(23kB)
strona główna

 

Zbigniew Nienacki

 

 

 

Dagome Iudex
Ja, Dago

 

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest, więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy Lak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.

 

Księga Grzmotów i Błyskawic rozdział: „O sztuce rządzenia ludźmi”

 

 

Rozdział Pierwszy - Vindos

Czwartego dnia nieśpiesznej jazdy, prowadząc ze sobą konia obładowanego jukami i białego ogiera zdobytego na Sasach, w samo południe, dotarł wreszcie Dago do brzegu wielkiej rzeki, która na jednej z trzech srebrnych tablic,. należących kiedyś do potężnego cesarza Karola, nosiła nazwę Swebskiej albo Viaduy. Potocznie jednak mówiono o niej Rzeka Zapomnienia, ponieważ ludy, jakie za nią żyły, dotąd jeszcze nie weszły do historii. A kogo nie odnotuje historia, ten jak gdyby trwał w pomroce dziejów, był w zapomnieniu. Nie istnieje bowiem coś, co nie zostało nazwane. To zaś, co zostało nazwane może być bliskie a nawet przyjazne, zostać oswojone, opanowane albo zawładnięte. Tak więc nikt nie znał nazw ziem rozciągających się na wschód od Viaduy, nie wiedział ile tam mieszkało ludów, jakie miały obyczaje, w jakich bogów wierzyły; czy posiadały władców, czy też rządziły się każdy po swojemu. Nawet kupcy, przeważnie z państwa Abbasydów, którzy przez owe ziemie jeździli po glesum zwane też gintaras, zresztą rzadko i ostrożnie, wybierając raczej drogę morską przez ocean zwany ongiś Wschodnim, potem Sarmackim, a wreszcie Swebskim (dopóki ich piraccy Ascomannowie nie wystraszyli) - przemykali chyłkiem przez ogromne puszcze i skraje rozległych moczarów, unikając spotkania z ludźmi, bo ani ich mowy, ani zwyczajów nie znali i dlatego na ogół wieści przywozili bałamutne Opowiadano Dagonowi, że cesarz Karol często myślał z niepokojem o owych zapomnianych ludach, obawiając się, że kiedyś dla swej liczby urosną w potęgę i zagrożą państwu Franków. Dlatego zakazał sprzedaży wszelkiej broni na wschód: żelaznych hełmów, kolczug, a przede wszystkim słynnych frankońskich mieczy, wykonywanych nad środkowym Renem. I słał szpiegów. Ale oni albo nigdy nie wracali, albo przynosili sprzeczne informacje.

Mistrz z Akwizgranu, Alkuin, wygrzebał ze starych ksiąg wiadomości, że za Viaduą żyją Neurowie, lud potężny i wilczy, gdyż raz do roku każdy z Neurów miał się zamieniać w wilka, a potem ludzką postać odzyskiwał. Obok Neurów istniał ponoć Kraj Kwen, czyli Kraj Kobiet, dalej mieszkali Androfagowie pożerający ludzkie mięso, Malenchlajnowie, ubierający się zawsze na czarno, łysogłowi Agripajowie i Lssedonowie oraz zamieszkujące w odległych górach kozionogie i jednookie plemiona, które wraz z gryfami strzegły złota. Późniejsze jednak zapiski powiadały, że Neurów można zwać także Sklavinami i dzielą się oni na wiele potężnych ludów. Tedy Karol bez rezultatu walcząc z Omajadami, gdy ujarzmił Sasów, Bawarów i rozbił Longobardów oraz podjął wyprawy przeciw Awarom, niszcząc ich potężne państwo - napotkał wreszcie plemiona Sklavinów, którzy razem z nim przeciw Awarom stanęli do walki. Plemion tych naliczono aż piętnaście: Luczianów, Lemuzów, Liutomirców, Dieczan, Pszowan, Charwatów, Zliczan Dudlebów, Netoliców, Sedliczan i innych, a wśród nich najpotężniejszych - Bohemów i Morawian. Od nich wziął Karol daninę i utworzył na dawnych ziemiach awarskich swoją Marchię Wschodnią, co im się nie spodobało. Zbuntowali się przeciw Frankom i aż dwie wyprawy musiał podjąć cesarz, aby ich uspokoić, co się jednak nie całkiem udało. Kronikarze - pochlebcy zapisali w żywocie Karola, że trybut płaciły i zwierzchnictwo Franków uznały także trzy inne ludy na wschód od rzeki zwanej ongiś Albis, co się wydawało nieprawdopodobnym, ponieważ owe ludy silne związki plemienne tworzyły, jako Sorbowie, Obodryci i Lutycze, zwani także Wieletami lub Wilkami, i faktycznie granica państwa Franków kończyła się na rzece Albis. Tak więc o Sorbach, Obodrytach i Lutyczach coś niecoś już wiedziano, szczególnie w czasach Ludwika Pobożnego, kiedy to przybyli na zjazd do Frankfurtu, aby formalnie uznać władzę Franków. Lecz ziemie tych plemion leżały między rzeką Albis i Viaduą. Co znajdowało się dalej - wciąż nikt nie miał pojęcia, a po śmierci Ludwika Pobożnego, który miał dość trosk od Omajadów i Ascomannów, znikła wszelka zależność także Lutyczów, Obodrytów i Sorbów. Na Morawach zaś zaczął rządzić książę Mojmir, samodzielny władca. Tymczasem Viadua wciąż pozostawała Rzeką Zapomnienia, kryła się za nią tajemnica, a ona zawsze budzi niepokój, a nawet grozę.

Dago ujrzał więc wreszcie Viaduę i stojąc na wysokiej skarpie mógł spojrzeć na rozciągającą się u jego stóp ogromną pradolinę, która ryła ziemię przez setki lat., czyniąc z niej nie kończącą się podłużną nieckę. Wiosenny przybór wód już dawno opadł, główny nurt niebieszczył się gdzieś daleko, osłonięty wierzbami i olchami. Między skarpą a rzeką pozostały duże rozlewiska wody i małe oczka pokryte rzęsą oraz zielona puszysta jak kobierzec płaszczyzna porośnięta sitowiem, trawą i turzycą. Wydawało się czymś niezwykle łatwym zjechać po łagodnej pochyłości skarpy i pognać przez ową zieleń aż do brzegu rzeki, tam napoić konie, dać się im popaść wśród wierzb i olch. Ale Dago pochodził z kraju Spalów, którzy przez wieki żyli wśród bagien i mokradeł, stawiali domy na palach i pływali po rozlewiskach w lekkich łódkach ze skóry żubrów. Wiedział więc, że ta dolina wabiąca zielenią kryła otchłanie; wystarczyło stanąć gdziekolwiek, a koń i podróżnik otwierali pod sobą wciągającą ich na zawsze zdradliwą głębię błota. Tylko człowiek dobrze obeznany z okolicą, jak on był kiedyś w kraju Spalów, mógł bezpiecznie poprowadzić trzy konie niewidocznymi ścieżkami przez mokradła aż do brzegu rzeki, do wierzb i olch, a tam wskazać płytki bród. Lecz jeśli znajdował się gdzieś w pobliżu ów bród, zapewne strzegło go obronne grodzisko Lutyczów. Spotkanie z Lutyczami wymagało zaś ostrożności, okazania pokojowych zamiarów, dogadania się co do opłaty za przejście przez płyciznę. A on był sam z dwoma końmi, jukami pełnymi bogactwa i białym ogierem. Czy nie mogło im przyjść do głowy, że zamiast wziąć myto, lepiej zabić go podstępnie i zabrać dobytek?

Lecz Dago nie musiał działać pospiesznie i mógł dokładnie rozejrzeć się po okolicy. Kraj Spalów leżał po drugiej stronie rzeki, kto wie jak daleko; może o kilkanaście, a może nawet o kilkadziesiąt dni konnej jazdy. Dago nie był pewien, czy w ogóle zdoła tam trafić, skoro pięć lat temu opuścił ów kraj zupełnie innym szlakiem. Nikt tam na niego nie czekał, niczyja twarz nie miała się na jego widok rozjaśnić ze szczęścia radością. W zdradzieckim napadzie Estów zginęli wszyscy jego najbliżsi i tylko on ocalał, ponieważ już wówczas posiadał miecz zwany Tyrfingiem. Nigdy nie zwątpił, że zechce powrócić w rodzinne strony, gdyż wciąż z nową siłą odzywała się w nim pewna straszna choroba zwana Żądzą Czynów, zapadali na nią ci, którzy nosili w sobie krew olbrzymów. Lecz jeśli pięć lat go nie było w tamtych stronach, jeśli nie miał spotkać nikogo bliskiego, co znaczył dzień, tydzień, a nawet miesiąc zwłoki, skoro dopiero spłynęły wiosenne wody i nastała pora zbierania poczwarek czerwia do barwienia tkanin.

Nie spodziewał się pogoni z powodu białego ogiera. Sas, który uciekł ratując własne życie, nie tak łatwo zdoła trafić na ludzi gotowych do pościgu. Przez cztery dni przebył Dago wiele strumieni i za każdym razem długo jechał wzdłuż koryta, aby woda rozmyła ślady kopyt jego koni. Jeśli czegoś się wówczas obawiał, to jedynie strzały wypuszczonej z gęstej puszczy albo oszczepu rzuconego silną ręką, gdyż Lutycze, podobnie jak wszyscy Sklavinowie, nigdy nie stawali do otwartej walki, a napadali z ukrycia. Biały ogier zwracał uwagę w zieleni krzewów i drzew, a samotny wojownik mógł się wydawać łatwą ofiarą. Dlatego starał się omijać gęstwiny leśne i samotne sioła, a także grody i osady obronne, szukając drogi przez łąki i polany, przez skrawki stepów, gdzie z rzadka tylko rosły potężne buki lub dęby. Ale trzeciego dnia musiał jednak zagłębić się w puszczę, która mimo wielu kryjących się w niej niebezpieczeństw, właśnie jemu mogła dać teraz ochronę. Wychował się na mokradłach i w wielkim lesie, jak mało kto znał jego tajemnice. Otaczający go ludzie na ogół bali się tego, co nazywali „szmerem lasu”, czyli dziwnych, a niekiedy niesamowitych odgłosów dolatujących z puszczy; nieliczni mieli odwagę samotnie przemierzać las, a tym bardziej nocować w jego gęstwinie. W lesie mieszkały duchy zmarłych, złośliwe trolle, straszliwi Waldleuten, czyli Leśni Ludzie, a także dzikie zwierzęta, przede wszystkim krwiożercze i nieustraszone wilki. Czy nie zdarzyło się, o czym opowiadano szeroko, że pewnej zimy wygłodzony wilk wpadł nawet do kościoła w Senonais i rzucił się na rozmodlonych ludzi? Dago jednak jeszcze jako dziecko spędził surową zimę zupełnie samotnie w leśnym wykrocie.

Na jego widok, ponieważ był synem Bożym, uciekła groźna wilczyca. U progu młodości zabił Leśnego Człowieka. Puszcza nie przerażała go więc tak, jak innych, „szmer lasu” był dla niego zrozumiały jak ludzka mowa.

Przez puszczę prowadziło kilka dróg porytych kołami wozów kupieckich karawan, ciągnących od czasu do czasu z Zachodu na Wschód, przeważnie do kraju Estów. Wybrał najmniej wyraźną, czyli rzadko uczęszczaną, gdyż nie wiodła chyba do żadnego grodu lub osiedla. Ludzi należało bać się bardziej niż wilków, o czym przekonał się wkrótce. Po kilku godzinach jazdy przed jakimś zakrętem nagle parsknął ostrzegawczo biały ogier i Dago pojął, że wyczuł on albo drapieżne zwierzę, albo też człowieka. Natychmiast zeskoczył z siodła, pozwalając, aby konie szły dalej same, on zaś uzbrojony tylko w okrągłą tarczę i krótki miecz, uskoczył w bok, w krzaki leszczyny. Potem ostrożnie i bezszelestnie dostał się od tyłu poza ów zakręt, właśnie w chwili gdy dwóch ubranych w wilcze skóry wojowników chwytało jego konie za uzdy i z niepokojem rozglądało się za jeźdźcem. Uderzył na nich z zaskoczenia. Dwa razy machnął swoim Tyrfingiem odcinając im głowy. Tak znowu spełniła się klątwa Odyna, na drodze pozostały dwa drgające konwulsyjnie ciała ludzkie. Dago zabrał jedną wilczą skórę, wskoczył na siodło i trzy konie poprowadził dalej przez samo serce puszczy, przez największą gęstwinę, mimo że posuwał się przez to bardzo wolno i przez cały dzień atakowały ich ogromne gzy. „Vind, Vindos” - szeptał wtedy czule do białego ogiera, co w języku Celtów znaczyło „biały”, gdyż jak mówili Sasi, ogier był kupiony od Celtów, tedy celtycka mowa była mu najbliższa.

Jednak biały ogier pozostawał wciąż wrogi. Gdy Dago zbliżał się do niego, ten aż dygotał z gniewu, wyszczerzał zęby i starał się go ukąsić jak wilk albo też podnosił się na tylnych nogach, aby przednimi zmiażdżyć człowieka. Gryzł też pozostałe dwa konie i opornie szedł jako ostatni, uwiązany na długiej lince uczepionej do konia z jukami. Od olbrzymki Zely nauczył się Dago mowy ciała, która była najstarszym z języków i podobno porozumiewali się nią kiedyś ludzie nie tylko między sobą, ale i ze zwierzętami. Przemawiał więc Dago do ogiera łagodnym ruchem dłoni, lekkim pochyleniem i kołysaniem się tułowia, stosował grę spojrzeń i uśmiechów, choć to nie na wiele się zdało. Łamał też dumę białego ogiera wykorzystując jego głód i na każdym postoju karmił go z ręki garściami owsa, który trzymał w jednej ze skórzanych sakw. Czasami wpadał w gniew i wówczas długo obsypywał Vindosa najgorszymi przekleństwami w języku Rhomajów, Franków, Sklavinów i Ascomannów, groził, że poderżnie mu gardło, połamie golenie, w pierś wbije straszliwego Tyrfinga. Czy od tego wszystkiego zmiękło choć na chwilę serce białego ogiera, czy w jego duszy zatliła się odrobina miłości? Tego Dago nie wiedział, a bał się sprawdzić, ponieważ to mogło oznaczać walkę na śmierć i życie. Pokochał Vindosa od pierwszego wejrzenia i pragnął go jak najpiękniejszej kobiety, a kiedy biały ogier ostrzegł go przed niebezpieczeństwem, miłość ta stała się jeszcze silniejsza. A wszystko to być może dlatego, że i jego przez wiele lat, za przyczyną bardzo jasnych włosów i jasnej skóry, nazywano niekiedy Biały. Dopiero potem, z powodu pragnienia władzy, dał się ochrzcić i przyjął imię Dagobert. Ale ponieważ nie ufał Bogu, który pozwolił, aby go zamęczono na krzyżu, kazał nazywać się Dago, co się przyjęła. U Rhomajów, a także wśród Franków wielu było takich, którzy podobnie jak on, znakiem krzyża się żegnali, lecz w głębi duszy wierzyli w swoich domowych bogów.

Vindosa przywiązał na brzegu polany do grubego buka rzucającego głęboki cień. Zdjął juki i siodło z dwóch koni i po łagodnej pochyłości skarpy poprowadził je na dół, do dużego oczka, które miało czystą wodę, bo chyba biło tam źródło. Konie piły chciwie, gdyż dzień był upalny i zmęczyła je droga. Vindos też pewnie czuł pragnienie. Lecz Dago nie zamierzał dodawać mu sił przed czekającą ich walką. Jeśli nie zdoła ujarzmić Vindosa, był zdecydowany go zabić. I tak zbyt długo narażał się na niebezpieczeństwo prowadząc ze sobą białego ogiera, który każdemu musiał wydawać się świętym.

Napojone konie spętał i puścił luzem na trawę wśród młodych brzózek na polanie. Potem jeszcze raz zszedł na dół i zaczerpnął wody do blaszanego kubka. Wyjął z juków kawał jęczmiennego placka, suchego już jak kora drzewna, rozmoczył go w wodzie i zjadł, pamiętając, aby kilka kropel wody i kilkanaście okruchów placka rozrzucić wokół siebie. Ta wypalona polana, ta skarpa wznosząca się nad pradoliną rzeki posiadały zapewne jakiegoś swojego ducha czy bożka i Dago nie chciał mieć w nim wroga.

Nasyciwszy głód zrzucił z siebie skórzany kaftan, odłożył krótki miecz i nagi do pasa, niby to bez żadnego zainteresowania, zbliżył się do Vindosa, który aż zadygotał z nienawiści, czy też trwogi. Najpierw zawiązał mu pętlę na przednie, a potem na tylne nogi. Następnie zarzucił mu na grzbiet siodło, mimo że koń rwał się na lince uwiązanej do buka i chciał go stratować kopytami. Był jednak bezradny w pętach krępujących nogi.

Teraz Dago chwycił krótkie lejce i odwiązał linkę od drzewa. Jednym rzutem ciała, nie dotykając strzemion, znalazł się w siodle. Biały ogier znowu zadygotał, a potem wygiąwszy grzbiet w pałąk, zaczął skakać w miejscu, aby zrzucić z siebie jeźdźca. Biec nie mógł, gdyż nogi miał spętane, więc tylko skakał w górę, coraz bardziej czując uścisk wędzidła. W innej sytuacji Dago rozciąłby więzy na nogach konia i pozwolił mu biec w szalonym pędzie. Ale polana była za mała, a w puszczy, między drzewami, groziło zrzucenie z grzbietu przez jakąś nisko rosnącą gałąź. Zresztą, kto wie dokąd by go poniósł oszalały z wściekłości ogier, nie znajdowali się w przyjacielskim kraju, ale wśród wrogów. Podskakiwał więc Dago na wygiętym pałąkowato grzbiecie ogiera i boleśnie czuł swoje wnętrzności; wydawało mu się, że jeszcze chwila a ustami wyrzuci z siebie dopiero co przełknięte jedzenie.

Było upalne popołudnie, pot pokrył opalone na złocisty kolor plecy Dagona, biała sierść ogiera też pokryła się pianą. Nie napojony - czuł pragnienie i zaczynał słabnąć, ciągle jednak w gwałtownych podskokach rozwiewała się jego gęsta biała grzywa i jasne długie włosy jeźdźca. Ale podskoki stawały się coraz rzadsze i nie tak wysokie. Minęła jednak chyba wieczność, zanim biały ogier wreszcie znieruchomiał, oddychając gwałtownie swoją szeroką klatką piersiową. „Vind, Vindos” - uspokajał go Dago i głaskał po spoconym karku. A potem przemawiał cicho w mowie Spalów:

- Kocham cię jak kobietę. Kocham ciebie jak siebie samego. Będziesz miał brązowe napierśniki, aby nie przebiła cię czyjaś włócznia. Na grzbiet narzucę ci skórzany czaprak, aby cię nie dosięgnął grot strzały. Vind, Vindos…

Dago wierzył, że biały ogier rozumie jego słowa i jego obietnice. Nie chciał łamać jego dumy, pragnął tylko posłuszeństwa i cudownego przeżycia dla mężczyzny, że ma się między udami tak wspaniałe i piękne zwierzę. „Vind, Vindos, kochany” - nie przestawał powtarzać słów jak zaklęcia.

Znieruchomiały ogier wreszcie nisko zwiesił głowę. Czy został pokonany, czy też zdradziecko udawał spokój? Dago zeskoczył z siodła i ostrożnie dotknął różowych chrapów, a potem spróbował zajrzeć w jego niebieskie oczy. Jakże rzadko trafia się ogier albinos. Dla niego Dago zabił już dwóch ludzi. Ilu jeszcze zabije? A może ten ogier wiedział, że mógł być wolny w jakimś chramie i tylko z rzadka zaprzęgany do świętego wozu, aby z ruchu jego nóg, ciała i parskania wróżowie mogli przepowiadać losy ludzi? Może naprawdę nie chciał połączyć swojej doli z pełnym niebezpieczeństw i walki życiem Dagona?

Ogier zaczął oddychać głośno i chrapliwie. Dago wytarł jego spienione boki swoją lnianą koszulą. Dopiero po dłuższym czasie, wciąż spętanego, sprowadził na dół do wody i pozwoli się napić. Gdy wracali pod górę, ogier mógł ugryźć Dagona w ramię, ale tego nie uczynił, Dago odpowiedział mu uśmiechem i pogłaskał po szyi. Na polanie wyjął mu uzdę z pyska i podał z ręki ostatni kawałek jęczmiennego placka, skazując siebie na noc bez posiłku. Potem puścił go, aby mógł skubać trawę między brzózkami na polanie. Ogier pozostawał spętany i nie był w stanie uciec daleko. Zresztą w każdej chwili mógł Dago zrobić arkan i schwytać go, albowiem i ta sztuka nie była mu obcą.

Usiadł na brzegu polany w cieniu grubego buka i przyglądał się trzem pasącym się spokojnie koniom. Uważnie też nasłuchiwał szelestów puszczy; takiemu jak on niebezpieczeństwo groziło zawsze i wszędzie. To stare wypalenisko świadczyło, że kiedyś żyli tutaj ludzie, a gdy ziemia przestała rodzić, przenieśli się gdzieś dalej, ale może niezbyt daleko. Brzegi rzek zawsze przyciągały, a to był kraj wrogich Frankom Wilków.

To z ich powodu, gdy przebył bród na rzecze Albis, natychmiast zdjął z głowy swój hełm, który w mowie Spalów nazywano szlomem, czterema złotymi blachami pokryty i ujęty dołem obręczą z otworami na siatkę z kółek, osłaniającą szyję. Schował hełm do juków, podobnie uczynił z pozłacanym pancerzem Rhomajów i włożył prosty kaftan skórzany. Ukrył w jukach również czaprak i napierśniki konia. Ale nie mógł pozbyć się pozłacanych ostróg i długiego frankońskiego miecza z rękojeścią inkrustowaną srebrem, miedzią i złotem, z pochwą wprawdzie drewnianą, ale z trzewikiem z brązu, misternie zdobionym. Ów długi miecz, dobry do walki z konia, nie bardzo dał się schować między jukami, mimo tego - jak sądził - na pierwszy rzut oka nikt Dagona nie powinien brać za Franka, a co najwyżej za zamożnego Wilka. Tym bardziej że pozostawił sobie tylko krótkiego Tyrfinga w pochwie z lichych lipowych deszczułek okrytych skórą i okrągłą tarczę zwaną szczytem, ponieważ miała ostry brązowy dziób. Tarcza wyglądała skromnie, ale jej drewniane wnętrze wypełniały trzy warstwy cienkiej blachy i guzy z brązu. Tylko ten, kto by tę tarczę wziął do ręki, po jej ciężarze, mógłby podejrzewać, że nie ma miecza ani włóczni zdolnych ją przebić czy rozkruszyć.

Wilki, podobnie jak wszystkie plemiona zamieszkujące na wschód od rzeki Albis, nienawidzili Franków i ich potęgi. Dago nie był Frankiem i nie pragnął ich nienawiści. Dlatego przez cały czas jechał na wschód ostrożnie, unikając spotkania z ludźmi. Nagle zauważył na drodze ślady jeźdźców, trzech jechało na koniach, a jeden koń biegł luzem, gdyż ślad był płytszy. Znajdowali się około pół dnia drogi przed Dagonem; nie chciał ich dopędzić. Ale natknął się niespodziewanie na ich obozowisko wieczorne na małej polanie pod starym dębem. Trzech uzbrojonych mężczyzn siedziało przy ognisku, a obok nich pasły się trzy konie i spętany biały ogier, który wywołał u Dagona kurcz w krtani. Cudowny albinos o wspaniałej białej grzywie, szerokich piersiach, długich wysmukłych nogach stworzonych do szybkiego biegu, ogromnej sile, której można było się spodziewać po mocno rozwiniętych mięśniach pod białą sierścią.

Trzej mężczyźni zerwali się ze swych miejsc i chwycili za miecze, ale Dago zdjął z prawej dłoni skórzaną rękawicę i podniósł rękę na znak, że pragnie pokoju. Usiedli przy ognisku. Dago też usiadł, tylko że po drugiej stronie ognia.

- Dokąd jedziesz, panie? - zapytał go grzecznie wojownik w żelaznym szlomie i z długą rudą brodą. Mówił w języku Sklavinów, jak Wilk, ale akcent miał twardy, teutoński.

Dago poznał go od razu, choć tylko przelotnie i z okna zamkowej komnaty widział go w Ratyzbonie. To był szpieg teutoński. Może król Ludwik Teutoński szykował w tajemnicy jakąś nową wyprawę wojenną, tym razem przeciw Wilkom? Dwaj pozostali milczeli, ale Dago podejrzewał, że też są Sasami, choć nosili tylko skórzane kaftany, a na głowach krowie czerepy z rogami.

- Jadę przed siebie, na wschód - odparł krótko.

- To nie po drodze nam będzie - stwierdził rudobrody. - Kupcami jesteśmy i jedziemy na północ, do Rujanów. Białego celtyckiego ogiera chcemy im sprzedać do świętego chramu.

Kłamali. Nosili miecze i tarcze, byli wojownikami jak Dago. Być może rzeczywiście zamierzali sprzedać białego ogiera do świętego chramu Rujanów, ale przede wszystkim kazano im się rozejrzeć po kraju Lutyczów zwanych Wilkami i przynieść wiadomości o grodach obronnych i drużynach bojowych, o brodach przez rzeki, o szlakach przez puszcze i bagna.

- Jestem wolnym człowiekiem i służby szukam - oświadczył Dago.

Czy mu uwierzyli? Jeśli wysłano ich jako szpiegów, musieli być bystrymi obserwatorami. Zauważyli od razu biedny skórzany kaftan Dagona i to, że nawet hełmu nie miał, tylko gołą głowę z długimi włosami. Jego tarcza wyglądała nędznie, tak samo krótki miecz, który zwyczajem Ascomannów nosił nie u pasa, ale na rzemieniu zwisającym z ramienia. Między jukami na koniu natychmiast chyba dostrzegli długi miecz Franków. I zaraz rudobrody wskazał na niego palcem.

- Sprzedaj go. Widać od razu, że jest roboty Ulfbertha znad środkowego Renu. Piękny frankoński miecz. Zdobyłeś go w walce?

- Tak - skinął głową Dago. - Dam go wam za tego białego ogiera. - On nie jest na sprzedaż.

- Przecież mówiliście, że go prowadzicie do Rujanów, aby go sprzedać. - To prawda. Ale w chramie więcej za niego dadzą niż wart jest miecz frankoński.

- To ogier celtycki? - zapytał.

- Tak. Kupiony od Celtów i po celtycku go zwą Vindos. Jest ujeżdżony, ale jeźdźca niechętnie nosi. Zrzuca i gryzie.

Dago poczuł, że pożąda tego konia całą duszą i całym ciałem, i że musi go mieć, choćby miał stracić swoje bogactwo.

Wstał od ogniska, podszedł do swojego konia i z sakwy przy siodle wyciągnął złoty łańcuch z krzyżem, który wraz z tytułem hrabiego darował mu król Ludwik Teutoński, gdy pokonał jego niepokornego wasala z rodu Nibelungów. Rzucił łańcuch w pobliże ogniska, pod nogi rudobrodemu.

- Aż tyle za ogiera? - wyrwało się jednemu z milczących dotąd wojowników. Jego mowa też była twarda, teutońska.

Rudobrody posłał mu karcące spojrzenie, a potem powiedział do Dagona: - Bogaty jesteś, panie. Czy to złoto?

- Tak.

- Rękojeść miecza też zdobiona złotem. Dużo dobra musisz mieć w swoich jukach. Obrabowałeś jakiegoś możnego Franka? A może sam jesteś jakimś władcą?

- Może - skinął głową Dago. - Pochodzę z Kraju Spalów. - Wiele podróżuję, ale nie słyszałem o Kraju Spalów.

- Bo to bardzo daleko stąd. - W którą stronę?

- Na wschód, panie.

- Tam jest kraj Wendów i Estów. O Estach słyszałem, bo jantarem handlują i niewolnikami. O Wendach zaś, że żelaznej broni nie znają. A może, panie, należysz do jakiegoś plemienia Sklavinów, którzy od „Slova”, to jest błota, imię swoje wzięli? Najbardziej jednak wyglądasz mi na Ascomanna, który lubi grabić.

I zaczął mówić w języku Teutonów, mową starych Sasów, ale Dago udawał, że nie rozumie, choć teutońskiego języka dobrze się nauczył. Chłonął natomiast mowę ciała rudobrodego, spojrzenia jakie rzucał dwóm swoim towarzyszom. Pojmował, że nie myślą mu sprzedać białego ogiera, opanowała ich chciwość. Trzem uzbrojonym wojownikom wydał się łatwym przeciwnikiem. Skąd mogli wiedzieć, że Kraj Spalów należał ongiś do olbrzymów, których stary Hlodr nazywał Gigantami, a to znaczyło, że w Dagonie płynęła ich krew. To olbrzymka Zely nauczyła go walki na krótkie i długie miecze oraz posługiwania się wszelką bronią. Potem miał i innych nauczycieli w mieście Byzisa i na dworze króla Ludwika. Nie zląkł się więc i siedząc po drugiej stronie ogniska tylko nieznacznie przysunął do siebie okrągłą tarczę i położył na rękojeści Tyrfinga. Słuchał jak rudobrody podnieca się do `walki obrzucając Dagona po sasku obelżywymi wyzwiskami i nie drgnął nawet, gdy tamten raptem zerwał się ze swego miejsca i wyciągnąwszy miecz z pochwy postąpił w jego kierunku. Zamachnął się, a wówczas z dołu, z siedzącej pozycji, zadał mu Dago cios Tyrfingiem prosto w brzuch, jednocześnie osłaniając się tarczą. Rudobrody zwalił się na ziemię obok ogniska i wtedy Dago skoczył na nogi i rzucił się na dwóch wojowników, którzy dopiero teraz wstawali z ziemi, ponieważ nie sądzili, że ich udział w walce będzie, potrzebny. Zamachnął się Tyrfingiem i okrytą czerepem krowim głowę odciął od tułowia, krew bluznęła na ognisko. Trzeci zaczął wycofywać się na czworakach, potem podniósł się i popędził w głąb puszczy. Dago go nie gonił. Rudobrody żył jeszcze i leżał skurczony, trzymając się rękami za brzuch. Myślał, że Dago zechce go dobić i coś wybełkotał po sasku, ale zabójca tylko wytarł o jego kaftan swój zakrwawiony miecz. Następnie podszedł do złożonych pod dębem tobołów i rozciął je kilkoma ruchami miecza.

Nie wieźli żadnego dostatku oprócz owsa dla koni i żywności. Biały ogier stanowił całe ich bogactwo. Dago zabrał więc trochę ich żywności do swoich juków, następnie trzem spętanym koniom przeciął sznury na nogach, aby mogły rozbiec się po puszczy i chwycił za kantar białego ogiera. Vindos odniósł się do niego wrogo, starał się wspiąć na tylnych nogach i zmiażdżyć go przednimi. Lecz Dago nauczył się od Rhomajów właściwego obchodzenia z końmi, uczepił się kantara i zdołał nałożyć Vindosowi uzdę. Potem uwiązał go na lince do jucznego konia. Z miejsca walki zabrał tylko dwa frankońskie miecze, należące do rudobrodego i jego towarzysza z uciętą głową.

Kiedy zbliżał się po miecz do Teutończyka, ten go prosił:

- Dobij mnie, panie.

Dago przecząco pokręcił głową.

- Nie dobijam rannych. Mój miecz już otrzymał jedną ofiarę. Może przeżyjesz? A jeśli tak będzie, to powiedz margrabiemu Radborowi, hrabiemu Teodorychowi i komornikowi Meginfrydowi, a przede wszystkim Ludwikowi Teutońskiemu, że to ja zabiłem hrabiego Fredegara, a to dlatego, że z powodu mojej przyjaźni z Karlomanem rozkazał, aby mnie otruto. Ja, hrabia Dago, gnany Żądzą Czynów odchodzę w świat, aby stać się władcą ludów, które kryją się w mroku dziejów.

Gdy skończył mówić, przekonał się, że Teutończyk skonał. Zawstydził się swojej chełpliwości. Wskoczył na konia, chwycił lejce luzaka i prowadząc za nim białego ogiera znowu zanurzył się w puszczę…

A teraz, po czterech dniach od tamtego wydarzenia, siedział oto w cieniu starego buka i odpoczywając po walce z Vindosem patrzył na drugi brzeg Rzeki Zapomnienia, gdzie żyły liczne ludy pogrążone w mroku dziejów. Może rację miała Zely, że w każdym człowieku, w którym płynie krew Spalów tkwi ciągle tęsknota do wielkich czynów? Nie chciał ich śmierci, pragnął tylko kupić białego ogiera. Zgubiła tamtych chciwość i żądza mordu. Ilu wojowników pozostających w służbie wielkich panów i nieustannie toczących z kimś walkę budziło się pewnego dnia z ową żądzą mordu? Od kilku lat drogę, którą kroczył Dago pokrywały trupy zabitych przeciwników. Zabijał, ponieważ musiał to czynić. Zabijał, gdyż w przeciwnym razie to on straciłby życie. Ale przecież zawsze uważał czy nie budzi się w nim owo straszliwe uczucie przyjemności z samego zabijania, dlatego często przeciwnikom okazywał łaskę. Coś silniejszego bowiem już dawno opanowało Dagona. Dziwne, słodkie doznanie, powodujące wrażenie nieustannego nienasycenia - żądza władzy. Ono było silniejsze niż więzy krwi, niż miłość rodzicielska, niż najszczersze przyrzeczenia i poczucie wdzięczności.

Czy pod Fontenoy-en-Pulsaye nie starli się ze sobą trzej rodzeni bracia: Ludwik, Lotar i Karol tylko dlatego, że pożądali cesarskiej korony? Żądza władzy kazała walczyć i zabijać bez litości, nawet żonę, matkę, ojca lub syna, ale uczyła także chować miecz do pochwy i okazywać łaskawość. Pierwszym gestem władcy powinna być pokojowo uniesiona dłoń, gdy druga sięgała po nóż. Tak czynił cesarz Karol. A potem wnukowie rozdarli na części jego ogromną posiadłość, gdyż każdy był chciwy władzy. On, Dago, też zapragnął posiąść białego ogiera, potem rzucił złoty łańcuch. A dopiero później - zabił. Dlatego nie trapiła go śmierć tych Sasów. Człowiek, który chce być władcą musi się nauczyć zapominać o trupach na swej drodze. Władca powinien mieć setki oczu i setki uszu, nawet kamienne mury potrafią mówić o czyjejś zdradzie i czyjejś przyjaźni.

Ktoś doniósł Ludwikowi Teutońskiemu, że Dago umiłował jego krnąbrnego syna, Karlomana, i w największej tajemnicy zawarł z nim braterstwo. Powiedzieli sobie wtedy, że jeśli Karloman zostanie cesarzem, on, Dago, podporządkuje sobie ludy za rzeką Albis i będzie ich królem. Czyjeś usta przemówiły jednak do Ludwika. Dlatego hrabia Fredegar przez piękną mniszkę Rychildę zalecił podać mu truciznę do wypicia. Szkoda więc, że ów Sas umarł z rozprutym brzuchem. Zaniósłby Ludwikowi i Karlomanowi wieść, że Dago, żywy i zdrowy, wyruszył samotnie na Wschód, aby obudzić uśpione ludy i zostać ich władcą, podobnie jak przed laty uczynił to Mojmir. Czy nie do tego przygotowywał go Wielki Koniuszy, Bazyli? Czym były gorsze ludy za rzeką Viaduą od tych, co żyły bardziej na południu i dały się zjednoczyć w Wielką Morawę? Za Viaduą aż po rzekę Visulę drzemało wielu olbrzymów. Któż inny mógł ich obudzić do życia i wprowadzić do historii, jeśli nie on, Dago, syn olbrzyma Bozy z rodu Spalów.

 

Rozdział Drugi - Zely

Długo nie nosił żadnego imienia, aż wreszcie babka powiedziała, że minęło mu siedem lat i nadeszła pora, aby wszedł do świata mężczyzn i otrzymał imię. Być może nawet takie, jakie nosił Dziad, gospodarz całego rodu Zemlinów. Bardzo chciał, żeby mu podcięto jego niemal białe włosy tak długie jak u dziewcząt. Umiał przecież już tak wiele; łowił ryby na kościane haczyki, celnie strzelał z małego łuku i ćwiczył się w trafianiu kamieniem z procy. Babka zaczęła przygotowywać postrzyżynową ucztę, syciła miód, piekła placki z żyta i tuczyła kapłony.

I właśnie wówczas zdarzyło się coś, co odmieniło całe jego życie. Przed ich domem pokrytym strzechą z trzciny, na podwórcu ograniczonym palisadą, tam gdzie grzebały w gnoju kury i kapłony, na oczach wielu mężczyzn z jego rodu - starszy od niego o pięć lat syn brata jego ojca chciał mu odebrać kościany haczyk do połowu ryb. Siedmioletnie dziecko chwyciło starszego o pięć lat chłopaka, podniosło go i rzuciło na ziemię jakby to była drewniana kłoda. Nikt, kto widział nie wydał z siebie okrzyku radości czy zdumienia, twarze mężczyzn i kobiet spochmurniały, a w oczach własnego ojca ujrzał nienawiść. Babka powiedziała, że postrzyżyn nie będzie.

Tego wieczoru słyszał, jak jego ojciec kłóci się z dziadkiem. Ojciec chciał syna zabić, ale zdecydowała wola gospodarza. „Zimą sprzedamy go kupcom za żelazne radło - zdecydował Dziad. - A teraz niech pasie krowy na łące między Czarnym Borem a bagnem, gdzie utopił się Boza.” I chłopiec aż zatrząsł się ze strachu, gdyż - choć w owym miejscu trawa była najbujniejsza - od dawna nikt tam nie pasał, ponieważ w Czarnym Borze zagnieździła się wilczyca. A poza tym Czarny Bór też był strasznym miejscem. Mówiono, że od wieków żaden zwykły człowiek nie ośmielił się wejść w jego gęstwinę. Leżały tam poprzewracane ogromne drzewa, a te, które rosły miały pnie i konary skręcone niczym w wielkiej męce. W środku Czarnego Boru podobno rosło drzewo pałąkowato zgięte ku dołowi, jak łuk napięty, oraz gruby dąb u ziemi rozszczepiony przez piorun. Jeśli ktoś z roku Zemlinów zachorował, jedynie Dziad prowadził go do Czarnego Boru i trzy razy przeprowadzał. pod konarami owego drzewa, przepychał przez rozdarty piorunem pień grubego dębu.

Nazajutrz z dużego stada krów oddzielono trzy najbardziej chude jałówki i kazano chłopcu pognać je na łąkę między Czarnym Borem a bagnem. „Do pierwszych przymrozków mają być tłuste, bo inaczej cię zabiję - oświadczył ojciec. - W domu nie wolno ci się pojawiać. O jedzenie też się musisz sam postarać, jak również o cieplejsze okrycie na nocne chłody. Dlatego daję ci nóż i krzesiwo oraz hubkę.”

Nie pytał za co go spotkała aż tak surowa kara. Dziecko nie miało prawa mówić, jeśli nie zostało zapytane. Dziecko było jak rzecz, jak gliniany garnek, który można rozbić jednym kopnięciem nogi. Może zresztą gliniany garnek był czymś cenniejszym w rodzinie Zemlinów. Dlatego bez słowa wziął swój łuk i kilka strzał z kościanymi grotami zatrutymi jadem z ciemierzycy. Tak jak spał i chodził, w przykrótkiej lnianej koszuli przepasanej sznurem z łyka, pognał jałówki daleko od domu, bo nie miał innego wyboru. Gdyby nie Dziad, ojciec by go zabił, należało zejść mu z oczu.

Pięknie wyglądała łąka o tej porze roku, choć zarazem było na niej strasznie. Trawa rosła aż po pas, pełna żółtego groszku łąkowego i liliowej wyki pnącej się po źdźbłach. Na pagórkach rzucały się w oczy purpurowe koszyczki chabrów, żółte koszyczki pępawy, białe baldachy biedrzeńców. Jałówki żarły trawę, ale w południe, gdy gzy zaczynały im dokuczać, uciekały w cień Czarnego Boru, a tam wejść nie miał prawa zwyczajny człowiek. Wywoływał je stamtąd mały chłopiec słabym cienkim głosem, błagał o powrót, gdyż w gęstwinie drzew mieszkała wilczyca i mogła pożreć którąś z jałówek. Zwierzęta wracały na łąkę dopiero pod wieczór, gnane pragnieniem. Wtedy należało uważać, aby nie utonęły w bagnie, które rozciągało się szeroko aż do płynącej leniwie rzeczki. Do wody było tylko jedno suche zejście, rosły tam łozy i tutaj chłopiec łowił ryby. Z uciętych łóz zbudował też szałas i w nim kulił się podczas chłodnych nocy. Zrobił także kilka oszczepów na swoją miarę, o tak ostro zakończonych końcach, że nawet futro wilka mogły przebić. W szałasie, w zagłębieniu wylepionym zeschniętym błotem trzymał ogień, a raczej żar okryty popiołem. Na skraju Czarnego Boru zbierał suche gałązki i nimi rozpalał wieczorem małe ognisko, piekł ryby i zjadał je niemal półsurowe. Raz udało mu się ustrzelić z łuku młodego zająca, ale prawie połowę mięsa zaniósł na skraj Czarnego Boru, aby zapewnić sobie życzliwość bogów. Odtąd czuł się pewniej i nawet dwa razy ośmielił się zagłębić w bór po swoje jałówki. Boginiom zamieszkującym rzekę dawał codziennie oblatę - puszczał wolno pierwszą złowioną rybę. I przez te kilka dni na owej łące nie zastanawiał się ani nad sobą, ani nad karą jaka go spotkała. Myślał tylko, jak uchronić od złego trzy jałówki ojca. Ale gdy nie trapił go strach o siebie lub o zwierzęta, kładł się na trawie, śledził na niebie krążące myszołowy i słuchał jak krzyczą czajki. Nauczył się też robić sznury z łyka i na noc wiązał jałówkom przednie nogi, trzymając je w pobliżu szałasu. Było mu raźniej, gdy słyszał westchnienia krów, noc wtedy nie wydawała się taka groźna, mimo że w Czarnym Borze naszczekiwały kozły, a ich głos wydawał się nieść jakieś ostrzeżenie czy przestrogę. Nocą rzeka również stawała się bardziej hałaśliwa; wciąż coś w niej pluskało; to najpewniej kąpały się władczynie rzeczne. Nie wychylał się wówczas z szałasu, bo nie chciał zobaczyć nagiej boginki, gdyż to mogło rzucić na niego urok.

Któregoś dnia przyszła na łąkę Miłka urodzona z siostry jego ojca i w koszyku z wikliny przyniosła duży kawał placka z żyta, darowany mu przez litościwą babkę. Miłka była tylko trzy lata starsza od chłopca, ale pod taką samą koszulą rysowały się wypukłe piersi, a kiedy siedziała z rozchylonymi udami, widział, że jej szparkę porastał jasny włos. Dlatego zapewne uważała się już za dorosłą i o wiele mądrzejszą od takiego jak on chłopca.

- Co ze mną będzie? - zapytał.

- Pokazałeś, że jesteś Spalem - oświadczyła. - Przez ciebie umarła twoja matka i odtąd kobieta twojego ojca rządzi w waszym domu. Zresztą twój ojciec nie jest twoim ojcem. Twoim ojcem był Boza.

- Skąd o tym wiesz?

- Urodziłeś się taki duży, że twojej matce pękło krocze i umarła przez ciebie. Teraz wszyscy przypominają sobie, że na długo przed twoim urodzeniem ona wróciła z pola cała podrapana. Mówiła, że uciekła w ciernie przed żubrem. Ale tak naprawdę posiadł ją Boza i napełnił swoim nasieniem.

- Pod Bozą załamał się lód i utonął.

- To się stało już później. Ty pokazałeś swoją siłę, a to znaczy, że w tobie płynie krew Spalów. Takich jak ty albo się zabija w dzieciństwie, gdyż potem z powodu ich siły są ogromne kłopoty, albo sprzedaje się kupcom. Za takiego jak ty można otrzymać dużo cennych rzeczy. Zimą zostaniesz sprzedany.

Któż z nich od wczesnego dzieciństwa nie słyszał przerażających historii o Spalach? Byli to olbrzymi i zamieszkiwali duży ostrów w rozwidleniu bagnistej rzeki. Powoli wymierali - pozostał tylko Boza i jego siostra Zely. Boza nie miał olbrzymki, aby się z nią połączyć, więc włóczył się po bagnach i lasach, zaczajał na kobiety zwykłych ludzi, a potem one rodziły ogromne niemowlęta i umierały podczas porodu. Zrodzeni zaś ze Spalów ludzie nie stawali się olbrzymami, po ojcach dziedziczyli jednak ogromną siłę. Boza utonął zimą na bagnach, gdyż załamał się pod nim słaby lód i pozostała jedynie jego siostra Zely, która też męża sobie znaleźć nie mogła. Ludzie cieszyli się, że Spalowie w końcu wymrą, ponieważ zwykli ludzie coraz liczniej zajmowali kraj olbrzymów.

- Jesteś z krwi Spalów - powtórzyła z przekonaniem Miłka. - Bo czy siedmioletni chłopiec może podnieść dwunastoletniego chłopca i rzucić nim o ziemię jak kłodą drewna? Spójrz zresztą na siebie.

Zadarła mu koszulę i z zachłanną ciekawością popatrzyła na jego przyrodzenie.

- Masz tak dużego jak o wiele starszy chłopak. Chcesz mnie dotknąć tam, gdzie się dotyka dziewczęta? - zapytała.

Nie chciał. Babka ostrzegała go przed młodymi dziewczętami, w których budziła się kobiecość. Nieustannie kłamały, coś wymyślały i podobno nawet mogły rzucić zły urok. Dlatego, kiedy w niektórych rodach panował głód, najpierw zabijano dziewczęta. .

- Jeśli nie zostaniesz sprzedany albo jeszcze kiedyś cię spotkam - powiedziała - będę miała od ciebie dziecko. Duże i silne, choć nie tak duże, żebym rodząc umarła. Chcę, żeby krążyła w nim krew olbrzymów. Zgadzasz się?

- Tak.

- To przysięgnij.

- Nie wiem jak to się robi.

- Złóż przysięgę na tego, który rzuca gromy.

Chłopiec bał się burzy, lękał gromów i przecinających niebo błyskawic. Widział kiedyś jak piorun roztrzaskał wielkie drzewo w lesie, jak zapalił stóg siana na łące. Okoliczne rody, a także Zemlinowie wierzyli, że najpotężniejszym bogiem jest Swaróg - Pan ognia. Dziad modlił się również do Swarogowego syna zwanego Dadźbogiem - Pana słońca. Gdy Swaróg się gniewał, to znaczy „swarzył”, niebo pokrywały ciemne chmury i waliły pioruny. W uroczyste dni i gdy ktoś był chory, Dziad wyciągał z ukrycia podłużny gładki kamień, skamieniały piorun, który nazywano swarogowym prątkiem. Miał on właściwości leczenia bólu głowy i innych chorób. Swarogowego prątka kładziono także w pochwę bezpłodnej kobiety, aby nie spalała w sobie męskiego nasienia i mogła począć dziecko.

- A może chcesz spróbować już teraz? - zapytała cicho, gdy przysięgał na tego, co rzuca gromy i znowu podniosła mu koszulę delikatnie dotykając członka. - Dziad nauczył mnie przyjemnej zabawy. On od dawna zaprasza mnie do swojego łóżka.

Chłopiec poczuł wstręt na myśl o starym. Jego też zapraszał do swojego łóżka i obmacywał mu pośladki, sapiąc i śliniąc się. W takich razach ogarniało chłopca obrzydzenie. Ale Miłka chyba chętnie właziła do łóżka starego Dziada. U Zemlinów zresztą było przyjęte, że ojcowie zabawiali się z własnymi córkami, bracia z siostrami, dlatego, jak pomstowała głośno babka, rodziły im się niekiedy dzieci cherlawe, ślepe, karłowate. To pewnie z tego powodu tak przerazili się jego siły i krwi Spalów, która w nim płynęła. Gdyby mu pozwolili dorosnąć, mógłby rządzić rodem nie wedle wieku i starszeństwa, ale wedle swojej siły.

- Pamiętaj, że złożyłeś przysięgę - powiedziała Miłka odchodząc, gdyż nie wyraził ochoty, aby się z nią zabawiać.

Odtąd wiedział już o sobie wszystko. I natychmiast zaczął wypróbowywać drzemiącą w nim siłę. Najpierw z największą łatwością połamał jak patyczki zrobione przez siebie oszczepy. Musiał sporządzić sulicę z grubego i twardego drzewa, jak dla dorosłego mężczyzny. Potem przekonał się, że potrafi nawet duży kamień rzucić na bardzo daleką odległość. Jeszcze później zdarzyło się znowu coś zadziwiającego: oto z Czarnego Boru wybiegł młody koziołek, a za nim wyskoczyła wilczyca. Natknęła się na chłopca, który był wtedy akurat bez sulicy i nawet bez noża. Chłopiec nie uląkł się wilczycy i zaczął ku niej wołać:

- Jestem synem Bozy. Mam w sobie krew Spalów. Przed Spalami zawsze umykały wszystkie wilki!

Chwycił kamień i rzucił nim w wilczycę. Obnażyła kły i wolno wycofała się w gęstwinę drzew. Chłopiec pojął, że pochodzi naprawdę z rodu Spalów i odtąd już nie bywał głodny. Skoro pochodził z rodu Spalów, nie musiał się bać bogów w Czarnym Borze i tam zaczął polować. Spalowie - jak opowiadano - lekceważyli bogów leśnych. Szanowali jedynie bogów ukrytych w ogromnych głazach. kamień lub głaz, którego nie potrafili ruszyć z miejsca budził w nich szacunek i uznawali w nim istnienie bóstwa.

Mimo że czuł się Spalem, strasznym przeżyciem było dla niego pierwsze wejście: do Czarnego Boru, a potem robienie tam rzeczy surowo zakazanej ludziom: polowania. Czarny Bór był mroczny i już po kilku krokach doznawało się uczucia, że zewsząd czyha w nim na człowieka jakieś nieznane i nieokreślone niebezpieczeństwo. Przerażały dęby, graby, sosny i świerki splątane ze sobą i dziwnie poskręcane. Co krok leżały zmurszałe pnie przewróconych drzew; wystarczyło stąpnąć na któryś z nich, a natychmiast rozsypywał się i aż po pas, . a niekiedy i po szyję, chłopiec zagłębiał się w próchno. Tu i ówdzie zagradzała drogę gęstwina leszczyn i jarzębin, tu i ówdzie otwierały się nieco prześwietlone słońcem polany porośnięte wysokimi paprociami, zasiedlonymi przez żywiące się krwią kleszcze. Zobaczył chłopiec święty dąb rozerwany przez uderzenie pioruna, ujrzał drzewo z obnażonymi korzeniami, które leżało na ziemi podobne do ogromnego pająka. Przedziwne kształty miały stare graby o koronach splecionych jak palce ludzkich dłoni. Czasami Czarny Bór rozbrzmiewał setkami ptasich głosów, czasami raptownie zapadała w nim wielka i przygniatająca cisza. Dzikie zwierzęta - sarny i jelenie, a nawet lisy nie uciekały na widok człowieka, gdyż człowiek od wieków nie wchodził do Czarnego Boru. Zobaczywszy chłopca patrzyły na niego ciekawie i wolno oddalały się w gęstwinę. Niekiedy z wielkim tupotem przedzierało się przez Czarny Bór stado żubrów, a kiedyś chłopiec usłyszał wstrząsający ryk - to chyba wołał tur. W głębokich wykrotach powstałych po wyrwanych przez wichury drzewach gnieździły się setki królików, na nie to głównie zaczął polować i nimi się żywił, aż stał się jeszcze silniejszy, nigdy bowiem już nie cierpiał głodu. Czarny Bór darzył go wszelkim dostatkiem; króliczym mięsem, czarnymi jagodami, malinami, a potem orzechami. Bogowie Czarnego Boru uznali w nim Spala i okazywali łaskawość- Zawsze zresztą dzielił się z nimi wszystkim, co uzyskał - każdą cząstką jedzenia. Czarny Bór pozwolił mu przetrwać aż. do pierwszych przymrozków.

Miłka już więcej nie przyszła do niego na łąkę i do szałasu. Jesienią, gdy utuczone jałówki przygnał do domu, dowiedział się, że darowano ją wojownikowi władcy Lendiców, który rządził za rzeką i bagnami. Ów wojownik -jak mu powiedziano - przybył od władcy Goluba Popiołowłosego i zażądał od Zemlinów, aby ich ród oddał się pod jego panowanie. A to znaczyło co jakiś czas wysyłanie trzech młodych mężczyzn do wojennej drużyny księcia albo do pracy przy budowie grodu dla władcy. Dziad nie chciał się na to zgodzić, powiedział, że urodził się wolnym i dlatego innego gospodarza poza sobą nigdy nie uzna. Wojownik zaproponował mu okup; teraz młodą kobietę, jesienią zaś pięć worków owsa i tyle skór bydlęcych, ile koń uniesie. Zabrał Miłkę, a zimą po -namarzniętych bagnach przyjechało na koniach aż pięciu wojowników z trzema luźnymi końmi. Zemlinowie koni nigdy nie hodowali, tylko krowy i woły potrzebne do orki. Z podziwem i lękiem przyglądał się Biały - bo tak go teraz nazwano - owym mężczyznom. Byli wyżsi i silniejsi od Zemlinów. Nosili żelazne szlomy na głowie, tarcze i miecze u pasa, Zemlinowie posługiwali się tylko nasiekańcami. Załadowali na luźne konie worki z owsem, dwa worki prosa i tyle skór bydlęcych, ile koń zdołał unieść. O Miłce nic nie powiedzieli, zresztą ta sprawa nikogo nie interesowała. Dziad był szczęśliwy, gdyż pozostał wolny i on, i jego ród. Ale chłopiec pomyślał, iż postąpił głupio, bo przecież słyszał kiedyś, że aż dwa razy napadali na nich zimą od północy uzbrojeni we włócznie Estowie. Ród Zemlinów musiał się przed nimi samotnie bronić przy pomocy swoich nasiekańców, dlatego wielu zginęło. Estowie mieli tylko łuki i włócznie, władca Golub Popiołowłosy mógł dać Zemlinom żelazne miecze i tych pięciu wojowników dla ochrony przed Estami. Albo nawet wspólnie z Zemlinami uczynić wyprawę na północ, na Estów, pomścić ich zdradzieckie napady, przyprowadzić ich bydło. Czy wolność, o której wspominał Dziad warta była ciągłego strachu przed Estami?

Tej zimy kupcy nie przybyli i chłopiec nie został sprzedany. Nauczył się ostrożności, unikał spotkania z ojcem, nie okazywał nikomu swojej mocy, oszukiwał, udając, że nawet wiadro z wodą jest ponad jego siły. Łudził się, że może wiosną zrobią mu postrzyżyny, przestaną wierzyć w płynącą w jego żyłach krew Spalów. Niestety, nikt mu nie uwierzył i zimą, zamiast w domu koło ognia, kazano mu sypiać w szopie z krowami. Nie dawało się bowiem ukryć, że jest wyższy niż inni chłopcy w jego wieku i ma bielsze od innych włosy. Spalowie zaś byli bardzo jaśni.

Wielkie zaspy śniegu otoczyły palisadę i zamknęły w niej trzy duże domy mieszkalne i dwie długie szopy na bydło. Zamarzły bagna i rzeki. Zima była długa i ciężka. W lnianej koszuli można jakoś przeżyć w mrocznej komorze domu, gdzie okna zakryto skórami, a na polepie, ogrodzony kamieniami, dzień i noc płonął ogień. Dym snuł się wolno po całym wnętrzu, szukając otworu w szczycie. Na wysokości głowy dorosłego mężczyzny stawał się tak gęsty, że gryzł w oczy i łzy wyciskał. Ale bliżej ognia i niżej łatwiej dawało się oddychać, zaś przy ognisku - było ciepło. A jeszcze cieplej na drewnianych narach pod skórami owiec. Kobiety przędły len albo owczą wełnę, stukało krosno oświetlone specjalną żagwią umieszczoną w uchwycie daleko od drewnianej ściany. Na ognisku przez cały dzień stały gliniane garnki, a w nich gotowano strawę, przeważnie kaszę z prosa, do której dodawano kawałki wędzonej albo suszonej świniny. Raz na tydzień pieczono placki z żyta umielonego przez żarna. Tylko że w domu nie było miejsca dla syna Spala, dla obcego. Tak zarządził gospodarz rodu, Dziad, który już ledwo chodził, ale przecież do niedawna jeszcze z dziesięcioletnią Miłką jakoś się po swojemu zabawiał.

Chłopak zaszył się w ogromną kopę siana zgromadzonego pod dachem, na drewnianych drągach nad krowami. Nie było mu zimno, często jednak odczuwał głód, ponieważ bywały dni, że o nim zapominano i nikt nie przynosił mu żadnej strawy. A przecież w koszuli i boso nie mógł pójść nawet na połów ryb w przerębli, skoro wszędzie śnieg pokrywał ziemię, mróz już po chwili czynił bose stopy jak z drewna. Całe dnie i noce słuchał więc jak memlą pokarm pyski krów i z pluskiem spadają na gnój ich odchody. Od ciał zwierzęcych i odchodów ciepło szło ku górze i mógł jakość przetrwać skulony w sianie. Gdy bywał głodny, nasłuchiwał każdego dźwięku, to od domu, czy nie niosą mu jedzenia, to od rzeki, czy nie jadą kupcy. Chciał, aby się zjawili i go zabrali. Może dostałby od nich jedzenie i cieplejsze ubranie? Może i buty z plecionego łyka albo uszyte ze skóry. Wiedział, że bez żalu opuści tę wioskę między bagnami, bo czuł się tu obcy. Dziad nie był jego dziadem, ojciec ojcem, nie miał prawdziwych sióstr i braci.

Któregoś dnia zaczął pleść z żytniej słomy długi warkocz. Najpierw owiązał sobie nim stopy i nogi. I było mu cieplej. Potem uplótł jeszcze jeden warkocz, owinął nim plecy i piersi, i robiło mu się jeszcze cieplej. Ale nieustannego głodu tym nie zaspokoił.

Nie pokazywał się na oczy, więc ludzie z rodu Zemlinów jakby zapomnieli o jego obecności. Niemal każdego dnia jakaś para właziła na siano i parzyła się z sobą. Ich stękania, sapania, pojękiwania i dziwaczne ruchy, które wykonywali, nie budziły w chłopcu ani ciekawości, ani wstrętu czy obrzydzenia. Od maleńkości widywał jak byk pokrywa jałowicę, a knur maciorę; podobnie mężczyzna musiał napełnić nasieniem kobietę, aby urodziły się dzieci. Wszystkie istoty żywe musiały się łączyć w celu rozmnożenia, była to więc czynność oczywista i naturalna. Niejednokrotnie, w izbie słabo rozświetlonej blaskiem księżyca przenikającego przez rybie pęcherze w oknach, obserwował, jak jego ojciec wpycha nabrzmiały członek w wypięty, obnażony zad macochy. Nie zastanawiał się chłopiec czy to sprawia im przyjemność, czy też robią to z konieczności posiadania potomstwa. Dopiero tutaj, w sianie nad oborą, owej surowej zimy, gdy został wypędzony z domu, po raz pierwszy odniósł wrażenie, że ta dotąd tak zdawałoby się naturalna czynność kryje w sobie jakąś tajemnicę. Mężczyźni i kobiety, którzy włazili na siano, czynili to skrycie; twarze kobiet były rozpalone mimo mrozu na zewnątrz i chłodu w oborze, a mężczyźni aż dygotali i dzwonili zębami od przenikającego ich dziwnego uczucia. Niektórzy wyglądali jak półprzytomni i oczadziali albo pijani. Dłonie mężczyzn wślizgiwały się pod suknie kobiet, zadzierały je do góry, a one od owych dotknięć aż pojękiwały rozkosznie rozchylając uda lub powoli poruszając tyłkami. Niejednej po udach ciekł śluz i wtedy zamiast woni siana czuł nieprzyjemny mdlący i przenikliwy zapach. Kładły się na sianie, a mężczyźni wyciągali ze spodni twarde prącie z czerwoną główką, kładli się na kobiety i wpychali członek w ich pokryte futrem krocza. Kobiety stękały z rozkoszy, mężczyźni coraz szybciej wyjmowali i wpychali członek w krocze; ich sapanie stawało się coraz głośniejsze aż wreszcie niemal z jękiem opadali na obnażone ciała kobiet i na jakiś czas nieruchomieli. Potem chłopiec wyczuwał nozdrzami zapach ich nasienia podobny do woni zerwanego świeżo młodego sitowia.

Pewnego razu, gdy od dwóch dni nic nie jadł, na strych zakradła się jego macocha i jej rodzony brat: Chichocąc wdrapała się na siano, zadarła spódnicę i wciąż chichocąc rozłożyła swoje białe uda. Jej brat zaraz ją pokrył, a jego goły zad bardzo długo poruszał się rytmicznie. Potem on zszedł na dół, podciągając portki, a ona mimo zimna zasnęła na sianie z rozłożonymi szeroko białymi udami. Za cudzołóstwo kobietę karano u Zemlinów śmiercią. Za parzenie się z własnym bratem - tym bardziej powinna była umrzeć. Ale gdzie kobiety Zemlinów mogły smakować obcych mężczyzn, jeśli od innych wiosek odgradzały ich bagna i rzeki? Czy nie mówiła Miłka, że nawet stary Dziad z własną wnuczką się zabawiał? A babka twierdziła, że z takich związków rodzą się słabowite karły. Może to więc nie on był aż tak silny i duży, ale oni słabi i cherlawi?

Wziął do ręki nóż i usiadł między rozrzuconymi udami żony ojca. Mdliło go od zapachu jej pochwy, cierpliwie jednak czekał aż się obudzi. A gdy otworzyła oczy i spojrzała na niego, pojęła, że ten mały chłopiec o niepospolitej sile gotów jest ją zabić za cudzołóstwo.

- Dam ci swoją wełnianą chustę - wyszeptała przerażona.

Z innym chłopcem w jego wieku poradziłaby sobie mimo noża, który miał w ręku. Ale o nieludzkiej sile tego chłopaka słyszała przez całe lato i całą jesień. - Dasz mi chustę i przyniesiesz gorącej strawy - zażądał.

- Nie powiesz nic swojemu ojcu? - upewniała się.

- Moim ojcem był olbrzym Boza - odparł dumnie.

Zaszył się w swojej norze w sianie, owinął głowę i ramiona ciepłym szalem. Nazajutrz rano przyniosła do szopy parującą glinianą miseczkę z ugotowanym prosem. W milczeniu wstawiła ją do koryta i uciekła z szopy. Chłopiec zaraz zaczął złazić na dół, ale nim tego dokonał, czerwony byk swoim grubym ozorem już wylizał z miski całą kaszę. Chłopiec wdrapał się na górę i zapłakał z głodu i żalu, z poczucia obcości i niesprawiedliwości losu. Płakał długo, bo w płaczu nie znajdował żadnej ulgi. Przestał płakać, gdyż zaciekawiło go głośne stękanie byka. Zwierzę jęczało jak umierający człowiek, potem padło na kolana i wieczorem skonało. Ta kasza była zatruta jadem do smarowania bełtów strzał. I tego wieczoru mały syn olbrzyma Bozy pojął, że kobiety noszą w swoim sercu zdradę, nie wolno od nich przyjmować darów, nawet wody, zanim jej same nie pokosztują. W wiele lat później ta wiedza uratowała mu życie, wtedy to zabił hrabiego Fredegara i uszedł na Wschód.

Nadeszła mroźna noc. Chłopiec wiedział, że nikt nie uwierzy jego słowom o tym, że to żona ojca otruła ich byka. Dziad każe chłopca zabić dla przebłagania bogów, którzy strzegli stada. Wydobył więc z nory w sianie wszystkie swoje skarby: żelazne krzesiwo, krzemień, łuk i strzały, sulicę ciężką jak dla dorosłego mężczyzny. Owinął głowę i ramiona wełnianą chustą macochy i w swych butach ze słomianych warkoczy wyszedł z szopy na mróz.

Nikt nie pilnował bramy w ostrokole ogradzającym wioskę. Odemknął ją i po skrzypiącym pod nogami śniegu ruszył w stronę Czarnego Boru. Szedł i szedł, gnany głodem i obawą przed Zemlinami. Postanowił, że jeśli w Czarnym Borze przeżyje zimę, wiosną odnajdzie dwór Spalów i olbrzymce Zely powie: jestem synem Bozy. Tylko czy mu uwierzy? Zresztą nic nie wiedział o obyczajach Spalów. O olbrzymce Zely opowiadano, że po wioskach porywała młodych chłopców i pożerała ich żywcem, najpierw odgryzając im członek.

Śnieg był głęboki. Nad głową miał rozgwieżdżone niebo, ale nieco odmienne od widywanego do tej pory. Tej nocy dziwnie jasno świeciła gwiazda, którą nazywano Zwierzęcą, gdyż nocami dawała blask zwierzętom leśnym: „To dla mnie zabłysła tak bardzo mocno, abym nie zgubił drogi do Czarnego Boru- pomyślał. I od tej chwili pokochał tę gwiazdę, uznał ją za swoją własność i zawsze jej szukał na nocnym niebie.

Z trudem dotarł wreszcie do skraju lasu i wszedł w głąb, kierując się do ogromnego drzewa, które na podobieństwo wielkiego pająka grubymi korzeniami trzymało swój pień nieco ponad ziemią. Pod jego korzeniami, w głębokiej jamie siedziała latem wilczyca z małymi. Czy mieszkała tam jeszcze, skoro już wychowała małe? Zimą wilki zbierały się w stada i goniły po polach i lasach. wilczyca zapewne przyłączyła się do nich.

Norę zasypał śnieg i nigdzie nie dostrzegł śladów wilczych łap i śladu ich ucztowania. Wygarnął śnieg z nory, wlazł tam i poczuł się bezpieczny. O brzasku usłyszał w pobliżu krakanie wron. Napiął cięciwę łuku i za pierwszym strzałem ubił czarnego ptaka.

Spróbował rozpalić ogień, ale iskra krzemienia nie potrafiła rozżarzyć wysuszonego grzyba, huby. Rozplątał trochę warkocza, którym osłaniał piersi, rozkruszył słomę i dopiero koło południa udało mu się wzbudzić płomień. Wtedy nazbierał suchych patyków i pod grubymi konarami rozpalił ognisko. Pożarł na wpół zwęgloną wronę, choć jej mięso było wstrętne, suche i gorzkie. Poczuł sytość i senność, ale nie poddał się słabości. Najpierw naciął gałęzi do ognia, potem kolczastej tarniny. Zasłonił nią wejście do wilczej nory i to spał, to czuwał pilnując ogniska.

Tego dnia i w dni następne, kiedy zdołał nawet upolować sarnę i tak naprawdę nigdy już nie był głodny, pojął, że ogień jest święty, daje ciepło i daje strawę, a tym samym życie. Co rano, rozdmuchując żar ukryty w popiele, kłaniał się pierwszemu płomykowi, który zaczynał pożerać suchy badyl. Kochał swego obrońcę i żywiciela - Swaroga. A gdy którejś nocy podeszło pod jego drzewo stado wilków i usłyszał ich charkot i wycie, wziął do ręki płonącą gałąź i wyszedł z nią na śnieg. Zamachnął się płomieniem i wilki uciekły, a on śmiał się głośno gdyż znowu czuł się Spalem, którego broni bóg Swaróg.

W kilka dni później śnieg zaczął topnieć, słońce pokazywało się coraz częściej i mocno grzało. Chłopiec zauważył, że od ciągłej sytości jego ramiona i uda zgrubiały od tłuszczu. Dokuczały mu tylko wszy i pchły, które w norze pozostały po wilczycy, a może też mieszkały w wełnianej chuście macochy. Chłopiec czochrał się bez przerwy, od drapania miał rany, które zaczynały ropieć. Dlatego pewnego ciepłego dnia rozebrał się do naga i całą odzież zaniósł do rzeki, nakrył ją kamieniem, aby utopić robactwo. Biegiem wrócił do swojej nory, bo choć już nadeszła wiosna, nocami jeszcze powracały mrozy. Rozpalił duży ogień i nagi grzał się przy nim, szczęśliwy, że nic go nie gryzie. W słoneczne południe wyskoczył nago po chrust. Przyniósł kilka gałęzi, połamał je i grzejąc plecy w blasku słońca kawałki drewna wrzucał w ogień przy wejściu do swojej nory.

I wtedy jak gdyby ogromna chmura zasłoniła słońce. Obejrzał się przekonany, że nadchodzi pierwsza wiosenna burza. Lecz zamiast chmury ujrzał postać olbrzymiej kobiety w krótkiej spódnicy i o gołych długich nogach obutych w sandały. Była tak wielka, że jej głowa porośnięta jasnymi włosami zdawała się sięgać korony drzew w lesie. I była tak piękna, że krtań chłopca ścisnęła nieznana dotąd tęsknota oraz poczuł w sobie cudowne ciepło, które potem nauczył się nazywać miłością.

- Jestem Zely - powiedziała, a głos jej zabrzmiał tak potężnie, że aż zerwały się ptaki z pobliskich drzew.

- Nie mam imienia. Jestem synem Bozy - odrzekł śmiało chłopiec, nie bał się bowiem tej ogromnej kobiety.

Pochyliła się ku niemu patrząc ciekawie. Nagle chwyciła go w swoje potężne dłonie, ale tak delikatnie, jak chwyta się rannego ptaka. Podniosła go wysoko aż do swoich oczu, przyjrzała się jego długim włosom, rysom twarzy. Później jeszcze wyżej go uniosła i obejrzała jego przyrodzenie, do którego na chwilę przylgnęła swoimi wargami. Chciał krzyknąć z przerażenia, bo przecież znał opowieści o olbrzymce Zely, że żywi się małymi chłopcami. Lecz ona go tylko pocałowała w członek i postawiła na ziemi.

- To pewne, że jesteś synem mojego brata, Bozy - stwierdziła. - Masz bardzo jasne włosy, jego oczy i jego rysy twarzy. I to na dole też masz większe niż inni chłopcy twojego wzrostu. Dlaczego jednak jesteś nagi, brudny i podrapany? Co robisz w Czarnym Borze?

Nawet gdy usiadła obok niego na ziemi, jej twarz górowała nad nim bardzo wysoko. Dopiero teraz zauważył, że miała z sobą maczugę trzy razy większą od niego. Drewno maczugi zawierało krzemienie i ostre kawałki żelaza. Chyba bardzo długo robiono tę broń, najpierw wybrano odpowiednio młodego buka, nabito w niego ostre krzemienie i kawałki żelaza, a następnie co najmniej dziesięć lat czekano aż miąższ drzewa obrośnie obce ciała i wtedy drzewo ścięto, obrobiono go tak, by dobrze tkwiło w dłoni. Maczugi Zemlinów były bardzo małe w porównaniu z maczugą Zely.

Ile masz lat? - zapytała.

- Teraz minęła moja ósma zima. - To dlaczego nie masz imienia?

Opowiedział, co go spotkało, kiedy pokazał swoją siłę. A także o tym, że nie pozwolono mu mieszkać w domu z innymi, lecz żył w sianie. I o tym jak go chciała otruć macocha, a on uciekł zimą, gdyż bał się, że go zabiją z powodu śmierci byka.

- Boza zginął sześć lat temu, ty zaś masz osiem. Wiele zwykłych kobiet zapłodnił w tej okolicy mój brat i dość często jego dzieci zabieram na swój dwór. Ciebie też wezmę do siebie, a gdy urośniesz, pójdziesz w świat, aby poszukać dla mnie jakiegoś olbrzyma na męża. Wiem, że nie znajdziesz - westchnęła, owiewając mu twarz gorącym oddechem, który pachniał syconym miodem. - Obecnie na świecie trudno o olbrzyma. Rodzą się same karły.

- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? - odważył się zapytać.

- Spalowie są myśliwymi i rybakami. Zima to dobra pora do polowań, bo z futra nie wyłażą potem włosy. Zimą i wczesną wiosną przemierzam te okolice. Zauważyłam, że nad Czarnym Borem unosi się smuga dymu. Zdumiało mnie to. Nikt poza Spalami nie ośmiela się tu wchodzić z lęku przed leśnymi bogami.

- To dobrze, że przyszłaś. To dobrze, że mnie weźmiesz do siebie - wyszeptał i sam nie wiedząc dlaczego, nagle bardzo mocno przytulił się do olbrzymki.

Miała na sobie kaftan ze skóry łosia. Rozpięła go, pod nim nosiła lnianą koszulę, i też ją rozpięła, obnażając bardzo białe ciało i piersi tak ogromne, jak bochny żytniego chleba. Chłopcu wydało się, że płoną żarem, ogarnął go zapach jej skóry, jak mu się zdawało, przesyconej wonią dzikich zwierząt. Wcisnął się między te ogromne piersi i aż załkał ze szczęścia, bo od dawna do nikogo się nie tulił ani nikt go nie ogrzewał własnym ciałem.

- No, cicho, cicho - szeptała Zely. - Nie płacz, synu Bozy. Czuję, że jesteś spragniony miłości.

Zdjęła z siebie krótką pelerynkę uszytą z wielu skór lisich, owinęła nią nagiego chłopca, posadziła go sobie na lewym ramieniu, prawą ręką chwyciła maczugę i pomaszerowała do wioski Zemlinów.

- Nie mogę cię zabrać bez zgody twojego rodu, synu Bozy - tłumaczyła. - Jeszcze może spotkasz się z Zemlinami. Nie wolno im będzie traktować cię jako swoją własność, próbować zabić lub sprzedać. Muszą wiedzieć, że stałeś się Spalem.

Ze strachu przed Dziadem chłopiec wlazł niemal na kark Zely i schował się pod strzechą jej rozwianych na wietrze jasnych włosów. Miał wrażenie, że ukrył się w sitowiu, gdyż tak pachniały.

Jednym kopnięciem rozwaliła bramę w palisadzie ogradzającej wioskę i znalazła się na podwórcu. Cały ród ukrył się po domach i szopach. Tylko stary Dziad ośmielił się wyjść na przyzbę. Zely go znała, a i on chyba niejednokrotnie zetknął się z olbrzymką.

Zdjęła z ramienia chłopca, odwinęła go z lisiej peleryny.

- Czy to jest syn Bozy, którego wyrzekł się twój ród? - zapytała.

- Jego matka zmarła, ponieważ pękło jej krocze. Przed postrzyżynami pokazał swoją ogromną siłę. Ma jaśniejszą skórę i bielsze włosy niż inni z mojego rodu.

- Dlaczego nie przyprowadziłeś go do mnie jak nakazuje prawo? - rzekła surowo. - Chciałeś go sprzedać.

- Nigdy nie płacisz za przyprowadzone ci dziecko - burknął Dziad. - A przecież poniosłem stratę z powodu śmierci jego matki.

Zely powiedziała:

- Zająłeś kawał ziemi należącej kiedyś do Spalów i nie spotkało cię nic złego. Nie masz zdeptanych pól przez nasze wielkie stopy, szanujemy wasze Święte Gaje.

- Jesteś ostatnią z rodu Spalów. Gdy umrzesz, ten kraj będzie należał do Zemlinów - odrzekł hardo Dziad.

- Do Zemlinów? - zaśmiała się Zely. - Wasze kobiety rodzą karłów, a ja sama wystarczę, aby was przegnać z Krainy Spalów. Gdy nas zabraknie, nie stanie też Zemlinów. To nasza krew jeszcze ożywia waszą karłowatą rasę. Skąd wiesz, czy nie powrócą inni Spalowie, którzy poszli aż pod Wielkie Mury, aby wojować i brać łupy od Rhomajów? - Masz trzydzieści pięć lat. I nie znalazłaś męża. Tylko Boza powrócił spod Wielkich Murów, ale i on zginął.

- Chcesz ze mną wojny czy pragniesz pokoju? - rzuciła mu wyzwanie . - Weź chłopca i odejdź w pokoju powiedział Dziad i coś jakby złe przeczucie podyktowało mu następujące słowa: - A kiedy chłopiec dorośnie, niech przyjdzie do nas i zapłodni którąś z naszych kobiet. Bo mówisz prawdę, że stajemy się rasą karłów. Przed laty ożywiła nasz ród krew spalowych bękartów. Potem jednak zlękliśmy się ich siły. Weź go i odejdź u’ pokoju.

To mówiąc Dziad pokłonił się nisko Zely, która posadziła sobie chłopca na ramieniu.

I tak oto znalazł się na dworze Spalów, gdzie władczynią była olbrzymka. Najpierw pokazała mu okrągły kamień, leżący na środku podwórca.

Jest duży i ciężki. Ja go bez trudu podnoszę. Ty będziesz codziennie próbował go przetoczyć pod bramę, a potem pud mój dom. Gdy tego dokonasz, otrzymasz ode mnie miecz i tarczę. Staniesz się wojownikiem.

Wykąpała go i umyła w wielkiej drewnianej kadzi z ciepłą wodą, do której nasypała mnóstwo pachnących ziół. Po kąpieli zaniosła chłopca do swojego domu i położyła na ogromnym łożu pokrytym skórami niedźwiedzi i owiec. Tej nocy dowiedział się, dlaczego mówiono, że pożera małych chłopców i najlepszym kąskiem jest dla niej chłopięcy członek. Zdejmując z siebie odzież i rozbierając się do naga, wyznała mu:

Uprawiam miłość tylko z małymi chłopcami. Nie ma bowiem dla mnie olbrzyma. Zwykły ludzki mężczyzna nie maże mi dać zadowolenia. Owszem, był taki jeden, który próbował mi dać rozkosz. Ale kiedy to uczynił, tak bardzo się: zapomniałam, że w uścisku miłosnym zgniotłam mu klatkę piersiowy i umarł na moim łonie, plując krwią z ust. Wiem, że mogłabym go pokochać, lecz zabiłam go swoją miłością. Dlatego odtąd tylko mali chłopcy sprawiają mi przyjemność.

Położyła syna Bozy obok swojej twarzy i długo ssała jego przyrodzenie. Wargi Zely były wilgotne i ciepłe, to sanie sprawiało synowi Bozy lekką przyjemność. Dlatego zasnął szybko i szczęśliwie, z poczuciem bezpieczeństwa i wielkiej miłości do tej ogromnej kobiety. i chociaż potem miał wiele kobiet. to przecież tylko Zely kochał tak naprawdę i przez całe życie myślał o niej z największą czułością.

 

Rozdział Trzeci - Herim

O zmroku woda przyniosła do uszu Dagona szczekanie psów i ludzkie odgłosy z południa, a nawet wydało mu się, że nad samym brzegiem głównego nurtu rzeki dostrzega blask ognia. Tak więc, jak się tego spodziewał, w pobliżu musiała być przeprawa przez Viaduę, a obok niej jakiś gród albo wioska obronna. Spętał mocniej swoje trzy konie, juki ukrył w krzakach koło polany i wyruszył pieszo, aby dokonać rozpoznania okolicy. Nie uszedł daleko, gdy w świetle księżyca ujrzał niewysokie obwałowania obronne i kilka domów skupionych w pobliżu grodziska. Wyglądały nędznie i przeznaczone były najwyżej dla stu ludzi. Koronę wału rozmyły deszcze, co świadczyło, że tutejsi mieszkańcy od dawna nie prowadzili żadnych walk. Żyli chyba z myta, które pobierali przeprawiając kupców i wędrowców na drugą stronę rzeki, o czym świadczyły wyciągnięte na brzeg duże łodzie dłubanki i tratwy z bali przywiązane do wierzb nad rzeką. Gdyby okazali wojowniczość, kupcy poszukaliby innej drogi i tutejsi ludzie straciliby dochody. Dago sądził, że jutro rano bezpiecznie zbliży się do osiedla i zaproponuje, aby go przewieziono tratwą na drugi brzeg rzeki. Albowiem hrabia Dago znał dobrze obyczaje ludów nad rzeką Albis nie tylko dlatego, że on sam także pochodził ze Wschodu, zza rzeki Viaduy, lecz wiele także o nich czytał i z licznymi szpiegami wysyłanymi w tamte strony rozmawiał na dworze Ludwika Teutońskiego. Potężnym był wtedy znowu król Ludwik, choć po nieudanej wyprawie na Zachód przeciw Karolowi Łysemu szacunek dla niego wśród wojowników trochę podupadł. Odzyskał jednak władzę nad Marchią Wschodnią i ziemiami aż po rzekę Inne, którą mu wydarł (buntowany przeciw ojcu pierworodny syn, margrabia Karloman sprzymierzony z księciem Wielkiej Morawy, Rostislavem. Jak w więzieniu zamknął król Karlomana w zamku w Ratyzbonie. Za przyjaciela i powiernika miał tylko młodego hrabiego Dagona, co to przybył do Franków w orszaku poselskim od Cesarza Rhomajów. Dagonowi się zwierzał z płonącego w nim jak żar pragnienia zemsty na ojcu i odzyskania władzy, a nawet otrzymania po nim korony królewskiej, zaś później cesarskiej. Dago szeptał o tym posłowi Rhomajów, Meleinosowi, ten zaś na lewo i prawo w tajny sposób sypał złotymi solidami baronom i hrabiom teutońskim, aby stronników dla Karlomana zdobyć i nowy bunt mu umożliwić. Tak jednak się stało, że Ludwik Teutoński okazał się zręczniejszy w intrygach, Bułgarów sobie zjednał i wspólnie z nimi uderzył na Wielką Morawę, Rostislava pokonał i upokorzył, biorąc jego władztwo pod swoje panowanie. Znikąd więc Karloman nie mógł oczekiwać poparcia dla buntu, ale jego zarzewie wciąż się tliło i Meleinos złotem podsycał, ponieważ Rhomajowie nie bez przyczyny swoich mnichów na Wielką Morawę wysłali, aby wpływy Romy osłabić, pochód Franków na Wschód powstrzymać. Do wielkich spraw zdawał się być stworzony Wielki Koniuszy cesarza Rhomajów, Bazyli z Macedonii. On uwierzył, że Dago na wschód od Viaduy stworzy to, co zapowiadał, obudzi uśpionego olbrzyma, zjednoczy różne ludy, własne królestwo stworzy, a potem być może zagrozi Frankom. Tylko że między ziemiami, gdzie chciał panować Dago a Frankami, to jest między rzeką Albis i Viaduą - mnóstwo rozmaitych sklavińskich ludów żyło, na które Frankowie mieli pilne baczenie. Przeor klasztoru w Fuldzie, Raban Maurus, przeczytał Dagonowi o wielu zdarzeniach opisanych w Rocznikach Fuldajskich. Wynikało z nich, że za rzeką Albis mieszkali: Wągrowie, Chyżanie, Linianie, Czrezpienianie, Rarogowie, Sprewianie, Bytnicy, Ukrzanie, Doszanie, Rzeczanie, Brzeżanie, Stodorowie, zwani też Hobolanami, Dołężanie, Redarowie, Morzeczanie, Ranowie zwani Rujanami. Najpotężniejszymi wśród nich byli jednak zamieszkujący na północy, nad morzem Swebskim, Obodryci, poniżej nich, ku południowi żyli Lutycze, zwani też Wieletami, czyli Wilkami, oraz zupełnie na południu - Sorbowie. Z tych wszystkich ludów najwcześniej związek plemienny stworzyli Obodryci i wybrali spośród możnych naczelnego wodza, jak gdyby wielkiego księcia. Ich państwo plemienne miało charakter wojskowy, ponieważ lud ten żył głównie z wojaczki, na łupach wojennych bogacili się ich wielmoże, nieustannie zachęcani do wojen grabieżczych przez sąsiadujących z nimi Jutów.

Jak można było wyczytać w Annales regni frankorum, gdy majordomus na dworze Merowingów, Pepin, zwany Krótkim, pozbawił władzy ostatniego Merowinga, Childeryka III i papież Stefan II - a właściwie Stefan III, ponieważ prawdziwy Stefan II rządził tylko cztery dni, zanim go otruto - dał sakrę królewską dla niego i jego rodziny, Frankowie nawiązali przyjazne stosunki z Obodrytami, którzy pomogli w walce Pepinowi z krwiożerczymi Sasami. Podobnie stało się i za czasów potężnego Karola, syna Pepina. Jednocząc państwo Franków pobił on zachodnich Sasów zwanych Westfalami, choć ich potęgi nie zdruzgotał. Powstali przeciw niemu dopiero przy pomocy zdrajcy Widukinda oraz Obodrytów krwawo stłumił powstanie Sasów, przesiedlił ich na lewy brzeg Renu, na prawym osadzając Franków. Za syna Karola, Ludwika Pobożnego, Obodryci odmówili pomocy Frankom i za namową Horicha, króla Jutów, zaczęli wspólnie z Ascomannami napadać na kraje frankońskie, aby zdobywać łupy. Wyprawy wojenne Ludwika Pobożnego przeciw krnąbrnym Obodrytom nie przyniosły mu zdecydowanego zwycięstwa, raz po raz bowiem, jak powiadały Roczniki Fuldajskie, napadali oni z Ascomannami na nadmorskie ziemie Franków.

Podobnie jak Obodryci swój związek plemienny, coś w rodzaju plemiennego państwa, stworzyli później i Lutycze zwani Wieletami, czyli Wilkami, a także Sorbowie, choć na krótko. Kroniki wymieniały księcia Sorbów, niejakiego Milducha, a także księcia Glomaczów, imieniem Semil, który musiał ukorzyć się przed Frankami i dać im w zastaw swoich dwóch synów. Wspominały również roczniki o księciu Kolediczenów; został on pokonany i zabity przez Sasów. Jedynie Mojmir potrafił stworzyć własne państwo złożone z ludów sklavińskich zamieszkałych u źródeł rzeki Albis i Ister, ale i on żył w zależności od Franków. Na podobieństwo też Franków Obodryci spróbowali mieć jednego boga o czterech postaciach jednoczącego bogów czterech najpotężniejszych plemion. Lecz to im na niewiele się zdało, gdyż kult owego boga o czterech twarzach nie wszędzie się przyjął, a ponadto sami sobie wybierali władcę i ograniczali jego rządy poprzez ogólne wiece wojowników. Gdy im się władca nie podobał albo rządził nie po ich myśli, odwoływali się do wyroków cesarzy frankońskich, aby spory między wojownikami, wielmożami i władcą rozstrzygał. Chętnie to Frankowie czynili, gdyż przez to mieli wgląd w sprawy owych Sklavinów, a także pewien wpływ na ich postępowanie. W istocie więc nie posiadali Obodryci, a także Lutycze zwani Wieletami, Wilkami, a także Hawelanami, świadomości nowej epoki. Dlatego nie wykorzystali zamętu, jaki za czasów Ludwika Pobożnego zapanował w państwie wschodnio-frankońskim i nie zbudowali swojego, zupełnie niezależnego, państwa. Zadowalali się chwilową niezależnością - nie patrzyli w przyszłość - i w gruncie rzeczy, gdyby nie sąsiadujący z nimi Ascomannowie, którzy ich do wojny naciskali, nigdy by nie podejmowali działań zaczepnych.

O ludach, które mieszkały jeszcze dalej na wschód, aż za rzeką Viaduą, niewiele w Fuldzie wiedziano. Z tamtych to ludów pochodził Dago, ale swoich wiadomości nie zamierzał Frankom zdradzać. Zresztą, czy człowiek, który jakiś czas był w grodzie Byzisa, z koniuszym cesarza Rhomajów do stołu siadał, uczył się wielkich gier politycznych mógł w głębi duszy nie odczuwać odrobiny wyższości wobec Franków, którzy wiele ze swych bogactw zawdzięczali skarbom Awarów, nie mieli pojęcia co to jest wykwintność i najbardziej wyszukana rozkosz? Nawet ich Roma i papież na złoconym .tronie był zbyt mało majestatyczny wobec pałaców i cesarskiego tronu Rhomajów.

To prawda jednak, że każda wielka władza potrafi kazać przemówić o zdradzie nawet kamiennym murom zamków i klasztorów. Dlatego zaproszony na polowanie przez margrabiego Radbora, hrabiego Teodorycha i komornika Meginfryda, niby to przypadkiem, od zatrutej strzały zginął Melainos, ponieważ kupował stronników dla Karlomana. Dagona też piękna mniszka próbowała otruć z rozkazu hrabiego Fredegara. Zabił go potem Dago i umknął, nie żegnając się nawet z Karlomanem. A teraz oto miał przebyć rzekę Viaduę i wejść w kraj, gdzie znajdował się Spalski Ostrów i obok żyli Zemlinowie. Było tam księstwo Popiołowłosego, Gedana II. W wielkim grodzie zwanym Karradonon mieszkali Visulanie, a wokół cała mnogość ludów, co to jeszcze nie pojawiły się w historii. Wierzył, że gdzieś tam drzemią olbrzymi Spalowie i czekają na swoje przebudzenie. Nosił nadzieję, iż z nimi dokona rzeczy wspaniałych.

Wyjął tedy z juków przetykaną srebrem czarną kapę i narzucił ją na Vindosa. Założył mu też napierśnik z brązu i przybrał zielonymi gałązkami, ze wstrętem -ponieważ roiła się od robactwa - narzucił na siebie skórę wilczą, którą zabrał lutyckiemu wojownikowi. Pragnął bowiem, aby go wzięto za Wieleta albo Wilka. Jego krótki miecz Tyrfing nie rzucał się w oczy, podobnie jak okrągła tarcza. Tak ubrany ruszył z końmi w stronę osady nadrzecznej i dotarł tam rankiem.

Na jego widok zaczęły ujadać chude psy, dzieciaki i kobiety ukryły się w chatach. Naprzeciw wyszło mu kilku mężczyzn uzbrojonych we włócznie i drewniane tarcze. Każdy z nich miał po kilka włóczni przeznaczonych do rzucania na odległość, groty ich były żelazne, z zadziorami, w kształcie listków. Podobnie jak Dago nosili skóry wilcze. Z ich grona wystąpił ogromny brodaty mężczyzna z bielmem na prawym oku.

Dago przemówił mową ciała, podniósł dłoń na znak pokoju, uśmiechnął się przyjaźnie. Wskazał rzekę, tratwy, potem pokazał palcem na siebie i swoje konie oraz wyjął z sakwy przy siodle jednego denara. Pojęli go natychmiast, ale nie odpowiedzieli na propozycję. Całą ich uwagę skupiał Vindos, ogromny biały ogier w czarnej kapie i z brązowym napierśnikiem.

- Jestem tu Żupanem, a to moja żupa - mężczyzna z bielmem na oku odezwał się w języku Sklavinów, ukazując zniszczone wały gródka, domy, łodzie i tratwy.

- Świętego konia zwanego Vindos wiodę do wróżów w świętym grodzie Arvaba - powiedział Dago. - To dar wróżów z kraju Ranów. Będzie przepowiadał ludzkie losy. A kto go dotknie zostanie porażony chorobą.

Jak gdyby potwierdzając te słowa, Vindos podniósł do góry swoją ogromną głowę, potrząsnął białą grzywą i głośno zarżał. Zaleciał go chyba wstrętny odór owych ludzi.

Przestraszyli się trochę i cofnęli kilka kroków. - Jestem też głodny - oświadczył Dago.

Dotknął brzucha i wyszczerzył swoje białe zęby. Był zresztą naprawdę bardzo złakniony. Od wczorajszego popołudnia oprócz wody nie miał niczego w ustach. Żupan zamrugał swoim białym okiem.

- Trzy konie, w tym jeden święty. I ty, panie. Duża tratwa będzie potrzebna i dużo ludzi do żerdzi. Jedzenia też chcesz, a my sami bywamy głodni. Dasz dwa denary.

- Nie - potrząsnął Dago białymi włosami. - To święty koń. Przekleństwo na siebie sprowadzasz i na swoją żupę. Ja mogę innej drogi szukać przez rzekę. Żupan dał znak ręką i wszyscy jego ludzie zniknęli wraz z nim w jednym

z domów, aby się naradzić. Z chat wyglądały zaciekawione dzieciaki i brudne kobiety. Dago .poprowadził konie w stronę brzegu rzeki, aby tam oczekiwać na koniec narady. I właśnie wtedy, tuż obok obwałowań osady zobaczył klatkę z mocnych prętów wierzbowych. Siedział w niej człowiek w łachmanach, z zarośniętą twarzą, straszliwie brudny i wychudzony. Jego ciało, ukazujące się przez dziury w odzieniu nosiło ślady zadrapań i wielu blizn. Tylko oczy patrzyły na Dagona z dziwną obezwładniającą mocą.

- Panie jasny - jękliwie zawył człowiek w klatce. - Wykup mnie z niewoli barbarzyńców. Mówił po sorbsku, dlatego do Dagona trafiały tylko niektóre słowa, treści zaś innych musiał się domyślać.

- Jestem mnichem z Fuldy. Uwięzili mnie i głodem morzą od pół roku. Na sprzedaż mnie trzymają, ale żaden kupiec; mnie nie chce zabrać ze sobą. Dzieciaki kijami mnie drażnią, jak wściekłego psa, jeść i pić nie dają. A ja znam mowę latyńską, czytać i pisać umiem.

Dago odgarnął włosy z czoła, aby lepiej się przyjrzeć człowiekowi w klatce. Nikogo przy nich nie było, mogli więc rozmawiać swobodnie.

- Skoro znasz mowę latyńską, to znaczy, że jesteś wyznawcą krzyża. Na co mi taki jak ty? Świętego konia prowadzę do chramu Arvaba. Tam nienawidzą wyznawców krzyża.

Doleciał go szept w języku teutońskim:

- Widziałem cię, panie, w Fuldzie. Nie wiem jak cię zowią. Ale i ty nosiłeś na piersiach złoty łańcuch z krzyżem. Wykup mnie, jasny panie, a będę ci służył wiernie. Wykup mnie na rany Chrystusa. Umiem modlić się po łacinie, potrafię uzdrawiać ludzi.

- Milcz - syknął Dago.

Udając obojętność minął klatkę i usiadł nad brzegiem rzeki. Nie czekał tu długo. Dziesięciu wojowników na czele z żupanem wyszło z domu i skierowało się ku niemu. Dago położył dłoń na rękojeści Tyrfinga, ale żupan zrobił pokojowy gest dłonią. Tuż za nim dwie kobiety ubrane w brudne lniane koszule niosły wędzone ryby, a za nimi biegły wychudzone psy.

- Dasz, panie, dwa denary i zaraz przepłyniesz na drugi brzeg - odezwał się żupan. - Prowadzisz świętego konia. Nie chcemy przekleństwa na swoją głowę. Dlatego dasz dwa denary.

- Co to za zwierzę trzymacie w tamtej klatce? - Dago wskazał klatkę z wiklinowych prętów.

- To nie zwierzę. To człowiek - wyjaśnił żupan. - Ale masz rację, że przypomina zwierzę. Nauczyliśmy go nawet wyć. Kup go od nas, panie. Umie czytać i pisać, jak powiada. Nam taki niepotrzebny, ale dla kupca może być przydatny.

- Nie jestem kupcem - pogardliwie odrzekł Dago. - Skąd go macie`? - Żył w gromadzie rozbójników. Z grabieży. Niewiasty gwałcił. Teutonowie wypędzili go ze swojego kraju za jego nieprawości. A może z Sorbów się wywodzi, w te strony uciekł i do rozbójników przystał. Wybiliśmy ich wielu, a ten się poddał i przyrzekł, że kupcy za niego dużo zapłacą. Od tej pory nie było tu jednak żadnego kupca.

- I nie będzie kupców, bo za wielkie myto bierzecie. Gadają też, że szlak wasz jest niebezpieczny.

Spojrzeli po sobie z niepokojem. Od Zely nauczył się Dago mowy ciała, mowy spojrzeń i ust. Tym ludziom nie można było ufać, jego słowa dotknęły jakiejś ich tajemnicy.

- Dam dwa denary. Za przewóz, jedzenie i tego zwierzaka z klatki oświadczył Dago. - Każemy mu napisać do króla Franków, że za Viaduą czekamy na niego z bronią w ręku i przeklinamy krzyż.

- Trzy denary - rzucił żupan.

Jednego. I nie chcę waszego jedzenia ani waszego zwierzęcia.

- Dwa, panie. I człowieka z klatki dostaniesz - zgodził się żupan. - Przytroczcie go do jucznego konia - zarządził Dago.

A potem obojętnie, nie okazując dla wojowników i żupana żadnego zainteresowania, wziął od kobiet z ich brudnych rąk cuchnące ryby i zaczął jeść łapczywie, udając, że przygląda się wojownikom i żupanowi przygotowującemu tratwę do przeprawy. Ale przecież zauważył hen daleko na rzece trzy łodzie z ludźmi, przepływające na drugi brzeg. Domyślał się, że na drugim brzegu, w jakimś wąwozie czy leśnej drodze przygotowują na niego zasadzkę. Tylko że on nie bał się tego. ponieważ przez całe życie ktoś zawsze pragnął go zabić.

Sprawnie i szybko wprowadzili na tratwę konie, przywiązali je do drewnianych pachołków. Przywlekli też człowieka z klatki ze spętanymi rękami. Był tak słaby, że się przewracał i dwóch ludzi musiało go podtrzymywać. Dago dał mu wędzoną rybę, najhardziej cuchnącą. Ten człowiek też straszliwie cuchnął. Ile mógł mieć lat Wyglądał na pięćdziesiąt albo i więcej. Któż jednak wiedział, ile lat miał naprawdę.

Dago uderzył go pięścią w kark. - Zawyj - rozkazał.

I człowiek z klatki zawył jak wilk, a potem zawył jak pies. Żupan zaśmiał się głośno.

- Powinieneś, panie, coś nam za niego dorzucić - rzekł. - On pięknie wyje.

Dago wyjął z kieszeni brązowy kolczyk.

- Daj go swojej kobiecie - ofiarował kolczyk żupanowi.

Zanim odpłynęli od brzegu, żupan i jego ludzie pokłonili się rzece. Dago uczynił to samo, choć pochwycił pogardliwe spojrzenie mnicha. Ale chrześcijaństwo leżało na Dagonie jak ciasna odzież. Żałosny mu się wydawał Bóg, którego ludzie zdołali zamęczyć i ukrzyżować. Czy kto potrafi ukrzyżować rzekę? Czy jest ktoś taki, kto umiałby powstrzymać jej nurt, szczególnie wiosną i jesienią, gdy wzbierały jej wody i niosły przewrócone drzewa, ludzkie domy, utopione zwierzęta. Dago pokłoniłby się istocie zdolnej wstrzymać bieg rzeki, zamrozić błyskawice i pioruny. Ta rzeka miała potężnego boga albo sama była bogiem. Chrześcijanie wierzyli w niebo i piekło, ciągle bali się grzechu i mieli poczucie winy. Dla Dagona nie istniał grzech ani niebo czy piekło. Po śmierci człowiek przechodził do innego świata, lecz żył w nim tak samo. Jeśli umarł władcą - pozostał władcą, jeśli umarł jako niewolnik, był niewolnikiem.

Trafiali się bogowie silni i słabi. Ta rzeka miała potężne bóstwo. Małe rzeczki, nad którymi się urodził, ludzie ujarzmiali budując jazy i dzięki nim łowiąc ryby. Po prostu władali tam słabi bogowie. Ale nawet tych słabych nie należało tak zupełnie lekceważyć. Mała rzeczka mogła wiosną nagle stać się potężną.

Wreszcie odbili od brzegu. Ludzie żupana zręcznie posługiwali się żerdziami,

Masz więc tylko jedno zadanie. Pilnować białego ogiera i nie pozwolić, aby gdzieś uciekł w zamieszaniu bitewnym. Resztę pozostaw mnie.

Nie dasz rady, jasny panie, pokonać wojowników w zasadzce. Oni celnie rzucają włóczniami. ich jest wielu, a ty jeden.

Nie wpadniemy w zasadzkę. Ominiemy drogę od przeprawy. Poprowadzę konie przez wikliny i na wzgórza wejdziemy gdzieś daleko stąd.

- Ale pozostawimy ślady kopyt. Żupan pójdzie za nami.

Zaczekamy na nich w wysokich łozach. Gdy się z nimi rozprawię, tamci nie będą jeszcze o tym wiedzieli. Potem zaś przerażą się tego co ujrzą.

Herim potrząsnął głową, nie bardzo wierząc potędze Dagona.

- Zanim zginiemy, jasny panie, powiedz mi chociaż twoje imię. Nazywam się Dago, książę- usłyszał odpowiedź od wojownika, który to mówiąc wyprostował się w siodle, a głos jego nabrał władczego tonu. - Jeśli zwyciężymy, wezmę cię do swego księstwa.

Wikliny i wysokie trzciny wypełniały niemal całą nieckę pradoliny, były coraz wyższe w miarę jak oddalali się od koryta rzeki. W pewnej chwili Dago kazał Hermowi zatrzymać się z Vindosem i jucznym koniem na małej polance zasłoniętej ścianą młodych olch i łóz. Sam zaś na swoim koniu zniknął w łozach, aby od tyłu zaskoczyć idących ich śladem wojowników.

Nie czekał długo. Wkrótce usłyszał szmer kroków, ludzkie sapania. Ponad czubkami trzcin zobaczył ostrza włóczni. Wojownicy szli jeden za drugim ścieżką wydeptaną przez konie Dagona. Cierpliwie czekał aż go minęli, a potem uderzywszy konia ostrogą, napadł na nich od tyłu i zanim się spostrzegli, spadły na nich uderzenia jego długiego frankońskiego miecza. Nie mieli tarcz, nie zdążyli skierować na niego włóczni. Wyprzedzał ich, kolejno każdemu rozwalając czaszkę lub uderzając po karku. Umierając krzyczeli okropnie. Tylko żupan i dwóch jego ludzi usiłowało umknąć w trzciny, ale żupana Dago dopędził, przyjął na swoją tarczę uderzenie jego włóczni, a potem rozwalił mu głowę. Zdyszany powrócił na polankę, gdzie pozostawił Herima i konie.

- Widziałem u nich torby. Sprawdź, czy nie mieli ze sobą jakiegoś jedzenia rozkazał Herimowi. - Czeka nas jeszcze długa droga, nie wiem czy zdołamy coś upolować.

Herim poszedł po śladach koni i wrócił z torbą wypchaną rybą i chlebem. - Niektórzy jeszcze żyją - powiedział, patrząc na Dagona z odrobiną przerażenia.

- Mogłeś ich dobić - odparł Dago. - A zresztą, niech powiedzą tym z zasadzki, że nie należy iść za nami.

Uderzył ostrogami boki swego konia i ciągnąc jucznego i Vindosa, pokłusował przez trzciny w stronę wysokiego brzegu pradoliny. Herim musiał biec, jeśli nie miał pozostać sam.

Wreszcie wspięli się na skarpę i zniknęli w puszczy. - Zaczekaj, książę - dyszał Herim.

Był osłabiony, brakowało mu sił. Minęło południe, ale upał doskwierał. W puszczy Dago zwolnił, w jej mroku i gęstwinie, przez którą się przedzierali, mógł nie zauważyć wroga. Dlatego, gdy ukazało się ich oczom małe leśne jeziorko, zeskoczył z siodła. Najpierw napoił konie, patrząc jak głodny Herim znowu pożera rybę i chleb.

- Mam ochotę uciąć ci głowę, bo swoim smrodem przypominasz mi dzikie zwierzę - powiedział.

Co mogę uczynić, książę? Kilka miesięcy trzymano mnie w klatce. Czy myślisz, że czuję się człowiekiem’’

Dago obszedł brzeg jeziorka, potem zdjął juki -r. konia, spętał zwierzętom nogi, napoił je i dał owsa. Z juków wyjął dużą kulę mydła i podał Herimowi. - Umyj się. Swoje szaty wyrzuć i załóż czystą odzież. Musisz też przystrzyc włosy i ogolić brodę. Tu brodatych nie lubią.

Sam także umył się w jeziorze, namydlił brodę i ogolił się ostrym nożem, nawet nie pozostawiając wąsów. W jukach miał czyste lniane gacie, koszulę bez rękawów. Przebrał się i dopiero wtedy nie bez wstrętu. zabrał się do jedzenia śmierdzących ryb.

- Masz, książę, dobre mydło - stwierdził Herim. wychodząc nagi z jeziorka.

- Czy nie uczono cię w Fuldzie z czego robi się dobre mydło? - zakpił Dago.

- W moim królestwie czynią je z tłuszczu, popiołu i mydlicy.

- Mówiłeś, panie, o księstwie i kazałeś nazywać się księciem. Czy mam cię nazywać królem?

- A cóż to dla ciebie za różnica, jeśli twoje życie zależy od drgnienia mojej ręki i mojego miecza? - znowu drwiąco zapytał Dago.

Odebrał kawałek mydła od Herima i starannie schował go do swoich rzeczy. Poczekał aż Herim ostrzygł nożycami długie, skołtunione włosy i wtedy podał mu czyste giezło i lniane gacie. Z zadowoleniem stwierdził, że ostrzyżony i umyty Herim ukazał mu twarz trzydziestolatka.

Tymczasem zapadł wieczór i wszystko wskazywało, że Dago nie zamierza ruszać w dalszą drogę. Nie pozwolił jednak rozpalić ogniska. To bowiem wiedział Dago -więcej niż Ludwik Teutoński i mnisi z Fuldy -że za Viaduą nie jest kraj pustynny, ale wiele ludów i plemion mieszka, a każde ma swojego władcę i nie lubi obcych.

W końcu przywdział skórzany kaftan i położył się na ziemi. Herim zaś okrył się kapą, którą nosił Vindos. Z powodu ciepłej nocy szalały nad nimi komary, ale przynajmniej uspokoiły się gzy. Księżyc jeszcze nie wzeszedł, mrok więc był tak gęsty, że nie widzieli swoich twarzy.

- Co ze mną poczniesz, panie - zaczął Herim w języku Teutonów, ale Dago kazał mu mówić po sklavińsku. Nie wszystkie słowa Sorbów, którymi posługiwał się Herim dokładnie rozumiał, brzmiały one jednak podobnie do języka Spalów, który kochał. - Powiedziałeś, że weźmiesz mnie do swego księstwa czy królestwa? Gdzie ono leży? W Fuldzie wiele wiedzą, nigdy jednak nie słyszałem o państwie rządzonym przez króla Dago.

Długo czekał na odpowiedź. Nie była ona przyjemna dla Herima.

Dwa razy byłem w Fuldzie i to za pierwszą tam bytnością musiałeś mnie

widzieć. Za drugim razem opat z Fuldy, Raban Maurus, opowiadał mi o mnichu-skrybie, który zgwałciwszy niewiastę, w obawie przed karą wymknął się z klasztoru. Potem podobno otrzymał list od Chrystusa i odtąd sprzedawał ludziom swoje paznokcie jako święte przedmioty. Nałożono nań klątwę i wygnano za Albis. Być może tam przystał do rozbójników, gwałcił kobiety i pokutował za innych. Wreszcie znalazł się w klatce i stał się z niego człowiek, który wyje jak wilk.

- To prawda, książę lub królu. Przed tobą nic się nie ukryje. Widziałem pomordowanych przez ciebie ludzi. Masz nie tylko siłę, przebiegłość, lecz i mądrość. Dużo wiesz o świecie i o różnych ludziach. Powiedz mi, panie, gdzie jest twoje królestwo, a pójdę z tobą, ponieważ znowu uczyniłeś mnie człowiekiem.

- Uważasz się za mądrego, skrybo. Tedy powiedz mi, co jest najsłodsze na świecie?

- Miód - odparł bez namysłu Herim.

- Głupiś. Najsłodsza na świecie jest władza nad innymi ludźmi. Władca może jeść tyle miodu, ile zechce, i ile razy zechce.

- Masz rację, panie.

- A powiedz mi, Hermie, co jest najmilsze na świecie? - Niewiasta, panie.

- Głupiś, Herimie. Najmilsza na świecie jest władza. Dzięki niej możesz mieć każdą niewiastę. I tyle ich, ile zechcesz.

- Masz rację, panie. Nie pomyślałem o tym.

- A powiedz mi, Herimie, co jest najpotężniejsze na świecie. - Bóg, panie. A może bogactwo? Wiedza też jest potęgą.

- Głupiś, Herimie. To przecież jasne, że najpotężniejsza jest władza. Cesarz Karol naznaczał papieży, a więc rządził Bogiem chrześcijan. Trzy razy się rozwodził, choć to zakazane, i otrzymywał zgodę, a może nawet nikogo o zgodę nie pytał. Nie miał żadnej wiedzy, nie umiał czytać i pisać, a przecież władał potężnym państwem i mędrcy go słuchali. Bogactwo powiadasz? Jeśli ktoś ma władzę, zdobywa bogactwo. Po prostu zabiera je innym.

- Znowu masz rację, jasny panie. Słucham ciebie z uwagą, ale tak naprawdę wszystko miesza mi się w głowie i nawet nie wiem czym jest owa władza, o której mówisz z takim zachwytem.

Odpowiedział mu Dago:

- W Księdze grzmotów i błyskawic, w rozdziale „O sztuce rządzenia ludźmi”, napisano: „Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać”.

- To trudne do pojęcia, panie…

Żal mi ciebie, ciemny mnichu. Czy nie znajdowałeś się we władzy ludzi w wiosce nad Viaduą? Czy mocą swej władzy nie zamknęli cię w klatce, nie nazwali człowiekiem. ale psem? I ty wyłeś jak pies. Kupiłem cię od nich nie jako człowieka, ale jako psa, ponieważ psem cię nazwali.

- Tak było, panie.

- Król Ludwik Teutoński dał mi złoty łańcuch, tytuł hrabiego i nazwał swoim przyjacielem. „Oto przyjaciel króla” - wołali o mnie jego żołnierze. Teraz jednak zapewne dał mi nazwę: zdrajca. I tysiące jego żołnierzy nazywa mnie zdrajcą, dla nich bowiem jestem zdrajcą. Ale gdy ja stanę się władcą, swoją potężną mocą władcy być może nazwę robakiem Ludwika Teutońskiego i dla tych, co będą podlegać mej władzy, on będzie robakiem, czerwiem, ścierwem, wszystkim czym zechcę go nazwać, bo tylko nazwa się liczy.

- Skąd weźmiesz władzę? Gdzie jest twoje państwo? I znowu trwała długa chwila milczenia.

-Udowodniłem ci, Herimie, że jesteś głupcem. Jakże więc z głupim człowiekiem mam mówić o tym, co widziałem na świecie, co przeżyłem, zwierzać się ze swoich dążeń i marzeń? Przestałeś wierzyć w Boga i sprzedawałeś ludziom swoje paznokcie jako święte relikwie. Czy mogę być pewien, że uwierzysz w moje słowa’? Co ty zrozumiesz z tego, że płynie we mnie krew olbrzymów i gnębi mnie choroba zwaną żądzą czynów’? Daleko na wschodzie jest Kraj Spalów, gdzie się urodziłem i którego mowa jest mi najmilsza. Co powiesz, jeśli ci wyznam, że pragnę zbudować tam swoje państwo i wprowadzić je do historii. Król Ludwik Teutoński dał mi tytuł hrabiego i złoty łańcuch. Gardzę jego tytułem i ów łańcuch chciałem oddać za białego ogiera. Dlatego nie ma znaczenia, jak mnie będziesz nazywał: hrabią, księciem czy królem, bo mnie wystarczy: Dago Pan. Gdy stworzę swoje państwo, pomyślę też o tytułach. Być może i dla ciebie znajdę odpowiedni.

Tym razem to Herim milczał długo, zupełnie zaskoczony.

-’Chcesz, panie, stworzyć własne państwo? Sam jeden? A może gdzieś tam czeka na ciebie wojsko, twoja drużyna, twoi możni?

- Nikt na mnie nie czeka. I nawet nie wiem, czy trafię do kraju Spalów. Ale to pewne, że nie znane światu ludy wprowadzę do historii. Widziałem bowiem, jak jeden, dwóch lub trzech ludzi budowało i rozwalało całe państwa. Świat wydaje mi się jak mokra glina, z której wszystko można ulepić, jeśli ma się w sobie krew władców.

- Widziałem, jak walczysz mieczem, panie. Ale to za mało, aby zbudować państwo.

- Bo państwa nie tworzy się tylko mieczem, Herimie. Potrzebna jest do tego także trucizna. zbrodnia, oszustwo i niedotrzymywanie obietnic. Ale także potężna wola. Pragnę, abyś we mnie uwierzył i poszedł za mną.

- Do czego, panie, przyda ci się skryba, mnich, którego wyrzucono z klasztoru i obłożono klątwą? Po co ci mnich, który zwątpił w Boga?

- Opowiadałeś mi, że banda rozbójników wiele czyniła zła, rabowała i gwałciła niewiasty, a ty czyniłeś z nich pokutę, ponieważ, jak mówi Pismo Święte: „jeden powinien nieść brzemię drugiego”. Ilu ludzi padnie z mojej ręki, Herimie? Ile zbrodni popełnię, zanim stworzę swoje państwo? Chcę, abyś to ty dźwigał moje zło, jako że „jeden powinien nieść brzemię drugiego”.

A jeśli tego nie uczynię, panie? - zapytał Herim.

Dago już zasypiał, a przynajmniej tak się wydawało Herimowi.

- Jesteś słaby i nie umiesz trzymać miecza. Dookoła są puszcze i mokradła oraz ludzie, którzy gotowi takiego jak ty zamknąć w klatce i uczynić zwierzęciem. Czy będę człowiekiem litościwym, jeśli ci utnę głowę, ponieważ przez twoją słabość opóźniasz moją drogę do Kraju Spalów?

Jeszcze raz Herim ośmielił się zapytać Dagona:

- Co rozumiesz, panie, przez słowa, że „jeden powinien nieść brzemię drugiego”‘‘ Jak mam wykonywać to zadanie?

- Będziesz spisywał moje czyny i usprawiedliwiał każdą moją zbrodnię i każdy mój występek w taki sposób, aby miały połysk szlachetnego kamienia. Nawet kiedy po szyję będziemy tkwić w gnoju i błocie, ty napiszesz, że przechodziliśmy strumień o najczystszej wodzie.

- Potrzebna ci jest więc moja umiejętność czytania i pisania - uradował się Herim.

- Ona się przyda, gdy zechcę wysłać wiadomość do Karlomana albo Ludwika Teutońskiego. Mylisz się jednak sądząc, że olbrzym, którego będę budził, jest niemy i głuchy. Nauczę cię starodawnej magicznej sztuki sklavińskiej utrwalania myśli i słów, poznasz nasze runy. Od jutra rozpoczniesz naukę poznawania i posługiwania się naszymi runami. Uczono mnie bowiem, że prawdziwe państwo to daniny i podatki dla władcy. Trzeba będzie, aby wielu ludzi posiadało sztukę kreślenia runów, -zapisując kto i ile oddał dla władcy, kto to czynił w połowie, a kto tego wcale nie zrobił. Nie może bowiem istnieć władza bez właściwego jej porządku spraw i rzeczy, a to jest tylko ważne, co zostało nazwane oraz utrwalone na piśmie. Sztuką naszych runów spiszesz także moją historię, gdyż nie istnieje ktoś, kto nie wszedł do historii.

- Cóż mam, panie, zapisać pod datą dzisiejszego dnia? - zapytał Herim. - Napisz tak:

„W porze zbierania czerwia Dago Pan przekroczył Rzekę Zapomnienia, aby obudzić śpiącego na Wschodzie olbrzyma, gdyż sam pochodził z rodu olbrzymów. Pradziadem Dagona był Wielki Samo, który pokonał Hunów zwanych Awarami oraz Króla Franków, Dagoberta. Ojciec zaś Dagona miał na imię Boza i również pochodził z rodu olbrzymich Spalów. Dago Pan posiadał zaczarowany miecz o nazwie Tyrfing, a także na dworze cesarza Rhomajów i króla Franków, Ludwika Teutońskiego, posiadł sztukę rządzenia ludźmi, która dawała mu prawo, aby stał się władcą. Tak więc przekroczywszy Rzekę Zapomnienia Dago Pan znalazł się w Kraju Pyrysjan, którzy mieli aż siedemdziesiąt grodów i aż trzech władców plemiennych i rodowych. Będąc samotny postanowił ostrożnie minąć ich siedziby i znaleźć się na Ziemi Ludzi Wolnych, czyli Luboszan, między plemionami Pyrysjan i krajem rządzonym przez władcę Lendiców, księcia Goluba Popiołowłosego. Kierował się bowiem Dago Pan do Kraju Spalów, gdyż płynęła w nim krew olbrzymów, którzy stamtąd się wywodzili. Jechał on na białym koniu zwanym Vindos i towarzyszył mu człowiek o imieniu Herim, aby opisywać jego wielkie czyny dla przyszłych pokoleń…”

Głos Dagona umilkł. A potem usłyszał Herim równy i spokojny oddech śpiącego.

Tej nocy Herim nie mógł zasnąć. Nad puszczą pokazał się księżyc i jasną poświatą pokrył powierzchnię leśnego jeziorka. Tylko przez krótką chwilę Herim zastanawiał się czy człowiek, który drzemał w pobliżu lub udawał, że drzemie - nie jest zwykłym szaleńcem. Lecz jak do tej pory żaden postępek i żadne słowo tego człowieka nie były szalone. Stworzyć państwo`’ Stworzyć coś tak wielkiego jak państwo?

Pamiętał lata spędzone na przepisywaniu starej kroniki i mozolne malowanie pierwszej litery „A”. Tekst utrwalił mu się w pamięci: „Anno U regni Chlothariahomo nomen Samon natione Francos”… O tym, jak pewien kupiec frankoński Samon w 40 roku panowania króla Franków Chlotera przybył do ludu Sklavinów zwanych Winedami, którzy bardzo cierpieli od Awarów i podniósł ich do walki z nimi, a w bitwie tak się okazał uzdolnionym, że wybrano go królem. Panował 35 lat, miał 12 żon z rodu Winidów i 22 synów oraz 15 córek. Jeśli więc zwykły kupiec frankoński mógł stworzyć państwo. które weszło do historii czemu nie mógłby tego uczynić jakiś Dago - nie wiadomo także czy Frank, czy też Sklavin - bo prawdy o sobie jeszcze nie wyznał do tej pory? Wczytując się w roczniki królestwa Franków odkrył Herim przewijający się przez stronice ich historii głęboki, choć niekiedy starannie ukryty lęk przed ogromnymi i licznymi ludami na Wschodzie. Poczucie grożącego z ich strony niebezpieczeństwa miał Karol Wielki, zakazując sprzedaży broni na Wschód, ale przecież o wiele lat wcześniej przejawił go też ostatni z wielkich władców merowińskich król Dagobert I. Odebrał utracone ziemie Baskom, brata swego Chariberta pozbawił Neustrji i przyłączył się do swego państwa, walczył w wielu krajach na Zachodzie i nawet potężny cesarz siedzący nad Bosforem zawarł z nim wieczysty pokój. Ten król nie lękał się wielkiego państwa Awarów, a przecież na wieść, że Sklavinowie powstali przeciw Awarom i pod wodzą Samona stworzyli swoje państwo, zadrżał z trwogi, ponieważ wówczas stali się już jego bezpośrednimi sąsiadami. Nie pomogli Longobardowie i Bawarczycy. Sklavinowie rozbili Franków i zagrozili najazdem na Turyngię. Pragnąc uratować się przed nimi musiał Dagobert zrezygnować z daniny jaką dotąd płacili mu Sasi i poprosił ich, aby chronili przed Sklavinami jego granice. Tylko że wkrótce umarł król Dagobert i nastała epoka królów „gnuśnych”, którzy w młodym wieku umierali z rozpusty, dlatego państwo Franków straciło na znaczeniu. Ale rozpadło się również państwo Sklavinów, rządzone przez Samona. Czy było możliwe, że po wiekach znowu jeden człowiek, podobnie jak Samon potrafi obudzić śpiących na Wschodzie olbrzymów?

 

Rozdział Czwarty - Tyrfing

Dwór Zely znajdował się na Ostrowiu Spalskim między widłami rozlewiska małej rzeki, która spływała ku Noteczy. Otaczały wyspę torfowiska i bagna zamarzające jedynie w bardzo surowe zimy. Wiosną i jesienią ostrów zalewały wezbrane wody rzeczki, potężnej wówczas, rwącej i szeroko rozlanej. Dlatego domy na ostrowiu zbudowano na palach i z grubych bali, ogromne podwórze zostało wyłożone dranicami. Boki i dachy domów, pokryte trzciną i porosłe grubą warstwą mchu stykały się z sobą i tworzyły kolisko z jedną bramą, prowadzącą na cały półwysep, gdzie cumowano łodzie dłubanki i lekkie łódeczki ze skóry żubrów. Tyły domów stanowiły jak gdyby palisadę lub ścianę obronną, nie miały okien, a rzucona przez wrota żagiew nie mogła zapalić strzech z powodu wilgotnego mchu. Okna od strony podwórza zakrywały cieniutko wyprawione skóry lub rybie pęcherze, w mieszkaniach było więc widno. Wnętrza i zewnętrzne ściany domów bielono raz do roku wapnem nabywanym od kupców z południa. W izbach znajdowały się piece, dym nie gryzł nikogo w oczy; dobrze się w nich spało na wielkich łóżkach pokrytych futrami dzikich zwierząt. Spalowie trudnili się przede wszystkim rybactwem i łowiectwem, gardzili rolnikami, za futra kupowali żyto, proso i jęczmień. Stąd wiele domów przeznaczonych zostało na wyprawianie i suszenie skór, dzień i noc dymiły wędzarnie ryb i upolowanej zwierzyny. Na półwyspie suszyły się sieci, więcierze i żaki.

Zely była jedyną olbrzymką odkąd jej brat, Boza, utonął, gdyż zaufał zimą kruchej skorupie lodu na bagnach. Mały chłopiec dostrzegł w obrębie dworu zaledwie trzydziestu bardzo młodych mężczyzn i mnóstwo kobiet z brodami i bez bród. Nie znalazł żadnego rówieśnika, wszyscy chłopcy byli od niego starsi, to samo dziewczynki. Odkąd utonął Boza - jak mu to wyjaśniła Zely - nikt już nie zapładniał zwykłych kobiet i nikt nowy, poza nim, nie przybył ostatnio do dworu Spalów.

O kobietach z brodami Zely niewiele chciała powiedzieć. Podobnie o innych sprawach.

- Wszystko wytłumaczę ci, jak staniesz się dojrzały i przetoczysz kamień na podwórzu. A teraz tyle tylko wiedz, że na Spalów spadło przekleństwo. Olbrzymki stały się bezpłodne, podobnie bezpłodne są dziewczęta zrodzone z olbrzymów i zwykłych kobiet. Ze swych wypraw wojennych Spalowie przywlekli -że sobą dwie straszne choroby: scytyjską, która w osiemnastym roku życia każe mężczyźnie żyć i zachowywać się jak kobieta oraz dziwną chorobę zwaną Żądzą Czynów. Gdy skończysz osiemnaście lat i ty także, ponieważ masz w sobie krew Spalów, zapadniesz albo na chorobę scytyjską albo na tę drugą. Ogarnie cię tęsknota za wielkimi czynami i wyruszysz w świat, aby walczyć i rządzić.

- Nigdy cię nie opuszczę - przyrzekł chłopiec. W odpowiedzi Zely tylko uśmiechnęła się smutnie.

- Nie wiesz, co to jest choroba scytyjska. I nie wiesz, co to jest tęsknota za wielkimi czynami. Jeśli ktoś ma w sobie krew olbrzymów, nie potrafi usiedzieć w domu, łowić ryb albo polować. Musi ruszać w świat, aby walczyć.

Odtąd życie chłopca zaczęło upływać na dworze Zely tak szybko i pięknie, jak przemija lato. Wszyscy, którzy go otaczali, zdawali sobie sprawę, że jest ostatnim ze skazanego na zagładę ludu Spalów i być może z jego osobą łączyli nadzieję na swoje odrodzenie i przetrwanie. Zniewieściali mężczyźni z brodami uszyli dla niego sukienne spodnie i miękkie wysokie obuwie z jeleniej skóry; lubili zresztą tkać na krosnach, prząść kupowaną od innych ludów wełnę i robili z niej sukmany. Dostał od nich na lato kapelusz z sitowia, na jesień kapelusz z zajęczej pilśni, a na zimę szpiczastą czapkę z jeleniej miękkiej skóry. Oni też nauczyli go rybołówstwa, albowiem na dworze Spalów rybołówstwem zajmowali się zniewieściali mężczyźni. Dorastającym chłopcom powierzano myślistwo i obronę dworu Zely, choć ona sama była najlepszą obroną. Zely pilnie obserwowała jak do chłopca odnoszą się zniewieściali mężczyźni, nie pozwalała im brać go na kolana i całować, gdyż - jak się później domyślił - podejrzewała, że żyją ze sobą. U nielicznych kobiet i dziewcząt nie budził jeszcze zainteresowania, ponieważ był dzieckiem. Wśród kobiet i dziewcząt panowały swobodne obyczaje. każdy dorastający chłopak mógł mieć każdą dziewczynę czy kobietę, nie istniało prawo własności w tych sprawach, gdyż kobiety z krwią Spalów pozostawały bezpłodne, a chłopcy w osiemnastym roku życia albo niewieścieli albo odchodzili w daleki świat, gnani tęsknotą za wielkimi czynami.

Zrobiono dla chłopca leciutką łódeczkę ze skóry żubra. Przez pierwszy rok nauczył się budować jazy na rzece, to jest płoty z małym przejściem, gdzie zastawiano upleciony z wikliny kosz na ryby. Potem zakładał trzcinowe więcierze i żaki, łowił ryby sieciami uplecionymi z lnu i konopi, stawiał niewody z dwoma skrzydłami i matnią oraz trygubice z trzema rodzajami siatki o różnej wielkości oczek. Nigdy odtąd chłopiec nie zaznał głodu, nigdy bowiem nie brakowało ryb na dworze Zely; nawet zimą pod lodem umiano ciągnąć niewód i zaopatrywać się w świeżą rybę.



dalej


strona główna
(23kB)