(23kB)
strona główna

 

Paulo Coelho

 

Weronika postanawia umrzeć

 

 

 

 

 

O Maryjo,

Bez grzechu poczęta,

Módl się za nami,

Którzy się do Ciebie uciekamy.

Amen.

 

Oto dałem wam władzę, stąpać po wężach...

A nic wam nie zaszkodzi.

Łukasz, 10, 19

 

21 listopada 1997 roku Weronika uznała, że nadszedł wreszcie czas, by popełnić samobójstwo. Dokładnie posprzątała wynajmowany u zakonnic w klasztorze pokój, wyłączyła ogrzewanie, umyła zęby i położyła się. Z blatu nocnego stolika wzięta cztery opakowania tabletek nasennych. Zamiast rozkruszyć je i rozpuścić w wodzie postanowili brać jedną po drugiej, bo zamiar to jedno a nieodwracalność czynu to drugie i chciała zostawić sobie możliwość wycofania się. Jednak z każdą potykaną tabletką utwierdzała się w słuszności swojej decyzji i po pięciu minutach opakowania byty puste.

Ponieważ nie wiedziała dokładnie, ile czasu upłynie zanim straci przytomność, wzięta do ręki leżący na łóżku, właśnie nadesłany do biblioteki, w której pracowała, ostatni numer francuskiego czasopisma Homme. Kartkując je zwróciła uwagę na artykuł o grze komputerowej, napisanej przez Paula Coelho, brazylijskiego pisarza, którego miała okazję poznać podczas jakiejś konferencji w kawiarni hotelu Grand Union. Zamienili wtedy parę stów i Weronika została zaproszona na kolację organizowaną przez jego wydawcę. Było na niej zbyt dużo ludzi, by udało im się naprawdę porozmawiać.

Jednak dzięki temu, że znała autora pomyśleli o nim jakby o kimś ze swojego otoczenia, a przeczytanie reportażu o jego pracy mogło wypełnić oczekiwanie na śmierć. Zaczęta czytać artykuł o informatyce, która wcale jej nie interesowali. Dokładnie tak postępowali przez całe życie - zawsze szukała łatwizny, albo zadowalała się tym, co było w zasięgu ręki - jak choćby to czasopismo.

Jednak już pierwsza linijka artykułu wytrącili ją z naturalnego stanu bierności i po raz pierwszy w życiu musiała przyznać, że ulubione zdanie jej przyjaciół: "Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek" - coś jednak znaczy.

Dlaczego dostrzegli pośród tylu innych właśnie te słowa? I to w chwili, gdy zaczęli umierać? Jakie tajne przestanie niosły ze sobą, jeśli tajne przestania w ogóle istnieją, bo być może to, co się za nie uznaje, to tylko zbiegi okoliczności?

Otóż dziennikarz rozpoczynał swój artykuł pytaniem: "Gdzie leży Słowenia?"

"Nikt nie wie, gdzie leży Słowenia - pomyślała. - Nikt".

Przecież Słowenia istniała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w widniejących na horyzoncie górach i na placu, na który patrzeć mogła z okna. Słowenia to byt jej kraj.

Odłożyła czasopismo. Cóż ją teraz mogła obchodzić pogarda świata, który lekceważył istnienie Słoweńców - nie miała już nic wspólnego ze wzgardzonym narodem. Teraz była dumna z samej siebie, że w końcu zdobyła się na odwagę, by pożegnać się z życiem. Cóż to za radość! I że zrobiła to w sposób, o jakim marzyła - potykając się tabletki.

Poszukiwała tych tabletek od prawie sześciu miesięcy. Sądząc, że nigdy nie zdoła ich zdobyć, zaczęta nawet myśleć o podcięciu żył, lecz wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i sprawiłaby kłopot zakonnicom. Bardzo by się zmartwiły. Ale samobójcza decyzja zmusza do myślenia przede wszystkim o sobie, o innych myśli się później.

Zrobiłaby wszystko, byle jej śmierć nie wywołała zbyt wiele zamieszania, ale jeśli podcięcie żyt miałoby się okazać jedynym wyjściem, to cóż - zakonnice musiałyby zapomnieć o całej historii i posprzątać pokój, inaczej nie udałoby się im wynająć go nikomu, bo ludzie, choć to już schyłek dwudziestego wieku, wciąż jeszcze wierzą w duchy.

Oczywiście, mogła się również rzucić z dachu jednego z nielicznych wieżowców Ljubljany, ale ileż niepotrzebnego cierpienia przysporzyliby swoim rodzicom? Prócz szoku na wieść o śmierci córki, musieliby jeszcze przeżyć identyfikację zmasakrowanych zwłok. Nie, takie rozwiązanie byłoby gorsze od otwarcia sobie żył; zostawiłoby niezabliźnione rany w pamięci istot, które pragnęły jedynie jej dobra.

"Ze śmiercią córki będą się w stanie pogodzić, ale nigdy nie zapomną widoku roztrzaskanej czaszki".

Mogła strzelić do siebie, skoczyć z okna czy się powiesić - ale żaden z tych wariantów nie odpowiadał jej kobiecej naturze. Gdy kobiety decydują się na śmierć, wybierają bardziej romantyczne sposoby - otwierają sobie żyły albo przedawkowują środki nasenne. Opuszczone księżniczki czy aktorki Hollywoodu dały tego rozliczne dowody.

Weronika wiedziała, że zawsze trzeba czekać na właściwy moment. I rzeczywiście tak było. Dwaj przyjaciele, poruszeni jej ciągłym uskarżaniem się na bezsenność, zdobyli od muzyków z miejscowej dyskoteki po dwa pudelka tabletek nasennych. Położyła je na nocnym stoliku i przez tydzień flirtowała ze śmiercią, żegnając się bez zbędnego sentymentalizmu z tym, co zwie się Życiem.

Teraz była szczęśliwa, że nie cofnęła się, ale i znudzona, bo nie wiedziała, co począć z resztką czasu, który jej pozostał.

Wróciła myślami do dopiero co przeczytanych niedorzeczności. Jak artykuł o komputerach może zaczynać się tak idiotycznym zdaniem: "Gdzie leży Słowenia?". Nie znajdując nic ciekawszego, czym mogłaby się zająć, postanowiła przeczytać go do końca. Okazało się, że wspomniana gra komputerowa produkowana jest w Słowenii - w tym dziwnym kraju, o którym nikt, prócz jego mieszkańców, nic nie wie - ponieważ siła robocza jest tu bardzo tania. Francuska firma, wprowadzając przed kilkoma miesiącami ten produkt na rynek, wydala na zamku w Biedzie przyjęcie dla dziennikarzy z całego świata.

Weronika przypomniała sobie, że słyszała coś na temat tego bankietu. Był wielkim wydarzeniem w mieście nie tylko dlatego, że zamek został tak przystrojony na tę uroczystość, by przydał średniowiecznej atmosfery grze komputerowej, ale również dlatego, iż w lokalnej prasie rozgorzała polemika o to, że na przyjęcie zostali zaproszeni dziennikarze z Niemiec, Francji, Anglii, Włoch i Hiszpanii, ale ze Słowenii nie zaproszono nikogo.

Autor artykułu - który do Słowenii przyjechał po raz pierwszy, bez wątpienia na koszt organizatora, i zamierzał spędzić miło czas, oczarowując kolegów po fachu i wygłaszając pozornie tylko interesujące kwestie, pijąc i jedząc, nie wyjmując grosza z kieszeni - rozpoczął swój artykuł żartem, który miał chyba zrobić wrażenie na przemądrzałych intelektualistach z jego kraju. Po powrocie opowiedział zapewne swoim redakcyjnym kolegom kilka zmyślonych historii o miejscowych obyczajach, albo o tym, jak bez fantazji ubierają się po Słoweńsku.

Ale to już był jego problem. Weronika umierała i miała na głowie inne zmartwienia. Chociażby, czy istnieje życie po śmierci, albo, kiedy znajdą jej ciało. Mimo to - a może właśnie dlatego - ten artykuł nie dawał jej spokoju.

Wyjrzała przez klasztorne okno wychodzące na mały plac w Ljubljanie. "Skoro nikt nie wie, gdzie leży Słowenia - pomyślała - to Ljubljana musi być dla ludzi jakimś mitem". Tak jak Atlantyda, Lemuria czy inne zagubione kontynenty, które niepokoją wyobraźnię człowieka. Nikt na świecie nie ośmieliłby się rozpocząć artykułu pytaniem, gdzie leży Mount Everest. Ale w samym środku Europy, dziennikarz szanującego się czasopisma, może bez cienia wstydu zapytać o Słowenię, bo większość czytelników nie ma pojęcia, ani gdzie leży ona, ani tym bardziej jej stolica - Ljubljana.

Nagle Weronika odkryła sposób na spędzenie czasu, który jej pozostał. Minęło już dziesięć minut, a ona wciąż nie czuła żadnej zmiany w organizmie. Ostatnim dziełem jej życia będzie list do tego czasopisma, wyjaśniający, że Słowenia jest jednym z pięciu krajów, które powstały na skutek rozpadu dawnej Jugosławii. Ten list będzie jej listem pożegnalnym, choć nie wyjawi w nim prawdziwych przyczyn samobójstwa.

Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wniosku, że odebrała sobie życie, bo w jakimś czasopiśmie nie wiedzieli, gdzie leży jej kraj. Zaśmiała się, oczyma wyobraźni widząc już w prasie artykuły na temat jej śmierci za narodową sprawę. Zdumiało ją, jak szybko zmienili zdanie, bo przecież jeszcze przed chwilą myśleli coś całkiem odwrotnego, że wcale nie obchodzi jej ten świat i jego geograficzne problemy.

Napisała list. W przypływie dobrego humoru niemal postawili pod znakiem zapytania konieczność swojej śmierci, ale zażyła już tabletki i było za późno, by się wycofać.

Miewała już chwile dobrego nastroju. Nie zabijała się dlatego, że była wiecznie smutna, zgorzkniała czy przygnębiona. Często popołudniami radośnie spacerowali ulicami Ljubljany lub obserwowali z klasztornego okna swego pokoju płatki śniegu spadające na maty plac, na którym stał pomnik poety. Pewnego razu bodaj przez miesiąc bujała w obłokach, bo właśnie na tym placu jakiś nieznajomy podarował jej bukiet kwiatów.

Uważała się za osobę całkowicie normalną. A samobójstwo popełniała z dwóch prostych powodów. Była pewna, że gdyby objaśniła w liście pożegnalnym te powody, wielu ludzi przyznałoby jej rację.

Po pierwsze: jej życie było monotonne. A kiedy przeminie młodość stanie się powoli zgorzkniałą, schorowaną staruszką. Wtedy opuszczą ją przyjaciele. Nie ma co kurczowo trzymać się życia, które może przynieść tylko cierpienia.

Po drugie: Weronika czytała gazety i oglądali telewizję, śledziła na bieżąco wydarzenia na świecie. Wszystko było nie tak, a ona nie mogła temu zaradzić i czuła się całkowicie bezużyteczna.

Teraz, za chwilę zazna ostatecznego, śmierci. Po niej nastąpi coś absolutnie innego. Skończyła pisać swój list i skupiła się na sprawach istotniejszych i bardziej przystających do chwili, którą właśnie żyła, czy też raczej, w której umierała.

Starała się wyobrazić sobie śmierć, ale na próżno. Ale przecież nie musiała się nią kłopotać, doświadczy jej niebawem. Za ile minut? Nie miała pojęcia. Radowało ją, że już wkrótce pozna odpowiedź na pytanie, które stawiali sobie wszyscy: czy Bóg istnieje?

W przeciwieństwie do wielu ludzi nie był to wewnętrzny dylemat jej życia. Za czasów komunizmu nauczano, że życie kończy się wraz ze śmiercią, więc przywykła do tej myśli. Jednak pokolenie jej rodziców i dziadków wciąż chodziło do kościoła, odbywało pielgrzymki, modliło się i żyło w świętym przekonaniu, że Bóg przykłada wagę do ich słów.

W wieku 24 lat, przeżywszy wszystko to, co było jej dane przeżyć - a było tego sporo! - Weronika była niemal pewna, że wszystko skończy się wraz ze śmiercią. Dlatego wybrała samobójstwo nareszcie uwolnienie i wieczna niepamięć.

Jednak w głębi serca kołatała się jeszcze wątpliwość: a jeśli Bóg istnieje? Tysiące lat cywilizacji uczyniło z samobójstwa tabu, obrazę wszelkich przykazań religijnych. Człowiek walczy, by przetrwać, a nie po to, by się poddać. Ludzie powinni się mnożyć. Społeczeństwu potrzeba rąk do pracy. Kobieta i mężczyzna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre i złe, nawet kiedy ich miłość wygasła. Państwu potrzebni są żołnierze, politycy i artyści.

"Jeśli Bóg istnieje - w co szczerze wątpię - to zrozumiem, że istnieją granice ludzkiej wytrzymałości. To on stworzył cały ten nieład, gdzie panuje nędza, niesprawiedliwość, chciwość, samotność. Jego zamiary były wprawdzie wspaniałe, ale rezultaty okazały się opłakane. Jeśli Bóg istnieje, będzie zapewne wspaniałomyślny wobec stworzeń, które zechciały prędzej opuścić ten padół, a może nawet przeprosi za to, że zmusił nas do odbycia ziemskiej wędrówki".

Precz z tabu i przesądami! Jej głęboko wierząca matka mawiała, że Bóg zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A zatem powołał ją na ten świat w pełni świadom, że pewnego dnia odbierze sobie życie, i jego ten czyn nie zaszokuje.

Poczuta mdłości, które szybko zaczęty przybierać na sile. Po paru minutach nie potrafili już skupić się na widoku z okna. Była zima, około czwartej po południu, słońce już zachodziło. Dla innych życie będzie toczyć się dalej. Właśnie jakiś chłopak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie przyszło, że ona umiera. Grupa boliwijskich muzyków (gdzie leży Boliwia? dlaczego artykuły w gazetach nie zaczynają się od takiego pytania?) grała przed pomnikiem France Preserem, wielkiego słoweńskiego poety, który odcisnął swój ślad w duszy narodu.

Czy uda jej się wysłuchać do końca melodii dochodzącej z placu? Byłoby to piękne pożegnanie z życiem: zapadający zmierzch, melodia niosąca marzenia z drugiego krańca świata, przytulny i ciepły pokój, piękny i pełen życia chłopak, który właśnie zatrzymał się i na nią popatrzył.

Zaczęta już odczuwać działanie środków nasennych. Ten przechodzień byt ostatnim człowiekiem, jakiego widzi.

Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech - nie miała nic do stracenia. Pomachał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwalał sobie na zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.

Weronika poczuta się szczęśliwa, że znów kogoś oczarowata. Ale to przecież nie z powodu braku miłości targnęła się na swoje życie, ani z braku czułości w rodzinie, czy przez kłopoty finansowe albo nieuleczalną chorobę.

Weronika umierała pięknego popołudnia w Ljubljanie, w takt boliwijskiej muzyki dochodzącej z placu, z młodzieńcem przechodzącym pod jej oknem w tle. Cieszyła się tym, co widziała i słyszała. A jeszcze bardziej tym, że nie będzie musiała uczestniczyć w takim samym spektaklu przez najbliższe trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat - bo stałby się tragedią jej życia, tragedią, w której wszystko się powtarza, a każdy dzień podobny jest do poprzedniego.

Żołądek zaczął już podchodzić jej do gardła i poczuta się bardzo źle. "To dziwne, sądziłam, że po takiej dawce zasnę natychmiast". A tymczasem szumiało jej w uszach i zbierało się na wymioty.

"Jeśli zwymiotuję, nie umrę".

Postanowiła zapomnieć o mdłościach. Usiłowała skupić uwagę na szybko zapadającej nocy, na Boliwijczykach, na ludziach, którzy zamykali swoje sklepy i odchodzili. Szum w uszach stawał się coraz bardziej nieznośny i Weronika po raz pierwszy od chwili zażycia proszków poczuta strach, przeraźliwy strach przed nieznanym.

Ale trwało to tylko chwilę. Wkrótce potem stracha przytomność.

Otworzywszy oczy wcale nie pomyślała: "Muszę być w niebie". W niebie nigdy nie byłoby tych fluorescencyjnych świateł, a i ból, który pojawił się w ułamek sekundy później, był ziemskim bólem. Ach, ten ziemski ból! Jedyny w swoim rodzaju. Nie sposób pomylić go z niczym innym.

Próbowała się poruszyć, ale ból się nasilał. Przed jej oczami pojawiła się niezliczona ilość świetlistych punkcików. Weronika wiedziała, że owe punkciki nie są gwiazdami w raju, tylko objawem dojmującego bólu.

- Odzyskałaś świadomość - usłyszała kobiecy głos. - Teraz jesteś już dwiema nogami w piekle, korzystaj z tego do woli.

Nie, to niemożliwe, ten głos kłamał. To nie mogło być piekło, bo było jej bardzo zimno i miała plastikowe rurki w nosie i w ustach. Jedną z nich, wepchnięto jej do gardła i pomyślała, że przez nią za chwilę się udusi. Chciała się jej pozbyć, ale okazało się, że ma spętane ręce.

- Żartuję, to wcale nie piekło - mówił wciąż ten sam glos. - To gorsze niż piekło, choć nigdy tam nie byłam. To Villete.

Weronika mimo bólu i wrażenia, że za chwilę się udusi, w ułamku sekundy pojęta, co się stało. Usiłowała popełnić samobójstwo, lecz ktoś przybył na czas, by ją ocalić. Może jakaś zakonnica, albo przyjaciółka, która zjawiła się bez zapowiedzi, bo przyniosła coś, o co Weronika prosiła, choć o tym zapomniała. Faktem było, że przeżyła i znajdowali się w Villete.

Villete, osławiony i posępny azyl psychiatryczny, istniejący od 1991 roku, pamiętnego roku odzyskania niepodległości. Wtedy to pewna grupa europejskich biznesmenów, przeświadczonych, że podział byłej Jugosławii nastąpi na drodze pokojowej (operacja wojskowa w Słowenii trwali zaledwie jedenaście dni), uzyskali zgodę na założenie szpitala dla psychicznie chorych w dawnych, opuszczonych przez wojsko z powodu wysokich kosztów utrzymania koszarach.

W miarę jednak jak rozpalały się zarzewia wojny - najpierw w Chorwacji, potem w Bośni - rosło

zaniepokojenie wśród biznesmenów. Pieniądze na szpital miały pochodzić od rozproszonych po całym świecie inwestorów, których nazwisk nie znano, nie można więc było pójść do nich, tłumaczyć i prosić o cierpliwość.

Postanowiono rozwiązać problem stosując praktyki bynajmniej nie zalecane w przypadku szpitala psychiatrycznego i Villete stało się dla młodego narodu, który dopiero co wyfrunął spod skrzydeł opiekuńczego komunizmu, symbolem tego, co w kapitalizmie najgorsze - aby uzyskać miejsce w tym osławionym szpitalu, wystarczyło mieć pieniądze.

Ci, którzy pragnęli pozbyć się członków rodziny, niewygodnych w sporach spadkowych, czy krewnych, którzy zachowywali się nieodpowiednio, płacili krocie, by zdobyć zaświadczenie lekarskie, pozwalające na umieszczenie w Villete dzieci lub rodziców, będących przyczyną problemów. Inni, uciekając przed wierzycielami lub chcąc uniknąć wieloletniego więzienia, zaszywali się na jakiś czas w szpitalu, z którego wychodzili wolni od długów i widma aresztu.

Villete, miejsce, z którego nikt nigdy nie uciekł, skupiało prawdziwych wariatów - internowanych tutaj wyrokiem sprawiedliwości, bądź przeniesionych z innych szpitali, i tych, których oskarżono o szaleństwo oraz ludzi udających obłąkanych. W związku z tym panował tu niesamowity bałagan i prasa raz po raz donosili o złym traktowaniu chorych i nadużyciach, choć żadnemu z dziennikarzy nie udało się uzyskać zgody na wejście na teren szpitala i przyjrzenie się temu, co dzieje się w środku. Rząd badał doniesienia, ale nie zdołano zgromadzić żadnych dowodów, akcjonariusze grozili, że rozprzestrzenią pogłoskę o trudnościach stwarzanych zagranicznym inwestorom, lecz sama instytucja ciągle rosła w silę.

- Moja ciotka zabiła się kilka miesięcy temu usłyszała ten sam kobiecy glos. - Spędziła osiem lat niemal nie wychodząc ze swojego pokoju, jedząc, tyjąc, paląc, biorąc środki uspokajające i śpiąc przez większość czasu. Miała dwie córki i kochającego męża.

Weronika bezskutecznie próbowali odwrócić głowę w kierunku dochodzącego głosu.

- Widziałam jeden jedyny raz jak zerwali z rutyną. W dniu gdy mąż znalazł sobie kochankę. Urządziła wtedy skandal, strachu kilka kilogramów, potłukła parę kieliszków i przez wiele tygodni jej krzyki nie pozwalany spać sąsiadom. Choć zabrzmi to absurdalnie, myślę że był to najszczęśliwszy okres w jej życiu, bo wtedy o coś walczyła, czuła, że żyje, że jest w stanie sprostać wszelkim wyzwaniom.

"Co ja mam z tym wspólnego? - pomyślała Weronika, niezdolna wydobyć z siebie głosu. - Nie jestem niczyją ciotką i nie mam męża!"

- W końcu mąż rzucił kochankę - ciągnęli dalej kobieta. - Ciotka stopniowo wracała do swej zwykłej bierności. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie z nowiną, że pragnie zmienić swoje życie, już rzuciła palenie. Jeszcze w tym samym tygodniu, by uśpić głód nikotynowy, zaczęła zażywać więcej środków uspokajających, po czym uprzedziła wszystkich domowników, że gotowa jest targnąć się na swoje życie. Nikt jej nie uwierzył. Któregoś ranka zostawiła mi pożegnalną wiadomość na sekretarce. Otruła się gazem. Przesłuchiwałam wiele razy tę wiadomość. Nigdy nie słyszałam jej tak spokojnej, pogodzonej z losem. Mówiła, że nie czuje się ani szczęśliwa ani nieszczęśliwa i tego nie może dłużej znieść.

Weronika współczuła tej kobiecie, która opowiadała historię swojej ciotki, próbując dociec, co popchnęło ją do samobójstwa. Bo jak w świecie, gdzie wszyscy starają się przeżyć za wszelką cenę osądzać tych, którzy decydują się na śmierć? Nikt nie ma prawa ich osądzać. Każdy zna ogrom swego cierpienia i tylko on sam może ocenić, czy jego życie ma sens czy nie. Weronika chciała to wytłumaczyć, ale przeszkadzali jej rurka wtłoczona do gardła. Zaczęła się krztusić i kobieta przyszli jej z pomocą. Zobaczyła, jak pochyla się nad jej ciałem skrępowanym, podłączonym do rozlicznych tub, zabezpieczonym przed zakusami autodestrukcji. Poruszyła głową z boku na bok, błagając wzrokiem, by wyjęto jej z gardła rurkę i pozwolono umrzeć w spokoju.

- Jesteś zdenerwowana - powiedziała kobieta. Nie wiem, czy żałujesz, czy nadal chcesz umrzeć, ale mnie to nie interesuje. Obchodzą mnie jedynie moje obowiązki. A w myśl regulaminu, gdy pacjent jest wzburzony, powinnam mu wstrzyknąć środek uspokajający.

Weronika przestali się rzucać na łóżku, ale pielęgniarka już wbiła jej igłę w ramię. Wkrótce po tym Weronika wrócili do osobliwego świata, świata bez snów, gdzie jedynym zapamiętanym obrazem byli twarz dopiero co ujrzanej kobiety: zielone oczy, kasztanowe włosy i całkowita obojętność właściwa tym, którzy wykonują to, co im nakazano, nie kwestionując zasad regulaminu.

 

***

Paulo Coelho usłyszał historię Weroniki w trzy miesiące później, podczas kolacji w algierskiej restauracji w Paryżu. Opowiedziała mu ją przyjaciółka, także Słowianka i także Weronika, córka ordynatora szpitala w Villete.

Potem, gdy postanowił napisać o tym książkę, chciał zmienić imię swej przyjaciółki Weroniki na Blaskę, Edwinę czy Marjecję, albo na inne słoweńskie imię, by czytelnikowi nie myliły się Weroniki. W końcu jednak zdecydował się pozostawić rzeczywiste imiona. Ilekroć wspomni o swej przyjaciółce Weronice, będzie ją nazywać "przyjaciółką Weroniką". Jeśli zaś mowa będzie o drugiej Weronice, to nie chciał jej dodatkowo określać. Mówienie o niej, głównej bohaterce książki, "Weronika wariatka" czy "Weronika, która targnęła się na swoje życie" z pewnością znudziłoby czytelnika. Tak czy owak on sam i jego przyjaciółka Weronika zaistnieją tylko w tym, krótkim fragmencie książki.

 

Przyjaciółka Weronika była oburzona zachowaniem swego ojca, zwłaszcza, że sprawował on funkcję dyrektora szanowanej instytucji i pisał pracę, którą miało zaopiniować szacowne grono profesorów.

- Czy wiesz, skąd się wziął "azyl"? - spytała. - Od prawa, które mieli ludzie jeszcze w średniowieczu. Pozwalano im chronić się w kościołach i miejscach świętych. Prawo do azylu rozumie każdy cywilizowany człowiek! Jak więc mój ojciec, dyrektor azylu psychiatrycznego, mógł postąpić w ten sposób wobec chorego?

Paulo Coelho chciał poznać dzieje Weroniki w szczegółach, bo miał po temu wspaniały powód. On również przebywał w zakładzie psychiatrycznym, czy też raczej w hospicjum, bo tym mianem określano szpitale tego rodzaju. I zdarzyło się to nie jeden ale aż trzy razy - w 1965, 1966 i 1967 roku. Miejscem jego odosobnienia była klinika Doktora Eirasa w Rio de Janeiro. Powód, dla którego go tam umieszczano, pozostał dla niego do dziś niejasny. Być może rodzice byli zdezorientowani jego popadaniem ze skrajności w skrajność, od nieśmiałości do ekstrawertyzmu, albo bezradni wobec jego pragnienia bycia "artystą", co w rodzinie uchodziło za najprostszy sposób na to, by się stoczyć i umrzeć w nędzy.

Gdy o tym myślał. a czynił to z rzadka, przypisywał prawdziwe szaleństwo lekarzowi, który zgodził się zamknąć go w hospicjum bez żadnego konkretnego powodu. Jak to bywa w niejednej rodzinie, najczęściej tłumaczy się rodziców tym, że nie wiedzieli, co robią, podejmując tak drastyczne decyzje i zrzuca się winę na innych.

Paulo roześmiał się na wieść o tym, że Weronika pozostawiła osobliwy list do prasy, w którym protestowała przeciw ignorancji znanego francuskiego czasopisma wobec jej kraju.

- Nikt nie zabija się z tego powodu.

- Dlatego list nie miał żadnego oddźwięku - powiedziała przyjaciółka Weronika. - Zresztą nie dalej jak wczoraj, gdy meldowałam się w hotelu, zapytano mnie, czy Słowenia to miasto w Niemczech.

"Tego rodzaju historie są na porządku dziennym" - pomyślał Paulo. Wielu obcokrajowców uważało argentyńskie miasto Buenos Aires za stolicę Brazylii. Ale oprócz tego, że cudzoziemcy często gratulowali mu uroku miasta, o którym sądzili, że jest stolicą jego ojczyzny, choć tak naprawdę znajdowało się w sąsiednim kraju, Paula Coelho łączył z Weroniką wspomniany już pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych, "skąd nigdy nie powinien był wyjść", jak to pewnego razu skomentowała jego pierwsza żona.

A jednak wyszedł. Opuściwszy klinikę Doktora Eirasa, zdecydowany nigdy już tam nie wrócić, poprzysiągł sobie dwie rzeczy: opisać swoje doświadczenia i opublikować je dopiero po śmierci rodziców. Nie chciał ich ranić, gdyż oboje dość już wycierpieli, obwiniając się za to, co zrobili.

Jego matka zmarła w 1993 roku, a ojciec w 1997 roku skończył 84 lata i pomimo stwierdzonej rozedmy płuc (choć nigdy nie palił), pomimo odżywiania się mrożonkami (bo żadna gosposia nie była w stanie znieść jego humorów), był w pełni władz umysłowych i cieszył się doskonałym zdrowiem.

Tak więc Paulo, usłyszawszy historię Weroniki, odkrył wspaniały sposób na opisanie swych przeżyć bez łamania złożonej obietnicy. Choć sam nigdy nie myślał o samobójstwie, doskonale znal kulisy szpitala psychiatrycznego: metody leczenia, stosunki między lekarzami i pacjentami, komfort i lęk z przebywania w takim miejscu.

A teraz zostawmy Paula Coelho i jego przyjaciółkę Weronikę - raz na zawsze opuszczają teraz łamy tej książki - i powróćmy do naszej historii.

 

***

Weronika nie wiedziała, jak długo spała. Pamiętała jedynie, że gdy obudziła się w pewnym momencie, wciąż jeszcze podłączona do aparatury reanimacyjnej, usłyszała:

- Czy chcesz, by cię zaspokoić?

Ale teraz, rozglądając się po pokoju szeroko otwartymi oczami, nie wiedziała, czy zdarzyło się to naprawdę, czy była to tylko halucynacja. Prócz tego nie pamiętała nic, zupełnie nic. Nie miała już rurek w nosie ani w ustach, ale igły wciąż tkwiły w jej ciele, elektrody w okolicach serca i na głowie, a ręce nadal byty przywiązane. Leżała nago, okryła jedynie prześcieradłem i choć drżała z zimna, nie chciała o nic prosić. Ograniczona zielonym parawanem przestrzeń zastawiona była urządzeniami do intensywnej terapii, jej łóżkiem oraz białym krzesłem, na którym siedziała pielęgniarka, zagłębiona w lekturze jakiejś książki. Ta kobieta dla odmiany miała ciemne oczy i kasztanowe włosy. Mimo to Weronika nie była do końca pewna, czy to właśnie z nią rozmawiała przed kilkoma godzinami, a może dniami?

- Czy może pani odwiązać mi ręce? - Pielęgniarka podniosła wzrok, rzuciła lakoniczne "nie" i wróciła do swojej książki.

"Nadal żyję - pomyślała Weronika - i wszystko zacznie się od nowa. Będę musiała pobyć tu jakiś czas, dopóki nie stwierdzą, że jestem całkiem normalna. Potem wypiszą mnie i znów zobaczę ulice Ljubljany, okrągły plac, mosty, ludzi na ulicach śpieszących do pracy i wracających do domu. Ponieważ ludzie zawsze starają się pomóc innym po to, by poczuć, że są lepsi niż są, przyjmą mnie znów do pracy w bibliotece. Z czasem zacznę odwiedzać te same co zwykle bary i te same dyskoteki, będę rozmawiać z przyjaciółmi o niesprawiedliwości i problemach na świecie, chodzić do kina, spacerować nad jeziorem. Wybrałam tabletki, więc moje ciało nie jest zniekształcone. Wciąż jestem młoda, ładna, inteligentna, będzie mi łatwo - tak jak zawsze było znaleźć kochanków. Będę się kochać z nimi u nich w domu albo w lesie, sprawi mi to nawet rozkosz, ale zaraz po orgazmie wróci poczucie pustki. Nie będziemy sobie mieli wiele do powiedzenia, oboje zaczniemy szukać wykrętów typu: "już późno" albo "jutro muszę wcześnie wstać" i pośpiesznie się rozejdziemy, nie patrząc sobie w oczy. Wrócę do pokoju w klasztorze. Spróbuję poczytać jakąś książkę, włączę telewizor i pogapię się na te, co zwykle programy, nastawię budzik na tę samą godzinę co poprzedniego dnia, będę machinalnie wykonywać zadania

powierzone mi w bibliotece. W porze obiadowej zjem kanapkę w parku naprzeciw teatru, siedząc na tej ławce, co zwykle, obok innych ludzi, którzy też zawsze wybierają te same ławki i mają to samo puste spojrzenie, choć udają, że są zaprzątnięci sprawami najwyższej wagi. Po przerwie wrócę do pracy, posłucham plotek o tym, kto z kim sypia, kto ma kłopoty, kto płakał z powodu męża i będę miała poczucie, że jestem lepsza niż inni, bo jestem ładna, mam pracę, mogę poderwać kogo zechcę. Pod koniec dnia wpadnę do baru i tak będzie w kółko. Matka, która pewnie teraz zamartwia się moją próbą samobójstwa, jakoś otrząśnie się z szoku i zacznie mnie wypytywać, co zamierzam dalej począć ze swoim życiem, dlaczego nie jestem taka jak inni. Zacznie twierdzić, że życie nie jest tak skomplikowane, jak mi się wydaje. "Spójrz chociażby na mnie. Od lat jestem z twoim ojcem i zawsze staraliśmy się dać ci jak najlepsze wykształcenie i jak najlepszy przykład". Aż pewnego dnia, znużona wysłuchiwaniem wciąż tego samego, wyjdę za mąż, by sprawić jej przyjemność i zmuszę się do kochania poślubionego człowieka. W końcu oboje zaczniemy wspólnie marzyć o miłym domku na wsi, o dzieciach, o ich przyszłości. W pierwszym roku będziemy się często kochać, w drugim nieco mniej, a od trzeciego o seksie będziemy myśleć dwa razy w miesiącu, ale tylko raz będziemy tę myśl wprowadzać w czyn. Co gorsza, niemal przestaniemy ze sobą rozmawiać. Będę znosić to cierpliwie i zastanawiać się, co jest ze mną nie tak, skoro nie potrafię go już zainteresować swoją osobą, nie zwraca na mnie uwagi, rozprawia o swych przyjaciołach, jakby byli całym jego światem. Gdy nasze małżeństwo zawiśnie na włosku, zajdę w ciążę. Będziemy mieli dziecko, na jakiś czas staniemy się sobie bliżsi, ale wkrótce wszystko wróci do poprzedniego stanu. Wtedy zacznę tyć, tak jak ciotka tej pielęgniarki, która była tu wczoraj, albo przedwczoraj, sama już nie wiem. Przejdę na dietę, z każdym dniem i tygodniem pokonywana przez kilogramy uparcie przyrastające mimo skrupulatnej kontroli. Wówczas zacznę brać te magiczne narkotyki, które nie pozwalają popaść w depresję i będę miała znów dzieci, poczęte podczas miłosnych nocy, które mijają zbyt szybko. Będę mówiła wszystkim, że dzieci są całym moim życiem, ale, tak naprawdę, to one będą mnie trzymać przy życiu. Wśród ludzi będziemy uchodzić za szczęśliwe małżeństwo i nikt się nawet nie domyśli, że za pozorem szczęścia kryje się samotność, gorycz, wyrzeczenie. Pewnego pięknego dnia odkryję, że mój mąż ma kochankę. Być może urządzę awanturę, jak ciotka tej pielęgniarki, albo znów pomyślę o samobójstwie. Ale będę już za stara i zbyt tchórzliwa, z dwojgiem lub trojgiem dzieci na karku, które mnie potrzebują, które muszę wychować, urządzić, zanim to wszystko zostawię. Nie zabiję się. Wywołam skandal, postraszę go, że odejdę z dziećmi. On, tak jak każdy mężczyzna, wycofa się, zapewni, że mnie kocha, że to się więcej nie powtórzy. Nigdy przez myśl mu nie przejdzie, że gdybym rzeczywiście odeszła, musiałabym wrócić do rodziców i do końca życia słuchać co dzień narzekań matki, że straciłam jedyną okazję, by być szczęśliwa, że on, mimo drobnych wad, był wspaniałym mężem, że dzieci wiele ucierpią z powodu naszego rozstania. Miną dwa, może trzy lata i następna kobieta pojawi się w jego życiu. Sama to odkryję, albo ktoś mi o tym doniesie, ale tym razem udam, że o niczym nie wiem. Nie będę już miała dość siły, by walczyć jak z pierwszą kochanką, zaakceptuję więc życie takie jakie jest. Okaże się, że matka miała rację. Mąż będzie dla mnie miły, ja nadal będę pracować w bibliotece, jeść kanapki na placu naprzeciw teatru, czytać książki, których nigdy nie skończę, oglądać programy w telewizji, które za dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat nic się nie zmienią. Tyle tylko, że kanapki jeść będę z poczuciem winy, że tyję. I przestanę zaglądać do barów, bo w domu będzie czekać mąż, w nadziei, że zajmę się dziećmi. Odtąd będę tylko cierpliwie czekać, aż dzieci podrosną i całymi dniami rozmyślać o samobójstwie, nie mając odwagi, by je popełnić. Pewnego pięknego dnia dojdę do wniosku, że życie takie już jest, nic nie można na to poradzić, ani nic zmienić. I pogodzę się z tym".

Weronika skończyła swój wewnętrzny monolog i obiecała sobie, że nie wyjdzie żywa z Villete. Lepiej skończyć z tym wszystkim teraz, gdy ma jeszcze dość odwagi i zdrowia, by umrzeć.

Zasypiała i budziła się wielokrotnie, za każdym razem dostrzegając, że urządzeń wokół było coraz mniej. Zmieniały się twarze pielęgniarek. Zawsze ktoś czuwał przy jej łóżku. Przez zielone płótno parawanu dochodził czyjś płacz, jęki, jakieś fachowo brzmiące słowa, wypowiadane wyważonym tonem. Zdarzało się, że jakieś urządzenie brzęczało w odległym pomieszczeniu i wtedy słychać było przyspieszone kroki w korytarzu, a glosy nie byty już tak spokojne i tak fachowe.

Podczas jednej z takich świadomych chwil usłyszała pytanie pielęgniarki:

- Nie chce pani znać stanu swego zdrowia?

- Wiem, jaki jest - odparta Weronika. - Mój stan to nie to, co widzicie w moim ciele, ale to, co dzieje się w mojej duszy.

Pielęgniarka chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Weronika udała, że śpi.

Kiedy na dobre odzyskała przytomność, zorientowała się, że jest w innym miejscu - w pomieszczeniu, które przypominało wielką salę szpitalną. W rękę nadal miała wkłutą igłę od kroplówki z surowicą, ale od wszystkich innych urządzeń ją odłączono. Jakiś wysoki lekarz, ubrany w biały fartuch, kontrastujący z farbowanymi na czarno włosami i wąsikiem, stał przy jej łóżku. Obok niego młody stażysta trzymał kartę i notował.

- Od jak dawna jestem tutaj? - spytała. Mówienie przychodziło jej z wielką trudnością.

- W tej sali dwa tygodnie, po pięciu dniach na oddziale intensywnej terapii - odparł starszy mężczyzna. - I dziękuj Bogu, że jeszcze tu jesteś.

Młodszy zdawał się zaskoczony, tak jakby to ostatnie zdanie nie było w pełni prawdziwe. Weronika natychmiast zauważyła to i instynktownie zareagowali nieufnością. Czyżby była tu dłużej? Może nadal jej coś grozi? Zaczęła zwracać baczną uwagę na każdy gest, każdy ruch obu mężczyzn. Wiedziała, że na nic się zda zadawanie pytań, nigdy nie powiedzą jej prawdy. Ale jeśli będzie wystarczająco sprytna, sama odkryje, o co w tym wszystkim chodzi.

- Proszę podać swoje imię, nazwisko, adres zamieszkania, stan cywilny i datę urodzenia - mówił dalej starszy lekarz.

Weronika podała swoje imię i nazwisko, stan cywilny i datę urodzenia, ale nijak nie mogła sobie przypomnieć swojego adresu.

Lekarz zaświecił jej latarką w oczy i badał je długo, nic nie mówiąc. Młodszy zrobił to samo. Po czym obaj wymienili między sobą znaczące spojrzenia.

- Podobno powiedziałaś pielęgniarce z nocnego dyżuru, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć twojej duszy? - spytał młodszy z nich.

Weronika nie pamiętała. Z trudnością uświadamiała sobie kim jest, i co tu robi.

- Twoja śpiączka wywołana była środkami uspokajającymi, co może powodować pewne luki w pamięci. Postaraj się odpowiedzieć na wszystkie pytania, które ci zadamy.

I lekarze rozpoczęli swój absurdalny wywiad: jakie ważne czasopisma wychodzą w Ljubljanie, kim był poeta, którego pomnik stoi na głównym placu (o, tego nie zapomni nigdy, w każdej słoweńskiej duszy wyryty jest obraz Preserem), jakiego koloru są włosy jej matki, jak mają na imię jej przyjaciele z pracy, jakie książki są najczęściej wypożyczane z biblioteki...

Z początku Weronika nie chciała odpowiadać, bo białych plam w jej umyśle było więcej niż wspomnień, ale po kilku zadanych pytaniach pamięć zaczęta jej wracać. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że jest w azylu psychiatrycznym, a przecież wariaci nie muszą zachowywać się normalnie, ale dla swojego własnego dobra i by zatrzymać przy sobie lekarzy, którzy mogli powiedzieć jej coś więcej o jej stanie zdrowia, zmusiła umysł do wysiłku. W miarę jak podawała nazwiska i fakty odzyskiwała nie tylko przeszłość, ale i osobowość, pragnienia, swój sposób widzenia świata. Myśl o samobójstwie, która jeszcze tego ranka wydawała się jej pogrzebana pod wieloma warstwami środków nasennych, wydobyła się znów na powierzchnię.

- To wystarczy, dziękujemy - zakończył wywiad starszy lekarz.

- Jak długo jeszcze tu zostanę?

Młodszy spuścił wzrok, a Weronika poczuta się tak, jakby tkwiła w stanie zawieszenia, w którym od odpowiedzi lekarzy zależy jej dalszy los, to czy aby jej życie nie potoczy się nowym torem.

- Może niech pan jej to powie - odezwał się starszy lekarz do młodszego. - Plotka już się rozeszła i dowie się tak czy owak. Tutaj nic nie uchowa się w tajemnicy.

- No cóż, sama wybrałaś swój los - westchnął młodszy, ważąc każde słowo. - A oto skutki twojego czynu. W śpiączce wywołanej tabletkami nasennymi twoje serce zostało nieodwracalnie uszkodzone. Nastąpiło obumarcie jednej z komór serca...

- Proszę prościej - przerwał starszy. - Najlepiej niech pan przejdzie od razu do rzeczy.

- Twoje serce zostało w sposób nieodwracalny uszkodzone i wkrótce przestanie bić.

- Co to oznacza? - zapytała przerażona.

- Gdy serce przestaje bić, oznaczać to może tylko jedno - śmierć fizyczną. Nie wiem, jakie są twoje przekonania religijne, ale...

- Kiedy moje serce się zatrzyma? - przerwała mu w pól słowa.

- Za jakieś pięć dni, najdalej za tydzień. Weronika zauważyła, że choć lekarz zachowywał się profesjonalnie i współczuł jej, to osobliwie ucieszył się, że jej to mówi. Tak jakby zasługiwała na karę, która mogła stać się doskonalą nauczką dla innych.

Weronika wiedziała z doświadczenia, że istnieje sporo ludzi, którzy rozprawiają o nieszczęściach innych i udają tylko chęć niesienia im pomocy, a tak naprawdę cieszą się z cudzego cierpienia, bo to ich utwierdza w mniemaniu, że sami są szczęściarzami, i że życie jest dla nich łaskawe. Nienawidziła tego rodzaju ludzi. Nie da temu chłopakowi okazji do radości, którą chce przysłonić własną frustrację. Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się.

- A więc udało mi się.

- Tak, udało ci się - odparł. Ale całe jego zadowolenie, iż mógł jej zakomunikować tak tragiczne wieści, ulotniło się.

Nadeszła noc i Weronika zaczęta się bać. Co innego poddać się szybkiemu działaniu tabletek, a co innego czekać na śmierć pięć dni, może tydzień. Całe swoje życie ciągle na coś czekała: na powrót ojca z pracy, na spóźniający się list od chłopaka, na wynik końcowych egzaminów, na pociąg, na autobus, na telefon, na wakacje i na ich koniec. Teraz musiała czekać na śmierć, której data była już wyznaczona.

"Tylko mnie mogło się przydarzyć coś takiego. Zwykle ludzie umierają wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewają".

Musiała się stąd wydostać i zdobyć jakoś nowe tabletki. Jeśli to się nie uda, wtedy trudno, pozostanie jej tylko rzucić się z dachu wieżowca. Wprawdzie pragnęła oszczędzić rodzicom dodatkowych cierpień, ale, niestety, nie miała wyboru.

Rozejrzała się wokół. Wszystkie łóżka byty zajęte, ludzie spali, niektórzy głośno chrapiąc. W oknach zainstalowano kraty. W głębi sali świeciła lampka, wypełniając wnętrze dziwnymi cieniami i pozwalając na stalą kontrolę. W kręgu jej światła jakaś kobieta czytała książkę.

"Te pielęgniarki muszą być bardzo wykształcone. Spędzają życie na czytaniu".

Weronika leżała najdalej od drzwi i od pielęgniarki oddzielało ją niemal dwadzieścia lóżek. Podniosła się z trudem. Jeśli wierzyć słowom lekarza, prawie trzy tygodnie nie wstawała. Pielęgniarka uniosła głowę znad książki i zobaczyła nadchodzącą dziewczynę z butelką surowicy w ręku.

- Chcę iść do łazienki - wyszeptała cicho, żeby nikogo nie obudzić.

Kobieta niedbałym ruchem wskazała jej drzwi. Umysł Weroniki zaczął pośpiesznie pracować, gorączkowo rozglądała się dokoła, wypatrując jakiejś szpary, jakiejś możliwości ucieczki z tego miejsca.

"Muszę to zrobić jak najszybciej, póki sądzą, że jestem jeszcze słaba i niezdolna do działania".

W łazience nie było drzwi. Gdyby chciała stąd uciec, musiałaby znienacka obezwładnić pielęgniarkę i wykraść jej klucz - a na to była zbyt osłabiona.

- Czy to więzienie? - spytała pilnującej kobiety, która porzuciła lekturę i śledziła teraz każdy jej krok.

- Nie. Szpital psychiatryczny.

- Ja nie jestem wariatką.

Kobieta zaśmiała się.

- Tutaj wszyscy tak mówią.

- No więc dobrze. Jestem szalona. A co to znaczy być szaleńcem?

Pielęgniarka odesłała Weronikę do łóżka, tłumacząc, że nie powinna jeszcze chodzić.

- Co to znaczy być szaleńcem? - nie dawała za wygraną Weronika.

- Proszę o to zapytać jutro lekarza. A teraz niech pani idzie spać, bo inaczej, wbrew własnej woli, będę zmuszona wstrzyknąć pani środek uspokajający.

Weronika posłusznie ruszyła w stronę łóżka. Po drodze usłyszała szept dochodzący z któregoś posłania:

- Nie wiesz, co to znaczy być szaleńcem?

Przez moment pomyślała, że lepiej nie reagować. Nie pragnęła nawiązywać ani przyjaźni, ani znajomości, ani zjednywać sojuszników dla sprawy masowego buntu. Miała tylko jedną idee - umrzeć. Jeśli nie zdoła uciec, znajdzie sposób, aby się zabić tutaj, i to jak najszybciej.

Usłyszała znowu:

- Nie wiesz, co to znaczy być szaleńcem?

- Kim jesteś?

- Nazywam się Zedka. Idź na swoje miejsce, a gdy pielęgniarka pomyśli, że już śpisz, przyczołgaj się tutaj do mnie.

Weronika wróciła do łóżka i czekała cierpliwie, aż pielęgniarka znów zagłębi się w lekturze. Co to znaczy być szaleńcem? Nie miała pojęcia, bo słowa tego często nadużywano. Mówiono na przykład, że sportowcy byli szaleni, bo pragnęli pobić rekord, albo że artyści są wariatami, bo żyją w sposób nieprzewidywalny, nie dbając o jutro, w przeciwieństwie do wszystkich "normalnych". Ale byli również i tacy wariaci - Weronika widziała ich na własne oczy - którzy chodzili zimą ulicami Ljubljany, skąpo odziani, wieszcząc koniec świata i pchając przed sobą, wypełnione tobołkami i szmatami wózki z supermarketów.

Nie chciało jej się spać. Według słów lekarza spała niemal tydzień bez przerwy, aż nadto jak na kogoś, kto przywykł do życia bez większych emocji i do ściśle wyznaczonych godzin odpoczynku. Co to znaczy być szaleńcem? Lepiej było spytać jednego z nich.

Odłączyła się od kroplówki i podczołgała do Zedki, starając się nie zwracać uwagi na skurcze żołądka. Nie wiedziała, czy towarzyszące im mdłości były skutkiem osłabienia serca, czy raczej wysiłku.

- Nie wiem, kto to jest wariat - wyszeptała Weronika. - Ale ja nie jestem wariatką, tylko sfrustrowaną samobójczynią.

- Wariatem jest ten, kto żyje w swoim własnym świecie, jak schizofrenicy, psychopaci czy maniacy. Albo inaczej: ten, kto jest inny niż reszta ludzi.

- Jak ty?

- Musiałaś przecież dyszeć o Einsteinie - ciągnęła Zedka, puszczając jej pytanie mimo uszu - który uważał, że nie ma osobno ani czasu ani przestrzeni, tylko jedna czasoprzestrzeń. Czy o Kolumbie, który uparcie twierdził, że po drugiej stronie morza nie ma otchłani, lecz inny kontynent. Albo o Edmundzie Hillarym, który wierzył, że człowiek może wejść na szczyt Mount Everestu. Czy o Beatlesach, którzy stworzyli nową muzykę i ubierali się zupełnie inaczej, niż nakazywała wtedy moda. Wszyscy ci ludzie, i tysiące innych, żyli w swoim własnym świecie.

"Ta obłąkana mówi do rzeczy" - pomyślała Weronika, przypominając sobie opowieści matki o świętych, którzy zarzekali się, że rozmawiali z Jezusem albo Maryją Dziewicą. Czy i oni żyli w innym świecie?

- Widziałam kiedyś kobietę w czerwonej sukni z dużym dekoltem, jak paradowali ulicami Ljubljany przy pięciostopniowym mrozie. Patrzyli przed siebie szklanymi oczami. Wzięłam ją za pijaną i chciałam jej jakoś pomóc, ale odtrąciła mnie, gdy chciałam jej dać moją kurtkę.

-Być może w jej świecie było właśnie lato, a jej serce rozpalali tęsknota za kimś, kto na nią czekał. Nawet jeśli ten ktoś istniał tylko w jej chorej wyobraźni, to przecież miała prawo żyć i umrzeć tak jak jej się podobało, nie sądzisz?

Weronika nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale słowa tej wariatki miały sens. Kto wie? Może to ona byli tą wydekoltowaną kobietą, która paradowała po ulicach Ljubljany?

- Opowiem ci pewną historię - ciągnęli Zedka. - Raz pewien potężny czarnoksiężnik, chcąc zniszczyć królestwo, wlał magiczny płyn do studni, z której czerpali wszyscy mieszkańcy. Ktokolwiek napił się tej wody, stawał się szalony. Następnego ranka wszyscy mieszkańcy napili się ze studni i każdy z nich popadł w obłęd, z wyjątkiem króla i rodziny królewskiej, która miała własną studnię, a do niej czarnoksiężnik nie zdołał dotrzeć. Zaniepokojony król próbował opanować sytuację, wydając szereg dekretów, które miały poprawić bezpieczeństwo i stan zdrowia mieszkańców, jednak strażnicy i inspektorzy, którzy również napili się zatrutej wody, uznali dekrety za absurdalne i wcale nie zamierzali ich wypełniać. Gdy do poddanych dotarta wieść o królewskich dekretach, doszli do wniosku, że ich władca oszalał i głośno protestując, udali się pod pałac, domagając się jego abdykacji. Zdesperowany król gotów byt już opuścić tron, ale królowa powstrzymała go słowami:

"Chodźmy teraz i my napić się wody. Wtedy staniemy się tacy jak oni".

I tak też uczynili. Kiedy tylko król i królowa napili się wody szaleństwa, natychmiast zaczęli mówić od rzeczy. Wówczas poddani zaczęli go żałować. Skoro król zaczął przemawiać tak mądrze, dlaczego nie zostawić rządów w jego rękach? I spokój znów zapanował w królestwie, choć ludzie zachowywali się w nim talkiem inaczej, niż mieszkańcy ościennych krajów. Zaś król panował aż do końca swoich dni.

Weronika roześmiali się.

- Nie wyglądasz wcale na wariatkę - powiedziała.

- Ale nią jestem, choć mnie już ponoć wyleczono. Mój przypadek byt prosty. Wystarczyło tylko podać mi dawkę pewnej substancji chemicznej. Mam nadzieję, że ta substancja uwolni mnie tylko od chronicznej depresji, bowiem nadal pragnę być zwariowana i przeżyć swoje życie tak jak mnie się podoba, a nie tak jak się podoba innym. Czy wiesz, co jest tam, za murami Villete?

- Ludzie, którzy napili się z zatrutej studni.

- Właśnie - przytaknęła Zedka. - Uważają się za normalnych, bo wszyscy robią to samo. Zamierzam udawać, że też napiłam się tej wody.

- Ja się jej napiłam i w tym właśnie cały szkopuł. Nigdy nie cierpiałam na depresję, nie przeżywałam wielkich radości ani długotrwałych smutków. Moje kłopoty są takie same jak wszystkich innych.

Przez chwilę Zedka nie odzywali się.

- Powiedzieli nam, że wkrótce umrzesz.

Weronika zawahała się. Czy mogła zaufać obcej kobiecie? Ale koniec końców zaryzykowała.

- Tak, ale dopiero za pięć czy sześć dni. Zastanawiam się czy nie ma sposobu, by umrzeć szybciej. Gdybyś ty, albo ktokolwiek stąd, mógł załatwić mi nowe tabletki, to jestem pewna, że tym razem moje serce nie wytrzymałoby. Zrozum jak cierpię, skazana na śmierć. Pomóż mi.

Nim Zedka zdołała coś powiedzieć, pojawili się pielęgniarka z napełnioną strzykawką.

- Mogę zrobić zastrzyk sama, albo, jeśli wolisz, poproszę o pomoc pielęgniarzy.

- Nie trać sił na próżno - poradziła Zedka Weronice. - Oszczędzaj je, skoro chcesz dokonać tego, o czym mi mówiłaś.

Weronika podniosła się, wrócili do lóżka i pozwoliła pielęgniarce zrobić to co do niej należało. Był to jej pierwszy normalny dzień w szpitalu dla wariatów. Wyszła z oddziału, zjadła śniadanie w wielkiej stołówce, gdzie mężczyźni i kobiety jadali razem. Zauważyła, że w przeciwieństwie do tego, co zwykle widać na filmach - zgiełk, krzyki, obłąkańcze gesty - szpital spowijała natrętna cisza, tak jakby tutaj nikt nie chciał z nikim dzielić swego wewnętrznego świata.

Po śniadaniu - całkiem niezłym, zresztą to nie z powodu wyżywienia Villete zyskało sobie złą sławę - wszyscy wyszli zażyć "słonecznej kąpieli", choć nie było słońca, temperatura spadli poniżej zera, a cały park pokryty byt grubą warstwą śniegu.

- Nie jestem tu po to, żeby dbać o swoje życie, ale po to, by je stracić - odezwała się Weronika do jednego z pielęgniarzy.

- Mimo to musisz wychodzić na słońce.

- To wy tu jesteście wariatami, przecież nie ma słońca!

- Ale jest światło i ono pomaga uspokoić pacjentów. Niestety, nasza zima jest długa. Gdyby nie to, mielibyśmy mniej pracy.

Nie było sensu dyskutować. Wyszła na powietrze, przeszła parę kroków i rozejrzała się ukradkiem, szukając możliwości ucieczki. Mur byt wysoki, jak to zwykle bywa w starych budynkach koszarowych, ale budki wartownicze stały puste. Park otoczony byt zabudowaniami wyglądającymi na wojskowe, teraz mieściły się w nich oddziały męski i kobiecy, administracja i część służbowa dla pracowników. Stwierdziła, że jedynym rzeczywiście strzeżonym miejscem było główne wejście, gdzie dwóch strażników sprawdzało dokumenty wchodzącym i wychodzącym.

Z jej głową było chyba wszystko w porządku. Żeby poćwiczyć pamięć usiłowała przypominać sobie drobiazgi: gdzie zostawiała klucz od swego pokoju, jaką płytę kupiła przed paroma dniami, o jaką książkę poproszono ją ostatnio w bibliotece.

- Jestem Zedka - przedstawia się nadchodząca kobieta.

Minionej nocy Weronika nie zdołała przyjrzeć się jej twarzy, bo kiedy ze sobą rozmawiały, leżała skulona obok łóżka Zedki. Kobieta miała jakieś 35 lat i wyglądała na osobę zupełnie normalną.

- Mam nadzieję, że ten zastrzyk ci nie zaszkodził. Z czasem organizm przyzwyczaja się i środki uspokajające tracą moc.

- Czuję się dobrze.

- Jeśli chodzi o naszą wczorajszą rozmowę i to, o co mnie poprosiłaś... pamiętasz?

- Oczywiście.

Zedka wzięta ją pod rękę i zaczęty spacerować pośród drzew ogołoconych z liści. Zza murów widać było ginące w chmurach szczyty gór.

- Jest chłodno, ale to piękny poranek - odezwała się Zedka. - To zabawne, ale nigdy nie popadałam w depresję w dni takie jak ten, zachmurzone, szare, zimne. Wtedy czułam, że natura współgra ze mną i odzwierciedla moją duszę. Lecz kiedy pokazywało się słońce, kiedy dzieci zaczynały się bawić na podwórkach i wszyscy cieszyli się piękną pogodą, ja czułam się fatalnie. Jakby mnie spotkała jakaś niesprawiedliwość, że nie uczestniczę w tym wszystkim.

Weronika delikatnie uwolniła rękę spod ramienia kobiety. Nie lubiła kontaktów fizycznych.

- Przerwałaś w pół zdania. Mówiłaś o mojej prośbie.

- Istnieje w tym szpitalu pewna grupa osób. Należą do niej mężczyźni i kobiety, którzy mogliby już dawni wyjść stąd do domu, ale z różnych powodów nie chcą. Villete nie jest wcale takie złe, jak o nim mówią, choć, oczywiście, daleko mu do pięciogwiazdkowego hotelu. Tu wszyscy mogą mówić to co myślą, robić to co chcą i nikt ich nie krytykuje, bo przecież są w szpitalu psychiatrycznym. Ale kiedy zjawia się kontrola rządowa, zachowują się tak, jakby ich obłęd był niebezpieczny dla otoczenia, bo część z nich przebywa tu na koszt państwa. Lekarze są tego świadomi, ale wygląda na to, że właściciele wydali odpowiednie rozporządzenia, żeby niczego nie zmieniać, bo w szpitalu jest więcej wolnych miejsc niż chorych.

- Czy myślisz, że ci ludzie mogliby załatwić mi tabletki nasenne?

- Postaraj się nawiązać z nimi kontakt. Nazywają siebie Bractwem.

Zedka pokazała jej kobietę o siwych włosach, żywo o czymś rozprawiającą z innymi, młodszymi od niej.

- Ma na imię Mari i jest z Bractwa. Porozmawiaj z nią.

Weronika ruszyła bez namysłu w stronę Mari, lecz Zedka powstrzymała ją.

- Nie teraz. W tej chwili dobrze się bawi. Nie zrezygnuje z tego, co sprawia jej przyjemność tylko dlatego, by okazać się uprzejmą dla jakiejś nieznajomej. Jeśli ją zrazisz, już nigdy nie będziesz się mogła do niej zbliżyć. Dla wariatów zawsze najważniejsze jest pierwsze wrażenie.

Choć Weronikę rozbawił sposób, w jaki Zedka wymówiła słowo wariaci, to jednak była niespokojna, bo wszystko tutaj wydawało się takie normalne, takie łatwe. Po długich latach spędzonych na chodzeniu z pracy do baru, z baru do lóżka kochanka, z lóżka do swego pokoju, ze swego pokoju do domu matki, nagle znalazła się w środku czegoś, czego nawet by nie wyśniła: szpital psychiatryczny, obłęd, azyl dla dziwaków. Tu ludzie nie wstydzili się przyznać do tego, że są szaleni. Tu nikt nie rezygnował z tego, co sprawiało mu przyjemność tylko dlatego, by wydać się uprzejmym. Zastanawiała się, czy Zedka mówi serio czy tylko przejęta sposób mówienia wariatów, którzy chcą przekonać wszystkich wokół, że żyją w lepszym świecie. Ale jakie to miało znaczenie? Przeżywali coś ciekawego, odmiennego, nieoczekiwanego. Czy można uwierzyć, że istnieje miejsce, gdzie ludzie udają wariatów, by wolno im było robić to, na co mają

ochotę?

Serce Weroniki zabito mocniej. Przypomniała sobie rozmowę z lekarzem i przestraszyła się.

- Chcę zostać chwilę sama - powiedziała. W końcu też była wariatką i nie musiała nic robić dla czyjejś przyjemności.

Zedka odeszła. Weronika przystanęła i zapatrzyła się na szczyty gór widoczne zza murów Villete. Przemknęła jej przez głowę myśl, że chce jednak żyć, ale stanowczo ją oddaliła.

"Muszę szybko załatwić te tabletki nasenne". Zastanowiła się nad swoją nienajlepszą sytuacją. Nawet gdyby pozwolono jej na każde szaleństwo, jakie tylko przyjdzie jej do głowy, nie wiedziałaby, co robić. Bo nigdy nie było w niej szaleństwa.

Po spacerze pacjenci przeszli do stołówki na obiad. Potem pielęgniarze zaprowadzili wszystkich do wielkiej świetlicy, gdzie stały stoły, krzesła, kanapy, pianino i telewizor. Przez szerokie okna widać było szare, zasnute niskimi chmurami niebo. W oknach nie było krat, bo wychodziły na park. Przeszklone drzwi zamknięto z powodu mrozu, ale wystarczyło nacisnąć klamkę, by znów znaleźć się pośród drzew.

Większość osób zasiadła przed telewizorem. Inni patrzyli przed siebie pustym wzrokiem, byli i tacy, którzy rozmawiali sami ze sobą półgłosem - ale któż czasem tego nie robił? Weronika zauważyła, że Mari, najstarsza tutaj, podeszła do grupy osób zebranych w kącie sali. Obok spacerowało kilku chorych i Weronika postanowiła dołączyć do nich, by podsłuchać, o czym rozmawiają. Starała się to zrobić niepostrzeżenie, ale gdy tylko się zbliżyła, zamilkli i zaczęli się jej bacznie przyglądać.

- Czego chcesz? - zapytał starszy mężczyzna, wyglądający na przywódcę Bractwa - jeśli taka grupa naprawdę istniała, a Zedka nie była bardziej zwariowana, niż się wydawała.

- Nic, tylko spaceruję.

Spojrzeli po sobie i pokiwali głowami jak obłąkańcy.

"Ona tylko spaceruje!" - powiedział ktoś do sąsiada. Inny powtórzył to zdanie na głos i wkrótce wszyscy zaczęli je skandować, wrzeszcząc.

Weronika nie wiedziała, co ma zrobić, strach ją sparaliżował. Jeden z pielęgniarzy, patrzący spode łba, podszedł, by wypytać, co się dzieje.

- Nic - odpowiedział ktoś z grupy. - Ona tylko spaceruje. Stanęła tutaj, ale znowu zacznie spacerować!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Weronika wydęła usta w ironicznym grymasie, uśmiechnęła się, odwróciła na pięcie i odeszła, by nikt nie zobaczył, że oczy ma pełne łez. Wyszła do parku. Jakiś pielęgniarz chciał przekonać ją, by wróciła, ale zaraz zjawił się inny, coś mu szepnął do ucha i obaj zostawili ją w spokoju, na mrozie. Nie warto było troszczyć się o zdrowie dziewczyny i tak skazanej na śmierć.

Czuła się zmieszana, spięta, zła na siebie samą. Nigdy nie dawała się sprowokować. Bardzo wcześnie nauczyła się, że trzeba zachowywać zimną krew i dystans. Jednak tym wariatom udało się ją zawstydzić, zastraszyć, rozwścieczyć, doprowadzić do tego, że miała ochotę ich zabić, dotknąć do żywego słowami, których nigdy wcześniej nie ośmieliłaby się wypowiedzieć.

Może to lekarstwa, jakie jej podano, by wyprowadzić ją ze stanu śpiączki, sprawiły, że stała się wrażliwa i bezbronna. Przecież we wczesnej młodości potrafiła sprostać o wiele gorszym sytuacjom, jednak teraz po raz pierwszy nie potrafiła powstrzymać się od płaczu! Musi stać się znów dawną Weroniką, drwić ze wszystkiego, udawać, że nic nie jest w stanie jej dotknąć, bo ona jest ponad tym wszystkim.

Który z nich odważył się pragnąć śmierci? Kto mógł uczyć ją życia, skoro oni wszyscy pochowali się za murami Villete? O nie, za nic nie poprosi ich o pomoc, nawet gdyby przyszło jej czekać pięć czy sześć dni na śmierć.

"Zresztą jeden już minął. Zostały jeszcze tylko cztery, może pięć".

Przeszła się trochę, pozwalając, by chłodne powietrze ostudziło jej wzburzoną krew i uspokoiło zbyt szybko bijące serce.

"Świetnie, jestem tutaj, moje godziny są policzone, a mimo to przejmuję się słowami ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałam i których już wkrótce nie będę oglądać. Cierpię z tego powodu, złoszczę się, chcę atakować i bronić się. Po co tracić na to czas?"

Jednak traciła resztkę danego jej czasu na walkę o swoje terytorium w tym nowym, osobliwym otoczeniu, gdzie trzeba było się bronić, by inni nie narzucili swych reguł gry.

"To niemożliwe. Nigdy taka nie byłam. Nigdy nie walczyłam o głupstwa".

Zatrzymała się pośrodku parku skutego mrozem. Właśnie dlatego, że uważała wszystko za głupstwa, pogodziła się z tym, co niosło jej życie. Jako nastolatka sądziła, że jeszcze zbyt wcześnie, by wybierać. Jako młoda kobieta była przekonana, że już zbyt późno, by cokolwiek zmienić. I na co dotychczas spożytkowała całą swoją energię? Na usilne starania, by wszystko w jej życiu pozostało bez zmian. Poświęciła większość swych pragnień po to, by rodzice nadal kochali ją tak, jak wtedy, gdy była małym dzieckiem, choć była świadoma, że miłość zmienia się z czasem. Pewnego dnia, gdy matka, szlochając, przyznała się, że jej małżeństwo się rozpadło, Weronika poszła do ojca. Płaczem i groźbami wymusiła na nim obietnicę powrotu do domu, ale nie zdawała sobie sprawy z ceny, jaką obojgu rodzicom przyszło za to zapłacić.

Gdy postanowiła iść do pracy, odrzuciła kuszącą propozycję firmy wchodzącej na młody słoweński rynek i zdecydowali się przyjąć posadę w bibliotece publicznej za marne, ale pewne pieniądze. Pracowała codziennie w tych samych godzinach, pokazując wyraźnie swoim przełożonym, że nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia, że jest zadowolona i nie ma zamiaru walczyć, by się piąć w górę, że interesuje ją jedynie pensja regularnie wypłacana pod koniec miesiąca.

Wynajęła pokój w klasztorze, bo zakonnice wymagały, aby lokatorki wracały o określonej godzinie, a potem zamykały bramę na klucz i tym, które przychodziły później pozostawało spać na ulicy. W ten sposób zawsze miała doskonalą wymówkę dla swoich kochanków, by nie spędzać nocy w hotelu albo w cudzym łóżku.

Gdy myślała o małżeństwie, zawsze wyobrażała sobie siebie w małym domku pod Ljubljaną, u boku mężczyzny, który byłby inny od jej ojca, zarabiałby dość, by utrzymać rodzinę i zadowoliłby się siedzeniem w domu przy kominku.

Nauczyła się dawać mężczyznom pewną dozę rozkoszy, ni mniej, ni więcej, tylko tyle, ile konieczne. Nie czuła nic do nikogo, bo gdyby czuła, musiałaby jakoś reagować, walczyć z wrogami, ponosić nieprzewidywalne konsekwencje tych walk, na przykład, że ktoś się zemści.

Gdy osiągnęła już niemal wszystko, czego oczekiwali od życia, doszła do wniosku, że nie ma ono sensu, bo wszystkie dni były takie same. I postanowili umrzeć.

Wróciła do świetlicy i skierowali się w stronę grupy stojącej w rogu. Zebrani żywo o czymś rozmawiali, ale zamilkli, gdy się zbliżyła. Podeszła do tego mężczyzny, który wyglądał na przywódcę. Nim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, wymierzyła mu głośny policzek.

- Nie zareagujesz? - zapytała na tyle głośno, żeby wszyscy mogli ją usłyszeć. - Zrobisz coś?

- Nie - mężczyzna dotknął policzka. Z nosa sączyli mu się cienka strużka krwi. - Niedługo już przestaniesz zakłócać nam spokój.

Weronika triumfująco wyszła ze świetlicy i wróciła na oddział Zrobiła coś, na co nigdy dotąd się nie poważyła.

Od incydentu z towarzystwem, które Zedka nazywała "Bractwem" minęły trzy dni. Żałowała, że spoliczkowała człowieka nie dlatego, że bala się jego zemsty, ile raczej z lęku, że przez swoje śmiałe poczynania nabierze ochoty do życia. Cierpiałaby tylko niepotrzebnie, bo tak czy owak, mogła niebawem opuścić ten świat.

Jedynym rozwiązaniem było odsunąć się od wszystkiego i od wszystkich, postarać się za wszelką cenę być taką jak dawniej i poddać się regulaminowi Villete. Przywykła już do rutyny narzuconej przez ośrodek zdrowia: wczesna pobudka, śniadanie, spacer po parku, obiad, świetlica, znów spacer, kolacja, telewizja i lóżko. Przed snem zawsze zjawiała się pielęgniarka z lekami. Wszystkim podawała tabletki, tylko jej robiła zastrzyk. Weronika nie protestowali, chciała jedynie wiedzieć, dlaczego dają jej tyle środków uspokajających, skoro nigdy nie miała problemów z zasypianiem. Wyjaśniono jej, że te zastrzyki to nie środek nasenny, lecz lek na serce.

Dni w szpitalu zaczęty być do siebie podobne i mijały szybciej. Za dwa lub trzy nie będzie już musiała myć zębów ani szczotkować włosów. Czuła, jak słabnie jej serce. Nagle traciła oddech, czuła bóle w klatce piersiowej, nie miała apetytu, przy najlżejszym wysiłku kręciło jej się w głowie.

Po kłótni z Bractwem kilkakrotnie zdarzyło jej się pomyśleć: "Gdybym miała wybór, gdybym zrozumiała wcześniej, że wszystkie moje dni są identyczne, bo sama tego chciałam, to może..."

Ale odpowiedź była zawsze jednakowa: "Nie ma żadnego może, bo nie ma już wyboru". A skoro wszystko było już przesądzone, odzyskiwała wewnętrzny spokój.

W tym okresie silniej związała się z Zedką. Nie byli to przyjaźń, bo przyjaźń wymaga czasu. Grały razem w karty, dzięki temu szybciej mijały im dni. Czasami spacerowały po parku w milczeniu.

Tego dnia po śniadaniu, zgodnie z regulaminem, wszyscy mieli wyjść na świeże powietrze. Jednak jeden z pielęgniarzy poprosił Zedkę, by wróciła na oddział, bo był to dzień przeznaczony na jej "leczenie".

- Co to jest to "leczenie"? - spytała Weronika.

- To dawna metoda, stosowana jeszcze w latach sześćdziesiątych, ale lekarze sądzą, że może przyspieszyć powrót do zdrowia. Chcesz zobaczyć?

- Powiedziałaś mi, że cierpisz na depresję. Czy nie wystarczy zażyć lek, aby twój organizm wyprodukował brakującą substancję?

- Czy chcesz zobaczyć? - ponowili pytanie Zedka.

"To tylko wyrwie mnie z codziennej rutyny" pomyślała Weronika. Nie wiedziała, po co miałaby oglądać coś nowego, skoro do niczego to już jej nie posłuży, ale ciekawość wzięła górę i kiwnęła potakująco głową.

- To nie żadne widowisko - zaprotestował pielęgniarz.

- Ona wkrótce umrze i niewiele jeszcze widziała. Pozwólcie jej iść ze mną.

Weronika przyglądała się, jak przywiązują do lóżka uśmiechającą się Zedkę.

- Wytłumacz jej, co robicie - poprosiła pielęgniarza. - Inaczej przestraszy się.

Pielęgniarz odwrócił się i pokazał strzykawkę. Zdawał się być zachwycony, że traktują go niby lekarza, który ma objaśniać stażystom właściwe metody leczenia.

- W tej strzykawce znajduje się pewna dawka insuliny - powiedział, nadając swoim słowom ton poważny i fachowy. - Podaje się ją diabetykom, by obniżyć wysoki poziom cukru we krwi. Jeśli jednak poziom cukru jest znacznie podwyższony w stosunku do normy, to jego spadek powoduje śpiączkę.

Lekko pstryknął w igłę, poruszył tłoczkiem, aby usunąć powietrze i wkłuł się w żyłę w prawej stopie Zedki.

- To właśnie zaraz nastąpi. Ta kobieta wejdzie w stan sprowokowanej śpiączki. Nie przestrasz się, gdy jej oczy znieruchomieją i nie oczekuj, że cię rozpozna, dopóki będzie pod wpływem leku.

- To okropne, nieludzkie! Ludzie walczą, by wyjść ze śpiączki, a nie o to, by w nią wpaść.

- Ludzie walczą, aby żyć, a nie, by popełniać samobójstwa - odparował pielęgniarz, ale Weronika nie dała się sprowokować. - Śpiączka pozwala organizmowi odpocząć, jego funkcje są zredukowane do minimum, znika napięcie.

Mówiąc to, wstrzykiwał płyn. Oczy Zedki powoli traciły swój blask.

- Bądź spokojna - odezwała się do niej Weronika. - Jesteś całkiem normalna, ta historia o królu, którą mi opowiedziałaś...

- Szkoda czasu. Ona już nic nie słyszy.

Kobieta leżąca na łóżku, która jeszcze parę minut temu zdawała się trzeźwo myśleć i była pełna życia, leżała teraz z oczami utkwionymi w jeden punkt, a z jej ust toczyła się piana.

- Co z nią zrobiłeś! - zaczęła krzyczeć na pielęgniarza Weronika.

- Wykonuję swój zawód.

Weronika zaczęła przywoływać Zedkę, wrzeszczeć, straszyć policją, prasą i ligą obrony praw człowieka.

- Uspokój się. Nawet w zakładzie psychiatrycznym trzeba stosować się do pewnych zasad.

Zrozumiała, że ten człowiek mówi poważnie i przestraszyła się. Ale skoro nie miała już nic do stracenia, nie przestała krzyczeć.

Z miejsca, w którym się znajdowała, Zedka widziała oddział, a na nim wszystkie łóżka puste, z wyjątkiem jednego, na którym spoczywało jej własne przywiązane ciało i siedzącą przy nim przerażoną dziewczynę. Ta dziewczyna nie wiedziała, że ciało leżącej kobiety nadal prawidłowo funkcjonowało, tylko jej dusza unosiła się w powietrzu, dotykając niemalże sufitu i doświadczając głębokiego spokoju.

Zedka odbywała podróż astralną, która podczas pierwszego szoku insulinowego była dla niej wielką niespodzianką. Nie powiedziała o tym nikomu. Była tu jedynie po to, by wyleczyć się z depresji i zamierzała opuścić to miejsce raz na zawsze, gdy tylko pozwolą na to okoliczności. Gdyby zaczęła rozpowiadać o tym, że opuszcza swoje ciało, mogliby pomyśleć, że w Villete jeszcze się jej pogorszyło. Jednak, gdy odzyskała przytomność, zaczęła wertować wszystko, co wpadło jej w ręce na temat szoku insulinowego i dziwnego zjawiska unoszenia się w powietrzu. O metodzie leczenia nie pisano zbyt wiele. Po raz pierwszy zastosowano ją około 1930 roku, ale niebawem zarzucono, bo mogła zaszkodzić pacjentom. Pewnego razu, podczas sesji szokowej, jej astral odwiedził gabinet doktora Igora, w chwili gdy omawiał on tę sprawę z właścicielami zakładu.

"To jest zbrodnia!" - mówił.

"Ale to metoda najtańsza i najszybsza! - zareplikował jeden z akcjonariuszy. - A zresztą, kogo interesują prawa wariatów? Nikt nie wniesie skargi".

A jednak niektórzy lekarze nadal uznawali tę metodę za szybki sposób leczenia depresji. Zedka zaczęła szukać materiałów i wypożyczyła z biblioteki wszystko, co dotyczyło szoku insulinowego. Szczególnie interesowały ją relacje pacjentów. Pojawiało się w nich zawsze to samo: koszmary i jeszcze raz koszmary, ale nikt nie doświadczył niczego, co przypominałoby jej doznania.

Te relacje przekonały ją, że nie ma żadnego związku między insuliną a odczuciem, że świadomość opuszcza ciało. Wręcz przeciwnie, ten rodzaj leczenia powodował tylko otępienie pacjenta. Zaczęła więc szukać tekstów o duszy, przejrzała kilka książek okultystycznych, aż pewnego dnia dotarta do obfitej literatury, opisującej dokładnie to, co jej się przydarzało. Nazywano to "podróżą astralną", której jak się okazało, wielu ludzi doświadczyło. Niektórzy z nich zdecydowali się opisać to, co przeżyli, innym udało się nawet rozwinąć techniki pozwalające na sprowokowanie tego osobliwego stanu. Teraz i Zedka znała wszystkie te techniki i posługiwała się nimi co noc, by dostać się tam gdzie chciała.

Opisy tych doświadczeń i wizji były różnorakie, ale we wszystkich powtarzał się dziwny i denerwujący, poprzedzający oddzielenie ducha od ciała szum. Po nim następował szok i raptowna utrata przytomności, i zaraz po tym spokój i radość z unoszenia się w powietrzu na srebrzystej pępowinie, która mogła rozciągać się w nieskończoność, choć jak głosiły legendy, o których czytała, możliwe było jej przerwanie, a to groziło śmiercią.

Jednak jej doświadczenia wykazywały, że mogła oddalać się tak daleko jak chciała, pępowina wciąż była cała.

Ogólnie rzecz biorąc, książki te byty bardzo przydatne, by lepiej korzystać z podróży astralnych. Dowiedziała się na przykład, że ilekroć zechce przenieść się z jednego miejsca w drugie, musi tylko zapragnąć znaleźć się w przestrzeni, wyobrażając sobie jednocześnie punkt docelowy. W przeciwieństwie do trasy samolotu, który pokonuje określoną odległość między punktem startu i lądowania, by dotrzeć do mety, podróż astralna wiedzie przez tajemne tunele. Wystarczyło wyobrazić sobie miejsce, przebyć tunel z zawrotną szybkością i już pojawiał się upragniony cel.

Również dzięki tym książkom Zedka przestała obawiać się istot spotykanych w przestrzeni. Wprawdzie dziś na oddziale nie było nikogo, ale gdy po raz pierwszy opuściła swoje ciało, napotkała wiele postaci, które przyglądały się jej, wyraźnie rozbawione jej zdumioną miną. W pierwszym odruchu pomyślała, że są to zmarli, zjawy zamieszkujące to miejsce. Później zdała sobie sprawę, że choć błąkały się tutaj niektóre duchy zmarłych, to byli wśród nich ludzie równie żywi jak ona, którzy także opanowali technikę podróży astralnych, albo tacy, którzy spali głęboko, nie wiedząc nawet o tym, że ich dusza wędrowała swobodnie po świecie.

Dzisiaj miała odbyć ostatnią podróż astralną pod wpływem insuliny, bo była niedawno w gabinecie doktora Igora i dowiedziała się, że gotów jest ją wypisać ze szpitala. Dlatego postanowiła pożegnać się z Villete, bo gdy przekroczy jego próg, już nigdy więcej tu nie wróci, nawet duchem.

Pożegnać się. To było najtrudniejsze. W szpitalu psychiatrycznym człowiek szybko przyzwyczaja się do wolności, jaka panuje w świecie obłędu i nabiera złych przyzwyczajeń. Nie trzeba było tu ponosić za nic odpowiedzialności, ani walczyć o chleb powszedni, ani troszczyć się o niezmiennie takie same nudne sprawy. Za to można było godzinami oglądać jeden obraz lub rysować najbardziej absurdalne wizje. Tu wszystko było wybaczalne: bo to przecież chorzy psychicznie. Jak miała okazję przekonać się na własnej skórze, stan większości pacjentów znacznie się poprawiał, gdy weszli w szpitalne mury. Już nie musieli ukrywać niczego, a w "rodzinnej" atmosferze łatwiej im było zaakceptować własne nerwice czy psychozy.

Na początku Zedka była zafascynowana Villete i nawet miała zamiar przystąpić do Bractwa, gdy już wyzdrowieje. Ale zrozumiała, że jeśli wykaże się odrobiną mądrości, będzie mogła na zewnątrz robić to, co się jej podoba, o ile uda się jej stawić czoła codziennym wyzwaniom. Wystarczy, jak to ktoś powiedział, trzymać szaleństwo na wodzy. Będzie mogła płakać, niepokoić się, denerwować jak każdy normalny człowiek, pod warunkiem, że nigdy nie zapomni, że tam w górze jej duch zadrwi sobie z tych wszystkich trudności.

Już wkrótce wróci do domu, do dzieci, do męża - to również będzie miało swój urok. Z pewnością niełatwo będzie jej znaleźć pracę, w końcu w tak małym mieście jak Ljubljana plotki krążą szybko i o jej pobycie w Villete musi już wiedzieć sporo osób. Ale mąż zarabia dość, by utrzymać rodzinę, będzie więc mogła w wolnym czasie odbywać swoje podróże astralne bez insuliny.

Jednej jedynej rzeczy nie chciała nigdy już doświadczyć, tej, z powodu której znalazła się w Villete - depresji. Niektórzy lekarze są zdania, że za stan psychiczny człowieka odpowiada ostatnio odkryła substancja - serotonina. Jej niedobór powoduje zakłócenia w koncentracji, wpływa negatywnie na sen, łaknienie i sprawia, że ludzie nie potrafią cieszyć się życiem. Jej całkowity brak wywołuje rozpacz, poczucie bezużyteczności, pesymizm, niepokój, nadmierne zmęczenie, lęki, trudności z podejmowaniem decyzji, aż w końcu człowiek pogrąża się w nieprzemijającym smutku, prowadzącym do całkowitej apatii, a nawet samobójstwa.

Inni, bardziej konserwatywni lekarze sądzą, że depresję powodują drastyczne zmiany w życiu człowieka, takie jak przeniesienie do innego kraju, utrata kogoś bliskiego, rozwód czy kłopoty zawodowe lub rodzinne. Współczesne badania, przeprowadzone na podstawie obserwacji przypadków klinicznych, dowodzą, że brak światła słonecznego może być jedną z przyczyn depresji.

Jednak w przypadku Zedki powód był prostszy niż wszyscy przypuszczali - był nim mężczyzna z przeszłości. Albo raczej fantazje o mężczyźnie poznanym przed laty.

Cóż za głupota! Depresja, obłęd z powodu mężczyzny, którego adresu nawet dzisiaj nie znała. Zakochała się w nim do szaleństwa jako młoda dziewczyna, bo podobnie jak wszystkie jej rówieśnice musiała poznać smak Miłości Niemożliwej. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek, które ograniczyły się do marzeń, Zedka postanowiła posunąć się dalej i zdobyć obiekt swej Miłości Niemożliwej. Mieszkał po drugiej stronie oceanu, więc sprzedała wszystko co miała, by go zobaczyć. Był żonaty, ale zaakceptowała rolę kochanki, w skrytości licząc, że pewnego dnia zostanie jej mężem. Nie miał dla niej czasu, ale nie zrażona tym spędzała dnie i noce w podrzędnym hoteliku, czekając na jego rzadkie telefony. Ale choć gotowa była znieść wszystko w imię miłości, związek się rozpadł. Wprawdzie on nigdy jej tego wprost nie powiedział, jednak pewnego dnia zrozumiała, że nie jest już mile widziana i wróciła do Słowenii.

Przez kilka miesięcy jadła byle co, wspominając każde z nim spotkanie, napawając się po tysiąckroć rozkoszą chwil spędzonych razem w łóżku, starając się odkryć jakiś trop, który pozwoliłby jej uwierzyć na nowo w przyszłość tego związku. Przyjaciele niepokoili się o nią, ale coś w głębi serca mówiło jej, że przeżywa stan przejściowy, że swój rozwój człowiek musi okupić wysoką ceną, więc płaciła ją bez skargi. Pewnego ranka obudziła się ogarnięta przemożną chęcią życia, zjadła z apetytem śniadanie i wyszła z domu w poszukiwaniu pracy.

Udało się jej nie tylko zdobyć pracę, ale również zwrócić na siebie uwagę pewnego przystojnego chłopaka, inteligentnego i obleganego przez wiele kobiet. W rok później została jego żoną. Wzbudziła zazdrość i podziw wśród przyjaciółek. Zamieszkała wraz z mężem w przestronnym domu z ogrodem wychodzącym na rzekę przepływającą przez Ljubljanę. Urodziły im się dzieci. Co roku latem wyjeżdżali do Austrii albo do Włoch.

Gdy Słowenia postanowiła odłączyć się od Jugosławii, jej mąż został powołany do wojska. Zedka była Serbką, innymi słowy - "wrogiem". Jej życie legło w gruzach. W ciągu następnych dziesięciu dni napięcia, gdy wojska stały gotowe do starcia i nikt nie wiedział, jakie skutki pociągnie za sobą ogłoszenie suwerenności Słowenii i ile z tego powodu poleje się krwi, Zedka zdała sobie sprawę ze swej miłości do męża. Spędzała całe dnie na modlitwie do Boga, który dotąd wydawał się jej odległy, a teraz stał się jedynym ratunkiem. Przysięgła aniołom i świętym wszystko, byleby tylko jej mąż powrócił żywy.

Tak też się stało. Wrócił, dzieci znów poszły do szkoły, w której mogły uczyć się słoweńskiego, a widmo wojny zawisło nad sąsiednią republiką Chorwacją.

Minęły trzy lata. Wojna między Jugosławią a Chorwacją przeniosła się na teren Bośni. Zaczęły krążyć doniesienia o masakrach dokonywanych przez Serbów. Zedka uważała za niesprawiedliwe uznanie wszystkich Serbów za kryminalistów z powodu obłędu kilku szaleńców. Jej życie przybrało nieoczekiwany zwrot: zaczęła z dumą i odwagą bronić swego narodu, pisząc do gazet, udzielając wywiadów dla telewizji, organizując konferencje. Wszystko to na niewiele się zdało, bo nikt zdania nie zmienił i nadal uważano, że wszyscy Serbowie są odpowiedzialni za okrucieństwa wojny, ale Zedka miała świadomość, że spełniła swój obowiązek, nie opuszczając swych rodaków w trudnej chwili. Mogła przy tym liczyć na męża Słoweńca, dzieci i ludzi, którzy nie padli ofiarą propagandy obu stron konfliktu.

Pewnego popołudnia, przechodząc obok pomnika Preserem, zaczęła zastanawiać się nad życiem tego wielkiego słoweńskiego poety. Kiedy miał 34 lata wszedł pewnego razu do kościoła, gdzie zobaczył młodziutką dziewczynę, Julię Primic i zakochał się w niej po uszy. Niczym średniowieczni minstrele zaczął pisać dla niej wiersze, z nadzieją, że ją poślubi. Julia pochodziła jednak z bogatej mieszczańskiej rodziny i prócz tego przypadkowego spotkania w kościele, Preserenowi nie udało się nigdy więcej do niej zbliżyć. Ale właśnie to jedno spotkanie dało mu natchnienie do napisania najlepszych wierszy. Dało też początek jego legendzie. Pomnik poety na małym centralnym placu Ljubljany ma oczy utkwione w jeden punkt. Kto podąży w ślad za jego spojrzeniem, dostrzeże po drugiej stronie placu twarz kobiety wyrzeźbioną na fasadzie jednego z domów. Tam właśnie mieszkała Julia. Preseren nawet po śmierci patrzy na swą Niemożliwą Miłość. A gdyby bardziej uparcie walczył?

Serce Zedki zadrżało. Być może było to przeczucie jakiegoś nieszczęścia? Może coś złego działo się z dziećmi? Biegiem wróciła do domu - spokojnie oglądały telewizję, wcinając prażoną kukurydzę. Ale dziwny smutek nie minął. Zedka położyła się i przespała prawie dwanaście godzin, a gdy się obudziła, nie miała wcale ochoty wstać. Historia Preserem przypomniała jej znowu pierwszego kochanka, od którego nie miała żadnych wieści.

I pytała siebie samą: "Czy wystarczająco długo walczyłam? Czy nie powinnam byli pogodzić się z rolą kochanki, zamiast upierać się, by sprawy potoczyły się zgodnie z moimi życzeniami? Czy walczyłam o moją pierwszą miłość z równym uporem, z jakim walczyłam o mój naród?"

Zedce udało się przekonać samą siebie, że zrobiła, co mogła, a mimo to smutek nie mijał. To, co zdawało się jej być rajem - dom nad rzeką, mąż, którego kochała, dzieci jedzące prażoną kukurydzę przed telewizorem - z dnia na dzień stało się piekłem.

Dziś, po wielu podróżach astralnych i licznych spotkaniach z umysłami oświeconymi, wiedziała, że wszystko to było czystą głupotą. Miłość Niemożliwa posłużyła jej za pretekst, by zerwać więzy, które trzymały ją przy życiu jakie wiodła, a które było dalekie od tego, czego rzeczywiście pragnęli.

Ale dwanaście miesięcy temu rzuciła się gorączkowo na poszukiwanie utraconego mężczyzny, wydala majątek na rozmowy międzynarodowe, ale on już nie mieszkał w dawnym mieście i nie sposób go było odnaleźć. Wysyłała ekspresem listy, które wracały do niej z napisem "adresat nieznany". Obdzwoniła wszystkich wspólnych znajomych, ale nikt nie miał pojęcia, co się z nim stało.

Mąż nie domyślał się niczego i to doprowadzało ją do szalu, bo przecież powinien przynajmniej coś podejrzewać, zrobić jej awanturę, skarżyć się, albo zagrozić, że wyrzuci ją na ulicę. Z czasem doszła do przekonania, że telefonistki międzynarodowe, listonosze i przyjaciółki zostały przez niego przekupione, i że on tylko udawał obojętność. Sprzedała biżuterię otrzymaną w prezencie ślubnym i kupiła bilet, gotowa jechać za ocean, aż ktoś w końcu przekonał ją, że obie Ameryki to ogromny kontynent i nie ma co wybierać się tam, nie wiedząc dokładnie, dokąd.

Pewnego popołudnia położyła się, cierpiąc z miłości tak jak nigdy dotąd nie cierpiała, nawet wtedy, gdy dawno temu powrócili do szarej codzienności Ljubljany. Całą noc i cały dzień spędzili w swoim pokoju. I następny również. Trzeciego dnia mąż wezwał lekarza - o, jakiż był wspaniałomyślny! Ileż troski o nią! Czyżby nie wiedział, że zamierzali spotkać się z innym, zdradzić go, zamienić swoją pozycję kobiety szanowanej na rolę skrywanej kochanki, porzucić na zawsze Ljubljanę, dom i dzieci?

Gdy przyszedł lekarz, dostała ataku szalu, zamknęli się w pokoju na klucz i otworzyli drzwi dopiero po jego wyjściu. Tydzień później nie chciało się jej już wstawać, by wyjść do łazienki i zaczęli załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne w łóżku. Przestała myśleć racjonalnie, w głowie miała jedynie skrawki wspomnień o mężczyźnie, który - byli tego pewna - równie bezskutecznie jej poszukiwał.

Mąż, nieznośnie szlachetny, zmieniał prześcieradła, głaskał ją po głowie, zapewniał, że wszystko dobrze się skończy. Dzieci nie wchodziły do jej pokoju od czasu, gdy - bez żadnego powodu - spoliczkowali jedno z nich, a potem uklękła i zaczęta całować jego stopy, błagając o przebaczenie, drąc na strzępy koszulę, by wyrazić swą rozpacz i skruchę.

Po upływie następnego tygodnia - w którym zaczęta wypluwać podawane jej pożywienie, traciła i odzyskiwała kontakt z rzeczywistością, spędzali bezsennie cale noce i przesypiali cale dnie do jej pokoju weszło bez pukania dwóch mężczyzn. Jeden przytrzymał ją, drugi zaaplikował zastrzyk i obudziła się w Villete.

"To depresja - powiedział lekarz do męża. - Czasem powód bywa banalny, jak na przykład brak substancji chemicznej, serotoniny, w organizmie".

Spod sufitu Zedka zobaczyła pielęgniarza ze strzykawką w ręku. Dziewczyna wciąż siedziała w tym samym miejscu, próbując rozmawiać z jej ciałem, przerażona jej pustym wzrokiem. Przez chwilę Zedka miała ochotę opowiedzieć Weronice wszystko, co przeżyła, ale zmieniła zdanie, bo do ludzi nigdy nie trafia, co im się mówi, muszą odkrywać to sami.

Pielęgniarz wbił igłę w jej ramię i wstrzyknął glukozę. Dusza Zedki, niczym szarpnięta silnym ramieniem, oderwała się od sufitu, z ogromną prędkością przemierzyła czarny tunel i powróciła do ciała.

- Witaj, Weroniko.

Dziewczyna wyglądali na przerażoną.

- Dobrze się czujesz?

- Tak. Na szczęście po raz kolejny udało mi się wyjść cało, ale był to już ostatni z serii tych niebezpiecznych zabiegów.

- Skąd wiesz? Tu nie liczą się z nikim.

Zedka wiedziała, bo jej astral przeniósł się do gabinetu doktora Igora.

- Wiem, ale nie potrafię wytłumaczyć. Czy pamiętasz pierwsze pytanie jakie mi zadałaś?

- Co znaczy być szalonym?

- Właśnie. Tym razem odpowiem ci wprost: szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak,

jakbyś znalazła się w obcym kraju - widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz

się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.

- Każdy z nas czuł to kiedyś.

- Bo wszyscy, w taki czy w inny sposób, jesteśmy szaleni.

Przez zakratowane okno widać było niebo usiane gwiazdami. Nad górami wschodził ogromniejący księżyc. Poeci zawsze lubili księżyc w pełni, poświęcali mu tysiące wierszy, ale Weronikę fascynował księżyc w pierwszej kwadrze, bo mógł wciąż jeszcze powiększać się, napełnić światłem całą swoją powierzchnię, zanim zacznie powoli znikać.

Miała ochotę zasiąść w świetlicy do pianina i uczcić tę noc piękną sonatą, której nauczyła się jeszcze w szkole. Gdy patrzyła w niebo za oknem, przepełniało ją nieopisane poczucie błogości, tak jakby nieskończoność wszechświata objawiała zarazem swoją wieczność. Ale od jej marzenia oddzielały ją stalowe drzwi i kobieta, która bez przerwy czytała. Poza tym nikt nie gra na pianinie o tak późnej porze, obudziłby wszystkich dookoła.

Weronika uśmiechnęła się. Wszystkich, to znaczy sale szpitalne wypchane wariatami i wariatów napchanych środkami nasennymi.

Wciąż odczuwali błogość. Wstała i podeszła do łóżka śpiącej głęboko, być może odzyskującej siły po strasznych przejściach minionego dnia, Zedki.

- Proszę wrócić do łóżka - zwróciła jej uwagę pielęgniarka. - Grzeczne dziewczynki o tej porze śnią o aniołkach albo o narzeczonych.

- Proszę mnie nie traktować jak dziecko. Nie jestem łagodną wariatką, która wszystkiego się boi. Jestem szalona, miewam ataki histerii, nie liczę się ani ze swoim ani niczyim życiem. A dziś coś mnie napadło.

Popatrzyłam na księżyc i muszę z kimś porozmawiać.

Pielęgniarka zmierzyła ją wzrokiem, zaskoczona jej reakcją.

- Pani się mnie boi? - nalegała Weronika. - Od śmierci dzieli mnie zaledwie jeden lub dwa dni, co mam do stracenia?

- Dlaczego nie przejdziesz się trochę, dziewczyno, a mnie nie pozwolisz skończyć książki?

- Bo tu jest więzienie, a pilnująca go dozorczyni udaje, że czyta książkę po to, by pokazać innym, że jest inteligentną kobietą. A tak naprawdę nasłuchuje odgłosów dochodzących z oddziału i strzeże niczym skarbu kluczy do drzwi. Pewnie tego chce regulamin, a ona go przestrzega, bo może pokazać swoją władzę, której nie ma w swoim domowym życiu wobec męża i dzieci.

Weronika drżała, nie wiedząc dokładnie, dlaczego. - Klucze? - zapytała pielęgniarka. - Drzwi są zawsze otwarte. Czy wyobrażasz sobie, że mogłabym tu siedzieć zamknięta z bandą umysłowo chorych?

"Jak to drzwi są zawsze otwarte? Kilka dni temu chciałam stąd wyjść i ta kobieta poszła za mną aż do ubikacji. Co ona wygaduje?"

- Nie bierz tego na poważnie - ciągnęła pielęgniarka. - Rzeczywiście kontrola nie jest tu wcale potrzebna, bo podajemy środki nasenne. Ależ ty trzęsiesz się z zimna!

- Nie wiem. Myślę, że to raczej z powodu serca. - Jeśli chcesz, idź się przejść.

- Tak naprawdę to chciałabym pograć na pianinie. - Świetlica jest dobrze odizolowana. Twoje granie nikomu nie będzie przeszkadzać. Graj, jeśli masz na to ochotę.

Drżenie Weroniki zamieniło się w ciche, nieśmiałe i wstrzymywane łkanie. Uklękła, położyła głowę na kolanach kobiety i wybuchnęła nieprzerwanym płaczem.

Pielęgniarka odłożyła książkę i zaczęła głaskać dziewczynę po głowie, czekając aż fala smutku minie. Tak trwały prawie pół godziny: jedna płakała, nie wyjaśniając przyczyny, druga pocieszała ją, nie wiedząc, o co chodzi.

W końcu łkanie ucichło. Pielęgniarka podniosła ją, wzięła pod ramię i zaprowadziła do drzwi.

- Mam córkę w twoim wieku. Gdy cię tu przywieźli, z kroplówką i tymi rurkami, zastanawiałam się dlaczego taka ładna, młoda dziewczyna, która ma całe życie przed sobą, postanowiła się zabić. Potem zaczęły krążyć plotki: najpierw o liście, który zostawiłaś, ale nigdy nie uwierzyłam, że był to prawdziwy powód, potem o tym, że twoje dni są policzone z powodu nieuleczalnej choroby serca. Ciągle miałam przed oczami obraz mojej córki. A gdyby tak ona postanowiła zrobić coś takiego? Dlaczego niektórzy próbują iść pod prąd naturalnego porządku świata, to znaczy walki o przeżycie za wszelką cenę?

- Dlatego właśnie płakałam - powiedziała Weronika. - Kiedy potykałam nasenne tabletki, chciałam zabić kogoś, kogo nienawidziłam. Nie wiedziałam, że żyją we mnie inne Weroniki, które umiałabym pokochać.

- Co sprawia, że człowiek zaczyna nienawidzić sam siebie?

- Może tchórzostwo. Albo nieodłączny strach przed popełnianiem błędów, przed robieniem nie tego, czego inni oczekują. Dopiero co byłam beztroska, zapomniałam o moim wyroku śmierci, ale gdy znów uświadomiłam sobie moją sytuację, przestraszyłam się.

Pielęgniarka otworzyła drzwi i Weronika wyszła.

"Nie powinna była mnie o to wypytywać. Cze72 go chce? Zrozumieć, dlaczego płakałam? Czy nie widzi, że jestem cackiem normalna, że mam te same pragnienia i lęki co wszyscy, i że tego typu pytania - zwłaszcza teraz, kiedy na wszystko jest już za późno - wywołują we mnie panikę?"

Idąc korytarzami, tak samo słabo oświetlonymi jak oddział, zrozumiała, że naprawdę jest już na wszystko za późno i zaczęła się bać.

"Muszę nad sobą zapanować. Jestem z tych, którzy konsekwentnie robią to, co postanowią". Była to prawda.

Konsekwentnie doprowadziła

do końca wiele spraw w swoim życiu, tyle że nie byty to sprawy istotne. Zdarzało się, że nie chciała pogodzić się z kimś, z kim pokłóciła się o drobiazg, albo przestawała dzwonić do mężczyzny, w którym była zakochana, bo dochodziła do wniosku, że związek z nim nie ma sensu. Była bezkompromisowa w tym, co najprostsze - chciała udowodnić sobie, że jest silna i obojętna, choć tak naprawdę była słaba, nigdy nie zdołała wybić się w nauce czy w sporcie, nie potrafiła utrzymać harmonii w swojej rodzinie.

Udawało jej się przezwyciężać swoje małe słabości, ale poniosła klęskę w sprawach ważnych. Roztaczała wokół aurę kobiety niezależnej, choć rozpaczliwie potrzebowała kogoś obok siebie. Bywała w różnych miejscach, gdzie zwracała na siebie uwagę, ale noce z reguły spędzała samotnie w klasztorze, patrząc w rozregulowany telewizor. W oczach przyjaciół uchodziła za wzór godny naśladowania, traciła większość swojej energii, usiłując być zawsze na miarę takiego obrazu siebie, jaki sama stworzyła.

Z tego właśnie powodu nie miała już dość siły, by być sobą - dziewczyną, która tak jak wszyscy ludzie na świecie, potrzebowała do szczęścia innych. Ale tych innych było tak trudno zrozumieć! Reagowali w sposób nieprzewidywalny, chowali się za murami obronnymi i jak ona okazywali obojętność wobec wszystkiego. Gdy pojawiał się ktoś bardziej otwarty na życie, albo natychmiast go odrzucali, albo skazywali na cierpienie, uznając za gorszego i "naiwnego".

Zgoda. Może swoją Bitą i determinacją wywarta wrażenie na wielu, ale dokąd dotarta? Do pustki. Do całkowitej samotności. Do Villete. Do przedsionka śmierci.

Wyrzuty sumienia z powodu próby samobójstwa powróciły i znowu stanowczo je od siebie odsunięta, bo teraz odczuwała coś, na co nigdy wcześniej sobie nie pozwalała: nienawiść.

Nienawiść. Mogła dotknąć tej niszczycielskiej energii, która emanowali z jej ciała - niemal równie fizycznej jak ściany, pianino czy pielęgniarki. Pozwolili, nie zważając, czy było to dobre czy złe, by to uczucie ujrzało światło dzienne. Mieli dość samokontroli, masek, układności. Teraz chciała przeżyć swoje ostatnie dwa czy trzy dni jak najbardziej nieukładnie.

Zaczęto się od policzka, który wymierzyli człowiekowi starszemu od niej, zaatakowali pielęgniarza, nie starali się przymilać do nikogo, ani rozmawiać, kiedy czuła, że pragnie samotności, a dziś byli na tyle wolna, by pozwolić sobie na nienawiść i dość rozsądna, by nie zacząć rozbijać wszystkiego wokół siebie, bo nie zamierzali spędzić końcówki swego życia w szpitalnym łóżku, otumaniona środkami uspokajającymi.

W tej chwili nienawidziła wszystkiego, co się dato. Siebie samej, świata, krzesła na swojej drodze, zepsutego kaloryfera w korytarzu, ludzi wspaniałych i kryminalistów. Byli zamknięta w szpitalu psychiatrycznym i mogła odczuwać to, co zazwyczaj ludzie ukrywają przed sobą, bo wszyscy zostaliśmy wychowani tak, by tylko kochać, akceptować, znajdować rozwiązania, unikać konfliktów. Weronika nienawidzili wszystkiego, ale przede wszystkim sposobu, w jaki żyła, nie widząc nigdy setek innych Weronik, które w niej mieszkały, które były fascynujące, szalone, ciekawe świata, odważne, gotowe na ryzyko.

W pewnym momencie poczuta nawet nienawiść do osoby, którą kochała najbardziej na świecie, do swojej matki. Do tej wspanialej kobiety, która w dzień pracowali, a w nocy zmywali naczynia,

poświęcając swoje życie, by wykształcić córkę, zapewnić jej naukę gry na fortepianie i na skrzypcach, ubrać ją jak księżniczkę, kupując markowe buty i spodnie, podczas gdy sama latami nosili przerabianą, starą sukienkę.

"Jak mogę nienawidzić kogoś, kto dal mi samą miłość?" - pomyślała zawstydzona, ale za późno, bo nienawiść przedarta się już na wolność, bo już otworzyli drzwi własnego piekli. Nienawidzić miłości, którą ją obdarowano, nie żądając niczego w zamian, to przecież było absurdalne i wbrew prawom natury.

Ale to właśnie tej bezinteresownej miłości udało się przepełnić Weronikę poczuciem winy i tchnąć w nią potrzebę, by sprostać jej oczekiwaniom, nawet jeżeli miało to za sobą pociągnąć rezygnację ze wszystkich marzeń. Ta właśnie miłość przez lata starali się ukryć przed nią wyzwania losu i zepsucie świata, nie zważając, że kiedy pewnego dnia Weronika zda sobie z nich sprawę, nie będzie miała żadnej broni, by stawić im czoła.

A jej ojciec? Ojca również nienawidziła. Bo w przeciwieństwie do matki, która pracowali bez wytchnienia, on korzystał z życia, zabierał ją do barów i do teatru. Bawili się świetnie razem, gdy byli nastolatką kochali go skrycie, tak jak kocha się mężczyznę, nie ojca. Nienawidzili go, bo byt zawsze taki czarujący, taki ciepły dla wszystkich, tylko nie dla matki, jedynej kobiety, której naprawdę się to należało.

Nienawidzili wszystkiego. Biblioteki ze stertą książek pełnych recept na życie, szkoły, w której całe noce tracili na naukę algebry, chociaż nie znała nikogo - prócz nauczycieli przedmiotu i matematyków - komu algebra byłaby potrzebna do szczęścia. Dlaczego zmuszano ją, by tyle uczyła się algebry, geometrii i całej tej masy całkowicie nikomu niepotrzebnych rzeczy?

Weronika pchnęła drzwi świetlicy, podeszła do pianina i otworzyła je. Z całej siły uderzyła w klawisze. Szalony chaotyczny, akord rozległ się echem w pustym pomieszczeniu, odbił się od ścian i powrócił do jej uszu jako bolesny, niemal rozdzierający duszę hałas. Ale w tej chwili właśnie ten dźwięk najlepiej odzwierciedlał jej nastrój.

Zaczęta uderzać w klawisze i znów na wszystkie strony rozbrzmiały bezładne dźwięki.

"Jestem szalona. Mogę to robić. Mogę nienawidzić i mogę walić jak opętana w pianino. Od kiedy to chorzy umysłowo umieją harmonijnie sączyć dźwięki?"

Uderzyła w pianino raz i drugi, dziesiąty i dwudziesty, a za każdym uderzeniem jej nienawiść mijała, aż w końcu znikła zupełnie.

Ogarnął ją głęboki spokój. Znów spojrzała na niebo pełne gwiazd, na księżyc w pierwszej kwadrze, jej ulubiony, wypełniający świetlicę bladym światłem. Powróciło poczucie, że Nieskończoność i Wieczność podały sobie ręce i wystarczyło zadumać się nad jedną z nich, nad Wszechświatem bez granic, by odczuć obecność drugiej - Czasu, który nigdy się nie kończy, który nie mija, lecz zastyga w Teraźniejszości, w której drzemią wszelkie sekrety życia. Zanim doszła z oddziału do świetlicy pozwoliła sobie na nienawiść intensywną, silną, bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Pozwoliła na negatywne, tłamszone w duszy przez lata uczucia, wypłynęły w końcu na powierzchnię. Teraz, kiedy je odczuta, byty już zbędne, mogący zniknąć.

Zastygła w ciszy, żyjąc chwilą teraźniejszą, pozwalając, by miłość wypełniła przestrzeń opuszczoną przez nienawiść. A gdy ją poczuta, zwróciła się ku księżycowi i zagraca na jego cześć sonatę, w przeświadczeniu, że księżyc jej słucha, jest dumny a gwiazdy mu zazdroszczą. Dlatego zagraca też dla gwiazd, dla parku i dla gór niewidocznych w mroku, ale których obecność wyczuwała.

W połowie drugiego utworu zjawie się wariat Edward, nieuleczalny schizofrenik. Nie przestraszyła się, wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się do niego i ku swemu zdumieniu zobaczyła, że odwzajemnia jej uśmiech.

Również do jego odległego świata, odleglejszego niż księżyc, przedarta się muzyka i sprawiła cud.

"Muszę kupić nowe etui na klucze" - pomyślał doktor Igor, otwierając drzwi swego małego gabinetu, mieszczącego się w szpitalu Villete. Stare całkiem już się rozpadło, a mata metalowa ozdoba właśnie potoczyła się po podłodze.

Doktor Igor pochylił się, by ją podnieść. Co zrobić z tym kawałkiem metalu przedstawiającym herb Ljubljany?

Byłoby najlepiej go wyrzucić. Mógłby też oddać go do naprawy. Albo podarować herb wnuczkowi, żeby się nim bawił. Te ewentualności wydały mu się absurdalne. Etui do kluczy to nie jakieś wielkie pieniądze, a wnuczka nie obchodzą żadne herby, spędza cały czas przed telewizorem, albo grając w gry komputerowe sprowadzane z Włoch. Mimo to nie wyrzucił etui, wsadził je do kieszeni, aby zadecydować później, co z nim zrobi.

To właśnie z tego powodu, że tak długo zastanawiał się, zanim podjął jakąkolwiek decyzję, był dyrektorem azylu psychiatrycznego, a nie jednym z jego pacjentów.

Zapalił światło, bo wraz z nadejściem zimy rozwidniało się coraz później. Brak światła, podobnie jak przeprowadzki czy' rozwody, był jednym z głównych przyczyn wzrostu przypadków depresji. Doktor Igor pragnął gorąco, aby wiosna nadeszła szybko i rozwiązała połowę jego problemów.

Zajrzał do kalendarza. Tego dnia powinien był przedsięwziąć jakieś środki, by zapobiec śmierci głodowej Edwarda - jego przypadek schizofrenii był całkowicie nieprzewidywalny, a teraz na dodatek, chłopak zupełnie odmawiał jedzenia. Doktor Igor przepisał mu już co prawda odżywianie dożylne, ale nie mogło to trwać wiecznie. Edward miał 28 lat, był potężnie zbudowany, ale mimo kroplówek chudy w końcu zacznie wyglądać jak szkielet.

Jak zareaguje na to jego ojciec, jeden z najsłynniejszych ambasadorów młodej republiki słoweńskiej, ów mistrz subtelnych negocjacji z Jugosławią w początkach lat dziewięćdziesiątych? Człowiek ten przez cale lata pracował dla Belgradu, przetrzymał ataki swych oszczerców, którzy oskarżali go o służbę dla wroga, i nadal wchodził w skład korpusu dyplomatycznego, tyle tylko, że teraz reprezentował inny kraj. Była to postać potężna i wpływowa - wszyscy się go bali.

Te myśli zaprzątały doktora Igora przez chwilę, tak jak niedawno sprawa etui na klucze, ale wkrótce odsunął je od siebie. Ambasadorowi boty wszystko jedno, jak wygląda jego syn, i tak nie zamierzał pokazywać się z nim na oficjalnych przyjęciach ani zabrać ze sobą tam, gdzie zostanie mianowany przedstawicielem rządu. Edward przebywał w Villete i zostanie tu na zawsze, albo tak długo, jak długo jego ojciec zarabiać będzie zawrotne sumy.

Doktor Igor zdecydował, że odstawi odżywianie dożylne i pozwoli, by Edward schudł na tyle, by sam poczuł głód i zaczął jeść. Jeśli sytuacja ulegnie pogorszeniu napisze sprawozdanie i zrzuci odpowiedzialność na radę lekarzy zarządzających Villete. "Jeśli nie chcesz wpaść w tarapaty, podziel się równo odpowiedzialnością z innymi" - tego uczył go ojciec, też lekarz, który miął na sumieniu parę ludzkich istnień, za to żadnego problemu z władzami.

Zaordynowawszy przerwanie odżywiania dożylnego u Edwarda, doktor Igor zajął się następnym przypadkiem. Ze sprawozdania wynikało, że pacjentka Zedka Mendel zakończyła już swoją kurację i może zostać wypisana. Doktor Igor chciał to sprawdzić osobiście, bo w końcu nie ma nic gorszego niż pretensje. rodzin pacjentów leczonych w Villete. Zdarzało się to dość często, bo po pobycie w szpitalu dla psychicznie chorych pacjenci rzadko potrafili przystosować się na nowo do normalnego życia.

I to nie szpital był winien. Ani ten, ani żaden inny, z rozsianych - Bóg wie gdzie - po całym świecie, bo problem ponownego przystosowania pacjentów był wszędzie taki sam. Tak jak więzienie, które nie resocjalizuje więźnia, lecz uczy go jedynie jak popełniać następne zbrodnie, tak samo szpitale psychiatryczne sprawiają, że chorzy przyzwyczajają się do życia w całkowicie nierealnym świecie, gdzie wszystko jest dozwolone i nikt nie odpowiada za własne czyny.

Tak więc pozostawało tylko jedno wyjście - odkrycie sposobu leczenia obłędu. I doktor Igor był tym bez reszty pochłonięty. Pracował nad tezą, która miała zrewolucjonizować współczesną psychiatrię. Lekko chorzy, przebywający w szpitalach z nieuleczalnie chorymi, zaczynali się degenerować społecznie. Na dłuższą metę, nie sposób było tego procesu powstrzymać. Zedka Mendel wróci niebawem, tym razem z własnej woli, uskarżając się na nieistniejące dolegliwości, tylko po to, by znaleźć się w otoczeniu ludzi, o których myśli, że rozumieją ją lepiej, niż ci na zewnątrz szpitala.

Jednak jeśli udałoby mu się odkryć sposób walki z Vitriolem - według doktora Igora trucizną odpowiedzialną za obłęd - jego imię wejdzie na zawsze do historii, a Słowenia zaistnieje ostatecznie na mapie. Właśnie w tym tygodniu spadla mu z nieba szansa w osobie niedoszłej samobójczyni. I za żadne skarby nie zamierzał przepuścić tej nadarzającej się okazji.



dalej


strona główna
(23kB)