(23kB)
strona główna

 

Autor - Edgar Allan Poe
Tytul - Zaglada domu Usherów

 



Przez caly dzien pewnej jesieni - dzien zadymka omglony, posepny i oniemialy, gdy chmury ciezko i nisko zwisly na niebie, przebywalem samopas i konno obszary niezwykle ponurej krainy i wreszcie, w chwili przeplywu zmierzchów wieczornych, stanalem przed melancholijnym Domem Usherów. Nie wiem, jak to sie stalo, ale od pierwszego wejrzenia, które rzucilem na owa budowle, uczucie smutku ponad sily przeniknelo ma dusze. Mówie: ponad sily, poniewaz tego smutku nie koilo zgola najmniejsze zdzblo owego nastroju, któremu istota poezji nadaje niemal barwy rozkoszy, a który zazwyczaj ogarnia dusze wobec najposepniejszych widoków natury, pelnych spustoszenia i grozy.
Ogladalem przeciwlegly mi krajobraz i nic, jeno dom i charakterystyczna perspektywa tej miejscowosci, mury chlodem przesycone, okna podobne do oczu, które patrzac nie widza - kilka kep jedrnego sitowia oraz kilka pni zbielalych i spróchnialych drzew - samym swym widokiem zdzialaly, ze doznalem owego calkowitego pognebienia ducha, które wsród uczuc ziemskich najtrafniej mozna przyrównac tylko przedocknieniowym majaczenia palacza o p i u m - jego bolesnym do codziennosci powrotom - straszliwemu a niechetnemu pierzchaniu z jego oczu zaslony. Byla w tym - dretwota serca, znekanie, niemoc - niepokonany smutek zadumy, której zaden bodziec wyobrazni nie mógl ozywic ani spoteznic.
Cóz to za przyczyna - myslalem w duchu - cóz to za przyczyna tkwi w moim wzruszeniu na widok Domu Usherów? Byla to tajemnica zgola nieodgadniona i nie moglem oprzec sie pochmurnym przeczuciom, które gromadzily sie we mnie podczas rozmyslan. Bylem zmuszony uciec sie do tego niezbyt wystarczajacego wniosku, ze istnieja bardzo proste zestawienia szczególów natury, posiadajace wladze wzruszenia nas w ten sposób, i ze analiza tej wladzy lezy w tej dziedzinie rozwiazan, gdzie mysl nasza zgubilaby wszelki watek. Byc moze - myslalem - ze prosta odmiana w ukladzie przedmiotów krajobrazu, w poszczególnych czesciach calosci zdolalaby zlagodzic, a nawet znicestwic owa wladze narzucania uczuc bolesnych - i, stosujac sie do tej mysli, skierowalem konia ku urwistemu brzegowi czarnego i zalobnego stawu, który na ksztalt nieruchomego zwierciadla tkwil przed budynkiem. Atoli z przenikliwszym jeszcze, niz poprzednio, dreszczem strachu ogladalem odbite i odwrócone widma szarego sitowia, zlowieszczych pni drzewnych i okien podobnych do oczu, które patrza, aby nie myslec.
A wszakze w tym wlasnie przybytku melancholii zamierzalem spedzic kilka tygodni. Wlasciciel jego - Roderick Usher - byl jednym z bliskich mi przyjaciól dziecinstwa, lecz lat kilka uplynelo od czasu naszego ostatniego spotkania.
Wszakze niedawno w dalekim zakatku kraju zaskoczyl mie list jego - list, którego oblednie naglace slowa nie dopuszczaly innej odpowiedzi, jak osobiste moje przybycie. Pismo nosilo slady nerwowego niepokoju. Autor listu mówil o ostrej niemocy fizycznej - o gnebiacym go rozstroju umyslowym i o zarliwej checi widzenia sie ze mna, jako najlepszym i naprawde jedynym przyjacielem, w tej nadziei, iz radosc obcowania z moja osoba sprawi poniekad ulge jego cierpieniom. I wlasnie ton, nadany tym wszystkim i wielu jeszcze innym zdaniom, oraz blagalna szczerosc serca wzbronily mi wszelkich namyslów. Skutek byl taki, ze niezwlocznie uleglem tym nawolywaniom, które wszakze uwazalem za bardzo osobliwe.
Chociaz w dziecinstwie zylismy w scislej przyjazni, znalem mimo to mego druha jeno bardzo pobieznie. Odznaczal sie zawsze wyjatkowa niechecia do wynurzen. Wiedzialem jednak, ze jest potomkiem bardzo starego rodu, który od czasów niepamietnych wyróznial sie niezwykla tkliwoscia serca.
Tkliwosc owa poprzez wieki skierowala sie w swym rozwoju ku licznym dzielom najczystszej sztuki i przejawila sie od dawien dawna w czestych uczynkach milosierdzia tylez szczodrego, ile bezimiennego oraz w zarliwym ukochaniu raczej trudnosci, niz tak latwo zawsze dostepnych zrozumieniu klasycznych powabów sztuki muzycznej. Dowiedzialem sie tez o tej wielce znamiennej okolicznosci, ze genealogiczne drzewo rodziny Usherów, aczkolwiek tak chwalebnie starozytnej, nigdy, w zadnym okresie czasu nie wydalo galezi rozlozystych, czyli innymi slowy caly ród utrwalal sie jeno w linii prostej, pomijajac kilka bardzo nieznacznych i bardzo przelotnych wyjatków.
Ten to wlasnie brak, myslalem, oddany calkowicie zadumie o doskonalej zgodzie charakteru miejscowosci z przyslowiowym charakterem rodu i rozwazaniom wplywu, który w dlugim nastepstwie wieków ród i miejscowosc wzajem na siebie wywrzec mogly - ten to zapewnie brak galezi bocznych oraz nieustanny przekaz z ojca na syna ojcowizny i nazwiska przyczynil sie z biegiem czasu do tak spójnego utozsamienia obojga, ze pierwotne miano dóbr zapodzialo sie w dziwnej i dwuznacznej nazwie D o m u U s h e r ó w, nazwie rozpowszechnionej wsród ludu, a która w jego pojeciu zdawala sie zawierac zarówno ród, jak i siedzibe rodu.
Nadmienilem, ze jedynym skutkiem mej nieco dziecinnej próby - mianowicie zajrzenia do jeziora - bylo poglebienie pierwszych, a tak osobliwych wrazen. Nie watpie, ze swiadomosc wzrastajacego we mnie zabobonnego strachu - czemuz go nie mam nazwac po imieniu - glównie przyczynila sie do przyspieszenia jego wzrostu. Wiedzialem od dawna, ze jest to paradoksalne prawo wszystkich uczuc osnutych na strachu. I byl to zapewne jedyny powód, który zdzialal, ze gdy me oczy odwrócone od widm stawu wzniosly sie ku samemu domowi, dziwna mysl powstala mi w glowie - mysl, doprawdy, tak pocieszna, ze wspominam o niej tylko dla wykazania zywotnej sily tloczacych mnie wrazen. Wyobraznia moja dzialala tak mocno, ze wierzylem naprawde w to, iz wokól domostwa i calej miejscowosci szerzy sie atmosfera wylacznie im i najblizszym okolicom przyrodzona - atmosfera nie spokrewniona z przestworem niebiosów, lecz wyzionieta przez spróchniale drzewa, siwy mur i niemy staw - opar tajemniczy i dzumny, zaledwo widzialny, ciezki, nieruchomy i olowianego zabarwienia.
Stronilem duchem od tego, co moglo byc jeno majakiem, i uwazniej jalem badac rzeczywista postac budynku. Glówna jego cecha byla, zda sie, wyjatkowa zamierzchlosc. Czas az nadto go odbarwil. Drobne liszaje przeslonily cala sciane zewnetrzna i, poczynajac od dachu, powlekly ja jakby zwiewna, wyszukanie haftowana tkanina. Ale to wszystko wcale nie bylo wynikiem szczególnego zniszczenia. Zadna czesc muru nie runela i zdawala sie istniec dziwna sprzecznosc pomiedzy ogólna, nienaruszona tezyzna wszystkich jego czesci a poszczególnym stanem spróchnialych kamieni, które mi przypomnialy najzupelnie pozorna calkowitosc starych boazerii, przez czas dlugi próchniejacych w jakiejs zapomnianej piwnicy, z dala od podmuchu swiezego powietrza. Prócz tej oznaki doszczetnego zniszczenia budowla nie zdradzala zadnych znamion kruchosci. Byc moze, iz oko drobiazgowego badacza wykryloby zaledwo pochwytna szczeline, która, poczynajac od dachu fasady, kreslila wzdluz muru znak zygzakowaty i zanikala w posepnych wodach stawu.
Zauwazywszy te szczególy, przebylem konno krótki gosciniec, który mnie przywiódl do domu. Lokaj ujal mego konia i wstapilem pod gotyckie sklepienie przedsionka. Sluzacy chylkiem i w milczeniu zaprowadzil mnie poprzez mnóstwo ciemnych i zawilych korytarzy do pokoju swego pana. Sporo przedmiotów, napotkanych po drodze, przyczynilo sie, nie wiem czemu, do wzmozenia chwiejnych uczuc, o których juz mówilem.

Przedmioty dookolne - jak rzezby sklepien, ciemne obicia scian, czarne hebany posadzki i fantastyczne sztandary herbowe, które szumialy za kazdym moim stapnieciem - wszystko to byly dobrze mi znane rzeczy. Za czasów dziecinstwa przyzwyczailem sie do widoków podobnych i chociaz bez wahania stwierdzilem w nich przedmioty znajome, podziwialem jednoczesnie, jak niezwykla zadume budzily we mnie te zwykle obrazy.
U jednych wschodów spotkalem domowego doktora. Twarz jego, jak mi sie wydalo, miala wyraz nikczemnej drwiny z domieszka zaklopotania. Szybko ominal mnie i przeszedl. Sluzacy otworzyl wlalnie drzwi i wprowadzil mnie do pokoju swego pana.
Pokój, w którym sie znalazlem, byl bardzo obszerny i bardzo wysoki. Dlugie, waskie okna tkwily na takiej odleglosci od czarnej debowej podlogi, ze zgola byly niedostepne oku. Slabe promienie karmazynowego brzasku torowaly sobie ujscie poprzez zakratowane szyby i dosc rozwidnialy glówne przedmioty otoczenia, pomimo to oko nadaremnie usilowalo dojrzec dalekie zakatki pokoju lub zaglebienia okraglo sklepionego i rzezbionego sufitu. Posepne draperie oblekaly sciany. Sprzety przewaznie byly dziwaczne, niewygodne, starozytne i zniszczone. Stosy ksiag i narzedzi muzycznych lezaly w bezladnym rozproszeniu, lecz obecnosc ich nie mogla ozywic ogólnego tla. Czulem, ze oddycham atmosfera smutku. Fale uciazliwej, glebokiej, nieuleczalnej melancholii szerzyly sie wszedy i przenikaly wszystko. Na mój widok Usher podniósl sie z kanapy, na której lezal wzdluz wyciagniety, i powital mnie z zapalem, majacym - takie przynajmniej bylo pierwsze wrazenie - nieodparte pozory przesadnej serdecznosci - pozory wysilku czlowieka znudzonego, a czyniacego zadosc okolicznosciom. Atoli rzut oka na jego twarz przekonal mnie o bezwzglednej szczerosci. Usiedlismy i przez chwil kilka, gdy trwal w milczeniu, przygladalem mu sie na wpól z litoscia, a na wpól z przerazeniem. Doprawdy, nikt nigdy nie ulegl zmianie tak straszliwej i w tak krótkim czasie, jak Roderick Usher! Z wielkim jeno trudem moglem wyczuc tozsamosc czlowieka, którego mialem przed oczami, z towarzyszem mego dziecinstwa. Charakter jego twarzy byl zawsze wybitny. Cera trupia, wysoko rozwarte, omglone i nieporównanie blyskliwe oczy - wargi nieco waskie i bardzo blade, lecz przedziwnie pieknej fali - nos hebrajskiego ksztaltu, bardzo wytworny, lecz z szerokimi nozdrzami, które rzadko towarzysza tego rodzaju ksztaltom - podbródek czarownie zarysowany, lecz brakiem wydatnosci zdradzajacy brak woli - wlosy mieksze i zwiewniejsze niz tkanina Arachny - wszystkie te cechy z dodatkiem nadmiernej wybujalosci czola skladaly sie na calosc, która nielatwo bylo zapomniec. Lecz obecnie w jednolitym spotegowaniu charakteru tej twarzy i w jej zwyklym wyrazie zaszla taka zmiana, zem nie poznawal czlowieka, z którym mówie. Przede wszystkim uderzyla mnie, a nawet przerazila bladosc twarzy, która juz stala sie bladoscia widmowa, i polysk oczu, który juz stal sie polyskiem nierzeczywistym. Ponadto bezwiednie pozwolil swym wlosom na rozrost nieograniczony i poniewaz ta cudaczna zamiec pajeczynowych wlókien raczej powiewala, anizeli spadala wokól twarzy, nie moglem nawet przy najlepszych checiach znalezc w tej dziwnej gmatwaninie arabeskowej nic pokrewnego zwyklej istocie ludzkiej.
Uderzyl mnie na poczatku pewien bezlad, pewna niezgoda ruchów mego przyjaciela, i wkrótce wykrylem, ze przyczyna tego jest nieustanny zarówno slaby, jak dziecinny wysilek stlumienia nalogowej drgawki - nadmiernej ruchliwosci nerwowej. Spodziewalem sie zreszta czegos w tym rodzaju i dal mi przedsmak w tym kierunku nie tylko jego list, lecz i wspomnienie niektórych cech z lat dziecinnych oraz wnioski, wysnute na mocy osobliwej jego budowy fizycznej tudziez usposobienia. Jego ruchy byly na przemian bystre i powolne. Glos blyskawicznie przerzucal sie od chwiejnej niepewnosci, gdy wladze zyciowe zdaja sie zgola nieobecne - do tego rodzaju energicznych skrótów, do tych naglych, krzepkich, przerywanych i z glebi dobytych dzwieków, do tych gardlowych i szorstkich a doskonale równowazonych i cieniowanych tonów, które sie zdarzaja u zawodowych opojów lub niepoprawnych palaczy opium w okresach najwyzszego podniecenia.
Tym wlasnie tonem mówil o moich odwiedzinach, o plomiennej zadzy widzenia sie ze mna i o pociesze, której sie spodziewal ode mnie. Rozwodzil sie nad tym dosc obszernie i tlumaczyl po swojemu tresc swej choroby. - Jest to, mówil, choroba dziedziczna, choroba organiczna, choroba, dla której nie mam nadziei znalezienia lekarstwa, zwykly rozstrój nerwowy - dorzucil niezwlocznie - którego bez watpienia wkrótce sie pozbede. Rozstrój ów przejawia sie cala cizba nadzmyslowych wrazen. Niektóre z podczas jego opisu zaciekawily mnie i stropily. Wszakze bardzo byc moze, iz zawdzieczalem to przewaznie rodzajowi wyslowien oraz tonowi jego opowiadania. Cierpial dotkliwie na chorobowe zaostrzenie zmyslów. Znosil jedynie najprostsze potrawy. W zakresie ubrania mógl uzywac niektórych tylko tkanin. Dusily go wszelkie wonie kwiatów. Nawet najslabsze swiatlo sprawialo meki jego oczom. I jeno kilka wylacznych dzwieków, a mianowicie strunowych, nie przejmowalo go przerazeniem. Postrzeglem, ze byl slepym niewolnikiem pewnego rodzaju nadprzyrodzonych sil strachu.
- Umre - rzekl - umrzec m u s z e pod wplywem tego oplakanego szalenstwa. Zgine tak wlasnie, a nie inaczej. Przeraza mnie przyszlosc nie sama przez sie, lecz w swych skutkach. Drze na mysl o jakimkolwiek trafie, który moze przyprawic mego ducha o to nieznosne wzruszenie. Nie boje sie wlasciwie niebezpieczenstwa, boje sie wylacznie jego bezposredniego tworu - strachu. W tym stanie rozdraznienia, w stanie godnym politowania, czuje, ze predzej czy pózniej nastapi chwila, gdy zycie i rozum opuszcza mnie jednoczesnie w jakiejs nierównej walce ze zlowieszczym widmem - S t r a c h u!
Dorywczo, dzieki bezladnym zwierzeniom, pólslówkom i napomknieniom dowiedzialem sie o innym szczególe jego stanu duchowego. Opetaly go pewne wyczucia zabobonne, zwiazane z gmachem, w którym mieszkal, a z którego od kilku lat nie smial wychodzic, zwiazane z wplywem, którego domniemane zródlo tlumaczyl mi w slowach zbyt ciemnych, abym je tutaj przytaczal - z wplywem, który na umysle jego, dzieki chorobie, wywieraly pewne szczególy w samym ksztalcie i w budulcu dziedzicznego palacu - slowem, t r e s c f i z y c z n a szarych murów, baszt i czerniawego stawu, gdzie sie caly gmach zwierciedlil - wycisnely po pewnym czasie swa pieczec na t r e s c i d u c h o w e j jego istoty.
Nie bez wahania dopuszczal wszakze, ze przewazna czesc osobliwej a gnebiacej go melancholii mozna przypisac bardziej naturalnej i o wiele rzeczywistszej przyczynie, a mianowicie okrutnej i juz przedawnionej chorobie, a wreszcie jawnie bliskiej smierci gleboko ukochanej siostry, jedynej jego towarzyszki od lat wielu, ostatniej i jedynej krewnej jego na ziemi.
- Smierc jej - rzekl z gorycza, której nigdy nie zapomne - osamotni mnie - slabego i zrozpaczonego ostatniego potomka starozytnego rodu Usherów.
Gdy to mówil, lady Magdalana, tak jej bylo na imie, krokiem wolnym przeszla w oddalach komnaty i znikla, nie zauwazywszy mojej obecnosci. Przygladalem sie jej z wielkim zdziwieniem, w którym tkwilo nieco strachu, lecz zdanie sobie sprawy z mych uczuc wydalo mi sie niemozliwe. Przytloczylo mnie uczucie dretwego zdumienia, gdym patrzyl w slad za jej odejsciem. Gdy wreszcie drzwi sie za nia zamknely, wzrok mój bezwiednie i ciekawie podazyl ku twarzy jej brata, lecz ten pograzyl twarz w dloniach, i moglem jeno stwierdzic, ze bardziej niz zwykle bladosc rozlala sie po jego wychudzonych palcach, poprzez które saczyla sie rosa lez zarliwych.
Choroba lady Magdaleny przez czas dlugi uragala wiedzy jej lekarzy. Uporczywa apatia, stopniowy zanik sil i czeste, aczkolwiek krótkotrwale ataki niemal kataleptycznego charakteru byly bardzo dziwnymi oznakami tej choroby. Dotychczas meznie znosila brzemie choroby i nie poddawala sie jeszcze musowi trwania w lózku, lecz ku koncowi wieczoru w dzien mego przybycia do palacu, jak powiedzial mi noca jej brat z niewyslowionym wzruszeniem, ulegla miazdzacej potedze kleski, i zrozumialem, ze spojrzenie, którym ja ogarnalem, bylo zapewno ostatnie, i ze nigdy, a w kazdym razie zywej tej pani nie zobacze.
Przez kilka dni nastepnych ani ja, ani Usher nie wymienialismy jej imienia. W tym okresie wyczerpywalem wszelkie sposoby, aby ulzyc melancholii mego druha. Spedzalismy czas na wspólnym malowaniu i czytaniu lub tez nasluchiwalem, jak we snie, jego dziwnych improwizacji na dzwiecznej gitarze. W ten sposób, w miare jak coraz scislejsze wezly przyjazni przyczynialy sie do coraz ufniejszego odslaniania mi glebi jego ducha, coraz bolesniej stwierdzalem nadaremnosc moich wysilków ku odnowie jego istoty, z której noc, jak nieodlaczna jej cecha, na wszelkie przedmioty cielesnego i duchowego swiata zionela nieustanna lune ciemnosci. Zawsze zachowam w pamieci wielokrotne a uroczyste godziny, które spedzilem sam na sam z wlascicielem Domu Usherów. Lecz nadaremnie staralbym sie okreslic dokladny charakter studiów lub zajec, do których mie naklonil lub wskazal droge. Plomienny, nadmierny, chorobliwy idealizm udzielal wszystkiemu swych siarkowych pobrzasków. Jego dlugie i zalobne improwizacje wiecznie beda brzmialy w mych uszach. Miedzy innymi wspominam bolesnie pewna osobliwa parafraze, odwrócenie na wspak, juz i pierwotnie dziwnej bardzo melodii ostatniego walca Webera. Co sie tyczy obrazków, wylonionych z jego czynnej wyobrazni, a które z kazdym pedzla pociagnieciem wkraczaly w nieokreslonosc budzaca we mnie dreszcz - dreszcz tym przenikliwszy, zem drzal, nie wiedzac czemu - co sie tyczy obrazów tak zyciem dla mnie tchnacych, ze ksztalty ich dotad jeszcze mam w oczach - daremnie bym usilowal wybrac odpowiednia próbke, której by moglo sprostac slowo pisane. Bezwzgledna prostota, nagoscia rysunku przykuwal, ujarzmial uwage. Jesli kiedykolwiek smiertelnik pedzlem na plótnie oddal mysl, tym smiertelnikiem byl Roderick Usher. Dla mnie przynajmniej - w danych okolicznosciach - czyste abstrakcje, które hipochondryk potrafil rzucic na plótno, zionely natezona, nieodparta zgroza, jakiej nawet cienia nie zaznalem przy ogladaniu majaczen samego Fuselego, bez watpienia swietnych, ale jeszcze zbyt konkretnych.
Wsród cudacznych pomyslów mego przyjaciela znalazl sie jeden, którego duch abstrakcji nie ogarnal tak wylacznie i który mozna, chociaz w slabym stopniu, oddac opisem slownym. Byl to maly obraz, przedstawiajacy wnetrze piwnicy czy tez podziemi niepomiernie dlugich, prostokatnych, o murach niskich, wygladzonych, bialych, bez zadnych ozdób, bez zadnych przerw. Pewne szczególy dodatkowe kompozycji ulatwialy zrozumienie tego, ze ów tunel znajduje sie niezwykle gleboko pod powierzchnia ziemi. Nie widac bylo zadnego wyjscia w calej jego olbrzymiej rozciaglosci. Nie widac bylo zadnej pochodni, zadnego zródla sztucznych swiatel, a mimo to wylew wezbranych promieni snul sie od konca do konca i zatapial wszystko fantastycznym i niepochwytnym blaskiem.
Juz wspomnialem o chorobliwym stanie nerwu sluchowego, dzieki któremu chory nie znosil zadnej muzyki prócz niektórych dzwieków strunnych. Zapewne ten ciasny zakres, w którym uwiezil swój talent przymusem do gry na gitarze, przewaznie nadal jego utworom fantastyczne cechy. Lecz co sie tyczy plomiennej lotnosci jego improwizacji, nie mozna ich w ten sam sposób rozwazac. Trzeba najwidoczniej uznac, ze improwizacje owe mogly byc i w rzeczy samej byly, tak w muzyce, jak w slowach jego dziwnych utworów fantastycznych - poniewaz czesto improwizowanymi i rymowanymi slowami dopelnial swej muzyki - byly w rzeczy samej wynikiem usilnego skupienia i tego zogniskowania wladz umyslowych, które zdarza sie, jak juz powiedzialem, w wyjatkowych razach najwyzszego podniecenia sztucznymi srodkami. Przypominam sobie z latwoscia slowa jednego z tych rapsodów. Byc moze, iz wywarl na mnie wrazenie silniejsze, gdy mi go autor pokazal, poniewaz wydalo mi sie, ze w wewnetrznej i tajemniczej tresci utworu wykrylem po raz pierwszy, iz Usher posiada zupelna swiadomosc swego stanu, iz czuje, jak jego wysoki umysl chwieje sie na swym tronie. Wiersze owe, które nosily tytul Zamku Opetanego, brzmialy z bardzo malymi odmianami tak, jak je tu podaje: 1. W najzielenszej z naszych dolin Od aniolów zamieszkaly Promienisty i pogodny Niegdys zamek byl wspanialy. Tam - w krainie wladcy Mysli Stal swietlany zamek ów: Zaden seraf nie nakresli Skrzydlem takich cudnych snów. 2. Kolysal sie tam na dachu Szereg zlotych fal bogaty: Ach - to wszystko bylo dawno, Przed dawnymi bardzo laty. Z wietrzykami, co igraly W posloneczne owe dnie, Przez omszone, jasne waly Wonny eter w sale mknie. 3. Wedrownicy w tej dolinie Przez dwa okna jasniejace - Widza duchy - w takty liry Melodyjnie kolujace, Wokól tronu, lsniac wspaniale Iscie, jak porphyro-gen, W nalezytej widnial chwale Swietny zamku wladca ten. 4. Promiennymi od rubinów Swietlanymi zamku wroty Plyna - plyna - ciagle plyna Muzykalne ech istoty, Których slodkim bylo losem Wciaz królowi nucic spiew - Ponad wszystko cudnym glosem - Wiedzy ludów niosac spiew. 5. Az ci naraz w czarnych szatach Spadla chmura klesk obfita; Placz, bo nigdy zlota zorza Juz nad zamkiem nie zaswita. I ów palac, co jasnieje Dotad chwala - w mroki padl - I straszliwe jakies dzieje Z niepamietnych dzwiga lat. 6. A wedrowcy dzis w dolinie Przez dwa okna krwia plonace Widza ksztalty rozdzwieczone Fantastycznie kolujace - I, jak rzeki wir szalonej, Rój zgrzytliwych plynie ech - Poprzez wrota - wykrzywiony Bez usmiechu w wieczny smiech.
Przypominam sobie bardzo dokladnie, ze nastrój, wywolany ballada, pchnal nas w odmet mysli, w którego zakresie zaznaczyl sie pewien poglad Ushera. Przytaczam go nie tyle dla jego nowosci - i inni bowiem mieli poglady podobne, ile dla owej stanowczosci, z która Usher przy nim obstawal. Poglad ów w ogólnych zarysach byl jeno wiara w zdolnosc czucia wszystkich istot roslinnych. W zboczonej wyobrazni Ushera poglad ów nabral cech jeszcze zuchwalszych i wkraczal pod pewnymi wzgledami w dziedzine swiata nieorganicznego. Brak mi slów, aby wyrazic cala rozciaglosc, cala powage, cala b e z s p o r n o s c jego wiary. Wiara ta wszakze byla, jak juz napomknalem, zwiazana z siwymi kamieniami domu jego przodków. W tym razie zdolnosc czucia powstawala, jak mu sie roilo, w warunkach zaleznych od metody, która budowa kierowala - od stosownego rozkladu tak kamieni, jak wszelkich przeslaniajacych je liszajów, i od spróchnialych drzew, które tkwily naokól - lecz przede wszystkim od niezmiennosci tego ukladu i od jego odwzorów w sennych wodach stawu. - Dowodem widocznym tej czuciowosci, mówil Usher, a jam go sluchal z niepokojem, bylo stopniowe, lecz stanowcze zgeszcznie sie ponad wodami i wokól murów wlasciwej im atmosfery. Odnosny skutek - dorzucil - przejawil sie w tym milczacym, lecz nieodpartym i straszliwym wplywie, który od wieków, rzeklbys, ksztaltowal przeznaczenie jego rodu i który z niego uczynil czlowieka takiego, jakiego mam obecnie przed oczami - takiego, a nie innego. Tego rodzaju poglady nie wymagaja wyjasnien i nie mam zamiaru ich wyjasniac. Wspólnie przez nas czytane ksiazki - ksiazki, które od lat wielu stanowily przewazny podklad duchowego istnienia chorego - jak latwo zgadnac, odpowiadaly scisle jego wizyjnemu usposobieniu. Zglebialismy wspólnie utwory takie, jak "Vert-Vert" i "Kartuzja" Gresseta, "Belphegor" Machiawella, "Cuda niebiosów i piekiel" Swedenborga, "Podróz podziemna Nicholasa Klimma" Holberga, "Chiromancja" Roberta Fludda, Jana d'Indagine'a i De la Chambre'a, "Odjazd w blekitnosc" Tiecka i "Miasto Slonca" Campanelli.
Jedna z jego ulubionych ksiazek bylo male wydanie w ósemce dziela dominikanina Eymerica De Gironne'a pt. "Directorium inquisitorium" oraz zdarzaly sie w dzielach Pomponiusza Melli ustepy o starozytnych satyrach afrykanskich i egipanach, nad którymi Usher rozmyslal calymi godzinami.
Glówna rozkosza jego ducha bylo czytanie wydanego in quarto, w stylu gotyckim, niezwykle rzadkiego i ciekawego zbioru zasad jakiegos zapomnianego kosciola pt. "Vigiliae Mortuorum secundum Chorum Ecclesiae Maguntinae". Zastanawialem sie mimo woli nad dziwnym rytualem, zawartym w tej ksiedze, i nad jej mozliwym wplywem na melancholika, gdy pewnego wieczoru podawszy mi nagla wiadomosc o tym, ze lady Magdalena juz istniec przestala, wyjawil chec przechowania zwlok przez dni pietnascie do czasu ostacznego pogrzebu w jednym z licznych podziemi, znajdujacych sie pod ciezkimi murami zamku. Powód, którym popieral to dziwne postepowanie, byl tego rodzaju, ze nie czulem prawa do zaprzeczen. Mówil mi, ze jako brat powzial to postanowienie wobec niezwyklych cech zmarlej, wobec pewnej zbyt natarczywej i niepowsciagliwej ciekawosci ze strony uczonych badaczy i wreszcie wobec odleglego i bardzo widocznego polozenia rodzinnego grobowca.
Wyznam, ze przypomniawszy sobie zlowrogi wyraz twarzy czlowieka spotkanego na schodach w dniu mego przybycia do palacu, stracilem chec przeciwienia sie tego rodzaju srodkom ostroznosci, które bez watpienia uwazalem za niewinne i stanowczo za bardzo uzasadnione.
Na prosbe Ushera udzielilem mu pomocy osobistej w przygotowaniach do tego tymczasowego pochówku. Zawarlismy cialo w trumnie i we dwóch ponieslismy je na miejsce spoczynku. Podziemie, w którym zlozylismy zwloki i które bylo zamkniete od tak dawna, ze nasze pochodnie, na wpól stlumione dlawiacym zaduchem, nie pozwolily nam zbadac miejsca - bylo male, wilgotne i nie dawalo swiatlu dziennemu zadnego dostepu; tkwilo bardzo gleboko pod ta czescia budynku, gdzie znajdowala sie moja sypialnia. Za dawnych czasów feudalnych przeznaczone bylo zapewne na straszliwy uzytek wiezienia, a w czasach pózniejszych na piwnice do przechowywania prochu lub innych latwo palnych materialów, czesc bowiem gruntu i wszystkie sciany wzdluz sieni, która przebylismy, aby tam dotrzec, byly szczelnie pokryte miedzia. Drzwi z ciezkiego zelaza byly tak samo srodkiem ochronnym. Gdy ten ciezar olbrzymi zakolysal sie na swych zawiasach, rozlegl sie dziwnie ostry i zgrzytliwy dzwiek.
W tym wiec przybytku zgrozy zlozylismy na marach nasze brzemie zalobne. Uchylilismy nieco wieka trumny, która nie byla jeszcze zabita, i zajrzelismy w twarz trupa. Uderzajace podobienstwo pomiedzy bratem a siostra przykulu przede wszystkim moja uwage, i Usher, zgadujac byc moze moje mysli - mruknal kilka slów, z których wywnioskowalem, ze oboje - zmarla i on - byli bliznietami, i ze pomiedzy nimi istniala niewytlumaczona niemal zgodnosc dusz. Wszakze spojrzenia nasze niedlugo tkwily na zmarlej, gdyz nie moglismy ogladac jej bez przerazenia.
Choroba, która lady Magdalene w pelni mlodosci stracila do grobu, pozostawila, jak to zazwyczaj sie zdarza we wszystkich chorobach czysto kataleptycznego pochodzenia, slaby, niby na drwine, rumieniec na piersi i na twarzy oraz udzielila wargom tego dwuznacznego i dretwego usmiechu, który przeraza, gdy przynalezy smierci. Zasunelismy wieko i zabilismy je, po czym zamknawszy drzwi zelazne, wrócilismy znuzeni do wyzej polozonych komnat, gdzie nie mniejsza panowala melancholia.
Wówczas po uplywie kilku dni, pelnych najbolesniejszego smutku, stala sie zmiana widoczna w objawach chorobliwego stanu ducha mego przyjaciela. Zwykle jego nalogi pierzchly. Zaniedbal i zapomnial swych zajec codziennych. Blakal sie z pokoju do pokoju krokiem porywczym, nierównym i bezcelowym. Bladosc jego twarzy nabrala byc moze bardziej jeszcze widmowych odcieni, lecz polysk, wlasciwy jego oczom, zgasl calkowicie. Nie slyszalem juz tych ostrych tonów glosu, do których dawniej uciekal sie chwilami, i drzenie, sprawione, rzeklbys, najwyzszym strachem, cechowalo zazwyczaj jego mowe. Czasem doprawdy przychodzilo mi do glowy, ze nieustannie zaniepokojony umysl jego trawia jakies zdlawione tajemnice i ze nie moze zdobyc sie na niezbedna odwage odsloniecia tych tajemnic. Kiedy indziej bylem po prostu zmuszony podejrzewac go o niewytlumaczone wybryki szalenstwa, poniewaz widywalem go wpatrzonego calymi godzinami w próznie, w ruchu najusilniejszej bacznosci, jakby nasluchiwal dzwieków urojonych. Nie dziw przeto, ze stan jego przerazal mnie, a nawet zarazal. Czulem, jak dziwny wplyw jego fantastycznych i zarazliwych zabobonów przenika mnie stopniowo, lecz nieodparcie.
Byla wlasnie noc siódma lub ósma od chwili, gdysmy lady Magdalene zlozyli w grobowcu - byl czas bardzo pózny, gdy przed udaniem sie na spoczynek nocny odczulem nagle cala przemoc tych wrazen. Sen nie chcial zblizyc sie do mego loza. Godziny jedna za druga mijaly, mijaly nieustannie. Staralem sie wytlomaczyc sobie nerwowy niepokój, który sie we mnie panoszyl. Usilowalem wmówic w siebie, ze to, czego doznaje, zawdzieczam, jesli nie calkowicie, to czesciowo urocznym wplywom melancholijnego umeblowania komnaty oraz ciemnych poszarpanych draperii, które, poruszane podmuchem nadchodzacej burzy, chwialy sie konwulsyjnie na scianach, szumiac bolesnie wokól ozdób loza.
Wszakze wysilki moje byly nadaremne, niepokonany strach przeniknal stopniowo cala moja istote, i wreszcie trwoga bezimienna, istna zmora przytloczyla mi piersi. Dyszalem gwaltownie, zrobilem wysilek i dopialem tego, zem sie z niej otrzasnal. Wyprostowany na poduszkach, zarliwie przenikalem okiem gesty mrok komnaty. Nie umialbym powiedziec dlaczego, chyba pod wplywem instynktowego nakazu - jalem nasluchiwac jakichs cichych i niejasnych dzwieków, wybieglych nie wiadomo skad, a dolatujacych mnie w dlugich przerwach, poprzez nacichania burzy. Opanowany natezonym uczuciem niewytlomaczonego i nieznosnego strachu wdzialem pospiesznie ubranie - poniewaz czulem, ze nie bede mógl tej nocy zasnac - i wielkimi krokami chodzac po pokoju, staralem sie pozbyc rozpaczliwego stanu, w którym sie znalazlem. Zaledwie kilka razy przeszedlem sie po pokoju, gdy nagle uwage moja przykul odglos lekkich kroków na schodach sasiednich. Poznalem wkrótce, ze sa to kroki Ushera. W chwile potem z cicha zapukal do drzwi i wszedl z lampa w dloni. Na twarzy jego trwala, jak zawsze, bladosc trupia, lecz ponadto w oczach jego tkwil wyraz niezrozumialej szalenczej uciechy, a ruchy jego byly zaprawde rodzajem najwidoczniej tlumionej histerii. Przerazil mnie jego widok, lecz wolalem wszystko niz samotnosc, która znosilem tak dlugo, i obecnosc jego sprawila mi ulge.
- A tys tego nie widzial? - rzekl znienacka po kilku chwilach milczenia i po rzuceniu wokól siebie uporczywych spojrzen - nie widziales tego? Zaczekaj! Zobaczysz zaraz!
Mówiac to i pilnie oslaniajac dlonia lampe, rzucil sie do jednego z okien i rozwarl je na osciez w burze.
Rozpedna wscieklosc wichury uniosla nas niemal z ziemi. Byla to zaiste noc burzliwych a czarownych leków, noc jedyna i dziwna w swej zgrozie i swym pieknie. Zamiec skupila sie snadz w naszym poblizu, gwaltowne bowiem byly i czeste przerzuty wichru, a niezwykla gestwa chmur, które w tej chwili tak sie znizyly, ze wisialy niemal na basztach zamkowych, nie wzbraniala naszym oczom pochwycenia ruchliwej szybkosci, z która pedzily nawzajem ku sobie ze wszystkich oddali widnokregu, zamiast pierzchac w przestworach. Ich wyjatkowa tezyzna nie przeslaniala naszym oczom tego zjawiska, chociaz nie widzielismy ani zdzbla ksiezycowych lub gwiezdnych swiatel, i ani jedna blyskawica nie miotala swych olsnien. Wszakze sród tej obszernej gromady rozedrganych oparów oraz wszelkich przedmiotów ziemskich, tkwiacych w obrebie dostepnego naszym oczom widnokregu, tlily sie nadprzyrodzona jasnia lotnych wyziewów, które zwisaly nad domem, spowijajac go w swietlisty niemal i dokladnie widoczny calun.
- Nie powinienes parzec na to zjawisko! Nie powinienes go ogladac! - zawolalem do Ushera, drzac na ciele, i nieznacznie a przemoca odciagnalem go od okna ku fotelowi. - Zjawisko, które cie pozbawia przytomnosci, jest zjawiskiem czysto elektrycznym i bardzo zwyklym lub tez byc moze, iz zawdziecza ono swe zalobne pochodzenie gnojnym miazmatom stawu. Zamknijmy to okno. Powietrze jest grozne i niebezpieczne dla twego zdrowia. Oto jeden z twych ulubionych romansów. Bede go czytal, a ty bedziesz sluchal i w ten sposób spedzimy te noc straszliwa.
Stary szpargal, który wzialem do rak, byl utworem Sir Lancelota Canninga pt. Trist opetany, uswietnilem go jednak nazwa ulubionej ksiazki Ushera dla zartu. Zart smutny, poniewaz w rzeczywistosci niedorzeczna i barokowa rozwleklosc utworu niewiele dostarczala strawy dla wysokiej umyslowosci mego przyjaciela. Byla to wszakze jedyna ksiazka, która mialem tuz na podoredziu, i ludzilem sie plonna nadzieja, ze niepokój, który dreczyl melancholika, znajdzie ulge (historia bowiem chorób umyslowych pelna jest tego rodzaju wybryków) w samej przesadzie szalenstw, o których mialem mu czytac. Sadzac o dziwnie natezonej uwagi, z która sluchal lub udawal, ze slucha ich opowiesci, móglbym powinszowac sobie dobrych skutków mojego wybiegu.
Dotarlem do tej tak slynnej czesci opowiadania, gdy Ethelred, bohater ksiazki, nadaremnie starajac sie przedostac po przyjazni do przybytku pewnego pustelnika, czuje sie zmuszony wejsc tam przemoca. W tym miejscu, jak czytelnik sobie przypomina, autor mówi te slowa:
"I Ethelred, jako ze od urodzenia walecznego byl serca, a obecnie sluszna, iz pod wplywem pochlonietego wina, pozyskal moc okrutna, nie tracil przeto czasu na uklady z owym pustelnikiem, który zaiste ku uporowi i ku zlemu duchem sie sklanial, lecz, pluche plecyma wyczuwszy tudziez bojac sie natarcia wichury, uniósl malo-wiele swej maczugi i uderzen kilkorgiem utorowal wkrótce, poprzez deski drzwi, droge swej dloni, zelazna rekawica strojnej - za czym ona dlon ku sobie sciagajac, zdzialal, iz wszystko jelo trzaskac, kruszyc sie i drzazgami pierzchac naokól tak, iz trzask suchego i echem dzwoniacego drzewa zagrzmial jak na trwoge, az ci go bór od konca do konca odglosem powtórzyl".
Przy koncu tego zdania zadrzalem i zamilklem, poniewaz mi sie wydalo - chociaz niezwlocznie zmiarkowalem, ze jest to skutek przywidzenia - wydalo mi sie, iz z bardzo odleglej czesci domu dolecial niejasno mych uszu dzwiek, który z powodu scislego podobienstwa byl, rzeklbys, stlumionym, zamarlym echem owego trzasku i lomu, który tak pilnie opisal Sir Lancelot. Oczywiscie to, co przykulo ma uwage, bylo jeno zwyklym zbiegiem okolicznosci, poniewaz wsród potrzaskiwan ram okiennych oraz wszelkich zawiklanych odglosów wciaz wzrastajacej burzy, dzwiek ów sam przez sie nie mial doprawdy nic takiego, co by moglo mnie zastanowic lub zatrwozyc.
Jalem czytac dalej:
"Atoli Ethelred, rycerz nieugiety, przekroczywszy odrzwia, wielkiego doznal gniewu i zdumiena, nie widzac nijakich sladów zlosliwego pustelnika, jeno na jego miejscu tudziez w zastepstwie ujrzal potwornych ksztaltów smoka pokrytego luska, z dlugim jezorem ognistym, który to smok trwal na strazy zlotego palacu o srebrnej podlodze, zas na murze wisiala polyskliwa tarcza mosiezna z takim oto wyrytym na niej napisem: Kto tu wejsc potrafi, ten zwyciezca bedzie - Kto zabije smoka, ten tarcze posiedzie.
Naówczas Ethelred podniósl maczuge i uderzyl po lbie smoka, który padl u jego stóp i wyzional swe tchnienie dzumne, zaprawiajac je porykiem tak straszliwym, tak ostrym i tak jednoczesnie przenikliwym, ze Ethelred byl znaglony do zatkania dlonmi uszu, aby im przydac srodków ochronnych przeciwko tym dzwiekom tak, ale to tak straszliwym, ze nigdy dotad podobnych nie slyszal".
W tym miejscu nagle znowu zamilklem i tym razem z uczuciem gwaltownego zdumienia, poniewaz nie moglem nawet o tym watpic, ze poslyszalem naprawde (nie zdolalem odgadnac - w której stronie) dzwiek nadwatlony i jakby daleki, lecz mimo to ostry, przeciagly, nadzwyczaj przenikliwy i zgrzytliwy - scisly odpowiednik nadprzyrodzonego krzyku smoka, opisanego przez autora romansu, w tej postaci, jaka mu wyobraznia moja juz nadala.
Pomimo iz pod wplywem tego potwornego a wielce niezwyklego zbiegu okolicznosci najwidoczniej tloczylo sie we mnie tysiace sprzecznych wrazen, wsród których górowalo zdziwienie i strach bez granic, zachowalem wszakze dosc przytomnosci umyslu, aby jakakolwiek uwaga nie poruszyc nerwowej czujnosci mego towarzysza.
Wcale nie bylem pewien, czy zauwazyl wspomniane odglosy, chociaz bezwarunkowo w jego zachowaniu w ostatniej chwili zaszla dziwna zmiana. Dotad siedzial naprzeciwko mnie, teraz powoli przesunal swój fotel tak, ze twarza byl zwrócony do drzwi komnaty w ten sposób, iz nie moglem widziec rysów calej twarzy, chociaz zauwazylem dobrze drzenie jego warg, jak gdyby szepczacych cos niepochwytnego. Glowa zwisla mu na piersi, wiedzialem jednak, ze nie spi. Oko, które widzialem w profilu, bylo rozwarte i nieruchome. Zreszta ruch jego ciala tez zaprzeczal takiemu przypuszczeniu, poniewaz kolysal sie na strony ruchem bardzo nieznacznym, lecz nieprzerwalnym i jednostajnym. Szybkim spojrzeniem ogarnalem to wszystko i znowu jalem czytac opowiesc Sir Lancelota, która w dalszym ciagu brzmiala, jak nastepuje:
- "I wówczas rycerz zuchwaly, uszedlszy straszliwym gniewom smoka, przypomniawszy sobie tarcze mosiezna tudziez ta okolicznosc, ze zaklecie, które w niej tkwilo, pierzchlo - usunal trupa z drogi i po srebrnej posadzce palacu zblizyl sie smialo do owego miejsca muru, gdzie wisiala tarcza, która zaiste nie czekala, az rycerz zgola do niej sie zblizy, jeno spadla do jego stóp na srebrna posadzke z poteznym a straszliwym rozdzwiekiem".
Zaledwom tych slów ostatnich domówil, gdy nagle, jakby wlasnie tarcza mosiezna spadla na srebrna posadzke, poslyszalem wyraznie gluche, metaliczne echo, pelne rozdzwieku, lecz jakoby zgluszonego. Bylem do glebi poruszony. Porwalem sie na nogi, lecz Usher nie przerwal swych miarowo rozkolysanych ruchów. Rzucilem sie ku fotelowi, na którym wciaz siedzial. Oczy mial utkwione prosto przed siebie, a cala twarz jego stezala w kamiennym zesztywnieniu. Wszakze, gdym dlon polozyl mu na ramieniu, gwaltowny dreszcz przebiegl cale jego cialo. Chorobliwy usmiech drgnal na jego wargach i stwierdzilem, ze mówi cicho, bardzo cicho, szeptem pospiesznym i zmaconym, jakby nie byl swiadom mej obecnosci. Schylilem sie wrecz ku niemu i jalem wreszcie chlonac uchem straszliwa tresc jego slów:
- Nie slyszysz? Slysze za to ja, slyszalem od dawna - od dawna, od dawien dawna, od wielu chwil, od wielu godzin, od wielu dni, slyszalem, lecz nie smialem - o, biada mi nieszczesnemu tchórzowi! - nie smialem - n i e s m.i a l e m. p.o w i e d z i e c! P o g r z e b a l i s m y j a z y w c e m. w m.o g i l e! Czyz nie mówilem, ze mam zmysly az nazbyt czujne? Mówie ci w t e j c h w i l i, ze slyszalem jej pierwsze slabe poruszenie na dnie trumny. Slyszalem juz sporo dni temu, sporo dni, lecz nie smialem - n i e s m.i a l e m. p.o w i e d z i e c!
A teraz - tej nocy - Ethelred - ha, ha! - drzwi do pustelni zlamane - i rzezenie smoka - i rozdzwiek tarczy! Powiedz raczej: pochrzest lamanej trumny i zgrzyt zelaznych zawias jej wiezienia i straszliwa walka w sieni mosieznej! O, dokad uciec? Czyz nie zjawi sie tu za chwile? Czy nie zdaza, aby mi wyrzucac mój pospiech? Czyliz nie slyszalem jej kroków na schodach? Czyliz nie rozróznialem straszliwego i ciezkiego bicia jej serca? Szalony!
Tu ze wsciekloscia porwal sie na nogi i, jakby chcial ducha wyzionac w tym ostatnim wysilku, zawyl te slowa:
- S z a l o n y! P o w i a d a m c i, z e o n a w t e j c h w i l i j e s t t a m, z a d r z w i a m i!
W tej samej chwili, jak gdyby nadludzku wysilek jego slów pozyskal wszechpotege zaklec, szerokie i starozytne skrzydla, które wskazywal Usher, powoli rozwarly swa ciezka hebanowa paszczeke. Byl to skutek wscieklego uderzenia wichury, lecz za tymi drzwiami trwala wlasnie smukla, spowinieta w calun postac lady Magdaleny Usher. Na jej bialych szatach widniala krew i cala jej wynedzniala osoba nosila widoczne slady jakiejs straszliwej walki. Przez okamgnienie trwala drzaca i chwiejna w progu, potem z zalosnym i gluchym krzykiem upadla ciezko przed sie - na brata i w gwaltownej a ostatecznej agonii pociagnela za soba na ziemie juz trupa i ofiare wlasnych, z góry i zawczasu powzietych obaw.
Ucieklem z tej komnaty i z tego palacu, zdjety strachem. Burza jeszcze szalala w calej pelni, gdy wkroczylem w stara aleje. Znienacka dziwne swiatlo padlo na droge i odwrócilem glowe, aby zobaczyc, skad mogla wytrysnac jasnosc tak osobliwa, poniewaz za soba mialem tylko obszerny palac wraz ze wszystkimi jego cieniami. Brzask pochodzil od pelni ksiezycowej, która zachodzila, krwawo purpurowiejac, i przeswiecala teraz jaskrawo poprzez zaledwo ongi widoczna szczeline biegnaca, jak nadmienilem, zygzakiem wzdluz budynku od dachu az do podstawy. Gdym sie przygladal, szczelina owa rozszerzyla sie szybko. Raz jeszcze nadbiegl wicher, raz jeszcze zaklebil sie wir szalony - i caly krag ksiezyca zalsnil mi nagle w oczy. Doznalem zawrotu glowy, gdym ujrzal, jak potezne mury rozpadly sie na dwoje. Zahuczalo cos przeciagle, zagrzmialo glucho jak odglos tysiaca wodospadów - i gleboki splesnialy staw, u stóp mych tkwiacy, posepny w milczeniu zawarl swe fale nad szczatkami Domu Usherów.

K O N I E C

 



strona główna
(23kB)