(23kB)
strona główna


Willigis Jager OSB

Fala jest morzem

rozmowy o mistyce

Rozmawiał Christoph Ouarch

Przekład: Zenon Mazurczak

JACEK SANTORSKI & CO

WYDAWNICTWO

 

SPIS TREŚCI

Przedmowa............................................3

Przedmowa do wydania polskiego.............................4

WPROWADZENIE

Na progu milenium ducha

Jak duch czasu budzi potrzebę mistyki?.................... 5

PODSTAWY DUCHOWOŚCI MISTYCZNEJ

Fala jest morzem

Co to jest doświadczenie mistyczne?........................ 16

Wiele dróg - ale tylko jeden szczyt

Jak religie odnoszą się do mistyki?......................... 29

Bóg jest tancerzem i tańcem

Jak na nowo interpretować prawdy chrześcijańskie?.............. 39

Na dnie pucharu czeka Bóg

Jak nauki przyrodnicze potwierdzają doświadczenia mistyki?........ 50

DUCHOWOŚĆ MISTYCZNA W PRAKTYCE

Siedzenie, oddychanie, milczenie

Jakie kroki można podjąć na drodze duchowej?................ 56

W drodze do raju

Jak doświadczenie duchowe wpływa na działanie?............... 65

Demony mogą być pomocne

Dlaczego mistyka służy dobru człowieka?.................... 74

Wdrażanie się w sztukę umierania

Czy duchowość mistyczna zmniejsza lęk przed śmiercią?.......... 82

Od wydawcy niemieckiego................................. 89

Literatura............................................. 90

PRZEDMOWA

Niniejsza książka powstała dla ludzi, którzy, co prawda, żyją w chrześcijańskim kręgu kulturowym, ale nie zostali ochrzczeni albo nie czują (już) przynależności do kościoła. Przyjmuję tu następujący punkt wyjścia: Boga widzę nie jako stwórcę ontologicznie odrębnego świata, lecz jako jedność, w której nie ma rozdziału między Bogiem a światem, między duchem a materią, między bytem a nie-bytem. To, co my, ludzie Zachodu, nazywamy Bogiem, widzę jako Jedną Rzeczywistość. Objawia się ona pod wieloma postaciami, a przy tym zawsze pozostaje sobą. Jest jak morze, które objawia się w milionach fal, ale zawsze pozostaje tą samą wodą.

Podczas wieloletniego pobytu w Japonii uzyskałem bezpośredni wgląd we wschodni sposób widzenia świata. Mogłem też z zewnątrz spojrzeć na gmach naszej chrześcijańskiej wiary. Stwierdziłem, że religie są modelami, za pomocą, których człowiek stara się zrozumieć siebie i świat. Modele nie są jednak rzeczywistością. Często opierają się na postulatach, które się tylko powiela, a których się już nie sprawdza. Jeżeli nauka tworzy model, by wyjaśnić jakieś skomplikowane procesy, to wie, że jest to tylko model i nie jest on rzeczą samą, lecz tylko wyjaśnieniem. Model zostaje zmieniony, gdy pojawiają się nowe fakty. Religie są modelami. Skoro zmienia się widzenie świata, to religie także powinny mieć odwagę tworzenia nowych modeli albo ponownego interpretowania starych. W przeciwnym wypadku raczej zagradzają ludziom drogę, niż ją otwierają. Są osoby głęboko religijne, które nie czują się związane z żadnym wyznaniem. Z myślą o nich spisane zostały te rozmowy.

Zdaję sobie sprawę, że myśli zawarte w tej książce mogą niektórych zaniepokoić, a nawet sprowokować do zajęcia odmiennego stanowiska. Właśnie, dlatego mogą prowadzić do rozmowy o religii i mistyce. Niczego nie absolutyzuję. Nikogo nie chcę przekonać. Nie deprecjonuję istniejących wyobrażeń religijnych. Nie lekceważę innych poglądów. Próbuję jedynie zobaczyć stare prawdy w innym świetle. Mam nadzieję, że dzięki temu pojawiają się nowe wglądy w sens naszej ludzkiej egzystencji. Moje długie doświadczenie duszpasterskie mówi mi, że wypowiadam to, co ludzie noszą w sercach, i że dzięki tym myślom poczują się oni umocnieni na swojej drodze. Nierzadko jest to droga chrześcijańska. Z myślą o nich została napisana ta książka.

Od dziecka szukam odpowiedzi na najważniejsze pytanie:, Dlaczego żyję? Jaki jest sens sześćdziesięciu, siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu lat mojego życia na tej absolutnie nieznaczącej drobinie pyłu na obrzeżach ogromnego wszechświata? Na Wschodzie znalazłem drogi duchowe, które głębią dorównują mistyce chrześcijańskiej. Uważam, że w mistyce Wschodu i Zachodu znalazłem rzeczywistą odpowiedź na pytanie o sens życia. Czasami wydaje mi się, że mistyka jest ratunkiem dla teologii. W buddyzmie i hinduizmie nieznana jest instytucja kongregacji wiary, która podaje ludziom, w co mają wierzyć. Religia odnawia się wciąż dzięki doświadczeniu mędrców i mistyków. Oczywiście, we wschodnich religiach istnieją również wszelkie formy wyobrażeń i praktyk religijnych. Ale tam wiadomo, że ostatecznie tylko doświadczenie rzeczywistości może być celem i że religia wyrosła z mistycznego doświadczenia mędrców. I ja tak rozumiem objawienie. Przypadek czy zrządzenie - słowa te piszę w Bursfelde, w dawnym klasztorze benedyktyńskim, gdzie prowadzę kurs kontemplacji. Tu rozpoczął się w średniowieczu ruch reformatorski. Dzięki przyjęciu mistycznych impulsów powstała wśród świeckich nowa forma pobożności, devotio moderna. Na początku praktykowano ją tylko w kręgach świeckich, dopiero potem weszła do klasztorów. W bursfeldzkim ruchu reformatorskim kontemplacyjne formy modlitwy przejęli także benedyktyni. Do świętowania liturgii oraz modlitwy chórowej dołączyli poranną i wieczorną medytację prywatną. Dzisiaj znów przede wszystkim ludzie świeccy spotykają się, by pielęgnować modlitwę kontemplacyjną. Rozmowy niniejsze im zwłaszcza mają dodać otuchy. Willigis Jdger OSB

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

I w dziwnym widzeniu
i światłem byłem, i źrenica razem

Adam Mickiewicz

Od lat z zainteresowaniem obserwuję przemiany religijności i świadomości w Polsce oraz w Europie Wschodniej, a wcześniej w tak zwanym bloku wschodnim. Myślę, że moja książka trafia na dogodny moment. Po przełomie, po czasach obrony wiary i wolności, kiedy zwłaszcza Polacy dawali niepospolite świadectwa odwagi wiary, nastał wreszcie utęskniony czas pełnej otwartości.

Bogactwo życia religijnego w Polsce zdumiewa. Widać je także w mistyce, która w Polsce zawsze była filarem wiary. Mam zwłaszcza na myśli pielgrzymki - zjawisko o niezwykłej skali. Ze Wschodu zaczyna dziś znowu docierać do Europy medytacja w chodzeniu. Na pielgrzymkach praktykuje się ją w Polsce od dawna. Nie mogę nie wspomnieć o dziedzictwie chasydów, o ruchu mistycznym, który zawsze kojarzyć mi się będzie z Polską, tak jak z Polską kojarzy mi się Solidarność - niebywały w naszych czasach przykład przezwyciężenia egocentryzmu. A polska poezja! W antologii tekstów mistycznych nie przypadkiem umieściłem trzy wiersze Wisławy Szymborskiej. Nie znałem wtedy jeszcze, niestety, wiersza Adama Mickiewicza „Widzenie", nadzwyczajnego zaiste świadectwa mistycznego.

Cieszę się, że w niespełna rok po wydaniu niemieckim, które ma już czwartą edycję, rozmowy o duchowości mistycznej mogą się ukazać po polsku. To moja druga książka przetłumaczona na język polski. Mam nadzieję, że niebawem uda się zorganizować w Polsce kurs kontemplacji.

Bardzo zależy mi na tym, żeby był to kurs dla Polaków i Niemców. W pojednaniu polsko-niemieckim powiedziano już wiele pamiętnych i doniosłych słów. Może właśnie, dlatego tak ważne jest, żeby we wspólnym milczeniu otworzyć się przed Bogiem i ludźmi. Jednając się, z Bogiem, jednamy się ze sobą i z innymi. Serdecznie zapraszam.

Mojemu uczniowi na drodze kontemplacji, Zenonowi Mazurczakowi, pragnę bardzo serdecznie podziękować za tłumaczenie. Mojemu przyjacielowi, Alexandrowi Porajowi, za pomoc w autoryzowaniu przekładu. Wydawnictwu dziękuję za trud i ryzyko wydania tej książki. Wiem z doświadczenia, że będzie ona pomocą dla wielu poszukujących. Niemało dziś ludzi, którzy stali się bezdomni w swojej wierze.

Willigis Jtiger Dom św. Benedykta, 9.08.2001

 

 

WPROWADZENIE

NA PROGU MILENIUM DUCHA

JAK DUCH CZASU BUDZI POTRZEBĘ MISTYKI

Jako założyciel i wieloletni kierownik Domu św. Benedykta - Ośrodka Duchowych Dróg w Wurzburgu — ma Ojciec stale kontakt z ludźmi. Codziennie spotyka się Ojciec z gośćmi, ze swoimi uczennicami i uczniami. Rozmawia Ojciec z nimi, zna ich lęki i nadzieje. Co porusza tych ludzi?

Wiele kobiet i wielu mężczyzn, którzy przychodzą do mnie, czuje się obco w odziedziczonym chrześcijańskim otoczeniu. Z wiarą, która jest nauczana w kościele, nie potrafią począć nic albo już tylko niewiele. Ani nie pomaga im ona w trudach życia codziennego, ani nie zgadza się z ich obrazem świata. Bo i jak? Astrofizyka już dawno uświadomiła nam, że my, ludzie, nie jesteśmy pępkiem świata. Nasza Ziemia to drobina pyłu na skraju uniwersum, umieszczona w stosunkowo małej Drodze Mlecznej, jednej z dwustu pięćdziesięciu miliardów. Ten wszechświat zaczął się prawdopodobnie niewyobrażalnie dawno od Wielkiego Wybuchu i rozszerza się z prędkością bliską prędkości światła. Słyszymy o pulsujących kwazarach i o czarnych dziurach. Przypuszcza się, że po niewyobrażalnie długim czasie wszechświat ten znów stopi się w jeden punkt. To, co dzisiaj wiemy, nie pasuje zupełnie do tego, czego uczył kościół przez wieki i czego wielu chrześcijan trzyma się do dzisiaj. Prawie wszystkie dogmaty powstały przecież w czasach, w których wierzono, że Ziemia jest płaska, a gwiazdy są dziurami w firmamencie.

Dlaczego ludzie wierzą w coś, co jest sprzeczne z ich wiedza?

Ponieważ potrzebują religijnych wyobrażeń. Pomagają one zachować poczucie sensu i nadzieję, bez których ludzie nie potrafią żyć. Znamienną cechą naszego gatunku jest zdolność zastanawiania się nad sobą. Myślenie o sobie prowadzi w sposób nieunikniony do zastanawiania się nad sensem życia - nad cierpieniem, śmiercią i życiem po śmierci. C.G. Jung widział to bardzo wyraźnie: „Nasze wyznania z ich słusznie staroświeckimi rytuałami i formami wyobrażeń ukazują obraz świata, który, co prawda, w średniowieczu nie stwarzał jeszcze poważniejszych trudności, ale dla człowieka dzisiaj jest raczej niezrozumiały, chociaż głęboki instynkt wciąż jeszcze skłania go do tego, żeby mimo konfliktu z nowoczesnym światopoglądem trzymać się wyobrażeń, które, wzięte dosłownie, nie czynią zadość rozwojowi ducha w ostatnich pięciu wiekach. Dzieje się tak niewątpliwie, dlatego, żeby człowiek nie popadł w otchłań nihilistycznej rozpaczy". Ale dzisiaj dzieje się to coraz częściej: Stary obraz świata nie spełnia już swojej funkcji, a ludzie popadają w rozpacz, ponieważ nie wiedzą, dlaczego właściwie żyją.

I wtedy przychodzą do Ojca?

Tak, ale to nie jedyny powód. Przychodzą do mnie także wierzący i praktykujący chrześcijanie, którzy popadli w zwątpienie, co do swej wiary. Uświadomili sobie, że wiara dzieciństwa nie ma już siły, by poprowadzić ich przez życie - a przede wszystkim przez śmierć. Mamy dużą liczbę gości, którzy nie należą do żadnego kościoła czy wyznania, nie zostali ochrzczeni, ale jednak są głęboko religijni. Ludzie ci przeczuwają, że jest coś, co w ich dotychczasowym życiu nie odegrało jeszcze żadnej roli, a co teraz jawi się jako absolutnie konieczne do zrozumienia sensu życia.

Z czego to wynika?

Nie ma prostego wyjaśnienia, ale można wymienić kilka powodów. Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko przesycenia. Ludzie zachodniego świata zostali tak obficie pobłogosławieni wszelkimi dobrami i towarami, że w końcu nie wiedzą, jaki sens ma to wszystko. Orientację utrudnia im jeszcze wielość ideologii, które za pomocą nowych mediów z zawrotną szybkością atakują nas z całego świata. Politycy często nie mówią prawdy, gdyż byłaby ona zbyt ponura i nie przysłużyłaby się raczej ich kampanii wyborczej. Reklama oraz selekcja informacji są narzędziami manipulacji.

To wszystko prowadzi u wielu naszych współczesnych do poczucia głębokiej niepewności. I zmusza ich do poszukiwania hierarchii wartości, dzięki której może się udać współżycie na naszym globie.

Przez stulecia europejski humanizm proponował uniwersalną hierarchię wartości. Jednak został on zdyskredytowany. Peter Sloterdijk, filozof, poddał go ostrej krytyce. Wytknął, że humanizm nie był w stanie uczynić z nas istot, które odpowiadałyby własnym wymaganiom etycznym. Dlatego domagał się on nowych reguł dla „ludzkiego parku" przyszłości. Czy ludzie tego dziś potrzebują?

Za wywodami Sloterdijka kryje się bojaźliwe pytanie o to, dokąd zmierza gatunek Homo sapiens, którego niedojrzałość jest oczywista. Ani religiom, ani marksizmowi, ani egzystencjalizmowi nie udało się uczynić z człowieka lepszej istoty. Ani w antycznej, ani w chrześcijańskiej, ani w oświeceniowej postaci humanizm nie rozwinął człowieka w jakiś znaczący sposób. Miało raczej miejsce coś przeciwnego. Tak przynajmniej się wydaje, jeśli spojrzymy na wiek XX. Po Stalinie, Hitlerze, Mao, Poi Pocie - żeby wymienić tylko najbardziej przerażające nazwiska ludzi, wokół których grupowały się systemy pogardy dla człowieka - po wszystkich walkach szczepowych w Afryce, po zubożeniu wielu ludzi w Ameryce Łacińskiej i wzroście przestępczości na całym świecie człowiek nie może uchylić się od pytania o właściwe humanum. W obliczu tak sromotnej klęski humanizmu trzeba na nowo postawić pytanie o formowanie człowieka. W tym sensie Sloterdijk ma rację. F. Nietzsche, na którego się powołuje, widział to zresztą już sto lat temu. W „Tako rzecze Zaratustra" porównuje on czas młodości - a my możemy rozszerzyć to na całe życie - z wielbłądem. Wielbłąd klęka i pozwala się objuczyć. Potem, chwiejąc się, wstaje i dźwiga swój ciężar na pustynię. Tam przemienia się w lwa, tym silniejszego, im większy ciężar taszczył. Lew musi zabić smoka. Imię smoka brzmi „Powinieneś!". Gdy zabije smoka, przemienia się w dziecko, które rozwinie się w to, czym jest w swej najgłębszej istocie. Nietzsche zwraca się tym samym przeciwko kapłanom i nauczycielom, którzy ponoć mają monopol hodowlany. Nie deprecjonuje wychowania ani wychowawców. Raczej zrozpaczony krzyczy, że się nam nie udało z człowieka zrobić człowieka. Konstatuje potężny deficyt w wychowaniu rodzaju ludzkiego spowodowany przez religię, teologię i filozofię, przez szkoły i przez politykę. Deficyt ten prowadzi dziś do pytania o sens wychowania w ogóle. Czy istnieje szansa uspołecznienia człowieka, która umożliwiałaby mu współżycie z innymi ludźmi w sposób rzeczywiście godny człowieka?

Sloterdijk proponuje uwolnić to pytanie od wszelkich moralnych skojarzeń. Nie wolno już stawiać go filozofom i teologom, ponieważ wcześniej czy później odpowiedź na nie stanie się sprawą inżynierów genetycznych i biochemików. Jego dewiza brzmi: Antropotechnika zamiast humanistycznego wykształcenia. Co Ojciec o tym sądzi?

Antropotechnika, selekcja prenatalna i manipulacja genetyczna budzą w nas lęk. Słusznie, bo nikt nie wie, jak właściwie ma wyglądać człowiek przyszłości. Sloterdijk ma jednak rację, że „oswojenie człowieka" nie dokona się zapewne poprzez moralne nakazy i zakazy. Potrzebujemy nie tylko reguł - w tym także „reguł dla ludzkiego parku" - żeby ułożyć nasze współżycie z innymi. Rzeczywistego człowieka nie da się również wyhodować. Nasz rozum został skażony przez groźny dla życia egocentryzm. Znaleźliśmy się w ślepej uliczce. Zaprowadził nas tam przerost ratio powiązany z niszczycielskim narcyzmem. Widzę tylko jedno rozwiązanie: Rzeczywisty humanizm osiągniemy nie nakazami, lecz poznaniem i mistycznym doświadczeniem jedności ze wszystkimi istotami. Musimy dotrzeć do naszego właściwego źródła, do naszej prawdziwej istoty, do naszego boskiego jądra - czy jakkolwiek to nazwiemy. Każda zewnętrzna moralność wydaje się ostatecznie skazana na klęskę. Mimo to musimy spróbować powiedzieć dzieciom, jak mogą rozumnie istnieć w tym społeczeństwie. Musimy ustanawiać nakazy, począwszy od sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu, a skończywszy na społecznej odpowiedzialności. Rzeczywista przemiana człowieka bierze się z głębi bytu.

Jak skłonić ludzi, żeby zapragnęli takiej przemiany?

To nie jest wcale takie trudne. My zachowaliśmy przeczucie, że istnieje miejsce, gdzie wszystkie pytania mają swoją odpowiedź. Coraz więcej ludzi wyrusza na poszukiwanie tego miejsca. I to właśnie oni przychodzą do nas albo szukają instytucji podobnych do naszej. Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś, że pochodzi z rodziny ateistycznej. Ale już w wieku sześciu lat wiedziała, że jej rodzice kłamią. Dlatego chodziła potajemnie do kościoła. Inni zapewniali mnie, że próbowali wyjaśnić swoim rodzicom, że nie są ich dziećmi, lecz pochodzą skądinąd lub gdzie indziej mają swoje miejsce. Jeśli ta pewność utrzymuje się do późnego wieku, to nie można jej zbyć jako dziecinnego urojenia.

Co Ojciec oferuje tym ludziom? Co mogą oni u Ojca znaleźć?

Idę z tymi ludźmi drogą duchową, która prowadzi do doświadczenia tego, co zwiastują święte księgi wszystkich religii, co wyrażają rytuały i sakramenty, i co obiecywały pierwotnie ludziom kościoły. Drogą, która prowadzi do doświadczenia tego, co stanowi cel religii: Bóg, Boskość, Pustka, Brahman. Używam tych określeń zamiennie, bo znajduję w nich wskazanie na ostateczność i jednię.

Powiada Ojciec: To, co obiecywały pierwotnie ludziom kościoły. Czy to znaczy, że one dziś tej obietnicy nie wypełniają, że nie są już w stanie przekazać doświadczenia religijnego? I ludzie przychodzą do Ojca, żeby zdobyć doświadczenie religijne lub duchowe?

I tak, i nie. Trafiają do mnie zarówno ludzie, którzy chcą poczynić pewne doświadczenia, jak też i ludzie, którzy już takie doświadczenia mieli. Wspólna jest im wiedza lub przeczucie, że nie zadowala ich czysto intelektualne przekazywanie wiary, że na czysto kognitywnej drodze nie mogą znaleźć odpowiedzi na pytanie o sens życia.

Czy to powód, dla którego nasze kościoły są puste?

Zasadniczy problem współczesnego kościoła polega na tym, że w zbyt małym stopniu przekazuje on wielki skarb swej mistycznej i duchowej tradycji. Mistyczne elementy chrześcijaństwa są w kościele prawie nieobecne. Jest rzeczą znamienną, że wielcy fizycy XX wieku - Werner Heisenberg, Wolfgang Pauli, Erwin Schródinger - nie zwrócili się do chrześcijaństwa, lecz do hinduizmu i buddyzmu, gdy szukali języka, w którym mogliby wyrazić duchowy wymiar swych odkryć w zakresie fizyki. Któż dziś wie, że również chrześcijaństwo ma tradycję mistyczno-duchową nieustępującą mądrością i głębią naukom Wschodu? Mistyczni myśliciele - Mistrz Eckhart, Jan Tauler, Mikołaj z Kuzy - na długo poszli w zapomnienie.

Czy dlatego, że w dziejach chrześcijaństwa zatriumfowała teologia, która ukryła ich dorobek?

Akademicka teologia wielkich religii rzadko zajmuje się doświadczeniem mistycznym. W liczącym osiemset stron Katechizmie Rzymskim słowo mistyka nie pada ani razu. W doktrynie katolickiej mistykę przypisano do dogmatyki. Jest kontrolowana przez racjonalną doktrynę wiary i tylko wtedy ma w ogóle szansę dojść do głosu, jeśli zgodzi się na jej abstrakcyjną terminologię. Chrześcijańskim mistykom posługiwanie się tą terminologią sprawiało znaczne trudności. Gdy chcieli wyrazić swoje doświadczenia, musieli to czynić przez filtr dogmatyki. Prowadziło to do zahamowania i stępienia siły bezpośredniego przeżycia, pierwotnego doświadczenia. Z tego powodu chrześcijańska tradycja w globalnym koncercie mistyki zawsze odgrywała podrzędną rolę. Mistyczne nurty w hinduizmie i buddyzmie, także w nieco mniejszym stopniu w islamie, mają dużo szerszy krąg oddziaływania, ponieważ mogły rozwijać się dużo swobodniej niż dogmatycznie oswojona mistyka chrześcijańska.

Czy to tylko prymat dogmatyki podcina skrzydła mistyce chrześcijańskiej? A może raczej czyni to teologia panująca w dogmatyce chrześcijańskiej?

Trudno powiedzieć. Faktem jest, że w teologii chrześcijańskiej ostatnich dwustu lat nie było miejsca dla mistyki. Teologia uprawiała konsekwentną racjonalizację wiary i nie chciała nic wiedzieć o rzekomo irracjonalnej mistyce. Teologia sądziła, że musi sprostać tym samym naukowym standardom, co nauki przyrodnicze. A to zwykłe nieporozumienie. Mędrcy wszystkich religii są zgodni, że to, o co im chodzi, leży poza wszelkimi pojęciowymi sformułowaniami i racjonalnym poznaniem.

Jak mogło wobec tego dojść w chrześcijaństwie do takiego racjonalistycznego nieporozumienia?

Jego korzenie sięgają bardzo głęboko, aż do filozofii Arystotelesa. W rozwiniętej przez niego teologii Bóg tronuje ponad wszystkim. Nie jest to Bóg, który we wszystkim się istoczy. Jest on szczytem stworzenia, ale nie jest w stworzeniu. Jest celem, do którego wszystko dąży. Ale on sam nie płynie w stworzeniu. Bóg Arystotelesa nie jest przelewającą się pełnią, która objawia się w stworzeniu. Pod wpływem arystotelesowskiej filozofii w średniowieczu Albert Wielki i Tomasz z Akwinu stworzyli teologię chrześcijańską. Zaczęło dominować wyobrażenie o Bogu poza światem. Bóg ten, tak jak staroizraelski Jahwe, określa z zewnątrz los swego świata. Co więcej, do takiego obiektywnego Boga można zastosować kryteria dotyczące obiektywnego, racjonalnego poznania. Stąd wzięło się niezrozumienie mistyki.

Jakie konsekwencje ma to teistyczne nakierowanie teologii chrześcijańskiej?

Teizm prowadzi do dualnego widzenia świata. Ustanawia głęboką przepaść między Bogiem a światem. Bóg i świat są ontologicznie różni, są rzeczywistościami istniejącymi dla siebie. Świat staje się doliną płaczu, z której należy uciec przez zbawczy most krzyża Chrystusa. U podstaw chrześcijaństwa leży teistyczny sposób myślenia, a jego konsekwencją jest rozumienie Jezusa jako zbawiciela. Soterologia, chrystologia, teologia ofiary - wszystkie one mają znaczenie tylko na tle teizmu.

Czy chce Ojciec przez to powiedzieć, że Jezus nie rościł sobie pretensji do bycia zbawicielem, wybawcą lub odkupicielem, że określenia te są skutkiem teistycznej interpretacji?

Na pewno Jezus przyczynił się do teistycznej interpretacji swego życia i nauki. Wynika to z natury języka jego czasów. Decydujące jednak jest to, że chrześcijaństwo swoją teologią zbawienia, która bynajmniej nie pochodzi od Jezusa, lecz raczej od Pawła, wzięło na siebie ogromne brzemię. Po pierwsze, dlatego, że dziś już prawie nie sposób wytłumaczyć komuś, iż dwa tysiące lat temu pewien człowiek umarł na krzyżu, ażeby odpokutować nasze winy. Po drugie zaś, dlatego, że z lekceważeniem ziemskiego świata łączy się niezrozumiałe dziś lekceważenie doczesności: Ziemi, przyrody, kobiety, ciała, seksualności i zmysłów. Jestem świadom ogólnikowości tych wypowiedzi. Ale patrząc wstecz na dwa tysiąclecia chrześcijaństwa, widzę w nich jednak dużo prawdy.

Dualne widzenie świata istnieje jednak nie tylko w chrześcijaństwie.

Tak, to prawda. Teistyczne i dualistyczne elementy istnieją w chrześcijaństwie, w islamie i w judaizmie. Ale też w praktykowanym buddyzmie i hinduizmie, o ile nie idą one mistycznymi drogami swoich założycieli. Na przykład buddyjski amidyzm prawie nie różni się w podstawowej strukturze od chrześcijaństwa. Widziałem w Indiach składanie ofiar ze zwierząt, którymi próbowano zjednać sobie boginie Kali. Jak w innych religiach, tak i tu ustanawia się najpierw przepaść między Bogiem a światem. Potem obiecuje jej pokonanie dzięki wyrzeczeniom i darom ofiarnym. Na koniec przyrzeka zbawienie, które nadejdzie później. Na tym polega obietnica zbawienia.

Jeśli wszystkie wielkie religie mają elementy dualistyczne, to nasuwa się podejrzenie, że teistyczny sposób mówienia o Bogu — a więc jego uprzedmiotowienie — leży w naturze ludzkiego intelektu. Czy w ogóle jest możliwa nie-teistyczna teologia? Czy teizm nie jest właściwie jedynym możliwym sposobem mówienia o Bogu?

To za dużo powiedziane. Jeżeli spojrzymy na historię filozofii, stwierdzimy, że nie wszyscy wielcy myśliciele reprezentowali podejście dualis-tyczno-teistyczne. Jak na ironię, akurat nauczyciel Arystotelesa, Platon, reprezentuje na Zachodzie nie-teistyczną teologię. Albowiem Platon -wbrew wszystkim błędnym interpretacjom jego tekstów - nie zna ontologicznego dualizmu. Jego filozofia w europejskim myśleniu przetrwała tylko jako podskórny prąd - właśnie jako mistyka. Plotyn i Proklos w III stuleciu są neoplatonikami, tak samo Dionizy i Ewagriusz z Pontu w IV wieku. Również Mistrz Eckhart, Mikołaj z Kuzy i G.W. Leibniz wracają do Platona.

Jak Ojciec to tłumaczy?

W filozofii platońskiej Bóg jest zarówno w świecie, jak i poza światem. Materia sama nie istnieje, rzeczywistością staje się dopiero dzięki bezczasowym ideom, które się w niej manifestują. Znamienne, że ten „idealizm" znalazł ponownie uznanie w naukach przyrodniczych. Mechanika kwantowa pokazuje w każdym razie, że zmierzamy do przyjęcia obrazu świata, który w wielu elementach przypomina obraz platoński. Wiem dobrze, że to dyskusyjne, czy Platona można rzeczywiście tak rozumieć. Jednak fakt, że mistycy do niego sięgają, skłania do takiej interpretacji.

Jakie są najważniejsze zbieżności między filozofią platońską a mistyką?

Najważniejsze zbieżności widzę w przekonaniu, że nie ma przepaści między Bogiem a światem, że świat nie jest niczym innym jak zjawianiem się tego, co boskie. W konsekwencji zbawienie jest rozumiane nie jako pokonanie owej przepaści, lecz jako przebudzenie się do prawdziwej istoty. Taki też był właściwy cel wszystkich mędrców i wszystkich założycieli religii: Wyzwolić ludzi ze stanu mroczności i wprowadzić w doświadczenie tego, co boskie. Zbawienie rozumieli oni jako poznanie. Na tym też polega dla mnie znaczenie Jezusa: Na tym, że wskazał nam drogę do doświadczenia jedności z boską prazasadą, nie zaś na jego śmierci na krzyżu. Doświadczenie, które poczynił, umożliwiło mu określanie Boga nie tylko poufale jako ojca, lecz ponadto pozwoliło powiedzieć: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy" (J 10,30) albo „Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca" (J 14,9), lub „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM" (J 8,58). Stąd można powiedzieć, że w chrześcijaństwie chodzi o to, żeby naśladując Chrystusa, wejść w proces poznawania w świadomości mistycznej.

Nawet, jeśli w kościele rośnie przekonanie o znaczeniu duchowości i mistyki, to ci, którzy szukają religijnych doświadczeń, nie pukają już do jego drzwi, lecz szukają szczęścia poza tradycyjnymi instytucjami.

Pod wpływem tradycji buddyjskich i hinduskich powstały w świecie zachodnim niewielkie grupy i wspólnoty, które nie mają z kościołem nic albo prawie nic wspólnego. Wydaje się, że mistyka wywędrowała z kościoła. Naturalnie, istnieje również pseudomistyka i dlatego niejeden szarlatan włóczy się po tak zwanym targowisku dostarczycieli sensu. Również ruch New Age zrodził wiele wątpliwych idei. Trzeba jednak przyznać, że ludzie, których tam ciągnie, naprawdę szukają i że najwyraźniej nie znaleźli poza tym nigdzie czegoś, co by im odpowiadało.

Mówi Ojciec, że wielu przychodzących do niego ludzi popadło w kryzys tożsamości. Czy ma Ojciec wrażenie, że takie kryzysy tożsamości są coraz częstsze?

Tak. I przypuszczam, że przyczyn tego należy szukać w stylu życia naszego społeczeństwa. Tradycyjne wzorce małżeństwa i rodziny są w stanie częściowego rozpadu. Zanika tożsamość regionalna i narodowa. Jednocześnie przeżywamy zawrotne przyspieszenie wszelkich procesów życiowych. Ludzie czują się wypaleni i niezadowoleni. Kieruję m.in. forum „Duchowość dla menedżerów". Słyszę tam ciągłe skargi, że zawodowy sukces nie daje spełnienia. Stąd zawały i załamania psychiczne u wielu pięćdziesięciolatków. To uczucie niedosytu typowe jest zwłaszcza na wyższych szczeblach hierarchii przedsiębiorstw. U wielu ludzi prowadzi ono w końcu do dolegliwości cielesnych. Dowodzi tego dramatyczny wzrost liczby chorób przewlekłych. Wielkie jest tutaj niebezpieczeństwo wybuchania kryzysów życiowych. Nie trzeba jednak nad tym lamentować. Kryzysy są też czymś pozytywnym - albo przynajmniej mogą być czymś pozytywnym, jeśli się je rozpozna i wykorzysta do dokonania przełomu. Ale udaje się to, niestety, tylko nielicznym.

Dlaczego?

Ponieważ ludzi tych zostawia się samych. Jednym z głównych problemów naszego życia jest samotność. I nie łagodzi tego fakt, że obecnie komunikujemy się przez Internet z całym światem. To wręcz ironia, jeśli małżeństwo się rozpada, bo partnerzy uprawiają tylko wirtualną, komunikację na czatach i zapominają o żywej partnerce. W Internecie nie ma nic, czego człowiek potrzebuje. Nie zdarzają się tam rzeczywiście osobiste spotkania, a tylko one mogą pomóc przezwyciężyć samotność.

Badania dowodzą, że większość chrześcijan oczekuje od kościoła poczucia bezpieczeństwa. A kto się od kościoła odwraca, często trafia na łono sekt i psychogrup, obiecujących bezpieczne schronienie.

Kto się stał bezdomny - a w dzisiejszym świecie dotyka to niezwykle wielu ludzi - może albo tę bezdomność zaakceptować i wykorzystać do poszukiwania zupełnie innej ojczyzny dla swej tożsamości, albo szukać zastępczej ojczyzny w postaci określonych grup i wspólnot. Na płaszczyźnie mentalnej rodzi się z tego fundamentalizm, który w gruncie rzeczy jest rozpaczliwym poszukiwaniem ojczyzny przez zdezorientowanych ludzi. Kusi prostymi obietnicami zbawienia: Jeżeli zrobisz to i owo, pobożnie i posłusznie podążysz za wspólnotą, to pójdziesz do nieba. Za pomocą tej strategii sekty osiągają swoje sukcesy. Ludziom jednak nie pomagają.

Czy takimi prostymi obietnicami zbawienia nie szafują również kościoły tradycyjne?

Oczywiście, że tak. Również hinduizm, buddyzm i islam znają tę prostą logikę: Zachowuj za życia nasze przykazania, a zostaniesz zbawiony po śmierci, a przynajmniej zasłużysz na lepsze ponowne narodziny. To podstawowa struktura egzoterycznej postaci religii, od której należy odróżnić jednak jej mniej wyraźnie rozpoznawalne ezoteryczne jądro -wymiar mistyczny.

Wielu ludzi - przynajmniej pod naszą szerokością geograficzną - odwraca się od konwencjonalnej, egzoterycznej religijności. Jak to się dzieje, że znów dochodzą oni do wiary dogmatycznej lub fundamentalistycznej?

Trzeba tu wprowadzić pewne rozróżnienie. Istnieje naiwna i prosta religijność, na przykład w Afryce lub Ameryce Południowej. Wierzący proszą Boga o pomoc i nie zaprzątają sobie głowy kwestiami teologicznymi ani egzystencjalnymi. Liczba tak wierzących rośnie z powodu dodatniego przyrostu naturalnego na półkuli południowej. Ale ten poziom ludzie Zachodu w większości utracili, kiedy zatriumfował naukowy obraz świata. Doprowadziło to do dezorientacji, która może skutkować ruchem wstecznym, fundamentalizmem i sekciarstwem. Ale nie ma powrotu do pierwotnej naiwnej pobożności, została ona nieodwołalnie utracona.

Czy dlatego chrześcijaństwo powinno skorygować swój obraz świata i człowieka? W kościele rzymskokatolickim istnieje, niestety, silna tendencja do unikania wszelkiego spoufalania się z duchem czasu.

Nie chodzi o spoufalanie się z duchem czasu, lecz o gotowość potraktowania wyników badań naukowych jako pytania pod adresem teologii. Potraktowania na tyle serio, by w razie potrzeby zrezygnować z dogmatów nie do utrzymania albo przynajmniej na nowo je zinterpretować. Ale to tylko pierwszy krok. Albowiem kolejny problem kościoła polega na tym, że na propagowanym przez niego obrazie Boga ciąży przestarzały obraz świata. By dotrzeć do ludzi współczesnych, pozostających pod wpływem nowoczesnej nauki, i nie wymagać od nich zbytnich akrobacji intelektualnych, kościół musiałby na nowo przemyśleć swoją ofertę teologiczną. Sposób, w jaki kościół mówi o Bogu, musiałby się zmienić. Jednakże brakuje odwagi do opuszczenia szczelnie zamkniętego gmachu wiary i podjęcia nowej próby. Życzyłbym sobie odważniejszych teologów.

...którzy mają zmysł mistyki i duchowości?

Którzy nie próbują, jak większość ich kolegów, narzucać intelektualistycznego obrazu Boga. Większość teologów zamyka sobie dostęp do mistyki. Jest to tylko skutek krótkowzrocznej teologii. Innym skutkiem, nie mniej szkodliwym, jest pomijanie cielesnego wymiaru ludzkiego życia. Religijność człowieka nie ogranicza się tylko do jego intelektu. Możemy mieć religijne doświadczenia także poprzez ciało i psychikę. Proszę tylko pomyśleć o obecnej modzie na wellness lub o zachwycie sportem. Jazda na rolkach, na snowbordzie, latanie na paralotni otwierają ludziom niezwykłe obszary doświadczeń cielesnych, dużo bardziej fascynujące niż to, co ma im do zaproponowania kościół.

Sport jako religia zastępcza?

Dlaczego zaraz religia zastępcza? W jeździe na rolkach czy w lataniu na paralotni tkwi potencjalnie tyle samo religijności, ile w nabożeństwie. Do znudzenia będę powtarzał jedno z moich powiedzeń: „Religia jest naszym życiem, a spełnianie życia jest właściwą religią. Bóg nie chce być czczony, on chce, by nim żyć". Wiem, że to sformułowanie wywołuje opór, ale ciało jest bliższe naszej prawdziwej istocie niż umysł. Istnieje religijność zakorzeniona w ciele, która nie występuje w kościelnej pobożności, a powinna. I dlatego pytam, jak można wzbogacić wiarę chrześcijańską o elementy cielesne. Pewną nadzieję pokładam w kobietach.

Dlaczego? Czy kobiety bardziej niż mężczyźni skłaniają się ku duchowości cielesnej?

Wielokrotnie mogłem się przekonać, że kobiety są bardziej niż mężczyźni otwarte na doświadczenie mistyczne. Według mnie wynika to z tego, że kobiety są bardziej zintegrowane. Jeśli świadomie realizują w życiu swoją integralność, są bliższe przestrzeni transpersonalnej niż większość mężczyzn. Różnica ta zaznacza się zresztą już na płaszczyźnie fizycznej, bo kobiety częściej myślą obiema półkulami mózgu, natomiast mężczyźni przeważnie używają lewej, intelektualnej. Dlatego w formie życia i w stylu myślenia kobiety pozwalają dojść do głosu innym płaszczyznom psychicznym. Jeżeli tę integralność życia i myślenia pojmiemy jako specyficznie kobiecą, to stwierdzimy powszechny deficyt kobiecości w społeczeństwie zachodnim. Nie chodzi mi o to, żeby wszyscy mężczyźni stali się bardziej kobiecy, lecz o przemianę w podstawowej orientacji życiowej. O odejście od jednostronnego zapatrzenia się w pieniądze, władzę, sukces, prestiż i efektywność ku integralnemu stylowi życia, w którym stosowne miejsce znajdą również emocjonalność i cielesność.

Czy Ojciec mógłby skonkretyzować pojęcie kobiecości?

Kobiecość wiąże się z intuicją, czuciem, otwartością i integralnością rozumienia, naocznością, wrażliwością, oddaniem i miłością. Te kobiece elementy zostały w naszych patriarchalnych czasach stłumione przez sposób bycia uważany za typowo męski. Przezorność i troskliwość są za mało doceniane, by nie powiedzieć — lekceważone. Kobiece elementy nie mają prawie żadnego istotnego wpływu na rozwój społeczeństwa. Kobieta jest rozdarta między dwoma obszarami życia, prywatnym i zawodowym. A przecież mogłaby łączyć obszar „ja" z obszarem „my". Powiązanie tych obszarów to jedno z największych zadań, przed jakimi stoi nasze społeczeństwo. Obecnie jesteśmy całkowicie uwięzieni w męskim narcystycznym egoizmie. By nie zginąć, musimy odzyskać obszar „my", któremu kobiecy sposób widzenia świata przypisuje większe znaczenie. Obejmuje on m.in. otaczanie opieką, szacunek dla człowieka i natury, słuchanie, poczucie więzi i radości wspólnoty, a także uczciwą gospodarkę rynkową i socjalizację kapitalizmu. Kreatywność, radość życia, radość z pięknych rzeczy mogłyby uczłowieczyć pustynny pejzaż biznesu, menedżmentu i gospodarki. Nie liczę za bardzo na ruchy feministyczne. Chodzi raczej o zmianę od, wewnątrz, którą w języku mistyki nazywamy przemianą, o integrację wartości wewnętrznych i zewnętrznych.

Jeśli dobrze Ojca rozumiem, to kościół miałby zainicjować te przemiany. Jakie konkretne kroki może on podjąć, by dojść do zintegrowanej pobożności?

Jeśli chodzi o cielesne komponenty religijności, to jest możliwe ponowne odkrycie ciała. W Wiirzburgu, w naszym Ośrodku Duchowych Dróg, mamy dobre doświadczenia z gestami modlitewnymi. Gesty modlitewne pozwala/ą w trakcie nabożeństwa wciągnąć ciało do rytuałów, a nie tylko siedzieć nieruchomo w kościelnej ławce. Dzięki gestom modlitewnym - albo dzięki tańcowi medytacyjnemu - ciało staje się medium religijnego zdarzenia. W ten sposób można by też przywrócić religijności w życiu codziennym należne jej miejsce, które straciła wraz z zagubieniem cielesności. Wspólnie z Beatrice Grimm wydałem książkę zatytułowaną „Der Himmel in dir. Einiibung ins Kdrpergebet" („Niebo w tobie. Praktyczne wprowadzenie do modlitwy ciałem"), która próbuje zapełnić tę lukę.

Czy mistyka i cielesność, duchowość i codzienność nie wykluczają się wzajemnie?

Przeciwnie, przenikają się wzajemnie. W tym kontekście cytuję chętnie słowa Josefa Beuysa: „Misterium odbywa się na dworcu głównym". Tak to jest. Bóg manifestuje się w codzienności - i tylko tam można go znaleźć. Mistrz Eckhart przedstawił tę prawdę bardzo plastycznie w przekornej wykładni biblijnej historii o Marii i Marcie (Kazanie 28). Nie Maria, która w zachwycie siedzi u stóp Jezusa, miała być wzorem, lecz Marta, która się krząta i obsługuje Jezusa. Marta znajduje się na duchowej drodze dalej niż Maria. Zna doświadczenie mistyczne i przepełnia nim swoją codzienność. Natomiast Maria rozpływa się jeszcze w radościach zachwytu. Maria musi dopiero przejść przez doświadczenie oświecenia, by znów dotrzeć do codzienności, gdzie w prostych rzeczach trzeba doświadczyć boskiej rzeczywistości. Bóg nie chce być czczony, on chce, by nim żyć. Tylko z tego powodu staliśmy się ludźmi, bo Bóg chce być w nas.

 

 

To znaczy, że mamy codzienność rozumieć jako ćwiczenie, jak to sformułował Karlfried hrabia Durckheim.

Ja w każdym razie staram się przy wykonywaniu większości codziennych czynności - które zawsze zawierają element cielesny - odkrywać na nowo właściwą im religijność i traktować ją poważnie. Staram się jazdę na rolkach i snowbordzie rozpoznać jako formę wyrazu tak samo religijną, jak modlitwa w kościele. Tylko tu i teraz, tylko w tej chwili istnieje możliwość komunikacji z Pierwszą Rzeczywistością. Nie gra żadnej roli to, gdzie akurat jestem. Mistrz Eckhart wyraził to w klasyczny sposób: „Z tego najgłębszego powodu powinieneś wszystkie swoje dzieła czynić bez pytania: Dlaczego. Zaprawdę powiadam: Jak długo czynisz swoje dzieła ze względu na królestwo niebieskie albo na Boga, albo ze względu na wieczne zbawienie, (a więc) z zewnątrz, tak długo zaiste nie jest dobrze z tobą. Można cię, co prawda, przyjąć, ale nie jesteś tym, co najlepsze. Albowiem zaprawdę, jeśli mniemasz w życiu wewnętrznym, nabożeństwie, słodkim zachwycie i w szczególnej łasce Boga więcej dostać niż przy ognisku lub w stajni, to nie czynisz nic innego, jak gdybyś wziąwszy Boga nie owinął go płaszczem wokół głowy i nie wsunął go pod ławę. Bo kto szuka Boga w (określonym) sposobie (Weise), ten bierze sposób, a gubi Boga, który jest ukryty w tym sposobie. Kto jednak szuka Boga bez sposobu, ten ujmuje go, tak jak jest on sam w sobie; i taki człowiek żyje z synem, a on jest samo życie. Kto pytałby życie przez tysiąc lat: ťDlaczego żyjesz?Ť - to gdyby umiało mówić, odpowiedziałoby: ťŻyję dlatego, że żyję.Ť Bierze się to z tego, że życie żyje ze swej własnej przyczyny i z siebie wypływa; dlatego żyje właśnie bez pytania, dlaczego w tym, że żyje samo (dla) siebie. Jeżeli ktoś prawdomównego człowieka zapyta, który działa ze swego własnego powodu: Dlaczego czynisz swoje dzieła? - czy odpowiadając właściwie, nie powiedziałby nic innego jak: Czynię swoje dzieła, dlatego, że je czynię" (Kazanie 6).

Należałoby, zatem doświadczenie cielesności wprowadzić do liturgii i nabożeństw?

Tak. Dzięki wzajemnemu przenikaniu się ciała i religii życie codzienne mogłoby uzyskać nowy religijny wymiar. To codzienność jest modlitwą. Moim uczniom i uczennicom zwykłem po kursie mówić: „Te dni były przygotowaniem do codzienności. Ćwiczyliście dla życia. Każdy krok, który czynicie, jest kontynuacją kursu. Chód jest modlitwą - i to chód jako taki. Można go doświadczać jako formy wyrazu boskiej rzeczywistości". Stanie, na przykład czekanie na przystanku autobusowym, może być modlitwą. Chętnie opowiadam pewną żydowską historię. Uczniowie zapytali rabbiego, co jest tajemnicą jego mądrości. Na co on im odpowiedział: „Gdy siedzę, to siedzę. Gdy stoję, to stoję. Gdy idę, to idę". Uczniowie poczuli się zakłopotani i pomyśleli, że nie zrozumieli właściwie. A więc zapytali ponownie: „Rebe, co jest tajemnicą twojej mądrości?". On ponownie odpowiedział: „Gdy siedzę, to siedzę. Gdy stoję, to stoję. Gdy idę, to idę". Wtedy uczniowie się rozgniewali i odrzekli: „Rebe, co mówisz, czynimy również, ale jesteśmy dalecy od twojej mądrości". Wtedy rabbi potrząsnął głową i powiedział: „Nie! Gdy siedzicie, to już wstaliście. Gdy stoicie, to już wyruszyliście w drogę. Gdy idziecie, to już doszliście".

Ta anegdota zdaje się wskazywać, że trzeba być mądrym rabinem, ażeby odnaleźć misterium na dworcu kolejowym.

Przenikanie się codzienności i duchowości staje się możliwe, kiedy doświadczymy, że wszystko jest formą wyrazu tego, co boskie. Zgodnie z tym spełnianie życia jest rzeczywistą treścią religijności - wszystkie modlitwy i rytuały są czymś, co doń dodajemy, za pomocą, czego świętujemy tę prawdę. Ważne jest, żeby rozpoznać spełnianie życia jako zadanie religijne. Nie trzeba być koniecznie mądrym rabinem, trzeba tylko mieć gotowość wejścia na drogę duchową.

Potocznie z duchowością i mistyką nie kojarzy się zanurzenia w codzienność, lecz ucieczkę od świata i ascezę.

Pozostawienie za sobą przyzwyczajeń życiowych i więzi stanowi pierwszy krok na drodze duchowej. Ale nie jest to asceza dla samej ascezy, lecz uwolnienie się od uwarunkowań. Pierwszy krok jest konieczny, ale równie konieczny jest powrót do świata - przy czym doświadcza się wtedy świata w zupełnie nowy, inny sposób. Chciałbym opowiedzieć jeszcze jedną historię. Pewien człowiek rąbał drewno na skraju lasu, zarabiając w ten sposób na utrzymanie. Gdy przechodził tamtędy pustelnik, drwal poprosił go o radę na życie. Pustelnik powiedział: „Idź głębiej w las!". Wtedy ów człowiek wziął siekierę i poszedł głębiej w las. Znalazł piękne drzewa, ściął je i dobrze sprzedał. Tak stał się zamożny. Pewnego dnia przypomniał sobie słowa pustelnika: „Idź głębiej w las!". Znów wyruszył w drogę i znalazł pokłady srebra. Wydobył je i stał się bardzo bogaty. Po latach jednak ponownie przyszły mu do głowy słowa pustelnika: „Idź głębiej w las!". Poszedł i znalazł cudowne kamienie szlachetne - symbol oświecenia. Ucieszył się tym bardzo, ale potem znów przyszły mu do głowy słowa pustelnika: „Idź głębiej w las!". A więc raz jeszcze wyruszył w drogę. I tak się złożyło, że pewnego dnia znów znalazł się dokładnie w tym samym miejscu na skraju lasu, w którym, rąbiąc drzewo, przed laty spotkał pustelnika. Co mówi nam ta historia? Jeżeli ktoś pójdzie do końca drogą doświadczenia, to jako odmieniony człowiek powróci ostatecznie do codzienności. Laien Pangowi przypisuje się następujące słowa: „Jak cudownie, rąbię drewno, noszę wodę". A w Ewangelii Tomasza Jezus powiada: „Rozłupcie kawałek drewna, a ja tam jestem. Podnieście kamień, a znajdziecie mnie tam" (77).

Z naszych dotychczasowych rozważań wynika, że żyjemy w sytuacji progowej, w której z powodu szalonych przemian społecznych coraz więcej ludzi popada w kryzys sensu. Jednocześnie przemiany te prowadzą do duchowego przełomu, a przynajmniej do nasilenia duchowej tęsknoty. Istnieje wywodzące się od Joachima z Fiore wyobrażenie, że trzecie tysiąclecie będzie milenium ducha. Karl Rahnerpowiedział kiedyś, że chrześcijanin przyszłości będzie mistykiem albo w ogóle go nie będzie. Nawiązując do tej sentencji, powiada Ojciec, że nie tylko chrześcijanin, lecz także człowiek przyszłości będzie mistykiem albo go w ogóle nie będzie. Czy stoimy na progu epoki duchowej?

Człowiek przyszłości będzie mistykiem. Całkowicie się zgadzam z takim rozumieniem wizji Joachima z Fiore, ale nie chciałbym spekulować na temat trzeciego tysiąclecia. Myślę, że XXI stulecie będzie wiekiem mistyki. Siłę napędową będą stanowić jednak nie filozofowie i teologowie, lecz fizycy. Oni jednoznacznie odsyłają do rzeczywistości, której racjonalnie nie możemy już udowodnić. Inaczej mówiąc, oni odsyłają do tego, co wszystkie religie dotychczas słusznie nazywały Bogiem. Znajdujemy się rzeczywiście w nadzwyczajnej, przełomowej sytuacji. Czuję, że stoimy na początku przyspieszonej ewolucji naszego gatunku. Trudno na razie dostrzec, dokąd ona poprowadzi.

To znaczy, że przepowiada Ojciec postęp w ewolucji człowieka. Czym ten postęp zostanie wywołany?

Drzemią w nas możliwości, które jeszcze nie zostały wzbudzone. Nasz potencjał został uaktywniony tylko na tyle, na ile było to konieczne do przeżycia gatunku. Gdy zmienią się warunki przeżycia, wzbudzone zostaną nowe nieznane potencjały. Dokładnie tak, jak w niektórych grupach etnicznych rozwinęły się zdolności, których nie ma większość ludzi. Mario Morgan, lekarka, która przez trzy miesiące żyła wśród australijskich tubylców, relacjonuje, że rozwinęli oni zdolności potrzebne do przeżycia wspólnoty, na przykład zdolność telepatycznego porozumiewania się, leczenia homeopatycznego lub oddania ducha w możliwie krótkim czasie, gdy życie wydaje się spełnione. My, Europejczycy, podobni jesteśmy do pianistów, którzy wciąż brzdąkają na jednej oktawie. Ale fortepian ma siedem oktaw. Używamy tylko części naszych duchowych i zmysłowych zdolności. W głębi naszej świadomości drzemią potencjały, które mogłyby pozwolić ująć rzeczywistość zupełnie inaczej. Te potencjały wydają się mieć według mnie ogromne znaczenie dla naszego przeżycia jako gatunku, jeśli warunki życia na Ziemi będą się dalej tak szybko i tak dramatycznie zmieniać; gdy nowe technologie zaleją ziemię, gdy będziemy klonować ludzi i konstruować roboty, które zdewaluują wartość naszej pracy, gdy liczba ludności na Ziemi przekroczy dziesięć miliardów, jeśli zaczniemy dobór prenatalny. Nie ma logicznych przesłanek wskazujących na to, że nasze dotychczasowe zdolności wystarczą, by sprostać tym problemom. Pozostaje mieć nadzieję na ewolucyjny postęp w ludzkiej świadomości. Nadzieję na to, że gatunek Homo sapiens będzie umiał uwolnić nowe potencjały świadomości - i że będzie miał na to dość czasu. Nasza świadomość się rozwinęła i nadal może się rozwijać.

 

 

PODSTAWY DUCHOWOŚCI MISTYCZNEJ

FALA JEST MORZEM

CO TO JEST DOŚWIADCZENIE MISTYCZNE

Wielu ludziom mistyka kojarzy się z czymś irracjonalnym i tajemniczym. A przynajmniej z czymś, czym nie zajmuje się człowiek światły. Jak Ojciec reaguje na takie opinie?

Zaiste, Zachód ma mocno zniekształcony obraz mistyki. Słowo to ma posmak bigoterii i egzotyki, tajemnicy i elitarnej świętości. A właśnie z tym wszystkim mistyka nie ma nic wspólnego. I dlatego ważne jest, żebyśmy na początku wyjaśnili, czym mistyka jest naprawdę. Mistyka jest realizacją rzeczywistości.

Realizacją rzeczywistości? Brzmi to tak, jak gdyby rzeczywistość trzeba było raz jeszcze urzeczywistnić.

Chociaż może się to wydać dziwne, tak właśnie jest. Rzeczywistość, którą uważamy za rzeczywistą, nie jest rzeczywistą rzeczywistością. Rzeczywista rzeczywistość otwiera się przed nami dopiero wtedy, gdy opuścimy codzienną świadomość ego i wejdziemy w wyższą sferę świadomości, którą można - w odróżnieniu od personalnej świadomości w sferze ego - określić jako świadomość transpersonalną.

Doświadczenie mistyczne jest, zatem czymś w rodzaju skoku na wyższy poziom świadomości. O jakie poziomy chodzi?

Rozróżnienie poszczególnych poziomów świadomości znajdujemy u wielu przedstawicieli nowszej psychologii. Na przykład u Jeana Gebsera, pioniera badań nad rozwojem świadomości. Bardzo zróżnicowaną analizę spektrum świadomości nakreślił Ken Wilber, amerykański badacz świadomości. Rozróżnia on płaszczyznę prepersonalną, personalną i trans-personalną. Tę ostatnią dzieli na warstwę świadomości subtelnej, kauzalnej i kosmicznej. Prepersonalny lub preracjonalny stopień świadomości jest stopniem cielesnych i zmysłowych doznań, emocji, prostego obrazowego i symbolicznego poznania oraz mitycznych wyobrażeń. Personalna płaszczyzna świadomości, świadomości ego, jest to świadomość codzienności z jej jasną racjonalnością i logiką. To płaszczyzna nauki i pojęciowego poznania świata. Natomiast na płaszczyźnie transpersonalnej człowiek przekracza świadomość ego. Zanurza się w rzeczywistość transcendującą ego. Na płaszczyźnie subtelnej dzieje się to w postaci obrazów i symboli -to płaszczyzna wizji i proroctw. Na płaszczyźnie kauzalnej dochodzi do doświadczenia jedności z napotkanym - na przykład z osobowym, Bogiem, bez różnicy, czy nazywa się on Parusha, Brahman, Jahwe czy Allah.

A co się dzieje na płaszczyźnie świadomości kosmicznej?

Na stopniu świadomości kosmicznej rozgrywa się właściwe doświadczenie mistyczne - doświadczenie Pusdd, bezorzecznikowej Boskości. Tutaj człowiek doświadcza czystego bytu, początku, z którego wszystko pochodzi. To stopień, który wyprzedza wszystko, co może powstać. Dlatego nie jest to żaden byt, który byłby substancją. Pięknie wyraził to Dionizy Areopagita: „Pierwsza przyczyna przede wszystkim nie jest ani bytem, ani życiem. Albowiem to ona była tym, co dopiero stworzyło byt i życie. Pierwsza przyczyna nie jest też pojęciem ani umysłem. Albowiem to ona była tym, co stworzyło pojęcia i umysł". Mistyczne doświadczenie polega na doświadczeniu jedności formy i pustki, na przeżyciu jedności własnej tożsamości z Pierwszą Rzeczywistością. Ten stan świadomości jest celem duchowej drogi. To stan doświadczenia mistycznego. A kto go doświadczył, ten staje się innym człowiekiem. Jego religijne wyobrażenia ulegają zmianie. Dokonanie tego kroku przypomina pod pewnym względem śmierć, dlatego w tradycji mistycznej nosi nazwę śmierci ego.

Brzmi to tak, jak gdyby ego było jakimś ziem, od którego człowiek musi się uwolnić.

Nie, nie o to chodzi. Mistyka nie chce usuwać ani zwalczać ego. Chce je poskromić i nadać mu właściwą rangę. Dlatego dąży do poznania, czym ono jest rzeczywiście. A jest centrum organizacyjnym dla personalnych struktur każdego indywidualnego człowieka. Takie centrum organizacyjne jest dla naszego życia niezbędne. Czyni nas ludźmi. To dla mistyki oczywiste. Ale mistyczne doświadczenie doprowadza człowieka do tego, że nie identyfikuje się już on z pierwszoplanowym ego i tym samym staje się otwarty na rzeczywistość, w której ego już nie dominuje.

Czy nie opuszcza Ojciec tym samym gruntu myślenia zachodniego? My, ludzie Zachodu, przywiązujemy przecież do ego dużo większą wagę, niż czynią to ludzie Wschodu. Czy wynika to z różnicy między tradycjami duchowymi?

Nie chodzi o różnicę między duchowością wschodnią a zachodnią, lecz o różnicę między duchowością mistyczną a nie-mistyczną. U Eckharta i Jana od Krzyża znajdujemy wypowiedzi, które podążają w tym samym kierunku, co wypowiedzi wschodnich nauczycieli mądrości. Dla nich ego stanowi konglomerat uwarunkowań, które przyswoiliśmy sobie w ciągu życia. Całymi latami budujemy tożsamość, którą nazywamy ego. Dom rodzinny, szkoła, religia, społeczeństwo, partnerzy, przyjaciele, ideały, lęki, życzenia, przesądy, iluzje przyczyniają się do tego. Utożsamiamy się z tym zbiorem wzorców. Z pasją i lękiem bronimy swojego ego. Wydajemy sądy o nim, wyrokujemy o ego naszym i innych ludzi. Bywamy z niego dumni i miewamy z jego powodu poczucie winy. To wzmacnia iluzję ego. Składa się ono z wyuczonych konstruktów. Jest tylko funkcjonalnym centrum, którego nasza właściwa istota używa jako instrumentu. Zginie wraz z naszą śmiercią. Pozostanie natomiast nasza prawdziwa boska tożsamość. Czy po śmierci zostanie zachowana indywidualna ciągłość, nie jest dla mnie ważne. To, co toczy się dalej, to boskie życie, które ani się nie rodzi, ani nie umiera. To jest moja prawdziwa tożsamość.

I mistyka pozwala nam tego doświadczyć?

W mistyce doświadczamy, że ego jest tak samo manifestacją prarzeczywistości, jak wszystko inne. Dzięki temu ego nie staje się „mniej ego", lecz „bardziej ego". Mistycy nie doświadczają zaniechania swojego ego jako straty. Ego - dzięki doświadczeniu nadrzędnej rzeczywistości - jawi się jako coś jeszcze bardziej cennego. Myśl o stracie w ogóle się nie pojawia. Dlatego mistycy są prawie zawsze bardzo silnymi osobowościami. Wielu z nich w przeszłości miało tak wyraźne ego, że raczej szło na stos, niż sprzeniewierzało się swoim przekonaniom.

Ale dzisiejsi ludzie nie są już gotowi zaniechać swojego „ja". W nasz obraz świata, styl życia i społeczne wymagania ego wypisane jest wielkimi literami. Czy nakreślona przez Ojca droga mistyczna nie kłóci się z duchem naszych czasów?

Nie tylko duch czasu przypisuje ego tak wielką wagę. Również religia wpajała nam przez całe wieki przekonanie, że musimy wykazać się określonym zachowaniem, żeby zostać przed Bogiem usprawiedliwionymi -albo dzięki dobrym uczynkom, albo dzięki niezłomnej wierze. W obu wypadkach jesteśmy zobowiązani wykazać się osiągnięciami ze względu na nasze ego. Mistyka natomiast powiada: Zaniechaj wszelkich zachodów. Wedle mistyki w życiu nie chodzi, bowiem ani o usprawiedliwienie, ani o zaspokojenie ego, ani o samourzeczywistnienie. Chodzi wyłącznie o to, żeby wszelkie przedsięwzięcia motywowane przez ego - także lub przede wszystkim religijne - rozpoznać jako czasowo zdeterminowane. W kontemplacyjnym ćwiczeniu chodzi o to, żeby wyłączyć też wolę, choćby była nie wiem jak dobra. Tak długo, jak długo wykonuje się religijne działania lub wypowiada wyznanie wiary, ponieważ chce się dzięki temu coś dla siebie osiągnąć, nie idzie się drogą mistyki. Trwa się w schemacie do ut des - „Daję, żebyś mi dał". To, co powiedziałem, nie jest skierowane przeciwko woli jako takiej, lecz wyjaśnia niezdolność woli do wyjścia poza przestrzeń personalną.

Nie zgadza się to zbytnio z zasadami etyki wydajności dyktowanymi przez ducha czasu.

Tak, ale zrzucanie winy na ducha czasu byłoby zbyt proste. Należy dostrzec, że podąża on za pewną tendencją znaną z wielkich religii, tendencją do tworzenia struktur, które przygotowały drogę dla handlu wymiennego w sferze ducha. Zawsze wtedy, gdy tworzy się normy etyczne, a wyznanie wiary zachwala jako drogę zbawienia, istnieje duża pokusa posłużenia się tymi normami i wyznaniami do uspokojenia własnego ego. Zamiast ustąpić, ego zostaje w ten sposób umocnione. Co więcej, udaje się do wzniesionego przez siebie więzienia, w którym drepce już tylko w miejscu.

Brzmi to jak krytyka religii.

Religie mają różne stopnie. I każdy z nich ma swoje uzasadnienie. Smutne jest tylko zatrzymanie się na jednym z tych stopni i uznanie go za całą religię. A to się właśnie dzieje, gdy ego zadowala się przestrzeganiem zasad etycznych oraz prawd wiary jakiejś' religii i tego samego domaga się od innych. Na duchowej drodze mistyk zostawia te stopnie za sobą. Droga ta prowadzi, bowiem na płaszczyznę transkonfesyjną, na której wyznanie „wierzę" o tyle staje się pewnością dzięki doświadczeniu, o ile ustępuje przywiązanie do ego. Nawet, jeśli są to te same prawdy, to na każdym stopniu są inaczej interpretowane. Odnosi się to do wszystkich religii -do buddyzmu i hinduizmu tak samo jak do islamu i chrześcijaństwa.

Przejście z płaszczyzny konfesyjnej na transkonfesyjną jest, o ile dobrze rozumiem, równoznaczne z przejściem od świadomości personalnej do świadomości transpersonalnej. Określił je też Ojciec jako przebudzenie się z półmroku do prawdziwej rzeczywistości. Jak to pogodzić?

W zależności od tego, na której płaszczyźnie świadomości się znajdujemy, rzeczywistość jawi się nam w różnym świetle. Na wyższym stopniu świadomości to, co przedtem uważaliśmy za całą rzeczywistość, rozpoznajemy jako jej część. Większość ludzi porusza się — przynajmniej od epoki oświecenia - na intelektualnej lub mentalnej płaszczyźnie świadomości. Znamienna jest dla niej silna dominacja świadomości ego. Widzi ona siebie naprzeciw obiektywnie danego świata, który może poznać i opanować za pomocą racjonalności. Jedną ze znamiennych form świadomości ego jest wspomniany przez nas teizm. Szczególnie ostro manifestuje się ona w nowożytnym, scjentystyczno-pozytywistycznym widzeniu świata. Kto się porusza na tej płaszczyźnie świadomości, zadowala się wyjaśnianiem wszystkich procesów życiowych wyłącznie chemiczno-fizjologicznie lub psychologicznie.

Dlaczego scjentystyczne widzenie świata spłaszcza rzeczywistość?

Według pozytywistów najważniejszy u człowieka jest mózg, który potrafi produkować kompleksowe neurologiczne procesy świadomości. Mistyka natomiast twierdzi coś przeciwnego. To nie mózg produkuje świadomość, lecz to świadomość stwarza sobie formy, w tym także mózg.

Dlatego pierwotnie nie jesteśmy złożonym biochemicznym tworem komórkowym, lecz duchem. Duchem, który nadaje sobie w mentalnej świadomości ego tylko jedną z możliwych form, choć nie jest z nią tożsamy. Intelekt jest manifestacją ducha, a mózg jest materialnym zagęszczeniem energii duchowej. W doświadczeniu mistycznym duchowa rzeczywistość doświadcza siebie poza swymi manifestacjami i zagęszczeniami. W doświadczeniu mistycznym duch dochodzi niejako do siebie samego, podczas gdy na płaszczyźnie racjonalności z jej dualizmem podmiot - przedmiot jest jeszcze od siebie oddzielony.

A mistyka znosi ten dualizm?

W mistyce płaszczyzna świadomości jest transpersonalna. Na niej ego nie uważa się już za samodzielny podmiot stojący naprzeciw obiektywnego świata, lecz doświadcza siebie w jedności ze światem i uzyskuje inną rangę. To wszystko nie ma nic wspólnego z mistycyzmem, lecz pokrywa się w swej istocie ze współczesną fizyką. Od nikogo nie wymaga się, żeby wierzył w coś wydumanego i niedającego się przeżyć. Kto jednak uparcie kwestionuje, że istnieje transpersonalna płaszczyzna świadomości, ten z góry zamyka sobie dostęp do mistyki. Argumentami nie da się go przekonać. Albowiem mistyka nie jest sprawą wiary, lecz doświadczenia. Ujął to trafnie C.G. Jung: „Doświadczenie religijne jest absolutne. Nie można o tym dyskutować. Można tylko powiedzieć, że nigdy takich doświadczeń się nie miało, a rozmówca na to: ťPrzykro mi, ale ja miałemŤ. I to jest koniec dyskusji. Wszystko jedno, co świat myśli o doświadczeniu religijnym. Ten, kto je ma, posiada wielki skarb, który stał się dla niego źródłem życia, sensem i pięknem, który światu i ludzkości daje nowy blask".

Czy nie ma żadnych możliwości przekonania ludzi o istnieniu trans-personalnej płaszczyzny świadomości?

Chrześcijaństwo dysponuje tu pojęciem łaski. Chce przez to powiedzieć, że z zewnątrz nie sposób dotrzeć do materialistycznie myślącego człowieka. Jak miałoby to zresztą wyglądać? Jemu przecież poniekąd brakuje zmysłu wymiaru mistycznego. Mówienie mu o tym byłoby próbą wyjaśnienia ślepemu kolorów. To niemożliwe. Transmentalna rzeczywistość nie da się ująć środkami mentalnymi - a niczego innego nie mamy do dyspozycji, dyskutując z ludźmi tkwiącymi na płaszczyźnie mentalnej. Nie można nikogo przekonać o realności ducha, nie można przekonać argumentami. Drzwi muszą niejako otworzyć się od wewnątrz. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy z powodu kryzysu życiowego zakwestionowane zostaje całe dotychczasowe widzenie świata.

Czy to jest kapitulacja przed pozytywistycznym rozumieniem prawdy?

Nie, jest to najwyżej kapitulacja przed głupotą - i to przed jedną z największych bzdur, do jakich ludzkość dała się nakłonić. Zatwardziali pozytywiści kaleczą niejako samych siebie, gdy uparcie zamykają oczy na to, że rzeczywistość jest szersza i bogatsza niż wszystko, co mogą zmierzyć, zważyć i zliczyć. Hans-Peter Diirr, któremu na pewno nie można zarzucić wrogości wobec nauki, powiedział: „Nauki przyrodnicze pomagają mi w poznaniu ich granic. Laik ma dużo bardziej optymistyczne wyobrażenia na temat tego, co można pojąć dzięki nauce. Nauka przypomina mi o granicach naukowego myślenia. Nie znaczy to, że naukę należy wyrzucić za burtę... Wszyscy czerpiemy z tego samego źródła, z którego ostatecznie muszą pochodzić wszelkie rozwiązania". Tym źródłem jest transmentalna przestrzeń świadomości.

Powiedział Ojciec, że przywiązanie do płaszczyzny mentalnej jest zjawiskiem nowożytnym. Czy to znaczy, że ludzkość przechodzi przez różne płaszczyzny świadomości?

I dalej będzie przechodzić. Istnieje ewolucja świadomości, czego dowiedli J. Gebser, K. Wilber i inni. Przyszliśmy z archaicznej przedświadomości. Rozwinęliśmy później świadomość magiczną. Jej ślady znajdujemy w mitologicznych przekazach dawnych kultur, w bajkach i w obyczajach niektórych żyjących jeszcze ludów, o których wiedzę przynosi nam etnologia. Potem jednak ludzkość doszła do punktu, w którym już jej się nie udawało wyjaśnić świata na tej płaszczyźnie świadomości. Dlatego poszła dalej, na płaszczyznę mityczną. Teraz istniało już niebo z bogami - albo też tylko z jednym jedynym Bogiem - organizujące i chroniące świat. Krótko mówiąc, powstały religie do dziś kształtujące życie wielu ludzi. Ale czas, w którym świadomość religijno-mityczna obejmowała wszystkie dziedziny życia, minął. Została osiągnięta kolejna płaszczyzna świadomości, płaszczyzna mentalna, która od kilku pokoleń panuje nad naszym rozumieniem świata i siebie samych. Obecnie jednak ukształtowanie i rozwój naszych mentalnych możliwości dochodzi do kresu. Osiągamy próg, który mocą naszego naukowego i technicznego rozumu możemy, co prawda, jeszcze trochę przesunąć, ale którego nie jesteśmy w stanie przekroczyć za pomocą rozumu. Tym samym osiągnęliśmy punkt, w którym jesteśmy zmuszeni uwolnić drzemiące w nas potencjały, ażeby dzięki nim doświadczyć więcej z prawdziwej rzeczywistości. Uwolnienie potencjału drzemiącego w świadomości dokonuje się w przestrzeni transpersonalnej. To mistyka.

Brzmi to tak, jak gdyby mistyka była późnym albo wręcz ostatecznym produktem trwającej tysiące lat ewolucji świadomości. To o tyle dziwne, ze większość znanych świadectw wielkich mistyków ma już ładnych parę wieków. Budda żył przed dwoma i pół tysiącami lat, Mistrz Eckhart przez ośmiuset laty.

Tak, to prawda, ale to nie jest argument przeciw uznaniu ewolucji świadomości. Jeśli wyjdziemy od tego, że nasz duch od początku ludzkości jest wyposażony w możliwości mistyczne, to okaże się rzeczą zupełnie naturalną, że w każdej epoce żyły jednostki, które były swego rodzaju prekursorami doświadczeń mistycznych. Nie było ich jednak zbyt wiele. W dziejach nie widać epoki, w której ludzkość jako całość wykształciłaby mistyczną świadomość świata i siebie. Ale istnieją chyba powody pozwalające sądzić, że zmierzamy w tym kierunku.

Jakie to powody?

Jak pokazał w swoich badaniach Jean Gebser, nasza świadomość znacząco się rozwinęła. Przed czterema i pół miliardami lat utworzył się nasz system słoneczny. Przed sześciuset milionami lat pojawiło się życie na Ziemi. Przed trzystoma siedemdziesięcioma milionami lat wyszły z wody gady, od których pochodzą kręgowce. Przed trzema milionami lat z małpy rozwinął się człowiek. Dlaczego rozwój miałby się zatrzymać na obecnym etapie?

Rozmawialiśmy już o doświadczeniach mistycznych. Wspomniał Ojciec, że właściwie nie sposób o nich mówić, ponieważ dokonują się na płaszczyźnie świadomości, której nie można oddać środkami języka, pojęć i logiki. Jednak mistycy podejmowali wciąż próby dokonania rzeczy niemożliwej i ubierali swoje przeżycia w słowa i obrazy. Czy mogę Ojca poprosić o to samo?

Najpierw chciałbym powiedzieć, że mistycy, co prawda, zawsze używali obrazów i symboli, ale pojawiają się one dopiero po doświadczeniu. Od chińskiego mistrza Foyana pochodzi zdanie: Jeśli ludzie używają słów, by opisać ducha, to nie pojęli ducha, ale jeśli nie używają słów i opisują ducha, to również nie pojęli ducha".

Co to znaczy?

Wszystkie obrazy, symbole i języki podlegają ciągłym zmianom, natomiast to, co boskie, pozostaje nietknięte. Eckhart powiedział tak: „Gdybym miał Boga, którego mógłbym poznać, to nigdy nie uważałbym go za Boga" (Kazanie 42 ). Oto, dlaczego Jan od Krzyża mówi o Bogu: JVada, nada" - „Ani to, ani tamto". Więcej o Bogu nie da się powiedzieć. Mistycy wszystkich religii są, co do tego zgodni. Stąd w zen recytuje się tekst Daio Kokushiego: „Istnieje pewna rzeczywistość, która wyprzedza nawet niebo i ziemię. Nie ma formy, a tym bardziej imienia. Oczy nie widzą jej, gdy jej szukają. Nie ma głosu i dlatego nie jest do odkrycia dla uszu". I dalej: „O, moi mili, czcigodni przyjaciele. Jeśli tęsknicie, by usłyszeć grzmiący głos dharmy, skończcie wasze mowy, opróżnijcie myśli, wtedy dojdziecie do tego, by poznać jeden byt".

Musimy, więc wziąć sobie do serca słynne słowa Ludwiga Wittgensteina: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć"?

Jedynym wyjściem, które pozostaje, są - jak już powiedzieliśmy — metafory, parabole i obrazy, o których wiadomo, że są, co najwyżej przybliżeniem. Chętnie w tym celu używam następującego obrazu: Jeżeli wyobrazimy sobie Pierwszą Rzeczywistość jako nieskończone morze, to wtedy jesteśmy jak fale na tym morzu. Jeśli fala doświadcza „jestem morzem", to wtedy wciąż jest nas dwoje: fala i morze. W mistycznym doświadczeniu jednak ten dualizm zostaje przekroczony. Ego fali rozpływa się, a w jej miejsce morze doświadcza siebie jako fali. Doświadcza siebie w jedności z obiema i jako jedności obu. Tego kroku mistyk nie dokonuje, on mu się przydarza. Mistyk nie rozpatruje rzeczywistości przedmiotowo, niejako z, zewnątrz, lecz doświadcza jej od wewnątrz. Mówiąc obrazowo, doświadcza, że wszystko jest falą i morzem jednocześnie. Wszystko jest formą wyrazu tej jednej rzeczywistości. I ponieważ wszystko jest formą wyrazu tej samej rzeczywistości, istnieje też absolutna więź ze wszystkim. Morzem są wszystkie fale i wszystkie fale są jednością. Wszystko jest kosmosem i wszystko w kosmosie jest manifestacją tego samego kosmicznego bytu. Mistyk doświadcza tego w tym, że znika rozróżnienie między nim a manifestacjami bytu. Mistyk nie jest poza Bogiem i światem. Mistyk jest Bogiem i światem, nierozdzielną jednią. Dlatego napięcie między oboma biegunami nie zostaje zniesione. Jest to napięcie między jednym końcem kija a drugim. Jest to napięcie między falą a morzem, między gałęzią a drzewem. Bóg i człowiek nie zostają bynajmniej zrównani ze sobą. Morze objawia się jako fala. Morze i fala dają się, co prawda, różnie określić, ale ich istotą jest woda. Dłoń ma dwie strony. Rozum każe oglądać jedną stronę po drugiej. Od wewnątrz obie strony są doświadczane jako jednia. Dlatego jest to jednocześnie doświadczenie zupełnej pustki i całkowitej pełni.

Słowo pustka brzmi w uszach wielu ludzi negatywnie. Drażni ich to słowo wzięte z duchowości wschodniej, dopatrują się w nim zamachu na osobiste spotkanie z Bogiem w mistyce zachodniej.

Pustka jest etapem przejściowym, ale nie celem. Celem pozostaje zawsze pustka i forma, jak się mówi w zen. Nirwana nie jest rozpuszczeniem się w ogólnej nieokreśloności. Nirwana jest doświadczeniem tu i teraz, nie zaś stanem w odległej przyszłości. Pustka nie jest pusta. Powinniśmy skończyć z trzema nieporozumieniami dotyczącymi mistyki Wschodu. Pierwszym jest zarzut, że zatrzymuje się w pustce. W zen nazywałoby się to „martwym zen". Jednak pustkę można z powodzeniem nazwać pełnią. Nie ma w niej żadnego bytu, lecz tylko doświadczenie kosmicznego współ-bycia. To doświadczenie potwierdzają wszyscy mistycy. Stąd Mistrz Eckhart pisze w „Mowach pouczających": „Kto tak ma Boga (tj.) w Jego realnym byciu, ten ujmuje Boga w sposób boski i temu Bóg jaśnieje we wszystkich rzeczach; albowiem wszystkie rzeczy smakują mu Bogiem i we wszystkich rzeczach jawi mu się obraz Boga. W nim Bóg błyszczy zawsze, w nim dokonuje się uwalniające odwrócenie się (od świata) i odciśnięcie w nim (obrazu) ukochanego, obecnego (w nim) Boga" (Mowa 6). A Ramana Maharishi powiada o oświeconym: „Doznający doznaje przez bezpośrednie doznanie Boga". Zachwyt, poryw i wizje nie są celem mistyki. To wszystko tylko etapy przejściowe. Jan od Krzyża mówi to bardzo jasno: „Na skutek tego przychodzą zachwyty, omdlenia i rozluźnianie się kości. Stany te zdarzają się zawsze, gdy udzielanie się Boga duszy nie jest jeszcze czysto duchowe, czyli w samym duchu. Tego ostatniego doznają dusze już doskonałe i oczyszczone przez noc ducha. Ustają u nich zachwyty i męczarnie ciała, gdyż radują się już swobodą ducha, bez zaciemniania się i omdlewania zmysłów".

Na czym polega drugie nieporozumienie?

Na zarzucaniu wschodniej mistyce, że uprawia samozbawienie. Zbawieniem w mistyce jest poznanie lub doświadczenie rzeczywistości, którą obdarowywany zostaje ten, kto potrafi się otworzyć. Tylko poprzez otwarcie się, nie zaś poprzez robienie wchodzi się we wciąż obecną, nie-zaciemnioną przez ego rzeczywistość. My, chrześcijanie, czujemy się zobowiązani zasłużyć sobie na niebo dobrymi uczynkami.

A trzecie nieporozumienie?

Przekonanie, że mistyczne doświadczenie jest subiektywne. Subiektywne są tylko odtworzenie i wyraz doświadczenia. Kto poczynił głębokie mistyczne doświadczenie, rozpoznaje za wszelkimi werbalizacjami i obrazowymi przedstawieniami jednię i prawdę, pod warunkiem, że opisują one rzeczywiście takie doświadczenie. Mam książkę z tysiącem dwustoma haiku. Są zupełnie różne, ale za każdym rozbłyskuje nieomylnie jednia, która została doznana. Nikt tu nie może udać czegoś, czego nie przeżył. Zatem zarzut, że każdy ma swoją religię, jest niewybaczalnie głupi. Jednia została doznana i - stosownie do osoby - wyrażona w sposób jednoznacznie rozpoznawalny.

Czy w tym kontekście mógłby Ojciec opowiedzieć o swoich własnych doświadczeniach?

Połączę je z opisem doświadczeń osób, z którymi idę tą drogą. Proszę jednak nie zapominać, że zawsze są to opisy postfactum. Dlatego powraca wciąż słowo „ja", chociaż nie ma żadnego ego w doświadczeniu. „Pustka, która nie jest pusta, z której płyną dźwięki, barwy, uczucia i myśli. Jest to meta- i suprakosmiczna pustka. Ja i pustka zlaliśmy się w jedno. - Pustka, Boskość, Nada może też nazywać się pełnią. Jest to pełnia brzemienna wszystkimi możliwościami. Zawiera wszystkie potencje i jest przyczyną stworzenia. - U celu, w domu, niczego nie brak. Śmiech, ale nie śmiech z czegoś, po prostu śmiech. - Szczęście, ale nie bycie szczęśliwym z czegoś. Bezgraniczna miłość, ale nie ťja kocham ciebieŤ. Paradoksalnie nie ma ani miłości, ani nienawiści, ani życia, ani śmierci, ani ty, ani ja, żadnych granic, przestrzeni, czasu. - Lekkość, oczywistość i wolność. - Wszelka biegunowość zostaje zniesiona. Nic nie jest absurdalne, przeciwnie, wszystko jest zupełnie oczywiste. Uderzenie bębna. Te dźwięki kapią z nicości jak perły i znikają. Żadnego wewnątrz, żadnego zewnątrz. Łyk soku, oto tylko ten intensywny smak. - Iść, tylko ten jeden krok. Idzie, widzi, czuje, ba, jakkolwiek to dziwne: myśli. Również myśli pojawiają się jak perły i na powrót znikają". Oto moje doświadczenie. Widać je we wszystkim, co tutaj przedstawiłem i zapisałem. Dlatego moje słowa brzmią często dziwnie. Dlatego są czasami mylące. Pochodzą z innej płaszczyzny. To, co mówię, nie ma nic wspólnego z elitarną świadomością. Ale nie mogę mówić inaczej, bo w przeciwnym razie wyparłbym się mojego doświadczenia.

Czy to, co Ojciec opisuje, jest odpowiednikiem unio mystica?

Tak. Unio mystica jest chrześcijańskim określeniem zanurzenia się w kosmiczną, transmentalną i transpersonalną jednię. W innych religiach i kręgach kulturowych utrwaliły się inne nazwy tego samego doświadczenia: pustka, oświecenie, wyzwolenie, satori, nirwana, samadhi. Zawsze chodzi o to samo doświadczenie czystego bytu, w którym wszystko tak jest, jak jest, i tak jak jest, jest doskonałe. Ale czysty byt nie jest substancją. Tam nie jest się szczęśliwym ani nieszczęśliwym, zadowolonym ani niezadowolonym, pogodnym ani smutnym. Stwierdzenie: „Jestem radosny" byłoby powrotem na płaszczyznę ego. W kosmicznej świadomości nie występuje błogość, szczęście w sensie uczucia. Albowiem uczucia są zawsze uczuciami jakiegoś ego. W kosmicznej świadomości jest radość, a nie „ja się raduję". Jest szczęście, a nie „ja jestem szczęśliwy".

Zachwyt, a nie „ja jestem zachwycony". Kto przekroczył ego, temu wszystkie płaszczyzny świadomości wydają się względne. Natomiast świadomość kosmiczna wydaje się doskonała i do ostateczności wypełniona. Tak, świadomość kosmiczna jest spełnieniem wszystkich naszych tęsknot. I dlaczego nie miałaby być celem wszystkich istot? Dlaczego nie nazwać jej niebem?

Są ludzie, którzy twierdzą, że chrześcijańskie doświadczenie mistyczne ma przewagę nad duchowością innych religii. Czy Ojciec się z tym zgadzał?

Oczywiście, że nie! Gdy czytam wiersze Jana od Krzyża, nie widzę żadnej różnicy między chrześcijańskim doświadczeniem mistycznym a mistycznymi doświadczeniami innych religii. Dwa jego wiersze chciałbym szczególnie wyróżnić: „Wszedłem - hen kędyś w nieznane" oraz „Znam dobrze źródło...". W tych tekstach nie ma niczego personalnego i niczego chrześcijańskiego. Dlatego John Chapman - chrześcijański ojciec duchowy, który w pierwszej połowie XX wieku był doradcą i towarzyszem dla idących drogą duchową - napisał: „Święty Jan od Krzyża jest niczym gąbka nasiąknięta chrześcijaństwem. Jeśli wszystko wycisnąć, zostanie pełna teoria mistyczna. Dlatego nienawidziłem Jana od Krzyża przez piętnaście lat i nazywałem go buddystą. Kochałem świętą Teresę, czytałem ją bez przerwy i po wielokroć. Ona jest przede wszystkim chrześcijanką, a tylko wtórnie mistyczką. Potem zrozumiałem, że jeśli chodzi o modlitwę - było to piętnaście straconych lat". Jan od Krzyża towarzyszył mi przez dziesięciolecia na mojej własnej drodze. Podpisuję się pod tą wypowiedzią Chapmana.

Zaspokojenie naszych tęsknot można, więc znaleźć we wszystkich religiach?

Wszystkie religie są drogami do doświadczenia tego, co boskie, ale żadna z nich nie może twierdzić, że ma doń wyłączny dostęp. By to lepiej wyjaśnić, chętnie sięgam po następujące porównanie: Religie są jak piękne kolorowe witraże. Nadają one światłu, które przez nie prześwieca, określoną strukturę. Jednak, jeżeli światło nie świeci, są martwe i milczą. Dlatego światło jest decydujące. Ale światła nie widzimy. Ono czyni widzialnym, samo pozostaje jednak niewidzialne. Widzialne staje się dopiero wtedy, gdy rozszczepia się na barwy i przyjmuje strukturę. Podobnie religie. Nadają temu, co nieuchwytne, co boskie pewną uchwytną strukturę. Ceną, jaką muszą za to zapłacić, jest zredukowanie tego, co boskie, do pewnego wycinka spektrum. Branie tego wycinka za całość byłoby głupotą. Równie głupio byłoby sądzić, że witraż świeci sam z siebie. Trzeba też widzieć, że światło musi się rozszczepić, jeżeli chce nie tylko świecić, ale także się objawić. Bóg zjawia się w religiach. Ale nie jest on w nich nigdy doświadczany w całej pełni swego światła, jeżeli nie są one otwarte na doświadczenie.

Aby bezpośrednio doświadczyć Boga, musielibyśmy wyjść z mroku kościoła i stanąć pod gołym niebem?

Nie sądzę, żeby to, co boskie, było dla nas dostępne poza wszelką strukturą i poza rozszczepieniem. Nie widzę niczego, co nie byłoby fasetą jedni. Pierwsza Rzeczywistość jest zawsze wszystkim. Bóg istnieje jako forma i jako nie-forma. Tak jak światło nie da się poznać bez oświetlanego przez nie przedmiotu, tak samo nie ma poznania Boga bez formy. Tam, gdzie nic nie jest oświetlane, nie widać światła. Co więcej, dzisiaj wiemy, że to, co nazywamy oświetlonym przedmiotem, tak naprawdę nie jest niczym innym, jak tylko skupionym światłem. Inaczej mówiąc, istnieje tylko światło. I światło zjawia się, oświetlając samo siebie. Dokładnie tak samo jest z Bogiem. Istnieje tylko Bóg, albowiem Bóg sam jest bytem. I wszystko, co jest, jest przejawem bytu, niejako skupionym bytem. I to jest to, czego mistyk doświadcza. On nie doświadcza czystego, nagiego Boga poza religiami, on nie wychodzi przed kościół i nie patrzy w słońce. (Zniszczyłby sobie oczy, jak ostrzega Platon w metaforze jaskini.) On doświadcza raczej, że wszystko, z nim samym włącznie, jest przejawem Boga - wiązką boskiego bytu. Kosmos jest epifanią Boga. Dlatego też prawdziwa mistyka przekracza naukę o karmie. Przyczyna i skutek są sposobami przejawiania się tego, co boskie. Jeżeli miałyby istnieć ponowne narodziny, to wtedy musiałaby się ponownie rodzić tylko ta boska prazasada. Ale ani mistyka Wschodu, ani mistyka Zachodu nie mówią o ponownych narodzinach. Tu i teraz to bezczasowa chwila Boga. Niedawno ktoś mi zarzucił, że degraduję człowieka do roli swojego rodzaju podgrzewacza przepływowego. Nie zauważył, że jesteśmy też wodą przepływającą przez ów podgrzewacz.

Jak należy to rozumieć?

Bóg i człowiek mają się do siebie jak złoto i pierścień. Są to dwie zupełnie różne rzeczy. Złoto nie jest pierścieniem, pierścień nie jest złotem. Ale tylko w złotym pierścieniu mogą się pojawić razem. Współistnieć. Złoto potrzebuje formy, a pierścień materiału, żeby mogły się uwidocznić. Tak Bóg objawia się jako człowiek. Bóg i człowiek mogą się pojawić tylko razem. Na tym polega dla mnie sens inkarnacji Jezusa. Uwidacznia ona, że wszystko jest inkarnacją Boga, od kwarków i leptonów po czysto duchowe formy, o których nie mamy pojęcia. Każdy jest Bogiem człowiekiem. Mogę też powiedzieć: Bóg zamanifestował się jako człowiek.

Człowiek jest Bogiem?

Tak. Nawet, jeżeli to zdanie brzmi w uszach chrześcijanina skandalicznie, wręcz heretycko i arogancko. Ale taka ocena wynika z mylnego założenia, że mistyk wypowiada takie zdanie z poziomu świadomości ego. Naprawdę zaś pochodzi ono z tego doświadczenia jedności, w którym nie ma podziału na ja i ty. Poza tym podejrzenie o herezję bierze się stąd, że chrześcijaństwo przez Boga rozumie coś zupełnie innego niż to, co nazwaliśmy Boskim, Pierwszą Rzeczywistością, Kosmiczną Świadomością albo Bogiem. Chrześcijaństwo rozumie przez Boga per definitionem kogoś naprzeciw mnie. Ale ten teistyczny obraz Boga ma sens tak długo, jak długo poruszamy się na racjonalnej płaszczyźnie świadomości. Tylko tutaj potrzebujemy Boga, który nas zbawia w określony sposób. Z perspektywy mistyki nauka o zbawieniu jest metaforą zdarzenia, które odbywa się w doświadczeniu mistycznym. Zbawienie jest wciąż obecne. W doświadczeniu mistycznym człowiek wdziera się do zbawienia.

Czy to rozstanie z klasyczną nauką o zbawieniu?

Nie. Religijność ma bardzo różne płaszczyzny. Ludzkość jeszcze długo będzie przebywać na płaszczyźnie religijności, na której zbawienie można sobie wyobrazić tylko jako dzieło zbawiciela. To zdanie nie jest wyrazem lekceważenia. Ale każdy wierzący musi zaakceptować fakt, że istnieje płaszczyzna świadomości, która przekracza jego religijne widzenie świata. Jeżeli wówczas stanie przed pytaniem o sens życia, będzie gotów wejść na drogę wewnętrzną, drogę duchową.

Co się z nim potem dzieje?

Najpierw dzieje się to, co mistycy nazywają procesem oczyszczania. Używając terminologii psychologicznej, można by też mówić o procesie indywiduacji, w którym psyche staje się przezroczysta w stosunku do wszystkich duchowych blokad i uwarunkowań, które narosły w trakcie wychowania, uspołeczniania i religijnego nauczania. Nie chodzi o to, żeby pozbyć się tych uwarunkowań, lecz o to, żeby je sobie trzeźwo uświadomić i zaakceptować. Wraz z osiągnięciem przejrzystości duszy zaczyna się przemiana w rozumieniu siebie, przede wszystkim w rozumieniu siebie na płaszczyźnie religijnej. Bóg w niebie, do którego modlimy się jako dzieci, rozpada się. I niejeden wzdycha wtedy wraz z Nietzschem: Bóg umarł! W rzeczywistości jednak to nie Bóg się rozpadł, lecz określony obraz Boga. Jest taki przebój Claudii Mitsch-Eibel, który wyraża świetnie uczucia dzisiejszego człowieka: „W niebie cicho się zrobiło, prócz milczenia nic nie słychać. Czy ktoś, kto tam mieszkał, umarł? Może cichcem musiał zmykać?". Ten stan jest dla wielu ludzi obciążeniem. Oto nie wiedzą już, czego się mają trzymać. Jednak w tym kryzysie tkwi zalążek przejścia do następnego etapu na drodze wewnętrznego rozwoju. Wtedy zaczyna się faza opróżniania świadomości albo ujednolicania świadomości - w zależności od tradycji oraz otoczenia, w jakim się żyje.

O co tu chodzi?

Na drodze ujednolicenia świadomości chodzi o to, aby strumień świadomości skierować na określone tory. Może to polegać na przykład na skupieniu się na określonym dźwięku, na jakimś słowie lub - w obszarze azjatyckim - na mantrze albo też na wykonywaniu określonych ruchów. Zawsze chodzi o skupienie rozproszonej zwykle świadomości. Inna droga stara się o opróżnienie świadomości. W tym wypadku ustaje wszelka aktywność ego. Istnieje tylko czujna obecność. Myśli przychodzą i odchodzą, bez zatrzymywania się. To jednak nie jest łatwe, ponieważ nasz intelekt przywykł do zwracania się ku napływającym wrażeniom, do ich porządkowania i rozwijania. Obie drogi prowadzą do punktu, w którym ego rozpoznaje, że nie jest tym, za co się dotąd uważało. Oto załamuje się tożsamość ego i przychodzi poznanie, że właściwa tożsamość sięga dużo głębiej niż nasze ego. Tym samym człowiek staje na progu doświadczenia, które opisałem obrazowo na początku, gdy powiedziałem: Fala nie doświadcza siebie jako części morza, lecz jest morzem. Jest jednią bez jakiejkolwiek dualności.

Czy nie istnieją takie duchowe doświadczenia, w których występuje pewna dualność? Myślę na przykład o przeżyciach stopienia się, jakie występują w szamanizmie.

Typowa dla szamanizmu identyfikacja ze zwierzętami lub innymi istotami jest zapewne środkiem do przezwyciężenia wąskiej tożsamości ego. Moim zdaniem istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że adept zatrzyma się na tym stopniu i jedynie przesunie swoją tożsamość, lecz nie dotrze do mistycznego doświadczenia jedności. Dualności nie przezwycięży się w ten sposób. Opiekuję się pewną kobietą, która praktykuje drogę szamańską. Ma ona doznania światła, które są dla niej znaczące. Tu się zatrzymała, niezdolna zostawić swojego ja, które dzięki tym wizjom uszlachetniła. Dlatego drepce w miejscu, niejako w przedsionku świątyni, i nie jest w stanie uczynić kroku w kierunku doświadczenia jedności.

Czy zatem odradza Ojciec praktyki szamańskie?

Wskazuję w każdym razie na niebezpieczeństwa z nimi związane. Największa trudność polega na tym, że przerywa się drogę w połowie. Nie jest to zresztą mój pomysł. Mistyczne tradycje wielkich religii przestrzegają przed przypisywaniem zbytniej wagi zjawiskom towarzyszącym ludziom na drodze rozwoju duchowego, takim jak telekineza, prekognicja, wizje, ekstaza, lewitacja, rzekome przeżycia reinkarnacyjne i tym podobne. Oczywiście, takie doświadczenia mogą być ważne dla poszczególnych osób, a nawet dla jakiejś grupy, ale nie są one celem. Przede wszystkim nie należy ich interpretować błędnie jako znaku szczególnego wybrania. Te parapsychologiczne zdolności nie mają nic wspólnego z duchowością. Poprzez nie ujawniają się potencjały, które posiadają wszyscy ludzie, a które tylko nieliczni potrafią rozwinąć. Podobnie jest ze zdolnościami muzycznymi. Mają je wszyscy, ale tylko nieliczni stają się wirtuozami.

Czy istnieje coś takiego jak talent mistyczny, który umożliwia ludziom zdobycie transpersonalnych doświadczeń jedności bez wchodzenia na drogę duchową jakiejś religii?

Każdy człowiek bez przygotowania może zdobyć takie doświadczenia. Nie potrzeba w tym celu wykonywać żadnych specjalnych praktyk duchowych. Myślę o ludziach jak F. Hólderlin, R.M. Rilke lub F. Nietzsche, który przy skale w Sils Maria przeżył oświecenie. Jego powiedzenie „Bóg umarł" jest przypuszczalnie wyrazem prawdziwego doświadczenia mistycznego. Ale na przykładzie Nietzschego można też zobaczyć, jakie niezwykłe trudności pociąga za sobą przedarcie się do transpersonalności bez przygotowania. Często brakuje ludziom układu odniesienia, w którym mogliby zlokalizować swoje doświadczenia, albo odrzucają religijną wykładnię z powodów ideologicznych. Nietzsche nie umiał sobie wyobrazić, że można interpretować doświadczenia egzystencjalne w kontekście chrześcijańskim lub w ogóle religijnym. Stąd pozostał mistykiem, który zatrzymał się w pół drogi. Który, co prawda, przebił się do obszaru transpersonalnego, potem jednak stracił orientację.

Czy mógłby Ojciec rozwinąć ten temat?

Odwołam się do tego, co F. Nietzsche napisał w „Ecce homo". „Opowiem teraz dzieje Zaratustry. Zasadniczy pomysł dzieła, pomysł wieczystego nawrotu, ta najwyższa formuła potwierdzenia, jaką w ogóle osiągnąć można -, sięga sierpnia roku 1881: zapisany został na kartce z napisem: ť6000 stóp poza człowiekiem i czasemŤ. Pewnego dnia szedłem lasami nad jeziorem koło Silvaplana; zatrzymałem się przy potężnej, piramidalnie spiętrzonej skale obok Surlei. Wtedy nawiedziła mnie ta myśl. - Cofnąwszy się od dnia tego o kilka miesięcy wstecz, spostrzegam, jako zapowiedź, nagłą i do głębi rozstrzygającą zmianę smaku, przede wszystkim w muzyce". I kontynuuje: „Pojęcie objawienia, - w tym znaczeniu, że coś nagle z niewysłowioną pewnością i dokładnością widzialne, słyszalne się staje, coś, co człowieka do głębi wzburza i wstrząsa, - określa po prostu stan rzeczy. Słyszy się, nie szukając, bierze się, nie pytając, kto daje; myśl wystrzela jak błyskawica, z koniecznością, w formie bez wahania, - nie miałem nigdy wyboru. Zachwyt, którego napięcie wyzwalało się niekiedy w strumieniu łez, — w którym krok poniewolnie już to jak burza gna, już to powolny się staje; zupełna nieprzytomność przy ścisłej świadomości subtelnych drżeń i dreszczów, aż do kończyn stóp; głębia szczęścia, w którym to, co najboleśniejsze i najposępniejsze, nie działa jako przeciwieństwo, lecz jako coś uwarunkowanego, wywołanego, jako konieczna barwa wśród takiego nadmiaru światła; instynkt stosunków rytmicznych, przysklepiający dalekie przestrzenie form - długość, potrzeba dalekonośnego rytmu jest nieledwo miarą potęgi natchnienia, rodzajem wyrównania względem ucisku i napięcia... Wszystko dzieje się w najwyższym stopniu, poniewolnie, lecz jakby w wichurze uczucia wolności, bezwarunkowości, mocy, boskości... Poniewolność obrazu, przenośni jest rzeczą najprzedziwniejszą; nie ma się już zgoła pojęcia, co jest obrazem, co przenośnią, wszystko jawi się jako wyraz najbliższy, najwłaściwszy, najprostszy. Zdaje się naprawdę, by przypomnieć słowa Zaratustry, jak gdyby rzeczy podchodziły same i narzucały się przenośni...". Nietzsche opisuje przeżycie głębokiego wstrząsu. Podobnie jak wielu mistyków zrazu nie potrafi zaklasyfikować tego, co przeżył. Oni także przechodzą przez niebo i piekło. Zwykłe życie i to, co ujrzeli, nie dadzą się ze sobą połączyć. To, co przeżyli, wydaje się nieprzydatne w życiu. Indywiduum jako nośnik prostodusznej racjonalności nie ma już sensu. A w dodatku wszystko to może się przydarzyć komuś, kto tego nie szukał.

Ale Nietzsche —przynajmniej na początku — miał intelektualna siłę, by ubrać swoje doświadczenia w słowa, i w ten sposób je przetrawić. Co się dzieje z mniej twórczymi jednostkami, jeśli zaskoczy je doświadczenie mistyczne?

Ponieważ osoby te przekraczają granice tożsamości ego, popadają często w groźną niepewność. Jest ona tym groźniejsza, im bardziej ludzie ci pozbawieni są religijnych ram, w których mogliby umieścić swe przeżycia i zrozumieć siebie. Niejeden udaje się do psychiatry, bo myśli, że zwariował. Nawet tak przenikliwy psycholog jak Zygmunt Freud nie miał właściwego podejścia do doświadczeń transpersonalnych. Uważał je za nienormalne i psychopatyczne.

Chyba nie tylko Freud. W literaturze mistycznej często mówi się o okropnych lękach i okresach cierpienia. Jan od Krzyża ukuł metaforę ciemnej nocy, którą musi przejść mistyk na drodze do Boga. Czy mistyka nie jest ostatecznie czymś, czego należy się bać?

Nie. To, co przeżył i co wycierpiał Jan od Krzyża, było długą drogą oczyszczenia. Studiowałem intensywnie jego wspaniałe teksty. Wynika z nich, że nie miał on łatwego życia. Wzrastał w ciasnym i groźnym świecie inkwizytorskiego katolicyzmu hiszpańskiego. Czuł się tam nieswojo. Istnieje jego cudowny wiersz zaczynający się od słów: „Wszedłem - hen kędyś w nieznane...". Cztery razy musiał stawać przed inkwizycją. Nie było mu łatwo dochować wierności swojemu doświadczeniu. Dziś nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie tych trudności. Jan nie miał żadnego wsparcia, żadnej podpory - niczego, na co mógłby się powołać. Jego towarzyszce, Teresie z Avila, było trochę łatwiej. Nie krępowała się przy opisywaniu mistycznych przeżyć sięgać do chrześcijańskiej dykcji. Jan od Krzyża czynił to także, ale rzeczywistym mistykiem jest on w tych swoich wierszach, w których często nie występuje żadna religijna terminologia. To również było częścią jego ciemnej nocy.

Czy chce Ojciec przez to powiedzieć, że wewnętrzna droga nie musi prowadzić przez mrok?

Lęki, obawy, uczucie opuszczenia i rozpaczy w obliczu „śmierci Boga" mogą, ale nie muszą się pojawić. Niemało ludzi z dużą łatwością osiąga szczyt - a gdy się tam znajdą, często wybuchają głośnym śmiechem. Mój mistrz zen, Yamada Roshi, śmiał się bez przerwy trzy dni, gdy poczynił decydujące doświadczenie. Jak łatwo zgadnąć, jego żona myślała, że zwariował. Ale nie. On śmiał się, dlatego, ponieważ oświecenie okazało się takie proste - ponieważ się przebudził i stwierdził, że rzeczywistość może być zupełnie banalna, a jednak doskonała. Nagle człowieka śmieszy cały ten mozół, cała teologia, cała filozofia. Duchowa wędrówka przebiega różnie. Zależy to ostatecznie od psychicznych predyspozycji jednostki.

Zatem szeroko rozpowszechnione mniemanie, ze mistyka jest czymś, co każe być zawsze bardzo poważnym, wydaje się nieuzasadnione.

Oczywiście, to przekonanie jest zupełnie bezpodstawne. Obraz mistyki jest na Zachodzie bardzo wypaczony. Może, dlatego, że w kościele katolickim ustalono bardzo swoiste kryteria świętości. Rzadko spotykamy śmiejących się świętych. Kościół wymaga od nich nadzwyczajnych cnót, czynienia cudów i tym podobnych rzeczy. To wszystko nie ma nic wspólnego z doświadczeniami mistycznymi. Chodzi raczej o katalog moralnych wymagań, którego nie da się zastosować do mistyków. Mistycy często byli odrzucani, ponieważ nie przystawali do kodeksu moralnego określonej epoki. Odpowiadali z grubsza obowiązującym normom i konwencjom, jednak dobrze wiedzieli, że to wszystko jest tymczasowe i względne.

Istnieją przecież tzw. święci głupcy, ludzie, którzy lekceważą wszelki konwencje, ponieważ dostrzegli względność wszystkiego, co doczesne.

Wystąpienia świętych głupców wywołują najczęściej wielką irytację. Znam wiele wschodnich anegdot o takich ludziach, na przykład o mistrzu zen Ikkyu, który chodził do burdeli, by nawracać tam kobiety. A w naszej tradycji? W życiu Jezusa są epizody, które jemu współczesnym musiały się wydać kamieniem obrazy. Jezus jadał z kobietami wątpliwych obyczajów, spotykał się ze znienawidzonymi celnikami. Nawet własnych uczniów zgorszył tym, że pozwolił się namaścić kosztownymi olejkami, zamiast przeznaczyć pieniądze na biednych.

Brzmi to tak, jak gdyby mistyczne doświadczenie wykraczało poza moralność. Czy mistycy — by raz jeszcze posłużyć się słowami Nietzschego - żyją poza dobrem i złem?

Mistyczne doświadczenie gruntownie zmienia człowieka. Uświadamia, że normy moralne wiążą się za każdym razem ze sposobem rozumienia siebie. Z jednej strony rozumienie to zależy od poziomu świadomości, na którym się znajdujemy. Z drugiej strony osiągnięcie trans-personalnego poziomu świadomości zmienia nasz sposób rozumienia siebie - a to z kolei nasze wyobrażenia moralne. Albo inaczej. Dla kogoś, kto zdobył doświadczenie mistyczne, moralność schodzi na drugi plan.

Wypełnia go wszechogarniająca miłość do wszystkiego i do wszystkich. Miłość staje się dla niego jedyną normą, przenika całe jego postępowanie. Do takiego człowieka odnoszą się słowa św. Augustyna: „Ama etfac quod vis" - „Kochaj i rób, co chcesz". Jeśli twoje działanie przenika duch miłości, wypełnia ono samo z siebie wszystko, co zaleca moralność -i nie wyjdzie zuchwale poza obyczaje i zwyczaje, bo byłoby to nie do pogodzenia z miłością.

Co jednak począć, jeśli moralne konwencje naruszają ducha miłości?

Mistyczna świadomość wskazuje na jedność. Kto doświadcza siebie zjednoczonego z drugim, dociera do zupełnie nowych podstaw moralności. Miłość jest prawdziwą rzeczywistością - i nawet tam, gdzie ludzie oddalili się od doświadczenia Pierwszej Rzeczywistości, pozostaje ona jednak kształtującą siłą ewolucji i rozwoju kultury. I jako taka wchodzi do podstawowych przekonań moralnych w kulturze i religii. To tłumaczy zresztą, dlaczego religie, jak próbował wykazać Hans Kiing w swoim etosie światowym, prawie nie różnią się między sobą.

Nie oznacza to chyba, ze przestrzeganie moralnych przykazań zawsze prowadzi do doświadczenia tego, co boskie?

Nie. Co prawda, etyka chrześcijańska powiada: Jeśli się dobrze sprawujesz, będziesz oglądał Boga", ale to nie takie proste. Nakazy moralne mogą być pomocne na drodze wewnętrznej, ale nie gwarantują doświadczenia mistycznego. Przeciwnie, tkwi w nich zawsze niebezpieczeństwo zbytniego związania się z moralną dyscypliną i ascezą, zbytniego przywiązania się do ego. Ego, bowiem chce być moralne i ma nadzieję w ten sposób wejść do nieba.

Z tego punktu widzenia protestancki sprzeciw wobec wszelkich form usprawiedliwienia przez uczynki jest z perspektywy mistyki w pełni uzasadniony?

Tak. Tu także ma swoje źródło krytyka katolickiej praktyki odpustowej. W protestantyzmie natomiast problematyczne wydaje się to, że nie mniej niż katolicyzm wiedziony jest on wyobrażeniem, że ego musi zostać przed Bogiem usprawiedliwione. A właśnie, że nie musi! Zadanie ego polega na tym, żeby ustąpić, ażeby w życiu dać miejsce Pierwszej Rzeczywistości - by pozwolić Bogu przyjść na świat. Jak powiada Eck-hart: „Cóż ci to szkodzi, człowiecze, jeśli pozwolisz Bogu być w tobie Bogiem?" (Kazanie 6).

Czy to jest owo stanie-się-Boga w człowieku, które Ojciec w swoich książkach nazywa sakramentem chwili?

Tak. Bóg wydarza się tu i teraz. Tu i tylko tu, w tej chwili jest możliwa komunia i komunikacja z nim. Życie jest prawdziwą religią. To spełnienie Boga. Bóg objawia się zarówno w tym, co małe, jak i w tym, co wzniosłe. Komunikowanie się z nim jest celem wszelkiej mistyki. W modlitwach i rytuałach świętujemy tylko tę rzeczywistość. Kiedy świętuję eucharystię, kiedy chleb i wino leżą na ołtarzu, to świętuję jedność Boga i stworzenia. Chleb i wino są tylko reprezentantami kosmosu, od atomu aż po świadomość. Świętuję to, co zawsze jest. Słowa wypowiadane nad chlebem i winem są tylko potwierdzeniem, nie przeistoczeniem. Udzielając chrztu, mówię rodzicom: Tutaj otwiera się znów niebo, jak przy chrzcie Jezusa, a głos powiada: „Ten jest mój syn umiłowany, to jest moja umiłowana córka" (Mt 3,17). Nie zmywa się niczego, natomiast potwierdza coś, co jest od początku: Jedność Boga i człowieka. W tym kontekście chciałbym zacytować Rumiego, jednego z moich ulubionych mistyków: „Jeśli istnieje jakiś miłujący na tym świecie, to jestem nim Ja. - Jeśli istnieje jakiś wierzący lub chrześcijański pustelnik, to jestem nim Ja. - Osad w winie, podczaszy i śpiewak, harfa i muzyka, umiłowany i świeca, napój i radość pijącego, to jestem Ja. Siedemdziesiąt dwa wyznania i sekty na całym świecie nie istnieją w rzeczywistości. Klnę się na Boga. Każde wyznanie, każda sekta to Ja. Ziemia i powietrze, woda i ogień, nawet ciało i dusza to Ja. - Ogień piekielny, możecie być pewni, z płonącym przedsionkiem piekła, ba, nawet raj, Eden i rajskie dziewice, to Ja. - Ta Ziemia, to niebo i wszystko, co one kryją, aniołowie, elfy, geniusze i cała ludzkość - to jestem Ja".

WIELE DRÓG - ALE TYLKO JEDEN SZCZYT

JAK RELIGIE ODNOSZĄ SIĘ DO MISTYKI

Mistyka, powiada Ojciec, jest inną nazwą na duchowość transkonfesyjną. A więc istnieje coś takiego jak religia poza religiami? Brzmi to paradoksalnie, jednak twierdzi Ojciec, że paradoksem nie jest. Dlaczego?

Duchowość transkonfesyjna to nie jakaś konkretna religia, lecz religijność poza religiami. Stanowi ona podstawowy rys ludzkiej natury. To właściwa nam tendencja do otwarcia się na całość i jednię. Tendencja wspólna wszystkim żywym istotom, stanowiąca siłę napędową ewolucji. Dotychczas manifestowała się w przeróżnych religiach, albowiem przez tysiąclecia nie było rozdziału pomiędzy religią a duchowością. Obecnie jednak widzimy, że ta religijna siła odłącza się od odziedziczonych religii. Spotykam coraz więcej ludzi, którzy są religijni, nie czując jednocześnie przynależności do żadnej religii. W tym dostrzegam ślad postępującej ewolucji świadomości.

Czy chce Ojciec przez to powiedzieć, że w niedalekiej przyszłości nie będzie już religii?

To za dużo powiedziane. Religie się otworzą. Dojdą do przekonania, że ich właściwym celem jest duchowość, która wychodzi poza konfesyjność. Stwierdzą przy tym, że transkonfesyjność istniała w nich zawsze. Budda nie chciał zakładać religii. Jezus nie chciał zakładać religii. Dopiero ich naśladowcy ujęli w formy doświadczenie swoich mistrzów i je zinstytucjonalizowali. Wydaje mi się, że jest to niemal naturalna kolej rzeczy. To, co boskie, co jest przeżywane w doświadczeniach duchowych, dąży do tego, by zostać wyrażonym w postaci rytuałów i teologii. Dlatego zawsze będą istniały - w najszerszym tego słowa znaczeniu — wspólnoty religijne, nawet, jeśli w przyszłości wiele z nich powstanie poza istniejącymi kościołami.

Czy zatem religie są haraczem, który to, co boskie, musi zapłacić, jeśli ma być doświadczane w człowieku?

Proszę mi pozwolić na zastąpienie słowa haracz następującą metaforą: Religia to niejako Księżyc, który w nocy oświetla Ziemię, ale świeci światłem Słońca. Gdy Księżyc wchodzi między Słońce a Ziemię, następuje zaćmienie Słońca. Podobnie jest z religiami. Słońce jest tym, co boskie. Ono daje światło religiom, ażeby oświetlały człowiekowi drogę. Jeśli jakaś religia nada sobie zbyt duże znaczenie i wciśnie się między Boga a człowieka, to zaciemni Boga. Wtedy następuje zaćmienie Boga. Skłonność do tego mają wszystkie religie - i dlatego krytyka religii immanentnie wiąże się z mistyką. Nie, dlatego, że odrzuca ona religię, lecz dlatego, że ostrzega przed jej przecenianiem. Kabir, mistyczny poeta, wyraził to ostrzeżenie w pięknym wierszu. Jako syn muzułmanki i późniejszy uczeń braminów poruszał się między islamem a hinduizmem i może, dlatego był szczególnie wyczulony na ograniczenia właściwe religii. Pisze: „O niewolniku! Gdzie ty mnie szukasz? Patrzaj! Wszak jestem przy tobie. Nie jestem w świątyni, ani w meczecie, nie jestem w Kaabie, ani w Kailasie, ani w obrządkach, ani w ceremoniach, ani w Yodze, ani w wyrzeczeniu. Jeżeli mnie szukasz naprawdę, zaraz mnie ujrzysz, w tej chwili mnie spotkasz. Kabir powiada: ťO Sadhu! Bóg jest oddechem wszystkiego, co oddychaŤ".

Wielu ludzi identyfikuje się ze swoim wyznaniem religijnym, z ulubionymi tradycjami i wielowiekową tożsamością. Mogę sobie wyobrazić, że napotka Ojciec zdecydowany opór, jeżeli zacznie zachęcać ludzi, by z tym wszystkim się rozstali. Jak sobie Ojciec z tym radzi?

Nikomu nie radzę zmieniać religii. Ja sam nie chciałbym porzucać mojego chrześcijaństwa. Ale religia jest dla mnie drogowskazem, nie zaś celem. Jeśli widzę, że drogowskaz przypisuje sobie zbyt wielką rolę i chce mnie zatrzymać, wówczas nie pozwalam na to. Naturalnie, trudno porzucić wszystko, co od dzieciństwa było oczywiste. Tego nikt nie robi, chyba, że zacznie tę oczywistość podważać albo całkowicie w nią zwątpi.

I dzieje się to tym częściej, im większa staje się rozbieżność między codziennym rozumieniem świata a odziedziczonymi wyobrażeniami religijnymi. Stwierdzam w każdym razie, że ludzie, którzy przychodzą do mnie, czynią to najczęściej, dlatego, ponieważ popadli w kryzys sensu. Nagle zostają postawieni przed kwestiami, których sami nie potrafią rozwiązać: Dlaczego w ogóle żyję? Dokąd idę? Dlaczego mnie to spotkało? Religie od zawsze próbowały pomóc w znalezieniu odpowiedzi na te pytania. Ale odpowiedzi nie zadowalają już wielu ludzi naszych czasów. Zupełnie nieoczekiwanie tracą oni grunt pod nogami i ogarnia ich wielka niepewność. W tym punkcie ich niejako przejmuję. Pokazuję im, jakie otwierają się przed nimi szansę na przełom i nowy początek, czy to w obrębie ich religii, czy też poza nią.

Coraz więcej ludzi zwraca się ku duchowości Wschodu — zapewne w przekonaniu, ze na tej drodze najlepiej zaspokoją swoje religijno-duchowe tęsknoty. Jednak Dalajlama zaleca swoim europejskim sympatykom, żeby pozostali w odziedziczonym chrześcijańskim kręgu kulturowym. Czy zgadza się Ojciec z Dalajlama?

Uważam za bardzo ważne pozostanie w sprawdzonych tradycjach duchowych. Znajdujemy w nich zrozumiałe dla nas możliwości interpretacyjne i wskazówki przydatne zarówno w codzienności, jak też w doświadczeniach mistycznych. Klasyczne drogi duchowe są rodzajem map ducha, które pozwalają precyzyjnie określić, gdzie jesteśmy i jakie procesy duchowe nas czekają. Istnieją pewne różnice pomiędzy poszczególnymi drogami. Ale ostatecznie drogi te mają prawie taką samą strukturę podstawową. Wszystkie prowadzą na ten sam szczyt.

O jakich duchowych tradycjach Ojciec myśli?

W chrześcijaństwie mamy niemal całkowicie zapomnianą duchowość kontemplacji. W buddyzmie są zen i vipassana, w obszarze hinduistycznym rozmaite warianty jogi: krija-joga, radżajoga i patańdżali. W islamie zadomowił się sufizm, w judaizmie kabała.

Jak te duchowe drogi mają się do siebie? Wykluczają się czy uzupełniają? Czy można jednocześnie iść dwoma, czy też trzeba się zdecydować na jedną?

Wszystkie te drogi są ścieżkami wiodącymi na szczyt tej samej góry. Jedna prowadzi z prawej, inna z lewej, jedna stromo, druga łagodniej. Ale ostatecznie prowadzą do jednego celu. Swoją formę otrzymują od tradycji religijnej i kultury, z której pochodzą. Religie są - by pozostać przy tym obrazie - różnymi klimatami, które panują na północnym, południowym, wschodnim i zachodnim stoku góry. Kto rozpoczyna wspinaczkę, zna zrazu tylko swoje otoczenie - albo widzi tylko odmienność innych religii. Nie przeczuwa jeszcze, że ostatecznie wejdzie w obszar, w którym wszystkie drogi zbliżają się do siebie. A na końcu, gdy przejdzie przez chmury i dotrze do partii szczytowych, zobaczy, że wszyscy wspinacze zawsze byli w drodze na tej samej górze i mieli przed oczyma ten sam cel.

Brzmi to trochę jak krytyka religii, a przynajmniej krytyka wyznań religijnych.

Oczywiście, jestem krytyczny wobec religii. Zwracam się przede wszystkim przeciwko zaskorupieniu, przeciwko sztywnej absolutnej strukturze. Ale nie zapominam, że na tę drogę zawiodła mnie religia chrześcijańska. Nie wiem, gdzie byłbym dziś, gdyby chrześcijaństwo nie wprowadziło mnie w to, co religijne. Wyznania religijne są rodzajem schronienia; są progiem, przez który wielu ludzi wchodzi na drogę duchową. Na tym polega ich wartość. Nie umniejsza tego fakt, że na drodze duchowej kiedyś osiąga się punkt, w którym przekracza się ramy danego wyznania. Albowiem doświadczyć, rzeczywiście doświadczyć Boga nie można w gorsecie żadnego wyznania religijnego. Chciałbym wyraźnie podkreślić, że nie bronię synkretyzmu. Przeciwnie, różne religie powinny według mnie istnieć nadal obok siebie. Potrzebujemy wielu witraży, które mówią nam coś o świetle za nimi. Religiom nie wolno jednak absolutyzować swoich poglądów. Powinny swoich zwolenników i zwolenniczki doprowadzić do doświadczenia tego, co obiecują święte księgi. Nie powinny próbować zatrzymywać ich w granicach wyznania religijnego.

Jak wybrać właściwą dla siebie drogę?

Kto w swojej własnej tradycji religijnej umie znaleźć drogę mistyczną, ten nie potrzebuje szukać w innych religiach. Trzeba jednak powiedzieć, że w naszej dzisiejszej chrześcijańskiej pobożności to niezwykle trudne. Kontemplacji nikt nie naucza. Nie ma mistycznych nauczycieli ani duchowych dróg, które od początku byłyby nakierowane na doświadczenie tego, co boskie. Kto szuka, ten najczęściej nie ma wyboru. Zaczyna rozglądać się w innych tradycjach religijnych. Ale tak być nie musi! Moje wysiłki zmierzają właśnie do tego, żeby odgrzebać mistyczne dziedzictwo chrześcijaństwa i zbudzić je do nowego życia. Chodzi o zupełnie nieprzeczuwane skarby, które w niczym nie ustępują duchowym bogactwem mistycznym religiom Wschodu.

Proszę nam pozwolić zajrzeć do tego skarbca. Jakie klejnoty zachodniej mistyki ukażą się naszym oczom?

Podstawy do intelektualnego ujęcia mistyki położyli w naszym kręgu kulturowym Grecy. Filozofia Platona dostarczyła chrześcijańskiej mistyce ram pojęciowych i metaforycznych. Jednak już przed Platonem na przełomie VI i V wieku przed Chrystusem w południowej Italii filozof Parmenides z Elei opisał doświadczenie jedności z tym, co boskie. Neo-platonicy, Plotyn i Proklos, nauczali mistycznej filozofii nawiązującej do Platona. Są oni właściwymi twórcami philosophia perennis - filozofii wieczystej — która znalazła kontynuatorów w osobach takich wielkich europejskich mistyków, jak Mistrz Eckhart, Jan od Krzyża, Mikołaj z Kuzy, Baruch Spinoza. Nie mniej ważne są w mistyce wielkie postaci kobiece: Hildegarda z Bingen, Mechtylda z Magdeburga, Gertruda z Helfty, Jadwiga z Antwerpii, Teresa z Avila lub taka osobliwa postać, jak Madame Guyon. Ta ostatnia spędziła pięć lat w Bastylii z powodu głoszonych nauk mistycznych. Nie wolno zapomnieć o ludowych mistykach -Jakubie Bóhme czy Aniele Ślązaku. A to tylko niektóre nazwiska z wielkiej historii mistyki chrześcijańskiej.

Kiedy patrzymy na tę imponująca tradycję, nasuwa się nieodparcie pytanie, czy w ogóle trzeba zajmować się mistyką buddyjską lub hinduską?

Nie to chciałem powiedzieć. Zajmowanie się duchowymi tradycjami Wschodu jest niezwykle pożyteczne. Dopiero dzięki wieloletniemu praktykowaniu zen zrozumiałem, że chrześcijańska mistyka w swym rdzeniu uczy dokładnie tego samego, co szkoły zen. Innymi słowy, dopiero pobyt w Japonii pomógł mi dostrzec i docenić skarby własnej tradycji chrześcijańskiej.

Wymienia Ojciec tak zwanych założycieli religii i powiada, że ich zamiarem nie było zakładanie religii. Na czym więc polega z punktu widzenia mistyki znaczenie Buddy i Jezusa?

Jezus i Budda osiągnęli to, co możemy osiągnąć jako ludzie. Doświadczyli Pierwszej Rzeczywistości i starali się przekazać to doświadczenie innym oraz wskazać im, jak mogą dojść do tego samego. Dlatego są dla nas przewodnikami i towarzyszami na wewnętrznej drodze.

Czy chodzi o to, co w chrześcijaństwie nazywamy naśladowaniem?

Tak, ale występuje tu jeszcze inny aspekt. Niektórzy ludzie potrzebują na wewnętrznej drodze postaci, z którą mogą się identyfikować. Postaci takie są czymś więcej niż tylko wzorem. Nie podąża się za nimi, lecz w kontemplacyjnym zatopieniu usiłuje się stać z nimi jednym. Szczególną wagę do takich praktyk przywiązuje buddyzm tybetański. Wyznawcy dzięki wizualizacjom oraz imaginacjom jednoczą się z oglądanym obrazem Boskości lub Bodhisattwy. Więcej nawet - stają się rzeczywistością, która w tym obrazie została przedstawiona. Czymś podobnym jest kult ikony w prawosławiu. Prawosławni widzą w ikonie okno otwierające perspektywę na transcendencję. Ikony są niejako szwem między oboma poziomami rzeczywistości.

Załóżmy, że stoimy na progu nowej fazy ewolucji świadomości względnie na progu nowej epoki duchowej. Czy pojawia się nowe postaci, z którymi można się będzie identyfikować, nowi założyciele religii, nowe duchowe drogowskazy?



dalej


strona główna
(23kB)