(23kB)
strona główna


 

 

Joanna Chmielewska

 

Przeklęta Bariera

Obudziłam się.

Słońce świeciło mi na twarz i prosto w oczy, nic dziwnego zatem, że się obudziłam. Coś się musiało stać z zasłonami. Nie zrozumiałam tego w pierwszej chwili i popatrzyłam dookoła siebie. Zamknęłam oczy, otworzyłam je ponownie, prawie pewna, że głupia halucynacja przepadnie, rozejrzałam się znów, po czym powtórzyłam tę operację kilkakrotnie, potrząsając głową.

Widok nie znikał.

Wypróbowanym sposobem sprawdziłam, czy, mimo wszystko, nie śpię nadal, mianowicie uszczypnęłam się potężnie. Zabolało tak, że aż syknęłam. Wobec tego rzeczywiście już nie spałam i oglądałam jawę.

Nic z tego nie mogłam zrozumieć i poczułam zamęt w umyśle. Z całą pewnością poprzedniego wieczoru położyłam się spać w najlepszej komnacie oberży, w przyzwoitym łóżku z baldachimem i firankami, wszystko jak należy. Sługa z oberży i moja pokojówka wnieśli rzeczy, ustawili je, sepety i kufry…

Spojrzałam w kąt z gwałtownym niepokojem, bo skoro znikły zasłony, mogło zniknąć i moje mienie, ale nie. Kufry, owszem, stały oba, sepety również, policzyłam je, wszystkie cztery, w tym dwa częściowo rozpakowane. To było w porządku, ale reszta…?

W pierwszej chwili pomyślałam, że nocą przeniesiono mnie gdzieś w czasie snu, w chwili mojej nieświadomości, ale od razu wydało mi się to niemożliwe, bo sen mam bardzo lekki, a jednym kieliszkiem wina, wypitym przy wieczerzy, nie mogłam się przecież upić. Co się zatem stało i co to wszystko znaczy?

Nie znajdowałam się w tej samej komnacie. Pokój to był raczej czy izba, skąpo i ubogo umeblowana, ale wielkiej czystości. I znacznie mniejsza. Za to okna miała dziwnie duże, tiulowe firanki na nich i kotary, niedokładnie zasunięte, szparę tworzące ogromną i przez tę szparę właśnie świeciło słońce wprost na moją twarz.

Nie pojmując niczego, prawie bałam się poruszyć. Kto wie jak długo leżałabym, sparaliżowana osłupieniem, gdyby nie zmusiła mnie do wysiłku intymna konieczność. Ostrożnie usiadłam i opuściłam nogi. Posadzka wysłana była dywanem, jasnym, bez żadnego wzoru, tanim zapewne, ale dość miękkim i nawet przyjemnym.

Pełna złych przeczuć, zajrzałam pod łóżko.

Oczywiście! Tak jak już jęłam podejrzewać, nocnego naczynia nie było. Nie zmieściłoby się zresztą, to osobliwe łóżko nie miało miejsca pod sobą, pantofelki pod nie weszły, ale nic poza tym. Wydobyłam je, wsunęłam na stopy, rozejrzałam się za dzwonkiem na służbę.

Boże jedyny, dzwonka też nie było! Z niezbędnych rzeczy nie było w ogóle niczego. Mój peniuar leżał na oparciu fotela, przynajmniej fotel wydał mi się normalny. Zarzuciłam na siebie szlafroczek i zdecydowałam się sama otworzyć drzwi z nadzieją, że ujrzę za nimi bodaj moją pokojówkę, a choćby jaką sługę z oberży, od której zażądam podstawowych utensyliów.

Drzwi w tym pokoju znajdowało się dwoje. Na chybił-trafił otworzyłam jedne i osłupiałam ponownie. Mimo iż było tam dość ciemno, zamajaczyły mi jakieś niezwykłe urządzenia, umywalnia owszem, wyglądała znajomo, wanna również, ale reszta…? W pomieszaniu wsparłam się dłonią o ścianę, jakąś nierówność poczułam, która pod tym lekkim naciskiem ustąpiła, coś jakby cicho pyknęło i nagle całe pomieszczenie rozjaśniło się wielkim światłem.

Zamarłam. Znałam wszak fajerwerki i błyski prochu wybuchającego, ale tu przecież nic nie wybuchło, jasność nastała bezgłośnie i w mgnieniu oka. Serce mi załomotało straszliwie, ale doznania fizjologiczne znów nie pozwoliły mi ni zemdleć, ni pozostać w bezruchu.

Kilka jeszcze ujrzałam, jak by je nazwać…? Nieruchomości…? Przymocowane do podłogi, białe i czyste. Na każdej dałoby się usiąść. Szukałam wzrokiem jakiegoś innego, stosownego naczynia, dzbanka bodaj, nic… Zawahałam się, zanieczyścić to…? Gdybym chociaż miała wodę pod ręką, opłukać wszak potrafię! Rozpacz chyba sprawiła, że przypomniały mi się nagle wszystkie lektury, o Rzymianach, o akweduktach, termach, woda, bez pompy, za odkręceniem kurka leciała, gdzież tu kurek…? No i krzesła królewskie z naczyniem pod spodem…

Nie mogłam już dłużej zwłóczyć. Trudno, pełna zgryzoty i niepewności, wykorzystałam to trochę większe i wyższe, do królewskiego krzesła może i nieco podobne, z klapą klapa dała się unieść, choć zerwać musiałam papierową wstęgę, na której był napis. Odczytałam go. “Zdezynfekowane”. A cóż to miało znaczyć…?!

Ulgi ogromnej doznawszy przynajmniej w jednym zakresie, jęłam szukać owego kurka do wody, niechając chwilowo dociekań, gdzie się znalazłam i jakim sposobem. Umywalnia… na rozum biorąc, do niej powinna ciec woda. Urządzenie nad nią w niczym kurka nie przypominało, jakby gruby trzon łyżki do butów, bo krótka rura wygięta pod nim mówiła sama za siebie. Coraz bardziej zrozpaczona i zirytowana, oddałam się próbom i ćwiczeniom, usiłowałam to kręcić, obracać na boki… obracało się, dlaczego nie, ale wciąż bez wody… przyciskać… szarpiąc tak na wszystkie strony, przypadkiem uniosłam ów trzon ku górze. I wówczas lunął znienacka strumień wody tak gorącej, że ledwo można było wytrzymać.

Nowej ulgi doznałam niezmiernej, ale natychmiast pojawił mi się następny kłopot. Jakże bez naczynia żadnego przenieść tę wodę w upragnione miejsce? Rozglądając się pilniej i już nieco spokojniej, dostrzegłam nad umywalnią półeczkę, a na niej dwie szklanki czyste, jakby przejrzystym pęcherzem owinięte, nie bacząc na nic, chwyciłam je i, napełniając wielokrotnie i wylewając do owego królewskiego siedziska, spłukałam wreszcie swoją kompromitację. Gorąco mi było przy tym, pot mi płynął z czoła, ręce i nogi mi drżały, osłabłam, zachwiałam się i dłonią wsparłam silnie na czymś, co wystawało jakby za plecami tego urządzenia. I tu omal przytomności nie straciłam, bo nagle runął doń potok wody, istny wodospad, o wiele silniejszy niż ten nad umywalnią.

Długiej chwili potrzebowałam, żeby myśli zebrać. Gdzież ja się znalazłam, na Boga, jakim sposobem i co się tu dzieje…? Owa kaskada w siedzisku polała się i przestała lecieć, spłukała wszystko doskonale, niepotrzebnie męczyłam się ze szklankami i nie do tego celu zapewne były przeznaczone. Z samej ciekawości po dłuższej chwili przycisnęłam tę wystającą rzecz jeszcze raz i efekt okazał się identyczny, kaskada znów chlusnęła, choć do spłukiwania już nic nie było. Prawie mi się to zaczęło podobać.

Woda do umywalni lała się nadal. Znów z ciekawości jęłam, dla eksperymentu, szarpać ową rękojeść, do łyżki do butów podobną, ale krótko to trwało, bo zwykłe opuszczenie jej strumień wody ukróciło. Uniosłam i opuściłam tę rzecz jeszcze kilkakrotnie, puszczając i zatrzymując strumień wody dowolnie, jakimś sposobem jednakże chłodniejszy się zrobił.

Wówczas nareszcie, mimo niepojętej osobliwości całej sytuacji, umysł mój odzyskał odrobinę równowagi. Jak każda panna z dobrego domu, posiadałam wykształcenie wszechstronne i znaczenie barw było mi doskonale znane. Jakże, wszak z jednej strony owego urządzenia wyraźnie widziałam plamę czerwoną, z drugiej zaś niebieską, czerwony kolor jest ciepły, niebieski zimny, powinna to być wskazówka dla uzyskiwania temperatury wody. Spróbowałam. Zgadzało się. Na chwilę poczułam się dumna ze swojej wiedzy i bardzo mnie to podniosło na duchu.

Wróciło mi jakoś więcej zdolności myślenia. Przypomniałam sobie o kanałach paryskich, o których czytałam i które podobno dopiero co były odnawiane. Zapewne uczynili coś, co pozwala wodzie łączyć się z nimi bezpośrednio, rzecz zrozumiała i naturalna, ale jednak zdumiewa. No dobrze, woda, ale ta reszta…?

Czyżbym wczorajszego wieczoru tak już była śpiąca i sfatygowana, żem swego otoczenia nie spostrzegła…? Zbadałam ową łazienkę gruntownie i zdołałam się umyć.

Odkryłam urządzenie obce mi i niezwykłe, ale nader użyteczne i dające się uruchomić dowolnie, ciepła woda, zimna, prysznic z góry lecący bez napełniania wanny, jakiż to doskonały pomysł i jaka wygoda! Szczególnie że czepek, duży i przedziwnie spoisty, włosy pozwolił ochronić… Ręczniki się tam znajdowały, białe, zatem widać, że czyste, różnych rozmiarów, mydło niewielkie, ale delikatne, w szczelnym opakowaniu, użyłam go bez wahania. Może i dłużej się myłam niż miałam potrzebę, bo już się tam jakoś swojsko poczułam, a na myśl o wyjściu nowy lęk mnie ogarniał. No, trochę może złagodzony ciekawością…

Wyszłam jednak wreszcie. Rozmyślałam o sposobie wezwania służby, kiedy zapukano do drugich drzwi. Otworzyłam bez wahania, weszła pokojówka.

Musiała to być pokojówka, skoro trzymała w rękach tacę ze śniadaniem, ale, na miły Bóg, jakiż strój ta dziewczyna miała na sobie?!!! Gdzież ja się zatrzymałam, w zamtuzie…?!!!

Sukni nie miała wcale, spódniczka kolan jej nie sięgała, całe nogi na wierzchu! Mowę mi na ten widok odjęło, głosu nie mogłam z siebie wydobyć, ona grzecznie mnie powitała, z uśmiechem, choć bez ukłonu, i rzekła, że na tę porę zamawiałam śniadanie. Zręcznie ustawiła tacę na małym stoliku i wyszła.

Zamawiałam śniadanie… Kiedy? Jak?! Wczoraj Zapewne… Żadnego zamawiania przypomnieć sobie nie mogłam, chyba że moja pokojówka…? Gdzież ona się w ogóle podziała, nie zdołałam o nią zapytać, mimo wszystko, co mnie już wcześniej spotkało, nie podróżowałabym przecież bez pokojówki…?

Jednakże byłam zwyczajnie głodna, okropne i dziwaczne wydarzenie, które mną wstrząsnęło, nie odebrało mi apetytu. Niespokojnie obejrzałam tacę, dość skąpo zastawioną, pieczywo owszem, rozpoznałam, rogalik, bułeczki… Mleko w dzbanuszku. W większym jakiś napój gorący, powąchałam, woń znajoma… kawa! Całe szczęście, pijałam już kawę wielokrotnie, smakowała mi. Oddzielna szklanka z sokiem pomarańczowym. Do tego jakieś małe, nie znane mi kawałki czegoś, jakby naczyńka opakowane w osobliwy sposób.

Rozpakowałam wszystko. Wąchając i smakując ostrożnie, w miseczkach jak dla lalki, znalazłam masło, serek, konfiturę, dwa rodzaje, kostki w większej miseczce okazały się cukrem. Nóż do tego dostałam, też strasznie dziwny, niczym zabawka.

Zjadłam to wszystko i musiałam przyznać, że nawet było dość smaczne, szczególnie serek i jedna konfitura, z moreli. Już pod koniec śniadania zwróciłam uwagę na dziwne dźwięki, dobiegające zza okna. Do niczego nie były podobne, zdziwiły mnie, zaniepokoiły, przestraszyły wreszcie. Zakończyłam posiłek i wyjrzałam przez okno.

Mimo wszystko, nie zemdlałam. Mniej więcej po półgodzinie zdołałam jakoś odzyskać zmysły i samej sobie powiedzieć, co widzę. Nie wierząc własnym oczom, wielokrotnie zaciskałam powieki, uchylałam je potem, ukłułam się nawet szpilką dla ponownego upewnienia się, że nie jest to sen jakiś przerażający i potwornie głupi, obcy kompletnie wszelkiej mojej wiedzy i znajomości świata. Pojawiało się przede mną coś, czego nawet nazwać nie potrafiłam, rzeczy i sceny nieprawdopodobne i absolutnie niepojęte.

Dziedziniec przed oberżą… Nie, nie można czegoś takiego od razu nawet samej sobie powiedzieć… Wyłącznie moje naganne upodobanie do czytania dzienników i gazet i prowadzenia niestosownych rozmów z różnymi osobami pozwoliły mi teraz uwierzyć własnym oczom.

Na miły Bóg, słyszałam przecież o powozach, jadących bez koni! Automobilami próbowano je chyba nazywać… Pan Piotruski coś o nich napomykał, a za maniaka i fantastę go uważano… Wizerunek takiej maszyny oglądałam w czasopiśmie, jakiś jego wynalazca już parę lat temu przez cały Wiedeń podobno przejechał, czyżby to, co tu stało i nawet poruszało się, miało być dzieckiem owej maszyny…?! Na Boga, niepodobne do niczego, pudło płaskie… Nie, doprawdy, określić tego nie sposób, a poruszało się, oddalało, nikło z oczu, inne zbliżało się i zatrzymywało, a ludzie z tego wychodzili…!!!

Warczało. Wszystkie warczały. Nie bardzo głośno, ciszej niż zwykła lokomobila, ale jakoś wprost niepojęcie. Dalej zaś jeszcze coś się działo, na co wprost oczu podnieść nie śmiałam, a i tak nie mogłam wykryć, co to takiego, bo mi korony niskich drzew zasłaniały…

Wstrząsające! Tkwiłam przy oknie jak przymurowana, usiłując przyswoić sobie owe widoki niewiarygodne, i nie wiem, jak długo pozostawałabym w stanie osłupienia absolutnego, gdybym nie ujrzała nagle mojego własnego stangreta. Przez moment nawet rozpoznać go nie mogłam, bo uniformu nie miał, osobliwie jakoś był ubrany. Chodził dookoła jednego z tych dziwnych stworów i takie czynił wrażenie, jakby przecierał jego szklane części. Niejasno dosyć pomyślałam, że skoro coś wygląda jak szkło, musi zapewne być szybą, w karecie także przecież mam szyby…

Na Boga, gdzie moja kareta…?!!! Gdzie konie…?!!!

Na widok stangreta osłupiałam jeszcze bardziej, ale wstąpiła we mnie nadzieja. Znajomy człowiek, własny sługa, zaufania w pełni godzien, może dowiem się czegoś od niego?

Rezygnując z poszukiwania dzwonka i zwykłych sposobów wzywania służby, chwyciłam ogromną klamkę, otworzyłam szerzej okno, które okazało się już uchylone, i zawołałam na niego, wzywając go gestem.

Spojrzał w górę, ukłonił się, to było w porządku. Przyszedł po dwóch minutach.

- Co to wszystko ma znaczyć? - spytałam, zamierzając to uczynić surowo, ale wypadło mi chyba dość rozpaczliwie. Zdziwił się wyraźnie.

- Już zmieniłem koło, proszę jaśnie pani - rzekł grzecznie. - W każdej chwili możemy jechać dalej, jak sobie jaśnie pani życzy.

- A gdzie jesteśmy?

Przyjrzał mi się nagle z lekkim jakby powątpiewaniem i niepokojem.

- W Charenton, jaśnie pani. W hotelu Mercure. Sama pani zdecydowała tu się zatrzymać, jak nam to koło wysiadło, a w serwisie nie mieli dla nas opony.

Coś mi w tym zabrzmiało znajomo.

- A oberża Pod Wesołym Merkurym…?

- A tak! - ucieszył się nie wiadomo z czego. - Zauważyła jaśnie pani? Trzymają tu jeszcze stary szyld, bo faktycznie to była kiedyś oberża “Pod Wesołym Merkurym”, chwalą się, że przeszło sto pięćdziesiąt lat mają tu zajazd. No, nie jest to najwyższa klasa, trzy gwiazdki, ale wygodny i pokoje były, bo to nie sezon. Nazwa im została, ale ogólnie przeszli pod zarząd takiej wielkiej spółki hotelarskiej i są w tym hotele Mercure. Rzecz jasna, wszystko przerobili.

- Skąd to Roman wie? - spytałam, czując się potężnie skołowana i usiłując swego stanu nie pokazać po sobie.

- Pogadałem w garażu. Oponę już sprowadzili i wszystko jest w porządku. Do Ritza mamy stąd pół godziny, chyba że korki będą, ale o tej porze Peripherique… taki bulwar okrężny… powinien być wolny.

Do reszty przestałam rozumieć, co on do mnie mówi. Obejrzałam się i usiadłam w fotelu, bo nogi wydały mi się dziwnie miękkie. Moja nadzieja, że rozmowa z własnym sługą coś mi wyjaśni, zaczynała blednąć, szczególnie że w chęci ukrycia pomieszania, sama już nie wiedziałam, o co pytać.

Przypomniałam sobie o pokojówce. - A gdzie jest Zuzia?

- Jaka Zuzia?

- Jak to jaka, nie powie mi Roman, że Zuzi nie zna! Zuzia, moja pokojówka.

Stangret Roman znów się zdziwił.

- Jakże, przecież Zuzia w Sękocinie została! Miała z nami jechać, ale w ostatniej chwili jaśnie pani zadecydowała, że nie. No, w takim pośpiechu był ten wyjazd, że chyba wszystko się pokręciło, jaśnie pani tyle miała na głowie… I jazda przez te niemieckie roboty drogowe, to fakt, że może człowieka do grobu wpędzić.

Tu mi się coś zgadzało, owszem. Wieść o śmierci stryjecznego pradziada przyszła nagle, z nią razem ostrzeżenie pana Desplain, jeśli nie upomnę się o spadek natychmiast, zostanę go pozbawiona. Rozkradną wszystko, a ta jego… pocieszycielka… pierwsza szpony wyciągnie. Na miejscu kłopoty, jak to zwykle w początkach wdowieństwa, choć od śmierci mojego nieboszczyka męża rok już upłynął… Ale tak zabagnił sprawy, świeć Panie nad jego duszą, że jeszcze dojść do ładu nie mogłam i komplikacja ze stryjecznym pradziadem spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Wyjazd w szalonym pośpiechu, najlepszą czwórkę wzięłam, miast kolej warszawsko-wiedeńską chwycić, karetą ruszyłam. Konie zmieniając, dniem i nocą jadąc, po jednej dobie znalazłam się w Dreźnie. Stamtąd, to pamiętałam doskonale, postój uczyniłam w Norymberdze, kolejny zaś, wprost połamana i obita się czując, nakazałam w Metzu, by spocząć bodaj chwilę, do świtu. I byłabym czwartego dnia zjawiła się w Paryżu, gdyby nie koło od karety, które odpadło tu właśnie, w samym pobliżu, w Charenton, gdziem stanęła w oberży, z resztek sił wyzuta. Z własnymi końmi, które, jako rozstawne, wszędzie były trzymane, co, wśród innych kosztów, nieugiętą fanaberię mojego nieboszczyka męża stanowiło. Kolei nie tolerował i przez niego nigdym nią nie jechała.

Koleją jednakże byłoby chyba wygodniej i szybciej…? Choć nie wiem wcale, wszak między Wiedniem a Paryżem jakieś roboty wielkie trwały i połączeń dobrych nie było, moja wiedza w tym względzie mocno szwankowała. Z drugiej zaś strony, cóż bym zrobiła w Paryżu bez karety? A jeszcze posiadłość stryjecznego pradziada…? Jakże miałabym się tam dostać?

Wszystko to mając w pamięci, nadal nie pojmowałam niczego. Od wczorajszego wieczora do dzisiejszego poranka świat się przemienił czy co…?

Przysięgłabym przy tym, że Zuzia jechała z nami. Jakimże sposobem inaczej mogłabym się rozebrać i ubrać? I kto sepety rozpakował?

- Któraż więc pokojówka usługiwała mi wczoraj? - spytałam, siląc się na ton obojętny, by otumanienia zupełnego nie okazać. - Zmęczona byłam tak, że nawet nie pamiętam.

- Hotelowa - odparł stangret grzecznie. - Nocny dyżur miała. Jaśnie pani kazała mi ją od razu wynagrodzić, bo dziś od rana jest inna.

- Ile…?

- Sto franków. Zadowolona była. Na litość boską…!!!

Sto franków, napiwek dla pokojówki… No, myślę, że była zadowolona, toż to pensja kwartalna! Oszalał Roman czy co?! Nic jednak na to nie rzekłam, może i z tej przyczyny, że trochę mi głos odjęło.

Stać mnie jeszcze było nawet i na takie szaleństwa, postanowiłam zatem od razu mężnie stawić czoło temu czemuś dziwnemu, co tak nagle na mnie spadło. Zachowałam opanowanie. O konie i karetę nie spytałam, przyjdzie czas na to we właściwej chwili.

- Proszę, by mi Roman sprowadził tu pokojówkę do pomocy - zażądałam spokojnie. - I przygotować się proszę do dalszej podróży. Jak najprędzej chcę stanąć u Ritza, bo wiele spraw będzie do załatwienia. Opłaty wszelkie w tym czasie Roman uporządkuje i bagaże zniesie.

Coś mi mówiło tajemniczego gdzieś w głębi duszy, że służba hotelowa tej rzeczy, jak powinna, nie uczyni, i dla bezpieczeństwa wolałam własnego człowieka mieć pod ręką. Roman się skłonił i wyszedł, ja zaś ponownie z wielką uwagą, a muszę przyznać, że i z ciekawością, rozejrzałam się wokół siebie.

Meble, poza fotelem, proste były, niczym w chłopskiej chacie, a jednak jakoś miłe dla oka. Skąpość ich zresztą ludzkie pojęcie przekraczała, łoże owszem, szerokie i już wiedziałam, że miękkie i wygodne, choć bez osłonki najmniejszej, szafki dwie nocne, lampki na nich z umbrelkami bardzo ubogimi…

Zaciekawiło mnie nagle. Cóż to za lampki? Naftowe być powinny, czy paliły się wczoraj…? Nie pamiętałam tego, przeciwnie, pamiętałam, że świecznik mi wnieśli dodatkowy. Może to nowość jaka…?

Obejrzałam owe lampki z bliska. Naftowe…? A gdzież klosz, gdzie naczynie na naftę? Zajrzałam pod umbrelkę, która mi nagle w ręku została, aż się wzdrygnęłam, ujrzałam bańkę szklaną niewielką, wydłużoną, wcale nie przezroczystą, tylko wypełnioną czymś, jakby mlekiem, albo raczej maślanką, bo mleko tłustość w sobie zawiera, której tu się nie czuło. Cóż to mogło oznaczać? Cóż, na Boga, innego na nocnej szafce mogło stać, jeśli nie lampa?!

Nie chcąc się zdradzić ze zbytnią ciekawością, nałożyłam umbrelkę z powrotem, ale nie chciała się trzymać. Obejrzałam ją od spodu. Pętelki jakby żelazne miała, schodzące się same ciasno, a przy wysiłku dające się rozsunąć. Po raz pierwszy w życiu z wdzięcznością pomyślałam o moim świętej pamięci ojcu, który, gorzko żałując, iż nie ma syna, mnie przymuszał do różnych okropnych eksperymentów i fizyką zadręczał. Odgadłam teraz sposób, w jaki owa umbrelka na bańkę wchodzi, i zdołałam ją nasunąć.

Obok tej… lampy zapewne… stało coś jeszcze, do niczego niepodobne. Dość małe. Głowiłam się, co by to mogło być, zaledwie parę sekund, bo zaraz dostrzegłam pod tym jakiś papier, kartkę zadrukowaną. Wyciągnęłam ją ostrożnie i przeczytałam.

Przeczytałam nawet trzykrotnie, nie zrozumiawszy ani słowa, mimo iż język francuski od dzieciństwa najwcześniejszego znam może nawet lepiej niż polski, ojczysty. Informacja… O czym, na litość boską, ta informacja?! Telecom, a cóż to takiego?! Połączenia wewnętrzne, numer pokoju… Słowa pozornie wątpliwości żadnych nie budzące, ale cóż mają do rzeczy? Wypukać numer… Jak to, wypukać numer…? Znaleźć pokój o właściwym numerze i do drzwi zapukać? Ależ taką rzecz wie każdy, chyba imbecyla najostatniejszego trzeba by o tym informować…?!

Recepcja, restauracja, kawiarnia, służba… No tak, to jasne, ale obok cyfry jakieś. Gdyby znajdował się tu gdzieś dzwonek, rozumiałabym, że do recepcji mam dzwonić dziewięć razy… Dziewięć razy…?! Ależ to wprost wariactwo, gdzie ja jestem, w domu dla obłąkanych…?!

Ponadto żadnego dzwonka nie było.

Usiadłam z tą kartką na łóżku, bo nogi mi się ugięły. Wyjście na zewnątrz. I znów cyfry. O ile wiem, na zewnątrz wyjść można zwyczajnie, przez drzwi. Połączenia z Europą. I połączenia rozumiem, i Europę, ale jakże mam się łączyć z tą Europą, siedząc na hotelowym łóżku w Charenton? Czy jest to może jakaś propozycja polityczna…? Kraje różne wymienione, Niemcy, Dania, Italia, Polska…

Polska…?!!! Osłupiałam któryś już raz. Jakże to, Polska… Skąd Polska?!!!

?

Polska, tak zwyczajnie, Polska. Przecież nas nie ma… Ach. może Francuzi zaborów nie uznają? Ale to chyba zuchwalstwo polityczne, a z Rosją są wszak w sojuszu…?

O nie, czegoś takiego rozstrzygać nie czułam się na siłach Czytałam dalej, święty Józefie, a cóż za kraje tam były wymienione! Austria, Węgry, Czechy, Słowacja… I Habsburgowie na to pozwolili…?! Bułgaria, Albania… a gdzież się podzieli Turcy? No owszem, Turcja była. Oddzielnie. A gdzie Wirtembergia, Bawaria, Bodenia…? Co za bzdurstwa jakieś na tym papierze zostały wypisane?!

Pożałowałam szczerze, że nie przeczytałam tego wcześniej i nie zyskałam czasu na zrozumienie niepojętej treści, co teraz poczułam wyraźnie, iż powinnam się nieco pośpieszyć. Odłożyłam kartkę. Wzrokiem zapewne nieco oszołomionym raz jeszcze spenetrowałam pokój.

Stół tam się znajdował, niewielki, prostokątny, przy nim dość niewygodnie, jadłam śniadanie, taca jeszcze stała, drzwi w ścianie, jakby drzwi od szafy… Podniosłam się z wysiłkiem, otwarłam je, istotnie, była to szafa, ale jaka…! Cóż tam można było zmieścić, jedną suknię…?! Półeczki w sąsiedniej części, na rękawiczki chyba, bo jedna zmiana bielizny by nawet nie weszła. Gdybym tu miała zostać dłużej, doprawdy nie wiem, jak dałabym sobie radę. Obok owego stołu zaś…

No nie, to urządzenie przekraczało wszystko. Na postumencie, do szafki małej podobnym, stało pudło duże, jakoby szybą grubą i czarną wypełnione. Spojrzałam w nie z bliska, bo może lustro…? Ujrzałam wizerunek własny, ciemny i zniekształcony, jako lustro, byłoby to coś najgorszego w świecie, niemożliwe… Szczególnie że lustra normalne były w kilku innych miejscach, nawet na wewnętrznej stronie drzwi owej zbyt małej szafy.

Zatem nie lustro. Zatem cóż…?

Jakieś guziczki miało na dole, w równym rzędzie. Gałeczki maleńkie, prostokąciki i kółka, przy nich litery i cyfry. A korciło, by coś z tego przycisnąć, ale nie ośmieliłam się. Za to z wahaniem wielkim, widząc kluczyk przy szafkowym postumencie, przekręciłam go i spróbowałam otworzyć, jak drzwiczki.

Otworzyły się. Ujrzałam wnętrze zarazem niepojęte i doskonale znane.

Szafeczka, w której na półkach stały butelki rozmaite, na samych drzwiczkach również, maleńkie, ale zawierające w sobie napoje, wcale mi nie obce. Wino, koniak, piwo, coś jeszcze… whisky… ach, to wódka angielska, czytałam o tym. przypomniałam sobie nazwę. Ciekawość mnie zdjęła, by tego spróbować, ale przecież nie przy ludziach…! Torebeczki jeszcze jakieś, orzeszki solone, taką nazwę miały. W głębi leżała mała butelka szampana i coś jeszcze, trójkątne, żółte, podługowate…

Oczywiście, spiżarnia podręczna. Pomysł przedni i wygoda wielka dla gościa. Rozumiejąc doskonale stan własny, w jakim się znalazłam, bez wielkiego namysłu sięgnęłam po koniak we flaszeczce tak małej, jak na medykament, zamknęłam szafeczkę, jednym rzutem oka odkryłam kieliszek na stole stojący i jeszcze stropiłam się na myśl o korku. I tu znów ojcowskie eksperymenty przyszły mi z pomocą, instynktownie, palcami chwyciwszy, przekręciłam silnie górę koniakowej flaszki. Prztyknęło lekko i ruszyło.

Wypiłam cały ten koniak i od razu poczułam się żwawiej. Wróciła mi jakoś przytomność umysłu i zwykła energia. Przyszło mi do głowy, że wobec tych wszystkich, niepojętych osobliwości powinnam może obejrzeć także własne rzeczy i własne odzienie, bo skoro nie mam Zuzi, sama o siebie muszę zadbać. Zwróciłam się ku sepetom.

Gorset…! Już pierwsza myśl o nim wprawiła mnie w zakłopotanie, bo jakże miałam zasznurować się z tyłu…? Na moment bezradna się poczułam, ale cud chyba jakiś sprawił, że od razu ujrzałam drugi, z przodu zapinany, i chwyciłam go skwapliwie. Kto też był na tyle przezorny, by go tak zręcznie i rozumnie zapakować, bo przecież nie ja sama…? Zuzia zapewne…

Jak to się mogło stać, że nie zabrałam jej ze sobą? I któż mi, wobec tego, pomagał na postojach…?

Nagle przypomniałam sobie. Ależ tak, wszak to już w Dreźnie przypadła do mnie jakaś zapłakana dzieweczka, którą jej pani zostawiła z nagła własnemu losowi, bez zaopatrzenia żadnego, i która, z okolic Paryża pochodząc, do domu wrócić pragnęła. Darmo służyć chciała przez drogę, byle ją zabrać, co przecież uczyniłam. Nawet nie wiem, jak miała na imię, bo w całym moim skłopotaniu “Zuziu” do niej mówiłam, ona zaś chyba, przygotowawszy mnie do snu, zaraz w nocy do swoich pobiegła. Z tej przyczyny jej nie ma…

A Zuzia, znienacka widząc, że zostaje, w trosce o mnie wygodniejszą odzież zapakowała. Jakaż to rozumna pokojówka! Ucieszona, że przynajmniej pamięć mi nie szwankuje,

w połowie ubrać się zdołałam, ale przyszło mi nagle na myśl znów wyjrzeć przez okno. Wobec tych dziwnych rzeczy, jakie mnie otaczały, było możliwe, że w ostatnich latach zmiany jakieś zaszły olbrzymie w Europie, w Paryżu szczególnie, o których nic nie wiem, które może nawet w naszym zaściankowym kraju zauważone nie zostały. Albo też i pisano o nich, alem ja w tych uciążliwych miesiącach czytania gazet zaniedbała. Jeśli się moda zmieniła… Wedle zeszłorocznej ubrana. jak straszydło będę wyglądać, a mimo wieku i wdowieństwa wcale nie mam na to ochoty.

Wyjrzałam przeto i postałam długą chwilę.

Na owe pudła osobliwe starałam się nie patrzeć, bo na cóż mi widok całkiem nie do pojęcia. Ludzi chciałam obejrzeć i odzież na nich. I nie płeć męska mnie ciekawiła, tylko żeńska.

Jak na złość sami mężczyźni się pokazywali. I służba wyłącznie, bo niedbale bardzo ubrani, ani jednego przyzwoitego odzienia, na ile mogłam z mojego drugiego piętra<~ ocenić. Dużo młodych chłopców, wdzięcznych dość nawet i zręcznych, ale trochę jakby z teatru, z włoskiej opery. Dłużej patrząc, odkryłam, że okno moje wychodzi na niezbyt wielki dziedziniec, gospodarczy zapewne, za którym pęd jakiś straszny i niezrozumiały dawał się czuć i słyszeć, zielenią osłonięty, front hotelu zatem powinien znajdować się z drugiej strony. Nie ma przeto nadziei na ujrzenie dam, ani nawet niewiast skromniejszej konduity, ulicą przechodzących. Plac widziałam przez okno, a nie żadną ulicę.

Zniecierpliwiona, już chciałam odejść, kiedy nagle pojawiła się istota żeńska, wychodząca z hotelu, idąca w głąb placu, tak że oglądałam ją od tyłu. Chciwie wytężyłam wzrok.

Boże mój…! Czyżby to była nowa moda…?!

Spódnica wąska okropnie, jakby nic pod nią nie było, jasnej barwy, krótka straszliwie, ledwo do kostek, a nawet powyżej. Rozwiewała się nieco przy chodzie, zgadłam zatem, że z przodu zapewne ma godet szeroki, który ruchy umożliwia. Buciki… Czyż to buciki…? Czarne, dziwnie wielkie, do obory lepsze może nawet niż chodaki… Wzniosłam oczy wyżej, na ramionach bolerko osobliwe, frędzlami dołem obszyte, też owe frędzle powiewały i między nimi pas dawał się zauważyć. Nie żadna szarfa, tylko pas właśnie, szeroki i sztywny, jakby ze skóry zrobiony. Na ramieniu torbę dużą sama niosła… Czyżby to miał być strój myśliwski…?

I, o wszyscy święci, była bez kapelusza! Z gołą głową!!! I bez rękawiczek!!!

Nie, niemożliwe. Musiała to znów być jakaś sługa…

Ależ nawet sługa czepeczek by włożyła, a bodaj chustkę! Czy hotel się pali, a ona, jak stała, wybiegła? Ale nie biegła przecież wcale i nie krzyczała w przerażeniu…

Zmartwiała i skamieniała stałam przy tym oknie, kiedy znów nagle ujrzałam kobietę. Oderwałam wzrok od tamtej, bo ta wyglądała inaczej. Spódnicę miała równie krótką, żółtą, tyle że szerszą i fałdzistą, jakieś białe trzewiki na nogach, też dziwne, do papuci domowych podobne, ale większe, na górze zaś kabacik kolorowy, w kwiaty, luźny zupełnie, do bioder opadający. Figury jej wcale widać nie było, jak przystrojona i ruchoma kopa siana wyglądała. Na ramieniu jej wisiał jakby koszyczek duży i płaski, na rzemieniu długim. I też nie miała kapelusza!!!

Nie zdążyłam samej sobie powiedzieć, że chyba jednak tylko służbę hotelową i okoliczną oglądam, bo zapukano do drzwi i weszła pokojówka.

I teraz mi już mowę i wszystkie władze odjęło do reszty. Pomyślałam, że jednak śnię, niemożliwe, żeby to była jawa. Albo może chora jestem i mam zwidy jakieś straszne w malignie.

Ta kobieta była czarna. Murzynka.

Czy mnie siła jakaś nadprzyrodzona do Afryki przeniosła? Czy do Ameryki może, gdzie niewolników murzyńskich do wszelkich posług używają? Chociaż, zaraz, tych niewolników tam już chyba wyzwolono…?

- Czy pani dzisiaj zwalnia pokój? - spytała uprzejmie. Przestałam wierzyć także własnym uszom. Pięknym, francuskim językiem do mnie się odezwała, a nie jakimś murzyńskim bełkotem, czego oczekiwałam i prawie byłam pewna. Z wysiłkiem wielkim złapałam oddech, stanowczo postanawiając znieść wszystko z zimną krwią. Jeśli ujrzę w lustrze, że też jestem czarna, trudno, niech będzie, wrażenia po sobie nie pokażę żadnego, tak mi dopomóż Bóg!

Na odzież jej usiłowałam nie patrzeć, chociaż i tak ubrana była mniej nieprzyzwoicie niż ta pierwsza, poranna. Chałacik miała na sobie niebieski do pół łydki zaledwie, czarne pończochy, pantofle do sabotów podobne… Dobrze, że bodaj pończochy… Bez fartuszka. Gdybym ją znienacka na korytarzu ujrzała, doprawdy nie wiem, co mogłabym pomyśleć… Postanowiłam sobie. Żadnych pytań…!!!

- Tak - odparłam spokojnie. - Proszę mi pomóc ubrać się do końca i zapakować. Mój służący zabierze bagaże. Obrzuciła mnie wzrokiem cokolwiek zdziwionym.

Ubrać do końca…? Wydaje mi się, że pani jest ubrana? Ubrana…! Ja ubrana…! Nie, to pewne, że trafiłam do szpitala wariatów! Miałam na sobie zaledwie koszulę z koronkami i spódniczkę do kostek. I w tej bieliźnie miałabym wyjść na ulicę, ta kobieta stroiła sobie jakieś głupie żarty!

Serce mi zabiło nagłym przestrachem, bo może naprawdę znalazłam się w miejscu obfitującym w szaleńców. Tym bardziej powinnam zachować spokój i jak największe opanowanie, obłąkanych, tak słyszałam, nie należy drażnić. Nic na jej słowa nie rzekłam, ujęłam tylko w dłoń suknię podróżną, z mięsistego jedwabiu, który nie gniótł się wcale, z tej racji specjalnie na drogę wybraną, i poprosiłam, by mi ją z tyłu zapięła. Pożałowałam przy tym, że nie ma ona zapięcia z przodu, tak jak gorset, dałabym sobie wówczas radę sama, bez narażania się na usługi istot niebezpiecznych.

Grzecznie spełniła moje życzenie, z uśmiechem nawet, a obserwowałam ją pilnie spod oka, czy jakichś złych zamiarów nie okaże, ale nie. Kazałam zapakować sepety, co uczyniła bardzo zręcznie i z widoczną wprawą. Pierwotnie miałam zamiar dać się także uczesać, teraz jednakże zrezygnowałam z tego, trudno, warkocz, na noc spleciony, upięłam na głowie sama i osłoniłam kapeluszem bardzo skromnym, z niewielkim woalem. Nie rozumiejąc, jak na razie, niczego, wolałam okazać umiar i nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, w czym barwy łagodne i przyćmione, półżałobne, liliowe i szare, powinny mi być pomocą.

Kazałam wezwać Romana.

Gotowa już byłam, kiedy wszedł i zaraz jął zbierać bagaże. Wspomogła go w tym owa pokojówka murzyńska, ja zaś czekałam, bo nagle lęk mnie ogarnął przed wyjściem z pokoju. Dziwny on, mały i ubogi, jednakże jakoś mnie chronił. Otwarłam usta, by spytać o karetę, ale zamknęłam je, bo coś mnie powstrzymało. Mignęła mi w głowie myśl o napiwku dla pokojówki i tym szaleństwie, które opętało także i sługę mojego, doprawdy jednak w tej chwili o jego niepojętą rozrzutność nie mogłam się troszczyć. Z rozpaczą zdecydowałam, że niech robi, co chce, całego mojego majątku w tym jednym dniu przecież nie straci.

Nic już z moich rzeczy wokół mnie nie pozostało, zebrałam zatem siły i wyszłam.

Łatwo trafiłam do schodów. Już niemal pierwszy krok na nich uczyniłam, kiedy obok pojawił się znienacka mój Roman.

- Jaśnie pani może windą zjedzie, a nie po schodach? - rzekł z uszanowaniem.

Windą…? Cóż to ma znaczyć? Co on takiego może mieć na myśli…?

Postanowiwszy kategorycznie żadnego zdziwienia nie okazywać i żadnych pytań nie zadawać, wyraziłam zgodę. Poszłam w kierunku, który wskazał gestem. Drzwi jakieś wąskie nagle rozsunęły się przede mną, ujrzałam pokoik maleńki niczym klatka, zawahałabym się zapewne przed wejściem do tej ciasnoty, gdyby nie lustro. Zobaczyłam w nim siebie i chyba tylko dla skontrolowania własnego wyglądu postąpiłam dwa kroki do przodu. Roman wcisnął się za mną, co mnie zdumiało i oburzyło niezmiernie, ale zajęta swoim wizerunkiem, ust nawet nie zdążyłam otworzyć, żeby skarcić zuchwalstwo. W tym momencie bowiem podłoga nagle uciekła mi spod stóp i poczułam rzecz straszną, klatka wraz ze mną opadała w dół!

Nie utraciłam przytomności i nie zemdlałam, bo konsystencję fizyczną zawsze miałam silną, opanować się jednak całkowicie nie zdołałam. Wydałam lekki okrzyk, i chwyciłam Romana za ramię.

- Czy coś się stało, proszę jaśnie pani? - spytał na to, wyraźnie zdumiony.

Czy coś się stało…! Boże…! Klatka ciasna niesie mnie w jakieś otchłanie, a ten gamoń pyta, czy coś się stało…!!!

Nie krzyknęłam ponownie, nie dałam mu odpowiedzi, bo nim zdławienie w gardle mi przeszło, poczułam ucisk pod nogami i klatka zatrzymała się w swoim strasznym locie. Trwałam w bezruchu, czekając na jakieś dalsze okropności, tymczasem drzwi, których zamknięcia przedtem nawet nie zauważyłam, teraz rozsunęły się przede mną, wypuszczając mnie na wolność. Wyszłam w pośpiechu, chociaż czułam słabość w kolanach, i ujrzałam się na parterze. Hol, recepcja; jak w eleganckim hotelu, tyle że wszystko strasznie małe, ale dalej przez ogromne szyby widać było wyjście na zewnątrz i cały świat Boży!

A więc to była winda…!

Ochłonąwszy odrobinę, przypomniałam sobie, że widziałam wszak kiedyś wielkie żurawie w porcie, które paki ogromne unosiły w górę i opuszczały w dół, i nieboszczyk mój ojciec tłumaczył mi coś o tym dźwiganiu. Możliwą jest rzeczą, tak mówił, największy ciężar przenieść, jeśli stosownej maszynerii się użyje. Przeciwwaga… O! Przypomniało mi się nagle to słowo, wówczas zlekceważone, przeciwwaga. Zapewne owa winda… Jakże, nie tylko, toż sama widziałam w dzieciństwie jeszcze, jak pana barona Tańskiego unoszono na piętro w jego fotelu, sam bowiem, z racji przerażającej tuszy, nie mógł już na schody wchodzić. Słudzy to czynili, ale jakieś korby dostrzegłam kręcone i mechanizmy jakieś…

Zatem pana barona Tańskiego unoszono windą! Ciekawa rzecz, czy i mnie winda uniesie…? Ach, nie samą przecież, za nic, z Romanem, niech to sobie będzie zuchwalstwo i spoufalanie się sługi, wszystko mi jedno! Od czegóż w końcu jest służba, jak nie od tego, by życie państwa chronić, chociażby i w ciasnocie!

Wszystko to przemknęło mi przez myśl, kiedym wychodziła na zewnątrz. Ledwo wyszłam, winda mi z głowy wyleciała.

Miałam cichą nadzieję ujrzeć wreszcie moją zaginioną karetę wraz z końmi, tymczasem widok, jaki się moim oczom objawił, okazał się zgoła nie do opisania. Ów dziedziniec gospodarczy, którym z okna widziała, nie stanowił wcale tyłu, tylko front, placyk mały, a zaraz za nim szła ulica, którą mi przedtem drzewa zasłaniały, a teraz ujrzałam ją w całej okazałości za kępami niskich roślin. Dech mi zaparło.

Ruch tak szalony na tej ulicy panował, że niemal w oczach się mąciło, owe pudła, dziwne i przypłaszczone, w dwie strony pędziły jedno za drugim, coś strasznie wielkiego sunęło z prędkością rozhukanych koni, inna rzecz przeleciała, niepojęta zupełnie, z warkotem przeraźliwym. Jakaś machina okropna do młockarni podobna, czerwona, szła wolniej nieco, ale za to z grzechotem niesamowitym. Ludzie szli szybko, konia ani jednego…

Ludzie…! Dziewczynę ujrzałam. Musiała to być dziewczyna, włosy do pół pleców, rozpuszczone, kształty żeńskie… I, Boże wielki, naga…!!! Całe nogi gołe kompletnie, w kłębie ledwo ciasnym czymś, czarnym, owinięta…

Zamarłam na ten widok, sama nie wiedząc, gdzie oczy podziać, bo wszyscy ją przecież widzieli. I nikt na nią najmniejszej uwagi nie zwracał…!!!

Stałam tak długo, osłupiała, niepewna, czy to nie jakieś omamy, aż Roman podszedł do mnie. Dłoń mi podając, coś przede mną otworzył.

- Jaśnie pani zechce wsiąść - rzekł tak rozkazująco, jakby o narowistego konia chodziło, a on mi wskazówek udzielał. Wówczas dopiero spojrzałam bliżej i pokazało się, że płaskie pudło przede mną stoi, z moimi kuframi na wierzchu, na górze, on zaś drzwiczki małe do tego trzyma otwarte. Na miły Bóg, czy oszalał do reszty?! Ja miałam do tego wsiąść?! Jak…?! Jakim sposobem…?! Głową do przodu czy nogami, czy wypinając się w sposób absolutnie nieprzyzwoity…?!!!

Chwilę jeszcze trwało moje znieruchomienie, aż opatrzność chyba w pomoc mi przyszła. Tuż przede mną scena się rozgrywała, rzec można, identyczna. Osoba jakaś dziwna, płci męskiej niewątpliwie, bo w spodniach, ale znacznie grubsza ode mnie, takież same drzwiczki otwarłszy, do środka się dostała, od razu jedną nogę i część tylną razem wpychając. Ruch trudny raczej, ale możliwy. Ogłuszona doszczętnie, czasu nie mając na niepokój lub też myśl jakąkolwiek dodatkową, spróbowałam uczynić to samo, zapomniałam jednakże przy tym o kapeluszu. Owszem, usiadłam, nogę jedną wkładając, ale nie pochyliłam się dostatecznie i coś mi kapeluszem szarpnęło tak, że połowę włosów chyba postradałam. Chwyciłam się za głowę, instynktownie się chyląc, i okazało się nagle, że jestem we wnętrzu tego czegoś, na co nawet patrzeć nie chciałam, a co mogło być… Musiało być…

A ojciec, świętej pamięci, jeszcze krótko przed swoją śmiercią, o tych maszynach samojadących, automobilach, coś mówił, dużo mówił, rozprawiał, wielką przyszłość im przepowiadając! Czemuż, nieszczęsna, nie słuchałam uważnie…?!

Romana kawałki, głównie uszy, widziałam przed sobą, resztę bowiem jakaś rzecz zasłaniała. Ruszył zapewne, bo to pudło jechać zaczęło ze mną razem, ku ulicy się kierując.

Ogłuszona, oszołomiona, przerażona i w desperacji całkowitej, dech złapałam i przypomniałam sobie, że postanowiłam mężnie przetrzymać wszystko. Czym własnych sił nie przeceniła…? Roman zatrzymał ów… pojazd chyba…? …na moment, co mi pozwoliło na nowo wewnętrznej koncentracji dokonać. O tyle mi to przyszło łatwiej, że od razu stwierdziłam, iż ku przodowi o wiele więcej widzę niż w karecie, w karecie na boki tylko patrzeć mogłam, tu zaś szyba była przede mną ogromna i drogi w przodzie nic nie zasłaniało. Gdyby na tej drodze ruch panował zwyczajny, patrzyłabym z ciekawością, ufając zdolnościom stangreta, tu jednakże…

Ku mojemu przerażeniu Roman wyjechał na ulicę, pomiędzy owe wszystkie, pędzące po niej maszyny. Bo już pojęłam, sama nie wiem jakim sposobem, że muszą to być maszyny, uczynione przez człowieka, a nie stwory z zaświatów. Wpojona mi przez ojca wiara w niezwykłe talenty ludzkie musiała gdzieś we mnie tkwić i teraz kiełkować.

To, co nastąpiło po chwili…

Jednakże dech mi zaparło i zamknęłam oczy. Zawsze lubiłam jeździć szybko, nie przerażały mnie nigdy narowiste konie, jako dzieweczka niejeden raz na ogierach i klaczach w towarzystwie pierwsze miejsce brałam, choćby i po wertepach, sama umiałam powozić i szalona jazda przytrafiała mi się, ale to tutaj… Ulica… Uliczka to była, na prawdziwej ulicy Roman dopiero po chwili się znalazł, pęd rozwijając taki, że wgniotło mnie w oparcie siedzenia. Obok owe pudła-maszyny przelatywały, to one były w przodzie, to my, ciasnota panowała straszliwa, nie do pojęcia się wydawało, że to wszystko nie zderza się ze sobą! Gorzej, kiedym otwarła oczy, znajdowaliśmy się już na trakcie…? Na polu jakimś twardym…? Droga to była czy co…?

Szerokość większa prawie niż cały mój dziedziniec, wszystko pędzi w jedną stronę, a obok, w pobliżu, pęd ujrzałam w stronę odwrotną, jedno i drugie oddalone od siebie… Mignęła mi myśl, że mato sens, nic z przeciwka nie przeszkodzi, ale skądże w ogóle taka droga…? Budowle jakieś po bokach przelatywały, do niczego niepodobne, nagle się pokazało, że w tunelu jesteśmy, znów tunel na światło dzienne wyprowadził…

- Tak myślałem, proszę jaśnie pani, Peripherique o tej porze całkiem pusty, bez korków - odezwał się nagle Roman z zadowoleniem wielkim. - Najdalej za kwadrans będziemy na miejscu.

Na miejscu będziemy, doskonale… Melancholijnie pomyślałam, że i ja, sama w sobie, na jakimś miejscu chciałabym się znaleźć, bo jak na razie sama nie wiem, w jakim świecie żyję. O ile żyję w ogóle…

Postanowiłam już więcej oczu nie zamykać, choćbym nawet miała umrzeć ze strachu. Paryż znałam wszak doskonale, wielokrotnie tu bywałam w dzieciństwie i wczesnej młodości, dopiero ostatnie osiem lat, od chwili małżeństwa, spędziłam nieruchawo w naszej posiadłości, bo mój mąż podróżować nie lubił. Wszystko, com teraz ujrzała, świadczyło, że zmiany tu jakieś niesłychane nastąpiły, niechże zobaczę te zmiany. Za ostatnią wizytą ledwie Wielkie Bulwary ujrzałam ukończone, a i to jeszcze jakieś prace trwały…

Do szaleńczego pędu po trosze przywykłam i prawie mnie zdziwiło, że Roman zwolnił. Nic wprawdzie znajomego nie widziałam, ale lada chwila spodziewałam się zobaczyć. Zjechał na prawą stronę… W końcu jazda, jako taka, stanowiła rzecz zwykłą, gdyby karetą jechał i naszymi końmi, też nie wlókłby się noga za nogą, a w prawo zjeżdżając, zapewne by gdzieś skręcał. O koniach, zdesperowana, postanowiłam nie myśleć, może i są przede mną, niewidzialne, za to szybsze niż kiedykolwiek. Skręcajmy, jeśli trzeba…

Skręciliśmy i na widok Sekwany wreszcie poczułam się jak w domu. Szybkość jazdy też nieco zmalała, rozumiałam, jaką drogą Roman jedzie do Ritza. Wciąż oszołomiona, ale już nieco przytomniejsza, jęłam oglądać widoki.

Nie, nie stwierdziłam, jak wygląda miasto. Przestałam je widzieć, kiedy udało mi się obejrzeć z bliska ludzkie istoty. Oczywiście, że interesowała mnie moda! Podejrzewałam, iż musiała się zmienić, chciałam ją ujrzeć na ulicy, wiedząc doskonale, że w hotelu dostrzegę zapewne jej szczyty. Od dawna jednakże wiedziałam, że ulica swoje mówi, i spragniona byłam widoku osób własnej płci, pospolicie ubranych, szczególnie zaś intrygowała mnie owa krótkość spódnic, przed hotelem dostrzeżona. Po wsiach, w Tyrolu, wśród ludu hiszpańskiego, owszem, tak się pospólstwo nosiło, ale przecież nie w mieście!

No i ujrzałam…

W pierwszej chwili zdumiał mnie kompletny brak kobiet. Sami mężczyźni, przeważnie młodzi, dziwacznie trochę odziani i bez kapeluszy. Gdzież się niewiasty podziały? Roman jednakże z nagła nie tylko zwolnił, ale nawet zatrzymał to… zastępstwo karety… z nie znanej mi przyczyny, i wówczas dokładnie ujrzałam tłum, przechodzący mi prawie przed nosem.

Osłupiałam i gdzieś w środku gorąco we mnie buchnęło. Ależ… Ależ to wcale nie byli sami mężczyźni! Najmniej w połowie to były kobiety! W spodniach…!!!

Mrugania chyba nawet zaniechałam i szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w jedną, stojącą tuż przede mną.

Dziewczyna to była z pewnością, młoda bardzo, ale już dorosła, włosy jasne na ramiona jej opadały, niczym nie nakryte, łono ukształtowane pięknie, ciasno opięte bluzką czarną, dołem zaś… Tchu mi zabrakło. Spodnie. Jakieś brudno niebieskie, długie, wąskie, męskie z pewnością… Spodnie…!

No nie. Tego już było za wiele.

Jak skamieniała, przypatrywałam się pilnie, do żadnego myślenia niezdolna, wyzuta z doznań wszelkich. Ujrzałam niewiastę w wieku, korpulentną, w żakieciku różowym, luźnym, przez moment myślałam, że ma spódnicę, ale nie, kiedy się poruszyła, okazało się, że są to również spodnie, jakby szarawary, szerokie, w kwiaty, długie do kostek. Gorzej, dwie razem przeszły młode panienki, nagie prawie, cóż one miały na biodrach, ścierkę…? Kawałek spodni chyba…? Czy im ktoś resztę oderwał…? Nogi całe obnażone, bez pończoch, gołe! Ależ to gorzej niż w kąpieli, a nie wyszły przecież z Sekwany! Któż by się kąpał w Sekwanie, publicznie, w środku Paryża…?! Nie patrzyłam już wcale na górę odzieży, tylko na dół.

Jedna kobieta młoda miała spódniczkę, która nawet kolan nie sięgała, druga owszem, prawie mogłaby się wydać ubrana, ho spódnica więcej niż do pół łydki jej dochodziła, ale ta była rozcięta z tyłu na wysokość tak absolutnie nieprzyzwoitą, że chyba sama o tym wiedzieć nie mogła. I spodnie… Znów panna w spodniach… nie, to mężczyzna, młodzieniec, zdumiewająco krótko ostrzyżony, z więzienia zapewne…? Ale tuż za nim dziewczyna w spodniach identycznych jak jego, mogliby się zamienić i nikt by nie zauważył. Przerażający widok!

Nagle wydało mi się, że ujrzałam niewiastę ubraną całkowicie, w kostium letni. Żakiet miała długi, wcięty, biały, niżej też biała spódnica, rozszerzona u dołu, spod której ledwo pantofelki wystawały, strój był to nawet twarzowy i prawie ulgi doznałam, ale nie. Uczyniła krok i wyszło na jaw, że to też spodnie. I ani jednego kapelusza…! I żadnych rękawiczek…! A za to wielka ilość osób, płci obojga, na plecach miała jakby worki dziwne, niewielkie…

I nie dość na tym, znienacka spostrzeżenie uczyniłam, że widzę jakąś szaloną ilość Murzynów i Murzynek. Czarne twarze, a ubrani tak samo jak biali, skąd się tu wzięli, na Boga, Francja to czy Ameryka?!

Roman ruszył dalej. Opadłam na oparcie, bom przedtem prawie z twarzą w oknie trwała, nie bacząc już wcale na przyzwoitość i maniery, i niejasno mi się jakoś pomyślało, że siedzenie w tym pojeździe jest znacznie miększe i wygodniejsze niż w karecie. A wydawało mi się, że moja kareta jest doskonale usłana…! I wstrząsów tu żadnych nie czułam… Zajechaliśmy pod Ritza.

Wreszcie…! Znajomy widok, normalne obyczaje, szwajcar wybiegł, za nim boy hotelowy w uniformie. Ktoś otwarł drzwiczki i pomógł mi wysiąść, co wcale nie było łatwiejsze niż wsiadanie, bo pochylić się bardzo musiałam, pamiętając o kapeluszu. Oszołomiona byłam tak, że nawet nie wiedziałam, dokąd mnie prowadzą, szczęściem Roman się przy mnie znalazł i coś napomknął o windzie. Prawda, winda! Ciekawiła mnie przecież…

Nic już nie mogło mnie zdziwić ani przerazić, nadmiar strasznych wrażeń jakby mnie zamurował wewnętrznie. Drzwi jakieś znów rozsunęły się przede mną, wkroczyłam do klatki większej niż tamta w oberży, rozmiarów niczym maleńki pokoik, w lustrze ujrzałam bladość własną i całą siłę woli poświęciłam, by symulować opanowanie. Podłoga lekko pchnęła mnie w stopy, poczułam, że się unoszę, widać to nawet było, za szybą budowla cała wokół przesuwała się w dół. Zatem dokładnie to samo, co z baronem Tańskim, tyle że nie skrzypi, nie brzęczy łańcuchami, nie zgrzyta i nie huśta mną, tak jak słudzy baronowym fotelem.

Jakoś znalazłam się w apartamencie i nareszcie mogłam odrobinę odetchnąć.

Odesłałam wszystkich. Przez chwilę chciałam być sama. Parę minut siedziałam w fotelu z zamkniętymi oczami, od

dychając głęboko. Myśli powoli zaczynały układać mi się w głowie.

Jakieś zmiany straszliwe musiały nastąpić przez ostatnie osiem lat mojego zamknięcia się na wsi. Postęp… Tak, ojciec nieboszczyk zwał to postępem. Postęp zatem, pojazdy, automobile bez koni tak niezwykle przekształcono, szybkość im nadając ogromną, te windy, niosące ludzi w górę i w dół, te urządzenia osobliwe w łazience… No dobrze, ale co wspólnego z postępem mają owe stroje okropne, owa nagość śmiertelnie nieprzyzwoita, ów tłum przedziwny na ulicy…?

Odzyskałam siły. Postanowiłam dowiedzieć się, co się tu właściwie dzieje, jakoś podstępnie i dyplomatycznie, nie czyniąc z siebie parafianki z prowincji. W pierwszej kolejności zadzwonić na służbę.

No i znów ten sam kłopot mi się pojawił, dzwonka na służbę nie było. Zirytowało mnie to i rozejrzałam się dookoła uważniej.

Teraz dopiero dostrzegłam zmiany, jakie i tu zaszły. Umeblowanie było inne niż kiedyś, łóżko w sypialni bez baldachimu, bez kotar i firanek, dekoracji różnych mniej znacznie kanapy i fotele proste bardzo, ale przyznać musiałam, że wygodniejsze niż dawne. Lampy wszędzie, po umbrelkach je rozpoznałam. I to coś wielkie, czarną szybą osłonięte, wypukłą trochę… Co by to mogło być…? Stół napojami zastawiony to mnie zainteresowało, w pamięci miałam dobroczynni działanie koniaku, przyjrzałam się. Woda mineralna. Woda mineralna…? Jakże…? Ze źródeł…? Wodę mineralną pijałam w badach, skąd ona tu, w hotelu? Czerwone wino, bordeau, owszem, chętnie bym się napiła, ale zakorkowane, miałam sama korek wyciągać? Jakim sposobem? Nie czyniłam tego~ nigdy w życiu! Ach, i koniak w małej butelce, bardzo dobrze skorzystam, co za szczęście, że nie jestem już młodą panienką, której w żadnym wypadku nie wypadałoby tego zrobić.

Odkręciłam zamknięcie wypróbowanym sposobem i nowa energia we mnie wstąpiła Obejrzałam łazienkę, której potrzeba pojawiała się już we mnie, zrozumiałam, co widzę. O tak, ta woda, ciepła i zimna, lecąca ze ściany, to bez wątpienia był postęp wielki! O ileż wygodniej…! Dostrzegłam krótki i gruby rulon… cóż to było…? Czy miałam to uważać za… intymne serwetki…? Przypominało nad wyraz miękki i delikatny papier…

Bardzo tym koniakiem i łazienką podniesiona na duchu, szczegółowo obejrzałam resztę apartamentu. Na ścianie przy drzwiach dostrzegłam cały rząd wystających guziczków, jakby stworzonych dla przyciskania. Odczytałam napisy przy nich, pokojówka, fryzjer, kawiarnia, restauracja, boy… Czyżby to były dzwonki na służbę? Na Boga, jakże działają?!

Jedną dłonią wiodąc po owych guziczkach, drugą wsparłam się o ścianę nieco wyżej i nagle za moimi plecami rozbłysły światła, widoczne nawet w biały dzień. Drgnęłam silnie, ale już byłam gotowa na wszystko. Świecił żyrandol pod sufitem i lampy pod umbrelkami, wszystko razem. Spojrzałam na ścianę. Coś białego wystawało z niej nad guziczkami, czyżbym to przycisnęła…? Zebrałam odwagę, przycisnęłam świadomie, światła zgasły. Nie do uwierzenia! Przycisnęłam ponownie, zapaliły się. Przycisnęłam tak kilkakrotnie…

Znów musiałam ochłonąć. Wdzięczność mnie ogarnęła niezmierna dla mojego świętej pamięci nieboszczyka ojca, przecież, gdyby nie on i jego eksperymenty, za samą czarną magię bym to wszystko wzięła! On we mnie wpoił, że wynalazki ludzkie prawie nie mają granic, i teraz chyba nie zdziwiłabym się nawet zbytnio, widząc maszynę latającą. Uprzytomniłam sobie zarazem, że w łazience było jasno, choć okna żadnego tam nie widziałam, czyżby również to niezwykłe i tajemnicze światło, nie wiadomo skąd pochodzące…?

Z ciekawości poszłam tam i popatrzyłam. Owszem, ujrzałam na ścianie taką samą rzecz wystającą, zuchwale przycisnęłam ją i w łazience zrobiło się ciemno. Przycisnęłam znów, zrobiło się jasno.

A cóż to za niezwykłość jakaś, wręcz zachwycająca…!

Z determinacją postanowiłam posunąć się dalej. Podeszłam do drzwi i przycisnęłam guziczek na pokojówkę. Przez długą chwilę nie działo się nic i żadnego dźwięku nie słyszałam. A potem zapukano do drzwi, kazałam wejść< i naprawdę pojawiła się pokojówka!

Udając, że niczemu się nie dziwię, zażądałam od niej rozpakowania rzeczy, wezwania mojego służącego, przy czym ugryzłam się w język, by nie powiedzieć “stangreta”, bo gdzież stangret przy braku koni, oraz przyniesienia mi najnowszego żurnala. Zarazem zdjęłam wreszcie kapelusz.

Pokojówka odwracała się już ode mnie, ale zatrzymała się w tym obrocie.

- Ach! - wykrzyknęła ze szczerym zachwytem. - Co za włosy!

Nie oburzyłam się na to zuchwalstwo, byłam do niego przyzwyczajona. Wielokrotnie moje włosy budziły okrzyk podziwu, bo też istotnie rozpuszczony warkocz opadał do kolan, a i barwę miał piękną, jasną, jakby nieco przydymioną. Upięty na głowie tworzył zwał wielki i sprawiał kłopoty przy czesaniu.

- Fryzjer też mi będzie potrzebny -rzekłam z lekkim westchnieniem.

- To oczywiste - odparła pokojówką i jęła spełniać moje życzenia.

Mniej już osłupiała, ale za to niezmiernie zaciekawiona nie odrywałam od niej chciwego spojrzenia. Podeszła do sto- liczka w rogu i ujęła w dłoń jakąś rzecz, którą przyłożyła d ucha. Miałam wrażenie, że popukała przy tym palcami w coś co na stoliczku pozostało. Uświadomiłam sobie, że podobny przedmiot widziałam już w oberży.

- Proszę wezwać służącego hrabiny Lisznicki - rzekła przed siebie, w powietrze, i odłożyła przedmiot.

Tego też się spodziewałam, zamiast “Lichnicka” mogli powiedzieć “Lisznicki”, sama bym tak odczytała własne nazwisko po francusku. Co natomiast znaczyła jej czynność, nie umiałam sobie wyobrazić.

Następnie przycisnęła na ścianie guziczek, wzywający boya. Pojawił się błyskawicznie.

- Pani hrabina życzy sobie “Elle”, “La mode nouvelle” i “Marie Claire” - powiadomiła go, po czym zajęła się moim bagażem.

W chwilę później ujrzałam mojego Romana. Z tego wszystkiego sama zapomniałam już, co mu miałam powiedzieć i co polecić.

- Roman ma pokój w hotelu? - spytałam, gwałtownie próbując przypomnieć sobie własne zamiary.

- Tak, proszę jaśnie pani. Numer 615.

- Obiad chciałabym zjeść w restauracji hotelowej. Zapewne trzeba zarezerwować stolik. Niech mi Roman to załatwi. - Tak, proszę jaśnie pani. O której godzinie?

Pomyślałam o fryzjerze.

- Sądzę, że około drugiej. Potem zaś trzeba będzie jechać do pana Desplain. Zawiadomię go, Roman list powiezie. Obejrzałam się za przyborami do pisania. Oczywiście też ich nigdzie nie było. Nagle uświadomiłam sobie, że Roman, zwykły sługa, jakoś lepiej się w tym świecie obraca, jakby go znał i przywykł do niego. Najwidoczniej dawał sobie radę o wiele łatwiej niż ja, nie do pojęcia jakim sposobem. Pozwoliłam sobie zatem na podstęp.

- Proszę mi przygotować coś do pisania - poleciłam niedbale, udając, że zajęta jestem dozorowaniem pokojówki. Spod oka pilnie spoglądałam ku niemu.

Roman nic nie odrzekł, tylko podszedł do biurka, ze środkowej szuflady wyjął blok listowy, w skórę oprawny, jakieś przedmioty dość długie i cienkie, do grubych ołówków podobne, obok ułożył i skłonił mi się. Przygotował…? A gdzież pióro, gdzie atrament?

Poszłam dalej w moim podstępie.

- Proszę adres napisać na kopercie. Pan Desplain mieszka…

- Wiem, na avenue Marceau - powiedział tak prędko, jakby chciał mi słowa z ust wyjąć. - Woziłem tam jaśnie państwa wiele razy i byłem u niego.

Znów poczułam, że coś mi się mąci. Przecież od tych wszystkich rzeczy dziwacznych ja mogę w końcu pomieszania zmysłów dostać! Pamiętałam doskonale, że pan Desplain mieszkał na avenue Josephine, nieszczęśliwej cesarzowej nie sposób pomylić z kimś innym, przeprowadził się, o czym nic nie wiem…?

Roman z uszanowaniem patrzył na mnie, ale w oczach mignęło mu nagle coś jakby litość. Boże jedyny, może ja już zwariowałam i tylko na razie nie mam o tym żadnego pojęcia…?!

- Jaśnie pani ma w najstarszych dokumentach dawną nazwę, avenue Josephine - odezwał się łagodnie. - Sprzed stu lat, a nawet więcej. Pan hrabia nieboszczyk, ojciec jaśnie pani, do końca życia żałował, że ta nazwa została zmieniona. Sam do mnie mówił, że zawsze woli piękną kobietę niż generała, i na przekór często podawał adres z zeszłego wieku. Jaśnie pani mogła na to nie zwracać uwagi, ale robił sobie taki eksperyment, dla zabawy i dla sprawdzenia, kto z paryżan jeszcze zna historię własnego miasta.

Wnioskując z gorąca, jakie na mnie buchnęło, musiałam się chyba zaczerwienić. Nie, takich ojcowskich .eksperymentów nie pamiętałam wcale, ale mówił wszak do mnie, na łożu śmierci nawet, że niepotrzebnie Francuzi z takim zacietrzewieniem usuwają wszelkie pamiątki po cesarzu. Republika republiką, a historię cenić trzeba.

Zatem cesarzową Józefinę wymienili na tego jakiegoś Marceau…

-Tak, przypominam sobie - skłamałam. - Niech Roman pisze.

Chowany od dziecka w naszym domu, od wyrostka niemal zabierany we wszystkie podróże, Roman francuski język znał doskonale. Także niemiecki, a i włoski nieco pochwycił. Czytać i pisać umiał nie gorzej ode mnie, stangret przy tym świetny, energiczny i bystry, nadawał się w pełni do spełniania wszelkich poleceń. Mną opiekował się dyskretnie, jak sądzę, od dnia mojego urodzenia, i do mnie po moim ślubie przeszedł, a starszy o lat przeszło piętnaście, miał czas rozumu i doświadczenia nabrać. Na myśl by mi nie przyszło udawać się w podróż bez niego.

Obrócił się do biurka, wyjął z teczki kopertę i począł pisać. Podglądałam go chciwie. Posłużył się jednym z owych grubych ołówków, o małom się nie wyrwała z uwagą, że ołówkiem pisać nie wypada, ale wcale nie ołówek to był, tylko znów wynalazek jakiś. Na papierze czarny atrament się po. jawił, jakby owo narzędzie z siebie go wypuszczało. Ciekawość mnie zdjęła tak wielka, że zaraz postanowiłam wszystkie te przyrządy wypróbować, jak tylko znajdę się sama. Tymczasem pilnie starałam się zapamiętać, którego on użył, przez co jego wyjaśnienie w kwestii zmiany nazwy ulicy nie całkiem do mnie dotarło. Doznałam wrażenia, że było w nim coś bardzo niezwykłego, ale nie miałam czasu teraz nad tym rozmyślać, bo wszystko razem zaczęło się dziać.

Do drzwi zapukał boy i żurnale przyniósł, które Roman od niego odebrał, zadbawszy o napiwek. Zarazem pokojówka skończyła układanie rzeczy i pokazała mi uczyniony porządek dla akceptacji, patrząc przy tym na mnie jakimś dziwnym wzrokiem, zaciekawionym i zdumionym. Zapowiedziany list do pana Desplain musiałam napisać, nie tracąc z oczu upatrzonego przyrządu. Napomknęłam tylko o fryzjerze, bez którego nie mogłabym się obyć, i usiadłam przy biurku. Pokojówka wyszła, Roman czekał.

Ujęłam owo ołówkowe narzędzie i na boku papieru postawiłam kreskę. Potem z determinacją napisałam datę. Ach, jakże się tym łatwo pisało! Nie pryskało jak stalówka, nie trzeba tego było maczać, żaden kleks w rachubę nie wchodził. Zachwyciło mnie.

Ustaliłam termin wizyty na godzinę trzecią i szybko skończyłam list, choć pisałabym tym chętnie całe długie epistoły.

Może nawet o jedno zdanie za dużo tam wstawiłam dla samej przyjemności wodzenia przyrządem po papierze. Oddałam kopertę Romanowi i ledwo wyszedł, jak szalona rzuciłam się ku żurnalom.

W kwadrans później z osłupienia skamieniałego wyrwał mnie fryzjer. Nie wiem, czym przytomnie go powitała, zmysły jęłam odzyskiwać dopiero, kiedy usadził mnie w łazience, upierając się przy myciu włosów. Gdyby nie to otumanienie widokami w czasopismach, zaprotestowałabym energiczniej, bo mycie moich włosów to cała procedura, wiele godzin trwająca, ale z sił opadłam i poddałam się losowi. Jakieś maszyny osobliwe ze sobą na kółkach przytoczył i pomocnicę sprowadził, przez którą omal się nie zachłysnęłam, bo Murzynka nie uczyniłaby już na mnie zbyt wielkiego wrażenia, ale to była dziewczyna o skośnych oczach i żółtawej twarzy! Jezus Mario, Chinka…!

Jeśli smok wawelski albo syrena z ogonem pojawi mi się w pokoju, przyjmę ten widok z rezygnacją.

Zachwyty nad moimi włosami potraktowałam obojętnie. Mając głowę odchyloną do tyłu, nie wiem, co mi robili, poczułam tylko, że rozpuścili warkocze. Szaleńcy! Jakże mi to później rozczeszą? Do wieczora to będzie trwało! W desperacji ostatecznej, pana Desplain wspomniawszy, postanowiłam, że każę obciąć wszystko i niech się dzieje, co chce!

Owa Chinka myła mi głowę w jakiś sposób niezwykły, ledwo dotykając palcami, bez szorowania silnego, a od owego lekkiego dotykania błogi spokój jął we mnie wstępować. Cała irytacja i rozdrażnienie gdzieś ze mnie wyszły, obawy i niecierpliwość zniknęły, siedziałam, wygodnie oparta, i czułam tylko przyjemną beztroskę.

Dzięki czemu zaczęłam wreszcie dostrzegać, co się ze mną i wokół mnie dzieje. Piany jakiejś miałam na głowie ogromną ilość, po włosach ciepła woda spływała, doskonale je spłukując, kilka razy tak ten proceder powtarzali, fryzjer i jego chińska pomocnica, on zaś przy tym coś mówił. W końcu nawet słowa jego do mnie dotarły.

- Rekomenduję balsam Vichy - gadał z przekonaniem. - Za chwilę sama się pani przekona o jego skuteczności. Uczesanie, jak sądzę, życzy pani sobie proste i skromne, czy też może od razu wieczorowe…? Nie, za wcześnie. Część włosów opuścimy, bo szkoda byłoby marnować taki efekt. Czy jest jakiś konkurs…? Zdziwiłbym się, bo nic nie słyszałem. W razie gdyby, pierwsze miejsce ma pani zagwarantowane. Nie pojmuję, że łaskawa pani dotychczas nie występowała w reklamach, takie włosy to majątek! Jako modelka, powinna pani być rozrywana!

- Proste i skromne - zdołałam wreszcie powiedzieć, mocno zaciekawiona, jak też mi te włosy zdołają po myciu rozczesać.

No i zdumienie mnie ogarnęło zgoła niebotyczne, bo nim się obejrzałam, bez szarpania żadnego, zwykłym grzebieniem zostały rozczesane tak miękko i łatwo, jakby się w prawdziwy jedwab przemieniły. Nie do pojęcia! Przy takim myciu istny kołtun powinnam mieć na głowie.

Fryzjer uparcie zachwalał zalety tego jakiegoś balsamu Vichy. Zrozumiałam, że to ów balsam taką gładkość włosom nadaje i rozczesać je bez kłopotu pozwala, o ileż lepiej niż ocet i rumianek! Chinka zaprezentowała mi jakby butelkę, ale nie ze szkła, bo miękką, dającą się naciskać. Zainteresowało mnie to nadzwyczajnie, dałam się pouczyć, jak stosować miksturę, dowiedziałam się, że kupić ją można wszędzie, od razu postanowiłam duży zapas ze sobą do domu zabrać.

Przeszłam do sypialni, usiadłam przed lustrem i zaczęło się czesanie.

Przygotowana już na wszystko, nie drgnęłam nawet, słysząc nagły szum i warkot dookoła głowy. Fryzjer trzymał w dłoni rzecz jakąś, do niczego niepodobną, z której gorące powietrze na mnie dmuchało. Gorące powietrze, jak każdy wie, bardzo dobrze suszy, zrozumiałam, że całe to przedsięwzięcie może skończyć się wcześniej niż w ogóle byłoby do pomyślenia.

Pasmami brał te włosy, na okrągłej szczotce owijał i gorącym powietrzem suszył. Układały się same. Chinka z drugiej strony czyniła rzecz podobną, ale jakby nie do końca, ułożenie pryncypałowi zostawiała. Godzina ledwo minęła, jak już miałam na głowie kok ogromny, z lśniących pasm ukręcony, z którego zwał cały do pół pleców wypływał.

Spodobało mi się to nawet. Dziwne było, ale twarzowe. Tyle że w żadnym razie nie wypadało wdowie wyjść na ulicę z rozpuszczonymi włosami.

-Jestem wdową - zwróciłam fryzjerowi uwagę, kryjąc żal. Zdumiał się wyraźnie.

- Proszę…?

- Jestem wdową - powtórzyłam z naciskiem. - Niemożliwe! W tak młodym wieku?!

W młodym wieku, pochlebca… No owszem, wyglądałam dobrze, ale dwadzieścia pięć lat to już nie jest wiek taki bardzo młody, trafiają się wdowieństwa i wcześniej.

- Jednak jestem. Nie może mi pan zostawić, rozpuszczonych włosów. Proszę je upiąć tak, żeby zmieściły się pod kapeluszem.

- Pani chce to cudo ukrywać pod kapeluszem…?!

Zgroza w jego głosie sprawiła, że się zawahałam. Sama widziałam, że nikt tu na ulicy kapelusza nie nosi, ale nigdy w życiu jeszcze nie znalazłam się poza domem, w miejscu publicznym, z gołą głową. Poza tym, tu, przed moimi oczami, może akurat żadna wdowa nie szła…?

- Przecież nie mogę tak wyjść…

Przez chwilę wyglądał, jakby go coś dławiło. Usta otworzył, zamknął, znów otworzył i odchrząknął.

- Niezmiernie żałuję, że łaskawa pani od razu mi nie, powiedziała, że życzy pani sobie uczesania do kapelusza. Pani włosy w tej chwili tworzą arcydzieło! Oczywiście, możemy wszystko zmienić, przeczesać, ale szkoda byłaby niepowetowana! Z dumą pozwalam sobie twierdzić, że pani uczesaniem mógłbym się chwalić na konkursie, w czym zresztą niewielka moja zasługa, bo tak piękne włosy wyzwalają na. tchnienie! Ukryć je, schować, to jest… to jest… Skandaliczne marnotrawstwo!

Z ogniem to wykrzykiwał coraz większym i prawie wydawał się obrażony. Wcale nie miałam chęci go sobie zrażać, przeciwnie, chciałam zamówić go od razu także i na jutro. Na wszystkie dni całego mojego pobytu. Ponadto na zmianę uczesania nie było już czasu.

- Ależ… - zaczęłam niepewnie i znów ugryzłam się w język. Przypomniało mi się to, co ujrzałam w żurnalach, a co przez czas mycia i czesania wydawało mi się koszmarem sennym. Jeśli istotnie zapanowały tu tak przerażające obyczaje… Nie przyjmę ich do siebie nawet pod grozą śmierci, ale nie mogę zbyt rażąco od wszystkich odbiegać, bo będą się za mną oglądać na każdym kroku. Wstyd straszliwy! Jakoś ugiąć się muszę, wszak w moim zacofanym kącie nawet i o kostiumach kąpielowych słyszałam, i to w mieszanym towarzystwie, damskim i męskim… I te kapelusze, wcale ich w żurnalach nie było…

Zapukano do drzwi i wszedł Roman, na co prawie nie zwróciłam uwagi.

- Naprawdę twierdzi pan, że wdowa w moim wieku może wyjść na ulicę z gołą głową i rozpuszczonymi włosami? - spytałam zimno i ze zgorszeniem. - Udaję się z poważną i oficjalną wizytą do poważnej osoby. Doceniam pańskie dzieło, ale kompromitacji sobie nie życzę. Nie było mnie tu dość długo, możliwe, że nastąpiła jakaś zmiana…

- Rozumiem… - zaczął gwałtownie i urwał nagle, jakby się zreflektował. - Rozumiem, raczy pani żartować, oczywiście… Kapelusze, istotnie, raczej wyszły z mody, szczególnie w okresie letnim… Bez względu na stan cywilny… Przepraszam najmocniej. Niemniej jednak podtrzymuję pogląd, że takich włosów ukrywać nie należy…

W życiu bym nie pomyślała, że pierwszego dnia w Paryżu będę się kłócić z fryzjerem! Zirytowałam się.

- Mimo wszystko, w moim kraju jakaś przyzwoitość obowiązuje! Czy tu na pogrzeb chodzi się obecnie w czerwonej sukni?!

- Ale pani przecież nie idzie na pogrzeb…?

- Pani hrabina owdowiała bardzo niedawno - wtrącił się Roman, mowę mi niemal odbierając, bo takiego zuchwalstwa nigdy bym się po nim nie spodziewała - a prowincja ma swoje wymagania. Jest to kwestia do rozstrzygnięcia, czy można zaniedbać pewne tradycje…

- Więc jednak pogrzeb…? - zatroskał się fryzjer.

- Skąd, żaden pogrzeb, zwyczajna, oficjalna wizyta. Pani hrabina jednakże jeszcze nie odzyskała właściwego samopoczucia. Nagły cios daje czasem długotrwałe skutki. Ale to się zmieni z pewnością, inne otoczenie, inne obyczaje…

Słuchałam tego w całkowitym zbaranieniu, wyraźnie czując, że Roman czyni ze mnie kompletną wariatkę, która po śmierci męża postradała rozum. Chinka stała obok, przerażona, z martwym uśmiechem na twarzy.

Fryzjer zreflektował się ostatecznie. Zaczął przepraszać i giąć się w ukłonach, żarliwie tylko błagając, żebym nie psuła jego dzieła, i komplementując moją urodę wprost bez opamiętania. Starannie omijając mnie spojrzeniem, Roman obiec , że nie włożę kapelusza. Spojrzenie w lustro pozwoliło mi zebrać siły, chociaż do reszty straciłam już pewność, że jestem przy zdrowych zmysłach.

- Dobrze, uczynię, jak pan sobie życzy - odezwałam się spokojnie. - Każdorazowo omówimy sprawę nakrycia głowy. Proszę przyjść jutro mnie uczesać nieco wcześniej, o godzinie, powiedzmy, dziesiątej. Aczkolwiek mam wrażenie, że nieuprzejmość pana dorównuje pańskim talentom.

- Przyznaję, że nigdy dotychczas na żadnej klientce nie wywierałem tak gwałtownej presji - odparł na to fryzjer. - Ale też nigdy dotychczas nie czesałem takich włosów i nigdy z własnego dzieła nie byłem aż tak dumny. Raczy pani to uwzględnić i zdobyć się na wybaczenie.

Zapewniłam go, że raczę, i wreszcie wyszedł razem z Chinką i swoimi przyrządami.

Zwróciłam się do Romana. Nim zdążyłam się odezwać, w pośpiechu wielkim powiadomił mnie, że pan Desplain oczekuje mnie o umówionej godzinie, stolik w restauracji zaś mam zarezerwowany na wpół do drugiej, by mi zostało dosyć czasu na drogę do niego. Przyjęłam wiadomość i nie skarciłam go nawet za to wtrącenie się do rozmowy.

Ujrzawszy na zegarku, iż mam jeszcze całe trzy kwadranse, gorączkowo rzuciłam się znów do żurnali.

Drżenie mnie ogarnęło wewnętrzne i zęby poczęły mi szczękać. Już na pierwszej stronie jednego z owych magazynów widok znajdował się porażający, niewiasta młoda, widoczna z profilu, gryzła w ucho młodzieńca, który w tym uchu miał kolczyk. I nie Cygan żaden, aczkolwiek tylko pół twarzy mu na wizerunku zostało, to jednak widać było jego jasne włosy i jedno jasne, zielonkawe oko. Zaraz potem ujrzałam twarz kobiecą, młodą i piękną, ale umalowaną tak, jak chyba żadna kurtyzana by się nie odważyła. Miał to być przykład odstraszający…? A na następnej stronie Murzynka, naga prawie, ledwo okryta zasłoną z kółek srebrnych i jakichś drucików!

Napisy próbowałam czytać, ale litery tańczyły mi przed oczami. Na suknie zatem starałam się patrzeć, ale czy suknie to były…? Nagość wszędzie okropna, intymne niewiarygodnie szczegóły bieliźniane, gdyby nie konieczność, w jakiej się znalazłam, a także, przyznaję, ciekawość zdrożna, nigdy bym podobnej obrzydliwości do ręki nie wzięła!

Trzy suknie znalazłam, mniej nieprzyzwoite i długie, ale tak wąskie, że żadna bielizna by pod nie nie weszła. No, jedną dołem rozszerzoną, bardzo piękną, ta jednakże musiała być balowa, bo cała srebrna, nie do pokazania się zwyczajnie na ulicy. Nie pójdę przecież do pana Desplain w balowym stroju! I spodnie. Spodnie! Spodnie, dla kobiet…!

W oszołomieniu odkryłam jednak jakieś stroje skromne, dla guwernantek właściwe, spódnice, bluzki i żakiety, te spódnice zaś długości najróżniejszej, co mnie odrobinę pocieszyło. Od długich do kostek do takich, których jakby wcale nie było. Nogi wszędzie pokazywane, gdzieniegdzie nawet same nogi, i przy nich buciki rozmaite. Wręcz mnie zdumiało, że ujrzałam jedne obcasiki dokładnie takie, jak przy moich pantofelkach, no, tyle przynajmniej posiadałam z tej potwornej mody!

Ani jednego gorsetu! Figury bez wcięcia w talii! Boże mój, była już wszak taka moda w napoleońskiej epoce, kiedy niewiasty jakoby w workach chodziły, szarfę mając pod biustem, okropne, choć te obecne chyba jeszcze gorsze. Pończochy też były tam pokazane, nie, nie pończochy, jakby rajtuzy, przejrzyste niczym najcieńszy tiul. Czyżby coś podobnego mogło istnieć na świecie?

Przywykłszy już nieco do tych wizerunków wstrząsających, dokonałam nagle odkrycia, że mogłabym chyba firankę z okna zdjąć i nią się okręcić albo chust kilka na siebie nałożyć i tak wyjść, żadnego zdziwienia nie budząc. Aż mnie otrząsnęło. Pot po mnie spłynął, bo musiałam wszak zadecydować, jak mam się ludziom pokazać, moje suknie, jak na tę modę, były zbyt obfite, a wyboru wielkiego nie miałam. Wyjeżdżając w szalonym pośpiechu, liczyłam na to, że stroje nabędę w Paryżu, no owszem, nabędę z pewnością, ale nim to nastąpi, straszydła z siebie przecież nie zrobię!

Czas mi zbyt szybko leciał. Więcej mnie rzeczy intrygowało, ale nawet zastanowić się nad nimi nie miałam kiedy. Pośpieszyłam do szafy, gdzie pokojówka suknie moje umieściła, wspomniałam jej spojrzenie zdumione i teraz je dopiero zrozumiałam, nic z moich rzeczy nie pasowało do tych, pokazanych w żurnalach. Z determinacją i w rozpaczy ostatecznej wybrałam kostium najskromniejszy i podjęłam decyzję rewolucyjną. Wyrzuciłam z niego tiurniurę!

I nie dość na tym. Spódnica z dwóch części się składała, spodnia była długości właściwej, do ziemi, z lekkim trenem nawet, wierzchnia zaś krótsza, kostek nie sięgająca. Po króciutkiej chwili wahania przełamałam się, zrezygnowałam ze spodniej, włożyłam tylko tę wierzchnią. Gorąco mi się zrobiło na widok własnej osoby w lustrze i na myśl, co by też o tak straszliwej nieprzyzwoitości ciotka Eulalia powiedziała! Nogi… Całe kostki w szarych pończoszkach jedwabnych było mi widać, a razem wziąwszy, wąsko mi to opadało…

Wyszłam z pokoju. Po korytarzu za drzwiami przechadzał się Roman. Ulgi na jego widok doznałam niezmiernej i uczyniłam coś, na co nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym się zdobyć.

- Czy Roman nie sądzi, że zbyt niemodnie jestem ubrana? - spytałam, usiłując przybrać ton niedbały.

- Teraz się wszystko nosi - odparł na to z przekonaniem. - Mogłaby jaśnie pani wyjść w krynolinie i też by było dobrze. Ale ja widzę, że jaśnie pani wygląda doskonale, jak każda elegancka dama. Tyle że później gorąco jaśnie pani będzie, bo wielki upał panuje. W hotelu się tego nie czuje, bo mają klimatyzację.

- Chcę jechać windą - zarządziłam i dopiero później dotarły do mnie jego słowa. - Co mają?

- Klimatyzację.

- Cóż to jest? - spytałam, zarazem pilnie obserwując jego czynności.

Guzik jakiś przycisnął przy drzwiach dziwnych, rozumiałam już, że są to drzwi owej windy, guzik zaczął świecić, Roman uniósł głowę, poszłam za jego przykładem i ujrzałam, że na górze rząd cyferek istnieje, które się jedna po drugiej zapalają. Kiedy zapaliła się dwójka, drzwi rozsunęły się i weszliśmy do znanej mi już klatki.

Spodobała mi się ta winda.

- Ochładzanie - powiedział. - Jeśli gorąco na dworze, zimne powietrze leci i w środku jest chłodniej. Oczyszcza się samo i reguluje wilgotność.

Wilgotność, doskonale, niech będzie wilgotność. Nic z tego nie zrozumiałam, ale nie pytałam dalej, bo zajęła mnie restauracja.

Za żadne skarby świata nie poszłabym sama do publicznej restauracji, kazałabym przynieść obiad do numeru, gdyby nie szalone pragnienie obejrzenia płci żeńskiej. Tych strojów, które naprawdę w Paryżu obecnie się nosi. Ujrzę Murzynkę w srebrnych kółkach i drutach…?

Przy małym stoliku maitre d’hôtel mnie usadził, zażądałam lekkiego, białego wina, z roztargnieniem rzuciłam okiem na kartę potraw, wybrałam sałatkę z homara i kurczę w ziołach, po czym wreszcie rozejrzałam się dookoła.

No tak. Zobaczyłam prawie to samo, co w żurnalach. Mając możliwość porównywania magazynów z rzeczywistością porządkowałam przy okazji chaos w głowie. Stroje, tak, nie sprawiły mi zawodu, nagość panowała, wszelkie pojęcie przechodząca. Obnażone całe ręce i ramiona, połowa nóg wystawiona na widok publiczny, spodnie… O Boże, znów te spodnie… Suknie długie, ale z rozcięciami, spod których po winna wystawać jakaś piękna tkanina spodnia, tymczasem wystawała golizna, niebotycznie gorsząca. Istny Babilon, Sodoma i Gomora… Odzienie ujrzałam, które nawet jak na koszulę byłoby zbyt skąpe, ramiączka wąskie, na figurze ledwo szmatka kwiecista, z trudnością kłęby zakrywająca… Czyż ta panna miała cokolwiek pod spodem…? Ach tak, prawda, te szczegóły garderoby, w magazynach pokazane w sposób grozę budzący, jawnie, publicznie…

Zimną krew starałam się zachować, w czym grzeczność obsługi była mi pomocą, kiedy nagle, tuż blisko, ujrzałam rzecz, wszelkie pojęcie przechodzącą. Młoda panna przy sto liku usiadła i, własnym oczom znów uwierzyć nie mogłam nie tylko gorsetu na sobie nie miała, ale nawet stanika! Biust nagi jej przez bluzkę prześwitywał!

Zamknęłam oczy, otworzyłam je, popatrzyłam po sali i nagle w rogu pod ścianą ujrzałam Romana. Nie myśląc wcale, co tu robi, skinęłam na niego. Podszedł od razu.

- Czy ja w restauracji hotelu Ritza jestem, czy w jakim zamtuzie? - spytałam zimno. 46

- W restauracji u Ritza, proszę jaśnie pani. Moda i obyczaje bardzo się zmieniły. Tam, obok, pod kwietnikiem, siedzi Benedicta duńska, w zamtuzie by nie siedziała.

- Kto to jest Benedicta duńska? - Siostra królowej Małgorzaty. - Jakiej królowej Małgorzaty?

- Królowej Małgorzaty duńskiej.

Milczałam przez chwilę, bo o żadnej Małgorzacie duńskiej nigdy nie słyszałam, ale znów uznałam, że przez te minione osiem lat mogłam jakąś zmianę na tronie przeoczyć. W Anglii panowała królowa Wiktoria, czemuż by w Danii nie miała panować królowa Małgorzata? Siostra jej zaś siedziała w pobliżu mnie…

Przyjrzałam się księżniczce. Na litość boską…! Przecież moja dziewka kuchenna, do karczmy idąc, piękniejszy strój by włożyła! Cóż ona miała na sobie?! Koszulkę jakąś, skąpą i wystrzępioną, a niżej… Jezus Mario, spodenki krótkie w paseczki, do pół uda ledwie sięgające!

Przerażenie śmiertelne mnie ogarnęło na myśl, że powinnam może do dworskiej mody się przystosować. Czyż mam jakąś koszulę, dostatecznie nędzną…?

- A tam naprzeciwko siedzi szejk z Arabii Saudyjskiej, multimiliarder, w towarzystwie hrabiny von Falkendorf, która ostatnio go podrywa, jeśli jaśnie pani chce usłyszeć plotki dołożył mi Roman.

Spojrzałam. Boże! Arabskie stroje… Obok… zapewne szejka… piękna bardzo kobieta, jasnowłosa, o kształtach pełnych, we wschodniej szacie chyba, bo rozciętej od pasa w dół. Nie, gorzej, całej złożonej z samych frędzli, rozwiewających się na wszystkie strony…

- Dziękuję Romanowi - rzekłam przez zęby, omal nie udławiwszy się kawałkiem kurczęcia. - Proszę pilnować terminu wizyty u pana Desplain.

Myśli po mnie szalały. Uprzytomniłam sobie, że wizerunki, które oglądałam w magazynach, były niezwykle wyraźne i dokładne, o niebo przerastające dagerotypy, fotografie zapewne, jakieś takie słowo o uszy mi się obiło. Znów wynalazek! Ponadto owo umalowanie twarzy wcale nie miało odstraszać, przeciwnie, damy wokół mnie… do licha, były to chyba damy, skoro nie znajdowałam się w zamtuzie i w skład towarzystwa wchodziła duńska księżniczka… umalowane były także, chociaż nie rzucało się to w oczy. Twarze, octy, usta, miały wyraziste, barwy na twarzach efektowne, umalowane…? Ależ wiem doskonale, że róż i bieliczka były w użyciu za czasów pani de Pompadour, że starożytne Egipcjanki oczy długie malowały sobie specjalną barwiczką. Dzięki ojcu… Zatem wróciły czasy malowania! I jest to przyjęte! Powszechnie stosowane! I żadnego zgorszenia nie budzi…!

Przed samą sobą trudno mi się było przyznać do zdrożnych chęci, jakie mnie opadły. Wszak mogłabym uczynić to samo, umalować twarz, pokazać całe nogi… Miałam, co pokazywać, porównywanie wskazywało, że źle na tej demonstracji nie wyjdę. Mój mąż przecież szału dostał, ujrzawszy mnie raz przez przypadek w kąpieli, i stąd mariaż niezwykle korzystny, a także testament na moją wyłączną korzyść…

Opamiętałam się. Już widzę, jak wkraczam do pana Desplain, odziana według obecnej mody…

Ach, niech załatwię wreszcie te okropne interesy, niech pójdę do kramów, sklepów, magazynów, niech ujrzę, co i jak można tu kupić! Niech dopadnę modniarki, krawcowej, wielkich domów mody…!

Roman, zgodnie z rozkazem, pilnował terminu. Z uszanowaniem zwrócił mi uwagę, że czas byłoby jechać do pana Desplain.

W restauracji siedząc i chciwe obserwacje czyniąc, zapomniałam niemal o widokach ulicznych, które znów dreszcz mi na plecach wywołały. Nieswojo się czułam bez kapelusza, ponadto Roman miał rację, gorąco na zewnątrz ogarnęło mnie nieznośne, choć to ostatnie mogło być więcej wynikiem emocji niż upalnej pogody.

Cała we wzrok zamieniona, półprzytomna niemal do pana Desplain dojechałam. Chęć mnie brała niekiedy oczy zamykać, bo od ruchu szalonego na ulicach kręciło się w głowie. Jakim cudem Roman z innymi pojazdami nie zderzał się na każdym kroku, wydawało się nie do pojęcia, owe automobile, bo rozumiałam już, że to automobile, tak niesamowicie z karet poprzerabiane, tłoczyły się w pędzie, podziwiać na~ leżało odwagę ludzi, którzy beztrosko między nimi tłumnie przebiegali! I hałas wprost ogłuszający!

Do windy już mężnie weszłam, ciekawie badając własne doznania przy wznoszeniu się na trzecie piętro. Tak, winda była wynalazkiem doskonałym! Udało mi się też nie drgnąć. okiem nawet nie mrugnąć na widok osoby w poczekalni pana Desplain, choć panna to była młoda, umalowana silnie, w bluzce, która niemal wyłącznie z kołnierza się składała, i spódniczce szarej, ledwie połowy uda sięgającej. Zaraz pojęłam, iż jest to pomocnica notariusza. Sekretarka…? Dobry Boże…! A gdzież sekretarz…?

No i zaczęły się moje interesy…

- To szczęście, że pani już przyjechała - rzekł do mnie pan Desplain, który zdumiał mnie swoim wyglądem, bo wydał mi się dziś młodszy niż przed dziesięciu laty, kiedy go oglądałam poprzednio. - Z pani pradziadkiem, mimo różnicy wieku, byłem bardzo zaprzyjaźniony i osobiście obiecałem mu na łożu śmierci zadbać o pani sprawy. Jak pani zapewne wie, drugiego pretendenta do spadku nienawidził żywiołowo i nie wolno mi dopuścić, żeby Armand Guillaume z racji… mmm… jego pochodzenia… odziedziczył bodaj grosz.

O żadnym Armandzie Guillaume nigdy w życiu nie słyszałam, tym bardziej o jego pochodzeniu, ale nie podnosiłam tej kwestii. Także o owej… pocieszycielce pradziada… wolałam na razie nie wspominać.

- Uczynię wszystko, co mi pan zaleci - zapewniłam go. - Czy powinnam od razu fizycznie przejąć Montilly? Czy pałac jest zamknięty? Co się dzieje z końmi?

- Co do koni i stajni, nie ma problemu. Nad całym torem wyścigowym opiekę sprawuje spółka, w której dziedziczy pani pięćdziesiąt jeden procent udziałów, a w zarządzie mamy swojego człowieka. Z tym że, ogólnie biorąc, nie daje w tej chwili wielkich zysków, tyle że nie ma i strat, zarabia na siebie. Zyski oparte były na hodowli, dawała je stadnina. Pałac, oczywiście, Armand Guillaume usiłuje tam zamieszkać, z największym wysiłkiem uniemożliwiam mu to, bo jest zdolny zwyczajnie się włamać i postawić nas wobec faktu dokonanego. Proces ciągnąłby się latami. Oczywiście streszczam, ale pani przecież zna sprawę…?

Jasne, że znałam sprawę i rozumiałam wszystko, chociaż zdziwiła mnie trochę jego wzmianka o hodowli. Czemuż napomknął o niej w czasie przeszłym? Powinna znajdować się w pełnym rozkwicie! Wcześniej przecież stryjeczny pradziad zajął się końmi niż sobą, stajnie prosperowały, nim jeszcze pałac został ukończony…

Pan Desplain mówił dalej.

- Ponadto dom w Trouville. Wymaga odnowienia, ale ogólnie jest w doskonałym stanie. Armand Guillaume nie wiedział o nim, nie zna adresu, dobiegły mnie słuchy, że gwałtownie go szuka. Na przelaniu prawa własności w hipotece potrzebny jest pani podpis, natychmiast. Załatwimy to od razu dzisiaj, a dokumenty prześlemy faksem…

O domu w Trouville również nic nie wiedziałam. Wychodziło mi, że dziedziczę więcej niż mogłam się spodziewać. Pan Desplain, mówiąc do mnie, zarazem przeglądał przywiezione przeze mnie dokumenty, które Roman na samym wstępie na jego biurku złożył. Odnalazł jeden i wydał okrzyk zadowolenia.

- Jest! Coś nadzwyczajnego! Nalegałem na to, ale nie sądziłem, że pani odnajdzie! Myślałem, że dawno zaginął, po tych wszystkich wojnach, szczególnie ostatniej… To nam załatwia sprawę, wyklucza wszelkie wątpliwości i wyjmuje temu hochsztaplerowi broń z ręki. Moje gratulacje!

O jakiej wojnie on mówił? No owszem, nie tak dawno skończyła się wojna Francji z Prusami, po której właśnie nastała republika, ale cóż to miało do rzeczy?

Pan Desplain podał mi do podpisu ów dokument hipoteczny, po czym wezwał pannę z poczekalni, dzięki czemu upewniłam się, że jest to sekretarka.

- Juliette - rzekł do niej - przefaksuj im to zaraz, zrób kopię dla pani hrabiny, a to wprowadź do komputera, też zrób kopie i wyślij do sądu. Połącz mnie z sędzią Marteau. Ostrożnie się z tym obchodź, bo to oryginał sprzed więcej niż stu lat…

Straciłam wątek tego, co mówił, nie tylko dlatego, że połowy słów w ogóle nie rozumiałam, ale też i z tej przyczyny, że nagle ujrzałam dziennik, który wyłonił się spod papierów na biurku. Dziennik to musiał być, gazeta, tytuł wielki literami wybity, “Le Figaro”, pod nim zaś data: 24 lipca 1998.

Nie zrozumiałam, co widzę, i do reszty przestały do mnie docierać dźwięki zewnętrzne. 24 lipca, to tak, zgadzało się, w tym dniu właśnie w Paryżu zamierzałam się znaleźć, ale rok…? Nawet gdyby pomyłka w cyfrze nastąpiła i miał to być 1898, to też bez sensu, trwał przecież obecnie rok 1882! Trzy cyfry pomylone…? Jakże, i nikt na to nie zwrócił uwagi…?!

Wyraźnie poczułam, że mi się umysł mąci i zrobiło mi się trochę słabo. Cóż to, na Boga, miało znaczyć…?! Te zmiany straszliwe, te automobile rozpanoszone, ta nagość rozpasana, te wynalazki niewiarygodne…! Pomyłka…? Czyja pomyłka…?!!!

Gdyby nie wychowanie surowe, jakie odebrałam, i nie nauki mojego świętej pamięci nieboszczyka ojca, z pewnością pozwoliłabym sobie na rzetelne zemdlenie. Ale nie takie już doznania musiałam w życiu opanowywać i ukrywać, chociażby nagła i wstrętna przypadłość fizyczna, jaka dotknęła mnie za panieńskich czasów pośrodku salonu, w obliczu tłumu gości, wśród których byłam solenizantką… I wszystkie oczy na mnie były zwrócone… Co mi tam rok, choćby i trzytysięczny, wobec takiego wydarzenia jak wówczas, przy którym nie miałam prawa nawet się zmienić na twarzy, nawet uśmiechu przygasić… Rywalka moja ówczesna oczu ode mnie nie odrywała…

Zapewne to wspomnienie straszne pozwoliło mi teraz nie utracić ducha. Pan Desplain znowu zwrócił się do mnie, musiałam złożyć jeszcze kilka podpisów, zaakceptować warunki i klauzule testamentu, na ich treść nie zwracałam uwagi, ogólnie mniej więcej je znając, zajęta głównie wysiłkiem, by o pomylonej dacie nie myśleć. Postanowiłam zastanowić się nad tym zjawiskiem później, kiedy nieco ochłonę.

Owszem, widoki różne starałam się zapamiętać, wcale ich nie rozumiejąc. Pudła osobliwe, mniejsze i większe, na biurku sekretarki, choć i do biurka to nie było podobne… Świecące, niektóre mruczące cicho… Pan Desplain z czymś dziwnym, trzymanym przy uchu, mówiący do siebie, choć treść tak brzmiała, jakby mówił do sędziego Marteau. Czyżby to był jakiś rodzaj tuby dla głuchych…? No dobrze, ale sędziego Marteau, głuchego czy nie, ani w tym pokoju, ani obok nie było!

Zachowałam jeszcze tyle przytomności umysłu, że zażądałam dla siebie kopii tych wszystkich dokumentów, na których składałam podpisy. Cały ten ubiegły rok, wypełniony rozplątywaniem mężowskich interesów, wiele mnie nauczył…

- Dokąd jaśnie pani życzy sobie teraz jechać? - spytał mnie Roman, kiedy po przeszło godzinie wyszliśmy.

Wsiadłam do automobilu znacznie już zręczniej, bo zdążyłam nauczyć się tej sztuki, i zastanowiłam się. Czasu wciąż miałam rozpaczliwie mało. Na jutro przewidziana została podróż z panem Desplain do Montilly, pojutrze miałam wielką ochotę jechać do Trouvllle, zobaczyć ów dom, być może zostać tam całe dwa dni. Znałam Trouville, lubiłam je. Zarazem chęć dostosowania się do nowej mody i dokładnego poznania tych nowych obyczajów płonęła już we mnie żywym ogniem, budząc, na zmianę, to skłonność, to odrazę. Sklepy! I magazyny! Równocześnie zmęczona się czułam śmiertelnie, skołowana doszczętnie, spragniona chwili jakiego odpoczynku, spokoju, zebrania myśli…

Roman zadecydował za mnie, wykorzystując chwilę mojego milczenia.

- Jaśnie pani zamierzała zrobić zakupy - rzekł stanowczo, choć skąd o tym wiedział, pojęcia nie miałam, bo nie zwierzałam mu się przecież. - Ale odpoczynek się przyda. Jaśnie pani pewnie usiądzie sobie na chwilę tu gdzieś blisko, w cieniu, kawy się napić i białego wina, to dobrze robi. Jaśnie pani wolałaby popatrzeć na wieżę Eiffla czy tak zwyczajnie, na ulicę?

Nie wiedziałam, co ma na myśli, mówiąc o tej jakiejś wieży, ale ulica mnie skusiła. Roman wszak gadatliwy nie był, mogłam mieć pewność, że nikomu nie powie o takim moim upadku. Siedzieć gdzieś, zapewne w miejscu publicznym, pić kawę i wino, sama, bez towarzystwa… Rzecz nie do pomyślenia! A jednak…

- Na ulicę - wyrwało mi się samo. Ruszył z miejsca i począł jechać.

- A potem pewnie do Galerii La Fayette’a jaśnie pani zechce się wybrać, bo tam jest wszystko i można wyboru dokonać… No tak, i rzeczywiście na ulicy się znalazłam. Pola Elizejskie, miejsce promenad, charakteru ulicy przez te ileś tam lat nabrały. Czyliż to była kawiarnia ogródkowa…? Stoliki pod parasolami w ilości ogromnej, drzewa cień dawały, ruch i tłok panowały szalone. Roman mi miejsce znalazł na skraju, spokojniejsze nieco, a widok z niego miałam na wszystkie strony, sam zaś umieścił się w pobliżu.

- Jaśnie pani pozwoli, że będę… zaraz, co ja będę… a, baczenie dawał…

Milcząc przez cały czas, tylko głową skinęłam. Garson podszedł, niezdolna wciąż jeszcze do samodzielnych decyzji, zadysponowałam kawę i białe wino. I spróbowałam odpoczywać. Że nie od wrażeń, to pewne.

Co mi się rychło rzuciło w oczy, to podejrzenie, że jestem w gronie obłąkanych. Paryż w pewnym stopniu wyglądał znajomo, francuski język dźwięczał wokół, ludzie jednakże zdrowe zmysły bez wątpienia musieli postradać. Oszołomiona widokami, wypatrująca dotychczas pilnie mody kobiecej, teraz dopiero dostrzegłam płeć męską.

Umysł mi zamarł. Wzrok pozostał tylko i jakieś okropne drgawki uczuciowe. Podobne miałam, kiedy raz na zająca, przed blisko miesiącem padłego, spojrzałam, który przez niedopatrzenie za półki w spiżarni wleciał i tam doszedł, podczas gdy źródła odoru wszyscy długi czas szukali. Doznanie estetyczne wówczas przytrafiło mi się podobne, jak te obecne, przy paryskiej ulicy.

Młodzieniec w portkach z łachmana, ledwo kolan sięgających, wystrzępionych u dołu, to było jeszcze nic. Ale osobnik w wieku więcej niż dojrzałym, nader korpulentny, w czymś, co tylko spodnią bielizną być mogło, uczciwszy uszy, kalesony, obszerne niczym spódniczka, kwieciste, powiewające, spod których kolana i nogi grube, mięsiste i włochate niczym u zwierza, się wyłaniały… Drugi, podobny. I trzeci… Czwarty miał te nogi krzywe, piąty spodenki jeszcze krótsze. Chudy się znalazł, żylaste patyki prezentujący. Twarzy ich nawet nie dostrzegałam, dolnymi częściami zajęta, ależ, na Boga, czyż ci ludzie w jakimś kataklizmie wierzchnią odzież stracili?!

Nie, nie wszyscy. Kilku ujrzałam odzianych w pewnym stopniu normalnie, w spodnie męskie, długie, jeden wydał mi się nawet ubrany elegancko, w jasny bardzo, lekki, całkowity garnitur, tyle że bez krawatki żadnej. Jeden…!

Wyraz twarzy zachowując kamienny, z trudem oderwałam wzrok od tych odnóży i popatrzyłam wyżej. Żakietów nie mieli, koszule z krótkimi rękawami, albo zgoła na ramiączkach, porozpinane to wszystko niemal do pasa, całe torsy uwłosione na widok publiczny wystawiało. Koszule niektóre jak na maskaradę, też we wzory, przyjrzawszy się pilniej, na jednej małpy zobaczyłam. Na innej druk zwyczajny, niczym w gazecie, i nawet tytuły artykułów dały się widzieć.

Wróciłam do spodni, o ile spodniami można to było nazwać. Przerażające! I cóż się dziwić płci żeńskiej, skoro płeć męska nagość aż tak nieprzyzwoitą prezentuje, jakby specjalnie po to, żeby wszelkie mankamenty swojej urody ujawnić! Dorosłą kobietą byłam, wiedziałam doskonale, ii w gronie męskim Apollo Belwederski rzadko się pojawia, zwały sadła kryją się pod odzieżą, kłaki zwierzęce, krzywe nogi, zapadłe klatki piersiowe, watą wypchane, połcie słoniny szczeciniastej… Ależ kryją…! A tu nagle jęli to wszystko pokazywać, jakby obrzydnąć chcieli płci sobie przeciwnej!

Strój wszakże temu służy, by wszelkie braki prezencji ukryć, a jej zalety wyeksponować. Ten pogląd, od dawna we mnie ugruntowany, może i trochę cynicznie głosząc, spotykałam się zazwyczaj z potępieniem i naganą, bo moja szczerość wyda wała się przesadna i nawet gorsząca. Proszę, obraz nowej mody wskazuje, że miałam rację bezapelacyjną!

Wręcz mnie to bawić zaczęło i coraz więcej szczegółów dostrzegałam, kiedy nagle stwierdziłam, że jednak nie, ten tłum wokół mnie normalny być nie może. Jakaś ogromna ilość osób prezentowała wariactwo osobliwe. Mówili do siebie.

Do siebie samych. Idąc ulicą, przy stoliku siedząc samotnie, ze sobą w głos rozmawiali i nawet słów mnie kilka dobiegło, kiedy osobnik w odzieży do normy zbliżonej, “nie, nie zdążę - mówił - będę musiał się spóźnić”. Sobie samemu głośno tłumaczył, że będzie musiał się spóźnić…? Mnóstwo ich! Za twarz z boku się trzymając, idąc czy siedząc, mówili do siebie…?!

Przypomniało mi się, że miałam już niczemu się nie dziwić, a tylko czynić obserwacje. Nim wypiłam wino do końca, zaobserwowałam chude strasznie kształty panienki młodej, strojem do pracowni anatomicznej wprost się nadające, przeciw ne im kształty panienki równie młodej, a za to wagą chyba zbliżonej do mojego rekordowego tucznika, obciśnięte jakby kawałkiem wsypy na pierze, młodzieńca…

Zaraz, młodzieńca…

Raz spojrzawszy, wzrokiem do niego wróciłam. Też wystawiony na pokaz, ale doprawdy miał co pokazywać. Strzelisty, barczysty, o wąskich biodrach, nogi jak smukłe kolumny… Ejże, piękny chłopak! A obok niego dziewczyna…

Zawahałam się w ocenie, bo była chyba trochę zbyt wysoka. Gdyby jednak ktoś chciał rzeźbić posąg bogini…

Zdobyłam się na obiektywizm. Analizując widoki, musiałam przyznać, że wśród młodzieży zwyrodnień żadnych prawie nie widzę, dorodni po większej części, do naga niemal porozbierani, ale kształtni nader, zdrowi, może nawet piękni…? Za to osoby starsze wiek i brzydotę z upodobaniem demonstrują. Ciekawa rzecz. Jakaż może być tego przyczyna…?

I jedna jeszcze rzecz przedziwna do świadomości mojej dotarła. Murzyni już prawie dziwić mnie przestali, na Chińczyków płci obojga przestałam się wzdrygać, ale osoby prawdziwie białej nie widziałam ani jednej. Płeć smagła była powszechna. Po rysach sądząc, Europejczycy, a ciemni jak chłopstwo, słońcem w czasie żniw spalone. Cóż to miało być, też jakaś moda…?

Roman oderwał mnie od tych obserwacji, z szacunkiem przypominając, że magazyny nam zamkną. Nie tyle wypoczęta się czułam, ile coraz więcej zaciekawiona, coś się we mnie działo takiego, że zakupy koniecznie chciałam porobić. Oprócz siebie, dwie zaledwie widziałam kobiety w sukniach długich, tyle że bez żakiecików, lekkich bardzo, z dekoltami, i już zaczynałam się czuć grubo odziana i nie do zniesienia niemodna.

Znalazłam się w wielkich magazynach…

Tegoż wieczoru siedziałam przed lustrem w hotelowym apartamencie i wpatrywałam się we własną twarz, oka od niej nie mogąc oderwać.

Złe zawsze kusi. Grzech ciągnie. Nieprzyzwoitość aż korci… Wyznać muszę, że uległam.

Oszołomiła mnie część perfumeryjna, na którą w pierwszej chwili trafiłam. Chciwie próbując pachnideł, wąchając, w kremy jakieś upiększające wpatrzona, znalazłam się nagle jakby w kabinie, gdzie z naciskiem zaproponowano mi próbny makijaż. Inną klientkę widziałam, siedzącą przed lustrem, skusiło mnie, też usiadłam.

- Pani nie ma na twarzy żadnej mikstury? - ucieszyła się panienka, mną zajęta.

Już nawet nie zważałam na to, że pod skąpą szatką, na guziki z przodu zapiętą, żadnej bielizny chyba na sobie nie miała, a do tego była Mulatką lub też Kreolką. Co za różnica, Amerykanie mogą w nich mieć służbę, czemuż nie my…?

- Nie mam - rzekłam sucho.

- To doskonale! Możemy zacząć od podstaw. Oto podkład, przyciemnimy odrobinę, bo pani jest bardzo blada, zapewne dawno nie była pani na słońcu?

Ja, na słońcu…! Za kogo ona mnie brała…?!

- Damy troszeczkę opalenizny, ach jakąż piękną skórę pani ma, co za przyjemność robić taką młodą, świeżą twarz…! Wariatka. Znalazła sobie świeżą twarz dwudziestopięcioletniej wdowy…

- Żadnej korekty owalu pani nie potrzebuje, może cień rumieńca… O, to, o ton ciemniejsze. Ewentualnie na wieczór, proszę, zamiast tego, tamto nałożyć. Teraz oczy… brąz, przy pani włosach, o nieba, to naturalny kolor…! Tylko brąz! Na wieczór pod kolor sukni, cienie, niebieskie, zielone, czarne, to kolory dla pani. Co za rzęsy…! Przyciemnimy, tusz… Jedna maleńka kreseczka, oto tusz dla pani, razem z pędzelkiem… Gdyby chciała pani przyciemnić rzęsy trwale, polecam zakład kosmetyczny na rue Royale…

Oczy miałam zamknięte, więc nie wiedziałam, o czym mówi. Przyciemnić rzęsy, dlaczego nie, rzęsy miałam zawsze długie i gęste, tyle że na mój gust za jasne, owszem, chciałabym mieć ciemniejsze…

- Usta… Bardzo delikatnie. Ma pani wyjątkowo piękny kształt! Kolor naturalny, gdyby się pani opaliła…

Nad świecą mam się opalić czy jak…?

- …wtedy trochę ciemniejszy, ale w tym samym odcieniu. Oto kredka konturowa, dwie, dla jasnej szminki i ciemniejszej… Proszę!

Spojrzałam wreszcie w lustro przed sobą. I, uczciwie mówiąc, zamarłam.

Tak niezwykłej twarzy w zwierciadle jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Nie umiałam zadecydować, czy jest piękna, bo jej białość gdzieś znikła, płeć ściemniała troszeczkę, ale wyrazistość oczu… Większe się wydawały i jaśniejsze w oprawie czarnych rzęs, czyżbym istotnie miała takie rzęsy…? Brwi nad nimi, odrobinę ciemniejsze niż były z natury, łukiem wygięte, cień jakiś dawały, który jeszcze oczy powiększał. Usta do tej twarzy pasowały doskonale, barwa ich… nie, doprawdy, wydawałoby się, że prawdziwa, a zarazem intensywności niezwykłej. I też wyraziste, jakby w swojej urodzie doskonale wykończone…

Niby to byłam ja, ale równocześnie ktoś inny.

Kupiłam wszystko, co mi ta sprzedawczyni podsuwała. Kupiłam kremy i mleczka jakieś, najświadomiej jeszcze kupiłam perfumy, bo do tego nabytku byłam przyzwyczajona. Zapachy nowe, ale nader miłe.

Potem, z tą twarzą prawie obcą i niezwykłą, z dreszczem rozkosznym, który naganność postępowania ujawniał niezbicie, udałam się dalej i wyżej. Zuchwałość mnie ogarnęła tak straceńcza, że uczyniłam to, co ujrzałam, że czynią ludzie, a nawet dzieci małe. Wstępowali oni na schody, które ruchem jednostajnym posuwały się ku górze, wstąpiłam za nimi, no i cóż wielkiego, wszak na linijkę zawsze umiałam w biegu wskoczyć, a gdzież tym schodom do strzemienia narowistego konia! Nawet lęku wielkiego we mnie nie budziły.

Dokonałam zakupów. Twarz mi płonęła ze wstydu, ale nad wszelką przyzwoitością panować przestałam. Sprzedawczynie… Boże mój, same kobiety, ani jednego sprzedawcy płci męskiej nie widziałam, cóż to za zjawisko niepojęte, ale słuszny chyba obyczaj, bo wszak przy mężczyźnie, bodaj i słudze, takiej spodniej bielizny nie kupowałabym przenigdy i za nic w świecie! Suknie mi doradzono, przymierzałam, pasowały na mnie doskonale, choć na widok nóg własnych w ogniu cała stanęłam. Owe rajtuzy jak pajęczyna cienkie, pończochy, którym podwiązek nie było trzeba, bo przylepione, jakimś sposobem na nodze się same trzymały…

- I po co pani aż taki duży gorset? - spytała jedna z tych panien sklepowych ze zdziwieniem wielkim. - Przy takiej figurze…? I przy takich upałach…? Nawet i stanik pani niepotrzebny!

Udało mi się nie okazać wstrząsu. Ale ziarno zostało rzucone…

Torby ogromne dostawałam wszędzie, co mnie w końcu zakłopotało, bo i nieść nie miał kto, i należało za to wszystko zapłacić. Cudem jakimś chyba, kiedym się bezradnie rozglądała dookoła, Romana dostrzegłam, co tam robił, nie wiem, i wolałam nie pytać, nie miejsce dla stangreta wśród damskiej garderoby intymnej, ale bez niego, doprawdy nie mam pojęcia, co bym zrobiła. Oddałam mu wszystko, każąc do powozu zanieść i rachunki uregulować, co też zaraz uczynił.

Zdaje mi się, że wyszłam stamtąd, kiedy już cały magazyn zamykano.

Do apartamentu w hotelu dotarłam oszołomiona i zmęczona niezmiernie, guzikiem na ścianie wezwałam pokojówkę, rozpakowała mi zakupy. Ośmieliła się je pochwalić, a widać było, że ciekawość ją straszna rozpiera, skąd też mogłam przyjechać. Sucho rzekłam, że z głębokiej prowincji, i czerwone wino sobie kazałam otworzyć.

Po czym, głodna bardzo, do restauracji na posiłek zamierzając się udać, na chwilę przed lustrem usiadłam, by włosy przygładzić. I tak już zostałam.

W emocji zakupów zapomniałam, jak wyglądam. Nogi, w tych nowych strojach widoczne, wrażenie czyniły takie, że z pamięci umknęła mi twarz. Wpatrywałam się w nią teraz, pełna rozterki, a może i upodobania nawet, i z jednej strony wstyd mi było tej sztuki na licach, a z drugiej coraz bardziej chciałam zawsze tak wyglądać. Wahałam się pójść między ludzi, a zarazem pragnęłam tego. Żal mi było, że upiększenie zmyć będę musiała i zaraz jutro do poprzedniego wyglądu wrócić, przy tym zaś myśl, że w tej postaci mogłaby mnie ujrzeć moja rodzina i znajomi, śmiech pusty we mnie budziła. I wielką chęć, by rewolucję wywołać, tak im się pokazując…

Ciemność zaczęła zapadać, choć dzień lipcowy był długi, oderwałam się zatem od własnego wizerunku i znów wezwałam pokojówkę.

Zamiast niej wszedł Roman.

- Mniemałem, że jaśnie pani zechce mnie sprowadzić i już czekałem przed drzwiami. - wyjaśnił. - Światło tu się zapala, proszę jaśnie pani, to ogólnie, a przy każdej lampie oddzielnie drugim naciśnięciem…

Pokazał mi owe rzeczy do naciskania. A tak, prawda, przy pomniałam je sobie, już to naciskanie wypróbowałam wczesnym rankiem, który teraz wydawał mi się o całe wieki odległym. Przy lampach, istotnie, też coś takiego było.

- Cóż to za światło? - spytałam mimowolnie, bo doprawdy teraz do wynalazków głowy nie miałam.



dalej


strona główna
(23kB)