(23kB)
strona główna



 

Jiddu Krishnamurti

 

JEDYNA REWOLUCJA

 

przygotowała Mary Lutyens

 

 

 

The Only Revolution, Victor Gollancz 1970

 

Š Krishnamurti Foundation Trust Ltd

 

 

 

przełożył Wojciech Sady

 

(jest to poprawiona tu i ówdzie wersja przekładu, który ukazał się nakładem

 

Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań, 1995.)

 

Na książkę składają się zapiski, jakie Krishnamurti sporządził

 

pod koniec lat sześćdziesiątych w Indiach, Kalifornii i Europie.

 

Aczkolwiek prowadzone niesystematycznie, wymagały

 

- jak zapewnia Mary Lutyens - niewielu zabiegów redakcyjnych.

 

 

 

INDIE

 

1

 

Medytacja nie jest ucieczką od świata, działalnością, która izoluje i zamyka w sobie; jest raczej rozumieniem świata i jego zwyczajów. Świat ma niewiele do zaoferowania prócz jedzenia, ubrań, dachu nad głową i przyjemności, którym towarzyszą wielkie cierpienia.

 

Medytując oddalamy się od tego świata; nie wolno nam się z niczym wiązać. Wtedy świat ma sens, a piękno nieba i ziemi nie przemija. Miłość nie jest wówczas przyjemnością. To stanowi zalążek wszystkich działań, które nie są rezultatem napięć, sprzeczności, poszukiwania samorealizacji czy powabów władzy.

 

Okno pokoju wychodziło na ogród, a jakieś dziesięć metrów poniżej płynęła szeroko rozlana rzeka, dla jednych święta, dla innych zaś piękna płaszczyzna wody skierowana ku niebu i ku chwale poranka. Widać było jej drugi brzeg, a dalej wioskę, rozłożyste drzewa i niedawno zasianą ozimą pszenicę. Za oknem lśniła gwiazda poranna, słońce łagodnie wschodziło ponad drzewami. I rzeka stała się dla słońca złocistą drogą.

 

Po zmroku w pokoju panowały głębokie ciemności, a za szerokim oknem rozciągało się całe południowe niebo. Pewnej nocy przez to okno wpadł - z głośnym trzepotem skrzydeł - ptak. Zapaliłeś światło, wstałeś i ujrzałeś go pod łóżkiem. Wysoka na jakieś pół metra sowa, miała niezwykle szeroko rozwarte, ogromne oczy i groźny dziób. Przyglądaliście się sobie z bliska, oddaleni o jeden czy dwa metry. Bała się światła i bliskości człowieka. Dość długo spoglądaliście na siebie bez mrugnięcia powiek; sowa ani na chwilę nie straciła swego dostojeństwa i dzikiej godności. Widziałeś jej okrutne szpony, jasne pióra i ściśle przywarte do tułowia skrzydła. Chętnie byś jej dotknął, pogłaskał, ale by na to nie pozwoliła. Tak więc zgasiłeś światło i czas jakiś w pokoju panowała cisza. Po czym rozległ się trzepot skrzydeł - na twarzy poczułeś powiew - i sowa wyfrunęła przez okno. Nigdy nie wróciła.

 

Powiadali, że ta starożytna świątynia miała ponad trzy tysiące lat, ale, jak wiadomo, ludzie przesadzają. Z pewnością stała tu od wieków; kiedyś służyła buddystom, a jakieś siedemset lat temu przekształcono ją w świątynię hinduistyczną, umieszczając w miejscu Buddy jakieś indyjskie bóstwo. Wewnątrz panował głęboki mrok i tajemniczy nastrój. W kolumnowych salach, długich korytarzach zdobionych pięknymi płaskorzeźbami, unosił się zapach nietoperzy i kadzideł.

 

Wierni krążyli pojedynczo lub w małych grupach, świeżo wykąpani, ze złożonymi dłońmi. Chodzili po tych korytarzach, a mijając posążek przyodziany w jaskrawe jedwabie, padali na twarze. Kapłan w centralnym sanktuarium śpiewał; miło było słuchać poprawnego sanskrytu. Nie spieszył się, słowa z głębi świątyni docierały łagodne i dostojne. Przebywały tam dzieci, stare kobiety, młodzi mężczyźni. Ludzie interesu zdjęli swoje europejskie garnitury i włożyli dhoti, a teraz przepojeni wielką czcią siedzieli lub stali ze złożonymi dłońmi, z obnażonymi ramionami.

 

Do pełnej wody, świętej sadzawki wiodło w dół wiele stopni, a otaczały ją wyrzeźbione w skale kolumny. Wszedłeś do świątyni z zakurzonej drogi, hałaśliwej i zalanej jasnym, ostrym światłem słońca, wewnątrz zaś panowały mrok i cisza. Nie było tam ani świec, ani klęczących wokół ludzi, a tylko pielgrzymi okrążający sanktuarium, bezgłośnie poruszający wargami, pogrążeni w modlitwie.

 

 

Tego popołudnia ktoś do nas przyszedł. Przedstawił się jako wyznawca wedanty . Mówił płynnie po angielsku, jako że ukończył jeden z uniwersytetów, miał żywy, przenikliwy intelekt. Jako prawnik zarabiał doskonale, jego bystre oczy spoglądały badawczo, uważnie i jakoś niespokojnie. Okazało się, że bardzo wiele przeczytał, łącznie z pracami zachodnich teologów. Mężczyzna w średnim wieku, dość chudy i wysoki, o godnej postawie prawnika, który wygrał wiele spraw.

 

"Słuchałem pańskiej mowy - powiedział - i to jest czysta wedanta, uwspółcześniona, ale o prastarej tradycji". Zapytaliśmy go, co rozumie przez wedantę. Odparł: "Twierdzimy, iż istnieje tylko brahman, stwarzający zarówno świat, jak i jego złudny obraz, i że pochodzi też od niego - tkwiący w każdej ludzkiej istocie - atman. Człowiek musi przebudzić się ze stanu tej codziennej świadomości zróżnicowania i świata zjawiskowego, tak jakby budził się ze snu. Podobnie jak ten, który śni, stwarza cały swój sen, tak indywidualna świadomość stwarza cały świat zjawiskowy i innych ludzi. Pan tego wszystkiego nie mówi, ale z pewnością o to właśnie panu chodzi, albowiem urodził się pan i wychował w tym kraju i, mimo spędzenia większości życia za granicą, stanowi pan część tej starożytnej tradycji. Indie pana uformowały, czy pan tego chce, czy nie; jest pan wytworem Indii i ma hinduski umysł. Pańskie gesty, ten posągowy spokój w trakcie mowy i sam wygląd stanowią część tego dziedzictwa. Nauczanie pańskie jest oczywistą kontynuacją tego, czego od niepamiętnych czasów nauczali nasi starożytni".

 

Pomińmy to, czy mówca jest Hindusem wychowanym w tej tradycji, uwarunkowanym przez tę kulturę i czy jednoczy w sobie to starożytne nauczanie. Przede wszystkim nie jest Hindusem, to znaczy nie należy do tego narodu czy do społeczności braminów, choć się w niej urodził. Odrzuca tę właśnie tradycję, którą mu pan przypisuje. Przeczy temu, by jego nauczanie stanowiło kontynuację owych pradawnych nauk. Nie czytał żadnej ze świętych ksiąg Indii czy Zachodu, ponieważ nie są one potrzebne komuś, kto zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w świecie - z zachowania ludzi, z ich niezliczonych teorii, z zaakceptowanej propagandy trwającej od dwóch czy pięciu tysięcy lat, która przeobraziła się w tradycję, prawdę, objawienie.

 

Dla człowieka, który całkowicie i w pełni odmawia zaakceptowania słowa, symbolu wraz z jego uwarunkowaniami, prawda nie jest czymś zapożyczonym. Od samego początku - o ile pan go słuchał - twierdził, że jakakolwiek akceptacja autorytetu jest samym zaprzeczeniem prawdy i podkreślał, iż człowiek musi żyć poza wszelkimi kulturami, tradycjami i społeczną moralnością. Gdyby go pan słuchał, to by pan nie twierdził, iż jest on Hindusem lub że kontynuuje starożytną tradycję we współczesnym języku. On całkowicie odrzuca przeszłość, jej nauczycieli i interpretatorów, jej teorie i formuły.

 

Prawdy nie ma w przeszłości. Prawda przeszłości to prochy pamięci; pamięć dotyczy czasu, a w martwych prochach dnia wczorajszego nie ma prawdy. Prawda jest czymś żywym, nie należącym do dziedziny czasu.

 

Pominąwszy więc to wszystko, możemy teraz przejść do problemu zasadniczego, czyli do postulowanego przez was brahmana. Z pewnością, widzi pan, samo to twierdzenie jest teorią wymyśloną przez umysł o bujnej wyobraźni - Śankary czy współczesnego uczonego teologa. Pan może doświadczyć teorii i powiedzieć, że to jest właśnie tak, ale podobnie człowiek, który został wychowany w świecie katolickim i przezeń uwarunkowany, doznaje wizji Chrystusa. Takie wizje stanowią, rzecz jasna, projekcję jego własnych uwarunkowań; zaś ludzie wychowani w tradycji Kriszny mają doznania i wizje zrodzone z ich kultury. A zatem doznania niczego nie dowodzą. Uznanie wizji za Chrystusa lub Krisznę jest rezultatem uwarunkowanej wiedzy; tak więc w ogóle nie jest ona realna, jest wymysłem, mitem spotęgowanym przez doznania, czymś całkowicie nieprawomocnym. Dlaczego w ogóle pragniecie teorii i oferujecie coś, w co należy wierzyć? To nieustanne utwierdzanie się w wierze jest symptomem lęku - przed życiem codziennym, przed cierpieniem, przed śmiercią i przed całkowitym bezsensem życia. Widząc to wszystko, wymyślacie teorię, a im bardziej jest ona pomysłowa i uczona, tym większą przywiązujecie do niej wagę. A w wyniku trwającej dwa czy dziesięć tysięcy lat propagandy ta teoria w sposób nieuchronny i głupi staje się "prawdą".

 

Ale jeśli nie wysuwacie żadnego dogmatu, to stajecie twarzą w twarz z tym, co faktycznie jest. "To, co jest" jest myślą, przyjemnością, cierpieniem i lękiem przed śmiercią. Gdy zrozumiecie strukturę swego codziennego życia - pełnego współzawodnictwa, chciwości, ambicji i dążenia do władzy - pojmiecie nie tylko absurdalność teorii, zbawicieli i guru, ale być może położycie kres cierpieniu, zniweczycie całą tę stworzoną przez myśl strukturę.

 

Wniknięcie w tę strukturę i zrozumienie jej jest medytacją. Wtedy pojmiecie, że ten świat nie jest złudzeniem, ale straszliwą rzeczywistością, zbudowaną przez człowieka wspólnie z innymi ludźmi. To właśnie musimy zrozumieć, a nie wasze wedantyczne teorie powiązane z rytuałami i wszelkimi akcesoriami zinstytucjonalizowanej religii.

 

Tylko umysł człowieka wolnego, nie powodowanego lękiem, zazdrością czy cierpieniem, spontanicznie staje się cichy i spokojny. Wówczas nie tylko z chwili na chwilę może on dostrzegać prawdę w życiu codziennym, ale jest w stanie wykroczyć poza wszelkie postrzeżenia; w rezultacie znika obserwujący i to, co obserwowane, i kończy się rozdwojenie.

 

A poza tym wszystkim - i nie jest to teoria - istnieje, nie związany z tą walką, próżnością i rozpaczą, strumień, który nie ma początku ani końca; niezmierzony ruch, którego umysł nie jest w stanie pochwycić.

 

Oczywiście, słuchając moich słów, spróbuje pan zrobić z tego teorię, a jeśli się spodoba, będzie ją pan propagował. Jednak to, co propagowane, nie jest prawdą. Prawda pojawia się tylko wtedy, gdy jest się wolnym od bólu, niepokoju i agresji, które teraz wypełniają pańskie serce i umysł. Jeśli pan to wszystko ujrzy i napotka to błogosławieństwo zwane miłością, wtedy pojmie pan prawdę tych słów.

 

2

 

W medytacji ważna jest jakość umysłu i serca. Nie to, co zyskujecie, nie przypisywane sobie osiągnięcia, ale umysł, który jest nieskalany i bezbronny. Stan pozytywny pojawia się dzięki negacji. Samo gromadzenie doświadczeń lub życie w ich obrębie niweczą czystość medytacji. Medytacja nie jest środkiem wiodącym do jakiegoś celu. Jest zarówno środkiem, jak i celem. Doznania nie mogą sprawić, by umysł stał się nieskalany. To negacja doznań wywołuje ów pozytywny stan czystości, którego myśl nie jest w stanie kształtować. Myśl nigdy nie jest czysta. Medytacja ucisza myśl; nie dokonuje tego medytujący, on bowiem jest medytacją. Bez medytacji żyjemy niczym ślepcy w cudownym świecie świateł i barw.

 

Wędruj brzegiem morza i pozwól, by ta medytacja na ciebie zstąpiła. Jeżeli tak się stanie, nie podążaj za nią. To, za czym podążasz, będzie wspomnieniem tego, czym ona była - a to, co było, zabija to, co jest. A kiedy wędrujesz wśród wzgórz, pozwól, by wszystko wokół opowiadało ci o pięknie i bólu życia; w ten sposób uświadomisz sobie własne cierpienie i położysz mu kres. Medytacja jest korzeniem, łodygą, liśćmi, kwiatem i owocem. To słowa oddzielają owoc, kwiat, liście, łodygę i korzeń. Gdy dokona się taki podział, działanie nie rodzi dobra: cnota jest postrzeganiem całościowym.

 

 

Ta długa, wąska, cienista droga z drzewami rosnącymi po obu stronach, wiła się wśród zielonych pól porośniętych lśniącym, dojrzewającym zbożem. Słońce rzucało ostre cienie, a mijane wioski były brudne, niechlujne i udręczone biedą. Starsi ludzie wyglądali chorobliwie i smutno, ale dzieci krzyczały, bawiły się w kurzu i rzucały kamieniami w siedzące wysoko na drzewach ptaki. W ten przyjemny, chłodny ranek, wśród wzgórz wiał ożywczy wiatr.

 

Ptaki od świtu robiły mnóstwo hałasu. Papugi, ledwo widoczne wśród zielonych liści drzew, w tamaryndowcu miały kilka dziupli służących im za mieszkanie. Latały zygzakiem, ochryple skrzecząc. Szpaki siedziały na ziemi. Nie zachowywały się zbyt płochliwie, można było podejść dość blisko, nim odtruwały. A na drutach po przeciwnej stronie drogi siedziała złocistozielona muchołówka. Poranek był piękny, słońce jeszcze zbytnio nie przypiekało. W powietrzu unosiło się błogosławieństwo i ten spokój, jaki panuje, nim człowiek zbudzi się ze snu.

 

Drogą przejeżdżał, ciągnięty przez konia, dwukołowy wóz; na jego platformie między czterema słupkami rozpięto markizę. Pod nią, owinięte w białe i czerwone sukno, leżały zwłoki, które wieziono nad rzekę, by je spalić na brzegu. Obok woźnicy siedział człowiek, prawdopodobnie krewny zmarłego, a ciało podskakiwało na tym wyboistym trakcie. Przyjechali zapewne z daleka, koń bowiem ociekał potem, a zwłoki wyglądały na zupełnie zesztywniałe.

 

 

Mężczyzna, który nas tego dnia odwiedził, był - jak wyznał - instruktorem artyleryjskim w marynarce wojennej. Przyszedł z żoną i dwójką dzieci, biła od niego powaga. Po przywitaniu oznajmił, iż pragnie znaleźć Boga. Był mało elokwentny i chyba nieśmiały. Jego dłonie i twarz świadczyły o pewnych uzdolnieniach, ale w głosie i spojrzeniu dało się wyczuć jakąś surowość - w końcu uczył sztuki zabijania. Zdawało się, że Bóg jest tak odległy od jego codziennych zajęć. Sprawiało to niesamowite wrażenie, siedział tu bowiem człowiek, który twierdził, iż gorliwie poszukuje Boga, a jednocześnie warunki życiowe zmuszały go do instruowania innych, jak zabijać.

 

Powiedział, że jest człowiekiem religijnym i przeszedł przez wiele szkół różnych tak zwanych świętych ludzi. Żaden z nich go nie zadowolił i oto podjął długą podróż pociągiem i autobusem, aby się z nami spotkać, chciał bowiem dowiedzieć się, jak odnaleźć ten dziwny świat, którego szukali ludzie i święci. Jego żona i dzieci milczeli pełni szacunku, a na gałęzi tuż za oknem, delikatnie sobie gruchając, przysiadł jasnobrązowy gołąb. Mężczyzna ani razu nie spojrzał na ptaka, a dzieci i ich matka siedzieli sztywno, nerwowo i bez uśmiechu.

 

Nie można znaleźć Boga; nie ma na to sposobu. Człowiek wymyślił wiele dróg, religii, wiar, wielu zbawców i nauczycieli, o których sądzi, że dopomogą mu znaleźć to nieprzemijające szczęście. Niestety, poszukiwanie prowadzi do rozmaitych umysłowych fantazji, do pewnych wizji, które umysł wytworzył i określił za pomocą tego, co zna. Miłość, jakiej człowiek poszukuje, jest niweczona przez sposób jego życia. Nie można w jednej ręce trzymać karabinu, a w drugiej Boga. Bóg jest jedynie symbolem, słowem, które faktycznie straciło swój sens, zniszczyły go bowiem kościoły i miejsca kultu. Oczywiście ten, kto nie wierzy w Boga, przypomina wierzącego; obaj cierpią i przeżywają niedole krótkiego i bezcelowego życia; a gorycze dnia codziennego pozbawiają to życie sensu. Rzeczywistość nie leży u kresu strumienia myśli, a puste serce wypełniają pomyślane słowa. Stajemy się bardzo przebiegli, wymyślamy nowe filozofie, a potem, gdy zawodzą, pogrążamy się w rozpaczy. Wynaleźliśmy teorie mówiące, jak osiągnąć to, co ostateczne, a potem wyznawca idzie do świątyni i pogrąża się w wytworach własnego umysłu. Ani mnich, ani człowiek świątobliwy tej rzeczywistości nie znajdą, bowiem obaj stanowią część tradycji, kultury, która uznaje ich za świętych i mnichów.

 

Gołąb odfrunął, a nad ziemią unosi się piękno spiętrzonej chmury. Prawda jest tam, gdzie nigdy się nie spogląda.

 

3

 

W tym starym ogrodzie władców z dynastii Mogołów rosło wiele ogromnych drzew. Wznosiły się tam wielkie budowle, ich mroczne wnętrza kryły marmurowe grobowce, a deszcze i wiatry sprawiły, że kamienie ścian, a zwłaszcza kopuły, pociemniały. Siedziały na nich setki gołębi walczących z krukami o miejsce. Niżej na kopule pełno było papug zlatujących się zewsząd stadami. Zadbane trawniki starannie strzyżono i podlewano. Panował tam spokój i, o dziwo, nie było zbyt tłocznie. Wieczorem służący z okolicy przyjeżdżali na rowerach, by na trawniku pograć w karty. Oni tę grę rozumieli, ale obserwator spoza ich kręgu nie mógłby się połapać w regułach. W pobliżu innego grobowca bawiły się gromadki dzieci.

 

Jeden z grobowców wyróżniał się wspaniałością, ogromnymi łukami, znakomitymi proporcjami i asymetrycznym murem w tle. Zbudowano go z cegieł, pod działaniem słońca i deszczu pociemniał, niemal poczerniał. Napis głosił, by nie niszczyć kwiatów, ale nikt się nim chyba nie przejmował, gdyż i tak je zrywano.

 

Za aleją eukaliptusową rozciągał się ogród różany otoczony popękanym murem. Ten ogród, pełen wspaniałych róż, był pięknie zadbany, świeżo strzyżona trawa zawsze się zieleniła. Przychodziło tam chyba niewielu ludzi i można było spacerować w samotności, spoglądając na słońce zachodzące za drzewami i za kopułą grobowca. Panował tam wielki spokój, zwłaszcza pod wieczór, wśród długich cieni, z dala od zgiełku miasta, od nędzy i od brzydoty ludzi bogatych. Cyganie wyrywali z trawników chwasty. Człowiek stopniowo niszczył to przepiękne miejsce.

 

W odległym zakątku trawnika siedział w pozycji kwiatu lotosu mężczyzna, za nim stał rower. Miał zamknięte oczy, jego wargi się poruszały. Trwał w tej pozycji przez ponad pół godziny, całkowicie odcięty od świata, od przechodniów i wrzasku papug. Jego ciało ani drgnęło. W dłoniach trzymał różaniec okryty kawałkiem tkaniny. Jedynie palce i wargi wykonywały dostrzegalne ruchy. Przychodził tu co wieczór, zapewne po całodniowej pracy. Był dość biedny, lecz nieźle odżywiony. Zawsze pojawiał się w tym zakątku, by pogrążyć się w sobie. Gdyby go spytano, co robi, odparłby, że medytuje, powtarza pewną modlitwę lub mantrę - i to mu wystarczało. Dawało wytchnienie od codziennej monotonii życia. Siedział na trawniku sam. Za nim kwitł jaśmin, wokół rosło mnóstwo kwiatów, otaczało go piękno tej chwili. Jednak on tego piękna nie dostrzegał, pogrążony w pięknie, które sam stworzył.

 

 

Medytacja nie polega na powtarzaniu jakiegoś słowa, doznawaniu wizji czy pogrążaniu się w ciszy. Różaniec i słowo wyciszają paplaninę umysłu, ale jest to pewna odmiana autohipnozy. Równie dobrze można by zażyć pigułkę.

 

Medytacja nie polega na przyoblekaniu się w jakieś myślowe schematy, na poddawaniu się czarowi przyjemności. Medytacja nie zaczyna się, a zatem się nie kończy.

 

Jeśli powiadasz "Od dziś zaczynam kontrolować swe myśli, nieruchomo siedzieć w postawie medytacyjnej, regularnie oddychać", to dajesz się zwieść sztuczkom, za pomocą których oszukujemy sami siebie. Medytacja nie polega na tym, że pochłania nas jakaś wspaniała idea lub obraz: to tylko ucisza nas na moment, tak jak dziecko pochłonięte zabawką na chwilę się uspokaja. Ale gdy tylko zabawka przestaje budzić zainteresowanie, powraca niepokój i zaczynają się psoty. Medytacja nie polega na podążaniu niewidoczną ścieżką wiodącą do jakiegoś wyimaginowanego szczęścia. Medytujący umysł postrzega - patrzy, słucha, bez słów, bez komentarzy, bez opinii - przez cały dzień uważnie śledzi ruch życia we wszystkich jego związkach. A w nocy, gdy cały organizm odpoczywa, medytujący umysł nie śni, czuwał bowiem od świtu do zmroku. Sny miewa tylko człowiek opieszały; tylko ten, kto trwa w półśnie, potrzebuje wskazówek dotyczących jego własnych stanów. Ale w miarę, jak umysł patrzy, słucha poruszeń życia, zarówno zewnętrznego, jak i wewnętrznego, spływa na niego cisza, która nie jest wytworem myśli.

 

Nie jest to cisza, jakiej doznać może ten, kto obserwuje. Jeśli jej doznaje i rozpoznaje ją, to ona nie jest już ciszą. Cisza medytującego umysłu nie mieści się w granicach tego, co rozpoznawalne, albowiem nie ma ona granic. Istnieje tylko cisza, w niej niknie przestrzeń podziałów.

 

 

Wzgórza okrywały chmury, deszcz zmywał skały i wielkie głazy rozrzucone po okolicy. Szary granit przecinała czarna smuga; tego ranka ta ciemna, bazaltowa skała, obmyta strugami deszczu, pociemniała jeszcze bardziej. Sadzawki napełniały się wodą, żaby wydawały gardłowe odgłosy. Stado papug nadleciało znad pól, szukając schronienia, małpy wdrapywały się na drzewa, a czerwona ziemia ściemniała.

 

Podczas deszczu panuje szczególna cisza, a tego ranka wydawało się, że wszystkie dźwięki w dolinie umilkły - odgłosy gospodarstw, ścinanych drzew i warkot traktora. Słychać było jedynie krople opadające z dachu i bulgotanie wody w rynnach.

 

Jak to cudownie czuć na sobie deszcz, przemoknąć do suchej nitki i poczuć, z jaką rozkoszą ziemia i drzewa wchłaniają wodę; nie padało bowiem już od dawna i oto teraz małe pęknięcia w ziemi zwierały się. Deszcz uciszył śpiewy licznych ptaków. Chmury nadciągały ze wschodu, ciemne, ciężkie i odpływały na zachód. Zagarniały ze sobą wzgórza, a zapach ziemi przenikał do każdego zakamarka. Padało przez cały dzień.

 

Ciszę nocną przerywały pohukiwania sów nawołujących się ponad doliną.

 

 

Był nauczycielem szkolnym, braminem, ubranym w czyste dhoti. Miał gołe stopy i europejską koszulę, schludny mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu. W jego zachowaniu dało się wyczuć łagodność, a słowa powitania wyrażały pokorę. Niezbyt wysoki, mówił dość dobrze po angielsku, uczył bowiem w mieście tego języka. Nie zarabiał, jak wyznał, zbyt wiele i, jak wszyscy nauczyciele na świecie, borykał się z problemami finansowymi. Miał oczywiście żonę i dzieci, ale nie wspominał o tym, tak jakby niewiele to dla niego znaczyło. Był dumny nie dlatego, iż coś osiągnął albo się dobrze lub bogato urodził, charakteryzowała go natomiast ta duma starożytnej rasy, przedstawiciela odwiecznej tradycji, systemu intelektualnego i moralnego, który faktycznie nie miał nic wspólnego z tym, kim był naprawdę. Jego duma wiązała się z przeszłością, którą reprezentował, a lekceważenie przezeń dzisiejszych komplikacji życia stanowiło gest człowieka, który uważa to wszystko za nieuniknione-ale-jakże-zbędne. Mówił z południowym akcentem, twardo i głośno. Wyznał, że przez wiele lat słuchał mów, tu pod tymi drzewami. Po raz pierwszy, gdy był jeszcze uczniem licealnym, przyprowadził go ojciec, później, odkąd otrzymał obecną, marną pracę, przybywał tutaj co rok.

 

"Słuchałem pana przez wiele lat. Być może intelektualnie rozumiem, co pan mówi, ale to chyba nie przenika zbyt głęboko. Podoba mi się sceneria tych drzew, pod którymi wygłasza pan mowy i patrzę na zachód słońca, gdy pan go - tak często w trakcie mów - wskazuje, ale tego nie czuję, nie potrafię dotknąć liścia i odczuć radości cieni tańczących na ziemi. Faktycznie nic nie czuję. Bardzo wiele, rzecz jasna, czytałem, zarówno literaturę angielską, jak i rodzimą. Potrafię recytować wiersze, ale wymyka mi się piękno leżące poza słowem. Staję się coraz surowszy, nie tylko w stosunkach z żoną i z dziećmi, ale ze wszystkimi. W szkole częściej krzyczę. Zastanawiam się, dlaczego przestało mnie cieszyć zachodzące słońce - jeśli kiedykolwiek cieszyło! Zastanawiam się, dlaczego nie oburza mnie już całe zło istniejące na świecie. Postrzegam chyba wszystko intelektualnie i prawie z każdym mogę - tak mi się przynajmniej wydaje - rozumnie dyskutować. A zatem, dlaczego rozwiera się ta przepaść między intelektem a sercem? Dlaczego utraciłem miłość i to uczucie autentycznego współczucia i troski?"

 

Proszę spojrzeć na to pnącze za oknem. Czy w ogóle pan je widzi? Czy widzi pan na nim odblaski światła, przejrzystość liści, barwę, kształt, charakter tej rośliny?

 

"Patrzę na nią, ale nic to dla mnie nie znaczy. I takich jak ja są miliony. A zatem wracam do swego pytania - dlaczego rozwiera się ta przepaść pomiędzy intelektem a uczuciami?"

 

Czy jest tak dlatego , że źle nas wykształcono, rozwijając jedynie pamięć, a nigdy, od najwcześniejszego dzieciństwa, nie pokazano nam drzewa, kwiatu, ptaka lub rozlanych wód? Czy dlatego, że zmechanizowaliśmy życie? Czy z powodu przeludnienia? Na każdą posadę czekają tysiące chętnych. A może jest tak z powodu dumy, dumy z własnej sprawności, dumy rasowej, dumy z myślowego sprytu? Czy sądzi pan, że tak właśnie jest?

 

Pyta pan, czy jestem dumny - tak, jestem".

 

To jednak jest tylko jeden z powodów, dla których tak zwany intelekt dominuje. Czy dzieje się tak dlatego , że niesłychanej wagi nabrały słowa, a nie to, co kryje się poza czy ponad nimi? Lub dlatego , iż doznał pan niepowodzeń, że na różne sposoby, być może nie zdając sobie z tego sprawy, uległ pan zahamowaniom? We współczesnym świecie panuje kult intelektu, a im ktoś jest bardziej sprytny i przebiegły, tym więcej zyskuje.

 

"Być może to wszystko prawda, ale co to ma za znaczenie? Oczywiście możemy bez końca analizować, opisywać przyczyny, ale czy to zapełni przepaść pomiędzy umysłem a sercem? To właśnie chcę wiedzieć. Czytałem niektóre książki psychologiczne i naszą rodzimą starożytną literaturę, ale nic mnie nie poruszyło. A zatem przyszedłem teraz do pana, choć dla mnie jest już chyba za późno".

 

Czy naprawdę zależy panu na tym, aby umysł i serce zlały się w jedno? Czy nie jest pan faktycznie zadowolony ze swych intelektualnych zdolności? Być może pytanie, jak zespolić umysł i serce, ma charakter jedynie akademicki? Dlaczego zależy panu na uzyskaniu tej jedności? To nadal jest problem intelektualny, nie wypływa z autentycznej troski o zanik własnych uczuć, co stanowi część pańskiego ja, nieprawdaż? Podzieliwszy życie na intelekt i serce, obserwuje pan intelektualnie, jak serce więdnie i werbalnie to pana niepokoi. A niech zwiędnie! Niech pan żyje samym intelektem. Czy to możliwe?

 

"Ależ doznaję uczuć".

 

A czy te uczucia nie są w rzeczywistości sentymentalnym, emocjonalnym pobłażaniem sobie? O tym, rzecz jasna, nie mówimy. Mówimy: Wyzbądź się miłości, jest nieważna. Żyj bez reszty swym intelektem i werbalnymi sztuczkami, swą przebiegłą argumentacją. I kiedy faktycznie tak pan żyje - co się dzieje? Pański sprzeciw budzi destruktywny charakter tego intelektu, który pan tak czci. Ten destruktywny charakter wywołuje tak wiele problemów. Zapewne dostrzega pan skutki intelektualnych działań w świecie - wojny, współzawodnictwo, arogancja władzy - i może przeraża pana to, co jeszcze się zdarzy, przeraża ludzka niemoc i rozpacz. Dopóki trwa ten podział między uczuciami a intelektem, dominacja jednego nad drugim, dopóty muszą się one wzajemnie niszczyć; nie ma między nimi pomostu. Mógł pan słuchać tych mów przez wiele lat i być może bardzo się pan starał, aby umysł i serce zjednoczyć, ale to umysł podejmuje ten wysiłek, a zatem podporządkowuje sobie serce. Miłość nie należy do żadnego z nich, obca jest jej bowiem dominacja. Nie jest to coś zrodzonego przez myśl czy przez uczucie. Nie jest to ani słowo stworzone przez intelekt, ani zmysłowa reakcja. Powiada pan "Muszę kochać, aby zaś kochać, muszę rozwijać serce". Ale jest to rozwój umysłowy, a zatem zachowuje odrębność serca i umysłu; nie można ich połączyć czy zjednoczyć dla jakiegoś utylitarnego celu. Miłość musi stanowić początek starań, a nie ich kres.

 

"A zatem, co mam czynić?"

 

Jego oczy zajaśniały, ciało poruszyło się. Wyjrzał przez okno i powoli coś się w nim rozpalało. Nie można niczego uczynić. Proszę w to nie ingerować! Proszę słuchać. I zobaczyć, jak piękny jest ten kwiat.

 

4

 

Medytacja rozwija to, co nowe. Jest poza i ponad powtarzającą się przeszłością - medytacja kładzie tym powtórzeniom kres. Śmierć, wywołana medytacją, unieśmiertelnia to, co nowe. Nie należy ono do dziedziny myśli, a medytacja wycisza myśl.

 

Medytacja to nie osiągnięcie, pogoń za jakąś wizją czy ekscytacja wrażeniami. Jest niczym nieposkromiona rzeka wartko płynąca i występująca z brzegów. Jest muzyką bez dźwięków; nie da się jej oswoić i spożytkować. Jest ciszą, w której od samego początku nie ma tego, kto obserwuje.

 

Słońce jeszcze nie wzeszło; między drzewami lśniła gwiazda poranna. Panowała naprawdę niezwykła cisza. Nie cisza oddzielająca dwa dźwięki czy dwie nuty, ale cisza istniejąca bez powodu - cisza, jaka musiała panować na początku świata. Ogarniała całą dolinę i wzgórza.

 

Dwie duże, nawołujące się sowy, jej nie zakłócały, a pies wyjący w oddali do księżyca stanowił część tego bezmiaru. Gdy słońce ukazało się ponad wzgórzem, wyjątkowo obfita rosa rozbłysła mnóstwem barw i tą poświatą, jaką rzucają jego pierwsze promienie.

 

Delikatne liście żakarandy uginały się od rosy, ptaki podlatywały, by zażyć porannej kąpieli; trzepotały skrzydłami tak, aby woda z listków zwilżyła im pióra. Kruki ze szczególnym uporem przeskakiwały z gałęzi na gałąź, wciskały głowę między liście, trzepotały skrzydłami i wygładzały pióra dziobem. Było ich na jednej grubej gałęzi z pół tuzina, na całym tym drzewie siedziało też wiele innych kąpiących się ptaków.

 

A ta cisza rozprzestrzeniała się, zdawała się przekraczać linię wzgórz. Jak zwykle dzieci krzyczały i śmiały się, gospodarstwo budziło się za snu.

 

Zapowiadał się chłodny dzień. Światło słońca padło teraz na wzgórza, bardzo stare, podobno najstarsze na świecie. Skały o przedziwnych kształtach sprawiały wrażenie bardzo starannie wyciosanych i poustawianych jedna na drugiej; ale żaden wiatr czy pchnięcie nie byłyby w stanie naruszyć ich równowagi.

 

Przez tę odległą od miast dolinę wiodła droga do innej wioski. Tą wyboistą drogą nie jeździły samochody czy autobusy, które zakłócałyby odwieczny spokój tego miejsca. Woły ciągnęły wozy, ale ich ruch stanowił część wzgórz. Wyschnięte koryto rzeki jedynie po ulewnych deszczach napełniało się wodą o barwie będącej mieszaniną czerwieni, żółci i brązu; lecz i ona wydawała się płynąć wraz ze wzgórzami. Wieśniacy zaś, przechodzący cicho obok, przypominali skały.

 

Dzień wolno mijał, a pod wieczór, gdy słońce kryło się za pagórki, ponad wzgórzami, przez lasy, nadciągnęła z oddali cisza, otulając małe krzaczki i prastary figowiec. A kiedy gwiazdy rozbłysły, stała się niezwykle intensywna, prawie nie do zniesienia.

 

Zgaszono małe, wiejskie lampki, a gdy wszyscy zasnęli, intensywność tej ciszy pogłębiła się, poszerzyła i niesłychanie spotęgowała. Nawet wzgórza umilkły jeszcze bardziej, bo i one przerwały swe szepty, zamarły w bezruchu, wydawało się, że tracą swój olbrzymi ciężar.

 

Powiedziała, że ma czterdzieści pięć lat; starannie ubrana w sari, na przegubach rąk nosiła bransolety. Towarzyszący jej starszy mężczyzna przedstawił się jako wuj. Usiedliśmy wszyscy na podłodze, przed nami roztaczał się widok na duży ogród, w którym rósł krzew pieprzowca, kilka drzew mango, jaskrawo kwitnące pnącza i palmy. Bił od niej straszliwy smutek. Jej ręce wciąż drżały i z trudnością powstrzymywała się, by nie zacząć mówić, a może, by nie wybuchnąć płaczem. "Przyszliśmy porozmawiać z panem o mojej siostrzenicy - rzekł wuj. - Kilka lat temu umarł jej mąż, a potem syn. Od tego czasu wciąż płacze, bardzo się postarzała. Nie wiemy, co robić. Zwykłe rady lekarzy nie pomagają, ona najwyraźniej traci kontakt ze swymi dziećmi. Chudnie. Nie wiemy, czym to się skończy, uparła się, by pana odwiedzić".

 

"Cztery lata temu straciłam męża. Był lekarzem, umarł na raka. Ukrywał to przede mną, dowiedziałam się o tym dopiero na jakiś rok przed śmiercią. Straszliwie cierpiał, choć lekarze dawali mu morfinę i inne środki znieczulające. Na moich oczach marniał i w końcu umarł".

 

Przerwała, prawie dławiąc się łzami. Na gałęzi siedział gołąb, cicho gruchając. Był brązowo-szary, miał małą głowę i spory tułów - nie za duży, wszak to gołąb. Akurat odleciał, a poruszona przez ptaka gałąź kołysała się w górę i w dół.

 

"Jakoś nie mogę znieść mojej samotności, tej bezsensownej egzystencji bez niego. Kochałam swoje dzieci; miałam ich troje, chłopca i dwie dziewczynki. W zeszłym roku chłopiec przysłał ze szkoły list, że nie czuje się dobrze, a kilka dni później dyrektor zatelefonował, by mi powiedzieć, że syn nie żyje".

 

W tym momencie straciła panowanie nad sobą i zaczęła płakać. Pokazała list od chłopca, który pisał, iż chciałby przyjechać do domu, gdyż niedobrze się czuje i wyrażał nadzieję, że matka jest zdrowa. Syn, jak wyjaśniła, troszczył się o nią; zamiast jechać do szkoły, chciał z nią pozostać. W jakimś stopniu zmusiła go do wyjazdu, obawiając się, by jej żal źle na niego nie wpłynął. A teraz było za późno. Obie dziewczynki, jak powiedziała, były zbyt małe, by zdać sobie w pełni sprawę z tego, co zaszło. Nagle wybuchła:

 

"Nie wiem, co robić. Ta śmierć podważyła podstawy mego życia. Nasze małżeństwo, tak jak dom, wznosiliśmy starannie na czymś, co uważaliśmy za trwały fundament. A teraz to straszne zdarzenie zniszczyło wszystko".

 

Wuj, najwyraźniej wierzący tradycjonalista, dodał: "Bóg ją w ten sposób doświadczył. Uczestniczyła we wszystkich niezbędnych ceremoniach, ale to jej nie pomogło. Ja wierzę w reinkarnację, jednak jej to nie przynosi pocieszenia. Nie chce nawet o tym słuchać. Dla niej to wszystko jest bez sensu i nie potrafimy podtrzymać jej na duchu".

 

Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy. Jej chustka do nosa zupełnie już przemokła; świeża z szuflady pomogła otrzeć łzy z policzków. Czerwone pnącze zaglądało przez okno, a na każdym liściu lśniło jasne, południowe światło.

 

Czy mamy porozmawiać o tym poważnie, sięgnąć do samych korzeni? Czy raczej pragnie pani, by jakieś wyjaśnienie, jakiś rozsądny argument, przyniosły jej pocieszenie, by jakieś miłe słowa rozproszyły jej smutek?

 

"Chciałabym wniknąć w to głęboko, ale nie wiem, czy starczy mi zdolności lub energii, by stanąć twarzą w twarz z tym, co pan powie - odparła. - Gdy żył mój mąż, przychodziliśmy słuchać niektórych z pańskich mów, ale teraz być może trudno będzie mi się z tym zgodzić".

 

Dlaczego pani cierpi? Proszę nie podawać wyjaśnień, gdyż będą to jedynie słowne konstrukcje zbudowane z pani uczuć, a nie to, co jest faktem. A zatem, gdy zadajemy pani pytanie, proszę nie odpowiadać. Po prostu proszę słuchać i samodzielnie odkrywać. Dlaczego trwa to cierpienie wywołane śmiercią - w każdym domu, bogatym i biednym, od władców tego kraju do żebraków? Dlaczego pani cierpi? Czy z powodu utraty męża, czy ze względu na siebie samą? Jeśli jego pani opłakuje, to czy te łzy mu pomogą? On odszedł raz na zawsze. Cokolwiek pani zrobi, nie odzyska go. Nie przywrócą go ani łzy, ani wiara, ani żadne ceremonie czy bogowie. To jest fakt, który musi pani zaakceptować; nic na to nie można poradzić. Jednak jeżeli płacze pani nad sobą, nad swą samotnością, pustką życia, nad utratą przyjemności zmysłowych i towarzystwa, to płacz ten jest oznaką wewnętrznej pustki i użalania się nad sobą. Być może po raz pierwszy w życiu zdaje sobie pani sprawę z własnego wewnętrznego ubóstwa. Wiele, jeśli można to delikatnie zauważyć, zainwestowała pani w swego męża, a ta inwestycja zapewniała wygodę, zadowolenie i przyjemność. Czyż wszystko, co teraz pani czuje - bolesna strata, udręka samotności i niepokój - nie jest formą użalania się nad sobą? Proszę się temu przyjrzeć, nie znieczulać na to swego serca i nie mówić "Kochałam swego męża, a zupełnie nie myślałam o sobie. Chciałam go chronić, czasem wprawdzie próbowałam nad nim zapanować, ale robiłam to wszystko dla niego i nigdy o siebie nie dbałam". Teraz, gdy on odszedł, zaczyna pani pojmować swój rzeczywisty stan, nieprawdaż? Jego śmierć stanowiła wstrząs i ukazała faktyczny stan pani serca i umysłu. Być może nie będzie pani chciała się temu przyjrzeć; być może odrzuci pani tę prawdę, gdyż wywołuje ona lęk, ale wystarczy nieco dłuższa obserwacja, by spostrzec, iż płacze pani z powodu własnej samotności, z powodu własnego wewnętrznego ubóstwa - czyli z żalu nad sobą.

 

"Czy nie jest pan zbyt okrutny? - odrzekła. - Przyszłam do pana, szukając prawdziwego pocieszenia, a co otrzymuję?"

 

Oto jedno ze złudzeń, którym ulega większość ludzi: złudzenie, że istnieje coś takiego jak wewnętrzne pocieszenie; iż można je od kogoś otrzymać lub znaleźć w sobie. Obawiam się, że niczego takiego nie ma. Jeśli szuka się pocieszenia, to jest się skazanym na życie wśród złudzeń, a gdy one pryskają, pogrążamy się w smutku, bowiem odebrano nam pocieszenie. A zatem, aby zrozumieć cierpienie i je przezwyciężyć, musimy naprawdę widzieć, co się w naszym wnętrzu dzieje, a nie ukrywać tego przed sobą. Wskazanie na to wszystko nie jest chyba okrucieństwem? Nie jest to coś brzydkiego, czego należałoby unikać. Gdy jasno to wszystko widzimy, natychmiast się z tego wydobywamy, bez rysy, bez skazy, odświeżeni, nietknięci przez wypadki życiowe. Śmierć jest nieunikniona, nie sposób przed nią uciec. Próbujemy znaleźć jakiekolwiek wyjaśnienie, czepiamy się każdej wiary w nadziei wykroczenia poza nią, ale ona i tak wciąż czyha; jutro, tuż za rogiem lub za wiele lat - czyha nieustannie. Musimy z tym olbrzymim, życiowym faktem stanąć twarzą w twarz.

 

"Ale... - rzekł wuj, i tu wyszła na jaw tradycyjna wiara w atmana, w duszę, trwałą istotę, która nie przemija. Teraz znalazł się na własnym gruncie, na wydeptanych ścieżkach przebiegłych argumentów i cytatów. Nagle wyprostował się, a w jego oczach zabłysła chęć walki, walki na słowa. Współczucie, miłość i zrozumienie znikły. Stał na świętym gruncie wiary, tradycji, przygnieciony ciężarem uwarunkowań. - Ale atman jest w każdym z nas! Odradza się, aż nie pojmie, że jest brahmanem. Musimy przejść przez cierpienia, aby dojść do tej rzeczywistości. Żyjemy wśród złudzeń; ten świat jest złudzeniem. Istnieje tylko jedna rzeczywistość".

 

I zamknął się w sobie! Kobieta spojrzała na mnie, nie zwracając na wuja zbytniej uwagi, a na jej twarzy zaczął się pojawiać łagodny uśmiech; oboje popatrzyliśmy na gołębia, który akurat powrócił i usiadł na jasnoczerwonym pnączu.

 

Nie ma nic trwałego, czy to na ziemi, czy w nas samych. Myśl może nadać ciągłość temu, czego dotyczy; utrwalić słowo, ideę, tradycję. Myśl sądzi o sobie, że jest trwała, ale czy naprawdę jest? Jest reakcją pamięci, a czy ta pamięć jest trwała? Może stworzyć obraz i nadać mu ciągłość, trwałość, nazwać go atmanem lub jakoś inaczej; może też pamiętać twarz żony czy męża i trwać przy tym. Wszystko to składa się na aktywność myśli stwarzającej lęk, a lęk ów wywołuje pogoń za trwałością - lęk, że jutro zabraknie nam pożywienia lub domu - lęk przed śmiercią. Ten lęk, podobnie jak brahman, jest wytworem myśli.

 

"Pamięć i myśl są niczym świeca - wtrącił się wuj. - Gasisz ją i znów zapalasz; zapominasz, a potem znów pamiętasz. Umierasz i odradzasz się w następnym życiu. Płomień świecy jest ten sam i nie ten sam. A zatem płomień cechuje pewna ciągłość".

 

Ale płomień, który został zgaszony, nie jest tym samym co nowy. Aby nowy mógł zapłonąć, stary musi zgasnąć. Jeśli nieustanne modyfikacje zachowują ciągłość, to w ogóle nie pojawia się nic nowego. Tysiąc dni wczorajszych nie stanie się nowym dniem; nawet świeca się spala. Wszystko musi przeminąć, aby zaistniało nowe.

 

W tym momencie wuj nie może odwołać się do cytatów, wierzeń lub tego, co powiedzieli inni, a zatem zamyka się w sobie i milknie, zakłopotany, a może raczej zły, odsłonił się bowiem przed sobą, a - podobnie jak jego siostrzenica - nie chce stanąć twarzą w twarz z faktem.

 

"Nie obchodzi mnie to - powiedziała kobieta. - Jestem w skrajnej rozpaczy. Straciłam męża i syna, zostało mi jeszcze dwoje dzieci. Co mam robić?"

 

Jeśli troszczy się pani o dzieci, to nie wolno troszczyć się o siebie i swoją rozpacz. Musi się pani nimi opiekować, należycie je wykształcić, wychować, chroniąc przed panoszącą się miernotą. Ale jeśli jest pani pochłonięta użalaniem się nad sobą, nazywając to "miłością do męża" i zamykając się w sobie, to niszczy pani również pozostałą dwójkę dzieci. Świadomie czy nieświadomie jesteśmy wszyscy absolutnymi egoistami i dopóki dostajemy to, czego pragniemy, dopóty uważamy, że wszystko jest w porządku. Ale w chwili, gdy jakieś zdarzenie to niweczy, wydajemy okrzyk rozpaczy, szukając jednocześnie innych pocieszeń, które, rzecz jasna, znów zostaną zniweczone. I tak w kółko. Dlatego, jeśli chce pani dać się temu wszystkiemu usidlić, znając dobrze wszystkie następstwa owego procesu, to proszę postępować tak dalej. Ale jeśli pojmie pani, jak bardzo to wszystko jest absurdalne, to spontanicznie przestanie pani płakać, przestanie się izolować i będzie żyć z dziećmi z nowym światłem i z uśmiechem na twarzy.

 

5

 

Cisza ma wiele cech. Jest cisza między jednym hałasem a drugim, cisza między dwoma tonami i cisza rozciągająca się między dwiema myślami. Jest ta osobliwa, pełna spokoju, przenikająca cisza, jaka zapada wieczorem na wsi; jest cisza, w której słychać szczekanie psa w oddali lub gwizd pociągu wjeżdżającego pod górę; cisza panująca w domu, gdy wszyscy zasnęli, szczególnie intensywna, gdy budzisz się w środku nocy i nasłuchujesz sowy pohukującej w dolinie; jest też cisza trwająca zanim odpowie jej inna sowa. Jest cisza starego, opuszczonego domu i cisza gór; cisza panująca między dwojgiem ludzi, kiedy to samo ujrzeli, to samo poczuli i uczynili.

 

Tej nocy, zwłaszcza w owej odległej dolinie z prastarymi wzgórzami, na stokach których tkwią osobliwie ukształtowane głazy, cisza była równie realna jak ściana, której dotykałeś. Patrzyłeś przez okno na roziskrzone gwiazdy. Ta cisza nie powstała sama przez się dlatego, że ziemia ucichła, a wieśniacy zasnęli, ale nadciągała zewsząd - z odległych gwiazd, z tych ciemnych wzgórz, a także z twego umysłu i serca. Ta cisza wydawała się otulać wszystko, od najmniejszego ziarnka piasku w korycie rzeki - którym woda płynęła jedynie podczas deszczu - do wysokiego, rozłożystego figowca i powiewów wiatru. Jest cisza umysłu, której nie mąci żaden hałas, żadna myśl ani przemijający wicher doznań. Ona właśnie jest nieskalana, a zatem wieczna. Gdy panuje owa cisza umysłu, bierze z niej początek działanie, które nie powoduje zamętu i niedoli.

 

Medytacja absolutnie cichego umysłu jest tym błogosławieństwem, którego ludzie wciąż szukają. Ta cisza ma wszelkie cechy ciszy.

 

Jest ta dziwna cisza panująca w świątyni lub w pustym kościele na zabitej deskami wsi, której nie mąci zgiełk turystów i wyznawców. Zaś intensywna cisza rozciągająca się nad wodą jest częścią tej, która nie mieści się w granicach ciszy umysłu.

 

Medytujący umysł zawiera w sobie całą tę różnorodność, zmiany i poruszenia ciszy. Taki cichy umysł jest umysłem prawdziwie religijnym, a cisza bogów jest ciszą ziemi. Medytujący umysł płynie w tej ciszy, miłość zaś jest jego sposobem bycia. W tej ciszy jest radość i śmiech.

 

Wuj przyszedł znowu, tym razem bez siostrzenicy. Był staranniej ubrany, bardziej też niespokojny i zafrapowany; w skutek powagi i niepokoju jego twarz pociemniała. Usiedliśmy na twardej podłodze, a czerwone pnącze spoglądało na nas przez okno. Gołąb miał zapewne przyfrunąć nieco później. Zawsze pojawiał się nad ranem o tej porze; siadał na gałęzi w tym samym miejscu, tyłem do okna, z głową zwróconą na południe, jego gruchanie miękko napływało do wnętrza pokoju.

 

"Chciałbym pomówić o nieśmiertelności i doskonaleniu życia w miarę, jak ewoluuje ono ku ostatecznej rzeczywistości. Z pańskich słów wynika, że ma pan bezpośredni wgląd w to, co jest prawdą, a my, nie wiedząc, zdani jesteśmy na wiarę. Naprawdę niczego o atmanie nie wiemy; znamy jedynie słowo. Symbol stał się dla nas rzeczywistością, a gdy opisuje pan symbol - jak to miało miejsce podczas naszego ostatniego spotkania - nas to przeraża. Ale mimo lęku lgniemy do tego, albowiem faktycznie niczego nie wiemy poza tym, czego nas nauczono, co powiedzieli dawni nauczyciele i tak wciąż żyjemy z brzemieniem tradycji. A zatem, po pierwsze, chcę wiedzieć, czy istnieje ta niezmienna rzeczywistość, ta rzeczywistość - nazwijmy ją atmanem czy duszą - która trwa po śmierci. Nie boję się śmierci. Widziałem, jak umierała moja żona i kilkoro moich dzieci. Pytam o tego atmana jako o rzeczywistość. Czy istnieje we mnie ta trwała istota?"

 

Gdy mówimy o ciągłości, to czy chodzi nam o coś, co trwa, choć wokół wszystko wciąż się zmienia, trwa wbrew doznaniom, wbrew rozlicznym niepokojom, cierpieniom i okrucieństwom? O coś nieprzemijającego? Po pierwsze, w jaki sposób możemy to stwierdzić? Czy można tego szukać za pomocą myśli, słów? Czy to, co nietrwałe, może odkryć to, co trwałe? Czy to, co nieustannie się zmienia - myśl - może odkryć to, co nie podlega zmianom? Myśl może nadać trwałość idei, atmanowi lub duszy, i powiedzieć: "Oto jest rzeczywistość", albowiem myśl wywołuje lęk przed tą nieustanną zmianą, a z powodu tego lęku szuka czegoś trwałego - trwałej więzi między ludźmi, trwałej miłości. Myśl sama jest nietrwała, zmienna, a zatem wszystko, co wynajduje jako coś trwałego, jest, tak jak i ona sama, nietrwałe. Może przez cale życie lgnąć do wspomnień i utrzymywać, że są trwale, a następnie zadawać pytanie, czy będą one nadal istnieć po śmierci. Myśl tę rzecz stworzyła, nadała jej ciągłość, pielęgnowała ją dzień po dniu i jej się trzyma. Jest to największe ze złudzeń, ponieważ myśl żyje w czasie, a to, czego doświadczyła wczoraj, pamięta dziś i jutro; z tego rodzi się czas. Istnieje zatem niezmienność czasu, a także niezmienność, jaką myśl nadała idei ostatecznego osiągnięcia prawdy. Wszystko to jest wytworem myśli - lęk, czas i osiąganie czegoś, wieczne stawanie się.

 

"Kim jednak jest ten, kto myśli - ten, kto ma te wszystkie myśli?"

 

Czy w ogóle istnieje ten, kto myśli, czy też istnieje tylko myśl, która stwarza myślącego? A ustanowiwszy go, wymyśla następnie to, co trwałe, duszę, atmana.

 

"Czy chce pan powiedzieć, że przestaję istnieć, gdy nie myślę?"

 

Czy kiedykolwiek przydarzyło się panu w spontaniczny sposób znaleźć się w stanie, w którym nie ma ani śladu myśli? Czy w tym stanie ma się świadomość siebie jako kogoś, kto myśli, obserwuje, doświadcza? Myśl jest reakcją pamięci, a wiązka wspomnień jest tym, kto myśli. Gdy nie ma myśli, to czy w ogóle istnieje to "ja", na temat którego czynimy tyle zamętu i hałasu? Nie mówimy teraz o człowieku w stanie amnezji, o takim, który śni na jawie lub poddaje myśl kontroli, by ją wyciszyć, mówimy o umyśle w stanie pełnej czujności. Jeśli nie istnieje żadna myśl i żadne słowo, to czy umysł nie znajduje się w zupełnie innym wymiarze?

 

"Oczywiście, gdy jaźń nie działa, gdy nie domaga się uznania, pojawia się coś zupełnie innego; ale to jedynie, że jaźń nie działa, nie musi oznaczać, iż nie istnieje".

 

Ależ oczywiście istnieje! "Ja", ego, wiązka wspomnień istnieje. Widzimy, że istnieje tylko wtedy, gdy reaguje na wyzwanie, ale jest, może uśpione lub w stanie zawieszenia i czeka na następną okazję, by zareagować. Chciwego człowieka przez większość czasu pochłania jego chciwość; może on przeżywać chwile, gdy ona nie działa, ale przecież trwa zawsze.

 

"Czym jest ta żywa istota wyrażająca się w chciwości?"

 

To nadal jest chciwość. Jedno jest nieodłączne od drugiego.

 

"Doskonale rozumiem, co określa pan mianem ego, ťjaŤ - jego pamięć, jego chciwość, jego pewność siebie, jego wszelkiego rodzaju żądania - ale czy nie istnieje nic więcej poza tym ego? Czy chce pan powiedzieć, że gdy nie ma ego, jest niepamięć?"

 

Kiedy ustaje krakanie wron, coś istnieje: tym czymś jest paplanina umysłu - problemy, zmartwienia, konflikty, a nawet dociekanie, czy coś pozostaje po śmierci. Na to pytanie można udzielić odpowiedzi jedynie wtedy, gdy umysł nie jest już chciwy lub zazdrosny. Interesuje nas nie to, co pozostaje po zaniku ego, ale raczej to, jak unicestwić wszystkie jego atrybuty. Oto prawdziwy problem - nie czym jest rzeczywistość lub czy istnieje coś trwałego, wiecznego - ale czy umysł uwarunkowany przez kulturę, w której żyje i za którą jest odpowiedzialny - czy taki umysł jest w stanie wyzwolić się i odkrywać.

 

"Jak zatem mam zacząć się wyzwalać?"

 

Nie może pan się wyzwolić. Jest pan zarodkiem tej niedoli i gdy pyta pan "jak", jest to pytanie o metodę, która unicestwi "ja", ale w procesie unicestwiania stwarza pan następne "ja".

 

"Czym więc, jeśli mogę jeszcze o coś spytać, jest nieśmiertelność? Śmiertelność jest śmiercią, śmiertelność jest sposobem życia, pełnym cierpienia i bólu. Człowiek nieprzerwanie szuka nieśmiertelności, stanu wolnego od śmierci".

 

Znów wrócił pan do pytania o to coś bezczasowego, co nie należy do dziedziny myśli. To, co jest poza dziedziną myśli, jest nieskalane, a myśl, cokolwiek zrobi, nie zdoła się z tym zetknąć, albowiem jest zawsze stara. To właśnie nieskalaność, podobnie jak miłość, jest nieśmiertelna, aby jednak mogła ona zaistnieć, umysł musi uwolnić się od tysięcy wczorajszych dni i związanych z nimi wspomnień. Wolność jest stanem, w którym nie ma nienawiści, gwałtu, okrucieństwa. Jakże, nie wyzbywszy się tego wszystkiego, możemy pytać, czym jest nieśmiertelność, czym jest miłość, czym jest prawda?

 

6

 

Jeśli zamierzasz medytować, to nie będzie to medytacja. Jeśli zamierzasz być dobry, to dobro nigdy się nie rozwinie. Jeśli kształtujesz w sobie pokorę, to ona znika. Medytacja jest niczym powiew wiatru, który wpada do pokoju, gdy zostawiasz otwarte okno; ale jeśli czynisz to rozmyślnie, jeśli rozmyślnie ją przywołujesz, to nigdy się nie pojawi.

 

Medytacja nie jest drogą, po której podąża myśl, myśl bowiem jest przebiegła, dysponuje niezliczonymi możliwościami oszukiwania siebie, a zatem przegapi drogę medytacji. Do medytacji, podobnie jak do miłości, nie można dążyć.

 

Rzeka tego ranka była bardzo spokojna. Widać było na niej odbicia chmur, pszenicy ozimej i rosnącego za nią lasu. Nawet łódź rybacka wydawała się nie zaburzać jej spokoju. Cisza tego ranka unosiła się nad ziemią. Słońce właśnie wschodziło ponad czubkami drzew, ktoś krzyczał w oddali, a w powietrzu niosła się sanskrycka pieśń.

 

Papugi i szpaki nie wyruszyły jeszcze w poszukiwaniu pożywienia; wielkie sępy o nagich szyjach siedziały na wierzchołku drzewa, czekając na padlinę niesioną przez rzekę. W nurcie widać było wiele płynących martwych zwierząt, a na nich siedzące sępy, czasem po dwa. Wokół fruwały wrony w nadziei, że także im uda się coś uszczknąć. Czasem pies podpływał do zwłok, ale nie znajdując oparcia dla łap, wracał na brzeg i odchodził. Pociągi z metalicznym łoskotem przejeżdżały przez długi most. Za mostem, w górze rzeki, rozciągało się miasto.

 

Był to ranek pełen cichej radości. Nędza, choroby i ból nie wyszły jeszcze na drogę. Nad małym strumieniem wisiał chwiejący się most; a teren w pobliżu ujścia tego brunatnobrązowego strumyka do dużej rzeki uważano za najświętsze z miejsc. W świąteczne dni ludzie przychodzili tam się kąpać, mężczyźni, kobiety i dzieci. Było zimno, ale oni najwyraźniej o to nie dbali. Kapłan ze świątyni po drugiej stronie drogi zarabiał mnóstwo pieniędzy. I zaczynała się brzydota.

 

Nosił brodę i turban. Zajmował się jakimiś interesami, wyglądał na człowieka bogatego, dobrze odżywionego. Chodził powoli i powoli myślał, a reagował jeszcze wolniej. Potrzebował paru minut, by zrozumieć proste stwierdzenie. Powiedział, że ma własnego guru, ale przejeżdżając nieopodal, poczuł pilną potrzebę, by wpaść i porozmawiać o sprawach, które wydawały mu się ważne.

 

"Dlaczego - zapytał - występuje pan przeciwko wszystkim guru? To chyba nie ma sensu. Oni wiedzą, ja nie wiem. Oni mogą mną pokierować, pomóc mi, mówią, co mam robić i oszczędzają mi wielu kłopotów i bólu. Są niczym światło w ciemności. Musimy poddać się ich kierownictwu, w przeciwnym razie gubimy się, jesteśmy zdezorientowani i bardzo nieszczęśliwi. Powiedzieli, że nie powinienem do pana przychodzić i pouczali mnie, jak niebezpieczni są ci, którzy nie akceptują tradycyjnej wiedzy. Stwierdzili, iż gdybym słuchał innych, zniszczyłbym dom, który oni tak pieczołowicie wznosili. Ale pokusa, by przyjść i spotkać się z panem, była zbyt silna, i oto jestem!"

 

Chyba był zadowolony z tego, że uległ pokusie.

 

Czym jest potrzeba guru? Czy on wie więcej od pana? I co takiego on wie? Jeśli mówi, że wie, to tak naprawdę nie wie, a poza tym słowo nie jest stanem faktycznym. Czy ktoś może pana nauczyć tego niezwykłego stanu umysłu? Oni mogą go opisać, obudzić pańskie zainteresowanie, pragnienie, by go posiąść, by go doświadczyć, ale nie mogą go panu dać. Musi pan iść sam, samotnie wyruszyć w tę podróż, a podczas niej być własnym nauczycielem i uczniem.

 

"Ale to wszystko jest chyba bardzo trudne - powiedział. - A kolejne kroki mogą ułatwić ci, którzy już doświadczyli tej rzeczywistości".

 

Oni stają się autorytetem i ich zdaniem należy jedynie iść za nimi, naśladować, słuchać, zaakceptować obraz, system, jaki oferują. W ten sposób traci pan całą inicjatywę, całą zdolność bezpośredniego postrzegania. Po prostu idzie pan drogą, o której oni sądzą, iż wiedzie do prawdy. Ale, niestety, do prawdy nie wiedzie żadna droga.

 

"Co pan przez to rozumie?" - wykrzyknął zgorszony.

 

Ludzie uwarunkowani są przez propagandę, przez społeczność, w której zostali wychowani. Każda religia twierdzi, że jej własna ścieżka jest najlepsza. I istnieją tysiące guru, którzy uważają, iż ich metoda, ich system, ich sposób medytacji stanowią jedyną drogę wiodącą do prawdy. Proszę zauważyć, że każdy uczeń łaskawie toleruje uczniów innych guru. Tolerancja jest cywilizowaną akceptacją podziałów między ludźmi - politycznych, religijnych i społecznych. Człowiek wynalazł wiele ścieżek niosących każdemu wierzącemu pocieszenie. Dlatego właśnie świat uległ rozpadowi.

 

"Czy chce pan powiedzieć, że muszę porzucić swego guru? Odłożyć na bok wszystko, czego mnie nauczył? Będę zgubiony!"

 

Ale czy nie trzeba zagubić się, by odkryć? Boimy się pobłądzić, żyć w niepewności, a zatem gonimy za tymi, którzy obiecują raj religijny, polityczny czy społeczny. W ten sposób faktycznie podsycają lęk i trzymają nas w więzieniu tego lęku.

 

"Ale czy mogę iść sam?" - spytał tonem pełnym powątpiewania.

 

Było tak wielu zbawców, mistrzów, guru, przywódców politycznych i filozofów, a żaden z nich nie wybawił pana od pańskich niedoli i konfliktów. Po cóż więc za nimi iść? Być może istnieje zupełnie inne podejście do wszystkich naszych problemów.

 

"Czy będę jednak dość poważny, by się z tym wszystkim samemu borykać?"

 

Jest się poważnym tylko wtedy, gdy zaczyna się rozumieć samemu - a nie za pośrednictwem kogoś innego - przyjemności, do jakich się teraz dąży. Żyje pan na poziomie przyjemności. Nie chodzi o to, by przyjemności zakazać, ale jeśli ta pogoń za nimi stanowi, bez reszty, całe pańskie życie, to oczywiście nie starczy panu powagi.

 

"Sprawił pan, że czuję się bezradny i zrozpaczony".

 

Ogarnia pana rozpacz, gdyż pragnie pan jednego i drugiego. Chce pan być poważny, a jednocześnie pragnie wszelkich przyjemności, jakie oferuje ten świat. A że są one tak drobne i marne, pragnie pan jeszcze tej przyjemności zwanej "Bogiem". Gdy tę sprzeczność ujrzy się samemu, a nie z czyjąś pomocą czy zgodnie z cudzymi poglądami, to postrzeganie tego wszystkiego uczyni z człowieka i ucznia i mistrza zarazem. O to właśnie chodzi. Wtedy jest się nauczycielem, nauczanym i nauczaniem.

 

"Ale pan jest guru - stwierdził. - Nauczył mnie pan czegoś tego ranka, a ja uznaję pana za swego guru".

 

Niczego pana nie nauczyłem, to pan patrzył. Owo patrzenie coś panu ukazało. Patrzenie jest pańskim guru, jeśli mamy to tak wyrazić. Ale to od pana zależy, czy będzie pan patrzył, czy nie. Nikt nie może pana do tego zmusić. Jeśli jednak pan patrzy, gdyż oczekuje nagrody lub lęka się kary, to te pobudki uniemożliwiają widzenie. Aby widzieć, należy uwolnić się od wszelkich autorytetów, od tradycji, od lęku i od myśli pełnej przebiegłych słów. Prawda nie znajduje się w jakimś odległym miejscu, lecz tkwi w patrzeniu na to, co jest. Ujrzenie siebie takim, jakim się jest - uświadomienie wolne od wyborów - stanowi początek i kres wszelkich poszukiwań.

 

7

 

Myśl nie jest w stanie pojąć ani wytłumaczyć sobie natury przestrzeni. Wszystko, co wyraża, podlega tym samym co ona ograniczeniom. To nie jest przestrzeń, do której dociera medytacja. Myśl ograniczają zawsze jakieś horyzonty. Medytujący umysł horyzontów nie ma. Umysł nie może przejść od tego, co ograniczone, do tego, co bezgraniczne, ani przekształcić tego, co ograniczone, w to, co ograniczeniom nie podlega. Jedno musi zniknąć, aby mogło zaistnieć drugie. Medytacja otwiera drzwi wiodące w przestwór, którego nie sposób sobie wyobrazić ani uczynić przedmiotem spekulacji. Myśl stanowi ośrodek, wokół którego rozciąga się przestrzeń pojęciowa, którą można rozszerzać, dodając kolejne idee. Ale takie stymulowane w jakikolwiek sposób rozszerzanie to jedno, a przestwór, w którym nie ma ośrodka, to drugie. Medytacja jest rozumieniem tego ośrodka, a zatem wykroczeniem poza jego granice. Cisza i przestwór są nieodłączne. Bezmiar ciszy jest bezmiarem umysłu, w którym nie istnieje ośrodek. Postrzeganie tej przestrzeni i ciszy nie jest dziełem myśli. Myśl może postrzegać jedynie swe własne wyobrażenia, a ich rozpoznawanie stanowi jej granice.

 

Nad tym strumieniem przechodziło się po rozklekotanym moście z bambusu i gliny. Strumień wpadał do dużej rzeki i nikł w jej bystrych wodach. Mały most był dziurawy i przechodząc przezeń, trzeba było uważać. Po wejściu na piaszczysty stok mijało się niewielką świątynię, a nieco dalej źródło, tak stare jak źródła tej ziemi. Znajdowało się ono na obrzeżach wioski, gdzie żyło wiele kóz oraz głodnych mężczyzn i kobiet, otulonych w brudne łachmany, gdyż panował chłód. Wieśniacy w wielkiej rzece łowili ryby, a jednak wciąż byli bardzo chudzi, wycieńczeni, przedwcześnie podstarzali, a niektórzy również ułomni. Żyli w tej wsi tkacze, którzy w mrocznych, obskurnych pomieszczeniach z niewielkimi oknami wytwarzali piękne sari z brokatu i jedwabiu. Umiejętność tę przekazywano z ojca na syna, a pośrednicy i kupcy na pracy tkaczy zbijali fortuny.

 

Nie poszedłeś przez wieś, lecz skręciłeś w lewo i podążyłeś dalej ścieżką, która stała się święta, przypuszczano bowiem, że właśnie tędy, jakieś dwa i pół tysiąca lat temu, wędrował Budda. Z całego kraju przybywali pielgrzymi, aby się tą ścieżką przejść. Wiodła ona przez zielone pola, wśród mangowców, drzew gwajakowych i rozrzuconych po okolicy świątyń. Była tam starożytna wieś, pamiętająca zapewne czasy przedbuddyjskie, a także wiele kaplic i miejsc, w których pielgrzymi mogli przenocować. Wszystko znajdowało się w opłakanym stanie; nikt najwyraźniej o to nie dbał. Wszędzie włóczyły się kozy. Rosły tam ogromne drzewa, stary tamaryndowiec z siedzącymi na wierzchołku sępami i stadem papug. Przyfruwały i nikły wśród liści o takiej samej jak one zielonej barwie; choć było je słychać, nie dało się ich dojrzeć.

 

Po obu stronach ścieżki rozciągały się pola porośnięte ozimą pszenicą; w oddali wieśniacy przyrządzali posiłki na ogniskach, z których unosił się dym. W nieruchomym powietrzu wznosił się prosto w niebo. Potężny, groźnie wyglądający, ale zupełnie nieszkodliwy byk szedł, prowadzony przez chłopa, polem, podskubując zielone źdźbła. W nocy padało i gęsty kurz osiadł na ziemi. W ciągu dnia miał być upał, ale teraz na niebie wisiały ciężkie chmury i miło było spacerować, czuć zapach świeżej ziemi i zachwycać się pięknem okolicy. To bardzo stara kraina, pełna uroku i ludzkich cierpień, nędzy i tych niepotrzebnych świątyń.

 

"Tak wiele pan mówił o pięknie i miłości, a po wysłuchaniu tego wszystkiego stwierdzam, że nadal nie wiem, czym jest piękno lub czym jest miłość. Jestem zwykłym człowiekiem, ale wiele przeczytałem zarówno z dziedziny filozofii, jak i literatury. Książki te oferują wyjaśnienia najwyraźniej odmienne od tego, co pan mówi. Mógłbym zacytować, co w czasach starożytnych powiadano w tym kraju na temat miłości i piękna, a także, jak te rzeczy ujmowano na Zachodzie; wiem jednak, że nie lubi pan cytatów, gdyż trącą one autorytetem. Ale jeśli ma pan takie nastawienie, to czy moglibyśmy tę kwestię rozważyć? Może wówczas zdołam pojąć, co znaczy piękno i miłość?"

 

Dlaczego w naszym życiu jest tak niewiele piękna? Dlaczego nie potrafimy się obyć bez muzeów pełnych obrazów i rzeźb? Dlaczego musimy słuchać muzyki? Lub czytać opisy przyrody? Dobrego smaku można się nauczyć, być może bywa on też wrodzony, ale dobry smak nie jest pięknem. Czy piękne są rzeczy wytworzone - lśniący, nowoczesny samolot, mały magnetofon, współczesny hotel lub grecka świątynia, sylwetka skomplikowanej maszynerii lub łuk wspaniałego mostu ponad przepaścią?

 

"Czy chce pan powiedzieć, że nie ma piękna w rzeczach pięknie zrobionych i doskonale funkcjonujących? Że nie są piękne najznakomitsze dzieła sztuki?"

 

Oczywiście, że są. Gdy zagląda się do wnętrza zegarka, widać, że jest ono naprawdę delikatne i na swój sposób piękne. Piękne są też starożytne kolumny z marmuru lub słowa poety. Ale jeśli piękno nie jest niczym innym, to jest ono jedynie powierzchowną reakcją zmysłów. Gdy widzi pan samotną palmę na tle zachodzącego słońca, to czy to kolor, nieruchomość palmy, cisza wieczoru sprawiają, że odczuwa pan piękno, czy też piękno, podobnie jak miłość, jest czymś, co leży poza zasięgiem dotyku i wzroku? Czy od wychowania, od uwarunkowań zależy stwierdzenie "To jest piękne, a to nie"? Czy zwyczaj, nawyk i styl każą nam mówić "To jest plugastwo, ale tu panuje ład i kwitnie dobroć"? Jeśli to wszystko zależy od uwarunkowań, to takie postrzeganie piękna i dobra jest wytworem kultury i tradycji, a zatem nie jest to piękno. Jeśli piękno stanowi rezultat lub istotę doznań, będzie ono, zarówno w przypadku ludzi ze Wschodu, jak i z Zachodu, zależeć od wychowania i tradycji. Czy miłość, podobnie jak piękno, stanowi wyłączną własność Wschodu lub Zachodu, chrześcijaństwa lub hinduizmu, państwa lub jakiejś ideologii? Oczywiście, nie ma ono z tym nic wspólnego.

 

"Czym więc jest?"

 

Widzi pan, piękne jest wyrzeczenie się, porzucenie siebie samego. Bez wyrzeczeń nie ma miłości, a jeśli nie porzucimy siebie, piękno nie jest realne. Przez wyrzeczenie nie zrozumiemy ani surowej dyscypliny świętych, mnichów czy komisarzy ludowych, którzy z dumą wypierają się siebie, ani dyscypliny, która zapewnia im władzę i uznanie - nie o to chodzi. Wyrzeczenie się nie jest surowością, wyuczonym potwierdzaniem własnej ważności. Rezygnacja z wygód, śluby ubóstwa czy celibat nie mają z nim nic wspólnego. Wyrzeczenie się jest pełnią rozumienia. Jest ono możliwe tylko wtedy, gdy porzucamy siebie samych, a tego nie sposób dokonać aktem woli, wyboru czy w wyniku rozmyślnego zamiaru. To piękny czyn wyrzeka się, a miłość jest źródłem głębokiej wewnętrznej czystości tego aktu. Piękno jest tą miłością, w której nie dokonuje się już żadnych porównań. Wówczas ta miłość - czyń to, co ona - jest pięknem.

 

"Co pan rozumie przez określenie ťczyń to, co onaŤ? Jeśli porzucimy siebie samych, nic już nie pozostanie nam do zrobienia".

 

Działanie nie jest odrębne od tego, co jest. Taka odrębność jest źródłem konfliktu i brzydoty. Gdy niknie, samo życie staje się aktem miłości. Głęboka wewnętrzna prostota wyrzeczenia się wiedzie do życia wolnego od rozdwojenia. Oto podróż, w którą musiał wyruszyć umysł, by odnaleźć to piękno bez słów. Ta podróż jest medytacją.

 

8

 

Medytacja jest ciężką pracą. Wymaga najwyższej dyscypliny - nie dostosowywania się, nie naśladownictwa, nie posłuszeństwa - ale takiej dyscypliny, która jest efektem nieustannego uświadamiania sobie tego, co otacza nas z zewnątrz, i tego, co dzieje się wewnątrz. Tak więc medytacja nie jest czynnością, która izoluje, a wręcz przeciwnie - jest codzienną działalnością wymagającą współpracy, wrażliwości i inteligencji. Jeśli nie położymy podwalin pod prawe życie, medytacja stanie się ucieczką, a wtedy straci wszelką wartość. Prawe życie nie jest życiem zgodnym z zasadami społecznej moralności, jest to życie wolne od tego, co rodzi wrogość: zazdrości, chciwości i dążenia do władzy. Taką wolność sprowadza nie akt woli, ale zdawanie sobie z tego wszystkiego sprawy dzięki samowiedzy. Jeśli nie znamy działań własnej jaźni, medytacja staje się zmysłową podnietą, a zatem jej wartość jest znikoma.

 

Na tej szerokości geograficznej nie ma prawie zmroku ani świtu. Tego ranka rzeka, szeroka i głęboka, miała barwę płynnego ołowiu. Słońce nie ukazało się jeszcze ponad horyzontem, ale na wschodzie jaśniała już łuna. Ptaki nie rozpoczęły jeszcze swych porannych treli i nie słychać było nawoływań wieśniaków. Gwiazda poranna świeciła wysoko na niebie i w miarę, jak patrzyłeś, bladła coraz bardziej i bardziej, aż słońce ukazało się ponad drzewami, a rzeka zalśniła kolorami srebra i złota.

 

Odezwały się ptaki, a wioska zbudziła się ze snu. Właśnie wtedy, nieoczekiwanie, na parapecie okiennym pojawiła się ogromna małpa, szara, o czarnym pysku, ze sterczącymi nad czołem krzaczastymi włosami. Miała czarne dłonie, długi ogon zwisał z parapetu do środka pokoju. Siedziała spokojnie, prawie nieruchomo, patrząc na nas bez najmniejszego drgnienia. Dzieliło nas ledwie parę stóp. Nagle małpa wyciągnęła do nas łapę. Przez pewien czas trzymaliśmy się za ręce. Jej szorstką dłoń pokrywał kurz, ponieważ zwierzę wspięło się na dach, potem na okap nad oknem, zlazło w dół i usiadło tutaj. Małpa zachowywała się zupełnie swobodnie i, o dziwo, była niezwykle wesoła, bez cienia lęku czy niepokoju. Sprawiała wrażenie, jakby znajdowała się u siebie. Po prostu była. Jak rzeka, która teraz lśniła złociście, jak jej drugi brzeg, jak drzewa w oddali. Trzymaliśmy się za dłonie dłuższą chwilę; a potem, jakby od niechcenia, zwierzę cofnęło łapę, choć nadal siedziało w tym samym miejscu. Przyglądaliśmy się sobie. Czarne, lśniące, małe oczy pełne były dziwnej dociekliwości. Chciała wejść do pokoju, ale wahała się, w końcu rozprostowała ręce i nogi, wspięła się na okap, na dach i odeszła. Wieczorem znów pojawiła się wysoko na drzewie. Coś jadła. Pomachałeś do niej, ale nie zareagowała.

 

Ten człowiek był sannjasinem, mnichem o dość przyjemnej, delikatnej twarzy i wrażliwych dłoniach. Czysty, ubrany w szaty pomięte, ale wyglądające na świeżo wyprane. Przybył, jak powiedział, z Rishikesh, gdzie spędził wiele lat u pewnego guru, który niedawno odszedł w wysokie góry i żył samotnie. Odwiedził, jak wyznał, liczne aszramy. Porzucił dom dawno temu, w wieku bodaj dwudziestu lat, już dobrze nie pamiętał kiedy. Z rodzicami i kilkorgiem rodzeństwa zupełnie stracił kontakt. Przebył całą tę drogę, ponieważ posłyszał od różnych guru, że powinien się z nami zobaczyć, a poza tym czytał tu i ówdzie różne nasze teksty. Niedawno też rozmawiał z innym sannjasinem i oto przybył. Trudno było odgadnąć, ile ma lat, przekroczył już wiek średni, ale jego głos brzmiał młodo i tak samo wyglądały jego oczy.

 

"Taki już los przypadł mi w udziale, że wędrowałem po Indiach, odwiedzając centra, w których nauczali różni guru. Część z nich to ludzie uczeni, inni to ignoranci, choć niektóre z ich cech świadczą o tym, iż jednak coś w nich jest; jeszcze inni to zwykli rozdający mantry naciągacze. Ci ostatni często wyjeżdżają za granicę i tam zdobywają popularność. Bardzo niewielu wzniosło się ponad to wszystko, ale należał do nich mój ostatni guru. Teraz zaszył się w odległej, odciętej od świata części Himalajów. Cała nasza grupa odwiedza go raz do roku, aby otrzymać błogosławieństwo".

 

Czy izolowanie się od świata jest niezbędne?

 

"Oczywiście, należy wyrzec się tego świata, bo nie jest on rzeczywisty. Niezbędny jest też guru, by nauczał, gdyż on doświadczył rzeczywistości i pomoże osiągnąć ją także tym, którzy za nim pójdą. On wie, my nie wiemy. Zdumiewają nas pańskie twierdzenia, że guru nie jest niezbędny, gdyż przeczą one tradycji. Pan sam dla wielu stał się guru, prawdy nie sposób znaleźć samemu. Potrzebujemy pomocy - rytuałów i wskazówek udzielanych przez tych, którzy wiedzą. Być może u kresu trzeba będzie radzić sobie samemu, ale nie teraz. Jesteśmy jak dzieci i potrzebujemy tych, którzy daleko zaszli na tej ścieżce. Uczymy się tylko wtedy, gdy siedzimy u stóp tych, którzy wiedzą. Ale pan najwyraźniej temu przeczy, a więc przyszedłem, by dowiedzieć się dlaczego".

 

Proszę popatrzeć na tę rzekę - na to światło poranka odbijające się od jej powierzchni, na połyskujące, zielone, soczyste pola pszenicy i te drzewa w oddali. Oto wielkie piękno, a oczy, które to widzą, muszą być pełne miłości, by je ogarnąć. Słuchanie turkotu pociągu przejeżdżającego przez żelazny most jest równie ważne jak słuchanie śpiewu ptaka. Proszę więc patrzeć i jednocześnie słuchać gruchania gołębi. Proszę patrzeć na ten tamaryndowiec i dwie siedzące na nim papugi. Aby oczy mogły to wszystko ujrzeć, musi istnieć jakaś więź - z rzeką, z przepływającą łodzią pełną wieśniaków, którzy wiosłując śpiewają. To jest część tego świata. Wyrzekając się tego, odwracamy się od miłości i piękna - od samej ziemi. Pan wyrzeka się społeczeństwa, ale nie tego, co ludzie ze świata uczynili. Nie odrzuca pan kultury, tradycji, wiedzy - wszystko to panu towarzyszy, gdy wycofuje się pan z tego świata. Wyrzeka się pan piękna i miłości z powodu lęku, który wywołują te dwa słowa i to, co się za nimi kryje. Piękno wiąże się ze światem zmysłów, kojarzy się z seksem i z uwikłaną w seks miłością. Takie wyrzeczenie się sprawia, że tak zwani ludzie religijni przeobrażają się w egocentryków - przewyższają może zwykłych ludzi, ale nadal skoncentrowani są na sobie. Gdy brak piękna i miłości, nie sposób dotrzeć do tego, co bezgraniczne. Proszę zauważyć, jak odległe są piękno i miłość od społeczności sannjasinów i ludzi świątobliwych. Mogą oni o tym mówić, ale są zwolennikami surowej dyscypliny, niepohamowani w narzucaniu ograniczeń i wymogów. Tak więc w istocie, choć przywdziewają pomarańczową szatę, czarną sutannę czy kardynalską purpurę, wszyscy są w wielkiej mierze ludźmi należącymi do tego świata. Ich zawód, jak każde inne zajęcie, z pewnością nie jest tak zwaną działalnością duchową. Niektórzy z nich powinni być ludźmi interesu, a nie otaczać się atmosferą duchowości.

 

"Ale może właśnie pan jest zbyt surowy?"

 

Nie. My po prostu stwierdzamy fakt, a fakt nie jest ani surowy, ani przyjemny lub nieprzyjemny - jest, jaki jest. Większość z nas nie chce widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Ale to wszystko jest dość oczywiste i jasne. Izolowanie się jest sposobem życia typowym dla tego świata. Każdy człowiek w wyniku swych egocentrycznych zachowań izoluje się, niezależnie od tego, czy jest żonaty, czy nie, czy mówi o współpracy, o narodzie czy o osiągnięciach i sukcesach. W pewnych przypadkach, gdy izolacja przybiera formy skrajne, rozwija się nerwica, która niekiedy - jeśli ma się talent - owocuje dziełami sztuki, dobrą literaturą lub w jakiś inny sposób. Takie wycofywanie się ze świata, ucieczka od jego zgiełku, okrucieństw, nienawiści i przyjemności stanowi część procesu izolowania się, nieprawdaż? Tyle tylko, że sannjasin postępuje tak w imię religii, Boga, zaś człowiek uwikłany we współzawodnictwo akceptuje taką ucieczkę jako część struktury społecznej.

 

Izolując się zyskujemy pewne cechy - stajemy się surowi i wstrzemięźliwi, a to daje nam poczucie mocy. Moc, wszystko jedno - mistrza olimpijskiego, premiera czy przywódcy kościoła - pozostaje tą samą mocą. W każdej postaci, jeśli można posłużyć się tym słowem, jest ona zła, a człowiek pełen mocy nigdy nie otworzy drzwi do rzeczywistości. Dlatego izolowanie się nie jest właściwą drogą.

 

Po to, by w ogóle żyć, niezbędne jest współdziałanie; a nie można współdziałać z wyznawcą lub z guru. Guru niszczy ucznia, a uczeń niszczy guru. Jakże możliwe są współdziałanie, wspólna praca, wspólne dociekania i wspólna podróż, jeśli pozostajemy w zależności nauczyciel-uczeń? Ten hierarchiczny podział, stanowiący część struktury społecznej, zarówno w łonie tak zwanych wspólnot religijnych, jak i w armii czy w świecie interesów, z istoty należy do tego świata. Gdy tego świata się wyrzekamy, nadal usidla nas wszystko, co do niego należy.

 

Pozaświatowość nie polega na noszeniu przepaski na biodrach, jedzeniu jednego posiłku dziennie czy na powtarzaniu jakiejś bezsensownej, choć pobudzającej mantry. Jeśli porzuca się świat, a wewnętrznie nadal należy się do tego świata zawiści, chciwości, lęku, uznanych autorytetów i podziałów na tych, którzy wiedzą, i tych, którzy wiedzy nie posiadają, to i tak wiedzie się życie światowe. Jeśli próbuje się coś zdobyć - sławę lub coś, co można by nazwać ideałem, Bogiem czy jakkolwiek inaczej - to nadal należy się do tego świata. Zaakceptowana tradycja kulturowa jest tym, co z istoty swej światowe, a wycofanie się w odludne góry od tej światowości nie uwalnia. W żadnym wypadku nie w ten sposób należy szukać rzeczywistości.

 

Człowiek musi być sam, lecz taka samotność nie izoluje, tylko wyzwala od świata zawiści, nienawiści i gwałtu, od wszystkich przebiegłych sposobów ich przejawiania się, od bolesnego osamotnienia i rozpaczy.

 

Być samemu, znaczy z nikim i niczym się nie wiązać, nie uznawać żadnej religii, nie mieć narodowości, w nic nie wierzyć i nie przyjmować żadnych dogmatów. Taka samotność wiedzie do czystości nie zbrukanej przez ludzi. Czystość ta może żyć w świecie pełnym zgiełku, a jednak do niego nie należeć. Nie przywdziewa ona żadnych szczególnych szat. Dobroć nie rozkwita, gdy stąpamy jakąś drogą, albowiem żadna droga nie wiedzie do prawdy.

 

9

 

Nie należy sądzić, że medytacja jest kontynuacją i rozszerzaniem doznań. W doznaniach zawsze uczestniczy związany z przeszłością świadek. Medytacja, przeciwnie, jest doskonałym niedziałaniem, które kładzie kres wszelkim doznaniom. Oddziaływanie doznań jest zakorzenione w przeszłości, a zatem wiąże się z czasem; wiedzie do działania będącego niedziałaniem i wywołującego chaos. Medytacja jest absolutnym niedziałaniem, którego źródło stanowi umysł widzący to, co jest, umysł nie uwikłany w przeszłość. To działanie nie stanowi reakcji na jakieś wyzwanie, ale jest wolną od rozdwojenia aktywnością samego wyzwania. Medytacja oczyszcza nas z doznań i trwa przez cały czas, świadomie lub nieświadomie, a zatem nie jest ona działaniem ograniczonym do pewnej pory dnia. Jest działaniem trwającym nieprzerwanie od rana do wieczora - patrzeniem obywającym się bez udziału tego, kto patrzy. Nie następuje więc podział między życiem codziennym a medytacją, między życiem religijnym a świeckim. Ten podział następuje jedynie wtedy, gdy ten, kto patrzy, jest związany z czasem. Takie rozdwojenie jest przyczyną nieładu, niedoli i zamętu, czyli stanu, w jakim żyje społeczeństwo.

 

A zatem medytacja nie ma charakteru ani indywidualnego, ani społecznego; przekracza jedno i drugie, tak więc jedno i drugie w sobie mieści. To jest miłość: rozkwit miłości jest medytacją.

 

Nad ranem było chłodno, ale potem zrobiło się dość upalnie. Jadąc przez miasto wąską ulicą, zatłoczoną, brudną, zakurzoną i hałaśliwą, pojąłeś, że wszystkie ulice są podobne. Niemal ujrzałeś gwałtowny przyrost zaludnienia. Samochód musiał jechać bardzo wolno, ludzie szli bowiem środkiem jezdni. Robiło się coraz goręcej. Metr po metrze, bez przerwy używając klaksonu, z ulgą wydostawałeś się z miasta. Minąłeś fabryki i nareszcie znalazłeś się wśród pól.

 

Panowała susza. Nie padało już od dawna, drzewa czekały na następny deszcz - i długo jeszcze miały czekać. Mijałeś wieśniaków, bydło, wozy, bawoły, które nie chciały zejść ze środka szosy; przejechałeś obok starej, zaniedbanej świątyni, która jednak nie straciła owego charakterystycznego wyglądu starożytnego sanktuarium. Paw wyszedł z lasu. Jego błękitny kark lśnił w słońcu. Najwyraźniej nie obchodził go samochód, z wielką godnością bowiem przeszedł przez drogę i znikł wśród pól.

 

Rozpocząłeś wspinaczkę na strome wzgórza, niekiedy po obu stronach drogi rozpościerały się głębokie wąwozy. Robiło się chłodniej, drzewa ożywały. Wreszcie dotarłeś tą wijącą się wśród wzgórz drogą do domu. Było już całkiem ciemno. Roziskrzyły się gwiazdy. Czułeś, że wyciągnąwszy rękę, mógłbyś prawie ich dotknąć. Cisza nocy ogarniała ziemię. Tutaj nikt nie zakłócał człowiekowi spokoju, mógł być sam i bez końca obserwować gwiazdy i siebie.

 

Ten człowiek powiedział, iż poprzedniego dnia tygrys zabił bawołu i z pewnością do niego wróci. Spytał, czy chcielibyśmy wszyscy późnym wieczorem go zobaczyć? Przystaliśmy na to z rozkoszą. "A zatem pójdę i przygotuję kryjówkę na drzewie nie opodal padliny, przywiążę też do drzewa żywą kozę - powiedział. - Tygrys najpierw podejdzie do kozy, a potem wróci do poprzedniej ofiary". Wyjaśniliśmy mu, że w takim razie zrezygnujemy z oglądania tygrysa. Wreszcie, wymieniwszy jeszcze parę zdań, człowiek ów odszedł. Nasz przyjaciel tego wieczora rzekł "Wsiądźmy do samochodu i pojedźmy do lasu, a może spotkamy tego tygrysa". Wyruszyliśmy przed zachodem słońca, przebyliśmy lasem kilka kilometrów, a zwierzęcia oczywiście nie było. Wracaliśmy, oświetlając drogę reflektorami. Utraciliśmy wszelką nadzieję na zobaczenie tygrysa i jechaliśmy, nie myśląc o tym. Nagle, gdy minęliśmy zakręt, ujrzeliśmy go. Stal na samym środku drogi, ogromny, z nieruchomymi, lśniącymi oczami. Samochód zatrrymał się, a to wielkie i groźne zwierzę, warcząc, podeszło bliżej. Znalazło się bardzo blisko nas, tuż przed maską auta, wtedy zmieniło kierunek i przeszło wzdłuż samochodu. Wysunęliśmy rękę, by go w tym momencie dotknąć, ale przyjaciel złapał za ramię i szarpnął do tyłu, znał bowiem tygrysy. Ten był bardzo duży, a że okna były uchylone, czuliśmy jego zapach, który jednak nie wywoływał wstrętu. Tygrys był wściekle dziki, ogromnie silny i piękny. Bez przerwy warcząc, odszedł w las, a my ruszyliśmy w drogę powrotną.

 

Przyszedł ze swoją rodziną, żoną i kilkorgiem dzieci. Najwyraźniej nie wiodło im się najlepiej, choć byli dość dobrze ubrani i odżywieni. Dzieci przez jakiś czas siedziały spokojnie, aż nie padła propozycja, by wyszły na dwór się pobawić, a wtedy ochoczo poderwały się i wybiegły. Ojciec zajmował jakąś urzędniczą posadę. Traktował ją jak pracę, którą musiał wykonywać, i tyle. "Czym jest szczęście i dlaczego nie może ono trwać przez cale życie? - zapytał. - Przeżyłem chwile wielkiego szczęścia, a także, rzecz jasna, wielkiego cierpienia. Starałem się żyć szczęśliwie, ale cierpienie nigdy mnie nie opuszczało. Czy to możliwe, żeby zatrzymać szczęśliwe chwile?"

 

Czym jest szczęście? Czy wówczas, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zdajemy sobie z tego sprawę? Czy może spostrzegamy to dopiero po chwili, gdy ono minęło? Czy szczęście jest przyjemnością i czy przyjemność może trwać bez przerwy?

 

"Cóż, proszę pana, przynajmniej w moim przypadku przyjemność stanowi część tego szczęścia, jakiego zaznałem. Nie mogę wyobrazić sobie szczęścia bez przyjemności. Człowiek instynktownie dąży do przyjemności, a gdy jej zabraknie, jakże można mówić o szczęściu?"

 

Rozważamy problem szczęścia, prawda? Jeżeli przyjmie pan jakieś założenia lub sformułuje w trakcie dociekań jakieś opinie lub sądy, to zbyt daleko pan nie zajdzie. Aby rozważać złożone ludzkie problemy, od samego początku trzeba być wolnym. Nie będąc wolnym, jest pan niczym zwierzę uwiązane do słupka, a długość linki określa zakres pańskich ruchów. Tak jest zawsze. Mamy pojęcia, formuły, wierzenia i doznania, które narzucają nam ograniczenia; zaczynając od nich, próbujemy badać, poszukiwać, a to naturalnie nie pozwala nam zgłębić problemu. A zatem, jeśli można coś zasugerować, proszę unikać założeń i przekonań, natomiast bardzo wyraźnie widzieć. Jeśli szczęście jest przyjemnością, to jest również bólem. Nie sposób oddzielić przyjemności od bólu. Czy jedno nie towarzyszy zawsze drugiemu?

 

Czym więc jest przyjemność, a czym szczęście? Jeśli badając kwiat, odrywamy, jeden po drugim, wszystkie płatki, to nic z niego nie pozostaje. Trzymamy w ręku kawałki, a one już nie mają w sobie piękna kwiatu. Tak więc, przyglądając się temu problemowi, nie dokonujmy intelektualnej analizy, która by to wszystko wyjałowiła, pozbawiła sensu i treści. Przyglądajmy się temu ze zrozumieniem, z troską, tak by dotykając nie niszcząc. Proszę więc tego nie rozrywać i nie odchodzić z pustymi rękami. Proszę nie używać analitycznego umysłu.

 

Myśl zachęca do przyjemności, prawda? Myśl może nadać jej ciągłość, pozór trwania, który nazywamy szczęściem; i podobnie może utrwalić cierpienie. Myśl powiada "To lubię, a tego nie lubię. Chciałbym to zatrzymać, a tamto wyrzucić". Ale to ona stworzyła jedno i drugie, a szczęście stało się sposobem myślenia. Kiedy powiada się "Chcę pozostać w tym szczęśliwym stanie", jest się myślą, jest się wspomnieniem niegdysiejszych doznań, które określa się mianem przyjemności i szczęścia.

 

A zatem przeszłość, wczorajsza czy dawno miniona, będąca myślą, powiada "Chciałabym żyć w tym szczęśliwym stanie, jakiego zaznałam". Przeobrażamy martwą przeszłość w teraźniejszą rzeczywistość i boimy się jutro ją utracić. Tak więc tworzymy łańcuch ciągłości. Ta ciągłość zakorzeniona jest w prochach dnia wczorajszego, dlatego też jest martwa. Nic nie rozkwitnie wśród prochów, a myśl jest prochem. A zatem uczynił pan ze szczęścia przedmiot myśli i jest ono dla pana jej przedmiotem.

 

A może istnieje coś innego niż przyjemność, ból, szczęście i cierpienie? Może istnieje radość, ekstaza, pozostająca poza zasięgiem myśli? Myśl jest przecież niesłychanie trywialna, nie ma w niej nic oryginalnego. Zadając to pytanie, musi ona samej siebie zaniechać. Gdy tak się. dzieje, ten akt rodzi dyscyplinę zaniechania będącą łaską wyrzeczenia. Wyrzeczenie nie jest wówczas surowe czy brutalne. Surowe wyrzeczenia są wytworem myśli, są buntem przeciw przyjemności i pobłażaniu sobie.

 

To dogłębne zaniechanie siebie - polegające na tym, że myśl z siebie rezygnuje, postrzega bowiem jasno niebezpieczeństwa, które sama rodzi - sprawia, że cała budowla umysłu uspokaja się. To naprawdę jest stan czystej czujności rodzący radość, ekstazę, której nie sposób wyrazić słowami. To, co wyraża się słowami, nie jest rzeczywistością.

 

10

 

Medytacja jest ruchem w bezruchu. Cisza umysłu to sposób działania. Działanie, biorące początek z myśli, jest niedziałaniem rodzącym chaos. Ta cisza nie jest wytworem myśli, nie nastaje wtedy, gdy milknie paplanina umysłu. Umysł może trwać w bezruchu tylko wówczas, gdy sam mózg jest cichy. Jedynie widzenie tego, co naprawdę jest, ucisza komórki mózgowe, od tak dawna przyuczane do tego, by reagować, planować, bronić, domagać się. Biorące z tej ciszy początek działanie, które nie wywołuje chaosu, jest możliwe tylko wtedy, gdy niknie centrum, ten, kto obserwuje, doświadcza - a wówczas widzenie jest działaniem. Widzenie jest możliwe tylko wtedy, gdy panuje owa cisza, w której znikły wszelkie oceny i wartości moralne.

 

Ta świątynia jest starsza od swych bogów. Bogowie w niej uwięzieni trwają, ale ona sama pamięta czasy jeszcze dawniejsze. Ma grube ściany, korytarze pełne kolumn pokrytych płaskorzeźbami przedstawiającymi konie, bogów i anioły. Są one w pewien sposób piękne. Przechodząc obok zastanawiałeś się, co by było, gdyby te rzeźby, łącznie z centralnym bóstwem, ożyły.

 

Powiadali, że tę świątynię, a zwłaszcza jej centralne sanktuarium, wzniesiono w niepamiętnych czasach. Przemierzając liczne korytarze oświetlone porannym słońcem i pełne ostrych cieni, zastanawiałeś się nad sensem tego wszystkiego - w jaki sposób człowiek za pomocą własnego umysłu stworzył bogów, a potem własnymi rękami ich wyrzeźbił i umieścił w świątyniach i kościołach, by oddawać im cześć.

 

Starożytne świątynie mają w sobie jakieś dziwne piękno i siłę. Sprawiają wrażenie, jakby zrodziła je sama ziemia. Ta świątynia była prawie tak stara jak ludzkość, a mieszkających w niej bogów, przystrojonych w jedwabie i girlandy kwiatów, ze snu budziły śpiewy, kadzidła i dzwony. Wydawało się, że palone tu przez wieki kadzidła przenikają całą ogromną, zajmującą kilka akrów, budowlę.

 

Ludzie, bogaci i biedni, przybywali tu zapewne z całego kraju, ale tylko członkowie pewnej kasty wpuszczani byli do wnętrza sanktuarium. Wszedłeś do środka przez niskie, kamienne drzwi, przekraczając próg, w którym w ciągu wieków powstało wgłębienie. Sanktuarium otaczały kamienne rzeźby wartowników, a po wejściu do środka ujrzałeś śpiewających kapłanów, obnażonych do pasa, pełnych godności i powagi. Wszyscy, dobrze odżywieni, mieli wystające brzuchy i delikatne dłonie. Ich głosy były zachrypnięte, śpiewali bowiem od wielu lat. Bóstwo - trudno powiedzieć męskie czy żeńskie - było prawie bezkształtne. Niegdyś zapewne miało twarz, lecz teraz rysy prawie się zatarły. Klejnoty były z pewnością bezcenne.

 

Kiedy śpiew umilkł, zapanowała taka cisza, jak gdyby sama Ziemia przestała wirować. Do wnętrza nie docierało słońce, oświetlały je tylko lampki oliwne. Sufit od nich poczerniał, panował w tym miejscu tajemniczy mrok.

 

Wszystkim bogom należy oddawać cześć w ciemności i oparach tajemnicy, w przeciwnym razie nie istnieją.

 

Gdy wyszedłeś na zewnątrz, gdzie ostro świeciło słońce i spojrzałeś na błękitne niebo oraz na wysokie, kołyszące się palmy, ogarnęło cię zdumienie, dlaczego człowiek czci samego siebie pod postacią, którą stworzył własnymi dłońmi i umysłem. Lęk i to piękne niebo wydawały się tak od siebie odległe.

 

Był młodym, schludnym mężczyzną, o ostrych rysach twarzy, jasnych oczach i żywym uśmiechu. Siedzieliśmy na podłodze w niewielkim pokoju, za oknem rozciągał się mały ogród, pełen różnokolorowych róż, od białych do prawie czarnych. Na gałęzi, głową w dół, wisiała papuga o błyszczących oczach i czerwonym dziobie. Patrzyła na innego, o wiele mniejszego ptaka.

 

Mężczyzna mówił dość dobrze po angielsku, ale używając słów często się wahał. W pewnym momencie spoważniał. "Na czym polega życie religijne? - zapytał. - Pytałem o to różnych guru, oni zaś udzielali mi standardowych odpowiedzi. Jeśli można, chciałbym zadać to pytanie także panu. Miałem dobrą pracę, ale nie będąc żonaty, porzuciłem ją, albowiem głęboko pociąga mnie religia i chciałbym dowiedzieć się, co znaczy wieść życie religijne w świecie, który jest tak niereligijny".

 

Jeśli wolno mi coś zaproponować, to czy zamiast pytać, czym jest życie religijne, nie byłoby lepiej spytać, czym jest samo życie? Wtedy może zrozumiemy, co znaczy żyć w sposób prawdziwie religijny. Tak zwane życie religijne zmienia się w zależności od kraju, sekty, wierzeń; a człowiek staje się ofiarą propagandy związanej ze zorganizowanymi, usankcjonowanymi interesami religijnymi. Jeśli potrafimy to wszystko odrzucić - nie tylko wierzenia, dogmaty i rytuały, ale także ową atmosferę szacowności, która towarzyszy kulturze religijnej - to być może zdołamy odkryć, czym jest nietknięte przez ludzkie myśli życie religijne.

 

Nim jednak tego dokonamy, stwierdźmy najpierw, czym jest samo życie. Realne życie to ciągła, monotonna praca i związane z nią walki i konflikty; to ból samotności, niedola i nędza biedaków i bogaczy, ambicja, pogoń za spełnieniem, sukcesy i cierpienia. To wszystko wypełnia całe nasze życie. Życiem nazywamy owe zwycięstwa, porażki i nieustanne dążenie do przyjemności.

 

Przeciwieństwem lub zaprzeczeniem tego wszystkiego jest tak zwane życie religijne lub duchowe. Ale ono z kolei zawiera w sobie samo jądro tego, czemu się przeciwstawia, a zatem, choć oba te sposoby życia mogą sprawiać wrażenie odmiennych, faktycznie takimi nie są. Można zmienić zewnętrzną szatę, ale wewnętrzna istota tego, co było i co być musi, pozostaje ta sama. Takie rozdwojenie jest wytworem myśli, a zatem wywołuje ono jeszcze większy konflikt, który ciągnie się bez końca. Wszystko to znamy - powiedzieli nam to inni i sami to odczuliśmy - i to właśnie nazywamy życiem.

 

Życie religijne nie toczy się na drugim brzegu rzeki, toczy się tutaj - na brzegu, na którym człowiek trudzi się w pocie czoła. Właśnie to musimy zrozumieć, a aktem religijnym jest proces rozumienia, nie zaś posypywanie się popiołem, noszenie przepaski na biodrach lub infuły, zasiadanie na tronie czy na grzbiecie słonia.

 

Najważniejsze jest spostrzeganie tych wszystkich okoliczności, ludzkich przyjemności i niedoli, a nie spekulowanie, jak powinno przebiegać życie religijne. To, co powinno być, jest mitem; to jest moralność stworzona przez myśl i wyobraźnię. Trzeba odrzucić tę moralność - społeczną, religijną i zawodową - nie intelektualnie, ale faktycznie wyrywając się z systemu tej moralności, która jest niemoralna.

 

A zatem pytanie naprawdę brzmi: czy można wykroczyć poza ten system? To myśl stworzyła ów przerażający chaos i niedole, to ona staje na przeszkodzie religii i religijnemu życiu. Myśl sądzi, że potrafi poza ten system wykroczyć, ale gdy to uczyni, będzie to nadal akt myśli, ona zaś nie jest prawdziwym bytem i dlatego też stworzy kolejne złudzenie.

 

Wykraczanie poza ten system nie jest aktem myślowym. Trzeba to jasno zrozumieć, w przeciwnym razie znów zostaniemy uwięzieni przez myśl. Koniec końców "ja" jest wiązką wspomnień, tradycji i wiedzy tysięcy minionych dni. A zatem można wykroczyć poza granice świata wojny, nienawiści, zawiści i okrucieństwa jedynie wtedy, gdy niknie cierpienie, ono bowiem jest wytworem myśli. Taki akt jest życiem religijnym, które nie opiera się na żadnej wierze, albowiem nie zna jutra.

 

"Czy nie żąda pan rzeczy niemożliwej? Czy nie domaga się pan cudu? W jaki sposób miałbym poza to wszystko wykroczyć bez pomocy myśli? Myśl jest samym moim istnieniem!"

 

Właśnie! Samo to istnienie, będące myślą, musi się skończyć. Sam ten egocentryzm i jego działalność muszą w naturalny i prosty sposób obumrzeć. Jedynie z chwilą tak rozumianej śmierci zaczyna się nowe, religijne życie.

 

11

 

Jeśli, aby medytować, rozmyślnie przyjmujesz jakiś sposób podejścia, przybierasz jakąś postawę, wówczas medytacja przeobraża się w rozrywkę, umysłową zabawę. Jeśli postanawiasz wyrwać się z zamętu i życiowych niedoli, pojawiają się wyimaginowane doznania, które nie są medytacją. Świadomy lub nieświadomy umysł nie może w tym uczestniczyć, nie wolno im nawet zdawać sobie sprawy z zakresu i piękna medytacji, a jeśli tak się dzieje, to równie dobrze mógłbyś pójść i kupić jakąś romantyczną powieść.

 

W medytacyjnym stanie pełnej uwagi nie ma wiedzy, nie zachodzi rozpoznawanie czy wspominanie czegoś, co było. Czas i myśl nikną całkowicie, stanowią one bowiem ośrodek ograniczający naszą zdolność widzenia.

 

W błysku światła myśl ginie, a świadomy wysiłek, by doznawać, a także wspomnienie o nim, staje się tylko minionym słowem. A słowo nigdy nie jest tym, co rzeczywiste. W tym momencie - który nie ma związku z czasem - to, co ostateczne, jest tym, co najbliższe, ale nie ma ono symbolu, nie wiąże się z żadną osobą, z żadnym bogiem.

 

Tego ranka, zwłaszcza tak wcześnie, dolina była niesłychanie cicha. Pohukująca sowa umilkła, a jej towarzysz znad odległych wzgórz nie odpowiadał. Żaden pies nie szczekał, a wieś jeszcze nie zbudziła się ze snu. Na wschodzie rozbłysła łuna, obietnica, ale Krzyż Południa jeszcze nie zbladł. Spośród liści nie dochodził żaden szelest, wydawało się, że Ziemia przestała wirować. Ta przenikająca do głębi cisza była odczuwalna, dotykalna, mogłeś ją wręcz powąchać. To nie była cisza panująca na zewnątrz, wśród wzgórz i nieruchomych drzew; ty byłeś tą ciszą. Ty i ona nie byliście od siebie oddzieleni. Rozróżnienie zgiełku i ciszy nie miało sensu. Wzgórza, ciemne i nieruchome, były tą samą ciszą.

 

Ta cisza, nie będąca zaprzeczeniem zgiełku, była bardzo aktywna. Tego ranka, o dziwo, napłynęła przez okno niczym jakaś woń, a wraz z nią pojawiło się poczucie absolutu. Gdy wyjrzałeś przez okno, dystans dzielący wszystkie rzeczy znikł, a o świcie twoje oczy otwarły się i ujrzały wszystko na nowo.

 

"Interesuje mnie seks, równość społeczna i Bóg. Tylko to się w życiu liczy, nic więcej. Polityka, religie z ich kapłanami i obietnicami, rytuałami i wyznaniami wiary wydają się nas znieważać. Naprawdę nie udzielają odpowiedzi, nigdy faktycznie nie rozwiązały żadnych problemów, pomagały jedynie je odwlekać. Na różne sposoby potępiały seks, utrwalały społeczne nierówności, a wymyślony przez nie Bóg to kamień, który przyodziały w szatę miłości i wzruszeń. Osobiście nie dostrzegam w tym żadnego pożytku. Wspominam o tym tylko dlatego, abyśmy mogli wszystko to pominąć i skoncentrować się na tych trzech kwestiach - seksie, społecznej nędzy i tym, co nazywamy Bogiem.

 

Moim zdaniem seks jest w równym stopniu nieodzowny jak jedzenie. Przyroda stworzyła mężczyznę i kobietę oraz ich nocne rozkosze. Dla mnie to równie ważne jak odkrycie tej prawdy, którą można nazwać Bogiem. A współczucie dla bliźniego jest nie mniej ważne jak miłość do kobiety mieszkającej w twoim domu. Seks nie stanowi problemu, lubię go. A jednak jest we mnie lęk przed czymś nieznanym. Ten właśnie lęk i ból muszę zrozumieć - nie jako problem do rozwiązania, ale raczej jako coś, w co powinienem wniknąć tak, by naprawdę się z tego oczyścić. Chciałbym zatem, jeśli ma pan czas, te kwestie z panem rozważyć".

 

Może zacznijmy od kwestii ostatniej, nie od pierwszej, a wtedy, być może, inne sprawy zdołamy lepiej zrozumieć; wtedy, być może, nabiorą one innego charakteru niż to, co łączy się z przyjemnością.

 

Czy pragnie pan utwierdzić się w swoich przekonaniach, czy naprawdę ujrzeć rzeczywistość; nie doświadczać jej, ale faktycznie ją ujrzeć umysłem i sercem, które są bardzo czułe i czyste? Przekonanie to jedno, a widzenie to drugie. Przekonania wiodą w mrok, podobnie jak wiara. Wiodą do kościołów, do mrocznych świątyń i rytuałów dostarczających przyjemnych wrażeń. Wzdłuż tej drogi nie ma rzeczywistości, lecz jedynie złudzenia, fantazyjne sprzęty wypełniające kościoły.

 

Jeśli odrzuca się lęk, wiara staje się zbędna, natomiast gdy lgnie się do wiary i dogmatów, lęk działa. Wiara nie zawsze jest usankcjonowana przez konkretną religię; powstaje, choć człowiek żadnej religii nie wyznaje. Można mieć swoją własną, indywidualną, unikalną wiarę - ale nie stanie się ona światłem, które rozjaśnia. Myśl przyobleka się w wiarę, aby się bronić przed lękiem, który sama wywołała. Sposób działania myśli nie ma nic wspólnego z niczym nie skrępowaną uwagą widzącą prawdę.

 

Myśl nie może szukać tego, czego nie da się zmierzyć, ponieważ myśl nieustannie dokonuje porównań. To, co najwyższe, nie mieści się w strukturze myśli i rozumu, nie jest też wytworem emocji i wzruszeń. Uwaga jest negacją myśli; tak jak negacja myśli jest miłością. Jeśli szukasz tego, co najwyższe, to nie znajdziesz; ono musi, o ile ci się poszczęści, przyjść do ciebie - a twą szansę stanowi otwarte okno serca, nie myśli.



dalej


strona główna
(23kB)