(23kB)
strona główna

 

Paulo Coelho

Jedenaście minut





Przełożyli: Basia Stępień, Marek Janczur

 

tytuł oryginału: Onze minutos

 

koncepcja graficzna: Michał Batory

zdjęcie autora: Joanna Góra

redakcja i korekta: Katarzyna Malinowska

przygotowanie do druku

PressEnter

Copyright Š 2003 by Paulo Coelho

Copyright Š for the Polish cdition by Drzewo Babel, Warszawa 2004

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain. Ali rights reserved

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

www. drzewobabel. pl

ISBN 83-918441-2-9

 

wydawca dedykuje te książkę

zakochanym w życiu

 

Dwudziestego dziewiątego maja 2002 roku, kilka godzin przed ukończeniem tej powieści, pojechałem do Lourdes we Francji, by zaczerpnąć trochę wody z cudownego źródła. Byłem już na placu przed bazyliką, gdy pewien starszy pan zwrócił się do mnie: „Czy pan wie, że jest podobny do Paula Coelho?”. Odpowiedziałem mu, że jestem Paulem Coelho. Wtedy uścisnął mnie serdecznie, przedstawił mi swoją żonę i wnuczkę, po czym wyznał, że moje książki są dla niego bardzo ważne. „Pozwalają marzyć” - podsumował. Bardzo często słyszałem to zdanie z ust moich czytelników i zawsze sprawiało mi wielką przyjemność. Jednakże w tamtej chwili odczułem żywe zaniepokojenie - wiedziałem, że Jedenaście minut porusza temat delikatny, kłopotliwy, szokujący. Podszedłem do źródła, zaczerpnąłem trochę cudownej wody, po czym zapytałem tego pana, gdzie mieszka (na północy Francji, w pobliżu belgijskiej granicy), i zapisałem jego nazwisko.

Tę książkę dedykuję Panu, Maurice Gravelines. Moją powinnością wobec Pana, Pańskiej żony, wnuczki i wobec samego siebie jest mówić o tym, co dla mnie ważne, a nie o tym, co wszyscy chcieliby usłyszeć. Niektóre książki rozbudzają nasze marzenia, inne przywołują nas do rzeczywistości, lecz każda winna odzwierciedlać to, co dla pisarza najistotniejsze: uczciwość pisania.

O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Amen

A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że [Jezus] jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tylu u nóg Jego, plącząc zaczęta Izami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać.

Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.

Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie:

„Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna

i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”.

Na to Jezus rzekł do niego: „Szymonie, mam ci coś powiedzieć”.

On rzeki: „Powiedz, Nauczycielu”.

„Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników.

Jeden winien był mu pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt.

Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom.

Który więc z nich będzie go bardziej miłował?”.

Szymon odpowiedział: „Sądzę, że ten, któremu więcej darował”.

On mu rzekł: „Słusznie osądziłeś”.

Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi:

„Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu,

a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy

i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku,

a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich.

Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem

namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci:

Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała.

A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”.

Łukasz 7: 37-47

 

Jestem pierwszą i ostatnią,

Czczoną i nienawidzoną,

Jestem świętą i ladacznicą.

Małżonką i dziewicą.

Jestem matką i córką.

Ramieniem mojej matki jestem,

Bezpłodną, lecz moje potomstwo jest niepoliczone.

Zamężną i panną jestem,

Jestem tą, która daje dzień i która

Nigdy nie wydała potomstwa.

Pocieszeniem w bólach porodowych jestem.

Jestem mężem i żoną.

Mąż mój do życia mnie powołał.

Matką swego ojca jestem,

Męża swego siostrą, on zaś synem moim odrzuconym.

Cześć mi oddawajcie,

Gdyż ja jestem gorszącą i wspaniałą!

Hymn na cześć Izydy, III lub IV wiek n.e. odnaleziony w Nag Hamadi [tłum. Elżbieta Janczur]

 

Była sobie raz prostytutka Maria.

Chwileczkę. „Była sobie raz...” to najlepszy sposób, by rozpocząć bajkę dla dzieci, a o prostytutkach rozmawia się tylko między dorosłymi. Jak można rozpoczynać książkę od takiej oczywistej sprzeczności? No ale skoro w każdym momencie naszego życia jedną nogą tkwimy w świecie baśni, a drugą w otchłani piekieł, zachowajmy ten początek.

Była sobie raz prostytutka Maria.

Nikt nie rodzi się prostytutką. Jako dziecko była uosobieniem niewinności, a dorastając marzyła, że spotka mężczyznę swojego życia (bogatego, pięknego, inteligentnego), wyjdzie za niego za mąż (w białej sukni z welonem), będzie mieć z nim dwoje dzieci (które staną się sławne), zamieszka w pięknym domu (z widokiem na morze). Jej ojciec był komiwojażerem, a matka krawcową. W rodzinnym miasteczku w brazylijskim Nordeste było tylko jedno kino, jedna restauracja i jeden oddział banku. A jednak Maria z utęsknieniem wyczekiwała dnia, w którym książę z bajki pojawi się tu nagle, by ją oczarować i zabrać ze sobą na podbój świata.

Ale ponieważ książę z bajki się nie pojawiał, nie pozostawało jej nic innego, jak marzyć. Po raz pierwszy zakochała się, kiedy miała jedenaście lat. Zobaczyła tego chłopca w drodze na rozpoczęcie roku szkolnego. Okazało się, że mieszka w sąsiedztwie i chodzi do tej samej szkoły. Nie zamienili ze sobą ani słowa, ale Maria spostrzegła, że najbardziej lubi te chwile w ciągu dnia, kiedy słońce praży najmocniej, a ona spragniona i zadyszana z trudem dotrzymuje kroku żwawo idącemu chłopcu.

Trwało to przez wiele miesięcy. Maria, która nie przepadała za nauką i całe dnie spędzała przed telewizorem, zapragnęła nagle, by czas płynął jak najszybciej. Nie mogła doczekać się poranka, wyjścia do szkoły i w przeciwieństwie do swych rówieśniczek uznała weekendy za śmiertelnie nudne. Jednak dzieciom czas płynie o wiele wolniej niż dorosłym. Maria cierpiała, a dni dłużyły się jej niemiłosiernie, bo mogła dzielić z ukochanym tylko dziesięć minut, tysiące innych zaś spędzała na rozmyślaniach o nim i wyobrażaniu sobie, jak by to było cudownie, gdyby mogli ze sobą porozmawiać.

Aż pewnego ranka chłopak podszedł do niej i poprosił, by pożyczyła mu ołówek. Maria wzruszyła ramionami i nie odezwała się ani słowem. Udała, że jest zagniewana zaczepką, i przyśpieszyła kroku. Tak naprawdę kiedy zobaczyła, jak ukochany kieruje się w jej stronę, była przerażona. Bała się, że wszystko wyjdzie na jaw. To, że go skrycie kocha, że czeka na niego, że marzy, by wziąć go za rękę, minąć szkolną bramę i pójść z nim w świat, tam gdzie, jak mówiono, znajdują się wielkie miasta, bohaterowie powieści, artyści, samochody, liczne sale kinowe i mnóstwo rzeczy do odkrycia.

Na lekcjach przez cały dzień była rozkojarzona. Złościła się na swoje niedorzeczne zachowanie, ale i cieszyła, że chłopiec również ją zauważył. Gdy podszedł blisko, dostrzegła pióro wystające z jego kieszeni. Ołówek był więc tylko pretekstem, by zacząć rozmowę. Tęskniła za tym chłopcem. Tej nocy - i podczas następnych -zaczęła układać sobie w duchu odpowiedzi, jakich mogłaby mu udzielić. Gorączkowo poszukiwała takiej, która stałaby się początkiem ich wielkiej miłości.

Ale on już nigdy więcej się do niej nie odezwał. Nadal widywali się w drodze do szkoły. Maria nieraz szła kilka kroków przed nim, trzymając ołówek w prawej ręce, a niekiedy za nim, by móc się mu przyglądać z czułością. Lecz pozostawało jej jedynie kochać i cierpieć w milczeniu aż do końca roku szkolnego.

Podczas wakacji, które wydawały się nie mieć końca, obudziła się pewnego ranka z udami poplamionymi krwią i wpadła w rozpacz. Pomyślała, że umiera. Postanowiła zostawić chłopcu list pożegnalny, w którym wyznałaby mu swoją wielką miłość, a następnie zapuścić się na pustkowie i wydać na pastwę wilkołaka czy bezgłowej mulicy, dzikich bestii, które budziły postrach wśród okolicznych wieśniaków. Rodzice nie opłakiwaliby jej śmierci. Ubodzy nie tracą wiary pomimo tragedii, których nie szczędzi im los. Uznaliby, że została porwana przez zamożną, bezdzietną rodzinę i że powróci pewnego dnia w aureoli sławy i bogactwa. Natomiast obecnej (i dozgonnej) miłości jej życia nie udałoby się o niej zapomnieć. Chłopak każdego dnia wyrzucałby sobie, że już nigdy więcej się do niej nie odezwał.

Nie napisała jednak listu, gdyż matka weszła do pokoju, zobaczyła pokrwawioną pościel, uśmiechnęła się i powiedziała: „Teraz już jesteś panną, moja mała”.

Maria była ciekawa, jaki związek ma krew, która wyciekała spomiędzy jej nóg, z byciem panną, lecz matka nie umiała jej tego wyjaśnić. Zapewniła tylko, że to całkiem normalne i że odtąd będzie musiała nosić podpaskę nie większą niż poduszka dla lalki przez cztery albo pięć dni w miesiącu. Maria zapytała, czy mężczyźni używają rurki, aby krew nie poplamiła im spodni, lecz usłyszała, że to się przydarza tylko kobietom.

Żaliła się Bogu, ale w końcu pogodziła się z miesiączkami. Nie pogodziła się jednak z nieobecnością chłopca i wciąż wyrzucała sobie własną głupotę, przez którą szczęście umknęło jej sprzed nosa. W przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego weszła do jedynego w jej mieście kościoła i przyrzekła świętemu Antoniemu, że pierwsza odezwie się do chłopca.

Następnego dnia wyszykowała się pięknie, włożyła nową sukienkę, którą matka uszyła specjalnie na tę okazję, i wyszła, dziękując Bogu, że wakacje wreszcie dobiegły końca. Ale chłopiec się nie pojawił. Minął kolejny tydzień pełen obaw, zanim Maria usłyszała, że wyjechał z miasta.

„Wyjechał gdzieś daleko” - poinformował ją któryś z kolegów.

W ten sposób Maria dowiedziała się, że można coś utracić na zawsze. Dowiedziała się również, że istnieje miejsce zwane „daleko”, że świat jest ogromny, a jej miasto małe i że ludzie najbardziej godni uwagi zawsze w końcu z niego wyjeżdżają. Ona też chciała wyjechać, ale była na to jeszcze za młoda. Patrząc na zakurzone ulice rodzinnego miasta przyrzekła sobie, że pewnego dnia wyruszy w ślad za chłopcem. Przez dziewięć kolejnych piątków, zgodnie z miejscową tradycją, przystępowała do komunii i modliła się żarliwie do Matki Boskiej, by pewnego dnia pomogła jej się stąd wyrwać.

Przez jakiś czas była przygnębiona, bo nie mogła natrafić na ślad chłopca. Nikt nie wiedział, dokąd wyprowadzili się jego rodzice. W końcu uznała, że świat jest zbyt wielki, miłość niebezpieczna, a Matka Boska zbyt wysoko w niebie, aby wsłuchiwać się w prośby dzieci.

Minęły trzy lata. Uczyła się geografii i matematyki, śledziła seriale w telewizji, potajemnie oglądała pisma erotyczne. Zaczęła prowadzić pamiętnik, w którym skarżyła się na swoją monotonną egzystencję i dawała upust pragnieniu poznania tego wszystkiego, o czym się uczyła - oceanu, śniegu, ludzi noszących turbany, eleganckich kobiet obsypanych biżuterią... Nie da się jednak żyć tylko marzeniami - zwłaszcza gdy ma się matkę krawcową i ciągle nieobecnego ojca. Maria szybko pojęła, że powinna zwracać baczniejszą uwagę na to, co się dzieje wokół. Uczyła się pilnie, by jakoś dać sobie radę w życiu, szukała bratniej duszy, kogoś z kim mogłaby dzielić marzenia o wielkich przygodach. Gdy miała piętnaście lat, zadurzyła się w młodzieńcu, którego spotkała na procesji podczas Wielkiego Tygodnia.

Nie powtórzyła błędu z dzieciństwa. Nawiązali znajomość, zostali przyjaciółmi, chodzili razem do kina i na tańce. Po raz wtóry stwierdziła, że miłość kojarzy się bardziej z nieobecnością niż z obecnością ukochanej osoby: wciąż brakowało jej chłopaka, całymi godzinami wyobrażała sobie, co mu powie na następnej randce, i rozpamiętywała każdą wspólnie spędzoną chwilę. Lubiła uchodzić za dziewczynę z doświadczeniem, która przeżyła już wielką miłość i zaznała bólu rozłąki. Była teraz zdecydowana walczyć z całych sił o tego młodego mężczyznę: to dzięki niemu zostanie żoną, matką i zamieszka w domu z widokiem na morze.

Córeczko, jeszcze na to za wcześnie - mitygowała ją matka, słuchając o tych planach.

Ale przecież kiedy ty wychodziłaś za ojca, miałaś szesnaście lat!

Matka, nie chcąc wyjawić, że stało się tak z powodu nieplanowanej ciąży, sięgnęła po odwieczny argument: „w tamtych czasach było inaczej”.

Któregoś dnia wybrali się na spacer za miasto. Długo rozmawiali, a kiedy Maria spytała go, czy ma ochotę podróżować po świecie, nie odpowiedział, tylko wziął ją w ramiona i pocałował.

Był to jej pierwszy pocałunek w życiu. Od dawna marzyła o tej chwili! Krajobraz był urzekający - czaple w locie, zachód słońca, surowe piękno niemal bez-ludnej okolicy i dźwięki muzyki dobiegające z oddali. Maria przytuliła się do chłopca i zrobiła to, co tyle razy widziała w kinie i w telewizji: dość gwałtownie potarła ustami o jego usta, poruszając głową z boku na bok. Poczuła, że język chłopca dotyka jej zębów i było to rozkoszne.

Nagle przestał ją całować.

- Chcesz? - zapytał.

Cóż miała mu odpowiedzieć? Że chce? Oczywiście, że chciała! Lecz uważała, że kobieta nie powinna oddawać się pochopnie, zwłaszcza przyszłemu mężowi, gdyż przez resztę życia mógłby sądzić, że na wszystko łatwo się godzi. Wolała nie mówić nic.

Znów wziął ją w ramiona, tym razem już z mniejszym zapałem. I znów zesztywniał, czerwieniąc się jak burak. Maria czuła, że coś jest nie tak, lecz nie śmiała o to zapytać. Wzięła go za rękę i wrócili do miasta, rozmawiając o błahostkach, jakby nic się nie stało.

Tego wieczoru, pewna, iż doszło do czegoś poważnego, zapisała starannie dobranymi słowami w swoim pamiętniku:

Gdy spotykamy kogoś i zakochujemy się, myślimy, że cały wszechświat nam sprzyja. Tak jak dziś o zachodzie słońca. Ale jeżeli coś nie pójdzie po naszej myśli, wszystko rozpryskuje się niczym bańka mydlana i znika! Czaple, muzyka w oddali, smak jego ust. Jak piękno, które istniało chwilę wcześniej, może rozproszyć się tak szybko?

Życie płynie bardzo prędko: przenosi nas z raju w otchłanie piekieł, w ciągu paru sekund.

Następnego dnia spotkała się z przyjaciółkami. Wszystkie widziały, jak przechadzała się pod rękę ze swym „ukochanym”. W końcu przeżyć wielką miłość to nie wszystko. Trzeba jeszcze sprawić, by inni wiedzieli, że jest się osobą bardzo pożądaną. Koleżanki były ciekawe, co się wydarzyło, a Maria, dumna jak paw, oświadczyła, że najlepszy był język muskający leciutko jej zęby. Jedna z dziewcząt wybuchnęła śmiechem.

Nie otworzyłaś ust?

Po co?

Żeby wpuścić jego język.

A co to za różnica?

No bo tak się całuje.

Tłumiony chichot, niby współczujący wyraz twarzy, cicha zemsta dziewcząt, które nigdy nie miały sympatii. Maria robiła dobrą minę do złej gry. Zanosiła się śmiechem, choć w głębi duszy gorzko łkała. Przeklinała w myślach wszystkie filmy, które nauczyły ją zamykać oczy, przytrzymywać jedną ręką głowę partnera i kręcić głową na wszystkie strony, ale nie pokazały tego, co naprawdę istotne. Znalazła odpowiednią wymówkę (nie chciałam mu się oddawać od razu, bo nie byłam pewna, ale teraz wiem, że to mężczyzna mojego życia) i czekała na następną okazję.

Gdy trzy dni później na miejskiej zabawie ponownie zobaczyła chłopca, trzymał już za rękę jedną z jej przyjaciółek, tę samą, z którą rozmawiały o pocałunku. Maria udała, że spływa to po niej jak woda po kaczce. Trzymała się dzielnie do końca wieczoru. Plotkowała z koleżankami. Udawała, że nie widzi litościwych spojrzeń, które rzucały jej ukradkiem. Jednak po powrocie do domu nie mogła powstrzymać łez. Jej świat runął. Przepłakała całą noc. Cierpiała przez osiem miesięcy i doszła do wniosku, że miłość nie jest stworzona dla niej ani ona do miłości. Postanowiła wstąpić do zakonu, poświęcić resztę życia miłości do Boga, miłości, która nie pozostawia bolesnych ran w sercu. W szkole usłyszała o misjonarzach działających w Afryce i uznała, że to najlepszy sposób na życie dla kogoś, kogo ziemskie uczucia tak gorzko rozczarowały. Chciała zostać zakonnicą, nauczyła się udzielać pierwszej pomocy (podobno w Afryce umierało wielu ludzi), gorliwie uczestniczyła w lekcjach religii. Zaczęła sobie wyobrażać siebie jako świętą nowożytnych czasów, świętą ratującą ludzkie życie, zapuszczającą się śmiało w niebezpieczny busz pełen lwów i tygrysów.

Kiedy miała piętnaście lat, umiała już całować z otwartymi ustami i wiedziała, że miłość jest głównie źródłem cierpienia. Pewnego dnia, gdy czekała na powrót matki, przypadkiem odkryła masturbację. Już w dzieciństwie oddawała się tej przyjemności - do dnia gdy przyłapał ją na tym ojciec i przylał jej kilka razy, nie siląc się na żadne wyjaśnienia. Maria nigdy nie zapomniała lania. Nauczyło ją, że nie powinna dotykać pewnych miejsc przy świadkach. Ponieważ nie miała własnego pokoju, szybko zapomniała o przyjemności, jaką dawała jej ta zabawa.

Aż do owego popołudnia, jakieś sześć miesięcy po pamiętnym pocałunku. Matka spóźniała się, Maria nie miała nic do roboty, ojciec właśnie wyszedł z przyjacielem, a w telewizji nie było nic interesującego. Zaczęła bacznie przyglądać się swemu ciału w poszukiwaniu jakichś włosków do depilacji. Odkryła mały pączek u góry sromu, zaczęła się nim bawić i już nie mogła się powstrzymać. Stawało się to coraz bardziej przyjemne. Całe jej ciało - a szczególnie to miejsce, którego dotykała - prężyło się z rozkoszy. Powoli wchodziła do raju, doznanie przybierało na sile. Poczuła, że widzi przez mgłę, przed oczami wirowały jej złociste iskierki. Wreszcie jęknęła i przeżyła swój pierwszy orgazm.

Orgazm! Rozkosz!

To było tak, jakby wzniosła się do nieba i powoli opadała ku ziemi na spadochronie. Jej ciało było zlane potem, lecz czuła się spełniona, rozpromieniona, naładowana energią. A więc to właśnie jest seks? Cudownie! Można rzucić w kąt pisma pornograficzne, w których wszyscy udają rozkosz, a na twarzy mają grymas bólu. Nie potrzeba mężczyzny, który pożąda ciała, lecz pogardza sercem kobiety. Mogła to wszystko robić sama! Spróbowała od nowa, wyobrażając sobie, że pieści ją znany aktor. Znów sięgnęła raju i zyskała jeszcze więcej energii. Gdy zaczęła się masturbować po raz trzeci, wróciła matka.

Maria poszła poplotkować z przyjaciółkami o swym odkryciu. Tym razem nie przyznała się jednak, że doświadczyła tego po raz pierwszy zaledwie kilka godzin wcześniej. Wszystkie - z wyjątkiem dwóch - wiedziały, o co chodzi, lecz żadna nie ośmieliła się mówić o tym głośno. Maria poczuła się nowatorką, liderką grupy. Wymyślając niedorzeczną zabawę w „intymne zwierzenia”, poprosiła, by opowiedziały o swojej ulubionej metodzie masturbacji. Tym sposobem poznała różne techniki. Na przykład otulać się szczelnie kołdrą w pełni lata (jak twierdziła jedna z dziewczyn, pot ułatwia sprawę), dotykać czułego miejsca gęsim piórem (nie wiedziała, jak to miejsce się nazywa), pozwolić chłopcu, by zrobił to za nią (według Marii nie było to konieczne), wykorzystać kran bidetu (u niej w domu nie było bidetu, ale postanowiła przetestować to przy najbliższej sposobności).

W każdym razie gdy odkryła masturbację i zastosowała kilka technik wypróbowanych przez przyjaciółki, porzuciła myśl o życiu zakonnym. Masturbacja dawała jej wiele przyjemności, a jeżeli wierzyć religii, jest ciężkim grzechem. Od tych samych przyjaciółek dowiedziała się o rzekomych konsekwencjach onanizmu: krosty na twarzy, szaleństwo, a nawet ciąża. Pomimo tych zagrożeń nadal oddawała się zakazanej rozkoszy co najmniej raz w tygodniu, najczęściej w środę, gdy ojciec wychodził na karty.

Jednocześnie czuła się coraz mniej pewnie wobec mężczyzn - i coraz bardziej pragnęła opuścić miasto, w którym żyła. Zakochała się po raz trzeci, a potem czwarty, umiała się już całować, umiała pieścić ukochanych i przyjmować ich pieszczoty. Ale zawsze coś stawało im na przeszkodzie i znajomość kończyła się dokładnie w chwili, gdy Maria zaczynała wierzyć, że znalazła człowieka, z którym mogłaby spędzić resztę życia. W końcu doszła do wniosku, że mężczyźni przynoszą tylko cierpienie, kłopoty i rozczarowania. Pewnego popołudnia w parku, przyglądając się jakiejś matce bawiącej się z dwuletnim synkiem, postanowiła, że będzie nadal brać pod uwagę wyjście za mąż, dzieci i dom z widokiem na morze, lecz nigdy więcej się nie zakocha, gdyż uczucia wszystko psują.

Tak upłynęły jej lata dojrzewania. Maria stawała się coraz piękniejsza, a coś szczególnego w jej twarzy, jakaś tajemnicza melancholia przyciągała wielu mężczyzn. Spotykała się z tym czy tamtym, marzyła i cierpiała pomimo obietnicy, jaką sobie złożyła, że nie zakocha się już nigdy więcej. Podczas jednego z takich spotkań utraciła dziewictwo na tylnym siedzeniu samochodu: pieściła się ze swym przyjacielem żarliwiej niż zwykle, chłopak się podniecił, a Maria, znużona tym, że jest ostatnią dziewicą wśród koleżanek, oddała mu się. W przeciwieństwie do masturbacji, która unosiła ją do nieba, nie doznała nic oprócz bólu, a na dodatek strużka krwi zaplamiła jej spódnicę. Nic z magii pierwszego pocałunku, kiedy zobaczyła czaple w locie, zachód słońca, kiedy usłyszała muzykę w oddali...

Kochała się jeszcze z tym chłopcem parokrotnie, ostrzegając, że jej ojciec zabije go, kiedy odkryje, że córka straciła z nim cnotę. Traktowała go jak pomoc naukową, za wszelką cenę pragnąc pojąć, na czym polega owa rozkosz płynąca z aktu płciowego.

Na próżno. Masturbacja wymagała o wiele mniej wysiłku i odpłacała z nawiązką. Ale wszystkie pisma, programy telewizyjne, książki, przyjaciółki, wszystko, absolutnie wszystko podkreślało doniosłą rolę mężczyzny. Maria pomyślała, że ma problemy seksualne, skupiła się pilniej na nauce i zapomniała na pewien czas o tym cudownym i strasznym uczuciu zwanym miłością.

 

Fragment pamiętnika siedemnastoletniej Marii:

Zrozumieć miłość - oto mój cel. Gdy kochałam, czułam, że naprawdę żyję. Wiem też, że wszystko, co mam teraz, jakkolwiek może się wydawać ciekawe, nie wzbudza we mnie entuzjazmu.

Miłość jednak bywa okrutna. Widziałam, jak cierpią moje przyjaciółki, i nie chcę tego doświadczyć na własnej skórze. Te same, które dawniej naśmiewały się ze mnie i z mojej niewinności, teraz pytają, jak ja to robię, że tak dobrze radzę sobie z mężczyznami. Uśmiecham się i zbywam je milczeniem, ponieważ wiem, że lekarstwo jest gorsze od samego bólu: po prostu nie zakochuję się. Z każdym dniem widzę coraz wyraźniej, jak bardzo mężczyźni są słabi, niestali, niepewni siebie, dziwni... Zdarzało mi się odrzucać awanse ojców niektórych moich przyjaciółek. Wcześniej mnie to gorszyło. Teraz myślę, że to nieodłączna część męskiej natury.

Choć moim celem jest zrozumieć miłość i choć nieraz cierpiałam za sprawą tych, którym oddałam serce, muszę przyznać, że ci, którzy dotknęli mojej duszy, nie rozbudzili mojego dala, ci natomiast, którzy dotknęli mojego dala, nie poruszyli mojej duszy.

Po ukończeniu szkoły średniej dziewiętnastoletnia Maria znalazła posadę sprzedawczyni w sklepie z tkaninami. Właściciel zakochał się w niej - wtedy już potrafiła posłużyć się mężczyzną, nie pozwalając się wykorzystać. Nigdy nie pozwoliła mu się dotknąć, choć zawsze była dla niego czarująca. Zdawała sobie sprawę z siły swojej urody.

Siła urody... Czym może być świat dla brzydkich kobiet? Miała przyjaciółki, na które nikt na tańcach nie zwracał uwagi, z którymi nikt nie rozmawiał. Dziewczyny te przywiązywały dużą wagę do najwątlejszego uczucia, jakim je obdarzono, rozpaczały w milczeniu, gdy je odtrącano, i starały się nie budować swej przyszłości na złudnej nadziei, że się komuś spodobają. Były bardziej niezależne, więcej czasu poświęcały sobie, lecz w mniemaniu Marii świat musiał się im wydawać nie do zniesienia.

Maria była świadoma swojej urody. Choć zazwyczaj puszczała mimo uszu przestrogi matki, tej jednej nie zlekceważyła: „Córeczko, uroda przemija”. Dlatego trzymała pracodawcę na dystans, co przyniosło jej znaczną podwyżkę (nie wiedziała, jak długo uda się zwodzić go samą nadzieją, że pewnego dnia pójdzie z nim do łóżka, ale jak na razie dobrze zarabiała), nie licząc premii za godziny nadliczbowe (tak naprawdę wolał mieć ją przy sobie, obawiając się, że gdyby zaczęła wychodzić wieczorami, mogłaby stracić dla kogoś głowę). Pracowała dwadzieścia cztery miesiące bez przerwy, dzięki temu mogła wspomóc rodziców, no i -co za sukces! - zaoszczędziła dość pieniędzy, by zafundować sobie tydzień wakacji w mieście swych marzeń, w mieście artystów, perle Brazylii: Rio de Janeiro!

Szef chciał jej towarzyszyć w podróży i pokryć wszystkie wydatki. Maria skłamała. Powiedziała mu, że matka zgodziła się puścić ją do jednego z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie pod jednym warunkiem: miała zatrzymać się u kuzyna, który uprawiał dżiu-dżitsu.

Poza tym nie może pan tak po prostu zostawić sklepu bez opieki - przypomniała szefowi.

Nie mów do mnie „pan” - poprosił, a Maria do strzegła, że w jego oczach tli się coś, co już znała: iskierka uczucia. Była zaskoczona, bo sądziła, że chodzi mu tylko o seks. A jednak jego wzrok mówił co innego:

„Mogę ci ofiarować dom, rodzinę i bezpieczeństwo”.

Z myślą o przyszłości, postanowiła podsycać tę iskierkę.

Oświadczyła, że będzie tęsknić za pracą, którą tak lubi, i za ludźmi, których darzy ciepłym uczuciem (nie wymieniła nikogo z imienia, by nie rozwiać mgiełki tajemnicy, czy to jego właśnie ma na myśli). Obiecała, że będzie bacznie pilnować portfela i jego zawartości. Prawda była zupełnie inna: chciała, by nikt, absolutnie nikt nie zepsuł jej pierwszego tygodnia całkowitej wolności. Chciała popływać w morzu, obejrzeć witryny sklepów i pokazać nieznajomym, że jest wolna - na wypadek gdyby pojawił się książę z bajki, chętny porwać ją ze sobą w nieznane.

Cóż to jest tydzień? - powiedziała, uśmiechając się kokieteryjnie. - Minie szybko i ani się obejrzymy, a będę z powrotem.

Zmartwiony pracodawca jeszcze trochę nalegał, ale w końcu dał za wygraną. Postanowił się oświadczyć zaraz po jej powrocie. Nie chciał popsuć wszystkiego, pozwalając sobie na zbytnią śmiałość.

Maria spędziła dwie doby w autobusie. Wynajęła pokój w hotelu piątej kategorii w dzielnicy Copacabana. (Ach! Copacabana! Bajeczna plaża, błękitne niebo...). Zanim się rozpakowała, chwyciła bikini - ostatni nabytek - wciągnęła je na siebie i choć dzień był pochmurny, poszła prosto na plażę. Ocean napawał ją obawą, ale zdobyła się na odwagę i weszła do wody.

Nikt na plaży nie miał pojęcia, że był to jej pierwszy kontakt z oceanem, z boginią lemanja, prądami morskimi, spienionymi falami i z wybrzeżem Afryki rojącym się od lwów po drugiej stronie Atlantyku. Gdy wyszła z wody, zaczepiła ją kobieta sprzedająca kanapki, potem przystojny ciemnoskóry mężczyzna, który zapytał, czy ma wolny wieczór, oraz cudzoziemiec, który 26 wprawdzie nie znał ani słowa po portugalsku, ale żywo gestykulując, zapraszał ją na kokosowe mleczko.

Kupiła kanapkę, bo nie umiała odmówić. Jednak obu mężczyzn zbyła milczeniem. Poczuła, że ogarnia ją smutek. Czemu teraz, gdy mogła wreszcie robić, co dusza zapragnie, zachowywała się tak żałośnie? Nie znajdując wytłumaczenia, usiadła na piasku, czekając, aż słońce wyjdzie zza chmur.

Wrócił obcokrajowiec z orzechem kokosowym dla niej. Była zadowolona, że nie musi z nim rozmawiać. Wypiła kokosowe mleczko, uśmiechnęła się, on również odpowiedział jej uśmiechem. To była wygodna forma kontaktu, do niczego nie zobowiązywała - jeden, drugi uśmiech - aż do chwili, gdy mężczyzna wyciągnął z kieszeni miniaturowy słownik w czerwonej okładce i powiedział ze śmiesznym akcentem: bonita - ładna. Uśmiechnęła się znowu. Szczerze mówiąc, wolałaby spotkać nieco młodszego i mówiącego w jej języku księcia z bajki.

Kartkując słownik, mężczyzna wydukał:

Kolacja dziś? - I zaraz dorzucił: - Szwajcaria!

Po czym wypowiedział słowa, które niemal w każdym języku brzmią niczym chóry anielskie: „Praca! Dolary!”.

Maria nie znała restauracji „Szwajcaria”. Czy to możliwe, aby wszystko było tak łatwe i marzenia spełniały się tak szybko? Lepiej mieć się na baczności: bardzo dziękuję za zaproszenie, jestem zajęta i wcale nie zamierzam kupować dolarów.

Mężczyzna, który nie zrozumiał ani jednego jej słowa, zaczął tracić nadzieję. Zniknął na chwilę i wrócił z tłumaczem. Za jego pośrednictwem wyjaśnił, że pochodzi ze Szwajcarii (a więc to nie była restauracja, tylko jego kraj), chciałby zjeść z nią kolację i zaproponować dobrze płatną pracę. Tłumacz - portier z hotelu, w którym zatrzymał się ten mężczyzna - a zarazem jego pomocnik w interesach, dorzucił po cichu:

Na twoim miejscu zgodziłbym się bez wahania. Ten facet to gruba ryba w show-biznesie. Przyjechał do Brazylii w poszukiwaniu nowych talentów. Mogę ci opowiedzieć o kilku osobach, które przyjęły już jego propozycję. Wiedz jedno: dziś są bardzo bogate. Założyły rodziny, a ich dzieciom nie grozi bezrobocie i włos im z głowy nie spadnie... W Szwajcarii robi się pyszne czekolady i świetne zegarki - dodał, by pochwalić się światowym obyciem.

Artystyczne doświadczenie Marii było co najmniej skromne: grała niewiastę sprzedającą wodę - niemą rolę w Męce Pańskiej, którą wystawiano zawsze podczas Wielkiego Tygodnia. Chociaż w autokarze nie zmrużyła oka, nie czuła zmęczenia. Była przejęta widokiem morza, znużona objadaniem się kanapkami i zakłopotana, bo w Rio nie znała absolutnie nikogo i chciała szybko spotkać jakąś bratnią duszę. Doświadczyła już sytuacji, w których mężczyzna dawał mnóstwo obietnic i nie spełniał żadnej, uznała więc, że ta historia z show-biznesem to pretekst, by ją poderwać. Udawała, że wcale jej nie obchodzi ta propozycja, ale w głębi duszy była przeświadczona, że szansę tę zsyła jej Najświętsza Panienka, że winna wykorzystać każdą sekundę tego tygodnia wakacji i cieszyła się, że będzie miała co opowiadać koleżankom. Przyjęła zaproszenie pod warunkiem, że towarzyszyć im będzie tłumacz, gdyż miała dosyć ciągłego uśmiechania się i udawania, że rozumie wywody obcokrajowca.

Jedyny problem, skądinąd bardzo istotny, polegał na tym, że nie miała odpowiedniego stroju na tę okazję. Kobieta nigdy nie wyjawia tak intymnych spraw (łatwiej jest się jej przyznać do zdrady męża, niż ujawnić stan swej garderoby), skoro jednak nie znała tych mężczyzn i zapewne już nigdy więcej ich nie zobaczy, nie miała nic do stracenia.

Właśnie przyjechałam z Nordeste i nie mam odpowiedniego stroju, by pójść do restauracji - powiedziała. Za pośrednictwem tłumacza Szwajcar poprosił ją, by nie zawracała sobie tym głowy, tylko podała mu adres hotelu. Tego samego popołudnia przysłał przez posłańca sukienkę, o jakiej nawet nie śniła, wraz z parą butów wartych zapewne jej roczną pensję.

Poczuła, że oto rozpoczyna się wielka przygoda, której tak gorąco marzyła przez całe dzieciństwo wiek dojrzewania na głuchej brazylijskiej prowincji - krainie suszy i facetów bez przyszłości, w mieście, gdzie ludzie żyli w niedostatku, choć uczciwie, gdzie wiodła nudną i pozbawioną sensu egzystencję. Teraz stanie się panią świata! Jakiś człowiek zaoferował jej właśnie pracę za dolary, podarował parę luksusowych pantofli i bajeczną suknię! Brakowało tylko makijażu, ale recepcjonistka z hotelu przyszła jej z pomocą, ostrzegając przy tym, że nie każdy obcokrajowiec jest godny zaufania, tak jak nie każdy Carioca - mieszkaniec Rio de Janeiro - jest draniem.

 

Maria puściła te przestrogi mimo uszu. Włożyła suknię, istne cudo, i spędziła kilka godzin przed lustrem, żałując, że nie ma aparatu fotograficznego. Nagle wpadła w popłoch - zdała sobie sprawę, że jest już niemal spóźniona, więc wybiegła, niczym Kopciuszek, do hotelu, w którym zatrzymał się Szwajcar.

Ku jej zaskoczeniu tłumacz oznajmił, że nie będzie im towarzyszył.

Nie przejmuj się wcale językiem. Najważniejsze, żeby się dobrze z tobą czuł.

Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić, skoro on nie rozumie, co ja do niego mówię?

No właśnie. Nie musicie ze sobą rozmawiać, to kwestia przepływu energii.

Maria nie miała pojęcia, co to znaczy. W jej rodzinnym mieście, gdy ludzie spotykali się, chcieli wymieniać myśli, zadawać pytania i słuchać odpowiedzi. Ale Mailson - tak nazywał się tłumacz-portier - zapewnił ją, że w Rio de Janeiro i na całym świecie jest zupełnie inaczej.

Nie staraj się rozumieć. Zrób wszystko, by poczuł się dobrze. To bezdzietny wdowiec, właściciel nocnego lokalu. Szuka Brazylijek chętnych do pracy za granicą. Powiedziałem mu, że brak ci klasy, lecz on się upiera. Twierdzi, że dziś na płazy zakochał się w tobie od pierwszego wejrzenia. Bardzo spodobało mu się twoje bikini. Popatrzył na nią znacząco.

Dobrze ci radzę, jeżeli chcesz znaleźć tu faceta, musisz zmienić fason bikini. Poza tym Szwajcarem nikt nie zwróci na nie uwagi, dawno już wyszło z mody.

Maria udała, że nie słyszy. Mailson ciągnął dalej:

Moim zdaniem nie chodzi mu tylko o przygodny romans. Uważa, że masz talent i w krótkim czasie możesz stać się główną atrakcją jego lokalu. Oczywiście nie wie jeszcze, jak śpiewasz i tańczysz, lecz tego można się na uczyć, natomiast uroda jest nam dana. Ach, ci Europejczycy! Zjawiają się tu i myślą, że wszystkie Brazylijki są zmysłowe i potrafią tańczyć sambę. Jeżeli on ma poważne zamiary, domagaj się umowy - z podpisem uwierzytelnionym przez konsulat szwajcarski - zanim opuścisz kraj. Jutro będę na plaży przed hotelem. Przyjdź do mnie, gdybyś miała jakieś wątpliwości.

Szwajcar z uśmiechem wziął ją za rękę i zaprowadził do czekającej przed hotelem taksówki.

Gdyby jednak jego zamiary były inne, to pamiętaj, że stawka za jedną noc wynosi trzysta dolarów. Pod żadnym pozorem nie bierz mniej - rzucił Mailson na odchodne.

Zanim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, jechała już z obcokrajowcem do restauracji. Ich rozmowa ograniczała się do minimum: Pracować? Dolar? Brazylijska gwiazda?

Maria rozmyślała jeszcze nad tym, co powiedział Mailson: trzysta dolarów za jedną noc! Ależ to istny majątek! Nie musiała żywić płomiennego uczucia, mogła uwieść tego mężczyznę, tak jak uwiodła swojego pracodawcę, wyjść za mąż, mieć dzieci i zapewnić rodzicom dostatni byt na starość. Cóż miała do stracenia? On nie jest już pierwszej młodości, może niebawem umrze, a ona odziedziczy po nim wielki majątek. Podobno Szwajcarzy śpią na złocie, ale wygląda na to, że w ich kraju brakuje kobiet.

Podczas kolacji rozmowa niezbyt się kleiła. Wymienili parę zdawkowych uśmiechów. Maria powoli zaczynała rozumieć, co znaczyła „kwestia przepływu energii”, a mężczyzna pokazał jej katalog, w którym były wycinki z gazet w jakimś obcym języku, zdjęcia kobiet w bikini (bez wątpienia bardziej śmiałych niż to, które nosiła dziś na plaży), kolorowe broszury reklamowe, w których jedynym zrozumiałym dla niej słowem było „Brazil”, napisane z błędem ortograficznym (czyż nie uczono jej w szkole, że pisze się przez s?). Dużo piła,

na wypadek gdyby Szwajcar złożył jej nieprzyzwoitą propozycję (nikt nie pogardzi trzystoma dolarami, a odrobina alkoholu znacznie ułatwia sprawy, zwłaszcza kiedy nie ma w pobliżu nikogo znajomego). Lecz ten mężczyzna zachowywał się jak dżentelmen, przysuwał jej krzesło, gdy siadała, i odsuwał, gdy wstawała. Pod koniec wieczoru, udając zmęczenie, zaproponowała spotkanie na plaży następnego dnia (pokazując godzinę na zegarku, naśladując dłonią ruch fal, bardzo powoli i wyraźnie wymówiła słowo „jutro”). Wydał się zadowolony, również spojrzał na swój zegarek (pewnie szwajcarski) i dał jej do zrozumienia, że godzina mu odpowiada.

Tej nocy źle spała. Śniło jej się, że to wszystko było tylko snem. Obudziła się. Ale to była prawda. Na krześle w jej skromnym hotelowym pokoju rzeczywiście wisiała suknia, obok stała para pięknych pantofli, a za kilka godzin czekało ją spotkanie na plaży.

Pamiętnik Marii z dnia, kiedy poznała Szwajcara:

Wszystko mi mówi, że niebawem podejmę bledną decyzję, ale czyż człowiek nie uczy się na własnych biedach? Czego los chce ode mnie? Żebym nie podejmowała ryzyka? Żebym wróciła, skąd przyszłam, nie mając nawet odwagi powiedzieć życiu „tak”?

Popełniłam już błąd w dzieciństwie, gdy ten chłopiec poprosił mnie o ołówek. Od tego czasu zrozumiałam, że okazje nie trafiają się często i że trzeba przyjmować prezenty, jakie przynosi nam los. Oczywiście, bywa to ryzykowne, ale czyż to ryzyko jest większe niż prawdopodobieństwo, że autobus, który wiózł mnie tu przez czterdzieści osiem godzin, ulegnie wypadkowi? jeżeli już mam być komuś lub czemuś wierna, to przede wszystkim sobie samej. Podobno jeżeli chcę spotkać prawdziwą miłość, muszę skończyć z nijakimi miłostkami. Moje skąpe doświadczenie pokazuje, że nic nie zależy od mojej woli - i to zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej. Ten, kto stracił coś, co uważał za swoje (a zdarzyło mi się to wielokrotnie), uczy się w końcu, że nic nie jest jego własnością.

Tak więc nie warto niczym się przejmować, tylko żyć tak, jakby dzisiejszy dzień był pierwszym (lub ostatnim) dniem mojego życia.

Nazajutrz, za pośrednictwem Mailsona, który zaczął się podawać za jej impresaria, oświadczyła, że przyjmie propozycję, gdy tylko otrzyma dokument uwierzytelniony przez szwajcarski konsulat. Obcokrajowiec, widać przyzwyczajony do takich wymagań, zapewnił, że jest to również jego życzenie. Tłumaczył, że pozwolenie na pracę w jego kraju zdobywa się na podstawie dokumentu zaświadczającego, że nikt inny nie potrafi wykonywać danego zawodu. Uzyska je bez trudu, Szwajcarki bowiem nie mają szczególnego talentu do samby. Pojechali razem do śródmieścia. Zaraz po podpisaniu umowy Mailson - portier, tłumacz i impresario w jednej osobie - zażądał w jej imieniu pięciuset dolarów zaliczki w gotówce, z czego skrzętnie zatrzymał trzydzieści procent dla siebie.

Oto twoja zapłata za tydzień z góry. Za tydzień, rozumiesz? Będziesz zarabiała pięćset dolarów tygodniowo, ale już na czysto, bez prowizji, bo ja pobieram ją tylko od pierwszej wypłaty.

Do tego dnia podróże po świecie były dla Marii tylko odległym marzeniem. A jakże wygodnie jest marzyć, jeśli nie musimy urzeczywistniać naszych planów! Wtedy odpowiedzialność i winę za wszystkie nasze niepowodzenia i frustracje zawsze możemy zrzucić na barki innych - najlepiej rodziców, małżonków czy dzieci.

I oto nagle Maria stanęła przed szansą, której tak bardzo oczekiwała, choć się jej lękała zarazem. Jak stawić czoło niebezpieczeństwom i wyzwaniom życia? Jak porzucić wszystkie swoje dotychczasowe nawyki? Dlaczego Najświętsza Panienka zdecydowała, że ma pojechać tak daleko?

Maria pocieszała się, że w każdej chwili może zmienić zdanie i że wszystko to jest zabawą bez żadnych konsekwencji - wspaniałą przygodą, którą będzie można pochwalić się po powrocie. W końcu była ponad tysiąc kilometrów od swego miasteczka, miała trzysta pięćdziesiąt dolarów w kieszeni i jeżeli nazajutrz postanowiłaby spakować manatki i wrócić do domu, to ani cudzoziemiec, ani hotelowy portier nigdy jej nie odnajdą.

Po wizycie w konsulacie postanowiła pójść na plażę, 34 popatrzeć na dzieci i na ich matki, na żebraków, pijaków, sprzedawców latynoskiego rękodzieła (produkowanego seryjnie w Chinach), ludzi uprawiających sporty, by opóźnić starość, turystów, emerytów grających w karty wzdłuż wybrzeża... Dotarła do Rio de Janeiro, jadła w jednej z najlepszych tutejszych restauracji, odwiedziła szwajcarski konsulat, poznała obcokrajowca, impresaria, dostała w prezencie suknię i parę butów, na które nikogo w Nordeste nie byłoby stać.

I co teraz?

Patrzyła na odległy horyzont. Uczyła się na lekcjach geografii, że dokładnie naprzeciw znajduje się Afryka, gdzie żyją lwy i wiele gatunków małp. Lecz gdyby skierowała się trochę bardziej na północ, postawiłaby w końcu stopę w zaczarowanej krainie zwanej Europą, w której była wieża Eiffla, katedra Notre Damę i krzywa wieża w Pizie. Cóż miała do stracenia? Jak wszystkie niemal Brazylijki, tańczyła już sambę, zanim wymówiła słowo „mama”. Jeżeli ta praca jej się nie spodoba, zawsze przecież może wrócić. Okazje są po to, by chwytać je w lot.

Dotychczas miała wyłącznie doświadczenia, w których ona decydowała, na które wyrażała zgodę, jak choćby pewne przygody z mężczyznami, lecz zwykle mówiła „nie”, gdy wolałaby powiedzieć „tak”. Teraz stała w obliczu nieznanego - podobnie jak nieznane było niegdyś to morze dla żeglarzy, którzy tu dopłynęli, co wiedziała z lekcji historii. Zawsze będzie czas, żeby powiedzieć „nie”, ale pora skończyć z użalaniem się nad sobą. Zdarzało jej się to czasem, gdy przypominała sobie chłopca, który poprosił ją o ołówek i zniknął... Dlaczego więc teraz od razu nie powiedziała „tak”? Z bardzo prostego powodu: była dziewczyną z głębokiej prowincji, całe jej życiowe doświadczenie sprowadzało się do kilku lat nauki w porządnej szkole, do szerokiej wiedzy na temat seriali telewizyjnych oraz wiary we własną urodę. A to nie wystarczało, by stawić czoło światu.

Spostrzegła grupę ludzi, którzy uśmiechali się niepewnie, spoglądając na morze, jakby bali się do niego zbliżyć. Jeszcze dwa dni temu odczuwała takie same obawy, ale to już minęło. Wchodziła do wody, kiedy tylko miała na to ochotę, jakby się tu urodziła. Czy nie tak samo będzie w Europie?

Pomodliła się w duchu do Matki Boskiej i podjęła decyzję o wyjeździe. Przecież będzie mogła wrócić, a nie co dzień trafia się okazja, by pojechać tak daleko. Warto zaryzykować. Teraz myślała już tylko o tym, by Szwajcar w ostatniej chwili nie zmienił zdania.

Była tak podekscytowana, że gdy cudzoziemiec zaprosił ją ponownie na kolację, uśmiechnęła się zmysłowo i wzięła go za rękę. Mężczyzna cofnął ją jednak natychmiast i Maria zrozumiała - nie bez zakłopotania i pewnej ulgi - że jego intencje są naprawdę poważne i szczere.

Gwiazda samby! - mówił. - Piękny gwiazda samby brazylijska! Podróż przyszły tydzień!

Wszystko to było cudowne, jednak „podróż przyszły tydzień” była absolutnie nie do przyjęcia. Maria tłumaczyła, że nie może podjąć tak ważnej decyzji bez uzgodnienia jej z rodziną. Wściekły Szwajcar wyjął kopię podpisanego dokumentu i wtedy po raz pierwszy ogarnął ją strach.

Umowa! - powtarzał z naciskiem.

Przed podjęciem ostatecznej decyzji Maria chciała jeszcze zasięgnąć rady Mailsona, swego impresaria. Czyż nie płaciła mu, by ją wspierał?

Lecz Mailson zabiegał teraz o względy niemieckiej turystki, która właśnie przybyła do hotelu i opalała się toples na piasku, przekonana, że Brazylia jest najbardziej liberalnym krajem na świecie, nie zdając sobie sprawy, że jako jedyna ma goły biust i ludzie przyglądają się jej z lekkim zażenowaniem. Maria z trudem skierowała uwagę Mailsona na siebie.

A jeżeli zmienię zdanie? - spytała.

- Nie wiem, co jest w umowie, ale on może cię zamknąć w więzieniu.

- Nigdy mnie nie znajdzie!

Masz rację. A więc nie przejmuj się tym. Jednak Szwajcar, który dał jej już pięćset dolarów zaliczki, zapłacił słono za parę butów, wytworną suknię, dwie kolacje i pokrył opłaty konsularne, zaczął się niepokoić. Skoro Maria upierała się, by odwiedzić rodzinę, postanowił kupić dwa bilety na samolot i towarzyszyć jej w podróży do domu - pod warunkiem że wszystko zostanie uregulowane w czterdzieści osiem godzin i będą mogli wyjechać do Europy w następnym tygodniu, zgodnie z ustalonym planem. Zrozumiała wreszcie, co wynikało z dokumentu, który podpisała. Zrozumiała też, że nie należy igrać z flirtami, uczuciami i kontraktami.

Jej rodzinne miasto z zaskoczeniem i z dumą przyjęło piękną Marię, córę tej ziemi, przybywającą w towarzystwie obcokrajowca pragnącego uczynić z niej w Europie wielką gwiazdę. Wieść o tym lotem błyskawicy obiegła całe miasto, a gdy zasypywano ją gradem pytań, odpowiadała:

Po prostu mam szczęście.

Jej szkolne przyjaciółki były bardzo ciekawe, czy w Rio de Janeiro takie sytuacje są nagminne, bo w niektórych serialach telewizyjnych widziały podobne przypadki. Maria zbywała to znaczącym milczeniem, aby podkreślić swą osobistą zasługę i udowodnić, że jest kimś wyjątkowym.

W jej rodzinnym domu Szwajcar ponownie pokazał zdjęcia, katalog reklamowy „Brazil” i umowę, podczas gdy Maria tłumaczyła, że ma teraz własnego impresaria i sporą szansę na zrobienie zawrotnej kariery artystycznej. Matka, widząc na zdjęciach dziewczyny w skąpym bikini, nie zadawała więcej pytań. Dla niej liczyło się jedynie, by córka była szczęśliwa i bogata -lub nieszczęśliwa, lecz przynajmniej bogata.

- Jak on ma na imię? - spytała.

- Roger.

Rogerio! Miałam kuzyna o takim imieniu!

Mężczyzna uśmiechnął się, zaczął bić brawo, a wtedy stało się jasne, że nie zrozumiał ani słowa.

- Ależ on jest w moim wieku! - żachnął się ojciec. Żona przywołała go do porządku, tłumacząc, że to życiowa szansa dla ich córki. Jak wszystkie krawcowe wiele plotkowała ze swymi klientkami i w ten sposób zdobyła sporą wiedzę o małżeństwie i miłości, poradziła więc Marii:

Moja kochana, lepiej być nieszczęśliwą z bogatym mężem niż szczęśliwą z biednym. Tam będziesz miała więcej okazji, by stać się nieszczęśliwą bogaczką. A zresztą, jeśli ci się nie uda, wsiadaj do autobusu i wracaj do domu.

Maria, dziewczyna o inteligencji przekraczającej

wyobrażenia jej matki i przyszłego męża, odpowiedziała zaczepnie:

Mamo, między Europą i Brazylią nie kursują autobusy. Poza tym mam zamiar robić karierę artystyczną, a nie szukać męża. Matka spojrzała na nią niemal z rozpaczą.

Skoro możesz tam pojechać, to równie dobrze możesz stamtąd wrócić. Kariera artystyczna to dobre dla podlotków, trwa tak długo, dopóki jesteś piękna, i kończy się mniej więcej koło trzydziestki. Korzystaj więc póki czas, znajdź sobie jakiegoś uczciwego, kochającego chłopaka i błagam cię, wyjdź za mąż. Nie trzeba za wiele rozmyślać o miłości. Na początku nie kochałam twojego ojca, ale za pieniądze można kupić wszystko, nawet prawdziwą miłość. A jak wiesz, twój ojciec nie jest nawet bogaty!

W przeddzień wyjazdu do Rio Maria poszła do sklepu, w którym pracowała, by złożyć rezygnację. - Doszły mnie słuchy - powiedział jej pracodawca - że jakiś wielki francuski impresario postanowił zabrać cię do Paryża. Nie mogę stawać na drodze twojemu szczęściu, ale zanim wyjedziesz, muszę ci coś wyznać.

Wyciągnął z kieszeni łańcuszek z medalikiem.

Jest to cudowny medalik Matki Boskiej Łaskawej. Kościół pod jej wezwaniem znajduje się w Paryżu. Pójdź tam i poproś ją o opiekę.

Maria przeczytała kilka słów, które były na nim wygrawerowane: O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Amen.

Nie zapomnij powtarzać tych słów przynajmniej raz dziennie. I... - zawahał się - ...jeżeli kiedyś tu wrócisz, wiedz, że będę na ciebie czekał. Przegapiłem okazję, by powiedzieć ci coś bardzo zwykłego: kocham cię. Wiem, że jest już być może za późno, ale chcę, byś o tym wiedziała.

Maria bardzo wcześnie doświadczyła na własnej skórze, co znaczy „przegapić okazję”. Ale słowa „kocham cię” słyszała często w ciągu dwudziestu dwóch lat swojego życia i wydawały się jej zupełnie pozbawione sensu. Nigdy nie towarzyszyło im poważne, głębokie uczucie, które przekładałoby się na trwały związek. Podziękowała za te słowa i zapisała je w pamięci (nigdy nie wiadomo, co przyniesie nam los, i zawsze lepiej wiedzieć, gdzie jest wyjście awaryjne). Złożyła niewinny pocałunek na jego policzku i odeszła, nie oglądając się za siebie.

W Rio wydano jej paszport w niespełna dwadzieścia cztery godziny („Brazylia naprawdę się zmieniła”, skomentował Roger za pomocą kilku słów po portugalsku i wielu gestów, co Maria przetłumaczyła jako: „Dawniej zajmowało to o wiele więcej czasu”). Przy pomocy Mailsona zakończyli ostatnie przygotowania do wyjazdu (ubrania, buty, kosmetyki, wszystko, o czym mogła marzyć kobieta taka jak Maria). Roger przyglądał się, jak tańczyła w lokalu, do którego poszli w przeddzień odlotu do Europy, i zachwycony gratulował sobie wyboru - przed nim stała naprawdę wielka gwiazda kabaretu „Gilbert”, piękna zielonooka brunetka, z włosami czarnymi jak skrzydło grauna (ptaka, do którego brazylijscy pisarze zazwyczaj porównują ciemne włosy). W szwajcarskim konsulacie czekało już na nią pozwolenie na pracę. Spakowali walizki i nazajutrz odlecieli do kraju czekolady, zegarków i sera. W skrytości ducha Maria wciąż wierzyła, że ten mężczyzna w końcu się w niej zakocha. Przecież nie był ani stary, ani brzydki, ani biedny. Czegóż chcieć więcej ?

Dotarła na miejsce wycieńczona i jeszcze na lotnisku chwycił ją za gardło paniczny strach: uzmysłowiła sobie, że jest całkowicie zależna od mężczyzny, który stoi obok niej - nie zna ani kraju, ani języka, i nie wie, co to siarczysty mróz. Zachowanie Rogera zmieniało się z godziny na godzinę: nie starał się już być miły. Stał się jakby nieobecny. Umieścił ją w podrzędnym hoteliku i przedstawił innej Brazylijce, młodej, smutnej kobiecie, Vivian, która miała wprowadzić ją w arkana przyszłego zawodu.

Vivian nie okazała cienia serdeczności wobec świeżo przybyłej rodaczki. Zmierzyła ją od stóp do głów i powiedziała bez ogródek:

Nie miej złudzeń. On jeździ do Brazylii za każdym razem, gdy któraś z jego tancerek wychodzi za mąż, a zdarza się to dość często. Wie, czego chce, a sądzę, że i ty wiesz. Zapewne przyjechałaś tu szukać przygód, forsy albo męża.

Jak to odgadła? Czyżby wszyscy szukali tego samego? A może umiała czytać w cudzych myślach?

Tutaj wszystkie dziewczyny szukają jednej z tych trzech rzeczy - ciągnęła Vivian. - Jeżeli chodzi o przy gody, tu jest zbyt zimno, by na cokolwiek się odważyć, a poza tym nie zostaje nam wiele czasu na podróżowanie. Co do pieniędzy, będziesz musiała pracować prawie przez rok, by zarobić na bilet powrotny. A trzeba jeszcze wyżywić się i opłacić czynsz. -Ale...

Wiem, nie tak to miało wyglądać. Ale tak naprawdę, zapomniałaś spytać, jak to miało wyglądać... jak zresztą my wszystkie. Gdybyś była ostrożniejsza, gdy byś uważnie przeczytała umowę, którą podpisałaś, wie działabyś dokładnie, w co się pakujesz, bo Szwajcarzy wprawdzie nie kłamią, ale potrafią wiele przemilczeć. Maria czuła, że traci grunt pod nogami.

No i każda dziewczyna, która wychodzi za mąż, naraża Rogera na poważne straty finansowe. Dlatego nie wolno nam rozmawiać z klientami. Jeżeli przyjdzie ci to do głowy, będziesz miała kłopoty. To nie jest miejsce, gdzie ludzie się spotykają, w przeciwieństwie do ulicy Berneńskiej. Ulica Berneńska?

Tutaj mężczyźni przychodzą z żonami, więc nie liczni przypadkowi turyści, dla których atmosfera jest tu zbyt rodzinna, idą szukać kobiet gdzie indziej. Na ucz się tańczyć. Jeżeli potrafisz śpiewać, to twoja pensja wzrośnie, podobnie zresztą jak zawiść innych dziewczyn. Właśnie dlatego, choćbyś miała najpiękniejszy głos w całej Brazylii, radzę ci o tym zapomnieć i nie próbować śpiewać. A przede wszystkim nie dzwoń do kraju. Wydasz to, czego jeszcze nie zarobiłaś, a i tak za wiele tego nie będzie.

Ależ on obiecał mi pięćset dolarów tygodniowo!

Sama zobaczysz...Pamiętnik Marii; drugi tydzień pobytu w Szwajcarii:

Byłam w lokalu, poznałam „nauczyciela tańca” pochodzącego z kraju zwanego Maroko i musiałam się uczyć każdego kroku tego, co on, który nigdy nie postawił nogi w Brazylii, uważa za sambę. Nie miałam nawet czasu odpocząć po długim locie z Brazylii, musiałam uśmiechać się i tańczyć od pierwszego wieczoru. Jest nas tu sześć, żadna nie jest szczęśliwa, żadna nie wie, co tu właściwie robi. Klienci piją drinki, klaszczą, przesyłają nam pocałunki i po kryjomu robią lubieżne gesty, ale nic poza tym.

Wczoraj wypłacono mi pierwszą pensję, ledwie jedną dziesiątą tego, co było ustalone - reszta, wedle umowy, ma pokryć koszty biletu lotniczego i utrzymania. Według obliczeń Vivian, potrzeba na to co najmniej roku pracy, co znaczy, że przez ten czas nie będę mogła nigdzie uciec. Ale czy warto uciekać? Dopiero co przyjechałam, nic jeszcze nie wiem. Jaki to problem tańczyć przez siedem wieczorów w tygodniu? Przedtem robiłam to dla przyjemności, teraz dla pieniędzy i przyszłej sławy. Moje nogi nie narzekają, najtrudniej jest bezustannie się uśmiechać.

Mam wybór: mogę być ofiarą losu lub poszukiwaczem przygód wyruszającym po skarb. Wszystko zależy od tego, jak będę postrzegała własne życie.

Maria dokonała wyboru. Będzie poszukiwaczem przygód wyruszającym po swój skarb. Odłożyła na bok sentymenty, przestała płakać po nocach, zapomniała, kim dotąd była. Odnalazła w sobie wolę, by odkrywać nowy świat. Użalanie się nad sobą i brakiem kogoś bliskiego nie miało sensu. Serce może zaczekać. Na razie musi zarobić pieniądze, poznać Szwajcarię i wrócić triumfalnie do domu.

Zresztą wszystko wokół bardzo przypominało Brazylię, a zwłaszcza jej miasto: dziewczyny mówiły po portugalsku, bez przerwy narzekały na mężczyzn, głośno się kłóciły, protestowały przeciwko rozkładowi dnia, spóźniały się do pracy, przeklinały właściciela, uważały się za najpiękniejsze istoty pod słońcem i snuły historie o księciach z bajki - ich książęta byli na ogół gdzieś bardzo daleko albo mieli żony na karku, albo nie mieli pieniędzy i żyli na ich utrzymaniu. W przeciwieństwie do tego, co Maria wyobrażała sobie, oglądając broszurki reklamowe Rogera, atmosfera w lokalu była dokładnie taka, jak opisała ją Vivian: rodzinna. Pod żadnym pozorem nie mogły przyjmować zaproszeń ani wychodzić z klientami, gdyż w pozwoleniu na pracę figurowały jako „tancerki samby”. Gdy przyłapywało je na przyjmowaniu karteczek z nagryzmolonym pośpiesznie numerem telefonu, pozbawiane były pracy - a tym samym pensji - na dwa tygodnie. Maria, spragniona wrażeń, powoli pogrążała się w monotonii i nudzie.

Przez pierwsze dwa tygodnie rzadko wychodziła z pensjonatu, w którym mieszkała, zwłaszcza kiedy odkryła, że nikt w mieście nie rozumie portugalskiego, nawet jeśli powoli i wyraźnie wymawiała każde słowo. Ku swojemu zdziwieniu dowiedziała się również, że miasto, w którym się znalazła, miało dwie nazwy - Genewa dla jego mieszkańców i Genebra dla mieszkających w nim Brazylijek.

W końcu, po wielu godzinach spędzonych w malutkiej klitce bez telewizora, doszła do wniosku, że:

a) Nigdy nie osiągnie tego, co zamierzyła, jeżeli nie będzie umiała wyrazić tego, co myśli. Musi więc na uczyć się tutejszego języka.

b) Skoro wszystkie jej koleżanki poszukiwały tego samego, ona musi być inna. Nie miała jeszcze tylko pomysłu na swoją „inność”.

 

Pamiętnik Marii pisany cztery tygodnie po przyjeździe do Genewy:

Jestem tu już cala wieczność. Nie mówię w ich języku. Calymi dniami słucham muzyki nadawanej przez radio, wpatruję się w ściany mojego pokoju i rozmyślam o Brazylii, wyczekując z niecierpliwością wyjścia do pracy, a gdy pracuję, nie mogę się doczekać powrotu do pensjonatu. To znaczy, że żyję w przyszłości zamiast w teraźniejszości.

Pewnego dnia, w odległej przyszłości, kupię bilet powrotny. Wrócę do Brazylii. Wyjdę za mąż za właściciela sklepu tekstylnego i będę wysłuchiwać złośliwych komentarzy koleżanek, które nigdy nie podjęły ryzyka i cieszą się z porażek innych. Nie, nie mogę tak wrócić. Wolałabym wyskoczyć z samolotu lecącego nad oceanem.

Jednak okna w samolocie nie otwierają się (tego się zresztą nie spodziewałam, jaka szkoda, że nie można poczuć świeżego powietrza!), wolę więc umrzeć tutaj. Ale zanim umrę, chcę walczyć o życie. Dopóki mogę iść o własnych siłach, pójdę tam, gdzie zechcę.

Następnego dnia poszła zapisać się na kurs francuskiego. Poznała tam ludzi wszelkich wyznań i w każdym wieku, mężczyzn w krzykliwych garniturach, z ciężkimi złotymi łańcuchami na nadgarstkach, kobiety, które nie zdejmowały z głowy woalu, dzieci, które uczyły się szybciej niż dorośli - czyż nie powinno być akurat na odwrót, skoro dorośli mają większe doświadczenie? Była dumna, że wszyscy znali jej kraj, karnawał, sambę, piłkę nożną i najsłynniejszą osobę na świecie: Pelego. Na początku chciała być miła i starała się poprawiać ich wymowę (mówi się Pelee! Peleee!), lecz po jakimś czasie dała za wygraną, skoro ją również nazywali Maria - cóż za mania cudzoziemców, żeby zmieniać wszystkie imiona i uważać, że zawsze ma się rację!

Po południu (by ćwiczyć francuski) postawiła pierwsze kroki w mieście o podwójnej nazwie, posmakowała wyśmienitej czekolady, sera, którego nigdy jeszcze nie jadła, odkryła gigantyczną fontannę na środku jeziora, śnieg - po którym żaden mieszkaniec jej rodzinnego miasta jeszcze nie chodził, łabędzie, restaurację z kominkiem (nie weszła tam, ale widziała ogień przez okno i napełniało ją to przyjemną błogością). Ze zdziwieniem zauważyła również, że na ulicach reklamowano nie tylko zegarki, lecz także banki. Nie potrafiła pojąć, po co

tyle banków dla tak niewielu mieszkańców, ale postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy.

Przez trzy miesiące udawało się jej poskromić swoją zmysłową naturę - powszechnie przypisywaną Brazylijkom - aż pewnego dnia zakochała się w Arabie, który chodził z nią na kurs francuskiego. Po trzech tygodniach romansu kochanek zabrał ją na wycieczkę w pobliskie góry i nie zjawiła się w pracy. Nazajutrz Roger wezwał ją do swojego gabinetu.

Ledwie stanęła w drzwiach, została bezceremonialnie zwolniona za dawanie złego przykładu innym dziewczynom. Rozhisteryzowany Roger oświadczył, że po raz kolejny się zawiódł, że nie można ufać Brazylijkom. (Mój Boże! Cóż za mania uogólniania!). Na próżno zapewniała, że jej nieobecność spowodowana była tylko silną gorączką. Pracodawca nie dał się udobruchać. Krzyczał, że znów musi jechać do Brazylii po nową tancerkę. Ciskał się, że lepiej było zrobić spektakl z muzyką bałkańską i tancerkami z Jugosławii, o niebo ładniejszymi, a już z pewnością bardziej godnymi zaufania.

Pomimo młodego wieku Maria nie była idiotką - poza tym arabski kochanek wyjaśnił jej, że w Szwajcarii zatrudnienie jest obwarowane bardzo rygorystycznymi przepisami i Maria, broniąc się przed zwolnieniem, może wykorzystać argument, że zmuszano ją do pracy niemal niewolniczej, bo pracodawca zatrzymywał lwią część jej wynagrodzenia.

Wróciła do biura Rogera i posługując się tym razem w miarę poprawną fracuszczyzną, wplotła w swoją wypowiedź słowo „adwokat”. Wyszła stamtąd z kilkoma obelgami pod swoim adresem i pięcioma tysiącami dolarów odszkodowania - sumą, o jakiej nigdy nie śniła, a wszystko to dzięki magicznemu słowu „adwokat”. Mogła teraz swobodnie spotykać się z arabskim kochankiem, kupić kilka prezentów, zrobić zdjęcia zaśnieżonego krajobrazu i wrócić do kraju.

Zadzwoniła do sąsiadki rodziców, by oznajmić, że jest szczęśliwa i ma przed sobą wspaniałą karierę, więc nie ma powodu do zmartwień. Ponieważ lada dzień miała opuścić pokój w pensjonacie, uznała, że nie pozostaje jej nic innego, jak wyznać kochankowi dozgonną miłość, przejść na jego wiarę, poślubić go - nawet gdyby musiała nosić tę dziwną chustkę na głowie. Powszechnie wiadomo, że Arabowie są bardzo bogaci, a to było najważniejsze.

Lecz Arab gdzieś się ulotnił. W głębi duszy była wdzięczna Najświętszej Panience, że nie musi się wypierać swojej wiary. Mówiła już nieźle po francusku, miała pieniądze na bilet powrotny, pozwolenie na pracę jako tancerka samby i ważną kartę pobytu. Wiedząc, że w ostateczności może wyjść za mąż za sprzedawcę tekstyliów, postanowiła zrobić to, co wydawało jej się łatwe: zarabiać pieniądze dzięki swej urodzie.

W Brazylii czytała raz książkę o przygodach pasterza poszukującego skarbu, który musiał zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, ale właśnie dzięki temu osiągnął wszystko, czego pragnął. I to był dokładnie jej przypadek. Była teraz w pełni świadoma, że straciła pracę, by wypełniło się jej prawdziwe przeznaczenie - zostać modelką.

Wynajęła mały pokój (bez telewizora, bo musiała oszczędzać, dopóki nie zacznie zarabiać) i już następnego dnia postanowiła odwiedzić agencje mody. Wszędzie słyszała, że powinna zostawić profesjonalne zdjęcia. W końcu była to inwestycja we własną karierę - wszystkie marzenia mają swoją cenę. Wydała sporą część oszczędności na doskonałego, małomównego, ale wymagającego fotografa. W studiu fotograficznym miał zasobną garderobę, więc pozowała w strojach prostych, ekstrawaganckich, a nawet w bikini, na widok którego jej jedyny znajomy w Rio de Janeiro, portier, tłumacz i impresario w jednej osobie - Mailson - pękłby z dumy. Dodatkowe odbitki wysłała do rodziny wraz z listem, w którym zapewniała, że jest w Szwajcarii szczęśliwa. Niech myślą sobie, że jest bogata, ma stroje, które mogą wzbudzić zazdrość koleżanek, i stała się najsławniejszą dziewczyną z rodzinnego miasteczka. Kiedy wszystko pójdzie po jej myśli (przeczytała wiele książek o „pozytywnym myśleniu” i nie mogła wątpić w swoje zwycięstwo), to w domu powita ją orkiestra, a prefekt, być może, nazwie jakiś plac jej imieniem.

Kupiła telefon komórkowy i przez następne dni czekała, by ktoś zadzwonił i zaproponował jej pracę. Jadała w chińskich restauracjach (najtańszych) i aby zabić czas, uczyła się jak szalona.

Ale dni mijały, a telefon milczał. Nikt jej nie zaczepiał, gdy spacerowała brzegiem jeziora, poza kilkoma handlarzami narkotyków, stojącymi zawsze w tym samym miejscu, pod jednym z mostów łączących stary park z nowym miastem. Zaczęła wątpić w swą urodę, lecz jedna ze spotkanych przez przypadek w kawiarni dawnych koleżanek z pracy wyjaśniła jej, że Szwajcarzy nie lubią być natrętni, a cudzoziemcy jak ognia boją się podejrzeń o „molestowanie seksualne” - taki termin wymyślono po to, by kobiety na całym świecie czuły się brzydkie i nijakie.

Pamiętnik Marii pisany pewnego wieczoru, gdy nie miała odwagi ani wyjść z domu, ani czekać na telefon, ani żyć:

Przechodziłam dziś koło wesołego miasteczka. Muszę się teraz liczyć z każdym groszem, wolałam się więc tylko przyglądać. Długo stałam przed diabelskim młynem. Większość ludzi wsiadała do wagoników w poszukiwaniu mocnych wrażeń, lecz gdy tylko młyn ruszał, ci sami ludzie umierali ze strachu i błagali, żeby zatrzymać maszynerię.

Czego właściwie oczekiwali? Skoro wybrali przygodę, powinni być gotowi pójść na całość. A może żałowali, że nie kręcą się bezpiecznie na dziecinnej karuzeli, zamiast w szaleńczym tempie jeździć na diabelskim młynie?

Czuję się w tej chwili zbyt samotna, by myśleć o miłości, lecz muszę wierzyć, że to minie, że znajdę odpowiednią pracę i że jestem tu, bo taki jest mój wybór. Moje życie jest jak ten diabelski młyn. Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa -jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka.

Niełatwo żyć z dala od bliskich, od języka, w którym umiem wyrazić wszystkie uczucia. Jednak od dziś,

gdy będę przybita, wspomnę to wesołe miasteczko. Gdybym spała i nagle obudziła się w wagoniku diabelskiego młyna, cóż bym czuła?

Najpierw czułabym się niczym więzień, bałabym się wysokości, serce podchodziłoby mi do gardła, kręciłoby mi się w głowie i chciałabym czym prędzej wysiąść. Lecz gdybym miała pewność, że te tory są moim przeznaczeniem, że Bóg steruje tą maszynerią, wtedy mój koszmar przerodziłby się w podniecającą przygodę. I diabelski młyn stałby się bezpieczną i ciekawą rozrywką, która kiedyś się przecież kończy. Jednak dopóki młyn się kręci, trzeba podziwiać roztaczający się wokół krajobraz i wrzeszczeć z radości.

Maria potrafiła mądrze pisać, niestety, nie udawało się jej tych mądrości zastosować w praktyce. Chwile przygnębienia powtarzały się coraz częściej, a telefon milczał jak zaklęty. Aby rozerwać się i poćwiczyć francuski, zaczęła kupować kolorowe magazyny o sławnych ludziach. Lecz gdy tylko zdała sobie sprawę, że wydaje na nie za dużo pieniędzy, wyruszyła na poszukiwanie najbliższej biblioteki. Bibliotekarka wyjaśniła jej, że nie wypożyczają tu kolorowych pism, ale jest mnóstwo książek, które pomogą jej szlifować francuski.

Nie mam czasu na czytanie książek.

Jak to nie ma pani czasu? A co pani robi?

Wiele rzeczy: uczę się języka, piszę pamiętnik i...

- I co?

Już miała powiedzieć: „Czekam, by telefon zadzwonił”, ale w porę ugryzła się w język.

- Moja miła, jest pani młoda, całe życie przed panią.

Niech pani czyta. Niech pani zapomni o wszystkim, co mówiono pani dotąd o książkach, i niech pani czyta.

Ja dużo już przeczytałam...

Zawahała się. Przypomniała sobie, co Mailson mówił o „przepływie energii”. Bibliotekarka wydawała jej się osobą wrażliwą i łagodną. Intuicja podpowiadała Marii, że mogłaby mieć w niej przyjaciółkę, która przyszłaby jej z pomocą, gdyby wszystko inne zawiodło. Powinna ją sobie zjednać.

...ale chciałabym jeszcze poczytać - dorzuciła. - Proszę mi pomóc w doborze lektur.

Dostała Małego Księcia. Tego samego wieczoru prze-kartkowała go pobieżnie, zauważyła obrazki przedstawiające kapelusz - autor twierdził, że dla dzieci jest to wąż trawiący słonia. „Nigdy chyba nie byłam dzieckiem - pomyślała. - Według mnie, to bardziej przypomina kapelusz”. Towarzyszyła Małemu Księciu w jego wędrówkach, choć ogarniał ją smutek za każdym razem, gdy była mowa o miłości - kategorycznie zabroniła sobie o tym myśleć. Jednak poza bolesnymi, romantycznymi scenami pomiędzy księciem, lisem i różą, książka była porywająca. Maria przestała sprawdzać co pięć minut, czy bateria telefonu komórkowego jest naładowana.

Odtąd stała się częstą bywalczynią biblioteki. Rozmawiała z bibliotekarką, która również wydawała się bardzo samotna, prosiła ją o rady, dyskutowały o życiu i o pisarzach - aż do dnia, gdy rozpłynął się ostatni uciułany grosz.

A ponieważ los zawsze czeka na sytuacje krytyczne, by pokazać, telefon w końcu zadzwonił.

Trzy miesiące po tym, jak odkryła słowo „adwokat”, i dwa miesiące po otrzymaniu odszkodowania Maria odebrała telefon od pewnej agencji modelek. Rozmawiała chłodno, by nie zdradzać podekscytowania. Dowiedziała się, że pewnemu Arabowi, wysoko postawionemu w świecie mody, bardzo spodobały się jej zdjęcia i pragnął zaprosić ją do udziału w pokazie. Maria przypomniała sobie o niedawnym rozczarowaniu związanym z innym Arabem, ale pomyślała też o pieniądzach, których rozpaczliwie potrzebowała. Spotkanie zostało umówione w znanej genewskiej restauracji. Zastała tam eleganckiego mężczyznę, dojrzalszego i przystojniejszego niż jej niedawny znajomy.

Czy wie pani, kto namalował ten obraz nad barempo spytał podczas kolacji. - Joan Miro. A czy wie pani, kim był Joan Miro?

Maria milczała skupiona na jedzeniu, tak odmiennym od dań w chińskich restauracjach, w których żywiła się ostatnimi czasy. Zanotowała w pamięci: przy następnej wizycie w bibliotece trzeba dowiedzieć się czegoś o Joanie Miro.

Przy tamtym stole w rogu często siadywał Federico Fellinii - nie dawał za wygraną jej towarzysz. - Co pani sądzi o filmach Felliniego?

Odpowiedziała, że je uwielbia. Chciał pogłębić temat, więc Maria, czując, że jej wiedza nie sprosta temu badaniu, powiedziała bez ogródek:

Ameryki nie odkryję. Wiem jedynie, jaka jest różnica pomiędzy coca-colą i pepsi. Może pomówimy o pańskim pokazie mody?

Szczerość dziewczyny wywarła chyba dobre wrażenie.

Porozmawiamy o tym przy drinku po kolacji. Zapadło milczenie. Patrzyli na siebie, a każde z nich próbowało czytać w myślach drugiego.

Jest pani bardzo ładna - podjął Arab. - Jeżeli zgodzi się pani wypić ze mną drinka u mnie w hotelu, dam pani tysiąc franków. Maria pojęła w lot jego zamiary. Czy była to wina agencji modelek? Czy była to jej własna wina? Czy powinna przez telefon dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej kolacji? Nie, to nie była wina agencji ani jej, ani Araba: tak właśnie to wszystko działało. Nagle zatęskniła za Brazylią, za miasteczkiem w Nordeste, za czułymi ramionami matki. Przypomniał się jej Mailson, który wymienił kwotę trzystu dolarów: wtedy wydawało się to godziwą zapłatą, znacznie przewyższającą to, czego mogła spodziewać się za jedną noc z mężczyzną. W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że nie ma już nikogo, zupełnie nikogo na świecie, komu mogłaby się wyżalić: jest sama jak palec, w obcym kraju, ze swymi w miarę dobrze przeżytymi dwudziestoma dwoma latami. Te w miarę dobrze przeżyte lata teraz nie pomagały jej jednak w wyborze najlepszej odpowiedzi.

- Poproszę jeszcze trochę wina.

Arab napełnił jej kieliszek, podczas gdy jej myśli mknęły szybciej niż Mały Książę pomiędzy odległymi planetami. Przyjechała w poszukiwaniu przygód, pieniędzy i być może męża. Zdawała sobie wprawdzie sprawę, że będzie otrzymywać i takie propozycje - nie była niewiniątkiem i wiedziała czego zwykle oczekują mężczyźni. Ale agencje modelek, sukces i powodzenie, bogaty mąż, rodzina, dzieci, wnuki, wytworne stroje, powrót do rodzinnego kraju w nimbie sławy, to było coś, w co jeszcze chciała wierzyć. Miała nadzieję, że dzięki własnej inteligencji, urokowi oraz sile woli pokona wszelkie trudności.

Jej świat legł właśnie w gruzach. Wybuchnęła płaczem. Towarzyszący jej mężczyzna, rozdarty pomiędzy obawą przed skandalem i czysto męskim instynktem opiekuńczym, nie wiedział, co począć. Dał znak kelnerowi, by szybko przyniósł rachunek, lecz Maria go powstrzymała:

Niech pan tego nie robi. Proszę mi nalać jeszcze wina i pozwolić trochę popłakać.

Przypomniała sobie chłopca, który poprosił ją o ołówek, młodzieńca, który pocałował ją w zamknięte usta, radość z odkrywania Rio de Janeiro, mężczyzn, którzy wykorzystali ją, nie dając nic w zamian, wygasłe namiętności, utracone nadzieje. Tylko pozornie cieszyła się wolnością, jej życie było nieskończonym pasmem dni spędzonych w oczekiwaniu na cud, prawdziwą miłość, romans z happy endem, który znała z filmów i książek. Ktoś kiedyś napisał, że ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka - bo odmienić istotę ludzką zdolna jest wyłącznie miłość. Co za bzdura! Ten pisarz znał tylko jedną stronę medalu.

To prawda, że miłość jest w stanie w okamgnieniu całkowicie przeobrazić ludzkie życie. Ale - i to jest ta druga strona medalu - istnieje inne uczucie, które potrafi skierować ludzkie losy na zgoła odmienne tory: rozpacz. Tak, miłość zapewne może odmienić człowieka, ale rozpaczy udaje się to znacznie szybciej. I co teraz? Wybiec stąd, wrócić do Brazylii, zostać nauczycielką francuskiego, wyjść za dawnego pracodawcę? Czy posunąć się o krok dalej? To przecież tylko jedna noc, a Maria nie zna w tym mieście nikogo i nikt nie zna jej. Czy jedna jedyna noc i łatwe pieniądze mogły pchnąć ją jeszcze dalej, do punktu, skąd już nie ma odwrotu? O co chodziło w tej jednej chwili: czy był to niespodziewany uśmiech losu, czy też próba, na jaką wystawiała ją Najświętsza Panienka?

Wzrok Araba błądził po obrazie Joana Miro, po stoliku, przy którym siadywał Fellini, po młodej szatniarce, po twarzach klientów.

- Pani się tego nie spodziewała?

- Poproszę jeszcze, wina - zdołała wykrztusić Maria przez łzy.

Modliła się w duchu, by kelner nie podszedł i nie spostrzegł, co się dzieje. A kelner, który obserwował salę kątem oka, modlił się, by mężczyzna z tą smarkulą szybko uregulował rachunek i wyszedł, bo restauracja była pełna, a nowi goście już czekali na wolny stolik.

Wreszcie po czasie, który wydał się jej wiecznością, spytała:

Drink za tysiąc franków? To pan powiedział - sama zdziwiła się tonem swego głosu.

Tak - odparł Arab, żałując, że w ogóle złożył jej tę propozycję. - Lecz nie chcę w żaden sposób...

Proszę zapłacić rachunek i chodźmy na tego drinka do pańskiego hotelu.

Wydała się sobie obca. Dotąd, jako dobrze wychowana grzeczna panienka, nigdy nie zdobyłaby się na podobny ton w rozmowie z nieznajomym. Jednak najprawdopodobniej ta grzeczna panienka umarła -przed Marią otwierało się inne życie. Życie, w którym drinki warte były tysiąc franków szwajcarskich.

Wszystko odbyło się dokładnie tak, jak można było przewidzieć: poszła do hotelu z Arabem, wypiła butelkę szampana, zaszumiało jej w głowie, rozłożyła nogi, poczekała na jego orgazm (nawet nie przyszło jej do głowy, by udawać, że też ma), umyła się w wykładanej marmurem łazience, wzięła pieniądze i pozwoliła sobie na luksus powrotu taksówką.

Rzuciła się na łóżko i zasnęła kamiennym snem.

Dziennik Marii, pisany nazajutrz:

Pamiętam wszystko, poza chwilą, w które podjęłam decyzję. To dziwne, ale nie mam poczucia winy. Do tej pory uważałam, że dziewczyny idą do łóżka za pieniądze, bo życie nie pozostawiło im żadnego innego wyboru. Teraz widzę, że to nieprawda. Mogłam powiedzieć tak lub nie, nikt mnie do niczego nie zmuszał.

Przyglądam się przechodniom na ulicy. Czy oni wybrali swoje życie? Czy też, podobnie jak w moim przypadku, życie wybrało za nich? Gospodyni domowa, która marzyła kiedyś o karierze modelki; urzędnik bankowy, który myślał, że będzie muzykiem; dentysta, który wolałby poświęcić się literaturze; dziewczyna, która pragnęła pracować w telewizji, a dziś jest kasjerką w supermarkecie...

‘Wcale nie użalam się nad sobą. Nie jestem ofiarą, skoro mogłam wyjść z restauracji zachowując godność i pusty portfel. Mogłam wygłosić temu mężczyźnie wykład o moralności albo pokazać mu, że ma przed sobą księżniczkę, którą lepiej zdobyć, niż kupić. Mogłam zachować się na wiele różnych sposobów, lecz - jak większość ludzi - pozwoliłam, by los wybrał za mnie.

Pewnie, że mój los może wydać się bardziej przyziemny i mniej ważny niż los innych ludzi. Lecz w pogoni za szczęściem wszyscy mamy równe szansę -urzędnik-muzyk, dentysta-pisarz, kasjerka-spikerka, gospodyni-modelka - i nikt z nas nie jest szczęśliwy.

A więc było to aż tak łatwe? Maria znajdowała się w obcym mieście, w którym nikogo nie znała, i to, co wczoraj było dla niej koszmarem, dziś dawało jej bezgraniczne poczucie wolności - nie musiała się przed nikim tłumaczyć.

Po raz pierwszy od wielu lat postanowiła poświęcić cały dzień sobie. Dotąd zawsze martwiła się, co powiedzą inni: matka, koleżanki z klasy, ojciec, pracownicy agencji modelek, nauczyciel francuskiego, kelner z restauracji, bibliotekarka, obcy ludzie na ulicy. A tak naprawdę nikt niczego specjalnego sobie nie myślał o biednej cudzoziemce, którą była, i nikt, nawet policja, nie zauważyłby, gdyby nagle zniknęła.

Dość. Wyszła wcześnie z domu, zjadła śniadanie tam gdzie zawsze, pospacerowała trochę wokół jeziora, minęła manifestację uchodźców. Jakaś kobieta z małym pieskiem powiedziała jej, że to Kurdowie, a Maria, jak zwykle, zamiast udawać bardziej wykształconą i inteligentniejszą, niż była, spytała:

Skąd się tutaj wzięli Kurdowie?

Ku jej zaskoczeniu, kobieta nie umiała odpowiedzieć. Taki jest świat. Ludzie zachowują się tak, jakby zjedli wszystkie rozumy, a jeżeli przyjdzie wam do głowy zadać im proste pytanie, okaże się, że nie wiedzą nic. Maria we-

szła do pobliskiej kawiarenki internetowej i sprawdziła, że Kurdowie pochodzą z Kurdystanu, kraju nieuznawanego przez nikogo i podzielonego pomiędzy Turcję i Irak. Wróciła, by odnaleźć kobietę z pieskiem, ale tamtej już nie było.

„Oto kim jestem. Lub raczej kim byłam: osobą, która udawała, że wszystko wie, dobrze ukrytą za murem milczenia, aż ten Arab sprawił, że odważyłam się powiedzieć mu o tym, co wiedziałam, czyli o różnicy pomiędzy colą i pepsi. Czy był zaskoczony? Czy zmienił zdanie na mój temat? Ależ skąd! Uznał, że moja spontaniczność jest fantastyczna! Zawsze traciłam, gdy udawałam sprytniejszą, niż jestem. Dosyć tego, basta!”.

Przypomniała sobie o agencji modelek. Czy dzwoniąc do niej, znali zamiary Araba - wtedy po raz kolejny wyszłaby na niewiniątko - czy też naprawdę myśleli, że chce zaproponować jej pokaz mody w którymś z krajów arabskich?

Tak czy inaczej, czuła się mniej samotna tego szare-go ranka w Genewie. Temperatura była bliska zeru, Kurdowie protestowali, tramwaje przyjeżdżały punktualnie co do minuty, wykładano biżuterię w witrynach sklepów jubilerskich, otwierano banki, żebracy spali, Szwajcarzy szli do pracy. Czuła się mniej samotna, bo u jej boku stała inna kobieta, zapewne niewidzialna dla przechodniów. Maria nigdy dotąd nie spostrzegła jej obecności, ale ona tu była.

Uśmiechnęła się do niej. Kobieta podobna do Najświętszej Panienki, matki Jezusa, odpowiedziała jej uśmiechem i poprosiła, by miała się na baczności, bo sprawy nie są takie proste, jak sądzi. Maria nie zwróciła w ogóle uwagi na tę radę. Odparła, że jest już dorosła, świadoma swoich wyborów i nie wierzy, by istniał jakiś niedorzeczny spisek przeciwko niej. Odkryła, że są na świecie ludzie gotowi zapłacić tysiąc franków szwajcarskich za wieczór w jej towarzystwie, za pół godziny pomiędzy jej nogami, musiała tylko zdecydować

w najbliższych dniach, czy za te tysiąc franków kupi bilet na samolot i wróci do domu, czy też zatrzyma się w Genewie na dłużej, by zarobić na wymarzony dom dla rodziców, piękne stroje i podróże do odległych zakątków świata.

Niewidzialna kobieta powtórzyła z naciskiem, że sprawy nie są wcale takie proste, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, lecz Maria, zadowolona wprawdzie z tego nieoczekiwanego towarzystwa, poprosiła o chwilę do namysłu. Musiała podjąć ważne decyzje.

Po raz kolejny wzięła pod rozwagę, tym razem na serio, możliwość powrotu do Brazylii. Jej szkolne koleżanki, które nigdy nie wytknęły nosa ze swej dziury, z pewnością będą plotkować jak najęte, że wróciła, gdyż nie miała dosyć talentu, by stać się gwiazdą światowego formatu. Matka będzie zawiedziona i smutna, bo nigdy nie dostanie obiecanych pieniędzy - mimo gorących zapewnień Marii, że przekazy ginęły na poczcie. Ojciec będzie się jej przyglądał do końca życia z cichym wyrzutem: „wiedziałem, że tak będzie”. A ona wróci do pracy w sklepie tekstylnym i wyjdzie za mąż za jego właściciela... Ale przecież leciała już samolotem, jadła szwajcarski ser w Szwajcarii, nauczyła się francuskiego i chodziła po śniegu!

Z drugiej strony tutaj były drinki za tysiąc franków. Być może, nie potrwa to długo - wszak uroda nie jest wieczna - lecz przez rok zarobi dość pieniędzy, by tym razem sama mogła dyktować reguły gry. Jedyny problem polegał na tym, że nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Kiedy pracowała jeszcze jako tancerka samby, jedna z dziewczyn przebąkiwała coś o ulicy Berneńskiej.

Maria przystanęła przed wielką tablicą, jakich wiele przy głównych ulicach Genewy. Po jednej stronie była reklama, po drugiej plan miasta.

Zapytała o ulicę Berneńską przygodnego przechodnia. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, chciał upewnić się,

czy rzeczywiście szuka okrytej złą sławą ulicy Berneńskiej, czy też chodzi jej o drogę prowadzącą do Berna, stolicy Szwajcarii.

Nie - odparła - szukam ulicy, która znajduje się gdzieś tutaj w pobliżu.

Mężczyzna zmierzył ją od stóp do głów i oddalił się bez słowa w przekonaniu, że jest filmowany z ukrytej kamery do jednego z owych programów telewizyjnych, w których ku uciesze gawiedzi ośmiesza się przypadkowych ludzi. Maria studiowała plan około kwadransa -miasto nie było znów takie duże - aż wreszcie odkryła miejsce, którego szukała.

Jej niewidzialna przyjaciółka, dotąd milcząca, zaczęła do niej mówić nie tyle o moralności, ile o groźbie wejścia na drogę prowadzącą donikąd. Maria odparła, że skoro udało się jej znaleźć środki, by wyjechać do Szwajcarii, to jest w stanie znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Poza tym nikt spośród ludzi, z którymi się zetknęła, nie wybierał tego, co chciałby robić. Taka jest rzeczywistość.

Żyjemy na padole łez - powiedziała niewidzialnej przyjaciółce. - Można marzyć do woli, ale życie jest trudne i pełne pułapek. Co chcesz mi powiedzieć? Że zostanę potępiona? Nikt się nie dowie, zresztą to nie potrwa długo.

Kobieta zniknęła, z uśmiechem łagodnym, lecz smutnym. Maria poszła do wesołego miasteczka, kupiła bilet na diabelski młyn, wrzeszczała jak wszyscy wniebogłosy, w pełni świadoma, że skoro jest to tylko rozrywka, nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Zjadła obiad w japońskiej restauracji, nie wiedząc wprawdzie, co je, ale było to bardzo drogie. Teraz już mogła pozwolić sobie na każdy luksus. Rozpierała ją radość, nie musiała czekać na telefon ani liczyć się z każdym groszem.

Pod koniec dnia zadzwoniła do agencji, powiedziała, że spotkanie przebiegło pomyślnie, i na pożegnanie podziękowała. Jeżeli była to poważna agencja - zapytają o pokaz mody. Jeżeli nie - umówią ją na dalsze spotkania. Postanowiła, że pod żadnym pozorem nie kupi telewizora, nawet jeśli będzie ją na to stać. Powinna zastanowić się nad sobą, wykorzystać cały wolny czas na rozmyślania.

Pamiętnik Marii pisany tego samego wieczoru (z adnotacją na marginesie: „Nie jestem do końca przekonana”):

Zrozumiałam, w jakim celu mężczyzna płaci za towarzystwo kobiety: chce być szczęśliwy.

Nie płaci się przecież tysiąca szwajcarskich franków tylko po to, by mieć orgazm. On chce być szczęśliwy. Ja też tego chcę, wszyscy tego chcą, lecz nikomu się to nie udaje. Cóż mam do stracenia, jeżeli postanowię na jakiś czas zostać... trudno to słowo wypowiedzieć czy napisać... Cóż mam do stracenia, jeżeli postanowię być prostytutką przez jakiś czas?

Honor? Godność? Szacunek do siebie? Gdyby dobrze się nad tym zastanowić, nigdy tego nie miałam. Nie prosiłam się na świat, nikt mnie nie pokochał, zawsze podejmowałam błędne decyzje - teraz pozwolę życiu zadecydować za mnie.

Następnego dnia oddzwoniono z agencji modelek: pytali ją o zdjęcia, chcieli dowiedzieć się o termin pokazu mody, gdyż od każdej transakcji pobierali prowizję. Maria powiedziała, że Arab ma się z nimi skontaktować, i wywnioskowała od razu, że jednak o niczym nie mieli pojęcia.

Poszła do biblioteki i zażyczyła sobie książek o seksie. Jeżeli rzeczywiście zamierzała pracować - tylko przez jeden rok, jak sobie obiecała - w dziedzinie, na której się nie znała, przede wszystkim powinna nauczyć się, jak dawać rozkosz i jak brać w zamian pieniądze.

Przeżyła głębokie rozczarowanie, gdy bibliotekarka wyjaśniła jej, że jako instytucja publiczna mają tylko nieliczne rozprawy czysto naukowe. Maria przeczytała spis treści jednej z nich i od razu oddała ją z powrotem. Była tani tylko mowa o erekcji, penetracji, impotencji, antykoncepcji... Zaczęła zastanawiać się nad wypożyczeniem Psychologicznych przyczyn oziębłości u kobiet, gdyż sama osiągała orgazm tylko dzięki masturbacji, choć bywało, że stosunek z mężczyzną sprawiał jej przyjemność.

Jednak nie szukała przecież rozkoszy, tylko intratnego zajęcia. Pożegnała się z bibliotekarką, weszła do sklepu i po raz pierwszy zainwestowała w rysującą się w oddali karierę - kupiła stroje, które wydały się jej wystarczająco seksowne, by rozpalić męskie zmysły. Następnie udała się na ulicę Berneńską, która brała swój początek tuż przy kościele (dziwnym trafem, nieopodal japońskiej restauracji, w której poprzedniego dnia jadła obiad!). Po obu stronach ciągnęły się sklepy z tandetnymi zegarkami, a na drugim końcu znajdowały się nocne lokale, zamknięte o tej porze dnia. Pospacerowała wokół jeziora, kupiła sobie - bez cienia skrępowania - pięć pism pornograficznych, poczekała do zmierzchu i ponownie skierowała się na ulicę Berneńską. Wybrała na chybił trafił bar o dźwięcznej brazylijskiej nazwie: „Copacabana”.

„Nic nie jest jeszcze przesądzone - mówiła sobie. -To tylko próba”. Odkąd przyjechała do Szwajcarii, nigdy nie czuła się tak dobrze i tak swobodnie.

Szukasz pracy - skonstatował mężczyzna zmywający kieliszki za barem.

Na lokal składało się parę stolików, zakątek z czymś w rodzaju tanecznego parkietu i kilka sof pod ścianami.

To niełatwe. Przestrzegamy prawa. Aby pracować tutaj, musisz mieć przynajmniej pozwolenie na pracę. Maria pokazała swoje pozwolenie. Mężczyźnie wyraźnie poprawił się humor.

Masz jakieś doświadczenie?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć: jeżeli przytaknie, zapyta ją, gdzie je zdobyła. Jeżeli zaprzeczy, może odmówić. Piszę książkę. Pomysł pojawił się znikąd, jakby jakiś głos przybył jej z odsieczą. Mężczyzna, choć wiedział, że to kłamstwo, udał, że jej wierzy.

Zanim podejmiesz decyzję, pogadaj z dziewczyna mi. Jest tu co najmniej sześć Brazylijek, dowiedz się od nich, co cię czeka.

Maria chciała powiedzieć, że nie potrzebuje niczyich rad, że klamka jeszcze nie zapadła, ale mężczyzna przeszedł już na drugi koniec kontuaru, pozostawiając ją samą sobie.



dalej


strona główna
(23kB)