(23kB)
strona główna





 

Wojciech SADY

JIDDU KRISHNAMURTI
ŻYCIE I NAUCZANIE

Zdaniem jednych był Nauczycielem Świata, kolejnym Buddą, inni uważają go za przebiegłego oszusta, jeszcze inni za człowieka dotkniętego jakąś tajemniczą chorobą psychiczną, są wreszcie tacy, którzy głoszą, że ciało człowieka o imieniu Krishnamurti używane było przez jakieś istoty wyższe do przekazania ludzkości posłania, mającego wprowadzić ją na kolejny etap rozwoju religijnego - albo sprowadzić na manowce. Co więcej, cała historia, która zostanie poniżej przedstawiona zaczęła się w scenerii wręcz mitycznej, a jakaś przedziwna aura tajemniczości towarzyszyła jej bohaterowi do samego końca. Sam bohater tej opowieści pod koniec życia z uporem zadawał pytanie "Kim lub czym był Jiddu Krishnamurti". Ta książka tych i podobnych wątpliwości nie rozproszy, ale przynajmniej je wyrazi.

Krishnamutri należał do wielkiej tradycji indyjskich mędrców i z tradycji tej dziedziczył ideały tak mędrca jak jego powinności: mędrzec to Przebudzony wskazujący innym drogę do Przebudzenia. Wiele o Przebudzeniu - określanym mianem samadhi, moksza, nirwany, Wyzwolenia, Oświecenia itd. - pisano, ale godzono się zawsze, że jest to stan duchowy, którego słowami opisać nie sposób. Osiągnięcie tego stanu miało raz na zawsze rozwiązywać nasze problemy życiowe. Ale choć w tym stanie życie nasze zyskuje sens, to nie potrafimy innym powiedzieć, na czym ów sens polega.

Wittgenstein nakazywał zachować na ten temat milczenie ("O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć", Tractatus logico-philosophicus, § 7). Krishnamurti próbuje o tym mówić, zdając sobie nieustannie sprawę z nieadekwatności wszelkich środków wyrazu. "Nie masz pojęcia, jak trudno jest wyrazić to, co niewyrażalne, a to, co się wyraziło, nie jest prawdą. A zatem trwa to dalej", pisał w cytowanym poniżej liście z 1932 r. Wcześniej jeszcze na zarzuty przyjaciela, iż ten nie może pojąć, o czym Krishnamurti mówi, odpowiedział:

Tak, tego ranka mi się nie powiodło. Próbuję powiedzieć coś o nowym wymiarze, przekazać nowe sensy, ale moje słowa interpretowane są na stare sposoby. Niczym malarz wyrażający coś nowego uczę się nowej techniki. Nie jest to łatwe. Ale poczekaj, gdy będę miał 60 lat... [S.Field, Krishnamurti: The Reluctant Messiah, New York: Paragon House 1989].

Można w tej sytuacji mówić nie o - z istoty niewyrażalnym - Wyzwoleniu, ale o Drodze Wiodącej do Wyzwolenia. Tylko że taka droga, zdaniem Krishnamurtiego, nie istnieje! Nie możemy tego czegoś szukać, bo rozmyślnie szukając znaleźć możemy jedynie projekcję naszych obecnych uwarunkowań, lęków i pragnień. Nie możemy też iść drogą wskazaną przez jakiegoś proroka czy guru, ich słowa staną się bowiem dla naszego umysłu jeszcze jedną klatką więcej, jeszcze jednym uwarunkowaniem. Prawdziwą obsesją dla Krishnamurtiego było, by inni nie uznali go za swojego duchowego przewodnika. I stąd może każda reguła życia duchowego, jaką można w tekstach jego znaleźć, ma tam swoją antyregułę. Z uporem np. powtarza, że musimy nieustannie obserwować wszelkie poruszenia naszego umysłu, by gdzie indziej twierdzić, że taka obserwacja do niczego nie prowadzi, ograniczona jest bowiem przez zastane pojęcia i tworzy w rezultacie nowe jeszcze ograniczenia. I tak dalej. Wreszcie pozostajemy z bezsilnym stwierdzeniem: "W całym tym ruchu musisz jakoś zacząć z innego końca, z drugiego brzegu" [Medytacje 1969], ale jak to zrobić, tego już się powiedzieć nie da. Gdy zdesperowany słuchacz spytał go w 1974 r., czym koniec końców jest jego nauczanie,

Pytasz mnie, czym jest nauczanie? Sam nie wiem. Nie umiem wyrazić tego w paru słowach. Myślę, że idea nauczania i bycia nauczanym jest z istoty błędna, dla mnie przynajmniej. Myślę, że jest to raczej kwestia dzielenia się niż bycia nauczanym, raczej wspólnego uczestnictwa niż dawania i otrzymywania [M.Lutyens 1983, zob. poniżej, s.204]

Krishnamurti wyznał:

W tym momencie wszelka możliwość dalszej dyskusji kończy się. Albo w tym wszystkim uczestniczymy, albo nie.

 

Pytanie, czy nauczanie Krishnamurtiego wieść może innych do Przebudzenia wywołuje pytanie, czy sam Krishnamurti był Przebudzony, nie był zaś oszustem lub nie ulegał co do własnego stanu złudzeniom. Cóż, przekonanie o istnieniu Przebudzenia to kwestia wiary w niemniejszym stopniu niż np. przekonanie o objawionym charakterze Biblii czy Koranu. Ale nawet jeśli przekonanie to żywimy, to my, nieprzebudzeni, nie posiadamy żadnych niezawodnych kryteriów, by Przebudzonych rozpoznać. Stąd tylu na świecie fałszywych proroków i oszukańczych guru.

Naturalną w tej sytuacji reakcją jest pytanie o sposób życia tego czy innego duchowego nauczyciela, o to, czy życiem swoim potwierdzał on głoszoną naukę. życie Krishnamurtiego zostało, na jego prośbę, dokładnie zbadane i opisane przez Mary Lutyens w trzech tomach: Krishnamurti: The Years of Awakening, London: John Murray 1975; Krishnamurti: The Years of Fulfilment, London: John Murray 1983; Krishnamurti: The Open Door, London: John Murray 1988. Skrót tej biografii ukazał się pt. The Life and Death of Krishnamurti. Wydała też książkę o nim Pupul Jayakar, Krishnamurti: A Biography, San Francisco: Harper and Row 1986; praca ta, choć wypełniona w większości relacjami z rozmów, jakie Krishnamurti przeprowadzał w Indiach w latach 1947-1985, stanowi cenne uzupełnienie książek Lutyens. Dochodzi do tego szereg drobniejszych prac, jak choćby cytowana już książka S.Fielda, wspomnienia Asita Chandmala czy stare teksty teozofów. Ukazała się książka, przedstawiająca Krishnamurtiego jako notorycznego obłudnika: Radha Rajagopal Sloss, Lives in the Shadow with J. Krishnamurti, Massachusetts: Addison-Wesley 1991. Przed zarzutami broniła go Mary Lutyens, Krishnamurti and the Rajagopals, KFA. Muszę to teraz otwarcie powiedzieć: lektura tych wszystkich książek nie tylko na postawione pytania nie pomaga odpowiedzieć, ale do starych pytań dodaje nowe.

 

1. TOWARZYSTWO TEOZOFICZNE I TEOZOFICZNY MAITREJA

Teozofia to boska mądrość lub mądrość bogów (theos to po grecku Bóg, sophia to mądrość). Termin ten stosuje się często dla oznaczenia szacownej filozoficznej tradycji - czy raczej splotu tradycji wzajemnie powiązanych - której europejscy przedstawiciele to Pitagoras, Platon i Szymon Mag, Plotyn i Mistrz Eckhart, Mikołaj z Kuzy, Paracelsus i Giordano Bruno, Jakub Bohme i F.Schelling. Teozofia to jeden z głównych nurtów myśli indyjskiej, bliskie są jej chiński taoizm i muzułmański sufizm. Wspólny dla wszystkich tych tradycji jest nacisk na doświadczenie mistyczne, odsłaniające przed człowiekiem głębszą rzeczywistość duchową; dalej ezoteryczny, dostępny tylko dla wtajemniczonych, charakter doktryny; fascynacja zjawiskami okultystycznymi, niezwykłymi mocami uzyskiwanymi w miarę osiągania kolejnych stopni rozwoju duchowego; wreszcie ontologiczny monizm: duchowa rzeczywistość dostępna w doświadczeniu mistycznym okazuje się, koniec końców, rzeczywistością jedyną.

Nowego - i dziś podstawowego - znaczenia termin "teozofia" nabrał, gdy 17 listopada 1875 Helena Pietrowna Bławacka (1831-1891) i Colonel Henry Steele Olcott (1832-1907) założyli w Nowym Jorku Towarzystwo Teozoficzne. Ona, Rosjanka z pochodzenia, o hipnotyzującym spojrzeniu i budzącej skrajne kontrowersje osobowości, twierdziła, że podczas swego kilkuletniego pobytu w Tybecie nawiązała bezpośredni kontakt z przebywającymi tam Mistrzami. Oni właśnie, zapoznawszy ją ze ściśle strzeżonymi doktrynami, nakazali jej udać się do Stanów Zjednoczonych i odszukać Olcotta, prawnika, dziennikarza i badacza parapsychicznych mocy. Po założeniu organizacji - on został jej pierwszym prezydentem, ale ona odgrywała wiodącą rolę - wyruszyli oboje w podróż, która doprowadziła ich wreszcie do Madrasu. Tam, na południowym brzegu rzeki Adyar, niedaleko od jej ujścia do Zatoki Bengalskiej, kupili w 1892 r. budynek, który stał się - i do dziś pozostaje - Siedzibą Główną Towarzystwa Teozoficznego. Stopniowo bogaci teozofowie - było wśród nich bardzo wielu ludzi z wyższych sfer - wykupywali przyległe tereny i wznosili na nich własne domy (podczas ich nieobecności budynki pozostawały do dyspozycji Towarzystwa, przechodziły na jego własność z chwilą ich śmierci). W pierwszych latach naszego stulecia posiadłość obejmowała już około 100 hektarów, na jej terenie rósł słynny, drugi co do wielkości w Indiach, figowiec.Cele Towarzystwa Teozoficznego określono następująco:

Utworzyć jądro Uniwersalnego Braterstwa Ludzkości bez podziału na rasy, wyznania, płeć, kasty czy kolor skóry.

Popierać studia w zakresie Porównawczej Religii, Filozofii i Nauki;

Badać niewyjaśnione prawa przyrody i drzemiące w człowieku moce.

Podstawą doktrynalną stały się dwa dzieła Bławackiej: Isis Unveiled (Izyda odsłonięta, 1877) i The Sacred Doctrine (Doktryna Tajemna, 1888). Nie tworzymy, twierdziła Bławacka, żadnych nowych idei, wydobywamy tylko to, co liczni mędrcy w różnych czasach i miejscach wiedzieli o Bogu, człowieku i przyrodzie i co tkwi - zaszyfrowane - w nauczaniu wielkich religii. Porównując ze sobą religie, a także dzieła wielkich filozofów i artystów, docieramy do ich wspólnego jądra: Istnieje Wieczna, Wszechobecna, Bezgraniczna, Niezmienna Zasada, niewyrażalna i wymykająca się wszelkiej spekulacji, z której wyłaniają się i w której znikają niezliczone światy. W światach tych niezliczone dusze ewoluują poprzez szereg żywotów zgodnie z karmicznym prawem: to, jacy jesteśmy w chwili obecnej, jest rezultatem wszystkich naszych wcześniejszych myśli i uczynków, a przede wszystkim kryjących się za nimi pragnień. Prawo to, według całej niemal religijno-filozoficznej tradycji indyjskiej, działać ma nie tylko w tym życiu, ale też pomiędzy kolejnymi żywotami. Zdaniem teozofów taki ciąg żywotów zaczynać się miał od życia w postaci minerałów (rzeczy nieożywionych nie ma) i wieść dalej poprzez stadia roślinne, zwierzęce, a wreszcie żywoty w postaciach ludzkich, ku zjednoczeniu z Absolutem. Naszym światem rządzi i kieruje Wielkie Białe Braterstwo istot, które osiągnęły już odpowiedni szczebel doskonałości. Niektóre z nich, zwane Mistrzami, dobrowolnie żyją na Ziemi, by pomagać ludziom w rozwoju duchowym, stosownie do osiągniętego stopnia doskonałości dając im taką czy inną religię. Mistrzowie pomagają zwłaszcza tym, których dusze wstąpiły już na Ścieżkę Uczniostwa. Dla kroczących po Ścieżce stworzono w Towarzystwie Teozoficznym wewnętrzną, niedostępną dla zwykłych członków, Sekcję Ezoteryczną.

Opiekę nad Towarzystwem sprawowali żyjący w Tybecie Mistrz Koot Hoomi (K.H.) i Mistrz Morya (M.). Obaj mieli ciała zbyt subtelne, by zniosły życie w zamęcie cywilizacji, ich zaawansowani w rozwoju duchowym uczniowie mogli ich jednak odwiedzać podczas snu w ciałach astralnych (płaszczyzna astralna to druga, znajdująca się bezpośrednio nad fizyczną, z siedmiu płaszczyzn, przez które ewoluuje uniwersum) w ich tybetańskich domach, a także bywali przez nich w podobny sposób odwiedzani, otrzymując stosowne wskazówki i polecenia zarówno dla siebie, jak i dla całego Towarzystwa. Co jakiś czas Mistrzowie udzielali swym uczniom kolejnych Wtajemniczeń, z których ostatnie, piąte, oznaczało osiągnięcie boskości.

Ponad nimi miejsce w hierarchii zajmowali znany z Ryg Wedy jako ojciec ludzkości Manu; wyżej Mahachohan (o którym milczą buddyjskie i hinduistyczne księgi); a wreszcie najważniejszy dla tej opowieści bodhisattwa Maitreja. Jeszcze wyższą pozycję zajmował Budda, na samym zaś szczycie znajdował się teozoficzny Pan tego świata, znany z tantrycznych pism wiecznie młody Sanat Kumar.

Bodhisattwa Maitreja to postać doskonale znana wszystkim buddystom. Bodhisattwa to w tradycji buddyzmu mahajany istota, która zbliżyła się do ostatecznego Wyzwolenia, odkłada je jednak na później, by w trakcie kolejnych żywotów pomagać wszystkim istotom czującym na drodze duchowego rozwoju. Wszystko na tym świecie przemija. Również nauka ogłoszona światu przez Gautamę Siddharthę (zwanego potocznie Buddą) pójdzie kiedyś w zapomnienie. Wtedy właśnie Maitreja, czekający dziś w jednym z nieb, pojawi się na Ziemi, by jako kolejny Budda znów wskazać istotom czującym Ośmioraką Ścieżkę wiodącą do wygaśnięcia cierpienia.

Teozoficzny Maitreja dwukrotnie już pojawiać się miał na Ziemi: najpierw pod postacią Kriszny w IV w. przed Chr., a potem jako Jezus. Pod koniec XIX w. coraz głośniej w kręgach teozoficznych szeptano o mającym wkrótce nastąpić jego trzecim Przyjściu. W międzyczasie przebywał on w Himalajach w pobliżu domów Mistrzów K.H. i M. w ciele rasy celtyckiej - i poszukiwał ciała odpornego, a przy tym na tyle wrażliwego, by się przez nie przejawić. W 1889 r. Bławacka oznajmiła, iż prawdziwym zadaniem Towarzystwa Teozoficznego jest przygotowanie ludzkości na Przyjście Nauczyciela Świata.

W 1883 r. członkiem Towarzystwa został były anglikański pastor Charles Webster Leadbeater (1847-1934). Uważany powszechnie za jasnowidza, znakomity pisarz i mówca, szybko piął się po szczeblach teozoficznej hierarchii. W 1906 r., oskarżony o utrzymywanie homoseksualnych kontaktów z oddanymi mu pod opiekę chłopcami, zmuszony został do wystąpienia z Towarzystwa.

Był to ogromny szok dla Annie Besant (1847-1933), która po śmierci Bławackiej stawać się szybko poczęła duchową przywódczynią ruchu. Piękna niegdyś kobieta, w wieku lat 20 wydana za anglikańskiego pastora, odeszła odeń w sześć lat później utraciwszy wiarę w boskość Jezusa - choć w wyniku rozwodu utraciła syna, a potem córkę (oboje powrócili do matki nawróciwszy się, po osiągnięciu dojrzałości, na teozofię). Znakomita oratorka, pisarka i organizatorka, zaangażowała się w walkę o wolność myśli, prawa kobiet, kontrolę urodzin, działała w powstającym właśnie ruchu związków zawodowych jako blisko związana z Georgem Bernardem Shawem fabianowska socjalistka. Poproszona o zrecenzowanie książki Bławackiej, nawróciła się nagle w 1889 r. na teozofię. Rok później zetknęła się z Leadbeaterem i odtąd pozostawała pod jego przemożnym wpływem. Wspólnie prowadzą okultystyczne badania dotyczące kosmosu, fizycznej i chemicznej budowy ciał, początków ludzkości - ogłoszone przez nich wyniki jawią się, z perspektywy współczesnej nauki, jako stek bzdur. Ale przede wszystkim kontaktują się (w ciałach astralnych) z Mistrzami, otrzymując kolejne Wtajemniczenia. Potrzeba działalności społecznej znów się jednak odzywa i od pierwszych lat naszego stulecia Besant coraz mocniej angażuje się (na polecenie Mistrza M.) w ruch na rzecz wyzwolenia Indii i społecznych reform w tym kraju, przekazując zadanie utrzymania łaczności z Mistrzami wyłącznie w ręce Leadbeatera. Odtąd ten ostatni sprawuje pełną niemal kontrolę nad Sekcją Ezoteryczną, przekazując polecenia Mistrzów, donosząc o udzielanych jej członkom Wtajemniczeniach lub potwierdzając autentyczność informacji przekazywanych przez innych.

Skandal wokół Leadbeatera oznaczał dla Besant podważenie przekonania o autentyczności własnych duchowych postępów. Zachowanie wstrzemięźliwości płciowej było koniecznym warunkiem kroczenia ścieżką, a stąd dalej wynikało, że jej wizje, w których stała wraz z Leadbeaterem przed obliczami Mistrzów, musiały być złudzeniami. Początkowo też Besant publicznie stwierdza, że uległa "zauroczeniu", potem jednak powoli odzyskuje swą dawną wiarę w Leadbeatera, tym bardziej, że wielu kwestionuje prawdziwość wysuniętych przeciw niemu oskarżeń. Po śmierci Olcotta Annie Besant zostaje w czerwcu 1907 r. Prezydentem Towarzystwa Teozoficznego - a wkrótce Leadbeater odzyskuje swą dawną pozycję. Mało tego, już w 1907 r. donosi, że oboje uzyskali właśnie czwarte Wtajemniczenie, stając na samym progu boskości.

Jeszcze przed wybuchem skandalu Leabdeater odkrył chłopca, w którego ciele objawić się miał światu Maitreja. Był to przystojny i inteligentny Hubert van Hook, syn Sekretarza Generalnego Towarzystwa Teozoficznego w Stanach Zjednoczonych. W 1909 r., za namową Besant, matka Huberta porzuca męża i wraz z synem wyrusza do Adyaru, by tam, pod okiem Leadbeatera, Hubert przygotował się do czekającej go wspaniałej roli. Annie Besant nie wiedziała wówczas, co się w międzyczasie w Adyarze wydarzyło.

2. Jiddu Krishnamurti nieznany

Jiddu Krishnamurti urodził się 12 maja 1895 o godz. 0:30 w małym miasteczku Madanapalle, ok. 230 km. na północ od Madrasu, jako ósme dziecko ściśle wegetariańskiej, używającej języka Telungu, bramińskiej rodziny. Jego pradziadek, wysoki urzędnik Kompanii Wschodnioindyjskiej, był znanym sanskryckim uczonym. Ojciec, Jiddu Narianiah, absolwent Uniwersytetu w Madrasie, był średniego szczebla urzędnikiem brytyjskiej administracji (co powodowało częste przeprowadzki całej rodziny), od 1882 r. należał do Towarzystwa Teozoficznego. Matka, Jiddu Sanjeevamma, bardzo religijna i uważana za medium, urodziła mu jedenaścioro dzieci. Jiddu było nazwą miejscowości, z której rodzina pochodziła. Imię Krishnamurti zwyczajowo nadaje się w Indiach ósmemu z kolei dziecku (Kriszna był ósmym awatarem Wisznu).

Sanjeevamma na własne życzenie urodziła swe ósme dziecko w pokoju zwanym puja, stanowiącym rodzaj domowej świątyni. Zdaniem Pupul Jayakar był to fakt niezwykły: nie do pomyślenia było, zważywszy na panujące w jej środowisku reguły, rodzić dziecko tam właśnie. Postawiony rano przez znanego astrologa horoskop brzmiał równie niezwykle: dziecko napotka wiele przeszkód, wyrośnie jednak na wielkiego Nauczyciela.

Zrazu nic nie wskazywało na spełnienie przepowiedni. Krishna był chłopcem wątłym, mając dwa lata omal nie umarł na malarię. Przez rok nie chodził do szkoły z powodu ciągłych krwotoków z nosa i z ust. Nauką w szkole nie przejawiał żadnego zainteresowania, spędzał natomiast całe godziny zapatrzony w chmury, na rośliny i zwierzęta lub patrząc w nieokreśloną dal. Wielu nauczycieli miało go za umysłowo niedorozwiniętego. Często w szkole był bity i spędzał większość dnia za drzwiami. Szkolne niepowodzenia rekompensował sobie olbrzymim przywiązaniem do matki. Nieustannie chorując spędzał z nią całe dnie, wysłuchując fragmentów religijnych ksiąg i uczestnicząc w odprawianych przez nią obrzędach religijnych. Kiedy miał 8 czy 9 lat ujawniły się jego zdolności metapsychiczne. Oto jak sam wspominał te zdarzenia w pamiętniku pisanym w 1913 r.:

Pisząc o mojej matce przypominam sobie pewne zdarzenia, o których warto może wspomnieć. Miała ona pewne zdolności metapsychiczne i często widywała moją zmarłą dwa czy trzy lata wcześniej siostrę. Rozmawiały ze sobą, w ogrodzie było specjalne miejsce, gdzie siostra zwykła przychodzić. Matka zawsze wiedziała, kiedy siostra tam jest, czasem zabierała mnie ze sobą w to miejsce i pytała, czy również swą siostrę widzę. Początkowo śmiałem się z tego pytania, ona jednak nalegała, bym spojrzał raz jeszcze, a wtedy czasem siostrę dostrzegałem. Później widywałem ją ciągle. (...) Matka moja dostrzegała również [otaczające] ludzi aury, ja też czasem je widziałem.

Pasja oglądania, połączona z niechęcią do abstrakcyjnej szkolnej wiedzy, charakteryzowała Krishnamurtiego do końca życia. W przedziwnym z nią kontraście pozostawała inna niezmienna cecha jego osobowości, jaką była fascynacja urządzeniami mechanicznymi. Rozdawał wciąż swoje rzeczy biedniejszym chłopcom, a rodzeństwu oddawał najsmaczniejsze kąski z posiłków.

W 1905 r. Sanjeevamma umiera. W dwa lata później Narianiah odchodzi na emeryturę, mając na utrzymaniu czterech synów (w tym czasie z jego dzieci żyła jeszcze tylko jedna, zamężna już córka): 15-letniego Sivarama, Krishnamurtiego, urodzonego w 1898 r. Nityanandę (Nityę), który będzie jednym z bohaterów tej opowieści i 5-letniego, umysłowo niedorozwiniętego Sadanandę. Rodzina popada w nędzę i wtedy Narianiah zwraca się o pomoc do Annie Besant, oferując jej swoje usługi. Początkowo spotyka się z odmową, w końcu jednak przyjęty do pracy przenosi się w styczniu 1909 r. do zniszczonej chaty w pobliżu Adyaru. Jego synowie znajdują się wówczas w przerażającym stanie fizycznym. Krishna był skrajnie wychudzony, cierpiał na uporczywy kaszel, miał krzywe zęby. Wielu z wyglądu brało go za kretyna.

 

3. OD ODKRYCIA WEHIKUŁU NAUCZYCIELA ŚWIATA DO ZAŁOŻENIA ZAKONU GWIAZDY

Krishna wraz z Nityą wędrował odtąd co dzień do oddalonej o parę kilometrów szkoły, gdzie często karany był za brak uwagi, wolne zaś chwile spędzał wałęsając się po nadmorskiej plaży. Tam właśnie, zapewne w maju 1909 r. ujrzał go Leadbeater, który zaraz potem oświadczył swemu asystentowi. E.Wood'owi, że chłopiec ma najpiękniejszą aurę jaką kiedykolwiek oglądał - bez śladu egoizmu - i że stanie się on kiedyś wielkim duchowym nauczycielem. Wood nie krył bezgranicznego zdziwienia: pomagał czasem synom Narianiaha w nauce i Krishnę - w przeciwieństwie do błyskotliwego Nityanandy - miał niemal za idiotę.

Wkrótce potem Leadbeater oświadcza, że przez Krishnamurtiego - "o ile nic się nie popsuje" - przemówi Nauczyciel Świata i że on, Leadbeater, ma go do tego przygotować. Ważna rola miała też przypaść Nityi.

Jesienią obaj chłopcy zostają zabrani ze szkoły i odtąd uczeni są prywatnie przez grupę czołowych teozofów. Szczególny nacisk kładziono zrazu na naukę angielskiego, tak aby Krishna mógł porozmawiać z powracającą w listopadzie do Adyaru Annie Besant. Wcześniej jeszcze Leadbeater, stojąc za siedzącym na kanapie Krishną i trzymając rękę na jego głowie, dyktować poczyna relacje z jego trzydziestu poprzednich żywotów, które miały miejsce między 22 662 r. p.n.e. a 624 r. n.e. W ich trakcie stykał się on wciąż z przeszłymi inkarnacjami Besant, Leadbeatera, Nityi, Huberta van Hooka i innych znakomitych teozofów. W 1910 r. te relacje zaczął drukować Theosophist, a ponieważ w relacjach używano pseudonimów, żaden temat nie był w owym czasie goręcej w teozoficznym środowisku dyskutowany, niż kto występuje w Żywotach i co go łączy z ich bohaterem, Alcyone. (Halcyon to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Plejad.) Ale wkrótce wszyscy już wiedzą, że Alcyone to - w obecnym życiu - Jiddu Krishnamurti.

* * *

Stopniowo Leadbeater - na polecenie Mistrza K. H. - usuwa chłopców spod wpływów ojca. Opracowana zostaje dla nich specjalna dieta oparta na mleku i jajkach (Krishna cierpiał z tego powodu przez wiele lat na silne bóle brzucha, woli Mistrzów nikt jednak sprzeciwić się nie mógł). Zaaplikowane im też zostają ćwiczenia fizyczne - pływanie, jazda na rowerze, gra w tenisa - mające wzmocnić ich fizyczne organizmy (dbałość o umysły pozostawiono bezpośredniemu wpływowi Mistrzów). Jedzenie, nauka, ćwiczenia - wszystko to odbywało się wedle ściśle ustalonego porządku dnia. Leadbeater pilnował, by nikt nie dotykał rzeczy używanych przez Krishnę, mogło to bowiem spowodować ich nieporządane "magnetyzacje". Wełna i flanela nie mogły stykać się z jego skórą. Jedynymi chłopcami, z którymi mógł się kontaktować, byli Nitya i Hubert. Bardzo starannie przestrzeganą przez wiele lat wolą Mistrzów było, by Krishnamurtiemu towarzyszyło zawsze przynajmniej dwóch Wtajemniczonych teozofów.

1 sierpnia 1909 r. bracia przyjęci zostają przez Mistrza K. H. do nowicjatu, po czym w rekordowo krótkim czasie, 31 grudnia, Mistrz Krishnę akceptuje (Hubert na akceptację musiał czekać dwa lata). W międzyczasie przyjęto go do Sekcji Ezoterycznej. Mało tego, 11 stycznia 1910 zaakceptowany zostaje Nitya, Krishna natomiast zyskuje pierwsze Wtajemniczenie. (Znakomity astrolog przewidział na ten dzień niesłychanie korzystne położenia planet.) Wcześniej doszło do pierwszego spotkania chłopców z Besant, która wkrótce wyjechała do Benares. Uprzedzona jednak telegraficznie przez Leadbeatera wzięła, na płaszczyźnie astralnej oczywiście, udział w ceremonii Wtajemniczenia. Krishna i Leadbeater pozostawali poza swymi ciałami przez noc, dzień i noc, wracając do nich tylko na krótkie chwile, by pożywić się przynoszonym im ciepłym mlekiem. Natychmiast po fakcie Krishna tak opisał całe zdarzenie w liście do Besant:

Gdy pierwszej nocy opuściłem swe ciało natychmiast znalazłem się w domu Mistrza [K. H.] i spotkałem Go tam wraz z Mistrzem Morya i Mistrzem Djwal Kul. Mistrz z wielką życzliwością długo opowiadał mi wszystko o Wtajemniczeniu i co czynić powinienem. Następnie udaliśmy się wszyscy do domu Maitreji, gdzie raz już wcześniej byłem [podczas ceremonii akceptacji] i gdzie spotkaliśmy wielu Mistrzów - Mistrza Weneckiego, Mistrza Jezusa, Mistrza Hrabiego, Mistrza Serapisa, Mistrza Hilariona i obu Mistrzów Morya i K. H. Maitreja usiadł na środku, inni zaś otoczyli Go półkolem [tu w liście znajduje się rysunek]. Wówczas Mistrz ujął mą prawą dłoń a Mistrz Djwal Kul lewą i powiedli mnie przed oblicze Maitreji, ty zaś [Besant] i wujek [Leadbeater] stanęliście tuż za mną. Pan uśmiechnął się do mnie, ale rzekł do Mistrzów: "Kim jest ten, któregoście przede mnie przywiedli?" Mistrz zaś odparł: "Jest to kandydat na członka Wielkiego Braterstwa.

Następnie Mistrzowie K.H. i Djwal Kul udzielili kandydatowi poparcia, po czym nastąpiło istotne dla dalszego biegu wypadków wydarzenie:

Wówczas Pan rzekł: "Ciało kandydata jest bardzo młode, o ile ma on zostać przyjęty, to czy jacyś członkowie Braterstwa wciąż żyjący w świecie zewnętrznym gotowi są przejąć nad nim opiekę i dopomóc mu na tej wiodącej ku górze drodze?" Wówczas ty i wujek wystąpiliście, a oddawszy pokłon rzekliście: "Jesteśmy gotowi przejąć nad nim opiekę.

Zapytany przez Maitreję Krishna opiekę tą przyjmuje, a następnie odpowiada na szereg pytań. Wysłuchawszy odpowiedzi Mistrzowie wyrażają zgodę na przyjęcie go w ich poczet. Wreszcie

Pan odwrócił się do mnie i zawołał w stronę Shamballi "Czy czynię to, Panie życia i światła, w Twoim imieniu i dla Ciebie?" i natychmiast wielka Srebrna Gwiazda rozbłysła nad jego głową, a po obu jej stronach pojawiły się w powietrzu postacie - jedna Gautamy Buddy a druga Mahachohana. Maitreja zaś zawołał mnie prawdziwym imieniem Ego, położył swoją dłoń na mojej głowie i rzekł: "W imieniu Jedynego Projektodawcy, którego gwiazda świeci nad nami, przyjmuję cię do Braterstwa Wiecznego życia". Potem nastapiła wizyta u samego Samat Kumara, który jest chłopcem niewiele ode mnie starszym, lecz piękniejszym od wszystkich, jakich dotąd widziałem, [a choć tak potężny] że nic nie może sprzeciwić mu się ani na chwilę, to jednak jest samą miłością, tak że ani trochę się Go nie bałem.

Choć Narianiah był wyraźnie zadowolony zarówno z uzyskania przez Krishnę Wtajemniczenia, jak i z postępów, jakie jego synowie czynili w nauce, postawa Leadbeatera coraz bardziej go niepokoiła. W przeciwieństwie do Besant, która coraz głębiej angażując się w społeczne i polityczne życie Indii, coraz lepiej rozumiała też i doceniała kulturę tego kraju, Leadbeater odnosił się do indyjskiej tradycji z wyraźną pogardą. Stosownie do tego Mistrzowie nakazali mu wychować chłopców według reguł obowiązujących w wiktoriańskiej Anglii i wbrew danym wcześniej obietnicom poczęto łamać kastowe reguły. Przeniesiono też chłopców na stałe do zabudowań Towarzystwa Teozoficznego - co wywołało plotki związane z homoseksualnymi skłonnościami Leadbeatera i jeszcze bardziej niepokoiło ojca.

Zaalarmowana narastającym konfliktem Besant podejmuje się roli mediatorki. Skłania Narianiaha do podpisania 6 marca 1910 dokumentu przekazującego jej prawa do opieki nad chłopcami. Zabiera ich też ze sobą do Benares. Tu w październiku Krishna zaczyna nauczać. (Zdaje się, że miała to być analogia do nauczającego w świątyni 12-letniego Jezusa!) Jego słuchaczami byli m.in. George Arundale (1878-1945) i poeta Ernest Armine Wodehouse. W rezultacie ukazała się słynna książeczka. A oto co wiadomo o jej powstaniu.

W okresie nowicjatu Leadbeater począł co noc zabierać Krishnę do domu Mistrza K. H. w celu wysłuchania nauk. Ten po przebudzeniu spisywał to, co pamiętał, korzystając z pomocy swego odkrywcy jeśli chodzi o angielską pisownię. Teraz z Benares prosił listownie Leadbeatera o przesłanie mu tych notatek. Ten przepisał je wówczas na maszynie, po czym rękopis zabrał ze sobą do Mistrza K. H., który zmienił tu i ówdzie jakieś słowo, dodał parę uwag i zdań, a wreszcie pokazał tekst samemu Maitreji. Ów nie tylko całość zaaprobował, ale przykazał Leadbeaterowi: "Powinieneś zrobić z tego małą, ładną książeczkę, aby wprowadzić Alcyone w świat". Broszurę zatytułowaną At the Feet of the Master, by Alcyone (U stóp Mistrza, napisana przez Alcyone), wydano w grudniu 1910 r. Wkrótce potem ukazały się jej przekłady na 27 języków. (Do dziś ma ona wśród teozofów znakomitą renomę, w 1982 r. wydano ją w Adyarze po raz 35-ty, liczba przekładów wzrosła do 40.) Tekst zaczynał się od słów:

Słowa te nie są moimi, są to słowa Mistrza, który mnie nauczał. Bez niego nie mógłbym niczego dokonać, lecz z Jego pomocą wstąpiłem na ścieżkę. I ty pragniesz wejść na tą samą Ścieżkę, więc słowa, które do mnie mówił, pomogą i tobie, jeśli im będziesz posłuszny. (Przekład Wandy Dynowskiej.)

Leadbeater nigdy nie pokazał notatek, na podstawie których sporządził maszynopis. Wypytywany o całą tę historię Krishnamurti powiedział kiedyś, że sam chciałby wiedzieć, kto jest autorem tekstu. Tak czy inaczej posługiwał się nim nauczając w Benares.

11 stycznia 1911 George Arundale zakłada Zakon Wschodzącego Słońca, który w parę miesięcy później, przemianowany na Zakon Gwiazdy na Wschodzie (The Order of the Star in the East), stał się międzynarodową organizacją mającą przygotować ludzkość na Przyjście Nauczyciela Świata. ("Widzieliśmy gwiazdę jego na wschodzie" mówią szukający Dzieciątka Jezus mędrcy do Heroda.) Krishnamurti został Naczelnikiem Zakonu, Besant i Leadbeater jego Protektorami, Arundale Prywatnym Sekretarzen Naczelnika, Wodehouse Sekretarzem Organizacyjnym. Organem Zakonu był wydawany zrazu w Adyarze kwartalnik The Herald of the Star (Zwiastun Gwiazdy). Od stycznia 1914 roku pismo poczęło ukazywać się w Anglii jako miesięcznik drukowany na błyszczącym papierze, o objętości 64 stron z 24 pełnostronicowymi ilustracjami, z których część była barwna. Na okładce widniało nazwisko Krishnamurtiego, choć główny ciężar prac redaktorskich spoczywał na Arundale'u. Członkowie Zakonu nosili pięcioramienne srebrne gwiazdki, przywódcy mogli nosić gwiazdki złote. Na początku 1914 r. Zakon zrzeszał 15 tysięcy członków, nie wszyscy oni byli teozofami (do Towarzystwa Teozoficznego należało nieco wcześniej 16 tysięcy osób). Wtedy mniej więcej zaczęto używać imienia Krishnaji (sufiks -ji wyraża w Indiach cześć).

Odkrycie Krishnamurtiego i założenie Zakonu Gwiazdy doprowadziło do największej w dziejach Towarzystwa Teozoficznego schizmy: opuścił je w 1913 r., wraz z większością lóż niemieckich, Rudolf Steiner, tworząc własne Towarzystwo Antropozoficzne.

4. OKRES PRZYGOTOWAŃ

Wiosną 1911 r. Besant zabrała braci do Anglii. (Podczas podróży Krishna z pasją oglądał mechaniczne urządzenia statku, szczególnie interesował go aparat Marconiego.) Tłumy teozofów i ciekawskich witały przybywających 5 maja do Londynu. Chłopcy bywają w teatrach, oglądają koronację Jerzego V, a przede wszystkim werbują członków Zakonu Gwiazdy na Wschodzie. Wyjeżdżają też na kilka dni do Paryża w związku z wykładem Besant "Giordano Bruno jako Apostoł Filozofii w XVI W." (Bruno był jedną z jej przeszłych inkarnacji). 28 maja, w trakcie jednego ze spotkań w Londynie, Krishna wygłasił swą pierwszą publiczną mowę, która mimo przygotowań wypadła słabo z powodu wyraźnego zdenerwowania mówcy. 7 października wszyscy wrócili do Adyaru.

28 grudnia miało miejsce w Benares wydarzenie uznane za nadprzyrodzone. Tego dnia Krishnaji wręczał certyfikaty nowym członkom Zakonu. Gdy ceremonia się rozpoczęła, około czterystu zebranych odczuło promieniującą przezeń wielką moc, tak że podchodzący padać mu poczęli do stóp, on zaś stał uśmiechnięty i błogosławił ich unosząc dłonie. Odtąd 28 grudnia stał się w Zakonie świętem.

Narianiah, urabiany prawdopodobnie przez politycznych wrogów Besant, grozić poczyna odebraniem jej synów. Ustępuje wobec obietnicy wysłania ich do Anglii na studia, żąda jednak pełnego ich odizolowania od Leadbeatera. W pośpiechu Besant wypływa z chłopcami do Anglii, gdzie przybywają 16 lutego 1912 Towarzyszy im m.in. C. J. Jinarajadasa (1875-1953), wychowanek Leadbeatera i jeden z liderów Towarzystwa Teozoficznego. Następnych 10 lat bracia spędzą w Europie.

W marcu wyjeżdżają wszyscy do Taorminy na Sycylię, gdzie przybywają Leadbeater i Arundale. Tam Krishnaji odebrał 1 maja drugie Wtajemniczenie. Skończył też pisać książkę Education as Service (Wychowanie jako służba). Jest to opis życia idealnej szkoły - całkowitego przeciwieństwa placówek, w jakich tak bardzo cierpiał w Indiach. Niezależnie od sporów o autorstwo tekstu, trzeba zauważyć, że do końca wielką pasją Krishnamurtiego było stworzenie sieci takich szkół. Przez następnych 10 lat niczego więcej nie pisał.

W tym czasie Narianiah zmienia zdanie i żąda oddania synów pod swą opiekę. (W parę dni po odpłynięciu z Indii Besant wysłała telegram prosząc go o opuszczenie Adyaru, co potraktowane zostało jako wypowiedzenie wojny.) Wykorzystują to indyjscy wrogowie Besant i Towarzystwa Teozoficznego, czyniąc ze sporu sprawę publiczną, przypominając skandal Leadbeatera i ujawniając jego pobyt na Sycylii. Besant, w obawie przed porwaniem, ukrywa chłopców w Anglii, sama zaś wyjeżdża do Indii by podjąć w sądzie walkę o utrzymanie ich przy sobie. Odtąd przez dziesięć lat widywać się będą bardzo rzadko. Krishna będzie jednak bez przerwy pisywał do niej pełne uczucia listy, podkreślając, że zastępuje mu ona utraconą matkę. Przez cały czas bracia, święcie wierzący w czekającą ich misję, nie mają zamiaru wracać do ojca; nie utrzymują z nim nawet kontaktów listowych. Krishnaji koresponduje trochę z Leadbeaterem, choć bez żadnych sentymentów. (Stosunki między nimi stały się na zawsze chłodne od czasu, gdy w parę miesięcy po odkryciu Leadbeater, którego również drażnił tępy wyraz twarzy przyszłego Nauczyciela Świata, spoliczkował go, kiedy ten mimo ponawianych uwag słuchał go z otwartymi ustami.)

15 kwietnia 1913 sąd w Madrasie nakazuje Besant odesłać chłopców do ojca. Podobnie kończy się w październiku rozprawa apelacyjna. Wreszcie Besant odwołuje się do Privy Council w Londynie, który 5 maja 1914 rozstrzyga sprawę na jej korzyść. Decydującym argumentem była wola pozostania przy niej wyrażona przez obu braci. Nieco wcześniej zresztą Krishna, osiągnąwszy pełnoletniość, przestał podlegać władzy ojca.

W międzyczasie chłopcy przebywają w różnych miejscach w Anglii, we Francji i we Włoszech, zwykle w towarzystwie Arundale'a i Jinarajadasy. Mają wciąż innych nauczycieli, przez jakiś czas uczą się w szkole koło Rochester, cierpiąc tam z powodu żartów, jakie stroili sobie z nich inni uczniowie. Rasowe uprzedzenia, z jakimi się stykali, pogłębiane jeszcze przez krążące na ich temat plotki, sprawiają, że czują się samotni i obcy.

Czas jakiś mieszkają w posiadłościach panny Mary Dodge, okaleczonej przez artretyzm bogatej Amerykanki, stanowiącej ekonomiczny filar wielu przedsięwzięć Towarzystwa Teozoficznego. W 1913 r. poczyniła ona zapis, na mocy którego Krishnaji otrzymywał 500, Nitya zaś 300 funtów rocznie. Były to jedyne jego "własne" pieniądze; odbierał je do końca życia. Właśnie będąc gościem Dodge, Krishnaji nabrał arystokratycznych manier i począł nosić wytworne ubrania.

Po wybuchu wojny bracia zgłaszają swoją gotowość do pracy w formacjach pomocniczych, oferty jednak zostają odrzucone z powodu nasilonych w tym czasie uprzedzeń rasowych. Zasiadają więc do intensywnej nauki w nadziei rozpoczęcia studiów w Oxfordzie. Gdy nadzieje te zawodzą, próbują dostać się na uniwersytet w Cambridge, co również kończy się niepowodzeniem. W marcu 1918 r. Krishnaji oblał egzaminy na Uniwersytet Londyński (najwięcej trudności sprawiła mu matematyka); Nitya natomiast na ten uniwersytet się dostał i zaczął, mimo dużych kłopotów ze wzrokiem, studiować prawo.

Ważną rolę poczyna w tym czasie w życiu Krishnaji odgrywać Lady Emily Lutyens. Poznali się w dniu, gdy po raz pierwszy postawił stopę na angielskiej ziemi. Ona, córka Lorda Lyttona, Wicekróla Indii, miała wtedy 36 lat, była matką sześciorga dzieci i żoną wizjonerskiego architekta, projektanta Nowego Delhi, Edwina Lutyensa. Wkrótce zaniedbywać poczęła męża i dzieci, gotowa pójść wszędzie za przyszłym wehikułem Nauczyciela Świata. W okresach rozstań listy pisywali do siebie niemal codziennie. On traktował ją, podobnie jak Annie Besant, niczym utraconą matkę; jej uczucie prawdopodobnie nie było bynajmniej matczyne. Tak czy inaczej wokół ich związku krążyć poczynają plotki; wreszcie Besant nakazuje im ograniczyć kontakty, zaś Leadbeaterowi Mistrzowie wciąż odmawiają zaakceptowania Emilii. Wreszcie sam Krishnaji pisze do Leadbeatera: "Nie została zaakceptowana przez Mistrza w roku ubiegłym i to nasza wina, żeśmy Go nie prosili (...) W tym roku musi zostać zaakceptowana i zamierzam dopomóc jej tak, jak tylko potrafię" (list z 18 lutego 1915). W 1916 r. Lady Emily zaczyna redagować Heralda i znów, wkrótce po odrzuceniu artykułu Leadbeatera, swe niezadowolenie wyraża sam Maitreja; w rezultacie część jej obowiązków przejmuje Wodehouse. (Na swe pierwsze, przekazane przez Leadbeatera Wtajemniczenie, musiała czekać do 1925 r.)

Podlegał więc Krishnaji w tym czasie wpływom różnych osób, najczęściej zajmujących wysokie pozycje w hierarchii Towarzystwa Teozoficznego. Ale były to chyba wpływy powierzchowne. Pusty umysł chłopca wydał się może Leadbeaterowi idealną glebą dla posiewu teozoficznych idei; jeśli tak, to nie przewidział on, że idee te nie zapuszczą w tym umyśle korzeni. Oto jak krótko przed śmiercią mówił o tym sam Krishnamurti:

Chłopiec zawsze mówił "Zrobię wszystko, co zechcecie". Było w tym coś ze służalczości, poddaństwa. Chłopiec był niepewny, niezdecydowany, myślał mgliście, nie dbał najwyraźniej o to, co się działo. Był jak naczynie z dużą dziurą w dnie: cokolwiek doń włożono przelatywało, nie pozostawało nic.

Podczas tych lat zapomniał swój język rodzinny, znikły też z jego świadomej pamięci teksty hinduskich ksiąg świętych, modlitw, pieśni. Bracia stać się mieli angielskimi dżentelmenami, to bowiem angielski dżentelmen stanowił, w leadbeaterowskim schemacie ewolucji, szczyt ludzkiego rozwoju. Tymczasem pozbawiwszy Krishnamurtiego kultury rodzimej nie zaszczepiono w nim też (teozoficznej) kultury Zachodu.

Stopniowo Krishnaji tracić poczyna zainteresowanie zarówno teozofią, jak i czekającą go misją. Odmawia przekazywania posłań od Mistrzów; kiedyś wyznał wręcz, że ujrzawszy Mistrza przed sobą wstał i przeszedł przez wizję na wylot. Czas spędzał najchętniej jeżdżąc na motorowerze i majsterkując przy nim; inną jego pasją stała się gra w golfa (tak mechanikiem jak graczem był ponoć znakomitym). Gdy wkrótce po wojnie wydano w Paryżu na jego cześć wytworne przyjęcie, pojawił się na nim jako elegancko ubrany młody człowiek, o gestach nonszalanckich i nieco znudzonych, zapytany zaś, czy nie ciąży mu czekająca go misja roześmiał się i odparł, że bardziej interesuje go wynik najbliższego meczu na Wimbledonie. Pewnego razu wybrał się do kasyna, gdzie siłą woli starał się wpłynąć na wyniki ruletki - skończyło się na przegraniu niewielkiej sumy.

W tym czasie Besant kontynuowała walkę o autonomię dla Indii - w rezultacie została latem 1917 r. na trzy miesiące internowana. Jinarajadasa ożenił się, co wywołało prawdziwy szok, zwłaszcza wśród tych teozofów, którzy porzucali swych małżonków, by w stanie seksualnej czystości kroczyć Ścieżką. Krótko przed wybuchem wojny Leadbeater przeniósł się na stałe do Sidney, gdzie w 1916 r. konsekrowany został na biskupa Liberalnego Kościoła Katolickiego. (Kościół ten powstał w Niemczech jako wyraz protestu przeciw przyjętemu w 1870 r. dogmatowi papieskiej nieomylności, później praktycznie opanowany został przez teozofów.)

@

Gdy Krishnaji po raz trzeci oblał maturę Besant, z którą po paroletniej rozłące spotkał się w Londynie w kwietniu 1919 r., wysłała go z początkiem 1920 r. do Paryża by - skoro nie może dostać się na uniwersytet - nauczył się przynajmniej francuskiego. Półtoraroczny pobyt we Francji zaowocował przyjaźnią z rodziną de Manziarly, która trwać miała przez wiele dziesięcioleci. Duże w tym czasie wrażenie wywarła na nim lektura Idioty Dostojewskiego i Tako rzecze Zaratustra Nietzschego. Z upodobaniem czytał Naukę Buddy Paula Carusa i małą książeczkę Światło Azji. Z ksiąg biblijnych najwyżej cenił Pieśń Salomona, Eklezjastyka i Eklezjastesa. Ewangelii, jak twierdził, nigdy nie czytał. Latem 1920 r. uprawiać zaczął medytację, wzrosło też jego zainteresowanie Towarzystwem Teozoficznym i Zakonem Gwiazdy na Wschodzie, a od stycznia 1921 r. jego noty wydawnicze poczęły ukazywać się na łamach Heralda.

W lipcu 1921 r. odbył się w Paryżu pierwszy światowy Kongres Towarzystwa Teozoficznego, a 27 i 28 lipca pierwszy światowy Kongres Zakonu Gwiazdy na Wschodzie. W tym drugim uczestniczyło około dwa tysiące spośród trzydziestu tysięcy członków, jakich zrzeszała wówczas ta organizacja. Krishnaji objął przewodnictwo, a zręcznością w prowadzeniu obrad zdumiał samą Besant. Pod jego wpływem zdecydowano, że nie będzie w Zakonie żadnych rytuałów i że w dążeniu do Prawdy porzucić trzeba wszelkie tradycje, ideały i obrzędy. "Otwarty umysł konieczny jest aby zrozumieć Prawdę", pisał Krishnamurti w sierpniowym numerze Heralda.

15 sierpnia wyjeżdża do Holandii aby obejrzeć położony w pobliżu miejscowości Ommen (nieopodal Arnhem) XVIII-wieczny Zamek Eerde. Zamek, wraz z porastającym dwa tysiące hektarów lasem, baron Philip van Pallandt ofiarowywał Zakonowi Gwiazdy na Wschodzie. Podczas tego wyjazdu Krishnaji poznał Helen Knothe, 17-letnią Amerykankę, która stała się ponoć jego pierwszą miłością. Jednak tak małżeństwo jak seksualne kontakty z kobietami całkowicie wówczas wykluczał. Gdy w 1922 r. dowiedział się, że Mar de Manziarly zaręczyła się, pisał, źe równie dobrze mogłaby popełnić samobójstwo, bo "Pomyśl przecież, co Mar mogłaby zrobić dla Mistrza".

Wielki cień na wznowioną właśnie działalność rzuciła choroba brata. W maju 1921 r. Nitya dostał pierwszego krwotoku. Lekarz stwierdził gruźlicę i wysłał go na kurację do Szwajcarii. Krishnaji towarzyszył bratu.

W październiku poznaje Rajagopala (1901-19..), odkrytego przez Leadbeatera młodego Hindusa, który w jednym z przeszłych wcieleń miał być św. Bernardem z Clairveaux i który odtąd przez pół wieku pełnić będzie funkcje głównego organizatora jego działalności i wydawcy jego książek.

Na jesieni Nitya wydaje się wyleczony i 19 listopada bracia odpływają do Madrasu, co w zamierzeniu Besant stać się miało początkiem publicznej działalności Krishnaji. Zaraz po przyjeździe przebrał się w indyjskie ubrania - odtąd postępować tak będzie do końca życia, nosząc zachodnie ubrania w Europie i w Ameryce, a indyjskie w Indiach. W Benares i w Adyarze Krishnaji wygłasza publiczne mowy, pracuje też intensywnie dla Zakonu Gwiazdy na Wschodzie.

W połowie stycznia 1922 bracia spotykają się, z inicjatywy Nityanandy, w Madrasie z ojcem. Wedle relacji podanej przez Lutyens obaj padli na powitanie do jego stóp dotykając ich czołami, a wtedy Narianiah wyszedł by umyć nogi dotknięte przez nieczystych. Jayakar przeczy temu powołując się na pochodzącą z połowy lat 80-ch relację szwagierki Krishnamurtiego, wedle której ojciec przygotował na tą okazję wspaniałą ucztę, a synów na powitanie objął płacząc. Tak czy inaczej nigdy już więcej ojca, który zmarł dwa lata póżniej, nie zobaczyli.

12 kwietnia bracia przybyli do Sidney na zjazd Towarzystwa Teozoficznego. Spotkali tam Leadbeatera, który, odziany we wspaniałe biskupie szaty, jednocześnie wyświęcał młodych księży Liberalnego Kościoła Katolickiego i przekazywał posłania od Mistrzów. Doprowadziło to w Towarzystwie do rozłamu, wreszcie przeciwnicy zanieczyszczania teozofii przez Leadbeatera wznowili stare oskarżenia o homoseksualizm. Bracia stają w jego obronie, przecząc podczas dobrowolnych zeznań przed komisją śledczą, by kiedykolwiek dopuścił się on wobec nich czynów nierządnych.

5. OD WIZJI W OJAI W 1922 R. DO ŚMIERCI NITYANANDY

Odnawia się choroba Nityi, a badania rentgenowskie wykazują, że wbrew uprzedniej optymistycznej diagnozie nie tylko lewe płuco nie zostało wyleczone, ale że pojawiły się też nacieki na płucu prawym. Konieczny stał się szybki wyjazd w góry. Z zamiarem powrotu do Europy bracia przypływają do San Francisco, a 6 lipca docierają do Doliny Ojai (czyt. Ohaj), która stanie się odtąd - o ile słowa tego użyć można w odniesieniu do tego wiecznego tułacza - domem Krishnamurtiego, miejscem, w którym rozpocznie się proces wiodący go do Przebudzenia i w którym w 64 lata później zakończy on życie. Położona na skraju pustyni około 120 kilometrów na północ od Los Angeles, porośnięta pomarańczowymi gajami i otoczona wzgórzami, urzekła Krishnamurtiego swym pięknem. Bracia zamieszkali na jej odległym krańcu na wysokości ok. 500 m.npm. w drewnianym domu, nazwanym w przyszłości Sosnową Chatą (Pine Cottage); w domu obok zamieszkał towarzyszący im Sekretarz Generalny Towarzystwa Teozoficznego w Stanach Zjednoczonych A.P.Warrington. Grona dopełniała 19-letnia Amerykanka Rosalind Williams.

Jeszcze przed opuszczeniem Sidney Krishnaji otrzymał przekazane przez Leadbeatera posłanie od Mistrza K.H.:

Co do ciebie również żywimy najwyższe nadzieje. Umacniaj się i rozszerzaj i coraz bardziej się staraj, by poddać umysł i mózg w niewolę prawdziwej wewnętrznej jaźni. Bądź tolerancyjny wobec rozbieżnych poglądów i metod, każdybowiem nosi zwykle część prawdy ukrytą gdzieś we wnętrzu, choć często jest ona zniekształcona niemal nie do poznania.Szukaj tego najmniejszego błysku światła wśród styksowych ciemności każdego nieświadomego umysłu, bowiem dzięki jej rozpoznaniu i podsycaniu pomóc możesz młodszemu bratu.

Na początku sierpnia zaczął nad posłaniem tym medytować by, jak wyjaśniał w liście do Besant, przywrócić utraconą łączność z Mistrzami. A wtedy dziać się poczęło coś niezwykłego.

Zaczęło się wieczorem 17 sierpnia od silnego bólu karku. Następnego dnia Rosalind zastała go wijącego się z bólu. Patrzył nieprzytomnie, co chwila zaczynał jęczeć, dostawał drgawek i skarżył się na straszliwe gorąco. Czasem coś bredził. Najlżejsze dźwięki sprawiały mu ból. Czasami gwałtownie odpychał Rosalind od siebie, to znów przyzywał ją tak jak dziecko przywołuje matkę. Przez trzy kolejne dni stan jego ciągle się pogarszał. Pokój, a zwłaszcza łóżko, wydawały mu się nieznośnie brudne. Wyrażał też pragnienie znalezienia się w indyjskich lasach. Wreszcie w niedzielę 20 sierpnia wieczorem wyszedł na werandę, na której siedzieli Nitya, Rosalind, Warrington i kanclerz biskupi Liberalnego Kościoła Katolickiego p.Walton. I, jak to opisywał w liście do Besant sam Krishnamurti:

Zacząłem dochodzić do siebie, aż wreszcie p.Warrington zaproponował, bym poszedł pod rosnący koło domu pieprzowiec. Usiadłem tam ze skrzyżowanymi nogami w postawie medytacyjnej. Po pewnym czsie poczułem, że opuszczam swe ciało. Ujrzałem siebie siedzącego pod delikatnymi, wątłymi liśćmi drzewa. Zwrócony byłem ku wschodowi. Przede mną było moje ciało, a ponad mą głową ujrzałem Gwiazdę, jasną i czystą. Potem odczułem wibrację Buddy, zobaczyłem Maitreję i Mistrza K.H. Byłem tak szczęśliwy, cichy i spokojny. Widziałem swe ciało i unosiłem się obok. W powietrzu i we mnie panował tak głęboki spokój, spokój dna przepastnego, niezgłębionego jeziora. Niczym jezioro czułem, że moje fizyczne ciało, z jego umysłem i emocjami, wzburzone może zostać na powierzchni, ale że nic, dosłownie nic nie może zakłócić spokoju mej duszy. Obecność potężnych istot trwała jakiś czas, po czym One odeszły. Byłem nadzwyczaj szczęśliwy, gdyż widziałem. Nic już nie będzie takie samo. Napiłem się jasnych i czystych wód u źródła, z którego tryska życie i moje pragnienie zostało ugaszone. Nigdy już więcej nie będę spragniony, nigdy więcej nie znajdę się w zupełnych ciemnościach. Dotknąłem współczucia leczącego wszelki smutek i cierpienie; nie dla siebie, dla świata. (...) Miłość w całej swej chwale odurzyła me serce; moje serce nigdy już się nie zamknie. Piłem u źródła Radości i wiecznego Piękna. Jestem odurzony Bogiem.

Również Rosalind zachowywała się tak, jakby kogoś lub coś widziała, czyniła na głos pewne obietnice. Niczego jednak później nie pamiętała.

Po tych wydarzniach Krishnaji znalazł się w stanie ekstazy. (Krishnamurti prosił swą biografkę, Mary Lutyens, by pisząc o jego życiu po wydarzeniach w Ojai 1922 określała go przy pomocy samej tylko litery K. Przyjmuję tą konwencję w tym tekście.) Ale już na początku września cierpienia powracają - i to w formie zgoła niezwykłej. Regularnie około godziny 18:30 zaczynał się straszliwy ból głowy, karku i kręgosłupa, czemu towarzyszyło odczucie ogromnego gorąca, nadwrażliwość na dźwięki i czyjkolwiek dotyk. Krishnaji tracił niemal świadomość, słyszał dziwne dźwięki i widział jakieś twarze. Opiekującą się nim Rosalind często brał za swą zmarłą matkę, żywo też stawały mu przed oczami sceny z wczesnego dzieciństwa. Przemawiał przy tym głosem paroletniego dziecka. Wił się z bólu na łóżku jęcząc i bredząc, czasem wstawał i przewracał się nagle na podłogę. Później ból przeniósł się na jakiś czas na twarz i oczy ("Mamo, proszę, dotknij mojej twarzy, czy ona wciąż tam jest?") Po godzinie, a czasem po dwóch, ból powoli ustawał i K, choć wyczerpany, mógł coś zjeść. Rano wykonywał zwykłe czynności, to co się działo z nim wieczorem pamiętał mgliście.

Stany takie trwały przez szereg następnych lat, a ze znacznie mniejszym natężeniem do końca życia. Pojawiały się, co osobliwe, wówczas, gdy Krishnaji przebywał w spokojnym miejscu w gronie zaufanych przyjaciół, ale nigdy gdy podróżował i spotykał obcych. Krishnaji nigdy nie próbował zmniejszyć bólu przy pomocy leków; zawsze sądził, że jest to coś, przez co musi przejść, choć nigdy nie twierdził, że rozumie, co się z nim dzieje i dlaczego. W liście do Lady Emily z 16 września 1922 pisał, że nie wie, czy staje się jasnowidzem czy wpada w obłęd. Również liderzy Towarzystwa Teozoficznego niczego wyjaśnić nie potrafili. Leadbeater stwierdził, że wydarzenie z 20 sierpnia było trzecim Wtajemniczeniem Krishnaji (Rosalind zaś przyjęta została do nowicjatu), ale jeśli o bóle chodzi to uczciwie przyznawał, że nic z tego nie rozumie. Ogólnie teozofowie przekonani byli, że są to objawy jakichś zabiegów, jakim Mistrzowie poddają ciało Krishnaji by przygotować je do czekającej go misji. Z braku lepszego określenia nazwano to "procesem".

Pod wpływem tych duchowych doznań Krishnaji pisać zaczął poezje. Najpierw powstaje poemat prozą, noszący w polskim przekładzie tytuł Droga: alegoryczny obraz samotnej wędrówki Drogą poprzez kolejne żywoty ku Przebudzeniu. Tekst kończy zdanie: "Jestem Bogiem". (W 1930 r. Krishnaji skrytykował podstawową ideę poematu mówiąc:

Drogę napisałem wtedy, gdy wciąż jeszcze dzieliłem życie w tym świecie ułudy. Teraz nie istnieje dla mnie nic takiego jak podział życia: jest ono całością, prawda bowiem znajduje się we wszystkim (...) Do tej prawdy nie ma drogi, znajduje się ona bowiem w każdym umyśle i w każdym sercu (...) Gdy zrozumiałem to w pełni zaistniała Rzeczywistość Bez Dróg [Pathless Reality].

W ciągu następnych kilku lat ukazało się na łamach Heralda i innych pism kilkadziesiąt wierszy i poematów prozą, wydano też trzy poetyckie tomy. W 1930 r. Krishnaji wiersze przestał pisać na zawsze.

Przez parę następnych miesięcy K, przechodząc co wieczór tortury, opiekował się chorym bratem. Z początkiem 1923 r. podejmuje jednak działalność na rzecz Towarzystwa Teozoficznego i Zakonu Gwiazdy na Wschodzie. Obok not dla Heralda pisze comiesięczne posłania do Międzynarodowych Grup Przygotowania Się, wygłasza odczyty i zbiera pieniądze. W połowie lutego zakupiony zostaje dla braci zniszczony i pozbawiony wygód dom w Dolinie Ojai, nazwany potem Arya Vihara, wraz z kilkoma hektarami ziemi. Ponieważ Krishnaji nie chciał osobiście niczego posiadać, formalnym właścicielem posiadłości stał się utworzony w tym celu The Brothers Trust.

W maju bracia opuszczają Dolinę Ojai i w czerwcu przybywają do Anglii. W lipcu biorą w Wiedniu udział w Kongresach Towarzystwa Teozoficznego i Zakonu Gwiazdy na Wschodzie, temu drugiemu Krishnaji osobiście przewodniczy. Potem w towarzystwie grupy przyjaciół wyjeżdżają w Alpy Tyrolskie. Tu znów zaczyna się "proces"; tym razem rolę opiekunki pełni Helen Knothe (K najwyraźniej podczas trwania "procesu" potrzebował obecności kobiety).

22 września wyjeżdżają do Zamku Eerde, który przekazany zostaje, wraz z otaczającą go posiadłością ziemską, przez barona van Pallandta specjalnie utworzonemu Trustowi. Przez następnych 6 lat Zamek pełnić będzie rolę siedziby głównej Zakonu Gwiazdy na Wschodzie.

W listopadzie 1923 bracia wyjeżdżają do Ojai, tym razem w towarzystwie Rajagopala, który - jako drugi obok Nityi Wtajemniczony - opiekować się miał Krishnaji podczas spodziewanego nawrotu "procesu". Zamieszkali w Arya Vihara, spędzając pierwsze tygodnie na doprowadzaniu domu do jako takiego stanu. "Proces" rychło się rozpoczął i trwał z natężeniem większym niż kiedykolwiek dotąd. Cierpienia i spowodowane nimi wyczerpanie były tak wielkie, że Nitya - acz święcie przekonany, że wszystko to jest wynikiem zabiegów, jakim Mistrzowie poddają ciało brata - zwrócił się listownie o pomoc do Leadbeatera. Ten jednak odparł: "Nie rozumiem tego straszliwego dramatu, przez jaki przechodzi nasz umiłowany Krishna, chciałbym jednak być o wszystkim często informowany, bo naprawdę bardzo mnie to niepokoi. Trudno uwierzyć, by cały ten straszliwy ból miał być dlań korzystny lub niezbędny". Leadbeater wysłał do Ojai dr Rocke, lekarkę,która uzyskała już Wtajemniczenie, ta jednak też niczego pojąć nie zdołała. Podcas jej pobytu Krishnaji 11 kwietnia 1924 przekazał posłanie od samego, jak wierzono, Maitreji:

Moi synowie, cieszą mnie wasze wytrwałość i męstwo. To była długa walka, to zaś, co osiągnęliśmy, stanowi spory sukces. Choć było wiele trudności, dość łatwo je pokonaliśmy. Wiele było rozdziałów w postępie ewolucji, a każde stadium ma swoje próby. Jest to dopiero początek wielu zmagań. Bądźcie równie mężni i z równą gotowością znoście to w przyszłości (...) Tak tylko możecie nam pomóc.

Dalej Mistrz prosił m.in., by bracia pozostali jeszcze czas jakiś w Ojai. Niestety z wyjątkiem dr Rocke żaden lekarz czy psychiatra nigdy "procesu" nie badał.

* * *

W czerwcu bracia wraz z Rajagopalem przypływają do Europy, gdzie towarzyszą Besant podczas szeregu teozoficznych imprez (na jedną z nich, do Paryża, polecieli po raz pierwszy w życiu samolotem). W połowie sierpnia zaś odbył się w Ommen, na terenach przylegających do Zamku Eerde, pierwszy Obóz Gwiazdy. Trwał dwa dni, uczestniczyło w nim około 500 osób mieszkających w namiotach i myjących się w przepływającej przez teren obozu rzece. Krishnaji przemawiał podczas wieczornych ognisk kładąc nacisk na potrzebę uczuć: by kroczyć po ścieżce Uczniostwa nie wystarczą koncepcje intelektualne, potrzeba energii, którą daje tylko miłość.

Od 18 sierpnia do 28 września Krishnaji wraz z bratem i małym gronem przyjaciół (m.in. Lady Emily z córkami Betty i późniejszą biografką Krishnaji Mary) przebywa w hotelu w Pergine we Włoszech. "Proces" trwa przez cały niemal czas. Ponieważ część zebranych chciała zaraz potem wyjechać do Sidney, gdzie Leadbeater zgromadził wokół siebie grono młodych ludzi, którzy żyjąc w kierowanej przez niego wspólnocie czynili szybkie duchowe postępy, zwrócono się do Krishnaji z prośbą, by ich na tę okazję przygotował. W rezultacie Krishnaji przez trzy tygodnie co dzień rano, siedząc na ziemi pod jabłonią, naucza o Mistrzach i o tym jak im służyć, a także o konieczności duchowej przemiany, która jest "tak łatwa" i "tak zabawna", ale którą osiągnąć mogą tylko ci, którzy gotowi są w każdej chwili porzucić wszystko i wszystkich. Dziewczęta przekonywał, że to tylko ludzka natura każe im wyjść za mąż i założyć dom - a tego nie można pogodzić ze służeniem Mistrzowi.

W październiku Rajagopal powraca do Cambridge by dokończyć przerwane studia prawnicze, bracia zaś w towarzystwie Helen, Lady Emily z córkami i paroma jeszcze osobami odpływają w kierunku Sidney. Po drodze zatrzymują się na kilka miesięcy w Adyarze. Nitya, który wydawał się wyleczony, dostaje krwotoków, szybko więc wyjeżdża w zdrowsze okolice, podczas gdy Krishnaji w Adyarze naucza podobnie jak w Pergine. W styczniu 1925 wyjeżdża do Madanapalle, miejsca swoich urodzin, szukając miejsca na założenie uniwersytetu. Znajduje w okolicy odpowiednie miejsce, ale realizację planów odłożyć musi na później.

Podczas sennych wizji w tym okresie K, jak wyznawał w listach, odwiedził samego Mahachohana by, w zamian za własne szczęście, prosić o zdrowie dla Nityi. Odpowiedź była pozytywna. Gdy jednak w marcu wyruszyli w dalszą drogę, stan chorego znacznie się pogorszył. W Sidney, dokąd przybyli 3 kwietnia, czekał na Krishnaji amfiteatr na 2500 miejsc specjalnie zbudowany nad brzegiem morza by, gdy nadejdzie czas, Nauczyciel Świata objawił się ludziom.

Nityę wysłano natychmiast w zdrowe okolice. Przybysze, zgodnie z oczekiwaniami, czynić poczynają szybkie postępy. Tymczasem Krishnaji trzyma się cały czas na uboczu i odmawia udziału w obrzędach Liberalnego Kościoła Katolickiego.

Gdy Nitya poczuł się lepiej bracia odpływają do Ameryki. Podczas rejsu Nitya bliski był śmierci, dotarli jednak w lipcu do Ojai. Krishnaji odwołał swój udział w drugim Obozie Gwiazdy w Ommen. Tymczasem w Europie wybucha rebelia.

Parę kilometrów od Ommen znajduje się miejscowość Huizen, gdzie mieściło się kierowane przez J.Wedgwooda europejskie centrum Liberalnego Kościoła Katolickiego. Przybył tam właśnie, ze swą młodą żoną Rukmini, George Arundale i wkrótce sam zaczął przekazywać posłania od Mistrzów. Szybko zostaje księdzem, a w sierpniu biskupem. W tym czasie do Huizen przybywają Besant, Rajagopal, Emily Lutyens i inni. W ciągu paru dni Arundale i Wedgwood przechodzą, co przekazuje sam Arundale, trzecie i czwarte Wtajemniczenie i - osiągając stopień Arhata - zrównują się z Besant i Leadbeaterem. Rukmini trzy pierwsze Wtajemniczenia zyskuje w ciągu trzech kolejnych dni. Również astralne ciało Krishnaji przybywa (bez wiedzy zainteresowanego) z Ojai do Huizen po czwarte Wtajemniczenie (podczas ceremonii, jak zaświadczał Arundale, prosił o zdrowie dla Nityi). W Heraldzie Arundale ogłasza artykuł, w którym stwierdza, że choć Krishnaji na Obóz do Ommen przyjechać nie może, to spodziewać się należy przybycia dużej liczby uczestników, skoro tak on jak Besant będą obecni. Mało tego. Podczas swej ostatniej na Ziemi bytności (pod postacią Jezusa) Maitreja miał dwunastu apostołów - a więc i tym razem tylu mieć będzie. 10 sierpnia Arundale przekazuje nazwiska dziesięciu z nich: Besant, Leadbeater, Jinarajadasa, Arundale z żoną Rukmini, Wedgwood, Nitya, E.Lutyens, Rajagopal i Oscar Kölleström. Obóz rozpoczął się 11 sierpnia - i wtedy Besant nazwiska te publicznie ogłasza. A 14-go, w dniu zamknięcia Obozu, piąte i ostatnie Wtajemniczenie, przekazane przez Arundale'a, otrzymali Besant, Leadbeater, Krishnamurti, Jinarajadasa, Wedgwood, Kölleström i Arundale. Oznaczało to osiągnięcie przez nich boskości. (Leadbeater spodziewał się, że on i Besant stopień taki osiągnąć będą mogli dopiero w następnym życiu, co do Krishnamurtiego sądził, że będzie on tylko narzędziem, którym posłuży się Bóg.)

Cała ta histeria poprzedzała Jubileuszowy Zjazd Towarzystwa Teozoficznego, jaki odbyć się miał w Adyarze w 50 rocznicę założenia ruchu. Na Zjazd ten wyjeżdża też Krishnaji zapewniony, że Mistrzowie nie pozwolą Nityi umrzeć. Ale proszony o potwierdzenie autentyczności najnowszych przekazów milczy. W pierwszych dniach października dochodzi do spotkania Besant i Krishnaji z przyodzianymi w biskupie szaty Arundalem i Wedgwoodem. Sam Mahachohan, przez usta George'a, sforuje Krishnaji za jego sceptycyzm ostrzegając, że zmarnować może w ten sposób swoje szanse. Mało tego, uznanie najnowszych Wtajemniczeń i Apostołów staje się warunkiem zachowania życia Nityi!

Wszyscy 8 listopada odpływają z Neapolu do Indii. Tego dnia Krishnaji otrzymał telegraficzną wiadomość, że brat jego chory jest na grypę. 13-go w Port Said czekał nań telegram "Grypa jeszcze gorsza. Módl się za mnie". Nadal jednak wyraża silne przekonanie, że gdyby Nitya miał umrzeć, Mistrzowie nie pozwoliliby mu wyjechać z Ojai. 14 listopada Annie Besant osobiście przekazuje mu wiadomość, że brat jego poprzedniego dnia zmarł.

* * *

Szok był straszliwy. Jak zapisał mieszkający z Krishnaji w jednej kajucie Shiva Rao, wiadomość o śmierci brata

załamała go zupełnie; dokonała więcej - cała jego filozofia życia - jego ślepa wiara w przyszłość nakreśloną przez Besant i Leadbeatera, w żywotną w tym rolę Nityi, wszystko to się w tym momencie zawaliło. W nocy szlochał, jęczał i przywoływał Nityę, czasem w swym rodzinnym Tulungu, którym nie umiał mówić w stanie przytomności. Dzień po dniu czuwaliśmy nad nim, załamanym i pozbawionym złudzeń. Dzień po dniu wydawał się zmieniać, zbierać się w garść w wysiłku, by stanąć twarzą w twarz z życiem - ale bez Nityi. Przechodził wewnętrzną rewolucję, znajdował nową moc.

Co się w ciągu tych dni w duszy Krishnaji działo? Możemy się tego tylko domyślać, prawdopodobnie jednak brzmi wyjaśnienie podane przez P.Jayakar: Od trzech lat przechodził Krishnaji dziwny proces, w trakcie którego przeżycia mistyczne mieszały się z fizycznym bólem. Poddając się opiniom teozoficznego otoczenia przeżycia te interpretował jako spotkania, na płaszczyźnie astralnej, z Mistrzami, ból zaś jako skutek zabiegów przygotowawczych, jakim Mistrzowie poddawali jego ciało. Mało tego, tak podczas bólów jak podczas ekstazy Mistrzów faktycznie widywał. Ale pamiętajmy, że jako małe dziecko widywał, zasugerowany przez matkę, zmarłą siostrę, widywał też Sri Krisznę - takiego, jak na wiszących w domu świętych obrazach. W ogóle nie bardzo odróżniał w tamtych czasach jawę od snu. Gdy zaś zaadoptowała go Annie Besant zaczął widywać Mistrzów - takich, jacy namalowani byli na wiszących w Adyarze malowidłach. Buntował się wprawdzie przeciw temu, co w działalności teozofów uważał za profanację świętości, powątpiewał w autentyczność niektórych przekazów, ale, o ile możemy sądzić, do listopada 1925 nie wątpił w istnienie Mistrzów. Oni zaś obiecali mu, że Nitya nie umrze. Teraz, w obliczu śmierci, płaszczyzna fizyczna wzięła górę nad astralną, czy - jeśli kto woli - wydarzenia na jawie dowiodły fałszywości halucynacji. Tak czy inaczej nigdy już Krishnaji Mistrzów w mowach swoich nie wspomniał. Chyba właśnie podczas dziesięciodniowej żeglugi z Port Saidu do Indii ukształtował się fundament nauczania Krishnamurtiego: z duchowego punktu widzenia wszelkie wyobrażenia są bez wartości, przeciwnie, wikłają nas one w labirynt ułudy; wyzwolenie osiągamy poprzez zobaczenie tego, co jest.

Tak czy inaczej gdy 25 listopada wszyscy przybyli do Adyaru Krishnaji był już kimś zupełnie innym. Twarz jego promieniała, nie było na niej ani śladu przejść sprzed paru dni. Wkrótce ogłasza na łamach Heralda tekst zawierający znamienne oświadczenie:

Na płaszczyźnie fizycznej mogliśmy zostać rozdzieleni, a teraz jesteśmy nierozdzielni (...) Bowiem mój brat i ja jesteśmy jednym. Jako Krishnamurti mam teraz większy zapał, większą wiarę, większe współczucie i większą miłość, bo teraz jest we mnie również ciało, Istota Nityanandy (...) Wiem, jak płakać w milczeniu, ale to rzecz ludzka. Wiem teraz z większą niż kiedykolwiek pewnością, że istnieje w życiu prawdziwe piękno, prawdziwe szczęście, którego nie może zniweczyć żadne zdarzenie fizyczne; wielka siła, której nie mogą osłabić przemijające fakty i wielka miłość, która jest trwała, nieprzemijająca i niezwyciężona.

W kilka dni później przybył Leadbeater, który powitał Krishnaji słowami: "Cóż, przynajmniej ty jesteś Arhatem"; autentyczności Wtajemniczeń przekazanych przez Arundale'a jednak nie uznał. Besant podejmuje rozpaczliwe próby pogodzenia zwaśnionych stron. Prowadzi Krishnaji któregoś dnia do pokoju, w którym siedzą Leadbeater, Jinarajadasa, Arundale i Wedgwood i pyta, czy uznaje ich za swoich uczniów, na co ten wprost oświadcza, że nie, z wyjątkiem może jej jednej. Godzi się jedynie na udział w kilku ceremoniach, wygłaszając przy okazji cykl mów opublikowanych wkrótce pt. Temple Talks.

 

6. POCZĄTKI DZIAŁALNOŚCI NAUCZYCIELSKIEJ

Od 24 do 27 grudnia 1925 odbywał się w Adyarze, w atmosferze niesłychanej egzaltacji i podniecenia, Jubileuszowy Zjazd Towarzystwa Teozoficznego. Ponad trzy tysiące ludzi przybyło z całego świata, spodziewając się ujrzeć we własnych osobach Mistrzów, a może i wyższe jeszcze istoty. Skończyło się wszystko wielkim rozczarowaniem. 28 grudnia rozpoczął się Kongres Zakonu Gwiazdy na Wschodzie. Pod koniec porannej mowy Krishnaji mówił o Nauczycielu Świata: "Przychodzi on do tych tylko, którzy pragną, którzy pożądają, którzy tęsknią..." - i tym momencie jego głos i wyraz twarzy uległy raptownej zmianie i dalej mówił już w pierwszej osobie:

Przyszedłem dla tych, którzy pragną współczucia, którzy tęsknią za wyzwoleniem, którzy tęsknią, by znaleźć we wszystkim szczęście. Przyszedłem by reformować a nie by zrywać, przyszedłem nie by niszczyć ale by budować.

Annie Beasant nie miała wątpliwości, co się stało:

to wydarzenie oznaczało ostateczną konsekrację wybranego wehikułu (...) ostateczną akceptację ciała wybranego dużo wcześniej (...) Przyjście się rozpoczęło (...) Naturalnie oczekiwać należy sprzeciwu; czyż Hebrajczycy Go uznali lub czy Rzymianie z radością Go powitali gdy On po raz pierwszy przybył w ciele rasy ujarzmionej? Historia powtarza się na naszych oczach.

Podobnie zinterpretował całe wydarzenie Leadbeater. Arundale i Wedgwood upierali się jednak, że niczego nie zauważyli. Co ciekawe, sam Krishnaji zdawał się popierać stanowisko Besant i Leadbeatera. Na zakończenie Kongresu mówił:

Napiliście się u źródła mądrości i wiedzy. Powinniście wspominać 28-go tak jakbyście chronili drogocenny klejnot, a ilekroć nań spojrzycie czuć musicie wzruszenie. A gdy On przyjdzie znowu, a pewien jestem że przyjdzie znowu już niedługo, będzie to wówczas dla nas zdarzenie wznioślejsze i o wiele piękniejsze niż ostatnim razem.

W lutym 1926 r. Krishnaji wygłasza cykl mów do uczniów teozoficznej szkoły w Benares. Później tego typu mowy wygłaszać będzie regularnie przez dziesiątki lat, a edukacja stanie się jego wielką pasją. Przez następne dwa miesiące leczy się z zatrucia pokarmowego, a w maju odpływa w towarzystwie Besant, Rajagopala (który w miejsce Nityi został Sekretarzem Organizacyjnym Zakonu), Rosalind i paru jeszcze osób z Bombaju do Anglii.

Od 3 do 19 lipca Krishnaji przebywa na Zamku Eerde w towarzystwie 35 zaproszonych osób. Po wyzdrowieniu z ciężkiego przeziębienia od 7-go wygłaszać poczyna cykl porannych mów. W opinii niektórych rozegzaltowanych uczestników parokrotnie przemawiał przezeń sam Bóg. Teksty tych improwizowanych mów wydane zostały jako Królestwo szczęścia (w przypadkach tekstów tłumaczonych na język polski podawać będę tytuły przekładów). W tym czasie Krishnaji nie był jeszcze dobrym mówcą, często się powtarzał i nie kończył zdań, dlatego stenogramy poddawano licznym redakcyjnym zabiegom.

24 lipca rozpoczął się trzeci Obóz Gwiazdy w Ommen. Uczestniczyło w nim około dwa tysiące osób bardzo wielu narodowości (Zakon skupiał w tym czasie 43 600 członków, z czego około dwóch trzecich stanowili członkowie Towarzystwa Teozoficznego). Spali oni w namiotach, w większych namiotach jedzono posiłki, był też wielki namiot w którym odbywały się spotkania; stałe chaty mieściły pocztę, księgarnię, gabinet lekarski i biuro organizacyjne. W środku obozu zbudowano amfiteatr; tam co wieczór rozpalano ognisko, przy którym K, odśpiewawszy hymn do Boga Ognia, Agni, wygłaszał mowy. Tekst ich opublikowano wkrótce pt. Jezioro mądrości. 27-go w opinii wielu obecnych przez Krishnaji przemawia Maitreja. Ale nie zdaniem Wedgwooda, który szepcze Besant do ucha, że widzi Czarnego Maga stojącego obok Krishnaji i kierującego jego słowami. Później stanie się to dogodną bronią w rękach Arundale'a i jego stronników: ilekroć Krishnaji mówi rzeczy im odpowiadające przypisują to Maitreji, ale gdy powiada coś sprzecznego z ich poglądami - a w miarę upływu czasu zdarzać się to będzie coraz częściej - rozpuszczane są pogłoski, że zawładnęli nim "Czarni". 29-go Obóz się kończy.

Bezsilna wobec frakcyjnych walk Besant chciała podać się do dymisji, powstrzymało ją jednak zapewnienie Leadbeatera, że sprzeczne by to było z wolą Mistrzów. Zamiast tego wyrusza w towarzystwie K, Rosalind i Rajagopala do Stanów Zjednoczonych. Ich przybycie 26 sierpnia do Nowego Jorku zgromadziło spory tłumek reporterów, ponad czterdziestu z nich przeprowadziło następnego dnia wywiad z K, z którego mimo podstępnych pytań wyszedł zwycięsko. W prasie ukazuje się szereg artykułów pod sensacyjnie brzmiącymi tytułami, gazetowe plotki łączą Krishnaji raz z Rosalind a raz z Heleną. 3 października przybywają wreszcie do Ojai. Silny obrzęk prawej piersi zmusił Krishnaji do rezygnacji z wyjazdu do Indii. Następne pół roku spędza więc, w towarzystwie Besant, Rosalind, Rajagopala i przybyłych później Emilii i Mary Lutyens, w Ojai. Pisze w tym czasie wiele wierszy. Ale w styczniu znów zaczyna się "proces". Podczas trwania bólu nie poznawał obecnych i mówił (po angielsku) niczym paroletnie dziecko, o Krishnaji wyrażając się niczym o starszym bracie. Później nie pamiętał niczego co - jako dziecko - mówił, jako K, jak się wydaje, nie cierpiał. W międzyczasie Besant dokupiła w pobliżu Arya Vihara około 200 hektarów ziemi przeznaczonej na budowę szkoły, a u wylotu Doliny około 100 hektarów na organizację dorocznych obozów - na tym drugim terenie znajdował się Dębowy Gaj (Oak Grove). Długi wspólny pobyt sprawił, że Besant zmieniła pogląd na to, kim jest człowiek zwany Jiddu Krishnamurti; w październiku pisała do Arundale'a: "J.K. zmienia się przez cały czas; ale nie wygląda to tak. jakby on wychodził a Bóg wchodził, wygląda to raczej na zmieszanie się świadomości". Sam zaś Krishnaji pisał 9 lutego 1927 do Leadbeatera:

Znam swe przeznaczenie i swą pracę. Wiem z pewnością, że łączę się w jedno ze świadomością jedynego Nauczyciela i że On wypełni mnie całkowicie. Czuję również i wiem, że moje naczynie pełne jest niemal po brzegi i że wkrótce się przeleje. Do tego czasu muszę czekać spokojnie i ze skwapliwą cierpliwością. Pragnę wszystkich uszczęśliwić i uszczęśliwię ich.

Przed wyjazdem z Ojai Annie Besant publikuje oświadczenie:

Boski duch zstąpił raz jeszcze na człowieka, Krishnamurtiego, który w tym życiu jest literalnie doskonały, jak to mogą poświadczyć ci, którzy go znają. Nauczyciel Świata jest wśród nas.

W międzyczasie Nauczyciel Świata wymienił oddanego mu do użytku luksusowego Lincolna na Packarda, najlepszy w jego opinii amerykański samochód. Po czym konkurować począł z jednym ze swych młodych bogatych kolegów w ustanawianiu rekordów prędkości na trasie z Hollywood do Ojai. W Hollywood utrzymywał wówczas towarzyskie kontakty z paroma słynnymi wówczas aktorami.

10 maja 1927 Krishnamurti i Besant przypływają do Anglii. Powitał ich tłum składający się głownie z rozhisteryzowanych kobiet, krzyczących i obrzucających Krishnaji naręczami kwiatów. W dwa tygodnie później na zebraniu Sekcji Ezoterycznej Krishnaji oświadcza, że Mistrzowie to coś marginalnego (only incidents) - co wywołuje wśród słuchaczy prawdziwy szok. Tymczasem nieświadoma rozwoju wydarzeń Besant wygłasza w Londynie cztery wykłady pt. "Nauczyciel Świata a Nowa Cywilizacja". 19 czerwca Krishnaji wygłaszać poczyna codzienne mowy do 60 osób zgromadzonych na Zamku Eerde. Tak jak rok wcześniej Besant w tym przygotowawczym do Obozu Gwiazdy zgromadzeniu nie uczestniczy, przebywa natomiast w towarzystwie Wedgwooda w pobliskim Huizen. Dochodzi do sporu pomiędzy nią a Arundale'm o to, kim jest Krishnaji - żadne z nich nie ustępuje, ale zatajają swe nieporozumienia przed opinią publiczną. Tymczasem Krishnaji zapada na zapalenie oskrzeli. Przez 10 dni Lady Emily czyta zgromadzonym jego poezje, podczas gdy on w łóżku spędza czas na lekturze sensacyjnych powieści Edgara Wallace'a. 30 lipca znów zaczyna przemawiać:

Nie wolno wam uczynić ze mnie autorytetu. Jeśli stanę się niezbędny, to cóż uczynicie gdy przeminę (...) Niektórzy z was myślą, że mogę dać wam napój, który was wyzwoli (...) tak nie jest. Mogę być drzwiami, ale to wy musicie przez nie przejść i znaleźć leżące za nimi wyzwolenie (...) Ten kto osiągnął wyzwolenie stał się Nauczycielem - jak ja. Leży w mocy każdego wejść w ten płomień, stać się płomieniem.

Wniosek z tego był oczywisty: Mistrzowie są dla rozwoju duchowego zbędni. Wśród słuchaczy zapanowuje konsternacja.

Mimo to podjęte zostają ważne kroki organizacyjne. Skoro Nauczyciel już przyszedł, Zakon Gwiazdy na Wschodzie przemianowany zostaje na Zakon Gwiazdy, Herald of the Star (Zwiastun Gwiazdy) zmienia tytuł na Star Review (Przegląd Gwiazdy). Założony też zostaje miesięcznik International Star Bulletin, wydawany przez utworzony w Holandii The Star Publishing Trust (jego polskojęzyczna wersja nosiła tytuł Wiadomości Gwiazdy). Cele Zakonu określono następująco:

Połączyć wszystkich, którzy wierzą w obecność Nauczyciela Świata na Ziemi.

Pracować na wszelkie sposoby nad urzeczywistnieniem ustanowionych przez niego dla ludzkości ideałów.

Wkrótce potem Jinarajadasa sprzeciwia się pierwszemu z tych sformułowań, zdaje się ono bowiem utożsamiać Krishnamurtiego-ucznia z Bogiem-Nauczycielem. Część zebranych broni jednak sformułowania, zaś sam Krishnaji próbuje bezskutecznie przekonać oponenta, że naprawdę jest Nauczycielem. Besant woli w tym czasie przebywać w Huizen wśród starych wizerunków; tam w parę dni później Jinarajadasa oświadcza, że jeszcze wielu żywotów będzie Krishnaji potrzebował by stać się Buddą.

2 sierpnia, na dzień przed przyjazdem Besant, Krishnaji pytany, czy wierzy w Mistrzów i kim jest ów Umiłowany (the Beloved), z którym, jak twierdzi, w pełni się zjednoczył, odpowiada:

Gdy byłem małym chłopcem widywałem Sri Krishnę, z fletem, takiego jakim przedstawiają go Hindusi (...) Gdy dorosłem i zetknąłem się z Biskupem Leadbeaterem i z Towarzystwem Teozoficznym, zacząłem widywać Mistrza K.H. - znów w postaci jaką mi przedstawiono (...) Jeszcze później, w miarę jak dojrzewałem, zacząłem widywać Maitreję. Było to przed dwoma laty, stale zaś widywałem go w takiej postaci, jaką mi przedstawiono (...) Ostatnio tym, którego widywałem, był Budda (...) Zapytano mnie, co rozumiem przez "Umiłowanego". Podam znaczenie, wyjaśnienie, które zinterpretujecie tak jak wam się podoba. Dla mnie oznacza to wszystko - to jest Sri Kriszna, to jest Mistrz K.H., to jest Maitreja, to jest Budda, a jednak jest to poza wszystkimi tymi postaciami. Czyż imię nie jest obojętne? (...) Martwi was to, czy istnieje ktoś taki jak Nauczyciel Świata, który przejawił siebie w ciele pewnej osoby, Krishnamurtiego; ale w świecie nikogo pytanie to nie obchodzi (...) Mój Umiłowany to otwarte niebo, kwiat, każda istota ludzka (...) Dopóki nie mogłem bez cienia wątpliwości powiedzieć (...) że jestem jednym z moim Umiłowanym, nigdy o tym nie mówiłem. Mówiłem, używając mętnych ogólników, to czego wszyscy chcieli. Nigdy nie powiedziałem: jestem Nauczycielem Świata; ale teraz czuję, że jestem jednym z moim Umiłowanym, mówię to zaś nie po to, by narzucić wam swój autorytet, nie po to by przekonać was o swej wielkości, ani też o wielkości Nauczyciela Świata, ani nawet o pięknie życia, a jedynie aby zbudzić w waszych sercach i umysłach pragnienie poszukiwania Prawdy (...) Dotąd zależni byliście od autorytetu obu Opiekunów Zakonu [Besant i Leadbeatera] lub kogoś innego, kto wyjawić miał wam Prawdę, podczas gdy Prawda znajduje się w was. W waszych własnych sercach, w waszym własnym doświadczeniu znajdziecie Prawdę, a tylko to ma wartość (...) Moim celem nie jest wszczynanie dyskusji na temat autorytetu, na temat manifestacji w osobowości Krishnamurtiego, ale danie wam wody, która zmyje wszystkie wasze cierpienia, wasze drobne tyranie, wasze ograniczenia, tak że będziecie wolni, tak że w końcu połączycie się z tym oceanem, gdzie nie ma ograniczeń (...) Nie pytajcie mnie, kim jest Umiłowany. Cóż by wam przyszło z wyjaśnień? Nie zrozumiecie bowiem Umiłowanego dopóty, dopóki nie zdołacie ujrzeć go w każdym zwierzęciu, w każdym źdźble trawy, w każdym cierpiącym człowieku, w każdej jednostce.

Niemal trzy tysiące ludzi z całej ziemi przybyło na trwający od 7 do 12 sierpnia 1927 czwarty Obóz Gwiazdy w Ommen. Rozgłos zdobył młody Bułgar, który nie mając pieniędzy na pociąg szedł do Ommen sześć tygodni na piechotę. Besant, mimo targających nią wątpliwości, wygłasza mowę zatytułowaną "Nauczyciel Świata jest tutaj". Obozowe mowy Krishnaji wydane zostały pt. Na szczytach prawdy (By What Authority?). A gdy tylko Besant opuściła Ommen Krishnaji wygłasza 15 sierpnia mowę, w której otwarcie twierdzi, że teozofowie nie są w posiadaniu Prawdy.

Przez parę tygodni Krishnaji odpoczywa w Szwajcarji, a pod koniec września pozuje w Paryżu słynnemu rzeźbiarzowi A.Boudlerre. 1 października bierze udział w uroczystościach związanych z osiemdziesiątymi urodzinami Besant. W dwa dni potem Rosalind i Rajagopal zawierają w Liberalnym Kościele Katolickim związek małżeński. (K przestał już w tym czasie uważać małżeństwo za nieszczęście. Uciekł jednak w popłochu z zabawy tanecznej, podczas której dziewczęta próbowały z nim tańczyć przytulone.) Wkrótce oboje zamieszkali w Arya Vihara w Ojai, który odtąd stał się ich domem. (W 1988 r. oboje, choć rozwiedzeni, mieszkali nadal w Ojai.)

27 października Besant i Krishnaji przybywają do Bombaju. Wobec witającego ich tłumu reporterów Besant składa oświadczenie mające pogodzić zwaśnione strony: stwierdza fakt zlania się Świadomości Krishnaji z częścią świadomości Nauczyciela Świata. Jednak nawet taka formuła wywołuje protest Arundale'a; Leadbeater przyjmuje postawę wyczekującą, choć w grudniu podczas Zjazdu Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze oświadcza wspólnie z Besant, że Krishnaji jest Nauczycielem. W połowie stycznia 1928 r. odbył się pod Adyarem pierwszy Obóz Gwiazdy w Indiach, w którym uczestniczyło około tysiąc osób. K, jak pisał, starał się tych pełnych oddania uczestników "Ocalić przed nimi samymi". Następnie objeżdża Indie z wykładami, gromadzącymi zwykle około trzech tysięcy słuchaczy. Towarzyszy mu Jadunandan Prasad (Jadu), z którym odtąd głęboko się zaprzyjaźnia. Od 1 do 6 lutego odbywa się pierwszy Obóz Gwiazdy w Benares, a pod koniec lutego kompletnie wyczerpany Krishnaji odpływa wraz z Jadu do Ameryki. Po odpoczynku w Ojai wygłasza w Hollywood wykład "Szczęście przez wyzwolenie", na który przybywa 16 tysięcy słuchaczy. W międzyczasie Besant daje w Adyarze początek ruchowi Matki Świata: Rukmini Arundale ogłoszona zostaje kolejną inkarnacją Maryi Dziewicy. Od 21 do 28 maja, w Dębowym Gaju, odbył się pierwszy Obóz Gwiazdy w Ojai.

Zaraz po zakończeniu obozu Krishnaji w towarzystwie Jadu i Rajagopala wyjeżdża do Europy. W Paryżu najpierw wygłasza mowę w największej z koncertowych hal, a 27 czerwca przemawia po francusku przez 15minut z Wieży Eiffla przez radio. 30-go rozpoczyna się doroczne spotkania na Zamku Eerde. Pierwszy tydzień K, chory na zapalenie oskrzeli, spędza w łóżku, po czym rozpoczyna zwykły cykl mów i dyskusji. Poważnie chora Besant wyjeżdża do Indii, jej nieobecność na piątym Obozie Gwiazdy, który trwał w Ommen od 2 do 10 sierpnia, pozwoliła Krishnaji na bardziej otwarte przedstawienie swego stanowiska. Emily Lutyens dała wyraz uczuciom większości zgromadzonych pisząc we wrześniowym numerze International Star Bulletin:

Jakież to dziwne, że przez siedemnaście lat oczekiwaliśmy Nauczyciela Świata (...) a teraz gdy mówi nam o tym, co leży poza wszelką formą, rani nas to i oburza (...) On chce, by każdy z nas zajął się własną pracą, własnym dziełem serca i myśli, a tego właśnie spodziewaliśmy się po nim najmniej i dlatego wydaje nam się to tak trudnym i męczącym (...) Niektórzy powracają do domu ogołoceni i smutni, pojmując konieczność zmiany swej orientacji w świecie, w którym każda wartość uległa zmianie (...) tragiczną stroną tego Obozu był sposób, na jaki martwa przeszłość w każdej chwili powstawała by przeciwstawić się nowym ideom (za: Wiadomości Gwiazdy nr 12, 1928).

 

. ROZWIĄZANIE ZAKONU GWIAZDY

5 listopada Krishnaji przypływa wraz z Jadu do Adyaru. Niedługo przed ich przybyciem Besant zawiesza działalność Sekcji Ezoterycznej na całym świecie ogłaszając, że tylko Krishnaji jest Nauczycielem i w obliczu narastającego konfliktu tylko jego należy słuchać. Niestety jej sprawność umysłowa, która zaczęła obniżać się już kilka lat wcześniej, gwałtownie się w tym okresie pogarsza. Zapewnia K, że zrezygnowałaby ze swej prezydentury i poszła za nim, ale jej Mistrz jej na to nie pozwala. Krishnaji czas jakiś wygłasza codzienne mowy w Adyarze ("Mówienie do ludzi, którzy przestali myśleć, jest bardzo wyczerpujące"). Spotyka tam Arundale'a, który oświadcza, że nie wierzy, iż Krishnaji jest Nauczycielem i stwierdza "Ty idziesz swoją drogą a my swoimi. Ja także mam czego nauczać". Odchorowawszy ciężkie przeziębienie Krishnaji wyjeżdża do Benares, gdzie przygotowano spotkanie na wzór tych z Eerde. Znów pojawiają się silne bóle głowy i kręgosłupa. Wtedy właśnie ziszcza się jego wielkie marzenie: utworzona rok wcześniej Rishi Valley Fundation nabywa w Rajghat, niedaleko Benares, położony nad brzegiem Gangesu teren pod budowę szkoły. Ale upłynie jeszcze kilka lat nim szkoła zostanie w 1934 r. oficjalnie otwarta. Przez teren szkoły wiedzie uczęszczana przez pielgrzymów droga prowadząca do miejsca, gdzie Budda miał wygłosić swe pierwsze po osiągnięciu Oświecenia kazanie. Natomiast już w r. 1928 rozpoczyna działalność Rishi Valley School, położona w odległości kilkunastu kilometrów od miejsca narodzin K.

Od 23 do 28 grudnia odbywa się w Benares Zjazd Towarzystwa Teozoficznego, któremu pod nieobecność Besant przewodniczy K. Ponieważ Besant wydała polecenie, by w trakcie Zjazdu nie odprawiano żadnych obrzędów, Arundale celebruje msze Liberalnego Kościoła Katolickiego poza terenami Towarzystwa - uczestniczy w nich wielu teozofów i członków Zakonu Gwiazdy. Jednocześnie Besant ogłasza, a Leadbeater to potwierdza, że Krishnaji zjednoczył się z Maitreją tylko częściowo - a więc wprawdzie jest Nauczycielem, jednak jego wskazania nie są powszechnie obowiązujące. Doprowadza to do jeszcze większego zamętu.

Po krótkiej wizycie w Adyarze w związku z otwarciem tam Siedziby Głównej Zakonu Gwiazdy w Indiach Krishnaji odpływa w towarzystwie Jadu przez Europę do Ameryki. W Ojai, dokąd przybywa w marcu 1929 r. prowadzi z Jadu i Rajagopalem nie kończące się dyskusje o przyszłości Zakonu, wydawnictw i obozów. Rychło zaczyna się "proces". Co gorsza, lekarze oświadczają, że chroniczne zapalenia oskrzeli osłabiły jego płuca tak, że bezpośrednio zagrożony jest gruźlicą. (K ważył w tym czasie niecałe 50 kg.) W związku z tym odwołuje wszystkie swe planowane wystąpienia i przemawia tylko na drugim Obozie Gwiazdy w Ojai. Podczas obozu krążą plotki o rychłym rozwiązaniu Zakonu.

Wkrótce potem Krishnaji wraz z Rajagopalem i Jadu odpływa do Europy. Odpoczywa czas jakiś w Alpach, a od 10 lipca do 1 sierpnia uczestniczy w corocznym spotkaniu na Zamku Eerde. 2 sierpnia otwarty zostaje w atmosferze napięcia i oczekiwania szósty Obóz Gwiazdy w Ommen. W dzień później, w obecności Annie Besant, trzech tysięcy członków Zakonu Gwiazdy i przed mikrofonami holenderskiego radia Krishnaji wygłasza swą najsłynniejszą mowę.

* * *

Rozważać dziś rano będziemy rozwiązanie Zakonu Gwiazdy. Wielu to ucieszy, innych chyba zmartwi. Ale nie chodzi tu ani o radość ani o smutek, jest to bowiem, jak to zamierzam wyjaśnić, nieuniknione.

Pamiętacie może opowiadanie o tym, jak to diabeł szedł ze swym przyjacielem ulicą i jak ujrzeli przed sobą człowieka, który zatrzymał się, podniósł coś z ziemi, obejrzał i włożył do kieszeni. Przyjaciel zapytał diabła: "Cóż człowiek ten podniósł?", ten zaś odparł "Podniósł odrobinę Prawdy". "To chyba bardzo dla ciebie niekorzystne", rzekł przyjaciel. "Ależ nie", odparł diabeł, "pozwolę mu ją teraz zinstytucjonalizować" [I am going to let him organise it].

Twierdzę, że Prawda jest krainą bez dróg i że nie można zbliżyć się do niej po żadnej drodze, nie zbliża do niej żadna religja, żadna sekta. Taki jest mój punkt widzenia i obstaję przy nim w sposób absolutny i bezwarunkowy. Prawda, będąc nieograniczoną, nieuwarunkowaną, nieosiągalną na jakiejkolwiek drodze, nie może zostać zinstytucjonalizowana; nie należy też tworzyć żadnej organizacji, która by wiodła czy siłą prowadziła ludzi po pewnej drodze. Jeśli to najpierw zrozumiecie to ujrzycie, jak niemożliwym jest zinstytucjonalizować wiarę. Wiara jest sprawą czysto osobistą, nie możecie, nie wolno wam jej instytucjonalizować. Jeśli to uczynicie,umiera ona i ulega krystalizacji, staje się wyznaniem, sektą, religią, którą narzuca się innym. To właśnie wszyscy próbują na całym świecie czynić. Zawęża się prawdę i czyni z niej zabawkę dla ludzi słabych, dla tych, którzy są chwilowo niezadowoleni. Prawdy nie da się sprowadzić w dół, to raczej jednostka zdobyć się musi na wysiłek, by się do niej wznieść. Nie możecie sprowadzić szczytu góry w dolinę. Jeśli chcecie zdobyć szczyt góry, musicie przejść przez dolinę i wspiąć się na zbocza nie lękając się niebezpiecznych przepaści. Wy wspiąć się musicie ku Prawdzie, jej nie można dla was "obniżyć" czy zinstytucjonalizować. To przede wszystkim organizacje podtrzymują zainteresowanie ideami, ale organizacje budzą jedynie zainteresowanie zewnętrzne. Zainteresowanie, które nie jest zrodzone z miłości Prawdy dla niej samej, a jedynie wzbudzone przez organizację, jest bezwartościowe. Organizacja staje się szkieletem, do którego jej członkowie mogą się wygodnie dopasować. Oni nie pożądają już Prawdy czy szczytu góry, ale raczej wyszukują sobie wygodne miejsce lub pozwalają, by umieściła ich tam organizacja i uważają, że organizacja ta będzie w ten sposób wiodła ich do Prawdy.

Jest to zatem pierwszy powód dla którego, z mego punktu widzenia, należy Zakon Gwiazdy rozwiązać. Wbrew temu utworzycie zapewne inne Zakony, nadal należeć będziecie do innych organizacji szukających Prawdy. Nie chcę należeć do żadnej organizacji duchowego typu, proszę, zrozumcie to. Skorzystam na przykład z usług organizacji, która zawiezie mnie do Londynu; to jest organizacja zupełnie innego typu, organizacja jedynie techniczna, niczym poczta czy telegraf. Użyłbym do podróży samolotu czy parowca, są to jedynie fizyczne urządzenia nie mające nic wspólnego z duchowością. Twierdzę, powtarzam, że żadna organizacja nie może wieść człowieka do tego, co duchowe.

Jeśli w tym celu tworzy się organizację, to staje się ona podporą, źródłem słabości, zniewolenia; musi ona paraliżować jednostkę, przeszkadzać jej wzrastać, ustanawiać swą wyjątkowość, zależną od odkrycia, samemu dla siebie, tej absolutnej, nieuwarunkowanej Prawdy. Jest to zatem drugi powód dla którego zdecydowałem, skoro jestem już Naczelnikiem Zakonu, Zakon rozwiązać. Nikt na tą moją decyzję nie wpłynął.

Nie jest to żaden wspaniały wyczyn, nie chcę bowiem mieć wyznawców i o to właśnie mi chodzi. Z chwilą gdy za kimś idziecie, przestajecie iść za prawdą. Nie interesuje mnie to, czy zważacie na to, co mówię, czy nie. Pragnę czegoś w świecie dokonać i dokonam tego z niewzruszonym skupieniem. Interesuje mnie tylko jedna istotna rzecz: uczynić człowieka wolnym. Pragnę uwolnić go od wszelkich klatek, od wszelkich lęków, nie chcę zaś zakładać religii, nowych sekt, ani też ustanawiać nowych teorii czy nowych filozofii. Zapytacie mnie naturalnie, dlaczego podróżuję po świecie nieustannie przemawiając. Powiem wam, z jakiego powodu tak czynię: nie dlatego bym pragnął wyznawców, nie dlatego bym pragnął grona wybranych uczniów. (Jakże ludzie lubią być inni od swych bliźnich, choćby mieli odróżniać się czymś bezsensownym, absurdalnym i trywialnym. Nie chcę tych absurdów popierać.) Nie mam uczniów, nie mam apostołów, czy to na tej Ziemi czy w dziedzinie ducha.

Nie pociąga mnie też urok pieniędzy ani pragnienie wygodnego życia. Gdybym chciał wieść wygodne życie nie przyjeżdżałbym na obóz i nie mieszkałbym w wilgotnym kraju. Mówię otwarcie, bo chciałbym to ustalić raz na zawsze. Nie chcę prowadzić rok po roku tych dziecinnych debat.

Pewien prowadzący ze mną wywiad reporter uważał rozwiązanie organizacji mającej wiele tysięcy członków za wspaniały wyczyn. Był to dla niego czyn wielki, powiedział "Cóż będzie pan potem robił, jak będzie pan żył? Nie będzie pan mieć wyznawców, ludzie nie będą pana słuchać". Jeżeli znajdzie się choćby pięciu ludzi, którzy będą słuchać, którzy będą żyć, którzy mieć będą twarze zwrócone ku wieczności, to wystarczy. Po cóż mieć tysiące nie rozumiejących, zabalsamowanych od stóp do głów w przesądzie, nie pragnących nowego, ale którzy raczej przetłumaczają to co nowe tak, aby zadowalało ich bezpłodne, ociężałe jaźnie. Jeśli mówię ostro, proszę, nie rozumcie mnie źle, nie jest to przejaw braku współczucia. Gdy udajecie się do chirurga na operację, to czyż nie jest z jego strony dobrocią zoperowanie was również wtedy, gdy wywoła to ból? Jeśli więc ja, podobnie, mówię ostro, nie wynika to z braku prawdziwego uczucia - a wręcz przeciwnie.

Mam, jak powiedziałem, jeden tylko cel: uczynić człowieka wolnym, pchnąć go ku wolności, pomóc mu wyzwolić się od wszelkich ograniczeń, bo tylko to da mu wieczne szczęście, to nieuwarunkowane urzeczywistnienie siebie.

Ponieważ ja jestem wolny, nieuwarunkowany, pełen - nie jestem częścią Prawdy, prawdą względną, ale Prawdą pełną, która jest wieczna - to pragnę, by ci, którzy chcą mnie zrozumieć, byli wolni; ale nie by za mną szli i uczynili ze mnie klatkę, która stanie się religią, sektą. Raczej wolni być powinni od wszelkich lęków - od lęków religijnych, od lęku o zbawienie, od lęku duchowości, od lęku o miłość, od lęku przed śmiercią, od lęku przed samym życiem. Tak jak artysta maluje obraz, ponieważ z malowania tego czerpie radość, ponieważ wyraża w ten sposób siebie, bo to jest jego chwała i dobro, tak też ja to czynię, a nie czynię tego dlatego, bym czegokolwiek od kogokolwiek pragnął.

Wy przyzwyczajeni jesteście do autorytetu, do poczucia autorytetu, o którym sądzicie, że zaprowadzi was na wyżyny ducha. Sądzicie i macie nadzieję, że ktoś inny, przy pomocy swych nadzwyczajnych mocy - cudu - przenieść was może w ten świat wiecznej wolności, która jest szczęściem. Cały wasz pogląd na życie oparty jest na tym autorytecie.



dalej


strona główna
(23kB)