(23kB)
strona główna

 

 

 

Paul Brunton

 

Ścieżkami Jogi



 

 

GÓRA SWIETEGO PLOMIENIA



Na madraskiej stacji poludniowej kolei hinduskiej wsiadamy z Subrahmania do wagonu pociagu cejlonskiego. Pedzimy przez kilka godzin wsród róznorodnych krajobrazów: zielone pólka ryzu przeplataja sie z czerwonymi, nagimi wzgórzami, cieniste plantacje kokosowych palm ustepuja zalanym polom, rojacym sie od pracujacych postaci.
Siedze przy oknie az do zapadniecia szybkiego indyjskiego zmierzchu, przyslaniajacego krajobraz, nastepnie odwracam sie i tone w zadumie. Mysle, ile to dziwnych rzeczy spotkalo mnie, odkad wlozylem zloty pierscien Brahmy. Wszystkie me plany zmienily sie. Szereg nieoczekiwanych zdarzen pchnal mnie ku poludniowi, zamiast, jak zamierzalem, ku wschodowi. Czyz to mozliwe, pytam siebie, by ten kamien istotnie posiadal jakas tajemna moc, w która wierzyl Brahma? Choc staram sie miec mysl otwarta, trudno czlowiekowi Zachodu o naukowo wycwiczonym umysle przyjac bez zastrzezen taka mysl.
Odrzucam wszelkie spekulacje, lecz nie udaje mi sie uwolnic od jakiejs niepewnosci, utajonej na dnie mych mysli. Dlaczego tak dziwnie kierowano mymi krokami ku tej samotni górskiej, do której sie oto zblizam? Dlaczego dwóch ludzi, obaj w szafranowej szacie, sluzylo za wyslanców przeznaczenia, by skierowac mój oporny wzrok ku Mahariszi? Uzywam tu slowa "przeznaczenie" nie w jego zwyklym, przecietnym znaczeniu i tylko dlatego, ze odpowiedniejszego nie moge znalezc. Doswiadczenie nauczylo mnie, iz czesto pozornie nic nie znaczace zdarzenia odgrywaja nieoczekiwanie duza role w ksztaltowaniu sie naszego zycia.
Wysiadamy na niewielkiej stacji o czterdziesci mil od Pondichery, tego szczatka francuskich posiadlosci terytorialnych w Indiach. Mamy sie tu przesiasc na boczna linie, idaca w glab kraju. Musimy czekac pare godzin. Spedzam je w pólmroku poczekalni. Towarzysz mój przechadza sie po peronie. Wysoka jego postac, raz po raz wynurzajaca sie z mroku, to znów ukazujaca sie na tle gwiazdzistego nieba, zdaje sie na wpól fantastyczna zjawa.
Nareszcie powolny, ciezko dyszacy i gwizdzacy pociag zabiera nas wraz z kilkoma pasazerami. Zmeczony, usypiam od razu niespokojnym, pelnym widzen snem. Budze sie na energiczne wolanie mego towarzysza:
- Wysiadamy!
Malutka, cicha stacyjka. Zupelnie pusto. Oddalajacy sie pociag swieci chwile czerwonymi slepiami wsród nocy, az wreszcie niknie zupelnie. Chronimy sie znów do pustej sali o watlym swiatelku naftowej lampy chcac doczekac sie switu. Walczy on z noca powoli, az nareszcie slaby brzask przedziera sie przez zakratowane okienko i moge odróznic kontury otaczajacych przedmiotów. Wychylam sie nieco chcac sie rozejrzec i oto dostrzegam rysujacy sie w dali ksztalt samotnej góry. Szeroka u dolu, wyrastajaca z wielkiej masywnej podstawy, kryje szczyt wsród gestej, porannej mgly.
Przewodnik mój wychodzi przed dworzec i znajduje wózek zaprzezony w pare bialych wolów. Woznica chrapie, budzi go wiec energicznie i tlumaczy, dokad chcemy jechac. Na wpól zbudzony, usmiecha sie radosnie i zaprasza nas do wnetrza swego wehikulu. Patrze z lekkim niepokojem na szczuplosc miejsca na tej malej platforemce drewnianej, o dwóch kolach i bambusowym daszku -jakze sie tam mamy pomiescic? Gramolimy sie z trudem. Towarzysz mój usiluje sie zrobic mozliwie najmniejszym, a ja schylam glowe pod niskim wiazaniem bambusowego daszka i nogi spuszczam na zewnatrz wózka. Walizy umieszczamy obok; woznica siada w kucki prawie na samym dyszlu pomiedzy wolami, opierajac sie niemal broda o kolana. Ruszamy. Nie mozna powiedziec, bysmy posuwali sie szybko mimo najszczerszych wysilków paru malych, silnych wolów. Sa to zwierzeta przemile i niezmiernie uzyteczne, ale powolne. W Indiach uzywa sie ich na wsi wszedzie, sa bowiem o wiele wytrzymalsze na upaly od koni, a zadowalaja sie byle jakim pozywieniem. W tych cichych wioskach i miasteczkach Indii od szeregu stuleci zwyczaje malo sie zmienily. Taki sam zaprzeg sluzyl podróznym w setnym roku przed Chrystusem i dzis, po uplywie dwóch tysiecy lat.
Woznica nasz, o skórze barwy kutego brazu, jest nieskonczenie dumny ze swoich zwierzat. Ich dlugie, pieknie zagiete rogi przybral w zlocone, symetryczne ozdoby. Do zgrabnych, cienkich nóg przymocowal miedziane dzwoneczki o milym, jasnym dzwieku. Kieruje nimi przy pomocy lejców i przewleczonego przez nozdrza sznura. Gdy tak szparko przebieraja dzwoniacymi wesolo nogami po bialej drodze, moge obserwowac, jak szybko tropikalna jutrzenka zmienia sie w jasny dzien. Po obu stronach drogi roztacza sie pelen czaru krajobraz. Zamiast monotonnej równiny, ze wszech stron, jak okiem siegnac, wzgórza i wynioslosci, czerwonawe pagórki, poprzerzynane szmaragdowymi polami ryzu i zaroslami ciernistych, ciemnozielonych krzaków.
Mija nas wiesniak o pooranej troska twarzy, zapewne spieszy w pole do pracy. Dalej spotykamy dziewczyne z dzbanem metalowym na glowie. Skromna, ciemnomalinowa szata owija jej wiotkie cialo, ramiona pozostawiajac nagie, jaskrawy rubin ozdabia nozdrza, a zlote bransolety polyskuja w promieniach wschodzacego slonca na jej ciemnych ramionach. Barwa ich wskazuje, iz nalezy do rasy drawidyjskiej, jak znaczna wiekszosc tutejszych mieszkanców - oprócz braminów i mahometan. Dziewczeta drawidyjskie sa z natury wesole i radosne, bardziej rozmowne anizeli ich aryjskie siostrzyce, o milych, melodyjnych, glosach. Dziewczyna przyglada sie nam z ciekawoscia pelna zdumienia. Domyslam sie, iz niewielu Europejczyków mozna spotkac w tych odleglych stronach.
Dojezdzamy do miasteczka. Domki jego wygladaja zasobnie; biegna wzdluz ulic, obejmujacych z dwóch stron olbrzymia swiatynie. Jesli sie nie myle, ma ona cwierc mili dlugosci. Zdaje sobie sprawe z jej ogromy i architektonicznej, imponujacej wielkosci, gdy dojezdzamy do jednej z bram. Zatrzymuje na chwile wózek, by móc zajrzec do wnetrza podwórza. Uderza mnie dziwny charakter tego olbrzyma. Nigdy nie widzialem podobnych gmachów. Ogromny kwadrat wysokiego muru otacza rozlegly podwórzec wewnetrzny, przypominajacy labirynt. Mury, od szeregu stuleci wystawione na bezlitosne promienie tropikalnego slonca, zdaja sie miec przycmiona, spalona barwe. Kazda strona czworoboku posiada jedna brame, nad która wznosi sie dziwna, calkowicie pokryta rzezbami nadbudowa, w rodzaju kolosalnej pagody, ksztaltem przypominajacej piramide. Dolna jej czesc wykuta z kamienia, lecz górna, pod rzezbami, zdaje sie byc z cegly. Piramide - podzielona na szereg pieter - zdobia az do szczytu przerózne postacie i sceny rzezbione. Oprócz czterech piramid glównych naliczylem jeszcze wsród wewnetrznego podwórza piec takich wielkich wiez. Jakze bardzo przypominaja mi one swym ksztaltem piramidy Egiptu! Ostatnim spojrzeniem dostrzegam jeszcze dlugi szereg arkad, podobnych do klasztornych kruzganków, las gladkich kolumn kamiennych, wielki przybytek w srodku i mnóstwo malych swiatyniek i kapliczek wokolo. Obiecuje sobie wrócic tu jak najpredzej i zbadac szczególowo ten przedziwny gmach.
Ruszamy dalej. Woly drepcza zwawo. Wkrótce znajdujemy sie wsród pieknego krajobrazu rozleglych pól. Droge pokrywa czerwonawy kurz. Po obu jej stronach widac niskie krzaki, od czasu do czasu kepy drzew. Mnóstwo ptaków kryje sie wsród ich galezi, slysze trzepotanie skrzydel i ostatnie dzwieki wspanialego choralu, jakim na calym swiecie ptaki witaja wschód slonca.
Wzdluz drogi wznosi sie szereg przeslicznych swiatyniek. Zadziwia mnie róznorodnosc ich stylów. Wnioskuje, iz sa dzielem róznych czasów i epok. Jedne bogate w ornamenty, niemal przeladowane starannie wykonanymi rzezbami, co jest zwykle w hinduizmie. Inne, znacznie wieksze, wspieraja sie tylko na gladkich, prostych kolumnach. Podobnych, poza poludniem nie widzialem w Indiach nigdzie. Prostota, prawie surowosc linii kilku z tych swiatyn jest niemal klasycznie grecka.
Po przejechaniu pieciu do szesciu mil zblizamy sie do podnóza góry, której zarysy widzialem o swicie ze stacji. Wznosi sie teraz wprost przed nami, jak olbrzym czerwonobrazowy w promieniach porannego slonca. Mgla rozproszyla sie odslaniajac szczyt szeroka linia rysujacy sie na tle nieba. Samotna, wyniosla góra, prawie naga, o brazowych zlozach skalnych i czerwonawej glince, o szerokich, bezdrzewnych sciezkach i duzych stosach glazów rzuconych bezladnie, jakby od niechcenia, reka jakiegos olbrzyma.
- Arunaczala! Swieta, plomienna góra! - odzywa sie mój towarzysz, zauwazywszy kierunek mych spojrzen i wyraz goracej czci maluje sie na jego twarzy. Zdaje sie tonac chwile w ekstazie jak sredniowieczny swiety.
- Czy nazwa ta cos oznacza? - pytam.
- Wlasnie powiedzialem, co znaczy - odpowiada z usmiechem - sklada sie z dwóch slów: "Aruna" i "Aczala", które znacza "czerwona góra", a ze jest to równiez imie bóstwa, patrona swiatyni, wiec: swieta czerwona góra.
- A cóz swiety plomien ma z nia wspólnego?
- Ach, bo rokrocznie kaplani swiatyni obchodza wielkie swieto. Gdy w swiatyni rozpoczyna sie uroczystosc, jednoczesnie na samym szczycie góry rozpala sie olbrzymie ognisko, a plomien jego, podsycany wielka iloscia topionego masla i kamfory, wystrzela niezwykle wysoko. Pali sie przez szereg dni, a widoczny jest ze wszech stron w promieniu wielu kilometrów. Kazdy, kto go ujrzy, sklania sie we czci, gdyz plomien ten to symbol, wyraza, iz góra jest miejscem swietym, mieszkaniem wielkiego bóstwa.
Znajduje sie ona niemal nad naszymi glowami. Jej samotny, pelen surowego majestatu szczyt, wznosi sie czolem szerokim na pare tysiecy stóp ponad masywne zlomy skal u podnóza, wprost w jasnosc perlowego nieba. Czy to wplyw pelnych uwielbienia slów mego towarzysza, czy jakies inne nieznane mi przyczyny, dosc ze dziwne przejmuje mnie uczucie, gdy sie tak wpatruje w strone zbocza swietej Arunaczali - uczucie prawie trwoznej czci.
- Góra ta - odzywa sie niemal szeptem mój towarzysz - jest nie tylko miejscem swietym. Istnieja tradycje i podania, iz bogowie ja tu umiescili przed wiekami, by oznaczyc duchowy srodek swiata.
Nie moge powstrzymac usmiechu nad naiwnoscia legendy.
Jestesmy juz blisko mieszkania Maharisziego. Skrecamy na mala drózke i znajdujemy sie wsród gestych drzew mangowych i palm kokosowych. Zatrzymujemy sie przed przymknieta brama. Woznica zeskakuje, otwiera ja i oto wjezdzamy na szerokie, piaszczyste podwórze. Z trudem wyciagam zesztywniale nogi, schodze z wózka i rozgladam sie w kolo.
Klasztorna samotnia Maharisziego ukrywa sie poza gestwina drzew i bujnie zarosnietym ogrodem z drugiej strony oslania ja zywoplot z kaktusów, a od zachodu rozciagaja sie dzikie zarosla i las; od pólnocy tuli sie malowniczo do stóp góry. Istotnie, ciche to ustronie zdaje sie stworzone dla glebokich abstrakcyjnych rozmyslan.
Dwa male, sloma kryte budynki zajmuja lewa strone podwórza, za nimi widac trzeci, podluzny, o nowoczesniejszym wygladzie, czerwieniejacy dachówka nisko spuszczajacego sie dachu, o malym ganeczku pod palmowym daszkiem. Na srodku podwórza widac ogromna studnie. Obserwuje nagiego do pasa chlopaka, o ciemnej, prawie czarnej skroni, jak przy pomocy skrzypiacej, recznej korby wyciaga ogromny dzban z woda.
Uslyszano zajezdzajacy wózek i oto kilku ludzi pojawia sie na dziedzincu. Ubiór ich jest bardzo rozmaity, jeden nie ma nic na sobie prócz malej przepaski na biodrach, inny wyglada dostatnio w szacie z bialego jedwabiu. Patrza na nas pytajaco. Towarzysz mój smieje sie z zadowoleniem, widac, iz bawi go ich zdumienie. Zbliza sie do nich i opowiada cos po tamilsku. Wyraz wszystkich twarzy zmienia sie natychmiast. Otaczaja mnie teraz promiennie rozesmiane spojrzenia. Podobaja mi sie te radosne, jasne twarze i cale zachowanie sie tych ludzi.
- Pójdziemy do sali do Maharisziego - mówi mój towarzysz i wskazuje mi droge. Zatrzymuje sie przy kamiennym ganeczku, by zdjac obuwie, biore owoce, przywiezione w darze i wchodze w otwarte drzwi.

***

 

Co najmniej dwadziescia par oczu zwraca sie ku nam. Wlasciciele ich siedza w pólkolu, na kamiennej posadzce, w pelnej szacunku odleglosci od prawego rogu sali. Latwo sie domyslic, ze przed chwila wszystkie spojrzenia tam byly skierowane. Patrze i ja. Dostrzegam dlugi, bialy tapczan, a na nim siedzaca postac. Poznaje, iz jest to Mahariszi. Towarzysz mój podchodzi don i niemal krzyzem rozciaga sie na ziemi kryjac oczy w zlozone dlonie.
Tapczan znajduje sie przy samym oknie. Swiatlo pada wprost na Maharisziego, który siedzi zwrócony ku nam profilem, zapatrzony w przeciwlegle okno. Widze najwyrazniej kazdy rys jego twarzy. Siedzi nieruchomo nie odwracajac sie ku nam, chcac wiec spotkac jego spojrzenie przy pozdrowieniu i ofiarowaniu owoców, ide ku oknu i staje na wprost niego skladajac mu jednoczesnie dary, po czym oddalam sie w glab sali i obserwuje dalej.
Przed tapczanem stoi metalowa misa na podstawce, pelna goracych wegli. Przejmujacy, aromatyczny zapach wskazuje, iz jakies kadzidlo rzucono na wegle. Obok, w malej podstawce tkwia dlugie, pachnace laseczki sandalowego drzewa o zarzacych sie koncach. Smugi blekitnawego dymu unosza sie w powietrzu. Lecz mocny, przenikajacy zapach - rozpoznaje to najwyrazniej - nie od nich pochodzi.
Rozkladani swój cienki kocyk i siadam na podlodze, patrzac wyczekujaco na milczaca i nieruchoma postac. Jest ona prawie zupelnie naga - co jest dosc powszechne w tej czesci Indii - tylko waska przepaska bieleje na brazie ciala o odcieniu miedzi, o wiele jasniejszym od wiekszosci spotkanych na poludniu. Mahariszi zdaje sie byc wysokiego wzrostu, lat okolo piecdziesieciu. Glowa o pieknej linii i przyprószona gesto siwizna, a wysokie, wspaniale sklepione czolo nadaje mu pietno wybitnego rozumu. Zdaje mi sie wiecej przypominac Europejczyka niz Hindusa. Takie jest moje pierwsze wrazenie. Szereg bialych poduszek pokrywa jedna strone tapczanu, a nogi Maharisziego spoczywaja na wspanialej skórze tygrysiej.
Taka dziwna cisza w sali. Medrzec trwa w nieruchomym milczeniu, zdaje sie byc zupelnie nieswiadom naszego przybycia. Jeden z uczniów siada na ziemi z drugiej strony tapczanu i pociagajac równym, spokojnym ruchem za sznur od duzego wachlarza z bambusowej maty, zawieszonego nad glowa Maharisziego, przerywa cisze rytmicznym szmerem. Wsluchuje sie mimo woli w ten jedyny cichy dzwiek patrzac jednoczesnie uporczywie w oczy tego przedziwnego czlowieka - oczy duze, ciemnobrazowe, szeroko otwarte - w nadziei, ze mnie wreszcie zauwazy. Jednak nic tego nie zdradza. Cala postac jest niemal nienaturalnie spokojna, zastygla w nieruchomosci, posagowi podobna. Nie moge ani razu pochwycic jego spojrzenia, gdyz oczy te wciaz zapatrzone sa w dal zdawaloby sie nieskonczona. Naraz, cala ta scena wydaje mi sie skads znana; staram sie przypomniec sobie i wsród obrazów przesuwajacych sie w pamieci widze "Medrca, który nigdy nie mówi", owego pustelnika spod Madrasu, którego postac wygladala równiez jak wykuta z kamienia. Widze cechy wspólne w tej dla Europejczyków tak dziwnej nieruchomosci tamtego i Maharisziego. Zawsze uwazalem, ze mozna wiele wyczytac z duszy czlowieka w jego oczach, a nawet bylem dumnie przekonany, ze znam sie dobrze na tej sztuce, a teraz oto przed tymi, zapatrzonymi w dal oczami gubie sie, niepokoje, niemal drze.
Minuty suna nieskonczenie powoli, wskazówki sciennego zegara znacza pól godziny, trzy kwadranse, wreszcie godzine, a nic nie przerywa zupelnej ciszy. Dochodze do takiego skupienia uwagi i wzroku, ze wszystko wokól znika z mej swiadomosci oprócz tej jednej, nieruchomej postaci na tapczanie. A dary moje leza nietkniete.
Czemuz mój przewodnik nie uprzedzil mnie, ze jego mistrz przyjmie mnie podobnie, jak pustelnik milczacy; nie zaskoczylaby mnie tak jego absolutna obojetnosc. Pierwsza swiadoma mysl, która mi sie nasuwa, a przyszlaby zapewne kazdemu Europejczykowi nie przyzwyczajonemu do podobnego widoku: czy nie jest to przypadkiem pozowanie, gwoli otaczajacych wyznawców? Ale odrzucam ja.
Jest on raczej w stanie zupelnej nieobecnosci, podobnym do hipnotycznego snu - tlumacze sobie. Czemuz jednak towarzysz mój nie uprzedzil mnie, ze tak sie zdarza.
A czy taki stan "mistycznej kontemplacji" nie jest próznia pozbawiona wszelkiej tresci? Narzuca mi sie natarczywe pytanie i zaprzata mysl nieco dluzej. Ale oddalam je równiez, wszak nie moge na nie znalezc i tak rzetelnej odpowiedzi.
A jednak cos jest w tym czlowieku, co przykuwa moja uwage, co przyciaga z sila poteznego magnesu cala ma istote. Wprost nie moge oczu oderwac od tej postaci. Moje poczatkowe zmieszanie z powodu nieoczekiwanego przyjecia powoli niknie, a zaczyna mnie ogarniac dziwne, przejmujace, nieznane dotychczas uczucie. Z poczatku nie moge zdac sobie sprawy, czym. ono jest, dopiero z biegiem dalszych kwadransów, przy koncu drugiej godziny, spostrzegam w sobie jakas zasadnicza zmiane - wielki, nieznany spokój wsaczyl sie i przenikal cala ma istote. Gdzies rozwialy sie starannie przygotowane pytania. Wydaje mi sie tak malo wazne, czy je zadam, czy nie, a nawet, czy owe do niedawna niepokojace problemy znajda w ogóle rozwiazanie. Wiem jedno: ze jakies wody ogromnej rzeki - nieskonczonego, bezmiernego spokoju - plyna tuz, tuz kolo mnie, ze wielka cisza przenika najdalsze zakatki mej duszy, a mózg, nigdy nie zaznajacy spoczynku pod dreczacym natlokiem mysli, zdaje sie wchodzic w nowy, równy rytm znajdujac ukojenie.
Jakze malo znaczace wydaja mi sie te wszystkie pytania. problemy, zagadnienia! Jak mala cala panorama straconych lat zycia! Widze nagle z uderzajaca jasnoscia, ze intelekt nasz sam stwarza problemy, by potem bezowocnie sie meczyc nad ich rozwiazaniem. Jest to zaiste niespodziewanie nowa mysl dla czlowieka, który dotad tak wielkie nadawal intelektowi znaczenie. Pograzam sie w coraz glebsze uczucie niezmiernego spokoju i ukojenia, az zaczyna sie trzecia godzina. Uplywajace cicho kwadranse nie wzbudzaja teraz zniecierpliwienia, bowiem lancuch stworzonych przez mysl obrazów i zagadnien zostal przerwany i odrzucony.
Po jakims czasie nieznacznie pojawia sie nowa mysl: Czy ten bezgraniczny duchowy spokój, promieniowany wyraznie przez Maharisziego, nie jest jak won unoszaca sie wokól kwiatów? Nie uwazam sie za kompetentnego do okreslania, czym jest duchowosc, ale wiem, ze reaguje zywo na atmosfere innych ludzi. Rodzace sie w mysli przypuszczenie, ze tajemniczy, zyciodajny pokój, który prawie w jednej chwili mnie ogarnal, musi byc w pewnym zwiazku z polozeniem geograficznym, w jakim sie znajduje, jest wlasnie moja reakcja na bliskosc tego czlowieka. Zastanawiam sie dalej, czy dzieki jakiemus nieznanemu mi blizej procesowi telepatii czy radioaktywnosci duszy - przedziwna cisza, zstepujaca na wzburzone odmety mego wewnetrznego swiata, nie pochodzi calkowicie od niego, choc siedzi on jak przedtem nieporuszony i nieobecny, pozornie nic nie wiedzacy o moim istnieniu.
Lecz oto przychodzi pierwsze "przebudzenie" - ktos zbliza sie i mówi szeptem, nachylajac sie ku mnie:
- Czy nie chcial pan zapytac o cos Maharisziego?
Moze stracil cierpliwosc ten samozwanczy mój przewodnik, a moze - co prawdopodobniejsze - sadzi, iz ja, niespokojny, ruchliwy Europejczyk, wyczerpalem moja.
- Tak, niestety, mój przyjacielu nie proszony, przyjechalem tu z kopa zagadnien, istotnie niezliczona ilosc pytan chcialem zadac twemu mistrzowi, ale teraz... Ja, co mam dusze pelna najglebszego spokoju, co jestem w zgodzie z soba i ze swiatem calym, po cóz bym mial zaprzatac mysl jakimkolwiek zapytaniami? Czuje, iz okret mej duszy wyplywal wlasnie z ciesnin na pelne morze, a przed nim olbrzymie, szerokie wody nieznanego oceanu. A ty chcesz mnie wciagnac z powrotem w halasliwe zatoki ludzkich portów wlasnie w chwili, gdym gotów pelne zagle rozwinac i rzucic sie w dal ku wielkiej Przygodzie!
Czar ciszy prysl; jakby niecierpliwosc mego opiekuna stala sie znakiem, ludzie wstaja, zaczynaja mówic i chodzic po sali. I o dziwo, ciemne oczy Maharisziego drgnely równiez. Jedno, drugie mrugniecie i glowa powoli, bardzo powoli odwraca sie i pochyla naprzód. Jeszcze pare chwil, a czuje, iz znalazlem sie w polu widzenia tych tajemniczych oczu; spojrzenie ich spoczywa na mnie wyraznie. Jasne jest, ze medrzec dopiero teraz powrócil ze swej dlugiej kontemplacji, jakby sie zbudzil ze snu.
Mój skwapliwy opiekun, sadzac moze, iz nie doslyszalem jego poprzedniego pytania, powtarza je glosno. Ale ja czytam inne milczace pytanie w tych ciemnych a przejrzystych oczach, z nieskonczona slodycza skierowanych w tej chwili na mnie.
- Czyz to mozliwe, by dreczyly cie jeszcze owe uporczywe zwatpienia teraz, gdys dotknal pokoju, który, jak i wszyscy ludzie, z czasem zdobedziesz na stale?
I raz jeszcze spokój niewyslowiony przenika cala ma istote.
Zwracam sie do mego przewodnika:
- Nie, nie mam w tej chwili zadnych pytan. Moze innym razem. Ale czuje, ze nalezy jakos wytlumaczyc cel mego przybycia nie Maharisziemu, tylko tej garsci ludzi rozmawiajacych z ozywieniem i widocznie z ciekawoscia. Wiem z opowiadan, ze tylko nieliczni naleza do stalych mieszkanców i uczniów, reszta przychodzi tu z pobliskich okolic. Przewodnik uprzedza ma chec, wstaje i zaczyna opowiadac po tamilsku, przedstawiajac mnie niejako. Mówi z niezwyklym ozywieniem, energicznymi gestami i mimika. Obawiam sie, ze wiele barw wlasnych dodaje do faktów, gdyz sluchacze wydaja okrzyki podziwu.

***



Skonczyl sie poludniowy posilek. Slonce pali nieublaganie. Jeszcze nie doswiadczylem podobnie wysokiej temperatury. Nic dziwnego, jestesmy niedaleko równika. Choc raz jestem rad, ze ten klimat nie pobudza do ruchliwosci, bo oto prawie wszyscy znikli w cieniu swych chatek lub drzew na popoludniowa drzemke. Moge zblizyc sie teraz do Maharisziego spokojnie nie zwracajac niczyj uwagi i nie wywolujac ciekawosci.
Siadam niedaleko tapczanu, na którym, wsparty o biale poduszki, siedzi Mahariszi, trzymajac jakis rekopis w reku i piszac niezmiernie starannie i powoli. Cisza panuje w sali, szelesci tylko ten monotonny szmer poruszanego przez ucznia wachlarza. Po paru chwilach Mahariszi przerywa pisanie i wola jednego z uczniów. Mówi mu cos po tamilsku, a ten zwraca sie do mnie tlumaczac, ze przykro im jest bardzo, iz nie moglem jesc ich jedzenia, ale nigdy nie goscili Europejczyków i nie wiedza, co by mozna dla nich przygotowac. Dziekuje Maharisziemu za troske mówiac, ze chetnie bede jadl z nim wszystko, co nie ma ostrych przypraw. Co do reszty, zaopatrze sie w miescie. Zreszta, nie przywiazuje duzej wagi do jedzenia, jest to o tyle mniej wazne od glodu wewnetrznego, który mnie tu sprowadzil.

 

Medrzec slucha uwaznie. Twarz jego jest bezgranicznie spokojna i prawie niewzruszona.
- Tak, to rzecz powazna - robi uwage.
To mi dodaje odwagi do rozwiniecia przedmiotu.
- Mistrzu, studiowalem filozofie i nauki Zachodu, zylem i pracowalem wsród ludzi naszych przeludnionych miast, kosztowalem ich rozkoszy i dalem sie porwac ich ambicjom. Ale znam tez samotnosc ustronnych miejsc i glebokich poszukiwan myslowych. Pytalem przedstawicieli mysli i nauki Zachodu, teraz zwrócilem sie ku medrcom Wschodu. Szukam Swiatla.
Mahariszi potrzasa glowa, jakby mówil:
- Tak, rozumiem to dobrze.
- Poznalem wiele teorii, nasluchalem sie wielu opinii. Stosy intelektualnych dowodów dla poparcia wrecz odwrotnych przekonan gromadzily sie wielokrotnie w moich oczach, ale znuzyly mnie tylko. Dzis sceptycznie patrze na wszystko, co nie moze byc sprawdzone osobistym doswiadczeniem. Racz mi wybaczyc, ale musze sie przyznac: nie jestem religijny. Nie wiem, czy istnieje cos wiecej ponad widzialny byt czlowieka na ziemi. A jesli rzeczywiscie istnieje, czy móglbym sie sam o tym przekonac?
Trzech czy czterech Hindusów obecnych na sali patrzy na mnie z nieopisanym zdumieniem. Czyzbym przekroczyl jakas subtelna etykiete lub naruszyl tutejsze zwyczaje zwracajac sie tak smialo do ich mistrza? Niewiem, malo mnie to w tej chwili obchodzi. Gromadzacy sie od lat ciezar poszukiwan i pragnien przerwal jak potok prawie gwaltownie tamy mego opanowania. Jesli Mahariszi jest naprawde tym wielkim czlowiekiem, zrozumie na pewno i nie zwróci uwagi na jakies uchybienie konwencjonalnym zwyczajom.
Nie odpowiada mi, lecz zdaje sie isc za pewna linia mysli. Znów, po raz trzeci juz, zwracam sie do niego, bo nic innego mi nie pozostaje, a poza tym jezyk jakby mi sie rozwiazal po dlugim milczeniu i trudno go utrzymac.
- Rozumiem ludzi Zachodu. Nasi uczeni i filozofowie, cieszacy sie tak wielka slawa i uznaniem, mówia szczerze sami, ze malo wiedza o tajemnicy zycia, a jeszcze mniej o tym, czy i co istnieje poza nim. Slyszalem, iz w waszym kraju sa medrcy znajacy to, co Zachodowi jest nieznane. Czy to prawda? Czy moge tu zyskac pomoc w zdobyciu doswiadczenia i swiatla? A moze i samo poszukiwanie jest tez pewna forma zludzenia?
Wreszcie dobrnalem do sedna i milkne czekajac odpowiedzi. Mahariszi patrzy na mnie wciaz w glebokim zamysleniu. Czy zastanowily go moje pytania? Z dziesiec minut przechodzi w zupelnej ciszy. Wreszcie odzywa sie lagodnie:
- Mówisz wciaz "ja". "Ja chce wiedziec". Czy mozesz okreslic, czym jest owo "ja"?
Nie bardzo rozumiem, co znaczy jego pytanie. Nie uzywa tym razem tlumacza, zwracajac sie do mnie wprost po angielsku. Co on chce przez to powiedziec? Nie pojmuje.
- Zdaje mi sie, ze nie rozumiem pytania - odpowiadam prawie zmieszany.
- Czyz nie jest jasne? Pomysl chwile. Daremnie staram sie odgadnac znaczenie tych slów. Nagle blyska mi mysl, pokazuje palcem na ma osobe i wymieniam me imie.
- A czy go znasz?
- Oczywiscie, od dziecinstwa - odpowiadam usmiechniety.
- Alez to jest tylko twe cialo! Znów pytam - kto jestes ty sam? Nie znajduje odpowiedzi.
- Poznaj wpierw, czym jest owo ja, a wówczas odkryjesz prawde - dodaje Mahariszi.
I tym razem nie moge uchwycic sensu tych slów i jestem szczerze zaklopotany, co tez wyrazam w slowach. Ale Mahariszi widac wyczerpal zasób swej angielszczyzny, zwraca sie do tlumacza, który mi powoli powtarza:
- Kazdy, kto szuka prawdy, ma jedno do zrobienia: patrzec gleboko we wlasna istote. Jesli to robi we wlasciwy sposób, wszystkie zagadnienia rozwiazuja sie same przez sie.
Dziwna to odpowiedz, wiec pytam jeszcze:
- Ale co mam robic, jakiej uzyc metody, by znalezc prawde?
- Zglebianie natury naszej jazni oraz ciagla medytacja wskaza swiatlo.
- O! Wielokrotnie oddawalem sie rozmyslaniom nad prawda, a przeciez nie widze w sobie zadnego postepu.
- Skadze mozesz wiedziec, ze nie ma postepu? Nie latwo dostrzec w sobie zmiany w tej subtelnej, duchowej dziedzinie.
- Czy pomoc mistrza jest potrzebna?
- Tak, moze byc potrzebna.
- Czy mistrz moze nam dopomóc w takim zaglebieniu sie w siebie, o jakim mówi Mahariszi?
- Moze on dac czlowiekowi wszystko, czego potrzebuje dla poszukiwan. Ale zaglebienie, zrozumienie osiaga sie tylko osobistym przezyciem.
- Ile potrzeba czasu, by zdobyc swiatlo przy pomocy mistrza?
- Wszystko zalezy od dojrzalosci wewnetrznej tego, który szuka. Proch zapala sie w mgnieniu oka, a wegiel bardzo powoli.
Odczuwam wyraznie, ze medrzec nie lubi mówic o mistrzach i o ich metodach. Ale upór mój przewaza i zadaje mu jeszcze pare pytan. Mahariszi zwraca sie twarza ku oknu, patrzy w odlegle wzgórza i milczy. Tym razem rozumiem, ze nie odpowie, i musze zaniechac nalegan.
- Czy nie zechcialby Mahariszi wypowiedziec swego zdania co do najblizszej przyszlosci swiata? Zyjemy w epoce tak krytycznej...?
- Po co sie troszczyc o przyszlosc, gdy nie znacie nawet terazniejszosci?! Tak, dbac trzeba o terazniejszosc, a przyszlosc stanie sie sama!
Znów zbywa mnie niczym, ale nie ustepuje tak latwo. Wszak przychodze ze swiata, gdzie ciezar tragedii zycia daje sie czuc stokroc silniej niz w tym cichym ustroniu.
- Jak Mahariszi mysli, czy swiat wejdzie wkrótce w nowa epoke braterstwa i wspóldzialania, czy tez wpadnie w jeszcze gorszy chaos i walke? - pytam znów uparcie. Mahariszi nie zdaje sie zadowolony, jednak daje odpowiedz:
- Ten, Który rzadzi swiatem, czuwa nad nim wciaz. Ten, Który mu dal zycie, wie dobrze, jak nim kierowac. On niesie ciezar swiata, nie my.
- Lecz patrzac bezstronnie na wszystko, co sie wokól dzieje, trudno dostrzec te dobrotliwa opieke - powtarzam swoje z uporem.
Medrzec zdaje sie byc jeszcze bardziej niezadowolony, ale i tym razem slysze odpowiedz:
- Jakimi jestescie wy - takim jest swiat. Cóz za pozytek starac sie zrozumiec swiat, który was otacza, nie rozumiejac siebie? Ludzie, którzy szukaja prawdy, nie powinni sie tym zajmowac. Traci sie tyle energii na takie pytania. Wpierw trzeba znalezc prawde w sobie, a wówczas bedziecie w stanie latwiej zrozumiec prawde swiata, którego sami jestescie czastka.
Mahariszi urywa nagle.
Ktos zbliza sie, by zapalic nowe laseczki sandalowe. Wpatruje sie chwile w niebieskawe smugi dymu, po czym bierze swój ogromny rekopis, rozklada na kolanach i zaczyna pisac, a tym samym wyklucza mnie z pola swej uwagi. Ta ponowna obojetnosc jest jak wiadro zimnej wody na ma milosc wlasna. Czekam jeszcze z kwadrans, ale widze, ze nie ma nadziei, by Mahariszi zechcial jeszcze dawac jakies odpowiedzi i czujac, ze rozmowa skonczyla sie na dobre, powstaje, sklaniam rece na znak pozegnania i wychodze.

***



Wpierw juz prosilem o zamówienie wózka, by obejrzec swiatynie, i to wózka konnego, a nie zaprzezonego w woly, gdyz taki, choc malowniczy, dokuczyl mi swa powolnoscia. Znajduje dwukolowy wózek z malym konikiem i woznica o dosc dzikim wygladzie w czerwonym przybrudzonym zawoju na glowie i rodzaju króciutkich spodni, udrapowanych umiejetnie z kawalka prostego, nie bielonego materialu, opasujacego biodra.

 

Dluga, pelna kurzu droga. Nareszcie stajemy u bramy wielkiej swiatyni o dumnych, bogato rzezbionych wiezach. Schodze pospiesznie i zaglebiam sie w labiryncie wnetrza.
- Nie moge scisle okreslic wieku tego chramu Arunaczali - mówi mój przewodnik w odpowiedzi na me pytanie - ale ze wszystkiego, co widzimy, mozna sadzic, iz wiele setek lat ma za soba.
Wokól bram i w przylegajacych do swiatyni uliczkach widac szereg sklepów i straganów pod palmowymi daszkami. Ubogo odziani przekupnie sprzedaja rózne swiete obrazy i metalowe posazki Siwy i innych bogów. Zauwazam, iz mniej tu widac wizerunków Sri Kriszny i Ramy niz gdzie indziej. Siwy natomiast najwiecej. Przewodnik mój wyjasnia:
- Jedna z naszych legend mówi, iz Siwa ukazal sie raz na szczycie Swietej Góry w postaci zywego plomienia. Choc mialo to miejsce tysiace lat temu, odtad co roku zapala sie ognisko na górze; swiatynia byla tez zbudowana na pamiatke tego zdarzenia i na czesc Siwy, który dotad laska swa te góre otacza. 1/
Paru pielgrzymów wybiera cos przy straganach. Mozna tu znalezc rózne ksiazki religijne w tamilu i telegu, obrazki ze scenami z wielkich epopei hinduskich oraz proszki barwne, którymi robi sie znaki swiete na czole, odrózniajace wyznawców Siwy i Wisznu, a takze Hindusów od przedstawicieli innych wyznan.
Widze tredowatego zebraka. Zbliza sie wahajace ku mnie niepewny, czy go nie przegonie, jednak z tlumiona nadzieja, ze mnie wzruszy. Cale nogi ma w straszliwych ranach, a twarz znieruchomiala, jakby zastygla. Prawie ze wstydem klade pare miedziaków na ziemi przed nim; dotknac sie go boje.
Ide teraz ku jednej z tych olbrzymich wiez wejsciowych. Przypomina ona zupelnie egipska piramide z ucietym szczytem. Ten olbrzym, wraz z trzema blizniaczo podobnymi towarzyszami, góruje nad cala okolica. O dziesiatki mil widac je ze wszech stron. Cala fasade pokrywaja rzezby i male posazki bogów i bohaterów swietych legend i mitów w najrózniejszych pozach i wyrazach. Tu samotna, surowa postac pograzona w rozmyslaniu i modlitwie, obok - przytulone do siebie splecione w uscisku delikatne ksztalty bogów i bogin. Dziwnie mi na to patrzec. Ale przypominam sobie, iz hinduizm jest tak wszechogarniajacy, ze posiada wszelkie symbole, przemawiajace do róznych natur i poziomów.

 

Ide dalej i znajduje sie w obrebie olbrzymiego czworoboku. Odgrodzone jego murami, ciagna sie labirynty kolumn, kruzganków, galerii, nisz. Szereg swiatyniek, kapliczek, korytarzy, pawilonów. Nie znajdzie sie tu strzelistych kolumn greckich, jak w okolicach Aten, przed których pieknem stac mozna dlugo w niemym zachwycie; tu staje sie przed czyms olbrzymim, tajemniczym, niemal groznym, czuje sie jakies misteria. Dreszcz mnie przejmuje, gdy wchodzimy pod sklepienia pustych, ogromnych i zimnych kruzganków - zdaja sie nieskonczenie mrocznym labiryntem - lecz towarzysz mój postepuje smialo naprzód bez wahan - zna dobrze droge. Wiedzie ona przez klasztorne galerie o grubych, szarych murach, o plaskich, ciosanych masywnie, z gruba rzezbionych filarach, podtrzymujacych strop, przez na pól ciemne korytarze i zakrety, by dotrzec do wielkiej komnaty z wylotem na wewnetrzne podwórze chramu.
- Sala tysiaca kolumn - mówi mój przewodnik.
Las gigantycznych, surowych kolumn kamiennych wynurza sie tajemniczo z pólmroku. Pustka i cisza. Stare rzezby rysuja sie na wielu: twarze bogów, ksztalty zwierzat dziwnych i nieznanych. Kazda kolumna z jednej bryly kamienia ciosana, a strop, który wspieraja, równiez z ogromnych, jednolitych kamiennych plyt. Blakam sie wsród tych olbrzymów. Przechodze przez ciemne przejscia, kierujac sie slabym swiatlem lampek oliwnych, to tu, to tam stojacych na zakretach, az docieram do wewnetrznego podwórca. Z ulga wdycham powietrze i witam swiatlo sloneczne. Na podwórcu tym wznosi sie piec mniejszych pagod w tym samym stylu i rodzaju, co bramy-wieze wejsciowe. Przyjrzawszy sie jednej blisko widze, iz jest z cegly, a rzezby nie sa tu kute w kamieniu, lecz modelowane z gliny czy jakiegos plastycznego, bialego materialu. Na niektórych postaciach widac slady barw, pobladlych dzis i wytartych. Wchodzimy raz jeszcze w dlugi i mroczny kruzganek. Przewodnik mój uprzedza, iz jestesmy blisko serca swiatyni, dokad nie wolno zblizac sie Europejczykom. Wszakze z oddali korytarza biegnacego az do progu Swietego Swietych, którego nikt z niewiernych nie ma prawa przekroczyc, mozna rzucic okiem w glab. Dolatuje w tej chwili rytmiczny odglos bebna hinduskiego, dzwiek gongów i fletów i spiew kaplanów, zlewajac sie w dziwny, przeciagly, monotonny rytm. Te dzwieki stlumione, wsród mroku prastarych murów, zwiekszaja wrazenie tajemniczego ogromu tej niezwyklej swiatyni.
Zblizam sie do ostatniej, dozwolonej granicy. Moge dojrzec w mrocznej dali duzy plomien przed posagiem, dwa czy trzy chwiejace sie swiatla na oltarzu i pare sylwetek ludzi modlacych sie czy odprawiajacych jakowys rytual. Nie moge odróznic postaci kaplanów ani muzykantów, ale slysze teraz wyraznie odglos spelniajacej role rogu muszli2/ i wysoki dzwiek cymbalów wpadajacy w tony fletów w takt ogólnej muzyki.
Towarzysz szepcze mi na ucho, bym juz odszedl, gdyz kaplani nie beda bynajmniej zadowoleni, jesli mnie zobacza. Cofamy sie w cicha, jakby uspiona atmosfere podwórca. Na dzis dosc moich badan. Podchodzac do bramy widze starego bramina, siedzacego w srodku drogi nad miedziana miseczka pelna wody z kawalkiem lusterka w reku - maluje znak kasty na czole: bialo-czerwone3/ pionowe linie nad brwiami - znak prawowiernego Hindusa poludnia. W oczach nienawyklego przybysza z Zachodu wygladac moga groteskowo, niemal smiesznie.
U wyjscia zgrzybialy starzec przy malym straganie patrzy mi w oczy z wyrazem niemej prosby; zatrzymuje sie, by uczynic jej zadosc i kupic pare drobiazgów.
Dostrzegam z dala ponad dachami, na drugim koncu miasteczka, olsniewajaca bialosc wynioslego minaretu - kieruje tam swój wzrok, chce zobaczyc meczet. Lubie je bardzo. Ilekroc ujrze pelne wdzieku luki i piekno subtelne kopul meczetu, tylekroc przenika mnie dreszcz radosci.
Raz jeszcze zdejmuje obuwie i wchodze do bialego gmachu. Jakze madry jest plan jego budowy. Wysokie, strzeliste luki biegnace wzdluz mimo woli wznosza nasza mysl. Paru wiernych pograzonych w modlitwie: siedza, klecza lub do ziemi sie pochylaja w poklonach na swych malych, kolorowych dywanikach. Zadnej tajemniczosci tutaj, zadnych obrazów ani posagów, bowiem Prorok przykazal, by nic nie stawalo pomiedzy czlowiekiem a Bogiem - nawet kaplan. Wszyscy wierni sa równi przed obliczem Allacha. Nie ma kaplanów ani bieglych w pismie swietym panditów, nie istnieje hierarchia wyzszych istot, które narzucalyby sie na posredników myslom czlowieka zwróconym ku Mekce.
Wracajac obserwuje przy glównej ulicy szereg sklepików ze slodyczami, kramów z towarami lokciowymi, kupców zboza i ryzu oraz kantory wymiany pieniedzy - wszystko to istnieje tu dla pielgrzymów, którzy ciagna tysiacami ku tej prastarej swiatyni. Cale miasteczko zawdziecza jej swe istnienie.

 

Spieszno mi juz do Maharisziego. Woznica popedza konika, a ja zegnam wzrokiem chram Arunaczali, wznoszacy sie swymi dziewieciu wiezami dumnie i poteznie w niebo. Ilez mi one mówia! O cierpliwym trudzie podejmowanym radosnie przez dziesiatki lat w imie Boga. Któz bowiem móglby wzniesc taki imponujacy gmach w przeciagu chocby najdluzszego zycia jednego czlowieka. I znów majaczy mi Egipt. Nawet w architekturze tych domków po obu stronach ulicy, niskich o grubych murach, jest cos z charakteru egipskiego.
Czy tez przyjdzie dzien, gdy od swiatyn tych ludzie odbiegna, pozostawiajac je ciszy i zapomnieniu, ich wlasnemu losowi? Powolnemu ruszeniu sie murów, zmieniajacych sie w czerwonawy i szary proch, z którego ongis powstaly? Czy wynajda sobie nowych bogów i wzniosa nowe chramy na ich czesc?
Gdy konik nasz galopuje ku stokom góry, gdzie tuli sie pustelnia, budzac sie nagle z zadumy spostrzegam z dreszczem zachwytu, jakie cuda roztacza przede mna przyroda. Ilez to lat marzylem o tej wieczornej godzinie na Wschodzie, gdy slonce w calej swej chwale i wspanialosci chyli sie nad widnokregiem na nocny spoczynek! Zachód slonca tu - niedaleko równika! Gra barw najzywszych raduje i zdumiewa, a trwa krótko - moze niespelna pól godziny. Dlugie, jesienne zmierzchy europejskie sa tu nieznane. Olbrzymia kula ognista poczyna widocznie znizac sie ku dzungli, na zachodzie rozlewa sie istna tecza najbogatszych odcieni barw, plonie i mieni sie nieporównana krasa - uczta dla artysty! Kula zmienia sie najprzedziwniej w szafranowozlota i zapada coraz szybciej, by za chwile zatonac w bezmiarze nieba. Pola, gaje i dzungla zastygaja w ciszy. Milkna cwierkania ptaków i przekomarzania sie dzikich malp. Plonace obloczki bledna, jakby przechodzily w inny wymiar. Zaslona zmierzchu zgeszcza sie szybko i za chwile zapada mrokiem na plonacy przed chwila krajobraz.
Cisza ogarnia i moja istote. Piekno niewymowne tego zachodu przejmuje wzruszeniem serce. Niezapomniane chwile, które nam dobry los przezyc dozwala! Sama nasuwa sie mysl: a moze jednak pod surowym, okrutnym obliczem zycia kryje sie dobroczynna, wspaniala i piekna Potega? Chwile te wybiegaja z nieznanej dali jak meteory, dzien codziennosci odrzucajac w niepamiec i snopem swiatla zloca widnokrag naszego zycia na chwile - na jedna chwile radosnej nadziei, by zniknac zaraz w glebi nieznanych przestrzeni.

***



Gwiazdki swietojanskich robaczków unosza sie w ogrodzie Arunaczali, kreslac dziwne linie swietliste na tle otaczajacej ciemnosci, gdy wjezdzamy w dziedziniec. Wchodze do duzej sali i doznaje wrazenia, ze uroczysta specjalna cisza przeniknela i tu kazdy atom powietrza.

 

Zgromadzeni siedza na ziemi bez slowa, najlzejszy szmer nie przerywa ciszy. Na bialym tapczanie Mahariszi siedzi jak Budda ze skrzyzowanymi nogami, rece jego swobodnie spoczywaja na kolanach. Tym razem uderza mnie prostota i skromnosc jego wyrazu przy wielkim dostojenstwie, prawie majestacie. Ilez powagi i szlachetnosci w spokojnym ruchu glowy, który mi przypomina homerowskich medrców! Oczy, z ta sama niewzruszonoscia zapatrzone w dal, tak samo staja przede mna jak niezbadana Tajemnica. Czy zapatrzyl sie tak w ostatnie blaski zachodu na niebie, czy tez pograzony w jakis stan abstrakcji, podobny do snu na jawie, nie dostrzega nic z otaczajacego widzialnego swiata?
Te same blekitnawe pasemka kadzidla unosza sie w powietrzu ku drewnianym wiazaniom stropu. Siadam cicho i patrze na Maharisziego, lecz ogarnia mnie po chwili nieprzezwyciezona chec zamkniecia oczu, a potem, wraz z przenikajacym glebokim spokojem, schodzi na mnie dziwny stan pólsnu. Przerywa sie swiadomosc zwykla, usypiam i widze wyrazne obrazy. Zdaje mi sie, ze jestem malym chlopcem, stoje na stromej sciezynie, biegnacej spiralnie ku szczytom Arunaczali. Mahariszi stoi przy mnie. Trzymam go za reke, lecz jakze inaczej wyglada! Olbrzymia, wyniosla, nadludzka postac. Prowadzi mnie coraz dalej od swego mieszkania. Choc otacza nas nieprzenikniona noc, powoli, powolutku wspinamy sie po stromej sciezynie. Po chwili pada nam pod nogi promien ksiezyca i gwiazdy swieca jasno na niebie. Spostrzegam, ze troskliwie prowadzi mnie naokolo skalnych szczelin, pomiedzy olbrzymimi glazami, co zwisaja nad nami groznie, jakby zwalic sie mialy i zmiazdzyc nas. Góra jest dzika i spadzista. Wsród waskich przesmyków i skalnych zalomów, miedzy scianami kamieni, to znów za gestwina krzaków widac male pustelnie i chatynki lub groty i pieczary, zamieszkane przez ludzi. Gdy zblizamy sie, wychodza ze swych kryjówek i witaja Maharisziego poklonem. W slabym swietle ksiezyca poznaje, ze to sa joginowie i pustelnicy, wiecej do duchów, niz do zywych ludzi podobni w tym mroku. Nie zatrzymujemy sie ani na chwile, wspinamy sie wciaz, choc droga coraz uciazliwsza. Wreszcie stajemy na szczycie. Serce bije mi w oczekiwaniu czegos niezwyklego i wytesknionego.
Mahariszi zwraca sie ku mnie i gleboko patrzy mi w oczy. Czuje jakas zmiane tajemna w duszy. Dotychczasowe pobudki i dazenia oddalaja sie. Palace pragnienia, które dotad gnaly mnie nieukojenie z miejsca na miejsce, cichna i rozwiewaja sie. A egoizm i ambicje, wstrety i antypatie, oschlosc i wymagania, które bujnie krzewily sie w mym sercu, znaczac wszystkie z ludzmi stosunki, odpadaja nagle jak obce, nie moje. Cisza niewymowna, spokój nadludzki ogarnia cala ma istote i wiem, ze nigdy juz nic wiecej od zycia nie zapragne. Nagle Mahariszi wskazuje mi cos u stóp góry; patrze poslusznie i odkrywam ku najwiekszemu zdziwieniu, ze cala zachodnia pólkule ziemi widac wyraznie w dole. Mrowi sie milionami ludzi, dostrzegam ich przewalajace sie fale, czuje ich obecnosc mimo mroku. Glos medrca dzwieczy przejmujaco:
- Gdy wrócisz tam, wezmiesz ze soba pokój, który dzis poznajesz, lecz jedna cene dac zan musisz - oto na zawsze masz odrzucic samo przypuszczenie, ze jestes tylko cialem i mózgiem. Gdy spokój ten ogarnie niepodzielnie cala twa istnosc, wówczas zapomnisz wlasnej jazni, cale twe zycie zwróci sie ku TEMU!
- I Mahariszi kladzie w ma reke koniec srebrnej, swietlistej nici.
W tej chwili budze sie, a dusze mam pelna uroczystej, wznioslej powagi. Ledwie otwarlem oczy, spotykam wzrok Maharisziego. Zwrócony ku mnie, przenika mnie spojrzeniem.
Co kryje sie za tym dziwnym snem? Wszystkie pragnienia, gorzkie rozczarowania i dazenia osobistego mego zycia jakos znikly i nie moge ich sobie nawet uprzytomnic. Natomiast jasna obojetnosc dla wlasnych trosk, a glebokie wspólczucie dla ludzi, które zdawaly sie przepelniac me serce we snie, sa zywe i obecne w tej chwili, w pelni swiadomosci. Cóz za dziwne przezycie! Lecz jesli w tym snie ukrywa sie prawda, to stan taki nie moze we mnie trwac ciagle, to j e s z c z e nie dla mnie.
Jak dlugo snilem? Wszyscy obecni zbieraja sie do spoczynku; widac jest juz pózno i na mnie tez pora. W sali chyba za duszno, lepiej na dworze, w podwórzu.
Wysoki, bialobrody jogin przynosi mi latarnie radzac nie gasic jej przez cala noc; gdyz zawsze jest tu mozliwosc odwiedzin nieproszonych gosci jak weza lub pantery, a swiatla obawiaja sie i unikaja. Ziemia spalona jest i twarda jak skala, a materacyka nie zabralem, wiec dlugie godziny przechodza, zanim moge usnac. Ale to nic, i tak mam tyle do myslenia. Czuje, ze Mahariszi jest najdziwniejszym, moze nawet najbardziej tajemniczym czlowiekiem, jakiego dane mi bylo spotkac dotad w zyciu. Zdaje sie, ze medrzec ten trzyma w swych rekach cos wielkiego - wiem, ze ono mnie dotyczy, ale nie umialbym okreslic jego natury. Jest to nieuchwytne i niepojete dla rozumu... moze duchowe. Ilekroc mysl moja zatrzymuje sie przy nim, tylekroc widze z narzucajaca sie wyrazistoscia scene ze snu i dziwne przenika mnie uczucie - prawie drze, a serce poczyna bic jakimis trwoznym a wznioslym oczekiwaniem.

***



Podczas nastepnych kilku dni usiluje wejsc w blizszy kontakt z Mahariszim, ale daremnie. Sadze, ze sa trzy przyczyny tego. Pierwsza jest jego skupiona natura, jakby odwracajaca sie od wszelkich uzewnetrznien, niechec jego do jakichkolwiek dyskusja i argumentów, jego brak zainteresowania przekonaniami i wierzeniami innych. Jasne jest, ze nikogo nie chce przekonywac o prawdziwosci swoich pojec, nikogo nawracac, a tym bardziej - uczynic zen jednego ze swych wyznawców. Druga przyczyna jest tale dziwna, ze niemal smieszna - jednak musze ja wyznac: oto od dnia owego snu, ilekroc znajduje sie w jego obecnosci, ogarnia mnie rodzaj trwogi. Pytania, które lekko wyrywalyby mi sie z ust wobec kogo innego, tu zamieraja mimo woli, jakby swietokradztwem bylo niemal uwazac go za zwyklego czlowieka, z którym mozna rozmawiac i dyskutowac na równi, jak z kazdym innym. Trzecia przyczyna jest prosta: niemal zawsze jest ktos w sali, a trudno mi wyrazac swe intymne mysli w czyjejs obecnosci. Wszak jestem tu obcy i nic ich ze mna nie laczy. To, ze uzywam obcego jezyka, moze byc dla wiekszosci maloznaczne, lecz moje sceptyczne, nieraz cyniczne patrzenie na rzeczy, calkowicie odbarwione z wszelkich religijnych uczuc, jest dla nich stanowczo niezrozumiale i razace. Nie mam wcale ochoty urazac ich poboznej wrazliwosci, ale tez nie pociaga mnie oswietlenie spraw i zagadnien od strony, która wcale do mnie nie przemawia. I to w znacznej mierze wywoluje moja niechec mówienia i zadawania pytan.
Nie latwo przezwyciezyc te trzy przeszkody. Niejednokrotnie juz, juz otwieram usta, by zapytac o cos Maharisziego, gdy swiadomosc którejkolwiek z trzech przeszkód staje na drodze - i urywam.
Kilka dni, które przeznaczylem na te pustelnie, przechodzi szybko. Przedluzam je i postanawiam pozostac tydzien. I ten mija.
Zostaje dwa. Pierwsza moja rozmowa godna tego imienia z Mahariszim okazuje sie tez ostatnia. Inne to tylko strzepki, urywki przygodne, poza które przez cale dwa tygodnie nie umiem wyjsc. Co dzien odczuwam cudowny spokój w atmosferze medrca, pogode i cisze, zdajace sie przenikac samo powietrze, którym on oddycha, ale dopiero ostatni dzien przynosi mi upragniona rozmowe.
Podsumowujac rezultat mego pobytu, widze, iz byly to na przemian wzniosle nastroje i smutne rozczarowania, gdy nie moglem nawiazac z Mahariszim tego osobistego kontaktu, o jaki mi chodzilo. Ostatniego dnia czuje cos na ksztalt rozpaczy. Rozgladam sie po sali, wszyscy ci ludzie, zarówno wewnetrznie jak i zewnetrz-nie, mówia innym ode mnie jezykiem, jakze wiec zdolam zblizyc sie do nich? Patrze na Maharisziego. Siedzi tam, jakby na wyzynach Olimpu, i patrzy na panorame zycia z góry, z oddali, jak ktos, kto sam do tego nie nalezy. Jakas tajemnicza wlasciwosc odróznia tego czlowieka od wszystkich, jakich kiedykolwiek spotkalem. Niejednokrotnie mi sie zdaje, ze on nie nalezy do nas, do ludzkosci, lecz raczej do przyrody. Do tego samotnego szczytu, wznoszacego sie stromo i dumnie za oknami; do tej dzungli dzikiej i nieprzeniknionej, rozciagajacej sie az ku lasom dziewiczym w oddali; do niezbadanych rozmiarów nieba i gwiazdzistych przestworzy.
Cos z kamiennej niewzruszonosci wynioslej Arunaczali, zdaje sie, przeniknelo w istote Maharisziego. Opowiadano mi, ze mieszkal na tej górze przez lat trzydziesci, a teraz nie zgadza sie jej opuscic nawet na dzien jeden. Tak glebokie, scisle zzycie sie musi sie odbic jakims wplywem na naturze czlowieka. Wiem, ze miluje te góre. Ktos mi przeczytal pare linii z pieknego, lecz prawie wstrzasajacego poematu, które medrzec napisal w jezyku tamilskim dajac wyraz tej milosci. Jak ta góra samotna wyrasta na brzegu dzungli, wznoszac swój szeroki szczyt w blekit nieba, tak wznosi glowe ten czlowiek przedziwny, w samotnym majestacie swej wielkosci, swej nieporównanej odrebnosci, ponad cizbe ludzka calej kuli ziemskiej. Jak Arunaczala, Góra Swietego Plomienia, stoi sama, wyniosla i dumna, oddzielnie od nieregularnych, rozrzuconych wzgórz, opasujacych caly krajobraz, tak Mahariszi jest sam tajemna, niepojeta samotnoscia nawet wsród otaczajacych go uczniów, wyznawców, czcicieli, którzy kochaja go i wielbia od lat. Bezosobista, nieprzenikniona cecha przyrody, tak wybitnie i wyraziscie przedstawiajaca sie w tej Swietej Górze, przeniknela i wen i oddzielila go od slabych, ulomnych jego braci jakby na zawsze. Czasem spostrzegam, ze sam pragnalbym go widziec nieco blizszym "czlowieczenstwa", nieco bardziej dostepnym dla uczuc, które sie nam wydaja tak naturalne, a przecie w obliczu jego bezosobistej powagi przedstawione okazuja sie slaboscia i maloscia. A jednak, jesli Mahariszi istotnie osiagnal wysokie urzeczywistnienia duchowe, niedostepne dla innych, musial przez to samo wzniesc sie ponad ludzkosc, pozostawiajac na zawsze daleko poza soba reszte naszej rasy. Czyz nie jest to proste a nieuniknione? Czymze mam wytlumaczyc to dziwne uczucie, które mnie nieodmiennie ogarnia, ilekroc wzrok jego czuje na sobie - uczucie niemal trwoznego a radosnego oczekiwania, jakby objawienie przedziwne bylo bliskie.
Ale, biorac trzezwo, poza owymi stanami niezmaconej pogody i ciszy oraz wspomnieniem snu, który mógl byc wieszczym, zadne rewelacyjne slowa ni znaki do mnie nie dotarly i dzis, gdy tak malo czasu mi juz pozostaje, rozpacz mnie niemal ogarnia: dwa tygodnie i tylko jedna krótka rozmowa! Nawet urywany sposób wyrazania sie Maharisziego trzymal mnie z dala, a równiez pamiec pierwszego przyjecia, jakbym byl kims nieproszonym i zbednym, choc mój przewodnik, zóltoszary jog, chcac sklonic mnie do przyjazdu, tyle mi czynil najbardziej pociagajacych obietnic. Musze szczerze przyznac, ze pragne uparcie, az do dreczacej meki, wlasnie z tego czlowieka -ponad wszystkimi innymi na ziemi - cos wydobyc. Zawladnela mna bowiem niepodzielnie jedna mysl, która nie jest wynikiem rozumowania; przyszla sama, nieproszona i nie daje mi spokoju powtarzajacym sie wciaz refrenem: "Ten czlowiek wyzwolil sie od wszelkich zagadnien i zaden ból ni troska nie moga go dotknac".
Postanawiam uczynic ostatni wysilek, by mymi pytaniami zmusic Maharisziego do wyczerpujacej odpowiedzi. Ide do jednego z jego starszych uczniów, który nieoczekiwanie okazal mi duzo dobroci, i mówie mu szczerze, jak bardzo pragne miec dluzsza z Mahariszim rozmowe przed odjazdem. Wyznaje, ze nie smiem sam o to prosic, ale licze na jego pomoc. Jog usmiecha sie ze wspólczuciem, idzie do Maharisziego, za chwile powraca oznajmiajac, iz mistrz jego chetnie ze mna pomówi.
Spiesze wiec do sali. Siadam blisko tapczanu. Mahariszi od razu zwraca sie ku mnie i wita usmiechem. Robi mi sie razno i swobodnie - tak latwo teraz zadawac pytania.
- Joginowie hinduscy mówia, ze chcac znalezc Prawde trzeba usunac sie od swiata i pójsc w samotnie gór czy lasów, lecz dla nas ludzi Zachodu jest to niezmiernie trudne, prawie niemozliwe, tak bowiem inne jest tam zycie. Czy Mahariszi podziela to zdanie joginów?
Medrzec zwraca sie do jednego z braminów o inteligentnym i milym wyrazie twarzy i ten tlumaczy mi odpowiedz.
- Nie nalezy przerywac czynnego zycia. Jesli sie poswieci codziennie godzine czy dwie medytacji, mozna nadal wypelniac wszystkie swe obowiazki. Bo gdy medytacja bedzie uprawiana we wlasciwy sposób, stworzy ona tak silny prad mysli, ze ten nie przerwie sie przez caly dzien, nawet podczas wszelkich innych zajec. Istnieja jakby dwa sposoby wyrazania tego samego; idee, które obiera sie do medytacji, moga byc wyrazane i w dzialaniu.
- Jakiz bedzie tego skutek?
- Po pewnym czasie stosunek do ludzi, zdarzen i przedmiotów zacznie sie zmieniac. Wszystkie czyny, cale postepowanie beda same przez sie szly za linia rozmyslan.
- Wiec Mahariszi zgadza sie z twierdzeniem joginów? - usiluje wydobyc wyrazna odpowiedz. Lecz Mahariszi unika jej.
- Nalezy zniweczyc egoizm, osobiste pragnienia, które nas przykuwaja do tego znikomego swiata. Prawdziwe wyrzeczenie sie to odrzucenie zludnego ja.
- Czyz mozna wsród wszelkich swiatowych zajec stac sie bezosobistym i niesamolubnym?
- Czyn i madrosc nie wykluczaja sie wzajemnie.
Czy znaczy to, ze mozna dalej pracowac w tych samych dziedzinach, w tym samym zawodzie np., a jednoczesnie szukac prawdy i zdobyc oswiecenie?
- Dlaczegóz by nie? Ale wówczas nie uwaza sie naszej dotychczasowej osobowosci za dzialajaca i wypelniajaca prace. Bowiem cala swiadomosc zmienia powoli swój osrodek ciazenia, az skupi sie calkowicie w T y m, a To jest poza nasza maloscia, poza naszym malym ja.
- Ale w zyciu, wsród normalnych zajec, malo zostaje czasu na medytacje.
- Tylko poczatkujacy, nowicjusze w zyciu duchowym musza wyznaczac sobie specjalne godziny na medytacje. Czlowiek, który robi nieco szybsze postepy, poznaje wkrótce gleboka, duchowa radosc, a odczuwac ja moze zarówno przy pracy jak w medytacji. Rece jego moga byc zatrudnione, wspóldzialajac ze spoleczenstwem, a glowa wznosic sie w cisze samotna i beznamietna.
- A wiec Mahariszi nie naucza jogi?
- Joginowie, usilujac skierowac swa mysl do obranego celu, podobni sa do pastuchów, którzy popedzaja swe woly kijem, a na tej drodze jest sie raczej pasterzem, który pokazujac soczysta trawe wolom, sklania je do przyspieszenia kroku.
- Jakze to zrobic?
- Trzeba wciaz zadawac sobie pytanie: kina jestem? Badanie to, czynione sumiennie, musi nas w koncu doprowadzic do odkrycia w sobie czegos wiekszego nad umysl, czegos, co jest ponad mysla. Gdy sie to najwieksze zagadnienie rozwiaze, wszystkie inne rozwiazuja sie same przez sie.
Nastepuje milczenie. Usiluje wniknac w te odpowiedzi. Przez kwadratowe okno o zelaznych pretach, bez szyb, widze wyraznie podnóze Góry Swietej i jej strome zbocza, dziwna linia rysujace sie w swietle porannego slonca. Mahariszi sam zwraca sie do mnie:
- Moze jasniejsze to bedzie, gdy powiem: wszyscy ludzie, od wieków pragna szczescia nie zmaconego zadnym smutkiem. Chca posiasc szczescie calkowite i nie konczace sie nigdy. W instynkcie tym ukrywa sie prawda. A czy nie zauwazyles, ze ludzie prawie zawsze najwiecej kochaja swoje wlasne ja?
- A wiec?
- Postaraj sie polaczyc to z niezaprzeczalnym faktem, ze szczescia szukaja zawsze i wszelkimi sposobami, czy to w pijanstwie, czy w religii, a znajdziesz klucz do zrozumienia prawdziwej natury czlowieka.
- Jeszcze nie moge pojac...
- Glos Maharisziego staje sie wyzszym:
- Istotna natura czlowieka jest szczesliwosc. Tak, szczesliwosc to wrodzona cecha prawdziwej Jazni. Teskniac do szczescia czlowiek nieswiadomie teskni do siebie Samego. Istotna jego Jazn jest wieczysta i niezniszczalna, gdy ja odnajdzie, znajdzie trwale, nigdy nie konczace sie szczescie.
- Ale ludzie sa wszedzie tak nieszczesliwi?
- Tak, bo nie znaja zupelnie swej istotnej natury. A jednak wszyscy bez wyjatku, swiadomie lub nieswiadomie, wciaz jej szukaja.
- Czyz i ludzie zli, okrutni, zbrodniczy? - pytam.
- Tylko dlatego popelniaja zbrodnie, ze w kazdej zdaje sie im, iz uchwyca cos z owego wytesknionego szczescia. Pogon za szczesciem jest w czlowieku najsilniejszym instynktem. Ale ludzie nie wiedza, iz jest ona wlasciwie szukaniem Siebie, wiec rzucaja sie na niewlasciwe drogi, sadzac, ze tam znajda szczescie. Myla sie, bo kazdy zly czyn powraca ku nim jako cierpienie.
- Wiec naprawde zdobedziemy nie przemijajace szczescie, gdy poznamy nasze prawdziwe ja?
Mahariszi potakuje gestem. Promien slonca pada w tej chwili na jego twarz. Ilez nie zmaconej pogody na tym wynioslym czole, ile slonecznej radosci wokól ust o wyrazie woli niezlomnej, ile glebokie-go, swiatynnego pokoju w przejrzystych, bezdennych zrenicach! Tak, wyraz calej jego postaci swiadczy o prawdzie jego rewelacyjnych slów.
Jakie jest wlasciwe znaczenie tych pozornie prostych slów? Tlumacz przekazal mi ich znaczenie zewnetrzne, ale glebszej ich tresci nie jest w stanie mi dac, wiem, ze tylko sam odkryc je moge. Medrzec zdaje sie mówic nie jak uczony filozof, wykladajacy swa teorie, lecz dajac raczej cos z samej glebi zywego serca. Czy slowa te sa wyrazem jego wlasnego, przezytego doswiadczenia?
- Czymze jest owo j a czlowieka, o którym Mahariszi mówi? Jesli wszystko to jest prawda, to chyba musi w nas byc jakies inne j a prócz tego, które sami znamy?
Przelotny usmiech ukazuje sie na jego twarzy.
- Jakzeby dwie istnosci, dwie jaznie mogly jednoczesnie wladac czlowiekiem? Chcac zrozumiec to zagadnienie, trzeba zanalizowac siebie. Czlowiek tak dlugo poddawal sie temu, co inni mysla, ze nigdy nie stanal twarza w twarz z wlasnym "Ja". Nie zna siebie. Nie widzial nigdy dokladnego swego wizerunku. Zbyt dlugo utozsamial sie ze swym cialem fizycznym i aparatem mózgowym. Dlatego powtarzam tak czesto, ze trzeba ciagle zadawac sobie pytanie : kim jestem?
Urywa na chwile, jakby dajac mi czas do przyswojenia sobie tych slów. Chlone je chciwie.
- Chcialbys, bym opisal te jazn? Cóz mozna o niej rzec? Jest to - TO, z czego wszelkie poczucie indywidualnego Ja pochodzi i w czym sie z czasem pograzy i zniknie.
- Zniknie? - powtarzam jak echo. - Jakze mozna kiedykolwiek utracic poczucie wlasnej indywidualnosci?
- Pierwsza, najpierwotniejsza mysla w umysle kazdego czlowieka jest owo pojecie "ja". Dopiero gdy ono sie zrodzi, wszystkie inne moga powstawac. Zaimek "ty" moze narodzic sie w mysli dopiero po urodzeniu sie pierwszego - tj. "ja". I gdybyscie mogli isc mysla wstecz za nicia owego pojecia "ja" az do jego zródla, odkrylibyscie z latwoscia, ze tak jak najpierwsze sie ono pojawia, tak ostatnie znika. Jest to kwestia, która mozna wypróbowac i sprawdzic wlasnym doswiadczeniem.
- Czy Mahariszi przez to rozumie, ze kazdy moze przeprowadzic takie myslowe badanie siebie?
- Oczywiscie! Mozna isc coraz bardziej w glab siebie, az ostatnie pojecie "ja" zniknie.
- A cóz pozostanie? Czy czlowiek straci wtedy wszelka swiadomosc, czy stanie sie idiota?
- O nie! Odwrotnie! Siegnie w swiadomosc niesmiertelna i olbrzymia, w madrosc istotna, gdyz zbudzi sie w swojej prawdziwej, rzeczywistej naturze.
- Ale poczucie "ja" chyba i wówczas musi pozostac? - bronie sie uparcie.
- Poczucie "ja" nalezy do naszej osobowosci, do ciala i mózgu -odpowiada spokojnie Mahariszi. - Gdy czlowiek po raz pierwszy odkrywa swa wlasna nature, cos innego powstaje z glebi jego istoty i ogarnia go calkowicie. Owo "cos" jest poza mysla, jest nieskonczone, wieczyste i boskie. Jedni nazywaja je królestwem niebieskim, inni dusza lub duchem, jeszcze inni nirwana, a my. Hindusi, zwiemy to wyzwoleniem. Mozecie nazwac "to" jak sami chcecie. Gdy to sie staje, czlowiek w istocie siebie nie traci, raczej siebie odnajduje.
Gdy tlumacz wymawia to ostatnie zdanie, nagle staja mi w mysli te slowa pamietne, wypowiedziane przed wiekami przez Nauczyciela z Galilei, slowa niezrozumiale dla tylu ludzi:
"Kto by chcial zachowac dusze swa, straci ja, a kto by stracil dusze swa dla mnie, znajdzie ja".
Jakze uderzajaco podobne sa te slowa Jezusa do slów medrca hinduskiego, choc ten zdobyl te prawde wlasna, nie chrzescijanska droga, droga psychologiczna, która sie zdaje nieskonczenie trudna, malo zrozumiala i dziwna.
Mahariszi odzywa sie znów:
- Zanim czlowiek pusci sie w te wielka odkrywcza podróz, w poszukiwaniu Siebie, niepewnosc, zwatpienie, meka musza byc jego nieodstepnymi towarzyszami. Najwieksi monarchowie i mezowie stanu, usilujacy rzadzic innymi, wiedza dobrze w glebi serca wlasnego, ze rzadzic soba nie potrafia. A najwieksza potega jest w reku tego czlowieka, który siegnal w najistotniejsza glab swej istoty. Jest wielu ludzi geniuszu, olbrzymów intelektu, którzy cale zycie gromadza wiedze z przeróznych dziedzin, ale gdy sie ich spytac, czy rozwiazali zagadnienie czlowieka, czy odgadli jego tajemnice, czy zdobyli wladze nad soba, pochylaja glowe ze wstydem. Na cóz zda sie wiedza o róznych rzeczach, gdy nie wiedza, kim sa sami. Ludzie tak unikaja owego pytania i zaglebiania sie w swa prawdziwa nature, a czyz istnieje cos bardziej godnego naszego trudu?
- Ale to sie wydaje tak trudnym, tak niemal nadludzkim zadaniem - wtracam.
- Czy to jest mozliwe, czy nie, to kwestia wlasnego doswiadczenia. Trudnosc jest mniejsza, niz moze sie zdawac.
- Dla nas czynnych, ruchliwych, praktycznych ludzi Zachodu taka introspekcja... - zaczynam z powatpiewaniem i urywam w pól zdania.
Mahariszi pochyla sie ku gasnacym laseczkom sandalowym, zapala jedna i odzywa sie znów:
- Osiagniecie prawdy jest równie mozliwe dla Hindusów jak dla Europejczyków. Przypuscmy, ze dla tych, których pochlania zycie zewnetrzne, droga jest trudniejsza, ale nawet i oni moga i musza zwyciezyc. Prad mysli, wytworzony podczas medytacji, moze byc utrzymywany droga stalej praktyki, która wkrótce wchodzi w przyzwyczajenie. A wtedy wszelka praca i dzialalnosc odbywa sie jakby w tym pradzie; nic go nie narusza i nie przerywa. A wiec po pewnym czasie nie ma róznicy miedzy medytacja a dzialalnoscia zewnetrzna. Jesli bedziesz rozmyslal nad zagadnieniem - kim jestem? jesli zaczniesz rozumiec, ze cialo fizyczne z mózgiem i pragnienia to jeszcze nie najistotniejsza, najglebsza nasza istota, to samo to usilne i natarczywe pytanie wywola z glebi twojego jestestwa odpowiedz. Przyjdzie ona samorzutnie jako realne przezycie i - bedzie osiagnieciem prawdy.
Zamyslam sie nad tymi slowami.
- Poznaj rzeczywista Jazn, wówczas prawda, jak samo slonce zywa, zajasnieje w twym sercu. Mysl stanie sie spokojna i beztroska, a szczescie prawdziwe poplynie jak potok, bowiem szczescie i Jazn istotna sa jednym. Wraz z osiagnieciem tej swiadomosci Siebie znikaja na zawsze wszelkie watpliwosci i wahania.
Zwraca glowe ku oknu i patrz w dal. Wiem juz, ze oznacza to koniec rozmowy. Dumny jestem, iz udalo mi sie jednak sklonic tego milczacego czlowieka do tak wyczerpujacych odpowiedzi.

***



Wychodze i bladze pare godzin po cichych gaszczach dzungli, a reszte dnia spedzam sam wsród notatek i ksiazek. O zmierzchu wracam do sali, gdyz za pare godzin zajedzie wózek, by mnie uniesc daleko od tej pieknej pustelni.
Aromatyczny zapach kadzidla przepelnia powietrze. Mahariszi na pól lezy pod wielkim wachlarzem, lecz po chwili siada w swej ulubionej pozie, która mi pokazywal Brahma, jogin znad rzeki Adiaru, jako "najwygodniejsza" z postaw. Próbowalem jej sam, jest istotnie latwa i wygodna. Mahariszi z twarza wsparta na reku, opiera sie lokciem o kolano; patrzy na mnie uwaznie, ale milczy. Przy tapczanie stoi jego nieodstepny kij bambusowy i ciemny, z kokosowego orzecha drazony dzbanek. Oto jedyna jego wlasnosc poza przepaska na biodra. Cóz za nieme wyzwanie naszej zachodniej zadzy posiadania!

 

Zrenice jego, zawsze przejrzyste i jasne, staja sie jeszcze bardziej blyszczace, wpatrzone w jeden punkt, cialo nieruchomieje, glowa, lekko drzaca przed chwila, zastyga w jednym ruchu, poznaje z latwoscia, ze wchodzi w ten stan koncentracji wewnetrznej, w której go po raz pierwszy ujrzalem. Jak dziwnie - mysle -rozstajemy sie tak, jakesmy sie spotkali! Ktos pochyla sie ku mnie i szepce mi na ucho:
- Mahariszi pograzyl sie w swa swieta medytacje, zadne slowa don teraz nie dotra.
Cisza zstepuje na mala gromadke. Minuty przechodza, a cisza wciaz sie poglebia. Nie jestem religijny, a jednak nie moge sie oprzec przemoznemu uczuciu uroczystego skupienia, rzeklbym, niemal trwogi, jak pszczola nie moze oprzec sie pokusie miodnego kwiatu w pelnym rozkwicie... Cala sale zdaje sie przenikac nieuchwytny prad o poteznym napieciu. Czuje jego wplyw w calej mej istocie. Nie ulega zadnej watpliwosci, ze osrodkiem i twórca tej tajemnej energii jest milczaca postac na tapczanie. Oczy Maharisziego jasnieja dziwnym swiatlem. Powstaje we mnie niewytlumaczone uczucie, jakby te nieruchome, swietliste zrenice patrzyly w ma dusze widzac wszystko do dna. Mam niemal jasna swiadomosc, ze najskrytsze mysli, najbardziej ukryte wzruszenia mego serca, najtajniejsze pragnienia wzrok ten przenika na wskros. Jestem przed nim bezbronny, nie moge ujsc ani sie skryc. Na chwile ogarnia mnie niepokój, ale zaraz ustepuje miejsca dobrotliwemu poddaniu sie, jakby w niejasnym przeczuciu, ze tylko dobro moze mi to przyniesc. Wiem, ze nawet odlegle, przeze mnie samego zapomniane karty mego zycia sa wszystkie odkryte przed tym nieublaganym spojrzeniem. Ale ujsc juz przed nim nie chce. Czuje, jak widzi slabosci wszystkie mej natury, caly splatany gaszcz róznorodnych wzruszen przeszlosci i uczuc, które rzucaly mna jak pilka. Ale tez wiem nieomylnym instynktem, ze rozumie owo zaciekle, rozpaczliwe poszukiwanie, które mnie zmusilo do porzucenia utartych dróg i szukania takich ludzi jak on. Naraz prad zmienia sie wyraznie. Powieki moje trzepocza mimowolnym mruganiem, lecz oczy Maharisziego sa nadal nieruchome. Poczynam zdawac sobie sprawe, ze laczy on mój swiat ze swoim. Ze pobudza serce, wprowadzajac wen przedziwny, gwiezdny spokój, w którym sam nieustannie przebywa. Tonac w nim czuje nieznana mi dotad lekkosc i wzniesienie, jakbym mial skrzydla. Czas sie jakby zatrzymal i przestal istniec. Spadly wszelkie okowy cierpienia i trosk. I nigdy juz - czuje to wyraznie - gorycz gniewu ni melancholia niespelnionych pragnien nie przytloczy mi serca. Gleboko w tej chwili rozumiem, ze wrodzony instynkt, który zmusza czlowieka patrzec wzwyz, który podsyca slabnaca wiare i rozpala nadzieje nawet wsród czarnej nocy zycia, budzac odwage przetrwania, jest instynktem prawdy, gdyz tresc, "dusza" zjawisk i zycia samego jest dobra! Wszystkie zegary stanely. Bledy odpadly, malosci odbiegly. Cudowna, wibrujaca cisza uniosla mnie w swiat Maharisziego. Pograzam sie w jego madrosci i jestem jak planeta w najblizszej odleglosci od slonca. Czyz wzrok tego czlowieka nie jest jak rózdzka maga, wywolujacego ukryty tajemny swiat nieoczekiwanego piekna przed oczami mej duszy?
Pytalem sie czasem siebie, po co ci wszyscy uczniowie przebywaja latami przy Mahariszim, choc nie mówia z nim prawie nigdy i nie maja tu zadnej pracy, jeszcze mniej wygód czy zewnetrznych radosci. W tej chwili zaczynam rozumiec - nie droga myslowa, przez podobne blyskawicom momenty olsnien otrzymuja gleboka a milczaca nagrode.
Dotad wszyscy na sali trwali zastygli w cichej medytacji, teraz spostrzegam, ze jeden za drugim wstaja i prawie bezszelestnie opuszczaja sale - az w koncu znajduje sie z Mahariszim sam. Po raz pierwszy, odkad tu jestem. Oczy jego zmieniaja sie, zdaja sie zwezac i przymykac, az widze tylko jeden swietlny punkt, jeszcze potezniejszy w napieciu jasnosci i mocy. I nagle czuje, ze cialo me zdaje sie znikac, czuje jakby lot i znajduje sie przy Mahariszim w przestrzeni powietrznej!
Chwila krytyczna, decydujaca! Waham sie i ... postanawiam zlamac ten dziwny czar. Decyzja to moc, wiec znów w pelni swiadomosci znajduje sie na sali.
Nie mówi nic. Usiluje zebrac mysli i wrócic do konkretnosci. Patrze na zegar - czas na pociag. Wstaje i sklaniam glowe na pozegnanie. Medrzec odpowiada mi skinieniem. Wymawiam pare slów podzieki. Znów milczacy gest.
Zatrzymuje sie raz jeszcze na progu. Slysze juz dzwoneczki wolów. Raz jeszcze wznosze zlozone rece do czola.
I tak sie rozstajemy.



[...] Za pare dni uniesie mnie statek ku Europie slizgajac sie po zielonkawoblekitnych wodach Morza Arabskiego. Obiecuje sobie, ze wraz z wejsciem na jego poklad odrzuce wszelka filozofie, zapomne o calej swej wschodniej romantycznej przygodzie. Nie bede juz wiecej skladal wszystkiego, co posiadam - czasu, mysli, energii i pieniedzy - na oltarzu poszukiwan domniemanych mistrzów i swietych.
Ale nieznany dotychczas glos wewnetrzny znów szydzi: "Glupcze, i to ma byc rezultat lat pragnien i poszukiwan?! Chcesz banalnej drogi wszystkich ludzi, zapomnienia tego, co juz zdolales zdobyc, odrzucenia najlepszych twych uczuc w porywie egotyzmu i zmyslowosci? - Ale ostroznie! Rozpoczynales zycie pod wladza strasznych mistrzów; nieskonczone rozmyslania i analizy odarly z czaru cale twe zycie; goraczkowa dzialalnosc smagala cie swym biczem, a samotnosc wewnetrzna toczyla jak robak twe serce. Czy sadzisz, ze nie pozostawilo to sladu? ze mozesz uciec od skutków takiego zycia? To sie nie uda, bo skuty jestes niewidzialnymi lancuchami".
Dziwne nastroje ogarniaja mnie kolejno, gdy tak wpatruje sie w gesto usiane, blyszczace niebo Wschodu. Usiluje bronic sie przed nieublaganym glosem, skarze sie i usprawiedliwiam tlumaczac sie z porazki.
Ale glos jest surowy i nie przebacza: "Czy masz bezwzgledna pewnosc, ze nikt z ludzi, których tu spotkales, nie moze byc twym mistrzem?" Pyta znów natarczywie.
Dlugi szereg twarzy przesuwa sie przed oczami mej pamieci. Zywe twarze z pólnocy i spokojne z poludnia, nerwowe uczuciowców wschodniej polaci kraju i silne, meskie, skupione Marathów zachodniej; twarze zyczliwe i przyjazne, rozumne i niebezpieczne, ograniczone i zle, glebokie i nieodgadnione.
Jedna twarz tylko oddziela sie od tej calej procesji i unosi uparcie przede mna, a oczy jej spokojnie patrza w me zrenice: niewzruszone, do sfinksa podobne oblicze Maharisziego, medrca, który spedzil zycie na Górze Swietego Plomienia. Nie zapomnialem go bynajmniej; raz po raz wylaniala sie lagodna i gleboka mysl o nim, ale wciaz zmieniajacy sie charakter mych doswiadczen, wir wrazen, twarzy, wypadków, przezyc, nagle zmiany, ciagle inne warunki, kladly sie warstwami na tamto wspomnienie, przytlumiajac wrazenie mych krótkich odwiedzin.
Dzis widze, ze byl jak wielka gwiazda na niebie mego zycia, ze przemknal przez mroczna próznie jak wielka swiatlosc, by zniknac w dali. Musze tez przyznac - chcac dac uczciwa na wewnetrzne pytanie odpowiedz - ze jest jedynym, który wywarl trwale wrazenie; tak, najwieksze ze wszystkich spotkanych dotad ludzi na Wschodzie i Zachodzie. Ale zdawal sie taki daleki, tak odlegly od wszystkich europejskich sposobów myslenia, tak obojetny w stosunku do mnie, jakby go w najmniejszej mierze nie obchodzilo, czy uczniem jego zostane, czy nie.
Cichy glos odzywa sie znów ze zdwojona sila:
"A skad masz pewnosc, ze byla to obojetnosc? Byles tam tak krótko i pospieszyles dalej"...
"No tak", bronie sie slabo. "Wszak musialem trzymac sie dobrowolnie przyjetego programu. Czyz moglem inaczej?"
"Jedno ci pozostaje dzis do zrobienia - oto wrócic teraz do niego".
"Jakze sie moge narzucac?"
"Nonsens. Cóz znaczy twa osobista ambicja w porównaniu z powaga twego wewnetrznego szukania. Wracaj do Maharisziego!"
"Alez on jest na drugim koncu Indii, a ja czuje sie chory i nie mam sil na dalsze wedrówki."
"Cóz to znaczy? Czyz nie wiesz, ze chcac znalezc mistrza poswieca sie wszystko?"
"Nie wiem dzis nawet, czy go pragne. Jestem zanadto zmeczony, by pragnac czegokolwiek. Zreszta zamówilem juz kabine, za trzy dni statek odplywa. Za pózno na zmiane planów."
Slysze niemal szyderczy smiech.
"Co? za pózno? Gdziez sie podziala ocena wartosci, madrosc sadu? Gotów jestes przyznac, ze Mahariszi jest najniezwyklejszym czlowiekiem, jakiego spotkales, a jednoczesnie chcesz uciekac nie zadawszy sobie nawet trudu blizszego poznania go. Wracaj!"
Ale zacinam sie w tepym uporze. Mózg mówi "tak", a krew krzyczy "nie".
Po raz ostatni odzywa sie glos:
"Zmien plany. Musisz wrócic do Maharisziego". Po czym milknie.
Ale za to powstaje w glebi mej istoty cos, co zada posluszenstwa rozkazowi, choc nie znam owego glosu i nawet nie wiem, czy do mnie nalezy. Zalewa mnie ta fala i zmiata wszelkie argumenty, wszystkie sprzeciwy intelektu, protesty oslabionego organizmu, tak ze staje sie jak bezbronne niemowle w jej ramionach. I poprzez ten nagly nieprzezwyciezony nacisk, wolajacy mnie do niezwlocznego porzucenia wszystkiego, widze naraz z niezwykla jasnoscia jego spokojne oczy - jakby niemy zew.
Nie walcze juz i nie przeciwstawiam sie memu wewnetrznemu glosowi, wiem, zem bezbronny i zwyciezony. Pojade zaraz do Maharisziego i - jesli mnie przyjmie - powierze mu sie calkowicie. Uwiaze mój wóz do jego gwiazdy. Kosci rzucone. Cos mnie pokonalo, choc nie wiem dobrze co.
Wracam do hotelu i wypijam troche letniej herbaty. I nagle czuje sie nowym, przemienionym czlowiekiem. Mroczny ciezar pesymizmu i zwatpienia spadl z moich ramion.
Nazajutrz rano schodze na sniadanie zdajac sobie sprawe, ze usmiecham sie po raz pierwszy, odkad jestem w tym miescie. Brodaty sikh, kelner, jasniejacy biela ubrania, odpowiada mi usmiechem i staje za krzeslem podajac mi koperte:
- Oto list dla pana.
Patrze na stempel. Przeadresowany kilkakrotnie, gonil mnie z miejsca na miejsce. Otwieram i konstatuje z radoscia, ze pisany byl w pustelni u stóp swietej Arunaczali. Autor, niegdys znany dzialacz spoleczny, czlonek legislatury madraskiej, usunal sie z zycia publicznego po jakichs tragicznych przejsciach rodzinnych i zostal uczniem Maharisziego; odwiedza go, jak moze najczesciej. Spotkalem go tam i korespondowalem przygodnie.
List jest mily, pelen zyczliwych mysli, wyraza chec ponownego ujrzenia mnie w pustelni i zapewnienia o najserdeczniejszym przyjeciu. Gdy koncze, jedno zdanie zostaje mi w pamieci:
"Szczesliwy los pozwolil panu spotkac prawdziwego mistrza".
Chyba ten list jest dalsza wrózba i blogoslawi mej ostatecznej decyzji. Jade do biura podrózy i cofam zamówienie na kabine.
A nazajutrz zegnam Bombaj i pedze przez szare równiny Dekanu, gdzie tylko rzadkie drzewa urozmaicaja krajobraz. Zdaje mi sie, ze pociag biegnie zbyt wolno przez te ubogie nagie plaszczyzny. Za kazda mila czuje, ze zblizam sie do jakiejs wielkiej przygody wewnetrznej, do duchowej swiatlosci i najbardziej tajemniczego czlowieka, jakiego kiedykolwiek spotkalem. Patrzac przez okno na migajace krajobrazy czuje, ze moja mglista nadzieja spotkania nadczlowieka, prawdziwego risziego, ozywa ze zdwojona sila.
Gdy nastepnego dnia, po przebyciu przeszlo tysiaca mil, wjezdzamy w cichy zielony krajobraz Poludnia z kilku czerwonawymi wzgórzami rysujacymi sie w oddali - czuje przyplyw prawdziwego szczescia. A gdy suche równiny pozostawiamy za soba i przybywamy do Madrasu, witam radosnie jego wilgotne goraco, mówi mi bowiem, ze znaczna czesc podrózy odbyta. Musze przejechac przez miasto na inny dworzec. Wobec tego, ze mam pare godzin do nastepnego pociagu, zalatwiam pare sprawunków, po czym spiesze odwiedzic owego hinduskiego pisarza, który mnie zawiózl do Jego Swiatobliwosci Sri Siankary Aczarii, duchowego kierownika poludniowego hinduizmu.
Wita mnie serdecznie, a gdy mówie, ze jade ponownie do Maharisziego, wola radosnie:
- Nie dziwie sie, spodziewalem sie tego!
- Dlaczego? - pytam troche zaskoczony. Usmiecha sie.
- Czy pan pamieta nasze spotkanie z Jego Swiatobliwoscia Sri Siankara w Czingleput? Czy nie zauwazyl pan wówczas, jak przy pozegnaniu w przedpokoju cos do mnie cicho mówil?
- Owszem, teraz, gdy na to zwrócil pan uwage, przypominam sobie wyraznie. Wiec?
Suchej rasowej twarzy pisarza nie opuszcza znaczacy usmiech.
- Oto co Jego Swiatobliwosc powiedzial mi wówczas: "Przyjaciel twój objedzie cale Indie; odwiedzi wielu joginów, spotka licznych nauczycieli. Ale w koncu bedzie musial wrócic do Maharisziego. Bowiem dla jego natury tylko Mahariszi okaze sie odpowiednim mistrzem".
Slowa te tak niespodziewane, przychodzace do mnie w przeddzien mego powrotu, robia na mnie glebokie wrazenie. Zdradzaja wladze prorocza Sri Siankary Aczarii, a co wiecej, potwierdzaja jakby, ze obralem droge wlasciwa.
Jakze dziwne losy wyznaczyly mym wedrówkom gwiazdy!

____________________________________________

Rozdzial II
____________________________

W LESNEJ PUSTELNI

 


Bywaja momenty niezapomniane, zlotymi kreskami kreslone w historii dlugich lat naszego zycia. Taki oto moment przychodzi dzis, gdy przestepuje po raz wtóry próg pustelni Maharisziego i znajduje sie w jego obliczu.
Siedzi jak zawsze na wspanialej skórze tygrysiej przykrywajacej tapczan. Paleczki sandalowego drzewa zarza sie na stoleczku obok rozsiewajac przenikajacy sale zapach kadzidla. Nie jest on dzis pograzony w jakiejs wznioslej, niepojetej medytacji duchowej, jak to bylo, gdym tu po raz pierwszy zawital; patrzy jasno, dziwnie blisko i rozumiejaco, a gdy sklaniam sie ze czcia, wita mnie usmiechem.
W pewnej odleglosci kilku uczniów; poza tym duza sala jest pusta. Jeden z obecnych porusza duzy wachlarz zawieszony u pulapu.
W glebi serca wiem dobrze, ze przychodze dzis, by zostac jego uczniem, ze nie zaznam spokoju, zanim nie uslysze jego odpowiedzi. Przyznac tez musze, ze zyje nadzieja, iz zechce mnie przyjac, bowiem to, co mnie z taka nieodparta sila zawrócilo z Bombaju zmuszajac do powrotu, mialo wszelki charakter wyzszego rozkazu plynacego z nadnormalnych sfer. W paru slowach wyjasniam cel mego przyjazdu i z miejsca krótko i jasno wyrazam swa prosbe. Mahariszi dalej usmiecha sie do mnie, ale nic nie odpowiada.
Powtarzam raz jeszcze, z naciskiem moje pytanie i prosbe.
Znów dluzsze milczenie. W koncu, nie wolajac tlumacza, zwraca sie do mnie wprost po angielsku:
- Co znacza wlasciwie wszystkie te slowa o uczniach i mistrzach? Wszelkie takie róznice istnieja tylko w swiadomosci ucznia. Dla tego, który pojal i urzeczywistnil jednie Ducha, nie istnieje ani mistrz, ani uczen; patrzy na wszystkich jednakowo, widzi we wszystkich Jedno.
Zdaje sobie sprawe, ze jest to rodzaj odmowy i choc staram sie innymi slowy te sama przedstawic mu prosbe, Mahariszi nie zmienia stanowiska. Ale w koncu mówi znamienne slowa:
- Musisz znalezc mistrza w sobie samym, w glebi wlasnego ducha. Na cialo - te zewnetrzna jego powloke - musisz patrzec tak, jak on na nie patrzy: cialo to wszak nie on sam, nie prawdziwa jego istota.
Zaczyna mi switac mysl, ze Mahariszi nie da sie niczym sklonic do bezposredniej odpowiedzi, ze musze jej sam szukac w jakis subtelny, dziwny sposób, o którym slowa jego tylko napomykaja. Nie nalegam wiecej i mówimy jeszcze chwile o praktycznej stronie mego zamierzonego pobytu. Cale popoludnie zajmuje mi urzadzenie sie.

***



Nastepne tygodnie uplywaja mi dziwnie. Spedzam cale dnie w sali w poblizu Maharisziego, gdzie powoli gromadze i lacze w jedno fragmenty jego nauki. Noce sa nadal bezsenne i nad wyraz meczace; leze wyciagniety na kocu, rozeslanym na twardej podlodze napredce skleconej chaty. Stoi ona trzysta stóp od mieszkania Maharisziego. Sciany ubite z gliny, dach pokryty solidnie dachówka, aby mógl wytrzymac ulewy monsunu. Wokól geste zarosla i krzaki, jest to bowiem kraniec dzungli rozciagajacej sie szeroko na zachód od pustelni. Krajobraz przedstawia proste, dzikie piekno dziewiczej przyrody. Kepy kaktusów, rozrzucone nieregularnie, jeza sie kolcami jakby igly olbrzymie nasadzone na grube, zielone drzewce. A dalej gesta zaslona krzaków, drzewek i zarosli. Na pólnoc wznosi sie olbrzymia sylwetka góry, swiecac metalicznym odcieniem skal i czerwonawobrunatnym ziemi. Na poludnie duzy staw o cichych wodach, które mnie od razu pociagnely; obrzezony drzewami zamieszkalymi przez niezliczone stada szarych i brazowych malp.
Kazdy dzien jest podobny do poprzedniego. Wstaje wczesnie i przygladam sie dzungli, jak wylania sie z szarosci, mieni zielenia, a wreszcie jarzy zlociscie o wschodzie slonca. Potem nastepuje kapiel; daje nura w wode i plywam szybko i glosno, by odstraszyc czajace sie weze; po czym ubieram sie i pozwalam sobie na jedyny dostepny tu zbytek: trzy filizanki cudownie odswiezajacej herbaty.
A potem wchodze do sali, sklaniam sie przed Mahariszim i siadam cicho krzyzujac nogi. Czytam, pisze, rozmawiam z któryms z sasiadów albo zadaje jakies pytanie Maharisziemu; czasem pograzam sie w godzinna medytacje wedlug jego wskazówek, choc na medytacje w sali przeznaczone sa zwykle godziny wieczorne. Ale bez wzgledu na to, co robie, zawsze po chwili staje sie swiadom dziwnej tajemniczej atmosfery wokolo i dobroczynnych promieni przenikajacych powoli w mój mózg. Doswiadczam niewymownego spokoju, gdy siedze chociazby przez chwile w obecnosci Maharisziego. Obserwujac pilnie i analizujac swe odczucia, dochodze czasem do niewzruszonego przekonania, ze zachodzi wzajemne oddzialywanie, ilekroc znajde sie w obliczu Maharisziego. Jest to zjawisko bardzo subtelne, jednak niezaprzeczalnie istnieje.
O jedenastej wracam do swej chaty, przygotowuje posilek, a potem odpoczywam, by znów wrócic do sali i spedzac tam czas podobnie jak rano. Czasem zamiast rozmowy czy medytacji wlócze sie po polach lub ide do miasteczka, by dalej zwiedzac olbrzymia swiatynie.
Od czasu do czasu Mahariszi zachodzi niespodziewanie do mej chatki po swoim sniadaniu. Korzystam z tego zwykle, by mu zadac szereg pytan, na które odpowiada najczesciej w krótkich przenosniach, nieraz tak syntetycznych, ze nie stanowia nawet zaokraglonych zdan. A raz, gdy mu zadaje pytanie, nie odpowiada wcale; widze, ze zapatrzyl sie w dal, gdzie widac linie gór na horyzoncie, i zastyga w nieruchomosci. Biegna minuty, oczy jego wciaz wbite w dal, a on sam nieporuszony i nieobecny. Nie moge odróznic, czy uwaga jego skupila sie na jakiejs niewidzialnej dla mnie a odleglej istocie, czy tez jest pochlonieta czyms wewnetrznym. Na razie nie jestem pewien, czy mnie slyszal, ale w intensywnym milczeniu, które trwa dalej, a którego bym za nic nie chcial przerwac, odczuwam jakas olbrzymia moc, przerastajaca wszelkie me racjonalistyczne wladze umyslowe, moc tak potezna, ze mnie trwoga przenika, a wreszcie calkowicie zwycieza.
Poprzez pewne zdziwienie niespodzianoscia zjawiska przychodzi nagle zrozumienie wewnetrzne, ze wszystkie moje pytania sa jakby posunieciami w nieskonczonej grze, w zabawie mysli, które nie maja granic, ze gdzies gleboko we mnie samym istnieje zródlo niewzruszonej pewnosci, z którego czerpac moge wody prawdy, ilekroc zapragne; i ze lepiej zaniechac ciaglych pytan, a raczej starac sie ogarnac me wlasne olbrzymie potencjalne sily duchowe. Wiec milcze i czekam.
Przez pól godziny bez mala Mahariszi patrzy tak nieruchomo przed siebie. Zdaje sie, ze nie jest swiadom mej obecnosci; a jednak wiem dobrze, ze owo wzniosle przezycie, jakiego doswiadczylem przed chwila, jest tylko takim rozszerzeniem sie fal myslowych tego niedocieczonego, niewzruszonego czlowieka, az przeniknely i we mnie.

 

Innym razem zastaje mnie w pesymistycznym nastroju. Mówi mi o wspanialej chwale celu, który oczekuje kazdego, chcacego pójsc droga urzeczywistnienia Prawdy.
- Ale, Mahariszi, droga ta jest tak trudna, a ja jestem tak slaby - skarze sie.
- To jest najpewniejszy sposób, by stwarzac sobie przeszkody - odpowiada nie zdajac sie byc wzruszonym ma skarga. - Obarczanie mysli strachem upadków lub rozpamietywaniem ich, gdy sie zdarza, jest wlasnowolnym utrudnianiem sobie drogi.
- Ale jesli to jest prawda?!
- To nie jest prawda. Najwiekszym bledem, jaki czlowiek moze popelnic jest myslenie, ze jest z natury slaby lub zly. Kazdy czlowiek jest boski w swej istotnej naturze, a wiec i silny. Przyzwyczajenia jego, nalogi, checi i mysli moga byc zle i pelne slabosci, ale nigdy on sam.
Slowa jego dzialaja jak wzmacniajacy napój; orzezwiaja, dodaja odwagi i wiary. Gdybym je uslyszal z innych ust, z ust mniejszego, slabszego czlowieka, moze bym nie przyjal ich tak latwo, nie dalbym im takiego znaczenia, obstajac nadal przy swoim. Ale wewnetrzny glos mówi mi, ze Mahariszi dobywa je z bezmiernej glebi doswiadczen duchowych medrca, a nie teorii i filozoficznych spekulacji.
Raz, gdy mówie cos o Zachodzie, dodaje:
- Latwo wam tutaj osiagnac prawdy duchowe i utrzymywac niezmacona pogode mysli, bo zyjecie w dzungli, w ustroniu, gdzie nic do was nie dochodzi i nie narusza spokoju.
- Gdy cel jest osiagniety, gdy wiemy, kim w nas jest Poznajacy, nie ma wówczas zadnej róznicy, czy bedziemy w puszczy i w samotnosci, czy w najruchliwszej dzielnicy Londynu - brzmi spokojna odpowiedz.
A raz krytykuje przy Mahariszim Hindusów, ze zaniedbuja materialna strone zycia. Ku memu zdziwieniu nie przeczy.
- Tak, to prawda. Dlatego nazywacie nas zacofancami. Zapewne wiele rzeczy daloby sie ulepszyc, ale my zadowalamy sie mniejszym niz wy na Zachodzie. A jesli jestesmy zacofani, tym niemniej jestesmy o wiele szczesliwsi.

***



Jak Mahariszi doszedl do swej wielkiej potegi, jak zdobyl swe przedziwne rozumienie zycia? Powoli z jego wlasnych rzadkich wzmianek oraz z opowiadan uczniów odtwarzam w przyblizeniu historie jego zycia.
Urodzil sie Ramana w 1879 r. w Indiach poludniowych, w wiosce o 30 mil ang. odleglej od slynnej Madury, w której miesci sie jedna z najwspanialszych swiatyn w kraju. Ojciec jego byl prawnikiem i pochodzil ze starej braminskiej rodziny; byl niezwykle dobrego serca, karmil i przyodziewal wiele najbiedniejszych rodzin. Chlopaka oddano na nauke do Madury; tam nauczyl sie poczatków angielskiego od amerykanskich misjonarzy prowadzacych szkole.
Przez pierwsze lata chlopak lubil sporty, rozkoszowal sie zapasami i przeplywal nawet niebezpieczne rzeki. Religia i filozofia nie interesowaly go szczególnie. Jedyna niezwykla cecha, jaka posiadal, byl lunatyzm; w ogóle sen mial tak twardy, ze nie mogly go obudzic najwieksze halasy i potrzasania. Gdy koledzy odkryli to, nieraz zabawiali sie jego kosztem. W dzien nie mieli odwagi go atakowac, bo byl szybki i mocny w obronie; w nocy próbowali wyciagac go na podwórze, targac za uszy, szturchac, nawet bic, a chlopak nie budzil sie; odnosili go z powrotem poturbowanego, a nazajutrz nic nie pamietal i nie rozumial, o co chodzi, gdy mu opowiadano.
Psychologowie, którzy poznali, na czym sen polega, znajda w tych objawach dostateczny dowód dziwnej natury chlopca.
Pewnego dnia przyjechal do Madury ktos z krewnych i opowiadal, ze wraca z pielgrzymki do swiatyni Arunaczali. Sam dzwiek tej nazwy poruszyl chlopca, przeszedl go niepojety dreszcz oczekiwania. Poczal rozpytywac, gdzie sie znajduje swiatynia, i odtad wciaz o niej myslal. Zdawalo sie, ze ma ona dlan jakies niezwykle znaczenie, choc sam nie potrafilby wytlumaczyc, dlaczego Arunaczala mialaby byc dla niego czyms wiecej niz dziesiatki innych slynnych swiatyn Indii.
W studiach swych w szkole misyjnej nie wykazywal specjalnych zdolnosci, choc zawsze odznaczal sie inteligencja. Ale gdy mial lat siedemnascie, przeznaczenie swym szybkim i naglym posunieciem wyrwalo go na zawsze z cichych i równych dni szkolnych.
Opuszcza nagle szkole, rzuca nauki bez najmniejszego uprzedzenia czy slówka do nauczycieli i rodziców, nie informujac nikogo, co zamierza robic. Cóz moglo byc przyczyna takiej przemiany, która miala rzucic cien na jego przyszla kariere?
Przyczyna byla wystarczajaca dla niego samego, choc mogla sie wydawac nierozwiazalna zagadka dla przelozonych. Bowiem zycie, które koniec konców jest jedynym prawdziwym nauczycielem, pchnelo mlodocianego ucznia na inne szlaki, niz starsi to sobie ulozyli. A zadziwiajace przezycie, które dokonalo w nim zasadniczej zmiany, zdarzylo sie na szesc tygodni przed porzuceniem studiów i opuszczeniem na zawsze Madury.
Siedzial raz sam w pokoju, gdy przyszedl nan nagly i zgola niewytlumaczalny strach przed smiercia. Ostro narzucila mu sie swiadomosc, ze umrze, choc nie bylo po temu zadnych zewnetrznych przyczyn; zdrowie mial swietne i nic nie wskazywalo takiej mozliwosci. A jednak swiadomosc ta narzucala mu sie coraz silniej, az ogarnela cala jego istote. Poczal przygotowywac sie do zblizajacego faktu. Wyciagnal sie na podlodze, unieruchomil czlonki, jakby juz byly bezwladne, zamknal oczy i usta, zatrzymal oddech - byl jak umarly.
"Dobrze - powiedzial sobie - cialo moje juz nie zyje... Stezale znajdzie sie wkrótce na stosie i zmieni w garstke popiolu. Ale Ja, czy umieram razem z cialem? Czy cialo to Ja? Cialo jest oto nieruchome i bez zycia. Ale ja czuje pelnie sil swej jazni poza nim i od niego niezalezna".
Tymi slowami Mahariszi sam okreslil to niesamowite swoje przezycie. Co zaszlo pózniej - trudno zrozumiec, choc moze nie trudno opisac. Zdawal sie zapadac w gleboki sen nie tracac jednak swiadomosci, az pograzyl sie w najistotniejsze zródlo jazni, tresc i rdzen swej istoty. Pojal wyraznie, ze cialo jest zupelnie oddzielnym oden przedmiotem, ze jazn pozostaje niezmieniona, mimo smierci ciala. Istota wewnetrzna, jazn, byla najrzeczywistsza, choc tak gleboko ukryta w naturze czlowieka, ze dotychczas nie wiedzial o jej istnieniu.
I powrócil z tego zadziwiajacego doswiadczenia zgola innym czlowiekiem. Przemiana byla zupelna. Stracil wszelkie zainteresowanie dla nauki i dla zabawy; nie obchodzili go koledzy, przyjaciele, nic go nie zajmowalo. Cala uwaga skupila sie w owej wznioslej, niezniszczalnej swiadomosci jazni, która tak niespodziewanie odkryl.

 

Obawa smierci znikla równie nagle, jak sie pojawila. Niezmacony wewnetrzny spokój i poczucie mocy duchowej zawladnely nim, by nie opuscic go juz nigdy. Poprzednio bywal zapalczywy, nie przebaczal chlopcom, którzy go draznili czy dokuczali mu, umial zawsze oddac; teraz nie wychodzil ani na chwile ze spokojnej slodyczy. Znosil niesprawiedliwosc obojetnie i z prosta pokora. Zapomnial wszystkich dawnych przyzwyczajen; szukal wciaz samotnosci, gdyz wówczas pograzal sie w gleboki nurt boskiej swiadomosci, zapadal w glab, wewnatrz siebie.
Wszyscy zauwazyli te wyrazne zmiany w jego charakterze. Pewnego dnia starszy brat wszedl do pokoju, gdzie chlopak mial odrabiac lekcje, i zastal go zatopionego w medytacji, a ksiazki i kajety, odrzucone widac ze wstretem, lezaly w nieladzie w kacie. Brat tak sie tym zmartwil, ze zwrócil don ostre slowa nagany:
- I po co taki chlopak jak ty tu siedzi? Jesli chcesz byc joginem, na co ci swiecka wiedza, potrzebna dla swiatowej kariery?
Slowa te wywarly glebokie wrazenie na chlopcu. Zrozumial od razu ich slusznosc i postanowil dzialac. Ojciec jego juz nie zyl, wuj i bracia opiekowali sie matka, wiec nie wiazaly go zadne obowiazki. I znów gdzies w glebi uslyszal to slowo, które rok temu czar dziwny nan rzucilo: "Arunaczala". Tam pójdzie, do swiatyni Arunaczali, choc nie zdolalby powiedziec, dlaczego tam wlasnie. Nieodparta sila powstawala w nim i decydowala o jego losach jakby poza nim i bez jego udzialu.
- Bylem wprost jak urzeczony - powiedzial mi raz Mahariszi wspominajac te czasy. - Jak ciebie jakas nieprzezwyciezona sila pchnela z Bombaju tutaj, tak mnie wyslala z Madury do stóp Arunaczali.
Sluchajac tej sily jogin rzucil przyjaciól, kolegów, rodzine, studia i szkole i poszedl ku Arunaczali, ku najglebszym duchowym osiagnieciom. Pozostawil krótki pozegnalny list, dotad zachowany w pustelni. Piekna kaligrafia w jezyku tamilskim pisal on:
"W poszukiwaniu Ojca, posluszny Jego rozkazowi, opuszczam te strony. Jest to podjecie dobrego przedsiewziecia. Wiec nikt nie potrzebuje sie smucic ni martwic. Nie nalezy tez wydawac pieniedzy na szukanie mnie".
Z 3 rupiami w kieszeni i nie znajac zupelnie swiata poza Madura, puscil sie w podróz. Zadziwiajace zdarzenia, jakie jej towarzyszyly, swiadcza przekonujaco, ze chronila go jakas tajemna potega. Gdy wreszcie stanal u celu, nie mial juz nic, byl sam wsród nieznanych i obcych ludzi. Ale plomien calkowitego wyrzeczenia palil sie w nim zarliwie. Pelen pogardy dla wszelkiej wlasnosci, zrzucil swa skromna szate i usiadl w postawie medytacyjnej w ciemnym kacie swiatyni - nagi i doskonale ubogi. Kaplan zwrócil mu uwage, ale mlodzieniec juz nie slyszal. Drugi zgorszyl sie równiez, zaczeto go strofowac i namawiac do zawiazania chocby przepaski, na co sie wreszcie zgodzil; odtad nic wiecej poza ta biala przepaska nigdy nie nosi.
Przez pierwsze szesc miesiecy siadywal w róznych katach swiatyni nie wychodzac poza jej mury. Zyl odrobina ryzu, która mu przynosil jeden z kaplanów, uderzony niezwyklym zachowaniem sie chlopca. Spedzal on bowiem cale dnie pograzony w mistycznych rozmyslaniach i ekstazach tak glebokich, ze tracil na dlugie godziny przytomnosc i pamiec otaczajacego swiata. Gdy jacys zlosliwi chlopcy muzulmanscy poczeli nan raz rzucac grudkami blota, nie zbudzilo go to wcale; zorientowal sie w tym dopiero po ukonczeniu swej kontemplacji - bez gniewu zreszta i oburzenia.
Ale tak liczne byly rzesze pielgrzymów, odwiedzajacych codziennie swiatynie, ze mimo jej ogromu trudno mu bylo znalezc w niej staly spokojny kat. Totez wkrótce opuscil ja i udal sie do malutkiej swiatynki w polu za wioska i tu w samotnosci zupelnej przebyl póltora roku, zadowalajac sie pozywieniem, które przynosili wierni odwiedzajacy kapliczke.
Przez ten czas nie mówil do nikogo ani slowa; wlasciwie przez pierwsze trzy lata od przybycia do stóp Arunaczali zachowywal milczenie. Nie byl to powziety slub -jak to nieraz bywa - lecz wprost poddanie sie glosowi wewnetrznemu, który zadal skupienia wszystkich energii tylko w glebi, w duchu. Gdy osiagnal swój cel mistyczny, stalo sie to niepotrzebne i znów poczal mówic, choc do dzis dnia mozna go nazwac malomównym.
Nikomu nie odkrywal swego pochodzenia, jednak przez dziwny zbieg okolicznosci matka po dwóch latach wpadla na jego slad i ruszyla w droge w towarzystwie najstarszego syna. Stanela we lzach przed Ramana blagajac go o powrócenie do domu. Mlodzieniec nie ustapil. Placzac czynila mu wyrzuty, pomawiala o obojetnosc, prosila najgorecej. W koncu napisal pare slów, ze wyzsze potegi kieruja czlowiekiem i nic nie zmieni jego przeznaczenia; radzil jej pogodzic sie z losem i przestac sie o niego martwic. Musiala ustapic przed jego wola.
Dzieki tym odwiedzinom matki ludzie zainteresowali sie mlodocianym pustelnikiem i ciagneli don coraz tlumniej. Widac nie bylo to po jego mysli, bo opuscil znów swe schronienie i przeniósl sie wyzej do groty na swietej górze Arunaczali, gdzie przebyl takze lat pare. Istnieje jeszcze pare innych jaskin na Górze Plomienia, a w kazdej przebywa jakis pustelnik. Ta, która wybral Ramana, byla slynna z tego, ze miescila grób wielkiego swietego jogina sprzed wielu lat.
W hinduizmie zazwyczaj pali sie ciala zmarlych; wyjatek stanowia joginowie, którzy osiagneli najwyzsze urzeczywistnienie prawdy; co do nich istnieje wiara, ze prad zywotny, czyli niewidzialny "dech zywota", nie opuszcza ciala przez tysiace lat, chroniac je od rozkladu. Ciala takich swietych namaszcza sie po wykapaniu i zanosi do przygotowanego grobu ukladajac w pozycji jogi, tj. siedzacej ze skrzyzowanymi nogami, jakby pograzeni byli nadal w medytacji. Wejscie do grobu przywala sie kamieniem i zamurowuje. Grób taki staje sie zwykle celem pielgrzymek i otaczany bywa najwieksza czcia. Druga podstawa tego zwyczaju jest przekonanie, ze cialo jogina nie potrzebuje oczyszczajacego plomienia, gdyz przez praktyke jogi zostalo juz dostatecznie oczyszczone za zycia.
Ciekawe jest, ze groty i jaskinie zawsze byly upodobane przez swietych i proroków. W starozytnosci poswiecano je bogom; Zoroaster, zalozyciel religii parsów, w grocie oddawal sie kontemplacji, a Mahomet przezyl równiez w jaskini swe wielkie religijne doswiadczenia. Joginowie hinduscy maja racje obierajac groty górskie za swe mieszkanie, gdyz chronia one znakomicie od wszelkich zmian pogody i od duzej róznicy w temperaturze dnia i nocy, charakterystycznej dla krajów tropikalnych. Maja tu cisze i mrok, co dopomaga w skupieniu. A oddychanie ciezkim powietrzem jaskin zmniejsza apetyt, czyli ulatwia ograniczenie potrzeb ciala do minimum.
Ale mlodego pustelnika moglo pociagnac do tej groty na Arunaczali i jej niezwykle piekne polozenie. Stojac jakby na malenkim tarasie u progu jaskini ma sie przed oczami rozlegly widok: u stóp góry rozciaga sie cala wies z jej olbrzymia swiatynia posrodku, a dalej pola jak okiem siegnac zamkniete linia blekitnych, przeslicznych w swym zarysie wzgórz.
W tym nowym mieszkaniu przebyl mlody pustelnik lat kilka, pograzony w swe tajemnicze rozmyslania i kontemplacje najglebsze. W scisle ortodoksyjnym slowa tego znaczeniu nie mozna go bylo wlasciwie nazwac joginem, gdyz nigdy nie studiowal zadnego systemu jogi i nie mial nauczyciela. Postepowal jakas swoista droga, która go wiodla do poznania siebie, a kierownikiem byl mu wewnetrzny glos, który uwazal za boski.
W r. 1905 pojawila sie tu dzuma, zawleczona pewnie przez jakiegos pielgrzyma odwiedzajacego wielka swiatynie. Rozszalala sie tak groznie, ze prawie wszyscy opuscili w przerazeniu miasteczko, które wkrótce swiecilo pustka. Tygrysy i lamparty wyszly ze swych kryjówek w glebi dzungli i swobodnie spacerowaly po ulicach. A choc musialy wielokrotnie przechodzic kolo groty Ramany, lezacej miedzy puszcza a miasteczkiem, pustelnik nie pomyslal nawet o ucieczce; spokojny i niewzruszony trwal dalej w swej pracy.
Zdobyl sobie mimo woli oddanego ucznia, który uslugiwal mu, dbal o pozywienie i nie chcial go opuscic nawet na kilka dni. Dzis czlowiek ten juz nie zyje, ale opowiadal pózniejszym uczniom, ze co noc przychodzil do nich wtedy wielki tygrys i kladl sie spokojnie u nóg jogina, a nieraz lizal jego rece, które piescily go lagodnie. Odchodzil dopiero o swicie.
Wszyscy w Indiach twierdza, ze joginowie i fakirzy, którzy rozwineli w sobie pewne potegi i wladze wewnetrzne, moga bezpiecznie przebywac w samotnych ustroniach wsród gór i puszcz w bliskim sasiedztwie lwów, tygrysów i jadowitych wezów, gdyz te nie robia im nigdy krzywdy.
Druga opowiesc z tych czasów glosi, ze raz, gdy mlody pustelnik siedzial u wejscia do swej groty, olbrzymi waz kobra zblizyl sie syczac i zatrzymal tuz przed nim. Podniósl glowe; zdawalo sie, jeszcze chwila, a rzuci sie. Ale mlodzieniec sie nie poruszyl, tylko patrzyl spokojnie na weza. I tak przez chwile dwie istoty mierzyly sie wzrokiem, czlowiek i gad. W koncu waz odpelzl w skaly.
Surowe, samotne zycie mlodego anachorety dobieglo konca pierwszego okresu w chwili, gdy znalazl w sobie najglebszy, tajemny punkt - ducha. Odtad samotne ustronie nie bylo koniecznoscia. Trwal jednak dalej w swej pustelni, az do odwiedzin slawnego uczonego bramina, imieniem Ganapati Siastri; odwiedziny te staly sie znów zwrotnym punktem w jego zyciu zewnetrznym, które odtad mialo sie zblizyc ku ludziom. Pandit przyjechal odwiedzic swiatynie dla swych studiów i medytacji; tutaj dowiedzial sie przypadkiem o mlodym pustelniku na Arunaczali i z prostej ciekawosci poszedl go odszukac. Zastal go patrzacego uporczywie prosto w slonce; lubil wpatrywac sie tak przez kilka godzin w slonce, zanim nie zniklo za horyzontem. Trudno Europejczykowi wyobrazic sobie, czym jest olsniewajace swiatlo popoludniowego slonca w Indiach. Pamietam, ze wybralem sie raz na góre w nieodpowiedniej porze dnia i samo poludnie zastalo mnie na odkrytych stokach w mej drodze powrotnej. Zataczalem sie i potykalem jak pijany, zanim sie nie znalazlem pod dachem. A wiec dobrze rozumiem, jakiego dziwu dokonywal mlody jogin wytrzymujac nieublagany blask slonca przez kilka godzin z twarza podniesiona i oczami wbitymi wprost w zlota tarcze.
Uczony pandit znal wszystkie swiete ksiegi hinduskiej madrosci;
przez dlugie lata oddawal sie praktykom i surowym cwiczeniom, pragnac goraco znalezc duchowe oswiecenie, ale wciaz go meczyly rózne zwatpienia i trudnosci. I naraz zdecydowal sie zadac pytanie mlodocianemu pustelnikowi; po kilkunastu minutach dostal odpowiedz, która go zadziwila swa madroscia. Pytal dalej, poruszajac wlasne filozoficzne i wewnetrzne problemy, i jeszcze bardziej sie zdziwil, gdy jasne i glebokie odpowiedzi rozpraszaly wieloletnie watpliwosci. Az w koncu, przejety do glebi madroscia mlodzienca, sklonil sie ze czcia do jego stóp i prosil, by mógl zostac jego uczniem.
Ganapati Siastri posiadal grupe wlasnych uczniów w niedalekim miasteczku Welur (Vellore); gdy do nich powrócil, oznajmil im, ze znalazl Maharisziego - czyli wielkiego medrca i jasnowidza - gdyz bez watpienia pustelnik ten osiagnal najwieksze duchowe wyzyny i ogromna wiedze, jaka kiedykolwiek widzial; a tak oryginalnej i glebokiej nauki nie spotkal w zadnej ksiedze. Od tego czasu imie Maharisziego przyroslo do imienia Ramany; tak go nazywaja zwlaszcza ludzie inteligentni. Prostaczkowie zas poznawszy blizej jego zycie sklonni sa oddawac mu czesc boska. Mahariszi mocno sie sprzeciwia oznakom takiego uwielbienia; tylko w rozmowach miedzy soba lub w bardzo osobistych ze mna pogawedkach lud okoliczny nazywa go "boskim".
Powoli zgromadzila sie wokól Maharisziego grupa uczniów. Zbudowali drewniany domek u podnóza góry i uprosili go, by zechcial tam z nimi zamieszkac. Matka odwiedzala go kilkakrotnie, pogodziwszy sie z jego powolaniem. A gdy smierc zabrala jej najstarszego syna i innych czlonków rodziny, przyszla do Maharisziego proszac o pozwolenie zamieszkania przy nim. Zgodzil sie. Szesc lat przebyla staruszka u jego boku stajac sie wkrótce zarliwym uczniem wlasnego syna. Sluzyla pustelni, która jej dala schronienie, jak mogla; dlugi czas przyrzadzala posilki. A gdy umarla, prochy jej pogrzebano u stóp góry i zbudowano rodzaj malej kapliczki, gdzie po dzis dzien dla uczczenia kobiety, która dala zycie wielkiemu medrcowi ludzkosci, pala sie lampy, pachna biale jasminy, róze i nagietki, rzucone na maly oltarzyk na znak czci dla jej ducha.
Z biegiem lat slawa Maharisziego rozchodzila sie coraz szerzej;
pielgrzymi, ciagnacy tysiacami do swiatyni, dowiadujac sie o nim spieszyli na stoki góry, by zobaczyc swietego. Stosunkowo niedawno ulegl nieustannym prosbom i zgodzil sie przebywac w wielkiej sali swiezo zbudowanej u podnóza góry obok dawnej chaty.
Mahariszi nigdy nikogo o nic nie prosil prócz odrobiny jadla, nigdy, odkad porzucil dom, nie dotknal pieniedzy. Ale ludzie zaczeli znosic wiele darów blagajac o przyjecie. W dawnych latach zupelnej samotnosci i milczenia w zamknieciu pustelni, w latach pracy medytacyjnej, która szybko budzila jego duchowa potege, nie gardzil miseczka zebracza, ilekroc glód bardzo mu dokuczyl, a nikt nie zjawial sie z pozywieniem. Ale wkrótce sedziwa wdowa z serdeczna troska zaopiekowala sie nim i odtad regularnie przynosila mu uboga strawe do jego schronienia. A wiec rzec mozna, ze porzucenie wygodnego domu rodzicielskiego, idac za wolaniem wewnetrznego glosu, okazalo sie nawet ze stanowiska materialnych potrzeb usprawiedliwione, bowiem zawsze jakies sily dawaly mu to, czego wymagalo utrzymanie zycia fizycznego. Ale uchylal sie zawsze od licznych a bogatych nieraz darów, jakie mu zaczeto przynosic.
Raz szajka opryszków otoczyla w nocy pustelnie i wdarla sie do sali sadzac, ze sie sowicie oblowi; gdy nic nie znalezli oprócz paru rupii u ucznia, który zarzadzal kupnem zapasów, wpadli w pasje i pobili Maharisziego sadzac, ze gdzies sa pieniadze ukryte. Zadano mu nawet pare dotkliwych ciosów, jednak to nie tylko nie wyprowadzilo go z równowagi, ale wzruszylo wspólczuciem dla nich. Poczestowal ich jadlem, wszystkim, co sie znalazlo w spizarni, namawiajac, by sie posilili. Nie mial cienia niecheci do nich, raczej litosc dla duchowej slepoty; pozwolil im odejsc spokojnie i nie zgodzil sie na zadne poscigi ni skargi. Opowiadano mi, ze w rok potem zostali przylapani na jakims wlamaniu i osadzeni w wiezieniu.
Byc moze, ze niejednemu z moich zachodnich czytelników takie zycie Maharisziego wyda sie pod wielu wzgledami zmarnowane. Ale moze i dla nas dobrze by bylo miec kilku ludzi, pozostajacych z dala od gwaru i goraczkowego ruchu naszego swiata, którzy mogliby patrzec nan syntetycznie z odpowiedniego dystansu; na pewno wiedzieliby wiecej z calosci gry i w prawdziwej proporcji niz my sami. Moze jednak zamkniety w pustelni medrzec, który pokonal swa nizsza nature, nie stanowi mniejszej dla czlowieczenstwa wartosci niz swiatowy glupiec przez fale zycia na wsze strony miotany?

***

 


Dzien za dniem przynosi mi nowe dowody wielkosci tego czlowieka. Oto miedzy róznorodna rzesza ludzi przeplywajacych wciaz przez pustelnie widze raz ubogiego pariasa wchodzacego niesmialo do sali w jakims wielkim cierpieniu, o którym opowiada medrcowi ze lzami. Mahariszi nie odpowiada, gdyz milczy najczesciej, slowa jego w ciagu dnia mozna by z latwoscia policzyc; ale patrzy dlugo z niewymownym wyrazem na cierpiacego czlowieka; lzy jego powoli ustaja, uspokaja sie widocznie. A po dwóch godzinach z usmiechem opuszcza pustelnie pogodny juz i silny.
Przekonuje sie, ze metoda pomagania innym, stworzona przez Maharisziego, jest ciche, milczace promieniowanie, które otacza dusze ludzkie uzdrawiajaca tajemnicza moca, proces jakiejs telepatii, z która nauka nasza z czasem bedzie musiala sie liczyc.
Teraz znów wchodzi kulturalny bramin z wyzszym wyksztalceniem; zadaje szereg wybitnie inteligentnych pytan. Nigdy nie mozna byc pewnym, czy sie dostanie slowna odpowiedz czy nie, ale nawet nie otwierajac ust, Mahariszi jest nieraz tak wymowny! Dzis slyszymy kilka zwiezlych zdan pelnych glebokiego znaczenia i, jak wszystkie jego slowa, otwierajacych nowe horyzonty mysli przed braminem.
Sala jest prawie pelna, gdy przychodzi ktos z miasteczka z wiescia o smierci czlowieka znanego z licznych przestepstw i zlych uczynków. Oczywiscie wywoluje to wrazenie wsród tych, którzy go znali i szereg niezbyt przychylnych wspomnien i komentarzy co do jego charakteru. Gdy pierwszy gwar przycicha, Mahariszi odzywa sie spokojnie:
- Tak, ale lubil on niezmiernie czystosc, kapal sie dwa i trzy razy dziennie.
Oto rodzina wiesniaków przybyla z daleka; przeszlo sto mil ang. wedrowali, by oddac milczaca czesc swietemu. Nie umiejac czytac, zapewne malo co wiedza poza swa praca codzienna, religijnymi obrzedami i garscia przesadów od ojców odziedziczonych. Ale slyszac, ze u stóp Góry Swietego Plomienia przebywa Bóg w ludzkiej postaci, pospieszyli, by go uczcic. Chlop siedzi cicho na podlodze, po trzykrotnym poklonie do samej ziemi; wierzy gleboko, ze splynie nan blogoslawienstwo swietego, przynoszac niechybnie duchowe lub materialne dobra. Zona jego w ruchu pelnym wdzieku sklania sie przed Mahariszim i siada cichutko przy mezu; odziana jest w purpurowe sari, spadajace w luznych malowniczych faldach od ramion po kostki i lekko ujete w pasie; wlosy bujne i gladkie blyszcza i pachna od olejków. Obok córka, ladna, wiotka dziewczyna; za kazdym krokiem dzwiecza jej bransolety na nogach, a we wlosach, wedle przeslicznego a powszechnego zwyczaju, ma biale kwiaty. Rodzina siedzi spokojnie kilka godzin, wpatrzona w Maharisziego z uwielbieniem. Sama jego obecnosc jest dla nich niewymownym szczesciem; napelnia nadzieja, utwierdza w wierze ojców. Moze sie to zdawac dziwne, bo medrzec wszystkie religie traktuje jednakowo jako szczere i cenne wyrazy wielkiego duchowego doswiadczenia; ma nie mniejszy szacunek dla Jezusa jak dla Kriszny.
Obok mnie siedzi stary, przeszlo siedemdziesiecioletni czlowiek. W ustach pare listków betelu, duza ksiega sanskrycka na kolanach, a oczy o ciezkich powiekach wpatrzone w nia w zamysleniu. Jest to bramin, który przez szereg lat byl naczelnikiem stacji niedaleko Madrasu; poszedl na emeryture majac lat szescdziesiat, a wkrótce potem stracil zone; teraz mógl urzeczywistnic dawne marzenie i puscic sie w podróz - pielgrzymke po Indiach, odwiedzajac róznych joginów, swietych i pustelników w poszukiwaniu takiego, którego móglby uznac za swego guru. Objechal caly kraj, ale nauczyciela nie znalazl. Moze stawial zbyt indywidualne wymagania. Gdy go spotkalem i porównalismy rezultat naszych wedrówek, utyskiwal gorzko na swe niepowodzenie. Twarz jego szlachetna i powazna, poorana w glebokie bruzdy i zmarszczki, przemówila do mnie. Nie byl to intelektualista, ale czlowiek prosty i obdarzony intuicja. Poczulem, ze bedac oden znacznie mlodszym, powinienem mu sluzyc pomoca i dac jakas dobra rade. Ku memu nieopisanemu zdumieniu odpowiedzia na me slowa byla prosba, by zostac jego guru! "Guru wasz jest niedaleko" powiedzialem i zaprowadzilem do Maharisziego. Przyznal mi wkrótce slusznosc i zostal goracym wielbicielem medrca.
Niedaleko widze powaznego pana w okularach i jedwabnej koszuli, wyglada dostatnio i kulturalnie; to sedzia, który korzystajac z wakacji przyjechal odwiedzic pustelnie. Jest on uczniem i czcicielem Maharisziego i stale przyjezdza tu przynajmniej pare razy do roku. Wytworny, wyksztalcony, siedzi na ziemi wsród ubogich Tamilów nagich do pasa, o skórze zasmarowanej oliwa, lsniacej jak heban. To, co ich laczy, co niweluje wszelkie róznice, niweczy egoizm kast, jednoczy, jest tym samym, co ongis kazalo moznym ksiazetom i maharadzom Indii w pokorze szukac rady wielkich riszich w lesnych pustelniach. Laczy ich glebokie uznanie, ze madrosc prawdziwa ma najwieksza wartosc i przewyzsza wszystkie róznice.
Wchodzi mloda kobieta z barwnie ubranym dzieckiem, sklania sie przed Mahariszim z czcia i siada cichutko. Mówi sie wlasnie o glebokich zagadnieniach zycia, wiec nie smie odezwac sie; uczonosc i intelektualizm nie sa uwazane za cnoty u hinduskiej niewiasty; nieraz zna ona tylko gospodarstwo domowe, a jednak rozpozna niechybnie prawdziwa wielkosc, gdy stanie w jej obliczu.
O zmroku nastaje godzina medytacji w sali. Nierzadko Mahariszi przechodzi prawie niepostrzezenie w ów stan nieziemskiego skupienia, gdy wszystkie zmysly zamykaja sie na bodzce swiata zewnetrznego. I ja sie nauczylem podczas tych codziennych rozmyslan u jego boku zwracac mysl coraz bardziej ku wewnatrz, w jeden coraz glebiej siegajacy punkt. Przebywajac czesto w jego bliskosci, nie mozna nie poznac wewnetrznego swiata, jakby promien jego duchowosci przenikal cala nasza istote na wskros. Raz po raz zdaje sobie sprawe, ze ogarnia swa atmosfera cala ma umyslowosc, jakby przyciagajac ja ku swojej w godzinach takich cichych skupien. Rozumiem wówczas, dlaczego milczenie takiego czlowieka znaczy wiecej od jego slów. Jego cicha równowaga kryje dynamiczna potege duchowego osiagniecia, która wplywac moze na drugiego czlowieka bez posrednictwa jakiegokolwiek slowa lub zewnetrznego gestu. Sa chwile, gdy czuje tak wyraznie te olbrzymia jego moc, iz wiem, ze usluchalbym bez wahania kazdego, nawet najtrudniejszego rozkazu. Ale Mahariszi rozkazów nie daje nigdy, nigdy nie chce, by ludzie byli w wiezach slepego posluszenstwa; przeciwnie, pozostawia kazdemu najwieksza swobode dzialania i mysli. Rózni sie on w tym wzgledzie znacznie od wielu joginów i nauczycieli spotkanych przeze mnie w Indiach.
Medytacje moje ida w kierunku, jaki mi wskazal, gdym byl poprzednio w pustelni, owymi niewyraznymi slowy, których tresc trudno mi bylo wówczas uchwycic. Poczalem patrzec w siebie.
KIM JESTEM?
Czy to cialo z kosci, miesni i krwi zlozone to ja?
Czy mysli i uczucia tak wyrózniajace mnie od innych to ja?
Dotychczas mówilem bez wahania - tak. Ale Mahariszi przestrzega, by odpowiedzi takiej zbytnio nie ufac. Nie dal mi zadnych systematycznych wskazówek; ogólny sens mozna by ujac, jak nastepuje:
"Nie przestawaj stawiac sobie pytania: "Kim jestem?". Analizuj i badaj cala twa osobowosc. Staraj sie odkryc, gdzie zaczyna sie mysl "ja". Pograz sie glebiej w medytacji kierujac uwage ku wewnatrz. Przyjdzie dzien, gdy wir mysli uspokoi sie, a intuicja objawi sie nagle. Idz za jej tajemniczym glosem zatrzymujac wszelka mysl, a zaprowadzi cie do celu".
Codziennie walcze z myslami i powoli toruje droge ku wewnetrznym pokladom duszy. W dobroczynnej obecnosci Maharisziego rozmyslania me i samoanaliza staja sie coraz mniej meczace a bardziej owocne. Natchnieniem i zacheta w wysilkach jest mi pewne uczucie oczekiwania i zarazem swiadomosc, ze ktos mna niewidzialnie kieruje. Sa godziny, gdy jasno czuje przedziwna, nieuchwytna moc medrca, przenikajaca moje mysli, i wiem, ze dzieki niej moge siegnac nieco glebiej w nieznane dziedziny, rozciagajace sie poza umyslem ludzkim.
Co wieczór po skonczonej medytacji sala opróznia sie, gdy wszyscy wraz z Mahariszim ida na posilek. Wobec tego, ze nie mam ochoty na ich kolacje, a nie chce mi sie przygotowywac sobie czegos oddzielnie - zostaje zazwyczaj sam w sali czekajac ich powrotu. W tutejszej kuchni smakuje mi tylko zsiadle mleko. Gdy Mahariszi to odkryl, kazal przynosic mi co wieczór pelna szklanke.
Mniej wiecej pól godziny po ukonczeniu kolacji mieszkancy pustelni, a takze i goscie, którzy pozostali tu na noc, otulaja sie w przescieradla lub cienkie bawelniane kocyki i klada sie spac, nierzadko na kamiennej podlodze sali. Mahariszi spi na swym tapczanie. Zanim przykryje sie swymi bialymi przescieradlami, jeden z jego pomocników naciera mu czlonki olejkiem.
Biore latarnie wychodzac z sali i kieruje sie ku mej chatce. Niezliczone robaczki swietojanskie migaja wsród drzew i krzewów ogrodu. Raz, gdy niezwykle sie opóznilem i wracalem okolo pólnocy, przyjrzalem sie im z bliska i moglem zaobserwowac, jak zapalaja i gasza swe zielonkawe swiatelka; otaczaja mnie nieraz gesta chmura, gdy przechodze wsród krzaków i kaktusów po drodze do chatki. Trzeba uwazac, bo mozna nastapic po ciemku na skorpiona lub weza. Czasem jestem tak pograzony w myslach, które zdaja sie dalszym ciagiem mej medytacji, ze nie umiem sie od nich oderwac i nie moge zwracac uwagi na waska sciezyne oswietlona moja latarka. Gdy docieram do chatki, zamykam szczelnie ciezkie drzwi i okiennice na nie oszklonych oknach, by zabezpieczyc sie przed zwierzecymi intruzami. Zegnam ostatnim spojrzeniem grupe palm niedaleko mej chaty; wlasnie srebrzyste swiatlo ksiezyca splywa na ich splecione pierzaste wierzcholki.

/fragment ksiazki/

 

 

1/ Europejczycy moga uwazac tych bogów hinduizmu za fantastyczne personifikacje pewnych idei religijnych, dla Hindusów sa oni zywymi Istotami, w których opieke wierza bezwzglednie i niezachwianie. Kazdy nawet najciemniejszy Hindus wierzy w jedynego Boga w trzech postaciach. Trójca hinduska to Siwa - Bóg Ojciec. Wisznu - Bóg Syn. Brahma - Bóg Duch Swiety. Inne Imiona to albo przejawienia tych samych postaci Jedynego, albo tzw. Dewy -Duchy. Anioly, mylnie brane za bogów. Kazda z postaci Trójcy przejawia sie w postaci "meskiej" oraz ..zenskie", która zwie sie Saka i uwazana jest za Matke Swiata, noszaca równiez wiele imion (p. tl.).

2/ Wzywajac wiernych do modlitwy, zamiast dzwonów uzywa sie w wiekszosci swiatyn duzej muszli. Dzwony natomiast bija podczas samego nabozenstwa w swiatyni. Dzwiek konchy, w która sie dmie jak w róg. jest wysoki, przejmujacy, archaiczny, nie dajacy porównac sie z dzwiekiem zadnego ze znanych w Europie Instrumentów oprócz starego mysliwskiego rogu (p. tl.).

3/ Znakiem hinduizmu jest mala czerwona kropeczka na czole, uzywana przez wszystkie kobiety, mniej przez mezczyzn. Czerwona linia pionowa przez srodek czola, czasem z dwoma bialymi po bokach, tworzacymi symbol Wisznu: czare (czlowiek) i plomien laski z góry (Bóg) - to znak czcicieli Boga Syna. A trzy male poziome linie szarym popiolem nakreslone na czole oznaczaja wyznawców Siwy (p. tl.).

 

Paul Brunton
"Sciezkami jogi"

Z upoaznienia autora przelozyla
Wanda Dynowska
Tekst na podstawie przedwojennego wydania (bez daty)
zostal uscislony, uwsplóczesniony i wybrany przez Andrzeja Urbanowicza, 1992.

Wydawnictwo Przedswit
00-332 Warszawa
ul. Obozna 11/24c



strona główna
(23kB)