(23kB)
strona główna


 

 

Szamanka

 

Tłumaczył Jerzy Moderski

Tytuł oryginału Medicine Woman

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © 1981 by Lynn V. Andrews

n published by arrangemenl wilh Marlene G;

Copyright © 1595 for the Polish translaiio

by Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań

 

 

 

 

Projekt graficzny okładki Jacek Piefrzyński

Redaktor Bogusław Jusiak

 

 

 

 

Książkę dedykuję Davidowi Carsonowi — prawdziwie niewidzialnemu

 

 

 

ISBN 83-86530-54-5

 

 

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań x 52-63-26, tel. 53-27-67, 53-27-51

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PODZIĘKOWANIA

Pozostaję szczególnie wdzięczna D. H. Latimerowi, który okazał się już wilkiem-przewodnikiem wielu autorów. Wyrażam też głęboką wdzięczność i szacunek memu wydawcy, Claytonowi Carlsonowi, co jest samo przez się zrozumiałe. Szczególne podziękowania należą się także Rosalyn Bruyere — prawdziwej siostrze, która zna swój cień.

Dziękuję również moim drogim nauczycielom indiańskiej magii, bez których książka ta nigdy nie zostałaby napisana.

 

 

Szaman nic istnieje bez szamanki. Szaman otrzymuje moc od kobiety, i zawsze tak było. Szaman jest jej narzędziem. Choć może wydawać się, że jest inaczej, taka jest prawda.

Agnes Whistling Elk

 

 

Złocisty księżyc wzeszedł nad dalekimi wzgórzami. Niebo było piękne i ogromne. Z oddali dobiegała żałobna pieśń kojotów. Siedziałam przy ognisku w towarzystwie starej Indianki. Miała twarz pomarszczoną jak wyschnięte jabłuszko, wystające kości policzkowe i długie warkocze opadające poniżej ramion. Ozdobny naszyjnik szamanki odcinał się na tle kraciastej koszuli Pendletona.

-— Twoje życie jest ścieżką — mówiła, a jej toporny akcent początkowo utrudniał zrozumienie. — Chcący czy niechcący, szukałaś tego w swoich widzeniach. To dobrze, kiedy ma się wizję, sen.

Było w niej coś pociągającego. Jej osobowość zdawała się zmieniać bez ustanku. Mimo pewnych trudności z angielską wymową, zaskakiwała mnie głęboką erudycją. Uderzające było też jej zachowanie, pełne niezwykłej godności.

— Matka ziemia należy do kobiety, nie mężczyzny. To kobieta ma łono.

Tak przemawiała do mnie, zanim jeszcze zostałam jej uczennicą.

Jest szamanką heyoka. Los sprawił, że żyłam blisko niej przez siedem lat. Książka ta jest opisem mojego pobytu w jej dziwnym i pięknym świecie. Stanowi hołd oddany mocy tej kobiety — mocy, której byłam świadkiem.

 

 

 

 

 

 

Spaceruję w rozległym pejzażu. Prerię porastają rzadkie krzewy szałwi i niskie cedrowe zarośla. Myślę o samotnej dolinie we wnętrzu księżycowego krateru. W ciszy tego pustkowia natrafiam na ozdobną szafkę. Jest niezwykle pięknej roboty. Przez przezroczyste, szklane drzwiczki widzę jej wnętrze. Po lewej stronie spogląda na mnie zza szyby twarz kobiety — twarz pierwotnej, amerykańskiej Indianki. Po prawej widzę granatowoczarnego kruka. Scena przywodzi mi na myśl obrazy Magritte 'a.

Głowa kobiety zaczyna nagłe kołysać się w przód i w tył— miarowo, niczym metronom.

— Ile razy mam ci powtarzać — napomina mnie, — że koszyk ślubny nie jest na sprzedaż. Powinnaś na niego zasłużyć. Musisz zasłużyć.

Strofuje mnie, a moją uwagę przyciąga w tym momencie błyszczący wzrok kruka. Jego ciało zaczyna obracać się w stronę głowy kobiety i poruszać w tym samym metronomicznym rytmie.

Patrzę osłupiała. Kruk zaczyna parodiować głos Indianki. Oba glosy brzmią tak groźnie i natrętnie, że przenika mnie dreszcz.

 

 

 

 

 

Widziałem tylko jeden koszyk ślubny w moim życiu. Wiem przypadkowo, że koszyk ten wciąż istnieje- Gdzie,tego nie wiem.

Hyemeyohis Storm

 

 

Czy jesteś już gotowa do wyjścia? — spytał niecierpliwie Ivan.

- Jeszcze nie — odpowiedziałam. — Może mi nie uwierzysz, ale myślę, że znalazłam coś ciekawego.

Wybrałam się do Grover Gallery na otwarcie wystawy Stieglitza w towarzystwie mego przyjaciela doktora Demetriva, psychiatry. Galeria była zapełniona, jak zwykle przy takich okazjach, patronami sztuki i pretensjonalnymi aspirantami do wyższej kultury, ale na to byłam przygotowana. Nie to mnie nużyło. Raczej sama ekspozycja, statyczna i bezbarwna.

Trwało to do chwili, gdy ujrzałam tę fotografię.

— Zaczekaj chwilkę, Ivan, to nie może być Stieglitz — powiedziałam, ciągnąc go za rękaw. Staliśmy przed zdjęciem staroindiańskiego ślubnego koszyka. Ivan rzucił przelotne spojrzenie, nadal znudzony, wciąż ciągnący ku wyjściu.

— Fascynujące — powiedziałam, przyglądając się bliżej, — ale zupełnie nie pasuje do Stieglitza. — Wpatrywałam się w koszyk, który coraz bardziej przykuwał moją uwagę. Miał zawiły ornament, przypominający delfina z wężem albo z błyskawicą. Choć byłam kolekcjonerką sztuki Indian amerykańskich, nigdy do tej pory nie widziałam niczego, co dałoby się z tym porównać. Nawet w samym splocie koszyka było coś niezwykłego.

Nie potrafiłabym orzec, czy był pleciony, skręcany, czy może zrobiony leszcze inaczej. Przyciągała mnie jego doskonałość. Trudno powiedzieć, skąd pochodził, ale na pewno istniał już w jakiś sposób — wcześniej — w mojej podświadomości. Ivan nadal miał niezadowoloną minę i ciągle zerkał w stronę drzwi. Odbitka formatu 8 x 10 miała tajemniczy odcień sepii, czego nigdy nie przypisa- łabym Stieglitzowi. Zastanawiałam się, w jakim okresie ją zrobił. Zahaczyłam wzrokiem o małą, schludną karteczkę pod zdjęciem, wypatrując daty. Była tam, oczywiście, ale spotkała mnie niespodzianka. Wypisane nazwisko fotografa brzmiało McKinnley. Maleńka wyspa w morzu Stieglitzów.

Ivan patrzył na mnie z coraz większą niecierpliwością.,

— Słyszałeś, kiedy o fotografie nazwiskiem McKinnley? — spytałam.

— Nie przypominam sobie — odpowiedział, ciągnąc mnie za rękę. - - Widzę tu natomiast całą kupę snobów i pseudointelektualistów, więc wynośmy się stąd i chodźmy na drinka.

— Ale ja chcę tę fotografię -- opierałam się.

—Więc przyjdź tu jutro i załatw to spokojnie —rzucił lvan i ruszył nagle do wyjścia.

— Pozwól mi, chociaż zapisać nazwisko. — Grzebałam nerwowo w torebce, szukając bezskutecznie pióra. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Ivana, jak machał do mnie zza szyby. Z westchnieniem zdecydowałam, że zapamiętam „Ślubny koszyk" i „McKinnley". Pobiegłam, żeby dopędzić Ivana.

Tej samej nocy zaczęły się dziwne wizje. Nie mogłam zasnąć. Słyszałam pohukiwania sowy w gałęziach wielkiego orzecha za oknem mojej sypialni. Otuliłam twarz kołdrą i leżałam bez ruchu. Kiedy zaczynałam zasypiać, pojawiły mi się w półśnie obrazy ślubnego koszyka, tajemnicze i mroczne. Znienacka wizja rozwiała się, zmieniając w dźwięk - - dziki łopot skrzydeł na granicy świadomości. Zbudziłam się gwałtownie i usiadłam przerażona na łóżku z szeroko otwartymi oczami. Ze złością odrzuciłam przykrycie i pobiegłam do łazienki. Włączyłam światło i poczęłam hałaśliwie przerzucać zawartość apteczki, co rusz podejrzliwie zerkając w lustro, czy aby niepojawi się jakiś cień za moimi plecami. Butelka aspiryny wymknęła mi się z rąk i rozprysła na drobne kawałki na podłodze. Kiedy schyliłam się, żeby pozbierać szkło i tabletki, rąbnęłam się w głowę.

- Niech to diabli! wyrwało mi się.

Przełknęłam łyk alka-seltzera i czmychnęłam z powrotem do łóżka. W pokoju było ciemno, tylko odblask księżyca tańczył po mojej twarzy. Pomyślałam o Anais Nin, bohaterce opowieści, która zasnęła przy pełni księżyca, drżąc i przewracając się w jego niepokojącym blasku, aż utraciła duszę. Gdy powtórnie zapadłam w sen, za oknem znów pohukiwała sowa, a ślubny koszyk majaczył przede mną, tym razem trzymany przez starą Indiankę, która wyciągała go w moją stronę i wpatrywała się we mnie oczyma jak polerowane lusterka. Wizja utrzymywała się, póki nie zasnęłam z wyczerpania.

Następną rzeczą, która do mnie dotarła, był dzwonek telefonu. Był ranek.

— Halo —- powiedziałam, jeszcze nie całkiem rozbudzona.

— Z panią Lynn Andrews, proszę. Grover Gallery, dzwonimy w odpowiedzi na wczorajszy telefon.

—Tak, to ja, we własnej osobie. Zostawiłam wczoraj wiadomość dotyczącą fotografii ślubnego koszyka, którą widziałam na wystawie Stieglitza. Czy moglibyście zatrzymać ją dla mnie?

— Ślubny koszyk, mówi pani?

—Tak, indiański koszyk ślubny, sfotografowany przez McKinnleya, o ile pamiętam. Nawet nie jestem pewna. Myślę, że to był McKinnley.

— McKinnley?

— Tak, nie. Stare zdjęcie jakiegoś fotografa.

—Pozwoli pani, że sprawdzę. — Połączenie zostało przerwane. Sygnał brzęczał w słuchawce. Objęłam rękami bolącą głowę. Kilka minut później telefon zadzwonił znowu.

— Pani Andrews?

_ Tak.

— Nie mamy takiej fotografii ani pod nazwiskiem McKinnleya, ani żadnego innego autora.

-Co to znaczy, nie macie fotografii? — Wyprostowałam się nagle, zaalarmowana.

— Nie ma w naszym spisie żadnego śladu indiańskiego ślubnego koszyka, pani Andrews. — Usłyszałam wyraźne zniecierpliwienie w jej glosie.

— Ależ to niemożliwe. To znaczy, musiała zajść jakaś pomyłka. Zaraz tam będę. Dziękuję.

Czułam, że ogarnia mnie wyraźna obsesja. Przepychałam się samochodem w stronę bulwaru La Cienega, wyczerpana po przeżyciach ostatniej nocy, otumaniona zamieszaniem, jakie wywołał poranny telefon, i pełna pogardy dla nieudolności w tak prostej sprawie, jak prowadzenie katalogu. Zaparkowałam przed wejściem i zamaszyście wkroczyłam do galerii. Obszerne białe wnętrze i obfitość wiszących na ścianach fotogramów spotęgowały moje wzburzenie, podobnie jak scena, która się potem rozegrała. Właściciel galerii podszedł do mnie i zlustrował badawczym wzrokiem moją starą torbę od Gucciego i stojącego na zewnątrz sportowego jaguara. Miał ostre rysy, był sztywny i pretensjonalny.

— Pani Andrews?

— Tak. Dzwoniłam w sprawie fotografii ślubnego koszyka. Widziałam ją tutaj wczoraj wieczorem. To był McKinnley. Mój głos zabrzmiał obco przez ściśnięte gardło.

—Pozwoli pani, że przerwę. Przede wszystkim proszę usiąść i napić się herbaty. Ze śmietanką? Z cukrem? Doskonale. — Opuścił pomieszczenie, nie czekając na moją odpowiedź.

Usiadłam na jedynym meblu, jaki znajdował się w galerii — okrągłej, puszystej, pomarańczowej kanapie w kształcie pączka, z oparciem pośrodku, zaprojektowanej lak, aby w żaden sposób nie dało się usiąść na niej wygodnie. Mężczyzna wrócił z dwiema filiżankami i usiadł wręczając mi jedną z nich. Siedzieliśmy plecami do siebie w pełnej powagi ciszy i popijaliśmy herbatę. Uznałam, że to on powinien przemówić pierwszy. W narastającej paranoi doszłam do wniosku, że ukrył tę fotografię ,aby wyłudzić ode mnie więcej pieniędzy.

- Pani Andrews, to musi być pomyłka. Szukaliśmy w naszych spisach bardzo dokładnie, mamy tylko jedną fotografię McKinnleya. — Przerwał i obrócił się, aby spojrzeć na mnie. Wyciągał przy tym szyję i podpierał się ręką ,żeby nie spaść z kanapy na posadzkę.

- Wobec tego proszę mi pokazać tę fotografię. Podniósł wzrok na biały sufit i wyszedł ponownie.

Jego nieobecność przeciągała się w nieskończoność i byłam pewna, że przygotowuje dla mnie astronomiczną cenę za odbitkę. Siedziałam, skręcając palcami pomarańczowe futro kanapy w małe kulki, i przyglądałam się zdjęciom na ścianach. Maski z fotografii odpowiadały mi złowieszczymi spojrzeniami, niczym czarno-białe echo moich nocnych koszmarów. Wstałam i zaczęłam nerwowo chodzić. Marszand powrócił z niewielką teczką, spojrzał na mnie i powiedział przesadnie słodkim głosem:

Proszę, oto ona, pani Andrews. — Otworzył teczkę na pomarańczowym siedzeniu kanapy i zaprezentował starą fotografię z Little Big Horn, z około 1850 roku. Schwyciłam ją, szukając pod spodem gorączkowo zdjęciu ślubnego koszyka. Teczka była pusta.

Pan kłamie — powiedziałam.

Człowieczek odskoczył do tyłu i wykrzyknął pośpiesznie:

— Powiedziałem już pani, że nie mamy tej fotografii i, ile wiem, nigdy nie mieliśmy. Doprawdy, pani Andrews, wydaje mi się, że posuwa się pani za daleko.

Zdając sobie sprawę z własnej porywczości i braku opanowania, przeprosiłam go, po czym wymknęłam się z galerii. Pojechałam w dół La Cienega, potem zawróciłam w stronę Beverly Hills. Po przyjeździe do domu zaparzyłam kolejną herbatę i osunęłam się na sofę, wyciągając przed siebie zziębnięte nogi. Potem sięgnęłam po telefon i wykręciłam numer Ivana.

— Gabinet doktora Demetrieva — odezwała się sekretarka. —Czym mogę służyć?

—Chciałabym mówić z Ivanem. Tu Lynn Andrews. —- Doktor ma pacjenta. Proszę podać swój numer.

Przekażę, żeby zadzwonił do pani później.

— To pilne. Proszę powiedzieć mu, że jestem na linii.

Sekretarka kazała mi czekać. Szum muzyki w słuchawce drażnił moje uszy.

-— Halo — przemówił znienacka Ivan.

— lvan, przypomnij sobie ten ślubny koszyk z wczorajszego wieczora. Jakie było nazwisko fotografa?

— Jaki znowu koszyk? Jaka fotografia? Ja mam tu przypadek samobójczego rozstroju nerwowego, więc proszę, pośpiesz się, Lynn.

—Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale muszę się czegoś dowiedzieć o tej fotografii w galerii. Wczoraj wieczorem, nie pamiętasz?

—Nie pamiętam żadnej fotografii ani żadnego koszyka — stwierdził nieodwołalnie. — A to była wystawa Stieglitza. Nie podoba mi się, że przeszkadzasz mi w pracy

—Ależ pokazałam ci ją tuż przed naszym wyjściem...

— Lynn, sądzę, że powinnaś załatwić to z moją sekretarką i zamówić sobie u mnie wizytę — dociął mi Ivan. — Nigdy nie pokazywałaś mi fotografii ślubnego koszyka, zapewniam cię.

— Ivan, czy jesteś całkowicie pewien? To ważne. To była stara, sepiowa odbitka, co najmniej siedemdziesięcioletnia. Zrobiona przez McKinnleya, jak mi się zdaje.

-— Powtarzam ci, że niczego takiego mi nie pokazywałaś. Zadzwonię do ciebie później. -— Odłożył słuchawkę.

Czułam, że kręci mi się w głowie. Byłam przekonana, że widziałam tę przeklętą fotografię. Dotykałam jej, a potem widziałam ją we śnie. Co się ze mną działo? Nagle poczułam się bardzo zmęczona.

Rozejrzałam się po pokoju. Wyglądał jak kombinacja afrykańskiej wioski z muzeum indiańskim. Przez lata gromadziłam niezmordowanie bezcenną kolekcję plemiennych rzeźb kongijskich, magicznych fetyszy i bożków wojny, kocy Indian Navajo i wszelkiego typu koszyków pochodzących z Ameryki Północnej i Gwatemali. Pokój był pełen poezji i czaru indiańskich tradycji. Koszyki wiszące na ścianach, symetryczne i doskonałe, należały do moich ulubionych eksponatów. A tamten ślubny koszyk, przepojony magią... Nigdy nie czułam tak mocno i wyraźnie, że pragnę posiadać jakiś przedmiot.

Rozsiadłam się w fotelu i popatrzyłam na przeciwległą ścianę, gdzie wisiał przedmiot mojej poprzedniej fascynacji: biało-czarny ręcznie tkany pas płodności z Gwatemali. Obok niego umieściłam fotografię Wielkiego Jaguara ze świątyni Majów, zrobioną w Tikal kilka miesięcy temu. Zaczęłam rozpamiętywać wszystkie trudy całomiesięcznych poszukiwań tego pasa.

Pojechałam wówczas wynajętym jeepem z Gwatemala City w kierunku Chichicastenego — starego miejsca targowego Indian, gdzie, jak mi powiedziano, mogłam znaleźć ten rodzaj pasa, na jakim mi zależało.

Piękno krajobrazu zapierało dech w piersiach — szachownica upraw i wymyślna sieć kanałów nawadniających pokrywały tarasowe zbocza wzgórz. Majowie gwatemalscy od wieków znali i stosowali nawadnianie pól. Ziemia była żyzna, pokryta bujną zielenią. Czułam jej zupach, połączony z zapachem dymu z palenisk w pokrytych strzechami chatach. Dotarłam do podjazdu do Chi Chi, kiedy słońce było jeszcze wysoko. Prastara osada znajdowała się na szczycie wysokiego wzgórza o ściętym szczycie, a droga do niej była zdradliwa, nawet dla jeepa o napędzie na cztery koła.

Mniej więcej w połowie wąskiego podjazdu pod górę musiałam się zatrzymać. Okazało się, że cyrkowa ciężarowka przewożąca słonicę ze słoniątkiem wyjechała zza zakrętu nad urwiskiem. Przejazd został zatarasowany na długie godziny.

Wyłączyłam silnik i wysiadłam z auta. Gromada podekscytowanych ptaków świergotała w koronach drzew. Ich gałęzie, łączące się wysoko nad ziemią, nasuwały skojarzenie ze sklepieniem katedry. Wsteczny bieg ciężarówki nie działał, a z każdym ruchem obu słoni samochód trzeszczał i osuwał się coraz bardziej w stronę krawędzi. Nadciągały, jedno po drugim, następne auta. Wściekli Gwalemalczycy wykrzykiwali przekleństwa i dobre rady pod adresem kierowcy.

Narastało zamieszanie. Słonica i słoniątko kołysały ciężarówką w przód i w tył. Drewniane boki ogromnej klatki zaczynały pękać. Samochód chwiał się niebezpiecznie, o dwie stopy od głębokiej na tysiąc stóp przepaści. Właśnie wtedy nadjechał autobus wypełniony cyrkowcami.

Zdeformowane karły z zardzewiałymi łańcuchami, tłuste kobiety i wytatuowani, ogoleni na łyso mężczyźni z lewarkami i kołowrotkami wysypywali się kolejno z wnętrza. Linoskoczkowie, akrobaci i tancerki —wszystko ciemni, niewysocy Gwatemalczycy — zaczęli wrzeszczeć na turystów, żeby odsunęli się z drogi.

Słonie w panice trąbiły przeraźliwie, ciężarówka zsuwała się groźnie coraz bliżej przepaści i — zarazem — pewnej śmierci obu zwierząt. Karły pełzały pod ciężarówką, dodając sobie animuszu obscenicznymi przekleństwami. Około pięćdziesięciu ludzi obserwowało ten spektakl — turyści w szortach, Gwatelmaczycy i Indianie w tradycyjnych strojach, i huipiles, dźwigający na głowach kosze z towarem na targ. Wszyscy zamarli, wstrzymując oddech.

Jeden z karłów owinął łańcuch wokół osi ciężarówki, a ktoś inny przywiązał drugi koniec do zderzaka autobusu. Silnik autobusu zaczął pracować. Aż nie do wiary, że zderzak to wytrzymał, nie wspominając o starym, zardzewiałym łańcuchu. Kiedy ciężarówka zaczęła się poruszać, jedna z kobiet i wytatuowany mężczyzna zabrali się do usuwania odłamków skalnych spod kół. Robili to błyskawicznie odrzucając je na boki niczym żwir.

Zwierzęta przestały się miotać. Karły skakały i wywijały koziołki, a cały las zatrząsł się od naszych radosnych wiwatów. Cyrk ruszył w dalszą drogę.

Dojechałam do Chi Chi tylko po to, by się dowiedzieć, że powinnam polecieć do odległej prowincji Gwatemali, go Tikal-Pelen, starych ruin Majów, i tam odszukać handlarza, który sprzeda mi pas. Musiałam znów wskoczyć do jeepa i jechać z powrotem do Gwatemala City. Kolejne pół dnia drogi.

Za to lot do Tikal-Peten był niezapomnianym przeżyciem. Dziesięć miejsc, a ja byłam jedynym pasażerem. Samolot okazał się starym wojskowym transportowcem z czasów II wojny światowej. Pomiędzy listwami podłogi mogłam obserwować gwatemalską dżunglę. Przylecieliśmy nad maleńkie lotnisko zgodnie z rozkładem, o szóstej rano, ale nawet o tak wczesnej porze było tam duszno i gorąco nie do wytrzymania. Pilot zatoczył koło nad Barem ruin o powierzchni około pięćdziesięciu mil kwadratowych, bojaźliwie unikając większych skupisk dżungli. Po odczekaniu, aż miejscowy wieśniak przepędzi swoją krowę z brudnego pasa startowego, mogliśmy wreszcie spokojnie wylądować.

Muzeum, założone na lotnisku dla wygody turystów, świeciło pustkami. Jakaś kobieta powiedziała mi, że handlarz, którego szukam, poleciał właśnie do Gwatemala City, a samolot powrotny mam dopiero za cztery godziny. Byłam załamana.

Kupiłam puszkę zimnego soku i mapę, z której dowiedziałam się, jak dojść do Świątyni Wielkiego Jaguara. Zanim wyruszyłam ubitą ścieżką w stronę świątyni, włożyłam jeszcze nowy film do aparatu.

Ptaki w dżungli naigrywały się ze mnie, czyniąc straszliwy harmider. Powietrze poranka przesycone było korzennym zapachem. Po obu stronach ścieżki rosły olbrzymie palmy i paprocie oplecione pnączami bidium. W miarę jak upał narastał, pociłam się coraz| bardziej. Podwinęłam białą koszulę i zawiązałam na piersiach. Byłam zupełnie sama wśród potężnych kamiennych akweduktów, platform, steli i tak dogłębni pochłonięta oglądaniem rzeźb i hieroglifów, że nawet nie spostrzegłam, kiedy zabłądziłam. Skręciłam na chybił trafił między ruiny i przy wejściu na maleńki dziedziniec zderzyłam się znienacka z wysokim Indianinem. Krzyknęłam zaskoczona.

— Co ty tu robisz? — zapytał. — Powinnaś być na północy.

— To znaczy w mieście? — spytałam.

Spojrzał na mnie surowo i mówił dalej, jakby znała mnie dobrze:

—Musisz jeszcze wrócić do miasta, ale potem odbyć podróż daleko na północ.

— Jak mogę dojść do lotniska? — zapytałam nerwowo, chcąc zakończyć jak najprędzej tę rozmowę.

— Usiądź — powiedział.

Wygładził piasek pod nogami i, używając kija, starannie narysował mapę, po czym wskazał kierunek, w którym powinnam podążać. Tłumaczył powoli i starannie, abym go dobrze zrozumiała. Zwróciłam uwagę na wdzięk i elegancję, z jaką mówił. Kiedy skończył, poczułam, że powinnam mu coś ofiarować, więc zaczęłam przeszukiwać torbę, ale jedyną rzeczą, na jaką natrafiłam, był dwudziestodolarowy banknot. Dałam mu go, a on spojrzał na mnie z intensywnym, dziwnym błyskiem w oczach.

— Pieniądze, które mi dałaś, wiążą cię — powiedział. — Poślę ci dwóch pomocników w ciągu czterdziestu czterech dni. Pierwszym pomocnikiem będzie kobieta. Nie rozpoznasz początkowo, że jest twoim sprzymierzeńcem. Będziesz musiała pozyskać ją dla siebie. Drugim pomocnikiem będzie mężczyzna, który wytyczy twój szlak. -- Przedarł banknot na dwie części i zwrócił mi połowę.- Zachowaj to.

Byłam wystraszona i zmęczona.

- Spotkamy się jeszcze — dodał. - - Zachowaj te , przełamane pieniądze w twoim tobołku.

— Masz na myśli moją portmonetkę?

Rozmowa była zakończona. Wskazał tylko kierunek laską i powiedział:

- Nigdy nie wracaj w to miejsce. Śpiesz się.

Nie chciałam urazić tego człowieka, który był naj-wyraźniej odrobinę stuknięty. Mogłam przecież wrócić do Gwutemali i tych świątyń, kiedy tylko przyszłaby mi im to ochota. Skinęłam jednak głową na znak, że zrozumiałam.

- Śpiesz się, albo już nigdy nie odnajdziesz swojej

drogi.

Wstał i odszedł, znikając niemal w tej samej chwili w dżungli. W pierwszym odruchu chciałam wyrzucić bezwartościowy skrawek banknotu, ale w końcu zatknęłam go za kartę kredytową w portfelu. Zmierzałam ku lotnisku, ku Gwatemala City, ku mojemu upragnionemu pasowi.

Teraz pas wisiał na mojej ścianie. Był piękny, na pewno wart wysiłku, jaki włożyłam w jego odszukanie. Łyknęłam herbaty, zdając sobie nagle sprawę, że minął już miesiąc od spotkania z młodym Indianinem. No tak, i tyle z tego, pomyślałam. Na pewno nie było żadnej pomocnicy na widoku, bez względu na to, co ów człowiek miał na myśli.

- Jeśli będę musiała zostać tu dziś wieczorem, oszaleję — powiedziałam do siebie głośno. Pochyliłam się, sięgając po srebrne pudełko, które stało na stoliku do kawy, uniosłam wieczko i wyjęłam karteczkę z nagryzmoloną datą i nazwiskiem. Mój stary przyjaciel Artur Desser wydawał przyjęcie osiemnastego lutego o ósmej —

właśnie tego wieczora. Wrzuciłam zaproszenie z powrotem do pudełka. Byłam załamana na skutek niewyspania i nieprzyjemnych przeżyć w galerii. Zaczynałam mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie wymyśliłam sobie tej fotografii. Przerzuciłam nawet ogłoszenia z weekendowego „Timesa", sprawdzając czy wystawa Stieglitza rzeczywiście miała miejsce. Wystawę zapowiadano.

Potem znów straciłam nad sobą kontrolę. Zatelefonowałam do kilku galerii w Nowym Jorku. Bez rezultatu — żadna z nich nie miała fotografii ślubnego koszyka McKinnleya, choć jedna słyszała podobno o takiej. Potrzebowałam dozy realności. Zdecydowałam się pójść do salonu kosmetycznego Elisabeth Arden i zrobić pedicure.

Kiedy wróciłam do domu, przysiadłam na skraju łóżka, przebierając świeżo pomalowanymi palcami stóp w dywaniku z futra jelenia. Nastawiłam budzik na dwie godziny, wtuliłam głowę w poduszkę i zasnęłam.

—Nie, nie, nie. — Usłyszałam własny głos krzyczący z oddali. Obudziłam się gwałtownie, zlana polem, a wokół leżały porozrzucane poduszki. Musiałam miotać się we śnie na wszystkie strony. Usiadłam w pościeli, ciągle mając przed oczyma senny koszmar. Próbowałam odepchnąć rękoma powietrze, mając wrażenie, jakby ogromny ciężar przygniótł mi pierś. Wizja nie mogła być zwykłym snem. Widziałam ją wyraźnie — dziewczynka z niesamowitymi, błyszczącymi oczami wyciągała ku mnie ślubny koszyk. Kiwała na mnie abym podeszła bliżej, a potem nagle sama zaczęła rosnąć, a koszyk zrobił się ogromny. Ruszyła w moją stronę, groźnie napierając na mnie koszykiem.

— O mój Boże, tylko nie to --jęknęłam. Zapaliłam światło i spojrzałam na budzik. Właśnie w tym momencie zadzwonił. Wyłączyłam go i położyłam się na wznak, drżąc wtulona w pozostałe na łóżku poduszki. Miałam ochotę zerwać się i pozapalać wszystkie światła.

Gdy wstałam wreszcie i ubierałam się na party u Artura, dygotałam jeszcze ze strachu.

Ruszyłam w stronę Bel Air, wzdłuż Carolwood Drive, obok domu Walta Disneya. Miałam przed sobą niecałe dziesięć minut drogi. Wspomniałam Leona Craiga, zaangażowanego w rozbudowę Bel Air, który był właścicielem sąsiadującej z domem Disneya posiadłości. Obejmowała ona rozległy park na miarę Wersalu, z wieloma akrami starannie wytyczonych ścieżek i połaci różanych klombów, rozciągających się z pogodną doskonałością wokół domu. Papa, jak nazywała go rodzina, czarujący i przemiły człowiek, który żył zupełnie samotnie w tym wielkim domostwie — nie licząc krótkich, okolicznościowych odwiedzin rodziny — był alkoholikiem. Był człowiekiem, który — mając wszystko — zwykł jeszcze upijać się do nieprzytomności. Zawsze bardzo mnie to dziwiło. Papa był taki, jak większość przyjaciół moich rodziców, którzy pierwszą połowę życia spędzili na zbijaniu fortuny, a drugą przeżywali dotknięci chorobą zgorzknienia i autodestrukcji. Nie chciałam, aby moje życie zakończyło się w taki sposób.

Symbole bogactwa rozciągały się jak okiem sięgnąć po obu stronach krętej drogi. Zwolniłam, żeby popatrzeć na luksusowe ogrody, długie aleje drzew, liście połyskujące srebrzyście w świetle księżyca. Te manikiurowane krzewy i klomby, wypielone i jakby zaprojektowane za pomocą cyrkla, przynosiły mi zawsze ukojenie. Uporządkowany i zasobny świat Bel Air był mi znany i bliski. Lubiłam napawać się tutejszym powietrzem i ciszą i dziwiłam się nieodmiennie, gdy ktoś mówił, że chciałby żyć gdzie indziej. Jednakże tego wieczora czułam się jak wyczerpana bateria. Zwróciłam wzrok na drogę i przyspieszyłam.

Po przejechaniu trzech mil dotarłam przed dom Artura. Zobaczyłam światła w oknach i już z ulicy posłyszałam dobiegającą z wnętrza muzykę. Około dziesięciu samochodów parkowało na ulicy — mercedesy, rolls-royce'y i olbrzymi pick-up o napędzie na cztery koła. Ciekawiło mnie, kogo Artur zaprosił tym razem. Uwielbiał intelektualne wieczorki, zestawiając ze sobą naukowców, przedsiębiorców, artystów i przeróżnych guru. Zarobił znaczne pieniądze na rafineriach, był czterokrotnym rozwodnikiem z dwójką dzieci i odbył już wszystkie psychiczne i psychodeliczne wędrówki, jakie tylko można sobie wyobrazić. Doprowadziło go to donikąd, a ja - chociaż lubiłam Artura — zawsze miałam się na baczności w jego towarzystwie. Nigdy nie było wiadomo, co zrobi — zwłaszcza podczas takiego właśnie przyjęcia.

Z głośnika domofonu odezwał się metaliczny głos z obcym akcentem. To była francuska służąca.

—Francoise, to ja, Lynn Andrews. Posłyszałam szczęk zamka i Francoise otworzyła masywną bramę zdobioną chińską laką.

—Comment ca va? — zapytałam.

—Tres bien, merci Mademoiselle Andrews. Cest manifique — wykrzyknęła, dotykając mojego kimona z czarnego jedwabiu i poklepując mnie przyjaźnie po ramieniu.

Nagle zza zieleni otaczającej basen wypadły psy Baskerville'ów", jak nazywałam pieski Artura. Były to teriery rasy Yorkshire — małe, kudłate poduszeczki pełne wściekłości, bez przerwy warczące i ujadające.

—Och, uwaga na tego, pani Andrews — powiedziała zaniepokojona Francoise. -— Proszę pamiętać, że on gryzie.

—Merlin mnie nie ugryzie. Zna mnie.

Merlin warknął, obwąchał moje palce u nóg, po czym radośnie zatopił małe, ostre ząbki w nogawce moich spodni.

—Au, ty mały diable! -— wrzasnęłam, odtrącając go nogą od siebie. Nie przebił skóry, ale w spodniach zostawił kilka dziur.

—Wstrętny pies! —zbeształa go Francoise. Schyliła się i zagoniła trzy szczekające psy do psiarni.

Ruszyłam w górę po ceglanych schodkach prowadzących do salonu. Na każdym stopniu stały znicze, a z balkonu powyżej zwieszały się girlandy jasnoróżowych kwiatów. U szczytu schodów stał uśmiechnięty Artur, ubrany w swój tradycyjny niebieski sweter z Yale i spodnie z szarej flaneli. W dłoni trzymał drinka.

—Kochanie, spóźniłaś się — przywita! mnie.

- Twój pies właśnie mnie ugryzł, ten mały potwór!

—Miewa takie skłonności. Wejdź, proszę, kochanie. Masz piękne włosy. Chciałbym ci przedstawić kilkoro ważnych ludzi.

Zdjął ze mnie kimono i powiesił je w szafie.

—Co takiego wykombinowałeś na dzisiaj, Arturze?

—Mam dla ciebie szczególną niespodziankę. Indiańskiego szamana, który napisał ten bestseller Siedem strzał. Słyszałaś o nim?

—Tak. Jestem zachwycona.

—Byłem tego pewien — powiedział Artur sarkastycznie.

Weszliśmy do prostokątnego, białego salonu. Ogień trzaskał w kominku. Na suficie igrały subtelne, pryzmatyczne refleksy świetlne z „light boxu Raya Howletta". Malowidło Fritza Scholdera pokrywało całą ścianę za wielką, skórzaną sofą, a rozpadający się ze starości, wysoki na sześć stóp posąg Buddy przypatrywał się nam z pogodną refleksją.

Artur przedstawił gości.

—Lynn, chciałbym, abyś poznała moich najstarszych, najdroższych przyjaciół z Connecticut, George'a Haalmsteada i jego żonę Pamelę. George jest bankierem.

— Miło mi — powiedziałam.

—Doktora Demetrieva znasz dobrze. Uściskaliśmy się z Ivanem.

— A to moja przyjaciółka Helen, która fetuje dziś swoje wielkie zwycięstwo w pewnej sprawie ubezpieczeniowej.

Spojrzałam na nią z ciekawością.

—Czy miałaś już kiedyś okazję poznać doktora Friedlandera i jego towarzyszkę Lorraine?

— Nie sądzę.

—Doktor Friedlander studiuje antystarzenie. Właśnie wrócił z Indii.

— Bardzo mi miło. — Wymieniłam uścisk dłoni z doktorem. Miał ogoloną głowę, która połyskiwała raz różowo, raz niebiesko w świetle „light boxu Howletta". Jego wąs w typie Fu Manchu prezentował się nieźle. Lorraine była wysoka i miała w sobie coś z pantery. Uśmiechnęła się do mnie.

Następnie Artur przedstawił mnie aktorce, którą uwielbiałam od wielu lat. Miała na sobie bufiaste spodnie i boa z piór.

—A teraz chciałbym ci przedstawić autora Siedmiu strzał. Oto Hyemeyohsts Storm.

Uniosłam rękę w geście powitania. Moim pierwszym wrażeniem był spokój, rozległy jak ziemie Północy. Artur przyniósł wódkę i tonik. Wzięłam drinka machinalnie, ledwo zwróciwszy uwagę, gdy wcisnął mi szklankę do ręki. Zaczęliśmy rozmawiać ze Stormem o jego książce i Skaczącej Myszy, moim ulubionym rozdziale. Podczas rozmowy miałam wrażenie, że coś w jego osobowości przejmuje powoli władzę nade mną. Wielu ludzi marzy, żeby znaleźć się kiedyś pod wpływem jakiejś osoby, która potrafiłaby wnieść piękno w ich życie. Właśnie teraz odczułam coś podobnego, a nie było to w żaden sposób związane z tym, co Storm mówił i robił. Chyba działała tak sama jego obecność, a może jeszcze przyjaźń, z jaką się do mnie odnosił. Do dziś tego nie wiem. Miałam wrażenie przykucia do niego, nagiego wejścia razem z nim w jakiś magiczny krąg — byłam nie tylko, obok, ale i wewnątrz niego. Rzeczy zewnętrzne, które do tej chwili dostarczały oparcia i pewności, zaczęły mi się jawić jako źródło ograniczenia i dyskomfortu. Poczułam się nieswojo.

W moje zauroczenie wkroczyła służąca, przerywając je wezwaniem na kolację. Podnieśliśmy się z miejsc i wyszliśmy przez ogródek na taras, na chłodne nocne powietrze. Skierowaliśmy się krętymi, aluminiowymi schodkami do „doliny Thanka" — tak nazywałam w myślach jadalnię Artura ozdobioną dziełami sztuki tybetańskiej. Zauważyłam, że Artur i Helen mieli niejakie kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zapowiadał się trudny wieczór.

— I co o nim sądzisz? — szepnął do mnie Artur, wskazując na Storma.

—Bardzo interesujący — odpowiedziałam lakonicznie. Artur usadził nas wokół długiego, drewnianego stołu z kompozycją z kwiatów pośrodku. Połyskiwały srebra i kryształy. Sam zasiadł u szczytu stołu, a Storma umieścił na przeciwległym końcu, na tak zwanym „gorącym miejscu". Usiadłam po prawej ręce Storma. Francoise wraz z drugą francuską służącą zaczęły serwować sałatkę z przywiędłego szpinaku i rozlewać do kieliszków jedno z dwóch win przewidzianych na ten wieczór. Wszyscy rozmawiali o badaniach antystarzeniowych doktora Friedlandera.

Kończyliśmy sałatkę. Ton rozmowy byt lekki i beztroski.

—Tego wieczoru, mam nadzieję, będziecie czuć się na tyle swobodnie, by mówić i robić wszystko, na co tylko przyjdzie wam ochota — wtrącił w pewnym momencie Artur.

—W porządku, Arturze, ale pod warunkiem, że z humorem i bez ironii — odpowiedział Ivan ze swoim sympatycznym, rosyjskim akcentem.

—Żadnych ograniczeń, żadnych ograniczeń — zaoponowała bełkotliwie Helen i ujęła kieliszek, wznosząc toast za własne słowa. Francoise zaczęła podawać główne się danie — pieczone gołębie z niełuskanym ryżem.

—Nigdy nie należy przyjmować żadnych ograniczeń. Potem tylko opłakujemy ich śmierć — powiedziała aktorka, rozcinając pierś gołębia, żeby dobrać się do farszu. — Czy zgodzisz się ze mną, Ivan? .

—Tak. Zwłaszcza ty, póki żyjesz, będziesz zawsze chodzić w żałobie. I przegrana. — Ivan spojrzał na nią żartobliwie.

— Myślę, że jedynej odpowiedzi dla poszukujących sensu w tym świecie dostarcza freudowska psychoanaliza — rzucił Artur, dolewając sobie wina.

— Jedyną receptą jest robić to, co zamierzasz, a jeśli nie możesz tego robić, to znajdź kogoś, kto zrobi to za ciebie — powiedział bankier z Connecticut.

Artur zwrócił się do mnie.

— Lynn, sądzę, że każdy, kto staje po stronie Indianina, jest przegrany.

Francoise zbierała ze stołu naczynia, a druga służąca podawała cretne caramel.

—Uważasz, że jestem przegrana? —zapytałam, przyzwyczajona do jego wyskoków.

— W tym, co dotyczy Indian, na pewno tak. A co pan sądzi o tym, panie Storm?

—Nic szczególnego — odpowiedział spokojnie Storm. — Z panem i tak zawsze mogę rozmawiać jak równy z równym.

W pokoju zapadła cisza.

-Co pan ma na myśli? — zapyta! Artur.

—Zademonstruję to — powiedział Storm. Jego obecność narzucała się teraz wszystkim nieodparcie. — Powiedz „Ivan się nie liczy".

Ten człowiek wydawał się tak głęboki i tajemniczy jak kanion. Zdecydowanie należał do plemienia Dakota albo Montana. Można to było wyczuć.

— Ivan się nie liczy — powtórzy Artur.

— Powiedz „Lynn się nie liczy".

—Lynn się nie liczy.

— Powiedz „Helen się nie liczy". — Wymieniwszy wszystkich gości, Storm wskazał na siebie i powiedział:, — Jeśli to pana nuży, nie będę już z panem rozmawiał.

—Pan się nie liczy i nadal uważam, że jest pan przegrany — rzucił gwałtownie Artur i znowu napełnił kieliszek.

—Czy chce się pan za mną bawić, czy nie, ja i tak będę się bawił z panem — powiedział Storm. Jego głos zabrzmiał zdecydowanie złowieszczo.

Skierowałam rozmowę na inne tory, pytając doktora Friedlandera, co robił w Indiach.

—Prowadziłem badania, jakkolwiek moja metoda może się wydawać dziwna i nienaukowa. Zainteresowała mnie zdolność niektórych ludzi do obniżania temperatury ciała, zależnie od woli. Stwierdziliśmy, że jeśli ciało zachowuje niższą temperaturę, proces starzenia ulega spowolnieniu. Zajmowałem się tym od lat i poznałem joginów, którzy potrafili pozostawać w transie przez wiele dni, co musiało powodować, jak przypuszczałem, obniżoną temperaturę ciała. Pojechałem, więc do Indii, żeby to sprawdzić.

—A jak pan im mierzył temperaturę? — spytała aktorka.

-Choć zabrzmi to może zabawnie, używałem termometru rektalnego. Podróżowałem po Indiach i wpychałem joginom termometr do tyłków.

Wszyscy, wybuchnęli śmiechem, z wyjątkiem Artura, który wciąż szeptał coś ze złością do ucha Helen. W pewnym momencie kazał jej wyjść. Odeszła od stołu, zalewając się łzami.

Nie zwracając uwagi na sprzeczkę, zapytałam:

— Czy stwierdził pan, że utrzymywali niższą temperaturę?

— Tylko w niektórych przypadkach udało mi się odnotować istotną różnicę.

— Czy miał pan do czynienia z jakimiś poważniejszymi guru podczas tych podróży? — zapytał Ivan.

—Było ich kilku. Zwłaszcza mistrzowie, o których nikt nie słyszał, żyjący w górach. Był taki jeden, który rozebrał mnie do naga i kazał nosić kamienie. Miałem zbudować świątynię dla niego i jego uczniów. To było głęboko w dżungli. Minęły miesiące, nim ukończyłem budowę. Wówczas dopiero pozwolił zmierzyć sobie temperaturę, po czym kazał mi zburzyć wszystko, co zbudowałem. Artur przerwał mu i zwrócił się do Storma.

—Panie Storm, wśród swoich jest pan niewątpliwie uważany za coś w rodzaju jogina, prawda?

— Tak, rzeczywiście.

—Zatem dlaczego doktor Friedlander nie wtyka panu termometru w tyłek? — Artur sprawiał wrażenie rozwścieczonego.

Wszystkich zatkało.

Storm wstał spokojnie i obszedł stół dookoła, patrząc Arturowi prosto w oczy. Przestrzeń między nimi wydawała się naładowana elektrycznością. Sięgnął w kierunku żołądka Artura. Wyglądało to tak, jakby dłoń Storma zanurzyła się w jego splocie słonecznym. Zaczął obracać i pociągać ręką, jakby wyrywał mu wnętrzności. Artur szamotał się nieporadnie przez chwilę.

—Zrobiłem to dla ciebie, Lynn — powiedział Storm, patrząc na mnie. — Zabrałem jego wolę. Teraz możemy rozmawiać spokojnie.

Wrócił na swoje miejsce. Pozostali goście wydawali się nieświadomi tego, co zaszło, i prowadzili zwykłą, rytualną rozmowę, typową dla takich przyjęć. Podobnie zachowywał się Artur, który nagle i w niewytłumaczalny sposób wytrzeźwiał. Wyglądali na zahipnotyzowanych, a kiedy zaczęłam rozmawiać ze Stormem, nikt nie zwracał na nas uwagi. Nie wspomniałam nawet słowem o tym, co wydarzyło się przed chwilą — bałam się. W końcu zapytałam drżącym głosem, czy nie słyszał kiedyś o ślubnym koszyku.

— Widziałem jeden ślubny koszyk w moim życiu —powiedział, ignorując zupełnie obecność wprowadzonych w trans gości.

—Naprawdę? —zapytałam podekscytowana, nieomal zapominając o całym incydencie.

—Przypadkowo wiem, że koszyk ten wciąż istnieje. Gdzie, nie mam pojęcia.

— Ależ musi pan wiedzieć, gdzie mam go szukać — nalegałam.

Przyglądał mi się długo, z namysłem, wreszcie powiedział ostrożnie:

—Poszukiwania koszyka rozpocząłbym od rezerwatu Indian Cree, na północ od Crowley, w Manitobie. — Zawahał się i długo zaciągał papierosem, cały czas intensywnie mnie obserwując, po czym podjął wątek: — Spróbowałbym znaleźć starą kobietę, zwaną Agnes Whistling Elk. Ona jest heyoka, tak nazywamy szamanki. Kobieta-która-pokazuje-jak. Nikt nie wie dokładnie, gdzie Agnes mieszka. Ciągle jest w ruchu i zdaje się, że bardzo jej to odpowiada.

—Jak mogę do niej trafić, skoro nie znam jej adresu? —- To bardzo trudne. Na szczęście jest jeszcze jedna kobieta, która będzie mogła ci pomóc. Nazywa się Ruby Plenty Chiefs. Jestem pewien, że Ruby będzie znała miejsce pobytu Agnes, ale nie mogę obiecać, że na pewno ci pomoże. Jest bardzo dyskretna, na swój sposób. Może zdarzyć się i tak, że odbędziesz całą tę podróż tylko po to, żeby usłyszeć od Ruby, że masz zwijać manatki i wracać do domu. Żadne perswazje nie skłonią jej do zmiany zdania, jeśli tak zdecyduje.

— Czy istnieje jakiś sposób, żeby przełamać lody?

—Tak, zawieź jej tytoń, karton papierosów i tradycyjny koc indiański. Tak każe obyczaj. Pamiętaj, że koszyk ślubny jest święty. Nie łudź się, że możesz go mieć tylko, dlatego, że tak chcesz. Możesz mieć koszyk tylko wtedy, gdy będziesz tego godna.

—Crowley w Manitobie? — zapytałam słabym głosem.

- Dlaczego chcesz właśnie ten koszyk? Jest przecież mnóstwo indiańskich koszyków, które nie są tak niebezpieczne. — Zdałam sobie nagle sprawę, że bawił się ze mną.

— Widziałam wczoraj jego zdjęcie na wystawie Stieglitza. Od tego czasu ciągle mam sny na jego temat. To obsesja. Muszę go znaleźć, albo przynajmniej jego fotografię. Tej, którą widziałam na wystawie, nie było następnego dnia w galerii. Nic nie słyszeli na jej temat. Musiało to być przywidzenie.

— Zbierasz dzieła sztuki kultur pierwotnych?

—Jestem pośredniczką i kolekcjonerką sztuki Indian amerykańskich. Zbieram również koszyki.

—Musisz się liczyć z tym, że będziesz miała mnóstwo problemów ze zdobyciem tego koszyka. To rzecz najświętsza i ważny symbol w świecie śniących.

- Śniących?

- Tak, śniących.

- Kim oni są?

—Są tymi, którzy miewają wizje dotyczące siebie i innych, ale to nie miejsce, żeby o tym mówić. Jeśli traktujesz rzecz poważnie, narysuję ci mapę drogi z lotniska w Winnipegu do rezerwatu Cree. Dam ci mój numer telefonu.

Zapisał numer na karteczce, pośpiesznie wyrysował schematyczną mapę na odwrocie i wcisnął mija do ręki. Potem uśmiechnął się do mnie ciepło, powiedział zebranym dobranoc i wyszedł. Dopiero wówczas zauważyłam, że wsunął mi również w dłoń strzępek szarego futra. Obecni nadal zachowywali się dziwnie. Wkrótce potem rozjechali się do domów.

Następnego ranka zbudził mnie telefon Artura.

—Lynn, czy naprawdę byłem taki okropny wczoraj wieczorem?

—Arturze, powinieneś przestać pić.

— Przepraszam, strasznie mi przykro.

— Jedzenie było fantastyczne.

— Nie pamiętam dokładnie, co wczoraj robiłem. Strasznie mnie boli żołądek i okolice splotu słonecznego. Boli jak diabli.

— Arturze, jeszcze raz dziękuję za miły wieczór. Zadzwonię do ciebie później, gdy wstanę z łóżka. Może się przewróciłeś?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czymże jest glos kobiety, jeśli nie głosem katcina?

Agnes Whistiing Elk

 

 

Mój Air Canada 727 wylądował na lotnisku w Winnipegu. Nie zwlekając poszłam wynająć samochód. Po trzydziestu minutach pędziłam już w kierunku Crowley. Opuściłam szybę i odetchnęłam surowym, kanadyjskim powietrzem. Co, u licha, przygnało mnie tutaj, każąc szukać jakiegoś koszyka?

W czasie jazdy ani na chwilę nie mogłam przestać o nim myśleć. W pewnym momencie mignęły mi przed oczyma ostre kontrasty światła i cienia, a widok rozległej przestrzeni otworzył się znienacka przede mną. Zamrugałam, żeby się ocknąć. Droga była pusta i monotonna. Mocniej chwyciłem kierownicę.

Zaczęłam się zastanawiać, czy zabrałam odpowiednie ubranie. Miałam na sobie dżinsy marki Sasson, wysokie buty i kurtkę myśliwską w kolorze khaki, kupioną u Kerra. Moja walizka była wypchana swetrami, wełnianymi skarpetami i flanelowymi piżamami, nie licząc ogromnej kosmetyczki. Powoli zaczynałam odczuwać chłód, więc włączyłam ogrzewanie. Radio działało, ale odbiór był słaby. Wyłączyłam je.

Pod bezkresnym niebem rozciągał się jak okiem sięgnąć przestronny, wspaniały krajobraz Manitoby. Zielone trawy gięły się i kołysały w podmuchach wiatru na rozległych, pofałdowanych pagórkami przestrzeniach.

Nagle maska samochodu skręciła gwałtownie w lewo. Strzeliła lewa przednia opona. Zaklęłam, czepiając się rozpaczliwie kierownicy, podczas gdy samochód, tańcząc na wszystkie strony, przejechał w poprzek drogi i wpadł na łagodny stok pobocza szosy. Zahamowałam, nie myśląc już więcej o pięknie kanadyjskiego pejzażu. Siedziałam przez chwilę, łapiąc oddech, a potem jednym szarpnięciem otworzyłam drzwi.

— Paskudny pech!

Wysiadłam, ze złością kopnęłam koło i zaczęłam rozglądać się, wypatrując jakiegoś znaku życia czy chociażby budki telefonicznej. Nic z tego, pustka jak okiem sięgnąć. Zdałam sobie sprawę, że od chwili wyjazdu poza obręb Winnipegu nie mijałam ani nie wyprzedzałam żadnego auta. W tej sytuacji musiałam przygotować się do własnoręcznej zmiany koła. Zawlokłam cale niezbędne wyposażenie przed samochód, łamiąc sobie paznokieć przy okazji, a potem usiadłam w pyle szosy, dumając nad tym, jak posłużyć się lewarkiem. Dobrze, że w ogóle był lewarek. Potrzebowałam pół godziny, by odgadnąć, jak umieścić go pod ramą auta.

Kiedy pochylałam się na klęczkach, wsuwając go pod samochód, dostrzegłam na szosie dwie ludzkie sylwetki, zmierzające w moim kierunku. Zerwałam się na równe nogi, zamierzając pomachać i zawołać o pomoc, kiedy nagle powstrzymałam się. Byli to dwaj młodzi Indianie. Poczułam się nieswojo. Gdy podeszli bliżej, usłyszałam, jak rozmawiają w języku, który przypuszczalnie był językiem Cree. Jeden miał na sobie brązową, wełnianą opończę, zwaną mackinaw, drugi postrzępioną kurtkę wojskową. Zbliżyli się do samochodu i ten w mackinaw pochylił się, żeby obejrzeć koło. Potem wyprostował się i obaj wybuchnęli śmiechem. Patrzyli na mnie, wyszczerzając zęby i wymieniając uwagi w języku Cree. Byłam wściekła.

-— Czy jest tu gdzieś w pobliżu telefon?

Wykrzywili twarze w jeszcze szerszym grymasie.

—Czy mówicie po angielsku? — Wielu Indian z rezerwatów nie mówi.

Mężczyzna w mackinaw wzruszył ramionami. Żaden nie uczynił najmniejszego gestu, żeby mi pomóc.

— Serdeczne dzięki, padalce.

Opadłam znów na kolana, powracając do mocowania się z lewarkiem. Trzydzieści minut później byłam upaćkana brudem i smarem, spocona i wyczerpana, ale koło zostało wymienione. Miałam cichą nadzieję, że nie, odpadnie, kiedy ruszę.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że przez cały ten czas Indianie stali sobie tak po prostu z boku i przyglądali się. Zataszczyłam lewarek i narzędzia do bagażnika i zatrzymałam się na chwilę przed nimi. Stali dziesięć stóp ode mnie i gapili się bezczelnie.

—Jesteście parą zwykłych palantów.

Właśnie zamierzałam wsiąść do auta i odjechać, kiedy ten w kurtce zaczął zacierać ręce, jakby je mył. Pomyślałam, że to dziwne zajęcie, ale nie przypisałam mu większego znaczenia. Nagle wstrząsnął ramionami, odrzucił głowę do tyłu i zaczął gestykulować, jakby używał jakiegoś języka migowego. Poczułam ucisk w gardle i narastające napięcie mięśni szczęk. Ciekawa byłam, czy istniał jakiś związek pomiędzy tym, co robił, a tym, co ja odczuwałam. Na chwilę oczy zaszły mi mgłą, a kiedy powróciła ostrość widzenia, mężczyzna stał bez ruchu, z opuszczonymi rękoma. Obaj patrzyli na mnie z uwagą.

—Podwieźć was?—zapytałam nieoczekiwanie, sama zdziwiona swoją reakcją.

Ten w podartej kurtce uśmiechnął się.

-Jasne, bardzo chętnie skorzystamy. Dziekujemy pani.-

— Zaskoczył mnie swoją płynną angielszczyzną. Wdrapali się na tylne siedzenie i pojechaliśmy. Koło było najwyraźniej w porządku.

Rozzłoszczona zdecydowałam, że nie będę zwracać na nich uwagi. Nieskończona wstęga asfaltu ciągnęła się przede mną. Umierałam z głodu. Jechaliśmy w milczeniu. Odległe drzewa sprawiały monumentalne wrażenie. Powoli zaczynałam czuć się zjednoczona z rozległą przestrzenią prerii.

Indianin w obszarpanej kurtce zaintonował rytmiczną powolną pieśń

He ya he yah oooooah. Jego towarzysz zawtórował mu.

Spojrzałam w lusterko wsteczne. Śpiewali z zamkniętymi oczami i kiwali głowami do taktu. Przeniosłam wzrok z powrotem na drogę i zwolniłam, widząc przebiegającego królika,

—He ya yah oooooah, jestem samotnym kowbojem, he ya he yah oooooah.

Angielski zwrot w pieśni zaskoczył mnie. W lusterku obserwowałam, jak Indianin w mackinaw śpiewał. Nasze oczy spotkały się i zaczerwieniłam się, zawstydzona jego spojrzeniem.

Nagle pojawił się przed maską jakiś ptak o ogromnych skrzydłach. Leciał prosto na nas. Skręciłam w bok kierownicą, ale niepotrzebnie. Tuż przed szybą wzbił się w górę i zniknął mi z pola widzenia. Indianie zaczęli śpiewać głośniej i raptem umilkli.

— Tutaj wysiadamy.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś domostwa czy chociażby ścieżki. Nic, tylko dzika preria. Zjechałam na bok j zatrzymałam wóz.

— Jesteście pewni, że właśnie tu chcecie wysiąść?

—Tak — odpowiedział ten w mackinaw i, nie patrząc na mnie, otworzył drzwi. Chłodny powiew wtargnął do wnętrza. Zapomniałam zupełnie o wietrze.

—Przyjemnej jazdy — rzucił Indianin w wojskowej kurtce. Obrzucił mnie krótkim spojrzeniem i poszedł za przyjacielem. Wkrótce obaj zniknęli za grzbietem najbliższego pagórka.

Po dłuższej jeździe zauważyłam gigantyczne cienie nadciągających chmur. Sunęły jak duchy nad prerią. Obserwowałam ich granatowe kłęby przewalające się nad falistą równiną, dzielące się i formujące na nowo, o ciemnych i wyrazistych, naładowanych elektrycznością krawędziach. Ich cienie sprawiały wrażenie, jakby chciały pobawić się ze mną w chowanego. Ujrzałam, jak kępa wysokich topoli znika nieoczekiwanie, aby wyłonić się po chwili zza wzgórza, którego nie zauważyłam wcześniej. Nadal nie widziałam nawet śladu ludzkiego istnienia. Przyspieszyłam, ale —jak mi się zdawało — upłynęły jeszcze długie godziny, zanim dotarłam do Crowley. Linie na mapie Storma urywały się, wyznaczając koniec podróży.

Stało tam pięć czy sześć budynków. Nad drzwiami jednego z nich widniał napis głoszący, że mieści się tu sklep i skup towarów. Jakaś Indianka z dwójką dzieci wyszła stamtąd, trzaskając za sobą drzwiami. Zaparkowałam samochód pomiędzy starym pick-upem z przyczepą do przewozu koni a drugim, nowszym, pełnym brązowych dzieciaków zajadających ciasteczka. Dzieci patrzyły na mnie i chichotały, napychając buzie pokruszonymi babeczkami w czekoladzie. Gdy wysiadłam z auta, przyjechał w tumanach kurzu jeszcze jeden pick-up z przyczepą. Ze środka wyskoczył Indianin w kowbojskim stroju. Był ogromny — musiał ważyć ze dwieście funtów, może nawet więcej.

— Hej, panienko, ty tutaj na rodeo? —- zapytał.

— Nie, nawet nie wiedziałam, że macie tu rodeo.

— No to teraz wiesz —- zaśmiał się. — Będziemy rzucać lassem, tam dalej, przy drodze, aż do wieczora.

— Dziękuję, ale szukam znajomej. — Im mniej rozmów nie na temat, tym lepiej.

—Kto to taki? - zapytał, pociągając łyk piwa z puszki.

— Szukam kobiety zwanej Ruby Plenty Chiefs. — Wiatr wiał, zacinając pyłem z drogi prosto w twarz. Zaczynałam pociągać nosem i bez przerwy przecierałam oczy.

— Nigdy o takiej nie słyszałem. Jesteś pewna, że przyjechałaś do dobrego rezerwatu? — Spojrzał na mnie dziwnie. — No to cześć —- powiedział jeszcze, pstrykając palcami w rondo stetsona, i wszedł do sklepu.

Poszłam za nim, otrząsając przed drzwiami buty z piachu. Sklep wypełniony był po sufit jedzeniem w puszkach, zapasowymi kołami, olejami silnikowymi, ciastkami, fotosami i gazetami. Gąszcz papierków przypiętych do tablicy ogłoszeń podfruwał z głośnym szelestem w górę przy każdym otwarciu drzwi. Witryna chłodziarki do lodów, stojącej w głębi, zapchana była mlekiem i colą. Z wysokich stojaków zwieszały się ku ziemi girlandy paczkowanych frytek i chipsów. Z centrum tego chaosu śledziła mnie z uwagą para brązowych oczu.

—Pomóc pani w czymś? — zapytał głośno właściciel.

— Nie.

Zlustrowałam z uwagą cały sklep. Wreszcie z rezygnacją zdjęłam trzy paczki ciasteczek ze stojaka.

—Ta pani szuka kogoś o imieniu Rudy Plenty Chiefs —powiedział facet z lassem.

Właściciel nie dał po sobie poznać, że wie, o kogo chodzi. Kilku Indian w sklepie, którzy do tej pory śledzili ukradkiem każdy mój ruch, spojrzało na mnie czujnie. Kiedy szukałam w portmonetce pieniędzy, właściciel, który obsługiwał troje dzieci i typa z lassem, cały czas zerkał na mnie.

—Zwykle mieszkała w pobliżu drogi za Muzeum Indiańskim albo, o ile pamiętam, na Czarnym Wzgórzu. — Powrócił do wydawania reszty kowbojowi.

—Czy wie pan może, gdzie przebywa teraz? — spytałam.

Właściciel zwrócił się do człowieka w głębi sklepu.

—Hej, Emmet, wiesz, gdzie mieszka Ruby?

- Noo — zawołał tamten — mieszkała przy drodze, ile rok temu się stamtąd wyniosła.

Gość z lassem wzruszył ramionami.

- No to przyjdź na rodeo.

- Innym razem — odburknęłam.

Znowu wzruszył ramionami i wyszedł, z hukiem zatrzaskując drzwi. Kurz zawirował w powietrzu.

—Proszę -— nalegałam. — Hyemeyohsts Storm powiedział mi, że wystarczy zapytać kogokolwiek w Crowley, gdzie mieszka Ruby Plenty Chiefs, a wskaże mi drogę.

Mężczyzna rozciągnął usta w uśmiechu i wypluł przeżuty tytoń na podłogę.

—Pojedzie pani pięć i trzy czwarte mili drogą wzdłuż płaskowzgórza. Potem trzeba skręcić w lewo, piaszczystą drogą za mostem, i jechać jakieś cztery mile. Nie sposób nie zauważyć chaty. Jest po prawej. Czy nie ma pani zamiaru zapłacić za te ciastka?

Zapłaciłam i wyszłam pośpiesznie. Drzwi pod uderzeniem wiatru zamknęły się za mną same. Wskoczyłam do auta, a kiedy schwyciłam kierownicę, poczułam pył pod palcami. Sprawdziłam ilość paliwa, odnotowałam w pamięci stan licznika i zajadając herbatniki ruszyłam w stronę chaty Ruby.

Przejechałam dokładnie pięć i trzy czwarte mili i zauważyłam z lewej piaszczystą drogę, pnącą się w górę zbocza. Jej nawierzchnia była w strasznym stanie, toteż jechałam zaledwie piętnaście mil na godzinę, huśtając się i podskakując na wybojach. Wiatr ucichł i na przedniej szybie zebrało się tyle pyłu, że dwa razy musiałam wysiąść, żeby ją przetrzeć. Potem zobaczyłam chatę między skałami wśród drzew, jakieś pół mili przede mną. Żadnego śladu życia, z wyjątkiem rudego jastrzębia krążącego w górze.

Kiedy zbliżyłam się do prostokątnej, zwykłej chaty z bali, zwolniłam gwałtownie, niemal zatrzymując samochód. Jakieś ogromne zwierzę leżało na ganku. Okazało się, że były to dwie martwe sarny. Ledwie wysiadłam, w drzwiach ukazała się stara Indianka z wielkim nożem rzeźnickim w ręku. Patrzyła na mnie piorunującym wzrokiem. Obleciał mnie strach, a ciarki przebiegały mi po plecach.

Kobieta ubrana była w długą wełnianą suknię i wełniane mackinaw w kolorze czarnym i czerwonym. Siwe włosy miała związane w gruby warkocz, twarz ogorzałą i pobrużdżoną. Zakasała rękawy, nadal trzymając nóż wymierzony w moją stronę.

—Czy to ty jesteś Ruby Plenty Chiefs? — wyjąkałam.

—Tak — powiedziała, czyniąc ruch nożem w moim kierunku, wyraźnie zła z powodu najścia.

— Hyemeyohsts Storm przysłał mnie tutaj. Powiedział, że pomożesz mi odnaleźć Agnes Whistling Elk. — Oparłam się o samochód, zapewniając sobie w razie, czego szybki odwrót. Byłam bliska histerii.

—Tak — odpowiedziała. — Wiem o tym. Czułam się absurdalnie. Mogłam sobie wyobrazić, jak

zaprezentowałam się w jej oczach — zwariowana blond brudaska, pokryta smarem, kurzem i obsypana okruszynami po ciastkach.

—- Czy mogę wejść i napić się herbaty? — spytałam, robiąc krok w stronę ganku.

Ruby skinęła głową, odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Zrozumiałam, że powinnam udać się za nią, ale zatrzymałam się na chwilę, aby popatrzeć na sarny. W tej samej chwili Ruby ukazała się znowu i stanęła tuż przede mną. Tym razem trzymała dwa noże. Jej stare oczy zachowały blask oczu dziecka — niecierpliwego dziecka. Podała mi jeden nóż i sucho zakomenderowała, żebym pomogła w ćwiartowaniu zwierzyny.

—O twojej podróży porozmawiamy później — powiedziała. — Porozmawiamy też o ślubnym koszyku. — Złapała mnie za rękę z siłą mężczyzny i dodała: — Prędko bierzmy się do roboty.

Byłam zaszokowana. Wskazała na nóż i powiedziała szorstko:

—Rób to, co ja, i to szybko, zanim zesztywnieją. Obie sarny leżały na boku. Ruby uklękła, poprawiła ich ułożenie i zwróciła się do mnie, dżgając sarnę nożem w miejscu, gdzie powinnam rozpocząć. Ta kobieta stanowiła klucz do tajemnicy koszyka, więc potulnie przyklękłam i zabrałam się do pracy. Ruby cięła wzdłuż kopyt, więc i ja uniosłam nóż i przeciągnęłam ostrzem wokół krawędzi kopyta. Na widok krwi i na odgłos chrzęstu rozcinanej skóry łzy popłynęły mi po policzkach. Cięłam dalej, starając się naśladować we wszystkim Ruby, ale najpierw kroiłam zbyt płytko, a potem straciłam cierpliwość i wbiłam z wściekłością nóż w głąb kości -— jeden bezsensowny cios i oderwane kopyto leżało obok mnie. Chciało mi się krzyczeć.

Stara kobieta pracowała powoli, nacinając skórę po wewnętrznej stronie nóg aż do brzucha. Zdawała się czerpać maniakalną satysfakcję z tej jatki i upewniała się na dodatek, co chwila, czy nadążam za nią. Robiłam, co było w mojej mocy, dopóki cała skóra z obu nóg nie została zdjęta. Kiedy Ruby obróciła swoją sarnę na drugi bok, z trudem zdołałam obrócić moją. Byłam pochlapana krwią, nóż i ręce lepiły się od posoki. Ruby wypatroszyła swoją sarnę — tak prędko, że masa wnętrzności chlusnęła na ganek, zanim zdążyłam się przygotować na ten widok. Pchnęłam nóż i zagłębiłam go z zamkniętymi oczyma. Potem spojrzałam w dół, na wnętrzności. Leżał w nich płód, a z wymion matki płynęło mleko. Poczułam napływające, jedna za drugą, fale mdłości. Odskoczyłam i zamknęłam oczy po raz drugi, tym razem tracąc świadomość otoczenia i poczucie upływu czasu, a potem ogarnęła mnie zupełna ciemność.

Nie wiem, ile czasu upłynęło, ale kiedy się ocknęłam, stałam między poćwiartowanymi szczątkami. Ruby przy mnie nie było.

Po chwili wyszła z chaty, rozłożyła na ganku starą gazetę i znowu przystąpiła do pracy, tym razem wycinając wątrobę, nerki i serce sarny. Wątrobę i nerki położyła na gazecie, a serce, ciągle jeszcze ciepłe, wzięła do rąk.

— Dobrze — powiedziała. Jej palce ociekały krwią. — Zrób to samo.

Wstrzymałam oddech ze zgrozy.

— Zrób to!

Jakoś sobie z tym poradziłam. Moja kurtka i dżinsy były przesiąknięte krwią. Kiedy wyjęłam serce, Ruby wstała, odwróciła się na wschód i uniosła serce sarny ku niebu. Zaczęła śpiewać w języku Cree. Pieśń była przejmująca. Spojrzałam na księżyc i wieczorne, mroczniejące niebo. Ruby powoli zwróciła się ku mnie, nie przerywając śpiewu. Jej oczy pałały.

Hey eeeeh hey yeeh. — Nagle pieśń urwała się i nastała uroczysta cisza. — Ta pieśń nazywa się Pieśnią Błyskawicy. Śpiewa sieją po to, żeby ukoić duszę sarny — pouczyła mnie Ruby.

Odkroiła kawałek serca i zaczęła go jeść. Wskazała nożem, abym zrobiła to samo.

—Och, nie —jęknęłam.

Dziabnęłam ostrzem w serce i wsunęłam do ust mały kawałek ciepłego, twardego mięsa. Żułam w milczeniu, z ustami pełnymi krwi.

—Ho — powiedziała w końcu Ruby i skinęła głową z aprobatą.

Powróciłyśmy do pracy. Zdarłyśmy i zwinęłyśmy skóry. Ogromne oczy saren połyskiwały w blasku księżyca. Wszystko odbywało się teraz jakby poza moimi uczuciami.

Pod kierunkiem Ruby odcięłam sarnie głowę. Wykroiłam boczek i polędwicę i wrzuciłam do kartonowego pudła. Napełniłam cztery kartony krwistym mięsem. Kiszki dostały się psom, które nadciągnęły nie wiadomo skąd, zwabione zapachem mięsa. Rzuciły się na nie szczekając, po czym umknęły, wlokąc za sobą długie pęta jelit.

Poczułam ulgę, mając tę rzeźnię za sobą, czują równocześnie takie zmęczenie, że marzyłam jedynie o spaniu. Ruby wciągnęła jeden karton z mięsem do chaty, potem wróciła po następny. Zastanawiałam się, czy ma zamiar prosić mnie do środka. Ona jednak po zabraniu ostatniego pudła zniknęła w chacie i już nie wróciła na ganek. Nieśmiało zastukałam do drzwi pięścią upaćkaną we krwi.

Otworzyła.

- Co?

—miejsca do spania.

—Umyjesz się rano. — Zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.

—Zaczekaj chwilę — zawołałam. — Gdzie mam spać?

—Idź spać do auta, wasichu! — Dobiegł do mnie jej opryskliwy głos.

Boże, chyba nie mówiła tego poważnie. Zaczęłam rozglądać się za jakąś polewaczką.

Sterczałam pod drzwiami ładnych parę minut, zanim dotarło do mnie, że jednak będę musiała spać w samochodzie. Zaczęłam mościć sobie możliwie wygodne legowisko na tylnym siedzeniu. Usłyszałam głos jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Prędko zamknęłam wszystkie drzwi. Nie wyspałam się tej nocy.

Rankiem obudziło mnie łomotanie w szybę. Ruby trzymała w ręku puszkę i dwa kawałki suszonej sarniny. Wzięłam to, co przyniosła, i podziękowałam skinieniem głowy, starając się, aby wypadło dumnie i wyniośle. Puszka wypełniona była brunatną cieczą, która przypominała zapachem kawę.

Po jedzeniu poszłam do chaty. Zauważyłam, że leżąca tam głowa sarny była nadgryziona. Zniknęły kopyta i inne resztki, a krew została zmyta, czy raczej zlizana z ganku. Ruby wyszła, niosąc toporek. Skierowała się w stronę składu drewna za chatą i zaczęła rąbać, nie zwracając na mnie uwagi. Przypomniałam sobie o kocu i tytoniu w bagażniku. Przyniosłam je i podeszłam do Ruby.

—Ruby, przyjechałam z bardzo daleka. Wygląda jednak na to, że nie jestem tu mile widziana.

Ruby rąbała dalej.

—Proszę, przyjmij ten koc i tytoń. Potrzebuję twojej pomocy. Powiedziałam już, że próbuję odnaleźć ślubny koszyk. Czy wiesz, gdzie mieszka Agnes Whistling Elk?

—Tak, wiem — powiedziała, łamiąc gałąź o kolano. Wzięła koc i papierosy, położyła je na sągu drewna, odwróciła się powoli i spojrzała na mnie. — Mieszka dziewięć mil stąd. Prosto szlakiem na wschód. — Wyjęła jednego papierosa i zapaliła. — Można tam dotrzeć tylko pieszo. Ale na twoim miejscu nie robiłabym tego, zanim nie zaprzyjaźnisz się z psami.

—Twoimi psami?

— Tak. Te zwierzaki z rezerwatu są bardzo groźne, niemal dzikie. Zagryzły już niejednego człowieka. Także kilkoro dzieci. Łączą się w stada i pokonują wiele mii. Zabijają nawet jelenie, a czasem pożerają się nawzajem. Niczego się nie boją. Powinnaś zawrzeć z nimi znajomość. Muszą cię poznać, zanim będziesz mogła zacząć się tutaj włóczyć. Psy są bardziej niebezpieczne, niż ci się wydaje.

- Co mam robić? Pogłaskać je po prostu, czy co?

Zawołam je, a ty musisz stać zupełnie spokojnie. Nie okazuj strachu, bo będzie po tobie. Nie sądzę, żebym potrafiła powstrzymać psy, jeśli się na ciebie rzucą.

—Czy naprawdę może mi się coś stać?

Ruby nie odpowiedziała. Zamiast tego gwizdnęła przeraźliwie i ze trzydzieści psów zbiegło się ze wszystkich stron. Wszelkiej maści, wielkości i kształtu, kotłowały się wokół nas. Widziały, że nie ma dla nich jedzenia. Jeden z nich — wielki, czarny potwór — warknał i zaszczekał. Na to hasło wszystkie psy zaczęły wyć, jadać, charczeć i toczyć pianę z pysków. Ruby z naręczem drewna weszła do chaty.

—Poczekaj — szepnęłam za nią bezgłośnie. Wiedziałam, że jeśli któryś z psów wyzwoli reakcję łańcuchową, zostanę rozdarta na strzępy. Musiałam ukryć mój strach w najdalszych zakamarkach umysłu.

Węsząc i sapiąc psy podeszły bliżej, coraz bardziej rozzuchwalone. Z trudem powstrzymywałam się od krzyku. Kilka zimnych nosów zaczęło poszturchiwać moje stopy. Interesowały się szczegółowo moim kroczem. Czarny olbrzym wspiął się na tylne łapy, a przednimi oparł o moje ramiona i lizał mnie po twarzy. Inny obgryzał mój but, a jeszcze inny przywarł groźnie tuż za moimi plecami. Stłumiłam w sobie odruch panicznej ucieczki.

Ruby wyszła na ganek i przyglądała się, ale nie robiła nic.

—Jazda stąd, do diabła! — ryknęła w końcu. Psy umknęły przestraszone.

—Teraz znają cię wystarczająco dobrze.

Łzy zakręciły mi się w oczach. Kolana drżały pode mną. Dopiero teraz, kiedy ciężka próba była już za mną, całe moje ciało zaczęło dygotać.

—Te psy nie będą cię niepokoić, możesz być spokojna __ powiedziała Ruby. W jej dziwnych oczach czaił się uśmiech. — Możesz chodzić po okolicy, ile zechcesz. Kiedy nie znałaś psów, to było wielkie ryzyko. Teraz masz szansę dotrzeć do Agnes. Przedtem jej nie miałaś.

Stałam cały czas z zaciśniętymi kurczowo dłońmi. Zdałam sobie nagle sprawę z zupełnego braku krążenia w rękach.

—Tak — odpowiedziałam.

— Ruszaj w swoją drogę, wasichu. Może znajdziesz to, czego szukasz. Bierz. — Podała mi trzy kawałki suszonego mięsa. Wzięłam je. Odeszła, zanosząc się śmiechem. — Koszyk ślubny. Wasichu nie wiedzą o niczym.

Stałam przez chwilę zupełnie ogłupiała, trzymając w ręku mięso, a gdy się ocknęłam, poszłam do auta spakować rzeczy przed wyruszeniem w drogę do Agnes. Rozpoczęłam wędrówkę wskazanym szlakiem. Dziewięć mil to nie było daleko. Miałam na wszelki wypadek kurtkę z kapturem, przewiązaną wokół bioder, i dodatkowy sweter w torbie. Poranna rosa leżała jeszcze na trawie. Okrążyłam skały za chatą Ruby, cały czas trzymając się ścieżki. Przede mną rozpościerała się rozległa, spokojna dolina. Wszystko wokół zieleniło się, a drzewa zakwitały. Wzdłuż szlaku wił się kręty strumyk. Wykonałam kilka ćwiczeń, aby ulżyć obolałym mięśniom pleców i starałam się zapomnieć o psach. Potem zaczęłam biec powolnym truchtem. Przebiegłam tak do końca doliny, jakieś dwie albo trzy mile. Dalej szłam zwykłym krokiem. Nad moją głową przelatywały wrony. Zatrzymałam się na płaskiej, nagrzanej słońcem skale, w miejscu, gdzie strumyk rozlewał się, tworząc małą sadzawkę. Wyciągnęłam się na wznak, obserwując obłoki, zjadłam trochę mięsa i poczułam senność. Wiewiórki dokazywały na drzewie obok, a ich gadulstwo przerywało przeraźliwą ciszę tego miejsca.

Odetchnęłam głęboko, wdzięczna za prawdziwie czyste powietrze. Można było poczuć jego świeżość na języku.

Położyłam się na brzuchu i lekko zmąciłam palcem odbicie mojej twarzy w wodzie. Drobniutkie kręgi rozbiegły się po powierzchni we wszystkich kierunkach. Nie wiem, dlaczego, ale oddałam się obsesyjnie temu zajęciu. Drążyło mnie jakieś niewyraźne uczucie — mieszanina strachu i wyczekiwania — takie jak na początku, kiedy zobaczyłam fotografię. Czułam, że wkraczam na nieznane mi terytorium. Patrzyłam w dół na ciepłą, kuszącą toń.

— Dlaczegóż by nie?

Potrzebowałam kąpieli. Zrzuciłam ubranie, zsunęłam się do czystej wody i usiadłam na omszałym występie skalnym, zanurzona po szyję. Na wpół drzemiąc, śledziłam odbicie nieba i refleksy światła na wodzie.

Nie wiem, jak długo to trwało. Ocknęłam się wraz z zimnym porywem wiatru. Czarne chmury przesłoniły słońce. Zerwałam się na równe nogi i pośliznęłam na mchu. Próbując uchwycić krawędź głazu, poczułam się nagle otumaniona i zupełnie zdezorientowana. Miotałam się w wodzie, która stała się nagle czarna pod pociemniałym niebem. Znalazłam wreszcie oparcie dla stóp i próbowałam wygramolić się z wody, kiedy pośliznęłam się znowu. Tym razem upadłam do przodu i uderzyłam twarzą o skałę. Krew popłynęła mi z nosa. Wypełzłam w końcu na brzeg, tak otumaniona, że ledwo zdołałam zebrać swoje rzeczy. Powoli dochodziłam do siebie. Zabrałam się do zmywania krwi z białego swetra, na którym widniała już podłużna czerwona plama. Z dala dobiegł grzmot i zrobiło się jeszcze ciemniej. Ruszyłam znowu biegiem, lecz starając się oszczędzać siły — te, które mi jeszcze pozostały. Szlak wiódł przez niewielkie wzniesienie, potem piął się w górę, na wysokie płasko-wzgórze. Trasa była ciężka.

Co chwila rozlegały się grzmoty. W chmurach majaczyły gigantyczne, mroczne twarze. Byłam świadoma każdego mojego oddechu, jakby ktoś inny oddychał za mnie. Miałam wrażenie, że jestem obserwowana. W końcu zrozumiałam. To sroki, które już wcześniej fruwały w pobliżu, siadły rzędem na drzewie, a ich matowe, czarne oczka śledziły mój ciężki bieg. Zachowywały się dziwacznie i agresywnie. Z coraz większym wysiłkiem posuwałam się naprzód, w stronę szerokiego kanionu. Nadciągający deszcz przesłonił krajobraz szarą kurtyną. Zimny wiatr dął w stronę widocznych na północy skał. Zapięłam kurtkę pod szyją i biegłam dalej. Nagle szlak począł się zwężać, aż zniknął zupełnie. Zdeprymowana usiadłam na ziemi i objęłam głowę rękami.

Serce waliło mi jak młotem, czułam suchość w ustach. Samotna wrona latała nade mną kracząc. Podniosłam się, aby odzyskać orientację. Spojrzałam w dół, wzdłuż kanionu. Po obu stronach piętrzyły się wysokie skały o płaskich wierzchołkach. Wylot kanionu majaczył niewyraźnie w oddali. Dołem, pośrodku płynął strumyk. Pomyślałam sobie, że przecież szlak powinien podążać dalej z biegiem strumienia. Byłam zła — Ruby wiedziała przecież doskonale, że szlak prowadzi donikąd. Z drugiej strony powiedziała mi jednak, że mam iść prosto na wschód, a kanion ciągnął się właśnie w tym kierunku.

Ruszyłam, więc na przełaj, przez trawy.

Biegłam teraz wzdłuż kanionu. Deszcz był tuż-tuż, a wzgórza wokoło puste, ponure i szare. Po chwili bezwiednie odnalazłam ścieżkę. Poczułam ubitą ziemię pod nogami. Bogu dzięki. Zaczęło kropić, a ja biegłam, bliska zupełnego wyczerpania. Straciłam poczucie czasu. Zdawało mi się, że stoję w miejscu, wiedziałam jednak, że przebyłam już, co najmniej osiem mil.

Gdy zbliżałam się do kilku większych skał i rosnącej przy nich kępy topoli, deszcz rozpadał się na dobre. Przystanęłam, nieomal martwa ze zmęczenia. I w tym momencie dostrzegłam niewyraźny zarys chaty, przytulonej do ściętej, skalnej ściany. Czy należała do Agnes? Byłam tak wycieńczona i przemoczona, że było mi wszystko jedno. Nie zauważyłam żadnych oznak ani ludzkiej, ani zwierzęcej obecności. Wzięłam w jedną rękę gruby kij, a w drugą spory kamień na wypadek, gdyby pojawiły się psy z gatunku tych, które widziałam u Ruby. Wstąpiłam na chwiejny ganek i zapukałam do drzwi. Nie było odpowiedzi. Zrozpaczona zastukałam mocniej i tym razem drzwi się same otworzyły. W środku nie było nikogo. W rogu chaty stało łóżko przykryte indiańskim kocem. Wzór na kocu wyglądał na oryginalny motyw zwany „Two Grey Hills", a ja przyłapałam się na rozważaniu, czy nie dałoby się go kupić, oczywiście, jeśli była to chata Agnes. Na parapecie stała lampa naftowa. Obok piecyka opalanego drewnem, na topornym stoliku, spoczywała niebieska, emaliowana miednica. Na gwoździach powbijanych w ściany z belek wisiały pęki ziół. Tu i ówdzie przybito kawałki kartonu dla lepszej izolacji — nawet blaszana reklama coca-coli znalazła tu praktyczne zastosowanie. W nogach łóżka stała surowa drewniana komódka, nad nią powieszono meksykańską makatkę z hiszpańskim tancerzem, a obok niej kilka grzechotek z sarnich kopyt i skrzydło sowy. Zauważyłam dwa jabłka leżące na szarym, drewnianym stole pośrodku izby. Przy stole stały trzy krzesła.

Usiadłam i zachłannie zjadłam jedno jabłko. Deszcz dudnił w blachę nad głową. Pierwszy raz w życiu byłam sama na takim odludziu. Zamknęłam drzwi, bo w izbie zrobiło się zimno. Zmierzch wydłużał cienie wewnątrz chaty, wypędzając ze mnie resztki odwagi. Poczęłam chodzić w kółko i mówić do siebie, żeby słyszeć, chociaż własny glos. Zapaliłam lampę i spróbowałam bezskutecznie rozpalić ogień w piecyku. Moje ciało poddało się zupełnie. Zjadłam trochę suszonej sarniny, a potem z desperacją sięgnęłam po stary śpiwór, który dostrzegłam w kącie. Rozłożyłam go na łóżku. Był poplamiony olejem i miał niebiesko-różową flanelową wyściółkę z myszką Mickey. Ściągnęłam mokre ubranie i zaczęłam wpełzać do śpiwora, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że bardzo chce mi się siusiu.

Pojękując włożyłam kurtkę i buty i z lękiem uchyliłam drzwi. Kiedy błyskawica oświetliła ganek, zobaczyłam, że był pusty. Zwlokłam się po stopniach na dół i przycupnęłam w mokrej trawie, przytrzymując się ganku dla bezpieczeństwa. Z pośpiechem wróciłam do środka, tym razem przemoczona do suchej nitki. Zamknęłam drzwi i rozebrałam się ponownie. Dygocząc z zimna wskoczyłam do łóżka i zgasiłam lampę. Deszcz ustał i zrobiło się nagle cicho. Leżałam zupełnie odrętwiała.

Nie wiem, jak długo spałam, ale przebudzenie było gwałtowne. Ktoś szarpał mnie za ramię, ciągnął za włosy i krzyczał:

— Wstawaj! Już czas, wstawaj prędko!

Otworzyłam oczy i z wrażenia zaparło mi dech w piersiach. W migotliwym świetle ujrzałam twarz, która wyglądała jakby była z wosku. Nie byłam pewna, czy to ludzka twarz. Wrzasnęłam, ale czyjaś dłoń zakryła mi usta.

— Już czas!

Obróciłam głowę na bok, próbując odzyskać przytomność umysłu.

—Co się dzieje? — zapytałam. — Czy to ty jesteś Agnes Whistling Elk?

—Tak, jesteś w mojej chacie. Wstawaj i chodź ze

Zebrałam się w sobie i chciałam narzucić dżinsy, kurtkę i buty, Agnes jednak pociągnęła mnie z tak zaskakującą siłą w stronę drzwi, że omal nie upadłam.

- Co robisz, u licha?

Agnes szarpnęła jeszcze mocniej.

— Musimy się spieszyć.

Byłam tak zesztywniała, że ledwo powłóczyłam nogami, ale wypadłyśmy z chaty biegiem. Stara kobieta poruszała się jak młoda dziewczyna. Ciągnęła mnie pomiędzy skały za chatą. Nie było tam żadnej ścieżki. Przeskakiwałyśmy przez zwalone pnie i omijałyśmy sterczące skały, które rzucały upiorne cienie. Pośliznęłam się i upadłam, skręcając nogę w kostce, ale Agnes chwyciła mnie za rękę i biegła dalej. Utrzymywałyśmy to szalone tempo przez piętnaście minut.

Dotarłyśmy w końcu do pustej przestrzeni między skalami. Niecałe dwadzieścia jardów dalej stało świetliste tipi. Jego powierzchnia jarzyła się światłem pochodzącym z wnętrza, a ze szczytu wiła się w górę smużka dymu. To było zupełnie surrealistyczne. Agnes dociągnęła mnie aż do wejścia.

— Nago! — rozkazała. –

- Co?

— Musisz stanąć przed babkami nago.

W nieprawdopodobnym tempie zdarła ze mnie wszystko, co miałam na sobie. Próbowałam protestować, ale wymierzyła mi mocny policzek. Szumiało mi w uszach i trzęsłam się ze strachu. Kiedy Agnes pchnęła mnie do i odka, byłam bliska pomieszania zmysłów.

Wokół ogniska w centrum namiotu siedziało sześć starych Indianek owiniętych w koce. Ciężki, gryzący dym unosił się w powietrzu. W czerwonym blasku żarzącego się ognia zauważyłam, że ich twarze były jeszcze starsze niż twarz Agnes. Za nimi, na żerdziach namiotu wisiały wstążki, pióra, bukłaki i czaszki bizonów. Przed czterema z kobiet piętrzyły się niewielkie kopczyki ziemi, w których tkwiły modlitewne laseczki.

—Siadaj — powiedziała Agnes, popychając mnie na ziemię.

Przeszła obok mnie i usiadła po mojej prawej stronie. Drżałam i lękliwie obejmowałam rękami kolana, żeby zakryć piersi.

Wszystkie oczy wpatrywały się we mnie, a cienie rzucane przez blask ogniska tańczyły na ścianach tipi. Przez głowę przemknęła mi myśl o średniowiecznych sabatach czarownic. Miałam wrażenie, że ożyły nagle portrety starych Indianek z fotografii Curtisa, w których tak się lubowałam. Teraz wyraźnie ze mnie drwiły — gapiły się na mnie złośliwie.

—Dlaczego przyprowadziłaś tutaj tę kanibalkę, Agnes? — zapytała jedna z kobiet łamaną angielszczyzną. Ton głosu był zjadliwy, a ja aż podskoczyłam na dźwięk słowa kanibal.

Kobieta siedząca najbliżej trzymała w ręku długi kij, czy raczej laskę z piórami. Zaczęła najpierw poszturchiwać nią moje ramię, a potem bok. Inna pochyliła się i uszczypnęła mnie.

—To dziecko chce pójść drogą ślubnego koszyka — odpowiedziała Agnes.

Nie ośmieliłam się" nawet drgnąć. Zastygłam bez ruchu pod wrażeniem tych niesamowitych oględzin.

—Ho — powiedziała kobieta z kijem. — Dlaczego szłaś tutaj tak długo?

Kiedy zwróciłam wzrok w jej stronę, chłód przeszedł mi po kościach.

—Przybyłam tu kupić ślubny koszyk, jeśli to ten sam, który widziałam na zdjęciu, oczywiście, jeżeli nie będzie zbyt wiele kosztował — bełkotałam.

—Cicho, idiotko — powiedziała Agnes.

—Ale ja chciałam tylko... ten koszyk...

—Cicho! — syknęła Agnes. — Mów tylko wtedy, kiedy się do ciebie zwracają.

—Nie jest jeszcze gotowa — orzekła kobieta z laską. Pochyliła się i zaczęła coś szeptać do Agnes.

Pozostałe staruchy przytaknęły, kiwając głowami. Czułam się ofiarą jakiejś straszliwej konspiracji.



dalej


strona główna
(23kB)