(23kB)
strona główna

 

Mark Twain

Pamietniki Adama i Ewy






Mark Twain, wlasciwie Samuel Langhorne Clemens (1835-1910), amerykanski pisarz, humorysta i satyryk, rozpoczal kariere literacka jako dziennikarz w San Francisco. Pierwszym utworem Twaina, który uczynil go znanym w literaturze, bylo opowiadanie The Celebrated Jumping Frog, 1885 r. "New York Saturday Post'' opublikowala nastepny utwór - The Innocents Abroad, po czym ukazywaly sie artykuly Twaina o podrózy do Ziemi Swietej.
W 1870 r. pisarz ozenil sie i osiedlil najpierw w stanie New York, pózniej w Connecticut.
Najwieksza slawe zyskaly Twainowi utwory dla mlodziezy, tlumaczone na wiele jezyków - Przygody Tomka Sawyera, 1876, Zycie na Missisipi, 1883, oraz Przygody Hucka, 1884, w których pisarz wskrzesil barwne przygody wlasnego dziecinstwa. Do najbardziej popularnych utworów Twaina naleza takze: basn Ksiaze i zebrak, 1880, oraz Jankes na dworze króla Artura, 1889.
Po wczesniejszych dzielach, w których panuje klimat dobrodusznego humoru - pózniejsze cechuje ostra satyra na amerykanskie stosunki spoleczne. Natomiast pod koniec zycia pisarza, kiedy los nie szczedzil mu bolesnych ciosów, pojawia sie u Twaina nowy ton - smutku i lagodnej melancholii. Charakteryzuje on m. in. Pamietniki Adama i Ewy, w których krytycy literaccy dopatruja sie kroniki malzenskiego zycia Samuela i Olivii Clemensów. Aczkolwiek fragmenty Pamietników Adama pochodza z lat dziewiecdziesiatych, Pamietnik Ewy, mimo iz napisany pózniej, po smierci ukochanej zony pisarza, w 1904 r., i rózny pod wzgledem klimatu uczuciowego, uzupelnia tamte Pamietniki i tworzy z nimi harmonijna calosc.
Z zapisków Adama wylania sie jego duchowy portret - Adam jest malomówny i nieco prymitywny. Towarzystwo gadatliwej Ewy zrazu nuzy go tak, ze dwakroc próbuje wymknac sie jej, za kazdym razem jednak Ewa odnajduje go. Niemniej po 10 latach, gdy przyszly na swiat ich pierwsze dzieci, Adam docenia Ewe jako wierna towarzyszke i nie potrafi juz wyobrazic sobie zycia bez niej.
Pamietnik Ewy jest o wiele bardziej poetyczny, czyta sie go niemal jak poezje. Ewa jest blyskotliwsza i subtelniejsza od Adama. Dostrzega wokól siebie piekno i kocha je, a nade wszystko nie znosi samotnosci i kocha Adama. Wzruszajaco brzmi jej definicja milosci do meza, Adam zas po latach sklada tej milosci najpiekniejszy hold slowami: "Gdziekolwiek byla ona, tam byl Raj".
Mozna dostrzec tez w tych Pamietnikach pewien aspekt filozoficzny - utrata Raju nie jawi cie tu jako kataklizm; skazana na cierpienie i smierc ludzkosc odnajduje bowiem w milosci i wlasnie w cierpieniu pelnie czlowieczenstwa.
Fragmenty Pamietników Adama ukazaly sie w Polsce niekompletne l w bardzo swobodnym tlumaczeniu, pt. Pamietniki Adama w Raju, po raz pierwszy przed II wojna swiatowa, anonimowo. Obecnie prezentujemy naszym Czytelnikom nowa pelna polska wersje obu utworów, pióra znanej poetki i tlumaczki krakowskiej, Teresy Truszkowskiej.



Tytul oryginalu:
The Diaries of Adam & Eve An American Heritage Press Attic Reprint
(c) 1971, American Heritage Press, a subsidiary of McGraw-Hill, Inc.


Fragmenty pamietnika Adama przelozone z oryginalu*


(Przypisek. Przed kilku laty przelozylem czesc tego pamietnika, a mój przyjaciel wydrukowal pare egzemplarzy w nie wykonczonej formie; nie dotarly one jednak do ogólu publicznosci. Od tego czasu odcyfrowalem wiecej hieroglifów Adama l sadze, ze obecnie jest on na tyle wazna Osobistoscia, ze sluszne jest wydanie tego dziela. - M. T.)

Poniedzialek
To nowe stworzenie o dlugich wlosach ciagle staje mi na drodze. Czatuje wciaz w poblizu i podaza moimi sladami. Nie lubie tego; nie przywyklem do towarzystwa. Wolalbym, aby przebywalo wsród innych zwierzat... Chmurno dzisiaj, wiatr wieje ze wschodu, bedziemy mieli chyba deszcz... My? Skad wzialem to slowo? Juz sobie przypominam. - Nowe stworzenie go uzywa.

Wtorek
Obserwowalem wielki wodospad i sadze, ze to najwspanialsza rzecz w tej okolicy. Nowe stworzenie nazywa go wodospadem Niagara, nie mam pojecia dlaczego. Mówi, ze wyglada jak wodospad Niagara! Nie jest to wystarczajacy powód, raczej tylko kaprys i glupota! Sam nie mam. okazji, aby czemukolwiek nadac nazwe. Nowe stworzenie wymysla nazwy dla kazdej istoty, która sie pojawia, zanim zdolam sie sprzeciwic. I zawsze uzywa tej samej wymówki: ze dana rzecz tak wlasnie wyglada. Wezmy na przyklad dodo. Utrzymuje, ze skoro ktos nan spojrzy, od razu wie, ze "wyglada jak dodo". Bez watpienia bedzie musialo byc tak nazwane. Nuzy mnie zawracanie sobie tym glowy. Dodo! Nie wyglada bardziej na dodo niz ja sam!

Sroda
Wybudowalem sobie szalas dla ochrony przed deszczem, lecz nie moglem cieszyc sie mim w spokoju. Nowe stworzenie juz tam wtargnelo, a gdy próbowalem je wypchnac, zaczelo wylewac wode z otworów, którymi patrzy; ocieralo je wierzchem lap, wydajac przy tym takie odglosy jak niektóre zwierzeta, kiedy cierpia. Chcialbym, zeby przestalo tyle mówic, bo gada bez przerwy. Brzmi to jak zaczepka lub niesprawiedliwy przytyk w stosunku do tego biednego stworzenia, nie mialem jednak tego na mysli. Nigdy dotad nie slyszalem ludzkiego glosu, a wiec kazdy nowy i obcy dzwiek wdzierajacy sie tutaj, w uroczyste milczenie tej sennej samotnosci, razi moje ucho jaik falszywa nuta. A ten nowy dzwiek rozlega sie tak blisko mnie, tuz przy mym ramieniu, tuz przy mym uchu, najpierw z jednej, potem z drugiej strony; ja zas przyzwyczailem sie do odglosów dobiegajacych z pewlhego oddalenia.

Piatek
Wymyslanie nazw postepuje nadal beztrosko pomimo mych sprzeciwów. Znalazlem bardzo stosowna nazwe dla tej okolicy, melodyjna i ladna: OGRÓD RAJSKI. Prywatnie, lecz nie oficjalnie, w dalszym ciagu uzywam tej nazwy. Nowe stworzenie utrzymuje, ze te lasy, skaly i caly krajobraz w niczym nie przypominaja ogrodu, lecz wygladaja jak park, jak nic innego, tylko wlasnie park. Nie zasiegajac wiecej mej rady, na nowo nazwalo ogród - PARKIEM NIAGARA. Wydaje mi sie to zbyt samowolne. Pojawila sie tez tabliczka: NIE DEPTAC TRAWY Moje zycie nie jest juz tak szczesliwe jak przedtem.

Sobota
Nowe stworzenie zjada tak duzo owoców, ze przypuszczalnie wkrótce nam ich zabraknie. Znów "nam" - to slowo tego stworzenia, a przyswoilem je sobie, odkad tak czesto je slysze. Dzis rano zalegla gesta mgla. Nie wychodze podczas mgly, natomiast nowe stworzenie spaceruje przy kazdej pogodzie. Wychodzi do ogrodu, sztywno stapajac na obloconych nogach. Mówi bez przerwy. A dawniej bywalo tu tak cicho i przyjemnie.

Niedziela
Jakos wytrzymalem, choc ten dzien staje sie coraz bardziej meczacy. Zeszlego roku w listopadzie ustanowiono go dniem odpoczynku. Przedtem mialem szesc takich dni w tygodniu. Dzis rano spotkalem nowe stworzenie, gdy próbowalo stracic jablko z drzewa zakazanego.

Poniedzialek
Nowe stworzenie twierdzi, ze nazywa sie Ewa. W porzadku. Nic nie mam przeciw temu. Mówi, ze tak powinienem na nie wolac, jesli chce, aby przyszlo. Powiedzialem, ze to zbyteczne. Uzycie tego wyrazenia podnioslo w jej oczach moje znaczenie: istotnie, to mocne i celne slowo, którego mozna uzywac. Utrzymuje, ze nie jest "Ono", lecz "Ona". Jest to malo prawdopodobne, lecz wszystko mi jedno; nic mnie nie obchodzi, kim jest, byle tylko sobie poszla i przestala tyle mówic.

Wtorek
Zasmiecila cala okolice wstretnymi nazwami i drazniacymi napisami: DO WIRU WODNEGO, DO KOZIEJ WYSPY, DO JASKINI WIATRÓW Utrzymuje, ze park stalby sie przytulnym letniskiem, gdyby panowal taki zwyczaj. Letnisko to jeden z jej wymyslów - po prostu slowo bez zadnego znaczenia. Co oznacza "letnisko"? Ale ona ma taka manie wyjasniania wszystkiego, ze lepiej jej nie pytac.

Piatek
Zaczela blagac mnie, bym nie przeplywal tego wodospadu. Cóz to jej szkodzi? Dziwie sie, dlaczego przejmuje ja to dreszczem grozy. Zawsze to robilem - zawsze lubilem zanurzac sie w wodzie odczuwajac przy tym podniecenie i chlód. Sadze, ze wodospad po to wlasnie istnieje, skoro nie ma z niego innego pozytku, a przeciez musial byc na cos stworzony. Jej zas wydaje sie, ze wodospad stworzono dla jego malownicznosci - jak nosorozca lub mastodonta.
Nie podobalo jej sie, gdy przeplynalem wodospad w beczce. Byla równiez niezadowolona, gdy plywalem w balii. Przeplynalem Wir Wodny i Katarakty w ubraniu z listka figowego, które calkiem sie zniszczylo. Stad nudne utyskiwania nad moja ekstrawagancja. Czuje sie tu za bardzo skrepowany. Potrzebuje zmiany krajobrazu.

Sobota
W ubiegly wtorek w nocy ucieklem i wedrowalem przez dwa dni. Zbudowalem sobie nowy szalas w miejscu odosobnionym i w miare moznosci zatarlem za soba slady, lecz ona wytropila mnie przy pomocy oswojonego zwierzecia, które nazywa wilkiem; zblizyla sie, wydajac zalosne odglosy i lejac wode z miejsc, którymi patrzy. Musialem z nia wrócic, lecz mam zamiar zaraz odejsc, gdy tylko nadarzy sie okazja. Ona zajmuje sie róznymi glupstwami; miedzy innymi próbuje zbadac, dlaczego zwierzeta zwane lwami i tygrysami zywia sie trawa i kwiatami, chociaz jej zdaniem rodzaj ich uzebienia .wskazuje na to, ze powinny pozerac sie nawzajem. Glupstwo, bo gdyby tak mialo byc, to pozabijalyby sie, a to sprowadziloby, o ile dobrze rozumiem, tak zwana ,,smierc", która, jak mi mówiono, nie wtargnela jeszcze do Parku. Z pewnych wzgledów szkoda, ze tak sie nie stalo.

Niedziela
Jakos wytrzymalem.

Poniedzialek
Zrozumialem chyba, po co istnieje tydzien: aby byl czas na odpoczynek po trudach niedzieli. To dobry pomysl... Ona znów sie wspinala na to drzewo. Przeploszylem ja stamtad. Powiedziala, ze nikt nie patrzyl. Uwaza, ze to wystarczajace usprawiedliwia wszelkie ryzyko. Uzylem takiego wyrazenia. Slowo "usprawiedliwia" wzbudzilo jej podziw - a takze zazdrosc. Sadze, ze to trafne slowo.

Czwartek
Oznajmila mi, ze powstala z zebra wyjetego z mego boku. Jest to chyba malo prawdopodobne, gdyz nie brakuje mi ani jednego zebra. Bardzo martwi sie o sepa i przypuszcza, ze trawa mu nie sluzy. Obawia sie, ze nie bedzie mogla go dluzej hodowac, i sadzi, iz powinien zywic sie padlina. Sep musi sobie radzic z tym, co dostaje. Nie mozemy zmienic calego swiata dla wygody sepa.

Sobota
Wczoraj wpadla do jeziora, gdy jak zwykle przegladala sie w jego tafli. Omal sie nie udusila i powiedziala, ze bylo to bardzo nieprzyjemne. Dlatego, zal jej sie zrobilo stworzen zyjacych w jeziorze, które nazywa rybami, gdyz w dalszym ciagu nadaje nazwy zwierzetom, choc tego nie potrzebuja i nie zblizaja sie, gdy na nie wola. Ale poniewaz jest tepa, wiec nie ma to dla niej wiekszego znaczenia; zeszlej nocy wydobyla mnóstwo ryb z wody i polozyla mi na poslanie, bym je ogrzal. Obserwowalem je przez caly dzien i nie zauwazylem, aby byly szczesliwsze niz poprzednio, chyba tylko spokojniejsze. Gdy zapadnie noc, wyrzuce je z domu. Nie bede juz spac razem z nimi. Zauwazylem, ze sa wilgotne i zimne, i bardzo nieprzyjemnie jest tak lezec posród nich nago.

Niedziela
Jakos wytrzymalem.

Wtorek
Ostatnio zajela sie wezem. Inne zwierzeta sa zadowolone, gdyz dotad na nich przeprowadzala swe doswiadczenia i zaklócala im spokój. Ja jestem równiez zadowolony, gdyz waz mówi i dzieki temu mam chwile wytchnienia.

Piatek
Oznajmila mi, ze waz radzi jej, aby spróbowala owocu z tego drzewa, gdyz wówczas posiadzie ogromna, wyjatkowa i wspaniala wiedze. Powiedzialem jej, ze to pociagnie za soba równiez przeciwny skutek - sprowadzi smierc na ziemie. Popelnilem blad - lepiej bylo zachowac te uwage dla siebie; podsunelo jej to mysl, ze moglaby ocalic chorego sepa, a osowialym lwom i tygrysom dostarczyc swiezego miesa. Radzilem jej trzymac sie z dala od tego drzewa. Odpowiedziala, ze wcale nie ma tego zamiaru. Obawiam sie, ze beda klopoty. Chcialbym odejsc.

Sroda
Mialem urozmaicone przezycia. Ucieklem tej samej nocy i jechalem konno przez cala noc tak szybko, jak tylko moglem; mialem nadzieje, ze wydobede sie z Parku i ukryje w jakiejs innej okolicy, zanim zaczna sie klopoty, lecz nie udalo mi sie. Mniej wiecej na godzine przed wschodem slonca, gdy przejezdzalem przez kwietna równine, na której paslo sie, spalo albo igralo tysiace zwierzat, zerwal sie nagle - niczym huragan - przerazajacy zgielk, i w jednej chwili równine ogarnal szalony tumult, kazde zwierze zaatakowalo swego sasiada. Domyslilem sie, co to znaczy - Ewa zjadla owoc i smierc zstapila na swiat... Tygrysy pozarly mego konia, ignorujac zupelnie mój zakaz - i zjadlyby nawet mnie samego, gdybym w pore nie uciekl ile sil w nogach... Znalazlem pewne miejsce poza Parkiem, gdzie przez pare dni czulem sie bezpiecznie, lecz ona mnie odnalazla. Odnalazla mnie i nazwala to miejsce Tonawanda - tlumaczac mi, ze wyglada jak Tonawanda. Tak naprawde to wcale nie zmartwilem sie, gdy przyszla poniewaz tutaj znajduja sie tylko nedzne resztki, a ona przyniosla troche tamtych jablek. Musialem je zjesc, gdyz bylem bardzo glodny. Postapilem wbrew swoim zasadom, lecz uwazam, ze zasady nie maja istotnej mocy, jezeli jest sie glodnym. Przyszla oslonieta galezmi i pekami listowia, a gdy spytalem ja, co oznacza to bezsensowne przebranie, drzac i rumieniac sie zerwala je i rzucila na ziemie. Nigdy dotad nie widzialem, aby ktos tak drzal ,i rumienil sie, wiec wydalo mi sie to niestosowne i glupie. Powiedziala, ze wikrotce sam to zrozumiem. Miala racje. Choc bylem bardzo glodny, odlozylem na pól zjedzone jablko - chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek widzialem o tak póznej porze roku - i okrylem sie odrzuconymi przez nia galezmi; po czym przemówilem do niej z pewna surowoscia domagajac sie, by poszla i przyniosla, wiecej galezi, i nie robila z siebie widowiska. Gdy to uczynila, przyczolgalismy sie na miejsce, gdzie odbyla sie walka zwierzat, zebralismy ich skóry, a ja poprosilem Ewe, aby uszyla pare ubran stosownych do publicznych wystapien. Sa niewygodne, to prawda, ale za to stylowe, a to najwazniejsze, jesli chodzi o stroje... Dochodze do wniosku, ze ona jest calkiem dobra towarzyszka. Zdaje sobie sprawe, ze bez niej czulbym sie samotny i przygnebiony, zwlaszcza teraz, gdy stracilem swoja posiadlosc. Jeszcze jedno: powiedziala, ze zgodnie z rozkazem bedziemy odtad zarabiac na zycie. Ona zajmie sie praca, a ja bede nadzorowal.

Po dziesieciu dniach
Ewa oskarza mnie o spowodowanie naszego nieszczescia! Twierdzi z cala szczeroscia i zgodnie z prawda, iz Waz zapewnial ja, ze zakazanym owocem sa nie jablka, lecz kasztany. Powiedzialem, ze w takim razie jestem niewinny, gdyz nie jadlem kasztanów. Odrzekla na to: Waz wyjasnil jej, ze "kasztan" jest slowem przenosnym, oznaczajacym zwietrzaly i nieaktualny dowcip. Slyszac to zbladlem, gdyz nieraz wymyslalem kawaly, aby jakos wypelnic sobie czas i niektóre dowcipy mogly byc zwietrzale, choc gdy je wymyslalem, bylem gleboko przekonany, ze sa nowoscia. Spytala mnie, czy nie wymyslilem jakiegos kawalu w momencie katastrofy. Musialem przyznac, ze tak istotnie bylo - chociaz nie wypowiedzialem go na glos. To bylo tak: pomyslalem o wodospadzie i rzeklem do siebie: - Jak cudownie patrzec na te mase wody spadajaca w dól. - I wtedy zabawna mysl przebiegla mi przez glowe jak blyskawica; pozwolilem jej uleciec, mówiac: --Jeszcze cudowniej byloby zobaczyc, jak woda spada w góre - i omal nie peklem ze smiechu, a wtem nagle cala przyroda zerwala sie z pet w tumulcie walki i smierci, a ja musialem uciekac, by ratowac zycie. - No wlasnie - rzekla z triumfem - to jest ten zart, o którym wspomnial Waz, nazywajac go Pierwszym Kasztanem. Powstal on, jego zdaniem, równoczesnie z aktem stworzenia. - Niestety, to moja wina. Obym nie byl tak dowcipny; och, obym nigdy nie wpadl na te blyskotliwa mysl!

Nastepnego roku.
Nazwalismy je Kainem. Zlowila je, gdy zakladalem sidla na pólnocnym brzegu jeziora Erie; zlapala je w lesie, w odleglosci paru mil od naszego szalasu. Nie pamieta dokladnie, gdzie. Ewa sadzi, ze pod pewnymi wzgledami to stworzenie przypomina nas i byc moze jest naszym krewnym.
Ale wedlug mnie nie ma racji. Róznica wielkosci nasuwa przypuszczenie, ze jest to odmienny, nowy rodzaj zwierzecia - byc moze ryba, choc gdy wlozylem, je do wody, by sie o tym przekonac, poszlo na dno. Ewa zanurzyla sie i wylowila je, nim doswiadczenie zdolalo rozstrzygnac to pytanie. Nadal sadze, ze to ryba, lecz Ewa nie dba o to, czym ono jest, i nie pozwala mi wiecej przeprowadzac tego rodzaju prób. Nic nie rozumiem. Wydaje mi sie, ze pojawienie sie tego stworzenia odmienilo jej usposobienie i pozbawilo rozsadnego podejscia do doswiadczen. Wiecej mysli o tym stworzeniu niz o innych zwierzetach, choc nie potrafi wytlumaczyc, dlaczego. Wszystko wskazuje na to, ze zupelnie stracila dla niego glowe. Czasem ryba skarzy sie, bo chcialaby byc w wodzie, a wtedy Ewa nosi ja przez pól nocy na reku, i woda wyplywa z miejsc na jej twarzy, którymi patrzy; glaszcze rybe po grzbiecie, a wargi jej wydaja pieszczotliwe, uspokajajace dzwieki. Na sto róznych sposobów daje dowody swego zaniepokojenia i troski. Nigdy dotad nie widzialem, by sie tak zachowywala w stosunku do jakiejkolwiek ryby, i bardzo mnie to niepokoi. Zanim stracilismy nasza posiadlosc, nosila czasem w ten sposób mlode tygrysiatka bawiac sie z nimi, lecz byla to tylko zabawa i nigdy tak sie nimi ,nie przejmowala, jesli nie sluzylo im jedzenie.

Niedziela.
Ewa nigdy nie pracuje w niedziele, lecz zmeczona odpoczywa i lubi, jak ta ryba po niej hasa. Wydaje wtedy smieszne odglosy, by ja zabawic, i udaje, ze gryzie jej lapy, co pobudza to stworzenie do smiechu. Nigdy dotad nie widzialem smiejacej sie ryby, dlatego budzi to moje watpliwosci... Polubilem niedziele. Nadzorowanie przez caly tydzien wyczerpuje cialo. Powinno byc wiecej niedziel. Dawniej trudno bylo je zniesc, lecz teraz sa potrzebne.

Sroda
To nie ryba. Nie moge jednak dojsc do tego, co to jest. Gdy jest niezadowolone, wydaje dziwne diabelskie dzwieki, a gdy jest w dobrym humorze, mówi "gu-gu". Nie jest jednym z nas, gdyz nie chodzi; nie jest tez ptakiem, bo nie lata, nie jest zaba, bo nie skacze, ani wezem, gdyz nie pelza; jestem równiez pewien, ze nie jest ryba, choc nie mam okazji, by stwierdzic, czy umie plywac. Przewaznie lezy na grzbiecie z podniesionymi nogami. Nie widzialem, by tak sie zachowywalo jakies zwierze. Nazwalem je zagadkowa istota, a ona okazala podziw dla tego slowa, nie rozumiejac go jednak. Moim zdaniem, jest to albo cos niezwykle tajemniczego, albo jakis gatunek owada. Jesli umrze, rozbiore je na kawalki, zeby zobaczyc, jak jest zbudowane. Zadna rzecz do tej pory nie zadziwila mnie do tego stopnia.

Po trzech miesiacach
Mój niepokój zamiast sie zmniejszac, wzrasta. Malo spie. To stworzenie przestalo lezec i obecnie raczkuje. Tym sie jednak rózni od innych czworonogów, ze jego przednie konczyny sa niezwykle krótkie, na skutek czego cale jego cialo dziwnie sterczy ku górze, co wyglada niezbyt ladnie. Zbudowane jest podobnie jak my, lecz jego sposób poruszania sie wskazuje, ze nie nalezy do naszego gatunku. Krótkie przednie, konczyny i dlugie tylne nasuwaja przypuszczenie, ze choc jest z rodziny kangurów, stanowi jego szczególna odmiane, poniewaz prawdziwy kangur skacze, a to stworzenie nigdy tego nie robi. Jest to jednak ciekawy, interesujacy, dotychczas jeszcze nie skatalogowany okaz. Skoro go odkrylem, uwazam sie za upowaznionego do przypisania sobie zaslugi tego odkrycia, wiazac go ze swym imieniem, stad nazwalem go Kangaroorum Adamiensis... Gdy przybyl do nas, musial byc bardzo mlody, poniewaz od tego czasu znacznie podrósl. Teraz jest pieciokrotnie wiekszy niz wtedy, a gdy wpadnie w zlosc, potrafi podniesc wrzask dwadziescia dwa, a moze nawet trzydziesci osiem razy glosniejszy niz na poczatku. Surowe traktowanie nie ucisza tego halasu, przeciwnie, jeszcze go poteguje. Z tego powodu nie stosuje juz tej metody. Ewa uspokaja go perswazja i dajac mu przedmioty, których przedtem odmawiala. Jak wspomnialem poprzednio, nie bylo mnie w domu, gdy to stworzenie pojawilo sie, Ewa zas oznajmila mi, ze znalazla je w lesie. To dziwne, ze jest jedynym okazem, jednak tak musi byc, skoro calymi tygodniami bezskutecznie, az do kompletnej utraty sil, szukalem nastepnego okazu, aby dodac go do mojej kolekcji i zeby ten pierwszy mial sie z kim bawic; z pewnoscia bylby wtedy spokojniejszy i latwiej dalby sie nam oswoic. Lecz nie znalazlem zadnego, chocby najmniejszego sladu podobnego stworzenia, i co dziwniej--sze, nie wpadlem na jego trop. To stworzenie musi chodzic po ziemi, samo nie moze sobie dac rady,, jak zatem wedruje, nie zostawiajac sladów? Zalozylem sporo sidel, lecz na prózno. Zlapalem rózne okazy drobnej zwierzyny prócz niego jednego. Sa to zwierzeta, które, jak przypuszczam, wchodza do pulapki z czystej ciekawosci, by przekonac sie, po co umieszczono tam mleko. Nie pija go jednak nigdy.
Kangur wciaz rosnie; to bardzo dziwne i zastanawiajace. Nigdy nie znalem niczego tak wolno rosnacego. Na glowie ma teraz owlosienie, które bardziej przypomina nasze wlosy niz siersc kangura, z tym tylko zastrzezeniem, ze jest delikatniejsze, mieksze i zamiast czarnego - rude. Bliski jestem szalenstwa z powodu kaprysnego i niepokojacego rozwoju tego nie sklasyfikowanego wybryku natury. Gdybym choc mógl schwytac inny okaz - lecz nie ma .nadziei, gdyz z pewnoscia jest to nowa odmiana i jedyny okaz. Schwytalem, jednak prawdziwego kangura i przynioslem do domu sadzac, ze skoro nasz jest tak samotny, to zadowoli sie jakimkolwiek towarzystwem, gdyz nie ma obok siebie zadnej bratniej duszy, zadnego zwierzecia, które byloby mu bliskie lub moglo okazac sympatie, gdy jest tak opuszczone wsród obcych, którzy nie znaja jego trybu zycia i nawyków ani nie wiedza, co mozna by zrobic, aby poczulo, ze jest wsród przyjaciól? To byl jednak blad - nasze stworzenie wpadlo w furie na widok kangura; przekonalem sie wtedy, iz widzi go po raz pierwszy. Wspólczuje biednemu wrzaskliwemu stworzonku, lecz nic nie moge zrobic, by je uszczesliwic. Gdybym chociaz mógl je oswoic - to jednak nie wchodzi w rachube, gdyz im wiecej sie staram, tym bardziej pogarszam jego polozenie. Do glebi serca zasmucaja mnie jego male wybuchy zalu i gniewu. Chcialem to stworzenie wypuscic na wolnosc, lecz Ewa nie chce nawet o tym slyszec. Wydaje sie to okrutne i calkiem do niej niepodobne, lecz chyba ma racje. Ono byloby wtedy jeszcze bardziej samotne niz dotad, gdyz jesli -ja nie moge znalezc dla niego towarzysza, to czyz ono samo potrafi?

Po pieciu miesiacach
To nie kangur. Na pewno nie, gdyz utrzymuje sie na nogach chwytajac Ewe za palec i w ten sposób posuwa sie pare kroków na tylnych nogach, a potem upada. Byc moze jest to pewien gatunek niedzwiedzia, na razie jednak bez ogona i nie pokryty sierscia z wyjatkiem glowy. Wciaz rosnie - co stanowi ciekawostke, gdyz niedzwiedzie zwykle znacznie wczesniej wyrastaja na duze zwierzeta. Niedzwiedzie - od czasu naszej katastrofy - staly sie niebezpieczne, wobec tego nie uspokoje sie, dopóki on bedzie grasowac w poblizu nas bez kaganca. Zaproponowalem, ze przyniose jej kangura, jesli pusci wolno to stworzenie - lecz na nic - sadze, ze jest gotowa narazic nas na wszelkie ryzyko. Nie byla taka, póki nie stracila rozumu.

Po dwóch tygodniach
Obejrzalem jego jame ustna. Na razie nie ma niebezpieczenstwa, gdyz posiada tylko jeden zab. Nie ma tez jeszcze ogona. Jest bardziej wrzaskliwy niz dotychczas -' i to przewaznie w nocy. Wyprowadzilem sie. Wpadam jednak na sniadanie, by zobaczyc, czy nie wyroslo mu wiecej zebów. Gdy bedzie mialo pelne uzebienie, to bedzie musialo odejsc, niezaleznie od tego, czy posiada ogon, czy tez nie. Niedzwiedz nie potrzebuje ogona, aby stac sie niebezpiecznym.

Po czterech miesiacach
Przez miesiac polowalem i lowilem ryby w okolicy, która nie wiadomo dlaczego ona nazywa Bawolem, bowiem nie ma tam juz bawolów. Tymczasem niedzwiedz nauczyl sie dreptac samodzielnie na tylnych konczynach i mówic "tata" i "mama". Z pewnoscia jest to nowy gatunek. Podobienstwo do slów moze byc czystym przypadkiem, oczywiscie .niezamierzonym, lecz nawet wtedy jest czyms zdumiewajacym, gdyz zaden niedzwiedz nie jest do tego zdolny. To nasladownictwo mowy wraz z ogólnym brakiem siersci i kompletnym zanikiem ogona dowodzi, ze jest to nowy gatunek niedzwiedzia. Dalsza obserwacja bedzie nadzwyczaj interesujaca. Tymczasem. wyrusze ,na daleka wyprawe do lasów na Pólnocy, by przeprowadzic dokladne poszukiwania. Z pewnoscia musi' istniec jakis drugi okaz, a wtenczas ten pierwszy stanie sie mniej niebezpieczny, jesli bedzie miec towarzystwo osobnika tego samego gatunku. Wyrusze natychmiast, gdy tylko naloze kaganiec naszemu stworzeniu.

Po trzech miesiacach
Polowanie bylo meczace, bardzo meczace, nie przynioslo jednak spodziewanego rezultatu. W tym samym czasie Ewa, nie ruszajac sie z domu, schwytala drugie stworzenie. Nigdy nie widzialem, zeby ktos mial takie szczescie! Chocbym sto lat polowal w tych lasach, nigdy nie napotkalbym takiego stworzenia.

Nastepnego dnia
Porównywalem nowe stworzenie z jego poprzednikiem; nie ulega watpliwosci, ze obaj naleza do tego samego gatunku. Mialem zamiar wypchac jedno z nich dla mojej kolekcji, lecz Ewa z jakichs powodów jest nieprzychylnie nastawiona do tego projektu. Porzucilem wiec te mysl, choc uwazam, ze to blad. Nauka ponioslaby niepowetowana strate, gdyby te stworzenia wyginely. Starsza stworzenie jest teraz bardziej oswojone i umie smiac sie i paplac jak papuga, czego bez watpienia nauczylo sie, przebywajac tak czesto z papuga i posiadajac dobrze rozwiniety dar nasladowczy. Zdziwilbym sie, gdyby okazalo sie, ze jest to nowy rodzaj papugi, a jednak nie powinienem sie dziwic, gdyz stworzenie to bylo juz wszystkim, co tylko przyszlo mi na mysl od czasu tych pierwszych dni, gdy bylo ryba. Nowe stworzenie jest tak samo brzydkie, jak z poczatku byl jego poprzednik, ma taka sama skóre barwy siarki i surowego miesa i dziwna, pozbawiona owlosienia glowe. Ewa nazywa go Ablem.

Po dziesieciu latach.
Sa chlopcami. Juz dawno doszlismy do tego. Zmylilo nas to, ze pojawili sie w tak drobnej i niedojrzalej postaci, do której nie bylismy przyzwyczajeni. Teraz pojawily sie tez dziewczeta. Abel jest dobrym chlopcem, lecz dla Kaina byloby znacznie lepiej, gdyby pozostal niedzwiedziem. Po tylu latach dochodze do wniosku, ze pomylilem sie co do Ewy, lepiej jest zyc poza Ogrodem z nia niz w Ogrodzie bez niej. Z poczatku sadzilem, ze za duzo mówi, lecz teraz zmartwilbym sie, gdyby ten drogi glos umill i zniknal z mego zycia. Blogoslawnony niech bedzie kasztan, który nas zblizyl i odkryl dobroc jej serca i slodycz jej charakteru.

KONIEC.




Pamietnik Ewy przelozony z oryginalu



Sobota
Zyje juz prawie jeden dzien. Zjawilam sie wczoraj. W kazdym razie tak mi sie wydaje i chyba tak jest, gdyz zapamietalabym przedwczorajszy dzien, gdyby sie w nim cos zdarzylo. Oczywiscie cos moglo sie wydarzyc i ujsc mojej uwagi. Tym lepiej, bede teraz bardzo czujna i jesli nastapia przedwczorajsze dnie, nie omieszkam tego zapisac. Najlepiej zaczac od razu, aby nie dopuscic do balaganu w notatkach; czuje instynktownie, ze pewnego dnia szczególy nabiora znaczenia dla historyka. Poniewaz czuje sie wlasnie jak eksperyment i malo prawdopodobne, aby jeszcze ktos prócz mnie tak to odczuwal, dochodze do przekonania, ze jestem tylko eksperymentem i niczym wiecej.
A jesli jestem eksperymentem, to czy calkowitym? Nie, sadze, ze nie, gdyz cala reszta swiata jest jego czescia. Jestem najwazniejszym elementem eksperymentu, sadze jednak, ze cala reszta tez bierze w tym udzial. Czy mam zapewniona pozycje, czy tez musze czuwac i troszczyc sie o nia? Raczej to ostatnie. Czuje instyniktownie, ze wyzszosc mozna osiagnac tylko za cene wiecznej czujnosci. (Uwazam, ze to trafna uwaga jak na kogos tak mlodego jak ja].
Dzisiaj wszystko wyglada o wiele lepiej niz wczoraj. W pospiechu, aby zakonczyc wczorajszy dzien, góry pozostawiono nie wykonczone, a niektóre równiny tak zasmiecone odpadkami, iz sprawialy przygnebiajace wrazenie. Wspaniale i piekne dziela sztuki nie powinny byc tworzone w pospiechu, a ten majestatyczny nowy swiat jest naprawde najbardziej podnioslym, pieknym i bliskim doskonalosci dzielem, chociaz tak krótko istnieje. W niektórych miejscach jest za duzo gwiazd, a w innych za malo, lecz jest na to rada. Ostaitniej nocy ksiezyc zerwal sie z uwiezi, zesliznal i wypadl z calego ukladu - to wielka strata; serce mi peka na mysl o tym. Zadna inna ozdoba ani dekoracja nie moga równac sie z nim pod wzgledem piekna i wykonczenia. Powinien byc lepiej przymocowany. Zebysmy tylko zdolali go odzyskac...
Nie mozna oczywiscie odgadnac, dokad odszedl. A kazdy, kto go schwyta, dobrze ukryje; wiem, bo zrobilabym tak samo. Sadze, ze we wszystkich innych sprawach jestem uczciwa, lecz zaczynam sobie uswiadamiac, ze istota i rdzeniem mej natury jest umilowanie piekna, namietne przywiazanie do niego, i ze byloby niebezpiecznie powierzyc mi ksiezyc nalezacy do innej osoby, która nie wiedzialaby, ze go mam. Oddalabym ksiezyc znaleziony w dzien z obawy, ze ktos mnie widzial; jeslibym jednak znalazla go w ciemnosciach, wymyslilabym jakies usprawiedliwienie, aby sie do tego nie przyznawac. Kocham bowiem ksiezyce, sa tak ladne i romantyczne! Pragnelabym, abysmy ich mieli piec albo szesc - nie kladlabym sie wcale spac i lezac na omszalych brzegach wód i patrzac na nie, nie czulabym nigdy zmeczenia.
Gwiazdy tez sa ladne. Chcialabym schwytac niektóre z nich i wplesc sobie we wlosy. Nie moge jednak tego zrobic. Dziwne to, ale sa bardzo daleko - wcale na to nie wyglada. Zeszlej nocy, gdy po raz pierwszy zjawily sie na niebie, usilowalam stracic niefctóre z nich dragiem, lecz nie moglam dosiegnac; bardzo mnie to zdziwilo, potem spróbowalam rzucac do nich grudkami ziemi, az sie zmeczylam, nie moglam jednak trafic zadnej z nich. To dlatego, ze jestem niezreczma i nie umiem trafic do celu. Choc celowalam obok tej z góry upatrzonej, nie moglam trafic w zadna z nich; widzialam, jak ciemna grudka pomyka w sam srodek zlotych peków, ze czterdziesci lub piecdziesiat razy, niemal o wlos przelatujac obok, i jeslibym wytrzymala jeszcze przez chwile, moze udaloby mi sie trafic w jedna z nich.
Wtedy rozplakalam sie, bylo to zupelnie normalne u kogos w moim wieku, a gdy wypoczelam, wzielam koszyk i poszlam w kierunku miejsca najdalej polozonego na obwodzie kola, gdzie gwiazdy sa najblizej ziemi i mozna je dosiegnac reka; tak byloby najlepiej, gdyz moglabym wtedy zebrac je delikatnie reka, nie naruszajac ich. Gwiazdy jednak znajduja sie dalej, raiz sadzilam, musialam wiec w koncu porzucic ten zamiar. Bylam tak zmeczona, ze nie moglam zrobic ani jednego kroku, bo zranione nogi bardzo mnie bolaly.
Nie moglam wrócic do domu, byl za daleko, a poza tym zrobilo sie zimno. Napotkalam jednak kilka tygrysów i przytulilam sie do nich, bylo mi przy nich bardzo przyjemnie, oddech ich jest pachnacy, gdyz odzywiaja sie truskawkami. Choc nigdy dotad nie widzialam tygrysów, od razu rozpoznalam je po pregach. Gdybym zdobyla jedna z takich skór, mialabym piekny strój.
Dzisiaj nabralam lepszego rozeznania w odleglosciach. Przedtem mialam tak wielka ochote schwytac kazda piekna rzecz, ze lekkomyslnie wyciagalam po nia reke, choc czasem znajdowala sie daleko ode mnie, a czasem znów byla w odleglosci zaledwie szesciu cali - mimo iz wydawala sie oddalona o stope - do tego jeszcze oddzielona cierniami! Mialam nauczke, utworzylam równiez samodzielnie pierwsza maksyme: "Skaleczony Eksperyment unika ciernia!" Mysle, ze to zupelnie dobra maksyma jak na kogos tak mlodego jak ja.
Wczoraj po poludniu poszlam sladami drugiego Eksperymentu, aby przekonac sie, jesli zdolam, czego on szuka. Nie udalo mi sie jednak tego wysledzic. Przypuszczam, ze jest mezczyzna. Nigdy dotychczas nie widzialam mezczyzny, lecz to stworzenie wlasnie tak wyglada, i jestem pewna, ze nim jest. Czuje, ze budzi we minie wieksze zaciekawienie niz inne plazy. Chyba jest plazem, a sadze, ze nim jest, bo ma niechlujne wlosy i blekitne oczy. To stworzenie pozbawione jest bioder, a jego cialo zweza sie ku dolowi jak marchewka, gdy zas staje, rozposciera ramiona j.ak dzwig; sadze wiec, ze jest plazem, choc równie dobrze móglby byc jakas budowla.
Z poczatku balam sie go i zrywalam do ucieczki, gdy tylko ogladal sie, myslalam bowiem, ze bedzie mnie scigac. Z czasem jednak zauwazylam, ze to stworzenie. takze próbuje uciekac.. Przestalam wiec odczuwac oniesmielenie i tropilam ten Eksperyment przez wiele godzin w odleglosci dwudziestu jardów, ale bardzo go to niepokoilo i unieszczesliwialo. W koncu byl juz tak udreczony, ze wszedl na drzewo. Czekalam na niego ' dosc dlugo, a potem zrezygnowana poszlam do domu..
Dzis powtórzylo sie to samo. Znów zmusilam go do wdrapania sie na drzewo. -

Niedziela
On wciaz siedzi tam na drzewie. Niby wypoczywa, lecz to podstep. Niedziela nie jest dniem wypoczynku, tylko sobota. Sprawia na mnie wrazenie stworzenia ponad wszystko lubiacego odpoczynek. Zmeczyloby mnie takie ciagle odpoczywanie. Przykre jest tez dla mnie przebywanie w poblizu tego drzewa i obserwowanie go. Zastanawiam sie, po co to stworzenie istnieje, gdyz nigdy nie widzialam, aby cokolwiek robilo.
Zeszlej nocy zwrócili mi ksiezyc; bylam tak uszczesliwiona! Uwazam - ze to bardzo szlachetnie z ich strony. Choc ksiezyc znów sie zesliznal i spadl, nie zmartwilam sie tym, gdyz nie ma powodu do niepokoju, jesli posiada sie sasiadów, którzy sprowadza go z powrotem. Chcialabym jakos wyrazic im wdziecznosc. Chcialabym przeslac im kilka gwiazd, których mamy az nadto. Mam tu na mysli siebie, a. nie nas, gdyz, jak sadze, plaz nie dba o te sprawy.
To stworzenie ma pospolity gust i jest bez serca. Kiedy poszlam tam wczoraj o zmroku, zeszlo z drzewa i próbowalo zlowic igrajace w jeziorze male cetkowane rybki; musialam obrzucic plaza grudkami ziemi, aby zmusic go do wejscia na drzewo i pozostawienia ich w spokoju. Zastanawiam sie, czy po to wlasnie istnieje? Czyz nie ma wspólczucia dla tych malych zyjatek? Czyz mozliwe, ze stworzono je dla tak niewdziecznego zadania? Wydaje sie, ze tak wlasnie jest. Gdy jedna z grudek ziemi trafila je za uchem, odezwalo sie. Przeszyl mnie dreszcz, gdyz po raz pierwszy uslyszalam ludzka mowe, nie liczac mego wlasnego glosu. Nie rozumialam slów, lecz zdawalo mi sie, ze cos znacza.
Z chwila, gdy odkrylam, ze stworzenie to potrafi mówic, jeszcze bardziej zainteresowalam sie nim, gdyz sama lubie duzo mówic; mówie przez caly dzien, a nawet we snie - dlatego jestem tak interesujaca. Gdybym jednak miala kogos, z kim moglabym rozmawiac, bylabym znacznie ponetniej sza i mówilabym ile dusza zapragnie.
Jesli ten plaz jest mezczyzna, to nie jest ono, prawda? To byloby niegramatyczme, prawda? Przypuszczam, ze jest to on. Tak sadze. Wobec tego nalezaloby przeprowadzic nastepujacy rozbiór gramatyczny: mianownik on, dopelniacz jego, celownik jemu. Narazie przyjme, ze jest mezczyzna, i beda go nazywac o n, dopóki nie okaze sie, ze jest czyms innym. Tak bedzie wygodniej, niz zyc w ciaglej niepewnosci.

Nastepnej niedzieli
Przez caly tydzien chodzilam za nim jak cien, próbujac zawrzec znajomosc. Musialam wiec mówic przez caly czas, gdyz on jest niesmialy, lecz to mi nie przeszkadza. Wydawalo mi sie, ze jest zadowolony z. mej obecnosci. Czesto wiec uzywalam przyjacielskiego zwrotu "my", poniewaz pochlebia mu, gdy jego tez uwzgledniam.

Sroda
Teraz jest nam z soba bardzo dobrze i poznaj emy sie wciaz lepiej. Nie próbuje mnie juz unikac; to dobry znak - swiadczy, ze lubi byc ze mna. To mi sie podoba, badam wiec, w jaki sposób moge mu stac sie pozyteczna, by w jeszcze wiekszym stopniu pozyskac jego wzgledy. W ciagu ostatnich dwóch dni przejelam trud nadawania nazw zwierzetom. Bylo to dla niego ogromna ulga, gdyz sam nie posiada tego talentu; jest mi wiec bardzo wdzieczny. Nawet jesli chodziloby o ocalenie zycia, nie bylby w stanie wymyslic jakiejs sensownej nazwy. Nie zdradzam sie przed nim, ze wiem o tej jego slabostce. Kiedykolwiek pojawia sie nowe stworzenie, nadaje mu nazwe, zanim on zdola zdradzic sie niezrecznym milczeniem. W ten sposób wybawilam go nieraz z zaklopotania. Nie mam takiej jak on slabostki. Z chwila gdy spojrze na jakiekolwiek zwierze, juz wiem, czym ono jest. Nie potrzebuje sie ani chwili namyslac; odpowiednia nazwa pojawia sie nagle jak natchnienie; jest to bez watpienia natchnienie, gdyz jeszcze przed chwila nie mialam o niej pojecia. Wydaje mi sie, ze rozpoznaje od razu kazde zwierze po jego ksztalcie i sposobie zachowania sie.
Kiedy pojawilo sie przed nami dodo, on myslal, ze to zbik - poznalam to od razu po jego oczach - lecz wyratowalam go z opresji. Staralam sie to zrobic w taki sposób, aby nie zranic jego dumy. Po prostu przemówilam calkiem naturalnym tonem przyjemnego zdziwienia, jakbym nie usilowala przekazac zadnej informacji. - No, przeciez to dodo! - wyjasnilam, nie próbujac niczego wyjasniac, jak poznalam, ze to dode, i chociaz byc moze troche go to ubodlo, ze znam to stworzenie, a on nie - nie ulega watpliwosci, ze on mnie podziwia. Jest to niezwykle mile uczucie i wielokrotnie przed zasnieciem myslalam o tym z zadowbie-niem. Nawet najmniejsza rzecz moze nas uszczesliwic, gdy wiemy, zesmy na nia zasluzyli. •

Czwartek.
Mam pierwsze zmartwienie. Wczoraj mnie unikal i zdawalo mi sie, ze nie zyczy sobie, abym z nim roama-wiala. Nie moglam w to uwierzyc. Z poczatku przypuszczalam, ze to jakies nieporozurmenle, gdyz Uwielbiam byc razem z nim i sluchac, jak mówi, dlac.zego wiec jest taki dla mnie niedobry, jesli nie zrobilam nic zlego? Wydawalo mi sie jednak, ze tak sie sprawy maja; odeszlam wiec i usiadlam samotnie w miejscu, gdzie go ujrzalam po raz pierwszy o poranku, w którym zostalismy stworzeni, a ja nie wiedzialam, kim on jest, i nic mnie to nie obchodzilo. Lecz teraz bylo to ponure miejsce, gdzie kazda najdrobniejsza .rzecz przypominala mi go, a moje serce bylo niepocieszone. Nie zdawalam sobie sprawy, dlaczego tak jest. Nigdy przedtem nie doswiadczylam tego uczucia. Bylo nieprzenikniona tajemnica.
A gdy zapadla noc, nie mogac dluzej zniesc samotnosci, poszlam do szalasu, który on wybudowal, aby zapytac go, co zlego zrobilam i w jaki sposób moglabym to naprawic,-aby odzyskac i ego sympatie. Ale on wygnal mnie na deszcz i*wtedy po raz pierwszy ogarnal mnie smutek.

Niedziela.
Teraz znów jest dobrze; czuje sie szczesliwa; byly to jednak trudne dni i staram sie jak moge wiecej o nich nie myslec.
Próbowalam zdobyc dla niego pare jablek, lecz ciagle nie umiem rzucac prosto do celu. Choc nie udalo mi sie, przypuszczam, ze dobre intencje go ucieszyly. Sa to jablka zakazane, wiec on twierdzi, ze sprowadza na mnie nieszczescie. Bedac dla niego mila, tez sciaglfBR na siebie nieszczescie, czemu wiec mialabym sie/<^l|i». wiac tamtego nieszczescia?

Poniedzialek.
Dzis rano powiedzialam mu, jak sie nazywam, spodziewajac sie, ze go to zainteresuje. Lecz jego to nic nie obchodzi. Dziwne. Gdyby wyjawil mi swoje imie, wzbudziloby to moje zainteresowanie. Zabrzmialoby w moich uszach milej niz jakikolwiek inny dzwiek.
Nie lubi duzo mówic. Byc moze dlatego, iz nie jest zbyt inteligentny, a bedac czuly na tym punkcie, stara sie to ukryc. Szkoda, ze tak mysli, gdyz sama inteligencja jest niczym, prawdziwy skarb kry je sie w sercu, Chcialabym, aby zrozumial, ze kochajace dobre serce jest bogactwem, dostatecznym bogactwem, bez którego intelekt staje sie ubogi.
Chociaz jest tak malomówny, ma calkiem pokazny zasób slów. Dzis rano uzyl zdumiewajaco trafnego slowa. Oczywiscie sam to zauwazyl, gdyz pózniej dwukrotnie wplótl je mimochodem w rozmowe. Talent ten nie jest wrodzony, swiadczy jednak o pewnej bystrosci. Ziarno to zakielkuje na pewno, jesli bedzie odpowiednio pielegnowane.
Skad on je wzial? Nie przypuszczam, abym kiedys tego slowa uzyla.
Moje imie nie wzbudzilo w nim zainteresowania. Staralam sie ukryc rozczarowanie, lecz nie wiem jak mi sie to udalo. Odeszlam i usiadlam na omszalym brzegu jeziora, zanurzajac nogi w wodzie. Przychodze tutaj, gdy potrzebuje czyjegos towarzystwa, gdy chce na kogos popatrzec i z kims porozmawiac. Nie wystarcza mi - to urocze blade cialo namalowane tam, w glebi jeziora, ale to juz jest cos, a cos jest lepsze od calkowitej samotnosci. Ono mówi, gdy ja mówie, jest smutne, gdy ja sie smuce; pociesza mnie, okazujac wspólczucie i pocieszajac: "Nie rozpaczaj, biedna opuszczona dziewczyno, zostane twoja przyjaciólka". To moja dobra i jedyna przyjaciólka, moja siostra.
Ach, nie zapomne nigdy, nigdy, tej chwili, kiedy porzucila mnie po raz pierwszy! Serce poczelo mi ciazyc jak olów! Powiedzialam sobie: Byla dla mnie wszystkim, a teraz zniknela! Zrozpaczona zawolalam: "Serce mi peknie, nie zniose dluzej takiego zycia!" Ukrylam twarz w dloniach, znikad nie bylo dla mnie pociechy. A gdy po chwili odjelam rece od twarzy, ona znów tam byla: biala, polyskliwa i piekna, wiec rzucilam sie w jej ramiona!
Moje szczescie bylo doskonale; doznalam przedtem uczucia szczescia, lecz nie dorównywalo temu uniesieniu. Odtad juz nigdy w moja siostre nie watpilam. Czasem nie pokazywala sie przez godzine lub nawet caly dzien, lecz czekalam bez obawy, tlumaczac sobie: Jest zajeta lub wybrala sie w podróz, w koncu jednak przyjdzie. I tak rzeczywiscie bylo; zawsze sie zjawiala. Nie przychodzila, jesli noc byla ciemna, gdyz jest istota niesmiala, pojawiala sie jednak przy blasku ksiezyca. Nie boje sie ciemnosci, ale ona jest ode mnie mlodsza, urodzila sie po mnie. Czesto odwiedzam ja, jest ma pocie-szycielka i oparciem w przeciwnosciach, których tak pelno w moim zyciu.

Wtorek
Przez caly ranek pracowalam nad udoskonaleniem naszej posiadlosci i celowo trzymalam sie z daleka od niego, majac nadzieje, ze poczuje sie osamotniony i podejdzie do mnie. Jednak nie zrobil tego.
W poludnie zakonczylam prace na ten dzien i odpoczywalam. Biegalam za pszczolami i motylami, rozkoszujac sie pieknem kwiatów, które chwytaja i zatrzymuja usmiech Boga z nieba. Narwalam kwiatów i uplotlam z nich wience i girlandy, w które przystroilam sie podczas jedzenia - oczywiscie jablek. Potem usiadlam w cieniu, z upragnieniem czekajac na niego. Jednak nie przyszedl.
Mniejsza z tym. Na nic by sie to nie zdalo, gdyz on nie dba o kwiaty. Uwaza je za bezuzyteczne i nie stara sie odróznic jednych od drugich. Taka postawa daje mu poczucie wyzszosci. Adam nie dba o mnie, nie dba o kwiaty, nie dba o pomalowane niebo wieczorne - czyz obchodzi go cos poza budowaniem szalasów dla ochrony przed czystym, dobrym deszczem, poza miazdzeniem melonów, kosztowaniem winogron i dotykaniem owoców na drzewach, by przekonac sie, jak mu sie wiedzie w jego gospodarstwie?
Polozylam suchy kij na ziemi, próbujac drugim wywiercic w nim dziure, aby zrealizowac pewien zamysl. Wkrótce jednak bardzo sie przerazilam. Cienki, przezroczysty, niebieskawy dymek zaczal wydobywac sie z otworu; rzucilam wszystko i ucieklam. Myslalam, ze to jakis duch, i bardzo sie przestraszylam! Obejrzalam sie za siebie, lecz duch sie nie ukazal, oparlam sie wiec o skale; odpoczywajac tak i z trudem lapiac powietrze, poczekalam, az przestana mi drzec rece i nogi, wtedy podpelzlam ostroznie na to miejsce, czujna, napieta i gotowa kazdej chwili do'ucieczki. Podchodzac blizej, rozchylilam galezie rózanego krzewu, pragnac napotkac tam mezczyzne - gdyz wygladalam bardzo pociagajaco i ladnie - lecz duszek zniknal! Zblizylam sie - w otworze lezala szczypta delikatnego rózowego pylu. Wetknelam -palec, by go dotknac, ale cofnelam szybko. Ból byl przenikliwy. Krzyknelam: "Oj" i wlozylam palec do ust, przestepujac z nogi na noge i pojekujac zdolalam nieco usmierzyc ból. Wtedy, zaciekawiona, zaczelam badac, co to jest.
Chcialam dowiedziec sie, czym jest ten rózowy pyl. Nagle przyszla mi na mysl jego wlasciwa nazwa, choc nigdy jej nie slyszalam. Ogien! Bylam tego tak pewna, jak mozna byc czegos pewnym na tym swiecie. Wiec bez wahania nazwalam to - ogniem.
Stworzylam wiec cos, co przedtem nie istnialo; dodalam nowa rzecz do niezliczonego bogactwa swiata. Uswiadomiwszy to sobie, odczulam dume z powodu swego osiagniecia, mialam zamiar pobiec, odnalezc Adama i powiadomic go o tym, sadzac, ze dzieki temu urosne w jego oczach; lecz rozmyslilam sie i nie zrobilam tego. Nie - nic by go to nie obchodzilo. Zapytalby, do czego ten ogien sluzy, i cóz bym mu odpowiedziala? Gdyz on do niczego nie sluzy, jest tylko piekny, jedynie piekny...
Westchnelam wiec tylko i nie poszlam do niego, gdyz ogien nie jest na nic przydatny: nie moze sluzyc do wybudowania szalasu, nie moze ulepszyc melonów am przyspieszyc owocobrariia, jako bezuzyteczny jest czyms niedorzecznym i marnym. Adam wzgardzilby nim i powiedzial cos uszczypliwego. Wedlug mnie ogien nie zasluguje na pogarde. Powiedzialam: "Och, piekne rózowe stworzenie, ogniu, kocham cie, gdyz jestes piekny - a to wystarczy!" Juz mialam przycisnac go do piersi, lecz powstrzymalam sie. Wtedy wymyslilam druga maksyme, tak jednak podobna do pierwszej, ze obawiam sie, iz brzmi jak jej plagiat: Oparzony Eksperyment unika ognia.
Pracowalam dalej, a gdy zebralam wieksza ilosc rozzarzonego popiolu, wysypalam go na garstke suchej brunatnej trawy, majac zamiar zaniesc go do domu i stalle podtrzymywac, i bawic sie, lecz powiat wiatr i ogien, rozpraszajac sie, obsypal minie iskrami; rzucilam sie do ucieczki, a gdy sie obejrzalam, zobaczylam, jak blekitny duch unosi sie w góre i rozprzestrzenia, zas jego kleby przewalaja sie jak chmury, i od razu przyszla mi na mysl jego nazwa - dym! - chociaz, slowo daje, nigdy dotad o dymie nie slyszalam.
Wkrótce blyszczace zólte i czerwone plomyki buchnely, przedzierajac sie przez dym, i w jednej chwili nazwalam je - plomieniem! Mialam racje, choc byly to pierwsze plomienie, jakie kiedykolwiek pojawily sie na tym swiecie. Pnac sie po drzewach, wspaniale rozblyskiwaly wsród poteznych klebów wijacego sie dymu; klaskalam w dlonie, smialam sie i tanczylam w uniesieniu, bylo to cos calkiem nowego, niezwyklego, wspanialego, pieknego!
Nadbiegl Adam, przystanal i przez dluzszy czas patrzyl, nie mówiac ani jednego slowa. Potem zapytal mnie, co to jest. Ach, wielka szkoda, ze zadal tak bezposrednie pytanie. Musialam na nie odpowiedziec. Powiedzialam, ze to ogien. Jesli bylo mu przykro, ze znam cos, o co on musi dopiero pytac, to nie moja wina. Nie chcialam sprawic mu przykrosci. Po chwili zapytal:
- Jak on powstal?
Znów proste pytanie, wymagajace prostej odpowiedzi.
- To ja go zrobilam.
Ogien rozprzestrzenial sie wciaz dalej. Adam podszedl na skraj wypalonego miejsca i patrzac na nie, zapytal:
- Co to jest?
- Rozzarzone wegle.
Podniósl bryle wegla, by sie jej przypatrzyc, lecz rozmyslil sie i polozyl na miejsce. Potem odszedl. N i c go juz nie interesuje. Mnie natomiast wszystko zaciekawia. Byl tam tez popiól, szary, miekki, delikatny i ladny - wiem, czym byl kiedys. I zarzace sie wegle; te równiez znalam. Bylam zadowolona, ze znalazlam jablka, i wygrzebalam je z popiolu, gdyz jestem bardzo mloda i mam dobry apetyt. Rozczarowalam sie jednak, wszystkie bowiem popekaly i byly do niczego. Wydawalo sie, ze sa na nic, tak jednak nie bylo, mialy lepszy smak niz surowe. Ogien jest pielony i mysle, ze pewnego dnia stanie sie tez pozyteczny.

Piatek
W zeszly poniedzialek o zmroku ujrzalam znów Adama przez chwile, tylko przez królika chwile. Mialam nadzieje, ze mnie pochwali za próbe ulepszenia gospodarstwa, gdyz mialam dobre intencje i ciezko pracowalam. On jednak nie byl zadowolony, odwrócil sie i odszedl. Byl równiez niezadowolony z innego powodu: ponownie staralam sie wyperswadowac mu, aby nie przeplywal' wodospadu. Bylo tak dlatego, ze ogien objawil mi nowe uczucie - ; calkiem nieznane i odmienne od milosci, smutku i wielu innych, których juz doznalam - lek; To okropne uczucie - wolalabym nigdy go nie poznac; sprowadza ponury nastrój, psuje szczescie, przyprawia cialo o dreszcz grozy. Nie moglam Adamowi jednak tego wyperswadowac, gdyz nigdy jeszcze nie doznal leku i dlatego nie moze mnie zrozumiec; (Wtorek - sroda - czwartek - i dzis, wszystkie dni pozbawione widoku Adama. Czas dluzy mi sie w samotnosci, lepiej jednaka byc samotna niz niepozadana).
Potrzebuje towarzystwa - po to zostalam stworzona - zaprzyjaznilam sie wiec ze zwierzetami. Sa naprawde czarujace, maja mile usposobienie i najlepsze maniery, nigdy nie robia wrazenia niezadowolonych, nigdy nie daja ci odczuc, ze im przeszkadzasz, usmiechaja sie do ciebie, merdaja ogonem, jesli go maja, i zawsze chetne sa do zabawy, wycieczki lub czegokolwiek •innego, co im zaproponujesz. Uwazam, ze to prawdziwi dzentelmeni. W ciagu tych ostatnich dni swietnie bawilismy sie razem i nigdy nie czulam sie samotna. Samotna! Na pewno nie. Mnóstwo zwierzat znajduje sie zawsze w poblizu. Zajmuja nieraz ^ cztery do pieciu akrów ziemi - nie mozna ich zliczyc - a kiedy staje sie posrodku na skale i spoglada na ten najezony sierscia obszar, jest tak pstry, pelen barwnych plam, wesoly od blasku slonca, tak falujacy pregami i ruehomy, iz mozna przypuszczac, ze to jezioro, choc wiadomo, iz nim nie jest. Wzlatuja tam chmury towarzyskich ptaków, zrywa sie nawalnica trzepocacych skrzydel, a gdy slonce oswietli caly ten pierzasty tlum, wszystkie wy-obrazalne kolory rozblyskuja w sloncu z sila mogaca wypalic oczy.
Chodzilismy na dalekie wycieczki i zwiedzilam szmat swiata, prawie wszystko, jestem wiec pierwszym i jedynym podróznikiem. Podczas spacerów przedstawiamy zaiste imponujacy widok - nigdzie nie ma mu podobnego. Dla wygody jezdze na tygrysie lub lamparcie, poniewaz sa to delikatne i piekne zwierzeta, z odpowiednio zaokraglonym grzbietem, lecz dalsze odleglosci, w celu ogladania pieknych widoków, pokonuje zwykle na sloniu. Podnosi mnie traba, zejsc zas moge sama. Kiedy mamy zamiar zatrzymac sie na popas, slon siada, a ja zsuwam sie po jego grzbiecie do tylu.
Ptaki i zwierzeta sa dla siebie przyjazne i nie ma miedzy nimi sporów. Wszystkie rozmawiaja ze mna i pomiedzy soba, lecz musi to byc jakis cudzoziemski jezyk, gdyz-nie moge zrozumiec ani jednego slowa, one jednak czesto mnie rozumieja, gdy im odpowiadam, szczególnie pies i slon. Zawstydza mnie to, gdyz swiadczy, ze sa ode mnie inteligentniejsze, maja zatem nade mna przewage. Jest to dla mnie przykre, gdyz chcialabym byc najwazniejszym Eksperymentem - i na zawsze nim pozostac.
Nauczylam sie mnóstwa róznych rzeczy i jestem teraz bardziej wyksztalcona niz poprzednio. Poczatkowo wyprowadzalo mnie z równowagi, ze pomimo calej swej czujnosci nie bylam dosc bystra, i nie potrafilam znalezc sie w poblizu, gdy woda plynela w góre, teraz to mi nie przeszkadza. Przeprowadzilam wiele doswiadczen i przekonalam sie, ze nigdy nie plynie w góre, chyba w ciemnosci.. Wiem, ze plynie w ciemnosci, gdyz jezioro nigdy nie wysycha, co by na pewno nastapilo, gdyby woda nie napelniala go noca. Najlepiej mozna to udowodnic doswiadczalnie, wtedy ma sie pewnosc; jezeli polega sie na odgadywaniu, na snuciu przypuszczen i na domyslach - nigdy nie zdobedzie sie prawdziwego wyksztalcenia.
Pewnych rzeczy nie mozna odkryc; lecz tego nie stwierdzisz odgadywaniem ani snuciem domyslów; nie, musisz byc cierpliwy i przeprowadzac doswiadczenia, az odkryjesz, ze nie mozesz czegos poznac. Dobrze, ze tak sie sprawy maja, gdyz dzieki temu swiat staje sie interesujacy. Jesli nie byloby niczego do odkrycia, zrobiloby sie nudno. Nawet próba odkrycia czegos nie uwienczona rezultatem jest równie interesujaca, jak próba rozwiklania zagadki zakonczona sukcesem, a byc moze nawet o wiele bardziej. Tajemnica wody byla mym skarbem, póki jej nie przeniknelam; wtedy podniecenie minelo i doznalam uczucia straty.
Wiem z doswiadczenia, ze drzewo unosi sie na wodzie i zeschle liscie, i pióra, i mnóstwo innych rzeczy; wszystkie te nagromadzone dowody pouczaja cie, ze i skala uniesie sie na wodzie. Musisz po prostu przyjac ten fakt do wiadomosci, gdyz nie ma sposobu, by to udowodnic. Z chwila gdy znajde ten sposób - ciekawosc minie. To mnie zasmuca, poniewaz gdy juz wszystko odkryje, nie bedzie wiecej podniecajacych wrazen, za którymi tak przepadam! Zeszlej nocy, myslac o tym wszystkim, dlugo nie moglam zasnac.
Z poczatku nie bylam w stanie zrozumiec, po co istnieje; teraz sadze, ze po to, by dociekac tajemnic tego cudownego swiata, byc szczesliwa i dziekowac Dawcy wszystkiego za pomyslowosc. Przypuszczam - i m nadzieje - ze wiele jest jeszcze rzeczy do poznania, i jesli bede je oszczedzac i nie spieszyc sie zbytnio beda trwac calymi tygodniami. Jesli rzucisz piórko, uniesie sie w powietrzu i zniknie, a gdy rzucisz gruc ziemi, to nie pofrunie. Za kazdym razem spadnie ziemie. Wypróbowalam to niezliczona ilosc razy i zaw tak sie dzieje. Zastanawiam sie, dlaczego tak jest? Oczywiscie grudka nie spada na ziemie, lecz dlaczego tak sie wydaje? Przypuszczam, ze to zludzenie wzrokowe. Jedno ze zjawisk jest zludzeniem, nie wiem tylko, które. Moge jedynie udowodnic, ze jedno z tych zjawisk jest zludzeniem, a kazdy niech wybiera sam
Z wlasnej obserwacji wiem, ze gwiazdy nie beda, wiecznie trwac. Widzialam, jak najpiekniejsze z nich topnialy i spadaly z nieba. Jesli jedna moze sie stopic to inne tez; i jesli moga stopic sie, moze to nastapic tej samej nocy. Wiem, ze to nieszczescie nadejdzie. Mam zamiar czuwac kazdej nocy i tak dlugo na nie patrzyc az usne; wyryje w swej pamieci te iskrzaca sie przestrzen, abym mogla w miare jak beda znikac, odtworzyc w wyobrazni miriady pieknych gwiazd i zwrócic je czarnemu niebu, by podwojone znów zalsnily w mglistych oparach mych lez.

Po upadku
Gdy siegam pamiecia wstecz, Ogród wydaje mi sie snem. Byl piekny, niezwykle czarujaco piekny, a teraz jest utracony i nie ujrze go juz nigdy.
Ogród jest utracony, lecz jestem szczesliwa, gdyz odnalazlam Adama. On kocha mnie tak, jak potrafi, a ja kocham go ze wszystkich sil swej namietnej natury, co, jak przypuszczam, jest typowe dla mej mlodosci i plci. Kiedy zada}e" sobie pytanie, dlaczego go kocham, dochodze do wniosku, ze nie wiem i nie pragne wiedziec. Przypuszczam wiec, ze ten rodzaj milosci nie jest wynikiem rozumowania ani statystyki, jak milosc do plazów i zwierzat. Mysle, ze tak jest. Kocham niektóre ptaki dla ich spiewu - lecz Adama nie dlatego kocham - nie, nie dlatego. Im wiecej spiewa, tym bardziej mnie to denerwuje. Prosze go jednak, by spiewal, gdyz pragne polubic wszystko, co go interesuje. Jestem pewna, ze z czasem polubie ten spiew, choc go z poczatku nie moglam zniesc, ale teraz moge. Drazni to wprawdzie moje uszy, lecz nic nie szkodzi, i do tego mozna przywyknac.
Nie kocham go dla jego inteligencji - nie, wcale nie dlatego. Nie nalezy winic go za rodzaj inteligencji, jaki posiada, gdyz sam go nie stworzyl, jest taki, jakim stworzyl go Bóg, i to wystarcza. Wiem, ze kierowala tym madra celowosc. Z czasem jego inteligencja rozwinie , sie, chociaz nie sadze, aby to nastapilo szybko, zreszta nie ma pospiechu, Jest wystarczajaco udany taki, jaki jest.
Nie kocham go z powodu jego subtelnosci ani pelnych wdzieku i delikatnosci manier. Nie, ma pod tym wzgledem braki, lecz jest wystarczajaco udany taki, jaki jest, i robi wciaz postepy.
Nie kocham go z powodu jego zrecznosci - wcale nie dlatego. Przypuszczam, ze jest zreczny, nie wiem tylko, dlaczego to przede mna ukrywa. Jedynie to sprawia mi przykrosc. Na ogól jest teraz ze mna szczery i otwarty, jestem pewnai ze poza tym nie ukrywa przede. mna niczego. Martwi mnie, ze ma przede mna tajemnice i nieraz mysl o tym nie daje mi zasnac, lecz postaram sie o tym zapomniec, by nic nie macilo pelni mego szczescia.
Nie kocham go z powodu jego wyksztalcenia - nie, nie dlatego. Jest samoukiem i ma mnóstwo wiadomosci nie calkiem zgodnych z rzeczywistoscia.
Nie kocham go z powodu jego rycerskosci - nie, nie dlatego. Nieraz krzyczy na mnie, lecz nie mam o to do niego pretensji, gdyz sadze, iz jest to cecha jego plci, której przeciez sam nie stworzyl. Oczywiscie, sama nigdy nie podnioslabym na niego glosu - wolalabym raczej zginac, lecz to równiez jest cecha mej plci, której nie stworzylam - nie jest wiec moja zasluga.
Wiec dlaczego go kocham? Sadze, ze jedynie dlatego, iz jest mezczyzna.
W glebi serca jest dobry i za to go kocham, lecz moglabym go tez kochac, gdyby taki nie byl. Kochalabym go, gdyby mnie bil i obrzucal obelgami. Przypuszczam, ze to typowe dla mej plci.
Jest silny i przystojny, i za to go kocham, podziwiam i jestem z niego dumna, lecz moglabym go kochac, gdyby byl pozbawiony tych zalet. Gdyby byl brzydki, kochalabym go; gdyby byl rozbitkiem zyciowym, kochalabym go, pracowalabym na niego, harowalabym, modlila sie i czuwala przy jego lozu az do smierci.
Sadze wiec, ze kocham go jedynie dlatego, ze jest mezczyzna i nalez y do mnie. Nie ma chyba innego powodu. Jest wiec tak, jak juz przedtem stwierdzilam: ten rodzaj milosci nie jest wynikiem rozumowania ani statystyki. Po prostu zjawia sie nie wiadomo skad - bez udzielania wyjasnien. I wcale to nie jest konieczne.
Tak mysle. Jestem jednak tylko dziewczyna - pierwsza, która dociekala tych spraw i byc moze z nieswiadomosci, z braku doswiadczenia nie zrozumialam tego jak nalezy.

Po czterdziestu latach.
Modle sie o to, abysmy zeszli z tego swiata razem - to pragnienie nie zniknie z tej ziemi - lecz przetrwa w sercu kazdej kochajacej zony po kres dni, i przezwa je moim imieniem.
Lecz jesli jedno z nas musi odejsc pierwsze, modle sie, abym to byla ja; gdyz on jest silny, a ja slaba, nie jestem mu tak niezbedna, jak on mnie - zycie bez niego juz nie bedzie zyciem, jak je zniose? Ta modlitwa jest równiez niesmiertelna i tak dlugo bedzie zanoszona, jak dlugo przetrwa mój ród. Jestem pierwsza zona, a ostatnia zona bedzie moim odbiciem.


Na grobie Ewy
ADAM: Gdziekolwiek bylo, ona, tam byl Raj.

KONIEC.

 



strona główna
(23kB)