(23kB)
strona główna

Dr Rudolf Steiner - "Prawda i Nauka"

pracowicie przepisał: Karol Kusmirek (kusmir@kki.net.pl)

wersja tekstu: 1.00

----------------------------------------------------------------------------

Dołożono wszelkich starać co do zgodności tego produktu z oryginałem,

jednakże zatrzegamy sobie prawo do popełnienia pomyłki i nikt za to

odpowiedzialności brać nie zamierza. W szczególności, ale nie wyłącznie,

nie ponosimy odpowiedzialności za utratę wzroku spowodowaną czytaniem

tego tekstu, stratami materialnymi spowodowanymi wykorzystaniem w jakikolwiek

sposób tego tekstu etc.

Produkt niniejszy można kopiować w milionach egzemplarzy pod warunkiem

jednak, że nie będzie za to pobierana jakakolwiek opłata i tylko jeśli

nie zostaną dokonane jakiekolwiek przeróbki.

----------------------------------------------------------------------------

Dr Rudolf Steiner

 

Prawda i Nauka

Wstęp do Filozofii Wolności

 

 

 

Rudolf Steiner Prawda i nauka wstęp do "Filozofii Wolności"

Wahrheit und Wissenschaft Vorspiel einer "Philosophie der

Freiheit"

Autoryzowany przekład Dr St. Walewskiego

wydane na prawach rękopisu

staraniem

POLSKIEGO TOWARZYSTWA ANTROPOZOFICZNEGO

wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 1938

TREŚĆ:

Przedmowa

Wstęp

1. Uwagi wstępne

2. Zasadniczy problem teorii poznania Kanta

3. Teoria poznania w dobie pokantowskiej

4. Punkty wyjścia teorii poznania

5. Poznanie a rzeczywistość

6. Wolna od założeń teoria poznania a "Teoria Nauk"

Fichtego

7. Teoriopoznawcze uwagi końcowe

8. Praktyczne uwagi końcowe

 

 

 

PRZEDMOWA

 

 

 

Współczesna filozofia choruje na niezdrową wiarę w Kanta.

Niniejsza książka ma się przyczynić do przezwyciężenia tej

wiary. Zbrodnią byłoby obniżanie nieśmiertelnych zasług, jakie

Kant położył dla rozwoju niemieckiej nauki. Jednakże musimy w

końcu zrozumieć, że tylko wtedy zdołamy stworzyć podstawę

prawdziwie zadowalającego poglądu na świat i życie, jeżeli

zajmiemy stanowisko zdecydowanie jemu przeciwne. Czegóż Kant

dokonał? Oto wykazał, że istniejąca gdzieś poza światem naszych

zmysłów i naszego rozumu prazasada rzeczy, której jego

poprzednicy poszukiwali przy pomocy fałszywie pojmowanych

szablonów pojęciowych, jest niedostępna dla naszych poznawczych

możliwości.

Z tego następnie wyciągnął wniosek, że nasze naukowe

dążenia muszą się obracać w granicach zasięgu naszego

doświadczenia, że zatem nie możemy dojść do poznania owej

nadzmysłowej prazasady, czyli "rzeczy samej w sobie". Ale co

wtedy, jeżeli ta "rzecz sama w sobie" wraz z tą pozaświatową

prazasadą wszechrzeczy - jest tylko fantomem? A łatwo

zrozumieć, że sprawa przedstawia się właśnie w ten sposób.

Poszukiwanie prazasady, czy też najgłębszej istoty wszechrzeczy

jest popędem związanym nierozerwalnie z ludzką naturą. Jest ono

podstawą wszelkich naukowych dążeń człowieka.

Nie ma jednak najmniejszego powodu do poszukiwania

prazasady poza danym nam światem naszych zmysłów i naszego

rozumu, jak długo wszechstronne przebadanie tego świata nie

wykaże w jego obrębie pewnych elementów, które wyraźnie

wskazują na wpływy zewnętrzne.

W książce tej próbuję przeprowadzić dowód, że myśleniem

możemy osiągnąć wszystko, czego nam potrzeba do wytłumaczenia i

uzasadnienia świata. Przyjmowanie jakiejś zasady, mającej

istnieć poza danym nam światem - okazuje się przesądem

wymierającej filozofii dogmatycznej. Kant byłby doszedł o tego

samego wniosku, gdyby się rzeczywiście przekonał, do czego

zdolne jest nasze myślenie. Zamiast tego udowodnił on, w

niesłychanie zawikłany sposób, że z powodu struktury naszych

możliwości poznawczych nie możemy dosięgnąć swej ostatecznej

zasady, która ma się znajdować poza granicami naszego

doświadczenia. A jednak - myśląc rozumnie - nie powinni byśmy

przemieszczać tej zasady w jakieś zaświaty. Wprawdzie Kant

obalił filozofię "dogmatyczną", ale nie ustanowił niczego na

jej miejsce. Dlatego to nawiązująca doń bezpośrednio niemiecka

filozofia rozwijała się wszędzie w zdecydowanej opozycji do

niego. Fichte, Schelling i Hegel nie troszczyli się o wytyczone

przez swego poprzednika granice poznania i poszukiwali podstaw

wszechrzeczy w obrębie myślenia ludzkiego rozumu. Nawet

Schopenhauer, który przecież twierdził, że rezultaty

kantowskiej krytyki rozumu są wiekuiście trwałymi prawdami,

obiera sobie zupełnie odmienną od swego mistrza drogę do

poznania pierwszych przyczyn bytu. Fatalnością wszystkich tych

myślicieli było jednak to, że poszukiwali poznania najwyższych

prawd - nie stworzywszy podstawy dla tych swoich poczynań przez

uprzednie zbadanie istoty samego poznania. Dumne gmachy myśli

Fichtego, Schellinga i Hegla stoją przeto bez fundamentów. To

też brak tych fundamentów podziałał szkodliwie na dalszy tok

ich myślenia. Nie rozumiejąc znaczenia świata czystej idei i

jego stosunku do dziedziny zmysłowych postrzeżeń - gromadzili

oni błąd na błędzie i jednostronność na jednostronności. Nic

dziwnego, arcyśmiałe ich systemy nie wytrzymały ataków

dzisiejszej wrogiej dla filozofii epoki i wraz z ich błędami

wymieciono bezlitośnie wiele prawd , które te systemy

zawierały.

Chciałbym w tej książce zaradzić temu złu. Nie chcę

wyliczać tego, czego nie potrafią nasze możliwości poznawcze,

jak to uczynił Kant, tylko pokazać, do czego rzeczywiście

zdolne jest nasze poznanie.

Wynikiem moich rozważań jest przede wszystkim przekonanie,

że prawda nie jest - jak się to zwykle przyjmuje - idealnym

odzwierciedleniem czegoś realnego tylko wolnym wytworem ducha

ludzkiego, którego by w ogóle nigdzie nie było, gdybyśmy go

sami nie stwarzali. Zadaniem poznania nie jest powtarzanie w

pojęciowej formie czegoś, co już skądinąd istnieje, tylko

stwarzanie czegoś całkiem nowego, co wraz ze zmysłowo

postrzegalnym światem stanowi dopiero pełną rzeczywistość. Tym

sposobem najwyższa czynność człowieka, a mianowicie duchowa

jego twórczość zostaje organicznie włączona w ogólny bieg

zdarzeń świata. Bez tej czynności świat nie byłby do pomyślenia

jako pełna całość. Człowiek nie jest biernym widzem rozwoju

świata, a nasze poznanie jest najdoskonalszym narządem

organizmu wszechświata.

Pogląd ten pociąga za sobą doniosłą konsekwencję dla praw

naszej działalności, dla naszych moralnych ideałów. Ich także

nie można uważać za oddźwięk czegoś, co istnieje tylko w nas

samych. Tym samym odpada również istnienie wszechmocy, której

przykazania musielibyśmy uważać za nasze prawa moralne. Nie

znamy "kategorycznego imperatywu", tego jak gdyby głosu z

zaświatów, któryby nam przepisywał, co mamy czynić a czego

zaniechać. Nasze ideały moralne są naszym własnym, wolnym

wytworem. Mamy wykonywać tylko to, co sami sobie zalecamy jako

normę naszej działalności. Przeto pojęcie prawdy jako wolnego

czynu ustanawia również etykę, której podstawą jest całkowicie

wolna osobowość.

Wszystko to odnosi się oczywiście tylko do tej dziedziny

naszej działalności, której prawa przeniknęliśmy w idei pełnym

naszym poznaniem. Jak długo prawa te są naturalnymi albo

jeszcze niejasnymi pojęciowo motywami, tak długo ktoś, stojący

duchowo wyżej mógłby może określić, czy i w jakim stopniu są

one założone w obrębie naszej indywidualności: My sami jednak

odczuwamy je jako przymus, który działa na nas z zewnątrz.

Ilekroć uda się nam przeniknąć taki motyw jasnym poznaniem,

tylekroć osiągamy nową zdobycz w dziedzinie wolności.

Stosunek moich poglądów do najważniejszego wydarzenia

filozoficznego nowszej doby, tj. do światopoglądu Edwarda

Hartmanna, poruszam w tej książce wyczerpująco, o ile wchodzi w

grę zagadnienie poznania.

Niniejsza książka jest wstępem do "Filozofii wolności",

która ukaże się wkrótce w formie wyczerpującej ten przedmiot.

Podniesienie wartości istnienia ludzkiej osobowości jest

ostatecznym celem wszelkiej nauki. Kto uprawia naukę w innych

zamiarach, ten pracuje tylko dlatego, bo widział, że to robił

jego nauczyciel, albo po prostu dlatego, że przypadkowo tego

się właśnie nauczył. Takiego badacza nie można jeszcze uważać

za "wolnego myśliciela".

Prawdziwą wartość nadaje nauce dopiero filozoficzne

wyjaśnienie znaczenia jej rezultatów dla człowieka. Chciałbym

się przyczynić do tego wyjaśnienia. Może być jednak, że

współczesna nauka wcale sobie nie życzy filozoficznego

uzasadnienia. Wtedy jest rzeczą pewną , że niepotrzebnie

napisałem tę książkę; niemniej jednak pewnym jest , że

dzisiejsza uczoność łowi ryby w mętnej wodzie i sama nie wie,

czego chce.

Kończąc tę przedmowę chciałbym jeszcze dołączyć jedną

osobistą uwagę. Moje filozoficzne poglądy przedstawiałem dotąd

zawsze w związku ze światopoglądem Goethego, do którego drogę

wskazał mi mój nade wszystko uwielbiany nauczyciel K.J.Schr”er.

W swoich badaniach Goethego wzniósł się on - moim zdaniem -

dlatego tak wysoko, ponieważ jego duchowy wzrok wybiega zawsze

nad szczegóły i zwraca się ku ideom.

Teraz jednak - spodziewam się - książka ta wykaże dowodnie,

że moje poglądy stanowią samoistną całość, której nie trzeba

koniecznie wyprowadzać ze światopoglądu Goethego. Rzucone tu

myśli, które rozwijam dalej w "Filozofii Wolności", powstawały

w ciągu wielu lat. Z głębokiego uczucia wdzięczności dodam

jeszcze, że dom rodziny Specht w Wiedniu, gdzie zajmowałem się

wychowaniem ich dzieci, był dla mnie wraz z jego pełną ciepła

atmosferą bardzo pożądanym środowiskiem, w którym mogłem oddać

się tej mojej pracy. Następnie, że nastrój sprzyjający

ostatecznemu wykończeniu niejednej myśli mojej "Filozofii

Wolności" /naszkicowanej tu ogólnie w ostatnim, 8-mym

rozdziale/ zawdzięczam pobudzającej wymianie myśli z moją drogą

przyjaciółką Różą Mayreder. Niebawem mają wyjść z druku jej

prace literackie, dzieła jej subtelnej i wytwornej natury

artystycznej.

Pisano w Wiedniu z początkiem, grudnia 1891r.

 

 

 

WSTĘP

Zadaniem moim jest za pomocą analizy aktu poznawczego,

cofając się aż do ostatecznych jego elementów - sformułować

problem poznania i wskazać drogę jego rozwiązania. Zaczynam od

krytyki teorii poznania, opierających się na Kancie, i

wykazuję, że z tego punktu widzenia nigdy nie zdołamy rozwiązać

odnośnych zagadnień. Muszę przy tym zaznaczyć, że podstawowe

prace Volkleta /Erfahrung und Denken. Kritische Grundlegung der

Erkenntnistheotie von Johannes Volklet. 1886./ i jego gruntowne

badania, jakie przeprowadził nad pojęciem doświadczenia

znacznie ułatwiły moją próbę precyzyjnego określenia pojęcia

"tego co mamy dane" . Mam nadzieję, że stworzyłem podstawę do

przezwyciężenia subiektywizmu, który cechuje wszystkie teorie

poznania oparte na Kancie. Sądzę, iż dokonałem tego przede

wszystkim drogą przeprowadzenia dowodu, że subiektywna forma, w

której obraz świata pojawia się przed naszym aktem poznawczym

(zanim jeszcze zdołaliśmy opracować ją naukowo) jest tylko

koniecznym etapem, który przezwyciężamy właśnie w samym

procesie poznania. Tak zwane doświadczenie, uważane tak chętnie

przez pozytywistów i neokantystów za coś jedynie pewnego, jest

dla mnie właśnie czymś najbardziej subiektywnym. Wykazując to,

stwarzam idealizm obiektywny, jako konieczny wynik teorii

poznania, która rozumie sama siebie. Mój idealizm różni się tym

od metafizycznego, absolutnego idealizmu Hegla, Że istoty

rozłamu rzeczywistości na byt, który jest dany, i pojęcie

poszukuję w poznającym podmiocie, a możliwość ich skojarzenia

widzi nie w obiektywnej dialektyce świata, tylko w subiektywnym

procesie poznania. Stanowisko moje zaznaczyłem już raz w r.

1885 w książce pod tytułem "Grundlinien einer

Erkenntnistheorie", posługując się tam co prawda zupełnie inną

metodą i nie cofając się aż do najpierwszych, niezłożonych

elementów poznania.

Podaję tu nowszą literaturę, która styka się y moimi

rozważaniami. Przeczytałem nie tylko prace do których moja

klika odnosi się bezpośrednio, lecz także wszystkie dzieła,

opracowujące zagadnienia podobne do poruszonych tu przeze mnie.

Pomijam oczywiście dzieła klasyków filozofii.

Dla teorii poznania wogóle wchodzą w rachubę:

Avenarius, Philosophie als Denken der Welt Gem„á dem Prinzip

der kleinsten Kraftmasse. Leipzig 1876. Kritik der

reinen Erfahrung. I. Bd. Leipzig 1888.

Baumann J.J. , Philosophie als Orientierung ber die Welt.

Leipzig 1872.

Bahnsen, Der Wiederspruch im Wissen der Welt. I. Bd. Berlin

1880.

Beck, J.Sing., Einzig richtiger Standpunkt, an dem die

kritische Philosophie beurteilt werden muá. Riga

1786.

Bergmann, Jul., Sein und Erkennen. Berlin 1880.

Benecke, Friedr. Ed., Systhem der Metaphysik und

Religionsphilosophie. Berlin 1890.

Biedermann, A.E., Christliche Dogmatik. Berlin 1884/5. Bd.I.

s.51 - 173.

Cohen, Kants Theorie der Erfahrung. Berlin 1871.

Dilthey W., Einleitung in die Geisteswissenschaften. Leipzig

1883./ w szczególności zozdziały wstępne, traktujące

o stosunku teorii poznania do innych nauk. Następnie

wspomnieć jeszcze należy: Beitrege zur L”sung

unseres Glaubens an die Realit„t der Aussenwelt und

seinem Rech von W. Dilthey. Sitzungsberichte der

K”nigl. preuá. Akademie der Wissenschaften zu Berlin.

XXXIX XL. Berlin 1890./

Dreher E., ąber Wahrnehmung und Denken. Berlin 1878.

Dorner , Das menschliche Ekennen. Berlin 1887.

Deussen , Die elemente der Metaphisik. Leipzig. 2.Aufl. 1890.

Engel , ąber Realit„t und Begriff. Sein und Denken. Berlin.

Enoch , Der Begriff der Wahrnemung. Hamburg 1890.

Erdman , Kants Kritizismus in der ersten und zweiten Auflage

seiner Kritik der reinen Vernunft. Leipzig 1878.

Feldegg , Das Gefhl als Fundament der Weltordnung. Wien 1890.

Fischer E.L., Die grundfragen der Erkenntnistheorie. Mainy

1887.

Fischer , Kuno, Logik und Metaphysik. Geschichte der neueren

Philosophie /zwłaszcza rozdziały dotyczące Kanta/.

G”ring , Systhem der kritischen Philosophie. Leipzig 1874.

ąber den Begriff der Erfahrung /Vierteljahrsschrift

fr wiss. Philosophie, 1877/

Ganser , Die Warheit. Grany, 1890.

Grimm , Ed., Zur Geschichte der Erkenntnistheorie. Leipzig

1890.

Grung , Das Problem der Gewiáheit. Heidelberg 1886.

Hartmann Ed., Kritische Grundlegung des tranzendentalen

Realismus. 2 Aufl. Berlin 1875. Kiechmanns

Erkenntnistheoretischer Idealismus. Das Grundproblem

der Erkenntnistheorie. Leipzig 1889. Kritische

Wanderungdurch die Philosophie der Gegenwart. Leipyig

1890.

H. Helmhotz , Die Tatsachen der Wahrnemung. Berlin 11878.

Harms , Die Philosophie durch Kant. Berlin 1876.

Heyemann , Die Gesetze und Elemente des wissenschaftlichen

Erkennens. Leipzig 1890.

Hammerling , Atomistik des Willens. Hamburg 1890.

Horowicy , Analise des Denkens. Grundlinien der

Erkentnistheorie. Halle 1875.

Jakoby Fr.H., David Hume ber den Glauben. Breslau 1787.

Kappe , Der "common sense" als Prinzip der Gewiáheit in der

Philosophie des Schotten Reid. Leipzig 1890.

Kerry , B., System einer Theorie der Grenzgebiete. 1890.

Kirchmann , Die Lehre vom Wissen. Berlin 1868.

Kaufmann , Fundamente der Erkenntnistheorie und

Wissenschaftslehre. Leipzig 1890.

Laas , E., Kasualit„t des Ich /Vierteljahrsschrift fr wiss.

Philosophie. I. - III. Heft 1880/. Idealismus und

Positivismus. 1879 - 1884. Berlin.

Laclaire , A.v., Beitr„ge zu einer monistischen

Erkenntnistheorie. Breslau 1882. Das kategorische

Gepr„ge des Denkens /Vierteljahrsschrift fr wiss.

Philosophie. VII. 3. s. 257 ff./

O. Leibmann , Kant und die Epigonen. Stuttgart 1865. Zur

Analysis der Wirklichkeit. Straáburg 1880. Gedanken

und Tatsachen. Straáburg 1882. Die Klimax der

Theorien. Straáburg 1884.

Lips , Die Grundtatsachen ses Seelenlebens. Bonn 1883.

Lotze , Logik 1874.

Lange , Friedr. Alb., Geschichte des MAterialismus. Iserlohn

1873-75.

Meinong , Hume-Studien.

W. Mnz , die Grundlagen der Kantschen Erkrnntnistheorie.

2.Aufl.

Mayer, J.V., Vom Erkennen. Freiburg i. B.1885.

Mill , J.St., System of Logic. 1851.

Neudecker , Das Grundproblem der Erkenntnistheorie Leipzig

1875.

Reid , Th., An inquiry into human mind.

Rehmke , J., Die Welt als Wahrehmung und Begriff. Eine

Erkenntnistheorie. Berlin 1880.

Rlf , J., Wiessenschaft des Weltgedankens und der

Gedankenwelt. Leipzig 1888.

Reihl , Der philospohische Kritizismus und seine Bedeutung fr

die positive Wissenschaft. Leipzig 1887.

Schubert-Soldern , Grundlagen der Erkenntnistheorie 1884.

Schuppe , Zur voraussetzungslosen Logik. (Philos. Monatshefte

1882, Heft 6 u. 7.)

Seydel , Rud., Logik oder Wissenschft vom willen. Leipzig

1866.

Sigwart , Logik. Tbingen 1878.

Schulze , Gottlob Ernst , Aenesidemus. 1792.

Stadler , Die Grndsatze der reinen Erkenntnistheorie in der

Kantschen Philosophie. Leipzig 1876.

Taine , De l'intelligence. 4.‚d. Paris 1883.

Trendelenburg , Logische Untersuchungen. Leipzig 1862.

Vainchinger , H., Hartmann, Dhring und Lange. Iserlohn 1876.

Varnbhler , Wiederlegung der Kritik der reinen Vernunft.

Leipzig 1890.

Volkelt , Imm. Kants Erkenntnistheorie nach ihren

Grundprinzipien analysiert. Leipzig 1879. Erfahrung

und Denken. Kritische Grundlegung der

Erkenntnistheorie. Hamburg und Leipzig 1879.

Windelband , Pr„ludien. Freiburg 1884. Die verschieden Phasen

der Kantschen Lehre vom "Ding an sich"

/Vierteljahrsschrift fr wiss. Philosophie. I. Jahrg.

2Heft/.

Witte , Beitr„ge zum Verst„ndnis Kants. Berlin 1874.

Vorstudien zur Erkenntnis des unerfahrbaren Seins.

Bonn 1876.

Wolff , H., ąber den Zusamenhangunserer Vorstellungen mit

Dingen auáer uns. Leipzig 1874.

Woiff , Joh., Das Bewuátsein und seinObiekt. Berlin 1889.

Wundt , Logik. I. Bd. Erkenntnislehre. Stuttgart 1880.

Wahle , Richard, Gehrin und Bewuátsein. Wien, H”lder.

Odnośnie Fichtego uwyględnić należy:

Biedermann, F.C., De Genetica philosophandi ratione et

methodo, praesertim Fichtii, Schellingii, Heglii,

Disartationis particula prima, Syntheticam Fichtii

methodum exhibenes usw. Lipsiae 1835.

Schwabe , G., Fichtes und Schopenhauers Lehre vom Willen mit

ihren Consequenzen fr Weltbegreifung und

Lebensfhrung. 1887.

Hensel , ąber die Beziehung des reinen Ich bei Fichte zur

Einheit der Apperception bei Kant. Freiburg i.B 1885.

Frederichs , F., Der Freiheitbegriff Kants und Fichtes. Berlin

1886.

Ghloff , Otto, Der transcendentale Idealismus. Halle 1888.

Zupełnie nie uwzględniam licznych prac, które ukazały się

w czasie jubileuszu Fichtego w roku 1862. Wymienię co najwyżej

mowę Trendelenburga / Trendelenburg , Zur Erinerung an

J.G.Fichte. Berlin 1862/, która zawiera pewne ważniejsze

teoretyczne punkty widzenia.

 

 

 

1. UWAGI WSTĘPNE

Teoria poznania ma być naukowym badaniem tego, co wszystkie

inne nauki zakładają bez badania, to jest: samego poznania. Tym

samym przyznajemy jej z góry charakter podstawowej nauki

filozoficznej. Od niej bowiem możemy się dopiero dowiedzieć,

jaką wartość i jakie znaczenie mają wyniki wszelkich innych

nauk. Pod tym względem stanowi ona podstawę wszelkich naszych

naukowych dążeń. Rzecz prosta jednak, że teoria poznania

dopiero wtedy stanie na wysokości swego zadania, jeśli sama

będzie wolna od wszelkich założeń, o ile to jest możliwe dla

ludzkich władz poznawczych. Wszyscy właściwie godzą się na to,

a jednak przy staranniejszym zbadaniu bardziej znanych

teoriopoznawczych systemów już na ich samym początku widzi się

cały szereg założeń, które ogromnie osłabiają przekonywującą

siłę dalszego rozumowania. Można w szczególności zauważyć, że

filozofowie już przy samym formułowaniu podstawowych zagadnień

teoriopoznawczych przyjmują zwykle pewne ukryte założenia.

Jeśli jednak w jakiejś nauce już samo postawienie założenia

jest chybione, wtedy oczywiście musimy z góry wątpić w

możliwość jego poprawnego rozwiązania. Historia nauk świadczy o

tym, że niezliczone błędy, które były nieraz chorobami całych

epok, powstawały jedynie dlatego, że fałszywie formułowano

pewne problemy. Chcąc to udowodnić nie potrzebuję się cofać, aż

do fizyki Arystotelesa lub do "Ars magna Lulliana", bo i w

nowszych czasach można znaleźć liczne tego przykłady. Rozmaite

pytania o znaczeniu narządów szczątkowych niektórych ustrojów

można było poprawnie postawić dopiero wtedy, gdy odkrycie prawa

biogenetycznego stworzyło potrzebne do tego warunki. Jak długo

biologia pozostawała pod wpływem poglądów teologicznych, tak

długo nie można było sformułować odnośnych zagadnień w ten

sposób, aby odpowiedź mogła wypaść zadowalająco.

Jakże awanturnicze miewano poglądy np. na zadanie gruczołu

szyszynkowego, dopóki w ogóle pytano o to zadanie. Dopiero, gdy

poszukano wyjaśnienia sprawy w anatomii porównawczej i

zapytano, czy ten narząd u człowieka nie jest tylko

pozostałością pewnych niższych form rozwojowych, wtedy

doszliśmy do celu.

Albo np. jakichże przemian doznały pewne zagadnienia fizyki

dzięki odkryciu mechanicznego równoważnika ciepła oraz prawa

zachowania energii. Krótko mówiąc wyniki badań

naukowych w wysokim stopniu zależą od tego, czy potrafimy

poprawnie sformułować odnośne zagadnienia. A że teoria poznania

- jako podstawa wszelkich innych nauk - zajmuje zupełnie

wyjątkowe stanowisko, przeto z góry można przewidzieć, że

prawdziwy postęp jej badań będzie możliwy tylko wtedy, gdy jej

podstawowe zagadnienia otrzymają poprawną formę.

Książka ta dąży w pierwszej linii do takiego sformułowania

problemu poznawczego, które by ściśle odpowiadało charakterowi

wolnej od wszelkich założeń teorii poznania. Oświetla ona potem

stosunek "Teorii Nauk" J.G.Fichtego do tej podstawowej gałęzi

filozofii, jaką jest teoria poznania. Dlaczego właśnie tę jego

próbę stworzenia bezwarunkowo pewnej podstawy dla wszystkich

nauk łączę z moim obecnym zadaniem - to okaże się w dalszym

ciągu tej książki.

 

 

 

 

2. ZASADNICZY PROBLEM TEORII POZNANIA KANTA

 

 

Kanta uważa się zwykle za twórcę teorii poznania w

nowoczesnym tego słowa znaczeniu. Takiemu zdaniu można by

jednak słusznie przeciwstawić pogląd, że historia filozofii

wykazuje już przed Kantem dość liczne próby, które musimy

uważać za coś więcej niż tylko za zaczątki teorii poznania.

Słusznie zaznacza Volkelt w swym podstawowym dziele o

teorii poznania /Erfahrung und Denken. Kritische Grundlegung

der Erkenntnistheorie von Johannes Volkelt. Hamburg und Leipzig

1886.s.20./, że już Locke zaczyna traktować krytycznie tę

naukę. Ale i u jeszcze wcześniejszych myślicieli , a nawet już

w greckiej filozofii znajdujemy myśli, które dziś zwykle

zalicza się do zakresu teorii poznania. Jednakże Kant tak

dogłębnie poruszył wszystkie odnośne zagadnienia, a liczni

nawiązujący doń filozofowie tak wszechstronnie je opracowali,

że wszystkie dawniejsze próby rozwiązań znajdziemy albo u

niego, albo u jego epigonów. Jeśli więc idzie o czysto

rzeczowe, a nie o historyczne studium teorii poznania, to nic

ważnego nie pominiemy, jeśli zaczniemy dopiero od wystąpienia

Kanta z jego krytyką czystego rozumu. Wszystko bowiem, czego

uprzednio dokonano w teorii poznania, znów się powtarza w tej

epoce.

Podstawowym problemem teorii poznania Kanta jest pytanie: w

jaki sposób są możliwe sądy syntetyczne a priori? Zastanówmy

się nad tym, czy to pytanie jest wolne od założeń ! Kant stawia

je dlatego, bo jest zdania, że tylko wtedy będziemy mogli

osiągnąć bezwarunkowo pewną wiedzę, jeżeli potrafimy wykazać

słuszność sądów syntetycznych a priori. Powiada on: "W

rozwiązaniu powyższego zagadnienia mieści się zarazem możliwość

używania czystego rozumu w stwarzaniu i rozwijaniu wszystkich

nauk, które zawierają teoretyczne a priori poznanie

przedmiotów" /Kritik der reinen Vernunft str.61 i nast., wyd.

Kirchmana/. A w Prolegomena czytamy: "Rozwiązanie tego

zagadnienia, to kwestia utrzymania się, względnie upadku

metafizyki, a więc kwestia całej jej egzystencji".

Czy to pytanie - tak jak je sformułował Kant - jest

rzeczywiście wolne od założeń? Żadną miarą, bo możliwość

bezwarunkowo pewnej wiedzy uzależnia od tego, aby ona składała

się tylko z sądów syntetycznych, i to takich, które zdobywamy

niezależnie od wszelkiego doświadczenia. Sądem syntetycznym

nazywa Kant taki sąd, w którym pojęcie orzeczenia dołącza do

pojęcia podmiotu coś, co się znajduje całkowicie poza nim,

"aczkolwiek pozostaje z nim w związku" /Kritik der reinen

Verkunft str.53/. W sądzie zaś analitycznym orzeczenie

wypowiada tylko coś, co podmiot już /w ukryty sposób/ zawierał

w sobie. Nie pora tu zastanawiać się nad bystrymi zarzutami

J.Rehmkego /Die Welt als Wahrehnung und Begriff, str.151 i

nast./ przeciwko takiemu podziałowi sądów. Dla naszego obecnego

celu wystarczy wziąć pod uwagę, że zdaniem Kanta możemy

osiągnąć prawdziwą wiedzę tylko za pomocą sądów, dołączających

do jednego pojęcia drugie, którego treści - przynajmniej dla

nas - nie było jeszcze wcale w tamtym pierwszym. Jeśli takie

sądy nazwiemy wraz z Kantem sądami syntetycznymi, to w każdym

razie możemy przyznać, że poznanie w formie sądu można osiągnąć

tylko wtedy, gdy połączenie orzeczenia z podmiotem będzie

właśnie takie "syntetyczne". Inaczej jednak ma się sprawa z

drugą częścią problemu, która zakłada, że sądy te musimy

zdobywać a priori, tzn. niezależnie od wszelkiego

doświadczenia. Jest przecież zupełnie możliwe /naturalnie w

znaczeniu samej myślowej możliwości/, że takie sądy w ogóle nie

istnieją. Czy dochodzimy do naszych sądów tylko przez

doświadczenie, czy też jeszcze jakąś inną, niezależną od

doświadczenia drogą, tego absolutnie nie można rozstrzygnąć na

początku teorii poznania. Rozważmy to bez uprzedzeń, a taka

niezależność od doświadczenia wyda się nam od razu niemożliwa.

Cokolwiek bowiem ma być przedmiotem naszej wiedzy, wszystko

musi gdzieś kiedyś pojawić się przed nami jako bezpośrednie,

indywidualne nasze przeżycie, czyli musi się stać naszym

doświadczeniem. Sądy matematyczne osiągamy także tylko w ten

sposób, że w pewnych określonych, poszczególnych przypadkach

doświadczamy ich. Sprawa zupełnie się nie zmieni, jeśli nawet

założymy te sądy w pewnej swoistej organizacji naszej

świadomości, jak to uczynił np. Otto Liebmann. Wtedy oczywiście

można powiedzieć, że takie czy inne zdanie jest koniecznie

prawdziwe, bo zaprzeczenie jego prawdziwości równałoby się

zarazem przekreśleniu naszej świadomości. Ale treść tego zdania

możemy poznać również tylko wtedy, gdy ona kiedyś stanie się

naszym przeżyciem, zupełnie tak samo, jak każde zewnętrzne

zjawisko przyrody.

Czy zaś treść tego zdania sama zawiera elementy poręczające

jej absolutną prawdziwość, czy też rękojmia tej prawdziwości

opiera się na innych podstawach, ja jej nigdy nie uchwycę

inaczej, jak tylko w ten sposób, że ona kiedyś pojawi się

przede mną, jako moje doświadczenie.

Drugie zastrzeżenie streszcza się w tym, że na początku

teorii poznania stanowczo nie wolno twierdzić, jakoby z

doświadczenia nie mogło wypływać żadne bezwarunkowo pewne

poznanie. Niewątpliwie da się zupełnie dobrze pomyśleć, że

doświadczenie może wykazywać pewne właściwości, któreby mogły

poręczyć pewność zaczerpniętych poglądów.

Tak więc w kantowskim sformułowaniu problemu tkwią już dwa

założenia: pierwsze, że oprócz doświadczenia musimy mieć

jeszcze jakąś inną drogę dojścia do poznania, a drugie, że

wszelka wiedza oparta na doświadczeniu może posiadać tylko

względną wartość. Że oba te twierdzenia wymagają uzasadnienia

oraz, że można podać je w wątpliwość, tego sobie Kant zupełnie

nie uświadomił. Przyjął on je po prostu jako przesądy starej

filozofii dogmatycznej i założył u podstawy swoich krytycznych

rozważań. Filozofia dogmatyczna z góry przyjmowała ich

prawdziwość i stosowała je po prostu dlatego, aby dojść do

odpowiadającej im wiedzy; Kant również z góry przyjął ich

prawdziwość i z góry zapytał w jakich warunkach mogą one być

prawdziwe? Ale cóż będzie wtedy, jeśli one w ogóle nie są

prawdziwe? Wtedy całej budowie nauki Kanta brak wszelkiej

podstawy.

Wszystko co Kant podaje w pięciu paragrafach

poprzedzających sformułowanie swego zasadniczego problemu,

wszystko to, jest próba udowodnienia, że sądy matematyczne są

sądami systematycznymi. Jeśli zarzuty Roberta Zimermanna nie

zdołały całkowicie obalić tej próby, to jednak bardzo poważnie

ją zachwiały. W każdym razie nie ulega kwestii, że oba

przytoczone założenia Kanta są naukowymi przesądami. W drugim

wstępie do Krytyki Czystego Rozumu czytamy: "Doświadczenie uczy

nas wprawdzie, że coś posiada takie czy inne właściwości, ale

nic nam nie mówi, że to coś nie mogłoby być inne" oraz:

"Doświadczenie nie nadaje swoim sądom nigdy prawdziwej i

ścisłej cechy ogólnej, tylko przyjętą i względną /przez

indukcję/". W pierwszym paragrafie Prolegomenów czytamy:

"Przede wszystkim - co się tyczy źródeł metafizycznego poznania

- to już w ich pojęciu zawarte jest to, że one nie mogą być

empiryczne. Przeto ich zasady /myślę tu nie tylko o ich

podstawach, lecz także o ich zasadniczych pojęciach/ nie mogą

nigdy pochodzić z doświadczenia, bo tu idzie nie o poznanie

fizyczne, tylko właśnie o metafizyczne tzn. leżące poza

doświadczeniem". Wreszcie powiada Kant w Krytyce Czystego

Rozumu /str. 58/: "Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że

właściwe sądy matematyczne są zawsze sądami a priori, a nie

empirycznymi, ponieważ zawierają konieczność, której nie można

zaczerpnąć z doświadczenia. Jeśliby jednak ktoś nie chciał tego

przyznać, to ograniczę moje twierdzenie do czystej matematyki,

a tu już samo pojęcie określa ją w ten sposób, żeby zawierała

nie empiryczne, lecz czyste poznania a priori". Otwórzmy

Krytykę Czystego Rozumu gdzie nam się podoba, a wszędzie

znajdziemy, że wszelkie jej rozważania opierają się na

założeniu dwóch wyżej wspomnianych dogmatycznych twierdzeń.

Cohen oraz Stadler próbują udowodnić, że Kant wykazał

aprioryczność sądów matematycznych oraz ścisłych nauk

przyrodniczych. Wszystko jednak, co zawiera Krytyka Czystego

Rozumu, da się zebrać w następującą treść: Ponieważ matematyka

i ścisłe nauki przyrodnicze są naukami apriorycznymi, przeto

forma wszelkiego doświadczenia musi być założona w podmiocie.

Pozostaje więc tylko materiał wrażeń, który jest dany

empirycznie. Przy pomocy istniejących w umyśle form ujmujemy

ten materiał w system doświadczenia. Normalne prawdy nauk

apriorycznych mają swój sens i znaczenie tylko jako zasady,

porządkujące ten materiał. Umożliwiają one doświadczenie, ale

nie wybiegają poza nie. Te formalne prawdy - to właśnie sądy

syntetyczne a priori, które tym samym jako warunki wszelkiego

możliwego doświadczenia, muszą sięgać tylko tak daleko, jak ono

samo. Przeto Krytyka Czystego Rozumu wcale nie udowadnia

aprioryczności matematyki i ścisłych nauk przyrodniczych, tylko

określa granice ich ważności pod warunkiem założenia, że ich

prawdy mamy osiągać niezależnie od doświadczenia. Co więcej,

Kant tak dalece nie zajmuje się udowodnieniem tej

aprioryczności, że po prostu pomija tę część matematyki, w

której aprioryczność można by nawet i jego zdaniem powątpiewać,

a ogranicza się tylko do tej jej części, z której samego

pojęcia można wedle niego tę aprioryczność wywnioskować.

J.Volkalt również podnosi, że "Kant wychodzi z wyraźnego

założenia, że faktycznie istnieje ogólna i konieczna wiedza". A

dalej mówi: "Założenie to, nigdy wyraźnie nie zbadane przez

Kanta, pozostaje w takiej sprzeczności z charakterem krytycznej

teorii poznania, że trzeba się poważnie zastanowić nad tym, czy

Krytyka Czystego Rozumu może w ogóle uchodzić za krytyczną

teorię poznania". Volkelt twierdzi co prawda, że z chwalebnych

względów wolno na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, ale

"krytyczne stanowisko teorii poznania Kanta zostało przez to

dogmatyczne założenie w dosadny sposób zachwiane". Dość na tym,

że również i Volkelt stwierdza: "Krytyka Czystego Rozumu nie

jest teorią poznania wolną od założeń."

Nasze ujęcie, że Kant już na początku swoich rozważań

zakłada aprioryczną ważność czystej matematyki i nauk

przyrodniczych, podzielają w zasadzie: Otto Liebmann, Alfred

Holder, Windelband, ąberwegs, Ed.v.Hartmann, i Kuno Fischer.

Twierdzenie, że rzeczywiście posiadamy poznanie niezależne

od wszelkiego doświadczenia, oraz, że z doświadczenia wypływają

tylko względnie powszechne sądy, można by było uznać jedynie

wtedy, gdyby to wynikało z innych sądów. Twierdzenia te

musiałoby bezwarunkowo poprzedzić zbadanie istoty doświadczenia

oraz istoty naszego poznania. Ze zbadania istoty doświadczenia

mogłoby dopiero wyniknąć pierwsze twierdzenie, ze zbadania zaś

istoty poznania - drugie.

Moim zastrzeżeniem w stosunku do Krytyki Czystego Rozumu

można by uczynić następujący zarzut. Mógłby ktoś powiedzieć, że

przecież każda teoria poznania musi dopiero zaprowadzić

czytelnika tam, gdzie można odnaleźć wolny od założeń punkt jej

wyjścia. Jakiekolwiek bowiem posiadamy poznanie w pewnej chwili

naszego życia, zawsze jest ono znacznie oddalone od owego

punktu wyjścia i zawsze musimy dopiero sztucznie cofać się z

niego. Otóż w samej rzeczy takie czysto dydaktyczne

porozumienie się co do początku tej nauki jest koniecznością

dla każdego teoretyka poznania. Jednakże takie porozumienie

musi się ograniczyć w każdym razie tylko do wykazania, czy

wchodzący w grę początek poznania jest rzeczywiście tym

początkiem; musi ono przebiegać w czysto analitycznych

zdaniach, które same przez się są zrozumiałe i żadną miarą nie

może zakładać rzeczywistych treściwych twierdzeń któreby

wpływały na treść następnych rozważań, jak to się właśnie stało

u Kanta. Teoretyk poznania ma również obowiązek wykazać, że

przyjęty przezeń początek jest rzeczywiście wolny od założeń.

Ale wszystkie te wstępne rozważania nie mają nic wspólnego z

istotą samego początku, znajdują się zupełnie poza jego

zakresem i niczego o nim samym nie wypowiadają. Na początku

nauki matematyki muszę się również potrudzić, aby przekonać

ucznia o aksjomatycznym charakterze pewnych podstawowych prawd.

Nikt jednak nie zechce twierdzić, że treść pewników

matematycznych zależy od tych wstępnych rozważań.

/Czwarty rozdział tej książki pt. "Punkty wyjścia teorii

poznania" jest dowodem tego, że w ten sam sposób postępuję z

moją własną teorią poznania./ Całkiem tak samo musiałby

teoretyk poznania w swych wstępnych rozważaniach pokazać drogę

do wolnego od założeń początku swej nauki. Właściwa treść tego

początku musi jednak pozostać niezależna od tych rozważań. W

każdym razie od takiego wstępu do teorii poznania daleko

odbiegł ten, kto - jak Kant - już właśnie na samym początku

zakłada pewne twierdzenia o zupełnie określonym, a dogmatycznym

charakterze.

 

 

 

 

3. TEORIA POZNANIA W DOBIE POKANTOWSKIEJ

 

 

Błędne sformułowanie problemu u Kanta nie pozostało bez

wpływu na wszystkich późniejszych teoretyków poznania. Jako

rezultat swego aprioryzmu musiał Kant przyjąć pogląd, że

wszystkie dane nam przedmioty są naszymi wyobrażeniami. Pogląd

ten stał się odtąd podstawową zasadą i punktem wyjścia prawie

wszystkich teoriopoznawczych systemów. Najpierw i bezpośrednio

pewnym ma być dla nas jedynie i tylko to, że znamy wyłącznie

nasze wyobrażenia. Jest to prawie powszechne przekonanie

filozofów. Już G.E. Schultze twierdzi w roku 1792 w swoim

"Aenedesimus", że wszelkie nasze akty poznawcze są tylko

wyobrażeniami oraz, że nigdy nie możemy wyjść poza nie.

Schopenchauer z właściwym sobie filozoficznym patosem ogłasza,

że pogląd: "Świat jest moim wyobrażeniem" stanowi trwałą

zdobycz filozofii Kanta. Ed.v.Hartmann uważa to twierdzenie za

tak nietykalne, że w swej książce pt. "Kritische Grundlegung

des transzendentalen Realismus" liczy tylko na takich

czytelników, którzy wyrośli z naiwnego utożsamiania swojego

obrazu postrzeżeniowego z rzeczą samą w sobie i uświadomili

sobie absolutną różność /heterogeniczność/ obiektu, danego nam

w akcie wobrażeniowym, jako subiektywno - idealną treść

świadomości, oraz rzeczy, która istnieje w sobie i dla siebie,

niezależnie od aktu wyobrażeniowego oraz formy naszej

świadomości. Uznaje on więc tylko czytelników przekonanych o

tym, że wszystko, co mamy bezpośrednio dane, jest tylko naszym

wyobrażeniem. W swojej ostatniej teoriopoznawczej publikacji

usiłuje Hartmann uzasadnić jeszcze to zapatrywanie. Jakie

stanowisko musi zająć wolna od przesądów teoria poznania w

stosunku do takiego uzasadnienia, to się okaże w dalszym ciągu

mej książki. Otto Liebmann ogłasza za najwyższą, uświęconą

zasadę wszelkiej teorii poznania twierdzenie, że "świadomość

nie może wyjść poza siebie samą". Zdaniem Volkelta najpierwszą

i najbardziej bezpośrednią prawdą ma być to, że "wszelka nasza

wiedza rozciąga się przede wszystkim tylko na nasze

wyobrażenia". Sąd ten nazywa on pozytywistyczną zasadą

poznania, i tylko taką teorię poznania uważa za "wybitnie

krytyczną", która "umieszcza tę zasadę, jako coś jedynie

pewnego, na początku wszelkiego filozofowania i potem ją

konsekwentnie przeprowadza". U innych filozofów znajdujemy na

początku teorii poznania inne twierdzenia, jak np., że właściwy

jej problem polega na zagadnieniu stosunku pomiędzy myśleniem a

bytem i możliwości pośrednictwa pomiędzy nimi. Rehmke pyta, w

jaki sposób uświadamiamy sobie "to, co istnieje". Kirchman

wychodzi z dwóch teoriopoznawczych aksjomatów: "Wszystko co

istnieje, postrzegam", oraz "sprzeczność nie istnieje". Zdaniem

E.L. Fishera poznanie polega na wiedzy o tym, co jest

faktyczne, realne. Dogmat ten pozostawia on tak samo bez

sprawdzenia, jak Goring, który twierdzi coś podobnego:

"Poznanie jest zawsze poznawaniem czegoś, co istnieje; jest to

fakt , któremu nie zdoła zaprzeczyć ani krytycyzm Kanta, ani

sceptycyzm". Obaj wyrokują po prostu co to jest poznanie, nie

pytając , czy mają prawo do tego.

Chociażby te różne twierdzenia były nawet słuszne,

względnie - choćby nawet prowadziły do poprawnego formułowania

odnośnych problemów, to jednak stanowczo nie mogą one znajdować

się na początku teorii poznania. Wszystkie bowiem jako całkiem

określone poglądy znajdują już w obrębie samego poznania.

Jeśli powiadam, że moja wiedza dotyczy przede wszystkim

tylko moich wyobrażeń, to jest przecież całkiem określony sąd

poznawczy. Sądem tym przypisuję danemu mi światu pewne

orzeczenie, a mianowicie istnienie w formie wyobrażenia. Ale

skąd mam wiedzieć, jeszcze przed wszelkim poznaniem, że dane mi

rzeczy są wyobrażeniami?

Że takiego twierdzenia nie powinno się umieszczać na

początku teorii poznania, o tym przekonamy się najlepiej w ten

sposób, że zbadamy drogę, którą musiał przemierzyć umysł

ludzki, aby do niego dojść. Zdanie to stało się integralnym

składnikiem niemal całej nowoczesnej, naukowej świadomości.

Rozumowanie, które doprowadziło świadomość do tego przekonania,

mamy prawie w całości systematycznie wyłożone w pierwszym

rozdziale książki Ed.v.Hartmanna "Das Gundproblem der

Erkenntnistheorie". Praca ta może nam służyć za pewien rodzaj

nici przewodniej, jeśli chcemy rozważyć wszystkie powody, które

mogły prowadzić do owego przekonania.

Powody te można podzielić na fizykalne, psychofizyczne,

fizjologiczne i właściwe filozoficzne.

Fizyk, obserwując zjawiska, rozgrywające się w naszym

otoczeniu gdy np. odbieramy wrażenie dźwięku, dochodzi do

przekonania, że nie ma w nich nic, choćby najsłabiej podobnego

do bezpośredniego postrzeżenia dźwięku. Poza nimi, w

otaczającej nas przestrzeni, można odnaleźć tylko podłużne

drgania ciał i powietrza. Skąd wniosek, że to, co w życiu

codziennym nazywamy dźwiękiem lub tonem - to tylko podmiotowa

reakcja naszego organizmu na ten falowy ruch. Tak samo

stwierdzamy, że światło, barwy i ciepło są czymś czysto

podmiotowym. Zjawiska rozpraszania barw oraz załamywania,

interferencji i polaryzacji światła uczą nas, że naszym

odnośnym wrażeniom odpowiadają w przestrzeni pewne poprzeczne

drgania, które przypisujemy częściowo ciałom, częściowo zaś

niezmiernie subtelnej i elastycznej substancji, którą zwiemy

eterem. Poza tym pewne fakty zniewalają fizyka do porzucenia

wiary w ciągłość przedmiotów w przestrzeni. Sprowadza on je do

układów najdrobniejszych cząstek /drobiny, atomy, itd./,

których wielkość w porównaniu z ich odległościami od siebie

jest niewymiernie mała. Stąd wniosek, że wszelkie oddziaływanie

ciał na siebie dokonuje się poprzez próżną przestrzeń, będąc

zatem prawdziwą actio in distans. Dzisiejsza fizyka uważa się

za uprawnioną do przyjęcia, że oddziaływanie ciał na nasz zmysł

dotyku lub ciepła nie odbywa się drogą bezpośredniego kontaktu,

bo zawsze musi zostać pewna, choćby minimalnie drobna,

odległość pomiędzy przedmiotem, stykającym się z naszą skórą, a

nią samą. Z tego wynika, że to, co odczuwamy np. jako twardość

lub ciepło ciał, to tylko reakcja naszych zakończeń nerwowych

na molekularne siły ciał, działające przez próżną przestrzeń.

Rozumowanie fizyka znajduje swoje dopełnienie w badaniach

psychofizykalnych, które znalazły swój wyraz w nauce o swoistej

energii zmysłów. J. Muller wykazał, że każdy zmysł może być

podrażniony tylko w jemu właściwy i jego organizacją

uwarunkowany sposób, oraz, że każdy zmysł reaguje na każdą

podnietę zewnętrzną zawsze w ten sam sposób. Jeśli podrażnimy

nerw wzrokowy, to zawsze otrzymamy wrażenie świetlne, wszystko

jedno czy drażniliśmy go mechanicznie, czy prądem elektrycznym,

czy też światłem. Z drugiej strony te same zewnętrzne procesy

wywołują różne wrażenia, zależnie od tego, na jaki zmysł

oddziaływują. Stąd wywnioskowano, że w świecie zewnętrznym

istnieje tylko jeden rodzaj procesów, a mianowicie ruch,

różnorodność zaś postrzeganego przez nas obrazu świata tłumaczy

się jedynie swoistością reakcji naszych zmysłów na ten proces.

Wedle tego poglądu nie postrzegamy wcale świata zewnętrznego

jako takiego, tylko nasze podmiotowe wrażenia, które ten świat

w nas wywołuje.

Tu dołączają się rozważania fizjologiczne. Fizyka śledzi

rozgrywające się poza naszym organizmem zjawiska, które

odpowiadają naszym postrzeżeniom. Fizjologia zaś bada procesy,

zachodzące w naszym organizmie wtedy, gdy uczuwamy pewne

zmysłowe wrażenie. Wiemy, że sam naskórek jest zupełnie

niewrażliwy na podniety świata zewnętrznego. Jeśli zakończenia

naszych nerwów dotykowych na powierzchni ciała mają zostać

podrażnione jakimś oddziaływaniem świata zewnętrznego, to

proces drgania, rozgrywający się poza naszym ciałem, musi

najpierw przeniknąć warstwę naskórka. Ponadto, zanim ten

zewnętrzny proces ruchu dojdzie w zmyśle słuchu czy wzroku do

nerwu, zostaje jeszcze zmodyfikowany przez cały szereg

pośrednich narządów. Afekcja zakończeń nerwowych musi następnie

pójść dalej wzdłuż nerwu, aż do centralnego układu nerwowego i

tu dokonuje się to, dzięki czemu, na podłożu czysto

mechanicznych procesów w mózgu wytwarza się odczuwanie

wrażenia. Rzecz prosta, że skutkiem owych przekształceń, jakich

po drodze dokonuje każda zmysłowa podnieta, następuje tak

zupełna jej przemiana, że wszelki ślad podobieństwa pomiędzy

pierwszą afekcją zmysłu a pojawiającym się ostatecznie w

świadomości wrażeniem musi ulec zupełnemu zatarciu. Wynik tych

rozważań wypowiada Hartmann w następujących słowach: "Ta treść

świadomości składa się pierwotnie z momentów czuciowych,

którymi dusza odruchowo reaguje na stany ruchu w najwyższych

ośrodkach mózgu. Ruchy te nie mają jednak najmniejszego

podobieństwa do zewnętrznych ruchów molekularnych, dzięki

którym w ogóle dochodzą do skutku".

Kto tę myśl dokładnie, aż do końca przemyśli, ten musi

przyznać, że, jeśli to rozumowanie jest słuszne, to

rzeczywiście w treści naszej świadomości nie pozostaje już

najmniejszej reszty z tego, co zwiemy światem zewnętrznym.

Do tych fizykalnych i fizjologicznych zarzutów przeciwko

tzw. "naiwnemu realizmowi" dołącza Hartmann jeszcze inne

zastrzeżenia, które nazywa filozoficznymi we właściwym tego

słowa znaczeniu. Przy logicznym rozważaniu obu pierwszych można

zauważyć, że w gruncie rzeczy tylko wtedy możemy dojść do

powyższego rezultatu, jeśli założymy istnienie i związek

zewnętrznych rzeczy tak, jak to przyjmuje zwykła, naiwna

świadomość, a potem dopiero zbadamy, czy i w jaki sposób ten

świat zewnętrzny może wejść do naszej świadomości, jeśli

uwzględnimy właściwości naszej organizacji. Widzieliśmy, że

wszelkie ślady tego zewnętrznego świata gubią się nam po drodze

od podniety zmysłowej do wstąpienia w świadomość, że przeto w

świadomości nie znajdujemy nic więcej, jak tylko nasze

wyobrażenia. Musimy więc przyjąć, że dusza z materiału naszych

wrażeń konstruuje ten obraz świata zewnętrznego, który dochodzi

do naszej świadomości. Z wrażeń zmysłu wzroku i dotyku

konstruujemy najpierw przestrzenny obraz świata, a następnie

włączamy weń wrażenia innych zmysłów. Gdy czujemy się zmuszeni

do wyobrażenia sobie pewnego określonego kompleksu naszych

doznań w pewnym związku z sobą, wtedy dochodzimy do pojęcia

substancji, uważając ją za ich nosicielkę. Gdy w stosunku do

substancji zauważymy znikanie jednych doznań, a pojawienie się

innych, wtedy przypisujemy to pewnej zmianie w świecie zjawisk,

regulowanej tak zwanym prawem przyczynowości. Tak więc, wedle

tego poglądu, cały nasz obraz świata składa się z podmiotowej

treści naszych wrażeń, które porządkujemy własną czynnością

naszej duszy. Hartmann powiada: "To co podmiot postrzega, są to

zawsze tylko modyfikacje jego własnych stanów psychicznych i

nic więcej".

Zapytajmy teraz, w jaki sposób można dojść do takiego

przekonania? Szkielet tego rozumowania jest następujący: Jeśli

istnieje świat zewnętrzny, to my go nie postrzegamy, jako

takiego, tylko przemieniamy go naszą organizacją na świat

naszych wyobrażeń. Mamy tu do czynienia z założeniem, które

konsekwentnie przeprowadzone samo siebie niweczy. Czy jednak

takie rozumowanie nadaje się do uzasadnienia jakiegokolwiek

poglądu? Czyż mamy prawo uważać dany nam obraz świata za

podmiotową treść naszych wyobrażeń tylko dlatego, że ścisłe

przemyślenie założenia, przyjętego przez naiwną świadomość,

prowadzi do takiego wyniku? Przecież naszym celem jest w tym

wypadku wykazanie fałszywości tego założenia. A wtedy

musielibyśmy dopuścić taką możliwość, że pewne twierdzenie

okazuje się wprawdzie fałszywym, ale mimo to wynik, do którego

prowadzi, jest słuszny. Wprawdzie może się to gdzieś wydarzyć,

ale wtedy żadną miarą nie należy uważać rezultatu za wynik

założonego twierdzenia.

Światopogląd, który realność danego nam bezpośrednio obrazu

świata uważa za coś, nie ulegającego żadnej wątpliwości i

rozumiejącego się samo przez się, nazywamy zazwyczaj realizmem

naiwnym. Pogląd zaś przeciwny, który uważa obraz świata za

treść naszej świadomości, nazywamy realizmem transcendentnym.

Wynik poprzednich rozważań można przeto ująć w następujące

słowa: Idealizm transcendentalny wykazuje swoją prawdziwość w

ten sposób, że posługuje się środkami tego samego naiwnego

realizmu, który chce ocalić. Idealizm ten ma rację, jeżeli

naiwny realizm okaże się błędnym, ale błędność tę demaskuje

tylko przy pomocy nieprawdziwego poglądu realistycznego. Dla

kogoś, kto sobie z tego zda sprawę, nie pozostaje nic innego,

jak porzucić taką drogę do osiągnięcia światopoglądu i poszukać

innej. Czy jednak mamy dopóty próbować na los szczęścia, dopóki

przypadkowo nie trafimy na dobrą drogę? Co prawda tego zdania

jest Ed.v.Hartmann, który swoje teoriopoznawcze stanowisko

dlatego uważa za słuszne, bo ono tłumaczy zjawiska świata

podczas gdy inne tego nie czynią. Poszczególne światopoglądy

podejmują, jego zdaniem, pewien rodzaj walki o byt i ten, który

najlepiej z tej walki wychodzi, zostaje w końcu ogłoszony

zwycięzcą. Jednakże takie postępowanie wydaje mi się już

dlatego niedopuszczalne, ponieważ mogłaby zupełnie dobrze

istnieć większa ilość takich zwycięskich hipotez, któreby tak

samo zadawalająco wyjaśniały zjawiska świata. Zatrzymajmy się

więc przy powyższym rozumowaniu, dążącym do obalenia naiwnego

realizmu i zbadajmy, gdzie właściwie tkwią jego braki: Naiwny

realizm jest przecież stanowiskiem, z którego wychodzą wszyscy

ludzie i już choćby dlatego trzeba właśnie od niego zaczynać

korektę. Gdy zrozumiemy, dlaczego on nam nie wystarcza,

będziemy mogli wkroczyć na właściwą drogę z całkiem inną

pewnością, niż wtedy, gdybyśmy jej szukali na los szczęścia.

Naszkicowany tu subiektywizm polega ma myślowym

opracowywaniu pewnych faktów. Zakłada on więc, że z pewnego

faktycznego punktu wyjścia można drogą konsekwentnego myślenia

/logicznego kombinowania pewnych obserwacji/ dojść do słusznych

poglądów. Stanowisko to nie pyta jednak o prawo do takiego

stosowania naszego myślenia. I to stanowi jego słaby punkt.

Podczas gdy realizm naiwny wychodzi z nieudowodnionego

założenia, że treść naszych postrzeżeń posiada obiektywną

realność, stanowisko, które charakteryzujemy, wychodzi również

z nieuzasadnionego przekonania, że przy pomocy myślenia można

dojść do prawomocnych naukowo poglądów. W przeciwieństwie do

realizmu naiwnego można by nazwać to stanowisko naiwnym

racjonalizmem. Celem usprawiedliwienia tej terminologii

chciałbym tu wtrącić krótką uwagę o pojęciu "naiwności". A.

Doring próbuje określić bliżej to pojęcie w swej pracy p.t.

"ąber den Begriff des naiven Realiesmus." Pisze on: "Pojęcie

naiwności to jakby punkt zerowy na skali refleksji w stosunku

do własnego postępowania. Naiwność może co do treści zupełnie

dobrze trafić w sedno prawdy, bo chociaż działa bez namysłu i

dlatego właśnie nie krytycznie, względnie bezkrytycznie, ale

ten brak refleksji i krytyki nie wyklucza obiektywnej pewności

słuszności; implikuje możliwość i niebezpieczeństwo błędu, nie

pociągając za sobą bynajmniej jego konieczności. Istnieje

naiwność uczucia i woli oraz wyobrażeń i myślenia w najszerszym

znaczeniu tego słowa; następnie naiwność wyrażania tych

wewnętrznych stanów w przeciwieństwie do ich ukrywania, czy

modyfikacji spowodowanej refleksją czy też innymi względami.

Naiwność nie ulega - przynajmniej świadomie - wpływom tego, co

przychodzi do nas z zewnątrz, czego się uczymy i co mamy

unormowane /przepisami/. Ona jest zawsze tym, co wyraża jej

źródłosłów "nativus", to znaczy nieświadomością, instynktem i

demonicznością".

Spróbujmy, opierając się na tej charakterystyce, jeszcze

ściślej określić pojęcie naiwności. Przy każdej czynności,

której dokonujemy, wchodzą w rachubę dwie rzeczy: czynność sama

i znajomość jej praw. Można oddawać się całkowicie pewnej

czynności, zgoła nie pytając o jej prawa. W takim położeniu

znajduje się artysta, który, nie znając praw swojej twórczości,

uprawia ją idąc za uczuciem. Nazywamy go naiwnym. Istnieje

jednak pewien rodzaj samo obserwacji, która pyta o prawa

własnej działalności, zastępując naiwność dokładnym

uświadomieniem sobie doniosłości i uprawnienia tego, czego sama

dokonuje. Taką świadomość można nazwać krytyczną. Sądzę, że w

ten sposób najlepiej określiliśmy znaczenie tego pojęcia, które

od czasów Kanta przyjęło się w filozofii z mniej lub więcej

jasnym uświadomieniem. Krytyczne zastanowienie jest więc

przeciwieństwem naiwności. Krytycznym nazywamy takie

postępowanie, które dąży do owładnięcia prawami własnej

działalności aby poznać jej pewność i jej granice. Teoria

poznania może być tylko krytyczną nauką. Przedmiotem jej jest

przecie wybitnie subiektywna czynność człowieka. tj. poznanie,

a treścią jej są prawa poznania. Z tej nauki musimy przeto

wyłączyć wszelką naiwność. Teoria poznania musi widzieć swoją

siłę w dokonywaniu tego, czego nigdy nie czynią chlubiąc się

tym zresztą, ludzie nastawieni wyłącznie na praktyczną stronę

życia. Jest to "myślenie o myśleniu".

 

 

 

 

4. PUNKTY WYJŚCIA TEORII POZNANIA

 

 

Na początku teorii poznania trzeba - jak widzieliśmy -

pominąć wszystko, co należy już do dziedziny samego poznania.

Poznanie jest dziełem człowieka , jest czymś co powstaje

skutkiem jego czynności. Jeśli teoria poznania ma oświetlić

rzeczywiście całą dziedzinę poznania, to musi obrać za swój

punkt wyjścia coś takiego, czego czynność poznawcza nie

dotknęła jeszcze, coś z czego raczej czynność ta czerpie

dopiero pobudkę dla siebie. Trzeba to zacząć od czegoś, co leży

poza obrębem poznania, od czegoś co samo nie może być jeszcze

poznaniem. Musimy jednak szukać go bezpośrednio tuż przed samym

poznaniem, tak, że najbliższy krok, musi być tego rodzaju, aby

w nim nie było jeszcze nic takiego, co już wynika z poznania.

Takim początkiem może być tylko bezpośrednio dany nam obraz

świata, tzn. to, co się pojawia przed nami, zanim jeszcze

poddaliśmy je w jakikolwiek sposób procesowi poznawczemu, zanim

więc zdołaliśmy wypowiedzieć o tym choćby najlżejsze

twierdzenie, zanim podjęliśmy choćby najlżejsze myślowe jego

określenie. To, co się wtedy roztacza przed nami i przed czym

my sami stoimy, jest luźnym i niezróżnicowanym na indywidualne

szczegóły 1/ obrazem świata, w którym nic się nie różni i nie

odnosi do niczego i nic nie jest określone przez cokolwiek bądź

innego. Jest to coś, co mamy bezpośrednio dane. Na tym stopniu

istnienia - jeśli wolno użyć tego wyrazu - żaden przedmiot,

żadne dąrzenie nie jest ważniejsze, czy pełniejsze znaczenia,

niż inne. Szczątkowy narząd zwierzęcia, który dla późniejszego,

rozjaśnionego poznaniem stopnia świadomości okaże się, być

może, czymś bez żadnego znaczenia dla rozwoju i życia

organizmu, tu występuje jako równie ważny obok

najszlachetniejszego i najniezbędniejszego narządu ustroju. W

takim obrazie świata, oglądanym przed wszelką czynnością

poznawczą, nic się jeszcze nie przedstawia jako substancja i

nic jako akcydencja; nic nie jest przyczyną i nic skutkiem. Nie

ma tu jeszcze przeciwieństw materii i ducha, albo ciała i

duszy. Tak samo wszelkie inne orzeczenia musimy oddalić od tego

obrazu świata, jeśli go chcemy utrzymać na tym samym stopniu

istnienia. Nie można go uważać ani za rzeczywistość, ani za

złudę, ani za coś podmiotowego, czy przedmiotowego, ani za coś

przypadkowego, czy też koniecznego. Nie można tu rozstrzygać na

tym stopniu, czy to jest "rzecz sama w sobie", czy tylko nasze

wyobrażenie. Widzieliśmy bowiem, że na początku teorii poznania

nie możemy umieszczać zdobyczy fizyki i fizjologii, które

prowadzą do podsumowania danych nam postrzeżeń pod jedną z

powyższych kategorii.

Gdyby jakaś istota z rozwiniętą w pełni ludzką inteligencją

została nagle z niczego stworzona i znalazła się na świecie,

wtedy pierwsze wrażenie, jakie świat wywarłby na jej zmysłach i

myśleniu, odpowiadałoby właśnie temu, co tu rozumiem przez

bezpośrednio dany nam obraz świata. Co prawda świat w tej

postaci nigdy się nie pojawia człowiekowi w żadnym momencie

jego życia. W żadnym momencie rozwoju człowieka nie istnieje

granica pomiędzy czysto biernym zwracaniem się ku bezpośrednio

danemu światu, a myślącym jego poznawaniem. Fakt ten mógłby

obudzić pewne zastrzeżenia przeciwko początkowi mojej teorii

poznania. Ed.v.G.Hartmann powiada np. "Nie pytamy o treść

świadomości dziecka, w którym świadomość budzi się dopiero, ani

też o świadomość zwierzęcia, znajdującego się na niskim

szczeblu rozwoju. Człowiek bowiem filozofujący nie ma żadnego

doświadczenia w tej dziedzinie, a wnioski, przy pomocy których

próbowałby zrekonstruować treść świadomości tych biogenetycznie

względnie ontogenetycznie prymitywnych stopni rozwoju,

musiałyby przede wszystkim stwierdzić, jaką treść znajdujemy w

świadomości człowieka filozofującego na początku filozoficznej

jego refleksji". Wbrew temu trzeba jednak zaznaczyć, że obraz

świata, jaki odbieramy na początku naszej filozoficznej

refleksji, zawiera już liczne określenia, które mogą być tylko

wynikiem poznania. Określeń tych nie powinno się jednak

bezkrytycznie przyjmować, lecz przeciwnie, usunąć je starannie

z obrazu świata, aby tenże mógł okazać się w całej swej

czystości, zupełnie wolny od wszystkiego, co już wniósł weń

proces poznawczy. Granica pomiędzy tym, co jest dane, a tym, co

już poznaliśmy, nie pokrywa się w ogóle z żadną chwilą rozwoju

człowieka. Musimy ją przeprowadzić sztucznie. Tego jednak można

dokonać na każdym stopniu rozwoju, jeśli tylko prawidłowo

oddzielimy to, co przed wszelkim poznaniem mamy przed sobą,

jeszcze bez żadnych myślowych określeń, od tego, czego już

dokonaliśmy naszą poznawczą czynnością.

Mógłby mi ktoś zarzucić, że już nagromadziłem cały szereg

myślowych określeń, chcąc wyosobnić ów rzekomo bezpośredni

obraz świata z tego, który człowiek już uzupełnił poznawczą swą

pracą. Odbieram to jednak w sposób następujący. Zadaniem myśli,

które dotąd przytoczyłem, nie była przecież charakterystyka

obrazu świata. Nie chciałem wcale podawać żadnych jego

właściwości, ani też w ogóle niczego o nim wypowiadać. Chcę

tylko tak pokierować całością naszych rozważań, aby one

doprowadziły nas do tej granicy, gdzie poznanie widzi się samo

w swoim początku. Dotąd więc nie mogło być mowy o prawdzie lub

błędzie, względnie słuszności lub niesłuszności tych wywodów,

które w moim ujęciu winny poprzedzać początek teorii poznania.

Zadaniem ich jest tylko celowe doprowadzenie nas do tego

początku. Ktokolwiek przystępuje do teoriopoznawczych

zagadnień, nie zaczyna od tzw. początku poznania, lecz posiada

już jakąś do pewnego stopnia rozwiniętą treść poznawczą.

Usunięcie z niej wszystkiego, co już zostało osiągnięte pracą

poznawczą, oraz uchwycenie tego znajdującego się przed tą pracą

początku, może się dokonać drogą tylko pojęciowych rozważań.

Ale pojęcia nie mają tu jeszcze żadnej wartości poznawczej.

Mają one czysto negatywne zadanie: usunąć z pola widzenia

wszystko, co już należy do poznania, i poprowadzić nas tam,

gdzie ono się dopiero zaczyna. Powyższe rozważania wskazują

drogę do tego początku, na którym dopiero pojawia się akt

poznawczy. Nie należą one jeszcze do samego poznania. We

wszystkim więc, co teoretyk poznania porusza przed ustaleniem

owego początku, może być mowa tylko o celowości lub

niecelowości jego rozumowania, nie zaś o jego prawdziwości lub

błędzie. Ale nawet i w samym punkcie początkowym błąd jest

również wykluczony, bo błąd może się zacząć dopiero wraz z

aktem poznawczym, a więc nie może go być jeszcze przed

rozpoczęciem poznania.

O ten przywilej może się ubiegać tylko taka teoria

poznania, która wyjdzie z powyższych rozważań. Jeśli ktoś za

punkt wyjścia obiera pewien przedmiot lub przedmiot wyposażony

już w jakieś myślowe określenie, to już zaraz na samym

początku, a mianowicie w tym kreśleniu, zachodzi możliwość

błędu. Słuszność tego określenia zależy przecież od praw, które

ustanawia dopiero w dalszym przebiegu teorii poznania. Wszelki

błąd mogę wykluczyć tylko wtedy, gdy postanowię, że z mojego

obrazu świata usuwam wszelkie myślowe, poznawcze określenia i

trzymam się tylko tego, co bez mojego współudziału pojawia się

na widnokręgu mojej obserwacji. Gdzie powstrzymuję się

zasadniczo od wszelkich określeń, tam nie mogę popełnić żadnego

błędu. Błąd z punktu widzenia teorii poznania może tkwić tylko

w obrębie aktu poznawczego. Złudzenie zmysłowe nie jest błędem.

Jeśli księżyc wschodzący na horyzoncie wydaje mi się większy

niż w zenicie, to nie mam do czynienia z błędem, tylko z

faktem, uzasadnionym pewnymi prawami przyrody. Błąd powstałby

dopiero w poznaniu, gdybyśmy, przenikając dane nam postrzeżenia

myśleniem, tłumaczyli ową "większość" i "mniejszość" w fałszywy

sposób. Takie tłumaczenie znajduje się jednak w obrębie aktu

poznawczego.

Chcąc rzeczywiście pojąć poznanie w całej jego istocie

musimy je uchwycić niewątpliwie przede wszystkim tam, gdzie ono

się zaczyna, gdzie ma swój początek. Rzecz prosta, że tym, co

się znajduje przed tym początkiem, nie możemy się posługiwać w

wyjaśnianiu samego poznania, lecz musimy je właśnie założyć.

Wnikanie w istotę tego, co założymy tutaj, jest zadaniem

poszczególnych gałęzi nauki. Tu jednak nie mamy zamiaru

zdobywać o tym czy owym szczegółowych wiadomości, tylko chcemy

badać samo poznanie. Dopiero gdy pojmiemy akt poznawczy,

będziemy mogli osądzić, jakie znaczenie mają nasze określenia

treści świata, które wypowiadamy w poznaniu.

Dlatego więc tak długo powstrzymujemy się od wszelkiego

określenia tego, co bezpośrednio mamy dane, jak długo nie

wiemy, jaki zachodzi stosunek pomiędzy takim określeniem, a

tym, co określam. Nawet w pojęciu czegoś "bezpośrednio nam

danego" nie orzekamy nic o tym, co ma być przedmiotem poznania.

Pojęcie to wskazuje tylko na to "dane" i zwraca na nie naszą

uwagę. Forma pojęciowa na początku teorii poznania jest tylko

pierwszym stosunkiem, jaki poznanie nawiązuje do treści świata.

Określenie to zabezpiecza nas nawet na wypadek takiej

możliwości, gdyby cała treść świata okazała się tylko urojeniem

naszego własnego "ja"; a zatem czysty subiektywizm miałby

słuszność, bo o tym, aby fakt ten miał być czymś danym, w ogóle

nie może być mowy. Mógłby on dopiero wyniknąć z poznawczych

rozważań, tzn. okazać się słusznym dopiero przy pomocy teorii

poznania, nigdy jednak nie mógłby stanowić jej założenia.

W tej bezpośrednio danej nam treści świata zamyka się tedy

wszystko, co w ogóle może się pojawić na widnokręgu naszych

przeżyć w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc czucia,

postrzeżenia, oglądy, uczucia, akty woli, senne marzenia, twory

wyobraźni, wyobrażenia, pojęcia i idee.

Nawet iluzje i halucynacje są na tym stopniu zupełnie

równouprawnione z innymi elementami treści świata. Jaki bowiem

jest ich stosunek do innych postrzeżeń, o tym mogą nas dopiero

pouczyć odnośne poznawcze rozważania.

Jeśli jakaś teoria poznania z góry przyjmuje, że wszystko

cośmy właśnie wyliczyli jest tylko treścią naszej świadomości,

wtedy oczywiście natychmiast powstaje pytanie: w jaki sposób

możemy wyjść z tej świadomości i dojść do poznania bytu? Gdzie

szukać odskoczni, któraby nas wywiodła z podmiotowości i

zaprowadziła w dziedzinę tego, co istnieje transsubiektywnie?

Tymczasem dla nas przedstawia się sprawa zupełnie inaczej.

Zarówno świadomość jak i wyobrażenie naszego "ja" są dla nas

również tylko elementami tego, co mamy bezpośrednio dane. Jaki

jest ich stosunek do reszty tych elementów, na to może dopiero

odpowiedzieć poznanie. Nie chcę określać poznania z punktu

widzenia świadomości, tylko odwrotnie: przy pomocy poznania

chcę określić świadomość oraz stosunek podmiotu do przedmiotu.

Ponieważ to, co jest dane, pozostawiamy początkowo bez żadnych

określeń, przeto muszę zapytać, w jaki sposób możliwe jest w

ogóle jakieś określenie tego, oraz w jaki sposób i gdzie

poznanie ma rozpocząć swoją czynność? W jaki sposób możemy

pewien fragment obrazu świata określić jako postrzeżenie, inny

jako pojęcie, ten jako byt, ów jako złudę, tamte nijako

przyczynę a ten jako skutek? W jaki sposób mogę samego siebie

wyróżnić z tej masy przedmiotów i uważać się za "ja" w

przeciwstawieniu do "nie - ja"?

Musimy szukać pomostu pomiędzy danym nam obrazem świata, a

tym który rozwijamy w naszym poznaniu. Tu jednak napotykamy na

pewną trudność. Dopóki tylko biernie patrzymy na to "dane",

dopóty nigdzie nie będziemy mogli znaleźć punktu zaczepienia, z

którego moglibyśmy zacząć wysnuwać nasze poznanie. W tym, co

mamy dane, musielibyśmy gdzieś znaleźć punkt, do którego

moglibyśmy nawiązać naszą czynność, jakieś miejsce, gdzie

znajduje się coś jednoistotnego z naszym poznaniem. Gdyby

wszystko było tylko dane, to cała sprawa musiałaby się skończyć

na bezmyślnym wyglądaniu na świat zewnętrzny i na zupełnie

takim samym wglądaniu w nasz indywidualny świat wewnętrzny.

Moglibyśmy wtedy co najwyżej opisywać znajdujące się poza nami

przedmioty świata, nigdy jednak nie moglibyśmy ich pojmować.

Nasze pojęcia miałyby tylko czysto zewnętrzny stosunek do tego,

do czego je odnosimy: stosunek ten nigdy nie mógłby się stać

wewnętrznym. Przeto możliwość prawdziwego poznania zależy w

zupełności od tego, czy w danym nam obrazie świata znajdziemy

coś, w czym nasza poznawcza czynność nie tylko zakłada coś

danego, ale sama w nim czynnie tkwi. Innymi słowy: przez ścisłe

trzymanie się tego, co jest tylko dane, musi właśnie wyjść na

jaw, że nie wszystko jest tylko dane. Mój postulat jest tego

rodzaju, że jeżeli go naprawdę ściśle przestrzegamy, to on się

sam częściowo unicestwia. Wysunąłem go w tym celu, aby nie

ustanawiać dowolnie początku teorii poznania, lecz aby go

rzeczywiście odnaleźć. W powyższym znaczeniu wszystko może być

dane, nawet, i to, co w najwewnętrzniejszej swej istocie nie

jest dane. Ono wtedy pojawia się tylko formalnie jako dane, ale

przy dokładniejszej obserwacji samo się odsłania jako to, czym

jest rzeczywiście.

Cała trudność w pojmowaniu poznania polega na tym, że my

nie wytwarzamy treści świata w nas samych. Gdyby tak było,

wtedy w ogóle nie istniałoby poznanie. Jakaś rzecz może być dla

mnie problemem tylko wtedy, gdy jest mi "dana". Co sam

wytwarzam, temu sam nadaję określenie, w więc nie potrzebuję

dopiero pytać o prawo do tego.

Jest to drugi punkt mojej teorii poznania. Treścią jego

jest postulat, że w dziedzinie tego, co mamy dane, musi gdzieś

istnieć coś takiego, gdzie nasza czynność nie uderza w próżnię,

bo w nią wpływa treść świata.

Jeśli więc początek teorii poznania określiliśmy w ten

sposób, że umieściliśmy go całkowicie przed czynnością, aby

żadnym przesądem nie mącić początków samego poznania, to tak

samo czynimy teraz pierwszy krok, żeby i w dalszym ciągu nie

mogło być mowy o błędzie lub niewłaściwości. Bo i tu nie

wypowiadamy żadnego sądu o niczym, tylko wysuwamy postulat,

który musi być spełniony, jeśli poznanie ma w ogóle dojść do

skutku. Teraz idzie tylko o to, abyśmy w pełni krytycznej

rozwagi uświadomili sobie następującą rzecz: wysuwam w formie

postulatu charakterystykę, jaką musi posiadać ten element

treści świata, od którego mamy rozpocząć naszą poznawczą

czynność.

Bo zresztą nie ma stanowczo innej możliwości. Dana nam

treść świata jest początkowo zupełnie pozbawiona wszelkich

określeń. Żaden jej element nie może sam z siebie stanowić

pobudki do tego, by właśnie od niego zacząć porządkować ten

chaos. Czynność poznawcza musi więc zdobyć się na akt woli i

powiedzieć: ten element ma mieć takie a takie właściwości. Taki

akt woli nie narusza w niczym jakości danego nam świata. Nie

wnosi on do nauki żadnego dowolnego twierdzenia. Niczego bowiem

nie przesądza, tylko powiada: jeśli poznanie ma być możliwe, to

musimy szukać tej dziedziny, o której przedtem mówiliśmy. Jeśli

ona istnieje, to wyjaśnienie poznania jest możliwe. W

przeciwnym zaś razie - nie. Jeśli więc za początek teorii

poznania uznaliśmy w ogóle to, co jest "dane", to teraz

ograniczamy nasze wymaganie do tego, aby wziąć pod uwagę tylko

pewien określony punkt tej dziedziny.

Spróbujmy teraz przystąpić bliżej do tego postulatu. Gdzież

znajdziemy w obrazie świata coś takiego, co nie jest tylko

dane, lecz dane jest tylko o tyle, że stanowi zarazem coś

wytworzonego w akcie poznawczym?

Trzeba sobie zupełnie jasno uświadomić, że to wytwarzanie

musimy mieć znowu dane w pełnej bezpośredniości. Do poznania

tego nie wolno nam używać żadnego wnioskowania. Już z tego

samego wynika, że postrzeżenia zmysłowe nie odpowiadają temu

wymaganiu, bo o tym, że one powstają przy współudziale naszej

czynności, wiemy nie bezpośrednio, tylko dopiero na podstawie

fizykalnych i fizjologicznych badań. Natomiast wiemy, całkiem

bezpośrednio, że pojęcia i idee powstają zawsze najpierw w

akcie poznawczym i dopiero dzięki niemu pojawiają się w sferze

tego, co mamy bezpośrednio dane. To też żaden człowiek nie

łudzi się co do tej właściwości pojęć i idei. Ktoś może uważać

halucynację za coś danego mu z zewnątrz, nikt jednak nie będzie

mniemał o swoich pojęciach, że je ma dane bez własnej myślowej

czynności. Obłąkany poczyta za realne tylko że przedmiot i

stosunki, które mu się przedstawiają jako "rzeczywiste", choć

one faktycznie takimi nie są; nikt jednak nie powie o swoich

pojęciach i ideach, że pojawiają się one w danym mu świecie bez

jego udziału. Wszystko inne w naszym obrazie świata posiada tę

właściwość, że musi być nam dane, jeśli je mamy przeżyć;

jedynie z pojęciami i ideami sprawa ma się prócz tego jeszcze i

odwrotnie: jeśli je chcemy przeżyć, musimy je wpierw wytworzyć.

Tylko pojęcia i idee są nam dane w tej formie, którą nazwano

oglądem intelektualnym. Kant oraz nowsi nawiązujący doń

myśliciele odmawiają człowiekowi zupełnie możności takiego

oglądu, ponieważ wszelkie myślenie ma się odnosić tylko do

przedmiotów i same siebie absolutn niczego nie wytwarza. W

oglądzie intelektualnym jednocześnie z formą myślową musi być

dana zarazem i treść. Czyż jednak nie dzieje się to właśnie z

czystymi pojęciami i ideami? /Przez pojęcie rozumiem regułę,

wedle której niepowiązane elementy postrzeżeniowe łączymy w

jedność. Pojęciem jest np. przyczynowość. Idea jest również

pojęciem, tylko o większej treści. Np. organizm, pojęty całkiem

abstrakcyjnie, jest ideą. /Trzeba je brać pod uwagę w tej

formie, w której one są jeszcze zupełnie wolne od wszelkiej

empirycznej treści. Chcąc uchwycić np. czyste pojęcie

przyczynowości, nie należy trzymać się ani jakiegoś określonego

związku przyczynowego, ani też sumy wszystkich takich związków,

tylko właśnie samego jej pojęcia. Przyczyn i skutków musimy

szukać w świecie, ale przyczynowość musimy sami wytworzyć, jako

myślową formę, zanim tamte w świecie odnajdziemy. Gdybyśmy

jednak chcieli trzymać się twierdzenia Kanta, jakoby pojęcia

bez oglądów nie posiadały żadnej treści, wtedy możliwość

określenia danego nam świata przy pomocy pojęć byłaby w ogóle

nie do pomyślenia. Przypuśćmy bowiem, że mamy dane dwa elementy

treści świata: A i B. Jeśli mam odnaleźć ich wzajemne stosunki

muszę to uczynić przy pomocy pewnej reguły o określonej treści.

Jednakże tylko ja sam mogę wytworzyć tę regułę w akcie

poznawczym. Nie mogę jej zaczerpnąć z przedmiotów, bo ich

określenia uzyskuję dopiero właśnie przy jej pomocy. Taka tedy

reguła, służąca do określania rzeczywistości, pojawia się więc

całkowicie w obrębie czysto pojęciowej istotności.

Zanim pójdziemy dalej, chciałbym najpierw odeprzeć jeden

możliwy zarzut. Mogłoby się mianowicie wydawać, że do biegu

mojego rozumowania zakradło się niepostrzeżenie wyobrażenie

"jaźni", względnie "osobowego podmiotu", że ono gra tutaj pewną

rolę, oraz, że ja się nim posługuję w rozwijaniu moich myśli,

bez uprzedniego uzasadnienia. Mogłoby to dotyczyć takich

powiedzeń jak np. "Wytwarzam pojęcie w akcie poznawczym", albo

"wysuwam taki czy inny postulat" itd.. Jednakże dotychczasowe

rozważania nie dają żadnego powodu, aby w tych zdaniach widzieć

coś więcej, jak tylko zwroty stylistyczne. Że akt poznawczy

jest czynnością jaźni oraz że z niej wypływa, to możemy

stwierdzić, jak już zaznaczyłem, dopiero na podstawie

poznawczych rozważań. Na razie musielibyśmy mówić o akcie

poznawczym bez wymieniania jego podmiotu. Bo wszystko, co

ustaliliśmy dotąd, ogranicza się tylko do stwierdzenia, że coś

"jest dane"; dalej, że z pewnego punktu tego "danego" wyłania

się wspomniany wyżej postulat, a wreszcie, że temu postulatowi

czynią zadość pojęcia i idee. Nie przeczę bynajmniej, że ów

punkt, z którego wyłania się ten postulat jest właśnie

"jaźnią". Przede wszystkim jednak ograniczam się do tego, by w

całej czystości wykazać te pierwsze dwa kroki teorii poznania.

 

 

 

 

5. POZNANIE A RZECZYWISTOŚĆ

 

 

W pojęciach i ideach mamy więc dane to, co nas zarazem

wyprowadza poza sferę rzeczy danych. Tym samym jednak mamy w

nich także możliwość określenia istoty wszelkiej pozostałej

czynności poznawczej.

Postulat mój wyłączył z danego nam obrazu świata pewien

jego fragment, ponieważ w charakterze poznania leży konieczność

wyjścia z tego rodzaju fragmentu. Wyłączenia tego dokonujemy

tylko w tym celu, aby móc pojąć poznanie. Równocześnie jednak

musimy pamiętać o tym , że sztucznie rozdzieramy jednolity

obraz świata. Musimy zrozumieć, że wyodrębniany przez nas

fragment danego nam świata znajduje się, pomijając nasz

postulat, w koniecznym związku z resztą treści świata. Stanowi

to najbliższy z kolei krok teorii poznania. Będzie on polegał

na tym, aby ponownie odtworzyć tę jedność, którą rozdwoiliśmy w

celu umożliwienia poznania. Odtworzenia tego dokonujemy w

myśleniu o danym nam świecie. Myślące rozważanie świata

dokonuje faktycznie połączenia dwóch części jego treści:

pierwszej, którą postrzegamy, jako daną nam na widnokręgu

naszych przeżyć, oraz drugiej, którą musimy wytworzyć w akcie

poznawczym, aby nam też była dana. Akt poznawczy jest syntezą

tych dwóch elementów. Jeden z nich pojawia się w każdym akcie

poznawczym, jako coś w nim wytworzonego i dołączonego przezeń

do tego, co jest tylko dane. Jedynie na początku teorii

poznania wydaje się nam, że to, co stale sami wytwarzamy, było

nam również dane.

Przenikanie danego nam świata za pomocą pojęć idei jest

myślącym jego rozważaniem. Myślenie jest więc istotnie aktem,

przy pomocy którego dochodzi do skutku poznanie. Poznanie może

powstawać tylko wtedy, gdy myślenie porządkuje treść obrazu

świata. Myślenie samo jest czynem, który wytwarza własną treść

w chwili poznania. O ile tedy poznana treść wypływa z samego

tylko myślenia, o tyle nie przedstawia ona dla poznania żadnej

trudności. Tu wystarczy tylko obserwacja, a istotę rzeczy mamy

daną bezpośrednio. Opis myślenia jest już zarazem nauką o

myśleniu. Logika nigdy nie była niczym innym, jak tylko

opisywaniem form myślowych: nie była ona nigdy nauką

udowadniania. Potrzeba dowodu pojawia się dopiero tam, gdzie

idzie o syntezę treści myślenia z innymi elementami treści

świata. Słusznie przeto powiada Gideon Spicker w swej książce

"Lessings Weltanschauung" /str.5./: "Tego, że myślenie samo w

sobie jest słuszne, nigdy nie możemy doświadczyć ani

empirycznie ani logicznie". Można by tu dorzucić, że w stosunku

do myślenia kończy się wszelkie dowodzenie, dowód bowiem wymaga

już właśnie myślenia. Można dowieść jakiegoś poszczególnego

faktu, nie można jednak dowodzić samego dowodzenia. Można tylko

opisać, czym jest dowód. Wszelka teoria w logice jest więc

tylko empirią. W nauce tej istnieje tylko obserwacja. Jeśli

jednak chcemy poznać coś więcej oprócz naszego myślenia, to

możemy to uczynić również tylko za pomocą myślenia; to znaczy

myślenie musi przystąpić do tego co jest dane, wyodrębnić je z

chaotycznego związku z obrazem świata i włączyć je weń w sposób

systematyczny. Myślenie przystępuje więc do danej nam treści

świata jako zasada porządkujące. Zachodzi przy tym następujący

proces: przede wszystkim musimy myślowo wyosobnić pewne

szczegóły z całości obrazu świata. W tym bowiem, co jest dane,

nie ma właściwie żadnych luźnych szczegółów, bo wszystko

znajduje się w stanie ciągłej i nigdzie nieprzerwanej

łączności. Następnie myślenie odnosi te wyodrębnione szczegóły

wzajemnie do siebie, w ramach sporządzanych przez siebie form,

i wreszcie określa, co z tych stosunków wynika. Jednakże przez

to wprowadzanie dwóch wyodrębnionych elementów treści świata w

stan wzajemnego stosunku - myślenie samo od siebie niczego o

nich nie orzeka. Oczekuje ono tylko, co wyniknie z tego

zestawienia. Dopiero ten wynik jest poznaniem dotyczących

elementów treści świata. Gdyby się okazało w tym zestawieniu,

że treść ta nic nam o sobie nie mówi, znaczyłoby to, że nasza

myślowa próba nie udała się i musimy próbować innej. Wszelkie

poznanie polega na tym, że człowiek wprowadza w prawidłowy

związek dwa lub więcej elementy rzeczywistości i chwyta to, co

z tego wynika.

Nie ulega wątpliwości, że nieraz podejmujemy wiele takich

daremnych poszukiwań myślowych, tak w naukach, na co historia

przytacza liczne przykłady, jak i w codziennym życiu. Jednakże

w zwykłych wypadkach, z którymi przecie najczęściej mamy do

czynienia, pomyślny wynik przychodzi tak szybko po nieudanych

poszukiwaniach, że albo ich wcale sobie nie uświadamiamy, albo

tylko rzadko.

Kant w swej "syntetycznej jedności apercepcji" przeczuwał

przytoczoną tu czynność myślenia, służącą do systematycznego

rozczłonowania treści świata. Jak jednak mało zdawał sobie

sprawę z właściwej roli myślenia, niech nam świadczy jego

pogląd, że z reguł, wedle których dokonuje się owa synteza,

dadzą się wyprowadzić aprioryczne prawa ścisłych nauk

przyrodniczych. Nie pomyślał on o tym, że syntetyczna czynność

myślenia jest tylko czynnikiem, który dopiero przygotowuje

poznanie właściwych praw przyrody. Przyjmijmy, że z obrazu

świata wyłączamy pewną treść A oraz jakąś inną B. Jeśli mamy

dojść do poznania prawidłowego związku pomiędzy nimi, to

myślenie musi przede wszystkim wprowadzić A w taki stosunek do

B, żeby faktyczna ich współzależność przedstawiła się nam jako

coś oczywistego. Właściwa treść prawa przyrody wypływa więc z

tego, co jest dane, a zadaniem myślenia jest tylko spowodowanie

sposobności, w której dane elementy obrazu świata wchodzą w

taki stosunek, że ich prawidłowy związek staje się oczywisty. Z

samej syntetycznej czynności myślenia nie mogą więc wynikać

żadne obiektywne prawa przyrody.

Zapytajmy więc teraz, jaką rolę odgrywa myślenie w

stwarzaniu naszego naukowego obrazu świata, w przeciwieństwie

do tego, który jest tylko dany?

Z dotychczasowych rozważań wynika, że ono sporządza formy

dla istniejących praw. Przyjmijmy w naszym powyższym

przykładzie, że A jest przyczyną, zaś B skutkiem . Ten

przyczynowy związek pomiędzy A i B nie mógłby nigdy stać się

przedmiotem naszego poznania, gdyby myślenie nie zdołało przed

tym wytworzyć pojęcia przyczynowości. Aby jednak w danym

wypadku rozpoznać A jako przyczynę, zaś B jako skutek, do tego

potrzeba koniecznie, aby one odpowiadały temu, co rozumiemy

przez skutek i przyczynę. Tak samo ma się sprawa z innymi

kategoriami myślenia.

Trzeba tu poruszyć choćby w kilku słowach wywody Hume'a o

pojęciu przyczynowości. Hume powiada, że pojęcia przyczyny i

skutku mają swoje źródło jedynie w naszym przyzwyczajeniu.

Często obserwujemy, że po pewnym wydarzeniu następuje inne,

i przyzwyczajamy się do wyobrażenia sobie związku przyczynowego

pomiędzy nimi. Jeśli zauważymy pierwszy, zawsze oczekujemy

pojawienia się drugiego. Pogląd ten wychodzi jednak z zupełnie

błędnego wyobrażenia o stosunku przyczynowym. Bo np. jeżeli w

chwili, gdy wychodząc z bramy mojego domu, spotykam codziennie

pewnego przechodnia, to wprawdzie stopniowo przyzwyczaję się do

oczekiwania na czasowe następstwo obu tych wydarzeń, wcale

jednak nie przyjdzie mi na myśl przypuszczenie przyczynowego

związku pomiędzy nimi. Aby wyjaśnić bezpośrednio następstwo

powyższych faktów, przystąpię zapewne do przeszukania zupełnie

innych fragmentów treści świata. Związku przyczynowego nie

określamy bynajmniej wedle czasowego następstwa wydarzeń, lecz

na podstawie znaczenia treści tych elementów obrazu świata,

które określamy jako przyczynę i skutek.

Myślenie wykonuje tylko formalną czynność przy wytwarzaniu

naszego naukowego obrazu świata. Z tego zaś wynika, że treść

aktu poznawczego nie może być znana a priori przed obserwację

/tzn. przed porozumieniem się myślenia z tym, co mamy dane/,

tylko właśnie musi bez reszty wypływać z tego, co obserwujemy.

Wszelkie poznanie jest w tym znaczeniu empiryczne. Jest też

rzeczą zgoła niezrozumiałą, w jaki sposób mogłoby być inaczej.

Bo czymże są kantowskie sądy a priori? Nie są to w gruncie

rzeczy żadne akty poznawcze, tylko wyłącznie postulaty. W myśl

poglądu Kanta można tylko tak twierdzić: jeżeli jakaś rzecz ma

być przedmiotem możliwego doświadczenia, to musi się stosować

do tych praw. Są to więc przepisy, które podmiot dyktuje

przedmiotem. Należałoby jednak sądzić, że jeżeli naszą rzeczą

ma być poznanie danego nam świata, to ono nie może wypływać z

podmiotu, tylko właśnie z przedmiotów.

Myślenie niczego nie orzeka a priori o tym, co mamy dane,

tylko ustanawia formy, w których a posteriori przejawiają się

prawa zjawisk.

Rzecz jasna, że ten pogląd nie może niczego wyrokować a

priori o stopniu pewności jakiegokolwiek sądu poznawczego.

Takiej pewności nie można uzyskać z niczego innego, jak tylko z

tego, co jest dane. Można by tu zarzucić, że obserwacja nie

mówi nam nigdy nic więcej, jak tylko to, że gdzieś, pewnego

razu mieliśmy do czynienia z jakimś związkiem pomiędzy danymi

nam zjawiskami. Nie twierdzi ona jednak bynajmniej, że związek

ten musiał zajść, względnie że zawsze zajdzie w podobnym

wypadku. Jednakże i taki pogląd jest błędny. Poznany przeze

mnie związek pomiędzy pewnymi elementami obrazu świata nie jest

niczym więcej, jak tylko właśnie tym, co samo z tych elementów

wypływa. Nie jest więc czymś dokomponowanym przeze mnie, lecz

stanowi ich integralną część, która zatem koniecznie musi się

zawsze przejawić, jeśli one same tam się znajdują.

Tylko pogląd, wychodzący z założenia, że wszelka nauka

polega jedynie na łączeniu faktów doświadczenia wedle zasad

podmiotowych, a więc istniejących poza nimi, może przypuszczać,

że elementy A i B wolno łączyć ze sobą dziś wedle jednego, a

jutro wedle innego prawa /J.St. Nill/. Kto jednak zrozumie, że

prawa przyrody wypływają z tego, co jest dane, a więc są tym,

co stanowi i określa związki pomiędzy zjawiskami, temu wcale

nie przyjdzie na myśl mówić jedynie o względnej powszechności

praw uzyskanych z obserwacji. Nie chcę oczywiście twierdzić tym

samym, jakoby prawa przyrody, raz uznane przez nas za

prawdziwe, musiały być czymś bezwzględnie ważnym. Jeśli jednak

późniejsze doświadczenie obali ustanowione przedtem prawo, nie

pochodzi to stąd, że pierwszym razem mogliśmy je wywnioskować

tylko ze względną ważnością, lecz stąd, że wniosek nasz był

wtedy niezupełnie słuszny. Prawdziwe prawo przyrody nie jest

niczym innym, jak tylko wyrazem pewnego faktycznego związku w

danym nam obrazie świata i tak samo nie istnieje bez faktów, o

których stanowi, jak one nie mogą istnieć bez niego.

Istotę aktu poznawczego określiliśmy powyżej w ten sposób,

że dany nam obraz świata przenikamy w naszym myśleniu ideami i

pojęciami. Cóż z tego wynika? Gdyby to, co mamy dane

bezpośrednio, było już zamkniętą całością, wtedy takie

opracowywanie go poznaniem byłoby niemożliwe a nawet

niepotrzebne. Przyjmowalibyśmy je wówczas tak, jak ono się nam

przedstawia, i bylibyśmy zeń zadowoleni. Akt poznawczy staje

się możliwy tylko wtedy, gdy w tym, co jest dane, ukrywa się

jeszcze coś, co się nie przejawia wówczas, gdy je oglądamy

bezpośrednio, lecz odsłania się dopiero za pomocą wprowadzonego

przez myślenie ładu. To, co widzimy w danym nam świecie przed

jego myślowym opracowaniem, nie stanowi jeszcze pełnej jego

całości.

Zrozumiemy to lepiej, gdy zastanowimy się głębiej nad

czynnikami aktu poznawczego. Pierwszym jego czynnikiem jest to,

czy mamy dane. To, że ono jest dane, nie stanowi żadnej jego

właściwości, tylko wyraz jego stosunku do drugiego czynnika

aktu poznawczego. Bo nasze określenie /że "świat jest nam

dany"/ ani trochę nie wyjaśnia nam tego, czym jest ten dany

świat w swej własnej istocie. Drugi czynnik, a mianowicie

pojęciową treść tego, co nam jest dane, odnajdujemy za pomocą

myślenia w akcie poznawczym, jako coś łączącego się koniecznie

z tym, co jest dane. Pytamy więc teraz:

1. Gdzie istnieje rozdział pomiędzy tym, co jest dane, a

odpowiadającym mu pojęciem?

2. Gdzie one łączą się ze sobą?

Odpowiedź na oba te pytania wynika niewątpliwie z

poprzednich naszych rozważań. Rozdział istnieje wyłącznie w

akcie poznawczym, połączenie zaś w tym, co mamy dane. Stąd

wynika koniecznie, że treść pojęciowa jest tylko częścią tego,

co jest dane, oraz, że akt poznawczy polega na łączeniu tych

dwóch początkowo oddzielnie danych mu części obrazu świata. A

więc dany nam bezpośrednio obraz świata uzupełniamy dopiero

tym, co nam pośrednio daje myślenie. Bezpośrednia forma obrazu

świata okazuje go nam początkowo w zgoła niezupełnej postaci.

Gdyby treść myślowa w naszym obrazie świata pierwotnie

łączyła się z tym, co mamy dane, nie byłoby wcale poznania.

Nigdzie bowiem nie mogłaby zrodzić się potrzeba wybiegania poza

to, co jest dane. Z drugiej strony, gdybyśmy w myśleniu

wytwarzali całą treść świata, wówczas również nie byłoby

poznania. Tego bowiem, co sami wytwarzamy, nie potrzebujemy

poznawać. Poznanie polega więc na tym, że treść świata jest nam

dana pierwotnie w niezupełnej formie, która treści tej jeszcze

całkowicie nie zawiera, gdyż oprócz tego, co ukazuje

bezpośrednio, ukrywa jeszcze drugą, istotną jego stronę.

Poznanie odsłania tę drugą, nie daną nam pierwotnie, stronę

treści świata. To zaś, co się nam osobno przejawia w myśleniu,

to nie są puste formy, lecz jest to suma określeń /kategorii/,

które stanowią formę dla wszelkiej pozostałej treści świata.

Dopiero ta postać treści świata, którą osiągamy w poznaniu i w

której obie wymienione strony tej treści łączą się z sobą w

jedność, może być nazwana rzeczywistością.

 

 

 

 

6. WOLNA OD ZAŁOŻEŃ TEORIA POZNANIA "WISSENSCHFTSLEHRE"

FICHTEGO

 

 

W dotychczasowych rozważaniach ustaliliśmy ideę poznania.

Idea ta jest bezpośrednio dana ludzkiej świadomości, o ile ta

jest poznawczo czynna. "Jaźni" jako środkowemu punktowi

świadomości, dane są bezpośrednio zewnętrzne i wewnętrzne

postrzeżenia oraz jej własne istnienie. /Nie potrzebuję chyba

dodawać, że z wyrażeniem "środkowy punkt" nie zamierzam łączyć

żadnego teoretycznego poglądu na istotę świadomości, lecz

używam go tylko jako skrótu stylistycznego na określenie jej

całej fizjonomii. /Jaźń odczuwa potrzebę odnajdywania czegoś

więcej ponad to, co ma bezpośrednio dane. W obliczu danego jej

świata otwiera się przed nią drugi, tj. świat myślenia. A ona

łączy je oba w ten sposób, że z wolnego postanowienia

urzeczywistnia to, co rozumiemy przez ideę poznania. Zachodzi

tu jednak zasadnicza różnica pomiędzy tym sposobem w jaki

pojęcie i bezpośrednia oczywistość okazują się obiekcie

ludzkiej świadomości połączone w pełną rzeczywistość, a tym

sposobem połączenia, który ma znaczenie dla całej pozostałej

reszty treści świata. W stosunku do każdej innej części obrazu

świata musimy sobie wyobrazić, że to połączenie jest w nim

pierwotne i od początku konieczne oraz, że tylko z chwilą

poznania i tylko dla poznania zachodzi sztuczny rozdział, który

jednak ostatecznie, zgodnie z pierwotną istotą przedmiotów,

zostaje w poznaniu zniesiony. Natomiast inaczej jest z ludzką

świadomością. Tu owo połączenie następuje dopiero wtedy, gdy go

dokona świadomość w rzeczywistej swej czynności. W każdym innym

przedmiocie rozdział ten nie ma żadnego znaczenia dla samego

przedmiotu, tylko jedynie dla poznania. Połączenie jest tu

rzeczą pierwotną, rozdział zaś pochodną. Poznanie dokonuje

rozdziału tylko dlatego, że inaczej bez niego nie mogłoby na

swój sposób uchwycić połączenia. Natomiast pojęcie świadomości

i dana nam jej rzeczywistość są pierwotnie rozdzielone.

Połączenie ich jest czynnością wtórną, i dlatego poznanie jest

właśnie tym, co powyżej opisaliśmy. Ponieważ w świadomości idea

i to, co mamy dane, występują z konieczności oddzielnie, przeto

cała rzeczywistość rozszczepia się w naszej świadomości na te

dwie dziedziny, a ponieważ świadomość może tylko własną

czynnością spowodować ich połączenie przeto do pełnej

rzeczywistości dociera tylko przez urzeczywistnienie aktu

poznawczego.

Wszystkie inne kategorie byłyby nawet i wtedy koniecznie

połączone z odpowiednimi formami tego, co mamy dane, gdybyśmy

ich nie obejmowali naszym poznaniem. Natomiast idea samego

poznania może zostać połączona z odpowiadającym jej elementem

tego, co dane, tylko za pomocą czynności świadomości.

Rzeczywista świadomość istnieje więc tylko o tyle, o ile samą

siebie urzeczywistnia.

Sądzę, że teraz jesteśmy ostatecznie przygotowani do tego,

by odkryć zasadniczy błąd w "Teorii nauk" Fichtego, a zarazem

dostarczyć klucza do jej zrozumienia. Fichte był filozofem,

który najżywiej odczuwał spośród wszystkich następców Kanta, że

uzasadnienie wszystkich nauk może polegać jedynie na teorii

świadomości, nigdy jednak nie doszedł do poznania, dlaczego tak

jest. Odczuwał on, że jaźń rzeczywiście musi dokonać tego, co

określiliśmy powyżej jako drugi krok teorii poznania i czemu

nadaliśmy formę postulatu. Wynika to na przykład z

następujących jego słów: "Teoria nauk, o ile ma ona być

systematyczną nauką, podobnie jak wszystkie inne możliwe nauki,

jeżeli mają być systematyczne, powstaje dzięki określeniu jej

przez akty wolnej woli, której przeznaczeniem jest tu w

szczególności uświadomienie nam sposobu działania inteligencji.

Skutkiem tego wolnego czynu coś, co już samo jest formą, a

mianowicie konieczna działalność inteligencji, zostaje ujęte

jako zawartość w nowej formie wiedzy, albo świadomości".

/Dzieła zbiorowe tom I, str.71/. Cóż więc mamy rozumieć tu

przez ten sposób działania "inteligencji", jeżeli to, co Fichte

niejasno odczuwa, wyrazimy w jasnych pojęciach? Nie jest to nic

innego, jak dokonujące się w świadomości urzeczywistnienie idei

poznania. Gdyby Fichte uświadamiał to sobie zupełnie jasno,

musiałby po prostu sformułować powyższe zdanie w następujący

sposób: teoria nauk ma nam uświadomić poznanie, o ile ono dotąd

jest jeszcze nieświadomą czynnością jaźni. Ma ona wykazać, że w

jaźni dokonuje się obiektywizacja idei poznania jako działanie

konieczne.

Fichte chce określić czynność jaźni. Twierdzi on: "Jaźń

jako absolutny podmiot jest czymś, czego byt /istota/ polega na

stanowieniu swojego własnego istnienia". /Dzieła zbiorowe,

tom.I, str.97/. To nastawienie się jaźni jest dla Fichtego

pierwszym, bezwarunkowym czynem, "który jest podstawą całej

reszty świadomości". /Dzieła zbiorowe, tom I, str.91/. Zatem

jaźń również i w rozumieniu Fichtego może rozpocząć wszelką

swoją działalność tylko od własnego absolutnego postanowienia.

Jednakże tej przez jaźń absolutnie ustanawianej czynności nie

może Fichte w niczym pomóc do osiągnięcia jakiejkolwiek treści

jej działania.

Nie widzi on bowiem niczego, do czego by ta czynność miała

się odnosić, względnie czym mogłaby się określić. Jego jaźń ma

wykonać czyn. Ale co ona ma zrobić? Fichte nie ustalił pojęcia

poznania, które jaźń ma urzeczywistniać, i dlatego na próżno

mozolił się by znaleźć jakieś przejście od swego "absolutnego

czynu" do treści dalszych określeń jaźni. Co więcej, oświadcza

on w końcu odnośnie do tego przejścia, że dalsze rozważania nie

należą już do teorii. W swojej dedukcji wyobrażenia nie

wychodzi on ani z absolutnej czynności "jaźni", ani też z "nie

- ja", lecz z czegoś już określonego, co ma być zarazem i

określeniem, bo w świadomości bezpośrednio nie ma i nie może

być niczego innego. Poza tym wcale nie rozstrzyga on tego, co

ma określać to określenie, i w tym nieokreślonym punkcie

przesuwa nas z teorii do praktycznej części swojej

"Wissenschaftslehre". /Dzieła zbiorowe, tom I, str. 178/. Tym

sposobem jednak unicestwia Fichte wszelkie poznanie. Praktyczna

bowiem działalność jaźni należy do całkiem innej dziedziny.

Rzecz jasna, że ustanowiony przeze mnie powyżej postulat można

urzeczywistnić tylko wolnym czynem jaźni. Jeżeli jednak jaźń ma

być czynna poznawczo, wtedy idzie właśnie o to, aby jej

postanowienie zmierzało do urzeczywistnienia idei poznania. Bo

przecież nie ulega wątpliwości, że jaźń z wolnego postanowienia

może jeszcze dokonać wiele innych czynów. W teoriopoznawczym

uzasadnieniu nauk nie idzie jednak o charakterystykę "wolnej",

lecz "poznającej" jaźni. I tu Fichte dał się zanadto unieść

swojej subiektywnej skłonności do możliwie najoczywistszego

wyświetlenia wolności człowieka. Słusznie zauważył Harms w swej

mowie "O filozofii Fichtego" /str.18/, że: "Jego pogląd na

świat jest przede wszystkim i wyłącznie etyczny, skutkiem czego

jego teoria poznania posiada taki sam charakter". Poznanie nie

miałoby absolutnie żadnego celu, gdyby wszystkie dziedziny

rzeczywistości były nam dane całkowicie. Ponieważ jednak jaźń,

dopóki myślenie nie włączy jej w systematyczną całość obrazu

świata, tak samo nie jest niczym więcej, jak tylko czymś

bezpośrednio danym, przeto stanowczo nie wystarcza wskazać

tylko na jej działalność. Tymczasem Fichte jest zdania, że już

samo odnalezienie jaźni wyczerpuje wszystko, co można uczynić w

stosunku do niej". Mamy odnaleźć absolutnie pierwszą, czysto

bezwarunkową i podstawową zasadę wszelkiej ludzkiej wiedzy, to

nie da się ona ani udowodnić, ani też określić". /Dzieła

zbiorowe, str.91/. Widzieliśmy, że tylko do treści czystej

logiki niepodobna stosować dowodów i określeń. Natomiast jaźń

należy do danej nam rzeczywistości, a w tym co jest dane,

zawsze zachodzi potrzeba odnalezienia takiej czy innej idei

/kategorii/. Fichte nie zrobił tego i to jest przyczyną tak

chybionej formy jego teorii nauk. Zeller /Geschichte der

Philosophie, str. 605/ zaznacza, że logiczne formuły, przy

pomocy których Fichte chce dojść do pojęcia jaźni, nie mogą

ukryć tego, jak on właściwie za wszelką cenę chce osiągnąć ten

już z góry przesądzony cel dojścia do tego początkowego punktu.

Słowa te odnoszą się do pierwszej formy, w którą Fichte w roku

1794 ujął swoją teorię nauk. Jeśli ustalimy, że Fichte -

zgodnie z całym wewnętrznym charakterem swojego filozofowania -

w samej rzeczy nie mógł chcieć niczego innego, jak tylko

rozpocząć wszelką naukę od absolutnego postanowienia, to

istnieją tylko dwie drogi zrozumienia takiego poczynania. Jedna

z nich to uchwycić świadomość w jakiejkolwiek jej empirycznej

czynności i przez stopniowe usuwanie z niej wszystkiego co nie

wypływa pierwotnie z niej samej, wykrystalizować czyste pojęcie

jaźni. Druga zaś - to od razu wyjść z pierwotnej czynności

jaźni i wyświetlić jej naturę w samoobserwacji i w

zastanowieniu się nad samym sobą. Pierwszą z tych dróg obrał

Fichte na początku swego filozofowania, w dalszym jednak ciągu

przeszedł stopniowo na drugą.

Nawiązując do syntezy "transcendentalnej apercepcji" Kanta

stwierdził on, że wszelka czynność jaźni polega na łączeniu

materiału doświadczenia w pewną całość według form sądu. Sąd

polega na łączeniu orzeczenia z podmiotem, co w czysto formalny

sposób można wyrazić zdaniem: A równa się A. Zdanie to byłoby

niemożliwe, gdyby x, które łączy oba A, nie polegało po prostu

na zdolności stanowienia o rzeczy. Bo to zdanie nie znaczy, że

jest A, tylko: jeżeli A jest, to jest A. Przeto nie może tu być

mowy o absolutnym stanowieniu tego A. Aby więc dojść do czegoś

absolutnie i bezwzględnie ważnego nie pozostaje nic innego, jak

oświadczyć, że samo stanowienie jest czymś absolutnym. Podczas

gdy A jest uwarunkowane, to jego stanowienie nie jest już czymś

bezwarunkowym. Stanowienie to jest właśnie czynem jaźni. Zatem

jaźń posiada zdolność absolutnego i bezwarunkowego stanowienia.

W zdaniu "A równa się A" - tylko jedno A zostaje ustanowione,

podczas gdy drugie w ogóle zakładamy; zakłada je właśnie jaźń.

"Jeżeli A zostaje ustanowione w jaźni, to jest ustanowione"

/Dzieła zbiorowe, tom I, str.94/. Związek ten jest możliwy

tylko pod warunkiem, że w jaźni istnieje coś zawsze sobie

równego, co prowadzi od jednego A do drugiego. Na tym właśnie

polega owo x. Jaźń, która stanowi jedno A, jest tą samą, która

zakłada drugie. Ale to znaczy: jaźń równa się jaźni. Zdanie to,

wyrażone w formie sądu: "jeżeli jest jaźń, to ona jest" - nie

ma żadnego sensu. Bo jaźń nie stanowi samej siebie pod

warunkiem założenia innej jaźni, lecz zakłada tylko siebie

samą. Znaczy to, że ona absolutnie i bezwarunkowo jest.

Hipotetyczna forma sądu, która bez założenia absolutnej jaźni

jest właściwa wszelkiemu sądzeniu, przemienia się tu w formę

zdania po prostu i absolutnie egzystencjalnego: ja jestem po

prostu. Fichte wyraża to jeszcze w następujący sposób: "Jaźń

stanowi pierwotnie po prostu swój własny byt". /Dzieła

zbiorowe, t.I, str. 98/ .Widzimy, że cały wywód Fichtego jest

tylko pewnego rodzaju pedagogicznym wykładem dla czytelnika,

mającym go doprowadzić do poznania bezwarunkowej czynności

jaźni. Fichte chce czytelnikowi przywieść przed oczy tę

czynność jaźni, bez dokonania której w ogóle jaźni wcale nie

ma.

Spróbujmy jeszcze raz przyjrzeć się biegowi jego myśli.

Przy baczniejszej uwadze okazuje się, że w całym tym

rozumowaniu jest pewien skok, który podaje w wątpliwość cały

pogląd na pierwotny czyn jaźni. Cóż jest właściwie rzeczywiście

absolutnego w tym stanowieniu jaźni? Sąd opiewa: jeżeli A jest,

to jest A. To A zostaje ustanowione przez jaźń. To stanowienie

nie ulega żadnej wątpliwości. Jednakże choćby nawet sama

czynność jaźni była bezwarunkowa, to przecież ona może tylko

coś ustanawiać. Nie może sam ustanawiać "czynności samej w

sobie i dla siebie", tylko jakąś określoną czynność. Krótko

mówiąc, owo stanowienie musi mieć treść. Treści tej nie może

ona jednak zaczerpnąć z siebie samej , bo wtedy nie mogłaby

stanowić niczego więcej, jak tylko wieczyście w kółko

samoistnienie. Dla tego stanowienia, dla tej absolutnej

czynności jaźni musi więc istnieć coś, co ta czynność

urzeczywistnia. Jaźń, bez uchwycenia tego, co jest dane i co

ona stanowi, nie może w ogóle niczego stanowić, a zatem nie

może stanowić. Wynika to również z twierdzenia Fichtego, że

jaźń ustanawia swój byt. Byt jest kategorią. Znowu więc

jesteśmy przy naszym zdaniu, że czynność jaźni polega na tym,

iż stanowi ona z własnej wolnej decyzji pojęcia i idee tego, co

mamy dane. Fichte tylko dlatego dochodzi do swego wyniku, że

nieświadomie zmierza do wykazania jaźni jako czegoś

"bytującego". Gdyby był rozwinął pojęciowo poznanie, byłby

doszedł do prawdziwego punktu wyjścia teorii poznania: jaźń

ustanawia poznanie. Ponieważ Fichte nie uświadomił sobie, czym

jaźń właściwie określa swoją czynność, przeto przyjął po

prostu, że jej cechą jest stanowienie bytu. Tym samym jednak

ograniczył on absolutną czynność jaźni. Skoro bowiem tylko

"stanowienie bytu" jest bezwarunkową jej czynnością, tedy

wszystko inne, co z niej wypływa, jest uwarunkowane. Tym samym

również odciął on sobie wszelką drogę do przejścia od tego, co

jest bezwarunkowe, do tego, co uwarunkowane. Jeżeli jaźń ma być

czymś bezwarunkowym tylko pod tym jednym względem wtedy

natychmiast ustaje dla niej możność stanowienia swoim

pierwotnym aktem czegokolwiek innego, oprócz swego pierwotnym

aktem czegokolwiek innego, oprócz swego własnego bytu. Tym,

samym zaś nasuwa się konieczność uzasadnienia każdej innej

czynności jaźni. Wspomniałem już, że Fichte na próżno szukał

tego uzasadnienia.

W celu dedukcji jaźni zwrócił się on przeto na inną drogę,

o której już wspomniałem. Już w roku 1797, w "Pierwszym wstępie

do teorii nauk" zaleca on samoobserwację jako właściwy środek

do poznania jaźni w jej rdzennie własnym charakterze. "Zwróć

uwagę na siebie samego, odwróć spojrzenie od tego co cię otacza

i skieruj się we własną głąb - oto pierwsze wymaganie, które

filozofia stawia swemu uczniowi. Nie ma tu mowy o niczym, co

jest poza tobą, tylko wyłącznie o tobie samym". /tom I. str.

422/. Taki wstęp do "Teorii nauk" ma co prawda jedną wielką

zaletę w porównaniu z każdym innym; gdyż samo obserwacja

umożliwia nie tylko jednostronne rozpatrywanie czynności jaźni

w pewnym określonym kierunku. Widzi ona nie tylko jaźń

stanowiącą byt, lecz ukazuje ją w jej wszechstronnym rozwoju,

jak ona - myśląc - usiłuje pojąć daną jej bezpośrednio treść

świata. Samo obserwacja stwierdza, jak jaźń, wiążąc pojęcia z

tym, co jest dane, buduje sobie obraz świata. Kto jednak nie

przemyślał naszych powyższych rozważań i nie wie, że jaźń tylko

wtedy dochodzi do pełnej rzeczywistości, gdy ze swoimi

myślowymi formami przystępuje do tego, co ma dane, temu proces

poznawczy musi się wydawać wysnuwaniem świata z własnej jaźni.

To też dla Fichtego obraz świata z własnej jaźni. To też dla

Fichtego obraz świata staje się coraz bardziej jaźniowym

przędziwem. Podkreśla on coraz mocniej, że w teorii nauk idzie

o obudzenie pewnego zmysłu, któryby mógł podpatrzyć jaźń w tym

konstruowaniu świata. Kto to potrafi, ten - zdaniem Fichtego -

osiągnął wyższy stopień wiedzy, niźli ten, co widzi tylko samą

konstrukcję, a więc już gotowy byt. Kto ogląda tylko świat

przedmiotów, ten jeszcze nie wie, że jaźń je dopiero stwarza.

Kto jednak ogląda jaźń w jej twórczym akcie, ten widzi podstawę

gotowego obrazu świata i wie, w jaki on sposób powstawał. Obraz

ten staje się teraz dla niego wynikiem wiadomych mu założeń.

Zwykła świadomość widzi tylko to, co zostało ustanowione i w

taki czy inny sposób określone. Natomiast brak jej wglądu w

przesłanki, w powody, dla których to zostało ustanowione

właśnie tak, a nie inaczej. Wiedza o tych przesłankach jest

według Fichtego - zadaniem całkiem nowego zmysłu. Najwyraźniej

wypowiedział to Fichte we "Wstępnych wykładach do teorii nauk",

wygłoszonych w jesieni 1813 roku w berlińskim uniwersytecie:

"Nauka ta wymaga całkiem nowego wewnętrznego narządu

zmysłowego, przed którym otwiera się nowy świat, zgoła nie

istniejący dla zwykłej świadomości". Albo: "Świat tego nowego

zmysłu, a przez to i on sam dadzą się na razie tak określić:

jest to świadomość przesłanek, na których opiera się sąd: coś

istnieje. Jest to podstawa bytu, która właśnie dlatego, że nią

jest, nie istnieje znów sama i nie jest bytem".

Ale i tu brak Fichtemu jasnego zrozumienia treści czynności

jaźni. Nigdy nie dotarł on do tego zrozumienia. Dlatego jego

teoria nauk nie mogła stać się tym, czym by zresztą musiała być

zgodnie z całym jej charakterem, tzn. teorią poznania, w

znaczeniu podstawowej nauki filozoficznej. W kim raz rozbłysło

poznanie, że czynność swą musi jaźń stanowić sama, ten z

łatwością mógł i to pomyśleć, że jaźń także tę czynność

określa. Czyż to jednak może się dziać inaczej, jak tylko w ten

sposób, że owej czysto formalnej czynności jaźni nadamy pewną

treść? Jeżeli jednak jaźń ma tę treść rzeczywiście swojej dotąd

nieokreślonej czynności, to treść ta musi zostać określone

zgodnie z jej naturą. W przeciwnym bowiem razie, nie mogłaby

ona zostać zrealizowana przez samą jaźń, tylko co najwyżej

przez jakąś zawartą w jaźni "rzecz samą w sobie", której jaźń

byłaby tylko narzędziem. Gdyby Fichte był podjął próbę tego

określenia, byłby doszedł do pojęcia poznania, które jaźń ma

urzeczywistniać. Teoria nauk Fichtego jest dowodem, że nawet

najbystrzejsze myślenie nie zdoła nigdy rozwinąć płodnej

działalności, jeżeli nie dojdzie do właściwych form myślowych

/kategoria, idee/, które, uzupełnione tym, co jest dane,

stanowią rzeczywistość. Z tego rodzaju myślicielem dzieje się

podobnie, jak z człowiekiem, który słucha najpiękniejszych

melodii, ale ich wcale nie chwyta, bo jest na melodie zupełnie

niewrażliwy. Tylko ten zdoła scharakteryzować świadomość w jej

danej nam postaci, kto potrafi ogarnąć "ideę świadomości".

Fichte zbliża się w pewnym miejscu niemal zupełnie do

prawdziwego poglądu na te zagadnienia. W swoich "Wstępach do

teorii nauk" /1797/ twierdzi on, że mogą istnieć dwa

teoretyczne systemy, a mianowicie: dogmatyzm, który uważa, że

przedmioty określają jaźń, oraz idealizm, według którego jaźń

określa przedmioty. Oba te poglądy są - jego zdaniem - równie

możliwe. Zarówno jeden jak i drugi dadzą się konsekwentnie

przeprowadzić. Jeżeli jednak wyznajemy dogmatyzm, to musimy

porzucić przekonanie o samodzielności jaźni i uzależnić ją od

"rzeczy samej w sobie". Odwrotnie zaś musimy postąpić, gdy

hołdujemy idealizmowi. Kwestię wyboru jednego z tych dwóch

systemów pozostawia Fichte wyłącznie dowolnemu uznaniu jaźni

filozofa. Jeżeli jaźń zechce bronić swej samodzielności, to

niechaj porzuci wiarę w rzeczy bytujące poza nami i odda się

idealizmowi.

Otóż trzeba jeszcze było zastanowić się nad tym, że jaźń

nie może dojść do żadnego prawdziwie uzasadnionego

rozstrzygnięcia czy określenia, jeżeli nie założy czegoś, co

jej może w tym pomóc. Wszelkie jej określenia wyłonione z samej

siebie byłyby puste i bez treści, gdyby nie znalazła czegoś

treściwego i na wskroś określonego, co umożliwia jej określenie

tego, co jest dane, a tym samym pozwala dokonać wyboru pomiędzy

dogmatyzmem a idealizmem. Tym czymś na wskroś pełnym treści

jest świat myślenia. Określenie zaś myśleniem tego co jest

dane, nazywamy poznaniem. Z którejkolwiek strony podejdziemy do

Fichtego, zawsze zobaczymy, że bieg jego myśli natychmiast

nabiera sensu i życia, jeżeli pustą i bezbarwną czynność jaźni

wyobrazimy sobie wypełnioną i kierowaną tym, co nazwaliśmy

procesem poznawczym.

To, że jaźń z wolnej woli może przejść w stan czynności,

umożliwia jej urzeczywistnienie z siebie samej za pomocą

samookreślenia idei poznania, podczas gdy inne kategorie świata

okazują się, z obiektywnej konieczności, już związane z

odpowiednimi elementami tego, co jest dane. Zbadanie istoty

wolnego samookreślenia będzie zadaniem etyki i metafizyki,

opartych na mojej teorii poznania. Będą one musiały

rozstrzygnąć pytanie, czy jaźń potrafi urzeczywistniać jeszcze

inne idee, oprócz idei poznania. Z powyższych wywodów wynika

już jednak zupełnie jasno, że urzeczywistnienie poznania

dokonuje się dzięki wolności. Jeżeli bowiem jaźń w procesie

poznawczym łączy to, co jest jej dane bezpośrednio, z

odpowiednimi formami myślenia, to połączenie tych dwóch

elementów rzeczywistości, zawsze zresztą rozdzielonych w

świadomości, może się dokonać tylko aktem wolnej woli.

Niniejsze rozważania oświetlają idealizm krytyczny jeszcze

z jednej strony. Kto zapozna się szczegółowo z filozofią

Fichtego, ten zobaczy, jak bardzo leżała mu na sercu obrona

poglądu, że z zewnątrz nic do jaźni nie może być dodane; że

żaden idealizm nie zdoła nigdy wydedukować z jaźni tej formy

treści świata, którą określiliśmy jako to, co jest dane nam

bezpośrednio. Forma ta może być właśnie tylko dana i nigdy nie

będzie jej można wysnuć z myślenia. Zważmy przecież, że

gdybyśmy mieli daną tylko pewną część znanej nam dziś skali

barw, nigdy byśmy nie zdołali uzupełnić jej nawet jednym

kolorem wysnutym z samej jaźni. Możemy tylko wtedy wytwarzać

sobie obraz najbardziej odległych i nigdy niewidzianych krajów,

jeżeli potrzebne do tego elementy mieliśmy już kiedykolwiek

dane w naszym indywidualnym przeżyciu. Mając dane poszczególne,

przeżyte przez nas fakty, kierujemy się nimi i z nich składamy

sobie pewien obraz. Na próżno jednak usiłowalibyśmy wysnuć z

naszego wnętrza choćby jeden element postrzeżeniowy, którego

nigdy nie doświadczyliśmy w dziedzinie tego, co dotąd mieliśmy

dane. Ale co innego jest tylko znać dany nam świat, a co innego

poznawać. Ta istota - aczkolwiek ściśle związana z treścią

świata - dopóty nie uświadomi się nam, dopóki z tego co jest

dane oraz z naszego myślenia sami nie zbudujemy rzeczywistości.

Właściwą treść tego, co mamy dane, stanowi jaźń sama dla siebie

i jedynie przez siebie samą. Nie miałaby ona jednak żadnego

powodu do stanowienia w sobie istoty tego, co jest dane, gdyby

najpierw nie widziała przed sobą rzeczy, danych jej właśnie w

sposób zupełnie nieokreślony. To zatem, co jaźń stanowi jako

istotę świata, nie może powstać bez niej, tylko właśnie przez

nią.

Prawdziwą postacią rzeczywistości nie jest więc ta

pierwsza, którą jaźń ma przed sobą, jako to co jest dane, lecz

dopiero ta ostateczna, którą jaźń wypracowuje z tamtej. Owa

pierwsza postać nie ma w ogóle żadnego znaczenia dla świata

obiektywnego. Jest ona tylko podłożem dla procesu poznawczego.

Subiektywną więc jest nie ta postać świata, którą stwarza

teoria, tylko właśnie ta, która pierwotnie dana jest jaźni.

Chcąc zgodnie z Volkeltem i innymi filozofami określić dany nam

świat jako doświadczenie, musimy rzecz tak ująć: przed nami -

na skutek organizacji naszej świadomości - pojawia się w

subiektywnej formie doświadczenia pewien obraz świata, a

poznanie uzupełnia go i przetwarza w to, czym on jest naprawdę

w swej istocie.

Nasza teoria poznania stwarza podstawę dla idealizmu, który

w prawdziwym tego słowa znaczeniu rozumie sam siebie. Uzasadnia

ona przekonanie, że w myśleniu ujmujemy istotę świata. Bo

wzajemnego stosunku poszczególnych elementów treści świata nie

można wykazać niczym innym, jak tylko myśleniem: wszystko

jedno, czy idzie nam o stosunek ciepła słonecznego do ogrzanego

kamienia, czy jaźni do świata zewnętrznego. Tylko w myśleniu

posiadamy ten element, który określa wszystkie rzeczy w ich

wzajemnym ustosunkowaniu.

Z punktu widzenia Kanta można by tu jeszcze zarzucić, że

scharakteryzowana powyżej istota tego, co jest dane, stanowi

przecież coś, co ma znaczenie tylko dla jaźni. Jednakże, w myśl

naszego podstawowego poglądu, musimy na to odpowiedzieć, że

wyodrębnienie jaźni od świata zewnętrznego ma znaczenie tylko w

obrębie tego, co jest nam dane, że zatem powiedzenie "tylko dla

jaźni" nie ma żadnego znaczenia dla myślenia, które jednoczy

wszelkie przeciwieństwa. Jaźń odcięta od świata zewnętrznego -

w myśleniu spływa w jedność z resztą świata, a wtedy nie ma

żadnego sensu mówić jeszcze o określeniach, które mają

znaczenie tylko dla jaźni.

 

 

 

 

7. TEORIOPOZNAWCZE UWAGI KOŃCOWE

 

 

Teorię poznania uzasadniliśmy jako naukę o znaczeniu

wszelkiej ludzkiej wiedzy. Dopiero dzięki niej można zrozumieć

stosunek treści poszczególnych nauk do świata. Ona też

umożliwia nam uzyskanie poglądu na świat przy pomocy nauk.

Konkretną wiedzę osiągamy w poszczególnych aktach poznawczych;

o wartość tej wiedzy dla rzeczywistości dowiadujemy się z

teorii poznania. Trzymając się ściśle tej zasady i nie

wprowadzając w tok naszych rozważań żadnej poszczególnej

wiedzy, przezwyciężyliśmy wszystkie jednostronne poglądy na

świat. Jednostronność pochodzi zazwyczaj stąd, że zamiast

trzymać się samego procesu poznawczego, przystępujemy od razu

do któregokolwiek z jego przedmiotów. Na podstawie naszych

rozważań upada "rzecz sama w sobie", jaką jest prazasada

dogmatyzmu, a wraz z nią "jaźń", jako prazasada subiektywnego

idealizmu, gdyż obie dopiero w myśleniu mogą znaleźć istotne

określenie swojego wzajemnego stosunku. Zarówno "rzecz sama w

sobie" jak i "jaźń" nie dadzą się określić za pomocą

wyprowadzenia jednej z drugiej, lecz obie muszą znaleźć w

myśleniu swoje określenie stosowne do istoty ich charakteru i

wzajemnego stosunku. Sceptycyzm musi porzucić swoje wątpienie w

poznawalność świata, nie ma bowiem powodu do wątpienia w to, co

"jest dane", gdyż ono jest jeszcze niedotknięte żadnymi,

wynikającymi z poznania, orzeczeniami. Gdyby jednak sceptyk

chciał twierdzić, że przedmioty świata są niedostępne dla

myślowego poznania, to mógłby to twierdzenie oprzeć jedynie na

swoim własnym myślowym rozważaniu, a tym samym zaprzeczyłby

samemu sobie. Kto bowiem chce myśleniem uzasadnić zwątpienie,

ten implicite przyznaje, że w myśleniu tkwi siła, która

wystarcza do uzasadnienia pewnego przekonania. Nasza teoria

poznania przezwycięża wreszcie jednostronny empiryzm oraz

jednostronny racjonalizm, łącząc je z sobą na wyższym poziomie.

Przyznaje ona słuszność empirykowi, wykazując, że wszelkie

treściwe poznanie tego, co jest dane, możemy osiągnąć tylko w

bezpośrednim z nim kontakcie. Racjonalista również odnajdzie w

naszej teorii swoje stanowisko, myślenie bowiem uważamy za

jedyny konieczny pośrednik poznania.

Pogląd na świat, uzasadniamy tutaj teoriopoznawczo, styka

się najbliżej z poglądami A.E. Biedermanna /Kristliche

Dogmatik, 2 - te Aufl. Berlin 1884/5. Ze stanowiskiem

Biedermanna rozprawił się wyczerpująco Ed.v.Hartmann w swoich

"Kritische Wanderungen durch die Philosophie der Gegebwart"

/str. 200 i nast./. Jednakże Biedermann, uzasadniając swoje

stanowisko, posługuje się pewnymi twierdzeniami, które

stanowczo nie należą do teorii poznania. Nie zbadawszy najpierw

samego procesu poznawczego, operuje on takimi pojęciami jak:

byt, substancja, przestrzeń, czas, itd. Zamiast stwierdzić, że

w procesie poznawczym istnieją początkowo tylko dwa elementy

tj. dany nam świat oraz myślenie Biedermann mówi o sposobach

istnienia rzeczywistości. Powiada on np. w ő 15-tym: "Wszelka

treść świadomości zawiera dwa zasadnicze fakty: l. mamy w niej

dany dwojaki byt, które to przeciwieństwo określamy jako byt

zmysłowy i duchowy, względnie realny i idealny." A w ő.19-tym:

"Cokolwiek posiada byt przestrzenno - czasowy, wszystko to

istnieje materialnie; cokolwiek zaś jest podstawą wszelkiego

procesu istnienia i podmiotem życia, to egzystuje idealnie,

czyli jest czymś realnym jako coś idealnie istniejącego". Tego

rodzaju rozważania nie należą do teorii poznania, tylko do

metafizyki, którą można rozwijać dopiero na podstawach

teoriopoznawczych. Trzeba przyznać, że twierdzenia Biedemanna

bywają podobne do moich, ale moja metoda jest zasadniczo

odmienna od jego postępowania. Nigdzie przeto nie widziałem

powodu do tego, aby się z nim bezpośrednio rozprawiać.

Biedermann usiłuje, za pomocą kilku metafizycznych aksjomatów

osiągnąć teoriopoznawcze stanowisko, ja natomiast starałem się

drogą analizy procesu poznawczego dojść do poglądu na

rzeczywistość.

I sądzę, że faktycznie udało mi się wykazać, skąd

pochodzą wszelkie spory pomiędzy poszczególnymi poglądami na

świat. Oto ludzie usiłują dotrzeć do wiedzy o rzeczach

obiektywnych /przedmioty świata, jaźń, świadomość itd./, nie

poznawszy przed tym dokładnie tego, co jedynie może nam

wyjaśnić wszelką inną wiedzę, a mianowicie: istoty samej

wiedzy.

 

 

 

 

8. PRAKTYCZNE UWAGI KOŃCOWE

 

 

Niniejsze rozważania zmierzały do wyświetlenia stosunku

poznającej osobowości człowieka do obiektywnej istoty świata.

Czym jest dla nas posiadanie poznania i nauki? Oto jest

pytanie, na które szukaliśmy odpowiedzi.

Widzieliśmy, że w naszej wiedzy wyżywa się

najwewnętrzniejszy rdzeń świata. Prawomierna harmonia, która

opanowuje wszechświat, przejawia się w ludzkim poznaniu.

Człowiek jest powołany do tego, aby te podstawowe prawa,

które wprawdzie rządzą wszelkim bytem, ale same, jako takie,

nigdy nie zdołały wykazać swojego istnienia, wydobyć na

powierzchnię przejawiającej się rzeczywistości.

Istotę wiedzy stanowi to, że w niej widoczna staje się

zasada świata, której poza tym nigdzie nie można odnaleźć w

dziedzinie obiektywnej realności. Nasze poznanie jest - mówiąc

obrazowo - ciągłym wżywaniem się w podstawę świata.

Takie przekonanie musi rzucić światło również na nasz

praktyczny stosunek do życia.

Życiu naszemu nadają całkowity charakter nasze moralne

ideały. Są to żywione przez nas idee naszych zadań życiowych,

albo innymi słowy idee, które sobie wytwarzamy o tym, czego

mamy dokonać w naszym postępowaniu.

Nasza działalność stanowi część ogólnego procesu świata.

Tym samym jednak podlega ona również prawom tego procesu.

W każdym pojawiającym się we wszechświecie zjawisku musimy

odróżnić dwie rzeczy: zewnętrzny jego przebieg w przestrzeni i

w czasie, oraz jego wewnętrzną prawomierność.

Poznanie tej prawomierności ludzkiego działania jest tylko

poszczególną dziedziną poznania. Moje wyrażone powyżej poglądy

na istotę poznania muszą więc także i tu znaleźć swoje

zastosowanie. Poznanie siebie samego, jako działającej

indywidualności, jest więc posiadaniem wiedzy odpowiadających

tej działalności praw, tzn. pojęć moralnych i ideałów. Skoro

poznamy te prawa, wtedy nasze działania stają się naprawdę

naszym dziełem. Prawa te nie są już wtedy czymś danym, co

istnieje poza przedmiotem, w którym przejawia się sam proces,

lecz stanowią treść samego przedmiotu w jego żywej czynności.

Przedmiotem jest w tym wypadku nasza własna jaźń. Jeśli ona

zdoła w rzeczywistym poznaniu przeniknąć istotę swej własnej

działalności, wtedy zarazem czuje się ona jej panem. Dopóki to

nie nastąpi, dopóty prawa tej działalności wydają się nam czymś

obcym. Panują one nad nami. Wszelkich naszych czynów dokonujemy

pod ich przymusem, który one wywierają na nas. Natomiast jeżeli

je z takiej obcej nam jestestwowości przemienimy w rdzennie

własną czynność naszej jaźni, to przymus ten ustaje. To, co nas

przed tym zmuszało, staje się naszą własną istotą. Prawo nie

panuje już wtedy nad nami, tylko żyje w nas, w wypływających z

naszej jaźni działaniach. Urzeczywistnienie pewnego procesu

mocą prawa, działającego poza urzeczywistniającym go podmiotem,

jest aktem niewoli; to samo zaś, dokonane przez sam podmiot,

jest aktem wolności. Poznawać prawa swojej działalności znaczy

uświadamiać sobie swoją wolność. Proces poznania jest, według

naszych poglądów, procesem rozwojowym, zmierzającym do

wolności.

Nie wszystkie ludzkie działania mają ten charakter. W wielu

wypadkach nie wiemy nic o prawach naszych czynności. Ta część

naszej działalności jest niewolną. Istnieje jednak i taka, w

której zupełnie wżywamy się w jej prawa. Jest to dziedzina

wolności. Życie nasze można nazwać moralnym tylko o tyle, o ile

ono należy do tej dziedziny. Przemiana niewolnej dziedziny na

wolną jest zadaniem wszelkiego indywidualnego rozwoju tak

jednostki jak i całej ludzkości.

Najważniejszym zagadnieniem wszelkiego myślenia ludzkiego

jest pojęcie człowieka, jako wolnej i na samej sobie opartej

indywidualności.

des "Gegebenen"

-------------------------------------------------------------------

K O N I E C  K O N I E C  K O N I E C  K O N I E C  K O N I E C