(23kB)
strona główna

 

 

 

RUDOLF STEINER


CHRZESCIJANSTWO JAKO RZECZYWISTOSC MISTYCZNA A MISTERIA DAWNYCH CZASÓW






PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA "Chrzescijanstwo jako rzeczywistosc mistyczna" - tak nazywal autor te prace, w której przed osmiu laty zebral tresc swych wykladów z roku 1902. Tytul ten ma podkreslac szczególny charakter ksiazki. Autor staral sie nie tylko przedstawic w niej mistyczna tresc chrzescijanstwa w rozwoju dziejowym, lecz równiez opisac, jak chrzescijanstwo wyroslo z mistycznego poznania. Kierowala nim mysl, ze dzialaly tu czynniki duchowe, które poznac mozna jedynie na drodze mistycznego poglebienia. Tylko tresc ksiazki sama moze przekonac czytelnika, ze autor nie nazywa "mistycznym" jakiegos pogladu, zwiazanego raczej z nieokreslonymi doznaniami uczuciowymi, niz z "ujeciem czysto naukowym". Ale w szerokich kolach tak wlasnie rozumie sie dzisiaj "mistyke", nic wiec dziwnego, ze wiele osób uwaza ja za dziedzine, która nie ma nic wspólnego z "prawdziwa wiedza". W niniejszej ksiazce autor uzywa slowa "mistyka" dla oznaczenia pewnej rzeczywistosci duchowej, która poznaje zródla zycia duchowego. Kto odrzuca poznanie plynace z tego rodzaju zródel, nie bedzie w ogóle wiedzial co poczac z trescia tej ksiazki. Tylko ten, kto uznaje, ze w "mistyce" moze panowac taka sama jasnosc, jak w opisie przyrodniczym, bedzie mógl zainteresowac sie ksiazka, w której mistyczna tresc chrzescijanstwa opisana jest tez w sposób mistyczny. Bo nie tylko o tresc ksiazki tutaj chodzi, lecz równiez - i przede wszystkim - o to, na jakich metodach poznawczych opieral sie autor w swej pracy. W dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi odczuwa jeszcze wielka niechec do tego rodzaju metod poznawczych. Uwazaja je za sprzeczne z prawdziwa naukowoscia. Tak sadza nie tylko ci, którzy w zakresie "prawdziwej nauki przyrodniczej" uznaja tylko poglady utrzymane w ich wlasnym duchu, lecz równiez i ci, którzy pragna rozwazac istote chrzescijanstwa jako wyznawcy. Autor niniejszej pracy opiera sie na pogladach, w mysl których dzisiejsze osiagniecia wiedzy przyrodniczej wymagaja wzniesienia sie do prawdziwej mistyki. Z pogladów tych wynika, ze inny stosunek poznania jest wlasnie niezgodny ze wszystkim, co przynosza osiagniecia nauk przyrodniczych. Wlasnie zjawiska przyrody nie daja sie ogarnac tymi metodami poznania, które wielu ludzi przekonanych, ze stoja na gruncie scislej naukowosci, uwaza za jedynie dopuszczalne. Tylko ten kto rozumie, ze mozna w pelni oddawac sprawiedliwosc naszej wspólczesnej, tak bardzo podziwu godnej wiedzy przyrodniczej, a jednoczesnie miec uznanie dla prawdziwej mistyki tylko ten nie odrzuci niniejszej ksiazki. Idac droga, która nazywamy tutaj "poznaniem mistycznym", pragniemy pokazac, jak zywe chrzescijanstwo stworzylo sobie podstawy w misteriach czasów przedchrzescijanskich. Wykazujemy, ze owa "mistyka przedchrzescijanska" byla gleba, z której chrzescijanstwo wyroslo jako samoistna roslina. Przy takim ujeciu mozna zrozumiec chrzescijanstwo w jego samoistnej odrebnosci, pomimo, ze sie wyprowadza jego rozwój z dawnej mistyki. Jezeli sie z tym jednak liczymy, mozemy latwo popasc w blad i nie widziec tej odrebnosci chrzescijanstwa, sadzac ze jest ono jedynie dalszym etapem rozwojowym mistyki przedchrzescijanskiej. Wielu wspólczesnych myslicieli popelnia ten blad, porównuja oni tresc chrzescijanstwa z pogladami czasów przed chrystusowych i sadza, ze poglady chrzescijanskie to tylko dalszy etap rozwojowy tamtych. Ksiazka nasza ma wykazac, ze chrzescijanstwu potrzebna byla dawna mistyka tak, jak gleba potrzebna jest roslinie. opisujac powstanie chrzescijanstwa pragniemy wlasnie podkreslic, a nie zatrzec jego odrebnosc. Niechaj wolno bedzie autorowi wspomniec z glebokim zadowoleniem, ze takie wlasnie ujecie istoty chrzescijanstwa spotkalo sie z uznaniem ze strony mysliciela, który swymi wybitnymi pracami w dziedzinie zycia duchowego ludzkosci wzbogacil i poglebil kulture naszych czasów. Edouard Schure, autor dziela "Wielcy wtajemniczeni" tak dalece zgadzal sie z pogladami niniejszej ksiazki, ze sam przelozyl ja na jezyk francuski (Le Mystere Chretien et les Msteres Antigues, Paris, Liberairie Academigue, 1908). Przy tej okazji pozwole sobie wspomniec ze pierwsze wydanie niniejszej pracy zostalo przetlumaczone nie tylko na francuski lecz równiez i na inne jezyki europejskie, co swiadczy, ze w naszych czasach budzi sie tesknota do rozumienia istoty chrzescijanstwa w duchu naszej ksiazki. Opracowujac obecne drugie wydanie autor nie odczuwal potrzeby dokonania jakichkolwiek istotnych zmian. Omówil tylko nieco szerzej niektóre zagadnienia, poruszane juz przed osmiu laty. Staral sie równiez ujac niejedno dokladniej i bardziej wyczerpujaco. Nawal pracy sprawil, ze od chwili, gdy wyczerpane zostalo pierwsze wydanie do ukazania sie drugiego uplynelo niestety sporo czasu. Rudolf Steiner Pisano w maju 1910r.

 

 

WSTEP

 

Nauki przyrodnicze wywarly gleboki wplyw na nowoczesne zycie umyslowe. Coraz bardziej trudniej dzis mówic o potrzebach duchowych i o "zyciu duszy", nie liczac sie z pojeciami i wynikami wiedzy przyrodniczej. Oczywiscie, wielu jest jeszcze ludzi, którzy zaspakajaja te potrzeby, nie przejmujac sie zbytnio wplywem nauk przyrodniczych na nasze zycie umyslowe. Ci, którzy wyczuwaja tetno dzisiejszych czasów, nie moga sobie na to pozwolic. Pojecia zaczerpniete z nauk przyrodniczych z coraz wieksza szybkoscia zdobywaja sobie umysly, a serca podazaja za nimi, choc nie tak ochoczo, chociaz nieraz z lekiem i niepewnoscia. Nie tylko o to chodzi, ze ogól ulega tym pogladom, lecz o to, ze w przyrodniczym sposobie myslenia tkwi jakas sila, która czujnym umyslom wpaja przeswiadczenie w tych myslach kryje sie cos, nad czym czlowiek wspólczesny nie moze przejsc do porzadku dziennego. Pewne wypaczenia tych mysli zmuszaja nieraz do slusznych zastrzezen wobec calego kierunku. Ale to nie jest rozwiazanie spraw w czasach, kiedy przyrodniczy sposób myslenia ogarnia coraz szersze kola i przyciaga ludzi z przedziwna, czarodziejska jakby sila. Nic tu nie zmienia faktu, ze poszczególne jednostki rozumieja, jak czesto prawdziwa wiedza wznosi sie sama przez sie ponad "plaskie wyobrazenia o sile i materii", gloszone przez materializm. Nalezaloby chyba raczej zwrócic uwage na tych, którzy glosza smialo, ze wlasnie na tych pojeciach przyrodniczych oprzec sie powinna nowa religia i chociaz owe pojecia przyrodnicze moga sie wydac powierzchowne i plytkie czlowiekowi, któremu nie jest obce glebsze zycie duchowe ludzkosci, to jednak musi sie on z nimi liczyc, ku nim bowiem zwraca sie w naszych czasach powszechna uwaga i mamy wszelkie powody sadzic, ze w najblizszej przyszlosci zwracac sie bedziemy coraz bardziej. Ale sa i tacy, u których potrzeby serca musialy ustapic wobec wymagan umyslu. Sa to ludzie, którzy rozumowo nie sa w stanie oprzec sie pogladom przyrodniczy; przytlacza ich ciezar dowodów. Poglady te jednak nie zaspakajaja religijnych potrzeb ich serca.. Stwarzaja zbyt beznadziejne perspektywy. Czyz dusza ludzka, pelna podziwu dla dobra, prawdy i piekna, ma w koncu zniknac bez sladu jak banka mydlana, bo byla tylko chwilowym wytworem mózgu? Pytanie to przytlacza wiele dusz niby jakas zmora. Ale tak samo przytlacza je swiatopoglad przyrodniczy, poniewaz narzuca sie z ogromna sila autorytetu. Ludzie tacy dopóki tylko moga staraja sie nie widziec rozdzwieku we wlasnej duszy, albo tez pocieszaja sie tlumaczac sobie, ze dusza ludzka nie zdola nigdy osiagnac jasnosci w tych sprawach. Mysla w sposób przyrodniczy na ile wymaga tego doswiadczenie i logiki; nie wyzbywaja sie jednak uczuc religijnych wpojonych przez wychowanie i wola wszystko, co dotyczy tych zagadnien pozostawic w zamgleniu i ciemnosci. Tak wiec nie ulega watpliwosci: swiatopoglad przyrodniczy jest najpotezniejsza sila w nowoczesnym zyciu umyslowym. I jezeli sie mówi o duchowych potrzebach ludzkosci, nie mozna przejsc na nim do porzadku dziennego. Ale trzeba tez stwierdzic, ze swiatopoglad przyrodniczy zaspakaja nasze potrzeby duchowe w sposób na razie powierzchowny i plytki. Beznadziejnosc ogarnia czlowieka na mysl, ze musi uznac nastepujacym rozumowaniem: "Mysl jest pewna forma sily. Chodzimy za pomoca tej samej sily, dzieki której myslimy. Czlowiek jest organizmem, który przeobraza rózne formy sily w sile myslenia, organizmem, którego funkcje podtrzymuja przy pomocy tego, co nazywamy "pozywieniem" i który wytwarza to, co nazywamy "myslami". Cóz za cudowny proces chemiczny, który dane quantum pozywienia potrafi przeksztalcic w boska tragedie Hamleta! Slowa te czytamy w broszurze Roberta Ingersolla zatytulowanej: "Nowoczesny zmierzch bogów". Co prawda malo kto wyraza glosno uznanie dla tego rodzaju mysli, ale nie o to chodzi. Wazne jest, ze niezliczone rzesze ludzi odczuwaja jakas koniecznosc ustosunkowania sie do swiata w duchu powyzszych slów, mimo ze nie zawsze zdaja sobie z tego sprawe. Niewatpliwie wszystko to byloby beznadziejne, gdyby istotnie z wiedzy przyrodniczej musialy nieuchronnie wynikac takie przekonania, jakie glosi wielu z jej dzisiejszych rzeczników. Najbardziej beznadziejne byloby to dla czlowieka, który zajmujac sie wiedza przyrodnicza doszedl do przekonania, ze -na jej terenie- jej sposób myslenia jest obowiazujacy a jej metody niezachwiane. Musialby on powiedziec sobie: niech sie tam ludzie nie wiem jak spieraja o poszczególne zagadnienia, niech pisza niezliczone tomy, gromadza niezliczone spostrzezenia na temat "Walki o byt" lub nieslusznosci tego pogladu, albo na temat, czy "dobór naturalny" decyduje o wszystkim, czy tez o niczym, wiedza przyrodnicza sama zmierza w kierunku, który w pewnych granicach musi spotkac sie z coraz wiekszym uznaniem. Ale czy rzeczywiscie wymagania wiedzy przyrodniczej sa takie, jak twierdza niektórzy jej przedstawiciele? Sama ich postawa dowodzi, ze ta nie jest. Postawa ich na wlasnym terenie nie jest taka, jaka wielu z nich opisuje i jakiej wymagaja od innych. Bo czyz np. Darwin albo Ernest Haeckel dokonaliby kiedykolwiek swoich wielkich odkryc w dziedzinie ewolucji zycia, gdyby zamiast obserwowac zycie i budowe zywych istot zamkneli sie w laboratorium i prowadzili badania chemiczne nad wycietym z jakiegos organizmu skrawkiem tkanki? Albo tez czy Lyoll móglby opisac rozwój skorupy ziemskiej, gdyby - zamiast badac warstwy ziemi i ich zawartosc- badal kamien za kamieniem z punktu widzenia ich wlasnosci chemicznych? Wstepujemy wiec rzeczywiscie w slady tych badaczy, których imponujace postacie zarysowuja sie monumentalnie na tle nauki nowoczesnej. Bedziemy sobie wówczas w wyzszych dziedzinach zycia duchowego poczynali tak, jak oni poczynali sobie na polu wiedzy przyrodniczej. Nie bedzie nam sie wówczas wydawalo, ze rozumiemy istote "boskiej" tragedii Hamleta, jezeli mówimy, ze dzieki przedziwnemu jakiemus procesowi chemicznemu tragedia ta powstala z pewnego quantum pozywienia. Tak samo jak zaden przyrodnik nie powie, ze - studiujac dzialanie ciepla na siarke w retorcie - zrozumial role ciepla w rozwoju ziemi. A jezeli chce zrozumiec budowe mózgu ludzkiego, nie wezmie przeciez wycinka mózgu aby poddawac go dzialaniu substancji zasadowych. lecz bedzie dociekal, jak sie ten mózg rozwinal z odpowiednich organów nizszych organizmów. Prawda wiec jest, ze ten kto bada istote ducha moze sie od wiedzy przyrodniczej wiele nauczyc. Niech tylko tak sie bierze do rzeczy, jak ona. Niech tylko nie daje sie zbic z tropu, co mu chca narzucic poszczególni przedstawiciele wiedzy przyrodniczej. Powinien prowadzic badania w swiecie ducha tak, jak oni w swiecie fizycznym, nie musi przy tym jednak przejmowac pogladów, które oni, nawykli do myslenia o zagadnieniach czysto fizycznych, przenosza na swiat duchowy. Postepujemy wlasnie w duchu wiedzy przyrodniczej - jezeli rozwazamy ewolucje duchowa czlowieka tak obiektywnie, jak przyrodnik rozwaza swiat fizyczny. Wprawdzie dojdziemy wówczas w dziedzinie ducha do metod, które róznic sie bede od metod czysto przyrodniczych, podobnie nad rozwojem zycia róznia sie od wykrywania praw chemicznych. Dojdziemy do metod wiedzy przyrodniczej, jednak utrzymane beda calkowicie w ich duchu. W ten sposób mozna bedzie skorygowac lub zmodyfikowac z nowego punktu widzenia wiele jednostronnych pogladów wiedzy przyrodniczej; bedzie to jednak kontynuacja wiedzy przyrodniczej, a nie czyms jej przeciwnym. Tylko opierajac sie na tego rodzaju metodach bedziemy mogli naprawde wnikac w procesy duchowe, takie jak np. rozwój chrzescijanstwa czy tez innych pogladów religijnych. Kto stosuje te metody moze wprawdzie narazic sie na niejeden sprzeciw ze strony ludzi, którym sie zdaje, ze mysla naukowo, ale tym niemniej wie doskonale, ze jest w calkowitej zgodzie z przyrodniczym sposobem myslenia. Badacz taki musi równiez wzniesc sie ponad czysto historyczny sposób rozpatrywania dokumentów, zwiazanych z zyciem duchowym. Wlasnie dlatego musi, ze wzorujac sie na wiedzy przyrodniczej dazy do bezposredniego kontaktu z rzeczywistoscia. Opisy retort, próbek i szczypczyków, którymi poslugiwano sie by wykryc jakies prawo chemiczne, nie wiele pomoga dla udowodnienia tego prawa. Ale niewiele by tez pomoglo gdyby ktos, chcac wyjasnic powstanie chrzescijanstwa, szukal zródel historycznych, z których czerpal swiety Lukasz Ewangelista, lub na których sw. Jan oparl swoja Apokalipse. "Historia" moze tu byc jedynie przedsionkiem dla wlasciwych poszukiwan. Studia nad powstawaniem dokumentów historycznych nie rzuca jeszcze swiatla na idee zawarte w pismach Mojzesza lub w tradycjach greckich misteriów. Dokumenty takie sa jedynie zewnetrznym wyrazem istotnej tresci. Przeciez tak samo przyrodnik, który bada istote "czlowieka", nie bedzie dociekal, jak powstalo slowo "czlowiek" i jakie przechodzilo przeobrazenie. Chodzi nam o rzecz sama, nie o slowo, które te rzecz wyraza. A w zyciu duchowym musi nam chodzic o ducha, nie o zwiazane z nim dokumenty.

 

 

MISTERIA I WIEDZA TAJEMNA MISTERIÓW.

 

Cos niby tajemnicza zaslona kryje odpowiedz na zapytanie, jak w dawnych okresach zaspakajali swe duchowe potrzeby ludzie, którzy szukali glebszego zycia religijnego i glebszego poznania niz to, jakie mogly dawac religie oficjalne. Wstepujemy w mrok tajemniczych kultów kiedy staramy sie tego dociec. Kazda jednostka, która znajduje to zaspokojenie, jest przez pewien czas niedostepna dla naszej obserwacji. Widzimy przede wszystkim, jak religie oficjalne nie moga dac jej tego, czego dusza jej szuka. Czlowiek taki uznaje wprawdzie bogów, ale tez wie, ze zwykle pojecia o bogach nie dadza mu rozwiazania wielkich zagadek bytu. Szuka on tej wiedzy, której troskliwie strzeze grono kaplanów - medrców. U nich szuka oparcia w swoich dazeniach. Jezeli medrcy ci uznaja, ze jest godny, prowadza go krok za krokiem w sposób niedostepny dla oczu postronnych, na coraz wyzsze szczeble poznania. To co sie z nim teraz dzieje zakryte jest przed okiem nie wtajemniczonych. Wydaje sie, ze czlowiek ten zostal calkowicie oderwany od ziemi, przeniesiony w jakis tajemny swiat. A kiedy znów powraca na swiatlo dzienne, mamy w nim zupelnie innego, przemienionego czlowieka, czlowieka który nie znajduje slów dostatecznie wznioslych by wyrazic ogrom tego co przezyl.. Czuje on, ze nie w przenosni, lecz w najwyzszym, najbardziej rzeczywistym sensie przeszedl przez smierc i zbudzil sie do wyzszego zycia. Jasno zdaje sobie sprawe ze ktos, kto tego sam nie przezyl, nie zdola naprawde zrozumiec jego slów. Takie byly przezycia ludzi wtajemniczonych w misteria, w owa tajemnicza madrosc, która zakryta byla przed ogólem, a która rzucala swiatlo na najwyzsze zagadnienia. Obok religii oficjalnej istniala zawsze owa "tajemna" religia wybranych. Poczatek jej zaciera sie dla historyka w mroku zamierzchlej przeszlosci. Znajdujemy ja wszedzie u ludów starozytnych, o ile w ogóle mozemy dotrzec do tych spraw. Medrcy tych ludów mówia o misteriach z najwyzsza czcia. Co sie w nich krylo?.. I co odslanialy temu, który dostapil wtajemniczenia? Zagadkowosc tego zjawiska poteguje sie jeszcze, kiedy slyszymy, ze misteria byly jednoczesnie uwazane przez starozytnych za cos niebezpiecznego. Droga do tajemnic bytu wiodla przez swiat przerazajacych przezyc. I biada temu, kto chcial dotrzec do tych tajemnic nie bedac ich godnym. Nie bylo wiekszej zbrodni nad "zdrada" tych tajemnic przed nie wtajemniczonym. Zdrajce karano smiercia i konfiskata dóbr. Jak wiemy, Ajschylosa oskarzono o to, ze wprowadzil na scene cos z tresci misteriów. Zdolal uniknac smierci jedynie dzieki temu, ze schronil sie u oltarza Dionizosa, a poza tym dowiódl przed sadem, ze nigdy nie byl wtajemniczony. Wiele mówiace, ale tez wiele zagadkowe jest to, co starozytni mówia o tym, czego sie dowiedzial i ze grzechem jest równiez dla nie wtajemniczonego sluchac o tym. Plutarch pismo o trwodze jaka ogarnia ludzi, majacych przejsc wtajemniczenie i porównujac ich stan wewnetrzny do stanu ludzi gotujacych sie na smierc. Wtajemniczenie musialo byc poprzedzone specjalnym trybem zycia. Chodzilo o to, by przezycia zwiazane ze zmyslami podporzadkowac mocy ducha. Posty, samotne zycie, umartwienia i pewne okreslone cwiczenia duszy mialy sluzyc temu celowi. Wszystko do czego czlowiek przywiazuje wage w zwyklym zyciu mialo stracic dlan wartosc. Caly kierunek jego zycia uczuciowego musial sie gwaltownie zmienic. Nie moze byc watpliwosci co do tego, jaki cel mialy te cwiczenia i próby. Madrosc, która miala sie stac udzialem wtajemniczonego, tylko wtedy mogla wywrzec wlasciwy wplyw na jego dusze, jezeli jego czysto ludzkie uczucia zostaly przedtem przeobrazone.. Mial przeciez byc wprowadzony w zycie ducha. Mial dojsc do ogladania wyzszych swiatów. Bez poprzedzajacych cwiczen i prób nie móglby znalezc zadnego do nich stosunku. Chodzilo wlasnie o ów stosunek. Jezeli chcemy miec wlasciwy poglad na te sprawy, musimy znac subtelne przezycia zwiazane z droga poznania. Musimy zdawac sobie sprawe, ze istnieja dwie rózne mozliwosci ustosunkowania sie do tego, co daje nam najwyzsze poznanie. Swiat otaczajacy czlowieka jest dlan zarazem swiatem rzeczywistym. Czlowiek dotyka, slyszy i widzi to co go otacza. Poniewaz postrzega te zjawiska za pomoca zmyslów, nazywa je rzeczywistymi. Zastanawia sie nad nimi, aby wyjasnic sobie istniejace miedzy nimi zwiazki. To zas, co pojawia sie w jego duszy, nie jest dlan na razie w tym samym stopniu rzeczywiste. Sa to bowiem "tylko" mysli idee. Widzi on w nich co najwyzej odbicie rzeczywistosci zmyslowej. Nie sa rzeczywistoscia same w sobie. Nie mozna ich przeciez dotknac, nie widzimy ich ani slyszymy. Ale moze byc jeszcze inny stosunek do swiata. Kto kurczowo trzyma sie opisanego przed chwila rodzaju rzeczywistosci, pojmie to z wielkim trudem. Niektórym ludziom zdarza sie, ze w pewnym momencie zycia caly ich stosunek do swiata biegunowo sie zmienia. Zaczynaja nazywac naprawde rzeczywistym to, co pojawia sie w ich zyciu wewnetrznym. Temu zas, co widza, slysza, czego dotykaja moga przyznac jedynie rzeczywistosc nizszego rzedu. Wiedza, ze nie byliby w stanie udowodnic tego co mówia, ze moga jedynie opowiadac o swych nowych przezyciach. Wiedza równiez, ze opowiadajac innym o tych przezyciach sa wobec nich w takim polozeniu, jak ktos obdarzony normalnym wzrokiem, kto niewidomym od urodzenia opowiada o wrazeniach wzrokowych. Mimo to jednak decyduja sie mówic innym o swych doswiadczeniach wewnetrznych w przekonaniu, ze maja przed soba ludzi, u których oczy duszy sa jeszcze co prawda zamkniete, których jednakze sama sila opowiedzianej prawdy moze doprowadzic do myslowego jej ogarniecia. Ludzie tacy maja bowiem wiare w czlowieczenstwo i pragna otwierac innym oczy ducha. Moga oni jedynie podac owoce, jakie duch ich zebral. Czy ktos inny je zobaczy, to zalezy od tego, czy bedzie mial zrozumienie dla zjawisk dostepnych oczom ducha. W czlowieku tkwi cos, co poczatkowo przeszkadza mu widziec oczyma ducha. Wydaje mu sie, ze nie po to zyje na swiecie. Jest on tym czym jest dzieki swoim zmyslom, rozum wyjasnia tylko i osadza to, co daja zmysly. Źle spelnialyby one swoje zadanie, gdyby nie obstawal przy tym, ze wypowiedzi ich sa wierne i nieomylne. Zlym narzadem byloby takie oko, które by dopuszczalo watpliwosci co do prawdy swoich postrzezen. Oko jako takie ma slusznosc. Tej slusznosci nie odbiera mu równiez oko duchowe. Pozwala ono jedynie widziec w wyzszym swietle wszystko, co postrzega oko fizyczne. Nie przekreslamy wówczas zreszta nic z tego, co widzi nasz wzrok fizyczny. Lecz ze wszystkiego co widzimy bije nowy blask, któregosmy przedtem nie dostrzegali. A wówczas wiemy, ze poprzednio widzielismy tylko rzeczywistosc nizszego rzedu. Widzimy nadal to samo, ale teraz przenikniete jest ono jakims wyzszym pierwiastkiem, przenikniete jest duchem. Ale chodzi jeszcze o to, czy sie czuje i przezywa to, co sie widzi. Ten w kim jedynie swiat zmyslowy budzi zywe uczucia i przezycia, bedzie widzial w wyzszym swiecie jakas "fata morgana", jakis wytwór czystej wyobrazni. Jego uczucia bowiem sa zwrócone jedynie ku rzeczom umyslowym. Kiedy stara sie ujmowac zjawiska duchowe, trafia w próznie. Cofaja sie one przed nim, kiedy chce ich dosiegnac. Sa bowiem "tylko" myslami. Czlowiek ów nie zyje w nich, mysli je tylko. Sa to dla niego obrazy, jeszcze bardziej nieuchwytne, niz jakies zwiewne sny. Pojawiaja sie niby mgliste zjawy, gdy czlowiek obcuje ze swoja wlasna rzeczywistoscia, gina w zetknieciu z ciezka, solidna rzeczywistoscia, o której mówia mu zmysly. Inaczej ten, kto przemienil uczucia swe i przezycia wobec rzeczywistosci. Rzeczywistosc zmyslowa stracila dlan swa absolutna nie wzruszalnosc, swoja bezwzgledna wartosc. Zmysly i uczucia nie musialy przy tym zatracac swej wrazliwosci. Czlowiek zaczyna jednak watpic w ich bezwarunkowa slusznosc. W ten sposób otwiera sie pole dla innych przezyc. I oto swiat ducha zaczyna te przestrzen ozywiac. I tutaj kryje sie niebezpieczenstwo, które moze byc straszne. Czlowiek moze stracic wyczucie i wrazliwosc wobec bezposredniej fizycznej rzeczywistosci, a zadna inna mu sie nie objawi. Wtedy zawisa.. jakby w prózni. Czuje sie jakby obumarly. Utracil dawne wartosci, a nowych nie zdobyl. I wtedy nie istnieje juz dla niego ani swiat, ani czlowiek. Nie jest to tylko jakas teoretyczna mozliwosc. Staje sie w pewnej chwili rzeczywistoscia dla kazdego, kto chce dojsc do poznania wyzszych swiatów. Dociera on tam, gdzie w swietle ducha wszelkie zycie wydaje mu sie smiercia. Jest juz poza swiatem. Jest pod ziemia, w otchlani. Zstepuje do Hadesu. Szczesliwy, jesli tam nie zatonie, jezeli otworzy sie przed nim swiat nowy. Jest to bowiem moment, kiedy czlowiek albo zginie, albo poczuje sie calkowicie przeobrazony. A wtedy ukaze mu sie nowe slonce i nowa ziemia. Z ognia ducha narodzi mu sie na nowy caly swiat. Tak opisuja wtajemniczeni, czym stali sie dzieki misterium opowiada, ze wyruszyl do Babilonu, tam, pod przewodnictwem nastepców Zoroastra zstapil do Hadesu i powrócil na ziemie. Mówi, ze w swych wedrówkach przeplynal przez wielka wóde, ze musial wedrowac przez wode i lód. Czytamy, jak przyszly wtajemniczony widzial przed soba ze zgroza dobyty z pochwy miecz i ze plynela przy tym krew... Rozumie sie te slowa, jezeli sie zna przejscie od nizszego do wyzszego swiata. Czlowiek czul przeciez jak wszelka materia stala, wszystko co zmyslowe rozplywalo sie niby woda i tracil zupelnie grunt pod nogami. Wszystko cosmy przedtem odczuwali jako zywe, bylo usmiercone. Jak miecz przeszywa zywe cialo, tak duch przenikal cale zycie zmyslowe. Uczen misteriów widzial, jak plynie krew pokonanej zmyslowosci. Ale wtedy swiatlo nowe zycie. Czlowiek dzwigal sie ze swiata podziemnego. Retor Arystydes opowiada: "mialem uczucie, ze dotykam Boga, ze czuje Jego bliskosc, a bylem przy tym miedzy jawa a snem. Duch mój byl calkiem lekki, tak ze nikt tego nie pojmie i nie wypowie, kto nie dostapil wtajemniczenia". Ten nowy byt nie podlega prawom nizszej natury. Nie dotyczy go postawienie i przemijanie. Wiele mozna mówic o wiecznosci, jesli jednak nie mamy przy tym na mysli tego, czemu daja swiadectwo ludzie, którzy przezyli zstapienie do Hadesu, nasze slowa beda jedynie pustym dzwiekiem, wtajemniczeni nauczyli sie patrzec inaczej na zycie i na smierc. Czuja, ze dopiero teraz maja prawo mówic o niesmiertelnosci. Wiedza, ze ten, kto mówi o niesmiertelnosci nie majac za soba doswiadczenia ludzi, którzy dostapili swiecen, mówi cos czego nie rozumie i przypisuje niesmiertelnosc rzeczom, które podlegaja prawom stawania sie i przemijania. Uczniowie misteriów chca zdobyc cos wiecej niz przeswiadczenie, pewnosc ze duch jest niesmiertelny. W duchu misteriów pewnosc taka niewiele bylaby warta. W tym duchu bowiem wiecznosc nie moze w ogóle byc udzialem nie wtajemniczonego. Jezeli taki czlowiek mówi o wiecznosci mówi o niczym. Ale uczen misteriów usiluje sam dotrzec do tego, co wieczne. Musi on obudzic w sobie dopiero to wieczne, wtedy moze o nim mówic. I dlatego realne sa dla nich te surowe slowa Platona, ze kto nie jest wtajemniczony, tonie w blocie, i ze jedynie ten wstepuje w wiecznosc, kto szedl droga misteriów. i tak tez tylko mozemy rozumiec slowa Sofoklesa w jednym z jego fragmentów: "Jakze szczesliwie docieraja do królestwa cieni ci, którzy byli wtajemniczeni; i tylko oni tam zyja, innych czeka tam tylko nedza i niedola". Wiec o niebezpieczenstwach slyszymy wciaz czytajac co starozytni mówia o misteriach. Czyz czlowiekowi, którego sie prowadzi do wrót swiata podziemnego, nie odejmuje sie szczescia i wszelkich wartosci? Przeciez bierze sie przez to na siebie straszna odpowiedzialnosc. A jednak: czy wolno nam uchylac sie przed ta odpowiedzialnoscia? Takie pytanie musial sobie stawiac wtajemniczony. Wiedzial, ze wiara ludu wobec jego wiedzy jest jak mrok wobec swiatla. Ale ten mrok i nieczytelne wiersz 13 str14 szczescie niewiedzy... bloga nieswiadomosc. Przekonaniem wtajemniczonych bylo, ze tego szczescia nie wolno lekkomyslnie narzucac. Bo cózby sie stalo, gdyby wtajemniczony "zdradzil" swoje tajemnice? Mówilby slowa, i nic tylko slowa. Nie istnialyby uczucia ani przezycia, które z tych jego slów wykrzesalyby ducha. Na to bowiem trzeba by przygotowania, cwiczen i prób, trzeba by dokonac calkowitej przemiany zycia. Inaczej wtraca sie sluchacza w pustke, w nicosc. Odbiera mu sie to, co stanowi jego szczescie, nie dajac mu nic w zamian. A wlasciwie, to nawet nim nie mozna zmienic jego zycia wewnetrznego. Tylko przedmioty podpadajace pod zmysly sa dla niego rzeczywistoscia, sa mu przezyciem. Mozna by dac tylko jakies okropne, zabójcze dla jego zycia przeczucie. A to bylaby przeciez zbrodnia. Troche inaczej wyglada ta sprawa gdy idzie o dzisiejsza droge poznania duchowego. Obecnie moze ona byc ujeta pojeciowo, poniewaz ludzie nowoczesni posiadaja zdolnosc myslenia pojeciami, której dawniejsi ludzie nie mieli. Dzisiaj istnieja ludzie, którzy poznaja swiat ducha przez wlasne przezycia, ale sa i tacy, którzy zdobyte przez tamtych prawdy moga zrozumiec pojeciowo. Tego rodzaju zdolnosci pojeciowej nie miala ludzkosc dawnych czasów. Dawna wiedza misteriów podobna byla do cieplarnianej rosliny, która trzeba pieczolowicie hodowac i pielegnowac w zaciszu i odosobnieniu. Kto wnosi ja w atmosfere codziennosci, stwarza jej warunki, w których nie moze sie ona rozwijac. W zetknieciu z hyperarktycznym mysleniem nowoczesnej naukowosci i logiki usycha i ginie. Wyzbywamy sie Wiec na chwile tych nawyków, których nabralismy dzieki ciaglemu obcowaniu z.... mikroskopem, teleskopem, dzieki przyrodniczemu sposobowi myslenia, oczyscmy rece zgrubiale przy sekcjach i eksperymentowaniu, tak abysmy mogli przestapic próg swiatyni misteriów. Musimy sie na to wyzwolic ze wszystkiego, co nam odbiera bezposredniosc przezywania. Chodzi tu przede wszystkim o stan duszy ucznia, który zbliza sie do tego, co jest dlan najwyzsze i w czym wyczuwa rozwiazanie zagadek bytu. Ale w naszych czasach, w których uwaza sie za poznanie tylko wyniki wiedzy operujacej grubymi konkretami, trudno ludziom uwierzyc, ze w sprawach najwazniejszych moze cos zalezec od stanu duszy. Przeciez poznanie byloby w ten sposób jakby osobista sprawe czlowieka. Ale dla ucznia misteriów jest ono sprawa bardzo osobista. Spróbujmy dac komus rozwiazanie zagadki, jaka jest wszechswiat: dajmy je mu gotowe do reki. Dla mistyka beda to szare slowa, jezeli dusza jego nie znajdzie wlasciwego podejscia do tego rozwiazania. Rozwiazanie to samo przez sie jest niczym, rozwija sie jak mgla, jezeli w duszy nie zaplonie ogien, o który tutaj chodzi. Wyobrazmy sobie, ze jakas boska istota staje przed czlowiekiem, moze byc ona dla niego wszystkim - albo niczym. Bedzie niczym, jezeli czlowiek przyjmie ja tak, jak zwykle, powszednie zjawiska. Bedzie wszystkim, jezeli dusza jest przygotowana, odpowiednio nastrojona. Czym ta istota jest sama w sobie, to na razie nie jest takie wazne: wazne jest, czym zostawi czlowieka takim jakim byl, czy tez zrobi go nowym czlowiekiem. Ale to zalezy tylko i wylacznie od czlowieka. Musialby sie przygotowac dluga, mozolna praca nad soba, rozwinac najglebsze sily swej osobowosci, aby w duszy jego zaplonelo to, co bóstwo moze obudzic w czlowieku, co nas spotyka. Plutarch mówi o tej pracy nad soba. W jednym ze swych pism opowiada, jak uczen misteriów zwraca sie do bóstwa. "Albowiem bóstwo wita kazdego, kto sie don tutaj zbliza, slowami: Poznaj samego siebie, co z pewnoscia nie jest wcale gorsze od zwyklego powitania: Badz pozdrowiony. My zas odpowiadamy Bogu slowami: Tys jest; - stwierdzajac niejako, ze tylko pozdrowienie w imie bytu bedzie wobec bóstwa prawdziwe, istotne i takie, które tylko jemu samemu przysluguje. Bo my sami wlasciwie nie mamy tutaj udzialu w owym prawdziwym bycie. Kazda natura smiertelna, zyjaca miedzy powstaniem a zaglada, jest tylko zjawiskiem, jest watlym, niepewnym mniemaniem o sobie samej i jezeli czlowiek stara sie pojac je rozumem, wówczas dzieje sie tak, jak kiedy wóde poddajemy wysokiemu cisnieniu: wskutek ucisku tezeje i niszczy to, co sie w niej znajduje, tak tez i rozum, kiedy stara sie nazbyt dokladnie ujac rozumowo poszczególne istoty podlegajace przypadkom i przemianom, blaka sie miedzy ich powstawaniem a zamieraniem i nie moze uchwycic nic trwalego ani tez obdarzonego prawdziwym bytem. Bo - jak mówi Heraklit - nie mozna plynac dwa razy w tej samej fali, i tak samo nie mozna zadnej istoty smiertelnej uchwycic dwa razy w tym samym stanie, lecz gwaltownosc i szybkosc ruchu sprawia, ze fala rozpada sie i na nowo zbiera, powstaje i przemija, przychodzi i odchodzi. Tak wiec to co powstaje nigdy nie moze osiagnac prawdziwego bytu, gdyz powstawanie nigdy nie ustaje nie zna spoczynku, lecz juz w nasieniu zaczyna sie przemiana, która ksztaltuje plód, potem dziecko, potem meza, starca, przy czym kazdy nastepny etap niszczy poprzedni. Przeto smieszne byloby bac sie tej jednej smierci, skoro my juz na tyle róznych sposobów umierali i wciaz umieramy. Albowiem nie tylko smierc ognia jest narodzeniem powietrza, jak mówi Heraklit, a smierc powietrza - narodzeniem wody, lecz jeszcze wyrazniej widzimy to patrzac na czlowieka: maz w pelni sil umiera, kiedy staje sie starcem, mlodzieniec - kiedy staje sie mezem, chlopiec - kiedy staje sie mlodziencem, dziecko - kiedy staje sie chlopcem. Wczorajsze umiera w tym co dzisiejsze, dzisiejsze - w narastajacym jutrze: nic nie trwa, nic nie jest jednoscia, lecz zwielokrotniamy sie bezustannie, podczas kiedy materia uklada sie dokola jakiegos obrazu, jakiejs wspólnej formy. Bo gdybysmy wciaz byli ci sami, to jak moglibysmy teraz znajdowac odpowiednie w innych rzeczach niz przedtem, jak moglibysmy kochac lub nienawidzic, podziwiac lub ganiac rzeczy miedzy soba sprzeczne, mówic coraz to co innego, coraz to innym namietnosciom ulegac, gdybysmy nie przybierali tez innej postaci, innych ksztaltów, inaczej dzialajacych zmyslów? Bez przemiany bowiem nie mozna przejsc w inny stan, a ten kto sie zmienia, nie jest juz przeciez tym samym, a jezeli nie jest tym samym, to juz i nie jest, tylko przemienia sie z tego kim byl, stajac sie kim innym. To tylko postrzeganie zmyslowe nas uwodzi, ze - nie znajac prawdziwego bytu - uwazamy ze byt to, co jest tylko pozorne". Plutarch czesto mówi o sobie jako o wtajemniczonym. To co nam tutaj opisuje jest w zyciu ucznia koniecznym warunkiem. Czlowiek osiaga tego rodzaju madrosc, dzieki której przede wszystkim dach jego przenika zlude zycia fizycznego. Wszystko co dla zmyslów jest bytem, rzeczywistoscia, jest jakby pograzone w strumieniu calego powstawania. Dotyczy to wszystkich rzeczy na swiecie, dotyczy równiez i czlowieka. Rozwiera sie on przed oczyma ducha, to co bylo caloscia rozpada sie na czesci, na przemijajace zjawiska. Narodziny i smierc przestaje byc czyms tak waznym, staje sie momentami powstawania i przemijania, jak wszystko co sie w ogóle dzieje. W tym splocie stawanie sie i przemijanie nie znajdujemy tego co najwyzsze. Szukac najwyzszego mozna jedynie w tym, co jest naprawde trwale. Co siega w przeszlosc i w przyszlosc. Jest to wyzszy stopien poznania, znalezc owo spojrzenie wstecz i naprzód. Duch to jest, który objawia sie we wszystkim i przez wszystko co materialne. Jest on zupelni czyms innym niz wszelkie stawianie sie swiata fizycznego. Nie powstaje ani tez nie przemija w ten sposób, co ziemskie zjawiska. W czlowieku, który zyje w swiecie zmyslów jedynie, duch ten jest utajony; ale w tym, kto przeniknal zlude swiata zmyslów, objawia sie jako rzeczywistosc. Kto ten etap osiagnal, rozwinal w sobie jak gdyby nowy czlon swej istoty. Stalo sie z nim cos podobnego jak z roslina, która najpierw miala tylko zielone liscie, az potem wypuscila barwny swiat. Oczywiscie, te sily, dzieki którym powstal swiat, istnialy juz utajone w roslinie zanim zakwitla; ale dopiero kiedy zakwitla staly sie rzeczywistoscia. Podobnie w czlowieku, który nie wyszedl jeszcze poza swiat zmyslów, istnieja - utajone - boskie sily duchowe; lecz dopiero we wtajemniczonym staja sie one ujawnione rzeczywistoscia. Na tym polega przemiana, której doznaje wtajemniczony. Wnosi on swym rozwojem cos nowego w ten swiat, który istnial juz poprzednio. Nasz ziemski swiat stworzyl go jako istote fizyczna, po czym pozostawil go wlasnym silom. Natura tym samym spelnila swoje zadanie. Wszystko czego byla w stanie dokonac z dzialajacymi w czlowieku silami - dokonalo sie. Lecz sily te, one same, nie zostaly jeszcze wyczerpane. Sa one jak gdyby zaczarowane w czlowieku - tworze natury - i czekaja wyzwolenia. Nie moge sie wyzwolic same; jezeli czlowiek nie ujmie ich teraz w rece i nie bedzie rozwijal; jezeli tego, co w nim spoczywa utajone, nie zbudzi do prawdziwego istnienia. Przyroda rozwija sie od tworów mniej doskonalych do coraz doskonalszych. Od materii nieozywionej prowadzi swoje twory poprzez caly szereg stopni posrednich, poprzez wszystkie postacie zyjacych istot, az do fizycznej postaci czlowieka. Czlowiek otwiera oczy i widzi siebie w otoczeniu swiata fizycznego jako realnie istniejace, fizyczne, podlegajace przemianom istote. Ale czuje w sobie jeszcze i te sily, z których narodzil sie swiat fizyczny. Nie sa one tym, co sie ciagle zmienia, bo wszystko co zmienne wzielo z nich poczatek. Czlowiek ma je w sobie jako znak, ze zyje w nim cos wiecej niz to, co sie postrzega za pomoca zmyslów. To co dzieki tym silom moze powstac, jeszcze nie istnieje. Czlowiek czuje, ze oto rozblyska w nim cos, co stworzylo wszystko, lacznie z nim samym i czuje, ze to wlasnie ta iskra daje mu natchnienie do wyzszych zadan. Iskra ta jest w nim, byla przed jego zstapieniem na ziemie i bedzie, gdy czlowiek ziemie te opusci. Czlowiek istnieje dzieki niej, ale teraz moze ja ujac w rece i sam brac udzial w tworzeniu samego siebie. Takie uczucia zyly w duszy mistyka dawnych czasów po wtajemniczeniu. Czul on to co wieczne, co boskie. Wiedzial ze czyny jego maja sie teraz wlaczyc w twórcza prace bóstwa. Mógl swiatlo powiedziec: Odkrylem w sobie wyzsze "ja", ale to "ja" siega po za granice mego ziemskiego istnienia; bylo przed moim narodzeniem, bedzie po mojej smierci. Bylo twórcza sila od wieków i bedzie nia przez cala wiecznosc. Moja fizyczna osobowosc jest tworem tego ja". Ale wlaczylo mnie ono w siebie, dziala we mnie, jestem jego czastka. To co teraz czynie jest czyms wiecej niz sprawy zwiazane z materia. Moja osobowosc jest jedynie narzedziem tej twórczej sily, tego boskiego pierwiastka we mnie. -Tak przezywal wtajemniczony swoje przebóstwienie. Prawdziwym swoim duchem nazywali wtajemniczeni te sile, te boska iskre, która zapalala sie w nich w ten sposób. Oni sami byli tworem tego ducha. Teraz odczuwali swój stan tak, jak gdyby w nich wstapila jakas nowa istota i zawladnela narzadami ich ciala. Byla to jakas istota posrednia miedzy ich fizyczna osobowoscia a wszechogarniajaca sila kosmiczna. Bogiem. Tego swojego prawdziwego ducha szukal uczen misteriów. Stalem sie czlowiekiem wsród tej wspanialej przyrody - mówil sobie. Lecz przyroda nie dokonczyla swego dziela. Ja sam musze podjac to zadanie. Ale nie móglbym go dokonac w królestwie przyrody, do którego nalezy równiez moja ziemska osobowosc. To co moglo sie rozwinac w tym królestwie, rozwinelo sie. Musze Wiec wyjsc po za jego granice. W królestwie ducha musze budowac w dalszym ciagu, zaczynajac od tego punktu, na którym stanela przyroda. Musze stworzyc sobie atmosfere, jakiej nie dalaby przyroda. Ta atmosfera otaczano uczni w swiatyniach. Budzono drzemiace w nich sily. Tam przeobrazali sie w wyzsze, twórcze natury duchowe. Przemiana taka byla procesem bardzo subtelnym, takim który nie móglby zniesc brutalnego zetkniecia z codziennoscia. Kiedy jednak cel zostal osiagniety, czlowiek byl jak skala: w oparciu o rzeczy wieczne mógl stawic czolo wszelkim huraganom. Ale wiedzial doskonale, ze tym co przezywal nie jest w stanie podzielic sie z innymi tak bezposrednio i po prostu. Plutarch mówi, ze w misteriach "mozna znalezc najlepsze poczucia i wyjasnienia, dotyczace natury dajmonów". Od Cycerona zas dowiadujemy sie, ze przez misteria " o ile zostana nalezycie zrozumiane, poznaje sie raczej nature rzeczy niz bogów". (Plutarch "O upadku wyroczni" - Cycero "O naturze bogów"). Z tych wypowiedzi wynika, ze dla wtajemniczonych istnialy wyzszego rodzaju pouczenia dotyczace natury rzeczy niz te, jakie mogly dac religie ludowe. Co wiecej, widac z tego, ze zagadnienie, kim sa dajmony czyli istoty duchowe, a nawet kim sa Bogowie sami, wymagalo wyjasnienia. Siegano wiec do istot wyzszego rzedu niz dajmony i bogowie religii oficjalnych. I na tym wlasnie polegala wiedza tajemna misteriów. Lid przedstawil dajmony i bogów w obrazach, których tresc byla calkowicie zaczerpnieta ze swiata rzeczywistosci fizycznej. Czy czlowiek, który przeniknal istote wiecznosci, mógl wierzyc, ze tacy bogowie sa wieczni? Jakzeby mial byc wiecznym Zeusem wyobrazen ludowych, obciazony wszystkimi cechami smiertelników? - Jedno bylo jasne dla wtajemniczonych: ze czlowiek w inny sposób dochodzi do wyobrazen o bogach, niz o innych rzeczach. Cos co nalezy do swiata zewnetrznego zmusza mnie do stworzenia sobie calkiem okreslonego wyobrazenia. Lecz kiedy tworzy sobie wyobrazenie boga, jest w tym jakas wolnosc, a nawet dowolnosc. Nie ma tutaj przymusu z zewnatrz. Zastanawiajac sie nad tym widzimy, ze wyobrazenie bogów sa czyms, co nie da sie sprawdzic od zewnatrz. I czlowiek czuje sie niepewny w swej logice. Zaczyna mu sie wydawac, ze sam stwarza swoich bogów. Zadaje sobie nawet pytanie, jak sie to dzieje, ze jego wyobrazenia wybiegaja poza fizyczna rzeczywistosc. Takim myslom oddawal sie wtajemniczony. Oczywiscie, budzily sie w nim i watpliwosci. Myslal sobie moze, jak tez wygladaja te nasze wszystkie wyobrazenia bogów? Czyz nie sa calkiem podobne do stworzen, jakie spotykamy na ziemi? Czyz czlowiek nie stworzyl ich sobie po prostu, dodajac lub ujmujac istotom swiata fizycznego te czy inna cecha? Czlowiek pierwotny, który kochal sie w polowaniu, stwarzal sobie niebo, w którym bogowie spedzaja czas na wspanialych lowach. A Grek zaludnial swój Olimp postaciami bogów, dla których czerpal wzory z dobrze sobie znanej greckiej rzeczywistosci. Z surowa logika podkresla te mysl filozof Ksenofanes. Wiemy, ze dawniejsi filozofowie greccy byli calkowicie pod wplywem misteriów. Wykazemy to w dalszym ciagu, mówiac o Heraklicie. To Wiec, co mówi Ksenofanes, mozna smialo uwazac za poglad wtajemniczonych. Oto slowa Ksenofanesa: "Ludzie, sadzicie ze na wasz wzór sa stworzeni bogowie, Ze musze miec wasze zmysly i wasze glosy i ciala. Lecz gdyby woly lub lwy tak jak my mialy rece, Mogly rekami malowac i tak pracowac jak ludzie, Malowalby bogów i ksztaltowaly ich ciala Wedle tego jak wygladaja wlasne ich ciala: Konie malowalyby konie jako bóstwa, woly zas -wolów". Taka swiadomosc moze czlowieka doprowadzic do zwatpienia we wszystko co boskie. Mozne on wtedy odrzucic wszelkie opowiesci o bogach i zacznie uznawac za rzeczywiste jedynie to, co narzucaja mu postrzezenia zmyslów. Ale wtajemniczony nie popadl w takie watpliwosci. Rozumial, ze watpic w ten sposób - to tak jakby roslina mówila: mój barwny kwiat - to czcza zluda: moje zielone liscie to cala rzeczywistosc; cokolwiek bym do nich dodala, bedzie zluda. Ale wtajemniczony nie mógl poprzestac na bogach stworzonych przez czlowieka, bogach religii ludowych. Gdyby roslina mogla myslec, pojeli by, ze z tych sil, które stworzyly jej zielone liscie, rodzi sie równiez jej barwny kwiat. I nie przestawalaby sama dociekac, az nie poznalaby tych sil, nie stanela przed nimi twarza w twarz. Tak tez odnosil sie wtajemniczony do bóstw ludowych. Nie odczuwal ich, nie twierdzil, ze sa niczym, wiedzial jednak, ze to czlowiek ich stworzyl. Te same sily przyrody, ten sam boski pierwiastek, który dziala w przyrodzie, dziala tez w duszy wtajemniczonego i stwarza w jego duszy wyobrazenia bogów. Wtajemniczony chce poznac te sile, która stwarza bogów. Nie jest ona tym, czym sa bóstwa ludowe, jest czyms wyzszym. O niej to mówi Ksenofanes: Jeden jest bóg, posród bogów najwiekszy, a takze wsród ludzi. Niepodobny do ludzi wcale, ni cialem, ni mysla. Ten to bóg byl równiez bogiem misteriów. Mozna by go nazwac "bogiem utajonym". Bo tez nigdzie - jak mówili Grecy - czlowiek nie moze go znalezc, jezeli kieruje sie tylko swiadectwem zmyslów. Zwróc spojrzenie na rzeczy tego swiata: nie znajdziesz nic boskiego. Natezaj umysl - moze zrozumiesz, wedlug jakich praw powstaje i przemija to czy tamto, lecz umysl nie znajdzie równiez tu nic boskiego. Mozesz przepoic wyobraznie uczuciem religijnym: bedziesz wówczas tworzyl postacie, które brac mozesz za bogów, ale rozum ci je rozbije w puch i proch, wykaze bowiem, ze je sam stworzyles, czerpiac tworzywo ze swiata zmyslów. Rozwazajac to co cie otacza z punktu widzenia czysto rozumowego musisz zaprzeczyc istnieniu boga. Bóg nie istnieje bowiem ani dla twych zmyslów, ani dla rozumu, który tlumaczy postrzezenia twoich zmyslów. Bóg jest ukryty w swiecie, jest jakby zaczarowany. Zeby go znalezc, trzeba miec jego wlasna, boska sile. Sile te musi czlowiek obudzic w sobie. Oto sa pouczenia jakich udzielano uczniowi w dawnych misteriach. I teraz zaczynal sie rozgrywac przed uczniem wielki dramat kosmiczny, który pochlanial cale jego zycie. A chodzilo tutaj o wielka rzecz: o wyzwolenie zaczarowanego Boga. Gdzie jest Bogiem? Oto pytanie które stawalo przed dusza ucznia. Boga nie ma, ale jest przyroda. Trzeba znalezc Boga w przyrodzie. W niej znalazl Bóg swój zaczarowany grób. Uczen zrozumial glebsze znaczenie slów: Bóg jest miloscia. Bóg bowiem posunal sie w swej milosci do najdalszych kranców. W nieskonczonej swojej milosci, sam siebie zlozyl w ofierze, oddal sie calkowicie, emanowal na caly swiat, rozpadl sie na wielorakosc tworów przyrody; one zyja, lecz on sam w nich nie zyje. Spoczywa w nich utajony. Ale zyje w czlowieku. I czlowiek moze doznac, czym jest zycie Boga, zwracajac sie w glab samego siebie. Jezeli ma poznaniem ogarnac Boga, musi to poznanie wyzwolic w sobie twórczym wysilkiem. I teraz czlowiek zwraca sie do siebie, do wlasnej duszy. Boski pierwiastek dziala w jego duszy jako ukryta sila twórcza, która jeszcze nie osiagnela w jego duszy jako ukryta sila twórcza, która jeszcze nie osiagnela prawdziwego bytu. Dusza ta jest przybytkiem, w którym zaczarowano bóstwo moze ozyc. Dusza jest matka, która w zetknieciu z przyroda moze poczac bóstwo. Niechaj przyroda zaplodni twoja dusze, a zrodzi sie z niej cos boskiego. Narodzi sie ze zwiazku duszy z przyroda. Nie bedzie to juz "ukryte" bóstwo, lecz bóstwo ujawnione. Ma ono w sobie zycie, prawdziwe zycie i przebywa wsród ludzi. Jest to odczarowany duch w czlowieku, dziecie zaczarowanego bóstwa. Nie jest ono moze tym wielkim Bogiem, który byl, jest i bedzie, lecz moze byc w pewnym sensie jego objawieniem. Ojciec pozostaje w ukryciu; czlowiek narodzil sie w jego wlasnej duszy Syn. Poznanie mistyczne jest w ten sposób realnym faktem w zyciu wszechswiata. Jest ono narodzeniem boskiego dzieciecia. Jest wydarzeniem równie realnym jak wszystko, co dzieje sie w przyrodzie, tylko na wyzszym szczeblu. To jest wlasnie ta wielka tajemnica misteriów, ze czlowiek sam wyzwala twórczym wysilkiem swoje boskie dziecie, przedtem jednakze musi sie przygotowac, aby potrafil uznac i uszanowac te stworzona przez siebie boska istote. Czlowiek nie wtajemniczony nie bedzie mial wyczucia, które by mu pozwolilo poznac ojca owego dzieciecia. Ojciec ten bowiem spoczywa w ukryciu. Dziecie rodzi sie niejako z dziewiczej matki. Tak jakby zrodzila je dusza nie zaplodniona. Wszystkie inne jej plody poczely sie w zetknieciu ze swiatem fizycznym. Mozna widziec, dotknac ich ojca. Zycie ich jest dostepne zmyslom. I tylko boskie dziecie zostalo poczete z zetkniecia z nim samym, z odwiecznym, utajonym Bogiem "Ojcem"..

 

 

MEDRCY GRECCY PRZED PLATONEM W SWIETLE MISTERIÓW

 

Mnóstwo danych swiadczy o tym, ze grecka mysl filozoficzna opierala sie na tym samym podlozy duchowym, co poznanie mistyczne. Wielkich filozofów dawnej Grecji rozumie sie wtedy jedynie, jezeli czlowiek zbliza sie do nich w nastroju, jaki wyrobil w sobie zaglebiajac sie w misteria. Z jakaz czcia mówi Platon w "Fedonie" o "tajemnych naukach", "I bodaj, ze ci, którzy nam uszanowali tajemne swiecenia - a to przeciez nie byle kto nie wtajemniczony i bez swiecen przybedzie do Hadesu, bedzie lezal w blocie, a kto sie oczysci i uswieci, zanim tam przybedzie, ten posród bogów zamieszka. Powiadaja bowiem to, co maja do czynienia ze swieceniami, ze wielu chodzi z rózdzkami, a prawdziwie duchem napelnionym malo. Wedle mojego mniemania bóg nawiedza nie innych, tylko tych, którzy ukochali madrosc (jak nalezy). Czego i ja, wedle moznosci, nie zaniedbywal w zyciu, tylko sie wszelkimi sposobami staral stac sie takim." W ten sposób mówic o wtajemniczeniu moze jedynie ktos, kto w swoim dazeniu do madrosci oddal sie calkowicie kierunkowi pielegnowanemu w misteriach. I nie ulega watpliwosci, ze slowa wielkich filozofów greckich staja w jasnym swietle, jezeli je oswietlamy z punktu widzenia misteriów. O tym, ze Heraklit z Efezu byl zwiazany z misteriami, dowiadujemy sie wyraznie z wypowiedzi przekazanej nam przez tradycje, ze jego mysli - sa sciezka nie do przebycia i ze kto podchodzi do nich bez wtajemniczenia, znajduje jedynie "mrok i ciemnosc", natomiast dla tego, kogo wprowadza wtajemniczony, sa one "jasniejsze niz slonce". I jezeli dowiadujemy sie o jego ksiedze, ze zlozyl ja w swiatyni Artemidy, znaczy to po prostu, ze Heraklit mógl byc zrozumiany jedynie przez wtajemniczonych. Nazywano Heraklita "ciemnym", bo tez jedynie misteria moga dac klucz do zrozumienia jego pogladów. Heraklit stoi przed nami jako postac nacechowana najglebsza powaga. Czyta sie wprost z jego rysów - o ile potrafimy je sobie uprzytomnic - ze zylo w nim glebokie poznanie, o którym wiedzial, ze slowami mozna je jedynie z lekka dotknac, ale nigdy w pelni wyrazic. Z tego nastawienia wyrosla jego slynna wypowiedz: "wszystko plynie", która Plutarch wyjasnia nastepujacymi slowami: "Nie wstepuje sie dwa razy w ten sam nurt, ani tez nie mozna dwakroc dotknac tego samego smiertelnego bytu, a tylko przez swa bystrosc i chytrosc rozprasza sie on i na powrót zbiega, a raczej nie "znowu" i nie "na powrót", ale w tej samej chwili zbiega sie i ustepuje, przychodzi i odchodzi". Czlowiek, który tak mysli, przejrzal nature rzeczy przemijajacych. Czuje sie bowiem zmuszony do wypowiedzenia sie w tak dobitnych slowach o samej istocie doczesnosci. Tylko ten, kto doczesnosc mierzy miare wiecznosci, mógl sie w ten sposób wypowiedziec. I nie mozna tej wypowiedzi zastosowac do czlowieka, jezeli sie nie poznalo jego prawdziwej istoty. Heraklit zastosowal te swa wypowiedz równiez i do czlowieka. "Tym samym jest zycie i smierc, czuwanie i sen, mlodosc i starosc: bo jedno przemieniajac sie przechodzi w drugie, drugie znów w pierwsze". W zdaniu tym przebija glebokie zrozumienie, ze doczesna osobowosc to podkresla: "Zycie i smierc sa zarówno w naszym zyciu jak i w naszym umieraniu". Cóz innego chcial powiedziec, jezeli nie to, ze jedynie z punktu widzenia doczesnosci zycia jest cenniejsze niz smierc. Smierc jest przemijaniem, które stwarza miejsce dla nowego zycia, ale w nowym zyciu, zarówno jak i w starym, zyje to c wieczne. Ten sam pierwiastek wieczny objawia sie w zyciu doczesnym, co i w smierci. Jezeli czlowiek uchwycil to, co wieczne, z tym samym uczuciem spoglada na smierc, co na zycie. Zycie ma dlan szczególna wartosc jedynie wtedy, jesli nie potrafil w sobie obudzic tego wiecznego pierwiastka. Mozna tysiackroc wypowiadac zadanie: "Wszystko plynie", jesli sie go wypowiada z takim wlasnie uczuciem, jest ono pustym dzwiekiem. Cóz z tego, ze zrozumielismy prawo wiecznego rozwoju, jezeli nas to nie uwalnia od przywiazania do rzeczy doczesnych? Heraklit ma wlasnie na mysli wyzbycie sie zadzy zycia, która goni za tym, c przemijajace. "Jak mozna powiedziec o naszym zyciu na jawie" jestesmy, skoro przeciez wiemy, ze z punktu widzenia wiecznosci "jestesmy i nie jestesmy". "Hades i Dionizos, to ten sam bóg" brzmi jeden z fragmentów Heraklita. Dionizos, bóg radosci zycia i ozywiajacej na wiosne przyrody, bóg, na którego czesc obchodzono dionizyjskie uroczystosci, jest dla Heraklita tym samym bogiem, co Hades, bóg zaglady i zniszczenia. Tylko ten, kto widzi zycie w smierci a smierc w zyciu, w jednym i drugim zas wiecznosc, wyzsze ponad zycie i smierc - tylko ten zdola ujrzec we wlasciwym swietle niedostatki i dobre strony zycia. Nawet i niedostatki znajduja wtedy usprawiedliwienie, w nich bowiem zyje równiez wiecznosc. To, czym sa z punktu widzenia ograniczonego, pospolitego zycia, to tylko pozór: "Nie wychodzi ludziom na dobre, miec to, czego chca: choroba sprawia, ze zdrowie jest nam mile, zlo - za dobro, glód - za sytosc, praca - za odpoczynek." "Morze jest najczystsza i najbardziej nieczysta wode, dla ryb zdatna do picia i zdrowa, dla czlowieka niezdatna i szkodliwa". Heraklit chce podkreslic nie tyle nietrwalosc rzeczy ziemskich, co blask i wznioslosc spraw wiecznych. Ostro tez wystepuje przeciw Homerowi i Hezjodowi jak tez i przeciw uczonym swoich czasów. Zarzuca im, ze mysli ich kurczowo trzymaja sie doczesnosc. Nie chcial on bogów wyposazonych w cechy zaczerpniete ze swiata doczesnego i nie byla dla niego czyms najwyzszym taka wiedza, która bada prawa powstawania i przemijania rzeczy doczesnych. Poprzez doczesnosc przemawiala do niego wiecznosc. I te wiecznosc ujal w gleboki symbol. "Harmonia swiata wraca do siebie, jak harmonia liry i luku". Jak wiele mówi nam ten obraz. Przez rozchodzenie sie sil i harmonizowanie rozdzielonych osiaga sie jednosc. Jak bardzo rózni sie jeden tom od drugiego, a przeciez w polaczeniu stwarzaja harmonie. Zastosujemy to do swiata duchowego, a bedziemy mieli mysl Heraklita: "Niesmiertelni sa smiertelnymi, smiertelni - niesmiertelnymi", bogowie bowiem przezywaja smierc ludzi, w ludziach zas umiera zycie bogów". Jest to pradawna wina czlowieka, ze poznaniem swoim lgnie do spraw doczesnych. Odwraca sie tym samym od tego, co wieczne. Zycie staje sie dla niego przez to niebezpieczenstwem. Wszystko, co go spotyka - spotyka go od zycia. Ale ten ziemski los traci swoja gorycz, jezeli zycie nie ma juz dla czlowieka wartosci bezwzglednej. Odzyskuje on wtedy pierwotna swoja niewinnosc. Czuje, ze móglby wrócic do dziecinstwa odchodzac od tak zwanej powagi zycia. Bo i czegoz to dorosli nie biora na serio, a dziecko sie tym wszystkim bawi. Lecz medrzec staje sie troche dzieckiem. "Powazna sprawy traca swoja wartosc, jezeli spojrzec na nie z punktu widzenia wiecznosci. Igraszka wydaje sie nam wówczas zycie. Dlatego Heraklit mówi: "Wiecznosc - to dziecko, które sie bawi - królestwo dziecka". Na czym polega pierwotna wina czlowieka? Polega na tym, ze traktuje on z najwyzsza powaga to, co nie powinno byc tak traktowane. Bóg przelal swa istote w swiat rzeczy stworzonych. Kto w nich nie widzi Boga, bierze powaznie cos, co jest grobem bóstwa. Powinien bawic sie rzeczami stworzonymi jak dziecko, a powagi swojej uzyc na to, by wydobyc z nich boski pierwiastek, który zaklety w nich spi. Spojrzenie w wiecznosc spala, obraca w popiól nasze zwykle, zludne pojecie o swiecie. Duch rozwiewa mysli, zwiazane ze swiatem zmyslów, niszczy je. Jest ogniem jest prapoczatkiem wszechrzeczy. Mysl te niewatpliwie nalezy rozumiec przede wszystkim jako zwykle, fizykalne wyjasnienie zjawisk swiata. Jednak nikt nie rozumie Heraklita, jezeli nie mysli o nim tak, jak myslal o Biblii Filo, który zyl na poczatku naszej ery. "Sa ludzie - mówil - którzy uwazaja pisane prawa jedynie za symbole nauk duchowych, te ostatnie badaja starannie, pierwszymi zas gardza; takich ludzi mozna tylko ganic, gdyz powinniby miec na uwadze jedno i drugie: zarówno poznanie ukrytego sensu, jak tez zaznajomienie sie z tym, co jawne". Wypaczamy jego mysl, jezeli spieramy sie o to, czy Heraklit pod slowem ogien rozumial ogien fizyczny, czy tez ogien byl dla niego tylko symbolem wiecznego ducha, który niszczy i stwarza na nowo. Mówil o jednym i drugim, a jednoczesnie o zadnym z nich. Dla niego bowiem duch zyl równiez i w zwyklym ogniu. Sila zas, która w nim dziala zyje na wyzszym szczeblu w duszy ludzkiej, która niby w tygli, roztapiac w sobie poznanie dostepne zmyslom i wydobywa stad przezycie wiecznosci. Wlasnie Heraklit moze byc opacznie rozumiany. Nazywa on wojne ojcem wszechrzeczy. Lecz jest ona dla niego tylko ojcem "rzeczy", nie tego zas, co wieczne. Gdyby na swiecie nie bylo przeciwienstw, gdyby nie bylo najróznorodniejszych zwalczajacych sie daznosci, to nie byloby swiata doczesnego, przemijajacego. Ale to co sie objawia w tych przeciwienstwach, co sie w nich kryje, to nie jest walka, lecz harmonia. Dlatego wlasnie, ze walka jest we wszystkich rzeczach doczesnych, duch medrca powinien ogarnac je niby plomieniem i przemienic w harmonie. W tym punkcie skoncentrowane jest swiatlo jednej z wielkich mysli Heraklita. Czym jest czlowiek, jako istota zyjaca na ziemi? Heraklit tak odpowiada na to pytanie. Czlowiek jest mieszanina sprzecznych z soba elementów, w których przelalo sie bóstwo. Tak tez poznaje on siebie. A ponadto dostrzega w sobie ducha. Ducha, którego ojczyzna jest wiecznosc. Ale ten duch ma usmierzyc swe zywioly. Natura, tworzac czlowieka, przekracza jakby wlasne granice. Jest to ta sama wszechjedna sila, która stworzyla walke, stworzyla mieszanine zywiolów i które w madrosci swojej ma te walke znów uchylic. To jest wlasnie ta wieczna swoistosc, która zyje z czlowieku; wieczne przeciwienstwo miedzy doczesnoscia a wiecznoscia. Przez ów pierwiastek wiecznosci czlowiek stal sie tym czym jest na ziemi, a z tej doczesnej istoty ma stworzyc wyzszego czlowieka. Jest on zalezny i niezalezny. W tym wiecznym duchu, którego oglada, moze miec czlowiek taki lub inny udzial, zaleznie od tego, z jakiej mieszaniny zywiolów stworzyl go wieczny duch. I dlatego wlasnie powolany jest, by z doczesnego ksztaltowac wieczne. Duch dziala w nim, ale dziala w nim w sposób szczególny. Dziala w nim poprzez doczesnosc. To, ze cos co jest doczesne, dziala jak rzeczy wieczne, ze wzbiera silami i dazeniami, jak gdyby bylo czyms wiecznym: oto szczególny rys duszy ludzkiej. I to sprawia, ze jest ona podobna zarazem do Boga i do robaka. Czyms miedzy Bogiem a zwierzeciem jest przez to czlowiek. A ten ped w nim i ta twórcza moc, to jego "daimon", to co w nim bezustannie dazy do rozwoju. Heraklit mówi lapidarniej "Deizm czlowieka to jego los". (Daimon jest tu pojety w greckim znaczeniu tego slowa. W sensie nowoczesnym trzeba by powiedziec "duch"). To Wiec, co zyje w czlowieku, siega wedlug Heraklita daleko poza jego osobowosc. W osobowosci tej mieszka "daimon", duch, który nie jest zamkniety w granicach osobowosci, dla którego smierc i narodziny czlowieka sa bez znaczenia. Cóz bowiem wspólnego ma ten daimon z osobowoscia, która powstaje i ginie? Jedna z wielu postaci, w jakich sie daimon przejawia, jest osobowosc. Kto osiagnal takie poznanie, ogarnia przeszlosc i przyszlosc i siega daleko poza swe doczesne "ja". To, ze przezywa w sobie pierwiastek duchowy, jest mu rekojmia wiecznosci wlasnej duszy. Teraz juz nie sadzi, ze jedynym zadaniem "dajmona" jest wypelnic jego osobowosc. Jedynie jedna z form przejawiania sie ducha moze byc osobowosc. Daimon nie moze sie zamknac w granicach jednej osobowosci. Ma w sobie sile, która zdolna jest ozywic wiele osobowosci. Moze sie przeobrazac przechodzac z jednej w druga. Wielka idea wielokrotnych wcielen wylania sie jako cos oczywistego z tych rozwazan Heraklita. I nie tylko idea, ale fakt, ze zna on te prawde z wlasnego doswiadczenia. Mysl tylko przygotowuje do tego doswiadczenia. Kto poznal w sobie "dajmona" czuje w nim jakas przeszlosc, niekoniecznie wolna od win. Widzi w nim te czy inne cechy. Skad sie one wziely? Dlaczego mam te a nie inne sklonnosci? Dlatego, ze nad moim "daimonem" pracowaly juz inne osobowosci. A co bedzie z mojej obecnej pracy nad moim "daimonem", skoro wiem, ze jego zadania nie wyczerpuja sie w granicach mojej osobowosci? Pracuje dla jakiejs przyszlej osobowosci. Pomiedzy mna a caloscia wszechswiata staje cos, co przerasta mnie samego, a jednak nie jest jeszcze bóstwem. To mój "dajmon" staje pomiedzy mna a swiatem. Jak mój dzien dzisiejszy jest wynikiem wczorajszego, a moje "jutro" bedzie jedynie wynikiem mojego "dzis", tak samo obecne moje zycie jest wynikiem poprzedniego i stanie sie podlozem nastepnego. I podobnie jak czlowiek ma za soba dlugi szereg przezytych dni, a przed soba wiele dni, które jeszcze przezyje, tak dusza medrca spoglada wstecz na liczne wcielenia w przeszlosci i liczne wcielenia w przyszlosc. Z tego, co wczoraj zdobylem jako mysli, jako umiejetnosci, korzystam dzis. Czyz nie tak samo jest z zyciem? czyz ludzie nie wstepuja w zycie wyposazeni w najrozmaitsze zdolnosci? Skad ta róznorodnosc? czy bierze sie z niczego? Nasza wiedza przyrodnicza dumna jest z tego, ze w naszych pogladach na zycie organiczne nie ma juz miejsca na cud. David Friedrich Strause nazywa wielkim osiagnieciem naszych czasów to, ze juz nie uwazamy za mozliwe, by jakis twór organiczny mógl powstac cudem z niczego. Pojmujemy doskonalosc, jezeli mozemy ja sobie wytlumaczyc przez rozwój tego, co bylo niedoskonale. Budowa malpy przestaje byc cudem, jesli mozemy przyjac, ze przodkami malp byly praryby, które sie stopniowo przeksztalcaly. Trzeba Wiec w koncu uznac jako sluszne w stosunku do ducha, to, co uznajemy gdy idzie o przyrode. Czyzby dojrzaly duch to samo przynosil ze soba na swiat, co mniej dojrzaly? Czyzby Goethe mial w sobie te same zalozenia, co jakis Hotentot? Tak jak ryba inne ma zadatki niz malpa, tak tez i duch Goethego ma w sobie inne zadatki, niz duch dzikusa. Duch Goethego ma inne pochodzenie, niz duch dzikusa. Duch powstal droga rozwoju, podobnie jak cialo. Duch który zyje w Goethem ma wiecej "przodków", niz duch dzikiego czlowieka. Spójrzmy z tej strony na nauke o wielokrotnych wcieleniach. Wówczas nie bedzie juz one dla nas czyms "naukowym". I potrafimy sobie wtedy wytlumaczyc to, co zyje w duszy. Nie bedzie dla nas ono czyms, co cudem powstalo z niczego. Jezeli umiem pisac, to dlatego, ze sie nauczylem. Czlowiek, który nigdy nie mial pióra w reku nie moze nagle siasc i pisac. Ale "blysk geniuszu" mialby cudem powstac z niczego! Nie, i ten "blysk geniuszu" trzeba wykrzesac; czlowiek musi sie czegos nauczyc. I jesli ta iskra pojawia sie w kims, nazywamy ja duchowoscia. Ale równiez i ta duchowosc musiala sie pierwej uczyc: zdobyla sobie w poprzednim wcieleniu to, co w nastepnym "umie". Tak, i tylko tak zarysowala sie przed dusza Heraklita i innych medrców greckich mysl o wiecznosci. Nigdy nie bylo u nich mowy o przetrwaniu danej ziemskiej osobowosci. Wezmy jako przyklad wiersz Empedoklesa. Mówi on o tych, którzy uwazaja, ze to co czlowiek otacza powstalo z niczego: "Szaleni sa, gdyz niedaleko siegaja ich mysli, Którzy sie ludza, ze moze powstac nie istniejace wprzódy, Albo tez moze cokolwiek obumrzec i w pelni zaginac. Z nie bedacego bowiem nie moze wyniknac powstanie, Niepodobienstwem czystym jest równiez bedacego pelna zaglada, Albowiem stale trwa ono, dokadkolwiek by sie je nawet wygnalo. Nie bedzie nigdy, zaiste, tak sadzil, kto w tych rzeczach uczony. Ze tylko tak dlugo zyja, jak dlugo trwa to, co zwa zyciem. Tylko tak dlugo istnieja i cierpien doznaja i szczescia, Zas nim ludzmi sie stali i kiedy pomra - sa niczym". Medrzec grecki nie stawial w ogóle pytania, czy cos wiecznego istnieje w czlowieku, pytal tylko na czym polega to wieczne i w jaki sposób czlowiek moze je w sobie pielegnowac. Z góry bowiem bylo dlan oczywista, ze czlowiek jest tworem posrednim miedzy tym, co ziemskie a tym co boskie. O jakims pierwiastka boskim bytujacym gdzies w zaswiatach nie bylo tam mowy. To co boskie zyje w czlowieku, ale zyje w nim na sposób czlowieczy. Jest to sila, która zmusza czlowieka, by coraz podobniejszym stawal sie do bóstwa. Tylko ktos kto tak mysli mógl mówic, jak Empedokles: Jesli cialo porzucasz i w wolny wzbijesz sie eter, Niesmiertelnym staniesz sie bogiem wyzwolonym od smierci. Z tego punktu widzenia, co mozna zrobic dla zyjacego na ziemi czlowieka? Mozna wlaczyc obecne jego zycia w owe swieta, magiczne kregi wiecznosci. W czlowieku bowiem kryc sie musza sily, których nie zdola rozwinac zycie poddane jedynie prawom natury. I zycie jego mogloby przeminac bezowocnie, gdyby sily te lezaly odlogiem. Wyzwolic je, a czlowieka tym samym upodobnic bogom: oto zadanie misteriów. I medrcy greccy stawiali sobie wlasnie te zadania. Tak nalezy rozumiec wypowiedzi Platona, ze "kto wstepuje w swiat podziemny jako nie wtajemniczony, bedzie lezal w blocie, natomiast czlowiek oczyszczony, który tam wstepuje, zamieszka wsród bogów". Mamy tu idee niesmiertelnosci nie jakiejs zaswiatowej, lecz zwiazanej z caloscia wszechswiata. Wszystko co czlowiek przedsiebierze by obudzic w sobie ten pierwiastek wieczny, czyni po to, by podniesc wartosc bytu, wartosc swiata. Poznajac swiat nie jest on biernym widzem, który tworzy sobie obrazy czegos, co istnialoby i tak. Jego sila poznawcza jest wyzsze, twórcza sila przyrody. To co mu swita w duchu jest boskie: przedtem bylo jakby zaczarowane i gdyby nie zostalo przez niego poznane, musialoby lezec odlogiem i czekac na innego wybawce. Tak Wiec osobowosc czlowieka nie zyje w sobie ani dla siebie: zyje dla swiata. Zycie, jezeli tak na nie spojrzymy, rozszerza sie poza obreb jednostkowego istnienia. Przy takim pogladzie mozna zrozumiec slowa Pindara, które otwieraja perspektywy wiecznosci: "Szczesny ten kto ogladal misteria i potem wstepuje do wnetrza ziemi: zna bowiem zycie kres i zna jego poczatek, zapowiedziany przez Zeusa". Rozumiemy wyniosla postawe i samotnosc takich medrców jak Heraklit. Mogli oni dumnie mówic o sobie, ze wiele zostalo im objawione, gdyz wiedzy swojej nie przypisywali bynajmniej swej doczesnej osobowosci, lecz wiecznemu "dajmonowi" w sobie. Duma ich miala nieodlaczne pietno skromnosci i pokory, wyrazonej w slowach: wszelka wiedza o rzeczach doczesnych jest jak bezustannie plynacy strumien, podobnie jak same te rzeczy doczesne. Igraszke nazywa Heraklit wieczny swiat; móglby go równie dobrze nazwac najwyzsza powage. Lecz slowo "powaga" zblaklo przez stosowanie go do przezyc ziemskich. Igraszka wiecznosci nie narusza w czlowieku tej pewnosci zyciowej, jaka odbiera mu powaga plynaca z rzeczy doczesnych, przemijajacych. Inny znów poglad na swiat wyrósl na podlozu misteriów w VI wieku przed Chrystusem w poludniowej Italii, w zgromadzeniu zlozonym przez Pitagorasa. Dla Pitagorejczyków zródlem wszechrzeczy byly liczby i figury geometryczne, których prawa badali zaglebiajac matematyke. Arystoteles mówi o nich: "Zajmowali sie naprzód matematyka i calkiem sie w niej pograzajac, dochodzili do przekonania, ze zawarte w niej elementy pierwotne sa tez elementami pierwotnymi wszechrzeczy. Poniewaz zas w matematyce - z natury rzeczy - liczby sa pierwotnym elementem, oni zas upatrywali w liczbach wiele podobienstwach do rzeczy i do wszystkiego co powstaje i to nawet wiecej w liczbach niz w ogniu, ziemi i wodzie, Wiec pewna wlasciwosc liczb oznaczala dla nich sprawiedliwosc, inna dusze i ducha, jeszcze inna czas itd. Zajmowali tez w liczbach wlasciwosci i stosunki, jakie panuja w harmonii i tak kazda rzecz bylo dla nich w calej swej naturze odbiciem jakiejs liczby, a liczby - pierwotnym elementem w przyrodzie". Matematyczno - naukowe rozwazania zjawisk przyrody musi zawsze prowadzic do pewnego rodzaju pitagoreizmu. Jezeli uderzymy strune okreslonej dlugosci, powstaje pewien okreslony ton. Jezeli skracamy ja w okreslonym stosunku liczbowym, powstawac beda coraz to inne tony. Wysokosc tonu mozna wyrazic liczba. Fizyka wyraza tez w liczbach podstawe barw. Jezeli dwa ciala lacza sie ze soba w jedna materie, dzieje sie to zawsze w ten sposób, ze pewna okreslona ilosc jednej materii dajaca sie raz na zawsze wyrazic w liczbach laczy sie z okreslona iloscia innej materii. Tego rodzaju stosunki w przyrodzie, oparte na liczbach, przykuwaly uwage Pitagorejczyków. Figury geometryczne graja podobna role w przyrodzie. Astronomia na przyklad jest matematyka zastosowana do cial niebieskich. Wielce donioslym dla pitagorejskich umyslów byl fakt, ze czlowiek sam przez sie, poslugujac sie swym umyslem jedynie, odkrywa prawa liczb i figur geometrycznych, a przeciez kiedy potem skieruje wzrok na przyrode, widzi ze swiat posluszny jest prawom, które on sam w duszy swej odkryl i poznal. Czlowiek stwarza sobie pojecie elipsy, stwierdza jej prawa. A ciala niebieskie poruszaja sie wedlug praw, które on odkryl mysleniem matematycznym. Stad oczywiscie wynika, ze to, co dzieje sie w duszy ludzkiej nie jest oderwane od swiata, lecz jest wyrazem organicznego ladu, jaki przenika swiat. Pitagorejczyk mówil sobie: zmysly ukazuja czlowiekowi zjawiska fizyczne. Nie ukazuja jednak tych harmonijnych ukladów, którym podlegaja rzeczy fizyczne. Te harmonijne uklady musi czlowiek odnalezc najpierw w sobie, jezeli chce je dostrzec w swiecie fizycznym. Glebszy sens swiata, to co w nim dziala jako wiecznym prawom posluszna koniecznosc objawia sie w duszy czlowieka, staje sie w niej bezposrednia rzeczywistoscia. W duszy objawia sie prawdziwa istota swiata. Nie w tym, co czlowiek widzi, slyszy, czego dotyka tkwi ta istota, lecz w tym co dusza ze swych glebokich pokladów wydobywa na swiatlo dzienne. Wieczny lad jest Wiec ukryty w glebinach duszy. Zstapimy w glab duszy, a znajdziemy to co wieczne. Bóg, odwieczna harmonia swiata, jest w duszy ludzkiej. Dusza nie konczy sie w duszy, sa to prawa, wedle których swiaty krazy w przestworzach. Dusza nie jest zawarta w osobowosci. Osobowosc jest jedynie organem, przez który moze sie wypowiedziec to, co jako lad przenika przestrzen swiata. Cos z ducha Pitagorasa tkwi w tym, co powiedzial jeden z Ojców Kosciola, sw. Grzegorz z Nyssy: "Mówia, ze czyms marnym i malym, czyms ograniczonym jest natura czlowieka, czyms nieskonczonym natomiast jest bóstwo; jakze Wiec to co male zdola ogarnac nieskonczonosc? I któz to powiedzial, ze nieskonczonosc bóstwa ma byc zamknieta w granicach ciala niby w jakims naczyniu? Bo nawet w naszym zyciu duchowosc nie jest zamknieta w granicach cial; cialo nasze jest oczywiscie ograniczone przez otaczajace przedmioty, dusza jednak poruszeniami swej mysli rozprzestrzenia sie swobodnie po calym obszarze stworzenia". Dusza nie jest identyczna z osobowoscia. Dusza nalezy do swiata nieskonczonosci. Mozna Wiec zrozumiec, ze wedlug Pitagorejczyków jedynie "glupcy" moga mniemac, iz dusza nie jest czyms wiecej niz osobowosc. - Im równiez o to chodzilo, zeby w osobowosci zbudzic to co wieczne. Poznanie bylo dla nich obcowaniem z wiecznoscia. Tym wieksza byla dla nich wartosc czlowieka, im bardziej to co wieczne dochodzilo w nim do glosu. Trescia zycia w ich zgromadzeniu bylo pielegnowanie zwiazku ze wszystkim co wieczne. Wychowanie pitagorejskie polegalo na tym, zeby prowadzic dusze do obcowania z rzeczami wiecznymi. Bylo wiec to wychowanie filozoficznym wtajemniczeniem. Pitagorejczycy slusznie twierdzili, ze przez taki tryb zycia daza do tego samego celu co obrzedy misteriów

 

 

MISTYKA PLATONA

 

Jakie znaczenie mialy misteria dla kultury greckiej, o tym pouczyc moze swiatopoglad Platona. Jest jeden tylko sposób aby zrozumiec go w pelni: trzeba spojrzec nan w swietle jakie promieniuje z misteriów. Prózni uczniowie Platona, neoplatonicy, przypisuja mu przeciez takze jakas tajemna nauke, do której dostep mieli tylko najbardziej godni i to pod warunkiem, ze ja zachowaja w tajemnicy. Nauka ta uwazana byla za tajemna w tym znaczeniu, co wiedza tajemna misteriów. Jezeli nawet siódmy list platonski nie byl napisany przez Platona (bo tak twierdza uczeni), to dla nas tutaj fakt ten jest bez znaczenia; bo czy Platon sam, czy ktos inny dal wyraz przekonaniem zawartym w owym liscie, nie jest dla nas wazne. Przekonania te byly czyms istotnym w swiatopogladzie Platona. W liscie tym czytamy: "O wszystkich którzy pisali i pisac beda tak, jakby dokladnie znali cel moich dazen, moga tyle powiedziec - wszystko jedno czy slyszeli cos ode mnie, czy od innych, czy tez sami wymyslili - ze w niczym nie nalezy im wierzyc. Ja sam nie pisalem nic o tych sprawach i nie mialbym prawa pisac, sa to rzeczy, które nie daja sie w zaden sposób ujac w slowa tak, jak inne nauki, lecz wymagaja dlugiego zajmowania sie nimi i wzycia sie w nie, ale wtedy dzieje sie tak, jak gdyby trysnela iskra i zapalila w duszy swiatlo, które juz odtad utrzymuje sie samo przez sie". Te slowa moglyby plynac z nieporadnosci w poslugiwaniu sie mowa, a Wiec tylko z nieudolnosci piszacego, gdyby nie to, ze tchna duchem jaki panowal w misteriach. Sprawy, o których Platon nie pisal i nigdy pisac nie chcial, musza byc czyms, czego zaden opis oddac nie zdola. Musi to byc jakies uczucie, jakies wrazenie, jakies przezycie, którego nie da sie przekazac slowami, w które sie trzeba "wzyc". Plato w liscie tym wspomina o szkoleniu ezoterycznym, z którego wybrani korzystali pod jego kierunkiem. Dla tych wybranych ogien tryskal z jego slów, dla innych byly to jedynie mysli. - To tez nie jest obojetne - jak sie podchodzi do platonskich dialogów. W zaleznosci od stanu duchowego sluchacza beda mu one mniejszym albo wiekszym przezyciem. Platon przekazywal uczniom cos wiecej niz daje doslowna tresc jego wywodów Tam gdzie on nauczal, sluchacze zyli w atmosferze misteriów. W slowach jego brzmialo cos niby tony towarzyszace w muzyce. Ale tonem tym potrzebna byla atmosfera misteriów. Inaczej nie docieraly do sluchaczy. Centralna postacia dialogów platonskich jest Sokrates. Nie chodzi nam tutaj o strone historyczna lecz o charakter Sokratesa, jak go nam przedstawia Platon. Sokrates jest postacia uswiecona przez to, ze poniósl smierc dla prawdy. Umieral tak, jak umierac moze tylko wtajemniczony, dla którego smierc jest jednym z wielu momentów zycia. Czekal na smierc tak, jak sie czeka na jakies inne wydarzenia. Zachowywal sie tak, ze nawet w jego przyjaciolach nie budzily sie uczucia, jakie zwykle budza sie w podobnych okolicznosciach. Fedon mówi o tym w "Rozmowie o niesmiertelnosci duszy", "Zaprawde, mnie przynajmniej bardzo dziwnie bylo przy tym na duszy. Wcale nie ogarnial mnie smutek, jak to bywa przy smierci drogiego przyjaciela, jego zachowani i jego slowa tchnely takim szczesciem, tak szlachetna i nieugieta byla jego postawa w obliczu smierci, bylem pewien, ze zstepuje do podziemi nie bez boskiego poslannictwa, lecz i tam bedzie sie czul dobrze, na ile to jest mozliwe dla czlowieka. Nie przyszlo tedy na mnie zadne rozczulajace wzruszenia, jak tego mozna by sie spodziewac przy tak smutnym wydarzeniu, ani tez nastrój radosny, jaki zwykle towarzyszy rozmowom filozoficznym, chociaz nasze rozmowy mialy taki wlasnie charakter; lecz znajdowalem sie w jakims przedziwnym stanie, w niezwyklym pomieszczeniu radosci i przygnebienia, gdy sobie uswiadamialem, ze ten oto czlowiek ma za chwile umrzec". Umierajacy Sokrates poucza uczniów swych o niesmiertelnosci. Czlowiek, który wie z doswiadczenia, jak niewiele warte jest zycie, byl tutaj zywym dowodem, o ilez bardziej przekonywujacym niz wszelka logika, wszelkie argumenty rozumowe. Tak jakby to nie czlowiek mówil, bo ten czlowiek juz wlasnie odchodzil, lecz jakby wieczna prawda przemawiala przez istote smiertelna, która jest jej przybytkiem. Tam gdzie cos doczesnego rozplywa sie w nicosc, utorowana jest jak gdyby droga dla tego, co wieczne. Nie slyszymy tu zadnych dowodów niesmiertelnosci w sensie logicznego rozumowania. Sokrates w calej rozmowie stara sie doprowadzic przyjaciól do tej chwili, kiedy wiecznosc ujrza. Wówczas nie beda juz im potrzebne zadne dowody. Czyz trzeba dowodzic ze duch jest wieczny, komu sie otwiera oczy, by mógl bezposrednio ogladac ducha? - Poznania, przezycia, oto do czego odwoluje sie Sokrates. Naprzód przezycie w zetknieciu z madroscia sama. Czego chce ten, kto dazy do madrosci? Chce sie uniezaleznic od wrazen, jakich w zyciu codziennym dostarczaja nam zmysly. Chce szukac ducha w swiecie zmyslów. Czyz nie jest to cos, co mozna porównac ze smiercia? "Ci bowiem- mówi Sokrates - którzy sie naprawde zajmuja filozofia, nie do czego innego daza (chociaz tego nikt inny nie rozumie), jak zeby umrzec i juz nie zyc. Jezeli Wiec tak jest, to byloby doprawdy dziwne, ze sie przez cale zycie o to staraja, a kiedy smierc nadchodzi, buntuja sie przeciw temu, do czego caly czas dazyli i o co sie starali: "Czy ci sie wydaja, ze filozofii przystoi ubiegac sie o tak zwane uciechy zmyslowe, jak smaczne jadlo i napoje, albo tez o zadowolenie popedu plciowego, czy inne zachody kolo ciala? Czy sadzisz, ze taki maz wielce sie o nie troszczy? ze dba o piekne stroje, obuwie i innego rodzaju ozdoby ciala? Czy sadzisz, ze dba o te rzeczy wiecej, niz tego wymaga absolutna koniecznosc? Czy nie wydaje ci sie Wiec, ze cale staranie takiego meza nie jest zwrócone ku duszy? A Wiec to przede wszystkim cechuje filozofa, ze dusze swa uniezaleznia do ciala, przodujac pod tym wzgledem wszystkim innym ludziom". Sokrates mówi tu Wiec wyrazenie: dazenie do madrosci tym jest podobne do smierci, ze czlowiek odwraca sie od cielesnosci. Lecz dokad sie wtedy zwraca? Zwraca sie ku temu co duchowe. Czy moze jednak zadac od ducha tego samego co od zmyslów? Posluchajmy samego Sokratesa: "A teraz jak to jest z poznaniem rozumowym: czy cialo stanowi tu przeszkode, czy tez nie, jezeli dazac do poznania bierze sie je za towarzysza? Chodzi mi o to, czy wzrok i sluch przekazuja czlowiekowi cos z prawdy? A moze to tylko poeci tak wciaz wyspiewuja, ze nic dokladnie nie widzimy ani nie slyszymy. Kiedyz Wiec dusza dociera do prawdy? Albowiem, jezeli chce cos poznac przy pomocy ciala, bedzie przez nie oczywiscie oszukana". Wszystko co postrzegamy przy pomocy zmyslów cielesnych powstaje i przemija. To powstawanie i przemijanie wlasnie sprawia, ze jestesmy oszukiwani. Ale jezeli przez poznanie rozumowe glebiej wejrzymy w zjawiska, wówczas objawi sie nam to w nich, co jest wieczne. A Wiec zmysly nie ukazuja nam tego co wieczne, w prawdziwej postaci. Z chwila gdy zaufamy im bez zastrzezen staja sie oszustami. Lecz przestaja nas zwodzic, jezeli im przeciwstawiamy poznania rozumowe, poddajac ich wypowiedzi, kontroli rozumu. Jakzeby jednak to poznanie myslowe moglo sprawowac sady nad wypowiedziami zmyslów, gdyby nie zylo w nim cos, co przerasta postrzeganie zmyslowe? A Wiec o tym, co w postrzeganych rzeczach jest prawdziwe a co falszywe, rozstrzyga cos w nas, co sie przeciwstawia cialu fizycznemu, a Wiec nie podlega jako prawom. To cos przede wszystkim nie moze byc podporzadkowana prawom powstawania i przemijania. Ma ono bowiem prawde w sobie. A dla prawdy nie ma "wczoraj" ani "dzis", nie moze ona byc raz tym, to znowu czyms innym, jak rzeczy zmyslowe. Musi Wiec prawda sama byc czyms wiecznym. I kiedy filozof odwraca sie od tego co zmyslowe i przemijajace, a zwraca ku temu co jest prawda, zbliza sie zarazem do czegos wiecznego, co ma w sobie. A jezeli calkowicie pograza sie w duchu, to zyje calkowicie w prawdzie. Cale fizyczne otoczenie jest juz dla niego czyms wiecej, niz sama tylko fizycznoscia. I chyba najlepiej spelnic to moze ten, kto -na ile zdola - duchem samym podchodzi do kazdej rzeczy, nie odwolujac sie, kiedy mysli, ani do wzroku, ani do zadnego innego zmyslu, tylko poslugujac sie czysta mysla, kto usiluje kazda rzecz ujac scisle jako taka, ile moznosci w oderwaniu od wrazen oka i ucha, krótko mówiac calego ciala, które tylko przeszkadza duszy i nie pozwala jej dojsc do prawdy i do poznania, gdy jest z dusza zwiazane. A uwolnienie i oderwane duszy od ciala czyz nie nazywa sie smiercia? Do uwolnienia duszy najbardziej wlasnie daza prawdziwi filozofowie, tylko oni, a Wiec zadaniem filozofa jest uwolnienie i oddzielenie duszy od ciala Glupota by to bylo zeby czlowiek, który cale zycie staral sie byc jak najblizej smierci, mial sie potem buntowac, kiedy ona sama do niego przyjdzie... Ci którzy istotnie szukaja prawdy, daza do tego, zeby umrzec i smierc jest dla nich mniej straszna, niz dla wszystkich innych ludzi". Wszelka wyzsza moralnosc opiera Sokrates równiez na wyzwoleniu sie od ciala. Kto temu tylko jest posluszny, co dyktuje cialo, ten nie jest moralny. Kto jest mezny? - pyta Sokrates. Mezny jest ten, kto nie ulega swemu cialu, lecz idzie za nakazem swego ducha nawet i wtedy gdy taki nakaz naraza cialo na szwank. Kto jest roztropny? Czyz byc roztropnym nie znaczy: "nie dawac sie porywac zadzom, lecz zachowywac sie wobec nich obojetnie i obyczajnie? czyz Wiec i roztropnosc nie jest udzialem tych jedynie, którzy najmniej cenia sobie cialo a miluja madrosc? "I tak - zdaniem Sokratesa - jest ze wszystkimi cnotami. Potem Sokrates przechodzi do charakterystyki samego pojmowania rozumowego. Co to w ogóle znaczy: poznanie? Oczywiscie poznanie osiagamy przez to, ze ksztaltujemy sady. Wiec dobrze: ksztaltuja sobie sad o jakims przedmiocie, na przyklad mówia sobie: to co tu stoi przede mna jest drzewem. Jak sie to dzieje, ze moge tak powiedziec? Moge tak powiedziec tylko wtedy, jezeli wiem, co to jest drzewo. Musze sobie przypomniec moje wyobrazenie drzewa. Drzewo jest przedmiotem fizycznym. Jezeli Wiec przypominam sobie jakies drzewo, to przypominam sobie przedmiot fizyczny. Mowie o czyms, co widze: to jest drzewo, jezeli dany przedmiot podobny jest do innych które dawniej postrzegalem, a wiem, ze to byly drzewa. Pamiec pozwala mi poznawac. Umozliwia mi porównanie rozmaitych przedmiotów fizycznych miedzy soba. Ale na tym nie konczy sie moje poznanie. Jezeli widze dwie rzeczy, które sa jednakowe, wówczas ksztaltuje sobie sad, te dwie rzeczy sa jednakowe. Ale w rzeczywistosci nie ma nigdy dwóch rzeczy zupelnie jednakowych. Zawsze jest tak, ze tylko pod pewnym wzgledem moga byc jednakowe. Pojecie jednakowosci pojawia sie Wiec we mnie, nie jest wziete z fizycznej rzeczywistosci. Pomaga mi ono w ksztaltowaniu sadu, tak jak pamiec pomaga mi dojsc do sadu, do poznania. Tak jak patrzac na drzewo przypominam sobie inne drzewa, tak tez rozpatrujac jakies dwa przedmioty w ich wzajemnym stosunku przypominam sobie pojecie jednakowosci. Pojawiaja sie Wiec we mnie - jak wspomnienia - pewne pojecia, które nie zostaly zaczerpniete z tej rzeczywistosci, opieraja sie na takich pojeciach. Cala matematyka sklada sie z takich pojec jedynie. Zlym matematykiem bylby ten, kto umialby wyrazic matematycznie to jedynie, co mozna zobaczyc oczyma, dotknac rekami. A Wiec mamy takie pojecia, których nie czerpiemy z przemijajacej przyrody, lecz które wylaniaja sie z ducha. I te wlasnie nosza pietno wiecznej prawdy. Wiecznie prawdziwym bedzie to, czego uczy matematyka, chocby sie nawet jutro caly swiat zawalil i powstal inny -nowy. W swiecie o innej strukturze moglyby panowac warunki do których nasze obecne prawdy matematyczne nie dalyby sie zastosowac; ale same z soba, wtedy - i tylko wtedy - moze wydobywac z siebie takie wieczne prawdy. Dusza jest Wiec spokrewniona z tym, co prawdziwe, co wieczne, nie zas z tym, co doczesne, pozorne. Dlatego Sokrates mówi: "Jesli dusza sama ze soba obcuje, oddaje sie rozwazaniom, kieruje sie wówczas ku temu co czyste i wieczne i niesmiertelne, i samo sobie równe, a ze jest z tym spokrewniona, lgnie do tego kiedy jest sama i kiedy jest jej to dane, a wtedy znajduje spokój od niepewnosci i bladzenia, i w stosunku do tego co wieczne jest równiez zgodna sama z soba, poniewaz sie z tym zetknela, i taki jej stan nazywa sie wlasnie madroscia. A teraz uwazaj, czyz z tego cosmy powiedzieli nie wynika, ze dusza najbardziej jest podobna temu, co boskie, niesmiertelne, rozumne, jednorodne, niezniszczalne i co zachowuje sie zawsze jednakowo i zgodnie ze soba, a znowu cialo najpodobniejsze jest do tego co ludzkie i smiertelne i nierozumnie i wielopostaciowej i zniszczalne i nigdy nie jednakowe ani samo ze soba zgodne... A Wiec jezeli tak sie rzeczy maja, to dusza odchodzac idzie do tego, co jest podobne, co bezpostaciowej, boskie, niesmiertelne, rozumne, idzie tam gdzie nareszcie bedzie szczesliwa, wyzwolona od bledu i niewiedzy, strachu i szalenczej milosci i wszelkich innych utrapien i wówczas jak mówia wtajemniczeni zyc juz bedzie nadal naprawde z Bogiem". Niepodobna byloby tutaj opisac wszystkie drogi, którymi Sokrates prowadzi swoich przyjaciól do tego co wieczne. Wszystkie one tchna tym samym duchem. Wszystkie ucza, ze co innego znajduje czlowiek, jezeli wedruje droga przemijajacych postrzezen zmyslowych, a co innego, jezeli duch jego przebywa sam ze soba. I do tej najistotniejszej natury ducha kieruje Sokratesa swych sluchaczy. Jesli go znajda, przekonuja sie sami, ze jest wieczny. Umierajacy Sokrates nie dowodzi, ze dusza jest niesmiertelna, lecz po prostu opisuje nature duszy. Ze slów jego wynika, ze powstawanie i przemijanie, narodziny i smierc nie maja z ta dusza nic wspólnego. Istota duszy tkwi w prawdzie, prawda zas nie moze powstawac ani przemijac. Dusza ma tyle wspólnego z powstawaniem, co liczba parzysta z nieparzysta. Lecz smierc jest nieodlacznym atrybutem wszystkiego co powstaje. Dusza nie ma Wiec nic wspólnego ze smiercia. Czyz nie nalezy powiedziec o tym co niesmiertelne, ze jest tak rózne od smiertelnego, jak liczba parzysta od nieparzystej? Czy nie nalezy powiedziec - wnioskuje Sokrates - "ze jesli wszystko niesmiertelne jest takze nieprzemijajace, to dusza po smierci w zaden sposób zginac nie moze? Bo zgodnie z tym, cosmy poprzednio wykazali, nie moze nigdy byc liczba parzysta". A teraz ogarniemy wzrokiem cala droge, jaka Sokrates w tym dialogu prowadzi swych sluchaczy krok za krokiem, aby w koncu ujrzeli to, co jest wieczne w osobowosci czlowieka. Uczniowie sluchaja w skupieniu, roztrzasaja wlasne przezycia szukajac w duszy wlasnej czegos, co potwierdza mysli Sokratesa. Wysuwaja zarzuty, które cisna sie im na usta. A kiedy rozmowa ma sie ku koncowi, czuja, ze sa juz nie ci sami. Bo oto znalezli w sobie cos, czego przedtem w duszy nie mieli. Nie tylko poznali jakas oderwana prawde, lecz dokonala sie w nich zmiana. Obudzilo sie w nich do zycia cos, co przedtem nie zylo w nich. Czyz nie jest to cos, co mozna by porównac z droga wtajemniczenia? Teraz rozumiemy, dlaczego Platon podaje swoja filozofie w formie dialogów. Dialogi jego opisuja w formie literackiej to, co dzialo sie w misteriach. Niejedno powiedzenie Platona utwierdza nas w tym przekonaniu. Czym w misteriach byl przewodnik, który prowadzil uczniów do wtajemniczenia, tym pragnal byc Platon dla swoich, uczac filozofii - przynajmniej w tej mierze w jakiej to jest mozliwe przy filozoficznym sposobie nauczania. Jak gleboko czuje sie Platon zwiazany z duchem misteriów! Tylko wówczas ma przekonanie, ze dobrze uczy, jezeli prowadzi ludzi do tego, do czego prowadzono uczni w misteriach. Otwarcie mówi o tym w dialogu Timajos: "Wszyscy, którym nie brak odrobiny bodaj rozwagi, zwykli przy mniejszych czy wiekszych przedsiewzieciach wzywac bogów; Wiec tez i my, którzy chcemy uczyc o calym wielkim wszechswiecie, o tym co powstalo i co nie powstalo, powinnismy tym bardziej, jezeli nie zeszlismy calkowicie na manowce - ze szczególna zarliwoscia wzywac bogów i boginie i modlic sie, by nam pomogli nauczac przede wszystkim w ich duchu, a potem zgodnie z nami samymi". Tym zas którzy w taki sposób szukaja prawdy obiecuje Platon, "ze bóstwo ich wybawi i dopomoze, aby ich trudne i zawile badania doprowadzily w koncu do prawd jasnych i zrozumialych". Posród dialogów platonskich przede wszystkim Timajos odslania nam misteryjny charakter swiatopogladu Platona. Zaraz na poczatku dialogu mówi sie o wtajemniczeniu. Slyszymy, ze Solon zostal "wtajemniczony" przez egipskiego kaplana, który pouczal go, tak powstawaly swiaty i tlumaczyl mu jak tradycyjne mity wyrazaja obrazowo pradawne prawdy. "wielokrotnie juz i w rózny sposób ludzkosci ulegala zagladzie - pouczal Solona kaplan egipski - i nieraz jeszcze bedzie ulegala; najwieksze z tych katastrof sprawil ogien i woda, inne zas mniejsze - niezliczona liczba innych przyczyn. Na przyklad opowiada sie u was ze Foton, syn Heliosa, wstapil kiedys na wóz ojca, a ze nie umial prowadzic go tak jak ojciec, spalil wszystko co bylo na ziemi, sam zas zginal od pioruna, brzmi to troche jak bajka, lecz prawda w tym jest, ze ruch okrazajacych ziemie cial niebieskich podlega zmianom i ze po uplywie dlugich okresów czasu wszystko co jest na ziemi zostaje zniszczone przez ogien", Slowa te wyraznie wskazuja, jak wtajemniczony rozumie mity. Rozeznajze w nich prawdy ukryte pod postacia symbolu. w dialogu "Timajosie" opisuje Platon, jak powstal swiat. Gdy czlowiek podaza sladem, który prowadzi do powstania swiata, wówczas zaczyna mu switac mysl o tej macierzystej sile, z której wszystko powstalo. "Trudno jest jednakowoz znalezc Stwórce i Ojca tego wszechswiata; a jezeli sie go znajdzie, niemozliwe jest odpowiedziec o nim w sposób zrozumialy dla wszystkich". Wtajemniczony wiedzial, dlaczego "niemozliwe". Chodzi tu o dramat Boga. Bóg nie istnieje dla niego w tym, co da sie ujac zmyslami i rozumem. Objawia sie jedynie przez przyrode. Jest w niej zaklety. Zdaniem dawnych wtajemniczonych - tylko ten moze sie zblizac do Boga, kto w sobie samym obudzil boska iskre. Bóg Wiec nie moze byc z miejsca zrozumialym dla wszystkich. A nawet i temu, kto sie don zbliza, nie ukazuje sie bezposrednio. Tak uczy "Timajos". Ojciec stworzyl swiat z ciala i duszy. Harmonijnie, w doskonalych proporcjach zmieszal elementy, które powstaly wówczas, gdy - emanujac - oddal w ofierze wlasny swój odrebny byt. W ten sposób powstalo cialo swiata. I rozpieta jest na nim w ksztalcie krzyza dusza swiata. Jest ona tym co boskie w swiecie. Przeszla przez smierc krzyzowa, aby swiat mógl istniec. Slusznie Wiec Platon nazywa przyrode grobem bóstwa. Nie jest to jednak grób, w którym spoczywa cos martwego, spoczywa w nim to, dla czego smierc jest jedynie droge zeby dac wyraz wszechpotedze zycia. I we wlasciwym swietle widzi przyrode ten, kto sie da niej zbliza aby wyzwolic ukrzyzowana dusze swiata. Ma ona powstac z martwych, ma byc wyzwolona z zaklecia. Gdziez moze ozyc na nowo? Tylko w duszy czlowieka wtajemniczonego. W ten sposób gleboka wiedza misteriów zwiazana jest z kosmosem. Zmartwychwstaniem, wyzwoleniem Boga jest poznanie. "Timajos" opisuje rozwój swiata, od form niedoskonalych do doskonalych. Zarysowuje sie przed nami droga wzwyz. Slyszymy o rozwoju istot duchowych. W ich rozwoju objawia sie Bóg. Rozwój swiata jest zmartwychwstaniem Boga z grobu. W toku rozwoju pojawia sie czlowiek. Platon podkresla, ze pojawienie sie czlowieka jest czyms szczególnym. wprawdzie caly swiat jest boski. Czlowiek nie jest bardziej boski niz inne istoty. Tylko ze w innych istotach Bóg jest obecny w sposób utajony, w czlowieku zas objawia sie wyraznie. W zakonczeniu "Timajosa" czytamy: "Zaraz Wiec mozemy chyba powiedziec, ze nasze rozwazania o wszechswiecie osiagnely swój cel, bo skoro juz swiat - jak opisalismy - zostal obdarzony i napelniony zywymi istotami, smiertelnymi i niesmiertelnymi, to stal sie sam istota widzialna, obejmujaca w sobie wszystko widzialne: stal sie obrazem Stwórcy i bóstwem dostepnym dla zmyslów, najwiekszym i najlepszym, najpiekniejszym i najdoskonalszym jaki byc moze, tym jednym i jednorodnym swiatem". Ale ten jeden jednorodzony swiat nie bylby doskonalym, gdyby wsród innych wizerunków nie zawieral równiez wizerunku samego Stwórcy. Tylko z duszy czlowieka moze sie zrodzic ten wizerunek. Nie wizerunek Ojca, samego, lecz Syna, w duszy ludzkiej zyjace dziecie boze podobne Ojcu, zrodzic moze czlowiek. Filon, o którym mówiono, ze jest zmartwychwstalym Platonem, nazywa "Synem Bozym" te zrodzona z czlowieka madrosc, która zyje w duszy i której trescia jest madroscia swiata. Madrosc ta, Logos, jest jakby ksiege, w której "wciagniete jest i wpisane wszystko co istnieje na swiecie". Jest ona równiez Synem Bozym: "idac w slad za Ojcem stwarza formy, wpatrzony w praobrazy". Platonizujacy Filo zwraca sie do tego Logosu jak do Chrystusa: "Poniewaz Bóg jest pierwszym i jedynym królem wszechswiata, Wiec slusznie droga ku niemu zwana jest królewska, za taka zas filozofie uwaza droge, która wedrowal chór dawnych ascetów, odwrócony od kuszacego powabu ziemskich rozkoszy, oddany pielegnowaniu piekna, te to królewska droga, która my nazywamy prawdziwa filozofie, prawo zwie bozym slowem i duchem. Filo przezywa to jak wtajemniczenie, kiedy wstepuje na ta droge, by sie zetknac z logosem, który jest dla niego Synem Bozym. "Nie waham sie mówic o tym, co mnie samemu zdarzylo sie niezliczona ilosc razy. Czasem, kiedy chcialem jak zwykle zapisac moje mysli filozoficzne i widzialem najwyrazniej to, co chcialem powiedziec, czulem sie jednak dretwy duchem i jalowy, tak ze musialem odstapic od zamierzenia, nie napisawszy nic i wydawalo mi sie, ze tone w czczych urojeniach, ale jednoczesnie podziwialem potege realnej mysli, która dusze czlowieka moze otwierac i zamykac. Kiedy indziej znowu zaczynalem czujac sie pusty i dochodzilem bez trudu do pelni przezyc, a mysli niby platki sniegu czy tez nasiona sypaly sie niewidzialnie z góry, mnie zas jak gdyby boska jakas sila przenikala i wprawila w zachwyt tak, ze nie wiedzialem gdzie jestem i kto przy mnie jest, kim jest, co mowie i co pisze, albowiem dane mi bylo teraz bogactwo wyrazu, przecudowna jasnosc, bystre spojrzenie i jasne opanowanie przedmiotu, tak jakby okiem duszy mógl rozeznawac wszystko z najwieksza dokladnoscia". -Jest to opis drogi poznania tak ujety, ze widac, iz kto kroczy ta droga, wie doskonale, ze kiedy Logos obudzi sie w nim do zycia wówczas on sam stopi sie w jedno z bóstwem. Jasno wypowiada on to równiez w nastepujacych slowach: "Kiedy duch przenikniety miloscia wzbija sie w radosnym zrywie ku temu co najswietsze, uskrzydlony przez Boga, zapomina wówczas o wszystkim i o sobie samym, tego tylko jest pelny i do tego tylko lgnie, którego jest oddanym giermkiem i sluga i któremu sklada w ofierze, jak kadzidlo, najswietsza i najczystsza cnote. - Dwie tylko drogi istnieja dla Filona. Czlowiek albo idzie za tym, co mówia zmysly, co daje postrzeganie i rozum, a wówczas ogranicza sie do wlasnej osobowosci, oddala od kosmosu, albo tez zdaje sobie sprawe z wszechogarniajacej sily kosmicznej, wówczas i w ramach osobowosci przezywa to, co jest wieczne. "Kto chce minac Boga, samemu sobie wpada w rece, dwie sa bowiem mozliwosci: duch wszechswiata, który jest Bogiem i wlasny duch, a ten wymyka sie i szuka ucieczki w duchu wszechswiata, albowiem czlowiek, który przekracza granice wlasnego ducha czuje ze ten jego wlasny duch jest niczym i wszystko opiera na Bogu, lecz kto ucieka przed Bogiem, przekresla te praprzyczyne wszystkiego i sam chce byc przyczyna wszystkiego co sie dzieje". Swiatopoglad platonski jest tego rodzaju poznaniem, ze mozna by je nazwac religia. Nawiazuje ono do rzeczy najwazniejszych, do jakich czlowiek moze siegac uczuciem. Platon uznaje tylko takie poznanie, w którym uczucie moze znalezc calkowite zaspokojenie swych tesknot. Nie jest ono wówczas wiedza tylko jest trescia zycia. Jest jakims wyzszym czlowiekiem w czlowieku, jest tym czlowiekiem, którego odbicie jedynie mamy w osobowosci. W czlowieku samym rodzi sie ten, który go przewyzsza: czlowiek odwieczny. I tutaj mamy znowu w filozofii Platona jedna z tych tajemnic, które byly znane w dawnych misteriach. Ojciec kosciola Hippolytos ma ja takze na mysli, kiedy pisze: "To jest ta wielka tajemnica medrców z Samotraki (którzy strzegli pewnego kultu zwiazanego z misteriami), cos czego nie mozna wypowiedziec slowami, a co znaja tylko wtajemniczeni. Oni zas maja duzo do powiedzenia o Adamie, którego uwazaja za pierwszego przedwiecznego czlowieka". O wtajemniczeniu mówi równiez platonski Sympozjon - "Rozmowa o milosci". Milosc przedstawiona jest tu jako sila która toruje droge do madrosci. Madrosc, odwieczne Slowo (Logos) jest synem przedwiecznego Stwórcy swiata, milosci zas zwiazana jest ze Slowem wezlami macierzynstwa. Podobnie w duszy czlowieka: zanim blysnie pierwsza iskierka owego swiatla madrosci, musi w niej dzialac jakis gluchy ped, jakis pociag do tego co boskie. Nieswiadomie ciazyc musi czlowiek ku temu, co potem, podniesione do swiadomosci, bedzie jego najwyzszym szczesciem. To co Heraklit nazywa dajmonem, geniuszem czlowieka, wiaze sie z pojeciem milosci. W platonskim Sympozjonie mówia o milosci ludzie najrózniejszych stanów i pogladów: czlowiek przecietny, polityk, uczony, komediopisarz Arystofanes i powazny poeta Agaton. Zaleznie od takich czy innych doswiadczen zyciowych, kazdy z nich ma swoje poglady na milosc. W ich wypowiedziach ujawnia sie na jakim stopniu rozwoju znajduje sie "dajmon" kazdego z nich. Milosc pociaga jedna istote ku drugiej. Róznorodnosc, mnogosc tych rzeczy, na które rozprószyla sie, rozlala boska jednosc, dazy poprzez milosc do jednosci, do harmonii. Milosc ma Wiec w sobie cos boskiego. Kazdy Wiec ujmuje ja tak jak moze, zaleznie od tego jaki ma udzial w tym co boskie. Kiedy juz ludzie stojacy na róznych szczeblach rozwoju wypowiedzieli swoje poglady na milosc, zabiera glos Sokrates. Rozwaza on milosc z punktu widzenia czlowieka dazacego do poznania. Nie jest dlan ona Bogiem, jest jednak czyms, co prowadzi czlowieka ku Bogu. EROS, milosc, nie jest mu bóstwem. bóstwo jest bowiem doskonale, posiada Wiec piekno i dobro. A przeciez Eros jest tylko pozadaniem Piekna i Dobra. Jest on Wiec czyms posrednim pomiedzy czlowiekiem a Bogiem. Jest "dajmonem", posrednikiem pomiedzy tym co ziemskie, a tym co boskie. Znamienne jest ze Sokrates, mówiac o milosci, nie podaje wygloszonych mysli jako swoje. Mówi, ze ma te mysli od kobiety, która mu je podala jako objawienie. Swój poglad na milosc czerpie Sokrates ze zródel wieszczych. Diotyma, kaplanka, zbudzila w nim te wieszcza sile, sile ducha ("dajmona"), która go ma prowadzic do bóstwa. Wtajemniczyla go. Glebokie znaczenie ma ten rys "Uczty" Platonskiej. Kimze jest owa "madra pani", która wyzwala "dajmona" w duszy Sokratesa? Jest ona niewatpliwie czyms wiecej niz poetycka fantazje. Bo zadna ziemska polozna nie moglaby obudzic w duszy dajmona, gdyby dusza nie miala juz w sobie tej sily. Wiec i tej "madrej pani" musimy szukac w duszy wlasnej Sokratesa. Ale musi byc jakis powód, ze sila, która w duszy Sokratesa budzi i wyzwala "dajmona", przedstawiona jest tutaj w postaci zywego czlowieka. Sila ta nie moze dzialac tak jak inne sily duszy, które znamy jako nalezace do niej, zwiazane z nia ograniczenie. Widzimy, ze "madra pani" Sokratesa jest sila duszy zdolna przyjac natchnienie madrosci. Jest to element macierzynski, który rodzi Boskiego Syna, Logos. Jako pierwiastek kobiecy przedstawiona jest tutaj owa nieswiadomie dzialajaca w duszy sila, która sprawia, ze to co boskie wstepuje w sfere swiadomosci. Dusza której brak jeszcze madrosci jest matka tego, co prowadzi do Bóstwa. To naprowadza nas na cos, co jest wazne w pogladach mistycznych, mianowicie, ze dusza jest matka bóstwa. Dzialajac nieswiadomie i z koniecznoscia jakiejs zywiolowej sily wiedzie czlowieka ku bogom. To nam pomoze zrozumiec, jak w misteriach rozumiano grecka mitologie. Swiat bogów rodzi sie w duszy. Czlowiek uwaza za swoje bóstwa to, co sam sobie stwarza w obrazach. Musi on jednak wzniesc sie do innych jeszcze wyobrazen. Sile, która byla w nim czynna zanim stworzyl sobie to boskie postacie, musi takze przeksztalcic w wyobrazenie bóstwa. Z za swiata bogów wylania sie matka bóstwa, która jest wlasnie ta pierwotna sila duszy ludzkiej. Obok bogów ustanawia czlowiek boginie. Zastanówmy sie teraz w swietle tych mysli nad mitem o Dionizosie. Dionizos jest synem Zeusa i smiertelnej matki, Semele. Kiedy Semele ginie zabita piorunem, Zeus wydziera jej niedojrzaly jeszcze plód i ukrywa do czasu we wlasnym biodrze. Matka bogów, Hera, podburza Tytanów przeciw Dionizosowi. Rozdzieraja oni chlopca na kawalki. Ale Pallas Atene ocala bijace jeszcze serce dziecka i przynosi je Zeusowi. Z tego serca stwarza on syna po raz drugi. W micie tym zarysowuje sie wyraznie to, co sie rozgrywa w najtajniejszych glebiach duszy ludzkiej. Kaplan egipski, który Salonowa tlumaczyl istote mitu, móglby tutaj powiedziec, to co sie u was opowiada, ze Dionizos, syn boga i smiertelnej matki, narodzil sie zostal rozszarpany, lecz potem narodzil sie na nowo, brzmi co prawda jak bajka, lecz kryje sie w niej gleboka prawda o narodzinach bóstwa i o jego losach w duszy czlowieka. To co boskie laczy sie z doczesna, ziemska dusza ludzka. Skoro tylko ta boska latorosl, Dionizos, pocznie zyc w duszy, budzi sie w niej szalona tesknota by ujrzec bóstwo w jego prawdziwej postaci. Swiadomosc, która wystepuje znowu w postaci kobiety, Hery, zazdrosci tych narodzin, poczetych z wyzszej swiadomosci. Podjudza nizsza nature czlowieka, Tytanów. Nie donoszone jeszcze boskie dziecie zostaje rozszarpane. Tak tez ono zyje w czlowieku jako rozkawalkowana wiedza oparta na swiadectwie zmyslów i na rozumie. Jezeli jednak glebsza madrosc w czlowieku (Zeus) ma tyle sily, ze moze dzialac, wówczas otacza staraniem i opieka to niedojrzala jeszcze dziecko, które sie potem rodzi jako drugi syn boga, Dionizos. I tak tez z ziemskiej wiedzy, z rozkawalkowanej sily boskiej w czlowieku rodzi sie jednolita madrosc, która jest Logosem, synem boga i smiertelnej matki, przemijajacej, nieswiadomie do bóstwa dazacej duszy ludzkiej. Póki widzimy w tym wszystkim tylko wydarzenia, rozgrywajace sie w duszy i przejmujemy to jako symbol, jestesmy bardzo dalecy od rzeczywistosci duchowej, która sie tu rozgrywa. W tej duchowej rzeczywistosci duchowej, która sie tu rozgrywa. W tej duchowej rzeczywistosci dusza przezywa nie tylko cos co w niej sie dzieje, lecz odrywajac sie calkowicie od siebie, przezywa proces kosmiczny, który w gruncie rzeczy rozgrywa sie nie w niej, lecz poza nia. Gleboka madrosc Platona i grecki mit lacza sie z soba i dopelniaja: tak samo tez gleboka madrosc misteriów i mit. Przedmiotem oficjalnych kultów byly bóstwa stworzone w misteriach. Nic tez dziwnego, ze "zdradzeni" takich tajemnic uchodzilo za rzecz niebezpieczna. "Zdradzalo sie" w ten sposób pochodzenie bogów narodowych. Rozumiec naprawde ich pochodzenie bylo czyms dobrym dla ludzi, rozumiec opacznie bylo zgubne.

 

 

WIEDZA TAJEMNA MISTERIÓW A MIT.

 

Wtajemniczony szukal w sobie sil, szukal w sobie istot, które dopóty nieznane sa czlowiekowi dopóki tkwi on w zwyklych pogladach na zycie. Wtajemniczony stawia sobie doniosle zapytania, jak znalezc te sily i te prawa wlasnej duszy, które dzialaja poza obrebem jego nizszej natury. Czlowiek który patrzy na zycie za zwyklego punktu widzenia, opierajac sie na swiadectwie zmyslów i na logice, stwarza sobie bogów, a gdy zrozumie ze sam ich sobie stworzyl, zaprzecza ich istnieniu. Wtajemniczony wie, ze on sam stwarza bogów, i wie dlaczego ich stwarza; dostal sie on za kulisy niejako tego procesu i poznal rzadzace nim prawa. To tak, jak gdyby roslina stala sie nagle swiadoma i poznala prawa swego wlasnego wzrostu, swego wlasnego rozwoju. Roslina rozwija sie w blogiej niewiedzy. Gdyby znala prawa rzadzace jej bytem, stosunek jej do siebie samej bylby zupelnie inny. Jakies przeczucie tego, co odczuwa psota, kiedy opiewa rosline, co mysli botanik, kiedy bada rzadzace nia prawa, musialoby zyc w obudzonej do swiadomosci roslinie jako ideal. Cos podobnego przezywa wtajemniczony w stosunku do sil wlasnej duszy, do dzialajacych w niej praw. Musi stworzyc swiadomie cos boskiego, cos co jest wyzsze niz on sam. I tak odnosili sie wtajemniczeni do tego co lud stwarzal przekraczajac ramy przyrody. Tak odnosili sie do swiata bóstw i mitów. Tam gdzie dla ludu bylo bóstwo czy mit, oni szukali wyzszej prawdy. Oto przyklad: król Krety, Minos zmusil Atenczyków, aby co osiem lat dostarczali mu siedmiu chlopców i siedem dziewczat. Rzucano ich na pozarcie straszliwemu potworowi Minotaurowi. Kiedy taki smutny orszak mial po raz trzeci odplynac na Krete, przylaczyl sie do nich syn królewski Tezeusz. Gdy przybyl na Krete zaopiekowala sie nim Ariadna, córka króla Minosa. Siedziba Minotaura byl labirynt, bledny ogród z którego nikt nie mógl sie wydostac jezeli raz tam juz wszedl. Tezeusz pragnal uwolnic ojczyzne od haniebnej daniny. Musial dostac sie do labiryntu, do którego wrzucono zwykle lup Minataurowi. Musial zabic Minotaura. Podjal to zadanie, pokonal straszliwego wroga i wydostal sie z powrotem z labiryntu dzieki klebkowi nici, który dala mu Ariadna. Wtajemniczony musial sobie uswiadomic, jak sie to dzieje, ze twórczy duch ludzki stwarza tego rodzaju opowiesci. Tak jak botanik wczuwa sie w rosnaca rosline by poznac prawa jej wzrostu, tak on wczuwal sie w twórczosc ducha. Szukal jakiejs prawdy, jakiejs madrosci tam, gdzie dla szerokich mas byl "mit". Salustiusz ujawnia nam stosunek medrca - mistyka do takiego mitu: "Mozna by caly swiat nazwac mitem, który zawiera w sobie ciala i rzeczy w sposób widzialny, dusza zas i duchy w ukryty. Gdyby to co jest prawda o bogach glosic jawnie calemu swiatu, nierozumni malo by sobie te prawde cenili, bo nie pojmowaliby z tego nic, bystrzejsi zas lekcewazyliby ja sobie, jesli sie jednak podaje prawde w oslonie mitu, wówczas nie jest narazona na lekcewazenie i staje sie bodzcem dla mysli..." Jesli wtajemniczony szukal prawdy zawartej w micie, to zdawal sobie sprawe, ze dodaje cos do tego, co istnialo w swiadomosci ogólu. Bylo dlan jasne, ze staje ponad swiadomoscia ogólu, tak jak botanik staje ponad rosnaca rosline. Mówil zupelnie cos innego niz to, co plynelo ze swiadomosci wypowiadajacej sie przez mit, ale wiedzial, ze to co mówi jest glebsza prawda wyrazona w micie w sposób symboliczny. Swiat fizyczny jest dla czlowieka jakims wrogiem potworem. Czlowiek sklada mu w ofierze owoce swej osobowosci, on zas pozera je. Tak sie dzieje dopóty, dopóki nie obudzi sie w czlowieku zwyciezca - Tezeusz. Poznanie przedzie mu nic dzieki której odnalezc on moze droge powrotna, jesli zapusci sie w labirynt swiata zmyslów by zabic swego wroga. W tym przezwyciezeniu swiata zmyslów wyraza sie misterium naszego poznania. Wtajemniczony zna to misterium. Dotykajac go mówi o pewnej sile w czlowieku. Zwykla swiadomosc nie wie nic o tej sile. Jednakze sila ta dziala w czlowieku. Stwarza w nim mit, który ma te sama strukture, co mistyczna prawda. Ta prawde symbolizuje mit. Cóz Wiec kryje sie w mitach? Kryje sie w nich twórczosc ducha, nieswiadomie dzialajacej duszy. Dusza podlega pewnym okreslonym prawom. Musi dzialac w okreslonym kierunku by tworzyc cos, co przerasta je sama. W okresach mysli mitologicznej powstaje stad obrazy, budowa tych obrazów odpowiada prawom rzadzacym dusza. Mozna by tez powiedziec tak: gdy dusza wyrasta ze swiadomosci mitologicznej i przechodzi do glebszych prawd, wówczas prawdy te uksztaltowane sa tak samo jak dawne mity, gdyz jedna i ta sama sila je stwarza. Plotyn, mówiac o medrcach do wyzszego poznania: "Medrcy egipscy, czy to na podstawie rzetelnych badan, czy tez instynktowi, przekazujac swa gleboka wiedze, nie posluguja sie znakami pisma dla wyrazenia swych nauk i taz, nie nasladuja glosu ani mowy tylko rysuja obrazy i w zarysach tych obrazów skladaja w swych swiatyniach kazda tresc myslowa, tak ze kazdy obraz ma w sobie jakas wiedze i jakas madrosc, jakis przedmiot i jakas calosc, chociaz nie jest logicznym wywodem ani dyskusja. Z tych obrazów wydobywa sie potem tresci, obleka je w slowa i docieka sie, czemu jest on taki a nie inny". Jezeli chcemy poznac stosunek mistyki do mistycznych opowiadan, musimy zobaczyc, jaki byl ówczesny poglad na mity dawnych medrców, którzy czuli sie w zgodzie ze sposobem myslenia opartym na misteriach. Taka zgodnosc z nauka misteriów mamy w najwyzszym stopniu u Platona. Jego sposób wykladania mitów i poslugiwania sie nimi w dialogach moze nam posluzyc jako przyklad. W "Faidrosie" dialogu o duszy, przytacza Platon mit o Boreaszu, którego Grecy widzieli w huczacym wichrze. Otóz Boreasz ujrzal pewnego razu piekna Oritie, córke króla Attyki Erechtejosa, jak z towarzyszkami zrywala kwiaty i zapalala ku niej miloscia, porwal ja i zaniósl do swej groty. W dialogu Platona Sokrates odrzuca czysto rozumowe tlumaczenie tego mitu, wedlug którego cos co sie dzieje w swiecie fizycznym mialoby tutaj byc ujete poetycko, symbolicznie. Wicher mial jakoby porwac królewne i stracic ja ze skal. "Tego rodzaju tlumaczenie - mówi Sokrates^ to medrkowanie uczonych, jakkolwiek dzisiaj tak powszechne i popularne... Bo kto rozlozyl na czynniki jedna z tych postaci mitologicznych, musialby - chcac byc konsekwentnym - oswietlic w podobny sposób i podac w watpliwosc i wyjasnic w sposób naturalny wszystkie inne mity. Lecz nawet gdyby taka praca mogla byc doprowadzona do konca, nie swiadczylaby w zadnym razie o wysokim poziomie umyslowym tego, kto jej dokonal, a tylko o tanim dowcipnie, prostacki medrkowaniu i smiesznym wyrywaniu sie ze swoim zdaniem.... Dlatego nie dbam o takie badania i mysla o nich tak jak wszyscy. Nie mity badali, lecz - jak juz mówilem - samego siebie, czy przypadkiem i ja tez nie jestem jakims potworem, dziwaczniej uksztaltowanym a przez to i bardziej chaotycznym niz Chimera, bardziej okrutnym niz Tyfon czy tez moze jestem istota lagodniejsza i prostsza, której dostala sie w udziale czastka pelnej umiaru natury boskiej". Widac stad, czego Plato nie pochwala: czysto rozumowego, racjonalistycznego wykladania mitów. Jeszcze lepiej to zrozumiemy, gdy sie zastanowimy, jak on sam posluguje sie mitem aby sie przezen wypowiedziec. Tam gdzie mówi o zyciu duszy, gdzie porzuca sciezki doczesnosci szukajac w duszy tego co wieczne, gdzie przeto nie istnieja juz wyobrazenia oparte na zmyslowym postrzeganiu i na mysleniu rozumowym, tam posluguje sie mitem. W dialogu "Fajdros" mówi o tym co wieczne w duszy. Dusza jest tam przedstawiona jako rydwan zaprzezony w dwa skrzydlate rumaki, a kierowanym przez woznice. Jeden z rumaków jest cierpliwy i madry, drugi - dziki i narowisty. Jezeli tylko jakas przeszkoda pojawi sie na drodze, narowisty rumak korzysta z tego by hamowac ruchy dobrego konia a woznicy narobic klopotu. Kiedy zaprzeg dociera do szczytu niebios, gdzie ma podazac droga bogów, zly rumak robi co moze aby zaprzeg rozbic. Od sily zlego konia zalezy, czy dobry rumak zwyciezy, czy zaprzeg zdola pokonac przeszkody i wzniesc sie do królestwa ducha. Tak jest i z dusza, nigdy nie moze ona bez przeszkód wzniesc sie do boskiego królestwa. Jednym duszom uda sie przy tym glebiej wejrzec w kraine wiecznosci, innym mniej. Duszy która ogladala zaswiaty nic juz nie moze grozic az do nastepnej wedrówki; dusza natomiast, która z winy dzikiego konia nic nie ogladala, musi starac sie o to nastepnym razem. Wedrówki te dokola sklepienia niebios oznaczaja kolejne wcielenie. Jedna taka dookolna wedrówka - to zycie duszy w jednym wcieleniu. Niesforny rumak oznacza nizsza, madry rumak - wyzsza nature czlowieka, woznica zas dusze, która teskni do przebóstwienia. Platon ucieka sie tutaj do mitu by przedstawic droge duszy, która jest wieczna, poprzez rózne przemiany. Podobnie tez w innych dialogach ucieka sie Plato niejednokrotnie do mitu - do symbolicznej opowiesci gdy chce mówic o duszy, o sprawach, których nie postrzegamy zmyslami. Plato jest tutaj calkowicie zgodny z mitycznym, opartym na podobienstwach sposobem wyrazania sie wielu innych autorów. W literaturze staro indyjskiej mamy przypowiesc, która przypisuja Buddzie. - Pewnego bardzo przywiazanego do zycia czlowieka, który za zadne skarby nie chce umrzec, który szuka uciech zmyslowych, przesladuja cztery weze. Slyszy on glos, który mu nakazuje co pewien czas pielegnowac te cztery weze, karmic je i kapac. Czlowiek ów ze strachu przed zlymi wezami ucieka. Znowu slyszy jakis glos ostrzegajacy, ze go sciga pieciu morderców. Znów ucieka. Glos ten ukazuje mu wtedy szóstego morderce, który chce obnazonym mieczem uciac mu glowe. I znów czlowiek ucieka. Przybywa do opustoszanej wsi i slyszy glos, który mówi mu, ze za chwile zloczyncy zaczna te wies pladrowac. Czlowiek w dalszym ciagu ucieka i trafia na powódz. Nie czuje sie bezpieczny po tej stronie wody, ze slomy, drewienek i lisci splata sobie koszyk i w nim przeplywa na drugi brzeg. Teraz jest bezpieczny, jest braminem. Sens tej przypowiesci jest taki: czlowiek musi przechodzic przez rózne stany zanim osiagnie stopien bóstwa. W czterech wezach wyobrazone sa cztery zywioly: ogien, woda, ziemia i powietrze. W pieciu morderstwach-pieciu zmyslów. Opuszczona przez ludzi wsia jest dusza, która wyzwolila sie od wrazen zmyslowych, ale tez jeszcze nie czuje sie bezpieczna, jezeli przebywa sama z soba. Gdy odda sie temu, co stanowi jej nizsza nature, musi zginac. Czlowiek musi zbudowac sobie czólno, które przywiezie go przez nurt doczesnosci z jednego brzegu, brzegu ziemskiej natury, na drugi, wieczny, boski. Rozpatrzmy w tym oswietleniu egipskie misterium Ozyrysa. Ozyrys stal sie z czasem jednym z glównych bóstw Egiptu. Jego postac usunela w cien inne wyobrazenia bóstwa, czczone przez ludnosc Egiptu. Dokola Ozyrysa i jego malzonki Izydy powstal krag mitów o donioslym znaczeniu. Ozyrys byl synem Slonca-Boga, jego bratem byl Tyfon-Set, siostra -Izyda. Ozyrys poslubil swoja siostre i razem z nia panowal nad Egiptem. Zly brat Tyfon postanowil zgladzic Ozyrysa. Kazal sporzadzic skrzynie, której dlugosc odpowiadala wzrostowi Ozyrysa. Kiedys podczas uczty oswiadczyl, ze skrzynie daruje temu, komu ta skrzynia bedzie dokladnie odpowiadala rozmiarami. Okazalo sie, ze jeden tylko Ozyrys spelnia ten warunek. Polozyl sie do skrzyni. Wówczas Tyfon z towarzyszami rzucili sie na Ozyrysa, zatrzasneli skrzynie i wrzucili ja do rzeki. Izyda dowiedziawszy sie o tej straszliwej zbrodni w rozpaczy blakala sie po swiecie szukajac zwlok malzonka. Lecz kiedy je odnalazla, Tyfon zawladnal nimi na nowo. Rozszarpal je na czternascie czesci, które rozrzucil po calym kraju. W Egipcie pokazywano w wielu miejscach grób Ozyrysa. I tu i tam pochowane bylo jakoby jego cialo. Ozyrys jednak wyszedl z podziemnego swiata i pokonal Tyfona. Jego promien przeniknal Izyde, która potem urodzila syna. Haropokratesa czyli Horusa. A teraz porównajmy z tym mitem poglady greckiego filozofa. Przyjmuje on, ze pierwotna, jednolita istota swiata zostala niegdys rozdarta na cztery elementy: ogien, wode, ziemie i powietrze, czyli na wielorakie byty. Empedokles widzi dwie przeciwstawne sobie moce, które sprawiaja, ze mamy w istniejacym swiecie powstawanie i przemijanie, sa to milosc i walka. Mówi on tak o elementach: "Same tym samym zostaja, lecz przenikajac sie wzajem staja sie ludzmi i mnóstwem innych istot nieprzeliczonych. Raz przez milosci potege w jeden gromadza sie twór, to znów nienawisc i walka) rozdziela je i rozprasza". Czym Wiec sa z punktu widzenia Empedoklesa zjawiska tego swiata? Sa to w rozmaity sposób zmieszane elementy. Mogly one powstac dzieki temu jedynie, ze prajednosc zostala rozdarta na te cztery formy bytu. Owa prajednosc wyemanowala z siebie cztery elementy. Kazda rzecz ma jakis udzial w owej boskiej emanacji. Samo bóstwo jednak jest tu ukryte. Musialo najpierw umrzec, aby rzeczy tego swiata mogly powstac. A czymze sa te rzeczy? Te rózne mieszaniny czastek bóstwa, powstale w tej czy innej strukturze przez dzialanie milosci i nienawisci. Empedokles mówi o to wyrazenie: "Jasnym jest tutaj dowodem budowy ludzkiego ciala, jak sie lacza przez milosc rózne rodzaje materii, wszystkie, ile ich cialo posiada w rozkwicie istnienia. Potem niszczaca niezgodna i wasnia rozdarte, sklócone, bladza po swiecie znów w pojedynke na schylku zywota. Tak tez dzieje sie krzewom i rybom, wód naszych mieszkaniem, górskiego zwierza to los i wszystkich ptaków skrzydlatych". Tylko tak mógl myslec Empedokles, ze medrzec odnajduje owa zakleta w swiecie boska prajednosc, wplatana w milosc i nienawisc. Jezeli jednak czlowiek znajduje to co boskie, musi byc sam istota boska. Empedoklesa stoi bowiem na stanowisku, ze poznajemy tylko to, co nam jest pokrewne. Jego poglady poznawcze odnajdujemy w czterowierszu Goethego: "Gdyby oko nie bylo ze slonca, \ jak moglibysmy widziec swiatlo? \ Gdyby w nas nie zyla moc boza, \ Jak mogloby zachwycac to co boskie?" Te mysli o swiecie i czlowieku, wykraczajace poza obreb doswiadczenia zmyslowego, mógl znalezc wtajemniczony w micie o Ozyrysie. Sila twórcza bóstwa przelala sie w swiat. Przejawia sie w czterech elementach. Bóg (Ozyrys) zostal zabity. Czlowiek ma go wskrzesic przez poznanie, którego natura jest boska, ma go odnalezc jako Horusa (syna bozego, Logos, madrosc) w zmaganiach miedzy walka a miloscia (Tyfonem a Izyda). W Gracji nawet Empedokles wyraza zasadniczy swój poglad w obrazach, które maja w sobie cos z mitu. Miloscia jest Afrodyta, walka to Neikos. Lacza one i rozdzielaja elementy. Nie nalezy sadzic, ze ujmowanie w taki sposób mitu jest po prostu równoznaczne z jego symboliczna czy nawet alegoryczna interpretacja. Tutaj nie o to chodzi. Obrazy które podaje mit nie sa symbolami wymyslonymi, aby wyrazic oderwane prawdy, sa to prawdziwe przezycia wewnetrzne wtajemniczonego. Przezywa on te obrazy duchowymi naradami postrzegania, tak jak zwykly czlowiek przy pomocy oczu i uszu przezywa wyobrazenia rzeczy zmyslowych. Ale tak, jak wyobrazenie samo przez sie jest niczym, jezeli nie powstalo dzieki postrzeganiu jakiegos przedmiotu, tak samo niczym jest obraz mistyczny, który nie powstal przez zetkniecie z rzeczywistoscia swiata duchowego. Tylko ze w swiecie fizycznym czlowiek znajduje sie zrazu poza rzeczami budzacymi wyobrazenia, natomiast obrazy mityczne przezywac moze wtedy jedynie, jezeli znajduje sie niejako wewnatrz odpowiadajacych im zjawisk duchowych. Ale na to, by znalezc sie wewnatrz nich, musi miec za soba wtajemniczenie: tak sadzono w dawnych misteriach. Obrazy mitu sa wówczas jakby ilustracja tego, co dzieje sie w swiecie ducha i co przezywa wtajemniczony. Ten, dla kogo mity nie sa ilustracja rzeczywistych wydarzen w swiecie ducha, jeszcze ich nie rozumie. To co dzieje sie w swiecie ducha jest bowiem nadzmyslowe, obrazy zas, które swa trescia przypominaja swiat fizyczny, nie sa jako takie czyms duchowym, tylko wlasnie ilustracja rzeczy duchowych. Kto tylko zyje w obrazach, ten sni, kto jednak doszedl do tego, ze w obrazach mitu odczuwa duchowosc, tak jak sie w swiecie fizycznym odczuwa róze w wyobrazeniu rózy, dopiero ten zyje naprawde w postrzezeniach duchowych. I to jest równiez powód, ze obrazy mitów nie moga byc jednoznaczne. Poniewaz maja charakter ilustracji, Wiec jeden i ten sam mit moze wyrazac rózne fakty duchowe. Nie nalezy w tym upatrywac jakiejs sprzecznosci, jezeli ktos, tlumaczac mit, odnosi go raz do tej, innym razem do innej rzeczywistosci duchowej. Z tego punktu widzenia mozna znalezc nic przewodnia, która poprowadzi poprzez labirynt greckich mitów. Wezmy podanie o Heraklesie. Dwanascie prac, które wykonac musial Herakles ukazuje sie nam w innym swietle, gdy sobie uprzytomnimy, ze przed przystapieniem do ostatniej, najciezszej, Herakles musial byc przedtem wtajemniczony, inaczej nie bylby mógl zstapic do Hadesu. Misteria prowadzily czlowieka przez smierc tego co doczesne, to znaczy przez Hades, ale czlowiek wtajemniczony mógl przy tym uratowac od zaglady to, co w nim jest wieczne. Herakles jako wtajemniczony mógl pokonac smierc. Pokonal niebezpieczenstwa grozace mu w Hadesie, bo byl wtajemniczony. To nam pozwala tlumaczyc równiez i inne jego czyny jako etapy rozwoju wewnetrznego. T tak np. pokonal lwa Nemejskiego, któremu nikt nie mógl dac rady. Znaczy to, ze czysto fizyczna sile w czlowieku opanowal, ujarzmil ja. Potem zabija dziewiecioglowa hydre. Zwycieza ja przy pomocy palacych glowni i zólcia jej nasyca swoje strzaly, tak aby razily smiertelnie. Znaczy to, ze wiedza, oparta na swiadectwie zmyslów, przezwycieza ogniem ducha, z tego zas, co zyskal z swej wiedzy, ma moc widziec okiem ducha, w swietle ducha, to co niskie i zle. Nastepnie Herakles schwytal lanie Artemidy, bogini lowów. Zdobyl to, co duszy ludzkiej dac moze wolna przyroda. Podobnie mozna wytlumaczyc inne jego prace. Nie mozemy sie zaglebiac w kazdy szczegól, chodzilo tylko o to, by pokazac, ze obrazy i nastroje mitu zawsze sa jakos zwiazane z rozwojem wewnetrznym czlowieka. Podobnie mozna wytlumaczyc wyprawe Argonautów. Friksos i Helle, dzieci króla Beocji, mialy zla macoche. Bogowie zeslali im barana o zlotym runie, który zebral dzieci i uniósl sie z nimi w powietrze. Kiedy przelatywali nad ciesnina, dzielaca Azje od Europy, Helle spadla i utonela. Dlatego ciesnina ta nazywa sie "Hellas Pontes" czyli morze Helli. Friksos dostal sie do króla Kolchidy, na wschodnim wybrzezu morza Czarnego. Barana zlozyl bogom w ofierze, runo zas jego podarowal królowi Ajetosowi. Ten kazal je zawiesc w gaju i postawic na strazy straszliwego smoka. Grecki bohater Jazon postanowil, z pomoca innych bohaterów: Heraklesa, Tezeusza, zebrac zlote runo z Kolchidy. Król Ajetos w zamian za wydanie skarbu zazadal wykonania ciezkich prac. Ale Medes, córka królewska, która byla czarodziejka, pomogla Jazonowi. Zdolal Wiec ujarzmic dwa straszliwe byki ziejace ogniem i zaorac nimi role, na której posial zeby smoka - a z tej roli wyrosli zbrojni mezowie. Za rada Madei Jazon rzucil miedzy nich kamien i zbrojni wymordowali sie wzajemnie. Czarami jakich nauczyla go Madea uspil smoka, porwal zlote runo i wyruszyl z nim w droge powrotna do Grecji wraz z Medsa, która pojal za malzonke. Król Ajetes sciga uciekajacych. Aby poscig opóznic Medea zabija swego braciszka Absyrotes i pocwiartowane cialo wrzuca do morza. Ajetes wstrzymuje pogon i zbiera szczatki dziecka. W ten sposób Jazon i Medea zdolali dotrzec ze zlotym ranem do ojczyzny. Kazdy szczegól wymaga tutaj glebszego wytlumaczenia. Zlote runo - to cos, co zwiazane jest z istota czlowieka i jest dla niego nieskonczenie cenne; cos co przed wiekami zostalo mu odjete, dla odzyskania tego skarbu czlowiek musi pokonac straszliwe moce. Tak wlasnie jest z tym, co wieczne w duszy ludzkiej. Jest ono zwiazane z czlowiekiem, lecz okazuje sie, ze czlowiek nie ma don dostepu. Jest oddzielony od tego skarbu przez swoja nizsza nature. Musi ja dopiero uspic, pokonac, a wtedy odzyska swoja wlasnosc. To mu sie uda, jezeli wlasna swiadomosc (Medea) swa czarodziejska sila przyjdzie mu z pomoca. Medea jest dla Jazona tym, czym dla Sokratesa Diotima, jako mistrzyni w milosci. Wlasna madrosc czlowieka ma czarodziejska sile, zdolna dotrzec do tego, co boskie, po przezwyciezeniu tego, co doczesne. Z pierwotnej natury moze wyrosnac tylko cos pierwotnego: zbrojni mezowie, których pokonac moze sila ducha, dzieki radom Medei. Lecz nawet i wtedy, gdy czlowiek odnalazl juz zlote runo, swoja boska czastka, nie, nie jest jeszcze bezpieczny. Musi zlozyc w ofierze czesc swej swiadomosci (Absyrtos). Jest to koniecznosc swiata fizycznego, który mozemy ujmowac jedynie w jego róznorodnosci, jakby pokawalkowany. Mozna by tutaj jeszcze glebiej wnikac w kryjace sie poza obrazami rzeczywistosci duchowe, lecz na razie chodzilo nam o to tylko, czym jest wlasciwie mit. W swietle takiej interpretacji szczególnie interesujace jest podanie o Prometeusza. Prometeusz i Epimeteusz byli synami jednego z Tytanów, Japota. Tytani byli dziecmi najstarszej generacji greckich bogów, Uranosa (niebo) i Gei (ziemia). Kronos, najmlodszy z tytanów, stracil ojca z tronu i zagarnal wladze nad swiatem. Ale z kolei zostal sam pokonany, wraz z innymi Tytanami, przez swego wlasnego syna, Zeusa. Za jego tez rada Zeus stracil Tytanów do Hadesu. W Prometeuszu jednak zyl nadal duch Tytanów: sprzyjal on Zeusowi, ale nie cala dusza. Kiedy ten postanowil zgladzic ludzi by ukarac ich bute, Prometeusz zaopiekowal sie nimi: nauczyl ich liczyc, pisac i wielu innych rzeczy, bez których nie ma kultury, a przede wszystkim nauczyl ich poslugiwac sie ogniem. Zeus zapalal gniewem na Prometeusza. Polecil synowi swemu, Hefaistowi, ulepic z gliny kobiete wielkiej pieknosci, a bogowie wyposazyli ja we wszelkie mozliwe dary. Na imie bylo jej Pandora, czyli "wszystkim obdarowana". Hermes, poslaniec bogów, przyprowadzil ja do Epiteusza, prometeuszowego brata. Pandora przyniosla ja do Epimeteusza, prometeuszowego brata. Pandora przyniosla mu jako dar od bogów szkatulke. Epimeteusz przyjal dar, chociaz Prometeusz ostrzegal go, by nigdy nie przyjmowal zadnego daru od bogów. Kiedy otwarto szkatulke, wylecialy z niej na swiat wszelkie mozliwe nieszczescia, jakie nekaja ludzi. Zostala w skrzynce tylko nadzieja, i to dlatego jedynie, ze Pandora szybko zatrzasnela wieko. Tak Wiec pozostala czlowiekowi tylko nadzieja: watpliwej wartosci podarunek bogów. Prometeusz na rozkaz Zeusa zostal przykuty do skaly na Kaukazie: to byla kara za to, ze samowolnie pomagal ludziom: orzel bezustannie szarpie mu i wyziera watrobe, która sie wciaz odradza. W dreczacej samotnosci spedza Hermes dni i noce, do czasu az kiedys którys z bogów poswieci sie za niego dobrowolnie, to znaczy sam przyjdzie przyjac smierc. Umeczony Tytan znosi swe straszne cierpienia - nieugiety. Do uszu jego doszla raz wiesc, ze Zeus zostanie zrzucony z tronu przez syna kobiety smiertelnej, jezeli jej Zeus nie pojmie za zone. Zeus bardzo pragnal poznac te tajemnice, wyslal Wiec Hermesa, poslanca bogów, do Prometeusza, by sie czegos dowiedziec. Prometeusz jednak odmówil odpowiedzi. - Podanie o Heraklesie wiaze sie z mitem o Prometeuszu. Herakles w swoich wedrówkach dociera na Kaukaz. Zabija orla, który szarpal watrobe Prometeusza. Centaur Charon, który mimo nieuleczalnej rany nie moze umrzec, poswieca sie za Prometeusza, ten zas wreszcie jedna sie z bogami. Tytani wyobrazaja sile woli, sile która - na ile jest natura (Kronos) - ma swój poczatek w odwiecznym duchu swiata (Uranos). Nie chodzi tu o jakies abstrakcyjne sily woli, lecz o realne istoty, zwiazane z wola. Do nich nalezy Prometeusz. Tak mozna scharakteryzowac jego istote. Nie jest on jednak calkowicie Tytanem. W pewnym sensie trzyma raczej z Zeusem, bogiem który objal wladze nad swiatem po ujarzmienia dzikich sil natury (Kronos). Prometeusz jest Wiec przedstawicielem tych swiatów, które daly czlowiekowi ped i parcie naprzód, owa sile, która jest na pól sila przyrody a na pól boska wola. Wola kieruje z jednej strony ku dobremu, z drugiej ku zlemu. Zaleznie od tego czy sklania sie ona bardziej ku rzeczom duchowym, czy ku przemijajacym, ksztaltuje sie los czlowieka. Czlowiek przykuty jest do tego co doczesne. Szarpie go orzel. Musi cierpiec. Najwyzsze wartosci osiaga tylko wtedy, jezeli w samotnosci szuka swojego losu. Zna on jakas tajemnice. Polega ona na tym, ze bóstwo (Zeus) musi zaslubic istote smiertelna, ludzka swiadomosc zwiazana z cialem fizycznym, aby urodzic syna, ludzka madrosc (Logos), który bóstwo wyzwoli. Przez te swiadomosc stanie sie niesmiertelna. Tajemnicy tej nie moze Prometeusz zdradzic, dopóki wtajemniczony (Herakles) nie przyjdzie don i nie pokona zlej mocy, która bezustannie grozi mu smiercia. Centaur, który jest na pól zwierzeciem, a na pól zwierzeciem, a na pól czlowiekiem musi sie poswiecic, aby go uratowac. Centaur jest czlowiek sam: istota na pól zwierzeca a na pól tylko ludzka. Musi umrzec aby wyzwolic to, co w czlowieku jest naprawde duchowe. To czym wzgardzil Prometeusz, czy wzgardzil wola czlowieka, przyjmuje Epimeteusz - rozum, ziemska madrosc. Lecz dary, które otrzymuje Epimeteusz, to wylacznie cierpienia i kleski. Rozum bowiem lgnie ku rzeczom przemijajacym i znikomym. I tylko jedno mu pozostaje - nadzieja, ze kiedys i z tego co doczesna narodzi sie wieczne. Nic, która prowadzi przez podanie o Argonautach, o Heraklesie, o Prometeuszu, bedzie nam tez dobrym przewodnikiem przez Odyseje Homera. Mogloby sie wydac, ze stosowny tu sposób tlumaczenia jest naciagniety. Jednakze przy blizszym rozwazeniu wszystkiego, co tutaj wchodzi w gre, nawet najbardziej krytyczny sceptyk traci wszelkie watpliwosci. Przede wszystkim uderza nas, ze Odyseusz równiez zstepuje pod ziemie w królestwo cieni. Cokolwiek myslelibysmy o autorze Odysei: jesli u niego czlowiek smiertelny zstepuje do Hadesu, nie moze to byc calkowicie bez zwiazku z tym, co w pogladach greckich oznaczala wedrówka do Hadesu. A oznaczala ona pokonanie wszystkiego co doczesne i obudzenie w duszy tego co wieczne. Musimy sie Wiec zgodzic, ze Odys tego dokonal. A przez to jego przezycia, podobnie jak przezycia Heraklesa, nabieraja glebszego znaczenia. Staja sie opisem wydarzen duchowych, opisem drogi rozwojowej duszy. Poza tym opowiadanie w Odysei odbiega od zwyklych ziemskich stosunków. Bohater odbywa swe wedrówki na czarodziejskich okretach. Realia geograficzne traktuje autor w sposób nieslychanie dowolny. Bo tez i nie chodzi tu wcale o ziemska, zmyslowa rzeczywistosc. Widzimy to jasno: gdyz autor opisuje wydarzenia wziete z ziemskiego swiata po to tylko, zeby dac obraz rozwoju duchowego. Poza tym sam poeta mówi przeciez na poczatku poematu, ze idzie tutaj o szukanie duszy: "Muzy glos, Muzo, pelnego wykretów, który zburzyl swiety gród Troi, a potem wiele wedrowal, widzial miasta ludzi tak wielu i ducha ich poznal. Wiele swym sercem wycierpial na morzu, walczac o wlasna dusze i powrót towarzyszy". (I. 1-5). Mamy Wiec tu przed soba meza, który szuka duszy, tego co boskie, opisane sa jego mozolne, pelne przygód wedrówki w pogoni za tym celem. Przybywa on do kraju Cyklopów. Sa to nieokrzesane olbrzymy z jednym okiem posrodku czola. Najstraszniejszy z nich, Polifem, pozera kilka towarzyszy bohatera. Odys ratuje sie oslepiajac olbrzyma. Tutaj mamy pierwszy etap pielgrzymki zyciowej. Przemoc fizyczna, pierwotna natura czlowieka musi byc pokonana. Kto jej nie obezwladni, nie oslepi, bedzie przez nia pozarty. - Odys dostal sie potem na wyspe czarodziejki Circe. Przemienia ona niektórych z jego towarzyszy w swinie. Ja równiez pokonal Odyseusz. Circe - to nizsza sila ducha, przywiazana do rzeczy doczesnych. Sciga czlowieka jeszcze glebiej w sfere czysto zwierzeca przez rózne naduzycia. Odys musi ja pokonac. Wtedy moze zejsc do Hadesu. Zostal wtajemniczonym. I teraz narazony jest na niebezpieczenstwa, jakie groza wtajemniczonemu, gdy wstepuje z nizszych na wyzsze stopnie wtajemniczenia. Napotyka syreny, które slodka, czarodziejska muzyka wabia podróznych, gotujac im smierc. Sa to wytwory fantazji nizszego rzedu, za którymi ugania sie ten, kto juz uwolnil sie od pet zmyslowosci. Doszedl on juz do ducha swobodnej twórczosci, lecz nie osiagnal jeszcze wtajemniczenia. Goni za widziadlami, z których przemocy musi sie wyzwolic. - Dalej czeka Odyseusza pelna grozy ciesnina pomiedzy Scylla i Charbda. Tak i mistyk na poczatku swej drogi waha sie i chwieje sie pomiedzy duchem a zmyslowoscia. Nie umie jeszcze ogarnac pelnej wartosci ducha, ale tez i to co zmyslowe stracilo dlan swoja dawniejsza wartosc. Okret rozbija sie i gina wszyscy towarzysze Odysa, on jeden sie ocalil i znajduje schron u nimfy Kallipso, które przyjmuje go zyczliwie i opiekuje sie nim przez siedem lat. Wreszcie jednak na rozkaz Zeusa pozwala mu wrócic do ojczyzny. Wtajemniczony osiagnal stopien, na którym zalamuja sie wszyscy prócz tego, kto jest naprawde godny. Przez pewien czas oznaczony mistyczna liczba siedem dane mu jest potem przezywac w spokoju dalsze stopnie wtajemniczenia. Zanim Odys dotarl do swej ojczyzny, dostaje sie na wyspe Feeków. Doznaje tu goscinnego przyjecia. Góra królewska okazuje mu wzgledy. Sam król Alkinous przyjmuje goscia z wielkimi honorami. Jeszcze raz usmiecha sie do bohatera swiat i jego uroki, budzi sie w nim ten duch, który przywiazuje do swiata (Nausikaa). Odys jednak znajduje wreszcie droge do ojczyzny, do tego co boskie. W domu nie czeka go zrazu nie dobrego. Malzonke jego, Penelope, otacza liczna rzesza zalotników. Kazdemu z nich obiecuje ona malzenstwo, skoro tylko ukonczy swoja tkanine. Od dotrzymania obietnicy ratuje sie tym, ze co noc pruje, co przez dzien utkala. Odys musi pokonac zalotników, by moc w spokoju polaczyc sie z malzonka. Bogini Atena przemienia go w zebraka, aby go zrazu nikt w domu nie poznal. I w koncu pokonal zalotników. - Odys szuka swej wlasnej, glebszej swiadomosci, szuka boskich sil duszy. Chce cie z nimi zjednoczyc. Zanim wtajemniczony znajdzie te sily, musi pokonac wszystko, co wzgledy Penelopy. Ta rzesza zalotników pochodzi ze sfery nizszej rzeczywistosci, z doczesnej natury czlowieka. Logika, która umysl ku nim sklania, jest niby tkanina, która, zaledwie sie ja utka, zaraz sie znowu pruje. Madrosc (bogini Atena) moze doprowadzic bezpiecznie do najglebszych sil duszy. Przemienia czlowieka w zebraka: odbiera mu wszystko, co pochodzi z doczesnosci. Uroczystosci swiecone w Eleuzis ku czci Demeter i Dionizosa, byly calkowicie przesiaknieta gleboka madroscia misteriów. - Z Aten do Eleuzis prowadzila swieta droga. Wzdluz tej drogi widnialy tajemnicze znaki, które dusze wedrowca wprowadzily w podniosly nastrój. W Eleuzis wzniosly sie tajemnicze budowle swiatynne, pozostajace pod piecza rodzin kaplanskich. Zarówno stanowisko jak i zwiazana z nim gleboka wiedza, przechodzily w rodzinach kaplanskich z pokolenia w pokolenie. (Pouczajace dane o organizacji tych przybytków znajdujemy w pracy pt. "Erganzungen zu den letzten Untersuchungen auf der Akropolis in Athen", Karl Botti - cher. Philologis Euppl. Band 3,Heft 3". Gleboka wiedza greckich misteriów byla koniecznym przygotowaniem do tego stanowiska. Podczas uroczystosci, które sie tutaj odbywaly dwa razy do roku, przedstawione wielki dramat: losy bóstwa we wszechswiecie i w duzy ludzkiej. Male misteria obchodzone w lutym, wielkie we wrzesniu. Z uroczystosciami polaczone byly obrzedy wtajemniczenia. Symbolem ujecie dramatu, w jaki wpleciony jest wszechswiat i czlowiek, bylo tutaj koncowym aktem wtajemniczen. Swiatynie eleuzyjskie wzniesiono przeciez ku czci bogini Demeter, córy Kronosa. Urodzila ona Zeusowi córke Persefone, jeszcze przed jego zaslubinami z Hera. Pewnego razu, kiedy Persefona igrala z towarzyszami, porwal ja Pluton, bóg Hadesu. Demeter placzac i narzekajac przebiegala ziemie wzdluz i wszerz w poszukiwaniu córki. W Eleuzis znalazly ja siedzaca smutnie na kamieniu, córki Keleosa, wladcy Eleuzis. Demeter w postaci starej kobiety wstapila w sluzbe rodziny Keleosa jako piastunka królewskiego synka. Aby dziecku dac niesmiertelnosc kladla je co noc w ogien. Kiedys spostrzegla to matka i zaczela strasznie plakac i zwodzic. Teraz juz Demeter nie mogla obdarzyc chlopca niesmiertelnoscia. Opuscila dom Keleosa. Król zbudowal ku jej czci swiatynie. Rozpacz Demeter po stracie Persefony byla bezgraniczna. W gniewie zeslala nieurodzaj na ziemie. Aby zapobiec straszliwym nieszczesciem bogowie musieli ja przeblagac. Zeus sklonil Plutona, zeby wypuscil Persefone z Hadesu i zezwolil jej wrócic Pluton, zeby wypuscil Persefone z Hadesu i zezwolil jej wrócic na ziemie. Przedtem jednakze bóg podziemi dal jej spozyc owoce granatu. Teraz juz musiala co jakis czas zstepowac do podziemia. Trzecia czesc roku spedza odtad zawsze w Hadesie, dwie trzecie na ziemi. Demeter dala sie przeblagac, powrócil na Olimp. A w Eleuzis, gdzie tyle przeszla, ustanowila obrzadek, który mial odtad zawsze przypominac o jej losach. Nie trudno jej uchwycic sens mitu o Demeter i Persefonie. To dusza ludzka przebywa na przemian raz w swiecie podziemnym, to znowu na ziemi. Wieczny byt duszy i ciagle jej przemiany poprzez narodziny i smierc przedstawione tu sa w obrazie. Dusza rodzi sie z istoty niesmiertelnej - Demeter. Lecz uwiodlo ja zycie doczesne i teraz musi dzielic los wszystkiego co przemija. Zakosztowala granatu, który jest owocem Hadesu: dusza zakosztowala tego co przemija, i teraz przepojona jest doczesnoscia, nie moze Wiec juz przebywac stale na boskich wyzynach. Musi wciaz na nowo powracac do swiata rzeczy przemijajacych. Demeter reprezentuje te sfere bytu, z której ludzka swiadomosc wziela poczatek, lecz swiadomosc te nalezy tutaj rozumiec tak, jak uksztaltowaly ja sily duchowe ziemi. Demeter jest Wiec pradawna macierza ziemi, fakt ze obdarza ona ziemie silami zawartymi w ziarnie mówi nam o jeszcze glebszej stronie jej istoty. Demeter chce dac czlowiekowi niesmiertelnosc. Co noc kladzie swego wychowanka w ogien. Ale czlowiek nie moze zniesc czystej potegi ognia (ducha). Demeter musi zaniechac swego zamiaru. Moze jedynie ustanowic kult, przez który czlowiek, ile go na to stac, ma udzial w silach bóstwa. Uroczystosci eleuzyjskie byly jasnym i otwartym stwierdzeniem wiary w niesmiertelnosci duszy ludzkiej. W micie o Persefonie wiara ta zostala ujeta obrazowo. Obok Demeter i Persefony czczone w Eleuzis Dionizosa. Jak w postaci Demeter czczono boska stworzycielke tego co wieczne w czlowieku, tak w Dionizosie czczono sile bóstwa, które zyje w ustawicznych przemianach wszechswiata. Bóg, który emanowal w swiecie, który zostal rozszarpany na czesci aby sie duchowo znów narodzic, musial odbierac czesc razem z Demeter. (Swietne ujecie ducha misteriów eleuzyjskich mozna znalezc w ksiazce pt. "Sanetuaires dOrient" Edwarda Schure, Paryz 1898.).



dalej


strona główna
(23kB)