(23kB)
strona główna


 

 

Joanna Chmielewska

 

2/3 Sukcesu

Poczta była zatłoczona. Do kupowania znaczków, wysyłania listów poleconych i zagranicznych oraz odbierania wszelkich przesyłek na awiza przeznaczono tylko jedno okienko i ogon do niego wyglądał przerażająco. Stwierdziwszy, iż nigdzie więcej nie uda się nadać listu poleconego, ponadto inne stanowiska są jeszcze bardziej oblężone, Pawełek westchnął ciężko i stanął na końcu odrażającej kolejki.

Mógł wprawdzie pojechać na inną pocztę, gdzie, być może, organizacja pracy miałaby więcej sensu i wysyłanie listów byłoby łatwiejsze, ale stąd właśnie miał doskonały autobus do domu, co stanowiło okoliczność nie do pogardzenia. Wracał od kumpla, który wymyślił wspaniały rodzaj ćwiczeń z hantlami, wypróbowywali go obydwaj i Pawełek nie czuł się już zdolny do walki z komunikacją miejską. Z dwojga złego wolał posterczeć w ogonku.

Musiał koniecznie wysłać dwa listy, obiecał to solennie i uroczyście ciotce Monice i dziadkowi. List ciotki Moniki był zagraniczny, a dziadka polecony i oba wymagały okienkowych manipulacji. Możliwe, iż należało najpierw iść na pocztę, a potem do kumpla, ale postąpił odwrotnie i teraz już przepadło.

Pierwsze dziesięć minut Pawełek poświęcił wyłącznie relaksowi po hantlach, nie zajmując się otoczeniem. W jedenastej minucie został gwałtownie popchnięty, ocknął się zatem z otępienia, rozejrzał wokół i dostrzegł przyczynę. Jakiś osobnik siłą przedzierał się przez tłum, utorował sobie drogę w poprzek ogonka i runął na zwolnione właśnie krzesło przy pocztowym stoliku. Zwalił na blat grubą księgę, po czym z namaszczeniem rozłożył dookoła jakieś papiery.

Pawełek popatrzył na niego w pierwszej chwili bezmyślnie, w następnej z lekkim zainteresowaniem. Skądś go znał. Nie mógł sobie przypomnieć skąd i zaczął się nad tym zastanawiać. Osobnik nie był stary, wyglądał na jakieś osiemnaście lat, wiekiem pasował do Rafała, ciotecznego brata Pawełka, ale z Rafałem wcale się nie kojarzył. Marszczył nos i zaciskał usta w sposób charakterystyczny i Pawełek był pewien, że gdzieś go już widział. Widział, niewątpliwie widział, tylko gdzie…?

Przesunął się do przodu o trzy osoby, kiedy sobie wreszcie przypomniał. Widział go rzeczywiście i to nawet dwa razy. Raz w klubie filatelistycznym, a drugi raz w centrali, był tam razem z dziadkiem, któremu pomagał nosić potwornie ciężkie klasery i katalogi, w klubie plątał się dłużej, w ogóle w centrali zauważył go tylko dlatego, że przedtem widział go w klubie. Chyba nawet słyszał, jak mu na imię, ktoś się do niego zwrócił… Czesio! Tak jest, ktoś zawołał „Czesiu!” i on się obejrzał…

Kwestia została rozstrzygnięta i Pawełek mógł ją porzucić, ale oczekiwanie w ogonku było czymś nie do zniesienia nudnym. Nie miał nic do roboty. Kolejna osoba utkwiła w okienku na mur, wyglądało na to, że zostanie tak już do skończenia świata, jej przesyłka chyba gdzieś zaginęła, a marszczący nos i zaciskający usta Czesio stanowił, bądź co bądź, jakąś rozrywkę. Coś robił przy tym stoliku i było to coś bez wątpienia atrakcyjnego, bo zajmowało go bez reszty. Nie zwracał żadnej uwagi na ścisk dookoła i ustawiczne potrącanie stolika, nie przeszkadzało mu nawet popychanie w łokieć. Zajęty był i cześć.

Pawełek zaciekawił się nim wyłącznie z nudów. Długą chwilę próbował odgadnąć, na czym jego zajęcie polega, ludzie zasłaniali stolik, manipulacje Czesia z grubą księgą i licznymi papierami niknęły mu z oczu, zdecydował się zatem popatrzeć z bliska. Zaklepał miejsce w kolejce, przecisnął się przez podwójny ogonek, przemknął przez procesję wchodzących i wychodzących i dotarł do pleców Czesia, nie mając pojęcia, iż tym samym rozpoczyna cały ciąg wstrząsających i emocjonujących wydarzeń.

Gruba księga na stoliku okazała się książką telefoniczną. Obok niej leżała gazeta, na gazecie zeszyt. Czesio w skupieniu czytał kawałek gazety, potem szukał czegoś w książce telefonicznej, następnie zaś treść książki telefonicznej przepisywał do zeszytu. Stojąc tuż nad jego głową, Pawełek w dalszym ciągu nie mógł zrozumieć, o co tu chodzi, gazeta otwarta była bowiem na stronie z nekrologami. Gdyby nie przymus trzymający go w tym beznadziejnym ogonku, wzruszyłby zapewne ramionami i poniechał zainteresowania tematem, w tej sytuacji jednakże, w braku lepszego zajęcia, zaciekawił się i postanowił odgadnąć sedno rzeczy.

Wrócił na swoje miejsce, kiedy od okienka dzieliły go już tylko dwie osoby. Czas spędzony na poczcie przestał uważać za bezproduktywnie zmarnowany. Nie zdołał wprawdzie zrozumieć przyczyn i celów dziwnych poczynań Czesia, ale poznał przynajmniej szczegóły jego działania i mógł się poświęcić rozwiązywaniu zagadki, która zaintrygowała go w najwyższym stopniu.

Czesio mianowicie z wielką uwagą czytał nekrologi, omijał te, które zawiadamiały o jakiejś rocznicy i wyławiał wyłącznie świeże, informujące o pogrzebach przewidywanych w najbliższym czasie. Szukał w książce telefonicznej nazwiska nieboszczyka, po czym zapisywał sobie z zeszycie jego adres i numer telefonu. Do czego mógł być mu potrzebny adres człowieka, który bezpowrotnie opuścił nie tylko swoje mieszkanie, ale w ogóle ziemski padół, tego Pawełek nie był w stanie pojąć. Na wszelki wypadek zapamiętał nazwisko Czesia. Usłyszał je, kiedy Czesio w sąsiednim pomieszczeniu oddawał książkę telefoniczną, przy czym zwrócono mu legitymację stanowiącą zastaw. Tam też był tłok i Czesio wywrzeszczał swoje nazwisko poprzez głowy ludzi. Nazywał się Wilczak. Czesio Wilczak…

Całą drogę do domu Pawełek przebył w głębokiej zadumie. Pchnął furtkę, wbiegł do holu, z roztargnieniem pogłaskał psa, oddał dziadkowi pokwitowanie na list polecony i wtargnął do pokoju Janeczki. Janeczka, jego siostra, była wprawdzie o rok młodsza, ale umiała myśleć i w odgadywaniu tajemnic wykazywała talent szczególny.

Na jedno z licznych pytań Pawełka odpowiedziała od razu.

- A gdzie miał iść, jak nie na pocztę? - rzekła zimno, odrywając się od układanego właśnie, bardzo skomplikowanego puzzla. - Nowej książki telefonicznej nie ma na pewno, bo w ogóle jej nie można dostać. Musiał szukać na poczcie, nawet gdyby ktoś mu tam siedział na głowie. Jaka to była gazeta?

- Życie Warszawy.

- Stare?

- Nie, dzisiejsze.

- No więc właśnie…

Pawełek sapnął z irytacją, podniósł z podłogi kawałek puzzla, przez chwilę sprawdzał, gdzie pasuje, nie znalazł tego miejsca, zrezygnował i odłożył go na biurko. Usadowił się na foteliku obok.

- Co właśnie? Dzisiejsze, śpieszyło mu się, no dobrze, ale po co? Do czego mu te adresy? Chce iść na stypę, czy jak?

- Mieszkania - wyjaśniła lakonicznie Janeczka, wracając do puzzli.

- Co?

- Mieszkania. Ktoś umarł i zostało po nim mieszkanie, nie? Może puste…

- I co? Chce się tam wedrzeć i zagnieździć?

- Zgłupiałeś. Ale może chcą odkupić od spadkobierców, albo co. Kazali mu znaleźć adresy. Może mu każą tak szukać codziennie.

Przez chwilę Pawełek rozważał sprawę. Wyjaśnienie miało swój sens, ale nie zadowalało go w pełni.

- No, może… - powiedział z powątpiewaniem. - Ale czy ja wiem…

Janeczka uniosła głowę znad puzzla i uważniej popatrzyła na brata. Powątpiewanie w głosie Pawełka było tak głębokie, że nie pozwalało się zlekceważyć.

- No? Bo co?

- Bo on tego szukał jakoś tak… Nie jakby mu kazali, tylko sam z siebie. Jakby mu okropnie zależało.

- Może się chce ożenić? Pawełek pokręcił głową.

- Chcieć, to może i chce, ale jakby się Rafał chciał ożenić, to co by było?

- Głupie pytanie. Piekło na ziemi, wybiliby mu z głowy. W dodatku nie jest pełnoletni, będzie dopiero za trzy miesiące.

- No więc, na moje oko, ten Czesio ma tyle samo lat co Rafał. Ożenienie odpada. Chyba że szuka na zapas, ale mówię ci, że to wyglądało jakoś tak…

Im dłużej Pawełek myślał o niepojętych staraniach Czesia na poczcie, tym głębiej zakorzeniało się w nim przekonanie o tajemnicy. Co prawda Czesio zachowywał się zwyczajnie, nie przepisywał tych adresów ukradkiem i w sekrecie. W skupieniu i z przejęciem, tak, ale nie skrycie, nie usiłował na przykład zasłaniać ani Życia Warszawy, ani zeszytu. A jednak, mimo to… Coś w tym tkwiło…

Wysilił siei spróbował przekazać swoje wrażenia Janeczce. Janeczka pieczołowicie ulokowała kawałek puzzla na właściwym miejscu.

- Idź po Życie Warszawy - rozkazała. Pawełek zerwał się z fotelika i zatrzymał, uczyniwszy jeden krok ku drzwiom.

- Bo co?

- Bo co nam szkodzi sprawdzić. Ja też jestem ciekawa, o co mu chodziło…

Razem z gazetą Pawełek przyniósł książkę telefoniczną. Była wprawdzie o parę lat starsza, ale zmiany w łączności telefonicznej nie następowały w tak szalonym tempie, żeby się miała do niczego nie przydać. Biurko Janeczki zajęte było puzzlem, ulokowali się zatem na tapczanie.

- No dobra, i co teraz? - spytał Pawełek, kiedy już wykonali dokładnie to samo co Czesio na poczcie, tyle że znacznie sprawniej, ponieważ pracowali we dwoje. - Mamy wszystkich. I co?

- Nie wiem - odparła Janeczka, wracając do biurka z puzzlem. - Gdzie ten Czesio mieszka?

- A skąd ja mam to wiedzieć? Do czego nam… ?

- Bo przyszło mi do głowy wszystko razem. Po pierwsze, czy on tak codziennie szuka tych nieboszczyków i grzebie w książce telefonicznej. Gdyby mieszkał blisko tamtej poczty, byłoby łatwo sprawdzić, poczatować trochę i już. Ale możliwe, że mieszka gdzie indziej i był tam przypadkiem tylko jeden raz. Po drugie, powinno się zobaczyć, jakie ma mieszkanie, czy im tam ciasno, czy luźno, czy ktoś się ożenił, albo umarł, albo cokolwiek. Po trzecie, uważam, że warto popatrzeć, co się tam dzieje pod tymi adresami i czy on się tam plącze…

- Może sobie dorabiać - przerwał słuchający z uwagą Pawełek. - Jakieś sprzątania, remonty, noszenie ciężkich rzeczy, wyrzucanie śmieci i tak dalej. Sprzedawanie książek, na przykład. Po nieboszczyku. Ciężkie jak tysiąc piorunów.

- Możliwe. Albo jego ojciec robi nagrobki i on ma sprawdzać, czy ten nieboszczyk był bogaty. Albo jeszcze coś innego. Ja bym zaczęła od Czesia. Ilu ich tam jest, tych Wilczaków, w książce telefonicznej?

Pawełek policzył.

- Dziewięciu. I wszyscy gdzieś daleko. Ale on może nie mieć telefonu.

- No więc trzeba na niego poczekać na poczcie. Możesz zacząć od jutra…

- Odpada. Jutro ona jest czynna rano, a po południu dopiero pojutrze.

- No dobrze, więc od pojutrza - zgodziła się Janeczka z lekkim zniecierpliwieniem. - A jutro możemy iść do nieboszczyków.

- Dobra, ale do nieboszczyków trzeba na wszelki wypadek wziąć Chabra, więc nie możemy tam lecieć prosto ze szkoły.

Janeczka obejrzała się. Chaber, ich pies, spał pod drzwiami i na dźwięk swojego imienia otworzył jedno oko. Jego pani kiwnęła głową.

- Pewnie. Jeżeli mamy się czegoś dowiedzieć, bez Chabra nawet próbować nie warto. Nie wiem, czy nie powinien iść z tobą na pocztę.

- Nie, z psami nie wpuszczają. Jak tego Czesia zobaczę, już się od niego nie odczepię, a na psa mógłby zwrócić uwagę. Na pocztę pójdę sam.

- No dobrze, więc jutro… To nawet lepiej, że nie prosto ze szkoły, przynajmniej zostawimy w domu te wszystkie ciężary…

 

* * *

 

Około godziny siódmej wieczorem Janeczka przysiadła na murku odgradzającym trawnik od piaskownicy na tyłach budynków przy ulicy Żwirki i Wigury. Dotarli pod czwarty kolejny adres, a wynik penetracji równał się zeru. Mimo racjonalnego ustalenia trasy, odwiedzanie oddalonych od siebie punktów miasta trwało przeraźliwie długo i było nieopisanie męczące, szczególnie, iż w środku tych turystycznych poczynań trafili na godziny szczytu i część trasy przebyli piechotą ze względu na psa. Narażanie go na jazdę zatłoczonym autobusem było absolutnie wykluczone. W odwiedzanych planowo miejscach nie działo się kompletnie nic, drzwi do mieszkań nieżywych osób wyglądały zupełnie zwyczajnie i żadnych odkryć nie udało się dokonać. Nieco rozczarowani i odrobinę zniechęceni dotarli wreszcie tu, na Okęcie. Zadowolony był tylko Chaber, na którym spacer przez pół miasta nie zrobił żadnego wrażenia. Kręcił się i myszkował dookoła swojej pani, z zainteresowaniem obwąchując teren.

Pawełek wolnym krokiem wyszedł z budynku i zbliżył się do siostry.

- Ktoś tam jest w mieszkaniu, bo gra radio i coś słychać - zaraportował. - Z tego wynika, że nie mieszkał sam, jakaś żywa osoba została. Co teraz?

- Teraz musimy zacząć wracać, żeby zdążyć na kolację o jakiejś ludzkiej godzinie - odparła Janeczka. - Ciemno się już zrobiło. Ktoś grzebie w śmietniku.

Pawełek usiadł na murku obok niej.

- Głodny jestem potwornie. W dalszym ciągu nic z tego nie wiemy. Może powinno się dzwonić do drzwi i zaglądać do środka?

- Nie wiem. Uważam, że trzeba się zastanowić…

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując kręcącego się wokół psa. Słońce zaszło już dawno, mrok zapadł, w oknach paliły się światła. Chaber to pojawiał się w jaśniejszych miejscach, to znikał w cieniu. Ludzie przechodzili dość rzadko, chwile największego ruchu już minęły.

Pawełek nagle jakby się przecknął.

- Co mówiłaś? - spytał z lekką niechęcią. - W jakim śmietniku?

Janeczka gestem brody wskazała obrośniętą dzikim winem ażurową ściankę, odgradzającą pojemniki ze śmieciami.

- W tamtym, tam. Przyszedł z ulicy i nic nie niósł. Wlazł do środka i grzebie.

- Obszarpany?

- Właśnie nie. Całkiem normalnie wyglądał. I nie pijak. Pawełek poczuł cień zainteresowania.

- Okropnie to wszystko męczące! - westchnął, nie odrywając oczu od ukrytego w zieleni śmietnika. - Czy oni nie mogliby poumierać w jednej okolicy? A nie tak, w Śródmieściu, na Żoliborzu, na Mokotowie, na Okęciu… Dobrze chociaż, że nie na Pradze.

Ze śmietnika, przez ażurową ściankę i osłonę z dzikiego wina przebłyskiwało światło.

- Ma latarkę - zauważyła Janeczka.

W Pawełku nieznacznie drgnęła chęć sprawdzenia, czego ten tam jakiś z latarką szuka w śmietniku. Zmęczenie hamowało rozrost chęci. Światełko za ażurową ścianką zgasło, zza zieleni wyszedł jakiś człowiek i skierował się ku ulicy. Padł na niego blask z parterowego okna. Pawełek poderwał się na równe nogi.

- Ty, to on! - syknął zduszonym głosem.

- Jaki on?

- Czesio!

- Achchch…!

W jednym mgnieniu oka na Janeczkę spłynęło olśnienie. Zerwała się również.

- Chaber, tu…! To Czesio, piesku… Idziemy za nim! Chaber, to jest Czesio, szukaj Czesia! Pilnuj Czesia! Pawełek miotnął się w stronę ulicy i z powrotem.

- Czekaj, ten śmietnik…!

- Śmietnik na nic, tam ciemno. Nie mamy latarki.

- Mam zapałki!

- Czesio ważniejszy!

- Chaber…

- Przecież sam z nim nie pojedzie! Miasto śmierdzi!

- Do licha…! No nic, jeszcze tu wrócimy…

Rozumieli się doskonale. Należało równocześnie śledzić Czesia i sprawdzić, co robił w śmietniku, jedno przeszkadzało drugiemu. Chaber jak zwykle, zareagował bezbłędnie, na pierwszy rozkaz Janeczki poszedł za Czesiem, obwąchał ślady jego butów, zbliżył się, powęszył tuż za nim i obejrzał się na panią. Wiadomo było, że już go nie zgubi, chyba że Czesio wsiądzie do jakiegoś pojazdu. Na to nawet pies nie mógł nic poradzić, trzeba go było wspomóc. Pawełek wahał się jeszcze przez sekundę.

- Leć za nim, a ja tu spojrzę. Zaraz was dogonię…

Janeczka ruszyła za psem. Chaber, przyzwyczajony do tego rodzaju polowania, przestał się oglądać, lekkim truchtem dążył za Czesiem. Czesio opuścił zaplecze budynków i poszedł w kierunku Żwirki i Wigury. Zatrzymał się przed czerwonym światłem.

Zanim dotarli do przystanku autobusowego po drugiej stronie ulicy, Pawełek zdążył do nich dołączyć. Czesio zatrzymał się na przystanku, najwidoczniej zamierzał czekać na autobus. Mieli chwilę wytchnienia.

- Śmietnik jak śmietnik - powiedział Pawełek. - Pojęcia nie mam, czego mógł tam szukać…

- Ja wiem - przerwała Janeczka. - Już zgadłam, o co mu chodzi, teraz musimy sprawdzić, gdzie mieszka.

- O co?

- O rzeczy po nieboszczykach. To co ludzie wyrzucają, jak ktoś umrze. Szuka tego. Rupiecie, książki, albo coś innego, jeszcze nie wiem dokładnie… Pojedziemy za nim.

- Nie zdążymy na kolację.

- Która godzina? Dziesięć po siódmej? Zdążymy, w ostateczności dośledzimy go do połowy drogi. Półgłówek, nie mógł się pokazać trochę wcześniej?!

Kolacja w domu państwa Chabrowiczów była jedynym posiłkiem, na który należało zdążyć koniecznie. Śniadanie jadło się w pośpiechu, obiad wypadał każdemu o innej porze, a czasem także w różnych miejscach, kolacja natomiast była ustabilizowana i matka stanowczo życzyła sobie widywać przy niej swoje dzieci. Spóźnienie się bez istotnego powodu i bez uprzedniego zawiadomienia nie wchodziło w rachubę.

Czesio wsiadł do autobusu 172, rodzeństwo wsiadło za nim. Autobus był doskonały, dojeżdżali nim w pobliże domu, ale nie wiadomo było, jakie są zamiary przeciwnika. W napięciu czekali, co zrobi.

Czesio wysiadł na Odyńca. Wysiedli również. Czesio skręcił w jedną z małych, bocznych uliczek, a zaraz potem w drugą.

- Byliśmy tutaj - zauważył Pawełek. - To jest ten pierwszy nieboszczyk.

- Głowę daję, że pójdzie grzebać w śmietniku - odparła półgłosem Janeczka.

Czesio nie zawiódł jej oczekiwań. Ukryci w możliwie najciemniejszym miejscu, przytrzymując przy sobie psa, przyglądali się, jak wśród zasobników ze śmieciami błyskało światło latarki. Czesio spenetrował śmietnik porządnie i rzetelnie, po czym wrócił na Odyńca i znów zatrzymał się na przystanku.

- Rany, do domu mamy stąd pięć minut! - westchnął Pawełek z rozgoryczeniem.

- Przynajmniej zobaczymy, gdzie wysiądzie - pocieszyła go Janeczka.

Kolejnym autobusem 172 Czesio dojechał aż do Sobieskiego, wysiadł i wolnym krokiem udał się w stronę zamkniętej poczty. Gdyby szedł szybciej, niewątpliwie udaliby się za nim, ale wlókł się tak niemrawo, że do żadnego celu nie miał prawa dotrzeć wcześniej niż za pół godziny. Porzucili go zatem i przybyli do domu punktualnie.

- Więc chyba mieszka gdzieś tam w okolicy - zawyrokował Pawełek. - Możliwe, że jutro pójdzie na pocztę i wtedy go dopadnę. Poza tym mój kumpel też tam mieszka i może go zna przypadkiem. Dużo nie wiemy, ale zawsze coś.

- Przeciwnie, wiemy bardzo dużo - skorygowała Janeczka. - I dopiero teraz naprawdę zaczynani być ciekawa. Muszę wiedzieć, czego on szuka po tych śmietnikach, wszędzie tam, gdzie ktoś umarł, i rób sobie, co chcesz, aleja pęknę, jeżeli tego nie odkryję!

- W porządku, mogę też pęknąć - zgodził się od razu Pawełek. - Lekcje będę odrabiał w szkole, bo potem mi nie starczy czasu. I zaraz rano kupuję Życie Warszawy…

 

* * *

 

Tłok na poczcie pozwalał spędzić tam dowolną ilość godzin bez zwracania na siebie czyjejkolwiek uwagi. Czesio pojawił się o piątej po południu, akurat kiedy Janeczka i Pawełek rozważali sprawę podzielenia się obowiązkami, żeby nie marnować czasu podwójnie. Spędził nad książką telefoniczną mniej więcej piętnaście minut i wyszedł.

- Co jest? - zaniepokoił się Pawełek. - Gdzie go znowu niesie? Przecież mieszka gdzieś tutaj?

- Jeżeli wsiądzie do autobusu, nie wiem co zrobić powiedziała Janeczka z troską. - Dla Chabra jest jeszcze za duży tłok.

- Pojadę za nim sam, a ty tu zaczekasz. On może wrócić, a jakbym go zgubił, albo co, to też wrócę.

- Ale tylko do wpół do ósmej. Potem jadę do domu…

Czesio zrobił im głupi dowcip, wsiadł do autobusu 193, Pawełek wsiadł za nim i obaj zniknęli Janeczce z oczu. Westchnęła ciężko i zastanowiła się, jak spędzić ten cały, nie wiadomo jak długi okres oczekiwania, żeby nie było to takie zupełnie beznadziejne marnotrawstwo. Nie miała nic do załatwienia w tej okolicy, nie mieszkał tu nikt znajomy, nikt także ostatnio nie umarł. Nie mogła oddalać się zbytnio, żeby nie przeoczyć powrotu Czesia i Pawełka. Jedynym miejscem, jakie ewentualnie mogłaby odwiedzić, był sklep papierniczy na rogu Sieleckiej i Nowotarskiej, droga do niego nie zajęłaby więcej niż dziesięć minut. Powoli ruszyła w tamtym kierunku, na skróty, przez zieleńce pomiędzy domami.

Śmietniki ciągnęły jej wzrok jak magnes. Nie zależało jej tak bardzo na tym papierniczym sklepie, nie śpieszyła się do niego, skrupulatnie zatem oglądała napotykane po drodze betonowe lub ceglane budyneczki z zasobnikami. Widok wnętrza nie był pociągający, a woń każdego zdecydowanie odrzucała. Nikłą pociechę stanowił Chaber, węszący w nich gorliwie i z wyraźnym upodobaniem i Janeczka pomyślała filozoficznie, że niech przynajmniej pies ma jakąś przyjemność.

Była już blisko Sieleckiej, kiedy minęła ją idąca szybszym krokiem pani. Pani wyszła, z któregoś z sąsiednich domów i zmierzała ku śmietnikowi, niosąc ogromny i skomplikowany bagaż. Na ramieniu miała zawieszoną dużą, skórzaną torebkę, w rękach trzymała kilka toreb foliowych i naręcz łachmanów, a pod pachą ściskała coś, co wyglądało jak wielkie, płaskie pudło. Zatrzymała się na progu śmietnika i zawahała. Widać było, że przynajmniej połowę tych wszystkich rzeczy zamierza wyrzucić, ale nie wie jak to zrobić, bo ręce ma kompletnie unieruchomione. Spróbowała wepchnąć jedną torbę do najbliższego zasobnika, potrącony zasobnik zamknął się z głośnym szczęknięciem, uczyniła wysiłek, żeby go otworzyć i płaskie pudło wypadło jej spod pachy. Bezradnie spojrzała pod nogi, obejrzała się i jej wzrok padł na Janeczkę.

- Dziewczynko - powiedziała żałośnie. - Przepraszam cię, czy mogłabyś mi pomóc?

Janeczka była już blisko. Doskonale odgadła, że pani nie da sobie rady, jeżeli nie zdecyduje się wyrzucić wszystkiego z własną torebką włącznie. Torebka na długim pasku osunęła jej się z ramienia i balansując na łokciu, przeszkadzała jeszcze bardziej. Janeczka podbiegła i otworzyła zasobnik.

- Proszę bardzo - zgodziła się uczynnię. - Które… ? Pani usiłowała wypuścić z dłoni właściwą torbę, nie gubiąc pozostałych.

- Nie, weź najpierw to… Tak, teraz zamieńmy… Czekaj, teraz tylko to mi potrzymaj…

- To przecież szkło - zwróciła uwagę Janeczka. - Nie wyrzuca pani?

- Nie, to butelki po śmietanie, idę z tym do sklepu. Chyba wzięłam za dużo na raz… No, wreszcie!

Cofnęła się i wlazła na swoje pudło. Janeczka spojrzała w dół.

Nie było to pudło, tylko zwłoki bardzo starej, niezbyt dużej, tekturowej walizki. Jednego zamka nie miała wcale, drugi puścił przy upadku i wieko odskoczyło. Ze środka wysypał się olbrzymi stos listów.

- To przecież listy! - zdumiała się Janeczka - Pani to wyrzuca?

- Tak, to nie moje. Zostały po osobie, która już dawno nie żyje. Właściwie powinnam je spalić, ale nie mam jak. Nie spalę ich przecież na gazowej kuchence! Mam nadzieję, że śmieciarze je zniszczą.

- Ale one mają znaczki…!

- Znaczki ? Nawet nie zauważyłam… A co? Ty się interesujesz znaczkami?

- Tak - powiedziała Janeczka zdecydowanie. - I mój brat też.

Pani wzruszyła ramionami, jakoś niepewnie i bezradnie.

- Możesz je sobie zabrać, jeśli chcesz. To w ogóle trzeba usunąć, nie może zostać takie rozwalone…

- Ja to zrobię - zaofiarowała się Janeczka pośpiesznie. - Posprzątam tutaj, niech pani sobie nie zawraca tym głowy. Zrobię to bardzo porządnie.

Pani ucieszyła się wyraźnie, chociaż ciągle była niepewna i zakłopotana.

- Będę ci bardzo wdzięczna. Przykro mi, że narobiłam takiego bałaganu. Porządkuję mieszkanie po mojej ciotce i dobija mnie wyrzucanie śmieci, trzecie piętro…! Znoszę je tak po kawałku… Ale wiesz… Nie chciałabym, żeby te listy ktoś czytał…

- Nikt ich nie będzie czytał. Nie obchodzą nas listy, tylko znaczki. A jeżeli pani sobie życzy, mogę je osobiście spalić w naszym ogrodzie, albo w naszym piecu od centralnego ogrzewania. Mamy taki piec.

- Naprawdę…? Tak, chciałabym. Obiecujesz mi to?

- Obiecuję uroczyście…

Pani wreszcie sobie poszła. Janeczka popatrzyła za nią i pokręciła głową. Z tak skomplikowanym charakterem i umysłowością jeszcze się nie zetknęła. Głupota straszna, skoro wyrzuciła znaczki. Wyraźna inteligencja i rozum, skoro od razu pojęła, że można wierzyć Janeczce. Szlachetność i przyzwoitość, owszem, domagała się przecież dyskrecji…

Lekkomyślność potworna, zostawić tę całą korespondencję na pastwę losu…

Nie precyzując już dalej cech osobowości pani, Janeczka spojrzała pod nogi. Szczątki tekturowej walizki można było jakoś złożyć, ale zamek przepadł. Należałoby związać to sznurkiem. Nie miała sznurka, natomiast miała smycz. Jeżdżąc z Chabrem po mieście, zawsze nosiła ze sobą smycz, nie po to oczywiście, żeby na niej prowadzić psa, samo przypuszczenie, że mógłby być prowadzony na smyczy, stanowiło dla niego afront i obelgę, ale na wszelki wypadek, w razie gdyby się ktoś przyczepił. Do obwiązania walizki smycz nadawała się doskonale.

Przemagając lekki wstręt, Janeczka przyklękła, zgarnęła rozsypany stos i wepchnęła pod uchylone wieko. Zmieścił się z trudem. Okręciła to smyczą i uniosła w objęciach. Było ciężkie i niewygodne do niesienia. Rozstrzygnęło kwestię zajęć w tej okolicy, żadnych sklepów, żadnych spacerów, mogła tylko wrócić na pocztę i czekać na Pawełka. Usiądzie na tej walizce, a czatować będzie Chaber…

Doprowadzony przez psa Pawełek pojawił się za kwadrans siódma.

- No, wreszcie! - wykrzyknął triumfująco. - Jak zobaczyłem Chabra, wiedziałem, że jeszcze czekasz! Wiem, gdzie on mieszka! I wiem, gdzie…

- Czekaj! - Przerwała Janeczka, podnosząc się ze swojego siedziska. - Powiesz mi wszystko po drodze, a teraz potrzebny jest sznurek. Masz sznurek?

- Mam. Bo co? Co to jest?

- Nie wiem. Może skarby, a może śmieci. Listy ze znaczkami.

- Co?

- Listy ze znaczkami, mówię przecież. Jedna facetka wyrzuciła, a ja zabrałam.

- Jak to? Cała walizka…?!

- No właśnie. Trzeba to zawieźć do domu, a ona się rozlatuje. Obwiązałam smyczą, spróbuj jeszcze sznurkiem.

Zdumiony i zaskoczony Pawełek wygrzebał z kieszeni zwój sznura. Trochę go było za mało, żeby rozpadającą się walizkę przekształcić w pakunek łatwy do niesienia. Można ją było transportować tylko w dwie osoby, niosąc poziomo. Przez chwilę rozważali możliwość jazdy taksówką.

- Drogo - zauważył ostrzegawczo Pawełek.

- Dziadek by zapłacił - odparła trochę niepewnie Janeczka.

Dziadek zapłaciłby niewątpliwie z wielką radością. Dziadek zbierał znaczki przez całe życie, był ekspertem filatelistycznym, zaraził tym szlachetnym maniactwem najpierw Rafała, a potem ich obydwoje. Szacunek dla znaczków i wiedzę o nich mieli wpojone bez mała od urodzenia, a zbierać dla siebie zaczęli w ubiegłym roku. Dla walizki pełnej kopert dziadek zapłaciłby chętnie nawet za dwie taksówki, ale w jakiś niejasny sposób wydawało im się, że wówczas powinno się oddać mu to do przeglądania. Tymczasem chcieli sami. Było to coś odkrywczego, jakby penetracja terenów, na których jeszcze nie stanęła ludzka stopa. Oczywiście pokazaliby to potem i dziadkowi, i Rafałowi, ale najpierw chcieli sami… Zrezygnowali z taksówki.

- No więc dobrze mówiłem, on mieszka tam, na Sieleckiej - zaczął Pawełek już w autobusie, kiedy udało im się wsiąść w 172 razem z niewygodnym bagażem i psem. - Akurat niedaleko Stefka…

- Jakiego Stefka? - przerwała Janeczka, opierając na brzuchu swoją połowę ciężaru.

- Mojego kumpla. I jego starszy brat chodzi razem z tym Czesiem do szkoły, do jednej klasy. Jutro dowiem się o nim wszystkiego.

- A po co pojechał na miasto?

- No właśnie chcę to powiedzieć. Pojechał w Aleję Wyzwolenia do jakiegoś typa, nazywa się Zenobi Fajksat…

- Jak?!

- Fajksat. Jak Boga kocham, sprawdziłem na liście lokatorów. Prosto z poczty do tego Fajksata i siedział tam cały czas. A od Fajksata wrócił tutaj, nigdzie po drodze nie wstępował.

- I nie wiesz, co robili?

- Nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc, próbowałem podsłuchiwać pod drzwiami, ale tamte domy budowali jakoś przesadnie porządnie albo co, bo nic nie słychać. Tylko, jak już wychodził i ten Fajksat zamykał za nim drzwi, usłyszałem jak powiedział do niego: „pamiętaj o Bonifacym!” A Czesio powiedział: „dobra, pamiętam”. I tyle. Nic więcej.

- Przepchnijmy się do drzwi, bo będziemy wysiadać - powiedziała Janeczka. - Jeszcze jakiś Bonifacy do tego

wszystkiego… No nic, będziemy go dalej pilnować. A tych listów z walizki mamy nie czytać, tylko spalić, obiecałam jej uroczyście, więc nie wygłup się przypadkiem…

 

* * *

 

Mieszkanie kumpla na Sieleckiej było w najwyższym stopniu atrakcyjne. Składały się na nie teoretycznie cztery pokoje, w praktyce było to trzy i pół. Trzy pokoje miały rozmiary mniej więcej przystosowane do gabarytów istoty ludzkiej, czwarty należący do Stefka, swobodnie zmieściłby się w przedziale kolejowym. Ustawione w nim trzy meble, łóżko, stolik i krzesło, powodowały, że jedna osoba mogła się na przykład rozebrać i ubrać, z tym, że ostrożnymi i ograniczonymi ruchami. Na krześle jednakże można było usiąść tylko przełażąc górą przez oparcie, albo też metodą wyciągnięcia go do przedpokoju i przywleczenia potem za sobą. Pozostały po usunięciu krzesła kawałek podłogi wystarczał do indywidualnych ćwiczeń gimnastycznych, absolutnie i bez reszty parterowych.

Pawełek spędził tam całe popołudnie, aż do wieczora. Połowę tego czasu zajęły wysiłki z hantlami, połowę drugiej połowy odrobina niezbędnego odpoczynku, resztę zaś pogawędka ze starszym bratem, który wreszcie wrócił do domu. Pogawędka stanowiła ukoronowanie cudownego wieczoru, aczkolwiek nabrała rumieńców dopiero, kiedy poruszono temat wielkich namiętności.

- Rozumiesz, on, ten Zbinio, brat Stefka, on ma na imię Zbyszek, ale nazywają go Zbinio, więc on zbiera breloczki - z zapałem opowiadał Pawełek siostrze już po kolacji. - Słuchaj, nie wyobrażasz sobie, jaką on ma kolekcję! To jest po prostu coś niemożliwego! Jeden ma od więźnia ze Związku Radzieckiego, oni tam podobno robią to ręcznie, fucha taka, sprzedają za różne rzeczy, jeden bułgarski, latarnia ze światełkiem w środku, wszystkie możliwe reklamówki, wiesz, od firm samochodowych i tych od benzyny, takie z latarkami, takie piszczące, na baterie, z różnych krajów, no mówię ci, rakieta! Tydzień można oglądać! Trzęsie się o to jak o śmierdzące jajka, do ręki brać nie pozwala, kota ma kompletnego, co ja mówię, stado kotów! I tak naprawdę zgodził się ze mną gadać dopiero, jak mu obiecałem algierski. Algierskiego nie ma. Niech teraz ojciec robi co chce, ale musi nam przysłać!

Słuchająca uważnie Janeczka kiwnęła głową.

- Trzeba mu napisać, żeby przysłał co najmniej dwa.

- A pewnie. Dwa albo trzy. Co prawda, nie wiem skąd weźmie, bo jakoś breloczki mi tam w oko nie wpadły, ale nie uwierzę, że nie mają!

- Mają - zapewniła Janeczka. - Widziałam na własne oczy.

- Gdzie?

- W tym kabylskim sklepie w Oranie, tam gdzie matka miała zrujnować ojca. Tam są same najdroższe rzeczy, ale na jeden breloczek może mu wystarczy pieniędzy. A na straganach, jestem pewna, też były. Może zresztą kupić cokolwiek miedzianego, przyczepić do kółka i powiedzieć, że to breloczek.

- Nawet sarni możemy przyczepić - zgodził się entuzjastycznie Pawełek. - Słusznie, pierwszorzędny pomysł, niech przyśle parę takich śmieci, żebym ja miał do tego Zbinia podejście. Chciwy strasznie…

- Ale ja też to chcę zobaczyć! - przerwała stanowczo Janeczka. - Pójdę tam z tobą, jak już będziemy mieli coś od ojca. I też jakiś przyniosę. I nie dam mu wcześniej, tylko dopiero po obejrzeniu wszystkiego.

- Może być, pójdzie na to. Ale musisz mieć coś ekstra, bo dla byle czego on ich nie pokazuje. Stefek musiał mu na klęczkach przysięgać, że ja naprawdę byłem w tej Algierii i jeszcze musiałem mu obiecać, że przyniosę do pokazania różę pustynną i tego zasuszonego skorpiona.

- Same przymusy - skrytykowała Janeczka. - Nie za dużo tego? Oprócz kolekcji, ten Zbinio nam się do czegoś przyda?

- No a jak? Co ty myślisz, że ja bym jak głupi ze skorpionem po mieście latał bez żadnego powodu? Za kretyna mnie masz? Ten Zbinio jest bezcenny!

- Bo co?

Pawełek wydał z siebie triumfujące pufnięcie i wygrzebał z kieszeni mały, niewiarygodnie wyświechtany i pognieciony notesik.

- Dobrze wiedziałem! - oznajmił dumnie. - Chodzą z Czesiem do jednej klasy i ten Zbinio wszystko o nim wie. Czekaj…

- No! - popędziła niecierpliwie Janeczka, bo Pawełek urwał, w skupieniu przeglądając notesik.

- Zaraz. Zapisałem niektóre rzeczy. No więc ten Czesio zbiera, nie uwierzysz, znaczki!

- Coś podobnego…!

- No właśnie. Dziwię się, swoją drogą, że sam nie zgadłem, widziałem go przecież w klubie filatelistycznym. Może dziadek go zna, albo Rafał… Czekaj, to nie koniec. Zbinio wie, że Czesio nie całkiem sam się tym zajmuje, tylko z kimś… Czekaj, po kolei. W ogóle wie dlatego, że daje Czesiowi znaczki, specjalnie się stara po znajomych, rodzinie i tak dalej, a Czesio mu się stara o breloczki. Nie wiadomo skąd, ale miewa takie jakieś prima super. Gadatliwy nie jest, ale czasem mu się coś wyrwie, więc Zbinio wie, że ma spółkę z jakimś facetem. Facet nazywa się… zaraz, gdzie ja to mam… No, jest. Miedzianko. Wiedziałem, że jakoś tak od żmii. Ma chody, Zbinio dokładnie nie wie jakie i gdzie, ale może na poczcie, może tam gdzie te znaczki drukują, może w Centrali Filatelistycznej, w każdym razie dopada próbnych arkuszy, błędnodruków i tak dalej…

- Dziadek powinien o nim wiedzieć!

- Może wie, sprawdzimy potem. Czekaj, to nie wszystko. Oprócz tego Czesio kombinuje z jakimś drugim, który mieszka w Alei Wyzwolenia. Zbinio nie wie, kto to jest…

- Za to my wiemy. Ten Fajksat. Miedzianko gdzie mieszka?

- Zbinio nie wie. Ale za to powiedział mi, że Czesio ciągle grzebie w nekrologach, nic innego w gazetach nie czyta, tylko nekrologi. I pilnuje spadku po nieboszczykach.

- I to coś, czego szuka w śmietnikach, to są znaczki - uzupełniła wzgardliwie Janeczka. - Liczy na to, że będą wyrzucać. Półgłówek.

- Dlaczego półgłówek? - zdziwił się Pawełek. - Przecież wyrzucają! Najlepszy dowód…

Notesikiem wskazał ulokowane na podłodze pod biurkiem szczątki walizki z listami. Janeczka wzruszyła ramionami i popukała się palcem w czoło.

- Właśnie, najlepszy dowód! Czyta nekrolog, dowiaduje się, że ktoś umarł przed chwilą i leci do śmietnika. Zaćmienie umysłowe. Ta pani powiedziała, że jej ciotka umarła już dawno, a listy wyrzuciła dopiero wczoraj. Kto robi porządki z nieboszczykiem na głowie? Zawsze najpierw jest pogrzeb, potem się zastanawiają, a jeszcze później zaczynają sprzątać. Można szukać w śmietnikach, ale przecież nie od razu!

- No fakt - przyznał Pawełek. - I rzeczywiście, szuka, grzebie, a na tę walizkę nie trafił. Ale zdaje się, że to nie o to chodzi.

- A o co?

- Zbinio mówił trochę mętnie. Możliwe, że i wiedział mętnie, bo on się tym nie interesuje, jakby chodziło o breloczki, wiedziałby lepiej. Śmietniki to on przeszukuje tak trochę na boku, a głównie nawiązuje znajomości z rodziną.

- Z jaką rodziną? Nieboszczyka?

- Właśnie. Dowiaduje się, jakoś tam, czy miał znaczki, był filatelistą, albo zostały po nim jakieś listy, albo co. To jest to, co Zbinio wie mętnie. Mnie się wydaje, że on rzeczywiście może się zgłaszać do pomocy. Do załatwiania, do ciężarów, wszystko jedno, ale dopada rodziny nieboszczyka, zanim w ogóle zaczną coś wyrzucać.

Pytająco popatrzył na siostrę. Janeczka zastanowiła się i kiwnęła głową.

- Tak. To ma sens. Może od nich odkupywać na przykład stare książki. Albo zbierać makulaturę. To znaczy udawać, że odkupuje i zbiera, a naprawdę szukać znaczków. Ale ciągle uważam, że to za wcześnie, nikt nie będzie z nim gadał jeszcze przed pogrzebem, to nawet nie wypada.

- Może być jeszcze coś - powiedział Pawełek ostrożnie. - Zbinio mówi, że ten Czesio to lepszy numer, a dla znaczków jest zdolny do wszystkiego. Nie jest wykluczone, że na przykład sprawdza, czy ten nieboszczyk nie mieszkał sam i czy dom nie został pusty. I jak pusty, to tego…

- Włamuje się?

- A dlaczego nie? Zbinio mówi, że wcale by się nie zdziwił…

- Jak sprawdza?

- Nie wiem. Dzwoni do drzwi, telefonuje, patrzy czy jest światło w oknach, czatuje czy ktoś nie wchodzi… Różnie. Może pyta sąsiadów?

- Ma telefon?

- Kto?

- Czesio.

- Nie ma.

Janeczka zdjęła łokcie z biurka Pawełka i wyprostowała się na krześle.

- W takim razie trzeba sprawdzić, czy ten Fajksat ma telefon - orzekła energicznie. - Bo jeżeli tak, to już zgaduję, po co prosto z poczty leci do niego. Skoro mają spółkę, dzwoni od Fajksata.

- Możliwe. Może nawet sam Fajksat dzwoni, w nocy, albo o świcie… Janeczka zauważyła nagle, że czegoś tu brakuje.

- No dobrze, a Bonifacy? Zbinio o nim coś wie?

- Jaki Bonifacy?

- Jak to jaki, sam mówiłeś. Fajksat kazał mu pamiętać o Bonifacym.

- A…! Nie, o żadnym Bonifacym nie było mowy. Może Miedzianko ma na imię Bonifacy? Trzeba zapytać dziadka!

- Zaraz, czekaj! Z samym Miedziankiem do dziadka nie pójdziemy!

Pawełek, który już wystartował ku drzwiom, zatrzymał się w rozpędzie.

- Bo co? - zainteresował się nieufnie.

- Bo jeżeli to jest jakaś podejrzana sprawa, dziadek nam nic nie powie. Będzie chciał nas utrzymać z daleka od zgnilizny moralnej, zapomniałeś, ile razy było o tym gadanie? Trzeba dyplomatycznie.

- Jak dyplomatycznie?

- A o, tak! - rzekła Janeczka i wskazała śmietnik pod biurkiem. - Najpierw załatwimy tę walizkę, zdaje się, że tam są nadzwyczajne rzeczy. Z tym pójdziemy do dziadka, a Miedzianko nam wyjdzie przy okazji…

Zdezelowana walizka całkowicie wypełniona była listami w kopertach. Na niektórych widniał ślad przewiązania sznurkiem, albo może wstążeczką, musiały zapewne przez całe lata stanowić paczki i rozrzucone zostały dopiero przy upychaniu do walizki. Koperty zaopatrzone były w znaczki. Pawełek wlazł pod biurko, wypchnął cały majdan na środek pokoju i sięgnął po list, leżący na wierzchu.

- Nie do uwierzenia! - wykrzyknął, wstrząśnięty. - Popatrz…!

- No więc właśnie, na to trafiłam od razu - odparła Janeczka z satysfakcją. - Nie wiem co zrobić, wycinać, czy zostawić na kopercie. Bo listy, przypominam ci, mamy uczciwie spalić.

- Listy tak, ale koperty? Palenia kopert nie obiecywałaś?

- O kopertach nie było mowy.

- Całe szczęście. No no… Pierwszy raz to widzę na zwyczajnym liście. Czekaj, skoczę do dziadka po katalog!

Odłożywszy z szacunkiem na tapczan obracaną w rękach kopertę, Pawełek wybiegł z pokoju. Janeczka sięgnęła po kopertę i przyjrzała się jej jeszcze raz ze wzruszeniem i podziwem. Znajdowały się na niej trzy znaczki z pierwszej powojennej serii, Traugutt, Kościuszko i Dąbrowski, pieczęć „list polecony” i kasownik z datą. List wysłano 9 listopada 1944 roku z Lublina do Kraśnika. Obydwoje z Pawełkiem znali te znaczki, widzieli je wielokrotnie w katalogu, oglądali w zbiorach dziadka, ale o znalezieniu ich na kopercie, na prawdziwym liście, nie śmieli nawet marzyć. Był to olbrzymi skarb.

- Dziadek mówi, że w czterdziestym czwartym roku list polecony kosztował złoty pięćdziesiąt - oznajmił Pawełek, wracając z katalogiem. - Ten tutaj przylepił złoty siedemdziesiąt pięć. Albo rozrzutnik, albo filatelista.

- Nie powiedziałeś chyba dziadkowi, że coś takiego znaleźliśmy? - zaniepokoiła się Janeczka. - Pokażemy mu to razem z Miedziankiem, nie samo!

- Nic nie powiedziałem, powiedziałem, że robimy sobie porządek. O ten czterdziesty czwarty rok tak tylko spytałem, z ciekawości. Czekaj, niech spojrzę… Ty, o rany, to potworny majątek! I ta baba to wyrzuciła…?!!!

- Gorzej, spaliłaby, gdyby miała piec.

- No to ona musi być nienormalna. Jak robimy? Wycinamy?

- Zwyczajne wycinamy, a nadzwyczajne zostawiamy z kopertą.

Siedząc na podłodze pod biurkiem Pawełka, metodycznie opróżniali walizkę. Ulokowanie jej w pokoju Pawełka, a nie Janeczki, było wynikiem głębokich przemyśleń. U Janeczki raczej panował porządek, pokój Pawełka natomiast wypełniony był tysiącem najprzedziwniejszych przedmiotów, wśród których ich matka, pani Krystyna, dawno straciła orientację. Nie mając pojęcia, jaki rupieć jest najcenniejszym skarbem jej syna, na wszelki wypadek nie wyrzucała niczego i nawet starała się tam możliwie rzadko zaglądać. U Janeczki stara walizka rzucałaby się w oczy, u Pawełka była niedostrzegalna.

Równej wspaniałości, jak ta pierwsza, na żadnej kopercie nie było, chociaż część listów pochodziła z dawniejszych czasów i znaczki z nich doskonale mogły uzupełniać zbiory. Większość stanowiła masówkę. Trochę było zagranicznych, odłożyli je na bok, z zamiarem sprawdzenia później.

- Nie będę teraz latał do dziadka po wszystkie katalogi - powiedział Pawełek stanowczo. - Zgadnie, że coś mamy, i zmarnujemy sobie tego Miedziankę.

Na samym dnie walizki znajdował się mały, stary, mocno zużyty klaserek. Na oko sądząc, nie zawierał imponujących walorów. Powtykane weń były niedbale jakieś stare zagraniczne znaczki amerykańskie, austriackie, francuskie i kilka z różnych egzotycznych krajów. Wszystkie kasowane, odklejone z listów, należało oglądać je przez lupę i zostawili to sobie również na później.

- Wyrzucić niepotrzebne listy, to jeszcze, ostatecznie, można jakoś zrozumieć - powiedział zgorszony Pawełek. - Ale wyrzucić klaser ze znaczkami, to już nie do pojęcia!

- Nawet jej pewnie do głowy nie przyszło, że to w ogóle coś jest - zaopiniowała z niesmakiem Janeczka. - Zobaczyła, że stare i obszarpane i do widzenia. Szkoda, że nie wiem, gdzie mieszka, bo może zostało jej więcej do wyrzucenia.

- W okolicy śmietnika, nie?

- Wszystkie domy tam stoją w okolicy śmietnika.

- I nawet nie wiesz, z których drzwi wyszła?

- Nie wiem, nie patrzyłam. Zobaczyłam ją dopiero, jak przeszła obok. I Chabra nie zawołałam, wcale jej nie wąchał.

- No, to już niefart! - skrzywił się z niezadowoleniem Pawełek. - Ja nie wiem, ale może warto na ten śmietnik popatrzeć codziennie…

Janeczka zmieniła pozycję, przyklękła i zaczęła zgarniać z powrotem do walizki powycinane koperty.

- To już teraz łatwo zrozumieć, dlaczego Czesio siedzi w śmietnikach - zauważyła cierpko. - Nam też niewiele brakuje, ale zdaje się, że tamtego śmietnika on prędzej dopadnie, ma go pod nosem. Zwykły cud, że to ja na tę walizkę trafiłam. Spalimy to jutro w ogrodzie, a teraz chodźmy do dziadka.

- Dobra, czekaj, weźmiemy wszystko. Tu mam jakieś pudełko… O, po butach, bardzo dobre…

- Dzieci, ja nie jestem przesadna, ale dzień pracy trwa tylko do dwudziestej drugiej - powiedziała ich matka, zaglądając przez uchylone drzwi. - Jest pięć po. Mam mówić coś więcej?

- O rany! - zdziwił się Pawełek i zaniechał wytrząsania z pudełka jakichś drobnych śmietków. - Myślałem, że najwyżej ósma!

- Nie musisz - westchnęła Janeczka, podnosząc się z podłogi. - No trudno, niech będzie. Z dziadkiem załatwimy jutro…

 

* * *

 

Dziadek z babcią mieszkali w dwóch pokojach na piętrze. W jednym pokoju babcia siedziała przed telewizorem, w drugim dziadek zajmował się tym, czym powinien, mianowicie znaczkami. Na widok wnuków oderwał się od pracy.

- Dziadku, trochę tu mamy byle czego, a trochę bardzo piękne - powiedziała Janeczka tajemniczo już od drzwi. - Chcieliśmy ci to pokazać.

- I zapytać, czy to najpiękniejsze wyciąć, czy lepiej, żeby było z kopertą - dodał Pawełek, stawiając dziadkowi na stole duże pudło od butów, wypełnione znaczkami. - Wolisz oglądać najpierw gorsze, a potem lepsze, czy odwrotnie?

- Zawsze najlepsze należy zostawić na deser - odparł dziadek i sięgnął po fajkę.

W pudełku na wierzchu leżała mała kupka znaczków zagranicznych, a razem z nią zniszczony klaserek. Janeczka i Pawełek na oko ocenili to wszystko jako przeciętne. Dalej znajdowały się polskie, od najmłodszych do najstarszych, a koperta z trzema najcenniejszymi wetknięta została na samo dno. Dziadek spojrzał i odruchowo sięgnął najpierw po klaserek.

Otworzył go i skamieniał. Odłożył fajkę, znalazł lupę, popatrzył przez lupę, podniósł głowę i spojrzał na dzieci prawie ze zgrozą.

- Dzieci, na litość boską…! Przecież to gazetowy Merkury!

Janeczka i Pawełek stropili się odrobinę. Wiedzieli, co to jest gazetowy Merkury, ale oglądali go w naturze tylko raz w życiu i nie rozpoznali w klaserku. Nie przyszło im nawet do głowy, że tam mogłoby się znajdować coś takiego, okrzyk dziadka nieco ich oszołomił.

- Jak to…? - bąknął Pawełek.

Dziadek, na zmianę, to spoglądał na nich, to wpatrywał się przez lupę w znaczek. Wyglądał, jakby nie wierzył własnym oczom.

- Czy to miało być to coś gorszego? - spytał wreszcie jakimś dziwnym głosem. - Mam zrozumieć, że na końcu pokażecie mi Guyanę?

Janeczka otrząsnęła się z wrażenia i szybko pomyślała, że doskonale się składa. Zaskoczony dziadek może im wyjawić różne tajemnice, które w stanie pełnej równowagi starannie by ukrywał. Merkury, owszem jest to nadzwyczajność jeszcze większa, niż ta koperta pod spodem, ale tym zajmą się później. Teraz należy wykorzystać sytuację.

- Nie - powiedziała ze skruchą. - Myśmy nie zwrócili uwagi, że to Merkury, nie sprawdzaliśmy jeszcze w katalogu…

- A osobiście go słabo znamy - wtrącił przepraszająco

Pawełek.

- Sprawdzaliśmy tylko polskie - ciągnęła Janeczka. - Lepiej od razu zajrzyj na dno. Wszystko inne jest zwyczajne.

Dziadek przyjrzał się jej podejrzliwie, odłożył klaserek, ostrożnie wyjął znaczki z pudełka i znalazł kopertę na spodzie. Znów na chwilę znieruchomiał, obejrzał ją przez lupę i znów uniósł głowę.

- Skąd to macie? - spytał surowo.

- Znaleźliśmy - odparł bez namysłu Pawełek.

- Co to znaczy znaleźliśmy? Jak mogliście coś takiego znaleźć? Dzieci, bez żartów, to są drogie rzeczy, to się nie poniewiera po ulicy…

- Owszem, poniewiera się - przerwała stanowczo Janeczka. - Znaleźliśmy w śmietniku.

- Jak to…?!

- Tak zwyczajnie. Jedna pani to wyrzuciła. Na moich oczach.

- Przez pomyłkę…?

- Wcale nie przez pomyłkę. Nawet jej pomogłam. Od razu zobaczyłam, że wyrzuca listy ze znaczkami i zwróciłam jej uwagę. Powiedziała, że ją to nic nie obchodzi i mogę to sobie zabrać, jak chcę. W ogóle miała zamiar spalić. No więc zabrałam i jeszcze po niej posprzątałam.

- Znasz tę pani ą?

- Nie. Zupełnie obca osoba. To było przypadkiem.

Dziadek przypomniał sobie wszystkie znaczki powyrzucane, zniszczone i spalone, o jakich w ciągu całego swojego życia słyszał i wiedział, i westchnął ciężko. Wyobraził sobie, co by było, gdyby Janeczka tego nie uratowała. Do owej pani, wyrzucającej na śmietnik bezcenne skarby, poczuł zdecydowaną antypatię, nie mógł jednakże tego tak zostawić.

- Potrafiłabyś tę panią znaleźć? - spytał, wzdychając ponownie.

Janeczka zawahała się. Na upartego dałoby się tę sprawę załatwić. Na listach znajdowały się adresy, prawdopodobnie widniał tam także adres nieżyjącej ciotki, nawiązanie kontaktu z panią było możliwe, ale nie miała najmniejszej ochoty oddawać takich cudownych znaczków osobie, która je wyrzuca.

- A co? - spytała ostrożnie. - Chcesz, żeby jej to zwrócić?

- Uważam, że powinna przynajmniej wiedzieć, jaką to ma wartość. Należałoby to od niej odkupić.

- Za pół ceny - wtrącił się znów Pawełek z wielką stanowczością. - O całej mowy nie ma, nie zasługuje na to!

- No owszem - przyznał dziadek z wahaniem. - Tu masz trochę racji…

- Albo może zamienić - podsunęła Janeczka. - Możemy jej dać za to któryś ametyst.

- Ametyst! - ucieszył się Pawełek. - Pierwszorzędny pomysł! Ale nie największy, żadne takie, któryś z tych mniejszych…

Dziadek rozważył sprawę i zgodził się na ametyst. Ametysty mieli, przywieźli sobie z Algierii, należały do nich bezsprzecznie i stanowiły coś w rodzaju podarunku losu. Co prawda, losowi wydatnie pomógł Pawełek, własnoręcznie wysadzając w powietrze kamieniołom, ale to tym bardziej, napracowali się i należało się im wynagrodzenie. Mieli tego dwie garście, jedną sztukę mogli poświęcić bez wielkiego

żalu…

- Z tym, że to nie będzie takie całkiem proste - zastrzegła się Janeczka. - Musimy się postarać i proszę bardzo, możemy, ale pod warunkiem.

Załatwiwszy najważniejszą kwestię, dziadek zaczął okazywać lekkie roztargnienie. Peseta wyjął z klaserka niebieski znaczek, obejrzał go ze wszystkich stron, położył na biurku i wyciągnął austriacki katalog.

- Pod jakim warunkiem? - spytał, przewracając kartki.

- Pod warunkiem, że nam coś powiesz. Parę rzeczy… Dziadek znalazł właściwą stronę i znów sięgnął po lupę.

- Typ drugi… No? Ja słucham, słucham…

- Nie słuchać masz, tylko mówić - mruknął pod nosem

Pawełek.

- Chcemy się dowiedzieć, czy pan Miedzianko ma na imię Bonifacy - powiedziała Janeczka podstępnie.

- Bonifacy? - zdziwił się dziadek. - Skąd? Nie żaden Bonifacy, tylko Szymon.

- I czy pan Fajksat ma telefon - dodał szybko Pawełek.

- Nie wiem, czy Fajksat ma telefon, ja do niego nie dzwonię. Jeśli ma, to zastrzeżony - odparł z niechęcią dziadek i nagle oderwał się od katalogu. - Zaraz, chwileczkę… Skąd wy macie takie znajomości? Co to ma znaczyć?

- Wcale nie mamy żadnych znajomości… - zaczął z urazą Pawełek, ale Janeczka mu przerwała.

- Dziadku, dlaczego typ drugi? Powiedziałeś, że typ drugi?

Dziadek natychmiast zapomniał o znajomościach.

- Dlatego, że ma taki napis… Popatrz sama przez lupę. Typ pierwszy w napisie ZEITUNG ma skrzywione I, typ drugi ma proste.

- Tak. Rzeczywiście. Widzę. Niebieski, zero sześćdziesiąt kr. Korony?

- Korony, oczywiście. To znaczy sześćdziesiąt grajcarów.

Pawełek doskonale rozumiał, jaką politykę uprawia jego siostra.

- Zapomniałem, dlaczego ich jest tak mało - powiedział z zakłopotaniem. - Bo w ogóle, to zdaje się, że były pospolite?

- Ponieważ zaklejano nimi opaski na gazety - wyjaśnił dziadek. - Jak sama nazwa wskazuje, były to znaczki specjalne do wysyłania gazet. Żeby rozłożyć gazetę, rozdzierano opaskę, a najłatwiej się rozdzierała akurat na znaczku. Zbieractwo nie było jeszcze wtedy zbyt rozpowszechnione, nikt się nie przejmował zużytym znaczkiem. Jeżeli jakieś ocalały, to tylko dlatego, że nikt nie czytał tej gazety, zostawała złożona tak jak przyszła z poczty, albo przypadkiem opaska rozdarła się inaczej. Wyjątkowo mogło się zdarzyć, że ktoś ostrożnie zdjął tę opaskę z adresem i zadbał o znaczek, i z pewnością były takie wypadki, skoro w ogóle jakieś znaczki zachowały się do tej pory. Przy otwieraniu listu znaczek łatwo może zostać ominięty i nie uszkodzony, przy rozszarpywaniu opaski musi się zniszczyć i w ten sposób większość z nich przepadła.

- Ten jest w porządku - oceniła Janeczka, oglądając znaczek przez lupę.

Pawełek odebrał jej lupę i przyjrzał się napisowi z prostym I.

- Tak - przyświadczył dziadek. - Ten akurat został bardzo starannie odklejony, nie ma żadnych uszkodzeń. Piękny egzemplarz! Sprawdzę go później dokładnie…

- Dlaczego pan Miedzianko to jest nieodpowiednia znajomość? - spytała Janeczka z grzecznym zainteresowaniem.

- Miedzianko to jest hochsztapler - odparł dziadek gniewnie. - Nie ma afery, w którą by nie był wplątany, przeważnie sam je powoduje! Uczestniczy… Zaraz, a skąd w ogóle o nim wiecie?

- Dziadku, a czyste? - zaciekawił się z naciskiem Pawełek. - Tych czystych dużo zostało?

Dziadek znów z łatwością dał się zepchnąć z tematu.

- Prawie dwa razy mniej niż używanych. Ale znane są nawet całe bloki, sześć sztuk razem, w jednym kawałku. Z tym, że jest tego niewiele, ja osobiście wiem o trzech. To już ogromny skarb.

- No dobrze, a czy pan Fajksat to też hochsztapler?

- Owszem, ale innego rodzaju. Podejrzana postać, w zasadzie zwyczajny oszust, aleja mam obawy… Dzieci, co to znaczy? Dlaczego wy mnie o tych ludzi pytacie? Co macie z nimi wspólnego?

- Nic - zapewniła Janeczka. - My chcemy wiedzieć, czy te nasze znaczki powinno się zostawić razem z kopertą, czy może lepiej wyciąć. I czy odkleić, czy zostawić razem ze stemplem?

Tym razem dziadek nie pozwolił się skołować. Odsunął fotel od biurka, żeby go nic nie rozpraszało i uważnie przyjrzał się swoim wnukom.

- Moi drodzy, ja jeszcze nie mam aż takiej sklerozy. Nie podoba mi się wasze zainteresowanie takimi ludźmi jak Miedzianko i Fajksat. Chciałbym wiedzieć, jak się z nimi zetknęliście i dlaczego. Proszę o uczciwą odpowiedź.

- Wcale się nie zetknęliśmy - odparł energicznie Pawełek. - Nie widzieliśmy ich w ogóle na oczy.

- Przecież mnie o nich pytacie!

- Toteż właśnie - wytknęła Janeczka. - Pytamy, bo nic nie wiemy. Ale słyszeliśmy o nich.

- Co i od kogo?

- Nic. Że w ogóle istnieją i podobno zajmują się znaczkami. Każdy oddzielnie.

- To znaczy, nie wiemy, czy zajmują się oddzielnie, tylko słyszeliśmy oddzielnie - uściślił Pawełek.

- I będzie dobrze, jeżeli na tym poprzestaniecie…

- Dlaczego? - oburzyła się Janeczka. - Jeśli jest coś podejrzanego, my to chcemy zbadać. Możliwe, że wykryjemy jakąś tajemnicę i będzie z tego pożytek. Ze wszystkich naszych odkryć zawsze jest pożytek i bardzo dobrze wiesz, że nam na to pozwalają!

- Wasi rodzice… - zaczął dziadek dość gwałtownie.

- Nie będziesz przecież szkalował rodziców w obliczu ich własnych dzieci! - przerwał Pawełek ze zgorszeniem i naganą. - To jest niepedagogicznie.

Dziadka omal nie zatchnęło. Zreflektował się.

- Chciałem powiedzieć, że wasi rodzice… To jest… Podziwiam ich lekkomy… to znaczy, chciałem powiedzieć, ich odwagę…

- Dziadku, my się na nic nie narażamy - zakomunikowała dobitnie Janeczka. - Obiecaliśmy im uroczyście, że się na nic nie będziemy narażać i dotrzymujemy obietnicy. Już mamy wprawę.

- I w ogóle nie uważasz chyba, że jesteśmy niedorozwinięci - wytknął z wielką urazą Pawełek. - Już nie mówię, że przecież ten Miedzianko nie czai się na schodach z siekierką, nie?

- A nawet gdyby, to niech się czai do skończenia świata - dołożyła Janeczka. - Nas to nic nie obchodzi, my rozwiązujemy tajemnice za pomocą dedukcji.

Dziadek nieco ochłonął. Odrobinę przesunął fotel w stronę biurka.

- Za pomocą dedukcji, mówicie… No cóż, to byłoby nie najgorzej… Ale to są na ogół sprawy dość nieprzyjemne, powiedziałbym nawet obrzydliwe…

- Młodzież powinna być od dzieciństwa przystosowywana do rzeczywistości - ogłosił Pawełek w przestrzeń.

- No dobrze… Może i macie trochę racji… Ale nie mówcie babci!

- No coś ty?!

Dziadek nad ogromną popielniczką wytrząsnął popiół z fajki i zaczął napychać ją na nowo.

- To są dwie różne sprawy - rzekł po chwili milczenia, wciąż jeszcze z lekkim oporem. - Sami rozumiecie, że w każdym zawodzie i w każdej dziedzinie może się przytrafić jakaś parszywa owca. Filatelistyka nie stanowi wyjątku. Miedzianko prawdopodobnie ma jakiś kontakt z drukarnią i zdarza się, że ktoś dla niego wynosi błędnie wydrukowane arkusze, które powinno się zniszczyć. Nie robi tego jawnie, szczegóły nie są mi znane, ktoś inny się tym zajmuje i niczego mu, jak dotąd, nie udowodniono, ale co się wie, to się wie. Istnieje przypuszczenie, że brał udział w kilku fałszerstwach. W dodatku ktoś fałszuje pieczątki ekspertów i podejrzewam, że Miedzianko ma z nim kontakt. Orientujecie się chyba, że rzadki błędnodruk z pieczątką eksperta jest inaczej traktowany i ma większą wartość… Nie mam pojęcia, kto to robi. Bardzo to wszystko mgliste i niepewne, ale że on nie jest w porządku, nikt nie ma wątpliwości. To jedna sprawa. Natomiast Fajksat…

Dziadek przerwał na chwilę i zaczął zapalać fajkę. Janeczka przysunęła sobie krzesło i usiadła obok biurka, z brodą opartą na zwiniętych pięściach. Pawełek wcisnął się w kąt pomiędzy regałami i przysiadł na małych, przenośnych schodkach. Dziadek zgasił zapałkę i pyknął fajką.

- Natomiast Fajksat - podjął - to jest zupełnie co innego. Fajksat niepokoi mnie osobiście.

Zdziwili się obydwoje. Pawełek wysunął trochę schodki z kąta.

- Bo co? - spytał z zainteresowaniem.

- Muszę chyba zacząć od początku - westchnął dziadek. - Jeżeli chcecie posłuchać…

- No pewnie, że chcemy! - wykrzyknęła Janeczka, podrywając głowę.

Pawełek aż prychnął.

- W ogóle stąd nie wyjdziemy, dopóki nie opowiesz - zapewnił niezłomnie.

Dziadek całkowicie już wrócił z fotelem na poprzednie miejsce i wsparł się łokciem o blat biurka. W drugiej ręce trzymał fajkę.

- Byłem bardzo młodym chłopcem, kiedy znałem pewnego pana, filatelistę - zaczął, zamyślając się. - Było to jeszcze przed wojną. Dziadek tego pana pracował na poczcie akurat w okresie, kiedy pojawiły się pierwsze polskie znaczki, to znaczy pomiędzy rokiem 1860 a 1865. Znaczki Królestwa Polskiego. Zainteresował się tym pierwszym polskim znaczkiem i zgromadził sobie jego wszystkie odmiany, oczywiście czyste, kupowane bezpośrednio na poczcie, gdzie przecież pracował i gdzie miał do dyspozycji wszystkie przychodzące arkusze. Przeglądał je, wyławiał wszelkie niedokładności, odmiany koloru i tak dalej i cały swój zbiór przekazał wnukowi, to znaczy temu panu.

- A ojciec tego pana co? - przerwała z zaciekawieniem Janeczka.

- Ten pan miał na imię Franciszek i nazywajmy go tak, żeby nam się nie myliło. Ojciec pana Franciszka już nie żył w owym czasie, umarł wcześniej niż dziadek, znaczkami się nie interesował. Natomiast pan Franciszek owszem. Zaraz po pierwszej wojnie światowej również zaczął pracować na poczcie, był tam niejako następcą swojego dziadka i oczywiście również kolekcjonował znaczki, z tym, że już w znacznie szerszym zakresie. Ten pierwszy zbiór uzupełnił znaczkami stemplowanymi, próbując stworzyć dwie identyczne kolekcje, jedną czystą, a drugą kasowaną. Udało mu się to prawie całkowicie. Ponadto zdobył także inne znaczki, w tym nasze osławione dziesięć koron z zaboru austriackiego. Przestemplowane na „Poczta Polska”. Tego znaczka opłaty ocalało około osiemdziesięciu sztuk, natomiast tego samego wzoru znaczka dopłaty pozostało, o ile wiem, zaledwie piętnaście…

- Piętnaście sztuk na całym świecie? - spytała Janeczka z niedowierzaniem.

- Piętnaście sztuk na całym świecie - potwierdził dziadek. - Pan Franciszek to miał, czyste i kasowane, widziałem na własne oczy.

- I co? - spytał z przejęciem Pawełek, bo dziadek umilkł, znów kilkakrotnie ciężko wzdychając.

- I tu powoli dochodzę do moich obecnych zmartwień. Kiedy w czasie powstania dom pana Franciszka się zawalił, jego w tym domu nie było. Leżał w szpitalu. Szpital się również zawalił, ale pan Franciszek się uratował, dotarł do swojej rodziny i umarł dopiero w trzy lata później, to znaczy już po wojnie. Widziałem się z nim krótko przed jego śmiercią. Jak wiecie, mnie przez całą wojnę też nie było, w trzydziestym dziewiątym roku wyjechałem sobie na wakacje i już nie zdołałem wrócić. Wróciłem dopiero po wojnie, odnalazłem pana Franciszka i dowiedziałem się od niego, że przed pójściem do szpitala próbował zabezpieczyć swoje zbiory. Mianowicie powkładał wszystko do żelaznych pudeł, oczywiście odpowiednio opakowane i zamierzał te pudła zakopać w piwnicy. Zwlekał z tym, bo się źle czuł i w rezultacie nie zdążył. Poszedł do szpitala, a w domu została jego żona, która zginęła w czasie powstania. Proponowała przedtem, że może ona zakopie pudła, znała jego zamiary, ale nie wiadomo, zakopała, czy nie, żywej pan Franciszek już jej nie widział. Dom się zawalił niecałkowicie. W tej części, gdzie mieszkał pan Franciszek, zawaliły się tylko dwa górne piętra, czwarte i trzecie, on mieszkał na czwartym. Reszta się paliła. Razem wziąwszy, było to jedno gruzowisko.

Dziadek umilkł i znów zaczął opróżniać fajkę. Pawełek podsunął schodki bliżej biurka.

- I gdzie to twoje obecne zmartwienie? - spytał niecierpliwie.

Dziadek westchnął znowu.

- Właśnie do niego dochodzę. Otóż w tym wszystkim wcale nie jest pewne, że jego znaczki przepadły. Przeciwnie, jestem przekonany… Ale zaraz do tego wrócę. A zatem, mogły zostać zakopane w piwnicy i wówczas nic by się im nie stało. Mogły także znaleźć się w tych żelaznych pudłach pod gruzami, na przykład na poziomie drugiego piętra, albo na podwórzu, gdzie wielka część domu runęła. Wówczas również mogły ocaleć nawet w czasie pożaru, bo paliło się tylko to co było na wierzchu, a nie to co pod spodem, później już ta ruina nie była specjalnie podpalana. Równie dobrze pudła się mogły rozlecieć, albo znaleźć akurat w ogniu, wówczas oczywiście zawartość by się zwęgliła. Pan Franciszek powiedział mi o tym po to, żebym spróbował poszukać. Wiedział, że jest ciężko chory, przeczuwał, że umrze, więc scedował to na mnie. Ja już byłem wtedy poważnym zbieraczem, wiadomo było, że tego nie zmarnuję, zostałem niejako strażnikiem tego filatelistycznego skarbu. Oczywiście rozpocząłem starania, ale w momencie kiedy znalazłem się w tym budynku, on już zaczynał być odgruzowywany i porządkowany. Sam go odgruzowywałem. Rozmawiałem z ludźmi, pojawiły się tam jakieś plotki, że podobno ktoś znalazł żelazną szkatułkę, ktoś inny specjalnie szukał, bo wiedział, że w tym domu mieszkał filatelista i odnalazł jakieś ocalałe zbiory. Byłem przekonany, że to właśnie te i z kolei zacząłem szukać owego kogoś. Parę lat to trwało. Nie będę wam tu opisywał wszystkich kolejnych perypetii, ale teraz już nie mam wątpliwości, że ktoś taki istniał, a może do dziś istnieje. Przez trzecie i czwarte osoby dowiedziałem się, że widziano bardzo charakterystyczne zestawienia… A, właśnie, zapomniałem wam powiedzieć, że pan Franciszek miał także Merkurego w specyficznej postaci, mianowicie czyste czworobloki wszelkich wartości i odmian, to znaczy po cztery znaczki razem. Kasowane również miał wszystkie, ale pojedynczo. No i ktoś widział Merkurego, te czwórki, a równocześnie pełny komplet austriackich przedruków razem z dziesięciokoronówką. O pierwszym polskim znaczku również wspomniał, więc z pewnością to było to. Oczywiście pan Franciszek miał więcej znaczków, pamiętam doskonale, bo wspólnie robiliśmy spis, odtwarzając je już po wojnie…

- Pokażesz nam ten spis? - przerwała chciwie Janeczka.

- Pokażę, oczywiście. Rafał też go ode mnie dostał. Czekajcie, na czym stanąłem…?

- Na tym kimś, kto to widział przez trzecie i czwarte osoby - podpowiedział Pawełek.

- A, właśnie! Otóż upewniłem się ostatecznie, że to było to, kiedy dostałem list od człowieka, który drobną cząstkę kolekcji odkupił od owego pierwszego znalazcy. Nie napisał, kto to był, poinformował mnie tylko, że znaleziono te znaczki w gruzach przy ulicy Chmielnej pomiędzy domami numer 104 i 108. Pan Franciszek mieszkał przy Chmielnej 106.

- Ach…! - wyrwało się Janeczce.

- No właśnie, sami widzicie. Zbiory pana Franciszka. Nadawca listu miał więc część kolekcji i zostało mu to ukradzione przez jakiegoś krewniaka, siostrzeńca chyba, czy coś w tym rodzaju. Ze względów rodzinnych nie robił z tego sprawy, a list napisał, żebym wiedział, że kolekcja ocalała i znajduje się w rękach co najmniej dwóch osób. Usiłowałem się z tym panem skontaktować, co nie było proste, bo nie podał swego adresu i kiedy go wreszcie odnalazłem, okazało się, że umarł. Niczego się nie mogłem dowiedzieć. Po jakimś czasie dobiegły mnie sygnały, że ktoś jeszcze zajmuje się poszukiwaniami. Szuka wśród starszych osób, nie filatelistów. Filateliści znają się między sobą, wiadomo mniej więcej, kto posiada jakie zbiory. Tamta kolekcja, już nie w całości, ale może w większej części, należy zapewnię do kogoś, kto ją po prostu ma. Nie zajmuje się zbieraniem, przypuszczalnie uważa ją za jakąś lokatę kapitału. I tu dochodzę do najważniejszego…

Dziadek zamilkł na chwilę i zaczął zapalać zgasłą fajkę. Janeczka i Pawełek czekali z szalonym zainteresowaniem. Dziadek zdmuchnął zapałkę.

- Otóż okazuje się - podjął - że ktoś szuka u rozmaitych rodzin, spadkobierców, dowiaduje się, czy jakiś niedawno zmarły krewny nie miał znaczków i tak dalej. Proponuje porządkowanie i odkupywanie. No i wyszło na jaw, że tym szukającym jest Fajksat.

- Ha! - zakrzyknął gromko Pawełek. Dziadek pokiwał głową.

- Tak jest, Fajksat. W dodatku postępuje nieuczciwie i nieprzyzwoicie. Ludzie, którzy nigdy nie zajmowali się znaczkami, mają o nich dwa rodzaje pojęć. Jedno, że są to zwyczajne śmieci, nadające się wyłącznie do wyrzucenia. I drugie, że jest to jakaś potężna wartość, wprost niewyobrażalna, a szczególnie każdy starszy znaczek uważają za olbrzymi majątek. Jak sami wiecie, tak jedno jak i drugie jest bzdurą. Otóż Fajksat… przy czym nie jestem gołosłowny, co najmniej o dwóch wypadkach wiem bardzo dokładnie z pierwszej ręki… Otóż Fajksat proponuje odkupywanie tych znaczków po oszukańczo niskiej cenie. Z tymi, którzy uważają je za śmieci, nie ma problemu, każdą sumę przyjmą chętnie, uważając kupującego za zwyczajnego wariata. Z tymi, którzy widzą w nich majątek, też sobie daje radę. Wybiera kilka starych znaczków, cesarza austriackiego na przykład, albo powojennych prezydentów amerykańskich, idzie z tym swoim klientem do sklepu, tam klient dowiaduje się, że te wspaniałe walory kosztują dwa złote sztuka, rozczarowuje się gruntownie i sprzedaje Fajksatowi całą resztę za byle co. Nie jest to działalność godna pochwały.

Janeczka oderwała brodę od pięści, odwróciła głowę i spojrzała na brata. Pawełek wzajemnie popatrzył na nią. Zrozumieli już dokładnie sens poczynań Czesia.

Dziadek przystąpił do czyszczenia fajki.

- Moim osobistym zmartwieniem jest dziesięciokoronówka - oznajmił. - Znaczek dopłaty, z czarnym nadrukiem. Na odzyskanie zestawienia znaczków „Za łót” nie mam nadziei, na pewno nie stanowią już całości, bo sam kupiłem taką parkę, jeden czysty i jeden kasowany, z tej samej matrycy, z identycznymi niedokładnościami. Kupiłem od znajomego, który kupił od pośrednika, a pośrednik kłamał i kręcił. Nie umiałem dotrzeć przez niego do pierwszego posiadacza.

- Nie miałeś psa… - wyrwało się Pawełkowi ze współczuciem.

Na szczęście siedział już na swoich schodkach dostatecznie blisko, żeby Janeczka zdołała kopnąć go w kostkę. Nie należało podsuwać dziadkowi myśli, że do ich metody dedukcyjnej włączany bywa Chaber, który udziela wskazówek w bardzo urozmaiconych okolicznościach.

- Słucham? - zdziwił się dziadek. - Co mówisz?

- Nie, nic. Miałem na myśli, że nie umiałeś wywęszyć.

- Istotnie, z psem pod tym względem równać się nie mogę. Jak sami widzicie, moje zmartwienie trwa nadal. I mogę powiedzieć, że nawet się mocno pogłębiło. Ktoś ma te zbiory. Może nie ma, tylko miał. Może już umarł. Jego rodzina mogła to wyrzucić, zniszczyć, tak jak ta pani wyrzuciła Merkurego. Z dwojga złego wolałbym już chyba, żeby odnalazł to Fajksat, chociaż w takim wypadku zostałoby pewnie wywiezione za granicę…

Zmartwiony dziadek stracił umiar i zwierzał się już bez ograniczeń. Usłyszeli znacznie więcej, niż mogli się spodziewać, sami już nie byli pewni, co im się wydaje wspanialsze, uzyskane informacje czy zdobyte znaczki. Upływ czasu zauważyli dopiero, kiedy do pokoju zajrzała babcia.

- Ja bym przepisała z tych listów wszystkie adresy - powiedziała Janeczka, zszedłszy na dół. - Nie tylko ten tutejszy. Na wszelki wypadek.

- Dobra, to już. I gazu, może zdążymy, zanim matka znów zauważy, że jeszcze nie poszliśmy spać…

Listów było razem 526. Powtarzały się na nich tylko trzy nazwiska, z tym, że jedno należało do dwóch osób, a dwa do jednej. Panna Ludwika Wiślicka, pan Józef Borowiński i pani Ludwika Borowińska. Wywnioskowali z tego, że panna Ludwika Wiślicka wyszła za mąż za pana Józefa Borowińskiego i starannie przechowała wszystkie listy, które obydwoje dostali. Mieszkała kolejno w Kraśniku, w Łodzi i w Warszawie, przy czym w Warszawie miała trzy adresy, pierwszy na Puławskiej, drugi na Koszykowej i wreszcie trzeci na Sieleckiej.

W połowie roboty Janeczka wpadła na pomysł, żeby przepisać także nadawców.

- Po co? - skrzywił się Pawełek. - Tego będzie zatrzęsienie!

- Na wszelki wypadek - rzekła sucho jego siostra. - Nie narobiłeś się chyba do tej pory za bardzo? A nadawcy też mogą być jednakowi i wcale nie wiem, czy któryś nam się nie przyda.

Pawełek stęknął i przystąpił do odwracania kopert drugą stroną do wierzchu.

- Właściwie wszystko polega na przekładaniu tego z miejsca na miejsce - zauważył zgryźliwie. - Całkiem jak urzędnicy w biurze. Gdyby to nie było takie nudne, nawet bym się zgodził, żeby mi za coś takiego płacili pensję.

- Nudne…! - wykrzyknęła Janeczka karcąco i zatrzymała się z jedną kopertą w dłoni. - Popatrz!

Pawełek spojrzał. Nadawcą jednego listu był Zenobi Fajksat, zamieszkały w alei Wyzwolenia.

- Przeczytamy… ? - ożywił się. Janeczka pokręciła głową.

- Obiecałam, że nie. Zostawimy na razie. Jak to dobrze swoją drogą, że nie mieliśmy dziś czasu, żeby te listy spalić…!

- To co zrobimy?

- I tak musimy tę panią odnaleźć. Teraz musimy podwójnie. Zapytamy, czy pozwoli ten jeden list przeczytać. Powiemy jej mniej więcej o co tu chodzi, może zrozumie.

- A jak się nie zgodzi?

- Poprosimy, żeby sama przeczytała. Albo zwabimy ją na tajemnicę.

- Jak?

Janeczka miała chwilę natchnienia.

- Powiemy, że jak nie przeczyta, albo nam nie pozwoli, nie powiemy jej czegoś szalenie sensacyjnego i ona poniesie wielką stratę. Gwarantuję ci, że nie wytrzyma, a zaraz potem okaże się, że ta strata to ametyst i wszystko się będzie zgadzało.

Pawełek pochwalił pomysł i ze znacznie większym zapałem przystąpił do kontynuowania pracy.

Zdążyli przepisać wszystkich czternastu nadawców, występujących na kopertach, zanim pani Krystyna przypomniała sobie o swoich dzieciach. Nie wypędziła ich do łóżek wcześniej tylko dlatego, że obie z ciotką Moniką zajęte były wszywaniem podszewek do żakietów, które sobie same uszyły. Było to zajęcie tak skomplikowane, że wszelka myśl o obowiązkach rodzicielskich umknęła jej z głowy.

- Ja bym się w ogóle dłużej wstrzymał z tym paleniem - powiedział ostrzegawczo Pawełek, mijając się z Janeczką w drodze do łazienki. - Nie wiadomo, co tam może być ważne, nie znamy tych ludzi. A na niektórych wcale nie było nadawców!

- Może być - zgodziła się Janeczką. - Pogadamy z tą panią…

 

* * *

 

Po trzech dniach wytrwałego czatowania przy wejściu do właściwego budynku Janeczką straciła cierpliwość. Upragniona pani nie pokazywała się tam wcale, a w mieszkaniu jej ciotki, rzecz jasna, nikogo nie było. Dalsza strata czasu nie miała sensu, pani mogła odwiedzać lokal w godzinach szkolnych, albo późną nocą, a czatowanie całą dobę na okrągło odpadało. Po krótkiej naradzie z Pawełkiem zdecydowała się napisać dyplomatyczny list i wysłać go na nazwisko nieżyjącej ciotki.

„Szanowna Pani” - brzmiała korespondencja. - „W walizce znajdowało się coś niesłychanie nadzwyczajnego. Mój dziadek uważa, że powinna Pani o tym wiedzieć. Poza tym jest dla Pani specjalna rzecz i muszę się z Panią koniecznie zobaczyć, a nie mogę Pani zastać w domu tej Pani Ciotki, która dawno umarła. Więc bardzo proszę, żeby Pani do mnie zadzwoniła, albo napisała i powiedziała mi, gdzie mogę Panią znaleźć, bo sprawa jest strasznie ważna. Z poważaniem. Janeczka Chabrowicz”.

- Po co ten dziadek? - spytał Pawełek z powątpiewaniem. - Nie lepiej, żebyśmy sami…?

- Dziadek ma inny telefon, więc i tak na niego nie trafi - uspokoiła go Janeczką. - A dorośli mają takie różne głupie poglądy. Będzie uważała, że jeżeli dziadek się wtrącił, to rzeczywiście coś w tym jest. Inaczej mogłaby sobie zlekceważyć.

- No może… Co z tym zrobisz? Wetkniesz w drzwi?

- Wykluczone, mógłby wyjąć ktoś inny. Wyślę pocztą.

- I co?

- I znajdzie w skrzynce, jak tam przyjdzie.

- Może w ogóle nie zajrzeć do skrzynki. Może jej to nawet nie przyjść do głowy.

- Toteż w drzwi wetknę kartkę, że w skrzynce jest list. I będziemy sprawdzać, czy to tam jeszcze jest, czy już nie ma.

- Kartkę ja bym wetknął tak, żeby jej nie było widać - poradził Pawełek po namyśle. - Żeby wyleciała dopiero jak się otworzy drzwi. Inaczej ktoś ją może rąbnąć dla draki.

Janeczka zgodziła się z nim i dokonała stosownych manipulacji. Czas oczekiwania na odpowiedź pani spędzili pracowicie. List do ojca w kwestii breloczków musiał zostać napisany i dostarczony osobie jadącej do Algierii. Czesia należało pilnować. Miedzianko razem ze swoimi podejrzanymi machinacjami niezbyt ich obchodził, ale Fajksata trzeba było koniecznie obejrzeć i na wszelki wypadek zapoznać z nim psa. Metoda czyhania przed domem nie nadawała się do niczego. Wchodziło tam i wychodziło mnóstwo ludzi, nie sposób było odgadnąć, który z nich jest Fajksatem. Nie wiedzieli, jak ów osobnik wygląda, a siedzenie na schodach pod samymi drzwiami niepotrzebnie zwróciłoby uwagę.

- Najlepiej byłoby zwyczajnie zapukać i wejść do niego z czymś - rzekł z zadumie Pawełek. - On może rzadko wychodzi z domu i przez rok się na niego nie trafi. A tak załatwiłoby się od razu.

- Z czym na przykład wejdziesz? - skrytykowała Janeczka. - Zapukasz i zapytasz, czy tu mieszka pan Malinowski?

- Nie, do bani, akurat przypadkiem nie on otworzy drzwi, tylko ktoś inny, jaka żona, albo co. Mówię przecież, że z czymś, co by było do niego. Do pana Fajksata osobiście. Zgubił coś…

- I było podpisane, że to jego, tak?

- Podpisane…! List!

- I skąd weźmiemy ten list? Sam napiszesz?

- Nie, no coś ty! Czekaj, mam pomysł! Zdarza się czasem, że listonosz się pomyli, nie? Wrzuci list do cudzej skrzynki. Temu komuś nie chce się latać po ludziach, albo może akurat wychodzi, bierze taki list i kładzie gdzieś na wierzchu. Na skrzynce, albo wtyka za te różne rzeczy na ścianie. Może to upaść na ziemię. Znalazłem, podniosłem i z grzeczności mu przynoszę po drodze. On mieszka na drugim piętrze, mogę mieszkać na trzecim.

- A jak on zna tych, co tam mieszkają? To po pierwsze…

- Jestem jakiś tam siostrzeniec i przyjechałem do rodziny z Gdańska na dwa dni.

- No dobrze. A po drugie, będziesz czekał na taki omyłkowy list?

- Nie rozśmieszaj mnie - powiedział wzgardliwie Pawełek, wzruszając ramionami. - Znowu mi sztuka, wyjąć list ze skrzynki. Z dwudziestu mogę wyjąć i nikt nic nie zauważy!

- Bardzo dobrze - pochwaliła Janeczka. - W takim razie rozdzielamy się. Jutro zaraz po szkole ja pójdę sprawdzać tę panią, a ty lecisz po list Fajksata. Potem się zastanowimy co dalej, jak już będziesz wiedział, jak on wygląda.

- Jutro akurat on może nie dostać żadnego listu - zastrzegł się Pawełek. - Możliwe, że to potrwa parę dni. Będę sprawdzał codziennie zaraz po szkole.

Wśród tych wszystkich zajęć znaleźli odrobinę czasu na przestudiowanie listy znaczków, dostarczonej przez dziadka. Skonfrontowali ją z katalogiem i wreszcie dokładnie zrozumieli, jak straszliwą stratą było zaginięcie kolekcji pana Franciszka. Przez dłuższą chwilę wzdychali równie ciężko i smutnie jak dziadek.

- Popatrz, takie coś odnaleźć! - zamarzył sobie Pawełek. - Różne mieliśmy zasługi, ale to byłby dopiero sukces, co?

- Ja uważam, że odnajdziemy - zawyrokowała optymistycznie Janeczka.

- E tam. Dziadek szuka tyle lat…

- Ale my szukamy inaczej. Po pierwsze, z psem, a po drugie - no dobrze. Niechby chociaż ćwiartkę tej kolekcji. W ćwiartkę święcie wierzę.

- To byłoby tylko ćwierć sukcesu…

- Lepsze ćwierć, niż nic, nie?

Optymistyczne przeczucia Janeczki jakby zaczęły się sprawdzać. Operacja „Fajksat” powiodła się nadspodziewanie i dała rezultat już po dwóch dniach.

Wbiegając do budynku w alei Wyzwolenia, Pawełek minął wychodzącego listonosza. Ucieszył się i od razu rozkwitł nadzieją. Nie doznał rozczarowania, w skrzynce pana Fajksata znajdował się jakiś list. Pawełek otworzył ją bez najmniejszego trudu jednym ze swoich, od dawna posiadanych wytrychów i wyjął zawiadomienie z banku w małej kopercie. Rozmiar kopertki był wysoce przydatny, pozwalał bowiem uwierzyć, że została upuszczona, małe przedmioty łatwiej się gubi. Dla całkowitego uwiarygodnienia swojej wersji Pawełek położył ją na ziemi i starannie przydepnął. Nie było wprawdzie wielkiego błota, ale ślad przydepnięcia pozostał i nie budził wątpliwości.

Drzwi na drugim piętrze otworzył jakiś pan w średnim wieku z bujną, nastroszoną czupryną, równo uciętą szpakowatą bródką i przyjemnym wyrazem twarzy. Pawełek zawahał się i zalęgło się w nim powątpiewanie, czy istotnie jest to ten osobnik, którego miał obowiązek zobaczyć, wyobraził go sobie bowiem jako indywiduum antypatyczne, ponure i budzące odrazę. Upewnił się, czy ma przed sobą Zenobiego Fajksata i wyjaśnił kwestię znalezionej pod skrzynką listową koperty. Pan ucieszył się, podziękował bardzo mile i grzecznie, wziął list i zamknął drzwi, nie zadając żadnych kłopotliwych pytań. Wątpliwości Pawełka wzrosły, pan wprawdzie odrobinę się garbił, ale do złośliwego, pokracznego potwora było mu daleko. Jak na podłego oszusta, robił stanowczo zbyt dobre wrażenie. Pełen zakłopotania i niepewności Pawełek w przyśpieszonym tempie popędził do domu.

- Dzwoniła! - wykrzyknęła Janeczka, kiedy wpadł do jej pokoju. Pawełek zatrzymał się w rozpędzie.

- I co…?

- I umówiła się z nami od razu dzisiaj. Wieczorem, o siódmej.

- A kolacja…?

- Nie ma sprawy. Matka idzie w gości, a babcię załatwi dziadek. Możemy się spóźnić, ile nam się podoba.

- Czekaj. Jak to? Tak szybko?

- No więc właśnie, ten list szedł dwa dni. Dzisiaj tam była i znalazła wszystko, kartkę w drzwiach i list w skrzynce. Chciała się dowiedzieć, o co chodzi, ale nie powiedziałam ani słowa. A ty jak?

- Dzieci, obiad na stole - powiedziała babcia, zaglądając do pokoju. - Pawełek, umyj ręce. I chodźcie zaraz, bo wystygnie.

- O rany… - mruknął Pawełek z urazą, ale od razu uznał, że dzisiaj nie należy się babci narażać. Powstrzymał zatem komentarz do uwagi o myciu rąk. Nikt im tego nie musi przypominać, po tej Algierii mycie rąk weszło im w nałóg, babcia ma obsesję. Cofnął się, cisnął tornister byle gdzie do swojego pokoju i wszedł do łazienki.

Obiad odbywał się w kuchni, razem z babcią i dziadkiem, bo matka jeszcze nie wróciła z pracy. Omawianie sprawy można było podjąć dopiero po zakończeniu posiłku i Pawełek o mało nie pękł, tłumiąc w sobie wszystkie wrażenia.

- No więc nie ma siły, ten breloczek od ojca jest nam potrzebny więcej niż powietrze - zaczął zaraz za drzwiami. - Kiedy ten list poszedł?

- Wczoraj. Bo co?

- W najlepszym razie dostaniemy go w przyszły czwartek. Trzeba pojechać na lotnisko, bo, nie daj Boże, wyślą pocztą.

- Bo co? - zniecierpliwiła się Janeczka, lokując się przy biurku.

- Bo musimy się dowiedzieć od Zbinia… Znaczy, Zbinio musi się dowiedzieć od Czesia, czy ten Fajksat mieszka sam. Ja wcale nie wiem, czy to on mi te drzwi otworzył.

- Był list…?

Pawełek klapnął na tapczan i oparł plecy o ścianę. Szybko zrelacjonował wydarzenie i wrócił do wątpliwości.

- Wcale nie wyglądał na oszusta. W ogóle wręcz przeciwnie. Ja nie wiem…

- Bardzo stary? - spytała rzeczowo Janeczka.

- Średnio. Chyba trochę starszy od ojca, ale o wiele młodszy od dziadka. Aleja nie wiem, może to nie on. Może nie mieszka sam, tylko z jakimś krewnym, też Fajksatem.

- A imię? Spytałeś, czy to Zenobi?

- No pewnie! Ale może mieć stryja na przykład, albo stryjecznego brata i ten stryjeczny brat też może mieć na imię Zenobi. Mogą mieć takie imię w rodzinie. Żeby chociaż patrzył jakoś spode łba, albo co, żeby coś mamrotał, żeby trzasnął tymi drzwiami, ale nie, skąd, na oko bym powiedział, że całkiem równy gość. W życiu bym go o nic nie podejrzewał!

Janeczka już w połowie tej relacji zaczęła kiwać głową.

- Zgadza się - rzekła zimno. - W takim razie to on, mur beton.

- Zwariowałaś?! - oburzył się Pawełek i zsunął się na brzeg tapczanu. - Dlaczego?

- Wszyscy oszuści zawsze robią dobre wrażenie. Muszą robić. Jak to sobie inaczej wyobrażasz, przecież musi się wydawać wprost przeraźliwie sympatyczny tym wszystkim ludziom, którzy mu sprzedają znaczki. Oni muszą mu wierzyć od pierwszego wejrzenia, bo bez tego nabraliby podejrzeń i polecieli do kogoś innego. Tylko w ten sposób może ich oszukiwać!

Pawełek nie wydawał się w pełni przekonany.

- No, może… No, owszem… Ale do tego stopnia, to chyba przesada… Ja bym jednak napuścił Zbinia na Czesia…

- Ja też - zgodziła się Janeczka. - Trzeba się upewnić na wszelki wypadek, bo na przykład ten stryj też może być i sympatyczny, i podejrzany.

- Znaczy, musimy czekać prawie cały tydzień. Z psem chyba też nie zaczynać?

- Pewnie że nie. On by co prawda zapamiętał nawet dwudziestu Fajksatów, ale nie wiem po co mu utrudniać. Z tym, że nie tydzień.

- Co nie tydzień?

- Nie musimy czekać. Mam breloczek.

- Nie mów…! Jaki? Pokaż!

Z wielkim triumfem Janeczka wyciągnęła z szuflady zupełną niezwykłość. Na kółeczku od kluczy wisiała dziwacznie powyginana tancerka o czterech rękach, powiewająca szalem, wykonana z czegoś kremowego, zapewne z kości słoniowej. Była trochę pokraczna, ale fascynująca. Pawełek szybko odtworzył w pamięci oglądane u Zbinia breloczki. Takiego czegoś on nie ma - zawyrokował.



dalej


strona główna
(23kB)