(23kB)
strona główna


 

ZBIGNIEW NIENACKI

 

 

LASECZKA

I TAJEMNICA

OSOBY DZIAŁAJĄCE

 

HENRYK - dziennikarz, redaktor tygodnika

ROSANNA - dziewczyna ze Starego Cmentarza

JULIA - plastyczka, współpracowniczka tygodnika

BUTYŁŁO - handlarz antyków

BUTYŁŁOWA - piękna blondynka

SIOSTRA RYKIERTA - sprytna staruszka

PAKUŁA - oficer śledczy

KOBYLIŃSKI - reporter “Echa"

BUCZEK - major MO

GNIEWKOWSKI - kolekcjoner porcelany

SKARŻYŃSKI - kolekcjoner z Brzezin

SKONIECZNY - dentysta z Główna

BROMBERG - staruszek rencista

ROTMISTRZ - emerytowany wojskowy

MAREK - poeta, redakcyjny kolega Henryka

 

OSOBY, O KTÓRYCH SIĘ MÓWI

 

RYKIERT - magister, historyk sztuki

MOZEK vel JOSIF vel OCZKO - rzezimieszek bałucki

ZAZA - woltyżerka

A RNO - jej mąż, cyrkowiec

KRZYŻANOWSKI - lekarz, autor pamiętników

KOCHER - adwokat

FEDORENKO - żandarm carski

STANECKI - adwokat ze Zgierza

SCHULLER - SS-man

 

 

Rzecz zdarzyła się wiosną 1961 roku.

Podczas porannego dyżuru w drukarni, gdy z maszyny rotacyjnej schodziły pierwsze egzemplarze tygodnika, Henryk zobaczył na stole w redakcji technicznej część maszynopisu pamiętników dra Krzyżanowskiego. Wydawnictwo Łódzkie poprosiło redakcję o druk dowolnego fragmentu pamiętników, pragnąc w ten sposób zapowiedzieć książkową publikację całości. Poeta Marek dokonał wyboru fragmentu i przeznaczone do druku w następnym numerze stronice pamiętnika zaznaczył czerwonym ołówkiem. Henryk jednak nie miał zaufania do redakcyjnych umiejętności poety Marka. Tygodnik przeżywał właśnie pewien spadek nakładu, a Henryk obawiał się, że Marek nie wybrał fragmentu najbardziej frapującego i interesującego czytelników. Z maszyny schodziły pierwsze egzemplarze nowego numeru, dyżur redakcyjny zobowiązywał do siedzenia w drukarni aż do ostatniego egzemplarza, albowiem drukarzom nie zawsze chciało się przemyć walki i szczególnie ostatnie odbitki wychodziły zamazane. I raczej z nudów niż z poczucia odpowiedzialności zasiadł Henryk nad maszynopisem pamiętników. A gdy skończył czytanie, ustał już łoskot maszyny rotacyjnej - była dziesiąta rano, 21 maja 1961 roku.

 

 

21 maja

 

Wracając po dyżurze do domu zobaczył JĄ Henryk w oknie wystawowym Desy.

Leżała na perskim dywanie sąsiadując z wielką chińską wazą i kilkoma sczerniałymi ikonami. Tuż obok, wsparte o wypukły brzuch ozdobnej sekretery, stało piękne lustro w barokowej ramie.

Była ciemnowiśniowa, wysmukła, z posrebrzaną rękojeścią w kształcie walca. Wydała mu się bardzo wytworna; wyobraził ją sobie w urękawiczonej dłoni dandysa z fin de siecle'u, gdy z wysokich trybun śledził wyścigi konne. Ów pan, zapewne podobnie jak i Henryk - nosił wąskie spodnie i kolorowe kamizelki, a na głowie miał kapelusik z niewielkim rondkiem. Mimo to na współczesnej ulicy i w dłoni Henryka laseczka mogła spotkać tylko rozbawione spojrzenia, była czymś dziwacznym i anachronicznym.

A jednak prawie natychmiast wszedł do sklepu i, wskazując laseczkę palcem, zapytał o cenę.

Pięćset złotych - odpowiedziała siwa pani.

Odkąd otrzymał mieszkanie w nowym bloku, zbudowanym na dawnym pustkowiu tuż obok Starego Cmentarza, posiadanie laseczki uznał Henryk za nieodzowne. Do domu wypadało mu bowiem chodzić bezludną ulicą, odgrodzoną od cmentarza wysokim ceglanym murem. W murze było wiele dziur, na zarośniętym krzakami Cmentarzu wieczorami biwakowały grupki podejrzanych osobników, którzy przez owe dziury wyłazili na ulicę i zaczepiali przechodniów, wyłudzając od nich pieniądze na wódkę. Ileż to razy późnym wieczorem goniły za Henrykiem wołania podchmielonych wyrostków: “Te, okularnik, postaw kielicha " Przyśpieszał wówczas kroku utwierdzając się w postanowieniu kupna laski. Zapewne miała to być laska duża, ciężka i masywna. Lecz czy z taką mógłby się pokazywać na rojnych ulicach Łodzi, w redakcji, gdzie pracował, lub w kawiarni, gdzie spędzał wieczory? Oddalał więc od siebie decyzję nabycia laski, dopóki nie napotkał tej wysmukłej, ciemnowiśniowej, z posrebrzaną rączką w kształcie walca.

- Zrobiona jest z palisandru - rzekła siwa pani. - A palisander to bardzo mocne drzewo.

- Mocne - ucieszył się.

- Jest wytworna i stylowa. Przed sześćdziesięciu laty uważano ją za szczyt elegancji.

- Przed sześćdziesięciu laty... - westchnął.

- Laseczka posiada posrebrzaną rączkę. Niekiedy rączka odkręca się i ukazuje wydrążenie, gdzie można trzymać na przykład, koniak. Bywają laseczki, z których za pociśnięciem rączki wyskakuje sztylet. Ta, niestety, jest najzwyklejszą laseczką. Rączka, jak pan sam widzi, nie odkręca się. Nie ma także mechanizmu uruchamiającego sztylet. Zakończenie jest tępe i nieruchome.

- Wydaje mi się rzeczywiście bardzo wytworna i stylowa - zgodził się Henryk. I dodał: - Interesujące byłoby wiedzieć, do kogo kiedyś należała i kto paradował z nią po ulicach.

- O tak. To byłoby bardzo ciekawe - uśmiechnęła się siwa pani. - Oddał ją nam w komisową sprzedaż pan magister Jan Rykiert. Mieszka na Piotrkowskiej w tym wysokim domu z dużymi oknami. Wie pan, gdzie to jest, prawda?

Henryk uprzejmie skinął głową. A wówczas wyjaśniła, że mgr Jan Rykiert jest historykiem sztuki i sklep Desy pozostaje z nim w dość ścisłych kontaktach, albowiem Rykiert niekiedy dostarcza im do sprzedaży wartościowe antyki. Siwa pani wypowiadała się , o tym bardzo oglądnie. Henryk od razu pojął, iż magister Rykiert po prostu handluje antykami, lecz czyni to w sposób nieoficjalny, aby nie płacić podatku dochodowego.

- Pan Rykiert zapewne bardzo chętnie udzieli panu wszelkich informacji o palisandrowej laseczce - zakończyła siwa pani.

Zapłacił w kasie 500 złotych i stał się posiadaczem ciemnowiśniowej laseczki. Trzymając ją dwoma palcami, pomaszerował do redakcji, a wieczorem zasiadł z nią w kawiarni.

- Henryk coraz bardziej dziwaczeje - powiedział poeta Marek. I dodał, że wolałby kupić w Desie jakiś ładny obraz niż najładniejszą laseczkę.

Henryk przytaknął. Obraz to oczywiście przedmiot znacznie potrzebniejszy niż laseczka, ale chyba nie dla każdego. Pomyślał: “Posiadam w domu kilka obrazów, a przecież to nie ułatwia mi wędrówki do domu".

Julia roześmiała się głośno.

- Sądziłam, że Henryk nareszcie stanie się nowoczesnym mężczyzną. Podobno zaczął składać pieniądze na samochód. A tu macie, zamiast samochodu pojawia się laseczka. Jak traktować takiego mężczyznę?

Henryk uśmiechnął się bezradnie. Julia dała mu kiedyś do zrozumienia, że jeśli kupi samochód, gotowa jest z nim odbywać samochodowe podróże i będą razem, o czym zawsze marzył i czego bardzo pragnął.

- Laseczka nie jest specjalnie droga - odezwał się nieśmiało. - Zapłaciłem za nią tylko pięćset złotych.

- Pięćset złotych? - krzyknęła oburzona Julia. - Pięćset złotych na zbędny i na nic nieprzydatny przedmiot? Boże drogi - pałała szczerym gniewem - wyjść za mąż za takiego człowieka to chyba największe nieszczęście. Jada obiady w najgorszej stołówce, nosi wytarty kapelusz i stare rękawiczki, a kupił laseczkę za pięćset złotych!

Henryk już się nie uśmiechał. Było mu bardzo przykro.

 

 

 

24 maja

 

Laseczkę dał do odświeżenia. Stała się jeszcze ładniejsza - rączka połyskiwała srebrem, a palisandrowe drzewo błyszczało ciemnowiśniową politurą. Żelazny czubek głośno postukiwał na płytkach chodnika, gdy późnym wieczorem jak co dzień przemierzał pustą ulicę obok Starego Cmentarza.

Wieczór był ciepły, majowy. Spoza wysokiego muru napływała gęsta i odurzająca woń rozkwitającego bzu. Ogromną połać Starego Cmentarza porastały gęste krzewy, okrywające zapadnięte groby i walące się pomniki. Tam, pośród gęstwy splątanych gałęzi, kwitnących teraz i wydzielających zapach silny i odurzający - skakały króliki, włóczyły się zdziczałe psy i biegały gromadki łobuzów. Niektóre z tych gromadek tworzyły jakby bandy, którymi dowodził najsilniejszy.

Bliżej jednak Henryk nic nie wiedział o życiu wyrostków ze Starego Cmentarza. Znał ich tylko z dorywczych obserwacji, z tego, co dostrzegł z okna,, co zobaczył w codziennych wędrówkach z domu i do domu. Na ulicy spotykał ich, gdy dziurami w murze opuszczali cmentarz i rozchodzili się na swoje strony. Byli to na ogół dwudziestoletni chłopcy i tyleż chyba lat liczące dziewczęta. Wśród nich jedna wydała się Henrykowi szczególnie interesująca - wysoka i bardzo zgrabna, o puszystych czarnych włosach. Mniej była niż inne krzykliwa, a chyba ładniejsza. Jej czarne włosy nieodparcie sprowadzały mu na pamięć czytaną w dzieciństwie powieść odcinkową pod tytułem “Czarna Mańka", o królowej bałuckich złodziejaszków. Ta, być może, miała na imię Zosia, Henia lub Stefka i nie królowała na Starym Cmentarzu. Mimo to, ilekroć ją widział, zawsze budziła jego ciekawość i wspomnienie tamtej z powieści.

... Pachniało bzami. Uzbrojony w laseczkę pozwolił sobie Henryk krótki spacer, tak aby płuca przesycone kurzem miasta mogły odetchnąć świeżym powietrzem. Uliczka była cicha i bezludna oświetlona staroświeckimi lampami gazowymi. Wyparte ze śródmieścia przez jarzeniówki, jakby w przeszłość cofały przechodnia. Tutaj laseczka wydawała się mniej staroświecka.

Nagle spoza muru doszedł Henryka głośny śmiech, a po chwili z dziury w murze odległej o kilkanaście metrów wybiegła dziewczyna w jasnym płaszczyku. Za nią wyskoczył chłopak, dogonił ją i chwycił za rękę. Poczęli rozmawiać ze sobą głośno, gwałtownie. Henryk pojął, o czym mówili, dopiero gdy znalazł się bliżej. Wówczas także spostrzegł, że znowu spotkał dziewczynę, która tak często zaprzątała jego uwagę. Chłopca nie znał, a może po prostu dotąd nie utrwalił go sobie w pamięci.

- Pójdziesz! Obiecałaś, więc musisz pójść - wołał z coraz większym rozdrażnieniem wysoki chudy chłopak ostrzyżony na jeża.

Odpowiedziała śmiechem i poczęła wyszarpywać rękę z jego dłoni. Złapał ją więc oburącz i chyba ścisnął boleśnie, bo krzyknęła, a potem zaczęła powtarzać:

- Nie! nie! nie! nie!...

- Pójdziesz! Zobaczysz, że pójdziesz!

Szarpnął ją, potem popchnął. Nie miała dość siły, żeby wyrwać mu dłoń. Znowu ją popchnął, powtarzając: - A właśnie że pójdziesz!

Henryk pomyślał: “Nie należy się wtrącać, oni są chyba z tej samej bandy, najpewniej właśnie takie mają obyczaje, brutalnie załatwiając jakieś własne sprawy. Wtrącę się, a obydwoje obrócą się przeciw mnie".

- Odczep się, bo zawołam o pomoc - zagroziła dziewczyna.

Chłopak puścił jej rękę, uderzył dziewczynę w plecy. Potem znowu złapał jej dłoń i popchnął. Nic już nie mówił, tylko popychał i szarpał.

Henryk pomyślał: “Chłopak jest chyba silniejszy ode mnie, zapewne za murem cmentarnym kryją się jego koledzy. Najlepiej przejść mimo nich, jakbym niczego nie widział i nie rozumiał. Za pięć minut będę w swoim mieszkaniu i może nareszcie napiszę artykuł, o którym myślę od dawna. A może właśnie nie napiszę, ponieważ będę się zastanawiał, czy słusznie uczyniłem mijając ich, jak bym niczego nie widział i nic nie rozumiał?"

- Puść? Słyszysz? Puść! - krzyknęła dziewczyna. - Proszę pana! - zawołała w stronę Henryka. - Proszę pana - powtórzyła błagalnie.

Przystanął.

- Puść ją! Puść ją natychmiast - rzekł wspierając się na laseczce.

Chłopak nie wypuścił jednak dłoni dziewczyny. Tyle tylko, że obrócił się twarzą do Henryka i obrzucił go rozgniewanym spojrzeniem.

Dziewczyna szarpnęła się raz jeden i drugi. Wreszcie wydarła mu rękę. Wtedy odskoczyła kilka kroków.

- Co się pan mieszasz? Uważaj na szkła, bo ci z nosa spadną - rzekł wolno chłopak. Zdążył już chyba dostrzec, że przeciwnik jego nie wygląda na siłacza.

Henryk obronnym gestem podniósł do góry laseczkę.

- Zabierz ten patyk - wrzasnął tamten.

I szybkim ruchem chwycił dłonią koniec laski. Szarpnął, żeby ją złamać lub wyrwać mu z ręki. Henryk ścisnął silniej srebrną rączkę. Raptem rozległ się jakby suchy trzask, chłopak zatoczył się pod mur cmentarny. W dłoni trzymał drewnianą pochewkę. Henrykowi zaś pozostał w ręku długi i ostry jak żądło sztylet, którego rękojeść stanowiła srebrna rączka laseczki.

Henryk uczynił krok naprzód. Wówczas chłopak porzucił drewnianą pochewkę. Jak przestraszony kot uciekł pod mur i skrył się w dziurze.

Henryk przyklęknął i podniósł z chodnika porzuconą pochewkę. Drżącymi ze zdenerwowania palcami nasunął ją na sztylet. Rozległ się suchy trzask. To jakaś sprężynka związała silnie pochewkę ze srebrną rączką sztyletu. Znowu trzymał w dłoni już tylko ciemnowiśniową laseczkę z palisandru.

Uśmiechnął się. Ten uśmiech zobaczyła stojąca obok dziewczyna. On ją ośmielił, bo rzekła cicho, ale z wyraźnym podziwem:

- To z pana taki facet? No, no, no...

Henryka ogarnęło przyjemne uczucie zwycięstwa. Wydało mu się, że nagle okazał się kimś innym, niż był dotychczas.

- No, no, no... - powtórzyła dziewczyna.

Niedbale wzruszył ramionami.

- Nie lubię, jak mnie zaczepiają - powiedział.

- Napędził mu pan stracha. Uciekł jak szczur.

- Co to za jeden?

- Na imię ma Lolek. Dowodzi swoją paką. Taki tam... smarkacz - dodała.

- A pani należała do jego paki? I nie chciała pani wykonać jego rozkazu?

- Ja? Do jego paki? - zaśmiała się wzgardliwie. - To przecież smarkacz, ma dziewiętnaście lat.

- A pani?

- Dwadzieścia dwa.

- Wygląda pani na siedemnaście.

- Nie zależy mi na tym.

Skinął głową. Oczywiście, teraz jeszcze jej na tym nie zależało. Spojrzał na nią uważniej: tak, wydawała się najwyżej siedemnastoletnią dziewczyną, a to dzięki drobnym i subtelnym rysom twarzy. W ogóle .była dość drobna i szczupła. “Jest śliczna" - skonstatował raz jeszcze.

Spytała:

- Pan pewnie mieszka w tym wielkim bloku na końcu ulicy? Czy mogę pana odprowadzić?

- Mnie? - oburzył się Henryk. - To ja panią odprowadzę. Znowu ktoś tu na panią napadnie.

- To się więcej nie powtórzy. Lolek zaskoczył mnie. Nigdy nie sądziłam, że jest taką świnią. Chciał, żebym należała do jego paki, ale nic z tego nie wyjdzie.

Stuknął laseczką o płytę chodnika.

- Gdzie pani mieszka?

- W śródmieściu.

- Odprowadzę panią do tramwaju - zdecydował i zawrócił w stronę miasta. Poszła za nim posłusznie, a po kilku krokach wsunęła mu dłoń pod ramię. ,,Proszę, jaka swobodna - pomyślał. - Ma chyba wprawę w zaczepianiu mężczyzn na ulicy". I zrobiło mu się żal, że jest taka ładna i taka łatwa.

Jak by odgadła myśli Henryka. Rzekła:

- Pan pewnie nie zawiera znajomości na ulicy?

Powtórzyła z lekką drwiną:

- Pan nie z takich, co zawierają znajomości na ulicy?

- Nie z takich - rzucił ze złością, bo rozgniewała go ta drwina.

- Pan z takich, co to muchy nie umieją skrzywdzić. Pan lubi spacerować, podpierać się laseczką. Pan pewnie do teatru chodzi, z pięknymi kobietami siedzi w kawiarni, a potem wieczorkiem z pańskiej laseczki w cichej uliczce wyskakuje...

- Psssst! Cicho! - położył palec na ustach.

- Dobra, dobra - rzekła. - U mnie to jak w grobie.

Brała Henryka za jakiegoś rzezimieszka-eleganta z brukowej powieści. Henryk także przedstawiał ją sobie jako Czarną Mańkę. To nawet było chyba bardzo zabawne, że obydwoje mieli tak prymitywne wyobrażenie o świecie - zdał sobie sprawę. Oczywiście tylko on był tu śmieszny, bo od niego należało nieco więcej wymagać.

- Posłuchaj mnie, mała - odezwał się poufale. Zapewne tak właśnie powinien powiedzieć Mackie Majcher. - O laseczce zapomnij. W ogóle najlepiej zapomnij o incydencie na ulicy.

- O czym? - spytała.

- O tym, co się stało.

- Przecież nic się nie stało!

- Ale mogło się stać. O mały figiel, a tego Lolka bardzo bym skrzywdził. Ty mu to powtórz. Powiedz mu, że mi go żal, on jednak sam sobie winien. Na przyszłość niech się ode mnie trzyma z daleka. On i ta jego paka. I w ogóle... wszystkie tutejsze paki - zabezpieczył się na wszelki wypadek.

Bardzo poważnie przyjęła jego słowa. Kiwnęła głową, że wie, o co chodzi.

Henryk ujął laseczkę w dwa palce i zrobił nią kilka młyńców. Wypadło to zupełnie nieźle, choć tylko raz widział “Operę za trzy grosze" i niezbyt dokładnie zaobserwował, jakie ruchy laseczką wyczyniał Mackie Majcher.

Zbliżyli się do pierwszych domów miasta. Skręcili w przecznicę, gdzie znajdowała się pętla tramwajowa.

Zagadnął dziewczynę:

- Co pani robi?

- Jestem wolna - ucieszyła się, jakby od dawna oczekiwała na to pytanie. - Jeśli pan chce, możemy iść do lokalu potańczyć...

- Nie to miałem na myśli. Pytałem, kim pani jest? Gdzie pani pracuje, z czego pani żyje?

Znowu zaśmiała się wzgardliwie. Jak wówczas, gdy zapytała o Lolka.

- A pan co? Apostoł? Z czego żyję? Z przyzwyczajenia, proszę pana.

- Dobra, dobra, mała - załagodził. - Nie chcesz mówić, to nie. No cześć, żegnaj - podał jej rękę.

Na pustej ulicy obok Starego Cmentarza pachniało bzami. Jakby jeszcze mocniej i upojniej. Laseczka postukiwała na płytach chodnika. Henryk szedł i nucił piosenkę o Mackie Majchrze:

Jenny Towler znaleziono

Z nożem w piersiach, ale cóż,

Mackie Majcher spaceruje

i nikt nie wie, czyj był nóż.

 

25 maja

 

Laseczka miała tajemnicę. Nie kryło się w niej wydrążenie, w którym można by nosić koniak. Za dotknięciem zamaskowanej sprężynki nie wyskakiwał sztylet. Tajemnicę zdradzało tylko szarpnięcie za czubek laski. Nie skutkowało wyciąganie rączki, kręcenie nią - jedynie gwałtowne szarpnięcie uruchamiało ukryty wewnątrz zatrzask, oddzielając palisandrową pochewkę od rączki z długim ostrzem. Dlatego nawet w Desie nie odkryto tajemnicy, choć, być może, próbowano poruszać rączką i szukano ukrytych sprężynek. Nikomu jednak nie przyszło na myśl, aby po prostu szarpnąć.

Sztylet był długim na pół metra starym bagnetem rosyjskim. Jego wąziutkie klingi schodziły się w ostry i cienki jak igła koniec. Rana zadana tym narzędziem miała kształt krzyża i goiła się bardzo powoli.

Zastanawiała niezwykła staranność, z jaką ostrze bagnetu osadzono w srebrnej rączce, dorabiając precyzyjny zatrzask, wydrążając pochewkę i wnętrze jej wykładając metalem.

Nie opuszczało Henryka przypomnienie Brechtowskiego bohatera - Mackie Majchra, króla londyńskich rzezimieszków, spacerujących po ulicach ze sztyletem schowanym w lasce. O podobnym królu złoczyńców, władającym na Banitach w Łodzi, czytał kiedyś Henryk w jakiejś książce. Ów król łódzkich bandytów zwał się “Josif", a później “Oczko". Tak samo jak Mackie Majcher, nosił Oczko elegancką laseczkę, kryjąc w niej śmiercionośne narzędzie.

Henryk patrzył na ostry jak igła bagnet i nie potrafił uciec od nieprzyjemnego pytania: czy ostrze to zagłębiało się już w ciele ludzkim? W jakże przedziwnych i chyba strasznych sytuacjach wyciągano je z ciemnowiśniowej pochewki? Kiedy to było? Kto nosił dziwaczną laseczkę?

Wracały ciągle te same pytania bez odpowiedzi. Lecz Henryk. był już świadomy, że jeśli uda mu się poznać historię laseczki, zainteresuje ona czytelników pisma, w którym pracował. Palisandrowa laseczka okazałaby się wówczas pomocną nie tylko w wędrówkach po pustej ulicy obok Cmentarza. Stałaby się także TEMATEM.

 

 

 

28 maja

 

Tego dnia w redakcji Henryk niespodziewanie otrzymał telefon od Julii.

- Henryku - mówiła Julia - od tamtej chwili, gdy przyszedłeś do kawiarni ze swoją laseczką, prześladuje mnie uczucie, że byłam dla ciebie niesprawiedliwa. Każdy z nas ma przecież prawo do odrobiny dziwactw. Nawet jeśli to są kosztowne dziwactwa, takie jak twoja laseczka. Chcę ci wynagrodzić wyrządzoną przykrość. Pomyślałam, że przyjęcie zaproszenia na spędzenie wieczoru u ciebie nie przyniesie mi ujmy. Jesteś wprawdzie dziwacznym, ale bardzo dobrym i porządnym człowiekiem. Jeśli więc nic nie zmieniło się w twym stosunku do mnie...

- Tak, tak, tak, Julio - wołał gorąco do telefonu. I powiedział do słuchawki wiele ciepłych słów. A gdy skończyli rozmowę, czuł się bardzo szczęśliwy.

Julia była ładna. Henryk lubił obrazy, które malowała w swej pracowni na najwyższym piętrze jednego z nielicznych wysokościowców w Łodzi. Łączyli ich wspólni znajomi, spotykali się z nimi prawie codziennie w tej samej kawiarni. Nie nudził się z Julią i jeśli dotąd nie przekroczyli progu przyjaźni, to tylko z jej winy. Zapewne nie dosyć się jej podobał.

Umówił się z Julią o 5 po południu w malutkiej kawiarni na ulicy Moniuszki. Później mieli pójść razem do Henryka.

Gdy skończył pracę w redakcji, pozostało mu dość czasu na zrobienie zakupów, chciał bowiem przyjąć Julię kolacją. Wydawało mu się, że zdąży jeszcze odwiedzić magistra Rykierta, który mieszkał na ulicy Piotrkowskiej.

Był to duży, czteropiętrowy dom z dwiema długimi oficynami. Mieszkanie Rykierta znajdowało się na pierwszym piętrze w prawej oficynie. Henryk dotknął guziczka dzwonka. Raz, a potem drugi, bo wydało mu się, że dzwonek jest nieczynny. Wreszcie nacisnął klamkę i drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem. Wówczas, gdzieś z głębi mieszkania, usłyszał odgłos energicznych, zbliżających się kroków.

Ktoś szerzej odemknął uchylone drzwi. Henryk widział tylko sylwetkę jakiegoś mężczyzny, ponieważ korytarzyk w mieszkaniu był prawie zupełnie ciemny.

- Słucham pana? O co chodzi? - zabrzmiały dwa ostro wypowiedziane pytania.

- Chciałbym porozmawiać z magistrem Rykiertem - powiedział Henryk.

- O czym chce pan rozmawiać? - znowu padło pytanie. Mężczyzna w mroku korytarzyka cofnął się do tyłu. Henryk uznał to za gest zapraszający i przestąpił próg mieszkania.

- Kupiłem w Desie przedmiot, który sprzedał magister Rykiert, i pragnę uzyskać pewne informacje - zaczął wyjaśniać.

- Słucham pana. O jaki przedmiot chodzi?

Henryk zwlekał z odpowiedzią, gdyż nieznajomy nie przedstawił mu się. Tamten natychmiast zrozumiał tę zwłokę.

- Proszę, może pan wejdzie dalej, do pokoju - rzekł, otwierając jakieś drzwi. -Przepraszam, że nie zapalam światła, a w pokoju jest również mroczno. Miałem wypadek samochodowy, doznałem obrażeń głowy i oczu, teraz przechodzę rekonwalescencję.

- Nie zajmę panu dużo czasu - zastrzegł się Henryk.

Okno w pokoju zasłaniały story. Mimo mroku udało mu się spostrzec, że pokój jest prawie pusty i tylko pod ścianą, obok dużej kanapy stały dwa fotele, a pod drugą ścianą, na niskiej sofce, leżało kilka wiązanek już chyba zwiędłych kwiatów. Zobaczył je, bo uderzył go zapach duszny i nieprzyjemny, więc bezwiednie szukał jego źródła. “Nie, to nie kwiaty" -pomyślał, bo teraz wyczuł jakby woń kadzidła, a może spalonych świec.

- Proszę, niech pan siada - powiedział do Henryka i sam zasiadł pierwszy w jednym z foteli obok kanapy.

Henryk przykucnął w drugim fotelu. Oddaleni od siebie tylko o krok, zaledwie rozróżniali owale twarzy. W półmroku pokoju były one tylko jaśniejszymi plamami.

Henryk wyjął z kieszeni swoją skórzaną papierośnicę.

- Dziękuję, nie palę.

- Kupiłem w Desie laseczkę palisandrową, ciemnowiśniową. Okazało się, że jest w niej ukryty sztylet, a raczej długi bagnet.

- Tak - stwierdził bez zdziwienia mężczyzna.

- Zainteresowało mnie pochodzenie laseczki. Pomyślałem, że historia tak dziwnego przedmiotu może być ciekawa i bardzo interesująca. Chciałbym poznać nazwiska poprzednich właścicieli laseczki i dlatego przyszedłem do pana...

Urwał. Mdlący zaduch w pokoju przyprawił Henryka o mocniejsze bicie serca.

- Czy mógłby mi pan dopomóc w poznaniu tej historii? - zakończył prawie szeptem.

Tamten dotknął palcami swego czoła.

- Nie wiem... Nie wiem - powtórzył trochę nieprzytomnie. - Powiem panu, tak, powiem. Teraz nic nie pamiętam. Źle się czuję. Może innym razem pan przyjdzie? Przypomnę sobie. Mówiłem panu, miałem wypadek samochodowy. Przepraszam pana, bardzo źle się czuję. Może innym razem będę pamiętał...

Mówił bezładnie, gorączkowo, jak człowiek bardzo chory.

- Przepraszam pana - Henryk podniósł się z fotela. - Rzeczywiście, może będzie lepiej, jeśli przyjdę innym razem.

Ruszyli do drzwi. Gościnnie wyprzedził Henryka i otworzył je na oścież. Wówczas z klatki schodowej wpadło do wnętrza nieco światła. Tamten natychmiast cofnął się jednak w mrok tak szybko, że Henryk nie zdążył zobaczyć jego twarzy. Spostrzegł tylko, że nosi czarny garnitur i białą koszulę. W górnej kieszonce miał białą chusteczkę.

Powiedział jeszcze:

- Żałuję, bardzo żałuję. Może później? Potem...

Trzasnęły drzwi. Henryk zbiegł szybko po schodach wydychając z siebie przykry zapach pokoju. Na podwórzu zerknął na zegarek i z przestrachem stwierdził, że choć wizyta u Rykierta nie trwała więcej niż dziesięć minut, to jednak spóźnił się już na spotkanie z Julią.

Prawie pobiegł ulicą. Dopadł autobusu i przyjechał przed kawiarnię. Lecz Julia już czekała.

Na widok Henryka odłożyła gazetę i uśmiechnęła się pobłażliwie. Był zziajany, zdenerwowany. Przepychając się do Julii między ciasno ustawionymi stolikami o mało nie wylał kawy na kolana jakiejś pani.

- Przebacz mi, Julio - prosił przysiadając na brzeżku krzesełka. - Najpierw robiłem zakupy, a potem zupełnie niepotrzebnie poszedłem do magistra Rykierta.

- Rykierta? - zapytała, jakby coś sobie przypominając.

- On sprzedał Desie laseczkę. Wyobraź sobie, że laseczka moja jest niezwykle interesująca. Zawiera szpadę, a raczej bagnet. Poszedłem więc do owego Rykierta, aby wywiedzieć się o jej przeszłość.

Julia zacisnęła usta. Przerwała Henrykowi w pół słowa.

- Ktoś tutaj bardzo się do ciebie uśmiecha. Co to za panienka? Obejrzał się. Zobaczył dziewczynę, którą z przykrej sytuacji uratowała jego laseczka. Dziewczyna siedziała na kanapce pod ścianą w otoczeniu kilku dziewcząt dość swobodnie i krzykliwie rozmawiających.

- Nie znam tej pani - powiedział nieszczerze.

- Czemu więc raz po raz zerka w naszą stronę i uśmiecha się porozumiewawczo?

- Nie wiem. Może jej się podobam - zauważył. - Nie jesteś chyba zazdrosna, Julio?

- A jednak uśmiecha się do ciebie, jakby cię znała bardzo dobrze. Nie lubię głupich sytuacji. Jeśli ją znasz, zaproś ją do naszego stolika. Panienki, które z nią siedzą, wyglądają niezbyt zachęcająco; ich profesja jest, zdaje się, niedwuznaczna. Nigdy nie przypuszczałam, że posiadasz wśród nich swoje znajome.

- Nie znam tej pani, Julio. Mówmy o czym innym.

- Dobrze, mówmy o czym innym - zgodziła się.

Odwrócił się plecami do dziewczyny. Był jednak tak zdenerwowany, że nie potrafił skleić zdania.

- Mówiłeś o odwiedzinach u człowieka nazwiskiem Rykiert - powiedziała Julia.

- Byłem u niego - chwycił się podsuniętego mu tematu. - Przyjął mnie w ciemnym pokoju, w jego mieszkaniu okropnie śmierdziało, myślałem, że się uduszę. Zapytałem go o laseczkę, a on: “nie wiem... nie wiem... nic nie pamiętam... może pan przyjdzie innym razem". Zachowywał się jak człowiek bardzo chory, a jednocześnie zauważyłem na nim wizytowy czarny garnitur.

- Rozmawiałeś z nim? Z Rykiertem? - pytanie Julii było trochę dziwaczne, bo przecież właśnie o tym opowiadał.

- Rozmawiałem, Julio.

- Kiedy to było?

- Przed kilkunastoma minutami. Właśnie od niego wracam.

- Od Rykierta?

- Tak. Od magistra Jana Rykierta - wyjaśnił cierpliwie.

Julia znowu zacisnęła usta. Rozgniewana zgniotła zaledwie zaczętego papierosa.

- Henryku - powiedziała cicho, ale z naciskiem. - Pokazałeś mi się z zupełnie dotąd nie znanej strony. Cieszę się, że stało się to właśnie dzisiaj, zanim zdecydowałam się na coś, czego mogłabym później żałować. Nie przypuszczałam, że potrafisz być kłamcą. Na przyszłość jednak radzę ci, abyś kłamał bardziej umiejętnie.

Wstała. Henryk również się zerwał.

- Julio, co się stało? Zupełnie nie rozumiem!

- Rozmawiałeś z Rykiertem? A więc posiadasz cudowną zdolność nawiązywania kontaktów z ludźmi, którzy od trzech dni nie żyją. Uważam, że powinieneś w jakiś sensowny sposób wykorzystać tak niezwykłą umiejętność.

- Julio!... - zawołał.

Stuknęła palcem w porzuconą na stoliku gazetę.

- Tu jest wydrukowany nekrolog magistra Jana Rykierta.

To mówiąc wyszła z kawiarni.

Henryk długą chwilę stał nieruchomo. Patrzył w ślad za Julią, dopóki nie zniknęła za zamkniętymi drzwiami. Później spojrzał na nekrolog: MAGISTER JAN RYKIERT ZMARŁ NAGLE DNIA 25 MAJA... POGRZEB ODBĘDZIE SIĘ 28 MAJA NA CMENTARZU KOMUNALNYM...

Usiadł. Przeczytał jeszcze raz cały nekrolog. Dziś był właśnie 28 maja. Dzisiaj na Cmentarzu Komunalnym chowano do grobu trumnę ze zwłokami magistra Jana Rykierta - HISTORYKA SZTUKI - jak wyraźnie dojrzał przy powtórnym czytaniu.

Czy możliwe, żeby w Łodzi mieszkało aż dwóch Janów Rykiertów, magistrów i historyków sztuki? A jednak tak właśnie było i ten dziwaczny zbieg okoliczności fatalnie zaważył na spotkaniu z Julią.

- Odeszła. A jaką miała wściekłą minę - za plecami Henryka odezwała się dziewczyna.

Nie odpowiedział, ale jej to nie zraziło. Spytała, czy może się przysiąść, a choć i tym razem nic nie odrzekł, usiadła.

Henryk z trudem pohamował wściekłość.

- Pani jest bardzo źle wychowana. Nie znamy się aż na tyle, aby przysyłała mi pani uśmiechy, gdy siedzę w towarzystwie kobiety.

- Fiuuuu! - gwizdnęła tak głośno, że przy sąsiednich stolikach na chwilę przerwano rozmowy. - To takie buty? To ona przeze mnie wyszła z kawiarni? Miała minę zdetronizowanej królowej.

- Proszę o niej w ten sposób nie mówić.

Pokiwała głową:

- Panu się wydaje, że pan ją kocha.

- Nie rozumiem, co to panią obchodzi? - odezwał się niegrzecznie. - Ta pani odeszła nie dlatego, że pani się do mnie raczyła uśmiechać. Wydałem się jej oszustem i kłamcą. Sprawił to fatalny zbieg okoliczności.

- Wszyscy mężczyźni zawsze tłumaczą się fatalnym zbiegiem okoliczności.

- Nie kłamałem, nie oszukiwałem. Rzeczywiście zbieg okoliczności uczynił, że wydałem się kłamcą. Jasne?

- Nie bardzo...

- Przed dwudziestoma minutami byłem u pewnego magistra i historyka sztuki, Jana Rykierta. Rozmawiałem z nim i treść rozmowy powtórzyłem pani, z którą przed chwilą siedziałem. Traf zdarzył, że właśnie dzisiaj jest pogrzeb człowieka nazwiskiem Jan Rykiert, również magistra i historyka sztuki. Moja znajoma przeczytała nekrolog w gazecie i zbyt pochopnie wywnioskowała, że kłamię. Czy teraz już pani wszystko rozumie?

- Nie bardzo.

- A cóż tu niejasnego?

- Dwóch Rykiertów? Janów? Magistrów? Historyków sztuki? - zadrwiła.

- A jednak tak właśnie się zdarzyło - wzruszył ramionami.

- Nie dziwię się tej pani, że odeszła. Nikt nie chce, żeby z niego robić wariata.

- Zbieg okoliczności.

- W dużym mieście może mieszkać nawet dziesięciu Rykiertów i do tego pięciu Janów. Ale, żeby było dwóch magistrów i historyków sztuki? A może pan dzisiaj źle się czuje? - spytała troskliwie.

Uderzył dłonią w szklaną powierzchnię stolika.

- Pójdziemy. To niedaleko stąd. Zobaczy pani tabliczkę z napisem “Jan Rykiert, magister, historyk sztuki". Ten człowiek żyje, proszę pani, i dzisiaj ze mną rozmawiał.

- A wieczorem pójdziemy potańczyć, dobrze? - zaproponowała.

Nie odpowiedział. Wyszli z kawiarni. Ona uśmiechnięta i zadowolona, on - ponury, milczący, zdecydowany przekonać cały świat, że istniało dwóch Janów Rykiertów, magistrów i historyków sztuki.

Minęli podwórze. Wspięli się na pierwsze piętro. Przystanęli przed drzwiami z mosiężną tabliczką. Henryk dwa razy nacisnął dzwonek, potem zapukał, a wreszcie ujął za klamkę. Teraz jednak drzwi nie ustąpiły.

Znowu zapukał. Potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Coraz głośniej, gwałtowniej.

Otworzyły się drzwi sąsiedniego mieszkania i na korytarz wyjrzała gruba blondynka w szlafroku.

- Pan do kogo? - spytała.

- Do pana Rykierta.

- Umarł, proszę pana. Dzisiaj jest jego pogrzeb.

- Ja do żywego pana Rykierta - wyjaśnił.

Popatrzyła bardzo podejrzliwie.

- Tu mieszkał tylko jeden Rykiert. Magister. W tej chwili odbywa się jego pogrzeb. Na komunalnym go chowają.

- Proszę pani - zaczął wyjaśniać. - Byłem tutaj przed pół godziną. Otworzył mi drzwi jakiś mężczyzna. Spytałem o pana Rykierta, bo nie wiedziałem o jego śmierci. Ów mężczyzna przyjął mnie w tym mieszkaniu jako Jan Rykiert, magister. Teraz zupełnie nic nie rozumiem. Myślałem, że jest dwóch Rykiertów.

Blondynka w szlafroku zwietrzyła sensację. Wyszła na próg mieszkania i powiedziała:

- Przed trzema godzinami wyniesiono z mieszkania trumnę ze zwłokami. Na cmentarz pojechali wszyscy znajomi i siostra zmarłego. U mnie zostawiono klucze od mieszkania. A pan mówi, że tu ktoś był?

- Był - potwierdził. - Dwa razy zadzwoniłem, a ponieważ nie słyszałem dzwonka...

- Zepsuty - wtrąciła.

- Nacisnąłem klamkę i drzwi się otwarły. Usłyszałem kroki w mieszkaniu i w ciemnym korytarzyku zjawił się jakiś mężczyzna. Spytałem o pana Rykierta, wówczas zaprosił mnie do pokoju, w którym były okna zasłonięte storami. Rozmawiałem krótką chwilę i on mówił ze mną jako magister Jan Rykiert.

- To wszystko jest prawda - zgodziła się gruba blondynka w szlafroku. - Korytarz jest ciemny, a w pokoju okna mają zasunięte story. Ale mieszkanie jest zamknięte, nikogo w nim nie ma, a klucze są u mnie.

- Ten pan mówił, że przyjmuje mnie po ciemku, bo oczy go bolą. Miał wypadek samochodowy.

Pani w szlafroku kiwnęła głową.

- Pan Rykiert zginął w wypadku samochodowym.

Henryk zawołał:

- Rozmawiałem z nim! Przed chwilą! Przed pół godziną! Blondynka czmychnęła do swego mieszkania. Wychyliła głowę zza drzwi i zawołała z przestrachem:

- On nie żyje! W tej chwili jest jego pogrzeb!

- Proszę pani... - zaczął. Ale nie pozwoliła mu skończyć.

- Niech pan nic nie mówi, błagam! - krzyknęła. I zwróciła się do dziewczyny, która wydała się jej osobą bardziej godną zaufania: - Może pani zechce chwileczkę zaczekać. Narzucę suknię i pobiegnę do dozorczyni. W domu nie ma nikogo, mąż poszedł na pogrzeb, a ja źle się czułam i zostałam. Przecież nie mogłam wiedzieć, że pan Rykiert - przeżegnała się - zacznie powracać do swego mieszkania.

Zniknęła. Henryk ujął dziewczynę za łokieć.

- Idziemy - zdecydował.

Blondynka znowu wyjrzała zza drzwi. Była już bez szlafroka, wychyliła się do pasa, ukazując brudnawy biustonosz i dużo białego, aż nieprzyjemnie białego ciała.

- Jeszcze chwileczkę, proszę państwa... Ja tu za nic nie zostanę sama. Chwileczkę, proszę państwa, zaczekajcie.

Zniknęła. Zbiegli po schodach, na ulicy udało im się zatrzymać taksówkę.

- Na Cmentarz Komunalny - Henryk rzucił kierowcy.

- Czyżby ciągle jeszcze nie wierzył pan w śmierć Rykierta? - zapytała dziewczyna.

- Wiem, że umarł. Lecz może spotkam na pogrzebie tego, który żyje?

Zrozumiała. Uśmiechnęła się, powiedziała:

- Pierwszoklaśna heca, co, nie?

Henrykowi przyszło na myśl, że jednak chyba niepotrzebnie jadą na cmentarz. Cóż z tego bowiem, że ujrzy wszystkich uczestników pogrzebu, że, być może, spotka wśród nich człowieka który przyjął go w mieszkaniu Rykierta, skoro zupełnie nie wie, jak ten człowiek wyglądał. Był w czarnym garniturze, w białej koszuli i z białą chusteczką w kieszonce. Lecz w takim stroju Henryk zobaczy na cmentarzu zapewne więcej osób. Prawdopodobnie rozpoznałby go po głosie. Czy zechce jednak odezwać się do Henryka? Przecież Henryk nie zjawi się na cmentarzu oświadczając gromko: ,,Proszę państwa, przed niespełna godziną rozmawiałem z Rykiertem w jego mieszkaniu". Uznają go za wariata i zadzwonią po Pogotowie, które bez specjalnych formalności na wszelki wypadek zawiezie go do szpitala dla wariatów.

Niechętnie wysiadł z taksówki przed bramą cmentarza. Dziewczyna ujęła go pod rękę i poszli aleją rozglądając się na wszystkie strony i szukając gromadki ludzi stojącej wokół świeżo zasypanej mogiły.

Akurat trumnę spuszczano do dołu. W pogrzebie brało udział zaledwie kilkanaście osób, bez trudu więc przecisnęli się prawie nad krawędź grobu. Zdążył jeszcze zobaczyć pomalowane na brązowo deski trumny, kryjącej zwłoki człowieka, który sprzedał do Desy palisandrową laseczkę, i - jeżeli Henryk mógł ufać swoim zmysłom - przed godziną rozmawiał z nim w swym mieszkaniu.

Z głuchym łoskotem spadły na trumnę garści piachu. Pierwszą garść rzuciła chuda, drobna kobieta w czerni. Żona, a może siostra, bo właśnie o siostrze wspominała gruba sąsiadka. Henryk zanotował w pamięci twarze kilku dystyngowanych panów, prawdopodobnie kolegów zmarłego. Widział także kilka pań, może to były żony dystyngowanych panów? Lecz tylko jedna kobieta nosiła czarny strój, owa chuda i stara pani. Siostra - zdecydował.

Raptem dojrzał kogoś znajomego. Siwą panią z Desy. Trochę jakby się zdziwiła, zauważywszy Henryka na pogrzebie. Miała prawo sądzić, że nie dalej jak przed kilkoma dniami nazwisko zmarłego usłyszał od niej po raz pierwszy w życiu. Teraz zaś zjawił się na pogrzebie jak dobry znajomy nieboszczyka.

Grabarze zgarniali łopatami piach na trumnę. Pomyślał melancholijnie: “Zakopują także tajemnicę mojej laseczki".

Nadchodził wieczór. Usypano mogiłę, ludzie poczęli powoli ruszać w stronę bramy cmentarnej. Również siwa pani z Desy zdecydowała się opuścić cmentarz. Henryk poszedł za nią i w głównej alei ukłonił się.

- Jakie to smutne - rzekł - przed tygodniem poinformowała mnie pani o osobie magistra Rykierta. Chciałem mu złożyć wizytę. Nagle zaskoczyła mnie wiadomość o jego śmierci.

- I nie zdążył się pan z nim rozmówić - stwierdziła siwa pani. Pomyślała zapewne, że Henryk jest tak bardzo subtelnym osobnikiem, skoro poszedł na pogrzeb człowieka, któremu nie zdążył złożyć wizyty.

Powiedział:

- To był, zdaje się, nieszczęśliwy wypadek.

- Magister Rykiert jechał własnym samochodem i na niestrzeżonym przejeździe wpadł pod pociąg.

- Bardzo smutne... - przytaknął. - Wyobrażam sobie, jak tę wiadomość przyjęła jego małżonka.

- Był kawalerem. Oprócz siostry nie miał żadnych krewnych. Siostra przyjechała na pogrzeb z Warszawy.

Pożegnał ją na ulicy za bramą cmentarną. Siwa pani poszła na lewo, a on zaproponował dziewczynie ulicę na prawo. Wystarczyło minąć dwie przecznice, a wchodziło się na pole w pobliżu domu Henryka. Mieszkał bowiem w dzielnicy pustkowi i cmentarzy.

- Zjemy kolację - oświadczył dziewczynie potrząsając teczką, w której przez cały czas dźwigał wiktuały kupione z okazji zapowiedzianych odwiedzin Julii.

 

28 maja, wieczorem

 

- Jak pani na imię?

- Rosanna - odparła, zamykając drzwi łazienki. Umyła ręce, aby pomóc mu w przyrządzaniu kanapek.

- Teraz pani wymyśliła to imię czy trochę wcześniej?

- Czy to nie wszystko jedno? Chłopcy na Starym Cmentarzu mówią do mnie: Rosanna. Tam prawie każdy ma przybrane imię.

- Nie jestem chłopcem ze Starego Cmentarza. Najwyższa pora, uważam, aby pani była ze mną szczera.

- Co panu z tego przyjdzie?

- Musi się pani zdecydować: chce mi pani pomóc w wyjaśnieniu zagadkowej śmierci Rykierta?

- Chcę. Ale jakie znaczenie ma dla tej sprawy moje imię? Jeśli okaże się, że mam na imię Zosia, czy pomoże to panu rozwikłać zagadkę?

- Nie. Ale sądzę, że musimy być ze sobą szczerzy.

- Postaram się - rzekła bez przekonania.

- Kim pani jest? Czym się pani zajmuje?

- Pracuję w Domu Mody na Piotrkowskiej. Szyję. Ale od września mam zostać modelką.

- To jest pani największe marzenie?

- Owszem. A pan jakie ma marzenia?

- Na razie jedno. Żeby pani przestała mnie brać za jakiegoś gentlemana-włamywacza. Wystarczy rozejrzeć się po moim mieszkaniu, aby zorientować się, że jestem kimś zupełnie innym. Mam dość ładnie urządzone mieszkanie, ale pracowałem na to przez pięć lat. Myślę, że za dużo u mnie książek jak na włamywacza.

- Pan sądzi, że włamywacze nie mogą mieć w domu biblioteki?

- Nie wiem. Nie znałem żadnego włamywacza.

- Niech pan będzie spokojny. Wiem dobrze, kim pan jest i gdzie pan pracuje.

- Na pewno?

- Wiedziałam przecież, że pan mieszka w nowym bloku koło Starego Cmentarza. Wczoraj weszłam do dozorcy, powiedziałam, że mam dla pana list. Bez trudu wywiedziałam się wszystkiego, co chciałam.

- I nie straciła pani dla mnie zainteresowania?

- Trochę. Ale kiedy dzisiaj zobaczyłam pana w kawiarni z tą damą, pomyślałam, że szkoda pana dla takiej kobiety.

- Co ma jej pani do zarzucenia? To bardzo zdolna malarka.

- Wygląda na zarozumiałą. Nie lubię takich bab. Chciałam jej zrobić na złość i dlatego uśmiechnęłam się do pana. Potem zrobiło mi się pana żal i podeszłam do stolika.

Henryk pokrajał chleb, wyjął z teczki puszkę sardynek, paczkę herbatników w czekoladzie, i butelkę wina.

- To wszystko dla niej, co? - kpiła, smarując chleb masłem.

Milczał. Zauważyła:

- Wolałby pan, żeby to ona była tu teraz, a nie ja?

Też nic nie odpowiedział,

- Ona jednak nie uwierzyła, że rozmawiał pan z Rykiertem.

- A pani!

- Wierzę.

- Dlaczego?

- Pan nie umie kłamać. Nie jest pan zdolny do wymyślenia podobnej przygody.

Poczuł się dotknięty.

- Niech pani wie, że napisałem kilka książek. Wszystkie były od początku do końca zmyślone.

- To nic nie znaczy. Na papierze może pan potrafi zmyślać. Ale w życiu jest pan naiwniutki i bardzo prawdomówny. Ja się znam na ludziach.

- Tak?

- Miałam dość ciężkie życie...

- Hm... - chrząknął.

- Niech się pan nie boi, nie będę panu opowiadała. Ale życie naprawdę znam na tyle, aby wiedzieć, że zdarzają się w nim sprawy najdziwniejsze.

- Do takich spraw zalicza pani moją rozmowę z Rykiertem?

- To się okaże - powiedziała z powagą.

To już była nie ta sama dziewczyna, którą Lolek szarpał na ulicy koło Starego Cmentarza. Kiedy zdjęła płaszcz, okazało się, że nosi skromną niebieską sukienkę z białym kołnierzykiem. Nie dostrzegał w niej owego wyzywającego prostactwa, które dotąd tak go raziło.

Załadowali jedzenie na tackę. Odkorkował butelkę z winem i przeszli z kuchni do pokoju. Usiadł na kanapie, a ona w fotelu przy niskim stoliku. Opowiedział jej o kupnie laseczki i wyjaśnił, dlaczego zaprowadziła go do Rykierta.

- Co pani myśli o tym wszystkim? - spytał.

Zastanawiała się przez dłuższą chwilę, a wreszcie powiedziała:

- W duchy nie wierzę. Rykiert umarł. Więc człowiek, z którym pan rozmawiał w jego mieszkaniu, nie był Rykiertem.

- Dlaczego pani tak przypuszcza?

- Zgodnie z tym, co pan mi opowiadał, ten człowiek nie powiedział panu wyraźnie, że jest Rykiertem.

- Dał mi to jednak do zrozumienia.

- Z początku sądził, że pan zna Rykierta, a więc mistyfikacja mu się nie uda. Szybko jednak zorientował się, że pan nigdy Rykierta nie oglądał. Nie był jednak tego pewien aż do końca. Dlatego ani razu nie powiedział wyraźnie, że jest Rykiertem.

- Dlaczego nie powiedział wyraźnie: Rykiert umarł?

- W tym właśnie leży sedno zagadki. Korzystając, że wszyscy krewni i znajomi zmarłego pojechali na pogrzeb, nie znany nam człowiek w nie znanym nam celu wszedł do mieszkania zmarłego.

- Jeśli wierzyć sąsiadce, drzwi były zamknięte, a klucze znajdowały się w jej posiadaniu.

- Ów człowiek mógł mieć swoje klucze - odparowała dziewczyna.

- Zgoda - przyznał. - Dlaczego jednak, gdy zjawiłem się przed drzwiami mieszkania zmarłego, ów nie znany nam osobnik zamiast wyjaśnić po prostu: “pan Rykiert umarł" lub “nie ma pana Rykierta, proszę przyjść później", zaprosił mnie do pokoju i udawał Rykierta?

- Niech pan jeszcze raz dokładnie przypomni sobie początek rozmowy z tym człowiekiem.

- Pamiętam dobrze. ,,Słucham pana, o co chodzi" - rzekł do mnie ostro. “Chcę rozmawiać z magistrem Rykiertem" - powiedziałem. Wtedy on: “O czym pan chce rozmawiać". Wówczas począłem tłumaczyć, że nabyłem w Desie pewien przedmiot i chciałbym uzyskać o nim pewne informacje. “O jaki przedmiot chodzi?" - spytał, a gdy wahałem się, zaprosił mnie do pokoju.

- A właśnie. W tym sęk. To jest klucz do zagadki. Wygląda na to, że zaprosił pana dopiero wówczas, gdy usłyszał, że przyszedł pan po informacje w sprawie jakiegoś przedmiotu. Innymi słowy, pan go czymś zainteresował. To było dla niego tak ważne, że zamiast się pana pozbyć, zdecydował się na mistyfikację, na przedstawienie siebie jako Rykierta.

- Nic nie rozumiem - westchnął Henryk.

- Ależ to proste. Ten człowiek po coś przyszedł. Przypuśćmy, że zakradł się do mieszkania, aby coś zabrać. Może zegarek, pieniądze, złotą bransoletę, futro, radio? Nagle do mieszkania, po którym plądruje ten facet, włazi jakiś osobnik, czyli pan. Co on powinien zrobić? Spławić pana jak najszybciej, żeby móc dalej plądrować. Czy tak uczynił? Nie. Usłyszawszy, że przyszedł pan po informacje w sprawie jakiegoś przedmiotu, zaprosił pana do środka. Ba, podał się nawet za Rykierta, byle tylko dowiedzieć się, co to za przedmiot. Postąpił wbrew logice złodziejskiej. Nie był to więc złodziej w zwykłym tego słowa znaczeniu. To był człowiek, który szukał czegoś w mieszkaniu zmarłego. Szukał, lecz nie mógł znaleźć. Nagle zjawił się pan. Zaprosił pana, bo liczył, że to, czego się od pana dowie, może mu pomóc w szukaniu. Pan mu powiedział o laseczce. I co wówczas nastąpiło?

- Facet stracił dla mnie zainteresowanie. Dał mi do zrozumienia, abym sobie poszedł.

- Innymi słowy, laseczka nie była przedmiotem, którego szukał.

- Pani byłaby doskonałym detektywem - zawołał.

Wypili po kieliszku wina. Wywód dziewczyny rzeczywiście wydał mu się bardzo logiczny. Ambicja Henryka jednak nieco ucierpiała, bo to chyba on, a nie ona, powinien wysnuć podobne wnioski. Wypił znowu kieliszek wina i powiedział:

- Moim zdaniem, wypadek samochodowy został upozorowany. Rykierta zamordowano. To z mordercą rozmawiałem w mieszkaniu Rykierta.

Miał słabą głowę. Po czwartym kieliszku znów zmienił zdanie.

- Byłem kiedyś na sztuce Suchowo-Kobylina zatytułowanej “Śmierć Tarełkina". Tarełkin to był facet mocno zadłużony i aby uwolnić się od wierzycieli, upozorował własną śmierć. Kupił trumnę, do trumny wpakował kukłę podobną do siebie, pod kukłę podłożył trochę zdechłych ryb. A co pani powie, jeśli okaże się, że uczestniczyliśmy w pogrzebie kukły obywatela Rykierta, magistra i historyka sztuki?... Nie jest pani zachwycona tą hipotezą?

- Nie - powiedziała szczerze. Ostentacyjnie zabrała ze stołu nie dopitą butelkę wina i zaniosła ją do kuchni.

Bardzo mu się to nie podobało. Gorzkie doświadczenie jeszcze raz się potwierdzało: zaproś młodą kobietę do kawalerskiego mieszkania, a natychmiast zacznie się tam szarogęsić.

Teraz nie chciała już nawet słuchać jego wywodów i hipotez. Zobaczyła szafkę z płytami, przysiadła się do niej, nastawiła adapter.

Henryk poszedł do kuchni, aby zaparzyć czarnej kawy. Rosanna lub Zosia - było mu wszystko jedno, jak ma naprawdę na imię - grała na adapterze staromodny walc “Na sopkach Mandżurii", Henryk zaś oblał sobie spodnie czarną kawą. Na szczęście były ciemne, wystarczyło sprać je gorącą wodą. Wyciągnął więc z szafy drugi garnitur i wlazł do łazienki, gdzie na pełny regulator puścił gaz w bojlerze.

Bojler szumiał, bulgotała woda, ledwo usłyszał sygnał telefonu. Gdy przyodział się w szlafrok i wbiegł do pokoju, telefon już nie dzwonił, słuchawka leżała na widełkach, adapter rozbrzmiewał starym walcem.

- Dzwoniła jakaś kobieta - obojętnie wyjaśniła Rosanna-Zosia.

- Julia? - ucieszył się.

- Nie wiem. Spytała o redaktora Henryka, a usłyszawszy mój głos nie bardzo chciała wierzyć, że rzeczywiście połączyła się z pańskim mieszkaniem. Powiedziałam, że pan jest w łazience i chętnie pana poproszę. Ale rozłączyła się.

- To była Julia. Na pewno chciała wyjaśnić nasze nieporozumienie.

- Rozłączyła się jednak - westchnęła z udanym ubolewaniem.

“Straciłem Julię. Teraz już na pewno straciłem Julię" - pomyślał Henryk i wrócił do łazienki.

Ale za chwilę znowu odezwał się telefon. Tym razem Henryk ubiegł Rosannę. Wpadł do pokoju i pierwszy chwycił słuchawkę.

- Henryk - powiedział ciepło.

- Mówi rekwizytor z Filmu Polskiego zachrobotał w słuchawce głos mężczyzny. - Poinformowano mnie w Desie, że pan nabył staroświecką laseczkę z bagnetem. Potrzebna jest nam ona jako rekwizyt w filmie. Czy nie zechciałby pan jej odsprzedać?

- Nie.

- Ile pan za nią zapłacił w Desie?

- Pięćset złotych.

- Damy tysiąc.

- Nie.

- Półtora.

- Nie sprzedam. To jest zabytkowa laseczka.

- Właśnie taka jest nam potrzebna. Proponuję panu za nią dwa tysiące złotych. Zgoda?

- Nie sprzedam. Dzięki tej laseczce wpadłem na trop arcyciekawej sprawy.

Po drugiej stronie drutu telefonicznego nastąpiła chwila ciszy.

Potem głos odezwał się znowu:

- Dam trzy tysiące i po skończeniu filmu będzie pan mógł laseczkę odkupić. Odpowiada panu taki warunek?

- A do jakiego filmu jest potrzebna? - zapytał Henryk.

- Do “Zakochanych". No więc zgadza się pan?

- Nie. W żadnym wypadku i pod żadnym warunkiem nie pozbędę się mej laski.

- To pańskie ostatnie słowo? - wydało się, że w głowie mężczyzny brzmi wściekłość, a nawet groźba.

- To moje ostatnie słowo.

Rozłączył się. Henryk położył słuchawkę i opowiedział Rosannie treść rozmowy. Nagle stuknął się palcem w czoło.

- Boże drogi, skąd ten rekwizytor filmu wiedział, że laseczka posiada bagnet? W Desie nie mieli o tym pojęcia, o bagnecie nie mówiłem nikomu poza rzekomym Rykiertem...

- Lolek rozgłosił tajemnicę pańskiej laseczki - zauważyła Rosanna.

- Rekwizytor powoływał się na informacje z Desy. To jakaś podejrzana historia. Ba - znowu sobie coś przypomniał. - “Zakochani" to przecież film współczesny. Po co im staroświecka laseczka?

- Z nimi to nigdy nie wiadomo - rzekła Rosanna. - Czytałam kiedyś, że filmy, które dzieją się nad jeziorem, kręcą nad rzeką, a filmy, co się dzieją nad rzeką, filmują nad jeziorami. Jak ma być film o górach, to go robią nad morzem, i odwrotnie. Za filmowcami się nie trafi.

Henryk zasiadł nad książką telefoniczną, odnalazł numer dawnego kolegi szkolnego, obecnie asystenta reżysera w filmie “Zakocham".

Asystent zdziwił się:

- Laseczka z bagnetem? Nie słyszałem, żeby taki rekwizyt miał grać u nas.

Natychmiast jednak zastrzegł się:

- Wiesz, bracie, u nas to różnie bywa. Wczoraj może nie była potrzebna, ale jutro, kto wie? Poczekaj, skontaktuję się telefonicznie z naszym rekwizytorem i zadzwonię do ciebie.

Oczywiście nie odezwał się. Po godzinie Henryk zadzwonił do niego ponownie.

- Nie, bracie, żadna laseczka nie jest nam potrzebna. Nasz rekwizytor laski nie poszukuje.

- Przecież dzwonił do mnie - stwierdził Henryk.

- Nic o tym nie wie. Ktoś się podszywa pod nasz film.

To Henrykowi wystarczyło.

- Sprawa nie jest czysta. Komuś bardzo zależy na zdobyciu mojej laseczki.

- Może to telefonował rzekomy Rykiert?

- On? Nie sądzę. Przecież gdy powiedziałem mu o lasce, zaraz stracił dla mnie całe swe zainteresowanie.

- To mógł być tylko wybieg. Miał może okazać panu, jak bardzo mu zależy na lasce?

- Wydaje mi się, że głos w słuchawce nie należał do człowieka, który udawał Rykierta.

- Telefon głos zniekształca - zauważyła.

Jeszcze raz zagrała “Na sopkach Mandżurii". Była już prawie jedenasta w nocy. Henryk uzbroił się w laseczkę i odprowadził dziewczynę do pętli tramwajowej.

 

29 maja, rano

Siostra Jana Rykierta, magistra i historyka sztuki, przyjęła Henryka bardzo życzliwie. Zasłony na oknach zostały odsunięte, pokój wywietrzono, zwiędłe kwiaty wyrzucono. Nic nie przypominało Henrykowi wczorajszego spotkania z tajemniczym osobnikiem.

Staruszka była szczupła, wesoła i gadatliwa. Posadziła go w fotelu - w tym samym, gdzie siedział podczas rozmowy z rzekomym Rykiertem - i po dziesięciu minutach mogło się wydawać, że poczuli do siebie sympatię. Dowiedziała się od sąsiadki o upiorze, który podczas pogrzebu kręcił się po mieszkaniu jej zmarłego brata. Na szczęście w upiory nie wierzyła.

- Tak na pierwszy rzut oka wydaje mi się - mówiła - że z mieszkania nic nie zginęło. W każdym razie nie zginęło nic z tak zwanych grubszych rzeczy. Wiem, co brat posiadał, bo często do niego przyjeżdżałam z Warszawy i zazwyczaj pozostawałam przez kilka tygodni. Prałam mu, gotowałam, sprzątałam, więc się trochę w jego rzeczach orientuję. Jeśli więc złodziej nic nie ukradł, a na to wygląda, to po co tutaj przyszedł i udawał mego brata?

- Być może, szukał tu czegoś. Szukał, lecz nie wiadomo, czy znalazł.

- Jeśli szukał pieniędzy, to niepotrzebnie się trudził. Brat mój szczególnie w ostatnich latach nie robił dobrych interesów i wiodło mu się nie najlepiej. Żeby kupić samochód, sprzedał wszystkie co cenniejsze antyki, które były jego własnością. Bo widzi pan, on ostatnio trochę za dużo pił. Wstyd źle mówić o zmarłych, ale niestety, nic dobrego powiedzieć nie mogę. Zresztą - machnęła ręką - nie wydaje mi się, aby zginęło coś z mieszkania, a o to pan pytał, prawda?

- Dlaczego zostawiła pani u sąsiadki klucze od mieszkania?

- Przypuszczałam, że na pogrzeb przyjedzie najstarsza siostra, która mieszka we Wrocławiu. Łudziłam się aż do końca, że może się zjawi. Pomyślałam sobie: najpierw przyjdzie do mieszkania brata, będzie zmęczona, na pogrzeb już nie zdąży, niech więc w mieszkaniu odpocznie i zaczeka na mój powrót. Dlatego klucze oddałam sąsiadce. Siostra jednak nie przyjechała. Dziś dostałam list, że niedomaga. Nie dziwię się, ma osiemdziesiąt dwa lata.

- Brat pani miał chyba dużo przyjaciół i znajomych. Czy w godzinach poprzedzających pogrzeb nie zauważyła pani z ich strony czegoś, co mogło wydać się niejasne?

- Ach, wiem, panu chodzi o to, czy ten dziwny człowiek to nie był któryś z przyjaciół mego brata?

- To właśnie miałem na myśli.

- Brat miał tylko dwóch przyjaciół. Mecenasa Staneckiego ze Zgierza i pana Butyłło, handlarza antyków. Obydwaj bardzo mi pomagali w zorganizowaniu pogrzebu. Byli ze mną na cmentarzu. Pan mecenas Stanecki podjął się bezinteresownie zlikwidować wszystkie sprawy mego brata. To bardzo uczciwy i porządny człowiek. To samo należy powiedzieć o panu Butyłło. Niech pan sobie wyobrazi, że wczoraj pan Butyłło wręczył mi 6000 złotych, które winien był bratu memu jako dopłatę do jakiejś ich transakcji. Człowiek mniej uczciwy nie oddałby ani grosza, spodziewając się, że skoro brat mój zmarł nagle, nikt nie dowie się o długu.

- Więc magister Rykiert nie prowadził żadnych ksiąg handlowych? - z niepokojem powiedział Henryk.

- Broń Boże - aż w ręce klasnęła. - Żeby się do niego urząd podatkowy przyczepił? Nie robił żadnych wielkich transakcji. Tylko pośredniczył w handlu antykami, a właściwie pomagał panu Butylle.

- To bardzo niedobrze - zmartwił się Henryk i spytał: - pan Rykiert nie czynił nawet żadnych notatek handlowych?

Pokiwała głową, a potem pogroziła mu palcem.

- Pan jest bardzo sprytny. Mieszkałam u brata po kilka tygodni, a nie wiedziałam, że rzeczywiście robił notatki. Przedwczoraj i wczoraj dwa razy mnie o to pytał mecenas Stanecki i pan Butyłło, bo takie notatki byłyby przydatne do likwidacji spraw mego brata. Ciągle odpowiadałam, że brat nie zapisywał sobie swych interesów. A tu masz, okazuje się, że robił coś takiego. Gdy się dowiedziałam, że w mieszkaniu penetrował ktoś obcy, zajrzałam do schowków w sekretarzyku brata (a miał on sekretarzyk z dwoma tajnymi skrytkami). W jednej z nich był kalendarzyk Orbisu, stary, sprzed trzech lat. Zaraz mi się to wydało dziwne, bo czemu stary kalendarzyk leży w skrytce? Przekartkowałam go i stwierdziłam, że zawiera notatki o interesach. Jeszcze dziś zatelefonuję do mecenasa. A nuż okaże się, że jeszcze ktoś jest coś winien memu bratu? Przecież nie wszyscy są tacy uczciwi jak pan Butyłło?

Pomyślał jak podczas zabawy w dzieciństwie: “ciepło, ciepło, gorąco". Staruszka popatrzyła na Henryka uważniej i rzekła:

- Pana może bardzo dziwi i gorszy fakt, że nie znalazł mnie pan pogrążonej we łzach. Lecz, jak pan sam widzi, jestem dość stara (brat młodszy był o piętnaście lat), zdążyłam się już oswoić z myślą o własnej śmierci. Dlatego i śmierć brata, choć wstrząsnęła mną, nie odebrała mi panowania nad sobą.

Drobniutka figurka staruszki przyodzianej w czerń prawie tonęła w fotelu. Miniaturowa pomarszczona twarzyczka miała parę czarnych i bardzo bystrych oczu. Rozmawiając z Henrykiem staruszka świdrowała go nimi, jakby starając się przeniknąć każdą myśl ukrytą w jego głowie. Wydawało mu się, że niekiedy w tym spojrzeniu czaiła się wesołość i rozbawienie niezbyt dla niego pochlebne.

Przypuszczał, że chyba jeszcze nieraz wypadnie mu porozmawiać ze staruszką o zmarłym bracie. Chciał mieć w niej sojusznika. Odezwał się więc bardzo uprzejmie.

- Szanowna pani zapewne bardzo kochała swego brata.

Kiwnęła głową.

- Czasami pozostawałam u niego przez kilka tygodni i prowadziłam mu dom. Muszę jednak wyznać, że zawsze wyjeżdżałam od niego z wielką awanturą, a ściślej, po awanturze. Za każdym razem groziłam: “moja noga więcej u ciebie nie postoi". Ale mijało kilka miesięcy i znowu przyjeżdżałam.

- Brał był trudny w pożyciu?

- Nie - skrzywiła nosek. - To ja jestem okropna. Przez kilka dni można mnie do rany przyłożyć. Później staję się coraz gorsza. Bardzo nie lubiłam wszystkich jego sympatii. Każdej musiałam przypiąć jakąś łatkę. O tej rzekłam, że brudna, o tamtej, że ma ręce jak kuchta, o innej, że nie posiada gustu. Kłócił się ze mną, ale po pewnym czasie właśnie ta moja krytyka odstręczała go od nich. Dopiero teraz rozumiem, jaką miałam nad nim władzę. Nigdy się nie ożenił. Przeze mnie. Ja wyszłam za mąż, przeniosłam się do Warszawy, później owdowiałam. Ale jak tylko doszły mnie słuchy, że brat znowu ma jakąś sympatię, natychmiast przyjeżdżałam do Łodzi, oglądałam ją i krytykowałam. A on, głupiec, słuchał. I zupełnie nie wiem dlaczego? Ostatecznie, ja miałam prawo mu powiedzieć, co myślę o tej czy owej? Czyż jednak musiał od razu zrywać znajomości? Czy sądził, że spotka ideał? Tak więc w ostatecznym rachunku, to była jego wina, że się nie ożenił. Bo mężczyzna powinien mieć własne zdanie. A ponieważ brat mój go nie posiadał, tylko pożyczał ode mnie, bardzo słusznie, że się nie ożenił. Taki człowiek musi zostać starym kawalerem. Oczywiście, gdy się zestarzał, miał do mnie pretensje. A najgorsze, że zaczął pić. To właśnie było źródłem naszych częstych niesnasek i moich wyjazdów z Łodzi.

Henryk zaczerwienił się. Bo czyż i on nie był podobny do Rykierta? Ileż to miał już w życiu przeróżnych sympatii i zawsze a to kolega, a to koleżanka odradzali mu je. W tych kwestiach nie potrafił wyrobić sobie własnego zdania. Kochał się w dziewczynach, w których kochali się inni, nigdy nie interesował się kobietami, którymi nie interesował się nikt. I zawsze wychodził na tym najgorzej. Znaleźli się tacy, co sprzątali mu sprzed nosa najlepsze dziewczyny.

- Ja to rozumiem - przytaknął ze smutkiem.

- Wiem, wiem. Pan jest taki sam, jak mój brat świętej pamięci.

Pomyślał: “czas przystąpić do sprawy". Ale ona nie miała na to ochoty. Uznała, że dosyć już mówiła o sobie i o swoim bracie, nadeszła pora, aby powiedzieć coś o Henryku...

- Ja wiem - zaczęła - że pan też jest kawalerem i nigdy się pan nie ożeni.

- Skąd pani wie, że nie jestem żonaty?

- Nie ma pan obrączki. A wygląda pan poczciwie. Tacy, jak się ożenią, to zaraz nakładają obrączkę. Pan jest trochę sentymentalny i z dużą wyobraźnią.

- No, to już bezpodstawne oskarżenie...

- Dziennikarze są chyba ludźmi z odrobiną wyobraźni, a pan mi się przedstawił jako dziennikarz, prawda?

- Jestem dziennikarzem - wyciągnął legitymację z kieszeni.

- Ja panu wierzę - machnęła malutką rączką. - A co do tego sentymentalizmu, to przecież gdyby pan miał inny charakter, czy kupiłby pan laseczkę, za pięćset złotych?

“Piekielnie logiczna staruszka" - pomyślał. Ona zaś wywodziła dalej, coraz bardziej budząc jego podziw.

- Teraz panu się wydaje, że wpadł pan na trop niezmiernie interesującej sprawy. Pan sądzi, że mój brat został zamordowany.

Tak myślał, ale gdy to powiedziała, natychmiast zrodziły się w nim wątpliwości. Dlatego odrzekł:

- Nie mam żadnych przesłanek, aby tak twierdzić.

- Brat mój doskonale prowadził wóz, a miał samochód od dwóch lat. Nigdy nie zdarzyła mu się nawet najdrobniejsza kraksa. A tu raptem masz, śmiertelny wypadek. Podobno we krwi nie miał ani kropli alkoholu. Trzeba więc tę sprawę zbadać. I pan to zrobi - rzekła wskazując Henryka paluszkiem. - Upoważniam pana do tego. Pozostanę w Łodzi tak długo, aż zyskam pewność w tej sprawie.

- Laseczka... - zaczął.

- Laseczka - przerwała - to odrębne zagadnienie. Tym się także zajmiemy.

Wzięła go za rękę i poprowadziła do drugiego pokoju. Spodziewał się dłoni zimnej jak lód. Okazało się, że miała rękę ciepłą i miłą w dotyku.

Znaleźli się w zagraconym pokoju, pełnym starych mebli i obrazów. Staruszka podeszła do sekretarzyka, który stał w rogu. Odchyliła duży, prostokątny blat z mosiężnymi okuciami, dotknęła szufladki u góry szafeczki. Coś stuknęło i w dole sekretarzyka, w jednej z szerokich nóżek, na których się wspierał, otworzyły się maciupeńkie drzwiczki. Z szufladeczki. nie większej niż pudełko “Waweli", staruszka wyjęła czerwony kalendarzyk Orbisu.

Pośliniła palec, przerzuciła kilkanaście karteczek.

- Brat mój nabył laseczkę od pana Butyłło. On mieszka pod Ozorkowem - i wyjaśniła dokładnie, w jaki sposób można trafić do domu Butyłły.

Zajrzał jej przez ramię. W części kalendarzyka przeznaczonej na notatki stroniczki zapisane były drobniutkim maczkiem. Paznokieć staruszki wskazywał ostatnią pozycję. “Laseczka palisandrowa". Obok była data: 29 kwietnia bieżącego roku i cyfra 350 złotych. Taką sumę za laskę zapłacił Rykiert panu Butyłło, którego nazwisko sąsiadowało z cyfrą. Później, bo już czerwonym ołówkiem, zaznaczono malutkiego ptaszka i wpisano cyfrą 450 zł. Rykiert - jak wywnioskował - zarobił na laseczce sto złotych, pięćdziesiąt złotych otrzymała Desa, a Henryk wydał 500 złotych.

Zdążył jeszcze zerknąć na ostatnią pozycję w kalendarzyku: “Posrebrzany nóż. Kupiony od Butyłły 11 marca za 1000 złotych, sprzedany w dniu 21 maja za 1500 zł."

Staruszka zamknęła kalendarzyk.

- To będzie ciekawa lektura na dzisiejszy dzień ~ powiedziała. - Może tutaj właśnie znajduje się jakiś ślad w naszej sprawie.

 

29 maja, w południe

 

W redakcji Henryk połączył się telefonicznie z kierownikiem Wydziału Dochodzeniowego Wojewódzkiej Komendy MO, majorem Buczkiem. Poznali się trzy lata temu. Buczek był wówczas kapitanem MO i leżał w szpitalu z przestrzelonym płucem. Henryk zaś na sąsiednim łóżku chorował na ropne zapalenie opłucnej. Kontynuowali później znajomość. Buczek złożył mu wizytę w domu, on również go odwiedził. Potem kilkakrotnie spotykali się przy czarnej kawie w Klubie Dziennikarzy. Nie była to jednak znajomość o jakimś ściślejszym charakterze. Buczek bowiem po awansie na kierownika wydziału miał bardzo mało wolnego czasu. Niemniej jednak, ilekroć zdarzyło mu się wpaść do “Dziennikarzy", zawsze witał Henryka bardzo serdecznie, albowiem nic tak mężczyzn nie zbliża jak wspomnienie ciężkiej choroby, którą się przeżyło na sąsiednich łóżkach szpitalnych.

Z majorem Buczkiem umówił się Henryk na drugą po południu w jego gabinecie w Komendzie Wojewódzkiej. Poinformował go o celu wizyty i gdy sekretarka wprowadziła Henryka do gabinetu, na biurku Buczka leżała teczka z opisem wypadku Rykierta.

Henryk dość szczegółowo zrelacjonował swoje przygody z laseczką i podejrzenia, jakie nasunęły mu się w związku z pojawieniem się rzekomego Rykierta. Opowieść trwała długo, raz po raz ktoś dzwonił do Buczka, ktoś go wywoływał z gabinetu. Potem było Henrykowi trochę wstyd, że zajął majorowi tyle czasu. Buczek bowiem zbagatelizował wszystkie jego podejrzenia. Najbardziej zainteresowała go sama laseczka. Obejrzał ją uważnie, wyszarpnął bagnet i nawet wyszedł z nią, aby ją komuś pokazać. Oddając laseczkę Henrykowi powiedział:

- W gruncie rzeczy powinien ją pan odprzedać nam lub wypożyczyć. Przydałaby się w milicyjnym Muzeum, gdzie zbieramy okazy najdziwniejszej broni. Niektórzy moi koledzy są zdania, że czegoś takiego nosić właściwie nie wolno. W domu oczywiście trzymać pan może jako ciekawy zabytek. Nie widzę powodu, dla którego ktoś ma prawo wieszać na ścianie szable, ktoś inny trzyma w swych zbiorach miecz krzyżacki, a pan nie miałby prawa posiadać laseczki z bagnetem.

Henrykowi zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Przyszedł wyjaśnić kryminalną zagadkę, a oni gotowi odebrać mu jego laseczkę.

- Co się zaś tyczy wypadku magistra Rykierta - rzekł Buczek kładąc rękę na teczce z aktami oczywiście zbadamy ponownie sprawę, choć nie wydaje mi się, aby podejrzenia pańskie były uzasadnione. Wypadek zdarzył się podczas bardzo ciemnej nocy na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. Pociąg wyskakuje tam nagle spoza zakrętu osłoniętego gęstym lasem. Rykiert wjechał autem na przejazd właśnie w chwili, gdy na zakręcie pojawił się pociąg pośpieszny. No i nastąpiło zderzenie. Auto zostało zdruzgotane, Rykiert poniósł śmierć na miejscu. Postawiliśmy wniosek o strzeżenie przejazdu albo wycięcie tego kawałka lasu, który osłania zakręt. Należy wspomnieć, że podobny wypadek w zupełnie innym miejscu przytrafił się przed pół rokiem autobusowi PKS. Przejazdy kolejowe są niestrzeżone. To jest główne zło - uderzył dłonią w akta.

- A historia z rzekomym Rykiertem?

- O ile nic nie zginęło z mieszkania, nie ma powodu do wszczęcia dochodzenia milicyjnego. To mógł być żart, ktoś ze znajomych lub przyjaciół podał się za niego, aby od pana wyciągnąć jakąś informację. My nie możemy ingerować, dopóki nie zostanie zgłoszony fakt, że ktoś złamał prawo.

- On podał się za kogoś innego.

- Owszem. Lecz my interweniujemy dopiero wówczas, gdy z takiego powodu komuś stała się konkretna krzywda. Na Stary Cmentarz, gdzie biwakują bandy wyrostków, zwrócimy baczniejszą uwagę. Osobiście radzę panu zająć się historią laseczki. Pokazałem ją naszym “historykom" bandytyzmu, zainteresowała ich. Twierdzą, że nieznane jest im nazwisko Oczko, ale rozpoczną śledztwo w tej sprawie. Jak tylko czegoś się dowiedzą, zadzwonią do pana. Może z tego powstać bardzo piękny i pouczający artykuł, prawda?

Nie pozostało Henrykowi nic innego, jak przeprosić majora za zajęcie czasu. Wypożyczył akta sprawy Rykierta i przeniósł się z nimi do sekretariatu Buczka, gdzie zrobił z nich dokładne notatki. Na ulicy przed gmachem Komendy Wojewódzkiej MO natknął się na Rosannę, z którą był umówiony dopiero na wieczór w kawiarni.

- Jedziemy do Butyłły - powiedział biorąc ją za rękę.

Przecząco potrząsnęła głową.

- Od pewnego czasu ciągle mi pan rozkazuje: “Pójdziemy do Rykierta", “Pojedziemy na cmentarz", ,,Pójdziemy do mnie", a teraz “Jedziemy do Butyłły". Czy pan pomyślał, że i ja mam swoje zajęcia?

- Pojechalibyśmy do Butyłły, a wieczorem poszlibyśmy potańczyć.

- Tańczyć? - zdziwiła się. - Najpierw muszę usłyszeć, co pan wywiedział się u siostry Rykierta i jak przyjęto pana w milicji. Bardzo wątpię, czy między jednym a drugim tańcem najwygodniej będzie się nam rozmawiało.

- Ja muszę do Butyłły.

- A ja do modystki. Kierowniczka naszego Domu Mody kazała mi odebrać kapelusze dla naszych modelek. Do Butyłły pojedziemy później.

- On mieszka za miastem, przy szosie do Ozorkowa. Nie dała się przekonać. Umówili się więc o trzeciej po południu na przystanku ozorkowskiego tramwaju. Odprowadziła Henryka aż do redakcji. Był zadowolony, że okazała się pilną i sumienną pracownicą Domu Mody. Gdy ją poznał, robiła wrażenie, jakby rzeczywiście “żyła z przyzwyczajenia". “Może zmieniła się z chwilą poznania mnie?" - myślał bez przekonania.

W redakcji przeczytał reportaż młodszego kolegi, postawił kilka przecinków, wykreślił pół stronicy i przekazał materiał sekretarzowi redakcji. Zaraz potem pomaszerował do Klubu Dziennikarzy, który mieścił się na pierwszym piętrze Domu Prasy.

Przy stoliku barowym zobaczył Julię. Odkłoniła się Henrykowi bardzo chłodno. Mimo to podszedł do niej, przywitał się i spytał, czy telefonowała do niego wczoraj wieczorem.

- Dzwoniłam. Byłeś jednak w łazience, a ja nie miałam ochoty czekać aż wykąpiesz.

- Czyściłem spodnie zaplamione czarną kawą.

- Czy nie mogła tego zrobić? Zdaje mi się, że masz kogoś takiego w domu.

- To nie była gosposia, lecz sąsiadka - skłamał.

- Jesteś w bardzo poufałych stosunkach z sąsiadkami - zauważyła

 

29 maja, po południu

 

Rosanna bardzo punktualnie zjawiła się na przystanku podmiejskiego tramwaju. Wystarczyło jednak, że wyrzekła słowa powitania, a poczuł od niej alkohol. To zdecydowało, że prawie godzinną podróż odbyli w milczeniu.

Oszukała go, nie była u modystki, lecz na jakiejś libacji. Miała mocno umalowane usta, kilkakrotnie usiłowała się przytulać do Henryka, bo siedzieli na jednej ławce. Odsunął się na brzeżek, a wtedy obraziła się. Powiedziała z gniewem:

- Niech pan nie udaje świętoszka. Nie wolno mi napić się wina z koleżankami? Mam dwadzieścia dwa lata, ślubu z panem nie brałam.

- Całe szczęście - mruknął.

I to była cała ich rozmowa aż do lasów pod Ozorkowem. Tutaj, na skraju wioski leżącej wzdłuż linii tramwajowej, znajdował się dom Butyłły.

- Willa pana Butyłło jest w głębi ogrodu - wskazał im kierunek jakiś człowiek na przystanku tramwajowym.

Trwał jeszcze piękny wiosenny dzień. Słońce świeciło nad wierzchołkami drzew gęstego sosnowego lasu, który kończył się przy torze tramwajowym. Minęli podłużny parterowy budynek, coś w rodzaju starodawnego zajazdu. Na obszernym podjeździe stało kilka załadowanych nowalijkami wielkich wozów na ogumionych kołach. Szosą obok torów tramwajowych “badylarze" z Łęczycy wieźli swoje jarzyny do Łodzi i tutaj właśnie, jakby w połowie drogi, dawali odpoczynek swoim koniom.

W odległości pół kilometra od zajazdu wysoki parkan z siatką okalał dość duży ogród. Furtka była otwarta i od razu weszli na wykładany cegłami chodnik prowadzący aż do ganku malutkiego domku. Tak wyglądała “willa" Butyłły.

Główką laseczki delikatnie zapukał Henryk do malowanych na czerwono drzwi. Chciał jeszcze raz zapukać, ale Rosanna trąciła go łokciem. Obejrzał się i zobaczył wychodzącą zza kępy zielonych krzewów wysoką, doskonale zbudowaną kobietę w bardzo skąpym kostiumie kąpielowym. Zapewne opalała się w ogrodzie, korzystając z wiosennego słońca.

Jasne jak słoma włosy rozrzucone miała na opalonych ramionach, twarz była jakby ożywioną okładką zagranicznych tygodników, reklamujących kosmetyki. Długie opalone nogi, lekko zarysowany brzuch i piersi w wąziutkim staniczku.

Kobieta pochwyciła zachwycone spojrzenie Henryka, uśmiechnęła się.

- Chciałem zobaczyć się z panem Butyłło - rzekł nieśmiało. Weszła na ganek i stanęła o krok od Henryka. Zupełnie jej nie żenowało, że jest w tak skąpym stroju.

- Mąż mój jeszcze śpi. Położył się po obiedzie i drzemka przedłużyła się do tej pory.

Głos miała brzydki, gruby, prawie męski. Był on dla Henryka dość nieprzyjemnym zaskoczeniem.

Otworzyła drzwi i wprowadziła ich do ciemnej sionki. Stamtąd przeszli do dużego pokoju. Z zewnątrz “willa" wydawała się malutka i skromna, przypominała domki, jakie kiedyś na przedmieściach stawiali emerytowani kolejarze. Wnętrze jednak miała luksusowe i dlatego zapewne nazwano domek willą.

Pokój prezentował się wspaniale. Miał puszysty dywan pokrywający podłogę, dwie kanapy przy kominku, miękkie fotele, ławy, szafy w ścianach. Lecz Butyłło, choć handlował antykami, w mieszkaniu nie posiadał ani jednego antyku. Wszystko było tu bardzo nowoczesne.

- Państwo będą łaskawi zaczekać. Zaraz poproszę męża - rzekła uprzejmie i zniknęła w drzwiach prowadzących w głąb domu.

- Do licha - zaklął Henryk. - Dlaczego tak się dzieje, że każdy nadziany forsą facet ma przy sobie piękną kobietę?

- A jeśli jest nie tylko bogaty, ale i przystojny? - odpowiedziała Rosanna.

Nie był przystojny. Wszedł w długim brązowym szlafroku.

Wysoki, postawny, ale o ziemistej cerze, starszawy już i brzydki. Włosy miał przylizane i chyba trochę podmalowane na czarno, bo ich jaskrawa czerń zbyt kontrastowała ze starczą twarzą.

- Słucham państwa? O co chodzi? - spytał trochę niegrzecznie.

A ponieważ wydawało się, że nie zamierza siadać, Henryk również na stojąco wyniszczył mu swoją sprawę. Przez cały czas, gdy mówił, Butyłło patrzył w okno poza jego plecami.

- Siostra magistra Rykierta - zakończył Henryk - znalazła “notatnik swego brata. Z notatnika wynika, że Rykiert laseczkę kupił od pana. Dlatego pozwoliłem sobie pana niepokoić.

Wzruszył ramionami.

- Niewiele będę mógł powiedzieć o historii laseczki. Nabyłem ją w 1946 roku od pewnego szabrownika, który z terenów odzyskanych przywoził do Łodzi przeróżne graty. Nawet nie wiem, jak się ten człowiek nazywa i gdzie mieszka. To pewnie poniemiecka laseczka, wyszabrowana w jakimś opuszczonym pałacyku.

Rozmowę należało uznać za skończoną. Butyłło nie przywitał się z nimi przez podanie ręki, więc i Henryk na pożegnanie złożył mu tylko ukłon.

W milczeniu wyszli na szosę przy torach tramwajowych. Rosanna wydawała się zmartwiona niepowodzeniem, które ich spotkało. Lecz Henryk czynił laseczką wesołe młyńce.

Raptem przystanął.

- Do licha! - zawołał. - Zostawiłem u nich swoją papierośnicę.

I pobiegł z powrotem do domu Butyłłów. Wrócił po pięciu minutach i wolno ruszyli w stronę przystanku tramwajowego. Nie zdążyli jeszcze dojść do przystanku, gdy szosą obok nich przemknął żółty Wartburg. Za kierownicą siedział Butyłło i pędził w stronę Łodzi.

- Jak to się zdążył szybko przyodziać - odezwała się Rosanna.

- Niech pani zaczeka na przystanku, a ja wrócę do domu Butyłły - powiedział szybko Henryk.

- Znowu? - zdziwiła się Rosanna.

- Butyłłowa została sama.

- Miłość od pierwszego wejrzenia? - kpiła. - Mąż wyjechał, więc pan przez okno zakradnie się do buduaru? Ona nie poleci na takiego golca jak pan.

- Butyłło to jest facet, który udawał Rykierta. Poznałem go po głosie, kiedy tylko rzekł tymi samymi słowami co w mieszkaniu zmarłego: “Słucham pana. O co chodzi?"

Pozostawił Rosannę na szosie i szybkim krokiem powędrował z powrotem.

W ogrodzie natknął się na panią Butyłło. Była już w sukience. Niosła do domu złożony leżak.

- Przepraszam panią - powiedział. - Wróciłem, bo zapomniałem jeszcze o coś spytać pani małżonka.

- Mąż przed chwilą wyjechał do Łodzi. Nie minął pana po drodze?

- Nie zauważyłem - rzekł siląc się na bardzo miły uśmiech.

- Chodzi mi o drobiazg. Wypytywałem męża pani o tę laseczkę - podrzucił do góry swoją laseczkę - ale zapomniałem o najważniejszym: od kogo pani mąż ją kupił, zanim odprzedał ją magistrowi Rykiertowi, a ten z kolei mnie ją odstąpił? Spojrzała na niego z rozbawieniem.

- Nie przypuszczałam, że to ona sprowadziła pana do nas.

- Czy wie pani, co ona kryje? Bagnet. Pokazać go pani?

- O nie, nie - zawołała ze śmiechem.

- Laseczka ma interesującą historię. Chciałbym ją poznać i opisać. Właśnie dlatego zgłosiłem się do pana Butyłły.

- Nic panu nie pomogę. Musi pan jeszcze raz skontaktować się z moim mężem. Bardzo mało interesuję się jego handlowymi sprawami. Zupełnie nie mam pojęcia, od kogo ją kupił. Pamiętam tylko, że w naszym domu znalazła się ona już chyba w tym roku i zaraz zniknęła. Mąż sprzedał ją panu Rykiertowi. Nawet nie wyobrażałam sobie, że zawiera bagnet.

Pocałował dłoń chłodną, opaloną, pachnącą jaśminem. Od furtki ruszył biegiem i na przystanku znalazł się razem z tramwajem jadącym w kierunku Łodzi.

- To on, Butyłło, udawał Rykierta - powtarzał Rosannie w drodze powrotnej. - Dużo bym dał za to, aby wiedzieć, czemu to robił. I dlaczego już dwukrotnie nie chciał mi udzielić informacji o laseczce. Jako Rykiert twierdził, że nic nie pamięta, bo jest chory. Jako Butyłło opowiada, że laseczkę kupił od szabrownika i miał ją od 1946 roku. Zaś jego żona stwierdziła coś zupełnie innego. Laseczka znalazła się u nich w domu dopiero w tym roku.

- Może trzymał ją w piwnicy lub w jakimś magazynie?

- Może - przytaknął bez przekonania. - Dlaczego jednak jeszcze jako Rykiert nie powiedział: pochodzenie laseczki jest mi nie znane, kupiono ją przypadkowo od szabrownika. Wyjaśnienie jest tylko jedno: Butyłło nie chce, abym znał prawdę o pochodzeniu laseczki. Gdy się tak pomyśli, zrozumiały staje się telefon od tajemniczego rekwizytora. Za laskę zaproponowano mi trzy tysiące złotych. Komuś bardzo zależy, żebym nie dochodził jej przeszłości. Dlatego tym bardziej postaram się zatrzymać laskę i poznać jej historię.

- To są tylko podejrzenia. Nie widzę przyczyny, dla której Butyłło miałby tak starannie ukrywać przeszłość laseczki. Chyba, że laska pochodzi z kradzieży.

- Albo od mordercy, który lęka się rozpoznania.

- Pan żartuje!

- W lasce jest bagnet. Chyba nie dla ozdoby wmontowano go tak starannie.

- To było przed kilkudziesięciu laty. Pierwszy właściciel laski już chyba dawno nie żyje.

- Pani powiedziała: pierwszy właściciel. Kto wie, jakie były dalsze koleje laseczki? W jakich znalazła się ona rękach i komu się przysłużyła? To właśnie postanowiłem zbadać.

O piątej po południu wysiedli na przystanku w Łodzi. Tutaj Henryk przypomniał sobie, że przecież gniewa się na Rosannę. Pożegnał ją bardzo chłodno, nie nagabując o następne spotkanie. Ona zresztą także nie zdradzała na to żadnej ochoty. Wskoczyła w miejski autobus i pojechała ulicą Piotrkowską.

 

29 maja, w nocy

 

Zbudził go dzwonek u drzwi. Zapalił nocną lampkę przy tapczanie i zerknął na zegarek. Była za pięć minut jedenasta. Podbiegł do drzwi i otworzył je szeroko. W sieni paliło się światło. Zobaczył Rosannę.

- Ledwie zdążyłam przed zamknięciem bramy - powiedziała zadyszana. Bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, nie zważając na nocny strój Henryka, weszła prosto do pokoju. Znowu poczuł od niej zapach alkoholu. Zauważył, że jasny płaszcz dziewczyny jest bardzo wybrudzony.

Rzuciła na fotel skórzaną torebkę, niemodną już “tramwajarkę". Potem nakryła torebkę płaszczem. Usiadła na drugim fotelu, przeciągnęła się. Ziewnęła:

- Będę u pana nocować...

Dotknęło go, że tak bezceremonialnie dysponuje jego mieszkaniem. Uczynił jednak dłonią gest ukazujący w rogu pokoju rozkładany fotel.

- Dobra - kiwnęła głową.

Poszła do łazienki. Zaraz potem usłyszał szum bojlera i domyślił się, że się kąpie. Rozłożył więc fotel, wyciągnął z tapczana zapasową poduszkę, czyste prześcieradło i gruby koc. Przygotował jej spanie, a ponieważ kąpała się dość długo, pozostawił tylko malutkie światło przy bibliotece i położył się do łóżka.

Zjawiła się przyodziana w szlafrok kąpielowy Henryka. - Nie mogłam wrócić do siebie, bo Lolek i jego chłopaki zaczaili się na mnie - powiedziała.

Zgasiła lampę, skrzypnęły sprężyny w “amerykance". Z ciemności dobiegł go jej głos:

- Ja wiem, że pan bardzo źle o mnie myśli. Ale pan się myli.

Denerwowały go jej kłamstwa. Pomyślał, że go okradnie, a on nie będzie nawet mógł zameldować milicji, nie wie bowiem, jak się nazywa i gdzie mieszka.

Podniósł się z tapczanu, wyszedł na korytarzyk, zamknął na klucz wyjściowe drzwi z mieszkania, a klucz zaniósł do łazienki i schował pod wannę. Wrócił do pokoju i wsunął się pod kołdrę. Tapczan miał szeroki, ułożył się na brzegu. Dopiero po dłuższej chwili usłyszał jej oddech tuż przy swoim uchu.

- Tam było za twardo - wyjaśniła. - Gniewasz się? - spytała cichutko. - No, nie gniewaj się - powiedziała. I pocałowała Henryka w usta.

 

30 maja



dalej


strona główna
(23kB)