(23kB)
strona główna

 


Sri Anirwan - "Zyc w sobie nauki baula"
Wydawnictwo Pusty Oblok
Warszawa 1994




BIOGRAFIA

Sri Anirwan urodzil sie w malym, niczym nie wyrózniajacym sie miasteczku we wschodnim Bengalu: domy pokryte strzechami sterczacymi nad okraglymi werandami, schody z ubitej ziemi oraz mosiezne naczynia suszace sie na sloncu; za miastem rosna palmy, drzewa bananowe oraz zywoploty z kwitnacych pnaczy, które oddzielaja jeden ogród od drugiego.
Owa bujnosc opada na liczne, pokryte lotosami i trzcina stawy. Za nimi, az po horyzont ciagna sie pola ryzowe i pastwiska. Mieszkaja tam przerózne ptaki - miedzy innymi zimorodki i biale zurawie. A nad tym wszystkim badz to unosi sie palace slonce, badz deszcz, który zamienia ziemie w bloto. Wszystko jest przesadne, gwaltowne, choc jednoczesnie, gdy promienie slonca igraja z kurzem i wieczorna mgla, przepelnione czuloscia.

Byl synem lekarza. Kiedy mial jedenascie lat, tak jak wszyscy mali chlopcy z jego kasty wypowiadal rano rytualne modlitwy. Codziennie recytowal rozdzial z Bhagawadgity, a w niektóre dni traktat Paniniego, skandujac rytm i zaznaczajac dlugie sylaby. W szkole byl dobrym uczniem palacym sie do nauki, bo po to wlasnie chodzi sie do szkoly, a poza tym jest to przywilej. Któregos dnia prowadzacy lekcje nauczyciel komentujac wiersz powiedzial: - Wszystko co widzimy jest nierzeczywiste. Oto podstawa Wedanty.
Dziecko wraz z reszta klasy powtarzalo lekcje slowo po slowie: ale kiedy przyszlo do wypowiedzenia: "Wszystko, co widzimy, jest nierzeczywiste", popatrzylo na rozwijajacy sie pak rózy na krzewie niedaleko miejsca, w którym siedzieli uczniowie. Ujrzalo wtedy narodziny swojej wlasnej, niezaleznej mysli. "Jesli widze przed soba zakwitajaca róze, to jak moge mówic, ze ona nie istnieje? Czy ja widze owa róze? Czy ja istnieje? Czy to ja widze te róze?" Nastepnego dnia w czasie recytacji nie byl w stanie powtórzyc motta. Slyszac, jak skanduje je chór uczniów, mówil do siebie: "Ja, ja jestem sam... Nie mysle tak jak inni. Co ze mna bedzie? To boli..."
"Kiedy patrze na cos, to czy to cos istnieje?" - tak brzmialo palace pytanie. Czul, ze to pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Nie mozna spierac sie z wychowawca, tak jak nie mozna spierac sie z ojcem. Odczuwal zuchwalosc swoich mysli i serca, ale pytanie pozostawalo zywe. Kto móglby mu odpowiedziec? Zastanawial sie: "A wiec wszystko, co widze wkolo siebie, nie istnieje? Nie, to nieprawda!" Poczawszy od tego momentu zapuscilo w nim korzenie tajemne zycie, zycie oparte na dokuczliwych watpliwosciach. Wszystko wokól wydawalo sie mechaniczne, nie majace nic wspólnego z jego zywym pytaniem. Obrzadki i zwyczaje metodycznie okreslajace, co nalezy robic o kazdej porze dnia, utracily swoja tresc. A jednak wszyscy czlonkowie rodziny - brat, siostra, matka, babka, nawet ojciec - stosowali sie do nich. Dlaczego? On sam, z posluszenstwa, nadal podporzadkowywal sie tym wymaganiom, ale jednoczesnie zastanawial sie, jakie znaczenie maja te wszystkie reguly zycia, "skoro nic nie istnieje"? Jakby po raz pierwszy rozgladal sie dookola obserwujac, co sie dzieje, zauwazajac, co robia poszczególne osoby. Dwadziescia lat pózniej nadal pamietal slowa wypowiedziane przez kazdego czlonka rodziny. Wszystko wydawalo mu sie nierzeczywistym przedstawieniem, bez poczatku i konca.

Wsród przyjaciól ojca bylo kilku muzulmanów. Szukal u nich oparcia, poniewaz mówili innym jezykiem. Jeden z nich, glowa duzej rodziny, byt sufim. Okoliczni hindusi lubili go odwiedzac, uwazali go bowiem za czysty diament wypelniony jadowita madroscia, która byla zródlem serdecznego smiechu. Czasami slychac bylo jego rozpaczliwe zawodzenie: "Ach, boska wolnosci, prawdziwy darze Boga, gdzie jestes? Co ze mna wyprawiasz? Spójrz tylko na mnie, tutaj posród moich bliskich - wskazywal wtedy na swoja zone, dzieci, wnuki - dreczy mnie tyle malych zmartwien. Gdybym ich nie doznal, to nie wiedzialbym, ze istniejesz. A wiec gdzie sie chowasz? Dlaczego nie przyjdziesz do mnie?" I zaczynal spiewac gestykulujac zamaszyscie dlonmi wyciagnietymi ku niebu; czasami plakal, a ci, którzy go sluchali, wybijali takt w rytmie jego spiewu. Maly uczen zachlannie sie przysluchiwal. Gdzie znajdowala sie owa boska wolnosc, która znal sufi? Czy byla rzeczywista, czy nierzeczywista? Ale dziecko, obawiajac sie odprawy, nie stawialo pytan. Pomyslalo: "Sam ja odnajde; wyrusze i bede jej szukal".
Zaczal chodzic nad brzeg Brahmaputry, gdzie wczesnym rankiem kapali sie hindusi i muzulmanie. Przemykal wsród nich nie zauwazony - jeszcze jeden halasliwy, bawiacy sie dzieciak. Czesto podchodzil ostroznie do pandita, bardzo szanowanego przez otaczajacych go ludzi za jego swiatobliwe zycie i wolnosc mysli. Pandit spotykal sie nad rzeka z sufim z pobliskiej wioski. Po przywitaniu obaj mezczyzni - kazdy po swojemu - zaczynali wyspiewywac sto osiem albo dziewiecdziesiat dziewiec Imion Boga. Potem, kiedy sufi niestrudzenie powtarzal "Za illaha ilattah", bramin, zanurzony do pasa w wodzie, odprawial obrzadki oczyszczenia, przywolujac na glos mistyczny ogien niebiosów: "Marudbhir agna a gahi". Gdy tylko bramin wyszedl z wody, sufi przestawal sie modlic. Przed rozstaniem dlugo serdecznie obejmowali sie, nie zwazajac na tabu, które powinny ich dzielic. Czasami siadali na kamieniach i otoczeni przez innych kapiacych sie opowiadali na zmiane historie. Czy prawomyslni z Szarijat i braminscy kaplani ze swiatyni mogli zabronic tym dwóm mezczyznom owych akolad i takiej wolnosci slowa?

Pewnego dnia po wyjsciu ze szkoly hinduski chlopiec poszedl razem z muzulmanskim kolega nad brzeg rzeki. Wysmienicie bawili sie wskakujac w kaluze i puszczajac kaczki starannie wybranymi kamieniami! Slonce swiecilo wysoko i po pewnym czasie obaj chlopcy zmeczeni padli na ziemie w cieniu krzewu. Byli glodni. Mlody muzulmanin powiedzial: - Przynioslem ze soba cos do jedzenia; chodz, podzielimy sie! - Wyjal z torby maty pakunek owiniety w lisc bananowy, rozwinal go i dal polowe swojemu koledze. Dzieci zaczely jesc, drazniac jednoczesnie kijanki palcami u nóg.
Niespodziewanie muzulmanski chlopiec chytrze powiedzial: - Czy wiesz, ze przez to, ze jadles ze mna zakazane rzeczy, utraciles kaste? Rozgadam to i wszyscy beda o tobie mówili! - Nie, mylisz sie - odpowiedzial zaskoczony jego hinduski kolega. - Jestem wolny jak Kikirczand. Moge jesc wszystko, co mi sie tylko podoba, poniewaz jestem baulem i jestem ponad wszystkimi kastami. - Mówiac to wstal, bo kiedy mówi sie cos takiego, wzywa sie slonce na swiadka. Wolnosc, która w nim dojrzewala, wybuchla. - Jestem baulem szukajacym boskiej wolnosci i nic mnie nie powstrzyma. - Ale jednoczesnie wiedzial, ze jesli pragnie dazyc do ekspansji siebie i wolnosci, za która tesknil, bedzie musial podporzadkowac sie - obojetnie jakim - klasycznym i tradycyjnym dyscyplinom. Zrozumial juz, ze mozna zaczac rosnac tylko od ziarna, którym sie jest samemu i ze do tego konieczna jest niezawodna droga. W tym wlasnie momencie pojal, ze rozpoczeto sie jego poszukiwanie.
________________

Ogarniety pragnieniem stania sie sadhu, który szuka najwyzszej wolnosci, odkryl, ze juz nic innego sie nie liczy. Pokornie stosowal sie do wszelkich regul i postów, mówiac sobie, ze sa kamieniami milowymi na tej drodze. Zaczal czytac wszystko, co tylko wpadlo mu w rece na temat zywotów swietych i mistrzów. Dokladnie w tym samym czasie jego ojciec, czlowiek bardzo pobozny, natrafil przypadkowo na ksiazke z kursem jogi, zawierajaca podobizne autora. Zafascynowany wyrazem jego twarzy, postanowil odnalezc tego czlowieka i zaprosic go do swojego domu. Napisal o swoim zamiarze do syna, który spedzal wtedy kilkudniowe wakacje u wujka na pólnocy.
Ów list byl dla chlopca prawdziwym wstrzasem. Natychmiast wyruszyl w droge. Aby jak najszybciej dotrzec do domu, szedl nawet podczas najgoretszych godzin dnia, powtarzajac w kólko jak modlitwe: "Ide na spotkanie mojego Thakura, czlowieka, który dotarl do celu! On jest moim Thakurem!"
Kiedy mnich sie pojawil, chlopiec od razu wiedzial, ze sie nie pomylil - to byl czlowiek, który mial nim pokierowac i doprowadzic go do osiagniecia trzech etapów swiadomosci, o których mówia Pisma - sad - czit - ananda. Swami mial w sobie cos majestatycznego, cos tak rozleglego jak niebo. Jednoczesnie w momencie poddania sie mistrzowi chlopiec mial glebokie przekonanie, ze posiadl juz wolnosc, która chcial odnalezc. Zostala mu objawiona pewnej nocy, gdy mial zaledwie dziewiec lat. Tej nocy wstapilo w niego niebo ze wszystkimi gwiazdami, rzucajac go omdlalego na ziemie. Nigdy o tym nie mówil, poniewaz zadne slowa nie sa w stanie tego oddac; ale kiedy uslyszal spiew Kikirczanda, ta tajemnica rozkwitla w nim jak lotos; wypelnila jego serce, a po policzkach splynely mu lzy. Z cala pasja poddal sie guru, który byl mu absolutnie niezbedny.
Przez trzy lata Swami przyjezdzal w regularnych odstepach czasu. Pomiedzy jego wizytami ojciec udawal sie do niego; za kazdym razem wracal odmieniony, pelen historii o duchowych dyscyplinach i ekstatycznych stanach, które nastepnie opowiadal zonie. Jego mlody syn przysluchiwal sie tym opowiesciom, czujac coraz wiekszy glód takiego samego zycia.

Swami zamierzal osiedlic sie w Asamie, gdzie rzad dawal ziemie kazdemu, kto zdecydowal sie ja odwodnic. Byt to obszar dziewiczy, bagienny i malaryczny. Pierwsza grupa uczniów gotowa byla wyruszyc ze Swamim i poswiecic sie sluzeniu bliznim, zyjac jednoczesnie zgodnie z prawem siastr (sdstrd). Zmaganie sie z nieokielzana przyroda, z dziewiczymi lasami i dzikimi drapieznikami zdawalo sie isc w parze z podbojem wewnetrznej natury.
Nadszedl decydujacy moment. Pewnej nocy ojciec zbudzil syna, zeby z nim porozmawiac. - Sluchaj. Za rok ukonczysz szesnascie lat; bedziesz mezczyzna. Staniesz sie glowa rodziny, poniewaz ja i twoja matka postanowilismy wyjechac i zyc u boku guru w Asamie. Twoja babka zajmie sie mlodszymi dziecmi. Odlozylismy równiez pieniadze na twoje studia. Tak jak ja, zostaniesz lekarzem. Chlopiec, który nigdy otwarcie z ojcem nie rozmawial, poczul, jak ziemia zapada mu sie pod stopami. Przez szacunek dla ojca musial byc posluszny i nie wypowiedzial slowa. Przeciez nie mógl wykrzyknac: "Ja tez chce do niego pojechac - on jest moim Thakurem! Nie pragne niczego oprócz zycia opisanego w Upaniszadach; chce jedynie sluzyc guru i osiagnac cel!"

Zachowal milczenie i przez siedem miesiecy zmagal sie ze soba. W koncu pewnej nocy zerwal rygiel, wyszedl zamykajac za soba drzwi na klódke i odszedl z nikim sie nie pozegnawszy. Wyobrazal sobie swojego Thakura w aureoli wolnosci; ale dotarl na miejsce, nie znalazl tam zadnej z tych rzeczy, których oczekiwal - ani nauczania, ani dyscypliny. Zycie w przyszlym asramie stanowilo mieszanine dzwieków mlotków, pil i kilofów, i w istocie polegalo na bezwarunkowej milosci do guru oraz usunieciu sie w cien. Jedyne zawolanie wzywajace do dzialania brzmialo: "Pracuj dla guru!", to zas oznaczalo kopanie studni i rowów, scinanie drzew, budowanie domów. W swoim oddaniu mlodzieniec zaakceptowal wszystkie istniejace tam warunki. Nie zastanawiajac sie nad tym, pracowal az do granic wytrzymalosci. Po jego twarzy splywaly jednoczesnie pot i lzy. On ich nie zauwazal.
Po kilku miesiacach przyszla wiadomosc, ze na podstawie wyników egzaminu na uniwersytet, który zdawal jeszcze przed wyjazdem, przyznano mu stypendium rzadowe. Guru podjal decyzje: "Dobrze! Skoro tak sie stalo, to idz na studia! W przyszlosci bede potrzebowal takiego wlasnie wyksztalconego czlowieka".
I tak mlodzieniec wyjechal na cale szesc lat; najpierw do Dakki, a potem na Uniwersytet w Kalkucie. Ciezko pracowal marzac o swoim guru. Kiedy na wakacje wracal do asramu, mistrz sam wychodzil mu na spotkanie; potem zatrzymywal go przy sobie i szczególowo opowiadal o wszystkim, co sie wydarzylo. Byl wielkim ulubiencom uczniów - poeta, który wyspiewywal swoje oddanie i potrafil otworzyc kazde serce. Lubiano go, poniewaz to, co mówil, odganialo zmeczenie i przenosilo umysl ponad kraine zmyslów. Sluzyl guru we wszystkim; wachlowal go podczas dusznych nocy i uslugiwal mu w najdrobniejszych sprawach. Milosc do guru wypelniala jego zycie.

Po wzorowym zdaniu wszystkich egzaminów, student szykowal sie do powrotu do asramu - tym razem juz na dobre. Ostatniego dnia pobytu w Kalkucie zdarzylo sie cos, co zmienilo bieg jego zycia i zostawilo na nim trwaly slad. W drodze na dworzec, z którego mial pojechac pociagiem do Asamu, jakby po raz pierwszy rozejrzal sie wokól siebie; rozluzniony usmiechal sie do ludzi i rozbawiony wszystkim, co widzial, wchlanial otaczajace go zycie.
Opadla mgla. Wzdrygnal sie, jakby budzac sie z dlugiego snu; konczyny mial dretwe. Gdzie sie znajdowal? Zamknal oczy. W widzeniu ujrzal lagodne brzegi Brahmaputry, rozlegle niebo i siebie stojacego w obliczu wlasnej wolnosci pomiedzy ziemia i niebem. Uslyszal pomruk wody splywajacej po kamykach. Kim byl? Wedrujacym baulem? Zawladnal nim nieodparty impuls, zeby pojechac na poludnie, az do samego Przyladka Kumari w jej nie konczacym sie wyczekiwaniu; chcial zobaczyc nieskonczonosc mórz, nieskonczonosc wolnosci.
Natychmiast postanowil, ze wykupi bilet do Kanja Kumari i nie wróci juz do asramu. Przyszedl na dworzec i ustawil sie w kolejce do kasy. Tam, w tlumie, przez pewien czas doznawal radosci bycia w harmonii z samym soba. Ale doszedl do okienka, nie byl w stanie wypowiedziec jednego slowa. Czul, jak z tylu go popychano, szturchano. I wtedy wyraznie uslyszal glos mówiacy: -Jeden bilet trzeciej klasy do Dzorhat w Asamie. - zamknal oczy i wiedzial, ze w tym momencie jego guru polknal go.


Po powrocie do asramu oczekiwala go calkowita zmiana trybu zycia. Ksiazki zostaly odlozone na bok. Jako nowicjusz zajal miejsce obok innych mnichów: kopaczy, oraczy i drwali. Zycie bylo ciezkie. Guru narzucil milczenie w czasie pracy. Karczowanie podszycia bylo niebezpieczne, brakowalo wody pitnej. Po oczyszczeniu ziemi od razu sadzono nasiona. Nie wolno bylo utrzymywac zadnego kontaktu ze swiatem zewnetrznym ani zadnej korespondencji. Guru, dzieki machinalnie przyjmowanemu poslu-szenstwu, coraz mocniej trzymal ich zycie w swoich rekach. Wielogodzin-ne nocne medytacje lamaly opór. Upal byt ciezki i wilgotny, powietrze wypelnialo szczekanie szakali.
W owym wysilku nowicjusz zyt rozdarty miedzy swoim marzeniem o wolnosci a cialem, które zostalo przywiedzione tam, gdzie on sam nie chcial juz byc. Jego oddanie zaczeto wiednac. Byl nieobecny, zagubiony. Bardzo przygnebila go tez rozmowa z mieszkajaca w asramie mniszka.
Po raz pierwszy rozmawial z kobieta, i to dostatecznie stara, by mogla byc jego matka. Pewnego dnia pokazujac mu pokryty kwiatami wize-runek Isztadewaty, który czcila, rzekla: "Postawilam przed soba ten umilowany wizerunek, aby sie skupic, ale równie dobrze moge rozbic go na kawalki. W takiej chwili Bóg, jesli Mu sie tak podoba, moze postanowic, ze wstapi w serce i zamieszka tam. Powinienes to wiedziec i nigdy o tym nie zapomniec".

Guru niepokoil sie stanem umyslu swojego ulubionego nowicjusza, który od niego uciekal. Poradzil sie w tej sprawie kilku starszych. W jaki sposób mógl z powrotem pozyskac tego buntownika potrzebnego mu do pracy i na dobre go do siebie przywiazac? Jak móglby powstrzymac go od myslenia? Postanowil zmusic go do przyjecia slubów wstrzemiezliwosci na wszystkich poziomach (brahmacarya). Milczenie miedzy guru i nowicju-szem zostalo przerwane; ale mlodzieniec, który wrócil do guru wbrew wlasnej woli, opieral sie; kokon paralizujacej uprzejmosci pekl. Zapytal: "Czego ode mnie chcesz? Dokad mnie prowadzisz?"
W trakcie tej konfrontacji obaj mówili otwarcie; guru o przywiazaniu, uczen o wolnosci. Ostatecznie nowicjusz ulegl wladzy mistrza. Wymagane sluby zostaly wypowiedziane, ale zawieraly jeden warunek: "Zgadzam sie pracowac dla ciebie w calkowitym posluszenstwie, ale postaraj sie, bym pózniej tego nie zalowal. Moja sciezka to ta, która prowadzi do ostatecznej wolnosci".
____________

Uplynelo kilka lat.

Garstka uczniów, którzy podazyli za guru do Asamu, rozrosla sie teraz do prawie piecdziesieciu osób, przez co konieczne stalo sie utworzenie autonomicznej instytucji. Posiadlosc skladala sie z budynków, w których mieszkali mnisi i nowicjusze, a takze kilka starszych wiekiem malzenstw oraz wychowywane w asramie dzieci swieckich uczniów. Asram mial wlasna szkole, apteke, drukarnie, tkalnie, spichlerze, ogrody, sady i pola ryzowe. Z czasem Swami, który byt jego zalozycielem, musial stac sie administratorem pracujacym dzien i noc dla dobra wspólnoty. Jego pilna troska - zwiazana z powstaniem innych grup w okolicznych prowincjach - bylo wyznaczenie nastepcy, który zyskalby powszechna akceptacje. Jedynym odpowiednim czlowiekiem do pelnienia tej roli byt jego ulubiony nowicjusz; ale czy ów, ze swoim niezaleznym charakterem i celem, do którego dazyl, zgodzi sie przyjac sannjase (samnyasa). Bez tego bowiem nie móglby zostac przywódca instytucji klasztornej. Nowicjusz, pochloniety obowiazkami i zlakniony nieskonczonego, pracowal dwadziescia godzin na dobe. Od czasu do czasu w przyplywie czulosci przelamywal milczenie i prosil Mistrza: "Przestan, blagam cie! Nie dokladaj sobie pracy. Dajesz sie zlapac w siec. Porzuc to wszystko. Twoje zobowiazania cie niszcza. Powróc do zycia wewnatrz siebie. Zostaw to wszystko i nie ogladaj sie wstecz! Idz, usiadz pod drzewem w lesie i zacznij medytowac. Ja sie toba zaopiekuje. Pójde zebrac dla ciebie..."

Jednakze guru, calkowicie utozsamiajacy sie ze swoja praca i jej problemami, juz nie mógl sie z tego wyrwac. Uczen strapil sie wtedy jeszcze bardziej: "Blagam cie, przestan! Duch asramu zamiera. Kazdy wysilek jest pozyteczny, ale tylko do pewnego punktu. Jesli wysilek opiera sie jedynie na woli, to przestaje on harmonizowac z naturalnym rytmem stworzenia i nastepuje rozpad".
Mistrz doskonale zdawal sobie z tego sprawe, ale walka z ustanowionym juz pradem stala sie niemozliwa. Poczatkowy zapal uczniów, którzy przybyli tu, by zyc wyrzekajac sie wszystkiego, stopniowo zamienil sie w niedorzeczne wymagania. Z biegiem lat namnozono dorocznych swiat. Przybiegali wtedy do asramu po pokarm i ubranie wszyscy biedacy. I choc obecnosc tlumu schlebiala guru, to on sam nie ludzil sie juz nawet co do dzieci synów swoich najblizszych uczniów które mu powierzono, by dorastaly w atmosferze asramu. Powiedzial: "Mozliwe, ze niektóre z tych dzieci otworza sie na swiatlo, choc równie dobrze czesc z nich moze stac sie zlodziejami. W takim wypadku beda doskonalymi zlodziejami, poniewaz sa karmione energia i sila guru, i dorastaja na jego oczach".
Kiedy zapytano nowicjusza o to, czy przyjmie sannjase, poprosil o trzy dni do namyslu. Dla niego sannjasa byla nie tylko formalnoscia potrzebna do tego, by mógl dla uratowania samej instytucji uroczyscie stanac na czele asramu; oznaczala przyjecie zobowiazania na cale zycie. W trakcie minionych lat slepo przestrzegal regul ustanowionych przez guru: posluszenstwa, zerwania z rodzina, ubóstwa, wstrzemiezliwosci, ciaglej dyscypliny umyslu; robil to, aby osiagnac stan bezosobowy cos w rodzaju "malej smierci", w trakcie której, jesli zablakane impulsy umyslu nie nadaly wysilkowi blednego kierunku, moglo narodzic sie prawdziwe bycie. Ale przez caly czas jego celem pozostawala ostateczna wolnosc.
Pod koniec pierwszego dnia rozmyslan, z sercem rozdartym miedzy lojalnoscia w stosunku do guru, który okazal mu takie przywiazanie, a jego wlasnym intensywnym pragnieniem wolnosci, nowicjusz postawil sobie pytanie: "Czy wymagana sannjasa wewnetrznie mnie wiaze?" Drugiego dnia powiedzial do siebie: "Jesli ja przyjme, to bede pracowal w calkowitym posluszenstwie, ale kto bedzie wówczas odpowiedzialny?" Trzeciego dnia, kiedy sie obudzil, znal juz odpowiedz: "Nikt i nic nie moze mnie zwiazac. Jestem baulem. Jestem wolny". Powiedzial wiec do guru:
"Zrób tak, jak ci wygodniej. Wewnetrznie nic mnie nie zwiaze".

Ceremonia jego sannjasy byla bardzo prosta. Zgodnie z pradawna wedyjska tradycja, nowicjusz, przywolujac slonce na swiadka, trzykrotnie wypowiada: "Wyrzekam sie, wyrzekam sie, wyrzekam sie". Guru polecil mu odprawic obrzadek wlasnego pogrzebu, aby zerwal ze swoja przeszloscia. Potem mistrz wreczyl mu godlo mnicha z grubsza ociosany kij i polozyl sie przed nim twarza do ziemi. Teraz, zgodnie z prawem siastr, byli sobie równi. Nowy mnich, Swami Nirwanananda, symbolicznie nie posiadal niczego prócz kamandalu (kamandolu) zrobionego z wyschnietego owocu tykwy i swojego kijka. Ale guru zabral mu kijek, mówiac: "Jesli ci go nie zabiore, to sobie pójdziesz i nie bedziesz wykonywal mojej pracy!" Nowy mnich nawet nie drgnal. I chociaz dobrowolnie zobowiazal sie do wykonywania pracy dla swojego guru, to jego umysl pozostal wolny. Rozmyslnie zlozyl w tym momencie przysiege, majaca odgrodzic go od zautomatyzowanego zycia, które go oczekiwalo: "W dniu, w którym zniknie wielkie drzewo stojace przy drzwiach asramu, tego samego wieczoru, tak czy inaczej, odejde..."


Uplynely kolejne bardzo ciezkie lata.

Guru przeniósl sie do Puri i stamtad podrózowal do róznych miast, wszedzie opowiadajac o asramie i zachecajac ludzi, by tam pojechali i zamieszkali. Pod tym wzgledem asram okazal sie sukcesem: pieniadze naplywaly, starsi uczniowie pomagali urzadzic sie nowym przybyszom.
Swami Nirwanananda zyl pod coraz wieksza presja, z calym ciezarem obowiazków spadajacych na jego barki; i podobnie jak Sinbad Zeglarz, który dzwigal Starego Czlowieka Morza, tak samo on musial dzwigac swojego guru. Któregos dnia policzyl lata, które przepracowal dla guru zaspakajajac jego ludzka ambicje i poczul, ze moze odejsc. Asram rozwijal sie pomyslnie w nowym kierunku. On sam nie byl juz potrzebny. Wzial ze soba kamandalu i odszedl. Tego samego wieczoru gwaltowna burza powalila drzewo stojace u drzwi asramu. Odchodzac byl mimo wszystko przygnebiony, albowiem nie odczuwal juz zadnego sprzeciwu wobec guru. Teraz z taka sama czuloscia jak niegdys potrafil go jedynie kochac ze wszystkimi jego slabosciami. Czul sie zagubiony, przepelniony smutkiem, co zgodnie z precyzyjnym prawem, mialo trwac przez pewien czas.

Zniknal. Zrezygnowal ze swojego imienia.
Nie odstepowalo go doswiadczenie smierci w sobie, którego doznawal na przestrzeni lat. Przedostal sie w Himalaje. U kresu sil dowlókl sie do asramu, gdzie przyjeli go wedrowni mnisi.
Pozostal tam na plecionym lózku w goraczce, nie majac nikogo, kto by sie nim zaopiekowal. Wsród sannjasinów nie ma mowy o wzajemnej pomocy. Jesli którys z nich umrze, to jego cialo pali sie albo wrzuca do Gangesu. Bo gdziez jest miejsce na litosc, kiedy sklada sie sluby wyrzeczenia, skoro i tak, wczesniej czy pózniej, wszyscy ludzie musza zrzucic to znoszone ubranie, którym jest cialo? To cud, gdy mozna swietliscie zstepowac do ostatniej wibracji swiadomego zycia. Oto chwila, w której moga nastapic nowe narodziny. Któregos dnia ten oslabiony i pozbawiony tozsamosci czlowiek zobaczyl przed soba jaskrawe swiatlo i wiedzial juz, ze nie umrze. Pomyslnie przeszedl przez ciezka próbe.
Doszedl do siebie, ale nie byl juz tym samym czlowiekiem. Rozpoczal sie dla niego dlugi okres wlóczegi. Sam nigdy nie wspomina o tych latach. Jesli ktos go o to pyta, to po jego twarzy przemyka wtedy usmiech, a on odpowiada poetyckim zdaniem, pozostawiajacym aure tajemnicy. Przyjaciele mówili mi, ze choc spotykali go w róznych miejscach, to nigdy nie udalo sie im ustalic chronologii jego podrózy ani zdarzen z jego zycia. Zachowal dawna czulosc dla Swami Nigamanandy. Mimo ze sie zbuntowal, dalej sluzyl swojemu guru respektujac klasztorne sluby i oddajac sie studiom nad Wedami, które mialy wypelnic cale jego zycie. Spotkali sie jeszcze tylko jeden raz, wAsamie, i otwarcie mówili o rozbieznych drogach poszukiwania siebie, które spowodowaly ich rozstanie. Uczen zdobyl sie na taka szczerosc, ze guru blogoslawiac go przyznal mu calkowita swobode podazania wlasna samotna droga. W ten sposób stal sie atjasraminem (atyasramin), czyli jednym z tych, których nie obowiazuja zadne reguly ani dyscypliny ustanowionego porzadku, a mimo to sa oni uznawani przez tradycje.
W bialej szacie, z dluga broda okalajaca chuda twarz, brano go czasami za muzulmanskiego pira lub hinduskiego sadhu. On sam pokpiwal ze swojej wolnosci w tym spoleczenstwie pelnym róznych tabu. Pozwalal sobie na bezposredni kontakt z ludzmi, ale jednoczesnie byt niczym pusta muszla wypelniona szumem oceanu. Slyszalam, jak mówil: "Co za przedziwne doswiadczenie. Z nikim nie moge sie zwiazac. Oni sa we mnie, ale ja nie jestem w nich". Owa obiektywnosc, pozornie czyniaca wielkie spustoszenie poprzez swa bezlitosna oczywistosc wspomagana jedynie jego rozbawionym i pelnym ufnosci spojrzeniem, umozliwiala rozwój naszej pracy nad samymi soba.
Jego przyjaciel z dziecinstwa spotkal go kiedys w miescie na pólnocy. Z trudem zarabiajac na zycie, przygotowywal studentów do róznych egzaminów uniwersyteckich. Przybral imie Anirwan. Zawód nauczyciela byl dla niego jeszcze jedna rola, która przyjal dobrowolnie. Wiec tak jak robotnik w fabryce, codziennie na dlugie godziny zasiadal do pracy nad tlumaczeniem tekstów, które w jego przekonaniu byty potrzebne ludziom zbierajacym sie wokól niego raz albo dwa razy na tydzien. Wkrótce takze inni przyjaciele z okolicznych miast zaczeli sie spotykac; kazda grupa organizowala sie tak, by wspólnie oplacic jego przejazd i w ten sposób zapewnic sobie jego wizyte.

Caloksztalt zycia stal sie jego guru i polem jego dzialania. Kiedys napisal do mnie:
To, czego ludzie ode mnie oczekuja, wcale nie musi sie spelnic. Moge jedynie byc wierny sobie i szczery wobec innych. Staram sie nade wszystko nie ranic ludzi, ale jednoczesnie kazdy z naszych ruchów wywoluje reakcje, chocby nawet niewielka. Nie da sie tego uniknac. Mozemy jedynie przyjac to z pokora, nie komplikujac rzeczy. Wedlug niego kazde miejsce sprzyjalo ksztaltowaniu zycia wewnetrznego i wypelnianiu wlasnego zadania; nawet pokój na halasliwej ulicy w duzym miescie, ze sztucznym oswietleniem palacym sie dzien i noc, z odglosami targowiska i krzykami dzieci. Warunki, w jakich zyl, byty niezwykle skromne, trudne i skomplikowane; jednakze on na to nie zwazal. Powiedzial:
Jesli przez dlugi czas idziesz niosac na plecach ciezar, to stajesz sie coraz bardziej zmeczony; ale ten sam ciezar nie bedzie wazyl nic, jesli puscisz go z pradem rzeki. Czyz zycie nie jest wlasnie rzeka? Moja praca takze plynie w dól rzeki. Przez cale zycie staralem sie nie obarczac uciazliwymi rzeczami. Ale jakze trudno jest prosto zyc, nie gromadzac rzeczy i mysli. One same zbieraja sie wokól ciebie i w koncu staja sie ciezarem. A wtedy trzeba umiec przeslizgnac sie przez nie jak wegorz i uciec. Nigdy nie wolno dac sie zlapac.

Od lat przebywa i mieszka tylko w takich miejscach, gdzie jego wolnosc jest w pelni respektowana. Nigdy nie wiadomo, kiedy odejdzie, poniewaz kieruje sie wlasnym prawem, stanowiacym jego tajemnice.


 

 

Sri Anirwan - "Zyc w sobie nauki baula"
Wydawnictwo Pusty Oblok
Warszawa 1994

 

STAN SAHADZY


KATHA-UPANISZADA mówi: "Celem jest osiagniecie czystego Istnienia (sat)". Ten, kto sobie to uprzytomnil, jasno pojmuje, czym jest rzeczywistosc. Czyste Istnienie jest Prawda, która wykracza poza zycie i smierc. To jest faktem, ze istniejesz! A twoje istnienie nie jest niczym innym, tylko przejawem tego, co uniwersalne i transcendentalne. Tak wiec twoje istnienie staje sie jedynoscia (kawalya), w której istnieja dwie zasady Sankhji:
Purusza (purusa), który jest duchem, i Prakryti, bedaca "tym, co sie przejawia"/1. Duchowosci nie mozna nabyc; mozna ja tylko wyprowadzic z tych dwóch zasad.
Otwórz sie ku sloncu czystego Istnienia (sat), jak pak kwiatu otwiera sie do swiatla. Wtedy Prawda zacznie w ciebie wplywac. Niecierpliwosc psuje wszystko! Jest taka piesn baulów, która mówi:

Gwiazdy, slonca i ksiezyce nigdy nie sa niecierpliwe. Po cichu, jak prawdziwy guru, podazaja strumieniem czystego Istnienia.

Otóz to czyste Istnienie, przezywane z szeroko otwartym sercem w obliczu wszystkich okolicznosci zycia, samo w sobie jest stanem sahadzy (sahaja) - stanem, w którym umysl jest wolny od wszelkiej dwoistosci. Nieporuszony umysl zna "To", co nie ma poczatku ani konca, co jest wolne w swojej esencji.
Sahadza jest joga z tego samego powodu co i wszystkie inne jogi. Jest to sciezka prowadzaca do odkrycia "Tego, z czym sie rodzimy", czystego bycia zyjacego w swiatyni serca.
Sahadze mozna zdefiniowac w nastepujacy sposób: "To, co sie rodzi w tobie; to, co sie rodzi wraz z toba"; stan czystej esencji. Obejmuje ona zarówno cialo, ducha, impuls zycia, jak i rozum. Niczego nie wolno odrzucic ani wypaczyc; dzieki temu bedzie mozna swiadomie ustanowic "jedna i te sama rzecz".
To dlatego Sankhja, która jest sciezka prowadzaca do osiagniecia stanu sahadzy, czesto wspomina o stanie jawy bedacym normalnym poziomem wszystkich dzialan. Mówi ona takze o uwewnetrznionym w snach stanie swiadomosci, który staje sie pózniej stanem glebokiego snu. Czwarty stan, wewnetrznego przebudzenia, jest oznaka glebokiego snu. W filozofii Siankary (Samkaracarya)/2 znalezc mozemy instrukcje dotyczace tych czterech stanów.
W sahadzy istnieje piaty stan, stan calkowicie przebudzonej swiadomosci, który zawiera w sobie cztery stany: jawe, snienie, gleboki sen oraz stan, w którym gleboki sen wspólistnieje z pozostalymi stanami. Nie ma juz wówczas zadnego rozróznienia miedzy rozmaitymi stanami, poniewaz wszystkie one lacza sie w jednym punkcie.
Poczawszy od tej chwili wszystko staje sie twoim pokarmem. Wszystko w tobie jest jedna i ta sama rzecza. Masz wtedy przed soba nowe zadanie w dziedzinie doznawania i rozluznienia. Pojawia sie problem zapomnienia siebie, dobrowolnego zmazania siebie, które oznacza odprezenie w bardzo subtelnej i zarazem trudnej do odkrycia sferze/3. Dobrowolne zapomnienie to zadanie równie trudne, jak przyzwyczajenie swoich wladz umyslowych do zapamietania szczególów dotyczacych obserwacji siebie. Mozna sie do niego zblizyc o wiele pózniej, dopiero wówczas, gdy pamiec robi sie ulegla i pelni swoja prawdziwa role.
Juz samo to oznacza powolna prace i prawdziwa dyscypline. Wysilek wlozony w zapominanie ustaje wtedy, gdy zanika skurczenie wyznaczajace pole pracy. Bez tego skurczenia nie moze istniec zaden nakierowany wysilek. Po rozpoznaniu owego wysilku, skurczenie zanika i natychmiast zastepuje je szczególny rodzaj uwagi pochodzacej z bardzo daleka. Ta uwaga jest obojetna na to, co sie dzieje, a jednoczesnie przyglada sie temu z bliska. Nie wydaje zadnych polecen i nie wie, co to niecierpliwosc. Po prostu przyglada sie dzialaniu Wielkiej Przyrody (prakryti), bo nawet w subtelnej sferze dobrowolnego zapominania nadal trzeba sie z nia liczyc.
W rzeczywistosci pragnienie zapomnienia okazuje sie niemozliwe do spelnienia. Zapominanie wywodzi sie z zasady pozbawionej formy. Kiedy ruch pochodzacy z serca i umyslu wtargnie do twojego bycia, stajesz sie podobny do pustego, wibrujacego dzwonu wypelnionego echem dzwieku, który pochodzi skadinad.
Pogódz sie w sobie z mysla, ze masz przed soba tylko dwadziescia cztery godziny zycia. Niechaj te godziny wypelni jasnosc, która pomoze ci w wykonaniu twojego zadania. Nie pozwól, by utracily one blask. Powierzono ci je. Owe dwadziescia cztery godziny to twoja wiecznosc. W obliczu tego trójwymiarowego dnia nie sposób wyobrazic sobie przyszlosci. Nie próbuj rozciagac czasu; nie dziel go, nie wydluzaj ani nie skracaj. Wszystko jest takie pelne i jednoczesnie tak puste!

Dyscyplina sahadzy rozpoczyna sie z chwila zaakceptowania zycia w calosci, takim jakim ono jest. Serce otwiera sie, by je przyjac i przezyc. Natomiast rozum i logika szukaja w Sankhji sily potrzebnej do odnalezienia klucza do zagadki istnienia. Sahadza jawi sie wtedy jako sciezka oswietlona doswiadczeniem wewnetrznego bycia.
W praktyce Sankhja jest technika majaca na celu urzeczywistnienie ekspansji sahadzy. W trakcie podejmowania wewnetrznego wysilku ani jedna, ani druga nie bierze pod uwage istnienia bóstw, demonów, rajów, piekiel czy jakiegokolwiek formalizmu. Punkt, w którym Sankhja i sahadza sie schodza, przynalezy do calosci zycia, które samo staje sie przed-miotem medytacji. Tak wiec sposobem bycia jest wtedy wewnetrzne uspokojenie oraz wlasciwy stosunek do zycia i bratnich istot.
Ten, kto praktykuje duchowa dyscypline (sadhana), korzysta z Sankhji, by nauczyc sie obserwowac ruchy Wielkiej Przyrody we wszystkich jej przejawach, nie ingerujac w te ruchy; nauczyc sie rozpoznawac we wszystkim jej slad i obserwowac, jak prakryti niepostrzegalnie przechodzi z jednej plaszczyzny swiadomosci na druga. Niereagowanie na zaden z jej ruchów faktycznie oznaczaloby, ze czlowiek zyje w samym sercu zycia, bez podlegania jego wplywom. Ale na poczatku nie mozna przyjac takiego stanu za rzecz naturalna, poniewaz sama obserwacja ruchów prakryti nie wystarczy, by czlowiek stal sie jej mistrzem.
Gdy uczen skieruje wzrok na siebie, to - mimo ze nigdy ich do tej pory nie widzial - odkryje nieskonczenie wiele wewnetrznych zaklócen stworzonych w nim przez wszystko, co mówi: "Lubie i nie lubie; chce i nie chce; to jest sluszne, a to niesluszne" itd., a co uniemozliwia mu spostrzezenie, ze w nim samym znajduje sie dokladnie taka sama burzliwa prakryti, jak ta, która istnieje wkolo niego.
W jaki sposób moze oddzielic sie od tej prakryti, która az do dnia jego smierci zawsze bedzie stanowila jego zycie, jego umysl i cialo wraz ze wszystkimi ich funkcjami? Tu przychodzi z pomoca tradycyjna Radzajoga. Jest to joga, która dzieki stopniowaniu dyscyplin, doprowadza cialo do stanu swiadomej radosci, umysl do ekstazy (samadhi) i sprawia, ze zycie czlowieka osiaga stan uspokojenia porównywalny z calkowitym spoczynkiem. W owym stanie uspokojenia mozna postrzegac nieswiadoma gre prakryti oraz wszystkie jej automatyczne ruchy. Przy praktykowaniu tej wewnetrznej dyscypliny idealem Sankhji jest zawsze umiejetnosc wycofania sie, a idealem jogi - wajragja (vairagya), to znaczy nauka obserwowania siebie w sposób beznamietny i pozbawiony osadu.
Aby odkryc, ze kazda emocja wywoluje zywiolowy ruch, który wyprowadza czlowieka poza niego, niezbedna jest dluga i zmudna praca. W tym wypadku joga uczy, jak poprzez opróznienie umyslu ze wszystkich obrazów mozna poskromic wszelki gwaltowny ruch. W ten sposób ów nadmiar energii zostaje sprowadzony z powrotem do siebie /4. Natomiast celem Sankhji jest to, by te energie, która powróci do siebie, swiadomie skierowac ku zyciu zewnetrznemu; to znaczy, ze powinna ona stac sie otwarcie czynna, nie zaklócajac ani wewnetrznej, ani zewnetrznej prakryti. Dzieki temu oczyszcza sie energie zyciowa, która zamienia sie w energie twórcza. Oczywiscie ten stan nie moze trwac dluzej niz kilka minut, po uplywie których znowu pojawia sie zwyczajny czlowiek, z jego ciagiem nawykowych reakcji nalezacych do gry przejawiania.
Ta chwila oswiecenia (sattva) - i jest to wlasciwe slowo, nawet jesli owa chwila trwa bardzo krótko - jest zarówno spojrzeniem w glab siebie, jak i na zewnatrz siebie (swadrsti). Symbolicznie mozna by ja porównac do przeszywajacego spojrzenia Puruszy skierowanego w glab siebie, jak równiez na otaczajaca go czynna Prakryti. Zaakceptowanie Prakryti w jej calosciowosci oznacza czysta sahadze. Wykraczanie poza "lubie i nie lubie" w sposób lagodny umozliwia modyfikacje gestosci poszczególnych wewnetrznych jakosci (guna) nizszej prakryti i wskazuje sciezke, która mozna dotrzec do wyzszej Prakryti.

Naucz sie z wlasnej woli powracac do tego, co jest w tobie zasadniczo prymitywne, dokladnie zamaskowane i ukryte w sferze instynktu, intuicji i seksu. Ten swiadomy powrót wywola nieoczekiwane reakcje i spowoduje wybuchy calej niecierpliwosci, jaka w tobie drzemie. Gdybys byt drzewem, one bylyby galeziami wychodzacymi z tego samego pnia. Nie mozna obciac jednej galezi, nie uszkadzajac przy tym calosci; obciecie kilku galezi spowodowaloby smierc calego drzewa. Wszystkie galezie tworza razem sklepienie listowia.
Na wietrze listowie jest w harmonii z calym lasem. To w listowiu ptaki wija gniazda i spiewaja. Niechaj ten obraz pomoze wam w praktykowaniu duchowej dyscypliny, nawet jesli okaze sie ona bardzo ciezka. Jezeli ciagle tkwi w was cos ciemnego, znaczy to, ze gdzies w srodku nadal jestescie
czyms zwiazani, tak samo jak w drzewie znajduja sie seki, które utrudniaja przeplyw soków.
Mozecie przyswoic sobie idee i uczynic, ze stana sie waszymi wlasnymi. Mozecie swobodnie wyrazac je na rózne sposoby. Oto czego moze dokonac tkwiaca w was sila. Jesli moge wam pomóc w odnalezieniu waszej
mocy, to jedynie droga sugestii. Jesli otworzycie sie i odkryjecie, kim jestescie, to sprawicie mi radosc.
Oczekuje was wielka tapasja (tapasya). To slowo oznacza czyjas asceze i dobrowolna dyscypline.
Wyrazenie "dobrowolna dyscyplina" laczy w sobie dwie idee: ciepla i swiatla. Niewatpliwie oznaczaja one energie twórcza i madrosc, tak czesto opisywane wspólnie w Upaniszadach jako pierwszy przejaw potrzeby twórczej. Jedna z Upaniszad mówi nawet o promieniowaniu pozbawionym jakichkolwiek specyficznych cech, to znaczy pozbawionym formy (aliriga).
Prawdziwa tapasja oznacza zjednanie sie z moca twórcza Prakryti. To przybliza nas do Wielkiej Przyrody, takiej jaka ona naprawde jest. Dobrowolnie porzuca sie wszystko to, co sie nagromadzilo, co zostalo nabyte, i powraca do tego, co jest proste i wrodzone. Zarówno umyslowa, jak i fizyczna asceza, której poddaje sie wielu poszukujacych, to tylko niezreczny srodek stosowany przez nieswiadome dusze pragnace osiagnac ów calkowicie naturalny cel.
Pozwól promieniowac swojej mocy i niech to promieniowanie stanie sie twoja dyscyplina. Uslysz w sobie oddzwiek tego przywolania i bez jakiegokolwiek napiecia miej odwage zanurzyc sie w glebi wlasnej duszy. Nie sluchaj wyszukanych stwierdzen róznych madrali, którzy ucza z pompa i ostentacja.
Rozumiana w ten sposób tapasja oznacza ciagly rozwój nieograniczonej intuicji. Istnieja dwa rodzaje tapasji. Pierwszy, gdzie zawsze mówie "tak", czyli Tantry, i drugi, gdzie zawsze mówie "nie", czyli Wedanta. Czlowiek prawdziwie poszukujacy, który mówi "tak", to urodzony poeta; on czuje obowiazek przelozenia wszystkiego na podniosle mysli i jezyk. Jego poezja odgrywa role nauki przemienienia.
W sahadzy istnieje bliski zwiazek miedzy baulem i sufim, przy zalozeniu, ze "podziemny strumien" zycia duchowego pozwala kazdemu z nich uchwycic umyslem tajemnice i przezyc ja we wlasnym swietle.
Kiedy czlowiek usiluje opisac hinduizm za pomoca kregów i cykli, a sufizm za pomoca czterech stopniowan, to od razu zaczyna sie gubic. Natychmiast wkracza w swiat podzialu i klótni.
Jak to mozliwe, ze sufi odkryli tresc Upaniszad - te opiewana przez nie wolnosc - mimo ze wiekszosc z nich wcale ich nie zna? Aby przeniknac w glab poznania, kazdy powinien w wyznaczonym mu czasie rozbic skorupe, w której sie znajduje; tak jak w pelni uksztaltowane piskle, które pragnie przezyc swoje wlasne zycie, musi wydostac sie ze skorupy jaja.
Na koncowym etapie nie istnieje juz zadna dyscyplina, lecz jedynie nieprzerwana swiadomosc bycia. Jesli cale bycie zanurzy sie w sahadzy (sufi uzylby tu slowa fana), to ja "wiem", jak bez zadnego wysilku ustanowiony zostaje we mnie prad wlasciwej relacji, który rozpuszcza wszystko to, co falszywe lub co stanowi przeszkode w mojej relacji z samym soba i z innymi ludzmi.
Baulowie i sufi krocza w zyciu ta sama sciezka i pija z tego samego wieczystego zródla; sa ponad wszelkiego rodzaju sekciarstwem. Nie praktykuja zadnego formalnego wtajemniczenia, jednakze mówia o dwóch jego rodzajach.
Jedno porównuje sie do slonca, które dotyka paka kwiatu i zaprasza go do otwarcia sie. Moc przeplywa z mistrza na ucznia bez rytualu, bez slów; po prostu przez promieniowanie. I to wszystko. Pak kwiatu zachowuje cala swoja indywidualnosc.
Drugie, na jeszcze wyzszym poziomie, przyrównywane jest do slonca pochlaniajacego rose. Mistrzowi wystarcza jedno spojrzenie, by rozpoznac prawdziwego ucznia, niezaleznie czy jest baulem, czy sufim. Jego wzrok chwyta w lustrze odbicie bycia ucznia; wtedy oczy Mistrza i ucznia zamyka-ja sie. Mimo to istniejacy miedzy nimi prad bedzie nadal wieczyscie plynal. To wlasnie nazywa sie procesem nasycenia.
Jednakze nadchodzi czas, gdy Mistrz staje sie przeszkoda w rozkwitaniu ucznia. Znika zarówno kult osoby, jak i kult oddania dla idei. Pojawia sie pytanie: "Dlaczego jestem posluszny?" Odpowiedz brzmi:
"Guru guru mojego guru podaza przede mna ta sama sciezka. Czy moge dotrzec do zródla sam, nie korzystajac z zadnych posredników?"
Oto poczatek dlugiej, nie wypowiedzianej i skladajacej sie z wielu bolesnych etapów wojny przeciwko guru. Prawdziwy guru jest swiadom tej walki. Uwaznie przyglada sie bezladnym ruchom ucznia. Jego dobroc jest tak wielka, ze rozmawia on ze swoim uczniem o tym, który podaza na przedzie i o Prawach pracy nad soba; jednoczesnie nie robi nic, co mogloby oslabic rozpoczeta walke.
Na koncu tego etapu, w momencie gdy uczen wreszcie otwiera oczy swojego serca i rozumie, ze zbladzil, pojawia sie sahadza. Nawiazujac do tego, Keszab Das powiedzial: "Odkrywam, ze jestem tym, kim bylem; ale miedzy nami dwoma istnieja wylacznie komplikacje. Teraz, widze..."
Celem jest Prawda, dzieki której mozna postrzegac jednosc wszystkich rzeczy. Ta prawda jest sahadza.
Mistrz baula lub sufiego niczego nie naucza wprost; jedynie droga sugestii inspiruje swojego ucznia. Po przejsciu przez wtajemniczenie uczen czuje, ze jakas sila ciagnie go do przodu; jednakze posród wszystkich zyciowych komplikacji zawsze sam bedzie musial sie zmagac z otaczajacym go swiatem.
Moja jedyna ambicja bylo to, by nauczyc sie mówic bez slów, stac sie dymem unoszacym sie z ognia, którego inni nie widza, albo dzwiekiem muzyki, której inni nie slysza. Zajeto mi to piecdziesiat lat. Mój umysl zawsze wypelnialy dwie idee. Pierwsza z nich, to stac sie podróznikiem, który podaza szlakiem majac jasno okreslony cel: dotknac Boga i sluzyc mu. Druga to idea ekspansji: umiec ulatniac sie jak gaz, bez zadnego przeznaczenia, albowiem ryszi powiedzieli: "Ci, którzy osiagneli czyste Istnienie (sat), staja sie Jednym".
Przychodzi do mnie tylu ludzi, którzy pragna jedynie stów! Jesli nic nie mówie, to czuja sie zawiedzeni. A wiec mówie do nich w sposób poetycki; to na jakis czas daje im zajecie.
Ale gdzie sa ci, którym móglbym powierzyc w zyciu zadanie, jedno jedyne zadanie, które wyrazaloby ich duchowy zapal? Jesli nie jestes oraczem, to co wiesz o oraniu? Jesli nie jestes czlowiekiem czynu, to co wiesz o zadaniu, które nalezy wypelnic? W rozsadniku mysli dzialanie, modlitwa i medytacja wspólistnieja w doznaniu bycia; dzialanie zas nie jest tym, co uczynili z niego ludzie - czyms subiektywnym, zaklamanym i bardzo oddalonym od centrum bycia.
Czyz nie wiesz, ze cale stworzenie rodzi sie z dzialania? Zycie jest takze dzialaniem. Zycie moze stac sie uznaniem "Czlowieka w swiatyni serca" i sluzeniem mu w sposób doskonaly.




________________________________________
___________________________


SANKHJA

SANKHJA jest przede wszystkim praktyczna filozofia przekazana przez Kapile, który zyt w odleglej przeszlosci.
Sankhja wyjasnia pojecia "Purusza-duch" i "Prakryti-przejaw" reprezentowana przez "Wielka Przyrode". Ta ostatnia przejawia sie w sposób mechaniczny tak jak wszystkie rzadzace nami Prawa kosmiczne.
Wiem, jak trudno jest ukazac glebokie wartosci duchowe. Dlatego mysle, ze najlepszym ogniwem laczacym to, co istnieje poza, z rzeczami tego swiata, jest psychologia praktyczna. Psychologia uzywa powszechnie znanego jezyka.
Sankhja jest jedyna filozofia religijna, która posluguje sie jezykiem psychologicznym, a wiec jezykiem naukowym. Wszystko mozna wytlumaczyc z punktu widzenia Sankhji, która stanowi podstawe buddyjskich pitak/5, jak równiez przykazan sufich. Sankhja w nie wiekszym stopniu niz Upaniszady zajmuje sie obrzedami i dogmatami.
W zadnej sferze nie istnieje nic, co na drodze dedukcji nie daloby sie wyprowadzic od wyzszego Prawa. Nadchodzi czas, kiedy nalezy podporzadkowac sie temu procesowi dedukcji. Ów proces to czysta Sankhja; to nieuchronne zstapienie w Prakryti zachodzace pod wplywem wywieranego z góry nacisku wielkiej Woli. Poczawszy od tego momentu wszystko zaczyna dzialac w sposób mechaniczny i wyzsza inteligencja (buddhi), dusza, ego, wszystkie centra istoty ludzkiej - kazde obdarzone wrodzona inteligencja. Mechanicznosc pojawia sie w chwili, w której ustalaja sie polaczenia miedzy róznymi poziomami bycia, to znaczy wewnetrznymi narzadami postrzegania (indryja) lub zmyslami, ich elementami skladowymi (bhuttta) oraz gestosciami.
Kiedy "ten, który wie", dobrowolnie zstepuje, docierajac do najnizszego punktu, czyli nadiru, jego bycie staje sie promieniste. W tym momencie swiadomie wkracza on w dyscypline calkowicie swiadomego ruchu, który prowadzi do góry.
Mezczyzna jest z natury indukcyjny; po omacku znajduje droge i slepo podaza naprzód. Z kolei kobieta jest z natury bierna w sposób czynny, poniewaz jej zadanie polega na stworzeniu dziecka. Z niej rodzi sie maz i ojciec. Od niej pochodza wszystkie przejawy, umysl, dusza, zycie, materia. Pod tym wzgledem jest ona "Boska Matka", podstawa, z której rozpoczyna sie powolna wspinaczka do zródla.
W Bhagawatapuranie/6 powiedziano, ze w czasie, kiedy Sankhja dotarta na ziemie, pierwsza skorzystala z niej kobieta. Ta kobieta, która nazywala sie Dewahuti reprezentuje wyzsza Prakryti. Dewahuti urzeczywistnila owo poznanie az do samych jego granic. Podobno, odrzuciwszy wszystko, co nie bylo czystym i swietlistym ,Ja", wedrowala zupelnie naga na lonie natury, promieniujac swiatlem. W chwili smierci z wlasnej woli przeksztalcila sie w niewyczerpana rzeke, aby w ten sposób nawodnic cala ziemie i setkom tysiecy istnien pozwolic na zaspokojenie ich pragnienia poznania.
Duchowa nauka Sankhji moze uczynic swietym czlowieka, który nie ma juz zadnej wiary w Boga ani w siebie.
Z poczatku Sankhja wydaje sie przerazajaco oschla i pozbawiona milosci, poniewaz odsuwa calkowicie na bok zarówno wyobraznie, jak i wszelkiego rodzaju emocje. Ale kiedy wewnetrzne bycie odzyska utracona równowage odkrywajac zarazem równowage, której nigdy do tej pory nie czulo, to czerpie wtedy pokarm z czystej milosci; która nie ma juz swego zródla w ludzkiej milosci.
Adept Sankhji odnajduje punkt oparcia we wlasnej postawie wewnetrznej, w swiadomym wysilku wlozonym w zrozumienie "tego, co jest". Aby dojsc do tej postawy, korzysta ze wszystkiego, co odkryl, ze wszystkiego, czego doswiadczyl do chwili rozpoczecia wlasnego poszukiwania. Materialu dostarczaja mu wydarzenia z jego zycia; one poszerzaja plaszczyzne jego swiadomosci, wprowadzaja harmonie w reprezentowanym przez niego mikrokosmosie i ukazuja relacje miedzy znanym mu a nie znanym wszechswiatem, który go otacza. Nawet jesli nie moze odwolac sie do modlitwy czy prosby, to dysponuje postawa pelna otwartosci. Zadaje pytania i obserwuje. Szuka wewnatrz siebie znajomego doznania, aby móc stanac w obliczu doskonalego i absolutnego Prawa kosmicznego, które mu sie objawia. Wie, ze to dzieki pokonywaniu przeszkód wewnetrzne bycie podejmie nowy wysilek majacy na celu uzyskanie szerszego poziomu swiadomosci. Zachowanie otwartosci wymaga czujnej uwagi i ogromnej pracy polegajacej na gromadzeniu wszystkich szczególów do czasu, az zacznie sie jasno postrzegac pierwsze z nich. Takie zycie jest przezywaniem modlitwy.
Ponizszy przyklad, pochodzacy z tekstu tantrycznego, tak to formuluje:

Pozwól, by twoje cialo stalo sie twarde jak suche drzewo. Wtedy twoja wewnetrzna szczesliwosc (rasa) bedzie przypominac slodki syrop. Niechaj ogien twojej duchowej dyscypliny (sadhana) oczysci ten syrop, az stanie sie zgeszczonym cukrem; poczatkowo ten zgeszczony cukier bedzie brazowy, ale w koncu zrobi sie przezroczysty jak skalny krysztal. Niechaj twoja wewnetrzna szczesliwosc przypomina skalny krysztal; wówczas twoja milosc bedzie czysta jak milosc Kryszny.

Na to, by móc zaznac tego doswiadczenia, istnieja dwa sposoby odpowiadajace przeciwstawnym poziomom. W pierwszym wypadku, cialo fizyczne uzywa srodków pobudzajacych i narkotyków. W drugim, cialo duchowe w sposób swiadomy coraz bardziej sie oczyszcza i w pelni swiadomosci osiaga scisle okreslone etapy uwewnetrznienia. Ta swiadoma jasnosc bedzie wówczas nieprzerwana jak biegnace po ziemi slady gasienicy.
Nastepnie osiaga sie etap poznania; takiego poznania, które samo siebie szuka i stopniowo siebie odkrywa. W najwyzszym punkcie, po bardzo delikatnym dostrojeniu, to poznanie staje sie prawdziwym wspól-czuciem lub czysta, obiektywna miloscia.
W Wedancie i dla wedantysty, jesli szczesliwosci nie osiaga sie wtedy, gdy wszystkie centra bycia znajduja sie w stanie zupelnej biernosci, to prowadzaca w góre sciezka oznacza jedynie wyrzeczenie i frustracje. Wedanta zaprzecza istnieniu wszelkiej rzeczywistosci, natomiast dyscyplina Sankhji uznaje, ze wszystko jest rzeczywistoscia (sat). W prakryti, która z natury jest mechaniczna, nalezy rozpoznac trzy gestosci - materie, energie i ducha - i wykroczyc poza nie, aby w koncu osiagnac kosmiczna sile, w której sa one zawarte. Wyzsza rzeczywistosc albo czyste Istnienie (sat), wykraczajace poza przejawianie sie, wyraza sie w jednosci tych trzech gestosci. Za nia znajduje sie Purusza.
Istotnym warunkiem zachowania tej dyscypliny jest moznosc wchlaniania, które nieustannie rosnie az do momentu, gdy stanie sie ono calkowite. Na poczatku wszystko wydaje sie ciezkie i nieprzezroczyste, tak jak bryla ziemi, a nastepnie, w miare jak poszerza sie rozumienie, powoli zaczyna jawic sie jako czysty skalny krysztal.
Szczesliwosc duszy (vilffsa-vivarta) jest stanem, w którym to, co nie-rzeczywiste staje sie rzeczywiste i na odwrót.
Chrzescijanin naraza sie na tej drodze na trudnosci, poniewaz musi brac pod uwage "grzeszne cialo", które bardzo duzo wazy. Dlatego wyznacza sobie punkt oparcia przed soba, w Bogu, który daje mu sile i pocieszenie. Chrzescijanin modli sie, wznosi blagania i sklada dziekczynienie. Jest czcicielem (bhakta) przed obliczem swojego Pana (Isztadewaty). Hindusi w ogromnej wiekszosci to takze czciciele.
W Sankhji naucza sie kilku tematów do medytacji, które pochodza z czasów Wed.
Jednym z nich jest, na przyklad, idea przeciwstawnych par: zenit-nadir (to, co w górze i to, co na dole) czy tez Purusza-Prakryti, para, która obrazuja graficznie dwa punkty polaczone linia prosta biegnaca pionowo od zenitu do nadiru. Natomiast w trakcie zywego doswiadczenia, podczas medytacji, czlowiek postrzega, ze jest calkiem inaczej. W rzeczywistosci dwa bieguny zenitu i nadiru nie sa przeciwstawne, lecz polaczone w ciaglym ruchu, który rozpoczyna sie od zenitu, potem zatacza ogromne pólkole po prawej i dociera do nadiru znajdujacego sie na dole krzywej. Po przeniknieciu przez nadir, ten sam ruch ponownie kieruje sie w strone zenitu w góre po lewej, tworzac identyczne pólkole jak to po prawej stronie. W ten sposób powstaje obraz duzego, okraglego naczynia, na którego dnie znajduje sie nadir.
Energia, która opada z zenitu, jest w pelni swiadoma swojego ruchu. Ona z cala moca sie koncentruje i lamiac wszelki napotkany na drodze opór, przenika do wewnetrznego bycia, które widzac jej nadejscie, ukrylo sie, a nastepnie trzy i pól raza zwinelo w nadirze. Ten zwój reprezentuje to, co ta energia musi rozerwac.
Guru Sankhji objasnia ten stan nastepujaco: energia przebija sie przez ciemna noc dopóty, dopóki owa energia nie stanie sie bezwladna i pozbawiona reakcji. W tym wlasnie momencie energia w pelni jednoczy sie z ciezka materia.
Potrójny zwój znajdujacy sie w nadirze prakryti wyobraza trzy rózne, dopelniajace sie jakosci (guny) samej prakryti. W ruchu opadajacym biel (duch), czerwien (energia) i czern (materia) podazaja za soba w takim porzadku jak kolory podczas zachodu slonca. W ruchu ponownie wznoszacym sie do góry w kierunku zenitu kolory podazaja za soba w takiej samej kolejnosci jak podczas switania: czern (materia), czerwien (energia) i biel (duch).
Znajdujace sie na koncu trzech zwojów gun ostatnie pól zwoju w trakcie calego procesu opadania bylo miejscem, w którym ukrywala sie czyn-na swiadomosc Puruszy. Reprezentuje ono ostatnia redute indywidualnosci-ducha, dzieki któremu mozliwe jest ponowne wznoszenie sie.
Jest to obraz zdobywcy, który swiadomy czekajacej go drogi, smialo przenika przez ciemnosc ciezkiej materii i jej gestosci, aby dotrzec do samego serca prakryti. Zanim ukonczy swój bieg, musi jeszcze przelamac ostatnie pól zwoju prakryti, które go powstrzymuje. Tylko wówczas wyjdzie z tej walki zwyciesko.
Przez caly czas swiadomego, dobrowolnego, prowadzacego az do nadiru opuszczania sie w ciezar ludzkiego ciala jasne widzenie pozwala nam dostrzec, jaka bedzie biegnaca od nadiru w góre sciezka - poniewaz kolejne stopnie i etapy zstepowania sa analogiczne do tych przy ponownym wstepowaniu.


Inny temat do glebokiej medytacji stanowia trzy guny, które widzi sie tak, jakby tworzyly ulozone warstwowo koncentryczne powierzchnie. Tak wiec otrzymujemy tutaj obraz czterech rozgraniczajacych je koncentrycznych przegród; ta, która wyznacza powierzchnie zajmowana przez materie, znajduje sie na zewnatrz, te, które wydzielaja powierzchnie dla energii oraz ta najblizej srodka, okreslajaca powierzchnie zajmowana przez ducha, polozone sa wewnatrz. Przestrzen w srodku reprezentuje strefe doskonalego spokoju, Pustke.
Kiedy postrzega sie doskonaly spokój przestrzeni wewnetrznej, zanika obraz koncentrycznych powierzchni i w tym momencie bardzo subtelnie doswiadcza sie faktu istnienia; to tak, jakby stan czynnej swiadomosci porównac do cienkiej smugi swiatla, która jednoczesnie wypelnia niebo. W efekcie doznajemy wszechobejmujacej plynnosci wzdluz kregoslupa. Jest to doznanie bardzo delikatnej, unoszacej sie z dolu, wibrujacej materii. Przypomina ono promienistosc swiatla wypelniajaca przestrzen.
Trzy guny stanowia o równowadze Puruszy. Bez wzgledu na to, co sie dzieje, zawsze zachowana jest równowaga miedzy jakosciami i substancjami, z których skladaja sie guny. Guny zawsze poruszaja sie w tym samym porzadku, to znaczy od materii (tamasu) do energii (radzasu), a potem do ducha (sattwy); albo w odwrotnej kolejnosci: od ducha (sattwy) do energii (radzasu), a nastepnie w dól do materii (tamasu). Podczas wschodu i zachodu slonca mozna poczuc w sobie bardzo delikatna zmiane gestosci i przejscie od jednej do drugiej jakosci; mozna wtedy ujrzec, jak jeden kolor przechodzi w drugi. Dlatego tez, zgodnie z tradycja, sa to chwile, kiedy guny tworza tlo i poddaja temat do medytacji.
Istnieja dwie Sankhje: pierwsza jest filozoficzna, druga - mistyczna. Filozoficzna Sankhje, sformulowana przez Iswarakryszne (Isvarakrsna)/7, uznaje sie w Indiach za podstawe systemu myslenia, które wskazuje zarówno joginowi, jak i anachorecie prowadzaca w góre sciezke duchowego poszukiwania. Jest to filozofia gleboce negatywistyczna, która wywarla wplyw na cale zycia w sredniowiecznych Indiach. I to wszystko, co na Zachodzie wiadomo na temat Sankhji.
Jednakze ta sama Sankhja jest równiez mistyczna sciezka, która niczym relikwie przechowywano w Wedach i Upaniszadach i która po uplywie stuleci znalazla swój pelny i przejrzysty wyraz w Puranach i Tantrach -zwlaszcza w swietych pismach z pózniejszego okresu. Mozna rzec, ze cala tantrycka droga zycia to Sankhja, której zródlo odnajdujemy w najstarszych wedyjskich strofach.
Na tej drodze nie zaprzecza sie istnieniu swiata. Uznaje sie zasade najwyzszej blogosci (ananda), nadajac jej inna nazwe, samprasada, co w Upaniszadach oznacza stan "snu bez snienia"; snu, w którym wewnatrz czlowieka budzi sie duch. Nie istnieje tam nic, co mogloby czegokolwiek doswiadczyc. Jest tylko spokojna radosc, która moze sie przeniesc do stanu jawy. Zamiast uciekac od bólu, doswiadcza sie go jako uscisku Kali, która obejmuje lezacego pod nia Siwe. Tantry okreslaja to technicznym terminem wpantarati (odwrócony coilus), w którym Purusza biernie przyjmuje od czynnej Prakryti nawet smierc i zniszczenie. Zlo i ból, od których wytrwale odwraca sie negujaca swiat Wedanta, przemieniaja sie tutaj w blogosc.
Niemniej mistycy dodali jeszcze cos wiecej do swojego doswiadczenia. Poczuli, ze dla urzeczywistnionej duszy cierpienie jest jedynie drobna fala w strumieniu blogosci. Dlatego Sri Ramakriszna mógl powiedziec:

Wszystko jest sat-czit-ananda. Nawet moje cierpienie to zaledwie fragment doswiadczenia istnienia, stanowiacy znikoma czesc calosciowego doswiadczenia "bycia" w uswiadomionej sobie blogosci.

Odwolujac sie do tego glebokiego doswiadczenia, wlaczona do zycia Sankhja - tak jak to ma miejsce w Bhagawadgicie - postrzega troistosc Prakryti, a wiec: nizsza prakryti (apara), wyzsza prakryti (para) i najwyzsza Prakryti, czyli nasza wlasna (paroma lub swya).
Filozoficzna Sankhja zajmuje sie wylacznie nizsza prakryti, która stanowi jedynie zbiór wymieszanych i tworzacych stale nowe polaczenia jakosci sattwy, radzasu i tamasu - przy czym jedna z nich musi bezwzglednie przewazac. Ale moze istniec takze czysta jakosc (suddha sattva), nie tknieta ani nie skalana przez radzas lub tamas. To wlasnie bylaby ta najwyzsza Prakryti, o której wielokrotnie wspomina sie w literaturze tantrycznej i puranicznej. Owa idea czystej sattwy wiedzie prym wsród wszystkich praktycznych filozofii hinduskich mistyków.
Ta czysta jakosc to nic innego, jak wieczna blogosc (nieobecna w radzasie) i wieczne oswiecenie (nieobecne w tamasie), które wspól-istnieja w duchowym byciu. Na tym polega cala idea sat-czit-anandy, wspólna mistycznym filozofiom Sankhji i Wedanty.
Widznianabhikszu, wielki mistrz szkoly Sankhji z XV wieku, pozostawil nam nastepujaca metafore odnoszaca sie do Puruszy i Prakryti:

Prakryti to zona Puruszy; jest bystra i drazliwa. Dlugo nie daje Puruszy spokoju, az w koncu on znekany mówi: "Odchodze, rób, co d sie podoba!" A wtedy Prakryti cala we lzach biega za swoim mezem, próbuje go prze-blagac, nie odstepuje go na krok...

Oto dwa sposoby podejscia do Prakryti: zanim zdamy sobie sprawe, czym ona jest, i po tym. Najblizsze nam kosmiczne Prawo mówi: "Kiedy odsuniesz sie od prakryti, wszystko bedzie ci posluszne".
Swami Rama Tirtha/8 przekazal nam inny obraz:

Kiedy odwracasz sie plecami do slonca, twój cien znajduje sie przed toba. Mozesz próbowac go zlapac, ale to ci sie nigdy nie uda. Wystarczy jednak, ze obrócisz sie twarza do slonca, a twój cien od razu znajdzie sie za toba. Jesli sie ruszysz, on za toba podazy. Mozesz sprawic, ze pójdzie tam, gdzie zapragniesz. Slonce jest prawda, a Prakryti cieniem.

Z latwoscia mówimy o zmianach zachodzacych w naszej swiadomosci i o poszerzeniu naszego rozumienia, ale poniewaz materia ciala jest ciezka, znacznie trudniej jest nam cos powiedziec o porzadkowaniu naszej relacji ze swiatem. Liczne powloki ciala (kosa) nie sa jedynie zludzeniem, jak to czesto bywa z powlokami umyslu.
Purusza w niczym nie moze nam pomóc, poniewaz jestesmy niewolnikami prakryti. Purusza znajduje sie poza czasem i poza granica naszego rozumienia, natomiast prakryti istnieje w czasie. Jest to suma jakosci (gun), które mozemy zmierzyc, oraz suma ruchów i wrazen (samskara) wszystkich jakosci skladajacych sie na nasze zycie. Podczas gdy Purusza jest blyskiem postrzegania, prakryti dziala w mechanizmie stanowiacym calosc.
Pomiedzy nimi Purusza sklada ofiare i z czasem przybiera forme. Tak mozemy na przyklad postrzegac wysilki Buddy. Jesli stosujac nasza skale mówimy o jego wysilkach, to postrzegamy cos. Ale co?
Istnieje scisle okreslona relacja miedzy prakryti - która porusza sie spontanicznie i mechanicznie, zawsze zataczajac kola - a znajdujacym sie poza czasem Purusza, który jedynie przyglada sie temu, co sie dzieje. W zyciu duchowym ten stosunek pojawia sie w okreslonym momencie, w którym dobrowolne wylaczenie sie powoduje zerwanie wiezów ustanowionych przez prakryti. W zyciu Buddy okres wylaczenia sie przypada na poczatkowy okres jego praktyk ascetycznych. Potem, obserwujac z daleka, co sie dzieje, Budda nabiera coraz wiekszego zainteresowania gra, w której sam juz nie bierze udzialu, jednakze dostrzega najdrobniejsze bledy kazdego z jej uczestników. Nastepnie, nie ingerujac bezposrednio w gre, a jedynie poslugujac sie wlasna sila duchowa, przynagla ich, zeby tak jak on staneli z boku i takze przyjrzeli sie grze. W ten sposób we wlasciwym czasie stwarza im szanse zobaczenia prakryti, od której sie odsuwaja, tak jak on ja widzi. Opisana tu subtelna energia stala sie aura Buddy; jest nia po prostu przeksztalcona i oswiecona nizsza prakryti.

Prowadzac aktywne zycie duchowe czlowiek postepuje wylacznie na zasadzie negacji. U chrzescijan ta nieustanna negacja stala sie rezygnacja. Nie wolno nam zapominac, ze podczas gdy w hinduizmie nie ma poczatku ani konca, to w chrzescijanstwie takze nie ma konca, ale jest poczatek. Droga milosci (bhakti) wystepuje zarówno w postawie polegajacej na zaprzeczeniu, jak i w postawie pelnej rezygnacji.
Sciezka prowadzaca do osiagniecia "boskiej duszy" jest niezwykle dluga i wiedzie nad przepascia rozciagajaca sie po obu stronach. Ów stan "boskiej duszy" dany jest tylko nielicznym, a mimo to zawsze podlega on Prawom wszechmocnej i dzialajacej w sposób mechaniczny prakryti. Nawet sam Jezus Chrystus zostal ukrzyzowany; nic nie bylo w stanie zapobiec dzialaniom uruchomionym przez prakryti, która na naszym ludzkim poziomie dziala dokladnie tak samo i z równym nieprzejednaniem, jak kosmiczne Prawa.
Prakryti obejmuje wszystko, co istnieje. Jest boskim lonem wszelkich przejawów. W prakryti obserwujemy trzy stopnie:


1. Wszystko, z czego jestesmy zbudowani: dusza, rozum, ego, zycie, umysl i zwierzeca materia naszego ciala.

2. Zasada mozliwej ewolucji na wszystkich plaszczyznach naszego psychicznego i fizycznego bycia.

3. Boska energia (siakti) przejawiajaca sie w swoich najbardziej subtelnych elementach.

W pewnym sensie wszystko jest materialnoscia. W Wedach slowo tanu oznacza cialo, a takze wszystko, co dotyczy wcielania; zas slowo atman oznacza ducha oraz wszystko, co ma zwiazek z jego energia lub zyciem. Tych slów uzywa sie zamiennie; jedno nieustannie zastepuje drugie, poniewaz oba wyrazaja te sama materialnosc. Nie ma róznicy miedzy duchem a materia; to jedynie kwestia róznych gestosci.
O rozzarzonym do bialosci kawalku wegla nie da sie powiedziec, czy jest to plonaca materia, czy tez pek plomieni symbolizujacych ducha. Mamy tutaj do czynienia ze zjawiskiem przeistoczenia sie dostrzegalnym w samym sercu duchowego doswiadczenia.
Istotna cecha Indii jest to, ze tam nigdy niczego sie nie odrzuca. To, co kiedys bylo prosta wedyjska ofiara, w ciagu stuleci przeksztalcilo sie w niezwykle zlozony obrzadek przypominajacy indyjskie drzewo banjan, które jednoczesnie zapewnia oslone swiatyni, meczetowi, daje schronie-nie swietemu, bandycie, wiernym, zwierzetom; drzewo, pod którym gromadzi sie nawóz. Jest to prawdziwa dzungla, w której latwo jest sie zgubic. Mozna w niej odnalezc "i to, i tamto, a takze Owo".
Stad bierze sie nagromadzenie przedmiotów w swiatyniach hinduskich. Z chwila zaakceptowania idei formy (rupa) niczego juz nie mozna odrzucic. Kto potrafi zadecydowac, co jest prawdziwe, a co falszywe? Wszystko jest jednakowo wazne i na równi godne uwagi. Kazda forma ma nazwe (naman) i znaczenie. Tak samo jest na kazdym innym poziomie.
W tym "zbyt duzo" tkwi pewna wewnetrzna logika, a logika bardzo daleko odbiega od tego, co Boskie. W obrzedach najwazniejsze staly sie formy, które wyparly ducha. Czlowiek bardzo zrecznie igra z materialnoscia, nie bedac swiadomy mechanicznosci prakryti i nie zdajac sobie sprawy, ze on sam jest jej niewolnikiem.
Nie mozna zmienic biegu prakryti, która podaza swoja droga wedlug okreslonego planu istniejacego w porzadku rzeczy uniwersalnych i zgodnie z niezmiennymi Prawami, których ona sama nie zna. Zna bowiem tylko wlasne prawo. Swoja prace wykonuje znakomicie i bezblednie. Energie ulegaja coraz to dalszym podzialom, az do momentu, w którym pokarm zostaje dostarczony komórkom naszego ciala. Energie przenikaja do serca i do kazdej kropli krwi. Wtedy cialo staje sie wyrazem "Owego".
Ludzie sa ciskani i unoszeni przez fale, od której nie potrafia sie uwolnic; moga jednak poplynac w kierunku pieczary serca. Tam znajduje sie siedziba nieporuszonej swiadomosci. Wtedy dla tych ludzi ruch fali zamiera, poniewaz zwrócili uwage na inny porzadek rzeczywistosci. W pieczarze serca dotykaja tego, co niezmienne. Ten proces nalezy sledzic kierujac spojrzenie do wewnatrz, czujac pulsacje zycia. Znany jest zwiazek miedzy pulsacja zycia a ruchem zewnetrznej fali; tak samo wiadomo, ze istnieje relacja miedzy pulsacja zycia i nieporuszona swiadomoscia. Ów ruch
nigdy nie ustaje. Nagle zatrzymanie oznaczaloby smierc. Dopóki jestesmy zanurzeni w prakryti, w samych sobie i w zyciu, dopóty ona nami rzadzi;
rzadza nami jej ruchy, nagle skoki i kosmiczne rytmy. Bez wycofania sie w glab siebie nie mozemy sprawowac kontroli nad nasza prakryti.
Patrzac z zewnatrz nie da sie powiedziec, czy kierowca pojazdu ma nad soba kontrole. Jesli tak, to gdy postanowi sie zatrzymac moze to zrobic. Wie, ze to dzieki niemu poruszaja sie kola pojazdu. Sprawuje kontrole nad wlasna prakryti, która z kolei odgrywa role w rozleglejszej Prakryti. Ta ostatnia jest polem dzialania wielkich kosmicznych Praw.
Nieustanne odreagowywanie Wielkiej Przyrody na Purusze odbywa sie na dwa sposoby: albo pozostaje ona w centrum ruchu, nie dajac sie przeciagnac na jedna lub na druga strone, albo podaza za ruchem do samego konca. W obu wypadkach nalezy zwrócic sie w kierunku Pustki, która jest zarówno poczatkiem, jak i koncem wszystkich rzeczy.
Swiadoma energia (siaka) wymaga nieustannego wzrostu, który jest rzeczywisty, nawet jesli wydaje sie pochodzic z ciemnosci (tamasu) i nie jest widoczny. Owa energia przechodzi przez rozpalony do czerwonosci zar czynnego impulsu (radzas), aby nastepnie dotrzec do bieli rozrzedzonego stanu (sattwy). W zyciu ta biel oznacza stan przebudzonej swiadomosci.
A zatem powinnismy krok po kroku przenosic sie z plaszczyzny gestej materii na plaszczyzne przebudzonej swiadomosci, a nastepnie powrócic do ciezkiej materii, zachowujac w sobie - mozliwie jak najdluzej - ciagle i wlasciwe doznanie. Nieustannie niepokoja nas z zewnatrz liczne wstrzasy, które wywoluja w nas albo pragnienie ujrzenia Boga i doswiadczenia chwili oswiecenia, albo udreke smierci panoszacej sie w ciemnosciach i powodujacej stan glebokiej depresji. Brzask symbolizuje przejsciowa moc siaka. Jest to swiatlo, które zaczyna promieniowac w sercu ciemnej nocy.
Woznica ciagnietego przez woly wozu siedzac na kozle widzi dwa duze drewniane kola, które obracaja sie jednoczesnie. Jedno z nich to zycie,
drugie - smierc. Oba sa jednakowo niezbedne dla zachowania równo-wagi wozu1.

Odkryj w sobie wiare, która wstrzasa swiatem. Nigdy nie mów "byc moze", lecz od razu powiedz "tak". To pomoze ci odkryc reakcje w swiadomosci, pomoze ci je obserwowac i dokonywac wyboru. Nie wolno ci dopuscic do tego, aby twoje reakcje znajdowaly sie w niewoli automatyzmu. Zerwij z nia. To jest mozliwe. Stanowczo nie zgadzaj sie na to, by stac sie niewolnikiem wlasnych reakcji. Gleboko pragnij je opanowac.
Zaakceptuj pierwotna Przyrode, która istnieje w czasie, ale oddal sie od niej i obserwuj ja z plaszczyzny Puruszy. Plaszczyzna Puruszy to plaszczyzna ducha. Ten krok oznacza czysta Sankhje. Uwierz, ze twoja ewolucja jest mozliwa, nawet jesli twój rozwój dokonuje sie bardzo powoli.
Niczego od nikogo nie oczekuj. Ludzie sa tylko slepymi narzedziami, instrumentami pozbawionymi wolnosci, napedzanymi niewidzialna moca, której sami nie chca nawet poznac, poniewaz oczy maja zamkniete. Wazne jest, zeby wiedziec, czy nasza filozofia zycia sie sprawdza. Dopiero wówczas, gdy uginamy sie pod ciezarem okolicznosci, dostrzegamy otaczajace nas ruchy prakryti i zauwazamy, ze sami stanowimy jej integralna czesc.
A wtedy to, co zdolalismy postrzec z czystego Istnienia (sat) - niezaleznie, czy na zewnatrz przybralo to dla nas forme zwyciestwa, czy porazki - karmi nasze wewnetrzne bycie. Na nic sie nie zda zalowanie przeszlosci. W naszym doswiadczeniu zyciowym postepowalismy zgodnie z naszym rozumieniem i z naszymi mozliwosciami w danym momencie. Jest to nieuchronne Prawo, które dopóty trzyma nas w swojej orbicie, dopóki jestesmy niewolnikami prakryti.
Skoro tylko dochodzi do swiadomego oddalenia sie od prakryti, chocby nawet na krótka chwile, jej ruch ustaje. Ten, kto stamtad sie wynurza, dotknal juz punktu stworzenia. Ów punkt dostarcza niezwykle czystego doznania. Czesto mozna je osiagnac poprzez "duchowa smierc" wykraczajaca poza wszelka energie, poza rozwazania ego. Jednakze uczen nie powinien za wszelka cene pragnac wyrwac sie z uscisku prakryti, poniewaz jest ona polem, na którym mozna odkrywac, uwaznie badac, oceniac i wykorzystywac wlasne ruchy.
Za kazdym razem, kiedy czlowiek plynacy lódka porusza wioslami - które sa niezbedne tylko wówczas, gdy plynie pod prad - powoduje zaklócenia normalnego pradu rzeki. Tak samo dzieje sie w przypadku biegu zycia. Swiadome plyniecie pod prad wywoluje przeciwny ruch, który pózniej przejawi sie w taki lub inny sposób.
Kazdy ruch, który zaczyna sie nagle, okazuje sie niewlasciwy. Jego zródlem jest nieswiadoma reakcja zachodzaca w naszym zyciu albo obawa przed nieznanym, czyli lek przed smiercia. Zawsze nalezy pozwolic, by "Zasada zycia" biegla wlasnym torem miedzy dzialaniem i poprzedzajaca je decyzja, co umozliwi utrzymanie normalnego rytmu ruchów prakryti. Prakryti bedzie domagala sie swoich praw i stworzy dostatecznie wiele przeszkód majacych na celu badz umocnienie, badz odwolanie decyzji, zanim jeszcze dojdzie do jakiegokolwiek dzialania.

Panuje poglad, ze mysli bedace czescia prakryti zbudowane sa z bardzo subtelnej materii. Dlatego mozna nauczyc sie je kontrolowac i nie utozsamiac sie z nimi. Jesli potrafisz bardziej obiektywnie kierowac swoimi myslami, dowodzi to, ze sie juz z nich wylaczyles.
Za kazdym razem, kiedy odkrywasz, ze wylaczyles sie z prakryti, nawet na krótka chwile, oznacza to, ze uwolniles sie od niektórych jej elementów. Jednakze tajemnica pozostaje fakt, ze wynurzamy sie z nieczystej prakryti jedynie po to, by miec mozliwosc dazenia ku czystszej prakryti. Oto droga dyscypliny sahadzy przezywana w samym srodku zycia. Ten, kto poddaje sie tej dyscyplinie, pracuje nad koordynacja swoich wysilków, aby osiagnac ten cel,

Skoro na kazdej plaszczyznie wszystko istnieje w taki sposób, ze do-swiadczenia bez konca sie powtarzaja, to mamy do dyspozycji dwie drogi umozliwiajace wyrwanie sie z okowów prakryti. Obie stawiaja przed nami duze wymagania.
Jedna z nich prowadzi w góre i polega badz na wtajemniczeniu w sannjase praktykowana przez mnichów, którzy ubrani w zóltobrunatne albo biale szaty wedruja po Indiach, badz na wtajemniczeniu wlasciwym dla czlowieka swieckiego, który aby przezyc doswiadczenie duchowe, w szczególnym okresie swojego zycia rozmyslnie decyduje sie na "jaskiniowe zycie" pustelnika.
Druga droga biegnie w dól. Zarówno dla mezczyzny, jak i dla kobiety przypomina ona degradacje typowa dla prostytucji: porzucenie kast i spolecznych rygorów. Tym samym, ludzie ci z wlasnej woli przestaja podlegac prawdziwemu Prawu i podporzadkowuja sie nizszemu zbiorowi praw.
Dawanie nie ma znaczenia, poniewaz stanowi ono dowód, ze ma sie cos do dania. To, co sie liczy, to doswiadczenie mozliwie jak najpelniejszego niezadowolenia z siebie i przygladanie sie mu otwartymi oczyma do czasu, az dotrze sie do samego podloza skaly. Ów ruch wywoluje reakcje obnazonej i zdemaskowanej prakryti.
W tym momencie moze zaczac torowac sobie droge cos, co do tej pory bylo niepostrzegalne. To energia (siakti), która staje sie matryca lub Pustka. Tylko tam, i we wlasciwym czasie, cos moze przybrac ksztalt i sie narodzic. Podloze skalne reprezentuje wieczna Prakryti obojetna na wszystko, co dzieje sie wokól niej, zaje4 nieustannym stwarzaniem, poniewaz taka jest jej funkcja. To wlasnie jeden z jej ruchów. Ona dysponuje jeszcze innym ruchem, przeciwstawnym do pierwszego, który równiez nalezy odkryc. Wedlug jednego z jej Praw, Prakryti stopniowo wpycha swoje dzieci w pole widzenia Puruszy. Spotkanie z przeszywajacym spojrzeniem Puruszy, którego zadaniem jest "widziec", to chwila pelnego zrozumienia i wyrzeczenia sie siebie. Jak mozna opisac to spojrzenie? Tego, co wiadomo na jego temat, nie da sie przekazac. Zreszta i tak byloby to bezcelowe.
Jedyne, co mozna zrobic, to czekac z miloscia i byc gotowym na spotkanie ze spojrzeniem Puruszy. Czy mozna zgadnac, kiedy Prakryti zdobedzie sie na taki gest wobec ciebie? Czy mozna wiedziec, dlaczego to robi?
Istotne jest, by ksztaltowac swoje zycie wokól dwóch zasad: puszczenia i skurczenia. Chwila calkowitego, swiadomego "puszczenia" ma miejsce wówczas, gdy Purusza odlacza sie od Prakryti. Taka chwila trwa jedynie przez kilka bardzo spokojnych oddechów; stwarza to nagi wszech-swiat, pozbawiony "ja". Mówiac dokladniej, nie jest to medytacja, lecz raczej postawa uwewnetrznionego zyda. Sri Aurobindo zyl tak w odosobnieniu w swoim asramie przez czterdziesci lat/9; Sri Ramana Mahariszi zyt w ten sposób, rzadko przerywajac milczenie, przez cale swoje zycie.
Ekspansja jest ruchem twórczym, który odpowiada introspekcji. Jedno nieuchronnie prowadzi do drugiego; oznacza to, ze kiedy odnajdzie sie wewnetrzny punkt równowagi, ekspansja sama doprowadza do "puszczenia".
Podstawowa idea jest idea swiadomego utozsamienia sie z silami Przyrody. Ma ona ogromne znaczenie. Oznacza pelna ekspansje przy calkowitym rozluznieniu. Ale niczego nie mozna urzeczywistnic, jesli wpierw wszystkiego sie nie "pusci"!
Co moge zrobic? Stawiajac sobie to pytanie, najlepiej jest nic nie robic z wlasnej inicjatywy. Idee ekspansji nalezy wlasciwie zrozumiec. Warunkiem koniecznym ekspansji jest milosc. Doswiadczajac milosci wynurzamy sie z naszego malego ego. Jednakze owa milosc musi byc bezosobowa. Mówiac o niej posluze sie wedyjskim obrazem slonca, które promieniujac energia oswietla i stwarza. Na tym polega istota jego ekspansji. Nie jest z niczym zwiazane, a mimo to w swoim królestwie swiatla wszystko do siebie przyciaga. Ekspansja nie oznacza czynienia czegos, lecz bycie i stawanie sie. Zdolnosc czynienia wyplywa spontanicznie ze zdolnosci bycia.
Purusza "jest", natomiast Prakryti "jest" i "czyni", ale zawsze jest to kierunek od srodka na zewnatrz; dokladnie w ten sam sposób z nasiona kielkuja bardzo delikatne zielone pedy. To nasienie jest owinietym wokól siebie nieruchomym Purusza, bedacym zarazem stwórca ruchu zycia. Musisz o tym wiedziec, a nastepnie poczuc w sobie, ze jestes zarówno Purusza, jak i Prakryti. Na tym polega ekspansja wedlug Sankhji.
Czesto zastanawiam sie, kto, przydziela role w niebezpiecznych grach narodów, kto w danym roku wypija sok zycia, a kiedy indziej dodaje temu zyciu swiezego wigoru. Wszystko jest dzielem prakryti. Jakze jest pomyslowa tworzac góry z ziarna piasku! Purusza z daleka obserwuje jej prace. Usmiecha sie! Prawde mówiac, prakryti takze sie smieje, udajac, ze jest pochlonieta praca, której oddala swoje serce!
Wazne jest, by zachowac w tej sytuacji spokój, usmiechac sie i tak jak dziecko brac powaznie wszystko, co sie zdarza - a zaraz potem o tym zapomniec! Zawsze beda ciazyly na tobie jakies zobowiazania; ale idac naprzód droga zycia mozesz je kolejno odkladac na bok.
Te zobowiazania przypominaja czarne chmury, które gromadza sie na niebie. Kiedy staja sie wystarczajaco ciezkie, samorzutnie rozrywaja sie na kawalki i rozchodza. Z czasem zobowiazania same znikaja.
Caly sekret polega na tym, by wszystko akceptowac; ale bardzo uwazaj, by do niczego sie nie przywiazywac!

 


1/ Prakryti pisze sie przez duze "P", kiedy oznacza wyzsza Prakryti, a przez male "p", kiedy oznacza nizsza prakryti.

2/ Najwiekszy mistrz filozofii adwajty (adwita), 788 - 822 r.

3/ Oznacza to zapomnienie zwyczajnego "ja", czyli powierzchownej struktury jednostki.

4/ ang. back to the self. Angielskie slowo the wy przetlumaczono w calym tekscie jako siebie (rzecz, to siebie), a nie, jak sie przyjelo, jako jazn (przyp. tlum.).

/5 Nauczanie Buddy w jezyku pali, zebrane przez jego uczniów sto lat po jego smierci.

/6 Bhagawatapurane tradycyjnie przypisuje sie Wjasie, autorowi Mahabharaty.

/7 Autor traktatu zatytulowanego Sankhjakarika (Samkhyakarika) pochodzacego z III w. p.n.e.

/8 Rama Tirtha, który zmarl w 1906 roku, przybyl do Stanów Zjednoczonych po smierci Swami Wiwekanandy. W trakcie swojego pobytu zaprezentowal wspaniale wyklady na temat Wedanty; sam nie zalozyl zadnej organizacji, poniewaz, jak mówil: "Cale Indie sa moim asramem".

/9 Sri Aurobindo pokazywal sie swoim uczniom tylko cztery razy do roku, w dni, które nazywano darszan.

Sri Anirwan - "Zyc w sobie nauki baula"
Wydawnictwo Pusty Oblok
Warszawa 1994



_____________________________________


Ludzie sa ciskani przez fale, od której nie potrafia sie uwolnic; moga jednak poplynac w kierunku pieczary serca. Tam znajduje sie siedziba nieporuszonej swiadomosci. Wtedy dla tych ludzi ruch fali zamiera, poniewaz zwrócili uwage na inny porzadek rzeczywistosci. W pieczarze serca dotykaja tego, co niezmienne. Ten proces nalezy sledzic kierujac spojrzenie do wewnatrz, czujac pulsacje zycia. Znany jest zwiazek miedzy pulsacja zycia i nieporuszona swiadomoscia. Ów ruch nigdy nie ustaje. Nagle zatrzymanie oznaczaloby smierc. Dopóki jestesmy zanurzeni w prakryti, w samym sobie i zyciu, dopóty ona nami rzadzi; rzadza nami jej ruchy, nagle skoki i kosmiczne rytmy. Bez wycofania sie w glab siebie nie mozemy sprawowac kontroli nad nasza prakryti.

(str. 93/94.)





_________________________________



Dlatego Sri Ramakryszna mógl powiedziec:
Wszystko jest sat-czit-ananda. Nawet moje cierpienie to zaledwie fragment doswiadczenia istnienia, stanowiacy znikoma czesc calosciowego doswiadczenia "bycia" w uswiadomionej sobie blogosci.
(Sri Ramakryszna zmarl na raka gardla w 1886 r. w Dakszineswarze kolo Kalkuty, w wieku 54 lat)

(str. 89)





___________________________________




Widznianabhikszu, wielki mistrz szkoly Sankhji z XV wieku, pozostawil nam nastepujaca metafore odnoszaca sie do Puruszy i Prakryti:
Prakryti to zona Puruszy; jest bystra i drazliwa. Dlugo nie daje Puruszy spokoju, az w koncu on znekany mówi: "Odchodze, rób, co ci sie podoba!" A wtedy Prakryti cala we lzach biega za swoim mezem, próbuje go przeblagac, nie odstepuje go na krok...
Oto dwa sposoby podejscia do Prakryti: zanim zdamy sobie sprawe, czym ona jest, i po tym. Najblizsze nam kosmiczne prawo mówi: "Kiedy odsuniesz sie od prakryti, wszystko bedzie ci posluszne".

Swami Rama Tirtha przekazal nam inny obraz:
Kiedy odwracasz sie plecami do slonca, twój cien znajduje sie przed toba. Mozesz próbowac go zlapac, ale to ci sie nigdy nie uda. Wystarczy jednak, ze obrócisz sie twarza do slonca, a twój cien od razu znajdzie sie za toba. Jesli sie ruszysz, on za toba podazy. Mozesz sprawic, ze pójdzie tam, gdzie zapragniesz. Slonce jest prawda, a Prakryti cieniem.

(Rama Tirthu, który zmarl w 1906 roku, przybyl do Stanów Zjednoczonych po smierci Swami Wiwekanandy. W trakcie swego pobytu zaprezentowal wspaniale wyklady na temat Wedanty; sam nie zalozyl zadnej organizacji, poniewaz, jak mówil: "Cale Indie sa moim asramem".)

(str. 89/90)




________________________________




Dlaczego w ogóle istnienie ma pulsowac? To pytanie mozna zignorowac tylko wtedy, gdy odnosi sie ono do materii, a nie do swiadomosci. Jesli istnienie jest swiadomoscia, to równiez fale energii musza byc swiadome.
Jednakze nie mozna tego zaobserwowac w stanie jawy, który obecnie na skutek niewiedzy uznaje sie za jedyna miare swiadomosci. Zadowalajaca odpowiedz moze pojawic sie dzieki intuicji, która potrafi wniknac w glab siebie i urzeczywistnic jego (siebie) nature. Istnienie jest swiadomoscia i jego pulsacje sa równiez swiadome - w glebi naszego bycia rozpoznajemy je jako pierwotna radosc. Dzieki calosciowemu spojrzeniu wszechswiat staje sie radoscia czystego Bycia, które wykrystalizowalo sie poprzez samoekspresje. Bycie to sat-czit-ananda, czyli czyste doznanie.
Taka jest w swej esencji natura czlowieka, nawet jesli wypaczona zostala na skutek poczucia ograniczen; dzieki temu nie czujemy sie bezgraniczni i otwarci, tylko scisnieci, zamknieci i niespokojni. Kieruja nami jedynie slepe impulsy przyjemnosci, bólu i zobojetnienia. Przez te faze mozna przejsc rozwijajac w sobie rozmyslna, godzaca sie na wszystko obojetnosc, az w koncu kazda z naszych reakcji rozswietli sie w swiadomosci i osiagniemy niezmierzony kosmiczny spokój.
[...] I rzeczywiscie, przecietny umysl patrzy i wydaje osad; w procesie, któremu podlega swiat, dostrzega on jedynie bledy i przyzwala na nie, bo tak mu sie podoba. Caly ten proces jest wynikiem wtórnego pedu do tworzenia "wielosci", która potem wydaje sie prawda, a niewiedza zdobywaniem poznania.
My jednak wiemy o istnieniu prawdziwie twórczego wyzszego umyslu, którego zalazek znajduje sie w kazdym przecietnym umysle. Ten wyzszy umysl to zywa swiadomosc - czyste doznanie, w którym podmiot staje sie przedmiotem. Wówczas wiedziec znaczy byc. Istnienie i swiadomosc stanowia Jedno - harmonijna calosc.

(str. 196)



___________________________



Popelnimy najwiekszy blad, jesli uwierzymy, ze mozemy panowac nad wlasnymi dzialaniami; w rzeczywistosci mozemy jedynie odczuwac nastepstwa i reakcje, które one wywoluja. Jedyna postawa, jaka wolno nam tutaj przyjac, jest postawa zapominania o dzialaniu juz w jego trakcie. W efekcie otrzymamy jakby czysta stronice, na której wspomnienia nie pozostawia zadnego sladu.

(str. 154)




_____________________________________




...zaden wielki swiety nie dziala zgodnie z wlasna wola, lecz zgodnie z wola innych, którzy czasami okazuja sie glupcami. Takie dzialanie nie wywoluje wewnetrznej reakcji. W owym stanie wolnosci rodzi sie prawdziwy, twórczy impuls. Bedziesz lepiej sluzyl, bedziesz uczestniczyl w zyciu innych i bedziesz mógl smiac sie serdecznie z siebie samego!

(str. 154)




_________________________________


Druga droga biegnie w dól. Zarówno dla mezczyzny, jak i dla kobiety przypomina ona degradacje typowa dla prostytucji: porzucenie kast i spolecznych rygorów. Tym samym, ludzie ci z wlasnej woli przestaja podlegac prawdziwemu Prawu i podporzadkowuja sie nizszemu zbiorowi praw.
Dawanie nie ma znaczenia, poniewaz stanowi ono dowód, ze ma sie cos do dania. To, co sie liczy, to doswiadczenie mozliwie jak najpelniejszego niezadowolenia z siebie i przygladanie sie mu otwartymi oczyma do czasu, az dotrze sie do samego podloza skaly. Ów ruch wywoluje reakcje obnazonej i zdemaskowanej prakryti.
W tym momencie moze zaczac torowac sobie droge cos, co do tej pory bylo niepostrzegalne. To energia (siakti), która staje sie matryca lub Pustka. Tylko tam, i we wlasciwym czasie, cos moze przybrac ksztalt i sie narodzic. Podloze skalne reprezentuje wieczna Prakryti obojetna na wszystko, co dzieje sie wokól niej, zajeta nieustannym stwarzaniem, poniewaz taka jest jej funkcja. To wlasnie jeden z jej ruchów. Ona dysponuje jeszcze innym ruchem, przeciwstawnym do pierwszego, który równiez nalezy odkryc. Wedlug jednego z jej Praw, Prakryti stopniowo wpycha swoje dzieci w pole widzenia Puruszy. Spotkanie z przeszywajacym spojrzeniem Puruszy, którego zadaniem jest "widziec", to chwila pelnego zrozumienia i wyrzeczenia sie siebie. Jak mozna opisac to spojrzenie? Tego co wiadomo na jego temat, nie da sie przekazac. Zreszta i tak byloby to bezcelowe.

(str. 95/96)




_____________________




Co moge zrobic? Stawiajac sobie to pytanie, najlepiej jest nic nie robic z wlasnej inicjatywy. Idee ekspansji nalezy wlasciwie zrozumiec. Warunkiem koniecznym ekspansji jest milosc. Doswiadczajac milosci wynurzamy sie z naszego malego ego. Jednakze owa milosc musi byc bezosobowa. Mówiac o niej posluze sie wedyjskim obrazem slonca, które promieniujac energia oswietla i stwarza. Na tym polega istota jego ekspansji. Nie jest z niczym zwiazane, a mimo to w swoim królestwie swiatla wszystko do siebie przyciaga. Ekspansja nie oznacza czynienia czegos, lecz bycie i stawanie sie. Zdolnosc czynienia wyplywa spontanicznie ze zdolnosci bycia.

(str. 97)




________________________________



Widzimy psa przywiazanego do budy, który szczeka; ale ten pies nie wie, ze szczeka. On tylko wypelnia zadanie, dla którego sie tam znajduje. Zwierzeta maja swiadomosc, ale nie swiadomosc siebie. Istote interesujacego nas zagadnienia mozna przedstawic nastepujaco: "Miej siebie na oku, obserwuj siebie!" Tak naprawde w swoim zyciu jestes podobny do szczekajacego psa, który pilnuje domu; zawsze przygladasz sie innym, ale nigdy z ta sama przenikliwoscia nie patrzysz na siebie.
Te idee mozna tez sformulowac inaczej: jeden czlowiek pali opium i jest zaabsorbowany swoim doswiadczeniem; inny pali, lecz nie jest odurzony, poniewaz zna miare tego, co robi. jeszcze inny, chociaz pali, pozostaje obojetny. On nic nie czuje, poniewaz dziala jak automat. Jest obrazem snu na jawie, gdzie nie ma juz nawet miejsca na reakcje.

(str. 153)





Starajac sie obserwowac siebie, czesto sie zatrzymujesz, gdy nie potrafisz konkretnie sformulowac tego, co wydaje ci sie obiektywne. Gdybys wiedzial jak to zrobic, doswiadczylbys blogosci i czystej radosci (anandy). Tymczasem masz zaledwie kilka wspomnien, które chociaz zywe, szybko znikaja. Posmakowanie owej blogosci w esencji bycia uczyniloby cie niezaleznym. Wtedy jest sie autentycznie oddzielonym od prakryti. To dlatego odurzenie jest najstarsza forma oddawania czci, blogoscia nieograniczonego w czasie pamietania.

(str. 153)






________________________



Zanim czlowiek bedzie umial zredukowac emocje do minimum, rozpoznac ja, odizolowac i opanowac, tak by w koncu móc sie jej pozbyc, musi najpierw przejsc przez kilka poziomów. Na nizszym etapie musi raz na zawsze sobie uprzytomnic, ze emocja to odsetki od dlugu jaki ma do splacenia - juz samo to zapoczatkuje proces, który ja wyeliminuje. Jest to proces wykorzenienia. Osiagajac drugi etap zobaczy, ze emocja jest albo czyms, co nalezy odrzucic, albo czyms co w sposób znany sie powtarza. Stanowi to czesc automatyzmu, który choc staje sie widoczny, to realnie nie istnieje. Trzeci stan to ten, w którym ciezka forme przytlaczajacej emocji, dobrowolnie i systematycznie zastepuje sie lekka forma idealu.

(str. 173)






Jesli emocjom nie nada sie zadnej wartosci - ani dodatniej, ani ujemnej - to czlowiek bedzie mial do czynienia z motorem, który korzysta z prakryti tylko na zwyklych obrotach. Woda w próbówce jest forma ciezkiej materii. Ta sama woda zamieniona w pare zajmuje wieksza przestrzen i jest bardziej nasycona gazem. Podobnie czlowiek moze cierpiec w swoim sercu z powodu emocji ciezkich jak kamienie albo emocji, które staly sie bardziej subtelne i chociaz istnieja, pozwalaja, by przebilo sie przez nie swiatlo.

(str. 172)






____________________________



Musisz nauczyc sie swiadomie przyjmowac najbardziej nieoczekiwane wydarzenia w twoim zyciu, stawac sie wobec nich calkowicie przezroczystym, nie oceniajac ich jako dobre lub zle. W takiej chwili musisz unikac wszelkich osadów, poniewaz nie wiesz, jakie Prawo wtedy dziala.
Powstrzymuj swoja prakryti tlumiac wszystkie spontaniczne ruchy, które moga sie w tobie pojawic, tak by ona z ciebie nie wyplynela ani zeby nie skierowala swej uwagi na prakryti innych ludzi. Nie wymaga to od ciebie wycofania sie, lecz pozwala zapobiec polaczeniu ciezkich materii z innymi, pozostajacymi w nieladzie, ciezkimi materiami. Wówczas bedziesz w stanie obserwowac ruchy oraz kaprysna nature innych ludzi, co pomoze ci dostrzegac wlasne ruchy. W tym momencie mozna wprowadzic pewna kontrole, ale tylko w odniesieniu do siebie. Dla czlowieka, który rozumie, ze prakryti obejmuje calosc istnienia w jego rozlicznych swiadomych i nieswiadomych przejawach, ów stan "przezroczystosci" ma zwiazek z tym, co mozna nazwac "pamietaniem siebie".

(str. 148)






Z pojeciem Pustki mozemy zapoznawac sie stopniowo.
Najlepszym sposobem jest obserwowanie, w jaki sposób wszystko sie odbywa. To, co nazywamy nasza wola, nie jest naprawde nasze. Jest to jedynie automatyczny ruch - rozbudzenie w nas prakryti.

(str. 148)






__________________________



Odkryj w sobie wiare, która wstrzasa swiatem. Nigdy nie mów "byc moze", lecz od razu powiedz "tak". To pomoze ci odkryc reakcje w swiadomosci, pomoze ci je obserwowac i dokonywac wyboru. Nie wolno ci dopuscic do tego, aby twoje reakcje znajdowaly sie w niewoli automatyzmu. Zerwij z nia. To jest mozliwe. Stanowczo nie zgadzaj sie na to, by stac sie niewolnikiem wlasnych reakcji. Gleboko pragnij je opanowac.
Zaakceptuj pierwotna Przyrode, która istnieje w czasie, ale oddal sie od niej i obserwuj ja z plaszczyzny Puruszy. Plaszczyzna Puruszy to plaszczyzna ducha. Ten krok oznacza czysta Sankhje. Uwierz, ze twoja ewolucja jest mozliwa, nawet jesli twój rozwój dokonuje sie bardzo powoli.
Niczego od nikogo nie oczekuj. Ludzie sa tylko slepymi narzedziami, instrumentami pozbawionymi wolnosci, napedzanymi niewidzialna moca, której sami nie chca nawet poznac poniewaz oczy maja zamkniete. Wazne jest, zeby wiedziec, czy nasza filozofia zycia sie sprawdza. Dopiero wówczas, gdy uginamy sie pod ciezarem okolicznosci, dostrzegamy otaczajace nas ruchy prakryti i zauwazamy, ze sami stanowimy jej integralna czesc.
A wtedy to co zdolalismy spostrzec z czystego Istnienia (sat) - niezaleznie, czy na zewnatrz przybralo to dla nas forme zwyciestwa, czy porazki - karmi nasze wewnetrzne bycie. Na nic sie nie zda zalowanie przeszlosci. W naszym doswiadczeniu zyciowym postepowalismy zgodnie z naszym rozumieniem i z naszymi mozliwosciami w danym momencie. Jest to nieuchronne Prawo, które dopóty trzyma nas w swojej orbicie, dopóki jestesmy niewolnikami prakryti.
Skoro tylko dochodzi do swiadomego oddalenia sie od prakryti, chocby nawet na krótka chwile, jej ruch ustaje. Ten, kto stamtad sie wynurza, dotknal juz punktu stworzenia. Ów punkt dostarcza niezwykle czystego doznania. Czesto mozna je osiagnac poprzez "duchowa smierc" wykraczajaca poza wszelka energie, poza rozwazania ego. Jednakze uczen nie powinien za wszelka cene pragnac wyrwac sie z uscisku prakryti, poniewaz jest ona polem, na którym mozna odkrywac, uwaznie badac, oceniac i wykorzystywac wlasne ruchy.
_______________________________



Przeszlo dwadziescia lat temu, w willowej czesci miasta ludzie widywali bardzo mloda i piekna kobiete, która zatrzymywala przechodniów przed swoim domem i pytala ich: - Gdzie jest Szem Babu? Czy widziales go? Jesli powiesz mi, gdzie on jest, to pójde do niego. - Jej ukochany zmarl, a ona wciaz na niego czekala, zyjac dzieki swojej milosci do niego. Ta milosc ja zdradzila. Przechodnie robili sobie z niej okrutne zarty.
Potem rozpoczela sie dla niej nastepna faza. Zaczepiala przechodzacych ulica mlodych mezczyzn i mówila do nich: - ty jestes mój Szem Babu, wróciles... - Poniewaz nie byla prostytutka, mezczyzni odganiali ja brutalnie, rzucajac w nia nawet kamieniami.
Po kilku latach jeden z jej sasiadów, który znal ja od dawna, zobaczyl ja siedzaca przez caly dzien pod swietym drzewem tej dzielnicy. Postarzala sie, ale z jej twarzy promieniowala radosc. Rozpoznala swojego sasiada. On zapytal: - Czy juz wiesz, gdzie jest twój Szem? - Tak - odpowiedziala z czarujacym usmiechem. - Spójrz, on jest tu... - i wskazala na swoje serce.

(str.174)






__________________________



W zadnej duchowej dyscyplinie nie bierze sie pod uwage emocji, poniewaz emocja z natury nie jest czyms trwalym. Jest jedynie ruchem Prakryti. Calkowicie spokojny umysl przypomina nieruchoma tafle górskiego jeziora. Najmniejsza fala na jego powierzchni jest emocja.
Co sie z nia dzieje? Jesli Purusza pozwoli tej nawet najdrobniejszej fali powiekszyc sie i stac duza fala, on sam zostanie przez nia polkniety. Slepa emocja panuje nad sytuacja, chociaz w rzeczywistosci nie ma racji bytu. Jesli ta sama emocja, kiedy jest jeszcze tylko drobna fala, zostanie dobrowolnie uwewnetrzniona, to wówczas stopniowo, dzieki swojej niespójnosci rozpadnie sie i powróci tam, skad przyszla, stajac sie jedynie swiecacym promieniem blogosci (anandy).

(str. 175)






__________________________



Poznaj samego siebie. Nie obawiaj sie ciemnosci siebie, która odkrywasz, choc moze sie ona wydawac czarna jak wegiel! Ludzie zaczynaja sie bac. Wielu rezygnuje i tylko nieliczni docieraja do konca. Istnieje problem nieskonczonego wewnatrz nieskonczonosci. Slowa: "tak duzo", "tak wiele" - nie istnieja. Bardzo delikatna kwestia jest to, ze kiedy mówimy "nieskonczonosc", myslimy, ze to musi byc gdzies tam, gdzie nie istnieje nic skonczonego; a nieskonczonosc wykracza nawet poza to! Kiedy sie boisz, to przestajesz umiec myslec. Blakasz sie wszedzie, mówiac: "Trace wszelka nadzieje!"

W Bryhadaranjaka-upaniszadzie powiedziano:

Tobie sie oddaje...
Ty otwierasz przede mna samego siebie...
Tyle slyszalem
Nie chce juz nic wiecej slyszec.
Tyle widzialem
Nie chce juz nic wiecej widziec.
Objawiam Ciebie, objawiam Ciebie!


To jest jak objawienie Chrystusa.
Lek i szorstkosc, które w nas tkwia, powinny sie rozpuscic, ale niestety osobowosc jest taka silna! Pokrywa sie skorupa zlozona z tylu rzeczy, ze wszystkich rzeczy istniejacych na zewnatrz. Wyobraz sobie, ze masz dwójke dzieci, syna i córke, urodzonych w odstepie jednego roku. Widzialem wiele takich par. Tak sie kochaja. Klóca sie i kochaja, kochaja sie i klóca, ale nie potrafia bez siebie zyc. Taki jest prosty poczatek zycia, lecz ty wlasnie wtedy zaczynasz uczyc ich zaklamania - "wlasciwie sie zachowywac", robic to lub tamto - i to nie z powodu wplywu, jaki wywiera na nie twoja obecnosc, tylko przez slowa, martwe, wziete z ksiazek slowa; i w ten sposób traca one podstawowa rzecz: dotyk zycia w poznaniu!

Oto strofa z Isia-upaniszady:

Tam, poza, jest cala pelnia,
Tutaj jest cala pelnia,
A kiedy z tej pelni
Zabierzesz pelnie,
Pelnia nadal bulgocze
I rozlewa sie po ziemi.

Jak to wspaniale powiedziane i jaka w tym glebia!
Sri Ramakrysznie bardzo sie to podobalo. Powiedzial:

Idziesz oto nabrac wody do oceanu zycia. Dzban bedzie unosil sie na powierzchni. Nie chce nabrac wody. Musisz chwycic go za ucho i zanurzyc. Najpierw uslyszysz: "Bul, bul, bul..." - to dzban odpycha wode. "Nie, nie, nie, nie nabiore". Potem sie napelnia i przestaje stawiac opór. I wtedy wie: ocean wewnatrz, ocean na zewnatrz!

Tak samo jest z nami: wewnatrz mamy maly ocean, a na zewnatrz otacza nas ogromny ocean. Dlatego jestesmy w stanie pokonac smutek. Ale jak opieramy sie bogu! Jak dzban mówimy: "Nie, nie, nie".
Mistrz musi wiec sila zanurzyc dzban w wodzie. Nie pozwalamy, by wstapil w nas nieskonczony ocean.

Sri Ramakriszna powiedzial tez:

Dobry guru jest dobrym lekarzem; nie przychodzi i nie mówi: "Prosze, oto twoja recepta". Nie, on przynosi lekarstwo i wsadza ci je do gardla, tak ze zostajesz oczyszczony od srodka. Robi to z bezwzglednoscia, która oznacza prawdziwa milosc.

(str. 226-228)



 

 



strona główna
(23kB)