(23kB)
strona główna

 

CLIVE BARKER

 

Wielkie Sekretne Widowisko

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA - POSŁANIEC

 

I

 

Homer otworzył drzwi.

- Wejdź, Randolph!

Jaffe nienawidził tonu ledwie wyczuwalnej pogardy, z jakim tamten wymówił jego imię, jakby wiedział o wszystkich przestępstwach, które kiedykolwiek popełnił, o każdym najmniejszym przewinieniu.

- Na co czekasz? - odezwał się Homer, widząc ociąganie Jaffe'a - Robota czeka. Im szybciej zaczniesz, tym szybciej będę ci mógł dać następne zadanie.

Randolph wszedł do pokoju. Było to duże pomieszczenie, jak wszystkie pozostałe biura i korytarze Centralnego Urzędu Pocztowego, wymalowane w tym samym odcieniu niezdrowej żółci oraz szarości okrętów wojennych. Co nie znaczy, że wiele z tak pomalowanych ścian było widać.

Dookoła, powyżej głów rozmawiających, piętrzyła się poczta. Worki, torby, pudła i przenośniki pełne listów, sypiących się na zimną betonową podłogę.

- Nie doręczone listy - powiedział Homer - Przesyłki, których nie potrafiła doręczyć nawet stara dobra Poczta Stanów Zjednoczonych. Jest tego trochę, co?

Jaffe był bardzo podniecony, ale starał się tego nie okazywać. Starał się nie okazywać niczego, zwłaszcza wobec takich cwaniaków jak Homer.

- To wszystko twoje, Randolph - powiedział zwierzchnik. - Twój własny kącik w niebie.

- Co mam z tym robić? - zapytał Jaffe.

- Sortować. Otwieraj i sprawdzaj, czy nie ma w nich czegoś ważnego, żebyśmy czasem nie wrzucili do pieca dobrych banknotów.

- Są w nich pieniądze?

- W niektórych - odparł Homer z krzywym uśmieszkiem - mogą być.

Ale w większości to pocztowa makulatura. Zwykły chłam, którego ludzie chcą się pozbyć, więc nadają pocztą. Niektóre są nieprawidłowo zaadresowane i kursują w tę i we w tę, aż wylądują w Nebrasce. Nie pytaj mnie dlaczego, ale jak nie wiedzą, co robić z paskudztwem, odsyłają je do Omahy.

- To centralny punkt kraju - zauważył Jaffe - Brama Zachodu. Albo Wschodu Zależy, w którą stronę się patrzy.

- Ale nie martwy punkt - zareplikował Homer - Jednak właśnie do nas przesyłają tę padlinę. To wszystko trzeba przesortować Ręcznie. Ty to zrobisz.

- To wszystko? - zapytał Jaffe. Było tego na dwa, trzy, cztery tygodnie pracy.

- Owszem - odparł Homer, nie próbując ukryć zadowolenia - To wszystko jest twoje. Szybko się połapiesz, o co chodzi. Jeśli na kopercie będzie jakiś urzędowy nadruk, rzucaj ją na stos przeznaczony do spalenia Nawet nie otwieraj, szkoda fatygi! Pieprz je, jasne? Ale wszystkie inne masz otwierać. Nigdy nie wiadomo, co się w nich znajdzie - wyszczerzył zęby w porozumiewawczym uśmiechu - To, co znajdziesz, idzie do podziału.

Jaffe pracował w Poczcie Stanów Zjednoczonych ledwie dziewięć dni, ale to wystarczyło, zupełnie wystarczyło, by się zorientować, ze doręczyciele pocztowi przywłaszczali sobie mnóstwo przesyłek. Rozcinali żyletką paczki i wykradali ich zawartość, spieniężali czeki, wyśmiewali się z listów miłosnych.

- Będę tu regularnie przychodził - ostrzegł Homer - Więc nie próbuj chować niczego przede mną. Mam nosa do tych rzeczy. Wyczuwam czek w liście i złodzieja w zespole Słyszysz? Mam szósty zmysł. Nie próbuj żadnych numerów, kolego. Chłopcy i ja niezbyt to lubimy. Przecież chcesz należeć do naszej paczki? - położył na ramieniu Jaffe'a ciężką, szeroką dłoń - Sprawiedliwy podział, zgoda?

- Słyszałem - odpowiedział Jaffe - Dobrze - powiedział Homer - No więc - otworzył szeroko ramiona, wskazując na stosy worków - To wszystko należy do ciebie - pociągnął nosem, wyszczerzył zęby w uśmiechu i wyszedł.

Należeć do waszej paczki - pomyślał Jaffe, gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem - to ja nigdy nie będę. Oczywiście nie zamierzał mówić o tym Homerowi. Pozwoli, by tamten traktował go z góry, będzie odgrywał potulnego niewolnika .Ale w głębi duszy? W głębi duszy chował inne plany, inne ambicje. Kłopot w tym, ze wcale nie był bliższy ich spełnienia niż w czasach, gdy miał dwadzieścia lat. Teraz miał trzydzieści siedem, wkrótce zacznie trzydzieści osiem. Nie należał do mężczyzn, za którymi kobiety oglądały się na ulicy. Nie był zbyt lubiany. Łysiał, jak ojciec. Gdy dobije do czterdziestki, pewnie będzie całkiem łysy. Łysy, bez żony, drobnych w kieszeni miał akurat na kufel piwa, nie więcej - nigdy nie udało mu się popracować w jednym miejscu dłużej niż rok, najwyżej półtora, więc nigdy nie awansował na jakieś lepiej płatne stanowisko.

Starał się nie myśleć o tym zbyt często, bo wtedy swędziły go ręce, by zrobić coś złego, nieraz już chciał zrobić coś złego samemu sobie. Rewolwer w usta, poczuć jak łaskocze tylną ścianę gardła. Skończyć z tym raz na zawsze. Żadnego listu. Żadnych wyjaśnień. Zresztą, co by miał pisać?

"Odbieram sobie życie, ponieważ nie udało mi się zostać Królem Życia"

Śmieszne.

Ale właśnie tym pragnął być. Nie miał pojęcia jak to osiągnąć, nie miał najmniejszej wskazówki, jak do tego dojść, ale ta ambicja zżerała go od najwcześniejszych lat. Przecież mm doszli do wielkich rzeczy od zera.

Mesjasze, prezydenci, gwiazdy filmowe. Wydostawali się z błota jak ryby, które postanowiły chodzić. Wyrastały im nogi, oddychały powietrzem, stawały się czymś więcej niż przedtem. Jeśli udawało się to nędznym rybom, to dlaczego nie jemu? Ale musi się spieszyć. Zanim skończy czterdzieści lat.

Zanim całkiem wyłysieje. Zanim umrze i nikt nie będzie o nim pamiętał, chyba ze jako o bezimiennym dupku, który zimą 1969 r spędził trzy tygodnie w pokoju zawalonym nie doręczonymi listami, otwierając osierocone przesyłki w poszukiwaniu banknotów dolarowych. Też mi epitafium.

Usiadł i rozejrzał się po robocie, która go czekała.

- Żebyś zdechł - powiedział, myśląc o Homerze, o całym ogromie pracy, która go czekała w tej kupie łajna. Ale przede wszystkim pomyślał o sobie.

Początkowo była to beznadziejna mordęga. Sprawdzanie zawartości worków dzień po dniu - istne piekło.

Zdawało się, ze worków nie ubywa. Rzeczywiście, Homer, uśmiechając się paskudnie, wielokrotnie uzupełniał zapasy, prowadząc za sobą korowód tragarzy z następnymi pojemnikami pełnymi listów, zwały worków rosły.

Jaffe oddzielał najpierw ciekawe przesyłki (wypchane koperty, brzęczące, perfumowane) od nieciekawych, następnie prywatną korespondencję od urzędowej i bazgraninę od starannego pisma. Po tych przygotowaniach, brał się do otwierania kopert - w pierwszym tygodniu palcami, aż dorobił się odcisków, a później nożem o krótkim ostrzu, kupionym specjalnie w tym celu, wydłubując zawartość listów jak łowca pereł muszle w poszukiwaniu tych klejnotów. Najczęściej nie znajdował niczego, a czasem - jak obiecywał Homer - pieniądze lub czek, które sumiennie odnosił do szefa.

- Nadajesz się - powiedział Homer po dwóch tygodniach. - Jesteś naprawdę dobry. Może powinienem ci dać cały etat.

Randolph już miał powiedzieć: Odpieprz się, ale mówił to już zbyt wielu szefom, a oni wyrzucali go z roboty w następnej minucie, nie mógł sobie pozwolić na utratę tej pracy - musiał z czegoś opłacać komorne i ogrzewanie swojego jednopokojowego mieszkania, które kosztowało go majątek, a śnieg wciąż padał. Poza tym, w nim samym cos zaczynało się zmieniać, gdy spędzał samotne godziny w Pokoju Niedoręczonych Listów, z jakiegoś powodu to zajęcie zaczęło mu sprawiać przyjemność pod koniec trzeciego tygodnia, a pod koniec piątego zaczął rozumieć.

Oto siedział na skrzyżowaniu dróg Ameryki.

Homer miał rację Omaha w stanie Nebraska nie była geograficznym środkiem USA, ale jeśli chodzi o Urząd Pocztowy, to tak jakby nim była.

Zbiegały się tu i krzyżowały drogi komunikacji, pozostawiając swoje podrzutki, ponieważ żaden stan ich nie chciał. Te listy odsyłano z jednego wybrzeża na drugie, szukając kogoś, kto je otworzy, i nie znajdując chętnych. W końcu trafiały do mego, RANDOLPHA ERNESTA JAFFE'A, tego łysiejącego zera, które nigdy nie ujawniało swych pragnień ani gniewu. Rozcinał je małym nożykiem i badał swymi małymi oczkami, aż - siedząc na tym skrzyżowaniu - zaczął rozpoznawać prywatne oblicze narodu.

Były tam listy pełne miłości i listy pełne nienawiści, kartki, na których mężczyźni odrysowywali swoje nabrzmiałe członki, walentynki sporządzone z włosów łonowych, listy od żon szantażujących mężów, dziennikarzy, działaczy, prawników, karierowiczów, reklamy, listy samobójców, zaginione powieści, listy szczęścia, akta, nie doręczone prezenty, odrzucone prezenty, listy wysłane po prostu w świat jak butelki z samotnej wyspy, w nadziei, ze nadejdzie pomoc, wiersze, groźby i przepisy kulinarne. Czego tam nie było.

Ale to wszystko liczyło się najmniej. Chociaż czasem pocił się z emocji nad listami miłosnymi, a przeglądając żądania okupu zastanawiał się, czy nadawcy - nie otrzymawszy odpowiedzi - mordowali swoich zakładników, opowieści o miłości i nienawiści, zawarte w tych listach, zajmowały go tylko przelotnie. O wiele głębsze emocje budziła w mm inna opowieść, którą niełatwo było ująć w słowa.

Siedząc na skrzyżowaniu dróg zaczynał rozumieć, że Ameryka ma swoje tajemne życie, którego przedtem nawet się nie domyślał .Wiedział o miłości i śmierci. Miłość i śmierć to zwykłe komunały - bliźniacze obsesje piosenek i oper mydlanych. Ale było jeszcze inne życie, o którym napomykał co czterdziesty, pięćdziesiąty, setny list, a jeden na tysiąc mówił o nim z otwartością szaleńca. Kiedy autor listu mówił o tym wprost, nie wyjawiał całej prawdy, a tylko jej cząstkę, każdy z nich na swój własny szalony sposób wyrażał jakąś prawdę, która była prawie niewyrażalna.

Sprowadzała się ona do stwierdzenia, ze świat nie był taki, jaki się wydawał Nie był taki nawet w przybliżeniu Jakieś siły (rządowe, religijne, ochrony zdrowia) sprzysięgły się, by ją ukryć i zamknąć usta tym, którzy byli jej świadomi bardziej niż mm, ale nie mogły zakneblować czy wtrącić do więzienia każdej z tych osób. Mimo iż sieć zarzucono tak szeroko, niektórym spośród tych mężczyzn i kobiet udało się umknąć pogoni znajdowali boczne drogi, by uciec przed prześladowcami, którzy tracili ich ślad, bezpieczne domy wzdłuż tych dróg, gdzie podobni im wizjonerzy przyjmowali ich chlebem i solą, gotowi skierować węszące psy gończe na fałszywy ślad. Ludzie ci nie ufali firmie Ma Beli, nie używali telefonu. Nie ważyli się spotykać w grupach większych niż po dwie osoby, z obawy ze zwrócą na siebie uwagę. Ale pisali. Czasami wydawało się, że musieli pisać, jakby tajemnice, których strzegli, paliły ich żarem i musiały wydostać się na zewnątrz. Czasem było tak dlatego, że wiedzieli, iż myśliwi trafili już na ich ślad i nie zdołaliby w inny sposób opisać świata - światu, zanim ich schwytają, otumania narkotykami i zamkną. Czasem nawet była w tych bazgrołach uciecha wywrotowca, który umyślnie wysyłał niewyraźnie zaadresowany list w nadziei, ze zabije potężnego klina jakiemuś niczego nieświadomemu obywatelowi, kiedy przypadek odda taki list w jego ręce. Niektóre z tych korespondencji były pisane metodą strumienia świadomości, inne precyzyjnie, metodą niemal kliniczną, opisywały jak wywrócić świat na nitce przez magię seksu lub dietę grzybową. Czasami posługiwały się bzdurną retoryką opowiastek z National Enquirer, by zawoalować inne przesłanie. Mówiły o wykryciu niezidentyfikowanych obiektów latających i kultach zombie, o ewangelistach z planety Wenus i mediach, nawiązujących kontakt ze zmarłymi przy pomocy telewizji. Ale po kilku miesiącach, spędzonych na studiowaniu tych listów (bo to były prawdziwe studia, był jak człowiek, zamknięty pośród księgozbioru, opisującego rzeczy ostateczne), Jaffe zaczynał dostrzegać prawdę ukrytą za tymi niedorzecznościami. Rozszyfrował kod, lub tez zrozumiał z mego dostatecznie wiele, by nie zaznać więcej spokoju.

Nie irytował się, gdy Homer codziennie otwierał drzwi, każąc wnieść następne pół tuzina pojemników z listami, przeciwnie, cieszył go ten napływ korespondencji. Im więcej listów, tym więcej wskazówek, im więcej wskazówek, tym więcej nadziei na rozświetlenie tajemnicy. W miarę jak tygodnie rosły w miesiące, a zima przechodziła łagodnie w wiosnę, utwierdzał się w przekonaniu, ze nie chodziło tu o kilka różnych tajemnic - ale o jedną. Ludzie, piszący o zasłonie i o tym, jak ją odsunąć, znajdowali swoją własną drogę do objawienia, każdy posługiwał się własną metodą i metaforą, jednak przez tę kakofonię usiłował się przebić jeden hymn.

Nie był to hymn miłości. W każdym razie nie tej, którą znają ludzie sentymentalni. Nie był to również hymn śmierci w dosłownym znaczeniu tego słowa. Mówił on - bez ściśle określonego porządku - coś o rybach i morzu (czasem o Morzu Mórz) i o trzech wiodących do mego drogach, o marzeniach i snach (mówił o tym bardzo wiele), i o wyspie, którą Platon nazwał Atlantydą, ale od początku wiedział, że była czymś innym. Mówił o końcu Świata, który właśnie miał się zacząć. I mówił o sztuce.

A raczej o Sztuce.

Spośród wszystkich kodów, nad tym najwięcej łamał sobie głowę, ale do niczego nie doszedł. Mówiono o Sztuce na wiele różnych sposobów Wielkie Ostateczne Dzieło, Zakazany Owoc, Rozpacz da Vinci, Kawałek Tortu, Strzał w Dziesiątkę. Określano Sztukę na wiele sposobów, ale Sztuka była jedna! (w tym tkwiła tajemnica) - nie było Artysty.

- No, jak ci się tutaj podoba? - zapytał Homer pewnego majowego dnia.

Jaffe uniósł znad pracy głowę. Dookoła niego leżały porozrzucane listy.

Jego skóra, która nigdy nie miała zbyt zdrowego wyglądu, była równie blada i szorstka jak kartki w jego ręku.

- Dobrze jest - odpowiedział i ledwie raczył na niego spojrzeć. - Ma pan dla mnie coś nowego?

Homer nie odpowiedział od razu. Po chwili zapytał:

- Jaffe, co ty przede mną ukrywasz?

- Co ukrywam? Niczego nie ukrywam.

- Odkładasz dla siebie rzeczy, którymi powinieneś się z nami podzielić.

- Wcale nie - odrzekł Jaffe Stosował się ścisłe do pierwszego polecenia Homera, ze cokolwiek znajdzie w niedoręczonej poczcie, musi oddać do podziału. Pieniądze, świerszczyki, tania biżuteria, na które trafiał od czasu do czasu - wszystko to szło do Homera, a ten zajmował się podziałem.

- Wszystko panu oddaję - powiedział - Przysięgam.

Homer popatrzył na niego z jawnym niedowierzaniem.

- Nie wyściubiasz stąd nosa ani na chwilę - powiedział - Nie odzywasz się do innych. Nie pijesz z mmi Śmierdzimy ci, co? - nie czekał na odpowiedź - Może jesteś po prostu złodziejem?

- Nie jestem złodziejem odpowiedział Jaffe - Niech pan sam sprawdzi . Wstał, podnosząc ręce do góry, w każdej z nich miał list - Niech mnie pan obszuka.

- Nie mam zamiaru cię dotykać - brzmiała odpowiedź - Za kogo ty mnie bierzesz, za amatora chłopczyków? - wpatrywał się w Jaffe'a. Po chwili powiedział - Przyślę tu kogoś innego. Jesteś tu już pięć miesięcy.

O wiele za długo. Przeniosę cię gdzie indziej.

- Ale ja nie chcę...

- Co takiego?

- Chodzi o to, że. Chciałem tylko powiedzieć, że ta praca bardzo mi odpowiada. Naprawdę Lubię właśnie taką pracę - Tak - powiedział Homer, wciąż wyraźnie podejrzliwy - Od poniedziałku będziesz robić coś innego.

- Dlaczego?

- Bo ja tak mówię. Jak ci się nie podoba, znajdź sobie mną robotę - Przecież dobrze pracuję, tak czy nie? - powiedział Jaffe.

Homer już zawracał do wyjścia.

- Coś tu śmierdzi - powiedział od drzwi - Śmierdzi jak cholera.

 

W czasie lektury listów Randolph poznał nowe słowo synchroniczność.

Musiał kupić słownik, zęby sprawdzić, co oznacza. Otóż chodziło tu o zbieg pewnych zdarzeń, pewnych okoliczności. Ze sposobu, w jaki piszący używali tego słowa, wynikało, ze było coś znaczącego, tajemniczego, a może i cudownego w sposobie, w jaki jedno wydarzenie zbiegało się z drugim, jakby układały się w pewien wzór, istniejący tuz poza zasięgiem ludzkiego wzroku.

Taki zbieg wydarzeń miał miejsce właśnie w dniu, kiedy Homer wyskoczył ze swoim nowym pomysłem - przecięcie wypadków, które miało wszystko zmienić. Nie więcej niż godzinę po odejściu Homera, Jaffe przyłożył nóż (jego krótkie ostrze już się trochę stępiło) do koperty, która wydawała się cięższa niż inne. Gdy ją rozciął, wypadł z niej meduzy medalion.

Potoczył się po betonowej podłodze z miłym dla ucha dźwiękiem. Podniósł go drżącymi palcami - drżały od czasu wizyty Homera. Przy medalionie nie było łańcuszka ani zaczepu, na którym można by go było zawiesić. Właśnie był dostatecznie ładny, by mógł zawisnąć jako ozdoba wokół kobiecej szyi, chociaż miał kształt krzyża, przy bliższych oględzinach okazało się, ze nie był to rzymski krzyż. Wszystkie cztery ramiona były jednakowej długości, miał półtora cala, nie więcej. Na przecięciu linii była postać ludzka, ani kobiety ani mężczyzny, jej ramiona były rozpięte jak w ukrzyżowaniu, ale nie były przytwierdzone gwoździami. Wzdłuż tych czterech linii biegły abstrakcyjne wzory, z których każdy był zakończony kołem. Twarz była oddana w bardzo prymitywny sposób. Pomyślał, że widnieje na mej ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.

Nie znał się na metalurgu, ale było oczywiste, ze przedmiot nie był wykonany ze złota ani srebra. Wątpił, czy udałoby mu się nadać krzyżowi połysk, nawet po oczyszczeniu z brudu. Jednak był w jakiś sposób niezwykle atrakcyjny. Patrzył nań z uczuciem podobnym do tego, kiedy budząc się czasem z jakiegoś emocjonującego snu, nie mógł sobie przypomnieć żadnych szczegółów. Ten przedmiot coś oznaczał, ale co? Czy znaki rozchodzące się promieniście od figurki nie przypominały mu w jakiś niejasny sposób listów, które czytał? W ciągu ostatnich dwudziestu tygodni przebadał ich całe tysiące, w wielu z nich były niewielkie rysunki, czasem obsceniczne, często nieodgadnione. Te, które uznał za najciekawsze, przemycił z Urzędu Pocztowego do domu, by badać je wieczorami. Leżały związane w tłumok pod jego łóżkiem. Może uda mu się odgadnąć czarodziejski szyfr medalionu, kiedy dokładnie im się przyjrzy.

Postanowił iść tego dnia na lunch razem z resztą pracowników, uważał, ze najlepiej zrobi, jeśli postara się jak najmniej drażnić Homera. To był błąd.

W towarzystwie tych równych facetów, rozprawiających o wydarzeniach, którymi nie interesował się od miesięcy o jakości steku, który zjedli wczoraj na kolację, o tym, jak po tym steku udało im się " - lub nie - załatwić jakąś babę, czego się spodziewali po nadchodzącym lecie - w tym towarzystwie czuł się zupełnie obcy. I oni o tym wiedzieli. Rozmawiali zwróceni do niego bokiem, zniżając czasem głos, gdy mówili o jego dziwnym wyglądzie, dzikim spojrzeniu. Im bardziej się od niego odsuwali, tym bardziej się cieszył, ponieważ wiedzieli - nawet tacy kretyni jak om wiedzieli, ze był inny niż oni. Może nawet bali się go trochę.

Nie mógł się zmusić, by wrócić o pierwszej trzydzieści do Działu Niedoręczonych Listów. Czuł, że pokryty tajemnymi znakami medalion wprost pali go w kieszeni. Musiał natychmiast wrócić do domu i rozpocząć poszukiwania w swoim prywatnym zbiorze listów. Nie chciało mu się nawet powiedzieć Homerowi, ze wychodzi - po prostu wyszedł Był pogodny, słoneczny dzień Odciął się zasłonami od potopu światła, wpadającego przez okno, zapalił lampę z żółtym abażurem i rozgorączkowany zabrał się do pracy, za pomocą taśmy przylepiał do gołych ścian pokoju listy, które nosiły choćby ślad rysunków, a gdy zabrakło ścian, rozkładał arkusze na stole, na łóżku, na krześle, na podłodze. Chodził od kartki do kartki, od znaku do znaku, szukając czegoś, co choć odróbmy przypominałoby mu medalion, który trzymał w ręku. Przez cały ten czas powracała doń ukradkiem wciąż ta sama myśl wiedział, ze istnieje Sztuka, ale nie istnieje Artysta, rzemiosło bez rzemieślnika, i ze może to on nim był.

Ta myśl nie musiała zakradać się zbyt długo. Po godzinie, spędzonej nad listami, zagościła w jego umyśle na dobre - nie był w stanie myśleć o niczym innym. Medalion trafił w jego ręce nieprzypadkowo. Był nagrodą za żmudne badania, pomoże mu połączyć pojedyncze linie poszukiwań, dzięki niemu zacznie to wszystko rozumieć. Większość symboli i szkiców z tych listów nie miała związku ze sprawą, ale wiele innych - zbyt wiele, by mogły być przypadkowe - nawiązywało do wizerunku przedstawionego na krzyżu. Na jednym arkuszu nie było ich nigdy więcej niż dwa i były przeważnie uproszczone, gdyż żaden z piszących nie znał całego rozwiązania, rozwiązania, które znał on. Każdy z nich opanował tylko część układanki. Ich uwagi dotyczące tej części, którą rozumieli - czy było to haiku, nieprzyzwoite słowa czy formuły alchemiczne - dawały mu pełniejszy wgląd w system, ukryty za tymi symbolami.

Określeniem, które pojawiało się regularnie w listach, wykazujących najlepszą orientację w sprawie, była "Szkoła". Omijał je w lekturze, nie przywiązując do niego większego znaczenia. Listy często nawiązywały do kwestii nauki, ewolucji, sądził więc, że jest związane z tymi właśnie sprawami. Teraz zrozumiał swój błąd ,,Szkoła" oznaczała jakiś kult czy może wyznanie, a jego symbolem był przedmiot, który trzymał w ręku .Wciąż nie było jasne, co łączyło ten przedmiot i Sztukę, ale potwierdzało się teraz podejrzenie, które żywił od dłuższego czasu to była jedna tajemnica i jedna droga. Zrozumiał, ze posługując się medalionem jako mapą, znajdzie nareszcie drogę ze Szkoły do Sztuki.

Na razie czekały go inne, pilniejsze sprawy. Kiedy myślał o tych wszystkich kolegach z pracy, z Homerem na czele, wzdragał się na samą myśl, że któryś z nich mógłby kiedykolwiek dzielić sekret, który on wykrył.

Oczywiście żadnemu z nich nie udałaby się próba złamania kodu - nie starczyłoby im do tego rozumu. Ale Homer był dostatecznie podejrzliwy, by wywęszyć trop choć na małym odcinku drogi, a Jaffe nie zniósłby, aby ktokolwiek - a zwłaszcza ten tępy cham Homer - zbrukał jego świątynię.

Mógł zaradzić nieszczęściu tylko w jeden sposób. Musiał działać szybko, by zniszczyć wszelkie poszlaki, które mogłyby naprowadzić Homera na właściwy ślad. Oczywiście zatrzyma medalion przy sobie powierzyły mu go wyższe moce, których oblicze zobaczy pewnego dnia. Zachowa także dwadzieścia lub trzydzieści listów, które zawierały najwięcej informacji na temat Szkoły, resztę (około 300) trzeba będzie spalić. Przesyłki zgromadzone w Dziale Niedoręczonych Listów muszą iść także do pieca. Wszystkie, co do jednego Trochę to potrwa, ale jest konieczne, im szybciej to zrobi, tym lepiej. Przebrał listy, które uzbierał w mieszkaniu, zapakował te, których już nie potrzebował, i udał się z powrotem do Działu Sortowania.

Było już późne popołudnie. Szedł, torując sobie drogę w ludzkiej fali sunącej w przeciwnym kierunku Wszedł do Urzędu tylnym wejściem, by uniknąć spotkania z Homerem, chociaż znał rozkład jego dnia na tyle dobrze, by podejrzewać, że odbił kartę o 17:30, co do minuty, a teraz żłopie gdzieś piwo. Piec był starym, rozlatującym się gruchotem, doglądał go inny stary gruchot o nazwisku Miller, z którym Jaffe nigdy nie zamienił słowa - Miller był głuchy jak pień.

Jaffe potrzebował trochę czasu, by mu wyjaśnić, ze będzie korzystał z pieca przez godzinę lub dwie i najpierw spali paczkę, którą przyniósł z domu, zaraz tez wrzucił ją do ognia. Potem poszedł do Pokoju Niedoręczonych Listów.

Homer nie żłopał piwa na mieście. Czekał, siedząc na krześle Jaffe'a pod gołą żarówką i przerzucał stosy listów.

- No, co to za szwindel - zapytał, ledwie Jaffe stanął w drzwiach.

Jaffe wiedział, ze na nic by się zdało odgrywanie niewiniątka. Miesiące badań odcisnęły na jego twarzy piętno wiedzy. Nie mógł już udawać naiwnego. Ani tez nie chciał, w gruncie rzeczy.

- Żaden szwindel - odpowiedział z jawną pogardą wobec dziecinnych podejrzeń tamtego - Nie biorę niczego, co pan chciałby wziąć. Albo z czego mógłby pan uczynić jakiś użytek.

- O tym to ja będę decydował, ty ośle - powiedział Homer, odrzucając listy, które przeglądał, na zwały makulatury - Chcę wiedzieć, co tu kombinujesz. Poza tym, ze urwałeś się z roboty.

Jaffe zamknął drzwi. Nie zdawał sobie do tej pory sprawy, ze przez ściany docierały do pokoju odgłosy pracy pieca. Wszystko tu leciutko drżało.

Worki, listy, słowa w listach. Krzesło, na którym siedział Homer i krótki nóż, lezący na podłodze przy krześle, na którym siedział Homer. Całe to pomieszczenie leciutko się poruszało, jakby w głębi ziemi brzmiał grzmot.

Jakby świat miał się za chwilę zawalić.

Może tak będzie Dlaczego nie? Na nic zda się udawanie, ze STATUS jest wciąż QUO. On zmierzał w kierunku tronu, takiego czy innego.

Nie wiedział, jaki to tron i w jakiej znajduje się krainie, ale musiał usunąć wszelkich pretendentów. Nikt go nie oskarży i nie osądzi, nie skazę na krzesło elektryczne. Teraz on ustanawiał prawa.

- Chciałbym wyjaśnić - zwrócił się do Homera, przybierając ton prawie nonszalancki - czym szwindel jest naprawdę.

- Tak. - powiedział Homer, krzywiąc pogardliwie usta - No, dlaczego nie wyjaśniasz?

- To całkiem proste. Ruszył w kierunku Homera, krzesła i noża przy krześle. Szybkość, z jaką się zbliżył, spłoszyła Homera, ale nie ruszył się z krzesła - odkryłem pewną tajemnicę - ciągnął Jaffe

- Co?

- Chce pan wiedzieć, co to za tajemnica?

Teraz Homer wstał, gałki oczu drżały mu jak wszystko dookoła. Wszystko, oprócz Jaffe'a. Wszelkie drżenie znikło z jego rąk, wnętrzności i głowy. Stał pewna stopa na niepewnym gruncie.

- Nie wiem, o co ci, do cholery, chodzi - powiedział Homer - ale wcale mi się to nie podoba.

- Nie mam o to do pana pretensji - odpowiedział Jaffe. Nie patrzył na nóż. Nie musiał. Wyczuwał go - Ale pana obowiązkiem jest wiedzieć o tym, co się tu dzieje, prawda? - ciągnął Jaffe.

Homer odszedł od krzesła na kilka kroków. Znikł gdzieś jego niedbały, rozkołysany chód, który chętnie demonstrował. Potknął się, jakby podłoga przechyliła się w bok.

- Siedziałem w centrum świata - powiedział Jaffe W tym pokoju ...

Właśnie tutaj się to wszystko odbywa - Czy to prawda?

- Prawda jak cholera.

Na twarzy Homera ukazał się nerwowy uśmieszek. Spojrzał w stronę drzwi.

- Chce pan iść? - zapytał Jaffe - Tak - popatrzył na zegarek nie widzącymi oczyma - Musze lecieć Wpadłem tu tylko, żeby...

- Boisz się mnie - powiedział Jaffe - I masz rację. Nie jestem już tym, kim byłem.

- Czy to prawda?

- Powtarzasz się.

Homer znów spojrzał w stronę drzwi. Miał do nich pięć kroków, cztery, jeśli pobiegnie. Przebył połowę tej odległości, gdy Jaffe podniósł z podłogi nóż. Schwycił za klamkę, słysząc, ze tamten się zbliża.

Obejrzał się - nóż trafił prosto w jego oko. To nie był przypadkowy cios.

To była synchronizacja. Oko błysnęło i błysnął nóż. Błyski zderzyły się, w następnej chwili, krzycząc, osuwał się po drzwiach na podłogę, a Randolph śledził ruch ciała, by wydobyć z jego głowy nóż do otwierania listów.

Huk pieca wzmagał się. Stojąc tyłem do worków, Jaffe czuł, jak listy tuliły się do siebie, wstrząs przestawiał słowa na kartkach, układając z nich wspaniały poemat. Krew jak morze, mówił poemat; myśli Jaffe'a pływały w morzu jak gęste skrzepy, palące jak ogień.

Zacisnął mocno palce na trzonku noża. Nigdy jeszcze nie przelał krwi, nawet nie rozgniótł pluskwy, chyba mimo woli. Ale teraz, zaciskając w pięści gorący, mokry nóż, czuł się cudownie. To była przepowiednia, to był dowód.

Z uśmiechem wyciągnął ostrze z oczodołu Homera i, zanim jego ofiara zdążyła ześliznąć się po drzwiach na podłogę, wbił go Homerowi w gardło aż po trzonek. Tym razem nie pozostawił go tam ani chwili. Uciszywszy krzyki Homera, wyciągnął nóż i wbił go w środek jego piersi. Trafił na kość i musiał pokonać ten opór, ale nagle przybyło mu sił Homer krztusił się krew płynęła mu z ust i zranionego gardła Jaffe wyciągnął nóż. Nie zadał następnego ciosu. Wytarł ostrze chusteczka do nosa i odwrócił się od ciała, zastanawiać się nad następnym posunięciem.

Gdyby próbował wrzucić worki do pieca, ryzykował, ze go przyłapią i chociaż zabicie tego tępego brutala wprawiło go w uniesienie, zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w razie wykrycia morderstwa. Lepiej przenieść palenisko tutaj. W końcu ogień jest ruchomym świętem. Potrzebował tylko zapałek, a Homer je miał. Pochylił się nad zgarbionym ciałem w poszukiwaniu pudełka zapałek. Znalazł je, wyciągnął z kieszeni Homera i podszedł do worków.

Ku własnemu zdziwieniu poczuł smutek, kiedy podpalał nie doręczone listy. Spędził pośród nich tyle tygodni w jakimś dzikim uniesieniu, upojony tajemnicami. Teraz musiał to wszystko porzucić. Od tej chwili - po zabiciu Homera i spaleniu listów - stał się uciekinierem, człowiekiem bez historii, przyzywany przez jakąś Sztukę, o której nie wiedział nic, ale pragnął jej jak niczego na świecie.

Zmiął kilka kartek na podpałkę. Nie wątpił, ze kiedy pojawi się płomień - już nie zgaśnie, wszystko w tym pokoju było łatwopalne listy, tkanina, ciało. Zgromadził trzy stosy papieru i zapalił zapałkę. Płomień palił się jasno, patrząc nań zrozumiał, jak bardzo nienawidzi jasności. Ciemność jest o wiele ciekawsza pełna tajemnic, pełna gróźb. Przyłożył płonącą zapałkę do stosu podpałki i przyglądał się rosnącym płomieniom. Po chwili wycofał się w stronę drzwi.

Był tam oczywiście Homer, leżał na podłodze oparty o drzwi, krew sączyła się z trzech miejsc. Niełatwo było przesunąć jego zwaliste ciało Jaffe wytężył wszystkie siły, kiełkujący ogień rzucał na ścianę jego cień. W czasie gdy przesuwał ciało zabitego na bok - w ciągu zaledwie pół minuty - ciepło w pokoju wyraźnie wzrosło, a kiedy wychodząc obejrzał się za siebie, cały pokój tonął w ogniu, żar poruszał powietrzem, tworząc wiatr, a ten z kolei wzmagał płomienie.

 

Dopiero w swoim pokoju, kiedy usuwał z niego wszystko, co miało z nim łączność - zacierając wszelki ślad istnienia Randolpha Ernesta Jaffe'a - pożałował tego, co zrobił. Nie podpalenia - to było bardzo rozsądne posunięcie, żałował, ze pozwolił, by ciało Homera spłonęło wraz z listami. Zrozumiał, że powinien był zemścić się w bardziej wyszukany sposób. Trzeba było pociąć ciało na kawałeczki, zapakować oddzielnie każdą cząstkę język, oczy, jądra, wnętrzności, skórę, czaszkę, i nadać je na pocztę, bazgrząc na przesyłkach jakieś bzdurne adresy, aby przypadek (czyli synchronizacja) mógł sam wybrać próg, na którym wyląduje cząstka Homera. Listonosz wysłany pocztą.

Obiecał sobie, ze w przyszłości nie przepuści więcej podobnych przejawów ironii losu.

Oczyszczanie pokoju nie zajęło mu wiele czasu. Miał bardzo niewiele rzeczy i mało o nie dbał. Jeśli chodzi o stan posiadania, to Jaffe prawie nie istniał. Był sumą kilku dolarów, kilku fotografii i kilku sztuk odzieży. Wszystko to zmieściło się w niedużej walizce, w której pozostało jeszcze miejsce na zestaw encyklopedii.

Przed północą opuszczał Omaha z tą właśnie walizką w ręce, gotów odbyć podróż w jakimkolwiek kierunku. Brama Wschodu. Brama Zachodu.

Nie dbał, którą pójdzie drogą, byle doprowadziła go do Sztuki.

 

II

 

Jaffe prowadził do tej pory nijakie, bezbarwne życie. Urodził się 50 mil od Omaha, chodził tam do szkoły, pochował rodziców, zalecał się do dwóch kobiet z tego miasta i żadnej nie udało mu się doprowadzić do ołtarza.

Kilkakrotnie wyjeżdżał z tego stanu, a nawet myślał (po drugim nieudanym narzeczeństwie) o przeprowadzce do Orlando, gdzie mieszkała jego siostra, ale ona odradziła mu to, twierdząc, że się będzie źle czuł wśród tamtejszych ludzi i w niezmiennie słonecznym klimacie. Został więc w Omaha, bezustannie zmieniając pracę, nie wiążąc się na dłużej z niczym ani z nikim, a świat odpłacał mu równą obojętnością.

Jednak odosobnienie Pokoju Niedoręczonych Listów ukazało mu horyzonty, których istnienia nawet nie podejrzewał, budząc w nim tęsknotę do podróży. Nie dbał o słońce, życie na przedmieściu, wesołe miasteczka z Mickey Mouse. To było takie banalne - po co zawracać tym sobie głowę? Teraz już wiedział, w czym rzecz. Były tajemnice, które mógł odkryć, i potęgi, nad którymi mógł zapanować, a kiedy już zostanie Królem Świata, zrówna z ziemią przedmieścia (i słońce, jeśli zdoła), odmieni świat w gorącą ciemność, w której człowiek będzie mógł wreszcie poznać tajnię własnej duszy.

W listach wiele pisano o "skrzyżowaniu"; przez długi czas brał to pojęcie dosłownie, sądząc, że właśnie w Omaha znajdował się na takim skrzyżowaniu, i że tam zdobędzie wiedzę na temat Sztuki. Ale gdy opuścił miasto i odchodził od niego coraz dalej, zaczynał rozumieć błąd takiego dosłownego podejścia. Korespondenci, którzy pisali o skrzyżowaniu, nie mieli na myśli punktu przecięcia dwóch autostrad, lecz miejsce krzyżowania się stanów świadomości, w którym ludzkie Jestestwo stykało się z obcym jestestwem, i obydwa - odmienione - podlegały dalszemu rozwojowi. Takie miejsca, ruchliwe i zmienne, budziły nadzieję na objawienie.

Miał oczywiście bardzo niewiele pieniędzy, ale ten fakt był jakby bez znaczenia. W tygodniach, które nastąpiły po jego ucieczce z miejsca zbrodni, dostawał po prostu wszystko, czego potrzebował. Wystarczyło, by podniósł kciuk, a z piskiem opon zatrzymywał się przy nim jakiś samochód. Kiedy kierowca pytał go, dokąd się wybiera, a Jaffe odpowiadał, że pojedzie tam, dokąd on, Jaffe, chce się udać, kierowca odwoził go właśnie w tamto miejsce.

Zupełnie, jakby Jaffe był osobą błogosławioną. Gdy się potknął, zawsze znalazł się ktoś, kto pomógł mu wsiać. Kiedy był głodny, zapraszano go do stołu.

Pewna kobieta w Illinois podwiozła go swoim samochodem, a potem zapytała, czy zechce zostać u niej na noc - to ona potwierdziła stan błogosławieństwa, w którym się znajdował.

- Widziałeś coś niezwykłego, prawda? - szepnęła w środku nocy. - Masz to w oczach. To twoje oczy kazały mi wziąć cię do samochodu.

- I dać mi to? - zapytał, wskazując jej podbrzusze.

- Tak, to też - odpowiedziała. - Powiedz, co widziałeś?

- Jeszcze zbyt mało.

- Będziemy się jeszcze kochać?

- Nie.

 

***

 

Wędrując od stanu do stanu, dostrzegał tu i ówdzie przebłyski prawdy, o których mówiły listy. Sekrety odważały się wyjrzeć z ukrycia tylko dlatego, że to on przechodził obok, one zaś rozpoznawały w nim przyszłego władcę. W Kentucky zdarzyło mu się widzieć ciało wyrostka, wyłowione z rzeki; leżał rozciągnięty na trawie, z szeroko rozrzuconymi ramionami, a obok łkała i zawodziła Jakaś kobieta. Oczy chłopca były otwarte, guziki spodni nie zapięte. Przyglądając mu się z bliska jako jedyny z tłumu gapiów, któremu policja pozwoliła tam zostać (znów jego oczy), rozkoszował się przez chwilę układem ciała chłopca - zupełnie jak figurka na medalionie; niemal pragnął rzucić się do rzeki, by zaznać rozkoszy tonięcia. W Idaho spotkał mężczyznę, który stracił ramię w wypadku samochodowym. Kiedy siedzieli popijając, mężczyzna powiedział, że wciąż odczuwał swoją odciętą rękę; lekarze tłumaczyli mu, że jest to po prostu reakcja systemu nerwowego, ale on wiedział, że chodzi tu o jego ciało astralne, które - wciąż nienaruszone - żyje w innym wymiarze egzystencji. Mówił, że potrafi się regularnie samozaspokajać przy pomocy odciętej ręki, i zaproponował, że to zademonstruje. Mówił prawdę. Później powiedział:

- Potrafisz widzieć w ciemności, prawda?

Jaffe nigdy o tym nie myślał, ale teraz, gdy zwrócono mu na to uwagę, pomyślał, że to chyba prawda.

- Jak się tego nauczyłeś?

- Nie uczyłem się.

- Może to dzięki astralnym oczom?

- Może - Czy chcesz, by cię znowu possać?

- Nie.

 

***

 

Zbierał od ludzi doświadczenia, po jednym od każdego z nich, wchodząc w ich życie i wychodząc, a oni tracili zmysły, umierali lub płakali.

Zaspokajał wszystkie swoje zachcianki, szedł, gdziekolwiek wzywał go instynkt; tajemne życie miasta wychodziło mu naprzeciw ledwie przekroczył rogatki.

Nic nie wskazywało na to, że jest poszukiwany przez policję. Może nie odnaleziono ciała Homera na pogorzelisku, a może policja uznała, że sam padł ofiarą pożaru. Jakikolwiek był tego powód, nikt za nim nie węszył.

Szedł, gdzie chciał, i robił, na co mu przyszła ochota, aż zaspokoił wszystkie swoje pragnienia i potrzeby i odczuł przesyt. Przyszedł czas, by przekroczyć próg.

Zatrzymał się w Los Alamos w stanie Nowy Meksyk w pewnym motelu, opanowanym przez karaluchy. Zamknął się w pokoju z dwiema butelkami wódki, rozebrał się do naga, zaciągnął zasłony na dwie doby i pozwolił swojemu umysłowi na zupełną swobodę. Nie jadł przez 48 godzin, nie z braku pieniędzy, bo miał je, ale dlatego że uczucie lekkości sprawiało mu przyjemność. Jego wygłodzone myśli, smagane przez wódkę, wyrwały się spod wszelkiej kontroli, pożerając się nawzajem i brudząc odchodami, na przemian barbarzyńsko prymitywne i barokowo ozdobne. Gdy leżał na podłodze, wylęgały z ciemności karaluchy i chodziły po jego ciele. To mu nie przeszkadzało; polewał pachwiny wódką dopiero wtedy, gdy ich krzątanina wprawiała go w stan podniecenia, rozpraszając Jego uwagę. Chciał tylko myśleć. Unosić się w powietrzu i myśleć.

Z rzeczy fizycznych doświadczył wszystkiego: gorąca i zimna; seksu i braku seksu; był podmiotem i przedmiotem miłości. Nie chciał więcej żadnego z tych doznań - przynajmniej nie jako Randolph Jaffe. Był inny wymiar egzystencji, inne strefy odczuwania, w których seks i morderstwo, rozpacz i głód i wszystko inne mogłoby na nowo go zaciekawić. Ale stanie się tak dopiero, gdy przełamie bariery obecnej egzystencji; zostanie Artystą; odmieni świat.

Tuż przed świtem, gdy nawet karaluchy traciły werwę, zrozumiał, że ktoś go wzywa.

Był w nim wielki spokój. Jego serce biło powoli i miarowo. Pęcherz sam mu się opróżnił jak u małego dziecka. Nie było mu ani zbyt ciepło, ani zbyt zimno. Nie czuł się ani zbyt senny, ani nadmiernie rozbudzony. A na skrzyżowaniu - które nie było pierwszym i nie będzie ostatnim - coś ciągnęło go za wnętrzności i wzywało do siebie.

Natychmiast wstał, ubrał się, wziął pozostałą butelkę wódki i ruszył przed siebie. W jego wnętrznościach zew nie ucichał. Szarpał nim, gdy odeszła zimna noc i zaczęło wstawać słońce. Szedł boso. Stopy mu krwawiły, ale własne ciało niewiele go obchodziło; odsuwał od siebie ból, zapijał go wódką.

Po południu w butelce pokazało się dno; wokół była pustynia, a on po prostu szedł w kierunku, skąd dochodził zew, ledwie świadomy, że niosły go stopy.

W głowie miał pustkę, prócz myśli o Sztuce i jej zdobyciu, ale i ta ambicja pojawiała się i znikała. Podobnie jak sama pustynia.

Mniej więcej pod wieczór dotarł w okolice, w których nawet najzwyklejsze fakty - ziemia pod jego stopami, mroczniejące niebo nad jego głową - stawały się wątpliwe. Nie był nawet pewien, czy idzie. Nieobecność wszystkiego była przyjemna, ale nie trwała długo. Zew gnał go wciąż naprzód, a on nawet nie był go świadomy - noc, podczas której wyszedł z hotelu, nagle stała się dniem, a on zdał sobie sprawę, że stoi: znów żywy, znów Randolph Jaffe - na pustyni jeszcze bardziej jałowej niż ta, którą opuścił. Było tu wczesne rano. Słońce stało jeszcze nisko, ale już zaczynało dopiekać na niebie bez jednej chmurki.

Czuł teraz, jak jest obolały, zbierało mu się na wymioty, ale nie mógł się oprzeć wezwaniu, które szarpało jego wnętrzności. Musiał iść, więc szedł zataczając się, chociaż był zupełnie wyczerpany i rozbity. Później przypomniał sobie, że przechodził przez jakieś miasto i widział stalową wieżę, wznoszącą się na bezludziu. Ale to było dopiero u kresu podróży, w prymitywnej chatce z kamienia; drzwi chaty otwarły się właśnie, gdy opuściły go resztki sił i padł, przekraczając próg.

 

 

 

III

 

Drzwi zamknęły się, gdy wszedł, ale jego umysł był otwarty i jasny. Po drugiej stronie gasnącego ogniska siedział starzec o twarzy smutnej i nieco głupawej, jak twarz błazna, szminkowana i ścierana przez pięćdziesiąt lat bufonady, o tłustej cerze i rozszerzonych porach; włosy, czy raczej siwe ich resztki, miał długie. Siedział ze skrzyżowanymi nogami. Od czasu do czasu, kiedy Jaffe odpoczywał, by podjąć na nowo wysiłek mówienia, stary unosił jeden pośladek i puszczał głośne wiatry.

- Odnalazłeś przejście - powiedział po pewnym czasie. - Myślałem, że umrzesz, zanim ci się to uda. Wielu już zginęło. Trzeba prawdziwej woli.

- Przejście dokąd? - zapytał Jaffe z wysiłkiem.

- Jesteśmy w Pętli. W Pętli czasu, obejmującej kilka minut. To ja ją zawiązałem, by się w niej schronić. To jedyne miejsce, gdzie jestem bezpieczny.

- Kim jesteś?

- Nazywam się Kissoon.

- Czy jesteś jednym ze Szkoły?

Na twarzy po drugiej stronie ognia odbiło się zdziwienie.

- Wiele wiesz.

- Nie. W gruncie rzeczy niewiele. Jakieś strzępy, fragmenty.

- Mało kto wie o Szkole.

- Wiem, że jest ich trochę - odpowiedział Jaffe.

- Naprawdę? - zapytał Kissoon; głos mu stwardniał. - Chciałbym wiedzieć, kim są.

- Mam listy, które pisali... - powiedział Jaffe i urwał. Zdał sobie sprawę, że już nie pamięta, gdzie je zostawił, te bezcenne wskazówki, które prowadziły go przez tyle męki i rozkoszy.

- Listy od kogo? - zapytał Kissoon.

- Od ludzi, którzy wiedzą... którzy coś odgadują... o Sztuce.

- Naprawdę? I co oni o niej mówią?

Jaffe potrząsnął głową.

- Niewiele potrafię z tego zrozumieć - powiedział. - Ale myślę, istnieje morze...

- Istnieje - przytaknął Kissoon. - A ty chciałbyś wiedzieć, gdzie je odnaleźć, jak się tam dostać, w jaki sposób posiąść z niego potęgę.

- Tak.

- A w zamian za tę wiedzę, co oferujesz?

- Nie mam nic.

- Pozwól, że ja to osądzę - powiedział Kissoon, wznosząc wzrok ku dachowi chatki, jakby przypuszczał, że ujrzy coś ważnego w dymie, który się tam gromadził.

- W porządku - westchnął Jaffe. - Cokolwiek zechcesz, jest twoje.

- To brzmi uczciwie.

- Muszę zdobyć tę wiedzę. Potrzebna mi jest Sztuka.

- Oczywiście, oczywiście.

- Przeżyłem już tyle, że nie ma przeszkód, żebym ją osiągnął.

Wzrok Kissoona znów spoczął na Jaffe.

- Naprawdę? Wątpię.

- Chcę uzyskać... Chcę uzyskać (Co? - pomyślał. Czego chcesz?)

Wyjaśnienia - powiedział.

- No, dobrze, od czego zacząć?

- Od morza - odparł Jaffe.

- Ach, od morza?

- Gdzie ono jest?

- Czy kiedykolwiek byłeś zakochany? - zapytał Kissoon.

- Tak, chyba tak.

- A więc byłeś w Quiddity już dwa razy. Po raz pierwszy - kiedy spędziłeś swą pierwszą noc poza łonem. Po raz drugi - w noc, którą spędziłeś u boku ukochanej. A może ukochanego, co? - Roześmiał się. - Z nią czy z nim, co za różnica.

- Quiddity to morze?

- Quiddity to morze. Są w nim wyspy, zwane Efemerydami.

- Chcę tam być powiedział Jaffe ledwie dosłyszalnym głosem.

- Będziesz. Jeszcze jeden raz.

- Kiedy?

- W ostatnią noc twojego życia. To wszystko, co udaje nam się zdobyć.

Trzy zanurzenia w Morzu Snów. Jedno mniej, a stracilibyśmy rozum. Jedno więcej...

- Co wtedy?

- Wtedy przestalibyśmy być ludźmi.

- A Sztuka?

- Cóż... różnie się o niej mówi.

- Czy masz ją?

- Czy ją mam?

- No, Sztukę. Czy potrafisz się nią posługiwać? Czy możesz mnie jej nauczyć?

- Być może.

- Jesteś Jednym ze Szkoły - powiedział Jaffe. - Więc musisz ją posiadać, czy nie tak?

- Jednym? - brzmiała riposta. - Jestem ostatnim. Jedynym.

- Więc podziel się ze mną. Chciałbym posiąść moc odmiany świata.

- Niezła ambicyjka.

- Uważaj, co mówisz - powiedział Jaffe, coraz silniej podejrzewając, że stary bierze go za durnia. - Nie odejdę stąd z niczym, Kissoon. Kiedy opanuję Sztukę, będę mógł wstąpić do Quiddity, czy tak? Na tym to wszystko polega.

- Skąd o tym wiesz?

- Tak czy nie?

- Tak. Powtarzam pytanie: skąd o tym wiesz?

- Znam się na układankach. Cały czas się tym zajmuję - uśmiechnął się, gdy dopasowywał w myślach klocek do klocka. - Quiddity istnieje w pewnym sensie poza światem, prawda? Sztuka pozwala tam przejść, można tam więc przebywać, kiedy przyjdzie człowiekowi ochota. To taki własny kawałek tortu.

- Co?

- Ktoś kiedyś tak to określił: własny kawałek tortu.

- Dlaczego zadowalać się kawałkiem? - rzucił Kissoon.

- Właśnie! Dlaczego nie sięgnąć po cały pieprzony tort?

Kissoon popatrzył na niego prawie z podziwem.

- Jaka szkoda - powiedział - że stoisz tak nisko na drabinie ewolucji. Gdyby nie to, może mógłbym dzielić z tobą to wszystko.

- Co powiedziałeś?

- Powiedziałem, że za dużo w tobie z małpy. Nie mogę przekazać ci sekretów, ukrytych w moim umyśle. Nie wiedziałbyś, co z nimi robić.

Skończyłoby się na tym, że zbrukałbyś Quiddity jakimiś niedowarzonymi ambicyjkami. A Quiddity musi pozostać czyste.

- Już ci mówiłem... Nie odejdę stąd z kwitkiem. Możesz ode mnie wziąć, co chcesz. Z tego, co mam. Tylko bądź moim nauczycielem.

- Oddałbyś mi swoje ciało? - zapytał Kissoon. - Oddałbyś?

- Co?

- Tylko tym możesz kupczyć. Czy dasz mi Je?

Propozycja zbiła Jaffe'a z tropu.

- Chodzi ci o seks?

- Chryste, co ty wygadujesz.

- Więc o co chodzi? Nie rozumiem.

- O ciało i krew. O naczynie. Chcę zająć twoje ciało.

Jaffe wpatrywał się w Kissoona, a ten wpatrywał się w Jaffe'a.

- No więc? - odezwał się stary.

- Nie możesz tak po prostu wejść w moją skórę - powiedział Jaffe.

- Owszem, mogę, kiedy będzie wolna.

- Nie wierzę ci.

- Jaffe, właśnie ty nigdy nie powinieneś tak mówić: nie wierzę.

Niezwykłość jest normą. Istnieją pętle czasu. Jesteśmy teraz w jednej z nich.

Nasze umysły są jak wojska gotowe do wymarszu. Są słońca w naszych lędźwiach i szparki w niebie. Każdy stan ma swoje szyfry...

- Szyfry?

- Zaklęcia! Błagania! Czary! Czary! One są wszędzie. Masz rację:

Quiddity rzeczywiście jest ich źródłem, a Sztuka zamkiem i kluczem. I ty uważasz, że wśliznięcie się w twą skórę sprawi mi trudność. Więc niczego się nie nauczyłeś?

- Załóżmy, że się zgodzę.

- Załóżmy.

- Co stałoby się ze mną, gdybym rzeczywiście opuścił swoje ciało? - Pozostałbyś tutaj. Jako duch. To nie jest pałac, ale zawsze jakiś dom.

Wrócę, za jakiś czas. Wtedy odzyskasz swoje ciało i krew.

- Na co by ci się przydało takie ciało? - powiedział Jaffe. - Nie lepsze od ścierwa.

- To moja rzecz - odpowiedział Kissoon.

- Chcę wiedzieć.

- A ja wolę ci nie mówić. Jeśli chcesz opanować Sztukę, to rób, do diabła, co ci każę. Nie masz wyboru.

Sposób bycia starego jego bezczelny uśmieszek, wzruszenie ramion. przymknięcie powiek, jakby nie chciał marnować wzroku na przybysza wszystko to przypominało Jaffe'owi Homera. Świetna byłaby z nich para: tępy brutal i przebiegły, stary cap. Kiedy myślał o Homerze, musiał także pomyśleć o nożu, ukrytym w kieszeni. Ile nacięć musiałby zrobić na tym żylastym zewłoku, zanim ból zmusi Kissoona do mówienia? Czy będzie musiał odciąć staruchowi palce, kawałek po kawałku? Jeśli tak, to był gotów. Może odciąć mu uszy. A gdyby wydłubać mu oczy? Zrobi, co będzie trzeba; już dawno przestał odczuwać obrzydzenie.

Wsunął dłoń do kieszeni, zacisnął palce na nożu.

Kissoon zauważył ten ruch.

- A więc niczego nie zrozumiałeś - powiedział. Jego oczy pobiegły do Jaffe'a i z powrotem, jakby mierzył szybkość przepływu powietrza między sobą a Jaffe'em.

- Rozumiem o wiele więcej, niż sądzisz - odparł Jaffe. - Rozumiem, że nie jestem dla ciebie dostatecznie czysty. Nie jestem - jak ty to mówiłeś? - wystarczająco wysoko ewoluowany. Tak, ewoluowany.

- Powiedziałem, że jesteś małpą.

- Owszem, tak powiedziałeś.

Obraziłem więc małpę.

Jaffe mocniej zacisnął palce na nożu. Zaczął powoli wstawać.

- Nie odważysz się - powiedział Kissoon.

- Czerwona płachta na byka - odparł Jaffe; wysiłek, jakim było powstanie z podłogi, przyprawił go o zawrót głowy - to twoje gadanie, że się nie odważę. Widziałem w życiu to i owo... robiłem już różne rzeczy - powoli wydobywał nóż z kieszeni. - Nie boję się ciebie.

Kissoon dał spokój obliczeniom i zatrzymał wzrok na ostrzu. Jego twarz nie zdradzała zdziwienia, jak twarz Homera, ale widniał na niej strach.

Widząc jego minę, Jaffe odczuł dreszczyk satysfakcji.

Kissoon powoli wstał z podłogi. Był o wiele niższy od Jaffe'a - prawie karzeł - i całe ciało miał dziwnie niekształtne, jakby kiedyś połamano mu wszystkie kości i stawy, a potem składano w pośpiechu.

- Nie powinieneś przelewać krwi - powiedział szybko. - Przynajmniej nie tutaj, nie w Pętli. Zakaz przelewania krwi wchodzi w skład formuły Pętli.

- Kiepska wymówka - Jaffe ruszył powoli wokół ogniska, by dopaść swej ofiary.

- Ale to prawda - powiedział Kissoon i uśmiechnął się do Jaffe'a; był to dziwaczny uśmiech, zupełnie nie pasujący do całej sytuacji. - Kłamstwo kłóci się z moim pojęciem honoru.

- Przez rok pracowałem w rzeźni. W Omaha, stan Nebraska - powiedział Jaffe. - W Bramie Zachodu. Przez cały rok pracowałem przy ćwiartowaniu mięsa. Znam się na rzeczy.

Kissoon był teraz przerażony. Oparł się plecami o ścianę, przytrzymując się jej szeroko rozstawionymi ramionami. Jak bohaterka jakiegoś niemego filmu - pomyślał Jaffe. Oczy Kissoona nie były teraz pół - otwarte, ale ogromne i wilgotne. Nie mógł się zdobyć nawet na groźby; stał tylko i trząsł się ze strachu.

Jaffe położył rękę na sflaczałej grdyce starego. Chwycił mocno - jego palce i kciuk wbiły się w ciało i ścięgna. Drugą ręką, w której trzymał stępiały nóż, uniósł na wysokość lewego oka Kissoona. Oddech starego cuchnął jak odchody chorego starucha. Jaffe nie chciał wdychać tej woni, ale nie miał wyboru; ledwie wniknęła w jego płuca, zrozumiał, że stary go załatwił. Ten oddech był czymś więcej niż tylko cuchnącym powietrzem. Była w nim jakaś wydzielina organizmu Kissoona, która podstępnie wniknęła w jego ciało - a przynajmniej usiłowała. Jaffe zdjął rękę z jego chudej grdyki i odsunął się.

- Ty draniu! - wykrzyknął; krztusząc się i kaszląc, próbował wydalić z siebie tamten oddech, zanim wedrze się w głąb jego organizmu.

Kissoon dalej odgrywał komedię.

- Więc mnie nie zabijesz? Darujesz mi życie?

Teraz on postępował do przodu, a Jaffe się cofał.

- Nie podchodź do mnie - powiedział Jaffe.

- Jestem tylko starym człowiekiem!

- Czułem twój oddech! - wrzasnął Jaffe, uderzając się kułakiem w pierś. - Próbowałeś wedrzeć się we mnie!

- Ależ nie - protestował Kissoon.

- Nie kłam, do jasnej cholery. Dobrze to czułem!

Wciąż to czuł. Jakiś ciężar w płucach, którego przedtem nie było. Cofał się w stronę drzwi; wiedział, że jeśli zostanie, stary całkowicie nad nim zapanuje.

- Nie odchodź - odezwał się Kissoon. - Nie otwieraj drzwi.

- Do Sztuki prowadzą jeszcze inne drogi.

- Nie - powiedział Kissoon. - Tylko przeze mnie. Inni umarli. Nikt ci nie pomoże oprócz mnie.

Gnąc nędzne ciało, znów próbował uśmiechnąć się tym swoim nikłym uśmiechem, ale jego pokora była równie fałszywa jak poprzedni strach.

Każdy sposób był dobry, by zbliżyć się do ofiary i posiąść jej krew i ciało.

Jaffe nie dał się podejść po raz drugi. Próbował bronić się przed uwodzicielskimi sztuczkami Kissoona za pomocą wspomnień. Myślał o przyjemnościach, które przeżył i znów przeżyje, jeśli tylko wyjdzie żywy z tej pułapki.

O kobiecie w Illinois, o jednorękim w Kentucky, o pieszczotach karaluchów.

Te wspomnienia nie pozwalały Kissoonowi zdobyć nad nim większej władzy.

Sięgnął za siebie i chwycił za klamkę.

- Nie otwieraj - powiedział Kissoon.

- Wynoszę się stąd.

- Popełniłem błąd. Przepraszam. Nie doceniłem cię. Przecież możemy się jakoś dogadać. Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Nauczę cię Sztuki. Ja nie mogę się nią posłużyć. W tej Pętli to niemożliwe. Ale ty mógłbyś wynieść stąd te umiejętności. Na zewnątrz, kiedy wrócisz do świata. Będziesz miał swój tort! Tylko zostań. Zostań, Jaffe. Tak długo byłem sam. Tęsknię za ludźmi. Za kimś, komu mógłbym wytłumaczyć wszystko, co wiem. Podzielić się swoją wiedzą.

Jaffe nacisnął klamkę. W tej samej chwili poczuł, jak ziemia zadrżała mu pod stopami; wydało mu się, że za drzwiami błysnęła nagła jasność. Była zbyt sina Jak na światło dnia, ale pewnie nim była, ponieważ za progiem czekało Jeffe'a tylko słońce.

- Nie zostawiaj mnie! - biegł za nim krzyk Kissoona; czuł, jak tamten wczepia się tym krzykiem w jego wnętrzności, tak jak wtedy, kiedy wzywał go do siebie. Ale zew nie był teraz nawet w przybliżeniu tak silny jak wtedy. Albo Kissoon wyczerpał zbyt wiele energii, kiedy usiłował tchnąć swój dech w Jaffe'a, albo osłabiła go wściekłość. Jakkolwiek rzecz się miała, Jaffe potrafił przezwyciężyć siły, które wzywały go do powrotu: im dalej biegł, tym bardziej słabło wezwanie.

W odległości stu jardów od chaty szybko obejrzał się za siebie; wydawało mu się, że w jego kierunku sunie smuga ciemności, jakby ktoś rzucił za nim ciemny sznur. Nie zatrzymał się, by sprawdzić, jakiej to nowej sztuczki próbował ten stary drań, ale biegł dalej, wracając po własnych śladach, aż ujrzał stalową wieżę. Jej obecność mogła świadczyć o próbach zaludnienia tej okolicy - próbach dawno zarzuconymi. Po godzinie męczącego marszu znalazł następne świadectwo tych usiłowań. Miasto, które ledwie pamiętał - wlókł się przez nie, kiedy zmierzał w przeciwnym kierunku. Na ulicy nie było ludzi ani pojazdów, a sama ulica była odarta z wszelkich cech szczególnych, jak plan filmowy, na który nie dowieziono Jeszcze dekoracji.

Pół mili dalej, drganie powietrza było dla niego sygnałem, że osiągnął obrzeże Pętli. Wkroczył odważnie w strefę chaosu, przebył obszar, w którym zatracił wszelkie poczucie czasu i przestrzeni - aż do bólu - nie był nawet pewien, czy w ogóle idzie, aż nagle znalazł się znów po tamtej stronie, pod cichym niebem rozgwieżdżonej nocy.

 

***

 

Kiedy 48 godzin później leżał pijany w jakiejś uliczce Santa Fe, powziął dwie ważne decyzje. Po pierwsze, zachowa swój kilkutygodniowy zarost na pamiątkę tych poszukiwań. Po drugie, wykorzysta cały swój spryt, każdą drobinę wiedzy o tajemnym życiu Ameryki i całą potęgę swojego wzroku astralnego, by zdobyć Sztukę (niech zdycha Kissoon, niech sczeźnie Szkoła).

Dopiero, gdy nią zawładnie, pokaże światu gładko wygolone oblicze.

 

 

 

IV

 

Niełatwo było dopełnić obietnic, które złożył sam sobie - teraz, kiedy moc, którą zdobył, zapewniała mu tyle łatwych przyjemności. Odmawiał ich sobie z obawy, że nadwątlą jego niewielkie siły zanim zdoła wykraść potęgę.

Za najpilniejsze zadanie uznał znalezienie podobnego sobie brodacza; kogoś, kto wesprze go w poszukiwaniach. Rozglądał się przez dwa miesiące, nim natrafił na człowieka, którego nazwisko i reputacja wprost predystynowała go do tej roli. Był to Richard Wesley Fletcher, do niedawna jeden z najwyżej cenionych, rewolucyjnych umysłów z dziedziny badań nad ewolucją - zanim się stoczył; kierownik wielu programów badawczych w Bostonie i Waszyngtonie; teoretyk, którego każdą uwagę badali wnikliwie inni uczeni w nadziei, że wykryją drogę, która poprowadzi go do kolejnego przełomu w nauce. Lecz ten genialny umysł był skażony uzależnieniem.

Meskalina i jej pochodne doprowadziły go do upadku, ku wielkiemu zadowoleniu wielu spośród jego kolegów, którzy nawet nie próbowali ukryć pogardy wobec tego człowieka, kiedy wydał się jego wstydliwy sekret.

Z całego pliku artykułów, które czytał Jaffe, przebijał ten sam ton samozadowolenia, kiedy społeczność akademicka zgodnie zaatakowała zdetronizowanego Wunderkinda, określając jego teorie jako niedorzeczne, a oblicze moralne jako godne potępienia. Jaffe nic sobie nie robił z opinii środowiska na temat oblicza moralnego Fletchera. Zaintrygowały go jedynie Jego teorie, które przypadkowo zazębiły się z jego własnymi ambicjami. Badania Fletchera miały na celu wydobycie z żywych organizmów substancji, dzięki której zachodził w nich proces ewolucji, a następnie przeprowadzenie laboratoryjnej syntezy. Podobnie Jak Jaffe wierzył, że można skraść niebo.

Odnalezienie Fletchera wymagało ogromnego uporu, ale tego Jaffe'owi nigdy nie brakowało, odnalazł go w Maine. Złe się wiodło genialnemu uczonemu; rozpacz niemal go złamała. Jaffe działał ostrożnie. Nie wystąpił od razu ze swoją propozycją, ale wkradł się w jego łaski, zaopatrując Fletchera w narkotyki wysokiej jakości; Fletchera nie było na nie stać już od dłuższego czasu. Dopiero gdy zdobył jego zaufanie, zaczął mówić o jego badaniach. Początkowo Fletcher unikat tego tematu jak mógł, ale Jaffe łagodnie rozniecał żar Jego obsesji, aż buchnęła jasnym płomieniem. Kiedy ogień Już płonął, Fletcher miał mu dużo do powiedzenia. Sądził, że już dwukrotnie był blisko wykrycia substancji, którą nazwał "nuncjo", czyli zwiastun. Ale wciąż nie udawało mu się przebrnąć przez procesy końcowe. Ze swej strony Jaffe rzucił na ten temat parę spostrzeżeń, zaczerpniętych z literatury poświęconej czarnej magii. Delikatnie sugerował Fletcherowi, że są towarzyszami w poszukiwaniach. Chociaż Jaffe posługiwał się starożytnym słownictwem alchemików i czarnoksiężników, a Fletcher językiem nauki, obydwu jednakowo silnie korciło, by pchnąć ewolucję do przodu; za pomocą sztucznych środków przyśpieszyć rozwój fizyczny, a może i duchowy. Początkowo Fletcher przyjmował te uwagi z nieskrywaną pogardą, ale powoli zaczął je cenić i ostatecznie przystał na propozycję Jaffe'a, która miała mu umożliwić ponowne podjęcie prac badawczych. Jaffe obiecywał, że teraz

Fletcher nie będzie musiał pracować w zamkniętym, dusznym światku akademickim i ustawicznie dowodzić przydatności swoich prac, by mu nie cofnięto stypendium. Gwarantował geniuszowi - narkomanowi miejsce pracy dobrze skryte przed wzrokiem wścibskich. Kiedy Fletcher wyizoluje nuncjo i wytworzy większą ilość tej cudownej substancji, wyłoni się ze swej samotni i rozpędzi oszczerców na cztery strony świata. Żaden uczony, pochłonięty obsesyjną myślą, nie odrzuciłby takiej oferty.

Jedenaście miesięcy później Richard Wesley Fletcher stał na granitowym przylądku wybrzeża Pacyfiku w Baja i przeklinał siebie za to, że dał się skusić namowom Jaffe'a. W stojącej w głębi lądu Misji Św. Katarzyny, po prawie roku niewolniczej pracy, zakończone zostało Wielkie Dzieło (jak Jaffe lubił je określać). Nuncjo stało się faktem. Z pewnością niewiele było miejsc równie mało odpowiednich dla przeprowadzenia eksperymentów, które większość ludzi uznałaby za niemiłe Bogu - niż ta opuszczona jezuicka Misja, ale przecież to przedsięwzięcie od samego początku było naznaczone paradoksem.

Choćby sprawa wspólnictwa Jaffe'a i jego, Fletchera. Po drugie, mieszanka dyscyplin naukowych, która umożliwiła sfinalizowanie Wielkiego Dzieła. A po trzecie, teraz, kiedy powinien przeżywać chwile tryumfu, był zaledwie kilka chwil od zniszczenia nuncjo, zanim wpadnie ono w ręce właśnie tego człowieka, którego subwencje umożliwiły jego powstanie.

Ze zniszczeniem i twórczością sprawa ma się podobnie: jest w nich metoda, szaleństwo i ból. Fletcher zbyt dobrze wiedział o niejasnych prawach rządzących materią, by wierzyć, że cokolwiek podlega całkowitemu zniszczeniu. Nie można zakryć odkrycia. Ale wierzył, że jeśli wraz z Raulem odpowiednio spreparują materiał dowodowy, to nikomu nie uda się łatwo odtworzyć eksperymentu, który przeprowadził na pustkowiu Baja w Kalifornii. On i chłopiec (wciąż trudno mu było myśleć o Rautu jako o chłopcu) muszą postąpić jak złodzieje doskonali - oczyścić dom z wszelkich śladów swojej bytności. Kiedy już spalą wszystkie notatki dotyczące badań i rozbiją całą aparaturę, to będzie tak, jakby nuncjo nigdy nie istniało. Dopiero wtedy przywoła chłopca, który wciąż podsycał ogniska płonące przed Misją, i staną nad urwiskiem, by ręka w rękę rzucić się w dół.

Urwisko było dość strome, a skały w dole dostatecznie ostre, by zginęli na miejscu. Fala odpływu zmyje ich krew i wyniesie ciała na otwarte wody Oceanu Spokojnego. Zatem ogień i woda dokonają dzieła zniszczenia.

Wszystko to nie zdoła powstrzymać jakiegoś innego badacza przed ponownym odkryciem nuncjo kiedyś w przyszłości; jednak splot dyscyplin wiedzy i okoliczności, który umożliwił to odkrycie, był bardzo szczególnej natury. Ze względu na dobro ludzkości, Fletcher miał nadzieje, że nie stanie się to jeszcze przez wiele lat. Ta nadzieja nie była bezpodstawna. Gdyby dziwna, na wpół intuicyjna wiedza tajemna Jaffe'a nie sprzęgła się z jego własnym podejściem naukowym, nigdy nie doszłoby do tego cudu - a jak często ludzie nauki dochodzą do porozumienia z czarnoksiężnikami (zaklinaczami, jak ich nazywał Jaffe) i próbują połączyć swe sztuki w jedną?

Dobrze, że tego nie robią. Czekałoby ich zbyt wiele niebezpiecznych odkryć.

Okultyści, których kody Jaffe złamał, wiedzieli więcej o naturze rzeczy, niż

Fletcher mógłby kiedykolwiek podejrzewać. W ich przenośniach, rozprawach o Kąpieli Odrodzenia i Złotym Potomstwie, spłodzonym przez ojców z ołowiu, kryły się te same ambicje, za którymi Fletcher uganiał się całe swoje życie. Znaleźć sztuczne sposoby przyśpieszenia ewolucji: przenieść człowieczeństwo poza granice człowieczeństwa. "Obscurum per obscurius, ignotum per ignotius", radzili. Niechaj niejasne będzie tłumaczone przez bardziej niejasne, a nieznane przez bardziej nieznane. Nie rzucali słów na wiatr. Posługując się ich wiedzą i własną, udało się Fletcherowi rozwiązać ten problem. Opracował płyn, który zaniesie dobre wieści ewolucji do wszelkich żywych organizmów, pchając - jak wierzył - najprymitywniejszą nawet komórkę w kierunku wyższego rozwoju. Nazwał go "nuncjo", czyli zwiastunem. Teraz rozumiał, że wybrał dlań niewłaściwe imię. To nie był zwiastun czy posłaniec bogów, to był sam bóg. Nuncjo żyło własnym życiem. Miało swoją energię i ambicje. Musiał je zabić, zanim zacznie pisać Księgę Rodzaju od nowa, zaczynając od Jaffe'a w roli Adama.

- Ojcze? - rozległ się z tyłu głos Raula. Chłopiec znowu się rozebrał. Po latach życia w nagości, wciąż nie mógł się przyzwyczaić do niewygody, na którą skazywało go ubranie. I znów użył tego przeklętego słowa.

Nie jestem twoim ojcem - przypomniał mu Fletcher. - Nigdy nim nie byłem i nie będę. Czy możesz to wbić sobie do głowy?

Raul słuchał go uważnie, jak zawsze. Jego oczy nie miały białek i trudno było odczytać ich wyraz, ale te wpatrzone w niego oczy zawsze rozbrajały Fletchera.

- Czego chcesz? - zapytał łagodniejszym tonem.

- Ogniska - odpowiedział chłopiec.

- Co z nimi?

- Wiatr, ojcze... - zaczął.

Wiatr zerwał się kilka minut temu, szedł prosto od oceanu. Fletcher poszedł za Raulem przed front budynku misyjnego, gdzie - po zawietrznej - wznieśli stosy całopalne, na których miało spłonąć nuncjo; Fletcher zobaczył porozrzucane notatki, niektóre ledwie tknięte przez ogień.

- Żebyś przepadł - zaklął Fletcher, równie zirytowany własnym niedbalstwem Jak i niedbalstwem chłopca. - Przecież ci mówiłem, żebyś nie wrzucał zbyt dużo kartek naraz.

Schwycił ramię Raula, pokryte jedwabistym włosem, podobnie jak całe jego ciało. Wyczuł wyraźny zapach spalenizny - w miejscach liźniętych przez płomień, gdy ogień strzelił niespodzianie w górę i chłopiec nie zdążył odskoczyć. Wiedział, że opanowanie pierwotnego strachu przed ogniem musiało Raula wiele kosztować. Przełamywał ten strach ze względu na swojego ojca. Nie zrobiłby tego dla nikogo innego. Fletcher, skruszony, objął Raula ramieniem. Chłopiec przywarł do niego, tak jak to czynił w swym poprzednim wcieleniu, tuląc twarz do zapachu człowieka.

- No dobrze, niech sobie lecą - powiedział Fletcher, gdy następny poryw wiatru uniósł papiery z ognia jak kartki kalendarza, odliczając dni pełne bólu i natchnienia. Jeśli nawet ktoś znajdzie jedną czy dwie kartki co było mało prawdopodobne na tym bezludnym wybrzeżu - to i tak nic z nich nie zrozumie. To tylko Jego obsesja nakazywała mu wytrzeć tabliczkę do czysta; powinien wykazać więcej rozsądku - przecież to właśnie ta obsesja była jednym z czynników, który sprowadził to zniszczenie i tragedię.

Chłopiec oderwał się od Fletchera i poszedł w stronę ognisk.

- Nie, Raul... - powiedział. - Zostaw, niech sobie lecą...

Chłopiec udał, że nie słyszy; często się tak zachowywał, nawet w czasach, zanim nuncjo sprowadziło te zmiany. Ileż razy Fletcher przywoływał małpę Raula, a złośliwe zwierzątko go ignorowało? Właśnie ta przekora szczególnie zachęciła Fletchera do wypróbowania na nim Wielkiego Dzieła: szept człowieczeństwa w małpie pod wpływem nuncjo przeszedł w krzyk.

Jednak Raul nie miał zamiaru zbierać porozrzucanych kartek. Sprężył swoje nieduże, krępe ciało i odrzucił głowę w tył. Węszył.

O co chodzi? - zapytał Fletcher. - Czujesz kogoś?

- Tak.

- Gdzie?

- Wchodzi na wzgórze.

Fletcher miał dość rozsądku, by nie kwestionować uwag Raula. Fakt, że sam nie potrafił niczego wykryć słuchem ani węchem, świadczył jedynie o zaniku jego zmysłów. Nie musiał też pytać, z której strony nadchodzi przybysz. Do Misji prowadziła tylko jedna droga. Wytyczanie jedynej drogi przez tak niegościnną okolicę, a potem aż na szczyt stromego wzgórza musiało być przykre nawet skłonnym do masochizmu jezuitom. Zbudowali tę jedyną drogę i Misję, a potem odeszli; może na tym wzgórzu nie znaleźli Boga. Jeśli ich duchy nawiedzały to miejsce, to teraz znaleźliby bóstwo - w trzech fiolkach, wypełnionych błękitnym płynem. Podobnie jak człowiek, wstępujący na wzgórze. To mógł być tylko Jaffe. Nikt inny nie wiedział, że tu przebywali.

- Do diabła z nim - zaklął Fletcher. - Dlaczego właśnie teraz?

Właśnie teraz?

Było to głupie pytanie. Jaffe przybywał właśnie teraz, ponieważ wiedział, że ktoś knuje przeciwko jego Wielkiemu Dziełu. W jakiś sposób potrafił być obecny tam, gdzie go nie było; pozostawiał jakby swoje echo, które szpiegowało na jego rzecz. Fletcher nie rozumiał Jak Jaffe to robił. Jakiś jego czarnoksięski chwyt. Jeden z pomniejszych trików umysłowych, które Fletcher lekceważył kiedyś jako jarmarczne sztuczki; lekceważył tyle innych rzeczy. Jaffe potrzebował jeszcze kilku minut, by dotrzeć na szczyt wzgórza - stanowczo zbyt mało czasu, by Fletcher i chłopiec dokończyli dzieła.

Mógł wykonać w pełni tylko dwa zadania, gdyby działał szybko i sprawnie. Obydwa były bardzo ważne. Po pierwsze, trzeba zabić Raula i pozbyć się zwłok; wykształcony badacz mógłby wpaść na trop natury nuncjo na podstawie odmienionego organizmu Raula. Po drugie - zniszczyć trzy fiolki, ukryte w budynku Misji.

Wrócił tam teraz, poprzez chaos, który był dziełem jego własnych rąk.

Z tyłu szedł Raul, krocząc bosymi stopami przez potłuczone instrumentarium i rozbite sprzęty. Szli do tylnego pomieszczenia, do sanctum. Był to jedyny pokój nie zagracony przedmiotami związanymi z Wielkim Dziełem.

Zwykła celka, wyposażona jedynie w biurko, krzesło i przestarzałe stereo.

Krzesło stało przy oknie wychodzącym na ocean. Tutaj, przez pierwsze dni po udanym przeobrażeniu Raula - zanim Fletcher zrozumiał w pełni cele nuncjo i konsekwencje jego odkrycia i zanim ta świadomość odebrała mu radość tryumfu - mężczyzna i chłopiec siedzieli, patrzyli w niebo i słuchali muzyki Mozarta. Wszystkie te tajemnice, mówił Fletcher w jednej z pierwszych lekcji, są tylko przypisami do muzyki. Muzyka jest pierwsza, najważniejsza.

Nie będzie więcej wzniosłego Mozarta; skończy się patrzenie w niebo; nauka pełna miłości. Czasu starczy tylko na jeden strzał. Fletcher wyjął rewolwer z szuflady; leżał tam obok jego meskaliny.

- Teraz umrzemy? - zapytał Raul.

Wiedział, że tak się stanie. Ale nie wiedział, że tak szybko.

- Tak.

- Musimy iść na dwór - powiedział chłopiec. - Nad urwisko.

Nie. Nie mamy czasu. Muszę... muszę jeszcze coś zrobić, zanim pójdę za tobą.

- Ale mówiłeś, że razem.

- Wiem.

- Obiecałeś, że pójdziemy razem.

- Chryste, Raul! Przecież ci powiedziałem, że wiem o tym. Ale nie można inaczej. On już nadchodzi. Jeśli mi cię zabierze, żywego czy martwego, posłuży się tobą. Potnie cię na kawałki, żeby się przekonać, jak oddziałało na ciebie nuncjo.

Te słowa miały go przestraszyć i tak też się stało. Raul zatkał, twarz stężała mu w grymasie przerażenia. Gdy Fletcher uniósł pistolet, cofnął się o krok.

- Zaraz do ciebie przyjdę - powiedział Fletcher. - Przysięgam. Jak tylko będę mógł.

- Proszę cię, ojcze...

- Nie jestem twoim ojcem! Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Nie jestem niczyim ojcem!

Ten wybuch sprawił, że Fletcher stracił nad Raulem wszelką władzę.

Zanim zdążył złożyć się do strzału, chłopiec był już za drzwiami. Mimo to strzelił na oślep - kula trafiła w ścianę; potem rzucił się w pościg i strzelił po raz drugi. Ale chłopiec był zręczny jak małpa. Przemknął przez laboratorium i wypadł na dwór, zanim rozległ się trzeci strzał. Uciekł.

Fletcher odrzucił pistolet. Pościg za Raulem byłby stratą tej resztki czasu, która mu pozostała. Lepiej zrobi, przeznaczając te chwile na zniszczenie nuncjo. Bardzo niewiele było tej substancji, ale wystarczająco dużo, by wtrącić w ewolucyjny chaos każdy organizm, który skazi swym dotykiem.

Snuł plany zniszczenia nuncjo od wielu już nocy i dni, myśląc jak się go pozbyć w najbezpieczniejszy sposób. Wiedział, że nie może go po prostu wylać. Co mogłoby się stać, gdyby dostało się do ziemi? Zadecydował, że najlepszym wyjściem - w istocie jedynym - byłoby wrzucenie nuncjo do oceanu. To rozwiązanie było szczególnie trafne. Właśnie w oceanie rozpoczęła się długa wspinaczka ku szczeblowi rozwoju, na którym znajdował się obecnie jego gatunek; właśnie tam - w miriadach odmian pewnych morskich zwierząt - zauważył pęd stworzenia do przybrania innej niż teraźniejsza postaci. To były poszlaki, którymi dojdzie do celu nuncjo zamknięte w trzech fiolkach. To będzie odpowiedź na pytanie, które żywioł zadał kiedyśFletcherowi. Nuncjo stanie się dosłownie kroplami w oceanie; jego moc będzie tak rozcieńczona, że jego działanie będzie prawie żadne.

Podszedł do ławy, na której - umieszczone na podstawce - stały fiolki.

Bóstwo w trzech buteleczkach, mleczno-błękitne jak niebo na obrazach delia Francesca. Preparat lekko się poruszył, jakby kołysany przez własne wewnętrzne przypływy. Jeśli wiedział, że nadchodzi Fletcher, to czy znał także jego zamysły? Tak mało wiedział o tym, co sam stworzył. Może nuncjo znało także jego myśli? Zatrzymał się nagle - wciąż miał w sobie zbyt wiele cech uczonego, by nie ulec fascynacji tym zjawiskiem. Wiedział, że substancja była obdarzona potężną mocą, ale zdumiała go jej zdolność do fermentacji, którą właśnie demonstrowała - może nawet miała w sobie jakąś prymitywną siłę parcia: wspinała się po ściankach fiolek. Nie był już tak pewny swych racji.

Czy naprawdę miał prawo ukryć ten cud przed światem? Czy jej dążenia były rzeczywiście tak przeciwne naturze? Przecież pragnęła jedynie wznieść stworzenia na wyższy stopień rozwoju. Przemienić łuski w futro. Futro w ciało. Ciało, być może, w ducha. Ładna myśl.

Wtedy przypomniał sobie o Randolfie Jaffie z Omaha w stanie Nebraska, byłym rzeźniku i sortowaczu Niedoręczonych Listów; zbieraczu cudzych tajemnic. Czy taki człowiek mógłby zrobić z nuncjo dobry użytek? W rękach człowieka pełnego dobroci i miłości. Wielkie Dzieło mogłoby dać początek powszechnemu pokojowi, w którym każda żywa istota pojęłaby sens Stworzenia. Ale w Jaffie nie było ani miłości, ani dobra. Był złodziejem objawień, czarownikiem niedbałym o sens swojej sztuki, a tylko o korzyści, które mógł z niej czerpać.

W tej sytuacji pytanie nie brzmiało: Czy ma prawo zniszczyć cud? ale raczej: Jak śmie się wahać?

Podszedł do buteleczek, na nowo przekonany o swej słuszności. Nuncjo wiedziało, że Fletcher chce je skrzywdzić. Zareagowało gwałtownie, pnąc się po ściankach jak umiało, burząc się przeciw uwięzieniu.

Kiedy Fletcher sięgnął szybkim ruchem po podstawkę, zrozumiał, o co nuncjo naprawdę chodzi. Nie chciało po prostu uciec. Pragnęło doświadczyć swej cudownej mocy na ciele człowieka, który zamyślał przeciw niemu coś złego.

Pragnęło stworzyć swojego stwórcę na nowo.

Zrozumiał to zbyt późno. Nim zdążył cofnąć wyciągniętą dłoń albo zasłonić się, pękła jedna z fiolek. Fletcher poczuł, jak szkło kaleczy mu dłoń, a nuncjo rozlewa się po skórze. Cofnął się chwiejnie, zasłaniając twarz dłonią.

Była skaleczona w kilku miejscach, ale jedno skaleczenie - pośrodku dłoni - było szczególnie głębokie, zupełnie jakby ktoś przebił ją na wylot gwoździem. Od bólu zakręciło mu się w głowie, ale i zawroty, i ból trwały tylko chwilę. Zawładnęło nim zupełnie nowe odczucie. Właściwie nie odczucie. To określenie było zbyt trywialne. To było jak najpiękniejsze motywy mozartowskie - muzyka, która ominęła jego uszy i wniknęła wprost w jego duszę. Kto usłyszy taką muzykę, już nigdy nie będzie taki jak przedtem.

Randolph zobaczył dym bijący od ognisk wznieconych przy Misji, kiedy dotarł do pierwszego zakola długiej drogi prowadzącej na szczyt wzgórza; ten widok potwierdził podejrzenie, które nurtowało go od wielu dni: jego najemny geniusz wypowiedział mu posłuszeństwo. Dodał gazu, przeklinając tumany kurzu, w których na tej nieutwardzonej drodze buksowały koła jego jeepa; tempo jazdy spadało do mozolnego czołgania się w górę. Do dziś i on, i Fletcher woleli, by Wielkie Dzieło dokonywało się tak daleko od cywilizacji, chociaż Jaffe musiał nieraz wychodzić z siebie, aby tak wyszukany sprzęt laboratoryjny, jakiego domagał się Fletcher, mógł dotrzeć na to dzikie odludzie. Ale przekonywanie innych szło mu teraz jak po masie. Wyprawa do Pętli wzmogła żar jego spojrzenia. To, co powiedziała tamta Kobieta w Illinois, której imienia nigdy nie poznał: "Widziałeś coś niezwykłego, prawda?" było teraz prawdziwsze niż kiedykolwiek przedtem. Widział miejsce, wyjęte spod prawa czasu, i siebie w owym miejscu, siebie, doprowadzonego przez głód Sztuki poza granice obłędu. Ludzie o tym wiedzieli, chociaż nie potrafili ująć tej myśli w słowa. Widzieli to w jego spojrzeniu i, przejęci strachem czy też podszytym grozą podziwem, po prostu robili to, o co prosił.

Ale Fletcher był wyjątkiem od tej reguły już od samego początku.

Wprawdzie jego słabostki i rozpaczliwe, niezaspokojone pragnienia czyniły go uległym, ale zachował nieugiętą wolę. Czterokrotnie odrzucił propozycję Jaffe'a, by wyszedł z ukrycia i podjął od nowa swoje eksperymenty, chociaż

Jaffe za każdym razem podkreślał, ile zachodu kosztowało go odszukanie zaginionego geniusza oraz jak bardzo pragnął z nim współpracować. Każdą z tych czterech ofert osładzał niewielką ilością meskaliny, wciąż obiecując, że przyniesie więcej, oraz że wyposaży laboratorium w każde udogodnienie, jakiego zażąda Fletcher, jeśli tylko zgodzi się wrócić do pracy naukowej. Już podczas pierwszej lektury radykalnych teorii Fletchera, Jaffe zrozumiał, że to właśnie był sposób przechytrzenia systemu, który stał między nim a Sztuką.

Nie miał wątpliwości, że droga do Quiddity jeżyła się od trudności i przeszkód, zaplanowanych przez szlachetnych guru i obłąkanych szamanów w rodzaju Kissoona, by nie dopuścić do Największej Świętości ludzi, których umysły ocenili jako podrzędnego gatunku. Nic w tym nie było nowego. Ale z pomocą Fletchera mógłby wystawić guru do wiatru: zdobyć władzę za ich plecami.

Początkowo, gdy już wyposażył laboratorium zgodnie ze wskazówkami Fletchera i podzielił się z nim pewnymi spostrzeżeniami związanymi ze sprawą, które wyłowił z Niedoręczonych Listów, Jaffe dał Mistrzowi wolną rękę: zajmował się zaopatrzeniem (posyłając rozgwiazdy, jeżę morskie, meskalinę, małpę), ale odwiedzał go tylko raz na miesiąc. Za każdym razem przebywał u Fletchera przez jedną dobę, pijąc i dzieląc się z nim plotkami z życia środowiska akademickiego, które zbierał, by sycić jego ciekawość. Po jedenastu takich wizytach, czując, że badania prowadzone w Misji zbliżają się do końca, zaczął tam częściej bywać. Za każdym razem spotykało go chłodniejsze przyjęcie. Pewnego razu doszło do tego, że Fletcher nie chciał go w ogóle wpuścić do Misji; wywiązała się krótka, nierówna walka. Fletcher był kiepskim zapaśnikiem. Przygarbiony, niedożywiony - był typem człowieka, który całkowicie oddał się trudom nauki już od wczesnych lat młodzieńczych. Pokonany, musiał wpuścić Jaffe'a do wewnątrz. W Misji Jaffe odkrył, że małpa przemieniła się pod wpływem nuncjo, destylatu Fletchera, w brzydkie, ale niezaprzeczalnie ludzkie dziecko. Nawet wtedy, w dobie swych największych tryumfów, Fletcher zaczął wykazywać pewne oznaki załamania, któremu - o czym Jaffe nie mógł więcej wątpić - teraz uległ ostatecznie. Po tym dokonaniu, uczonym szarpał niepokój. Ale Jaffe był zbyt zadowolony, by się przejmować tymi sygnałami ostrzegawczymi.

Zaproponował nawet, że od ręki wypróbuje nuncjo na sobie. Ale Fletcher odwiódł go od tego zamiaru: twierdził, że trzeba jeszcze kilkumiesięcznych badań, zanim Jaffe będzie mógł zrobić tak ryzykowny krok. Jeszcze zbyt mało wie o nuncjo, tłumaczył. Chciał się najpierw przekonać, jakie wywrze ono działanie na organizm chłopca, zanim przeprowadzi dalsze eksperymenty. Załóżmy, że dziecko umrze po tygodniu? Albo jutro? Ten argument wystarczył, by ostudzić zapał Jaffe'a na jakiś czas. Pozwolił, by Fletcher podjął próby, o których mówił, i od tej pory przyjeżdżał co tydzień; za każdym razem widział, że Fletcher coraz bardziej upada na duchu, ale zakładał, że duma twórcy powstrzyma go od próby zniszczenia własnego arcydzieła.

 

Teraz, gdy nadpalone kartki sunęły po ziemi w jego stronę, przeklinał własną łatwowierność. Wyszedł z Jeepa i ruszył między rozrzuconymi przez wiatr ogniskami. Ta okolica zawsze miała w sobie coś z Apokalipsy. Tak sucha i piaszczysta ziemia mogła wyżywić niewiele więcej niż kilka karłowatych juk; Misja stała tak blisko urwiska, że którejś zimy musi paść łupem Pacyfiku. Nad głową hałasowały głuptaki - ptactwo tropikalne.

Dzisiaj fruwały w powietrzu tylko wyrazy. Mury Misji były osmalone ogniem w miejscach, gdzie ogniska rozpalono zbyt blisko domu. Ziemię pokrywał popiół, jeszcze bardziej jałowy niż piasek.

Wszystko się zmieniło.

Wchodząc w niedomknięte drzwi, zawołał Fletchera; niepokój, który go dręczył podczas jazdy w górę, wzmógł się niemal do trwogi; nie o siebie się bał, ale o Wielkie Dzieło. Był zadowolony, że ma przy sobie broń. Jeśli równowaga psychiczna Fletchera rozchwiała się na dobre, może będzie musiał użyć przemocy, by wydobyć z niego formułę nuncjo. Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy wyruszał po wiedzę z rewolwerem w kieszeni.

Czasem było to konieczne.

Wnętrze domu było zupełnie zniszczone; instrumentarium wartości kilkuset tysięcy dolarów - zdobyte prośbą, groźbą i pochlebstwem od akademików, którzy dawali mu, o co prosił, byle tylko przestał się w nich wpatrywać - zdewastowane; wszystko, co przedtem stało na stołach, zostało zmiecione na podłogę. Przez otwarte na oścież okna wpadał do środka gorący, słony wiatr oceanu. Wymijając strzaskane sprzęty, Jaffe przedostał się do ulubionego pokoju Fletchera - celki, którą kiedyś (po dużej dawce meskaliny) nazwał zatyczką. wypełniającą pustkę jego serca.

Był tam, żywy; siedział na krześle u szeroko otwartego okna, wpatrując się w słońce. Ten właśnie zwyczaj doprowadził do tego, że ociemniał na prawe oko. Miał na sobie tę co zawsze, wystrzępioną koszulę i odwieczne, zbyt obszerne spodnie; tę samą, wymizerowaną, nieogoloną twarz; siwiejące włosy związane w niezmienny koński ogon (Jego jedyne ustępstwo na rzecz próżności). Nawet jego pozę: ręce założone na kolanach, przygarbione plecy - widział Jaffe niezliczoną liczbę razy. A jednak był w tej scenie jakiś ledwie wyczuwalny, fałszywy ton; to wystarczyło, by wstrzymać Jaffe'a w progu celi. Było tak, jakby Fletcher był za bardzo sobą. Była to zbyt doskonała podobizna Fletchera; gdy tak siedział zamyślony, wpatrzony w słońce, każda fałdka jego ciała, każdy por jego skóry przyciągał wzrok Jaffe'a, boleśnie napinając siatkówkę jego oczu - jakby portret Fletchera wykonało tysiąc miniaturzystów, przy czym każdemu przydzielono jeden cal kwadratowy modela, by oddał go na płótnie za pomocą pędzelka sporządzonego z jednego włosa; by odmalował go z nieznośną precyzją. Reszta pokoju: ściany, okno, nawet krzesło, na którym siedział Fletcher była nieostra i rozmazana - Jakby niezdolna do rywalizacji ze zbyt daleko posuniętą realnością modela.

Jaffe zamknął oczy, by nie patrzeć na portret. Kładł się zbyt wielkim ciężarem na jego zmysły. Przyprawiał go o nudności. W ciemności usłyszał głos Fletchera, niemelodyjny jak zwykle.

- Złe wieści - powiedział bardzo spokojnie.

- Dlaczego? - zapytał Jaffe, nie otwierając oczu. Nawet z zamkniętymi oczami bardzo dobrze wiedział, że ten niezwykły stwór mówi do niego bez pomocy języka i warg.

- Po prostu odejdź - powiedział Fletcher. - Aha, miałeś rację.

- Jaką rację?

- Że nie potrzebuję już gardła, by mówić.

- Ja wcale nie mówiłem...

- Nie musisz, Jaffe. Jestem w twoim umyśle. To rzeczywiście tam jest.

Gorsze niż myślałem. Musisz odejść...

Głos przycichł, chociaż słowa nie milkły. Jaffe usiłował je uchwycić, ale większość mu umknęła. Coś jakby: "Czy stajemy się niebem", zdaje się. Tak, rzeczywiście to właśnie powiedział:

- Czy stajemy się niebem?

- O czym ty mówisz? - spytał Jaffe.

- Otwórz oczy.

- Robi mi się niedobrze, kiedy na ciebie patrzę.

- I wzajemnie. Ale jednak... powinieneś otworzyć oczy. Zobaczyć, jak staje się cud.

- Jaki cud?

- Zobacz sam.

Posłuchał nalegań Fletchera. Zobaczył dokładnie to samo, co przed zamknięciem oczu. Szeroko otwarte okno; siedzącego przy oknie mężczyznę.

Nic się nie zmieniło.

- Nuncjo jest we mnie - odezwał się Fletcher w umyśle Jaffe'a.

Żaden rys jego twarzy nawet nie drgnął. Najmniejszego poruszenia warg, ruchu rzęs. Wciąż to samo straszne, całkowicie skończone dzieło.

- To znaczy, że testowałeś je na sobie? Po tym wszystkim, co mi mówiłeś?

- To wszystko zmienia, Jaffe. To jakby ktoś smagnął świat biczem przez plecy.

- Zażyłeś je! Przecież to ja miałem to zrobić'

- Nie zażyłem go. To ono mnie zażyło. Jaffe, ono jest obdarzone własnym życiem. Chciałem je zniszczyć, ale mi nie pozwoliło.

- Ale dlaczego w ogóle chciałeś je zniszczyć?! Przecież to Wielkie Dzieło!

Ponieważ działa w sposób, jakiego nie przewidziałem. Jaffe, ono nie interesuje się ciałem, chyba że w dalszej kolejności. Ono igra z umysłem.

Bierze jakąś myśl jako natchnienie i nadaje jej dalszy bieg. Robi z nas to, czym chcielibyśmy być, albo czym obawiamy się być. Albo jednym i drugim.

Chyba jednym i drugim.

- Nie zmieniłeś się - zauważył Jaffe. - Mówisz tak, jak przedtem.

- Ale mówię w twoim umyśle - przypomniał mu Fletcher. - Czy było tak kiedykolwiek przedtem?

- Zatem telepatia jest przyszłością istot naszego gatunku - stwierdził Jaffe. - Nic nadzwyczajnego. Po prostu przyspieszyłeś ten proces. Jednym susem pokonałeś tysiące lat.

- Czy będę niebem? - znów zapytał Fletcher. Tym właśnie chciałbym być.

- Więc sobie bądź. Ja mam większe ambicje.

- Tak, tak, tym gorzej dla nas wszystkich. Właśnie dlatego nie chciałem, by dostało się w twoje ręce. Próbowałem nie dopuścić, byś go użył do swoich celów, ale ono odwróciło moją uwagę. Zobaczyłem otwarte okno i nie mogłem już odwrócić oczu od nieba. Nuncjo mnie rozmarzyło. To przez nie siedzę teraz i zastanawiam się... czy... czy będę niebem?

- Nie pozwoliło, byś mnie oszukał - powiedział Jaffe. - Ono chce, by go używać i tyle.

- Uhm.

- Więc gdzie jest reszta? Przecież nie użyłeś wszystkiego.

- Nie użyłem - przyznał Fletcher; został pozbawiony umiejętności kłamania. - Ale proszę cię, nie...

- Gdzie ono jest? - zapytał Jaffe, wchodząc wreszcie do pokoju.

Masz je przy sobie?

Kiedy postąpił do przodu, poczuł na skórze miriady leciutkich muśnięć, jakby wszedł w gęstą chmurę niewidzialnych komarów. To uczucie powinno ostrzec go przed bezpośrednim kontaktem z Flechterem, ale zbyt pragnął nuncjo, by zwracać na to uwagę. Położył rękę na ramieniu Fletchera. Przy dotknięciu postać tamtego zdawała się rozwiewać, niby obłok maleńkich cząsteczek - szarych, białych, czerwonych - wybuchła mu nagle w twarz, jak zawierucha pyłku kwiatowego.

W swym umyśle usłyszał śmiech geniusza; wiedział, że nie wyśmiewa się z niego, a tylko śmieje z czystej radości, kiedy wstrząs uwolnił jego skórę z przysłaniającej ją warstwy kurzu, który zaczął na nim osiadać już w momencie narodzin i nawarstwiając się stopniowo zakrył go prawic całego, pozostawiając tylko kilka najjaśniejszych miejsc. Kiedy kurz opadł, Fletcher siedział na krześle jak dawniej. Ale teraz jarzył się delikatnym światłem.



<dalej


strona główna
(23kB)