(23kB)
strona główna


Dan Brown

Kod Leonarda da Vinci

Podziękowania

Przede wszystkim chciałbym podziękować mojemu przyjacielowi i wydawcy, Jasonowi Kaufmannowi, za ogrom pracy, którą poświęcił temu zamierzeniu, materii tej powieści. Również niezrównanej Heide Lange - niestrudzonej promotorce Kodu Leonarda da Vinci, znakomitej agentce i zaufanej przyjaciółce.

Nie zdołam wyrazić wdzięczności, jaką jestem winien wyjątkowemu zespołowi redakcyjnemu wydawnictwa Doubleday za zaufanie, którym mnie obdarzono, szczodrość rad i przenikliwość. Szczególnie dziękuję Billowi Thomasowi i Steve'owi Rubinowi, którzy wierzyli w tę książkę od samego początku. Serdeczne dzięki również tym wszystkim w redakcji, którzy podtrzymywali mnie na duchu od pierwszych dni pisania, a zwłaszcza Michaelowi Palgonowi, którego entuzjazm udzielał się innym, Suzanne Herz, Janelle Moburg, Jackie Everly oraz Adrienne Sparks, dziękuję również utalentowanej ekipie działu sprzedaży wydawnictwa Doubleday oraz Michaelowi Windsorowi za świetną obwolutę.

Za wszechstronną pomoc przy zbieraniu materiałów do książki chciałbym podziękować dyrekcji Muzeum Luwru, francuskiemu Ministerstwu Kultury i Bibliotece Narodowej, fundacji Project Gutenberg, Bibliotece Towarzystwa Gnostycznego, Działowi Opracowań Obrazów i Dokumentów w Luwrze, Catholic World News, Królewskiemu Obserwatorium Astronomicznemu w Greenwich, stowarzyszeniu London Record Society, Muniment Collection w Opactwie Westminsterskim, Johnowi Pike'owi i Federacji Naukowców Amerykańskich oraz pięciu członkom Opus Dei (dwóm czynnym i trzem byłym), którzy opowiedzieli mi swoje przeżycia, pozytywne i negatywne, związane z przynależnością.

Jestem również winien wdzięczność księgarni Water Street Bookstore za wyszukiwanie opracowań, na których mogłem się oprzeć, mojemu ojcu - Richardowi Brownowi - nauczycielowi matematyki i pisarzowi, za pomoc przy złotej proporcji i ciągu Fibonacciego, Stanowi Plantonowi, Sylvie Baudeloque, Peterowi McGuiganowi, Francisowi McInerneyowi, Margie Wachtel, Andre Vernetowi, Kenowi Kelleherowi z Anchorball Web Media, Carze Sottak, Karyn Popham, Esther Sung, Miriam Abramowitz, Williamowi Tunstall-Pedoe oraz Griffinowi Woodenowi Brownowi.

I wreszcie, skoro ta powieść tak obficie posiłkuje się koncepcją sakralności kobiecej, zgrzeszyłbym zaniedbaniem, gdybym nie wspomniał o dwóch absolutnie niezwykłych kobietach, z którymi zetknął mnie los. Pierwsza z nich to moja matka, Connie Brown, opiekunka, pisarka, muzyk i wzór do naśladowania. A druga - moja żona Blythe, historyk sztuki, malarka, pierwszorzędny redaktor i bez wątpienia najbardziej utalentowana osoba, jaką kiedykolwiek miałem szczęście poznać.

FAKTY

Zakon Syjonu - Prieuré de Sion - tajne stowarzyszenie działające w Europie, założone w roku 1099, naprawdę istnieje. W 1975 w Bibliotece Narodowej w Paryżu odkryto zwoje pergaminu, Les Dossiers Secrets, ujawniające tożsamość wielu członków Prieuré de Sion, m. in. sir Isaaca Newtona, Botticellego, Victora Hugo oraz Leonarda da Vinci.

Opus Dei, papieska prałatura personalna, to żarliwie religijne stowarzyszenie katolików, które niedawno było na cenzurowanym po doniesieniach prasowych o indoktrynacji, stosowaniu przymusu oraz niebezpiecznych praktyk umartwiania ciała. Niedawno, kosztem 47 milionów dolarów, ukończono budowę siedziby Opus Dei przy Lexington Avenue 243 w Nowym Jorku.

Wszystkie opisy dzieł sztuki, obiektów architektonicznych, dokumentów oraz tajnych rytuałów zamieszczone w tej powieści odpowiadają rzeczywistości.

Prolog

Muzeum Luwru w Paryżu, 22.46.

Mecenas sztuki i kustosz, Jacques Sauničre, przeszedł chwiejnym krokiem pod przypominającym wejście do skarbca łukowatym sklepieniem Wielkiej Galerii Luwru. Po kilku krokach rzucił się do przodu, starając się złapać w ręce najbliższy obraz, który pojawił się w jego polu widzenia - płótno Caravaggia. Chwycił mocno dłońmi pozłacaną ramę, pociągnął dzieło wielkiego mistrza ku sobie i zerwał je ze ściany. Siedemdziesięciosześcioletni Sauničre upadł bez sił na podłogę, przykryty olejnym obrazem.

Tak jak się spodziewał, tuż obok z hukiem opadła stalowa krata, barykadując wejście do sali. Parkiet zatrząsł się od impetu uderzenia. Gdzieś daleko rozległ się dzwonek alarmu.

Kustosz leżał tak przez chwilę, próbując złapać oddech i ocenić sytuację. Jeszcze żyję. Wyczołgał się spod płótna i potoczył wzrokiem po ogromnej przestrzeni sali, szukając miejsca, gdzie mógłby się ukryć.Nagle zmroził go dochodzący z bliska głos.

- Nie ruszaj się.

Stojąc na czworakach, kustosz zamarł w miejscu i powoli odwrócił głowę.Zaledwie parę metrów dalej, za żelaznymi sztabami opuszczonej kraty majaczyła górująca nad wszystkim sylwetka napastnika. Był szeroki w barach i wysoki, skórę miał białą jak duch i rzednące białe włosy. Różowe tęczówki oczu naznaczone były pośrodku czerwienią. Albinos wyciągnął z marynarki pistolet i wymierzył w starca przez kraty, celując wprost i bez wahania.

- Nie powinieneś był uciekać. - Miał trudny do rozpoznania akcent. - Teraz mów, gdzie to jest.

- Już mówiłem - wymamrotał kustosz, klęcząc bezbronny na podłodze Wielkiej Galerii. - Nie mam pojęcia, o czym mówisz!

- Łżesz. - Mężczyzna patrzył na niego bez ruchu, tylko jego niesamowite oczy rzucały groźne błyski. - Ty i twój zakon jesteście w posiadaniu czegoś, co nie należy do was.

Kustosz poczuł przypływ adrenaliny. Skąd on może to wiedzieć?

- Dzisiaj prawowici strażnicy przejmą nad tym pieczę. Powiedz, gdzie to jest ukryte, a ocalisz życie. - Mężczyzna wycelował broń w głowę kustosza. - Czy jest to tajemnica, za którą jesteś gotów umrzeć?Sauničre'owi zabrakło powietrza.Mężczyzna przekręcił głowę w bok, patrząc na niego przez muszkę pistoletu.Sauničre uniósł ręce w geście obrony.

- Czekaj - powiedział powoli. - Powiem ci to, co chcesz wiedzieć. - Kilka następnych słów kustosz wypowiedział bardzo starannie. Ćwiczył to kłamstwo tyle razy, zawsze modląc się, żeby nie musiał go nigdy wypowiedzieć.

Kiedy skończył, jego dręczyciel uśmiechnął się chytrze.

- Tak. To samo powiedzieli mi pozostali.

Sauničre skulił się w sobie. Pozostali?

- Ich też znalazłem - pochwalił się olbrzym. - Całą trójkę. Potwierdzili to, co mi właśnie powiedziałeś.

To niemożliwe! Prawdziwa tożsamość kustosza, jak i tożsamość jego trzech seneszalów, była tajemnicą niemal tak świętą jak odwieczny sekret, którego strzegli. Sauničre zdał sobie teraz sprawę z tego, że jego seneszale, trzymając się ustalonej procedury, wypowiedzieli przed śmiercią to samo kłamstwo. To była część uzgodnionego protokołu.

Napastnik znów wymierzył w niego broń.

- Kiedy ciebie już nie będzie, ja zostanę jedynym człowiekiem na świecie, który zna prawdę.

Prawda. W jednej chwili kustosz zrozumiał prawdziwą grozę sytuacji. Jeżeli ja umrę, prawda odejdzie wraz ze mną na zawsze. Instynktownie próbował podnieść się i uciec.

Rozległ się huk wystrzału i kustosz poczuł rozchodzące się po ciele fale gorąca, kiedy kula utkwiła gdzieś w jego brzuchu. Upadł do przodu... Walczył z bólem. Powoli przetoczył się na plecy i spojrzał przez kraty na człowieka, który na niego napadł.

Mężczyzna mierzył teraz w jego głowę.

Sauničre zamknął oczy, myśli mu wirowały, w sercu mieszał się strach i żal.Tępe uderzenie iglicy pistoletu przetoczyło się echem przez korytarz.Kustosz otworzył oczy.

Mężczyzna spojrzał na swoją broń z niemal rozbawionym wyrazem twarzy. Sięgnął po kolejny nabój, ale potem jakby się nad czymś zastanowił i uśmiechnął się spokojnie, patrząc na brzuch Sauničre'a.

- Nie mam tu już nic do roboty.

Kustosz spojrzał w dół i zobaczył otwór po kuli w swojej białej lnianej koszuli. Otaczał go niewielki krąg krwi kilka centymetrów poniżej mostka. Mój żołądek. Okrutnym zrządzeniem losu kula ominęła serce. Jako weteran la guerre d'Algčrie kustosz widział już cierpienie ludzi, którzy umierają powoli. Będzie to trwało jakieś piętnaście minut. Kwasy żołądkowe przedostaną się do wnętrza klatki piersiowej, powoli zżerając ciało od środka.

- Ból jest dobry, monsieur - powiedział mężczyzna.

I oddalił się.

Jacques Sauničre, teraz sam w wielkiej sali, raz jeszcze obrócił głowę w kierunku żelaznej bramy. Był w pułapce, a krata nie podniesie się jeszcze co najmniej przez dwadzieścia minut. Zanim ktoś do niego dotrze, będzie martwy. Mimo to strach, który go teraz opanował, był silniejszy niż strach przed śmiercią.

Muszę przekazać tajemnicę.

Podniósł się z trudem, mając w oczach postaci trzech zamordowanych braci. Myślał o pokoleniach, które były przed nimi... O misji, którą im powierzono.

Nieprzerwany łańcuch wiedzy.

I nagle, mimo wszystkich środków ostrożności... Mimo zabezpieczeń... Jacques Sauničre został jedynym łącznikiem, samotnym strażnikiem jednej z największych tajemnic w historii ludzkości.

Drżący, zdołał stanąć na nogach.

Muszę znaleźć jakiś sposób...

Był uwięziony we wnętrzu Wielkiej Galerii i wiedział, że na całym świecie jest tylko jedna, jedyna osoba, której może przekazać kaganiec wiedzy. Spojrzał w górę i powiódł wzrokiem po ścianach swojego wspaniale wyposażonego więzienia. Kolekcja najsłynniejszych obrazów świata - postacie na obrazach uśmiechały się do niego jak starzy przyjaciele.

Zaciskając powieki z bólu, zebrał wszystkie siły i myśli. Miał przed sobą dramatyczne zadanie, któremu musi poświęcić każdą pozostałą sekundę życia.

Rozdział 1

Robert Langdon budził się powoli.

W ciemności dzwonił telefon - dźwięk dzwonka był przytłumiony i obcy. Pomacał ręką w ciemności, szukając lampy przy łóżku, i nacisnął włącznik. Mrużąc oczy, rozejrzał się dookoła i zobaczył, że jest w wypełnionej miękkimi pluszami renesansowej sypialni umeblowanej fotelami i kanapami w stylu Ludwika XVI, ściany zdobią ręcznie malowane freski, a pośrodku stoi gigantyczne mahoniowe łoże z czterema filarami.

Gdzie ja jestem?

Na żakardowym szlafroku zwisającym z filara łóżka były wyhaftowane słowa: HOTEL RITZ PARIS.

Powoli mgła zaczęła opadać.

Langdon podniósł słuchawkę.

- Halo?

- Monsieur Langdon? - odezwał się głos w słuchawce. - Mam nadzieję, że pana nie obudziłem.

Skołowany Langdon spojrzał na budzik stojący przy łóżku. Było wpół do pierwszej w nocy. Spał od godziny, ale czuł się tak, jakby rok leżał w trumnie.

- Tu recepcja, monsieur. Przepraszam, że o tej porze zawracam panu głowę, ale ma pan gościa. Twierdzi stanowczo, że sprawa jest bardzo pilna.

Langdonowi kręciło się w głowie i wciąż nie mógł się dobudzić. Jakiego gościa? Skupił teraz wzrok na pogniecionym druku leżącym na nocnym stoliku.

AMERYKAŃSKI UNIWERSYTET W PARYŻU

ma zaszczyt zaprosić Państwa na

SPOTKANIE Z ROBERTEM LANGDONEM

PROFESOREM SYMBOLIKI RELIGIJNEJ

Z UNIWERSYTETU HARVARDA

Langdon jęknął. Ilustrowany slajdami wykład na temat symboliki pogańskiej ukrytej w kamieniach katedry w Chartres, który wygłosił tego wieczoru, chyba poruszył jakieś konserwatywne struny wśród słuchaczy. Pewnie jakiś naukowiec religioznawca poszedł za nim do hotelu, a teraz próbuje rzucić mu rękawicę.

- Bardzo mi przykro - powiedział Langdon - ale jestem bardzo zmęczony i...

- Mais, monsieur - mówił dalej recepcjonista z naciskiem, obniżając głos do nerwowego szeptu. - Pański gość to ktoś bardzo ważny.

Langdon nie miał co do tego wątpliwości. Jego książki poświęcone obrazom o treści religijnej i symbolice kultu uczyniły z niego, bez jego udziału, postać dobrze znaną w świecie sztuki, a w zeszłym roku jego obecność w mediach wzrosła stokrotnie, po tym jak zaangażował się w szeroko komentowany incydent w Watykanie. Od tej pory pod jego drzwiami stała niekończąca się kolejka ważnych w swoim mniemaniu historyków i tak zwanych znawców sztuki.

- Proszę łaskawie powiedzieć tej osobie - powiedział Langdon, starając się nie dać wyprowadzić z równowagi - żeby zostawiła swój numer telefonu i nazwisko, a ja oddzwonię, zanim we wtorek wyjadę z Paryża, dobrze? Dziękuję bardzo.

Odłożył słuchawkę, zanim recepcjonista zdołał zaprotestować.

Langdon usiadł na łóżku i spojrzał na leżący na stoliku przewodnik dla gości hotelowych, na którego okładce widniał slogan: ZAŚNIJ JAK DZIECKO W MIEŚCIE ŚWIATEŁ. SPĘDŹ NOC W PARYSKIM HOTELU RITZ. Odwrócił się i rzucił zmęczone spojrzenie w olbrzymie lustro po drugiej stronie pokoju. Z kryształowej ramy patrzył na niego obcy mężczyzna - wymięty i znużony.

Potrzebujesz wakacji, Robercie.

Miał bardzo ciężki rok, i nie musiał potwierdzać tego w lustrze. Jego zazwyczaj przenikliwe niebieskie oczy były dziś rozkojarzone i zapadnięte. Mocno zarysowaną szczękę i podbródek z dołkiem pokrywał ciemny twardy zarost. Na skroniach było widać pierwsze przebłyski siwizny, która coraz głębiej wcinała się w jego gęste czarne włosy. Chociaż koleżanki na uniwersytecie twierdziły, że siwizna ładnie akcentuje jego profesorski wygląd, Langdon miał o tym własne zdanie.

Niechby tak teraz zobaczył mnie redaktor Boston Magazine...

W ubiegłym miesiącu, ku wielkiej konsternacji Langdona, Boston Magazine umieścił go na liście dziesięciu najbardziej intrygujących osób w mieście - wątpliwy zaszczyt, który jego uniwersyteccy koledzy poczytali za okazję, by dać mu kuksańca w bok. Dzisiaj, pięć tysięcy kilometrów od domu, ta wątpliwa sława znów go dopadła.

- Panie i panowie, nie muszę przedstawiać naszego dzisiejszego gościa... - obwieściła prowadząca spotkanie w wypełnionej po brzegi sali na Amerykańskim Uniwersytecie w Paryżu w Pavillon Dauphin. - Jest autorem licznych książek: Symbolika tajnych sekt, Sztuka illuministów, Zaginiony język ideogramów czy Ikonografia w religii. Wymieniam tylko ze względów formalnych, bo wielu z was korzysta z jego podręczników podczas zajęć.

Obecni na sali studenci z entuzjazmem kiwali głowami.

- Miałam zamiar przedstawić go dzisiaj, opowiadając o jego frapującym życiorysie zawodowym. Tymczasem... - spojrzała rozbawiona na Langdona, który siedział pośrodku podium. - Ktoś z widowni podrzucił mi właśnie, by tak rzec... znacznie bardziej intrygującą prezentację.

Podniosła do góry egzemplarz Boston Magazine.

Langdon aż się wzdrygnął. Skąd ta baba to wzięła?

Prowadząca zaczęła czytać wyjątki z tego niedorzecznego artykułu, a Langdon czuł, że zapada się coraz głębiej w krzesło. Pół minuty później część widowni śmiała się bez żenady, a nie wyglądało na to, że ta kobieta zamierza skończyć.

- "A to, że pan Langdon odmawia publicznych wypowiedzi na temat swojej niezwykłej roli w zeszłorocznym watykańskim konklawe, na pewno dodaje mu punktów na naszym urządzeniu do oceny intrygujących osobowości". - Kobieta podpuszczała widownię. - Chcielibyście państwo usłyszeć coś jeszcze?

Rozległ się aplauz słuchaczy. Niech ktoś ją powstrzyma, Langdon modlił się w duchu, kiedy prowadząca znów sięgnęła do artykułu.

"Chociaż profesor Langdon nie jest może typem hollywoodzkim, tak jak niektórzy nasi młodsi nominowani, ten czterdziestokilkuletni nauczyciel akademicki to nie tylko naukowiec i wykładowca. Jego zniewalającą obecność podkreśla głos - niezwykle niski baryton, o którym studentki mówią ".

Widownia wybuchła śmiechem.

Langdon zmusił się do niezręcznego uśmiechu. Wiedział, co zaraz usłyszy - jakiś śmieszny kawałek o "Harrisonie Fordzie w tweedach od Harrisa" - a ponieważ lego wieczoru uznał, że w końcu może włożyć tweedowy garnitur od Harrisa i golf od Burberry'ego, postanowił wkroczyć do akcji.

Dziękuję pani, Monique - powiedział, wstając trochę za wcześnie i powolutku wypychając ją delikatnie z podium. - Redaktorzy Boston Magazine mają niezwykły talent literacki. - Zwrócił się do słuchaczy, wzdychając z zażenowaniem. - A jeżeli znajdę osobę, która przyniosła tutaj ten artykuł, postaram się w konsulacie, aby ją deportowano.

Wśród słuchaczy znów rozległy się śmiechy.

- Cóż, proszę państwa, jak wiecie, mam tu dziś mówić o sile symboli...

* * *

Dźwięk telefonu hotelowego znów zakłócił ciszę.

Langdon jęknął, nie dowierzając, że to prawda, i podniósł słuchawkę.

- Tak?

Tak jak się tego spodziewał, to znów był recepcjonista.

- Jeszcze raz proszę o wybaczenie, panie Langdon. Dzwonię, żeby pana poinformować, że pański gość jest już w drodze do pokoju. Pomyślałem, że lepiej pana uprzedzić.

Langdon był już teraz zupełnie rozbudzony.

- Posłał pan kogoś do mojego pokoju?

- Przepraszam, monsieur, ale taki człowiek jak ten pan... Moje kompetencje nie sięgają aż tak daleko, żeby go powstrzymać.

- Kto to taki?

Recepcjonista już się rozłączył.

Niemal natychmiast ktoś zaczął walić ciężką pięścią w drzwi.

Langdon niepewnie zsunął się z łóżka, poczuł, że jego stopy toną głęboko w pluszowym dywanie. Włożył szlafrok hotelowy i podszedł do drzwi.

- Kto tam?

- Pan Langdon? Muszę z panem porozmawiać. - W angielszczyźnie człowieka stojącego za drzwiami słychać było silny akcent francuski, głos był zdecydowany, władczy. - Porucznik Jérôme Collet. Direction Centrale Police Judiciaire.

Langdon stanął jak wryty. Centralne Biuro Śledcze? DCPJ było mniej więcej tym, czym w Stanach Zjednoczonych FBI.

Nie zdejmując łańcucha, Langdon uchylił lekko drzwi. Twarz patrząca na niego z drugiej strony należała do szczupłego mężczyzny o nieokreślonych rysach. Był wysoki, chudy, miał na sobie wyglądający na służbowy mundur.

- Mogę wejść? - spytał agent.

Langdon wahał się chwilę, niepewny, co ma zrobić, podczas gdy nieruchome oczy nieznajomego przyglądały mu się badawczo.

- A o co właściwie chodzi?

- Mój przełożony prosi, by użyczył nam pan swojej prywatnej wiedzy.

- Teraz? - wydusił z siebie Langdon. - Jest już po północy.

- Czy to prawda, że dziś wieczór miał pan umówione spotkanie z kustoszem Muzeum Luwru?

Langdon poczuł nagłą falę niepokoju. Rzeczywiście, miał się spotkać z niezwykle cenionym w świecie historyków sztuki Jacques'em Sauničre'em, umówili się na drinka wieczorem po wykładzie, ale Sauničre się nie pojawił.

- Tak. Skąd pan o tym wie?

- Znaleźliśmy pańskie nazwisko w jego kalendarzu.

- Mam nadzieję, że nie stało się nic złego.

Agent westchnął złowieszczo i wsunął przez uchylone drzwi zdjęcie zrobione polaroidem.

Kiedy Langdon zobaczył zdjęcie, poczuł, że cały sztywnieje.

- Zrobiono je mniej niż godzinę temu. W Luwrze.

Kiedy Langdon przyglądał się temu dziwacznemu obrazowi, jego pierwsze uczucia - wstręt i wstrząs - ustąpiły miejsca nagłej wzbierającej fali gniewu.

- Kto mógł to zrobić?!

- Mieliśmy nadzieję, że pan nam pomoże odpowiedzieć na to pytanie, zważywszy na pańską wiedzę z dziedziny symboli i na planowane na dziś wieczór spotkanie.

Langdon przyglądał się zdjęciu, jego przerażenie mieszało się ze strachem. To było odrażające i dziwaczne, miał nieprzyjemne uczucie, że już to kiedyś widział. Ponad rok temu Langdon otrzymał fotografię ciała i podobną prośbę o pomoc. Dwadzieścia cztery godziny później omal nie stracił życia w murach Watykanu. To zdjęcie było zupełnie inne, a jednak w scenariuszu wydarzeń wyczuwał coś niepokojąco podobnego.

Agent spojrzał na zegarek.

- Mój capitaine. czeka, proszę pana.

Langdon prawie go nie słyszał. Oczy miał wciąż utkwione w zdjęciu.

- Ten symbol i sposób, w jaki ciało jest tak dziwnie...

- Ułożone - podsunął mu agent.

Langdon przytaknął i oderwawszy oczy od fotografii, poczuł chłód na całym ciele.

- Nie potrafię sobie wyobrazić, kto mógł mu zrobić coś takiego.

- Pan nie rozumie, panie Langdon - powiedział agent z ponurym wyrazem twarzy. - To, co widać na zdjęciu... - Przerwał. - Monsieur Sauničre sam to sobie zrobił.

Rozdział 2

Niecałe dwa kilometry dalej olbrzymi albinos o imieniu Sylas, kulejąc, wchodził do frontowej bramy luksusowej rezydencji z piaskowca przy rue la Bruyere. Kolczasty pas cilice, który nosił zaciśnięty na udzie, wpinał mu się w mięśnie, ale jego dusza śpiewała z radości, że przysłużył się Panu.

Ból jest dobry.

Wszedłszy do rezydencji, zlustrował korytarz swoimi czerwonymi oczami. Pusto. Wszedł cicho po schodach, nie chcąc obudzić żadnego ze współbraci. Drzwi do jego sypialni były otwarte - tutaj nie używa się kluczy. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

Pokój miał spartański wystrój - zwykła drewniana podłoga, sosnowa toaletka, w rogu materac, który służył mu za łóżko. W tym tygodniu był tu gościem, ale przez wiele lat, dzięki błogosławieństwu Pana, miał swój kąt w podobnym sanktuarium w Nowym Jorku.

Pan dał mi schronienie i cel w życiu.

Dziś wieczór Sylas nareszcie poczuł, że zaczął spłacać swój dług. Pospiesznie podszedł do toaletki, znalazł telefon komórkowy w dolnej szufladzie i wybrał numer.

- Tak? - odezwał się w słuchawce męski głos.

- Wróciłem, Nauczycielu.

- Mów - rozkazał głos, w którym było słychać zadowolenie, że są jakieś wiadomości.

- Całej czwórki już nie ma. Trzech seneszalów... i wielkiego mistrza.

Nastąpiła chwila ciszy, jakby na modlitwę.

W takim razie rozumiem, że masz tę informację?

- Cała czwórka była zgodna. Niezależnie od siebie.

- I uwierzyłeś im?

- Taka zbieżność nie może być przypadkowa.

Po drugiej stronie słuchawki słychać było pełen ekscytacji oddech.

- Doskonale. Bałem się, że przywiązanie bractwa do tajemnic, z którego słynie, weźmie górę.

- Perspektywa śmierci to bardzo silna motywacja.

- A więc, mój uczniu, powiedz mi to, co muszę wiedzieć.

Sylas zdawał sobie sprawę, że informacja, którą wydobył ze swoich ofiar, będzie zaskoczeniem.

- Cala czwórka potwierdziła istnienie clef de voute... Legendarnego zwornika, klucza sklepienia.

Usłyszał w telefonie, że rozmówca na chwilę wstrzymał oddech, a kiedy znów się odezwał, w jego głosie wyczuwało się oczekiwanie.

- Klucz sklepienia. Właśnie tak, jak przewidywaliśmy.

Zgodnie z legendą bractwo jest w posiadaniu kamiennej mapy - clef de voute... czyli zwornika lub klucza sklepienia. Jest to rzeźbiona kamienna tablica, która wskazuje ostatnie miejsce ukrycia największej tajemnicy bractwa... Informacji o takim znaczeniu, że dla jej ochrony istnieje całe bractwo.

- Kiedy już zdobędziemy klucz - powiedział Nauczyciel - będziemy tylko o krok od sukcesu.

- Jesteśmy bliżej, niż się wydaje, Nauczycielu. Klucz jest tutaj, w Paryżu.

- W Paryżu? To nie do wiary. To byłoby zbyt proste.

Sylas opowiedział o wydarzeniach tego wieczoru... O tym, jak jego cztery ofiary na chwilę przed śmiercią w desperackim wysiłku odkupienia swojego bezbożnego życia wyznały mu tajemnicę. Wszyscy powiedzieli dokładnie to samo - że klucz jest przemyślnie ukryty w pewnym konkretnym miejscu w jednym z najstarszych kościołów Paryża - w kościele du Saint-Sulpice.

- Pośród murów domu Bożego - oburzył się Nauczyciel. - Jakże nas przedrzeźniają.

- I tak było przez wieki.

Nauczyciel umilkł, jakby chciał się przez chwilę nacieszyć momentem triumfu. W końcu odezwał się znowu.

- Oddałeś wielką posługę Bogu. Czekaliśmy na tę chwilę wieki. Teraz musisz zdobyć ten klucz. Natychmiast. Dziś w nocy. Chyba rozumiesz, o jaką stawkę gramy.

Sylas wiedział, że jest to stawka zawrotna, ale to, co polecał mu Nauczyciel, wydawało się niewykonalne.

- Ale kościół... przecież to jest forteca. Zwłaszcza w nocy. Jak tam wejdę?

Pewnym tonem człowieka o ogromnych wpływach Nauczyciel wyjaśnił, co trzeba zrobić.

* * *

Kiedy Sylas odłożył słuchawkę, przeszedł go dreszcz oczekiwania.

Godzina - powiedział do siebie, wdzięczny, że Nauczyciel dał mu czas, by odbyć niezbędną pokutę, zanim wejdzie do domu Bożego. Muszę oczyścić duszę z moich dzisiejszych grzechów. Grzechy, które popełnił dzisiaj, uświęcał cel. Działania wojenne skierowane przeciwko wrogom Boga prowadzono od wieków. Odkupienie było pewne.

Mimo to Sylas wiedział, że odpuszczenie grzechów wymaga poświęceń.

Zaciągnął zasłony na oknach, rozebrał się do naga i ukląkł na środku pokoju. Spojrzał w dół, na cilice - kolczasty pas zaciśnięty wokół uda. Wszyscy prawdziwi wyznawcy Drogi nosili ten skórzany pasek nabity ostrymi metalowymi kolcami, wrzynającymi się w ciało, jako codzienne przypomnienie cierpień Chrystusa. Ból, który sprawiał kolczasty pas, pomagał również powstrzymywać pokusy cielesne.

Chociaż Sylas miał dziś na sobie cilice dłużej niż przepisane dwie godziny, wiedział, że dzisiejszy dzień nie jest dniem zwykłym. Ujął w dłonie pas i zapiął go o jedną dziurkę dalej, krzywiąc się, kiedy kolce wbijały mu się w skórę. Powoli wypuścił powietrze i cieszył się każdą sekundą oczyszczającego rytuału bólu.

- Ból jest dobry - szeptał, powtarzając świętą mantrę ojca José Marii Escrivy, Nauczyciela wszystkich Nauczycieli. Chociaż Escriva zmarł w 1975 roku, jego mądrość żyła, a jego słowa wciąż szeptało tysiące wiernych sług na całym świecie, kiedy klęczeli na podłodze i odprawiali uświęconą praktykę umartwiania ciała.

Sylas przeniósł teraz uwagę na kawałek ciężkiej liny z węzłami, zwiniętej w słoneczko na podłodze tuż obok niego. Dyscyplina. Na węzłach widać było zakrzepłą krew. Sylas chciał szybko doznać oczyszczających skutków bólu cielesnego i zmówił krótką modlitwę. Potem chwycił koniec liny, zamknął oczy i uderzył się mocno ponad ramieniem, czując, jak węzły przecinają mu skórę na plecach. Znów uderzył się biczem po plecach i węzły przecięły skórą do krwi. Dalej smagał się biczem, i jeszcze, i jeszcze.

Castigo corpus meum.

W końcu poczuł, że krew płynie ciepłym strumieniem.

Rozdział 3

Rześkie kwietniowe powietrze wpadało z łopotem przez otwarte okno citroena ZX, kiedy samochód przejeżdżał obok budynku Opery Paryskiej i przecinał na ukos plac Vendôme. Robert Langdon, siedząc na fotelu pasażera, czuł, jak miasto przemyka obok niego, a on próbował zebrać myśli. Dzięki szybkiemu prysznicowi i goleniu zdołał odzyskać jako taki wygląd, ale nie udało mu się uciszyć lęków. Miał wciąż w pamięci przerażający obraz ciała kustosza Luwru.

Jacques Sauničre nie żyje.

Langdon nie potrafił się wyzbyć głębokiego poczucia straty po śmierci kustosza. Sauničre miał wprawdzie opinię odludka, ale i powszechne uznanie, i szacunek za bezgraniczne oddanie sztuce. Jego książki na temat tajnych kodów ukrytych w płótnach Poussina i Teniersa były ulubionymi lekturami Langdona, z których często korzystał na zajęciach ze studentami. Cieszył się na dzisiejsze spotkanie i był głęboko rozczarowany, że kustosz się nie zjawił.

Raz jeszcze przemknął mu przez głowę obraz jego ciała. Jacques Sauničre sam to sobie zrobił? Langdon odwrócił się i wyjrzał przez okno, próbując wyprzeć ten obraz z pamięci.

Za oknami miasto kładło się spać - uliczni sprzedawcy popychali wózki z kandyzowanymi owocami, kelnerzy ciągnęli worki ze śmieciami po krawężnikach, para spóźnionych kochanków obejmowała się i przytulała, żeby nie zmarznąć w podmuchach wiatru, w których czuło się zapach kwitnącego jaśminu. Citroen władczo przepływał przez ten chaos, a podwójny dźwięk syreny przecinał ruch uliczny jak ostry nóż.

- Le capitaine był zadowolony, kiedy się dowiedział, że jest pan wciąż jeszcze w Paryżu - powiedział agent, przerywając milczenie po raz pierwszy od chwili, kiedy wyszli z hotelu. - Szczęśliwy zbieg okoliczności.

Langdon był daleki od poczucia szczęścia, a koncepcja zbiegu okoliczności nie budziła jego zaufania. Będąc człowiekiem, który spędził całe życic na badaniu ukrytych powiązań bardzo odrębnych znaków i ideologii, postrzegał świat jako sieć głęboko powiązanych ze sobą historii i wydarzeń. Powiązania mogą być niewidoczne - mówił często podczas zajęć uniwersyteckich z wiedzy o symbolach - ale zawsze gdzieś są, ukryte pod powierzchnią zjawisk.

- Przypuszczam - powiedział Langdon - że na uniwersytecie powiedziano panu, gdzie się zatrzymałem.

Kierujący samochodem potrząsnął głową.

- Nie, dowiedzieliśmy się z Interpolu.

Z Interpolu - pomyślał Langdon. Oczywiście. Zapomniał o tej z pozoru niewinnej prośbie, którą musi spełnić każdy gość hotelowy w Europie - musi pokazać paszport podczas meldowania się w hotelu. Było to coś więcej niż tylko prosta formalność - takie były przepisy prawa. Każdego wieczoru, w całej Europie, funkcjonariusze Interpolu mogą wskazać dokładnie i bez cienia wątpliwości, kto gdzie dzisiaj śpi. Znalezienie Langdona w Ritzu prawdopodobnie zajęło im jakieś pięć sekund.

Kiedy citroen przyspieszał, przecinając miasto w kierunku południowym, za oknami pojawiła się nagle oświetlona wieża Eiffla, strzelając ku niebu gdzieś daleko po prawej stronie. Patrząc na nią, Langdon pomyślał o Vittorii, przypomniał sobie rzuconą rok temu żartem obietnicę, że co pół roku będą się znów spotykać w jakimś romantycznym miejscu na ziemi. Wieża Eiffla, jak podejrzewał, pewnie by się znalazła na jej liście. Smutno mu się zrobiło na myśl, że ostatni raz pocałował Vittorię na gwarnym lotnisku w Rzymie ponad rok temu.

- Wspiął się pan na nią? - zapytał agent, rzucając mu spojrzenie przez ramię.

Langdon podniósł głowę, pewien, że się przesłyszał.

- Przepraszam pana?

- Jest śliczna, prawda? - Agent wskazał ręką przez przednią szybę na wieżę Eiffla. - Wspiął się pan na nią?

Langdon wzniósł oczy do góry.

- Nie, nie byłem na wieży.

- Jest symbolem Francji. Uważam, że jest doskonała.

Langdon kiwnął głową, ale myślami wciąż był nieobecny. Specjaliści od symboli często podkreślają, że Francuzi - znani z postawy macho, flirtowania i słynący z niewielkich wzrostem, niepewnych siebie przywódców, takich jak Napoleon i Pepin Mały - nie mogliby wybrać trafniejszego symbolu narodowego niż trzystu metrowy fallus.

Kiedy dotarli do skrzyżowania przy rue de Rivoli, było czerwone światło, ale citroen ani na sekundę nie zwolnił. Agent nacisnął gaz i przemknął jak burza przez skrzyżowanie, a potem przyspieszył w kierunku obsadzonej drzewami części rue Castiglione, która służyła jako północny wjazd do słynnych ogrodów Tuileries - paryskiej wersji nowojorskiego Central Parku. Większość turystów błędnie tłumaczy nazwę Jardines de Tuileries, myśląc, że pochodzi od tysięcy kwitnących tu tulipanów, a tymczasem jest to dosłowne odniesienie do czegoś znacznie mniej romantycznego. Na terenie parku znajdowała się kiedyś ogromna zanieczyszczona kopalnia odkrywkowa, która dla paryskich przedsiębiorców budowlanych była źródłem gliny do wyrobu słynnych paryskich czerwonych dachówek, czyli tuiles.

Wjechawszy do opuszczonego parku, agent sięgnął dłonią pod deskę rozdzielczą samochodu i wyłączył syrenę. Langdon wypuścił z płuc powietrze, rozkoszując się ciszą. Strumień przytłumionych lamp halogenowych przesuwał się przed samochodem, nad wysypaną białym żwirem drogą prowadzącą przez park, a opony obracające się na żwirze intonowały hipnotyczny rytm, Langdon zawsze uważał Tuileries za ziemię uświęconą. Były to ogrody, w których Claude Monet eksperymentował z formą i z kolorem i zainspirował narodziny impresjonizmu. Dziś w nocy jednak panowała tu aura niesamowitości.

Citroen skręcił teraz ostro w lewo, zmierzając w kierunku zachodnim, ku głównemu bulwarowi parku. Objechał okrągły staw, a potem przejechał na ukos przez opuszczoną drogę i wyjechał na szeroki prostokąt trawy tuż za nią. Langdon widział teraz koniec ogrodów Tuileries, wyjazd z nich akcentował ogromny kamienny łuk.

Arc du Carrousel.

Wprawdzie nie z powodu orgiastycznych rytuałów, które kiedyś odbywały się przy Arc du Carrousel, ale fanatycy sztuki oddawali cześć temu miejscu. Z esplanady na końcu Tuileries można było zobaczyć cztery największe muzea sztuki... jedno w każdym punkcie wyznaczonym przez kompas.

Z prawych okien samochodu, wyglądając na południe przez Sekwanę i Quai Voltaire, Langdon widział ostro oświetloną fasadę starej stacji kolejowej - teraz czcigodne Musée d'Orsay. Spojrzał w lewo i zobaczył szczyt dachu ultramodernistycznego Centrum Pompidou, w którym mieściło się muzeum sztuki nowoczesnej. Langdon wiedział, że z tyłu za nim, na zachód, wyrasta nad linią drzew starożytny obelisk Ramzesa, który wskazuje na Musée du Jeu de Paume.

A jednak to właśnie na wprost, ku wschodowi, pod kamiennym łukiem, Langdon widział teraz monolit renesansowego pałacu, który stał się najbardziej słynnym muzeum sztuki w świecie.

Musée du Louvre.

Langdon po raz kolejny poczuł zachwyt, kiedy jego wzrok na próżno próbował ogarnąć całą potężną bryłę i fasadę Luwru. Po drugiej stronie zapierającego dech w piersiach ogromnego placu imponujący fronton muzeum wyrastał w górę jak cytadela na tle paryskiego nieba. Luwr, który ma kształt ogromnej podkowy, jest najdłuższym budynkiem w Europie, dłuższym niż trzy wieże Eiffla, gdyby je położyć na ziemi jedną za drugą. Nawet ponad dziewięć kilometrów kwadratowych otwartej przestrzeni między skrzydłami budowli nie robiło takiego wrażenia jak majestat szerokości jej fasady. Langdon kiedyś przeszedł wzdłuż całej długości murów Luwru, pokonując pięć kilometrów.

Mimo że według szacunków turyście, który chciałby dokładnie obejrzeć wszystkie sześćdziesiąt pięć tysięcy trzysta dzieł sztuki znajdujących się w tym budynku, zajęłoby to jakieś pięć tygodni, większość zwiedzających wybiera skróconą wersję, którą Langdon nazywał "Sprintem przez Luwr" - biegiem przez muzeum, żeby zobaczyć trzy najsłynniejsze dzieła - Mona Lizę, Wenus z Milo i Nike. Art Buchwald chwalił się kiedyś, że udało mu się zobaczyć wszystkie trzy w pięć minut i pięćdziesiąt sześć sekund.

Kierowca podjechał i trzymając w dłoni małą krótkofalówkę, wypowiedział kilka słów po francusku, co brzmiało jak wystrzały z karabinu maszynowego.

- Monsieur Langdon est arrive. Deux minutes.

Z głośnika krótkofalówki przez trzaski dobiegło nieczytelne potwierdzenie jego meldunku.

Agent schował aparat i teraz zwrócił się do Langdona.

- Spotka się pan z kapitanem przy głównym wejściu.

Kierowca zignorował znaki zakazu wjazdu samochodów na plac przed Luwrem, ryknął silnikiem i przejechał citroenem przez krawężnik. Główne wejście do Luwru górowało w oddali, otoczone siedmioma trójkątnymi fontannami, z których tryskały podświetlane strumienie wody.

La pyramide.

Nowe wejście do paryskiego Luwru zyskało niemal tak wielką sławę jak samo muzeum. Kontrowersyjna, modernistyczna szklana piramida, zaprojektowana przez urodzonego w Ameryce chińskiego architekta I. M. Pei, wciąż wywoływała niepochlebne opinie tradycjonalistów, którzy mieli poczucie, że niszczy dostojeństwo renesansowego podwórca. Goethe pisał, że architektura to zamrożona muzyka, a krytycy dzieła Pei mówili, że piramida to jak zgrzytanie paznokciami o tablicę. Postępowi wielbiciele utrzymywali, że przezroczysta piramida wysokości dwudziestu jeden metrów jest imponującym połączeniem starożytnej formy i współczesnej metody - symbolicznym łącznikiem między tym, co nowe, a tym, co stare - pomaga Luwrowi przekroczyć próg nowego tysiąclecia.

- Podoba się panu nasza piramida? spytał agent.

Langdon zmarszczył czoło. Przez cały pobyt w Paryżu wydawało mu się, że Francuzi uwielbiają pytać o to Amerykanów. Było to oczywiście podchwytliwe pytanie. Jeżeli się powiedziało, że piramida się podoba, zyskiwało się opinię Amerykanina bez odrobiny gustu, a jeżeli się mówiło, że się nie podoba, Francuzi czuli się dotknięci.

- Mitterand był bardzo odważnym człowiekiem - odparł Langdon wymijająco.

Nieżyjący już prezydent Francji, który zamówił budowlę, jak mówiono, cierpiał na "kompleks faraona". Był osobiście odpowiedzialny za zapełnienie Paryża egipskimi obeliskami, sztuką starożytną i dziełami sztuki znad Nilu. Francois Mitterand przejawiał upodobanie do egipskiej kultury, które było tak przemożne, że Francuzi mówili o nim Sfinks.

- Jak się nazywa kapitan? - spytał Langdon, zmieniając temat.

- Bezu Fache - odparł kierowca, podjeżdżając do głównego wejścia do piramidy. - My nazywamy go le Taureau.

Langdon spojrzał na niego przez ramię, zastanawiając się, czy każdy Francuz nosi przedziwne przezwisko wzięte ze świata zwierząt.

- Nazywacie waszego zwierzchnika Byk?

Agent, zdziwiony, uniósł brwi.

- Mówi pan po francusku lepiej, niż się pan do tego przyznaje, monsieur Langdon.

Mój francuski jest do niczego - pomyślał Langdon - ale moja wiedza zodiakalna jest całkiem niezła. Taurus zawsze był Bykiem. Astrologia jest wszędzie taka sama.

Agent zatrzymał samochód między dwoma fontannami przed olbrzymimi drzwiami z boku piramidy.

- Tam jest wejście. Powodzenia, monsieur.

- Pan nie wchodzi?

- Miałem rozkaz zostawić pana tutaj. Mam inne sprawy do załatwienia.

Langdon westchnął ciężko i wyszedł z samochodu. To nie mój cyrk.

Agent dodał gazu i samochód odjechał.

Langdon stał przed wejściem do piramidy i patrzył w kierunku oddalających się tylnych świateł citroena. W tej chwili zdał sobie sprawę, że mógłby jeszcze zmienić decyzją, wyjść z dziedzińca, złapać taksówkę i pojechać do hotelu, prosto do łóżka. Coś mu jednak mówiło, że to chyba głupi pomysł.

Kiedy szedł w kierunku rozświetlonych mgieł unoszących się z fontanny, miał dziwne uczucie, że wchodzi przez wyimaginowany próg do innego świata. Cały wieczór wydał mu się jak ze snu. Dwadzieścia minut temu leżał w łóżku w pokoju hotelowym. Teraz stał naprzeciw przezroczystej piramidy wybudowanej przez Sfinksa, czekając na policjanta, którego nazywano Bykiem.

Tkwię we wnętrzu obrazu Salvadora Dali i nie mogę się ruszyć - pomyślał.

Podszedł do głównego wejścia, do ogromnych drzwi obrotowych. Korytarz za nimi był słabo oświetlony i pusty.

Mam zapukać?

Zastanawiał się, czy któryś z poważanych harwardzkich egiptologów pukał kiedykolwiek do frontowych drzwi piramidy i oczekiwał odpowiedzi. Podniósł dłoń, żeby uderzyć w szkło, ale gdzieś z ciemności poniżej wyłoniła się sylwetka człowieka, który zaczął wspinać się po kręconych schodach. Mężczyzna był potężnie zbudowany, zwalisty, ciemnowłosy, wyglądał niemal jak neandertalczyk, miał na sobie dwurzędowy garnitur, który ciasno opinał jego szerokie ramiona. Poruszał się na trochę krzywych, potężnie umięśnionych nogach, mając wyraźne poczucie władzy. Mówił coś do telefonu komórkowego, ale kiedy się pojawił na górze, wyłączył telefon. Dał Langdonowi znak, żeby wszedł do środka.

- Nazywam się Bezu Fache - oznajmił, kiedy Langdon przepchnął się przez obrotowe drzwi. - Jestem kapitanem policji i pracuję w Centralnym Biurze Śledczym. - Jego gardłowy, niski głos współgrał z sylwetką... przypominał pomruki nadciągającej burzy.

Langdon wyciągnął rękę w geście powitania.

- Robert Langdon.

Olbrzymia dłoń Fache'a owinęła się wokół dłoni Langdona i ścisnęła ją z siłą imadła.

- Widziałem fotografię - powiedział Langdon. - Pański agent powiedział, że Jacques Sauničre sam to zrobił...

- Panie Langdon - powiedział Fache, a jego hebanowe oczy zawisły na oczach Langdona. - To, co pan widział na fotografii, to tylko początek tego, co zrobił Sauničre.

Rozdział 4

Kiedy kapitan Bezu Fache szedł, wyglądał jak rozwścieczony wół - szerokie ramiona odchylał do tyłu, a podbródek mocno przyciskał do klatki piersiowej. Ciemne włosy miał gładko przyczesane i posmarowane brylantyną, co uwydatniało jeszcze zrośnięte krzaczaste brwi i nos, który zdawał się go wyprzedzać, jak bukszpryt wyprzedza okręt wojenny. Jego ciemne oczy ognistym spojrzeniem jakby wypalały ziemię, po której kroczył, a bijąca z nich inteligencja zapowiadała nieustępliwość we wszystkim, czego się tknął.

Langdon schodził za kapitanem w dół po słynnych marmurowych stopniach do głęboko w ziemi zatopionego atrium pod szklaną piramidą. U stóp schodów przeszli między dwoma uzbrojonymi policjantami z karabinami maszynowymi. Sygnał był jasny - tej nocy nikt tu nie wchodzi ani stąd nie wychodzi bez błogosławieństwa kapitana Fache'a.

Langdon, schodząc pod poziom ulicy, czuł rosnący niepokój. Obecność Fache nie była ani mila, ani przyjazna, a atmosfera panująca w samym Luwrze o tej porze przypominała atmosferę pogańskiej świątyni. Schody, jak wejście do kina, były oświetlone małymi punktowymi lampkami zatopionymi po bokach stopni. Langdon słyszał echo swoich kroków odbijające się od szkła nad głową. Kiedy spojrzał w górę, zobaczył prześwitujące przez szkło oświetlone strumienie wody bijącej z fontanny po przezroczystym dachu.

- Podoba się to panu? - spytał Fache, wskazując w górę gestem szerokiego podbródka.

Langdon westchnął, zbyt zmęczony, żeby podjąć grę.

- Tak, wasza piramida jest wspaniała.

- Blizna na twarzy Paryża - jęknął Fache.

Pierwsze starcie. Langdon wyczuł, że jego dzisiejszego gospodarza trudno będzie zadowolić. Zastanawiał się, czy Fache miał pojęcie o tym, że ta piramida, na wyraźne życzenie prezydenta Mitteranda, została zbudowana z sześciuset sześćdziesięciu sześciu bloków szkła - a to dziwne żądanie było stałym gorącym tematem rozmów ludzi rozkochanych w konspiracji, którzy utrzymywali, że 666 to liczba szatana.

Langdon postanowił nie podejmować tego tematu.

Kiedy schodzili coraz niżej do podziemnego foyer, z półcieni zaczęła się wyłaniać potężniejąca podziemna przestrzeń. Zlokalizowana dziewiętnaście metrów pod poziomem ulicy, nowa sala Luwru o powierzchni ponad sześciu kilometrów kwadratowych rozciągała się we wszystkie strony jak niekończąca się grota. Zbudowana z marmuru o ciepłym kolorze ochry współgrającym kolorystycznie z miodowym odcieniem kamiennej fasady Luwru, ta podziemna sala zazwyczaj wibrowała światłem słońca i głosami turystów. Tej nocy jednak była opuszczona i ciemna, a cała przestrzeń emanowała atmosferą podziemnej krypty i chłodu.

- Gdzie są strażnicy muzeum? - spytał Langdon.

- En quarantaine - odburknął Fache takim tonem, jakby Langdon chciał swoim pytaniem zakwestionować wiarygodność jego ekipy dochodzeniowej. - Rzecz jasna, pozwolenie na wejście uzyskał tu ktoś, kto nie powinien był się tu znaleźć. Wszyscy nocni strażnicy Luwru są w skrzydle Sully'ego, gdzie ich przesłuchujemy. Teraz aż do rana za bezpieczeństwo muzeum odpowiadają moi agenci.

Langdon skinął głową, przyspieszając kroku, żeby nie zostawać w tyle za Fache'em.

- Czy znał pan dobrze Jacques'a Sauničre'a? - spytał kapitan.

- Właściwie wcale go nie znałem. Nigdy się nie spotkaliśmy.

Fache wyglądał na zdziwionego.

- Mieliście się pierwszy raz spotkać dzisiaj wieczorem?

- Tak. Zaplanowaliśmy spotkanie w recepcji Amerykańskiego Uniwersytetu zaraz po moim wykładzie, ale się nie pojawił.

Fache zapisał coś w notesie. Kiedy szli dalej, Langdon kątem oka zobaczył mniej znaną piramidę Luwru - la pyramide inversée - ogromne, odwrócone do góry nogami okno dachowe, które zwisało z sufitu jak stalaktyt. Fache poprowadził Langdona krótkimi schodami w górę aż do wejścia do łukowatego tunelu, nad którym widniał napis: DKNON. Skrzydło Denona było najsłynniejsze z trzech głównych części Muzeum Luwru.

- Kto poprosił o spotkanie? - spytał nagle Fache. - Pan czy on?

Pytanie wydawało się dziwne.

- Poprosił pan Sauničre odparł Langdon, kiedy wchodzili do tunelu. - Kilka tygodni temu jego sekretarka skontaktowała się ze mną przez e-mail. Napisała, że kustosz dowiedział się, że w tym miesiącu będę miał wykład w Paryżu, i chce ze mną coś omówić.

- Co?

- Nie wiem. Przypuszczam, że kwestie związane ze sztuką. Mieliśmy wspólne zainteresowania.

Fache spojrzał na niego sceptycznie.

- Nie przypuszczał pan, o czym będzie rozmowa?

Nie. Kiedy go poproszono o spotkanie, był ciekaw, ale nie czuł się na tyle swobodnie, żeby żądać szczegółów. Powszechnie uwielbiany Jacques Sauničre bardzo pilnie strzegł swojej prywatności i spotykał się z ludźmi rzadko; Langdon był wdzięczny za samą możliwość poznania go.

- Panie Langdon, czy mógłby pan przynajmniej spróbować zgadnąć, na czym ofierze morderstwa mogło zależeć, co Sauničre chciał z panem omówić tego wieczoru, kiedy go zabito? To może nam pomóc.

Obcesowość tego pytania była dla Langdona dosyć krępująca.

- Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić. Nie pytałem. Czułem się zaszczycony, że w ogóle się ze mną skontaktował. Zawsze podziwiałem prace pana Sauničre'a. Często korzystam z jego tekstów podczas zajęć na uczelni.

Fache odnotował to w swoim notesie.

Byli już w połowie drogi przez tunel wejściowy do skrzydła Denona, gdzieś na końcu Langdon widział dwie stojące obok siebie windy, teraz nieruchome.

- Mieliście panowie wspólne zainteresowania? - spytał Fache.

- Tak. Szczerze mówiąc, prawie cały ubiegły rok poświęciłem na opracowanie książki pokrewnej dziedzinie wiedzy, w której pan Sauničre był niezaprzeczalnie ekspertem. Spodziewałem się, że będę mógł zasięgnąć u niego języka.

Fache podniósł wzrok.

- Przepraszam?

Widać zwrot, którego Langdon użył, był niezrozumiały.

- Cieszyłem się, że będę się mógł dowiedzieć, co myśli na ten temat.

- Rozumiem. A cóż to za temat?

Langdon zawahał się, niepewny, jak to ująć.

- W zasadzie rzecz jest poświęcona artystycznym wyobrażeniom Wielkiej Bogini - pojęciu świętości kobiecej oraz związanej z nim sztuce i symbolice.

Fache przygładził swoje czarne włosy wielką jak kotlet dłonią.

- A Sauničre był biegły w tej materii?

- Jak nikt na świecie.

- Rozumiem.

Langdon wyczuł, że Fache nie rozumie, o czym mowa. Jacques Sauničre był uważany za najpoważniejszego znawcę wyobrażeń Wielkiej Bogini. Nie tylko miał osobiste zacięcie i pasję do znalezisk archeologicznych związanych z kultem płodności i Wielką Boginią, z Wicca i sakralnością kobiecą, ale w ciągu dwudziestu lat pracy na stanowisku kustosza Luwru pomógł muzeum w zgromadzeniu największej na świecie kolekcji sztuki związanej z kultem Wielkiej Bogini: labrysów - toporów z najstarszej greckiej świątyni kapłanek delfickich, setek egipskich zapinek Angh, przypominających stojące anioły, grzechotek sistrum, używanych w starożytnym Egipcie do odpędzania złych duchów, niezwykłego zbioru statuetek boga Horusa pielęgnowanego przez boginię Izydę.

- Może Jacques Sauničre wiedział o istnieniu pańskiej pracy? - zasugerował Fache. - I poprosił pana na spotkanie, żeby zaproponować pomoc?

Langdon potrząsnął głową.

- Prawdę mówiąc, nikt jeszcze nie wic o mojej książce. Nie jest skończona i nie pokazywałem jej nikomu oprócz mojego wydawcy.

Fache zamilkł. Langdon nie wspomniał, dlaczego nie pokazał jeszcze rękopisu nikomu innemu. W trzystustronicowym szkicu pod roboczym tytułem Symbole zatraconej świętości żeńskiej proponował doprawdy niekonwencjonalne ujęcia ikonografii religijnej, które zapewne wzbudzą spory.

Teraz, kiedy Langdon zbliżał się do nieczynnych w tej chwili ruchomych schodów, przystanął, zdając sobie sprawę, że Fache nie ma przy nim. Obrócił się i zobaczył, że stoi kilka metrów dalej, koło windy technicznej.

- Pojedziemy tą windą - powiedział Fache, kiedy otworzyły się jej drzwi. - Na pewno pan wie, że galeria jest dosyć daleko.

Chociaż Langdon zdawał sobie sprawę, że podróż windą przyspieszy długą drogę na drugie piętro do skrzydła Denona, nie ruszał się z miejsca.

- Coś nie tak? - Fache przytrzymywał drzwi lekko zniecierpliwiony.

Langdon wypuścił powietrze z płuc i spojrzał tęsknym wzrokiem na ruchome schody. Nie, wszystko w porządku - skłamał sam przed sobą i podreptał do windy. Jako chłopak Langdon kiedyś wpadł do nieczynnej studni i omal nie stracił życia w płytkiej wodzie, zanim go ktoś uratował. Od tego czasu cierpiał na dręczącą fobię zamkniętych przestrzeni - wind, metra, kortów do gry w squasha. Winda to zupełnie bezpieczne urządzenie - powtarzał sobie, ale nie mógł w to uwierzyć. To maleńkie, metalowe pudło wiszące w zamkniętym szybie! Wstrzymał oddech i wszedł do windy, czując dobrze znane uczucie przypływu adrenaliny, kiedy drzwi się za nim zamknęły.

Dwa piętra. Dziesięć sekund.

- Więc pan i Sauničre - powiedział Fache, kiedy winda ruszyła - nigdy się nie spotkaliście? Nigdy z sobą nie rozmawialiście i nie korespondowaliście? Nie wymienialiście poczty elektronicznej?

Kolejne dziwne pytanie. Langdon potrząsnął przecząco głową.

- Nie. Nigdy.

Fache przekrzywił głowę, jakby odnotowując ten fakt w pamięci. Milcząc, patrzył wprost przed siebie na chromowane drzwi.

Kiedy jechali do góry, Langdon starał się skupić myśli na czymkolwiek, byle nie na czterech ścianach, które go otaczały. W odbiciu błyszczących drzwi windy ujrzał spinkę do krawata kapitana policji - srebrny krzyżyk z trzynastoma wtopionymi w niego kawałkami czarnego onyksu. Zauważył to z niejakim zdziwieniem. Ten symbol znany był jako crux gemmata - krzyż z trzynastoma klejnotami - ideogram chrześcijański, symbolizujący Chrystusa i jego dwunastu apostołów. Langdon jakoś nic spodziewał się, że kapitan francuskiej policji będzie tak otwarcie manifestował swoje przywiązanie do Kościoła. Z drugiej jednak strony byli we Francji, a chrześcijaństwo w tym kraju to religia tak powszechna, jak powszechne jest prawo do narodzin.

- To crux gemmata - powiedział nagle Fache. Zdziwiony Langdon podniósł wzrok i zobaczył, że Fache patrzy na niego w odbiciu chromowanych drzwi windy.

Winda zatrzymała się i drzwi się otworzyły.

Langdon szybko wyszedł do holu, chcąc jak najszybciej znaleźć się w szerszej przestrzeni, którą tworzyły słynne wysokie sufity galerii Luwru. Świat, w którym się znalazł, był jednak zupełnie różny od tego, czego się spodziewał.

Zdziwiony Langdon zatrzymał się w pół kroku.

Fache odwrócił się i rzekł przez ramię:

- Rozumiem, panie Langdon, że nigdy nie widział pan Luwru po zamknięciu?

Chyba nie - pomyślał Langdon, próbując zorientować się w ciemnościach.

Zazwyczaj starannie oświetlone, teraz galerie były zadziwiająco ciemne. Zamiast płaskich, białych elementów oświetlenia, które schodzą od sufitu po ścianach w dół, teraz świeciły przytłumione małe żaróweczki zatopione w podłodze, raz po raz rozświetlanej plamami czerwonego światła rozlewającymi się pod stopami.

Kiedy Langdon spojrzał w mroczny korytarz, zdał sobie sprawę, że powinien był się tego spodziewać. W zasadzie wszystkie większe galerie sztuki nocą wykorzystywały czerwone oświetlenie techniczne - umieszczone strategicznie bardzo nisko, nieinwazyjne lampki, które pozwalały obsłudze galerii rozpoznawać korytarze i przejścia, utrzymując jednocześnie obrazy we względnej ciemności, aby spowolnić efekt blaknięcia spowodowany zbytnią ekspozycją na promienie światła. Tej nocy muzeum niemal osaczało i przytłaczało ciemnością. Wszędzie czaiły się długie cienie, a to, co na co dzień jawiło się przed oczami jako pnące się w górę potężne sufity, teraz wydawało się nisko wiszącą czarną pustką.

- Tędy - powiedział Fache, skręcając ostro w prawo i mijając połączone ze sobą galerie.

Langdon szedł za nim, powoli przyzwyczajając wzrok do ciemności. Z lewej i z prawej strony materializowały się z półcieni wielkoformatowe płótna olejne, jak odbitki wyłaniające się z wywoływacza w jakiejś ogromnej ciemni... Kiedy przechodzili przez kolejne sale, śledziły ich oczy postaci przedstawionych na obrazach. Langdon czuł na języku znany smak muzealnego powietrza - suchą, pozbawioną jonów esencję, w której czuło się ledwo wyczuwalny akcent węgla. Produkt przemysłowych regulatorów wilgotności zaopatrzonych w filtry węglowe, które pracowały dwadzieścia cztery godziny na dobę, by przeciwdziałać korozyjnemu wpływowi dwutlenku węgla wydychanego przez zwiedzających.

Umocowane wysoko na ścianach i dobrze widoczne kamery przemysłowe posyłały zwiedzającym bardzo jasny komunikat: Widzimy cię. Niczego nie dotykaj.

Są prawdziwe? - spytał Langdon, gestem głowy wskazując kamery.

Fache pokręcił głową.

- Oczywiście, że nie.

Langdon nie był zdziwiony. Podgląd wideo w muzeum tej wielkości byłby ogromnie kosztowny i nieskuteczny. Gdyby chcieć podglądać setki metrów kwadratowych galerii, Luwr musiałby zatrudnić setki techników tylko po to, by monitorować obraz. Większość wielkich muzeów korzystało teraz z systemu, "bezpieczeństwa przez zatrzymanie". Zamiast nie wpuszczać złodziei do środka, należy ich tam zatrzymać. Urządzenia służące do tego celu włączano po zamknięciu muzeum, gdyby jakiś intruz zdjął ze ściany obraz, podzielone na sektory wyjścia odcięłyby tę galerię, zamykając się wokół niej, a złodziej znalazłby się za kratami, nim pojawiłaby się policja.

Dźwięk głosów odbijał się echem w wyłożonym marmurem korytarzu wyżej przed nimi. Wydawało się, że odgłosy dochodzą z wielkiej niszy leżącej po prawej stronie. Jaskrawe światło wylewało się na korytarz.

- Biuro kustosza - powiedział kapitan.

Kiedy razem z Fache'em podeszli do niszy, Langdon zajrzał w głąb krótkiego korytarza, do luksusowo urządzonego gabinetu Sauničre'a - ściany wyłożone emanującym ciepło drewnem, obrazy starych mistrzów i olbrzymie, liczące ponad sto lat biurko, na którym stała półmetrowej wysokości figurka rycerza w pełnej zbroi. Po pomieszczeniu kręciło się kilku tajniaków, rozmawiając przez telefon i notując coś w notesach. Jeden siedział przy biurku Sauničre'a i pisał coś na laptopie. Wyglądało na to, że osobiste biuro Sauničre'a stało się na tę noc tymczasowym punktem dowodzenia DCPJ.

- Messieurs - zawołał Fache i obecni odwrócili się w jego kierunku. - Ne nous dérangez pas sous aucun prétexle. Entendu?

Wszyscy kiwnęli głowami, że rozumieją.

Langdon nieraz już wywieszał na klamkach drzwi pokoi hotelowych tabliczki z napisem NE PAS DERANGER, więc złapał sens rozkazów kapitana. Fache'owi i Langdonowi miano nie przeszkadzać pod żadnym pozorem.

Zostawiając za sobą małe zgromadzenie agentów, Fache poprowadził Langdona dalej ciemnym korytarzem. Trzydzieści metrów przed nimi wyłaniało się z ciemności wejście do cieszącej się największą popularnością części Luwru - la Grande Galerie - wydającego się nie mieć końca pawilonu, w którym mieściły się najcenniejsze dzieła sztuki włoskich mistrzów, Langdon już się zorientował, że właśnie tutaj leżało ciało Sauničre'a; na zdjęciu z polaroidu widać było jak na dłoni słynny parkiet Wielkiej Galerii.

Kiedy podeszli, Langdon zobaczył, że wejście blokuje potężna stalowa krata, która wyglądała jak krata w średniowiecznym zamku, opuszczana przed niedobitkami obcych wojsk.

- Nowe środki bezpieczeństwa - wyjaśnił Fache, kiedy zbliżali się do kraty.

Nawet w ciemności zapora ze stali wyglądała tak, jakby mogła powstrzymać czołg. Langdon podszedł i zajrzał przez stalową kratownicę do słabo oświetlonych pomieszczeń Wielkiej Galerii.

- Pan pierwszy, panie Langdon - powiedział Fache. Langdon odwrócił się do niego. Pierwszy dokąd?

Fache wskazał gestem na podłogę u podstawy stalowej kraty.

Langdon spojrzał w dół. Nie zauważył tego w ciemności. Była uniesiona na blisko sześćdziesiąt centymetrów, tak że pod spodem powstało wąskie, niewygodne przejście.

- Ten obszar jest wciąż niedostępny dla ochrony Luwru - powiedział Fache. - Ekipa Police Techniąue et Scientifique właśnie skończyła pracę. - Wskazał ręką na otwór pod kratą. - Niech się pan prześlizgnie pod spodem.

Langdon spojrzał na wąską przestrzeń u swoich stóp, w którą miał się wczołgać, a potem na masywną żelazną bramę. On chyba żartuje. Stalowa krata wyglądała jak gilotyna, gotowa w każdej chwili zmiażdżyć intruza.

Fache mruknął coś pod nosem po francusku i spojrzał na zegarek. Potem ukląkł i przesunął pod kratą najpierw masywne ramiona, a potem resztę ciała. Wstał po drugiej stronie i spojrzał na Langdona przez stalowe sztaby.

Langdon westchnął. Położył się na brzuchu, dłonie oparł płasko na wypolerowanym parkiecie i podciągnął się do przodu. Kiedy się przesuwał pod spodem, wewnętrzna część kołnierza z tyłu jego tweedowej marynarki od Harrisa zahaczyła o pręt kraty, a on przywalił w nią tyłem głowy.

Bardzo sprytnie, Robercie - pomyślał, grzebiąc się i ślizgając pod kratą na drugą stronę. Kiedy wstał, zrodziło się w nim podejrzenie, że to będzie bardzo długa noc.

Rozdział 5

Murray Hill Place - nowa kwatera główna i centrum konferencyjne Opus Dei - mieści się przy Lexington Avenue numer 243 w Nowym Jorku. Kosztowała nieco ponad czterdzieści siedem milionów dolarów, ma ponad tysiąc trzysta metrów kwadratowych powierzchni i kształt wieżowca zbudowanego z czerwonej cegły i wapienia z Indiany. Zaprojektowała ją firma architektoniczna Nay & Pinska, w budynku jest ponad sto sypialni, sześć jadalni, biblioteki, pokoje wypoczynkowe, sale konferencyjne i biura. Na drugim, ósmym i szesnastym piętrze znajdują się kaplice zdobione rzeźbionym kamieniem i marmurem. Piętro siedemnaste to piętro wypoczynkowe. Mężczyźni wchodzą do budynku przez główne drzwi przy Lexington Avenue. Kobiety - od strony bocznej uliczki i są "akustycznie i wizualnie oddzielone" od mężczyzn przez cały czas przebywania w budynku.

Trochę wcześniej tego samego wieczoru w ciszy i spokoju swojego mieszkania z widokiem na światła Nowego Jorku biskup Manuel Aringarosa zapakował małą torbą podróżną i włożył zwykłą czarną sutannę. Kiedy indziej nie zapomniałby o purpurowym pasie biskupim, ale dziś wieczór będzie podróżować publicznymi środkami lokomocji i wolał nie przyciągać uwagi swoją godnością. Tylko bystry obserwator mógłby dostrzec pierścień z czternastokaratowego złota z purpurowym ametystem, wielkimi diamentami i ręcznie wykonaną ozdobą w kształcie laski biskupiej. Zarzucił sobie torbę podróżną na ramię, odmówił w ciszy modlitwę i wyszedł z mieszkania, potem zjechał do holu na dole, gdzie czekał kierowca, który miał odwieźć go na lotnisko.

Teraz, siedząc w fotelu samolotu, który odbywał regularny lot to Rzymu, Aringarosa wyglądał przez okno i obserwował ciemne wody Atlantyku. Słońce już zaszło, ale Aringarosa wiedział, że jego gwiazda wschodzi. Dzisiejszej nocy wygramy bitwę - pomyślał zdumiony, że zaledwie kilka miesięcy temu czuł się bezradny w rękach tych, którzy grozili, że zniszczą jego imperium.

Jako prałat Opus Dei, biskup Aringarosa spędził ostatnie dziesięć lat swojego życia, niosąc dobrą nowinę Dzieła Bożego - Opus Dei. Kongregacja założona w 1928 przez hiszpańskiego księdza José Maria Escriva de Balaguer propagowała powrót do tradycyjnych wartości katolickich i zachęcała swoich członków do poświęcania całego życia i pracy Bogu.

Konserwatywna i zainspirowana tradycyjnymi wartościami chrześcijaństwa filozofia Opus Dei oraz sam ruch ma swoje początki w Hiszpanii, jeszcze w czasach sprzed reżimu Franco, ale od chwili publikacji w 1934 roku uduchowionego dzieła José Marii Escrivy zatytułowanego Droga, zawierającego 999 punktów medytacji służącej wdrażaniu Dzieła Bożego w codziennym życiu - przesłanie Escrivy rozprzestrzeniło się w całym świecie. Teraz, kiedy ponad cztery miliony egzemplarzy Drogi krąży po wszystkich kontynentach w tłumaczeniu na czterdzieści dwa języki, Opus Dei wyrasta na ruch ogólnoświatowy. Jego bursy, ośrodki naukowe, a nawet uniwersytety można odnaleźć niemal w każdej większej metropolii Europy i obu Ameryk. Opus Dei jest najszybciej rozwijającą się i finansowo najlepiej prosperującą organizacją katolicką na świecie. Niestety, o czym przekonał się Aringarosa, w czasach cynizmu religijnego, kultów i kaznodziei telewizyjnych, rosnące bogactwo i wpływy Opus Dei prowokowały przeróżne podejrzenia.

- Dla wielu Opus Dei jest ideologicznym praniem mózgów - oskarżają często dziennikarze. - Dla innych jesteście ultrakonserwatywnym tajnym stowarzyszeniem katolickim. Kim właściwie jesteście?

Opus Dei nie jest ani jednym, ani drugim - tłumaczył cierpliwie biskup. - Należymy do Kościoła katolickiego. Jesteśmy zgromadzeniem katolików, którzy wybrali możliwie najbardziej rygorystyczne przestrzeganie doktryny katolickiej.

- Czy Dzieło Boże musi zawierać takie elementy jak śluby czystości, płacenie dziesięciny oraz pokutę za grzechy przez samobiczowanie i noszenie cilice?

- Mówi pan tylko o pewnym niewielkim procencie wyznawców Opus Dei - odpowiadał Aringarosa. - Jest przecież wiele poziomów, na których można się zaangażować duchowo. Istnieją tysiące zwyczajnych członków Opus Dei, którzy są w związkach małżeńskich, mają rodziny i szerzą Dzieło Boże w swoich społecznościach. Inni wybierają życie w ascezie, w murach naszych domów zakonnych. Są to wybory osobiste, ale wszyscy w Opus Dei mamy jeden cel - ulepszanie świata poprzez czynienie Dzieła Bożego. Jest to z pewnością cel wzniosły.

Rzadko jednak udawało się kogoś przekonać argumentami zdroworozsądkowymi. Media zawsze ciążyły w kierunku skandalu, a w szeregach Opus Dei, tak jak w większości ponad miarę rozrośniętych organizacji, było kilka zbłąkanych dusz, których zachowanie rzucało cień na wszystkich pozostałych. Dwa miesiące przed tym wywiadem grupę Opus Dei na uniwersytecie na środkowym zachodzie Stanów przyłapano na podawaniu nowo przyjętym do organizacji meskaliny, by wzbudzić w nich stany euforyczne, które neofici mieli postrzegać jako doświadczenie religijne. Jakiś student uniwersytetu zapinał na udzie nabijany ostrymi kolcami pas cilice na dłużej niż zalecane dwie godziny dziennie i nabawił się śmiertelnej infekcji. Nie tak dawno temu w Bostonie rozczarowany życiem młody bankier zapisał Opus Dei oszczędności całego życia, a potem popełnił samobójstwo.

Zbłąkane owieczki - pomyślał Aringarosa, ogarniając ich serdeczną, współczującą myślą.

Największe zakłopotanie organizacji wzbudził, rzecz jasna, szeroko komentowany w mediach proces szpiega FBI, Roberta Hanssena, który prócz tego, że był prominentnym członkiem Opus Dei, był też, jak się okazało, dewiantem seksualnym, a podczas procesu sądowego ujawniono dowody na to, że zainstalował ukryte kamery we własnej sypialni, by jego koledzy mogli się przyglądać, jak uprawia seks z żoną.

- A takie zachowanie trudno nazwać rozrywką żarliwego katolika - powiedział sędzia podczas rozprawy.

To przykre, ale wydarzenia te zainspirowały powołanie do życia nowej grupy, która obserwuje działalność Opus Dei, znanej jako Sieć Świadomości Opus Dei. Bardzo popularna strona internetowa tej grupy przekazywała przerażające historie opowiadane przez byłych członków Opus Dei, którzy ostrzegali, czym grozi wstąpienie do organizacji. Media mówiły teraz, że Opus Dei to "mafia Boga" i "sekta Chrystusa".

Boimy się togo, czego nie rozumiemy - myślał Aringarosa, zastanawiając się, czy ci krytycy mają w ogóle pojęcie, ile istnień ludzkich wzbogaciło Opus Dei. Organizacja miała pełne poparcie i błogosławieństwo Watykanu. Opus Dei to osobista prałatura papieża.

Jednak całkiem niedawno zagroziła Opus Dei siła nieskończenie potężniejsza niż media... Niespodziewany wróg, przed którym Aringarosa nie potrafił się nigdzie ukryć. Pięć miesięcy temu zatrzęsły się podstawy władzy organizacji, a Aringarosa wciąż nie mógł się po tym ciosie podnieść.

- Nie wiedzą, z kim wszczynają wojnę - szeptał do siebie Aringarosa, wyglądając przez okno samolotu w nieprzeniknioną ciemność oceanu. Przez chwilę jego wzrok spoczął na powierzchni okna i ujrzał odbicie swojej twarzy - o ciemnej cerze, pociągłej, z wydatnym płaskim i krzywym nosem, który kiedyś, gdy był młodym misjonarzem, złamała w Hiszpanii brutalna pięść. Teraz jednak nikt nie zważał na jego fizyczne niedoskonałości. Aringarosa żył zanurzony w świecie ducha, a nie ciała.

Kiedy odrzutowiec przeleciał nad linią brzegową Portugalii, telefon komórkowy w kieszeni sutanny Aringarosy zaczął bezgłośnie wibrować. Mimo że przepisy linii lotniczych zakazują korzystania z telefonów komórkowych w czasie lotu, Aringarosa odebrał telefon, ponieważ wiedział, że jest to rozmowa, której nie może zignorować. Tylko jeden człowiek miał numer tego telefonu, ten sam człowiek, który przesłał telefon Aringarosie.

Podekscytowany biskup odezwał się cicho.

- Tak?

- Sylas zlokalizował klucz sklepienia - powiedział jego rozmówca. - Jest w Paryżu. W murach kościoła Saint-Sulpice.

Aringarosa uśmiechnął się.

- Jesteśmy więc blisko.

- Możemy go zdobyć natychmiast. Ale potrzebujemy twoich wpływów, księże biskupie.

- Oczywiście. Powiedz, co mam zrobić.

Kiedy Aringarosa wyłączył telefon, serce biło mu jak młotem. Raz jeszcze spojrzał w pustkę, w ciemność nocy, czując się jak pyłek w lawinie wydarzeń, które zaczęły się toczyć z jego woli.

* * *

Siedemset kilometrów dalej albinos o imieniu Sylas stał pochylony nad miednicą i ścierał sobie krew z pleców, patrząc, jak w wodzie wirują czerwone wzory. Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję[1] - modlił się słowami psalmu.

Sylas czuł radosne podniecenie - po raz pierwszy od czasów, kiedy skończyło się jego poprzednie życie. Zaskoczyło go to i podekscytowało zarazem. Przez ostatnie dziesięć lat wyznawał Drogę, oczyszczając się z grzechów... Odbudowując życie... Wymazując akty przemocy z poprzedniego życia. Dziś wieczorem to wszystko powróciło jednak jak fala. Nienawiść, którą tak bardzo chciał pogrzebać, została wezwana do apelu. Był zdziwiony tym, jak szybko wróciła przeszłość. A wraz z nią oczywiście jego umiejętności. Trochę przykurzone, ale użyteczne.

Słowo Jezusa to słowo pokoju... Nieuciekania się do przemocy... słowo Miłości. Tego uczono Sylasa od początku i te nauki zachowywał w sercu. Ale wrogowie Chrystusa próbują teraz zniszczyć właśnie te nauki i tę prawdę. Ci, którzy grożą Bogu siłą, będą zwalczani siłą. Niewzruszoną. Jak skała.

Przez dwa tysiąclecia żołnierze Chrystusa bronili wiary przeciwko tym, którzy próbowali ją zniekształcić. Dziś Sylasa wezwano do boju.

Osuszył rany i włożył habit sięgający do kostek. Prosty, uszyty z ciemnej wełny, podkreślał biel jego skóry i włosów. Zawiązał mocniej węzeł na sznurze wokół pasa, założył kaptur na głowę i pozwolił swoim czerwonym oczom podziwiać to odbicie w lustrze. Kości zostały rzucone.

Rozdział 6

Prześlizgnąwszy się pod stalową kratą do Wielkiej Galerii, Robert Langdon miał poczucie, jakby się nagle znalazł u wylotu długiej, głębokiej doliny. Po obu stronach galerii nagie ściany piętrzyły się w górę na ponad dziesięć metrów i znikały gdzieś w ciemnościach. Rzednący blask czerwonych lampek oświetlenia technicznego rozpraszał się, pnąc się ku sufitowi, a lampki rzucały nienaturalne, rudawe światło na imponującą kolekcję obrazów Leonarda da Vinci, Tycjana i Caravaggia, wiszących na umocowanych u sufitu sznurach. Martwe natury, sceny religijne i krajobrazy wisiały tuż obok portretów szlachty i mężów stanu.

Chociaż w Wielkiej Galerii znajdowały się najsłynniejsze dzieła sztuki malarstwa włoskiego, wielu odwiedzających miało uczucie, że jednak największe wrażenie robi na nich jej słynny parkiet. Ułożony z ukośnych dębowych klepek w zadziwiający wzór geometryczny, stwarzał efemeryczne złudzenie optyczne - złudzenie wielowymiarowej sieci, tak że zwiedzającym wydawało się, że płyną przez galerię po ruchomej, zmieniającej się z każdym krokiem powierzchni wody.

Kiedy wzrok Langdona zaczął błądzić po intarsjowanej podłodze, jego oczy nagle zatrzymały się na przedmiocie leżącym kilka metrów na lewo, otoczonym ze wszystkich stron taśmą policyjną, przedmiocie, którego nie powinno tam być. Odwrócił się do Fache'a.

- Czy tam na podłodze, to jest... Caravaggio?

Fache skinął głową, nawet nie patrząc.

Obraz, jak oceniał Langdon, był wart powyżej dwóch milionów dolarów, a tu walał się na podłodze jak stary plakat.

- A cóż to płótno robi na podłodze?

Fache spojrzał na niego niechętnie, najwyraźniej nieporuszony tym faktem.

- To jest miejsce zbrodni, panie Langdon. Niczego nie dotykaliśmy. Płótno zerwał ze ściany kustosz Luwru. Właśnie tak włączył system alarmowy.

Langdon odwrócił się i znów spojrzał na stalową kratownicę oddzielającą korytarz od głównej sali, próbując sobie wyobrazić, co się tu wydarzyło.

- Kustosza napadnięto w jego biurze, uciekł do Wielkiej Galerii i włączył system bezpieczeństwa, zrywając ten obraz ze ściany. Krata natychmiast opadła, odcinając tu wszelki dostęp. To jest jedyne wejście i wyjście z galerii.

Langdon nie zrozumiał od razu.

- To znaczy, że kustoszowi udało się uwięzić napastnika tutaj, w Wielkiej Galerii?

Fache potrząsnął głową.

- Brama systemu alarmowego oddzieliła Sauničre'a od napastnika. Zabójca był po jej drugiej stronie, w holu, i strzelił do Sauničre'a przez kraty. - Fache wskazał palcem na pomarańczowe oznaczenie zwisające z jednej ze sztab na bramie, pod którą właśnie przeszli. - Ekipa daktyloskopijna znalazła osad po prochu i ślad wystrzału. Strzelił przez sztaby. Sauničre zmarł tutaj sam.

Langdon przypomniał sobie fotografię ciała Sauničre'a. Podobno zrobił to sobie sam. Wyjrzał na olbrzymi pawilon rozciągający się przed nimi.

- Więc gdzie jest jego ciało?

Fache poprawił spinkę do krawata w kształcie krzyżyka i ruszył do przodu.

- Jak pan prawdopodobnie wie, Wielka Galeria jest dosyć długa.

Jej dokładna długość, o ile Langdon dobrze pamiętał, wynosiła około trzystu metrów, a to długość trzech pomników Waszyngtona ułożonych wzdłuż jeden za drugim. Szerokość była równie zdumiewająca, mogły się w niej zmieścić bez trudu dwa pociągi pasażerskie. Pośrodku olbrzymiego pawilonu stały co kilkanaście metrów jakieś posągi i kolosalnej wielkości porcelanowe urny, służące jako gustowne oznaczenie linii środkowej, rozdzielające kierunki ruchu zwiedzających.

Fache teraz się nie odzywał. Stawiając energiczne kroki, maszerował prawą stroną z wzrokiem utkwionym gdzieś przed siebie. Langdon czuł, że to trochę jak profanacja przebiegać obok tylu wybitnych dzieł sztuki, nie zatrzymując się nawet na chwilę, aby spojrzeć.

Inna rzecz, że przy tym oświetleniu i tak nic nie dałoby się zobaczyć pomyślał.

Stłumione karmazynowe światło przywiodło niestety wspomnienia z niedawnych przeżyć Langdona w pomieszczeniach Tajnych Archiwów Watykańskich, oświetlanych podobnie nieinwazyjnym światłem. Dziś wieczór była to druga niepokojąca paralela z przygodą w Rzymie, która niemal nie skończyła się dla niego tragicznie. Znów przypomniał sobie Vittorię. Zniknęła z jego snów. Nie pojawiała się tam już od miesięcy. Langdon nie mógł uwierzyć, że Rzym był zaledwie rok temu; czuł, jakby minęły całe dziesięciolecia. Inne życie. Ostatni list od Vittorii otrzymał w grudniu - a właściwie pocztówkę - pisała, że wybiera się na morze niedaleko Jawy, by dalej prowadzić badania nad dynamiką stanów nieuporządkowanych... Coś na temat wykorzystywania satelitów do śledzenia migracji ogromnych morskich płaszczek. Langdon nigdy się nie oszukiwał, że takie kobiety jaki Vittoria Vetra mogłyby prowadzić szczęśliwe życie u jego boku na campusie uniwersyteckim, ale ich spotkanie w Rzymie rozbudziło w nim tęsknoty, których nigdy nawet sobie nie wyobrażał. Jego kawalerskie życie i zwyczajne przyjemności, które takie życie dawało, zostało nagle zepchnięte z prostych torów i pojawiła się niespodziewana pustka - chociaż przez rok rana trochę się zabliźniła.

Szli dalej szybkim krokiem, a Langdon wciąż nie widział ciała.

- Jacques Sauničre dotarł aż tutaj?

- Pan Sauničre został trafiony w brzuch. Umierał bardzo powoli. Może piętnaście lub dwadzieścia minut. Bezsprzecznie był człowiekiem o wielkiej sile fizycznej i duchowej.

Langdon odwrócił się, nie dowierzając.

- Ochrona dotarła tu dopiero po piętnastu minutach?

- Ależ skąd. Ochrona Luwru natychmiast zareagowała na alarm. Okazało się, że Wielka Galeria jest odcięta. Słyszeli przez bramę, że ktoś tam jest, porusza się na końcu korytarza, ale nie widzieli kto. Krzyczeli, ale nie było odpowiedzi, Uznali, że to może być tylko przestępca, i postępowali zgodnie z procedurą. Zadzwonili do Centralnego Biura Śledczego. Byliśmy na stanowiskach w piętnaście minut. Kiedy dotarliśmy na miejsce, unieśliśmy kratownicę, by można się było pod nią przecisnąć, i posłałem sześciu uzbrojonych agentów do środka. Przeczesywali całą długość galerii, żeby przyskrzynić intruza.

- I co?

- Nie znaleźli nikogo. Oprócz... - pokazał palcem jakieś miejsce dalej w wielkim holu. - Niego.

Langdon podniósł wzrok i powiódł za wyciągniętym palcem Fache'a. Na początku sądził, że Fache wskazuje na wielką marmurową rzeźbę stojącą pośrodku. Po chwili jednak zaczął rozróżniać kształty. Coś leżało tuż za rzeźbą. Stojąca trzydzieści metrów dalej pojedyncza lampa na przenośnym statywie była skierowana na podłogę, tworząc rażąco białą plamę jaskrawego światła pośrodku ciemnoczerwonej galerii. W kręgu światła, jak owad pod mikroskopem, leżało nagie ciało kustosza rozciągnięte na parkiecie Luwru.

- Widział pan zdjęcie - powiedział Fache - więc to nie powinno pana dziwić.

Kiedy podchodzili do ciała, Langdon poczuł nagły chłód. Przed jego oczami rozciągał się jeden z najdziwniejszych widoków, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się oglądać.

* * *

Marmurowo białe ciało Jacques'a Sauničre'a leżało na parkiecie w takiej samej pozycji, w jakiej widział je na fotografii. Kiedy Langdon stał, mrużąc oczy w ostrym świetle lampy, przypomniał sobie i uzmysłowił ku swojemu zdziwieniu, że zmarły poświęcił ostatnie minuty życia na ułożenie ciała w ten dziwny sposób.

Sauničre wyglądał na człowieka niezwykle sprawnego fizycznie jak na swój wiek... I cała jego muskulatura była teraz wyraźnie widoczna. Rozebrał się do naga, poskładał ubranie starannie na podłodze i położył się na plecach w samym środku szerokiego pawilonu, dokładnie na długiej osi pomieszczenia. Ramiona i nogi miał rozrzucone na boki jak dziecko, które robi orła na śniegu. Albo może lepiej - jak człowiek, którego rozciągnęła i podzieliła na ćwiartki jakaś niewidoczna siła.

Tuż pod mostkiem Sauničre'a krwawy ślad oznaczał miejsce, gdzie kula przebiła skórę. Rana była mała i prawie nie krwawiła, widać było tylko plamkę zaschniętej krwi.

Lewy palec wskazujący Sauničre'a również był zakrwawiony, bo jak widać, moczył go w ranie, by stworzyć najbardziej niepokojący aspekt swego makabrycznego łoża śmierci; posługując się krwią jak atramentem i własnym ciałem jak płótnem, Sauničre narysował na swojej skórze symbol - pięć prostych linii, które się ze sobą przecinały, tworząc pięcioramienną gwiazdę.

Pentagram.

Gwiazda wyrysowana krwią, której środek wyznaczał pępek Sauničre'a, nadawała ciału złowieszczą, cmentarną aurę. Fotografia, którą przedtem oglądał, mroziła krew w żyłach, ale teraz, patrząc na tę scenę własnymi oczami, Langdon czuł pogłębiający się niepokój.

Sam to sobie zrobił.

- Panie Langdon? - Znów spoczęły na nim ciemne oczy Fache'a.

- To jest pentagram. - Głos Langdona rozległ się dudniącym echem w pustej przestrzeni. - Jeden z najstarszych symboli świata. Rysowano go już cztery tysiące lat przed Chrystusem.

- I co on oznacza?

Langdon zawsze się wahał, kiedy zadawano mu tego typu pytanie. Opowiedzieć komuś, co symbol "oznacza", to tak jak opowiedzieć, jakie uczucie powinna wzbudzać w nim piosenka... A przecież u każdego jest inne. Biała szpiczasta czapka Ku-Klux-Klanu wzbudzała w Stanach Zjednoczonych poczucie nienawiści i rasizm, ale to samo przybranie głowy w Hiszpanii symbolizowało głęboką wiarę religijną.

- Symbole mają różne znaczenie w różnych okolicznościach - powiedział Langdon. Pentagram jest przede wszystkim pogańskim symbolem religijnym.

Fache skinął głową.

- Kult diabła.

Nie skorygował Langdon, natychmiast zdając sobie sprawę, że powinien lepiej dobierać słowa.

Obecnie termin "pogański" stał się niemal synonimem kultu diabła - a to wielkie nieporozumienie. Słowo to pochodzi od łacińskiego paganus, co oznacza mieszkańca wsi. "Poganie" to w dosłownym znaczeniu nieuczeni ludzie ze wsi, wyznający pradawny rolniczy kult Natury i trzymający się z dala od Kościoła, który uczynił ze słowa "wieśniak", paganus, synonim grzesznej, zbłąkanej duszy.

- Pentagram - tłumaczył Langdon - to przedchrześcijański symbol, który wiąże się z kultem przyrody. Starożytni dzielili świat na dwie części - męską i żeńską. Ich bogowie i boginie zmierzali ku równowadze mocy. Jin i yang. Kiedy między pierwiastkiem męskim i żeńskim panowała równowaga, świat żył w harmonii. Kiedy zaś równowaga była zachwiana, świat pogrążał się w chaosie. - Langdon wskazał brzuch Sauničre'a. - Ten pentagram przedstawia żeńską połowę wszechrzeczy - pojęcie, które historycy religii zwą "sakralnością żeńską" albo "boską boginią". Sauničre, jak niewielu, znał to pojęcie.

- Sauničre narysował sobie symbol bogini na brzuchu? Langdon musiał przyznać, że to wydaje się dziwne.

- W bardzo szczególnej wykładni pentagram symbolizuje Wenus - boginię kobiecej miłości cielesnej i urody.

Fache rzucił spojrzenie na nagiego mężczyznę i sapnął.

- Wczesne religie odwoływały się do boskiego porządku przyrody. Bogini Wenus i planeta Wenus były jednym i tym samym. Bogini miała swoje miejsce na nocnym niebie i znano ją pod wieloma imionami - Wenus, Gwiazda Wschodu, Isztar, Astarte - wszystkie te określenia żeńskiej mocy łączyły się z Naturą lub Matką Ziemią.

Fache sprawiał teraz wrażenie jeszcze bardziej skłopotanego jakby z dwojga złego wolał koncepcję kultu diabła.

Langdon postanowił, że nie będzie się dzielił z Fache'em wiedzą o najbardziej zadziwiającej właściwości pentagramu - o graficznych źródłach jego związku z Wenus. Gdy w młodości studiował astronomię, ze zdziwieniem się dowiedział, że raz na osiem lat planeta Wenus przemierza po ekliptyce nieboskłonu linię idealnego pentagramu. Starożytni byli tak zdumieni tym zjawiskiem, że Wenus i jej pentagram stały się symbolem perfekcji, piękna oraz cyklicznych cech miłości cielesnej. W hołdzie magii Wenus starożytni Grecy zastosowali ośmioletni cykl w organizacji igrzysk olimpijskich. W dzisiejszych czasach rzadko kto zdaje sobie sprawę, że czteroletni cykl współczesnych igrzysk nadal odzwierciedla połowiczne cykle wędrówki Wenus. A prawie nikt nie wie, że pięcioramienna gwiazda miała być oficjalnym znakiem olimpiady, ale w ostatniej chwili zmodyfikowano ją - zamieniając jej pięć wierzchołków na pięć przenikających się pierścieni, aby lepiej odzwierciedlić ducha igrzysk, łączność i harmonię.

- Panie Langdon - powiedział nagle Fache. - Rzecz jasna, że pentagram zapewne odnosi się również do diabła. Pokazują to wasze amerykańskie horrory filmowe.

Langdon zmarszczył brwi. Dzięki ci, Hollywood. Pięcioramienna gwiazda stała się teraz najprawdziwszym symbolem kiczu w satanistycznych obrazach o seryjnych mordercach, zazwyczaj wysmarowana krwią na ścianie jakiegoś opuszczonego mieszkania wraz z innymi domniemanymi symbolami demonów. Langdon, oglądając ten symbol w takim kontekście, czuł gniew i zniechęcenie, ponieważ rzeczywiste początki i pochodzenie pentagramu są bardziej boskie niż diaboliczne.

- Zapewniam pana - powiedział - że mimo tego, co ogląda pan na filmach, interpretacja historyczna pentagramu jako symbolu szatana jest nietrafna. Pierwotnym przesłaniem pentagramu jest kobiecość, ale jego symbolika została zniekształcona w ciągu tysięcy lat. I to przy użyciu przemocy.

- Obawiam się, że nie chwytam.

Langdon spojrzał na krzyżyk Fache'a, niepewny, jak ubrać w słowa swoją następną myśl.

- Chodzi o Kościół, panie kapitanie. Symbole są bardzo odporne, ale Kościół katolicki w pierwszych latach swojego istnienia zniekształcił pentagram. Rzym chciał wykorzenić religie pogańskie i nawrócić masy na chrześcijaństwo, a Kościół rozpętał kampanię pomówień przeciwko pogańskim bogom i boginiom, pokazując ich uświęcone symbole jako symbole zła.

- Proszę mówić dalej.

- To rzecz bardzo zwyczajna w czasach niepokojów - kontynuował Langdon. - Nowa, wyłaniająca się władza przeważnie przejmuje istniejące symbole i z czasem degraduje je, by zatrzeć ich znaczenie. W zmaganiach między symbolami pogańskimi a symbolami chrześcijańskimi poganie przegrali; trójząb Posejdona stał się widłami diabła, szpiczasty kapelusz mądrej starej kobiety stał się symbolem wiedźmy, a pentagram Wenus znakiem szatana. - Langdon przerwał. - Niestety, armia Stanów Zjednoczonych również sprofanowała pentagram; jest teraz naszym najważniejszym symbolem wojny. Malujemy go na wszystkich odrzutowcach bojowych i zawieszamy na ramionach generałów. - To wyczerpuje kwestię o bogini miłości i piękna.

- Interesujące. - Fache wskazał głową na ciało ułożone w kształt orła na śniegu. - A jeżeli chodzi o sposób ustawienia rąk i nóg. Jak pan to interpretuje?

Langdon wzruszył ramionami.

- Taki układ tylko wzmacnia odniesienie do pentagramu i do sakralności kobiecej.

Fache zachmurzył się.

- Mógłby pan wyrazić to jaśniej?

- Powtórzenie. Powtórzenie symbolu jest najprostszym sposobem podkreślenia jego znaczenia. Jacques Sauničre ułożył swoje ciało na kształt znaku pięcioramiennej gwiazdy. - Jeśli jeden pentagram coś znaczy, dwa znaczą jeszcze więcej.

Fache powiódł wzrokiem po pięciu wierzchołkach, które tworzyły ramiona, nogi i głowa Sauničre'a, i znowu przyczesał dłonią czarne, błyszczące włosy.

- Interesująca analiza. - Przerwał. - A jego nagość? - Kiedy wymówił to słowo, aż się wzdrygnął, widać było, że odstręcza go widok starzejącego się męskiego ciała. - Dlaczego zdjął ubranie?

Cholernie dobre pytanie - pomyślał Langdon. Cały czas się nad tym zastanawiał, od chwili kiedy pierwszy raz zobaczył zdjęcie zrobione polaroidem. Domyślał się, że naga postać ludzka to jeszcze jeden sposób pokazania Wenus - bogini ludzkiej cielesności. Chociaż współczesna kultura wymazała wiele skojarzeń między Wenus a zjednoczeniem kobiety i mężczyzny, to analityczne oko etymologa wciąż potrafi dostrzec każdy najmniejszy ślad oryginalnego znaczenia Wenus, na przykład w słowie "weneryczny". Langdon postanowił jednak nie zagłębiać się w ten temat.

- Panie Fache, z pewnością nie potrafię wyjaśnić panu, dlaczego Sauničre narysował ten symbol na swoim ciele ani dlaczego w ten sposób się położył, ale mogę powiedzieć jedno, że ktoś taki jak Jacques Sauničre na pewno uważał pentagram za znak bogini. Korelacja między tym symbolem a świętością kobiecą jest dobrze znana zarówno historykom sztuki, jak i specjalistom od symboliki.

- Rozumiem, w porządku. A pisanie własną krwią?

- Widać nie miał nic innego, czym mógłby napisać to, co chciał napisać.

Fache milczał chwilę.

- Sądzę, że pisał krwią, żeby policja mogła zastosować pewne procedury daktyloskopijne.

- Nie rozumiem.

- Niech pan spojrzy na jego lewą dłoń.

Langdon powędrował wzrokiem wzdłuż sinobiałego ramienia kustosza do lewej dłoni, ale nic tam nie znalazł. Niepewny, okrążył ciało i przykucnął, teraz odnotowując ze zdziwieniem, że kustosz ściska w ręce sporej wielkości pisak.

- Sauničre trzymał go, kiedy znaleźliśmy ciało - powiedział Fache, zostawiając Langdona i odchodząc na kilka metrów do przenośnego stołu usłanego przyrządami daktyloskopijnymi, kablami i najprzeróżniejszą elektroniką. - Jak panu mówiłem - kontynuował, szukając czegoś na stole - niczego nie dotykaliśmy. Zna pan ten rodzaj pisaka?

Langdon przyklęknął i pochylił się, żeby zobaczyć oznaczenie firmowe. STYLO DE LUMIERE NOIRE.

Zdziwiony, podniósł wzrok.

Tak zwany pisak znaków wodnych lub czarnego światła to specjalistyczny marker, używany przez pracowników muzealnych, konserwatorów zabytków i policję ścigającą fałszerstwa, do niewidzialnego znakowania przedmiotów. Był napełniony atramentem opartym na alkoholu, niekorodującym i fluorescencyjnym, widocznym jedynie w świetle ultrafioletu. Pracownicy muzealni nosili takie pisaki przy sobie podczas codziennych obchodów i oznaczali nimi ramy obrazów kwalifikujących się do konserwacji.

Kiedy Langdon wstał, Fache podszedł do reflektora i wyłączył światło. Cała galeria nagle pogrążyła się w ciemności.

Langdon przez chwilę nic nie widział i czuł rosnącą niepewność. Sylwetka Fache'a pojawiła się oświetlona jaskrawym fioletem. Podszedł bliżej, trzymając w ręku przenośne źródło światła, które otaczało go fioletową aurą.

- Jak pan wie - powiedział Fache, którego oczy błyszczały w fioletowym świetle - policja na miejscu zbrodni wykorzystuje oświetlenie czarnym światłem do poszukiwania śladów krwi i innych dowodów sądowych. Proszę więc wyobrazić sobie nasze zdziwienie... - Nagle skierował światło na ciało.

Langdon spojrzał w dół i, zaskoczony, cofnął się o krok.

Serce mu zabiło, kiedy dotarł do niego dziwny widok, jaśniejący tuż przed nim na parkiecie. Ostatnie słowa kustosza muzeum, wypisane jego ręką świetlistym pismem, widniały teraz tuż obok jego ciała. Kiedy Langdon przyglądał się pobłyskującemu tekstowi, poczuł, że mgła spowijająca cały ten wieczór zagęszcza się.

Langdon jeszcze raz przeczytał napis i spojrzał na Fache'a.

- Cóż to, u diabła, ma znaczyć?!

Oczy Fache'a płonęły biało.

- To jest właśnie pytanie, monsieur, na które pan musi nam odpowiedzieć.

* * *

Niedaleko stamtąd, w biurze Sauničre' a, porucznik Collet, który wrócił do Luwru, pochylił się nad konsolą radiową ustawioną na ogromnym biurku kustosza, Gdyby nie spojrzenie dziwacznej, podobnej do robota figurki przedstawiającej średniowiecznego rycerza, która wpatrywała się w niego z narożnika biurka Sauničre'a, Collet czułby się komfortowo. Poprawił słuchawki AKG i sprawdził poziom sygnału na wejściu systemu zapisu na twardym dysku. Wszystko działało. Mikrofony funkcjonowały bez zarzutu, a sygnał audio był krystalicznie czysty.

Le moment de vérité - pomyślał filozoficznie.

Z uśmiechem na twarzy zamknął oczy i zagłębił się w fotel, ciekaw dalszej części toczącej się w Wielkiej Galerii rozmowy, którą zaczął nagrywać.



dalej


strona główna
(23kB)