(23kB)
strona główna


 

 

ZBIGNIEW NIENACKI

 

 

WIELKI LAS

Rozdział pierwszy

 

 

Horst Sobota od wielu lat nie lubił chodzić do lasu, choć jego piękny dom dzielił od niego tylko ogródek i piaszczysta droga. Nie lubił nawet siadywać na swym oszklonym ganku, pełnym różnobarwnych szybek, gdyż z tego miejsca można było widzieć mroczną głębię drzew. Wolał schodzić nad jezioro po łagodnej pochyłości szerokiej skarpy, wąską i krętą ścieżką przez sad z niskopiennymi drzewami owocowymi, i niekiedy wiele godzin spędzał na spróchniałym pomoście wśród trzcin. Jezioro było tak samo ogromne i nieprzeniknione jak las, a jednak w upalne dni albo zimą, kiedy pokrywał je gruby lód i zasypywał śnieg, potrafiło nieruchomieć i jak gdyby pogrążać się w odpoczynku lub błogim śnie. Las nigdy nie spał - nawet zimą, ciągle coś w nim szemrało, szeleściło, trzaskało albo też porażało straszliwą ciszą, która w każdej chwili mogła przerodzić się w krzyk wywołany wichurą; jak czujny i niebezpieczny zwierz jedynie drzemał, gotów w każdej chwili ocknąć się i pochwycić swoją ofiarę.

Kiedy przychodził wiatr - jezioro pieniło się gniewnie, ale przecież jego wysokie fale tylko łagodnie bełkotały u brzegu, zaś rozkołysane trzciny pobrzękiwały cichuteńko. Natomiast las huczał, postękiwał, skrzypiał, jęczał, groźnie potrząsał koronami wysokich sosen, zagłuszając każdy dźwięk, nawet bełkot fal, i nie pozwalał Horstowi słuchać mowy jeziora. Podobnie i drzewa w Horstowym sadzie w największą wichurę tylko szumiały spokojnie i melodyjnie - ich mowę też podchwytywał i zagłuszał huczący głos lasu, przed którym nie było ucieczki, bo przenikał aż do domu Horsta Soboty, do pokojów, na ganek z kolorowymi szybkami.

Sobocie wydawało się, że rozumie mowę sadu, mowę jeziora i mowę lasu. Fale jeziora snuły opowieść o przewróconych łodziach i żaglówkach, o węgorzach tak grubych jak ramię tłustej kobiety; spasły się przed laty ciałami setek żołnierzy i tych, co gnani wojennym strachem próbowali uciekać po kruchym lodzie. Również stary sum, który zamieszkał w zatoce przy pomoście Horsta Soboty, też się wtedy utuczył i teraz, mimo że od lat polowali na niego rybacy i wędkarze, potrafił chytrze omijać sieci i żaki. Niekiedy podpływał w pobliże pomostu i nieruchomiał pod powierzchnią wody jak omszały pień drzewa. Stary sum przyglądał się wtedy Horstowi Sobocie i czasami, jakby uśmiechając się, otwierał szeroki pysk, Horst Sobota także uśmiechał się do niego i nie miał żalu, że kiedyś, kiedy Sobota nie był samotny tak jak teraz, ale zamieszkiwał ze swoją drugą żoną i synem, stary sum wciągnął pod wodę stado jego białych kaczek. I nie wiedzieć czemu, mimo tej strasznej historii z żołnierzami w pancernych pojazdach, mimo zaginionych w odmętach dziesiątków ludzi, koni i wozów - Horst Sobota nie odczuwał ani niechęci do jeziora, ani lęku przed jego bezmiarem. Co roku jezioro przyjmowało nowe ofiary i nie zawsze oddawało je ludziom - przeważnie nieostrożnych młodzieńców lub dzieci albo odważnych żeglarzy, którzy wypływali pod trójkątnymi żaglami, aby igrać sobie z falami. Horst Sobota współczuł tym ludziom, lecz nie potępiał jeziora, ponieważ nie zachęcało nikogo do igrania ze swymi falami, nie łaszczyło się samo na cudze życie i cudze mienie.

Rozumiał też Horst Sobota mowę swojego sadu. To wieczne gderanie na mszyce, na leniwe pszczoły i trzmiele, na wiosenne przymrozki, które trzeba było przeganiać paląc między drzewami ogniska i zasnuwając dymem korony pokryte kwiatami. Sad wciąż miał do Horsta o coś pretensje, po prostu nudził, przypominając o jakimś suchym konarze, o pęknięciu kory, o nie zdjętym z gałęzi ciężkim brzemieniu owoców albo o liszkach, co się wylęgły z kupki zeschłych liści. Sobota przechodził ścieżką przez sad i udawał, że nie słyszy tego gderania, z liszek przecież rodziły się piękne motyle, przyjemnie było patrzeć, jak latają i mienią się różnymi kolorami podobnie jak szybki na ganku. Tak samo miała się rzecz ze szpakami. Nie na wiele się zdało gderanie sadu\ - szpaki też musiały posmakować wiśni, dzięcioły naddziobać jabłko: człowiek nie powinien żyć bez motyli, szpaków i dzięciołów. A że mniej przez to otrzymywał pieniędzy, cóż to miało za znaczenie dla Horsta Soboty, który w skrzyni zakopanej w stodole ukrywał więcej pieniędzy, niż mógłby wydać do końca życia.

Tylko mowy lasu Horst nie lubił. Wydawała mu się kłamliwa i przewrotna. I zawsze była taka sama.

Najpierw las próbował nastraszyć, przytłoczyć, porazić swoim ogromem. Rozhuśtany wichurą groził, że grube sosny zwali na piękny dom Soboty i zgniecie go jak skorupkę ślimaka. Ogłuszał głębokim huczącym głosem, wygrażał rozkołysanymi koronami drzew. Potem zaś łagodniał i zaczynał się żalić - postękiwał, pojękiwał ocierającymi się o siebie gałęziami, wył z żalu, popłakiwał, szlochał, skarżył się na swój los, tłumaczył nieprawości, które czynił, przepraszał Horsta za wszystkie krzywdy, jakie mu wyrządził, obiecywał, że już nigdy więcej nie będzie się łakomił na cudze życie i cudze mienie. A przecież wystarczyła chwila nieuwagi, a już od strony lasu szybowały na pole Horsta Soboty malutkie nasiona brzozy, ptaki niosły w dziobkach nasiona sosny, jak skrzydlate motyle przelatywały nad drogą nasiona klonu, który akurat usadowił się po jej drugiej stronie. Wystarczył rok nieuwagi, a gdzie się tylko dało, nawet w ogródku przed domem i obok ganku, wśród dalii, astrów, mieczyków, tulipanów, narcyzów, cynii, petunii, goździków i malw - nagle wyrastała brzózka, klon lub sosenka. To samo zdarzało się w sadzie, nawet w rowie przydrożnym - wszędzie, gdzie się dało, las chciał się zasiedlić, objąć w posiadanie każdy skrawek gleby, nawet grudkę ziemi, która pozostała w rynnie, bo i tam sadził brzózkę. Las był łapczywy na cudze mienie, cały świat chciał wziąć w posiadanie. Zarastał stare drogi, dawne mogiły, ścieżki i ścieżynki. Pojękiwał i skamlał tłumacząc się ze swoich drobnych win, ale o zbrodniach - milczał.

“Gdzie moja żona Hilda i dwie córki" - zapytywał Horst Sobota, a las tylko po swojemu postękiwał i skrzypiał, wiatr huczał mu w gałęziach. A przecież dowiedział się Horst Sobota od starego Keile i od tych wszystkich, co przeżyli w okolicy ową straszną zimę, że podobnie jak wielu innych, także i Hilda wraz z córkami, końmi i krowami ukryła się w lesie. I wielu ocalało, a ona nie - nikt nie wiedział, co się z nią stało, choć Horst Sobota, gdy powrócił z niewoli, wypytywał, pisał listy na wszystkie strony świata. I czekał, przez pięć lat czekał na jakiś znak od Hildy, od którejś z córek. Bo jeśli żyły, to przecież musiały się kiedyś odezwać, napisać kartkę choćby z odległego świata, jak wielu innych, co też się wtedy zgubiło, a potem odnalazło. Ale Hildę i córki musiał pochłonąć las, wpił się korzeniami w ciała, odżywiał nimi, nabierał sił.

Co zostało z pól Horsta Soboty? Były to przyleśne piaski, lecz należały przecież do niego, do człowieka. Trzyletnie sosenki zastał na nich Sobota, gdy wrócił z niewoli. Na polach Soboty posadzono las, który przez to stał się jeszcze większy i bardziej zachłanny, jak gdyby mu mało było Hildy i dwóch dziewcząt.

Na półwyspie, gdzie zakładano teraz plantację nasienną, też kiedyś rozciągały się pola i stał drewniany dom starego Keile. Podobno przed ponad dwustu laty tam właśnie znajdowała się cała wioska, ale przyszedł pomór, od którego można się było odgrodzić tylko wodą i ogniem. Wówczas to spalono całą wieś, ludzie zaś na łódkach i tratwach przewieźli dobytek i zbudowali domostwa po drugiej stronie, tu, gdzie teraz ma dom Horst Sobota. Z czasem na dawnym pogorzelisku osiedliła się rodzina Keilów, żyła długo i szczęśliwie, umierając w odpowiednim wieku i z godnością. Chowano ich na własnym cmentarzyku wśród własnych pól i na mogiłach stawiano kamienie z wykutymi na nich napisami. To dopiero w pierwszym roku wojny żandarmi znaleźli w lesie trzech jeńców, którzy uciekli z niewoli, lecz las ich wydał nie chcąc żywić. Rozstrzelano ich na polach na półwyspie, a stary Keile i Horst Sobota pochowali tych ludzi na cmentarzyku Keilów, bez mogił, gdyż żandarmi zrobić tego nie pozwolili. Sobota ciekaw był, kim byli ci ludzie, jaką mową mówili, jakie żony i jakie dzieci pozostawili w swoim kraju. Nie dowiedział się tego nigdy, a w trzy lata później, owej strasznej zimy, spłonęła zagroda Keilów. Potem na półwyspie posadzono młody las, stary Keile zaś poniewierał się po cudzych domach i on to opowiedział Sobocie o tym, co działo się tutaj, kiedy Sobota wojował, kiedy przebywał w niewoli. I obydwaj - dopóki stary Keile nie zmarł wreszcie pod cudzym dachem - niekiedy chodzili na półwysep patrzeć, jak las pożera pola, wdziera się nawet na cmentarzyk i coraz silniejszymi korzeniami obejmuje i pochyla kamienne nagrobki.

A co się stało z drugą żoną Horsta Soboty, Gerdą, i ich synem Henrykiem? Odzyskał przecież Sobota swój piękny dom z gankiem pełnym kolorowych szybek, pozostał mu też skrawek ziemi między lasem i jeziorem i tutaj duży sad założył. Czy to znowu nie ten sam las zabrał mu drugą żonę i syna, którego wykształcił na lekarza? “Pozostań ze mną i lecz ludzi" - mówił do syna Horst Sobota. Ale on tłumaczył się, że nie może pracować na wsi, gdyż na chirurga się wyuczył i w wielkich szpitalach musi wiedzę zdobywać. Przyjeżdżał wtedy do ich domu nadleśniczy Burak, siadał przy stole Soboty, rozkładał ogromne mapy i pokazywał na nich sad i dom Horsta. “Jesteście, Sobota, jak wrzód na cieli lasu - mówił Burak. - Ten zielony kolor to las. Spójrzcie, jak ogromną połać mapy zajmuje. Żółtym kolorem są zaznaczone skrawki pól przynależne do leśniczówek i domów zajętych przez drwali i robotników leśnych. To wszystko, zielone i żółte, jest własnością lasów państwowych. I tylko w samym środku widnieje czerwona plama; to wasz dom i wasz sad, panie Sobota. Ta mapa wisi w moim gabinecie, codziennie na nią patrzę i codziennie mi przykro, że nie wszystko na niej jest zielone i żółte. Sprzedajcie nam swój sad i swój dom, zrobimy w nim jeszcze jedną leśniczówkę. Dobrze zapłacimy..."

Nie miał wtedy Horst Sobota pieniędzy, ponieważ sad był młody i żadnych zysków nie przysparzał. Aż pewnego dnia, po jakichś spiskach, które Henryk miał ze swoją matką, powiedzieli mu obydwoje: “Albo sprzedasz dom i sad nadleśniczemu i kupisz synowi piękne mieszkanie w mieście oraz ładny samochód, albo wyjedziemy oboje w daleki świat". Nie kochali ani tego skrawka ziemi nad jeziorem, ani tego domu z gankiem i kolorowymi szybkami. Nie, niczego chyba nie kochali oprócz siebie i nie rozumieli, że Horst Sobota nigdy i nigdzie się stąd nie ruszy, bo czuje się już stary i tutaj pragnie umrzeć i być pochowany. Może nawet obok starego Keile na półwyspie pożeranym przez las. Omamił ich nadleśniczy, ale ponieważ on nie dla siebie, lecz dla lasu potrzebował domu Soboty i jego skrawka ziemi, Sobota wiedział, że to las poprzez nadleśniczego znowu wyciągnął ręce po jego dobro. Zawziął się i oświadczyć “nie". Żonie i synowi. A właściwie to “nie" zostało powiedziane wobec lasu, do którego już wtedy zaczai odczuwać nienawiść.

I tak oto Horst Sobota został sam w swoim domu i w swoim sadzie, od czasu do czasu przychodził do niego list od żony i syna, czasami nawet jakaś paczka z ubraniem albo zaproszeniem do wyjazdu w daleki kraj. Wtedy to Horst Sobota pojechał do tartaku, wybrał piękne jesionowe deski i sam sobie zrobił trumnę wedle swego wzrostu, a nawet obszerniejszą. Postawił ją w szopie, gdzie przechowywał jabłka zimowe, i po którymś tam liście i zaproszeniu położył się w owej trumnie, aby umrzeć w zapachu jabłek i jesionowego drewna. Ale nie umarł. Bo na wieść o tym, że Horst Sobota położył się za życia do trumny, pięknym samochodem przybył z dalekiego kraju jego syn Heinrich, przeniósł go na łóżko, wyleczył zastrzykami, a potem powiedział: “Masz, ojcze, ponad siedemdziesiąt lat i jak na ten wiek zadziwiająco zdrowe ciało. Ale twój umysł stał się podobny do umysłu dziecka. Powtarzasz ciągle o zbrodniach lasu, a przecież las nie jest żywą istotą. Twój umysł trzeba leczyć, o twój umysł trzeba dbać". Horst zapytał go: “Czemu nie przyjechała moja żona, a twoja matka, Gerda?" Syn wzruszył ramionami i odparł: “Ona ma już innego mężczyznę. Ja też jestem żonaty i mam dwoje dzieci. Jedź ze mną, będziesz z nami. Ty nawet nie wiesz, że powoli staję się sławnym człowiekiem". Ale Horst Sobota czuł, że za tymi słowami, za tym zaproszeniem kryje się jeszcze jeden podstęp lasu, przejawia się cała leśna zachłanność na jego mienie, na jego miłość do własnego domu i własnymi rękami zasadzonych drzew owocowych. Syn więc odjechał, a on pozostał. Tym bardziej że jego żona, Gerda, miała już innego mężczyznę, a on był za stary, aby znaleźć sobie nową kobietę i zacząć żyć w innym kraju, przy boku nie znanej synowej i wnuków, których imion nawet nie potrafił zapamiętać.

Tak więc samotności Horsta winien był las. Była to kolejna jego zbrodnia - ostatecznie utracił drugą żonę i syna. Heinrich dziwił się, że Horst traktuje las jak żywą istotę, i z tego powodu porównywał umysł ojca do umysłu małego dziecka. Ale co on wiedział o lesie? Nie tylko przecież Horst domyślał się, że las jest żywą istotą, odkrył to jeszcze przed nim nieżyjący już leśniczy Izajasz Rzepa. A nie był Rzepa jakimś tam niewykształconym człowiekiem jak Horst; miał tytuł inżyniera, wciąż czytał książki o lesie, a nawet pisał o lesie w gazetach.

“Co to jest las? - Izajasz Rzepa zapytywał Horsta. - Czy można nazwać lasem zwykłe skupisko drzew? Zbiorowiskiem drzew jest także posadzony przez ciebie sad, a przecież twego sadu nazwać lasem nie można. Zbiorowiskiem drzew jest park, a przecież parku nie nazywamy lasem, i w istocie nawet największy park jeszcze lasem nie jest. Cóż więc za zbiorowisko drzew staje się lasem i kiedy się to dzieje? Otóż las, drogi Horście, jest to taki zespół drzew, w którym zaczęły działać procesy i siły lasotwórcze, powstała biocenoza. Tajemne to i przez nikogo do końca jeszcze nie zbadane siły i procesy. Wiemy o ich istnieniu, liczymy się z nimi, bierzemy je pod uwagę, ale tak naprawdę niewiele z nich rozumiemy. To one sprawiają, że w pewnej chwili zwykłe zbiorowisko drzew przemienia się w las, a nie w park. Powstają one nie wiadomo kiedy i działają na swój właściwy sposób. Stwarzają to, co my leśni ludzie w naszym leśnym języku nazywamy ekosystemem leśnym, oraz jeszcze coś większego, klimaks leśny. Siły lasotwórcze sprawiają, że las sam umiera i sam się odradza. Życie lasu zaś przejawia się w ciągłej walce o byt. Czy nie przeraża cię myśl o matce pożerającej własne dzieci? A przecież to codzienne zjawisko w każdym lesie. Oto brzoza matka co roku zasiewa wokół miliony swoich dzieci. Ale te, które zakorzenią się w jej pobliżu, po jakimś czasie więdną i umierają, ponieważ zabiera im wodę, zasłania przed słońcem. W lesie każdy żyje kosztem innego, każdy walczy o odrobinę światła słonecznego, o każdą kroplę wilgoci w glebie. To straszna walka, a owe zbrodnie, które dostrzegamy na powierzchni, niczym są w porównaniu z walką, jaką o każdą kroplę wilgoci toczą ze sobą ukryte w ziemi korzenie. Czymże też jest ów klimaks leśny, czyli przedziwna drabina, która pozostaje częścią sił lasotwórczych? Na korzeniach drzew rosną specjalne grzybki, wyżej jest runo leśne, na wyższym piętrze podszyt, a jeszcze wyżej korony drzew. Wszystko istnieje we wzajemnej współzależności, zarazem pożerając się wzajemnie i bez siebie żyć i rozwijać się nie mogąc. Niektórzy powiadają, że las jest piękny. To śmieszne, Horście. Las jest brzydki, bo to, co się w nim dzieje, musi napawać każdego wstrętem. Las to chaos, bałagan i nieporządek. Wystarczy kilka lat nie być w jakimś mateczniku, aby zobaczyć, jaka stoczyła się tam bitwa, ile drzew padło martwych, dla ilu nie starczyło światła i wody. Wszędzie ujrzysz poprzewracane i gnijące pnie, pożerane przez pasożytujące na nich grzyby. My, ludzie, staramy się wprowadzić do lasu jakiś tam nasz ludzki porządek, czyścimy młodniki, aby drzewom zapewnić więcej światła i wody, wywozimy spróchniałe lub suche drzewa, aby nie stały się siedliskiem szkodników pożerających zdrowe drzewa. Wycinamy ogromne połacie lasu, ale zaraz potem sadzimy nowy las, chronimy go przed spałowaniem przez łosie i jelenie, leczymy rany lasu. Dbamy o to, aby działały owe siły lasotwórcze, zarazem jednak ograniczamy ich złowrogie wpływy. Czy wiesz, że wystarczyłoby dziesięć lat, aby z twojego ogródka pełnego kwiatów, z sadu rodzącego owoce nic nie pozostało, ponieważ wkroczyłby tam las, a on nie wie, co to piękno, choć sam czasami również rodzi piękno. W twoim ogródku wyrosłyby brzozy, a twój sad zacząłby dziczeć i rodzić coraz mniejsze owoce. Tajemne i groźne są siły lasotwórcze i prawdziwe jest wrażenie, że las to istota groźna i złowroga. O tak, Horście, las jest straszny. Nie życzę nikomu, aby bez siekiery i piły, ranny, pozbawiony sił trafił do lasu i zdał się na jego łaskę. Nie okaże najmniejszej litości, ptaki wydziobią rannemu oczy, mrówki oskubią ciało, choć jeszcze będzie kołatać w nim resztka życia. Możesz się schronić w lesie, póki jesteś silny, ale biada ci, jeśli okażesz słabość". “A człowiek, Izajaszu? Jakie jest w lesie miejsce dla człowieka?" - zapytał Horst Sobota.

Otrzymał odpowiedź: “Wypowiedziałem tajemne zaklęcie, które brzmi: klimaks. A po grecku znaczy to drabina. Jest więc w lesie runo, podszyt i korony drzew, jak gdyby drabina roślin wspinająca się ku słońcu i czerpiąca soki z ziemi. Jakie miejsce na tej drabinie zajmuje człowiek? Czy jest na samej górze, czy na dole? Niestety, tego nie wiemy. Czasami nam się zdaje, że to my jesteśmy na górze, rządzimy w lesie, jak chcemy. Czasami zaś odnosimy wrażenie, że znajdujemy się na najniższym szczeblu, jesteśmy nikim, ba, obcym ciałem, choć to nie jest aż tak pewne. W skład sił lasotwórczych wchodzą również mrówki, żuki, wszystko, co lata i co biega, a więc lisy, zające, kozły, łanie, jelenie i łosie, borsuki i leśne myszy, gady i płazy, a także szczeciniaste dziki. Ptak przenosi w dziobie jakieś ziarenko, gubi je i rodzi się drzewo, gdzie nigdy go nie było. Dzik przenosi w pysku owoc dębu czy buka, gubi go i znowu rośnie drzewo tam, gdzie nigdy go dotąd nie było. W lesie, jak ci to mówiłem, wszyscy i wszystko jest sobie wzajemnie potrzebne. A człowiek? Otóż nie wiemy, czym jest w lesie człowiek. I to nas boli, Horście. Boli i dręczy, szczególnie tych, którzy w lesie spędzili całe życie, obalili setki drzew i setki drzew posadzili. A z tego bólu, z tego uczucia niepewności i obcości rodzi się wrażenie krzywdy. Jeśli zaś do tego dodasz, że las uczy wciąż zła, że na wrażliwą duszę ludzką przez wiele lat oddziałują owe bezwzględne i okrutne siły lasotwórcze, człowiek zostaje zarażony złem lasu i sam staje się zły. Tylko naprawdę zły człowiek bywa zaakceptowany przez las i tylko taki człowiek czuje się w nim dobrze. Czy nie widziałeś, ilu do naszego lasu przyszło młodych i pełnych zapału leśników, ludzi dobrych, a nawet pięknych? Jacy zaś się ostają, a jacy uciekają? Przetrwać w lesie mogą ci tylko, którzy sami stają się podobni do lasu, tworzą z nim jedną złowrogą istotę. Kogo bowiem las najczulej przyjmuje? Przede wszystkim tych, co nie sprawdzili się w wielkich miastach, w ogromnych fabrykach. Albo takich, którzy nie potrafią żyć w zwartym zespole ludzkim, nieustannie wnoszą do niego swoje urazy, zawiści, niechęci; kłótliwych i małostkowych. Albo takich, których tu przysłano za karę, za jakieś przewinienie; mrok lasu ma ukryć ich brzydkie twarze i jeszcze brzydsze dusze. Na takich ludzi las najprędzej potrafi oddziałać, zakazić ich swoim złem, odebrać ludzką wrażliwość, aż staną się podobni do lasu. Kim jestem ja, Izajasz Rzepa? To przecież ja (mówię ci to w tajemnicy) wskazałem żandarmom miejsce, gdzie kryło się trzech jeńców, których potem ty, Horście, zakopałeś na starym cmentarzu Keilów. Dlaczego to uczyniłem? Nie wiem. Do dziś gryzie mnie sumienie i to przez owo dręczące poczucie winy zacząłem pojmować zło lasu. A twój przyjaciel, leśniczy Kondradt? Czy nie ciąży na nim podejrzenie, że zastrzelił kochanka swojej żony? Uwolnił się jednak od kary,4 ponieważ rzekomo pożyczył tamtemu człowiekowi nabitą strzelbę i nastąpił śmiertelny wypadek. Powiedz prawdę, Horście: ile niewinnej krwi ludzkiej przelałeś, gdy wojowałeś w obcej armii? Kto długo mieszka w lesie albo na jego skraju, zostaje zaczadzony złem i brutalnością. Albo popada w pijaństwo. Albo staje się kłamliwy, niedbały i leniwy. Las rośnie powoli. To nie fabryka z taśmą produkcyjną. Nie zrobisz czegoś w tym roku, to uczynisz w następnym, co za różnica? Nie posadzisz młodych drzew wiosną, to możesz posadzić je jesienią albo następnej wiosny. Pomyśl: każdy człowiek ma satysfakcję z owoców swej pracy. Górnik, bo wydobył tonę węgla, rolnik, bo posiał i zebrał plony. I tylko leśny człowiek sadzi las dla przyszłych pokoleń i ścina drzewa, które sadziło poprzednie pokolenie. To także przykre uczucie, które nas drąży w sposób niewidzialny i pozostawia osad niespełnienia. Nie ufaj leśnym ludziom, Horst, bo są źli i bezwzględni jak las, tak samo podstępni i kłamliwi. I jest w nich potrzeba czynienia zła sobie i innym, mszczenia się za poczucie niedosytu i niespełnienia. Las ich ogłupia i otępia, odbiera im, co ludzkie, a zaraża tym, co leśne. Nie, nie sprzedawaj swojego domu i swego skrawka ziemi, nie pozwól, aby las przekroczył drogę. To będzie twoje zwycięstwo nad lasem".

“A ty?" - znowu zapytał go Horst.

Izajasz odrzekł po chwili:

“Nienawidzę lasu, bo przeżyłem w nim czterdzieści lat. Miałem, jak ty, żonę i miałem, jak ty, dzieci. Teraz jestem, jak ty, sam. Ja i las. On i ja. Wiem, że mnie nienawidzi, bo przeniknąłem jego istotę do głębi. Ale przecież nie do końca, Horście. Chcę mu wydrzeć jego wszystkie tajemnice, poznać sedno jego siły. Nienawidzę lasu, ale zarazem go kocham i żyć bez niego nie potrafię".

Nie rozwiązał zagadek lasu Izajasz Rzepa. Zmarł w rok później i pochowany został na wioskowym cmentarzu. Nie minęły dwa lata, a wyrosła na jego grobie brzoza samosiejka, której nikt nie wyrwał z mogiły, ponieważ Rzepa nie miał bliskich. Ale Horst Sobota od tego czasu nie lubił chodzić do lasu, choć jak mu się zdawało - zaczął rozumieć jego mowę. Nie stało się to oczywiście tak z dnia na dzień ani nawet z tygodnia na tydzień. Najpierw siadywał Horst Sobota na swoim oszklonym ganku i patrzył na las przez te szybki, które nie były zabarwione żadnym kolorem. Zimą obserwował szkielecie gałęzie buków, młode brzozy przygięte ciężarem śniegu, wiecznie zielone sosny, dumnie potrząsające szurpatymi głowami. Las wydawał się cichy i bezbronny, ale wystarczyło zrobić kilka kroków w jego głębię, a na dróżkach wydeptanych racicami sarenek i koziołków widziało się krwawe ślady czyjejś zbrodni - porozrzucane pióra ptasie, zaduszone przez lisy zające. Tak, nawet w porze pozornego bezruchu i bezsiły las także mordował to, co słabsze. Łamały się drzewa, które nie wytrzymywały okiści, pękała od mrozu kora i zaraz następnego roku wchodziła w te pęknięcia huba lub tworzyła się narośl rakowa. A co się działo wiosną lub latem, kiedy to las zdawał się być aż aksamitny od rozbuchanej w nim zieleni? W cieniu potężnych drzew dogorywały młode i słabe drzewka, ledwie dosłyszalna mowa ich listków dręczyła serce Horsta Soboty. Jak zaklęcie powtarzał imiona trzech szatanów, które składały się na siłę lasu: biocenoza, ekosystem i klimaks leśny. Rozmyślał też, na jakim szczeblu drabiny leśnej znajduje się człowiek, który bronił lasu przed leśnym złem - i ulegał mu, poddawał się złu, pragnął podobnie jak las niszczyć słabszych. A owym słabszym - był dla leśnych ludzi siedemdziesięcioletni Horst Sobota ze swoim pięknym domem z czerwonej cegły i krytym czerwoną dachówką, z ośmioma pokojami, kolorowym gankiem i pięknym sadem. Na mapach leśnych wciąż widniała duża czerwona plama. Dlatego ponownie odwiedził Horsta Sobotę nowy nadleśniczy, nazwiskiem Masłocha. Przywiózł ze sobą główną księgową z Okręgowego Zarządu Lasów. To ona wypisała na czeku ogromną, wielocyfrową sumę, jaką ofiarowały Lasy za dom i ziemię Horsta Soboty. I wtedy on, Horst, poszedł na chwilę do swej skrytki, przyniósł naręcze owiązanych banderolami banknotów krajowych, które otrzymywał za owoce z sadu, oraz obcych, jakie dostał od syna, i rozłożył je na stole. A kiedy je już rozłożył, okazało się, że nie ma miejsca na czek nadleśniczego Masłochy. Tak Horst Sobota odniósł zwycięstwo nad lasem i jego ludźmi, nad jednym z szatanów o nazwie klimaks, gdyż nie ulegało wątpliwości, że człowiek leśny też już dawno stał się częścią lasu, lecz jaki miał być dalszy los Horsta? Miał ponad siedemdziesiąt lat i czas mu było umierać, a po nim - ponieważ ani żona, co miała innego mężczyznę, ani syn, zdobywający sławę w obcym kraju, nie mieli wziąć ani domu, ani sadu, ani kawałka ziemi - wszystko, co należało do Soboty, musiało i tak stać się własnością lasu. Mógł oczywiście Horst Sobota sprzedać komuś swoje dobro albo darować u notariusza, ale nie znajdował nikogo, kto byłby tego godny i w duchu (co czuł Sobota) nie drwiłby sobie z jego opowieści o leśnych szatanach. Niechże więc w końcu tak się stanie - pomyślał Sobota - że las go zwycięży, z martwej ręki wydrze mienie, zapanuje nad sadem i domem. Codziennie dotykał Sobota wieka trumny z jesionu i rozmyślał o własnej śmierci i o tym, co się po niej stanie. A od tych rozmyślań wychudł, posiwiał, zbrązowiał jak kora sosnowa. Nie wiedział, że jest piękny - wysoki, szczupły, ani odrobinę nie przygarbiony przez czas i troski, z pociągłą twarzą i niebieskimi oczami, z siwymi brwiami i gładko przylegającymi do czaszki siwymi włosami. I choć często ludziom mówił o swej rychłej śmierci i o tym, że się jej nie boi, ponieważ tam gdzieś daleko, skąd się nie wraca, stanie przed Panem i zażąda ukarania lasu za jego zbrodnie, okazało się, że Pan wcale się nie śpieszy na spotkanie z Horstem Sobotą. Lata mijały, on wciąż był zdrowy i krzepki, ani wiosną, ani jesienią żadna choroba się go nie czepiała, nawet nie musnęła lekką gorączką.

Siadywał więc Horst Sobota na kolorowym ganku i przez kilka bezbarwnych szybek obserwował las, pragnąc dojrzeć owych trzech leśnych szatanów. Nie należał Sobota do ludzi nie obeznanych z lasem, jako młodzieniec nie raz i nie dwa był przez swojego ojca wysyłany do prac leśnych - za drewno na opał, za kloce na budowę stodoły. Przez lata wojny też zdarzyło mu się widzieć przeróżne lasy - w dolinach i w górach, w ciepłym i zimnym klimacie. W niewoli przez cztery lata pracował w wielu lasach i w wielu borach. Dlatego wiedział, że las potrafi być różny, jak różny bywa człowiek. W zimnym klimacie rosły przeważnie lasy iglaste, w górach ku niebu pięły się potężne świerki i jodły, niżej - z domieszką buka, jeszcze niżej z modrzewiami, jesionami, klonami, a nawet pachnącą latem lipą i wstydliwą białą brzozą. Poznał lasy łęgowe rozciągnięte na nizinach, z potężnymi dębami i jesionami. Poznał lasy bagienne, las mieszany świeży i las wilgotny, las łęgowy górski i las mieszany wyżynny, a także bory potężne - te wysokogórskie, te bagienne, te suche, wilgotne i świeże. Każdy był inny, miał swoje własne oblicze, przewagę tych lub owych gatunków drzew i najróżniejsze było podszycie oraz runo. Inny też był las tutejszy - jakiś niesamowity, kudłaty, mroczny, choć przecież i w nim były całe połacie, gdzie słońce przenikało na ziemię przez korony potężnych sosen. Trafiały się w nim jednak miejsca straszne, z których noc zdawała się nigdy nie odchodzić, noga zapadała się w wilgotne dno na wpół wyschniętych jezior, nad oparzeliskami snuła się mgła. Inne lasy lub bory miały jakąś dziwną delikatność i wrażliwość, wybierały dla siebie najdogodniejsze siedliska i ginęły, gdy tylko przyszedł rok suchy lub nastał rok wilgotny. Las tutejszy wydawał się niezwykle żywotny, zachłanny na każdy skrawek ziemi. Gdzie było sucho - zasiewał brzozę, gdzie wilgoć - osadzał olchy i osiki, jeszcze gdzie indziej usadawiał dęby, modrzewie i graby, a wszędzie siał sosny i świerki. Latem wabił aksamitną zielenią, ale wystarczyło wejść nieco w głąb, i pochłaniał człowieka mrok, a dopiero potem zaskakiwał widok rozsłonecznionej polany. Po kilkuset krokach znowu las pojawiał się odmieniony, z miejscami i siedliskami, w których wrażliwa dusza odczuwała nieokreślony niepokój, a nawet strach. Nie lubili tam bywać także i leśni ludzie, nawykli do zła lasu. Niechętnie też opowiadali o tajemniczych uroczyskach, gdzie porażało człowieka niesamowite milczenie drzew, nie słyszało się nawet ptasiego śpiewu. Albo o wysepkach wśród mokradeł, porośniętych świerkami, o które czochrały się ogromne dziki i pozostawiały przylepione do żywicy długie szorstkie włosy. W tych miejscach, przeważnie późną jesienią albo zimą, unosił się wstrętny opar przesycony smrodem metanu, słyszało się stamtąd krzyk ludzki, jak gdyby przesłanie z tragicznej przeszłości, gdy ginęły tu całe plemiona i ludy. Tylko silny mróz dawał dostęp człowiekowi do owych siedlisk leśnych, znajdowano tam czaszki łosi, dzików, a nierzadko i czaszki ludzkie, przerdzewiałą broń, struchlałe rzemienie plecaków i puste skrzynie po nabojach. Dziwnie się nazywały te miejsca: Błędnik, Kakaj, Lament, Oświn, Skonał, Topnik, Zgniłe, Nieżywe - być może tutaj właśnie zamieszkiwały trzy leśne moce, które czyniły las silniejszym i niezwyciężonym.

Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny.

Aż zdarzyło się pewnego razu wczesną wiosną, w porze sadzenia drzew, że piaszczystą drogą obok domu Horsta Soboty późnym popołudniem wracali do swoich domów podchmieleni robotnicy leśni. Zobaczyli Horsta w ogródku i jeden z nich zawołał do niego:

- Dawno nie używałeś kobiety, stary Horście. Idź w dwudziesty czwarty oddział, tam leży dziewczyna i czeka na ciebie z rozłożonymi nogami. Spróbuj z nią, może ci się uda. A jak nie, to ona i tak nikomu nic nie powie, bo się zupełnie upiła i pewnie dopiero rano wytrzeźwieje.

Przeraziły te słowa Horsta Sobotę. Wczesnym rankiem widział przechodzącą mimo jego domu gromadkę dziewcząt, zapewne przyjezdnych; co roku zapraszano młodzież, aby pomagała sadzić las. Czy teraz las dokonał nowej zbrodni?

Pośpieszył Horst Sobota do dwudziestego czwartego oddziału i na skraju zrębu, w sosnowym młodniku znalazł dziewczynę. Wyglądała na szesnaście lat i miała piękne, bujne, czarne włosy, tym czarniejsze, że twarz jej była blada i jak gdyby martwa. Aż pod szyję podciągnięto jej sukienkę i obok porzucono różowe majteczki. Leżała półnaga, z rozrzuconymi szeroko nogami, z plamami krwi na udach i kroczu, bo chyba dziewictwo do tej pory nosiła. Bełkotała coś niewyraźnie, gdy ją Horst Sobota wziął na ręce i usiłował zanieść do domu. Zionęła alkoholem, . kilka razy wymiotowała, kiedy ją kładł na trawie, bo mu brakowało sił i często musiał odpoczywać. Ale przecież doniósł ją do domu, położył na wygodnym drewnianym łóżku, zrobił zimne okłady na czoło, aż po kilku godzinach zaczęła odzyskiwać przytomność. O nic jej Horst nie pytał, bo wszystkiego się domyślał. Zapewne dziewczyny poczęstowano wódką, a tą jej zdradliwej mocy jeszcze nie znała.

Nie powiedziała mu o tym ani słowa, może ze wstydu, a może z małomówności. Potem, gdy już się oporządziła i wróciły jej siły, doradzał dziewczynie Horst, aby sprawców nie szukała, bo i tak nie znajdzie, wielu ich bowiem być musiało, a sama sobie winna, ponieważ piła, choć pić nie musiała. Powiedział też, że jej krzywdzie winien jest las, który przez swoich trzech szatanów czyni ludzi złymi, i poprosił ją, aby nigdy nie chodziła do lasu, tak jak on od tej pory już tam więcej nie pójdzie. Opowiedział jej o sobie, o swojej samotności, pokazał sad i zaproponował, że na jesieni, gdy zacznie się zbiór owoców, może do niego przyjechać, na jak długo zechce, i pomagać mu w pracy.

Nie usłyszał od dziewczyny ani słowa. Dał jej na autobus i ona odjechała, aż hen, do jakiejś kurpiowskiej wioski, od ludzi bowiem wywiedział się, że z tamtych stron dziewczęta do sadzenia lasu przywieziono. I znowu siadywał na swym oszklonym ganku rozmyślając o zbrodniach lasu albo schodził nad brzeg jeziora i na spróchniałym pomoście, z nogami opuszczonymi do starej łódki, słuchał bełkotliwej mowy fal. Aż jesienią przed swoim domem zobaczył tę samą dziewczynę. Wtedy mu wyjawiła, że koleżanki, z którymi sadziła drzewa, o jej krzywdzie w wiosce rozgadały, na śmiech i drwiny ludzkie wystawiły. Rodzice ją zbili, trzy siostry i dwaj bracia przy jednym stole z nią jeść nie chcieli, honor swój bowiem cenią nade wszystko. Nie zaprotestowali, kiedy oświadczyła, że odchodzi w świat. A świat to był dla niej Horst Sobota i jego sad między jeziorem a skrajem lasu.

Trzy lata żyli obok siebie; ona z początku rzadko opuszczając sad i dom w obawie, aby jej ten i ów z robotników leśnych nie rozpoznał i nie wydrwił. Horst Sobota jeździł i chodził po wszystkie zakupy. Gotowała mu, zbierała owoce i układała je w skrzynkach lub w sianie, w stodole przerobionej na przechowalnię jabłek. Po roku do wieczorowego technikum ogrodniczego się zapisała i z głową okrytą chustką jeździła autobusem dwadzieścia kilometrów do szkoły. Na piękną wyrosła kobietę, o szerokich plecach i szerokich biodrach, o śniadej cerze i czarnych, bardzo bujnych włosach, które zaplatała w gruby warkocz. Zdawało się Horstowi Sobocie, że lubiła słuchać jego opowiadań o zbrodniach lasu i tak owego lasu zaczęła nienawidzić i lękać się, jak on, Horst, nienawidził i lękał się lasu i leśnych ludzi. “Jest moja, ponieważ znalazłem ją w lesie i zabrałem skrzywdzoną przez las" - pomyślał Sobota i pewnego razu oświadczył dziewczynie:

- Jestem stary i wkrótce złożysz mnie do mojej jesionowej trumny. U notariusza przepiszę na ciebie dom, sad i wielki dobytek w gotowiźnie, który mam schowany. Możesz wyjść za mąż i żyć tutaj szczęśliwie. Ale jednego ci zabraniam: chodzić do lasu i zadawać się z leśnymi ludźmi. To jest twoje drzewo wiadomości dobrego i złego, z którego jeść ci nie wolno.

Ostatni rok jeździła do technikum coraz piękniejsza dziewczyna od Horsta Soboty. I zdarzyło się, że poznała w autobusie młodego mężczyznę o pucołowatej twarzy i czarnych wąsach. Miał tytuł inżyniera i pochodził z Warszawy. Przybył w te strony, aby na półwyspie Wilczy Róg zakładać plantację nasienną. W całym kraju z najdorodniejszych sosen ucinano gałązki i szczepiono nimi małe sosenki. Z tych szczepionych drzewek, najdorodniejszych i najpiękniejszych, zrodzi się potem nasienie, które zacznie się wysiewać w szkółkach, aby odtąd sosny rosły piękne i dorodne. Każda sosenka na tej plantacji będzie miała swoją metrykę, swój akt urodzenia, jak rasowy buhaj lub rasowa wysoko - mleczna krowa.

Pięknie opowiadał o swej pracy ów młody człowiek, który był leśniczym. A że dziewczyna niewielu mężczyzn znała, bo przecież wciąż żyła jak gdyby w odosobnieniu, w domu i w sadzie Horsta Soboty, odczuwała w sobie kobiece pragnienie, aby do kogoś się tulić i kogoś pieścić. Pół roku kryła się ze swym uczuciem przed Sobotą, aż wreszcie, gdy młody mężczyzna otrzymał służbową leśniczówkę, duży dom na skraju lasu, ale nieco dalej od jeziora, rzekła do Horsta:

- Wiem, co tracę, ale wiem też, co zyskuję. Byłeś dla mnie jak ojciec i matka. Ale przecież powiedziane jest: “Przetoż opuści człowiek ojca swego i matkę swoją". Jutro mój ślub z leśniczym. Będę mieszkać o pół kilometra od ciebie, ale wiem, że mnie nie zechcesz już więcej widzieć, gdyż postąpiłam jak Ewa w raju. Uczyniłam to, czego mi zrobić nie wolno było.

I jako się rzekło, tak się stało. Jeszcze tego samego dnia odeszła do leśniczówki. A Horst Sobota - choć wiosna się dopiero zaczynała i pięknie kwitnął sad - zrozumiał, że las go znowu zwyciężył, i postanowił umrzeć. Poszedł do szopy i położył się w jesionowej trumnie.

Z początku było mu w niej dobrze, prawie chyba jak w niebie. Twarde deski ukoiły ból, który ostatnio zaczął odczuwać w kręgosłupie. Lecz najdziwniejsza wydawała się Horstowi jakaś dziwna swoboda myśli i zupełny brak trosk. Odleciały z nagła od niego i pozwalały zastanawiać się nad sprawami i rzeczami obojętnymi, mało znaczącymi, ale przyjemnymi. Śmierć stała się przybliżeniem jakiejś wielkiej radości i ogromnego spokoju. Ot, na przykład, rozmyślał Horst Sobota o swojej jesionowej trumnie. Dlaczego nie zrobił jej z dębu lub wiązu, z sosny lub świerka, lecz właśnie z jesionu. Podjął tę decyzję za radą Izajasza Rzepy, ponieważ - jak mu Rzepa tłumaczył - jesion miał drewno średnio ciężkie - nie chciał Sobota, aby ludzie, co będą go nieśli na wioskowy cmentarz odległy od jego domu o trzy kilometry, męczyli się zbytnio. Deski jesionu były sprężyste, o niewielkiej kurczliwości, nie wypaczały się łatwo, suszenie ich nie sprawiało kłopotu. I piękne się to drewno Horstowi zdawało, ponieważ biel miało wąską, o barwie białej z odcieniem żółtawym, a tu i ówdzie nawet różowym. Przyrdzeniowa zaś część twardzieli była jasnobrunatna, słoje roczne wyraźnie zaznaczały się i bez trudu każdy stwierdzał, że drzewo miało sto pięćdziesiąt lat. Podobało się Horstowi, że deski z jesionu są prostowłókniste i nieco chropawe, co wyczuwał pod palcami, choć sam je starannie ostrugał. Trumna pachniała jakąś przenikliwą i miłą kwaśną wonią, ten zapach zapewne długo mu będzie towarzyszył nawet wówczas, gdy wraz z trumną znajdzie się w ziemi. Z tego też powodu trumny ani nie zabejcował, ani też nie pomalował farbą olejną, aby owego kwaśnego zapachu nie zgubić. Wieko też zrobił z jesionu, równe, proste, bez żadnych wybrzuszeń, z malutkim drewnianym krzyżem na wierzchu. Zostało dobrze dopasowane do dolnej części, tak więc ani wilgoć, ani woda nie powinny łatwo przeniknąć do środka.

Zadowolony był Horst Sobota ze swojej trumny i leżał w niej sztywno wyprostowany, ze złożonymi na piersiach rękami, jak powinien spoczywać człowiek zmarły. Las wiele razy go skrzywdził i wiele dobra mu zabrał, po wielekroć unieszczęśliwił, ale przecież dał deski na trumnę. Horst widział ten jesion, gdy jeszcze rósł w sto piętnastym oddziale, a właściwie już nie rósł, tylko nie wiadomo dlaczego schnąć zaczął. Piękną też nosił nazwę - jesion wyniosły. Tak, las wiele Horstowi zabrał, trumnę jednak dał z jesionu wyniosłego, przez co i Horst czuł się wyniesiony w górę, lepszy od innych, którzy byle sosnowymi deskami się zadowalali. Zwyciężonemu ofiarował rzecz dobrą, jak gdyby pamiętając, że i Horst Sobota także kilka zwycięstw nad lasem odniósł, choćby przez to, że trwał na swoim skrawku ziemi, nawet dziewczynę młodą z lasu wyniósł na własnych rękach i jak gdyby tchnął w nią życie. Czy miał prawo liczyć, że ta dziewczyna dochowa mu wierności w jego niechęci do lasu, skoro kobieta i samego Boga zawiodła? Przyciągnął ją do siebie młodzieniec z czarnymi wąsami, który zakładał na półwyspie plantację nasienną, aby las był jeszcze większy i jeszcze potężniejszy.

Przeleżał w trumnie cały dzień i całą noc, rankiem poczuł głód tak przenikliwy, że wstał, poszedł do kuchni, usmażył jajecznicę z czterech jaj, popił ją herbatą; człowiek nie musi bowiem umierać o głodnym żołądku. Znowu się położył na twardych deskach i nawet miał wrażenie, że na jakiś czas umarł, ale to chyba był po prostu bardzo długi sen bez snów. Po obudzeniu się obserwował, jak do szopy, gdzie na dwóch drewnianych koziołkach stała trumna, a on w niej leżał, powoli między szparami desek szopy sączył się mrok nocy i myszy harcowały w kupie wiórów w kącie. Słyszał też na drodze przed domem głosy przechodzących ludzi, porykiwanie krów, które pierwszy raz wygnano na pastwiska. A że od lat kilku nikt do niego nie zaglądał, teraz także nie obawiał się niczyjej wizyty. Przekręcił się na lewy bok, a potem na bok prawy i znowu zaczął drzemać, ale już bardzo czujnie, aby go w takiej pozycji śmierć nie zastała. Umrzeć chciał wyprostowany, z rękami złożonymi na piersiach. Drzemiąc rozmyślał o kawałku kiełbasy, którą miał w lodówce w kuchni, nie wstał jednak z trumny, nie poszedł do kuchni po kiełbasę. Ta noc wydała mu się niezwykle długa, zerwał się wiatr i zahuczał las młodymi, dopiero co zieleniącymi się listkami. Dziwnie przemawiał tej nocy las do Horsta Soboty - niby to jak zwykle trzeszczał i skrzypiał, a niekiedy łagodnie szumiał, ale od czasu do czasu wył krótko i przenikliwie jak obity pies. Słyszał Horst w jego głosie jak gdyby żal, że Sobota umiera wraz ze swoją nienawiścią do lasu, gdyż w gruncie rzeczy uczucie nienawiści i miłości oddziela coś tylko tak cienkiego jak wieko trumny, jak grubość jesionowej deski. Co się stanie z lasem, gdy umrze Horst Sobota? Kto go będzie nienawidził tak jak on? Do kogo las będzie mógł przemówić, z kim pogadać, jeśli tak naprawdę nikt oprócz Horsta Soboty nie rozumie mowy lasu? Z pogardą opowiadał las o młodych leśnikach, dla których stał się tylko zwykłą fabryką produkującą drewno, a nie żywą i ciepłą istotą złożoną z trzech mocy szatańskich. Kiedyś las mógł pogadać z Izajaszem Rzepą, a potem już tylko z Horstem - teraz czeka go zupełna samotność. Zapłakał las nad sobą, zajęczał, zaszlochał, zakrzyczał głosem jakiegoś nocnego ptaka, gdyż chyba pojął wreszcie, że wraz ze śmiercią Horsta Soboty przestanie być dla ludzkiego gatunku żywą istotą, rozległą całością rozrośniętą na wielkiej połaci ziemi. Co zostanie dla lasu oprócz mdłych zachwytów turystów, rzucających wszędzie puszki po konserwach i wypełniających las muzyką z tranzystorowych odbiorników? Co pozostanie dla lasu oprócz profesjonalnej obojętności leśnych ludzi, obrzydliwego języka: planu zrębów, pozyskania, wywozu drewna? Las też pragnął uczucia - choćby to było uczucie przeogromnej nienawiści. I zdawało się Horstowi Sobocie, że drzewo mówi do drzewa, przekazuje wiadomość od najwyższych pięter klimaksu leśnego do najniższych, nawet do korzeni wrośniętych w ziemię, że odtąd - po zwycięstwie nad Sobotą - las stanie się czymś zwykłym, po prostu lasem, a więc umrze wraz z Horstem i jego nienawiścią. “Nie odchodź - wołał las - bo kto mnie będzie tak mocno nienawidził?"

Rankiem las ucichł, zmęczył się swoim krzykiem, a Horst Sobota poczuł głód tak wielki, że wyszedł z szopy i spojrzał w wielką czerwoną kulę słońca, która wychyliła się zza lasu. A wówczas w owej czerwonej poświacie ranka ujrzał na piaszczystej drodze człowieka na koniu.

Koń był niezbyt ładny, ot, zwykła i trochę krótkonoga klacz o brunatnożółtej sierści, izabelowata, jak mawiano kiedyś. Lecz człowiek w siodle sprawiał silne wrażenie. Ubrany był w zielony mundur leśników, bez żadnych oznak na kołnierzu. Mundur leżał na nim przepięknie, bez najmniejszej fałdki, a przecież jeszcze nie spotkał w swoim życiu Horst Sobota człowieka leśnego, na którym mundur nie wisiałby jak worek, jak kupa szmat wysmarowanych i brudnych, powyciąganych w najróżniejsze strony. Na czarnym pasie miał ów mężczyzna pistolet w czarnej kaburze i na skos przez ramię raportówkę na czarnym pasku. Zobaczył Horst Sobota jego niedużą, a nawet nieproporcjonalnie małą głowę z jasnymi, gładko przyczesanymi włosami i niebieskimi zimnymi oczami. Klacz szła wolno, a ów mężczyzna, młody jeszcze, najwyżej trzydziestopięcioletni, patrzył to na jezioro, to na las. A kiedy spoglądał na jezioro - jego oczy stawały się jeszcze bardziej niebieskie, a kiedy spoglądał na las - wstępowała w nie ponura czerń. Oczy tego człowieka wydawały się złe, choć na twarzy wciąż gościł mu lekki uśmieszek, usta zaś połyskiwały bielą równych zębów. Niezwykle wysoki zdawał się Horstowi w blasku wschodzącego słońca i choć tak piękną i jasną miał twarz, to przecież stare serce Horsta Soboty i jego stare oczy przeniknęły do głębi jego duszy, wyczuły zło wypełniające tego człowieka. Nawet czarne, lśniące buty jeźdźca z połyskiem czerwieni od wschodzącego słońca - rzucały światu jakieś groźne wyzwanie. Strach ogarnął Horsta Sobotę, bo nigdy nie zdarzyło mu się wyczuć w innym człowieku tyle zła, ale przecież przemógł się i wyszedł mu naprzeciw na piaszczystą drogę.

- Kim jesteś? - zapytał ze ściśniętym gardłem.

Tamten zatrzymał izabelowata klacz i spojrzał z wysoka na Horsta swoimi zimnymi oczami, ale ani przez moment nie uleciał mu z ust pogardliwy uśmiech.

- Jestem nowym strażnikiem łowieckim - odparł bez zniecierpliwienia, a nawet jak gdyby z ciekawością i chęcią do dalszej rozmowy.

- Podoba ci się las?... - aż zadygotał Horst Sobota, tak się bał odpowiedzi.

- Widziałem wiele wstrętnych miejsc, ale to wydaje mi się najwstrętniejsze.

- Więc dlaczego zostałeś strażnikiem łowieckim?

- To tajemnica, dziadku. Niemiła dla mnie. Mógłbym ci ją zdradzić, ale na nic ci się ona nie przyda.

- Gdzie mieszkasz? U kogo? Jak długo tu będziesz?

- Nie wiem, dziadku. Wyznaczono mi mieszkanie u leśniczego Kuleszy. Nie jestem z tego zadowolony, nie mam jednak wyboru.

- Czy jesteś dobrym człowiekiem?

Usłyszał śmiech. Wesoły, serdeczny. I ujrzał Sobota w całej pełni zęby tego mężczyzny. Żaden leśnik w tej okolicy, żaden drwal albo chłop nie miał tak pięknych i białych zębów, tylko spróchniałe, nierówne, zgniłe. Nawet młodzi ludzie.

- Zasmucę cię, dziadku. Wiele zrobiłem złego i jeszcze wiele zła dokonam, jeśli mi na to pozwolą. Nie ufaj mi i nigdy więcej nie zatrzymuj mnie, gdy jadę.

Sobota miał uczucie, że wraca mu życie, bo oto wraz ze wschodem słońca napotkał nadzieję. Uczynił szeroki gest ręką i powiedział do obcego człowieka:

- Spójrz na ten dom. Mam w nim osiem pokojów. Zamieszkaj u mnie i weź sobie tyle pokoi, ile zechcesz. Za darmo. Mieszkam tu sam i nikt mnie nie rozumie. Bo nikt nie wie, jak bardzo nienawidzę lasu i jego trzech szatanów. Nie bój się, nie jestem wariatem i kiedyś ci opowiem, ile zła wyrządził mi las. Zapraszam cię do siebie, zły człowieku.

- Dziękuję - tamten skinął mu głową. - Pomyślę o twoich słowach.

To mówiąc cmoknął na klacz i wyminął stojącego na drodze Horsta Sobotę. Stary zawołał za nim niemal z błaganiem:

- Jak się nazywasz, obcy człowieku? Odkrzyknął, nie odwracając głowy:

- Nazywam się Józef Maryn.

Tego ranka nadleśniczy Masłocha udając się na zrąb w 216 oddziale zauważył na leśnej drodze w błocie wysychającej kałuży - odciśnięte ślady wilczych łap. Z początku sądził, że nie tak dawno przebiegał tędy jakiś duży pies, wilka bowiem nie widziano w tych okolicach już ponad trzydzieści lat. Lecz gdy przyjrzał się bliżej, musiał stwierdzić, że trop był wilczy - węższy i dłuższy od tropu psa, palce zostały mocniej odciśnięte i wydawały się bardziej zwarte. Opuszka palcowa przedniej łapy miała kształt sercowaty, tylna natomiast owalny. Wilk biegł stępa i zostawiał trop zygzakowaty. Pojął więc nadleśniczy, że pojawił się nagle wilk samotnik, a to znaczyło, że las był z jakiegoś powodu bardzo niezadowolony i należało oczekiwać wielkich kłopotów.

 

 

Rozdział drugi

 

W nocy śniło się Marynowi, że został podłączony do wykrywacza kłamstw. Ciało oblepiły mu pijawki elektrod, jego żona Eryka i Ivo Bunder zadawali mu wciąż te same pytania (ich treści nie zapamiętał), a on nie mógł powstrzymać w sobie narastającego łomotu serca, oddech miał przyśpieszony i pocił się obficie. Z początku wykrywacz kłamstw tylko ssał z niego krew i czynił bezwolnym, ale potem stało się coś zadziwiającego: aparat zaczął pompować w niego uczucie wstrętu do samego siebie i Józef Maryn niemal fizycznie czuł, jak jad owego wstrętu powoli przedostaje się do krwi i wraz z nią płynie do mózgu. Z tym wrażeniem obudził się, zlany potem i z łomoczącym gwałtownie sercem.

Była szósta rano i tak widno, że za oknem dostrzegł wyraźnie seledynową zieleń dopiero co rozwijających się liści starych buków; przez uchylony lufcik napływało z lasu chłodne powietrze, przesycone zapachem butwiejącego drewna; przenikliwie gwizdały szpaki budujące gniazda pod dachówkami pobliskiej stajni. Mokry od potu naciągnął pod brodę koc z przyklejonymi do niego kępkami brunatnożółtej końskiej sierści (nakrył nim kiedyś spoconą klacz) i długą chwilę leżał nieruchomo, uświadamiając sobie, gdzie się naprawdę znajduje, i w niepamięć usuwając wspomnienie snu. Łomot serca zanikał, oddech stawał się równy, pot wsiąkał w piżamę, lecz wrażenie wstrętu do samego siebie wciąż dojrzewało, aż przerodziło się w coś w rodzaju obrzydzenia. I to w pewien przyjemny sposób nawet zaskoczyło Maryna (o ile uczucie obrzydzenia do samego siebie może być przyjemne), ale nie potrafił inaczej określić odkrycia, że oto stać go jednak na pewien rodzaj wrażliwości, który chyba świadczył o tym, że nie przestał być istotą ludzką. Od dawna powątpiewał, czy - na przykład - ma owo coś nazwane sumieniem. Sądził, że je wyrzucił kiedyś, tak jak się wyrzuca do pojemnika na śmieci plastykowe pudełeczko po lodach. Stało się to przed ośmioma laty na ulicy Dapperstraat, przed sklepem i domem Bernadetty Bullow. Potem kilkakrotnie znalazł się w sytuacjach, które utwierdziły go w przekonaniu, że ów gest pozbycia się sumienia nie nosił żadnych znamion teatralności, lecz okazał się zabiegiem skutecznym i nieodzownym dla wykonywania zawodu. “Wczoraj wypiłem za wiele i mam poczucie alkoholowego niesmaku" - pomyślał uspokajająco, choć w ten sposób świadomie oszukiwał sam siebie. Józef Maryn nigdy bowiem nie pił “za wiele". Niewykluczone jednak, że wraz z krótkotrwałym odejściem z zawodu zaczęły w nim niespodziewanie kiełkować jakieś resztki dawnej wrażliwości. Prawdopodobnie pomylił się, sądząc, iż przed wieloma laty wyrzucił z siebie sumienie przed domem Bernadetty Bullow. On je po prostu zdeptał, a ono przetrwało w nim w jakiejś utajonej postaci. Tutaj zaś, gdy nie musiał być tym, kim był dawniej, zaczęło kiełkować na nowo. Tak rozmyślając, zaraz poczuł się lepiej, uczucie obrzydzenia zniknęło, gdyż nawet sama myśl o kiełkującej w człowieku zdeptanej wrażliwości wydała mu się nad wyraz śmieszna. Już raczej należało przyjąć, że tym razem (bo kiedyś musi być ten pierwszy raz) wypił jednak za wiele, gdyż mógł sobie na to pozwolić. W wiosce o nazwie Mordęgi, w leśniczówce na skraju lasu mogło się zdarzyć, że wypił za dużo i obudził się z uczuciem niesmaku. Tym bardziej, że i sen miał tej nocy bardzo przykry. Ale wódka i przykry sen - to było wyjaśnienie zbyt proste. Myśl o budzącej się w nim wrażliwości (choć w swej istocie śmieszna) też jednak kusiła, ponieważ w jakiś tam sposób schlebiała jego poglądom o własnej osobie. Przyjemniej przecież sądzić, że jest się wrażliwszym, niż się przypuszczało.

“Jeszcze dziś się stąd wyprowadzę" - taka była konkluzja owych porannych rozmyślań, po których Józef Maryn wstał z łóżka, ogolił się, umył, zagotował wodę na herbatę, zjadł śniadanie, osiodłał klacz i pojechał do lasu w bardzo chłodny wiosenny poranek.

Czy miało jakiś sens picie wódki z leśniczym Stefanem Kuleszą i jego dwoma kolegami, także młodymi leśnikami? Józef Maryn raczej rzadko działał bez jakiegoś celu, a na pewno nie piłby z kimś wódki bez konkretnej przyczyny. Poszedł pić do Kuleszy, ponieważ tak się zdarzyło, że jako strażnik łowiecki zamieszkał w jego leśniczówce. Nie chciał sprawiać wrażenia, że się izoluje, a przez to zwracać na siebie szczególną uwagę. Bo tak jak przybył tutaj nagle, z dwoma walizkami i etatem strażnika łowieckiego, tak pragnął kiedyś równie niespodziewanie zniknąć, odejść lub odjechać - jako osobnik zwykły, nijaki, nie do zapamiętania. Zaproszony rankiem przez Kuleszę, kupił w sklepie pół litra wódki i poszedł na wieczorne picie, choć już po pierwszej nocy, jaką spędził pod jednym dachem z Kuleszą i jego dopiero co poślubioną żoną (głupią krową - jak ją określił, gdyż lubił kobiety smukłe, delikatne i kruche jak bibeloty), miał świadomość, że tej pary nigdy nie polubi. Nie miało to, rzecz jasna, żadnego znaczenia, Józef Maryn tylko od czasu do czasu robił rzeczy, na które miał naprawdę ochotę, a także nie przybył tutaj, aby kogoś polubić. Za cóż zresztą miałby polubić tego młodego głupca z tytułem magistra inżyniera i jego chyba jeszcze głupszą żonę, o pełnych biodrach i szerokich plecach? Leśniczy Stefan Kulesza traktował swoją żonę jak mała dziewczynka pierwszą w życiu lalkę, z którą wybiega na podwórko do koleżanek, aby pochwalić się sukienką, urodą twarzy, puszystością włosów, krojem majteczek i gładkim pod nimi brzuszkiem. Gdy Maryn wprowadził się do leśniczówki, to znaczy - po prostu wniósł swoje dwie walizki, już po godzinnej znajomości - Kulesza kazał mu dotykać ud swojej żony, aby przybysz przekonał się, jak delikatna i gładka pokrywa je skóra, a nawet w pewnej chwili zadarł żonie spódniczkę i pokazał Marynowi jej obciągnięte majtkami pośladki i uszczypnął je, żeby ten uwierzył, że są twarde jak z kamienia. Odnosił się do swej kobiety jak do wspaniałej rzeczy i chciał odnaleźć w oczach innych ludzi potwierdzenie faktu, że rzeczywiście posiadał coś niezwykłego. A ona przyjmowała to traktowanie z zadziwiającą obojętnością, bez protestu, ale i bez radości. Chyba uznała za coś naturalnego, że wychodząc za mąż za inżyniera Kuleszę stała się jego rzeczą - przedmiotem do zachwytu z jego strony. Chyba była w swym mężu zakochana, Kulesza zresztą prezentował powszechny ostatnio typ urody męskiej - miał ciemne włosy, okrągłą, dobrze odżywioną twarz, pulchne usta i czarny wąs. Po wielkich miastach krążyły tysiące takich młodych ludzi, z czarnymi wąsami i krągłymi buźkami, które się zapominało po pięciu minutach i tak na dobrą sprawę jednego osobnika nie można było odróżnić od drugiego. Ale tej dziewczynie mógł się spodobać, tym bardziej że po stażu, jaki odbył gdzieś na południu kraju, przybył do Mordęgów, aby otrzymać dekret leśnika władającego plantacją nasienną.

Źle się jednak stało, że sypialnia Kuleszów znajdowała się tuż nad pokojem, który mu wynajęto. I że ta młoda para miała skrzypiące łóżko. Ledwo się ściemniło i Maryn położył się na żelaznym wyrku wypożyczonym z magazynów nadleśnictwa, tam na górze łóżko zaczęło skrzypieć jednostajnie i monotonnie. Z początku przyjął z wyrozumiałą życzliwością, że ten młody leśnik starannie wykonuje swoje męskie zadanie. Ale chyba miał stargane nerwy, ostatnio pękła w nim jakaś wewnętrzna sprężyna (być może stało się to podczas dwumiesięcznego pobytu w areszcie śledczym i podczas wielogodzinnych przesłuchań), bo nie potrafił zasnąć, choć kiedyś zasypiał niemal na zawołanie i nic mu w tym nie przeszkadzało. Skrzypienie łóżka trwało godzinę, dwie, trzy, potem przestał spoglądać na zegarek, ponieważ jeszcze trwało, gdy w okna zajrzał świt. Drugiej i trzeciej nocy powtórzyło się to samo - nie zmrużył oka, dręczony owym monotonnym skrzypieniem łóżka. Potem we dnie chodził otępiały z powodu niewyspania. Wtedy zgodnie z poleceniem Związku Łowieckiego kupił izabelowatą klacz i stare siodło (po krótkiej dyskusji zgodzono się, że koń będzie lepszy niż motocykl, gdyż można na nim poruszać się bez hałasu i dostać się w każdy matecznik), ustalił też z nadleśniczym Masłochą wszystkie miejsca zaznaczone na mapie sztabowej jako ostoja zwierzyny, bo najchętniej tam grasowali kłusownicy. Czwartej więc nocy wyruszył w las, żeby nie słuchać jednostajnego skrzypienia łóżka, postanawiając spać za dnia, a nocą pełnić strażnicze obowiązki. Ale już po godzinie zgubił się w lesie i długo kluczył, zanim trafił do leśniczówki Kuleszy. Należało przez jakiś czas za dnia poznawać las, żeby dopiero potem poruszać się w nim nocami. Znowu więc został skazany na dręczące skrzypienie, które zaczęło nieść na dół jakąś wstrętną grozę może właśnie dlatego, że było takie jednostajne i monotonne; Maryn odnosił wrażenie, że tam na górze na żywej istocie leży nie człowiek, lecz jakiś mechanizm, wsuwający do kobiecej pochwy sztuczny członek z mechaniczną rytmicznością. “Jak długo można załatwiać swoją żonę?" - zastanawiał się Maryn i nie znajdował odpowiedzi. Potrafił przecież robić to całymi nocami, także niemal nieskończenie. Kiedy pierwszy raz wlazł na Erykę, nie zsunął się z niej aż po kilku godzinach; potem Eryka wspierała się o ściany i o sprzęty w pokoju, tak miała wiotkie nogi, a on był z tego bardzo dumny. Oczywiście nie robił tego na skrzypiącym łóżku. Zresztą, gdzie i na czym tego nie robił? Tak, czynił tę rzecz wspaniale, inaczej nie mógłby pozostać długo w swoim zawodzie. Załatwiał kobiety małe i duże, chude i grube, białe, czarne i Mulatki, niektóre o piersiach i udach tak wspaniałych, że ten gówniarz na górze nawet sobie podobnych istot nie wyobrażał; rżnął piękne i brzydkie, bardzo młodziutkie i stare baby o obwisłych pośladkach, sztucznych zębach i nieświeżym oddechu, zawsze dokładnie i najczęściej bez przyjemności. Ale tak należało, gdyż między jednym a drugim załatwianiem takiej sprawy prawie każda kobieta lubi paplać nawet bez żadnej zachęty, a ta paplanina miała znaczenie dla Maryna, dla firmy. Tak, po jakimś czasie można było nawet uwierzyć, że wszystko na świecie zależy od dobrego rżnięcia i sprowadza się do dobrego rżnięcia. Zresztą w przypadku Maryna sprawa była o tyle łatwa, że należał on do mężczyzn chłodnych. Może właśnie dlatego, aby rozbudzić się, potrzebował podniet silnych i bardzo wyrafinowanych, co z kolei zachwycało kobiety. Jego pieszczoty oszałamiały je i odbierały rozum, one szalały, a on pozostawał zimny, choć nie do tego stopnia, aby nie zrobić im tego, czego oczekują one od mężczyzny. W tej swojej chłodnej postawie dopatrywał się homoseksualnych doświadczeń, które przeżył z przyjacielem we wczesnej młodości - był wtedy pięknym chłopcem o długich, jasnych włosach i delikatnych, dziewczęcych rysach. Zerwał z tym wcześnie i bez wewnętrznego bólu, ale zapewne jakiś uraz pozostał i dawał mu przewagę nad kobietami. Podświadomie ciągle widział w nich świnki, które należy zmusić do kwiku rozkoszy i oszołomienia; mogło ono trwać dłużej lub krócej, jednak wystarczająco długo, aby przez jakiś czas otrzymywać klucze od pokojów hotelowych i bezkarnie grzebać w cudzych rzeczach, zazwyczaj bowiem grasował wśród pokojówek i sprzątaczek hoteli i pensjonatów. Omylił się tylko w stosunku do Eryki - to nie była zwykła kobieca świnka. Ale zapewne ten gówniarz na górze miał rację, że widział w swojej żonie tylko świnkę, i noc w noc ją popychał. Maryn starał się podniecić, wyobrażając sobie, jak ona leży na skrzypiącym łóżku z rozrzuconymi nogami albo klęczy na czworakach i wypina goły tyłek. Tylko że zamiast choćby odrobiny podniecenia przeniknęło Maryna uczucie obrzydzenia, bo co innego samemu robić coś takiego, a co innego słuchać czyjejś roboty. A poza tym Józef Maryn już w tej chwili wiedział na pewno, że nawet najwspanialsze dokazywanie mężczyzny z kobietą nie jest w rzeczywistości aż tak ważne i na dobrą sprawę niczego istotnego w życiu nie załatwia, tak jak niczego nie załatwiło w życiu Józefa Maryna.

Kiedy siedział w areszcie śledczym, przyszła do niego Eryka i powiedziała patrząc mu prosto w oczy: “To nam obojgu dobrze zrobi. Ty nie musisz się wysilać, a ja nie muszę cierpliwie znosić twoich popisów seksualnych, od których nigdy nie miałam żadnej przyjemności. Jestem pewna, że chcę rozwodu i że ten rozwód weźmiemy, jak tylko przestaniesz kłamać i wypuszczą cię na wolność". Odpowiedział jej: “Przecież wiesz, że nie kłamię". Ale ona potrząsnęła tymi swoimi długimi, utlenionymi na blond włosami, które upodobniały ją do pewnej sławnej aktorki filmowej, i już po tym ruchu głowy zorientował się, że mu nie wierzy, tak jak inni. Przyszła na widzenie z Marynem niezbyt przejęta jego losem, dlatego był pewien, że znalazła już sobie kogoś, kto jej obiecał więcej niż mogła otrzymać od Maryna. Nie ukrywała tego przed nim, gdy wreszcie wyszedł z aresztu i poinformował ją, że zostaje na jakiś czas strażnikiem łowieckim gdzieś w lasach na północy. Chciał, żeby tam z nim pojechała, lecz ona wzruszyła ramionami i przyznała się: “To będzie dla ciebie niepojęte, ale zakochałam się. I to w takim facecie, co nie potrafi rżnąć. Nie uwierzysz, ale po tej szkole, którą mi dałeś, to mi się właśnie w nim podoba".

Tak więc ten leśnik na górze noc w noc przez kilka godzin załatwiał swoją żonę, a Józef Maryn musiał słuchać jednostajnego skrzypienia łóżka. I z przerażeniem stwierdził, że choć nie miał już trzy miesiące żadnej kobiety, nawet na samą myśl o rżnięciu dostaje mdłości. Co gorsza - jeśli ten uraz nie minie, zrobi z niego męski wrak, i to w trzydziestym piątym roku życia. Ten leśnik na górze, przez to całonocne skrzypienie starego łóżka, jak gdyby w nim ów uraz pogłębiał, gdyż obnażał tę sprawę jako coś wstrętnego, kiedy się tego nie robi samemu. A poza tym - powodował bezsenność u Maryna i różne głupie pytania w rodzaju, czy istnieje na świecie wielka miłość i czy koniecznie musi być ona związana ze rżnięciem. Na świecie napisano setki tysięcy książek o miłości, Maryn niektóre z nich nawet czytał, głośno chwalił, lecz w głębi duszy odrobinę chichotał. Po prostu nie znał takiego uczucia i nie wierzył, że istnieje. Należało mówić o miłości, a potem robić z kobietą to, co trzeba, bo do tego właśnie się takie gadanie sprowadzało. Owszem, na jednej kobiecie więcej mu zależało, a na innej mniej, jedne się rżnęło lepiej, drugie gorzej, i to nazywał miłością. Dlatego chwalił facetów, co o miłości pisali książki i brali za to pieniądze, podobnie jak on brał pieniądze za to, że ich słowami gadał do kobiet przed pójściem do łóżka i po wyjściu z łóżka. Dlatego tak bardzo się zdziwił, kiedy którejś bezsennej nocy, słuchając, jak tamten na górze piłuje już czwartą godzinę swoją żonę, a łóżko skrzypi i pojękuje jak zwierzę, które ktoś dręczy - raptem pomyślał, że może jednak istnieje coś takiego jak wielka miłość. Ba, musiało coś takiego istnieć naprawdę, jeśli niektóre kobiety i niektórzy mężczyźni szaleli za sobą, nie włażąc ze sobą do łóżka, a w najlepszym wypadku uznając to za dodatek do miłości. On, Maryn, został więc czegoś w życiu pozbawiony, oszukany, nie przeżył nigdy uczucia, o którym napisano tyle książek. Drążyła go ta myśl także i nocy następnej, choć bronił się przed nią podejrzewając, że Wcieka w nią, ponieważ sam już nie ma ochoty na kobietę i musi słuchać Czyjegoś rżnięcia, więc gotów jest przyjąć, że istnieje na świecie uczucie, którego nie przeżył i zapewne nigdy nie przeżyje. Była to prawdopodobnie ucieczka w wyimaginowaną krainę książkowych bzdur. Z powodu tego, co się nie tak dawno przydarzyło, upodobnił się do owych przemądrzałych mięczaków, ciągle zdumionych, że polityką zajmują się ludzie o specjalnych predyspozycjach i że w tej branży nie można mieć czystych rąk. Albo do takich, co to chcą jeść schabowego, ale broń Boże im powiedzieć o jęku zabijanych w rzeźniach świń. Tak samo zresztą traktowali i miłość. Owo subtelne uczucie zwane miłością przypominało im obiad w eleganckiej restauracji, gdzie smakując danie na podgrzanym talerzu, zapominało się o jęku zabijanych w rzeźni prosiąt. Do miłości jednak tak naprawdę dochodziło się przez obolały męski członek i kwik rozkoszy jakiejś kobiecej świnki. Czemu dopiero teraz Eryka powiedziała mu prosto w oczy, że tamte łóżkowe sprawy po prostu ją nudziły i zdecydowała się pójść do takiego, co był w męskich sprawach znacznie gorszy, ale za to potrafił kochać. A przecież Józef Maryn też ją po swojemu kochał i od czasu do czasu właził na nią na parę godzin, aby jej to udowodnić. Niestety niczego, jak się okazało, nie udowodnił, a nawet - jak to się również okazało - działał przeciw sobie. Jak więc z tym jest naprawdę - nie wiedział, a pytać nie było kogo, chyba tego gówniarza na górze, co załatwiał żonę od zmroku do świtu na skrzypiącym łóżku.

Pewnego dnia Maryn powrócił do leśniczówki na spienionej klaczy. Niepotrzebnie puścił ją w galop w dusznym, rozgrzanym od wiosennego słońca lesie, gdyż nie wiadomo dlaczego nagle doznał przeczucia, że w leśniczówce, w szparze pod drzwiami czeka na niego jakiś ważny list. Pod drzwiami niczego jednak nie było (nie otrzymał żadnego listu, odkąd zamieszkał w Mordęgach), natomiast klacz miała pokryte pianą boki. Wytarł ją szmatą i nakrył kocem, pod którym sypiał (odtąd na kocu pozostały kępki końskich włosów i koc pachniał koniem). Na podwórzu, gdzie wycierał klacz, żona Kuleszy, Weronika, prała bieliznę pościelową w wielkiej balii i mąż pomagał jej rozwieszać białe płachty na sznurze rozpiętym między domem i stajnią. W przerwach siadał na ławeczce przed domem i z zadowoleniem przyglądał się wysoko obnażonym udom żony, które jeszcze bardziej się odsłaniały, kiedy pochylała się nad balią. Natarczywość owych spojrzeń nie sprawiała kobiecie przyjemności albo po prostu wstydziła się obecności Maryna, dwa razy fuknęła coś gniewnie do męża, a potem zajęła miejsce za balią tak, że mąż mógł widzieć jedynie jej twarz, a właściwie czarne, napuszone na głowie włosy. Jej wstydliwość jak gdyby rozbawiła i jeszcze bardziej podnieciła Kuleszę. Powiedział wesoło do Maryna:

- Nie wygląda pan, panie Maryn, na człowieka, który zna się na kobietach. Radzę dobierać kobiety o takim tyłku jak moja żona. Niech pan sobie popatrzy, bo właśnie na pana swój tyłek wypięła. Ile pan u nas pracuje? Trzy tygodnie, prawda? Jakoś żadnej kobietki jeszcze pan nie przygadał...

- Jestem żonaty - wyjaśnił Maryn.

- Domyślam się tego - skinął głową Kulesza. - Ale trzy tygodnie w lesie bez kobiety to dużo czasu, panie Maryn. Pan o tym nie wie, aleja to panu mówię z doświadczenia innych leśników, że tym, co pracują w lesie, więcej się chce do kobiet niż innym. Las wydziela aromat, panie Maryn. Jebliwy aromat. Grzybów jeszcze nie ma, ale jak zaczną rosnąć i znajdzie się pan wśród sromotników, od razu pan zawróci koniem do domu i wlezie na żonkę. Sprowadzi ją pan tutaj, prawda?

Nakrytą kocem klacz wprowadził Maryn do stajni, nasypał jej owsa, dłuższą chwilę pozostał w półmroku stajni, wdychając zapach końskiego nawozu i bezmyślnie wpatrując się w malutkie zakurzone okienko, a to wszystko po to, aby opanować irytację, jaką budził w nim ten gówniarz, i przywołać na twarz zawodowy uśmiech, który tu nie był mu potrzebny, lecz kiedyś będzie potrzebny, dlatego należało go wciąż trenować. Układać odpowiednio mięśnie twarzy, rozchylać wargi, pokazywać białe równiutkie zęby (te zęby pochłonęły w Londynie jego roczne oszczędności). Wyszedł więc Maryn ze stajni z uśmiechem na twarzy, przysiadł się do Kuleszy na ławeczkę przed domem, otworzył swoją płaską złotą papierośnicę i poczęstował papierosem (papieros był byle jaki, i musiał być byle jaki, jeśli Maryn miał tu nie pozostawić głębszego śladu). Teraz już oczywiście wiedział, że jego ostrożność była zbyteczna, ci ludzie potrafili dostrzec w lesie gałązkę obgryzioną z liści przez brudnicę mniszkę, młodą sosnę spałowaną przez łosia, ale wobec ludzi pozostawali ślepi i głusi. Dlaczego - tego jeszcze nie pojął. Po kilku spotkaniach z nimi i rozmowach odniósł wrażenie, że przyszło mu żyć wśród beznadziejnych głupców, co zresztą też nakazywało ostrożność, odmienną jednak od tej, którą sobie z początku narzucił. Głupcy bywali niebezpieczni i szkodliwi, trochę się ich bał, ponieważ nie potrafił przewidzieć reakcji głupca, wyobrazić sobie jego sposobu myślenia. On, Maryn, dziesięć lat kształtował w sobie znajomość człowieka, a chyba miał zawsze ku temu odpowiednie predyspozycje, skoro zamiast na przykład zostać leśnikiem, stał się tym, czym był, i radził sobie jakiś czas zupełnie nieźle. W jego zawodzie trzeba było określić osobowość drugiego człowieka w ciągu jednej chwili na podstawie zupełnie z pozoru nieistotnych drobiazgów; za omyłkę płaciło się własną przegraną. On, Józef Maryn, gdyby spotkał w lesie Józefa Maryna, nawet w wyfasowanym mundurku, natychmiast zjeżyłby się wewnętrznie i stał czujny jak pies, gdy poczuje wilka. Wystarczyłby mu rzut oka na płaski złoty zegarek, jaki jedynie na specjalne zamówienie robiła pewna zagraniczna firma, na garnitur białych zębów, smukłe, wypielęgnowane dłonie kieszonkowca i wbrew ostatnio rozpowszechnianej modzie włosy bardzo krótko przystrzyżone po to, aby nikt nie mógł go za nie złapać i przycisnąć głowy do ziemi. Przede wszystkim odruch czujności wzbudziłby w nim pasek z krokodylej skóry, którym podtrzymywał spodnie. Takie paski miały na wewnętrznej stronie zamek błyskawiczny i można w nich było trzymać banknoty oraz drobne przedmioty, płaskie i małe, na przykład, jak u niego, specjalne blaszki do otwierania zamków W drzwiach hotelowych. Oczywiście, podobnych pasków robiono bardzo wiele, ponieważ najbezpieczniej nosić w nich pieniądze, ale Maryn miał pasek specjalny, wykonany na jego osobiste zamówienie i nie rzucający się w oczy. Tak więc te kilka drobiazgów już by mu wystarczyło, żeby zacząć wietrzyć niebezpieczeństwo. Oczy Kuleszy były jednak oczami ślepca, dla niego Maryn pozostawał tym, o kim go poinformowano: strażnikiem łowieckim. Wątpliwe, czy ten młody leśnik w ogóle miał zdolność do refleksji, do zastanawiania się choćby przez chwilę nad innym człowiekiem, prawdopodobnie nie ciekawiła go cudza osobowość i nie przychodziło na myśl, że ktoś może być kimś innym, niż to zostało zanotowane w papierach. Co ten gówniarz naprawdę wiedział na przykład o swojej młodej żonie, która z zaciśniętymi gniewnie ustami przeniosła ciało na drugą stronę balii, aby mąż nie mógł oglądać jej wypiętego zadu? Taki gest mógł nic nie znaczyć, ale mógł znaczyć bardzo wiele. Maryn odnotował go w pamięci niejako z zawodowego przyzwyczajenia, choć ta kobieta i ten mężczyzna nic go nie obchodzili.

- Czytałem w jakiejś książce, nie pamiętam tytułu - niedbale odezwał się do Kuleszy - o bogatych, pięknych i młodych kobietach, nawykłych do życia w dostatku, które szły za mężami w dzikie tajgi i mrozy, dlatego że tam ich zsyłano z powodu niełaski władcy. Nie dla wszystkich kobiet, kolego Kulesza, ta męska rzecz musi być aż tak ważna, skoro one szły za mężczyznami tylko po to, aby raz na dzień zobaczyć swoich mężów w drodze na zrąb. Kto je załatwiał, panie Kulesza? Prawdopodobnie nikt. Co je trzymało przy tych mężczyznach, skoro oni ich nie załatwiali? Może miłość, panie Kulesza? Dlatego tak sobie myślę, że jest jednak na świecie prawdziwa i wielka miłość, do której cała ta łóżkowa reszta pozostaje zupełnie nieważnym dodatkiem. W swojej izbie przekręcił włącznik maszynki elektrycznej, otworzył dwie puszki regeneracyjne z kapuśniakiem, wlał ich zawartość do garnka i czekając, aż zupa się zagrzeje, ukroił kilka cienkich plasterków chleba. To miał być obiad - niemal taki sam od trzech tygodni. Czuł głód i był zły, dlatego powiedział Kuleszy to, co powiedział. Gdyby ten leśnik był choć trochę oczytany i więcej myślał, a mniej gadał, odpowiedziałby Marynowi, że wtedy niektóre kobiety terroryzowała taka właśnie postawa. Moda posiada siłę, której nikt jeszcze do końca nie pojął - może nawet zmusić do życia w pobliżu mężczyzny bez nadziei na cielesne zbliżenie. Ale teraz jest inna moda - kopulpwać trzeba często i dużo, z tą, tamtą, ową; to się nazywa wyzwolenie od przesądów. Kiedyś nazywano prawdziwą miłością to, co robiły owe kobiety idące za mężczyznami na wygnanie, teraz nazywa się miłością nieustanne trzymanie członka w pochwie. Mówi się wtedy, że w ten sposób została na chwilę przełamana samotność dzieląca człowieka od człowieka. Kiedyś być może ludzie nie bali się samotności tak jak teraz albo nikt im nie uświadamiał, że są samotni. Powiedziano im też, że nie ma innej drogi do przełamania własnej i cudzej samotności jak spółkowanie krótkie lub długie; to długie bywało oczywiście lepsze, ponieważ dłużej się było z kimś bliżej, a nawet potrafiło przełamać na ten czas w człowieku strach przed niewiadomym.

Lecz jak by o tej sprawie myśleć, jak by ją osądzać - pozostawało faktem, że za Józefem Marynem, który załatwiał kobiety dokładnie i bardzo długo (małe i duże, ładne i brzydkie, jedne z przyjemnością, inne zaś bez przyjemności, zawsze jednak dając z siebie wszystko, co było w nim dobrego w sensie rżnięcia) - nie poszła żadna. Ani mała, ani duża, ani ładna, ani brzydka. Nawet jego własna żona Eryka. A przecież to nie miała być wędrówka w odległy świat, w pustkowie i mróz, lecz zaledwie trzysta kilometrów od stolicy, do wioski o dziwacznej nazwie Mordęgi. I jak by patrzyć na tę sprawę, z góry czy od spodu, z lewa czy z prawa, wynikało niezbicie, że owe męsko - damskie czynności nie okazywały się aż tak ważne. Dlatego nawet jeśli nie chciało się wierzyć w istnienie czegoś takiego jak wielka miłość, to przecież rozsądek nakazywał myśleć, że gdyby Eryka choć trochę go kochała, zapewne dostałby od niej choćby krótki list albo przyjechałaby tutaj, aby go po prostu zobaczyć, dotknąć, ugotować mu obiad, podać śniadanie czy kolację. Za swoje rżnięcie nie wymagał zresztą aż tak wiele - przykre, że nie otrzymał nic. Po prostu - nic. Przez swoją głupią wiarę w penisa i waginę - jak to się ładnie mówiło - przegrał coś istotnego, aż wstyd to nazwać, bo nazwa wydaje się głupia i prostacka, banalna i zużyta.

Nocą znowu więc nasłuchiwał jednostajnego skrzypienia starego łóżka i starał się sobie wyobrazić goły tyłek Weroniki, tak samo wypięty jak wtedy, gdy prała bieliznę na podwórzu. Niestety, wyobraźnia była jałowa, nie powodowała szybszego bicia serca, jak gdyby nawet przeciwnie, zwalniała jego uderzenia, sprowadzała otępienie i senność, p którą do tej pory było tak trudno. Z góry już nie wiało grozą i obrzydzeniem czy wstrętem, ale jakąś przeogromną nudą. Tak właśnie - jako przeogromną nudę - musiała to odbierać Eryka, gdy na nią właził noc w noc, a jemu nawet przez myśl nie przeszło, że nie sprawia jej przyjemności, nie budzi w niej zachwytu, lecz po prostują nudzi. A kiedy już owa nuda stawała się nie do wytrzymania, wydawała z siebie okrzyk (teraz wiedział, że udany, wytrenowany), i był to dla niego znak, żeby kończyć swój męski proceder. Na początku małżeństwa jeszcze go od czasu do czasu głaskała po spoconych skroniach i szeptała: ,;byłeś dobry", lecz potem (przypomniał to sobie teraz) nigdy mu już nic nie mówiła, tylko odwracała się do niego plecami; on zasypiał, choć coś mu podpowiadało, że ona nie może zasnąć, myśli o czymś uparcie, zapewne już wówczas zastanawiała się, w jaki sposób przy najbliższej okazji uwolnić się od jego osoby. Czy mogło być jednak inaczej? Czy ubrany w swój garnitur z męskiej pychy uwierzyłby, gdyby mu powiedziała: “Nie rób tego, ja i tak będę przy tobie, bo cię kocham". Nie, nie przyjąłby wtedy takich słów, bo przecież nie wierzył w coś takiego jak wielka miłość. Natychmiast stałby się podejrzliwy, szukałby wokół jakiegoś kochanka, lepszego od siebie.

... Zasypiał. Po raz pierwszy od przeszło trzech tygodni zasypiał mimo jednostajnego skrzypienia łóżka - i właśnie wtedy coś na górze upadło z ogromnym łoskotem, aż Maryn poderwał się na żelaznym łóżku. Pomyślał, że tamci rżnęli się na jakimś sprzęcie, na fotelu czy czymś takim, i to coś przewróciło się nad jego głową. Potem jednak słyszał podniesiony męski głos i chyba kobiecy płacz. Krótko to trwało - nastąpiła cisza, prawdziwa cisza, po raz pierwszy, odkąd tu zamieszkał. Zasnął i obudził się wypoczęty, z nabrzmiałym prąciem, tak jak to powinno być rano u zdrowego trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Stało się jasne, że jakiś zablokowany trybik nagle zaskoczył w jego psychice, co się natychmiast potwierdziło, gdy pomyślał o wypiętym tyłku Weroniki. Zobaczył go w wyobraźni bardzo dokładnie; dwie półkule obnażonych pośladków o skórze gładkiej, bardzo napiętej i mięśniach twardych jak kamień, bo takie pośladki pokazał mu Kulesza, zadzierając sukienkę swojej żonie. U styku ud domyślał się gęstego futra kryjącego pochwę; Weronika miała bujne, czarne włosy na głowie, takie kobiety i między nogami bywały mocno owłosione. Prącie sterczało mu długo, ponieważ wypięty tyłek Weroniki wciąż tkwił w wyobraźni...

Tego dnia pokłusował skrajem lasu i jeziora, wzdłuż asfaltowej szosy, która prowadziła do odległej o siedem kilometrów wioski Gaudy. Większość na wpół zrujnowanych domów z czerwonej cegły wykupili w niej ludzie z wielkich miast, odremontowali, za wsią pobudowali kilkadziesiąt drewnianych willi o spadzistych dachach sięgających niemal ziemi. W jezioro wchodziły wąskie pomosty dla łodzi motorowych i żaglówek. Nie opodal - chyba dwa kilometry w głąb lasu - ogrodzone siatką i dwoma rzędami drutu kolczastego stały dwie opustoszałe wille, które były i jak gdyby nie były własnością osób znanych z pierwszych stron gazet. Maryn nie zajrzał tam nigdy, choć wiedział o nich od nadleśniczego oraz z mapy sztabowej, którą miał w mapniku przytroczonym do siodła; kilkakrotnie przekraczał jedynie drogę wylaną asfaltem, ale już spękaną, tu i ówdzie porośniętą wysoką trawą, nikt bowiem tędy od dawna nie jeździł, zresztą zabraniał tego znak drogowy umieszczony na skraju lasu. Nadleśniczy Masłocha opowiadał mu, że prawie przez rok w Gaudach urzędowała jakaś komisja, wioska wtedy wyglądała jak uszminkowany trup. A potem nagle komisja się zabrała i gdy nastało lato, ten i ów z właścicieli zaczął nieśmiało przyjeżdżać - najpierw na dzień, na trzy dni, potem na dłużej, nawet z żoną, dziećmi, psem. “Tego lata przyjadą znowu wszyscy" - oświadczył nadleśniczy, co się potwierdzało, ponieważ otwarto nieczynny przez rok drewniany zajazd ze ścianami wyłożonymi modrzewiową boazerią, restauracją i siedmioma pokojami na piętrze. Na razie w restauracji nie było dużego wyboru jedzenia, podawano przeważnie flaki z chlebem i proponowano drogie rosyjskie koniaki. Właściciel zajazdu zatrudniał tylko barmankę i jedną kelnerkę chyba swoją córkę. Miała nie więcej niż siedemnaście lat, wąski pulchne pośladki, ładną buzię z bujnymi, naturalnie jasnymi włosami i pstro sterczące dziewczęce małe piersi. Podobał się jej Józef Maryn, kiedy tu od czasu do czasu przyjeżdżał na flaki i kieliszek koniaku. Nietrudno go było wyłuskać z gromady obszarpanych i nie domytych leśników; oni to na razie - przed latem i przybyciem tych z domów i willi - pozostawiali przed zajazdem służbowe ułazy i upijali się własną wódką przywożoną w kieszeniach zielonych mundurów. Ta dziewczyna podawała Marynowi flaki i spoglądała na niego z roztargnieniem dużymi, niebieskimi oczami, uśmiechała się drobnymi, nie pomalowanymi wargami i najpewniej tylko czekała, żeby się z nią umówił gdzieś w lesie. Maryn znał kilka takich dziewcząt o podobnym roztargnionym spojrzeniu i z nikłym uśmieszkiem na twarzy, który maskował piekło nienasycenia, dręczącego je w majtkach. Tak naprawdę nigdy żaden mężczyzna nie mógł ich zadowolić, choćby to robił trzy razy na dzień i sześć razy w nocy. Nigdy nie były mężczyźnie za to wdzięczne, nie przywiązywały się, zawsze liczyły, że inny okaże się lepszy. Dopiero koło czterdziestki pojmowały, że lepszych nie ma i nigdy nie będzie. Podobała mu się jednak ta dziewczyna z twarzą aniołka, ponieważ miała wąskie biodra i pulchne pośladki, sterczące, dziewczęce piersi i mógł na nią wskoczyć tak łatwo jak na grzbiet swojej klaczy. Tylko że się bał. Siebie, to jest swego prącia, swoich głupich myśli o prawdziwej miłości. Taka jak ona poszłaby przez las i dziesięć kilometrów do leśniczówki w Mordęgach, lecz tylko po to, żeby ją tam Maryn załatwiał przez kilka godzin. Gdy jednak wyobraził sobie dwa jednostajnie skrzypiące łóżka - jedno na górze, a drugie na dole - wróciło uczucie obrzydzenia.

W drodze do Gaud skręcił w stronę bagna Topnik nad jeziorem; wczoraj na ścieżce wydeptanej przez zwierzęta leśne zobaczył zastawione wnyki. Dziś od razu zauważył martwą sarnę, zaduszoną przez pętlę z cienkiego drutu. Sarna była jeszcze ciepła, a więc stało się to najwyżej przed godziną. Kłusownik był tu być może o świcie i zastał pustą pętlę, co znaczyło, że znowu tu przyjdzie. Choć zapewne nie tak zaraz, może w południe albo wczesnym wieczorem. Galopem powrócił więc do domu, wprowadził klacz do stajni, zabrał z domu aparat fotograficzny i zieloną pelerynę z kapturem i powrócił na bagna. Położył się w dole po wywróconym kiedyś przez wichurę jakimś grubym drzewie, nakrył peleryną, wkręcił teleobiektyw, usunął trzy gałązki, które zasłaniały mu widok martwej sarny, naciągnął migawkę i zaczął czekać. Bez zniecierpliwienia, z ową zdumiewającą przyjemnością, której od dawna nie przeżywał. Tak, w swoim czasie bywał na polowaniach, strzelał do kozłów i łani, do samotnych odyńców, do zajęcy na zamarzniętych grudniowych polach, ale to go nudziło. Łowy na człowieka dawały zupełnie inny smak, a nawet zapach, to znaczy mdlący zapach własnego potu wywołanego podniecającym strachem, bo miało się do czynienia z istotą niebezpieczną. W lesie było zresztą duszno, z góry laty się potoki wiosennego słońca, olchy na bagnie dopiero rozwijały liście i nie okryta przez nie ziemia silnie parowała. Roje komarów i drobniutkich muszek wirowały nad peleryną, wystarczyło odrobinę wychylić głowę spod kaptura, a kleiły się do oczu, zapychały usta. Od ściółki pokrywającej wykrot ciągnęło bagienną wilgocią. A jednak to wszystko było bez znaczenia, skoro tam leżała martwa sarna i za godzinę, dwie lub nawet cztery miał po nią przyjść człowiek. “Bezkrwawe łowy" - tak niektórzy nazywali fotografowanie. Oczywiście, krew nie lała się od razu, może trochę później. Zresztą to nie musiała być wcale krew. Ivo Bunder takim samym japońskim aparatem upolował kiedyś pewnego osobnika, gdy tamten od żebrzącego pod luksusowym sklepem ślepca kupował maleńką jak pudełko od zapałek paczuszkę czegoś, czego nie powinien kupować człowiek, który chce być szanowany. Potem tamten powiesił się jak ta sarna. Na Bundera też polowano, zresztą chyba na każdego z ich profesji. Józef Maryn wiele razy czuł, że jest na muszce aparatu fotograficznego, potem niemal ciągle miał wrażenie, że ktoś na niego poluje. Kiedyś, na przykład, poznał młodą poetkę, która go do siebie zaprosiła na noc do ładnie urządzonej pracowni na poddaszu. Aparat podsłuchowy został tak niezręcznie umieszczony na belce pod sufitem, że Maryn opuścił poddasze, wziął dziewczynę do swojego samochodu, wywiózł ją za miasto, dał po mordzie i wyrzucił z wozu. Tak się nie powinno polować na ludzi, choć właściwie to żadna różnica, czy zwabić ma zaduszona sarna, czy też dziewczyna, która pisze wiersze. Polowanie musi być jednak zorganizowane ze smakiem, a nie byle jak. Wszystko powinno mieć swój styl, wysoki poziom, przez to przejawia się szacunek dla tego, na kogo się poluje. On, Józef Maryn, ma chyba aż za dużo szacunku dla tego łobuza, zapewne jakiegoś brudasa z zagubionej w lesie wioski. Zresztą, kto wie, kogo dziś Maryn upoluje? I to jest właśnie takie ciekawe, takie podniecające, że się nigdy nie ma pewności, jaka będzie zwierzyna ludzka i co zrobi, gdy migawka pstryknie kilkakrotnie. Gniew, groźby, skamlania, płacz, błagalne wyciąganie dłoni z pieniędzmi - Maryn to znał, a przede wszystkim znał to dobrze Ivo Bunder i nieraz mu opowiadał, czym różni się w takiej sytuacji zachowanie mężczyzny od zachowania kobiety. Nie było takiej, co nie chciałaby podnieść sukienki, ale przecież Bunderowi nigdy o coś takiego nie chodziło. To mógł mieć bez tego całego kramu; najważniejszy był nowy, kompromitujący kogoś dokument, który Bunder ukrywał w sobie tylko znanym miejscu. Właśnie zapewne z tymi dokumentami w teczce tak po prostu sobie odszedł, wczesnym rankiem przekroczył pieszo dwa skrzyżowania i wszedł do gmachu policji. A potem nikt, nawet Eryka, nie chciał mu wierzyć, że on, Józef Maryn, który niemal całą noc przegadał wtedy z Bunderem - nie domyślił się, co tamten zrobi wczesnym rankiem. Niewiele już miał ufności i wiary w ludzi, ale przecież, jak się okazało, ta niepotrzebna odrobina w nim pozostała i dlatego Ivo Bunder bezpiecznie zrobił to, co zrobił. A teraz Maryn leży w leśnym wykrocie nakryty peleryną i czeka na głupiego obszarpańca, który przyjdzie po sarnę. Taki ciemniak chyba nawet me doceni klasy i wysokiej techniki myśliwego, bo dotąd miał do czynienia tylko z ciągle pijanymi strażnikami leśnymi, którzy na tłustych brzuchach nosili wycofane z obiegu pistolety i wielkimi kaburami obijali sobie kości biodrowe.

Tak więc pod peleryną było bardzo duszno, Marynowi pot spływał po skroniach i koszula lepiła się do ciała, ale nie żałował tego, że nie siedzi, w zajeździe, nie patrzy na dziewuszkę z pulchnymi pośladkami i z roztargnionym spojrzeniem, ponieważ to, co robił, przypominało mu nie tak znowu odległą przeszłość i miało w sobie coś bardziej podniecającego niż zabawa z dziewczyną. Bo kiedy się już leżało na dziewczynie, wszystko było niemal zawsze takie samo lub podobne, jednostajne i monotonne jak skrzypienie starego łóżka na górze, należało powtarzać wciąż te same czynności - a tu czekało niewiadome. Kochał swój dawny zawód, nawet to, że raz się na kogoś polowało, a potem samemu było zwierzyną łowną. Poczucie, że jest się zwierzyną, też przecież ma w sobie coś piekielnie podniecającego. Maryn uważał, że był dobry w swoim zawodzie, a nawet bardzo dobry, ponieważ bardzo kochał tę grę z sobą samym i z innymi. Niepotrzebna, a nawet zgubna okazała się tylko owa odrobina zaufania do innego człowieka. Po prostu lubił Ivo Bundera, nikogo zaś nie wolno było lubić. A nawet jeśli się już kogoś polubiło, to tym bardziej powinno mu się nie ufać. Skąd mógł jednak wiedzieć, co uczyni Ivo Bunder wczesnym rankiem?

Tamten wziął ze sobą teczkę, a w teczce nazwiska i informacje, i poszedł z tym bagażem na policję. Ale przecież Pan Bóg podobno ulepił człowieka właśnie z błota. “Idź błoto do błota" - mawiał wesoło Ivo Bunder, brudne sprawy kolejnego faceta czy facetki zamykając w papierowej teczce. A potem ten materiał sprzedał. Pewnego dnia wczesnym rankiem w gmachu policji. Sprzedał jak krowę, jak owcę na targu. Zabił tym swojego przyjaciela, Józefa Maryna. Nie dosłownie - ale w ich życiu nigdy nic nie było dosłowne. Zresztą dwa miesiące aresztu śledczego to prawie śmierć. Co czeka Ivo Bundera? Też śmierć. A przed nią długi okres strachu - można by tak powiedzieć, gdyby Bunder albo Maryn uważali strach za coś naprawdę przerażającego. Zawsze przecież żyli w strachu. Płacono im za strach, życie bez strachu nie miało dla - nich sensu. Strach potrafił podniecać jak kobieta, właśnie w wykrocie pod peleryną Maryn odczuwa odrobinę strachu, bo nie wie, jak postąpi człowiek, który tu przyjdzie i usłyszy trzask migawki aparatu fotograficznego. Nie, nawet nie usłyszy migawki, bo ona działa bezszelestnie. Potem jednak Maryn będzie musiał do niego podejść, przerzucić na niego swój własny strach, omotać go nim jak siecią i obezwładnić. Świat został tak urządzony, że człowiek powinien się ciągle czegoś bać. Głupcy odczuwają strach przed nieokreślonym, mądrzy mają stracha przed ludźmi w dobrze skrojonych garniturach, o wąskich dłoniach kieszonkowców, chłodnym spojrzeniu, mówiących z prośbą w głosie, ale z naciskiem: “Czy mógłbym z panem zamienić kilka słów o pewnej nieprzyjemnej sprawie?" Taki facet czy facetka zaraz pytają groźnie i to jest najgłupsze pytanie na świecie: “Z kim mam przyjemność?" Wtedy chce się im powiedzieć: “Gówno. To nie będzie przyjemność", ale trzeba powiedzieć: “To nie ma znaczenia, z kim pan rozmawia. Ważne jest to, o czym będziemy rozmawiali". Najzabawniejsze zaś, że niektórzy takie zdjęcia i takie rozmowy uważają za nikczemne. Tak, ludzie są zabawni. Jak ten facet w autobusie, którym Maryn jechał do Mordęgów. Przez całą drogę żalił się Marynowi: “Niech pan zwróci uwagę, jak w tym autobusie śmierdzi. To ludzie tak śmierdzą, prawda?" I Maryn mu odpowiedział: “Tak, proszę pana, ludzie śmierdzą, bo są brudni".

...Zobaczył go w wizjerze aparatu fotograficznego. Mały, czarny na twarzy, kędzierzawy, trochę podobny do Cygana. Tak się zajął tą sarną, że Maryn zrobił mu cztery zdjęcia, i tak był pochłonięty patroszeniem zwierzęcia, że Maryn niepostrzeżenie podszedł go na dziesięć metrów. Oczywiście z aparatem fotograficznym w ręku i z szerokim uśmiechem na twarzy.

Maryn ujrzał strach w oczach tamtego i uspokoił się, to znaczy, pozbył się własnego strachu.

- Ja cię skądś znam. Widziałem cię chyba na plantacji u leśniczego Kuleszy - powiedział do niego. - Długo na ciebie czekałem. Sarna złapała się o ósmej rano, a ty przyszedłeś dopiero o szesnastej piętnaście. Skończ ją patroszyć, bo wkrótce zacznie cuchnąć.

Maryn podszedł bliżej i zaraz domyślił się, że ma do czynienia ze zwykłym gnojkiem, więc nawet nie tknął kabury z pistoletem. Po prostu kopnął gnojka w jądra, kiedy tamten podniósł się znad sarny z bagnetem w ręku. Kopnął go niezbyt mocno, żeby nie skrzywdzić. Poczekał, aż tamten przestanie jęczeć i skręcać się z bólu, trzymając się za podbrzusze, potem łagodnie mówił do niego i mówił, aż go to gadanie znudziło. Gnojek nie mógł przez długi czas pojąć, że został sfotografowany przy sarnie, musi napisać własnoręcznie krótkie oświadczenie (kiedy, o której godzinie, w jakim miejscu zastawił wnyki i przyszedł po uduszoną sarnę). Pisał wolno i z tyloma błędami, co chwila rzucając na ziemię długopis i duży notes, który mu Maryn położył na swojej raportówce. Chwytał się za podbrzusze, aż Maryn mu zagroził, że go znowu kopnie w jądra.

- Ile masz dzieci?

- Sześcioro...

- Starczy, no nie? - rzekł Maryn, mając na myśli jego jądra.

Tamten więc napisał wszystko, co mu Maryn kazał. Później rozpłakał się i wyznał, że już raz został skazany za kłusownictwo i teraz dostanie większy wyrok. Maryn kiwnął głową, ale powiedział po prostu:

- Ty już więcej tego nie będziesz robił. Nie mam do ciebie złości. Sarnę wypatrosz i zabierz do domu. Tej sarny przecież nie wskrzesimy. Mnie nic z tego nie przyjdzie, że cię posadzą. Wezmę sobie na pamiątkę twoje zdjęcia i twoje oświadczenie. Bo musisz wiedzieć, że jestem tu obcy, zupełnie obcy, dopiero od niespełna trzech tygodni. Nic nie wiem o nikim, a lubię wiedzieć, na jakim świecie żyję. Rozumiesz coś z tego?

- Nie, proszę pana.

- Może więc wolisz jednak sprawę w sądzie i więzienie? - Nie, proszę pana.

- Chcę mieć przyjaciela - oświadczył Maryn. - Przyjaciół się nie wybiera. Los padł na ciebie. Ja się nazywam Józef Maryn i mieszkam na razie w Mordęgach, a ty nazywasz się Zenon Karaś i mieszkasz w Dolinie. Mam w tobie przyjaciela, bo zdobyłem twoje zdjęcia i twoje oświadczenie. Od czasu do czasu przyjadę do ciebie, a ty mi powiesz to, co wiesz.

- Ja nic nie wiem.

- To postaraj się wiedzieć. Kto jeszcze kłusuje i gdzie kłusuje. Kto ma nielegalnie broń. Powiesz mi to po przyjacielsku, bo zostaliśmy przyjaciółmi. Kradzieże drewna mnie nie interesują, jestem strażnikiem łowieckim. Weź więc tę sarnę do domu i pamiętaj, że masz we mnie przyjaciela. Nie powiem nikomu o naszej przyjaźni. Ty też tego nikomu nie mów, bo to może być nieprzyjemne.

W lesie wciąż było duszno, ten człowiek był oszołomiony z bólu i z tego, co mu się przydarzyło. Należało mu zostawić czas na rozmyślanie, na oprawienie samy, na powrót do wioski. I na strach, który w nim będzie trwał tak długo, jak długo w pobliżu pozostanie Józef Maryn. Najważniejsze, że Maryn miał przyjaciela. Mały, krępy, czarny na twarzy, kędzierzawy, podobny do Cygana robotnik leśny z Doliny. Nie to, co taki na przykład Ivo Bunder. Ale przyjaciół się nie wybiera, życie ich samo podsuwa. Przyjaźń będzie Marynowi potrzebna, bo jest tutaj obcy.

Gdy wracał do leśniczówki, odezwało się w Marynie uczucie dawno zapomniane, jakaś wątpliwość, którą można było nazwać wyrzutem sumienia. Nie był pewien, czy postąpił słusznie zniewalając i uzależniając Karasia od siebie, zamiast po prostu oddać go w ręce władz. Do tej pory wszystko, co czynił Maryn (a przecież były to postępki po stokroć gorsze od historii z Karasiem), usprawiedliwiał interes firmy. Świat miał swoją moralność i swoją ocenę ludzkich spraw i postępków, ale zarazem uznawał istnienie firmy oraz dziesiątków podobnych firm, tym samym więc sankcjonował również wewnętrzną moralność pracujących dla nich ludzi. Świat miał swoje dobro i zło, ale firmy też miały swoje dobro i swoje zło. Cokolwiek tedy czynił, choćby potocznie uznawane za zło, było dobre. Czy lubić kogoś trochę było dobre, czy złe? Ogólnie uważano, że lubić kogoś jest czymś ludzkim i dobrym. Maryn lubił trochę Ivo Bundera, lecz dla firmy okazało się to złe i nawet niemoralne. Za to, że lubił Bundera, że nie postąpił z nim tak, jak nakazywały instrukcje - skazano go na ten las i na samotne łowy zwierzyny takiej jak ów Karaś. Można lubić psa, ale jeśli pies okaże się wściekły, trzeba go zabić nie mrugnąwszy okiem, gdyż może pokąsać innych. Bunder wszedł do gmachu policji - to było gorsze niż pokąsanie przez wściekłego psa. Dlatego z perspektywy czasu Maryn już wiedział, że nie wolno nikogo lubić, gdyż można zachować się niegodnie, a nawet niemoralnie, ponieważ naraża się na szwank firmę. Ale teraz, tutaj? Cokolwiek teraz czynił, robił to nie dla firmy, lecz dla siebie i na własny rachunek. Nie mógł się już zasłaniać wartościami moralnymi firmy, ale musiał dopracować się własnych wartości, co przecież nie było łatwe dla człowieka, który przez tyle lat czynił rzeczy ogólnie uznane za złe i niemoralne, choć przecież z innego punktu widzenia (właśnie z tego, do jakiego przywykł) były i dobre, i moralne. Czy to jednak nie za dużo wymagać od kogoś, aby nagle, z dnia na dzień, odzyskał dawne wartości, skoro odrzucał je przez tyle lat, a nawet starał się o nich zapomnieć, gdyż w przeciwnym razie okazałby się osobnikiem nieprzydatnym, nieustannie szarpanym wątpliwościami. Dlaczego, jeśli przez tyle lat wmawiał sobie, że wszystko, co ludzkie, jest mu obce, teraz miał przyjąć, że wszystko, co ludzkie, jest mu bliskie? Wróci przecież do świata, z jakiego tu przybył, i znowu istnieć będzie jedynie interes firmy.

W domu odgrzał leśną zupkę regeneracyjną, znowu kapuśniak. W izbie, gdzie mieszkał, nie było stołu, miskę z jedzeniem postawił na parapecie okna, podsunął kulawy stołek i jedząc patrzył na Weronikę, która drugie popołudnie prała na podwórzu.

Nie wiedziała, że wypina tyłek na obcego człowieka, ale na ławce pod drugim oknem siedział jej mąż i patrzył na nią głodnymi oczami, co ją chyba zawstydzało albo irytowało. Skoro jednak nie chciała się wypinać na męża, to musiała to uczynić w stronę okna izby Maryna, choć jemu to było obojętne. Na jego gust zad miała za duży, nie to, co tamta w zajeździe.

Tej nocy łóżko na górze nie zaskrzypiało ani razu. Ale i tak Józef Maryn nie mógł zasnąć, gdyż nie przewidział, że łóżko nie będzie skrzypiało, i wciąż czekał, aż zacznie się to, co zwykle - jednostajne postękiwanie. Nic takiego jednak się nie działo i Maryn nie potrafił zasnąć, czekał i czekał, aż w końcu pogrążył się w jakimś półśnie, rozmawiał z Ivo Bunderem, ze schwytanym przy sarnie Karasiem, a potem z jakimś dziwnym człowiekiem nazwiskiem Horst Sobota. Nic nie wiedział o tym człowieku, tylko tyle, że miał piękny, murowany dom z sadem i zaproponował mu mieszkanie. Czekał i czekał, nagle usłyszał na górze podniesiony głos męski, kobiecy płacz, coś upadło na podłogę. Nastała cisza, Maryn znalazł się w męczącym pół śnie, pół jawie. Okno miał uchylone, doszedł go zgrzyt otwieranych drzwi do stajni i parsknięcie klaczy. Pomyślał o Zenonie Karasiu, a że nie wiedział, co czują tacy ludzie, gdy zrozumieją, że ich dusza należy do drugiego człowieka - poczuł niepokój. Ludzie pokroju Bundera lub Maryna nie mieli duszy, a ci, z którymi się dotąd stykał, pozbywali się duszy tak łatwo jak brudnych kalesonów i brudnych majtek. Józef Maryn potrafił domyślić się, co zrobią w każdej niemal sytuacji, choć nie do końca - nie przewidział na przykład, że wczesnym rankiem Bunder minie dwa skrzyżowania i wejdzie do gmachu policji. Oczywiście, Ivo Bunder był osobowością skomplikowaną, a Karaś prymitywną. Ale właśnie taki prymitywny człowiek może uczynić coś bardzo prymitywnego, na przykład wyprowadzić ze stajni klacz albo nasypać jej czegoś do żłobu. Dlatego Maryn wstał z łóżka, do kieszeni piżamy włożył pistolet i w nocnych pantoflach poszedł na podwórze. Stajnia była otwarta, a przecież ją zamknął. Z otwartych drzwi uchodziło ciepło, zapach nawozu i końskiego potu. I czegoś jeszcze - no tak, woń perfum. Oczy Maryna przyzwyczaiły się już do mroku w stajni, dostrzegł jakiś podłużny kształt tuż przy klaczy. Kobieta w nocnej koszuli trzymała klacz za szyję i płakała bardzo cicho, nie tak jednak cicho, żeby tego Maryn nie dosłyszał. To znaczy, Maryn nie widział jej dokładnie ani też wyraźnie nie słyszał tego płaczu, ale tego wszystkiego się domyślił. Zawrócił do domu, wlazł pod koc i już naprawdę zasnął. Ci ludzie na górze nic go nie obchodzili, chciał być jak najdalej od ich kłopotów, ponieważ miał dosyć własnych.

Rankiem zjawił się przed domem Horsta Soboty i powiedział do niego:

- Zaproponowałeś mi, dziadku, mieszkanie w twoim domu. Przyjąłem je. Chcę mieszkać u ciebie, a nie u leśniczego Kuleszy. Powiedz mi więc, czego żądasz w zamian?

Albowiem Józef Maryn wiedział na pewno, że nic na tym świecie nie bywa za darmo. Najwyższą zaś ceną bywa poczucie wdzięczności za coś, co ktoś zrobił za darmo.

Stary patrzył na niego w milczeniu, a Maryn pomyślał, że ten starzec ma takie same jak on niebieskie oczy i gładko przylegające do głowy posiwiałe włosy, które też kiedyś musiały być bardzo jasne. Maryn będzie chyba wyglądał podobnie jak ten stary - i oby tak wyglądał. Najprawdopodobniej jednak nie doczeka takiego wieku; zginie na ulicy jakiegoś wielkiego miasta; z kałuży krwi zabiorą go ludzie w białych fartuchach.

- Nie powiem ci od razu wszystkiego, bo pomyślisz, że jestem szalony - rzekł bardzo ostrożnie Horst Sobota. - Ale to możesz wiedzieć, że nie lubię lasu, a ty mi powiedziałeś, że też lasu nie lubisz. Z czasem dogadamy się.

Józef Maryn obawiał się jedynie ludzi zbyt sprytnych albo zupełnie głupich. Przed sprytem innych umiał się bronić własnym sprytem, wobec głupców bywało się bezradnym i dlatego na czyjąś głupotę uznawał tylko jedno lekarstwo: brutalność. Nie, nie musiał się obawiać starego Soboty. Kto wie, może właśnie tutaj będzie mógł się poczuć bezpiecznie?

Maryn popatrzył na ciemną ścianę wielkiego lasu, tu i ówdzie zasztyletowaną promieniami porannego słońca. Od lasu napływał mocny zapach mchu i gnijących liści. Odwrócił twarz i skierował spojrzenie na jezioro, o tej porze dnia i roku błękitne jak oczy Maryna i Horsta Soboty. I drgnęły mu wargi w lekkim uśmiechu, który ktoś nazwałby pogodnym, ale dla Horsta Soboty był złowrogi.

- Nie wiedziałem, że nie lubię lasu. Dopiero ty, dziadku, pozwoliłeś mi to pojąć. Tak, nie lubię lasu. Urodziłem się na wsi, dwadzieścia kilometrów od najbliższego małego lasku. I tylko dwa razy w życiu byłem w lesie, bo potem zawsze wypadało mi żyć w wielkich miastach. Źle się czuję w gęstwinie drzew. Mam uczucie, że zamykają mnie ze wszystkich stron jak kraty więzienia. I robi mi się duszno od zapachu, jaki wydziela las. To dziwne, ale wśród kamiennych ulic czuję się wolny, a tutaj czyha na mnie niewola. Nie wiem, w jaki sposób każesz mi zapłacić za mieszkanie u ciebie. Wiedz jednak, że i tak zrobię, jak zechcę. Horst Sobota otworzył połówkę bramy i zapraszającym gestem wskazał Marynowi podwórze za domem. Potem wprowadził klacz do pustej stajni, gdzie kiedyś trzymał dwa konie. Obok była obora, miał w niej teraz skład skrzynek na jabłka. Następnie weszli do domu drzwiami od podwórza i zatrzymali się w długiej, ciemnej sieni, dzielącej dom na dwie połowy. W głębi znajdowały się schody do pokoi na górze. Maryn wolał parter i wybrał sobie nieduży pokój, pierwszy z prawej, z widokiem na sad i jezioro. Stary powiedział mu, że naprzeciw drzwi do jego pokoju jest kuchnia, tam może sobie przygotowywać śniadania i obiady, korzystać z lodówki.

- Mój pokój jest od strony lasu, na lewo od sieni. A na końcu sieni mam ganek z kolorowymi szybkami. Jeśli nie znajdziesz mnie w sadzie albo w mojej izbie, to znaczy, że jestem na ganku - powiedział Sobota.

W pokoju Maryna były dwa okna - z jednego widziało się drogę i kawałek lasu, z drugiego - podwórze, sad, jezioro. Wypełniały pokój bogate, stare sprzęty: szafa na ubranie z rzeźbionymi drzwiami, kredens z oszkloną górą, prostokątny stół z czterema twardymi krzesłami, długa ława pod jednym oknem i drewniane łóżko z czystą pościelą, okryte pluszową narzutą. W oknach wisiały tiulowe firanki i kwieciste zazdrostki. Wszystko było czyste, cały pokój tchnął niezwykłą schludnością. “W tym domu rządziła nie tak dawno jakaś kobieta" - pomyślał Maryn, ale nie zapytał o to starego. Postanowił powiedzieć później Horstowi Sobocie, że nie będą się wzajemnie nigdy o nic pytać.

Spodobał się Marynowi ten pokój, ten dom, ten dziwny starzec i ogromna cisza, która zdawała się w tej chwili jakby przezroczystą dłonią nakrywać sad i jezioro, a nawet las po drugiej stronie drogi. Pomyślał z radością, że nie usłyszy więcej jednostajnego skrzypienia łóżka nad głową, a w stajni nie poczuje zapachu kobiecych perfum.

Porozkładał swoje rzeczy w szafie i w kredensie, nie bacząc, że nie ma kluczy. Tajemnice swoje nosił Maryn w sobie - nie obawiał się ciekawości starego człowieka. Wyszedł na podwórze i uśmiechnął się zobaczywszy przez otwarte drzwi małej szopy, jak Horst Sobota nakrywał wiekiem pustą trumnę. Nie zdumiało go to. Jego ojciec, bogaty gospodarz, też miał w szopie przygotowaną dla siebie trumnę.

Maryn wyjął pieniądze i wręczył je Horstowi.

- Będę potrzebował owsa dla konia i sporo siana. Nie znam w tej okolicy nikogo i nie mam jeszcze przyjaciół.

- Dobrze - skinął głową Horst Sobota. - Już od dawna nie byłem między ludźmi, tylko w sklepie. Dla ciebie to zrobię. Pójdę do wsi i przywiozę ci owsa i siana. Co ci jeszcze kupić, obcy człowieku?

Maryn wzruszył ramionami i rzekł grzecznie:

- Nie wypada mi robić z was służącego. Ale jeśli chcecie zrobić mi przysługę, kupcie wszystko to, co potrzebne jest mężczyźnie.

Horst Sobota po raz pierwszy od wielu dni uśmiechnął się bezzębnymi ustami.

- Pięknie mówisz do mnie, obcy człowieku. Kupię ci wszystko, czego potrzeba mężczyźnie. Jeśli tego zażądasz kupię ci nawet kobietę.

Józef Maryn też się roześmiał. A żeby staremu okazać szacunek, powiedział mu “przez pan".

- Nie stać mnie na to, panie Sobota. Kobiety, jakie lubię, są niezwykle drogie.

Stary pogardliwie wydął wargi:

- Ty nawet nie wiesz, jak bardzo jestem bogaty. Jeśli zwyciężysz las, będziesz mógł kupić sobie najdroższą kobietę. Taką, jaką lubisz.

 

 

Rozdział trzeci

 

 

Maryn powrócił z lasu w samo południe. Pośpiesznie rozsiodłał klacz, zdjął jej uzdę i puścił wolno na młodą trawę nad jeziorem. Potem zawołał Horsta Sobotę i kazał mu do swojego pokoju wnieść miskę z przegotowaną i ostudzoną wodą. Następnie zdjął marynarkę mundurową i wówczas Sobota zobaczył, że lewy rękaw koszuli Maryna jest na przedramieniu przesiąknięty krwią. Rana była podłużna, głęboka i mocno krwawiła.

Maryn przemył ją starannie lnianą szmatą maczaną w wodzie i rana ukazała się w całej okazałości, wciąż krwawiąc obficie.

- To zrobił czyjś nóż - oświadczył Horst Sobota.

Maryn uśmiechnął się po swojemu i skinął głową.

- Tak - powiedział. - To zrobił nóż. A pan, panie Sobota, niech sięgnie do kredensu, gdzie mam swoje rzeczy, wyjmie buteleczkę z jodyną i obleje mi nią ranę.

Jodyna musiała bardzo szczypać i palić, lecz Maryn wciąż nie przestawał się uśmiechać. Kazał Horstowi zranione miejsce bardzo mocno ścisnąć elastycznym bandażem, a potem wyjął z kredensu niklowane pudełeczko i zrobił sobie zastrzyk przeciwtężcowy. “On jest diabłem" - pomyślał Horst Sobota i poczuł w sobie ciepłą radość.

- Powinieneś zawiadomić milicję - doradzał Sobota.

- Milicję? - roześmiał się Maryn. - Zdobyłem nowego przyjaciela. A za przyjaźń trzeba czasem zapłacić własną krwią. Byłem mało uważny, panie Horst, i nie pomyślałem, że ten przyjaciel, zanim mnie polubi, zechce mi zrobić krzywdę. Ciekawym, kto mi zaceruje rękaw munduru.

Tego dnia Maryn już nie pojechał do lasu. Usiadł na ławeczce na podwórzu i rozmyślał o czymś, patrząc na sad i jezioro. A Horst Sobota doszedł do wniosku, że Józef Maryn stoczył pierwszą swoją potyczkę z szatańskimi mocami lasu. Wziął mundurową kurtkę Maryna i starannie ją zacerował zielonymi nićmi. A jeszcze później pośpieszył do wsi, kupił kurę, oskubał ją i przed wieczorem zaprosił Maryna na tłusty rosół. Chciał, aby Maryn był silny. Podczas obiadu poprosił Maryna, żeby mu mówił “ty". Maryn kiwnął głową i też poprosił Sobotę, żeby mu mówił “ty", to jest nazywał “Józwą", tak jak wołano na niego w domu, gdy był małym chłopcem.

- Mieliśmy też duży sad - opowiadał. - O tej porze roku już przekwitał, ale tutaj jest pomoc i wszystko dzieje się później. Grusze kwitły na biało, jabłonie na różowo, różowe kwiaty miały wiśnie. Gdy byłem mały, musiałem obcinać wczesną wiosną uschnięte gałęzie i takie gałązki, które się ze sobą krzyżują. Lubię sady, Horście, bo przypominają mi dzieciństwo. Czy zakładasz lepiące się opaski? A może robisz opaski ze zwykłego towotu? One też dobrze chwytają pełzające robactwo.

- Robię i jedno, i drugie - odparł Sobota i poczuł znowu radość w sercu. Zakładam opaski ze słomy i papieru falistego. Zakładam opaski lepowe. Opylam też sad różnymi chemicznymi środkami, jak każe współczesna nauka, ale nie gardzę starymi sposobami. Dla zwalczenia bawełnicy korówki dobrze jest osiedlić na drzewach jej wroga, ośca korówkowego. Przeciw owocówkom śliwkóweczkom i owocówkom jabłkóweczkom dobry jest ich wróg, kruszynka. Myślę, że i trzy leśne szatany mają swoich naturalnych wrogów, ale ja ich nie znam. A może ty, Józwa, o nich słyszałeś?

- Niewiele wiem o lesie. Mówiłem ci to już - zaznaczył Maryn.

- Tak. Dlatego bądź ostrożny. Las bywa zdradliwy. Mnie zabrał żonę i dwoje dzieci, a potem drugą żonę i syna. Ostatnio znowu bardzo mnie skrzywdził, a jak to uczynił, kiedyś ci opowiem. Trzy są bowiem niezmożone leśne siły: biocenoza, ekosystem i klimaks leśny.

- A ludzie? Leśni ludzie? - spytał Józwa Maryn.

- Ludzie wchodzą w skład klimaksu leśnego. Są okrutni, bo las zabrał im dusze. Leśnych ludzi strzeż się najbardziej.

- Wiem o tym - kiwnął głową Józwa. - Dlatego chciałbym mieć psa. Tobie i mnie przydałby się pies. Któregoś dnia pojadę do miasta i kupię szczeniaka. Nauczymy go polować na leśnych ludzi.

- Potrafisz tresować psy?

- Umiem tresować ludzi. Myślę, że z psami jest łatwiej.

- Nigdy nie widziałem wytresowanych ludzi - zachichotał Sobota i w tym uśmiechu pokazał bezzębne usta.

- Naprawdę? - zdziwił się Maryn. - Przecież prawie wszyscy ludzie są przez kogoś wytresowani. Co chwila stają na tylnych łapkach, dwie przednie błagalnie do kogoś wyciągają, rzucają się na rozkaz i chwytają za gardło. Na rozkaz też stają się posłuszni, warują, czołgają się. Skomlą, gdy im się pokaże bat albo są głodni. Niestety, są gorsi od psów. Potrafią ugryźć rękę swojego pana, wprowadzić go na fałszywy trop. Ty o tym nie wiesz, Horście, ponieważ, zdaje się, nikomu nie dałeś się dobrze wytresować.

- Próbowali... - powiedział w zamyśleniu Horst.

- Ja też przeszedłem długą tresurę - uśmiech zniknął z warg Maryna.

Nagle Maryn znowu roześmiał się bardzo pogodnie, jak gdyby przypomniał sobie coś naprawdę zabawnego.

- Czy znasz, Horst, leśniczego Tarchońskiego? Tego, który otrzymał niedawno leśnictwo Janowiec, gdzieś w głębi lasu. Inżynier z Warszawy. Przyjechała do niego żona, też z Warszawy, zobaczyła leśniczówkę, rozbeczała się i powiedziała, że w lesie mieszkać nie będzie, ponieważ nie potrafi żyć bez oglądania wystaw sklepowych. Byłem właśnie u nadleśniczego Masłochy, gdy on wszedł z podaniem o przeniesienie go ze względu na żonę do pracy w nadleśnictwie w Bartach.

- Tak, znam tego młodego człowieka. Ma wielką szopę włosów na głowie, nosi grube okulary i jest bardzo wysoki. Oglądał z leśniczym Stęborkiem mój dom i namawiał mnie do sprzedaży. - Gdy wszedł do gabinetu nadleśniczego, był taki malutki, że ledwie sięgał klamki. Zrobił się z niego karzełek. Masłocha dobrze ich tresuje. Z dużego psa nie zrobisz małego, a z człowiekiem coś takiego może się stać. I to mnie śmieszy, Horście.

- O psa się nie martw. Nie musisz kupować szczeniaka. Wiem o półtorarocznym owczarku, którego ma pewien rolnik w sąsiedniej wsi. Nienawidzi leśników, bo kiedyś urwał się z łańcucha, pobiegł do lasu i tam go któryś z leśnych ludzi zranił śrutem. Chłop trzyma go przy budzie i pies zrobił się prawie dziki. Kupię go od niego. Każę go przywieźć i zamknę w wybiegu dla kur. Ale pamiętaj, że jeśli się stamtąd wyrwie, poprzegryza nam gardła. Ty go będziesz musiał wytresować. Czy robiłeś to już kiedyś?

- Tresowałem ludzi. Myślę, że psy tresuje się tak samo - oświadczył jeszcze raz Maryn.

Podziękował Horstowi za obiad, zdrzemnął się trochę w swoim pokoju, a potem o zmroku poszedł do leśniczówki Kuleszy, aby wytłumaczyć się, dlaczego zrezygnował z mieszkania u niego.

U Stefana Kuleszy stały na stole trzy półlitrówki, półmiski z pokrojoną kiełbasą, waza z kiszonymi ogórkami i sterta pokrajanego chleba. Za stołem oprócz Kuleszy zobaczył Maryn leśniczego Tarchońskiego, gajowego Wzdręgę z pożółkłą i pobrużdżoną twarzą oraz traktorzystę obsługującego leśną maszynę, która swoimi potężnymi pazurami potrafiła przenosić ogromne pnie, wyrywać drzewa z korzeniami.

- Kończymy przygotowanie gruntu pod sadzenie plantacji - wyjaśnił Marynowi Kulesza. - Niech pan siada z nami i wypije za nowy las.

- I za mój awans - powiedział Tarchoński, poprawiając okulary na nosie. - Wkrótce dostanę dekret na nadleśniczego terenowego i przeniosę się do bloków w Hartach.

Nadleśniczy terenowy to nie była wielka władza. Takich nadleśniczych miał Masłocha ze czterech, coś w rodzaju donosicieli, którzy jeździli po leśnictwach i węszyli zło. Stworzyła ich kolejna reorganizacja i zapewne kolejna miała ich usunąć. Ale Tarchońskiemu chodziło o dodatkowy pasek na czapce i mieszkanie w blokach zbudowanych przez nadleśnictwo.Traktorzysta Budrys - niski, krępy, z błyszczącymi oczami alkoholika - już był pijany, choć zapewne niewiele wypił. Policzki, szyję i kark miał aż czarne od słońca i wiatru, ale czoło bialutkie jak półdupek niemowlaka. Chyba jedynie do spania i siadania przy stole zdejmował swoją wyszarganą wełnianą czapeczkę pod kask. Mieszkał w Dolinie, w tej samej wiosce, z której pochodził Zenon Karaś, nowy przyjaciel Maryna. To o nim doniósł mu już Karaś, że zakłada sidła w rezerwacie ptasim na jeziorze Tuby w samym sercu lasu.

- Pan się wywyższa, panie Maryn - bełkotał traktorzysta Budrys.

- Jeździ pan na swoim koniu jak hrabia. I po co? Złapał pan jakiegoś kłusownika?

Kulesza krzyknął w otwarte drzwi do drugiego pokoju:

- Weronika, podaj krzesło dla pana Maryna...

Żona Kuleszy wyniosła stołek z sypialni, skąd Maryn słyszał skrzypienie łóżka. Może to ten stołek się przewrócił, gdy na nim dokazywali? Twarz młodej kobiety wydawała się chmurna, czarne brwi ściągnęła nad nosem, patrzyła wrogo na stół z wódką.

Maryn nie chciał się wywyższać. Pragnął wtopić się w zieleń lasów, zieleń leśnych mundurów. Wziął do ręki napełniony dla niego kieliszek z grubo rżniętego szkła, powiedział:

- Wasze zdrowie. Za awans, panie inżynierze, za plantację, panie inżynierze. - I wypił, ocierając usta wierzchem dłoni.

- Przeniósł się pan od nas, ale to i lepiej - rzekł Kulesza. - Pokój będzie nam potrzebny, gdy w przyszłości urodzi się dziecko. Weroniko, napij się z nami.

- Nie chcę - gniewnie odburknęła młoda kobieta i zniknęła w drzwiach sypialni.

Tarchoński znowu poprawił okulary i poklepał Kuleszę po plecach.

- Moja żona jest już w ciąży. Dlatego uparła się do miasta, bliżej lekarzy. A tobie, jak mówiłeś, żona nie chce dawać. Jak zrobisz jej dziecko?

Gajowy Wzdręga dotknął wskazującym palcem swojego nosa, podobnego do łuszczącego się, próchniejącego sosnowego sęka. Palec też miał sękaty, z grubą, brązową naroślą paznokcia.

- Wziął pan sobie za żonkę porządną kobietę, panie leśniczy - stwierdził. - Porządna kobieta niezwyczajna tych rzeczy. Przywyknąć musi.

Tarchoński uśmiechnął się, lecz natychmiast odwrócił twarz do ściany, aby ukryć uśmieszek. Zakłopotany, że być może Kulesza zauważył ów uśmiech, znowu poprawił okulary, a potem rozlał wódkę do kieliszków.

Kulesza zacisnął usta, pogłaskał wąsiki. Może ta kobieta w sypialni nie była aż tak porządna, jak to sugerował Wzdręga, i o tym właśnie pomyślał Tarchoński? Pijany Budrys rzekł niewyraźnie:

- Z każdą jest tak samo. Z początku nie chcą dawać. Ale przyszli do mnie koledzy, położyli moją babę na łóżku i powiedzieli: “Bierz, bo to twoje". Przytrzymali babę i zrobiłem co trzeba.

- To jest po męsku - przytaknął Wzdręga.

- Moja żona też lubi na siłę - wstydliwie dorzucił Tarchoński.

- To prawda. - Kulesza chciał się odpłacić Tarchońskiemu za złośliwy uśmieszek. - Widziałem, jak ci kiedyś dała po gębie. - Tak, ale nie zrozum tego źle - bronił się Tarchoński. - To tylko taka prowokacja z jej strony. Ona mi da po gębie, a potem ja jej przyłożę i wezmę na siłę. Właśnie tak lubi.

- Pan się wywyższa, panie Maryn. Nie powie nam pan, jak pan bierze kobietę? Pan się ma za innego niż my, czy nie tak?

To było dziwne, ale właśnie ten prostak zdawał się wyczuwać w Marynie jakąś inność, której nie potrafili zauważyć ci dwaj wykształceni ludzie z wielkiego miasta. Byli chyba zbyt pewni swojej wiedzy, swoich tytułów, swego obycia ze światem.

Maryn poczekał, aż znowu wypili, zakąsili ogórkiem.

- Ktoś mi gadał, panie Budrys, że pan zastawia sidła na ptaki na jeziorze Tuby w samym środku lasu. Nie znam dobrze tych okolic, może mnie pan tam zaprowadzi.

- Ja? - wrzasnął Budrys. - Ludzie kłamią, panie Maryn. Kłamią.

Podniósł się nieco chwiejnie ze swojego krzesła i chciał stanąć przed Marynem, chuchając mu w twarz odorem wódki i zepsutych zębów, ale Maryn na to nie pozwolił. Popchnął dłonią Budrysa, aż tamten usiadł. - Spokojnie, panie Budrys - zgromił go Kulesza. - Siedzi pan nie wśród swoich kolegów, tylko u mnie, u leśniczego. Jeśli pan wódki nie umie pić, to niech pan sobie stąd idzie. Tu, u mnie, nikt mi nie będzie szumiał oprócz drzew.

- Kłamią. Kłamią - pomrukiwał Budrys.

Wypróbował już Maryna na swój sposób. Myślał, że ma do czynienia z eleganckim chuchrem, teraz zaś zwietrzył niebezpieczeństwo i po prostacku, czujnie i chytrze, postanowił się nie odzywać.

Maryn się nudził. Oni już zaczęli bełkotliwą, pełną jakichś żalów pijacką rozmowę. O nadleśniczym Masłosze, o jego zastępcy Wojtczaku, że nie ma on żadnego wykształcenia leśnego, z awansu się wziął. Potem o premiach kwartalnych. Taką premię dostał stary leśniczy, technik z wykształcenia, jakiś Kondradt. Mówili, że ma najłatwiejsze do prowadzenia leśnictwo. Nie należała mu się. Kulesza powinien był ją dostać, bo zakłada plantację nasienną i wziął na siebie ogromną odpowiedzialność.

- Nie bój się, Stefan - pokrzykiwał Tarchoński. - Po to przyjąłem funkcję nadleśniczego terenowego, żeby nas, młodych leśników, bronić. Zobaczysz, jaki ogień w nadleśnictwie rozpalę i pierwszy w ten ogień rękę włożę.

A Marynowi nawet wargi nie drgnęły do uśmiechu, kiedy sobie przypomniał Tarchońskiego tak skurczonego, że ledwie klamki sięgał w drzwiach gabinetu Masłochy. Gadali i gadali, wciąż o tym samym. O ogniu, który rozpalą. Jeden drugiego nie słuchał, to samo ględzili w kółko, nawet tych samych słów używali, te same zdania płynęły im z ust. Opróżnili trzecią półlitrówkę.

- Weronika, daj nam jeszcze jedną butelkę. Jest w szafce w kuchni - zawołał Kulesza w stronę sypialni.

Kobieta w milczeniu przesunęła się przez pokój i zeszła na dół, do kuchni. Była w szlafroku i gdy ich mijała, zobaczyli jej śniade uda. - Dobra jest - cmoknął Kulesza, kiedy zniknęła za drzwiami.

- Dobrze się ją załatwia. Tylko że się znarowiła.



dalej


strona główna
(23kB)