę. Wkrótce w podziemnych kręgach naukowych rozprzestrzeniła się wieść o ich istnieniu i zaczęli się do nich przyłączać uczeni z całej Europy. Członkowie bractwa zbierali się regularnie w Rzymie w swojej supertajnej siedzibie, której nadali nazwę Kościół Oświecenia.

Kohler zakaszlał i zmienił pozycję na wózku.

- Wielu członków bractwa - ciągnął Langdon - chciało zwalczać tyranię Kościoła za pomocą aktów przemocy, ale człowiek, który cieszył się wśród nich największym szacunkiem, zdołał im to wyperswadować. Był on pacyfistą i jednym z najsłynniejszych uczonych w historii.

Langdon był pewien, że Kohler wie, o kogo chodzi. Nawet ludzie nie mający z nauką nic wspólnego znali nazwisko tego nieszczęsnego astronoma, który został aresztowany i niemal stracony przez Kościół, gdy ogłosił, że to Słońce, a nie Ziemia, stanowi środek Układu Słonecznego. Mimo że wyniki jego badań były niepodważalne, został surowo ukarany przez Kościół za twierdzenie, że Bóg nie umieścił ludzkości w centrum Swojego wszechświata.

- Nazywał się Galileo Galilei.

Kohler spojrzał na niego.

- Galileusz?

- Tak, Galileusz należał do iluminatów. Jednocześnie był gorliwym katolikiem. Starał się doprowadzić do złagodzenia stanowiska Kościoła wobec nauki, głosząc, że ta ostatnia nie tylko nie zaprzecza istnieniu Boga, lecz nawet je potwierdza. Napisał kiedyś, że kiedy patrzy przez teleskop na obracające się planety, słyszy głos Boga w muzyce sfer. Utrzymywał również, że nauka i religia nie są wrogami, tylko sojusznikami, dwoma różnymi językami opowiadającymi tę samą historię... historię o symetrii i równowadze, niebie i piekle, nocy i dniu, gorącu i zimnie, Bogu i szatanie. Zarówno nauka, jak i religia radują się stworzoną przez Boga symetrią... niekończącym się zmaganiem jasności i ciemności. - Langdon urwał i zaczął przytupywać nogami, żeby je rozgrzać.

Kohler siedział nieporuszony na wózku i tylko na niego patrzył.

- Niestety - dodał Langdon - Kościół wcale nie pragnął zjednoczenia nauki i religii.

- Oczywiście, że nie - przerwał mu gospodarz. - Takie zjednoczenie odebrałoby Kościołowi możliwość uzurpowania sobie roli jedynego pośrednika, dzięki któremu człowiek może zrozumieć Boga. Zatem Kościół osądził Galileusza jako heretyka, uznał go za winnego i skazał na stały areszt domowy. Znam historię nauki, panie Langdon. Jednak to było wieki temu. Co to ma wspólnego z Leonardem Vetrą?

Pytanie za milion dolarów. Langdon przeszedł do sedna opowieści.

- Aresztowanie Galileusza wywołało wrzenie wśród członków bractwa. Popełniono pewne błędy i Kościołowi udało się zidentyfikować czterech członków, których pojmano i przesłuchiwano. Jednak uczeni ci niczego nie zdradzili, nawet kiedy ich torturowano.

- Torturowano?

Langdon skinął głową.

- Przypalano ich rozżarzonym żelazem. Wypalano na piersi znak krzyża.

Oczy Kohlera rozszerzyły się. Dyrektor rzucił niepewne spojrzenie na ciało Vetry.

- Potem tę czwórkę brutalnie zamordowano, a ich ciała porzucono na ulicach Rzymu jako ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby wstąpić do bractwa. Pozostali iluminaci, czując, że Kościół depcze im po piętach, uciekli z Włoch.

Langdon przerwał na chwilę, porządkując myśli, żeby jasno przedstawić dalszy ciąg historii. Spojrzał Kohlerowi prosto w oczy.

- Iluminaci zeszli do głębokiego podziemia, a tam zaczęli się kontaktować z innymi grupami uchodzącymi przed prześladowaniami katolików - mistykami, alchemikami, okultystami, muzułmanami, żydami. Bractwo przyjmowało nowych członków i z biegiem lat zmieniło nieco swój charakter. Pojawili się nowi iluminaci, mroczniejsi i zdecydowanie antychrześcijańscy. Rośli w siłę, odprawiali tajemnicze rytuały, pod groźbą śmierci strzegli tajemnicy i przysięgali, że pewnego dnia znowu powstaną i zemszczą się na Kościele katolickim. W końcu stali się tak silni, że Kościół uznał ich za najniebezpieczniejszy ruch antychrześcijański na świecie. Wówczas Watykan potępił bractwo i uznał je za Shaitana.

- Shaitana?

- To nazwa wywodząca się z islamu. Oznacza przeciwnika... przeciwnika Boga. Kościół wybrał islamskie określenie, gdyż był to według nich brudny język. - Zawahał się. - Od nazwy shaitan wywodzi się słowo szatan.

Na twarzy Kohlera pojawił się niepokój. Głos Langdona był teraz bardzo ponury.

- Panie Kohler, nie mam pojęcia, jak ten znak pojawił się na piersi tego człowieka... ani dlaczego... ale patrzy pan na od dawna zaginiony symbol najstarszego i najpotężniejszego kultu szatana.

 

10

Uliczka była wąska i opustoszała. Hassassin szedł teraz szybkim krokiem, a czarne oczy błyszczały mu wyrazem oczekiwania. Kiedy zbliżał się do celu, w myślach zabrzmiały mu pożegnalne słowa Janusa. Wkrótce rozpoczyna się faza druga. Odpocznij trochę.

Uśmiechnął się z wyższością. Nie spał całą noc, ale sen był ostatnią rzeczą, jaka go interesowała. Sen jest dobry dla słabeuszy. On jest wojownikiem, podobnie jak jego przodkowie, a członkowie jego ludu nie spali po rozpoczęciu bitwy. Ta bitwa niewątpliwie już się rozpoczęła, a jemu przypadł zaszczyt rozlania pierwszej krwi. Teraz miał dwie godziny na uczczenie swojego zwycięstwa, zanim powróci do pracy.

Spać? Są przecież znacznie lepsze sposoby, żeby się odprężyć...

Zamiłowanie do hedonistycznych przyjemności niewątpliwie odziedziczył po swych przodkach, tyle że oni delektowali się haszyszem, a on wolał inne rozkosze. Był zbyt dumny ze swojego ciała - dobrze umięśnionej, zabójczej maszyny - by niszczyć je narkotykami. Znalazł sobie mniej niebezpieczne uzależnienie... zdrowszą i bardziej satysfakcjonującą nagrodę.

Czując znajomy dreszczyk oczekiwania, ruszył jeszcze szybciej. W końcu stanął przed niczym niewyróżniającymi się drzwiami i nacisnął dzwonek. W drzwiach odsunięto wizjer, po czym przyjrzała mu się badawczo para brązowych łagodnych oczu. W końcu drzwi się otworzyły.

- Witamy - odezwała się dobrze ubrana kobieta. Zaprowadziła go do doskonale umeblowanego saloniku o przytłumionym oświetleniu. W powietrzu unosił się zapach drogich perfum i piżma. - Proszę. - Wręczyła mu album z fotografiami. - Kiedy pan się zdecyduje, proszę po mnie zadzwonić. - Następnie zostawiła go samego.

Hassassin uśmiechnął się do siebie.

Siedząc na pluszowej sofie z albumem na kolanach, poczuł ukłucie zmysłowego pożądania. Wprawdzie jego pobratymcy nie świętowali Bożego Narodzenia, ale wyobrażał sobie, że tak musi czuć się dziecko siedzące przed stosem świątecznych prezentów, gdy za chwilę ma sprawdzić, jakie cuda znajdują się w środku. Otworzył album i zaczął przyglądać się zdjęciom. Miał przed sobą całe bogactwo seksualnych fantazji.

Marisa. Włoska bogini. Ognista. Młoda Sophia Loren.

Sachiko. Japońska gejsza. Gibka. Niewątpliwie uzdolniona.

Kanara. Oszałamiająca czarna wizja. Umięśniona. Egzotyczna.

Dwukrotnie przejrzał album i w końcu dokonał wyboru. Wdusił przycisk na stojącym obok stoliku. W chwilę później pojawiła się ta sama kobieta, która go powitała. Wskazał, kogo wybrał. Uśmiechnęła się.

- Proszę za mną.

Po omówieniu spraw finansowych przeprowadziła dyskretną rozmowę przez telefon. Poczekała kilka minut, po czym weszła z nim po kręconych marmurowych schodach, które zaprowadziły ich do luksusowo urządzonego korytarza.

- To te złote drzwi na końcu - poinformowała go. - Ma pan kosztowny gust.

No, pewnie, pomyślał. Jestem koneserem.

Przemierzył korytarz krokiem pantery szykującej się do od dawna upragnionego posiłku. Kiedy dotarł do drzwi, uśmiechnął się do siebie. Były już otwarte... zapraszały go do środka. Pchnął je i bezszelestnie się otworzyły.



dalej


strona główna
(23kB)