(23kB)
strona główna

 

 

CLIVE BARKER

 

 

 

Księga Krwi II

 

 

Byty też zdjęcia. Straszne zdjęcia. Na ich widok poczuł się bardzo dziwnie.

Wszystkie co do jednego przedstawiały zmarłych ludzi. Na części widać było małe dzieci, na innych starsze. Leżały lub na wpół siedziały, na twarzach i ciałach miały głębokie rany; rozcięcia ukazywały wnętrzności, mieszaninę jelit lśniących i mokrych. Wszędzie wokół były trupy. Nie w gładkich stosach, lecz porozrzucane, ze śladami palców, napisami, bardzo brudne.

Na trzech czy czterech zdjęciach było narzędzie, które spowodowały rany. Wiedział, jak się nazywa.

Topór.

 

 

Każdy z nas jest krwawą księgą

Gdziekolwiek się nas otworzy, jesteśmy czerwoni

LĘK

 

 

Nie ma nic bardziej fascynującego niż lek. Gdybyśmy usiedli niewidzialni pomiędzy dwojgiem ludzi w pociągu, poczekalni czy biurze i podsłuchali ich rozmowę, to przekonalibyśmy się, że krąży ona stale wokół tego tematu. Na pozór dyskutowano by o polityce, opowiadano o śmiertelnych wypadkach drogowych lub rosnących cenach usług dentystycznych. Jednak tak naprawdę wszystkich interesuje tylko lęk. Bardzo rzadko dyskutujemy o naturze Boga i życiu wiecznym, natomiast z rozkoszą roztrząsamy drobiazgowo wszelkie nieszczęścia. Tak samo zachowujemy się i w łaźni, i na sali wykładowej. Tak jak nie umiemy się powstrzymać przed dotykaniem językiem bolącego zęba, tak też powracamy stale do naszych obaw, zabieramy się do mówienia o nich z łapczywością głodnego człowieka, mającego przed sobą obfity, parujący posiłek.

Stephen Grace, studiując na uniwersytecie, starał się znaleźć odpowiedź na dręczące go pytanie: "dlaczego odczuwa się lęk?" Do tej pory bał się nawet o tym mówić. Teraz chciał nie tylko głośno o tym krzyczeć, lecz również rozważać i analizować każde napięcie nerwów.

W tych poszukiwaniach miał nauczyciela: Quaida.

Były to czasy guru. Jak Anglia długa i szeroka, na wszystkich uniwersytetach młodzi ludzie spoglądali na Wschód i Zachód w poszukiwaniu tych, za którymi mogliby iść jak owce; Steve Grace był jednym z nich. Na swoje nieszczęście wybrał sobie Quaida na mistrza.

Spotkali się w klubie studenckim.

- Nazywam się Quaid - powiedział mężczyzna siedzący przy barze obok Steve'a.

- Aha.

- A ty...?

- Steve Grace.

- Tak. Jesteś w grupie etyki, zgadza, się?

- Zgadza.

- Nie widziałem cię na innych seminariach czy wykładach z filozofii.

- To mój dodatkowy przedmiot. Jestem na Wydziale Literatury Angielskiej. Nie mogłem znieść myśli o roku w grupie staronordyckiego.

- Dlatego wybrałeś etykę?

-Tak.

Quaid zamówił podwójną brandy. Nie wyglądał na bogatego, a dla Steve'a podobne zamówienie oznaczałoby poważne nadszarpnięcie finansów przeznaczonych na następny tydzień. Quaid szybko wypił swoją brandy i poprosił o kolejną.

- A ty?

Steve sączył małe piwo, zdecydowany pić je co najmniej przez godzinę.

- Dla mnie nic.

- Napijesz się!

- Nie, dziękuję.

- Jeszcze jedna brandy i duże piwo dla mojego przyjaciela.

Steve nie protestował. Dodatkowe piwo przy jego niedożywieniu bardzo mu pomoże przetrzymać nudę zbliżającego się seminarium o "Karolu Dickensie jako badaczu społeczeństwa". Ziewał na samą myśl o nim.

- Ktoś powinien napisać pracę o piciu jako formie aktywności społecznej. - Quaid przez chwilę wpatrywał się w brandy, wreszcie ją wypił. - Lub zapomnienia - dodał.

Steve przyjrzał mu się. Quaid miał jakieś dwadzieścia pięć lat, o pięć więcej niż on. Ubrany był dziwnie. Wystrzępione buty sportowe, sztruksowe spodnie i znoszona szarobiała koszula, a na niej bardzo kosztowna skórzana kurtka, wisząca niezgrabnie na wysokiej, szczupłej postaci. Twarz Quaida była pociągła i nijaka; oczy miał jasnoniebieskie, tak blade, że trudno było dostrzec tęczówki na białym tle, a za grubymi okularami widać było jedynie maleńkie kropki źrenic. Wargi grube jak u Micka Jaggera, lecz blade i wcale nie zmysłowe. Słowem - świński blondyn.

Steve uznał, że Quaid wygląda na ćpuna.

Nie nosił żadnego znaczka, a były one bardzo popularne wśród studentów i Quaid sprawiał wrażenie nagiego bez wskazówki zdradzającej jego upodobania. Czy był pedałem, feministą, obrońcą wielorybów czy faszystowskim wegetarianinem? Kim był, na miłość boską?

- Powinieneś był wybrać staronordycki - powiedział Quaid.

- Dlaczego?

- Nie chce im się nawet sprawdzać prac. Steve nie słyszał o tym. Quaid ciągnął dalej:

- Po prostu rzucają je w powietrze. Te, które upadną tekstem do góry, oceniają na trójkę, a do dołu - na dwóje.

"A wiec to żart, Quaid jest dowcipny". - Steve zaśmiał się niepewnie, lecz twarz jego rozmówcy pozostała nieporuszona.

- Powinieneś być na staronordyckim - powtórzył. - Komu jest potrzebny biskup Berkeley? Albo Platon! Albo...

- Albo?

- Wszystko to kupa śmieci.

- Tak.

- Obserwowałem cię na zajęciach z filozofii... Steve zaczął się zastanawiać.

- ... nigdy nie robisz notatek, prawda?

-Tak.

- Pomyślałem, że albo znakomicie znasz się na wszystkim, albo po prostu nic cię to nie obchodzi.

- Ani jedno, ani drugie. Zupełnie się pogubiłem. Quaid chrząknął i wyjął paczkę tanich papierosów. Znów coś tu nie pasowało. Paliło się gauloisy, camele lub wcale.

- Nie uczą tutaj prawdziwej filozofii - stwierdził Quaid z wyraźną pogardą.

- Taaak?

- Dają nam kawalątek Platona, kęs Benthama, i to bez prawdziwej analizy. Oczywiście na pozór wszystko jest w porządku. Przypomina to zwierzę, dla nie wtajemniczonych nawet trochę pachnie jak zwierzę.

- Jakie zwierzę?

- Filzofia. Prawdziwa Filozofia. To zwierzę, Stephen. Nie uważasz?

- Nie...

- Jest dzika. Gryzie. - Nagle uśmiechnął się podstępnie. Tak. Gryzie - powtórzył. Wyraźnie go to cieszyło. Ponownie rzucił:

- Gryzie.

Stephen kiwnął głową, choć nie zrozumiał metafory.

- Uważam, że powinniśmy zostać zmiażdżeni naszym przedmiotem - Quaid wyraźnie się ożywiał. - Powinniśmy bać się dżungli idei, o których moglibyśmy dyskutować.

- Dlaczego?

- Bo gdybyśmy byli prawdziwymi filozofami, nie obchodziłyby nas przyjemności życia uniwersyteckiego. Nie żonglowalibyśmy semantyką, nie stosowalibyśmy sztuczek językowych dla ukrywania najważniejszych problemów.

- A co byśmy robili?

Steve zaczynał czuć się jak prostaczek. Quaid nie żartował. Twarz miał napiętą, maleńkie źrenice zwęziły się jeszcze bardziej.

- Podchodzilibyśmy do zwierzęcia, prawda, Steve? Próbowalibyśmy je dotknąć, pogłaskać, napoić mlekiem.

- Czym... no... czym jest to zwierze? Prozaiczność pytania trochę zdenerwowała Quaida.

- Przedmiotem każdej wartościowej filozofii, Stephen. Boimy się go, bo go nie rozumiemy. To mrok za drzwiami.

Steve pomyślał o drzwiach. Pomyślał o mroku. Zaczął rozumieć, do czego pokrętnie zdąża Quaid. Filozofia była sposobem rozmawiania o strachu.

- Omawialibyśmy najbardziej skryte zakątki dusz - powiedział Quaid. - Nie robiąc tego - ryzykujemy... Quaid nagle zamilkł.

-Czym?

Quaid wpatrywał się w pustą szklaneczkę, jakby usiłował ujrzeć ją znowu pełną.

- Chcesz jeszcze jedną? - zapytał Steve, modląc się, by odmówił.

- Czym ryzykujemy? - Quaid powtórzył pytanie. - Cóż, jeśli nie wyruszymy na poszukiwanie bestii... Steve domyślał się już, jaka będzie konkluzja.

-... to wcześniej czy później ona przyjdzie i znajdzie nas.

Nie ma nic bardziej fascynującego niż lek. Dopóki obok jest drugi człowiek.

Przez następny tydzień czy dwa Steve wypytywał czasem o tajemniczego pana Quaida.

Nikt nie znał jego imienia.

Nikt nie wiedział dokładnie, ile ma lat. Według jednej z sekretarek przekroczył trzydziestkę i było to niespodzianką.

Cheryl słyszała, jak mówił, że jego rodzice nie żyją. Chyba zostali zabici. Tylko tyle wiedziano o Quaidzie.

 

 

* * *

- Wiszę ci drinka - powiedział Steve, dotykając ramienia Quaida. Ten obejrzał się, jakby coś go ugryzło.

- Brandy?

- Dzięki.

Steve zamówił napoje.

- Przestraszyłem cię?

- Rozmyślałem.

- Żaden filozof się bez tego nie obejdzie.

- Bez czego?

- Mózgu.

Zaczęli rozmawiać. Steve nie wiedział, dlaczego podszedł do Quaida. Facet był przecież dziesięć lat starszy od niego, a jeśli chodzi o intelekt... cóż, przybyli z różnych bajek. Onieśmielał Steve'a, co uczciwie trzeba przyznać. Grace czuł się zmieszany bezlitosnym mówieniem Quaida o zwierzęciu, mimo to było mu mało; mało metafor, mało poważnego głosu stwierdzającego, jakich bezużytecznych mają tu wykładowców i jak słabych studentów.

W świecie Quaida nie było pewników. Nie miał świeckich guru ani żadnej religii. Niezdolny był do wyzbycia się cynizmu w podejściu do jakiegokolwiek systemu politycznego czy filozoficznego.

Choć śmiał się rzadko, to Steve wyczuwał jednak gorzki humor w jego widzeniu świata. Według Quaida ludzie to owce i jagnięta, wypatrujące nie istniejących pasterzy. W mrokach otaczających owczarnię istniały jedynie leki skupiające się na niewinnym stadzie.

Wątpić trzeba we wszystko, bo nie istnieje nic poza lękiem.

Arogancja intelektualna Quaidabyła ożywcza. Steve szybko pokochał obrazoburczą łatwość, z jaką tamten obalał jedno wierzenie po drugim. Czasem czuł ból, gdy któryś z jego dogmatów zostawał rozniesiony niezbitymi argumentami Quaida. Jednak po kilku tygodniach radowały Steve'a nawet odgłosy takiego rozbijania. Czuł się wolny.

Naród, rodzina, kościół, prawo. Wszystko spopielałe, bezużyteczne. Wszystko to oszustwa, krępujące i duszące.

Jest tylko lęk.

- Ja się lękam, ty się lękasz, my się lękamy. - Quaid uwielbiał gadać. - On, ona, ono się lęka. Nie ma na świecie świadomej istoty, dla której lęk nie byłby bliższy niż bicie jego serca.

Jedną z ulubionych ofiar Quaida była inna studentka filozofii i literatury angielskiej, Cheryl Fromm. Jego oburzające uwagi działały na nią jak płachta na byka i gdy szli w dyskusji na noże, Steve obserwował to, traktując jak świetne widowisko. Według określenia Quaida, Cheryl była patologiczną optymistką.

- A ty jesteś pełen gnoju - twierdziła o swoim interlokutorze dziewczyna. - Co kogo obchodzi, że boisz się własnego cienia? Ja się nie lękam.

Wyglądała na to. Była jak marzenie.

- Wszyscy czasem czujemy lęk - odpowiadał Quaid, przyglądając się jej uważnie wodnistymi oczami i czekając na jej reakcję. Steve był pewien, że stara się znaleźć jej słaby punkt.

- Nie ja.

- Żadnych strachów? Żadnych koszmarów?

- Najmniejszych. Mam dobrą rodzinę; nikt nie schował szkieletu w mojej szafie. Nie jadam mięsa, nie czuję się więc winna, mijając rzeźnie. Nie muszę niczego skrzętnie ukrywać. Czy to znaczy, że nie istnieje?

- To znaczy - oczy Quaida zwęziły się jaku węża - że twoja świadomość kryje coś wielkiego.

- Wracamy do koszmarów.

- Wielkich koszmarów.

- Bądź dokładny; określ bliżej swoje terminy.

- Nie wiem, czego się boisz?

- To powiedz, czego sam się lękasz. Quaid zawahał się.

- To poza dyskusją.

- Poza dyskusją to może być mój tyłek! Steve uśmiechnął się bezwiednie. Tyłeczek Cheryl napewno był poza dyskusją. Można było tylko klęknąć i czcić go. Quaid odzyskał już wigor.

- Moje leki są sprawą osobistą. Nic nie znaczą w szerszym kontekście. Ich oznaki, obrazy używane przez mózg po to, by wyrazić obawy, są niczym w porównaniu z prawdziwą zgrozą, będącą podstawą mojej osobowości.

- Ja mam wspomnienia z dzieciństwa, które powodują, że myślę o... - Steve przerwał, żałując, że zdobył się na takie wyznanie.

- O czym? - spytała Cheryl. - Chodzi ci o nieprzyjemne doświadczenia? Upadek z roweru czy coś w ty rodzaju?

- Może - odparł Steve. - Czasami o tym myślę. Jest to zupełnie niezamierzone. Jakby mózg przełączał się na nie automatycznie.

Quaid chrząknął z zadowoleniem.

- Dokładnie.

- Pisał o tym Freud - powiedziała Cheryl.

-Kto?

- Freud - powtórzyła Cheryl, tym razem dobitnie, jakby pouczała dziecko. - Zygmunt Freud; może o nim słyszałeś.

Quaid wydął wargi w wyraźnej pogardzie.

- Manie nie są odpowiedzią. Prawdziwa groza tkwiąca we mnie, w nas wszystkich, jest starsza od osobowości. Lek istniał, nim zaczęliśmy postrzegać siebie jako jednostki. Kruszyna ukryta w łonie matki też już czuje strach.

- Pamiętasz to? - spytała Cheryl.

- Może... - odparł Quaid ze śmiertelną powagą.

- Z łona?

Quaid lekko się uśmiechnął. Steve odczytał to jako: "Wiem o tym, czego ty nie wiesz".

Był to złośliwy, nieprzyjemny uśmieszek. Steve wolałby go nie widzieć.

- Jesteś kłamcą - powiedziała Cheryl wstając i patrząc z góry na Quaida.

- Może i jestem - odparł nagle szarmancko.

Zakończyło to ich spory.

Nie rozmawiali już o koszmarach, nie dyskutowali o rzeczach czających się w nocy. Przez następny miesiąc Steve rzadko widywał Quaida, a ilekroć go spotykał, ten był zawsze w towarzystwie Cheryl Fromm. Quaid stał się dla niej uprzejmy, nawet nadskakujący. Nie nosił już skórzanej kurtki, bo Cheryl nie znosiła zapachu resztek zwierzęcia. Ta nagła zmiana w ich stosunkach zdumiewała Stephena; tłumaczył ją jednak swoją małą znajomością spraw seksu. Nie był prawiczkiem, lecz kobiety nadal stanowiły dla niego tajemnicę; były pełne sprzeczności.

Był zazdrosny, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Nie podobało mu się, że Cheryl - ideał z jego snów erotycznych - poświęca tyle czasu Quaidowi.

Czuł coś jeszcze; miał dziwne wrażenie, iż z jakichś nieznanych przyczyn Quaid umizguje się do Cheryl. Na pewno nie chodziło mu o łóżko. Nie pociągała go też inteligencja

Cheryl - Nie zależało mu na niej - Steve czuł to podświadomie. Cheryl Fromm była szczuta jak zwierzę na polowaniu. Po miesiącu Quaid podczas rozmowy rzucił uwagę o Cheryl:

- Jest wegetarianką.

- Cheryl?

- Oczywiście.

- Wiem. Wspominała o tym.

- Tak, ale to nie kaprys. Bardzo się tym przejmuje. Nie znosi nawet patrzenia na wystawę rzeźnika. Nie dotyka mięsa, nie lubi jego zapachu...

- Aha. - Steve zastanawiał się, do czego to prowadzi.

- Lęk, Steve.

- Przed mięsem?

- Oznaki są różne. Lęka się mięsa. Ma się za taką zdrową, taką zrównoważoną. Bzdura! Dowiem się...

- O czym?

- O lęku, Steve.

- Nie chcesz chyba jej... - Stevenie wiedział, jak bez cienia oskarżenia wyrazić swój niepokój.

- Skrzywdzić? - dopowiedział Quaid. - Nie, ani trochę. Jeśli coś się jej stanie, to wyłącznie z jej własnej winy. Quaid patrzył na niego niemal hipnotycznie.

- Pora, byśmy sobie zaufali - powiedział. Nachylił się bliżej. - Między nami...

- Czekaj, nie chcę o tym słyszeć.

- Steve, musimy dotknąć zwierzęcia.

- Do diabła ze zwierzęciem! Nie chcę słuchać! Steve wstał, zarówno po to, by wyrwać się spod władzy spojrzenia Quaida, jak i dla zakończenia rozmowy.

- Jesteśmy przyjaciółmi, Stephen.

- Tak...

- Przestrzegaj więc tego.

- Czego?

- Milczenia. Ani słowa.

Steve kiwnął głową. Taką obietnicę łatwo mógł dotrzymać. Nie było nikogo, komu mógłby zdradzić swoje obawy bez groźby wyśmiania.

Quaid wyglądał na zadowolonego. Wyszedł szybko, a Steve miał poczucie, jakby wbrew woli wstąpił do jakiegoś tajnego związku, o którego celach nie miał najmniejszego pojęcia. Quaid zawarł z nim przymierze i to było denerwujące.

W następnym tygodniu Steve opuścił wszystkie wykłady i większość seminariów. Nie robił notatek, nie czytał lektur, nie pisał prac. Tylko dwa razy wszedł do budynku uniwersytetu, ale wówczas przekradał się ostrożnie jak mysz, uważając, by nie natknąć się na Quaida.

Nie musiał się bać. Raz tylko dostrzegł Quaida, gdy ten na dziedzińcu wymieniał uśmiechy z Cheryl Fromm. Śmiała się dźwięcznie, jej głos odbijał się echem od ścian Wydziału Historii. Steve nie był już zazdrosny. Nie powinien był tak zabiegać o kontakty z Quaidem, o wejście z nim w zażyłość.

Czas spędzony samotnie, poza wykładami i rojnymi korytarzami, pozwalał Steve'owi na rozmyślania.

Wracał myślami do swojego dzieciństwa.

W wieku sześciu lat Steve wpadł pod samochód. Obrażenia nie były groźne, lecz od wstrząsu niemal ogłuchł. Działało to na niego bardzo przygnębiająco, nie rozumiał, czemu nagle został odcięty od świata. Była to niewytłumaczalna męka, która dla dziecka wydawała się ciągnąć w nieskończoność.

Jego życie było prawdziwe, pełne krzyków i śmiechu. Potem w jednej chwili został od tego odsunięty, świat zewnętrzny stał się akwarium pełnym dyszących, uśmiechających się groteskowo ryb. Co gorsza, niekiedy dzwoniło mu w uszach. Głowę wypełniały mu bardzo dziwne odgłosy, krzyki i gwizdy, które odbierał jak muzykę odbijającą falowanie świata zewnętrznego. W tych chwilach przewracało mu się w żołądku, a wokół skroni zaciskała się żelazna obręcz, rozbijająca mu myśli na kawałki. Ogarniała go panika; dopóki w głowie mu śpiewało i grzechotało, nie był w stanie dostrzegać w świecie sensu.

Najbardziej przerażające były noce. Budził się czasem w swojej sypialni, która pozornie koiła jego lęki, cały mokry od potu. Otwierał gwałtownie oczy. Pełen był ochrypłego zgiełku, tonął w nim bez nadziei na ratunek. Nic nie mogło uciszyć hałasu i wydawało się, że nigdy już nie wróci do świata mowy, śmiechu i krzyku.

Był sam.

Taki był początek, środek i koniec lęku. Samotność. Zupełnie sam. Zamknięty w domu, w pokoju, w głowie, był więźniem głuchego, ślepego ciała.

Było to niemal nie do zniesienia. Chłopiec czasem płakał w nocy, nie wiedząc, że to robi, a czujni rodzice zapalali światło i przychodzili mu na pomoc. Pochylali nad łóżkiem wielkie twarze, wykrzywiając brzydko bezgłośne usta w próbach pocieszenia. W końcu ich dotknięcia uspokajały go, a z czasem matka nauczyła się rozpraszać ogarniającą go panikę.

Na tydzień przed siódmymi urodzinami wrócił mu słuch, niezbyt dobry, lecz mimo to wydał mu się cudem. Świat wrócił na swoje miejsce, życie zaczęło się na nowo.

Dopiero po kilku miesiącach chłopiec ponownie uwierzył swoim zmysłom. Ciągle budził się w nocy, jakby oczekując odgłosów w głowie.

Teraz uszy Steve'a reagowały na najcichszy dźwięk, powstrzymując go przed chodzeniem z innymi studentami na koncerty rockowe.

Oczywiście, pamiętał. Bardzo dobrze. Mógł przywołać smak paniki, poczuć na głowie żelazną obręcz. Strach przed ciemnością i przed odosobnieniem pozostał na zawsze.

Czyż jednak wszyscy nie czują strachu przed samotnością? Całkowitą samotnością.

Steve czuł teraz inny lęk, znacznie trudniejszy do pokonania.

Quaid.

Kiedyś po pijanemu opowiedział Quaidowi o swoim dzieciństwie, głuchocie, nocnych zmorach.

Wiedząc o jego słabości, Quaid miał otwartą drogę do samego jądra lęku Steve'a. Miał na niego broń, bat, którego mógł zawsze użyć. Może dlatego właśnie Grace nie zdecydował się na rozmowę z Cheryl (czy zamierzał ją ostrzec?) na pewno jednak z tego powodu unikał Quaida. A ten coraz bardziej wyglądał na chorego. Sprawiał wrażenie, że choroba tkwi w nim głęboko, bardzo głęboko.

Może to miesiące przyglądania się ludziom w absolutnej ciszy uczuliły Steve'a na drobne spojrzenia, skrzywienia ust i uśmieszki przemykające po twarzach innych. Wiedział, że życie Quaida to labirynt pełen groźnych tajemnic.

Następny etap poznawania przez Steve 'a tajemnego świata Quaida nastąpił po przeszło trzech miesiącach. Nadeszły letnie wakacje i studenci rozjechali się. Steve jak zwykle zaczął pracować w drukarni ojca. Długie, wyczerpujące fizycznie godziny były dlań wielką ulgą. Uniwersytet przeładował mu umysł, chłopak czuł się utuczony na siłę słowami i ideami. Pracując w drukami, wypocił je wszystkie, uporządkował zamęt w głowie.

Był to dobry okres, Steve prawie wcale nie myślał o Quaidzie.

Wrócił na uniwersytet pod koniec września. Studentów było jeszcze niewielu. Większość zajęć miała się zacząć w następnym tygodniu. Brak rozgadanej, flirtującej młodzieży wywoływał pewną melancholie.

Steve był w bibliotece i zamawiał kilka ważnych książek, nim dopadną je inni studenci. Na początku semestru, kiedy to ogłaszano już listy lektur, a księgarnia uniwersytecka twierdziła niezmiennie, że konieczne pozycje są zamówione, książki były na wagę złota. Najważniejsze tytuły przybywały z reguły w dwa dni po dacie zajęć, na które były potrzebne. Będąc już na ostatnim roku, Steve postanowił, że zawczasu postara się o kilka pozycji znajdujących się w bibliotece.

Nagle usłyszał znajomy głos.

- Wcześnie zabierasz się do pracy. Steve spojrzał w maleńkie oczy Quaida.

- Zdumiewasz mnie, Steve.

- Czym?

- Zapałem do pracy.

- Ach!

- Czego szukasz? - uśmiechnął się Quaid.

- Czegoś Benthama.

- Mam "Zasady moralności i prawodawstwa". Może być? "To pułapka. Nie, co za absurd. Proponuje książkę, jak taki zwykły gest mógłby być pułapką?"

- Przypomniałem sobie - rzekł tamten z jeszcze szerszym uśmiechem - że to chyba książka z biblioteki. Dam ci ją.

- Dzięki.

- Miałeś dobre wakacje?

- Tak. Dziękuje. A ty?

- Bardzo korzystne.

Uśmiech zniknął z zaciśniętych ust.

- Zapuściłeś wąsy.

Nie wyglądały dobrze. Rzadkie, nierówne i jasne, skręcały się pod nosem Quaida, jakby w próbie ucieczki z jego twarzy. Quaid wyglądał na trochę zmieszanego.

- Czy to dla Cheryl?

Był teraz wyraźnie zmieszany.

- No...

Zmieszanie zostało przytłoczone przez coś innego.

- Mam wspaniałe zdjęcia - powiedział Quaid.

- Jakie zdjęcia?

- Z wakacji.

Steve nie wierzył własnym uszom. Czyżby Cheryl Fromm poskromiła Quaida? Wakacyjne zdjęcia?

- Niektóre pewnie by cię zdziwiły.

Quaid przypominał trochę Araba sprzedającego brudne pocztówki. "Co, u diabła, jest na tych zdjęciach? Goła Cheryl czytająca Kanta?"

- Nie wiedziałem, że jesteś fotografem.

- Stało się to moją pasją.

Uśmiechnął się mówiąc "pasją". Z trudem powstrzymywał podniecenie. Cały płonął z radości.

- Musisz przyjść je obejrzeć.

- Ja...

- Dziś wieczorem. Przy okazji weźmiesz Benthama.

- Dzięki.

- Wynająłem dla siebie dom. Tuż za szpitalem położniczym, na Pilgrim Street. Numer sześćdziesiąt cztery. Może po dziewiątej?

- Zgoda. Dziękuję. Nie wiedziałem, że na Pilgrim Street są domy mieszkalne.

- Numer sześćdziesiąty czwarty.

Pilgrim Street podupadła. Większość domów to były ruiny. Kilka dopiero co się zawaliło. Widać było ich ściany wewnętrzne; różowe i bladozielone tapety. Kominki na piętrze wisiały nad dziurami otoczonymi cegłami. Schody prowadziły znikąd donikąd, wszystko zarastało chwastami.

Wzdłuż numeru sześćdziesiątego czwartego patrolował swój teren trójnogi, biały pies, pozostawiając na znak swej własności ślady moczu.

Dom Quaida, choć daleko mu było do pałacu, wyglądał znacznie przytulniej od okolicznych ruder.

Wypili trochę przyniesionego przez Steve'a, kiepskiego czerwonego wina, potem palili trawkę. Steve nie widział jeszcze Quaida takiego łagodnego. Chemie gawędził o głupstwach, zamiast o lękach; opowiedział nawet świński kawał.

Wnętrze domu było niemal spartańskie, bez obrazów na ścianach i jakichkolwiek ozdób. Książki Quaida, a były ich setki, piętrzyły się na podłodze bez żadnego dostrzegalnego dla Steve'a porządku. Kuchnia i łazienka uderzały swoją skromnością. Całość wyglądała niemal jak wnętrze klasztoru.

Po kilku beztroskich godzinach odezwała się ciekawość Steve'a.

- Gdzie masz te wakacyjne zdjęcia? - zapytał, czując, że język trochę mu się plącze.

- To taki mój eksperyment.

- Eksperyment?

- Mówiąc prawdę, Steve, nie jestem pewien, czy powinienem ci je pokazywać.

- Dlaczego?

- To poważna sprawa, Steve.

- A ja się nie nadaję do poważnych spraw, to chciałeś powiedzieć?

Steve ulegał sztuczkom Quaida, choć widział wyraźnie, do czego ten zmierza.

- Nie powiedziałem, że się nie nadajesz...

- Co to za cholerna sprawa?

- Obrazki.

-Aha.

- Pamiętasz Cheryl? "Zdjęcia Cheryl. Ha!"

- Jak mógłbym zapomnieć?

- Nie wróci na zajęcia.

- Och!

- Miała objawienie. - Quaid patrzył jak bazyliszek.

- Co masz na myśli?

- Zawsze była taka spokojna, prawda? - Quaid mówił o niej, jakby nie żyła. - Spokojna, zimna i opanowana.

- Tak, chyba rzeczywiście.

- Biedna suka. Potrzebowała jedynie dobrego rżnięcia.

Steve uśmiechnął się niepewnie, jak dziecko, na plugawe słowa Quaida. Był trochę zaszokowany. To tak, jakby zobaczył nauczyciela z przyrodzeniem zwisającym z rozporka.

- Spędziła tu część wakacji.

- Tutaj?

- W tym domu.

- A więc j ą lubisz?

- Niedouczona krowa. Jest pretensjonalna, słaba i głupia. Ale nie dałaby, nie dałaby za grosz.

- Czego nie dałaby, dupy?

- Och nie, zerwałaby majtki, nim by nawet na ciebie spojrzała. Nie dałaby poznać, że ma lęki. Ta sama stara śpiewka.

- Namówiłem ją jednak, po jakimś czasie.

Quaid wyciągnął pudełko zza sterty książek filozoficznych. W środku był plik czamo-białych zdjęć, powiększonych do formatu podwójnej pocztówki. Podał Steve'owi pierwsze.

- Widzisz, Steve, zamknąłem ją - Quaid mówił bez emocji, jak spiker czytający wiadomości. - Chciałem sprawdzić, czy zdołam ją skłonić do odsłonięcia leków.

- Jak to: zamknąłeś?

- Na górze.

Steve poczuł się dziwnie. Słyszał, jak coś śpiewa mu w uszach, bardzo cicho. Podłe wino zawsze powodowało u niego dzwonienie w głowie.

- Zamknąłem ją na górze - powtórzył Quaid - w ramach eksperymentu. Dlatego wynająłem ten dom. Nie ma tu żadnych podsłuchujących sąsiadów.

- Sąsiadów podsłuchujących co? - Steve spojrzał na trzymane przez siebie zdjęcia.

- Ukryty aparat - powiedział Quaid. - Nie domyśliła się nigdy, że ją fotografowałem.

Zdjęcie pierwsze ukazywało mały, nijaki pokój. Kilka prostych mebli.

- To ten pokój. Na poddaszu. Ciepły. Nawet trochę duszny. Wytłumiony.

Wytłumiony.

Quaid wyciągnął drugie zdjęcie.

Ten sam pokój. Większość mebli została usunięta. Pod ścianą leżał śpiwór. Stół. Krzesło. Goła żarówka.

- Przygotowałem to dla niej.

- Wygląda na celę. Quaid chrząknął.

Zdjęcie trzecie. Ten sam pokój. Na stole dzbanek z wodą. W kącie pokoju wiadro przykryte ręcznikiem.

- Po co to wiadro?

- Musiała siusiać.

-Tak.

- Wszystkie niezbędne rzeczy zapewnione - powiedział Quaid. - Nie zamierzałem zamienić jej w zwierzę.

Nawet po pijanemu Steve dostrzegł konkluzję Quaida. Nie zamierzał zamierać jej w zwierze. Jednakże...

Zdjęcie czwarte. Na stole, na prostym talerzu kawałek mięsa. Wystaje z niego kość.

- Wołowina - wyjaśnił Quaid.

- Przecież jest wegetarianką.

- No to co? To lekko osolona, dobrze wypieczona wołowina.

Zdjęcie piąte. Ten sam pokój. W nim Cheryl. Drzwi są zamknięte. Wali w nie nogami i pięściami, twarz wykrzywia wściekłość.

- Zaniosłem ją do pokoju koło piątej rano. Spała. Przeniosłem ją przez próg. Bardzo romantycznie. Nie miała najmniejszego pojęcia, o co chodzi.

- Zamknąłeś ją tam?

- Oczywiście. Eksperyment.

- Nic o nim nie wiedziała?

- Rozmawialiśmy o lękach, znasz mnie. Wiedziała, co chcę odkryć. Wiedziała, że potrzebuję królika doświadczalnego. Szybko się połapała. Uspokoiła się, gdy zrozumiała, co robię.

Zdjęcie szóste. Cheryl siedzi w kącie pokoju, rozmyśla.

- Myślała chyba, że mnie przetrzyma. Zdjęcie siódme. Cheryl patrzy na udziec wołowy leżący na stole.

- Ładna fotka, nie sądzisz? Zauważ wyraz niesmaku na jej twarzy. Nie znosi nawet zapachu gotowanego mięsa. Oczywiście nie była jeszcze głodna.

Ósme: śpi.

Dziewiąte: siusia. Steve czuł się nieswojo, patrząc na dziewczynę przykucniętą nad wiadrem, z majtkami wokół kostek. Łzy na twarzy.

Dziesiąte: pije wodę z dzbanka.

Jedenaste: ponownie śpi, zwrócona plecami do pokoju, skulona jak płód.

- Jak długo była w tym pokoju?

- To dopiero czternasta godzina. Bardzo szybko straciła poczucie czasu. Widzisz, światło się nie zmienia. Niedługo to trwało, zanim rozregulował się jej zegar wewnętrzny.

- Jak długo tam była?

- Dopóki nie dowiodłem tezy.

Dwunaste: obudzona, krąży wokół mięsa leżącego na stole, patrzy na nie ukradkiem.

- Zrobione następnego ranka. Spałem, lecz aparat robił zdjęcia co kwadrans. Spójrz na jej oczy...

Steve przyjrzał się zdjęciu uważniej. Na twarzy Cheryl dostrzegł oznaki rozpaczy, nieprzytomny, dziki wzrok. Wpatrywała się w mięso, jakby starała sieje zahipnotyzować.

- Wygląda na chorą.

- Jest zmęczona, to wszystko. Spała dużo, ale to jeszcze bardziej ją wyczerpywało. Nie wie już, czy to dzień, czy noc. I jest oczywiście głodna. Minęło półtora dnia. Czuje coś więcej, niż tylko ssanie w żołądku.

Trzynaste: znowu śpi, skulona jeszcze mocniej, jakby chciała połknąć samą siebie.

Czternaste: pije wodę.

- Wymieniłem dzbanek w czasie jej snu. Spała głęboko; mogłem wnieść dzbanek tak, że się nie obudziła. Stracona dla świata. - Wyszczerzył zęby.

"Oszalał - pomyślał Steve - musiał oszaleć".

- Tu śmierdziało. Wiesz, jak kobiety czasem pachną; nie potem, lecz czymś innym. Ciężki zapach, zawiesisty. Krwisty. Przybyła tu przed okresem. Nie planowałem tego.

Piętnaste: dotyka mięsa.

- Zaczyna się łamać - powiedział Quaid z lekkim tryumfem w głosie. - To początek lęku.

Steve przyjrzał się zdjęciu uważniej. Było nieostre, lecz dziewczyna cierpiała, to pewne. Twarz wykrzywiona w odrazie i pragnieniu, ręka dotyka jedzenia.

Szesnaste: dziewczyna jest znowu przy drzwiach, rzuca się na nie całym ciałem. Usta wykrzywione złością są czarną plamą. Coś krzyczy do gładkich desek.

- Co jakiś czas wygłaszała pod moim adresem krótką mówkę.

- Jak długo już tam jest?

- Kończy się trzeci dzień. Patrzysz na głodną kobietę.

Nietrudno było to dostrzec. Na następnym zdjęciu stała spokojnie na środku pokoju, odwracała oczy od jedzenia, ciało miała napięte w rozterce.

-Głodziłeś ją.

- Mogła bez trudu wytrzymać dziesięć dni bez jedzenia. Posty występują w każdym cywilizowanym kraju. Sześćdziesiąt procent Brytyjczyków jest chorobliwie otyłych. Ona też była za gruba.

Osiemnaste: dziewczyna siedzi zapłakana w kącie pokoju.

- Zaczynała mieć halucynacje. Mała odchyłka psychiczna. Zdawało się jej, że coś czuje we włosach albo na grzbiecie dłoni. Widziałem czasem, jak patrzy w powietrze, obserwując coś.

Dziewiętnaste: myje się. Rozebrała się do pasa, ma obwisłe piersi; twarz bez wyrazu. Mięso jest ciemniejsze niż na poprzednich zdjęciach.

- Myła się regularnie. Co dwanaście godzin szorowała się od stóp do głów.

- Mięso wygląda na...

- Zgniłe?

- Ciemniejsze.

- W tym małym pokoiku było dość ciepło, znalazło się tam też kilka much. Wyczuły mięso; złożyły jajeczka. Tak, ładnie już zgniło.

- To było częścią twego planu?

- Oczywiście. Jeśli odpychało ją świeże mięso, to jaką odrazę musiało budzić zgniłe? To sedno jej dylematu, prawda? Im dłużej zwleka z jedzeniem, tym bardziej odstręcza ją od tego, co musi zjeść. Z jednej strony trapi ją lęk przed mięsem, z drugiej strach przed śmiercią. Któremu ulegnie wcześniej?

Steve wydawał się być złapany w nie mniejszą pułapkę.

Z jednej strony żart posunął się zbyt daleko, eksperyment Quaida przekształcił się w pokaz sadyzmu. Z drugiej, pragnął wiedzieć, czym to się wszystko skończyło. Przyglądanie się cierpiącej kobiecie niewątpliwie go pociągało.

Następne siedem zdjęć - dwudzieste, dwudzieste pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, piąte i szóste ukazywało ciąg tych samych wydarzeń. Spanie, mycie się, siusianie, patrzenie na mięso. Spanie, mycie się, siusianie...

Dwudzieste siódme.

- Widzisz?

- Podnosi mięso.

- Tak, bierze je. Kawałek mięsa wygląda na dobrze już przegniły, pełen jajek much.

- Gryzie je.

Na następnym zdjęciu twarz zanurzona w mięsie.

Steve czuł w gardle smak zgniłego mięsa. "Jak mogła to zrobić?"

Dwudzieste dziewiąte: wymiotuje do wiadra w kącie pokoju.

Trzydzieste: siedzi, patrząc na stół. Pusty. Dzbanek z wodą wala się pod ścianą, talerz rozbity. Mięso leży na podłodze w stanie rozkładu.

Trzydzieste pierwsze: śpi. Głowa wtulona w ramię. Trzydzieste drugie: stoi. Znów patrzy na kuszące ją mięso. Na twarzy wyraźnie rysuje się głód. I wstręt. Trzydzieste trzecie. Śpi.

- Ile to trwało? - zapytał Steve.

- Pięć dni. Nie, sześć.

- "Sześć dni".

Trzydzieste czwarte. Jej postać jest zamazana, widocznie miota się pod ścianą. Może wali w nią głową, Steve nie był pewien. Nie zapytał. Coś w nim nie chciało wiedzieć.

Trzydzieste piąte: ponownie śpi, tym razem pod stołem. Śpiwór jest rozdarty na strzępy, kawałki tkaniny i wyściółki wypełniają pokój.

Trzydzieste szóste: mówi do drzwi, chociaż wie, że nie otrzyma odpowiedzi.

Trzydzieste siódme: je zepsute mięso.

Siedzi spokojnie pod stołem jak pierwotny człowiek w jaskini i rwie mięso siekaczami. Twarz ma znów bez wyrazu. Całą energie poświecą zadaniu chwili. Jedzeniu.

Steve wpatrywał się w zdjęcie.

- Zdumiało mnie - mówił Quaid -jak nagle się poddała. To był moment. Chwile wcześniej wydawała się równie odporna jak przedtem. Jej mówka pod drzwiami była zwykłą mieszaniną gróźb i przeprosin, jaką raczyła mnie co dzień. Potem przerwała. Jak widzisz, kucnęła pod stołem i zjadła mięso do kości, jakby była to wyborowa porcja.

Trzydzieste ósme: śpi. Drzwi są otwarte. Wpada przez nie światło.

Trzydzieste dziewiąte: pokój jest pusty.

- Dokąd poszła?

- Zeszła na dół. Poszła do kuchni, wypiła kilka szklanek wody i przez trzy czy cztery godziny siedziała bez słowa na krześle.

- Czy coś do niej mówiłeś?

- W końcu tak. Gdy zaczęła wychodzić z odrętwienia. Eksperyment się skończył. Nie chciałem jej skrzywdzić.

- Co powiedziała?

-Nic.

-Nic?

- Zupełnie nic. Przez dłuższy czas myślałem, że nie zauważa mojej obecności. Potem upiekłem kilka ziemniaków Zjadła je.

- Nie próbowała wezwać policji?

- Nie.

- Nie musiałeś używać przemocy?

- Nie. Wiedziała, co chciałem zrobić i dlaczego to uczyniłem. Nie było to wcześniej uzgadniane, ale rozmawialiśmy o takich eksperymentach czysto teoretycznie. Nie stała się jej żadna krzywda. Może trochę straciła na wadze, ale to wszystko.

- Gdzie jest teraz?

- Wyjechała następnego dnia. Nie wiem dokąd.

-I czego to dowiodło?

- Może niczego. Lecz był to interesujący początek moich badań.

- Początek? Zaledwie początek? - W głosie Steve'a łatwo było odczytać pogardę dla Quaida.

- Stephen...

-Mogłeś ją zabić!

-Nie.

- Mogła zwariować. Oszaleć na zawsze.

- Możliwe. Lecz mało prawdopodobne. Była kobietą o silnej woli.

- Ale ją złamałeś.

- Tak. Była gotowa na takie doświadczenie. Rozmawialiśmy o stawieniu czoła jej lękowi. Ja tylko umożliwiłem to Cheryl. W gruncie rzeczy - nic wielkiego.

- Zmusiłeś ją do tego! Inaczej by się nie zdecydowała.

- Rzeczywiście. Była to dla niej nauczka.

- To teraz jesteś nauczycielem?

Steve wolałby usunąć sarkazm ze swego głosu, ale to mu się nie udało. W jego tonie słychać było sarkazm, gniew i odrobinę lęku.

- Tak, jestem nauczycielem - odparł Quaid, patrząc z ukosa. - Uczę ludzi lęku. Steve patrzył na drzwi.

- Jesteś zadowolony z tego, czego nauczyłeś?

- I poznałem, Steve. Też się nauczyłem. To bardzo obiecująca dziedzina - badanie świata lęków. Zwłaszcza u stworzeń rozumnych. Nawet w obecnych, racjonalnych czasach...

Steve wstał.

- Nie chcę więcej tego słuchać.

- Ach tak? Dobrze.

- Jutro z samego rana mam zajęcia.

- Nie.

- Co?

- Nie. Nie idź jeszcze.

- Czemu? - Serce Steve'a biło szaleńczo. Bał się Quaida, nigdy dotąd nie uświadamiał sobie, jak głęboko.

- Przyniosę ci jeszcze kilka książek.

Steve poczuł, że się rumieni. Lekko. Co sobie myślał? Że Quaid powali go chwytem judo i zacznie robić eksperymenty z lękiem?

Nie. Bzdurne myśli.

- Mam książkę Kierkegaarda, spodoba ci się. Na górze. Wracam za dwie minuty. Quaid wyszedł z uśmiechem.

Steve przysiadł i zaczął znów przerzucać zdjęcia. Najbardziej fascynowało go to, na którym Cheryl po raz pierwszy podnosi gnijące mięso. Wyraz jej twarzy w niczym nie przypominał znanej mu kobiety. Wypisana na niej była wątpliwość, zmieszanie i głęboki... lęk.

Lęk.

To słowo Quaida. Paskudne słowo. Nieprzyzwoite, będzie mu się teraz kojarzyć z Quaidem torturującym niewinną dziewczynę.

Przez chwilę pomyślał o wyrazie swej twarzy przy oglądaniu zdjęcia. Czy nie było i na niej takiego samego zmieszania? A może i odrobiny czekającego na wyzwolenie lęku.

Usłyszał za sobą jakiś szmer, zbyt cichy jak na Quaida.

Chyba, że się skradał.

- Boże, chyba, że się...

Nasycona chloroformem szmatka opadła na usta i nozdrza Steve'a. Nieświadomie wciągnął powietrze. Przed oczyma zawirowały mu czarne plamy. Powoli zapadał się w bezdenną otchłań. Jak z oddali słyszał stłumiony głos Quaida. Wymawiał jego imię.

- Stephen. Znowu.

- ...ephen.

- ...phen.

- ...hen.

- ...en.

Świat był mroczny, odpływał. Z oczu i z umysłu.

Steve padł ciężko na fotografie.

Po przebudzeniu nie mógł dojść do siebie. Ze wszystkich stron otaczała go ciemność. Leżał przez godzinę z otwartymi oczyma, nim zrozumiał, że nie są już zamknięte.

Badawczo poruszył rękoma i nogami, potem głową. Wbrew temu, czego się spodziewał, nie był związany. Jedynie wokół lewej kostki miał łańcuch, czy coś podobnego. Otarł sobie skórę, gdy poruszył się zbyt mocno.

Było mu niewygodnie. Macając dłońmi, zorientował się, że leży na wielkiej kracie. Przesunął ręce między prętami, szukając twardego podłoża. Znalazł tylko pustkę.

Zrobione przez Quaida w podczerwieni fotografie pokazywały uwięzionego Stephena. Zgodnie z przewidywaniami, badany obiekt zachowywał się całkiem rozsądnie.

Nie histeryzował. Nie przeklinał. Nie płakał. W tym tkwiła przewaga tego właśnie obiektu. Wiedział dokładnie, co się dzieje, i reagował logicznie na własne obawy. Na pewno jego umysł będzie znacznie trudniej złamać niż w przypadku Cheryl.

Tym bardziej cenne będą wyniki, gdy zacznie pękać. Czyż nie otworzy wówczas swojej duszy, by Quaid mógł ją oglądać i dotykać? We wnętrzu człowieka kryło się tyle rzeczy, które pragnął badać.

Oczy Steve'a stopniowo przyzwyczajały się do ciemności.

Był chyba uwięziony w czymś w rodzaju szybu, który miał jakieś sześć metrów szerokości i był okrągły. Czy to kanał wentylacyjny tunelu lub jakiejś podziemnej fabryki? Umysł Steve'a analizował tereny wokół Pilgrim Street, starając się odnaleźć najbardziej prawdopodobne miejsca, w których mógł umieścić go Quaid. Nie potrafił wyszukać żadnego.

Nigdzie.

Był zagubiony w miejscu, którego nie potrafił rozpoznać. Wokół niego wznosiły się gładkie ściany. Ani śladu szczeliny czy dziury, na których można by zawiesić wzrok.

Najgorsze, że leżał rozciągnięty na kracie zawieszonej nad tym szybem. Nie mógł przebić wzrokiem zalegającej pod nim ciemności; zdawała się nie mieć dna. Przed upadkiem chronił go jedynie cienki ruszt i słaby łańcuch. Steve wyobraził sobie, że wisi nad pustym, czarnym niebem.

Powietrze było ciepłe i stęchłe. Wysuszyło łzy, które nagle pojawiły mu się w oczach. Gdy zaczął wzywać pomocy, co uczynił zaraz po płaczu, ciemność bez trudu pochłaniała słowa.

Wrzeszcząc ochryple, leżał na metalowej kracie. Nie potrafił powstrzymać się przed myślą, że mrok panuje wszędzie, poza jego kruchym łożem. Oczywista bzdura. - Nic nie panuje wszędzie - powiedział na głos.

Nic nie trwa wiecznie.

Nigdy się jednak o tym nie dowie. Gdyby wpadł w całkowity mrok zalegający pod nim, spadałby i spadałby, nie widząc zbliżającego się dna szybu. Choć próbował myśleć o jaśniejszych, milszych sprawach, w głowie tkwił mu ciągle obraz jego ciała lecącego strasznym szybem; ciała znajdującego się pół metra nad jego dnem, ukrytym przed wzrokiem.

Póki w nie nie uderzy.

Czy ujrzy światło, gdy głowa pęknie mu przy upadku? Czy w chwili, gdy jego ciało zmieni się w potrzaskaną masę mięsa, zrozumie dlaczego żył i umarł?

Potem pomyślał: "Quaid by się nie ośmielił. Nie ośmielił!"

Potem, następna myśl, naprawdę paskudna. A jeśli Quaid wybrał to koliste piekło, bo nigdy nie będzie przeszukane, nigdy nie będzie zbadane? Może chce doprowadzić eksperyment do końca.

Do końca. Końcem tym jest śmierć. Czyż dla Quaida nie byłby to ostateczny eksperyment? Obserwowanie umierania człowieka; obserwowanie zbliżania się strachu przed śmiercią, podłoża wszystkich lęków. Sartre napisał, że żaden człowiek nie doświadczy swojej śmierci. Czyż jednak poznawanie z bliska śmierci innych - patrzenie na gimnastykę umysłu, poprzez którą spróbuje na pewno umknąć gorzkiej prawdzie - nie jest kluczem do natury śmierci? Mogłoby to, choćby odrobinę, przygotować człowieka do własnej śmierci. Zastępcze przeżywanie lęku kogoś innego było najbezpieczniejszym, najsprytniejszym sposobem dotykania zwierzęcia.

"Tak - pomyślał - Quaid mógłby mnie zabić ze względu na własną grozę."

Steve zaczerpnął z tej myśli gorzką satysfakcję. Quaid, ten zimny eksperymentator, fałszywy guru, miał obsesję strachu, bo sam czuł głęboki lęk.

To dlatego musiał obserwować, jak inni radzą sobie z lękami. Potrzebował rozwiązania, wyjścia dla siebie.

Steve rozmyślał nad tym godzinami. W ciemnościach jego mózg był ruchliwy jak rtęć, lecz chaotyczny. Przekonał się, że trudno mu dłużej skupiać się na jednym ciągu rozumowania. Jego myśli przypominały ryby, małe, szybkie rybki wymykające się z rąk, gdy tylko próbował je schwytać.

Jednakże ciągle pamiętał, że musi przechytrzyć Quaida. To na pewno. Musi być spokojny; udowodnić Quaidowi, że jako obiekt badań nie ma wartości.

Zdjęcia z owych godzin ukazywały Stephena leżącego na kracie, z zamkniętymi oczyma i lekko wykrzywioną twarzą. Paradoksalnie, czasem twarz rozjaśniał mu nikły uśmieszek. Czasem nie sposób było stwierdzić - śpi czy czuwa, myśli czy śni?

Quaid czekał.

Wreszcie oczy Steve'a zaczęły drgać pod powiekami, nieomylna oznaka snów. Obiekt spał, nadeszła pora dokręcenia śruby.

Steve obudził się z rękoma skutymi razem. Na talerzu obok siebie widział miskę z wodą; za nią stała druga pełna letniej, niesolonej owsianki. Z ochotą zjadł i napił się.

Po posiłku zauważył dwie rzeczy. Po pierwsze, odgłosy jedzenia huczały mu bardzo głośno w głowie; po drugie, poczuł wokół skroni coś krępującego.

Zdjęcia ukazywały Stephena sięgającego niezdarnie do głowy. Tkwiła ona w uprzęży przytrzymującej mocno zatyczki w uszach, zapobiegające przedostawaniu się jakichkolwiek dźwięków.

Zdjęcia pokazały zdumienie. Potem gniew. Wreszcie strach.

Steve był głuchy.

Słyszał jedynie głosy w głowie. Szczękanie zębów. Cmokanie i przełykanie. Brzmiało to pod czaszką jak wystrzały.

Łzy trysnęły mu z oczu. Kopał w kratę, nie słysząc walenia pięt o metalowe pręty. Krzyczał aż do nadwerężenia gardła. Nie usłyszał swoich wrzasków.

Budziła się w nim panika.

Zdjęcia pokazywały jej narodziny. Twarz się zarumieniła, oczy rozszerzyły, w grymasie przerażenia odsłoniły się zęby i dziąsła.

Wyglądał jak przestraszona małpa.

Zalały go wszystkie znane z dzieciństwa uczucia. Pamiętał je jak twarze starych wrogów; drżące kończyny, pot, mdłości. W rozpaczy chwycił miskę z wodą i przykrył nią twarz. Wstrząs wywołany zimną wodą natychmiast uspokoił go. Steve położył się na kracie, wyciągnął i nakazał sobie oddychać głęboko i równo.

- Odpręż się, odpręż się, odpręż - powtarzał.

W głowie słyszał mlaskanie języka. Słyszał też, jak śluz spływa ospale w skurczonym paniką nosie, zatykając i od-tykając uszy. Mógł teraz wykryć niski, miękki syk czający się pod wszystkimi innymi dźwiękami. Głos jego umysłu.

Przypominało to jęk wydawany pod narkozą, odgłos rozbrzmiewający w uszach tuż przed zaśnięciem.

Jego kończyny nadal drgały nerwowo, już tylko na wpół świadomie walczył z kajdankami, nie zwracając uwagi na rany, jakie ich krawędzie ryły na przegubach rąk.

Zdjęcia dokładnie zarejestrowały wszystkie te reakcje. Jego walkę z histerią, próby zapobieżenia wypłynięciu na wierzch lęków. Jego łzy. Zakrwawione nadgarstki.

Wreszcie wyczerpanie pokonało panikę, często zdarza się to u dziecka. Ileż to razy zasypiał ze słonym smakiem łez w nosie i buzi, niezdolny do dalszej walki!

Zmęczenie podwyższyło ton głosów w głowie. Jego mózg zamiast nucić kołysankę, gwizdał i krzyczał.

Zapomnienie jest czymś dobrym.

Quaid był rozczarowany. Prędkość reakcji wskazywała wyraźnie, że Stephen Grace bardzo szybko się załamie. W zasadzie już się załamał, zaledwie po kilku godzinach eksperymentu. A Quaid liczył na Stephena. Po miesiącach przygotowań okazywało się, że ten obiekt traci rozum bez zdradzenia najmniejszej choćby wskazówki.

Quaid potrzebował tylko jednego słowa, jednego nędznego słowa. Małego znaku odsłaniającego naturę doznania. A jeszcze lepiej - czegoś podsuwającego rozwiązanie, leczniczego totemu, nawet modlitwy. Gdy umysł wpada w szaleństwo, na pewno wzywa Zbawcę? Musi coś być.

Quaid czekał jak sęp na miejscu masakry, licząc minuty pozostające dla wyczerpanej duszy, wypatrując swego kęsa.

Steve obudził się, leżąc twarzą do kraty. Powietrze było teraz znacznie bardziej stęchłe, metalowe pręty wżynały mu się w policzek. Było mu gorąco i niewygodnie.

Leżał spokojnie, czekając, aż oczy znowu przyzwyczają się do otoczenia. Linie kraty biegły w doskonałej perspektywie do ścian szybu. Obraz przecinających się pod kątem prostym prętów uderzył go swoim pięknem. Tak, pięknem. Steve biegł wzrokiem po liniach tam i z powrotem, aż go to zmęczyło. Znudzony przekręcił się na plecy, czując, że ruszt pod nim drga. Czy jest teraz mniej stabilny? Zdaje się trochę kołysać przy ruchach.

Zgrzany i spocony Steve rozpiął koszulę. Na piersiach miał krople śliny, lecz ich nie starł. No to co, że się ślini? Kto to zobaczy?

Ściągnął koszulę do połowy i jedną nogą zdjął but z drugiej-

Buty, kratownica, upadek. Niezdarnie połączył to w umyśle. Usiadł. Och, biedny but. Spadnie. Przeleci między prętami i będzie stracony. Ale nie. Stał balansując między dwoma otworami w kracie; mógłby go jeszcze uratować.

Sięgnął po swój biedny bucik i ten ruch przechylił kratę.

But zaczął się zsuwać.

- Proszę cię - błagał - nie spadnij. - Nie chciał tracić swego miłego buta, pięknego buta. "Nie może spaść. Nie może spaść".

Gdy wyciągnął się, by go chwycić, but przechylił się piętą w dół i wpadł w ciemność.

Steve wydał krzyk straty, którego nie mógł usłyszeć.

Och, gdyby tylko mógł słyszeć upadek buta, liczyć sekundy jego lotu, zarejestrować odgłos uderzenia w dno szybu! Wiedziałby przynajmniej, jak długo spadałby przed śmiercią.

Nie mógł tego dłużej znieść. Przekręcił się na brzuch i opuścił przez kratę obie ręce, krzycząc:

- Też spadnę! Też spadnę!

Nie mógł znieść oczekiwania na upadek, w ciemności, w ciszy. Zapragnął lecieć za butem, w dół szybu, aż do zagłady, do zakończenia raz na zawsze całej tej gry.

- Spadnę! Spadnę! Spadnę! - skrzeczał. Krata, na której leżał poruszyła się,

Coś się złamało. Pękła lina podtrzymującą kratę. Nie leżał już poziomo; zsuwał się po prętach strącających go w mrok.

Poczuł ze zgrozą, że nie jest już przykuty.

Spadnie.

Tamten czekał na jego upadek. Zły człowiek - jak się nazywa? Quake? Quail? Quarrel...

Zsunąwszy się dalej, instynktownie chwycił oburącz za kratę. Może jednak nie chce spaść, tak jak but? Może życie, dodatkowa chwila życia, warte jest trzymania się?

Mrok za brzegiem kraty jest taki głęboki; kto wie, co się w nim czai?

Głosy paniki w jego głowie nasiliły się. Mokre od potu dłonie trzymały coraz słabiej. Czyhała na niego grawitacja. Domagała się swoich praw do ciała; żądała, by spadło. Zerkając przez ramię w otwierającą się pod nim paszczę, miał przez chwilę wrażenie, że widzi rojące się tam potwory. Śmieszne kształty, ledwo naszkicowane, ciemne na mrocznym de. Straszliwe rysunki wypłynęły ze wspomnień dzieciństwa i wystawiły szpony, by złapać go za nogi.

- Mamo - powiedział, gdy zawiodły go dłonie i uległ lękowi.

- Mamo.

To to słowo. Quaid słyszał je wyraźnie w całej jego banalności.

- Mamo!

Steve uderzył w dno szybu, spadał znacznie krócej, niż mu się zdawało. Przed chwilą jego dłonie puściły kratę, a wiedząc, że ogarnia go mrok, przestawił umysł. Jego zwierzęca część odprężyła mięśnie, zapobiegając poważniejszym obrażeniom przy upadku. Reszta jego życia, wszystko poza najprostszymi reakcjami, została rozbita, kawałki schowały się po zakamarkach pamięci.

Gdy w końcu zabłysło światło, spojrzał na stojącą w drzwiach postać w masce Myszki Miki i uśmiechnął się do niej. Był to uśmiech dziecka, pełen wdzięczności dla śmiesznego wybawcy. Pozwolił chwycić się za kostki i wywlec z wielkiego, okrągłego pokoju, w którym leżał. Miał mokro w spodniach, wiedział, że zlał się w czasie snu. Mimo to śmieszna Myszka mogła przecież go pocałować.

Podczas wyciągania z izby tortur głowa uderzyła o podłogę. Gdzieś niedaleko leżał but. Ponad dwa metry nad nim widział kratę, z której spadł. Nic mu nie mówiła.

Pozwolił Myszce, by posadziła go w jasno oświetlonym pokoju. Pozwolił Myszce przywrócić mu słuch, choć w gruncie rzeczy go nie potrzebował. Chętnie patrzył na świat bez dźwięków, pobudzało go to do śmiechu.

Napił się wody, zjadł kawałek słodkiego ciasta.

Był zmęczony. Chciał spać. Chciał do mamy. Mysz jednak chyba tego nie rozumiała, zapłakał więc i kopnął w stół, zrzucając na podłogę talerze i kubki. Potem pobiegł do sąsiedniego pokoju i rzucił w powietrze wszystkie znajdujące się tam papiery. Fajnie było patrzeć, jak spadają. Niektóre upadły stroną zapisaną do góry, niektóre czystą. Były też zdjęcia. Straszne zdjęcia. Na ich widok poczuł się bardzo dziwnie.

Wszystkie, co do jednego, przedstawiały zmarłych ludzi. Na części widać było małe dzieci, na innych starsze. Leżały lub na wpół siedziały, na twarzach i ciałach miały głębokie rany, rozcięcia ukazywały wnętrzności, mieszaninę jelit lśniących i mokrych. Wszędzie wokół były trupy. Nie w gładkich stosach, lecz porozrzucane, ze śladami palców, napisami, bardzo brudne.

Na trzech czy czterech zdjęciach było narzędzie, które spowodowało rany. Wiedział, jak się nazywa.

Topór.

Tkwił w twarzy kobiety, zagłębiony niemal po rękojeść. Był w nodze mężczyzny, inny leżał na podłodze kuchni obok martwego niemowlęcia.

Ten człowiek zbierał zdjęcia trupów i toporów, co według Steve' a było dziwne.

Była to jego ostatnia myśl przed dobrze znanym zapachem chloroformu wypełniającym mu głową. Stracił przytomność.

Obskurne drzwi pachniały starym moczem i świeżymi wymiocinami. To on wymiotował, miał wszystko na koszuli. Próbował wstać ale, nogi chwiały się pod nim. Był bardzo słaby. Bolało go gardło.

Potem usłyszał kroki. Chyba wraca Mysz. Może zabierze go do domu.

- Wstawaj, synu.

To nie była Myszka. Zobaczył policjanta.

- Co pan tu robi? Powiedziałem, by pan wstał. Opierając się o pokruszone cegły wokół drzwi, Steve zdołał wstać. Policjant oświetlił go latarką.

- Jezus Maria - powiedział ze wstrętem na twarzy. - Jest pan w paskudnym stanie. Gdzie pan mieszka?

Steve pokręcił głową, patrząc na swą zarzyganą skórę jak skarcony uczeń.

- Jak się pan nazywa?

Nie mógł sobie przypomnieć.

- Nazwisko, chłopie?

Próbował. Żeby tylko policjant nie strzelał.

- Idziemy, weź się w garść.

Słowa niewiele mu mówiły. Steve czuł łzy zbierające się w kącikach oczu.

- Dom.

Beczał teraz i pociągał nosem, czuł się zupełnie zapomniany. Chciał umrzeć; położyć się i umrzeć.

Policjant potrząsnął nim.

- Uderzyłeś się? - zapytał, ciągnąc Steve'a pod latarnię uliczną i oglądając jego zapłakaną twarz. - Lepiej chodźmy stąd.

- Mama - powiedział Steve - chcę do mamy.

Te słowa zmieniły wszystko.

Policjant uznał nagle całą scenę za wstrętną i żałosną. Ten mały łobuz z przekrwionymi oczami i kolacją na koszuli naprawdę przesadza. Za dużo pieniędzy, za dużo paskudztwa w żyłach, za mało dyscypliny.

"Mama" była ostatnią kroplą. Walnął Steve'a w żołądek, gładkie, ostre, skuteczne uderzenie. Steve zgiął się w pół i zaskomlał.

- Zamknij się, synu.

Drugim ciosem ostatecznie unieruchomił dzieciaka, a potem chwycił go za włosy i przyciągnął do siebie oszołomioną twarz.

- Chcesz być wyrzutkiem, co?

- Nie. Nie.

Steve nie wiedział, co to znaczy "wyrzutek", chciał tylko, by policjant go polubił.

- Proszę - powiedział znów we łzach - zabierz mnie do domu.

Policjant się zmieszał. Dzieciak nie awanturował się ani nie odwoływał do praw obywatelskich, jak to przeważnie robili inni. Zwykle tak kończyli, na ziemi, z krwawiącymi nosami, wzywając opiekuna społecznego. Ten tylko płakał. Policjant zaczaj: go żałować. Chyba jest psychiczny. A on walnął tego małego gnoja. Pieprzyć. Teraz poczuł się odpowiedzialny za niego. Chwycił Steve'a za ramię i zaciągnął przez ulicę do samochodu.

- Właź.

- Zabierz mnie.

- Zabiorę cię do domu, synu. Zabiorę cię do domu.

W nocnym przytułku przetrząśnięto ubranie Steve'a, szukając jakiegoś dokumentu z nazwiskiem. Niczego nie znaleziono. Potem zbadano, czy nie ma pcheł i wszy. Wreszcie policjant odszedł, co sprawiło Steve'owi ulgę. Nie lubił go.

Ludzie w przytułku rozmawiali o nim, jakby był nieobecny. Mówili, jaki jest młody, oceniali jego poziom umysłowy i wygląd. Potem dali mu kawałek mydła i pokazali prysznic. Po dziesięciu minutach stania w zimnej wodzie wytarł się brudnym ręcznikiem. Nie ogolił się, choć pożyczono mu brzytwę. Zapomniał, jak się to robi.

Dali mu jakieś stare ubranie. Spodobało mu się. Nie byli tacy źli, choć mówili o nim, jakby go nie było. Jeden się nawet do niego uśmiechnął, krępy mężczyzna ze szpakowatą brodą. Uśmiechnął się jak do psa.

Dostał dziwne ciuchy. Za duże albo za małe. Bardzo kolorowe: żółte skarpetki, brudną białą koszulę, spodnie w drobne paski uszyte na grubasa, wyświechtany sweter, ciężkie buty. Lubił się ubierać i gdy nikt nie patrzył nałożył dwie kamizelki i dwie pary skarpetek. Czuł się bezpieczniej, opatulony w kilka warstw bawełny i wełny.

Wreszcie zostawiono go z kwitkiem na łóżko w ręku, by zaczekał na otwarcie sypialni. Nie był taki niecierpliwy, jak niektórzy inni na korytarzu. Wrzeszczeli coś nieskładnie, rzucali oskarżenia, pluli na siebie. Bał się ich. Chciał tylko spać. Położyć się i zasnąć.

O jedenastej jeden z pielęgniarzy otworzył drzwi do sypialni i wszyscy bezdomni rzucili się do żelaznych łóżek. Wielka, słabo oświetlona sypialnia śmierdziała środkami dezynfekującymi i starymi ludźmi.

Unikając oczu i machających rąk innych wyrzutków, Steve znalazł dla siebie niezgrabne łóżko przykryte jednym cienkim kocem i położył się. Wszędzie wokół słyszał kaszle, mruczenie i łkanie. Jeden z mężczyzn odmawiał modlitwę patrząc w sufit. Steve pomyślał, że to dobry pomysł. Zmówił więc swój dziecięcy paciorek.

Dobry Jezu, łagodny i miły, Spójrz na tę dziecinę,

Pożałuj mnie... Jak było dalej?

Pożałuj mnie - prostego, Pozwól mi przyjść do Ciebie.

Poczuł się po tym lepiej i zasnął kojącym snem, smutnym i głębokim.

Quaid siedział w mroku. Zgroza znowu go opanowała, gorsza niż zwykle. Ciało zesztywniało mu ze strachu tak bardzo, że nie mógł nawet wstać z łóżka i zapalić światła. A co, jeśli teraz, akurat teraz, zgroza się spełni? Jeśli drwal stojący za drzwiami jest z krwi i kości? Uśmiecha się do niego jak głupiec, tańczy jak diabeł na szczycie schodów, taki sam, jakiego Quaid widział w snach, tańczącego i uśmiechniętego, uśmiechniętego i tańczącego.

Nic się nie poruszyło. Żadnego skrzypienia schodów, chichotania w cieniu. To jednak nie on. Quaid doczeka ranka.

Odprężył się trochę. Opuścił nogi i zapalił światło. Pokój był rzeczywiście pusty. Dom cichy. Przez otwarte drzwi widział szczyt schodów. Nie było tam oczywiście żadnego drwala.

Steve'a obudziły krzyki. Było jeszcze ciemno. Nie wiedział, jak długo spał, lecz nogi i ręce już mniej go bolały. Opierając się o poduszki, na wpół usiadł, rozglądając się po sypialni w poszukiwaniu źródła zamieszania. Parę łóżek dalej bili się dwaj mężczyźni. Przedmiot sporu był niewiadomy. Okładali się nawzajem jak dziewczyny. Rozśmieszyło to Steve'a. Wrzeszczeli i wyrywali sobie włosy. W świetle księżyca krew na twarzach i rękach była czarna. Jeden z nich, starszy, rzucił się na swe łóżko krzycząc:

- Nie pójdę na Finchley Road! Nie namówisz mnie. Nie bij! Nie jestem twoim niewolnikiem. Nie jestem!

Drugi nie słuchał, był zbyt głupi lub zbyt rozwścieczony, by zrozumieć, że stary błaga o zostawienie w spokoju. Podjudzany przez gapiów przeciwnik starego zdjął but i zaczął nim walić swoją ofiarę. Steve słyszał uderzenia obcasem po głowie. Każdemu towarzyszyły pochwalne wrzaski i słabnące krzyki starego.

Nagle gapie umilkli, ktoś wszedł do sypialni. Steve go nie widział, między nim a drzwiami tłoczyli się ludzie.

Zobaczył jednak, jak zwycięzca wznosił but w powietrze z końcowym okrzykiem:

- Skurwysyn!

But.

Steve nie mógł oderwać oczu od buta. Wzniósł się w powietrze, okręcił i opadł na gołe dechy jak ustrzelony ptak. Steve widział go wyraźnie, wyraźniej niż cokolwiek od wielu dni.

Spadł niedaleko niego.

Spadł z głośnym hukiem.

Spadł na bok. Jak jego but. Jego but. Ten, który ściągnął. Na kracie. W pokoju. W domu. Na Pilgrim Street.

Quaida obudził ten sam sen. Zawsze schody. Zawsze patrzy z dołu w tunel schodów, co za śmieszny widok, żart zmieszany z przerażeniem, schodzi ku niemu, śmiech rozbrzmiewa na każdym stopniu.

Nigdy dotąd nie miał tego snu dwa razy tej samej nocy. Przewiesił rękę przez krawędź łóżka, macając szukał butelki. W mroku pociągnął z niej zdrowo.

Steve minął grupę rozwścieczonych ludzi, nie zwracając uwagi na ich krzyki ani na jęki i przekleństwa starego. Pielęgniarze mieli dużo roboty z opanowaniem zamieszania. Po raz ostatni wpuścili starego Crowleya - zawsze wywoływał bójki. Ta to niemal bunt, miną godziny, nim zostanie opanowany.

Nikt nie zatrzymał Steve'a, który szedł korytarzem, mijał drzwi i sień nocnego przytułku. Brama była zamknięta, lecz dochodzące zza niej nocne, ostre powietrze bardzo orzeźwiało.

Pokój portiera był pusty, przez uchylone drzwi Steve zobaczył wiszącą na ścianie gaśnicę. Była czerwona i jaskrawa. Zwinięty obok na czerwonym bębnie długi, czarny szlauch wyglądał jak dymiący wąż. Niedaleko wisiał topór.

Bardzo ładny topór.

Stephen wszedł do portierni. Słyszał w pobliżu odgłosy biegania, gwizdki. Nikt jednak nie przyszedł przeszkodzić Steve'owi, gdy ten zaprzyjaźniał się z toporem.

Wpierw się do niego uśmiechnął.

Krzywe ostrze odwzajemniło uśmiech.

Potem go dotknął.

Toporowi to się spodobało. Był zakurzony, dawno nikt go nie używał. Zbyt dawno. Chciał być użyty, chciał, by nim walono. Uśmiechał się do tego. Steve bardzo łagodnie zdjął go z uchwytów i schował pod kurtkę, by tam ogrzać. Potem wyszedł z portierni przez wahadłowe drzwi i wyruszył na poszukiwanie swego buta.

Quaid znów się obudził.

Steve bardzo szybko zorientował się, gdzie jest. Sprężystym krokiem szedł na Pilgrim Street. Ubrany w kolorowe, workowate spodnie i śmieszne buciory, czuł się jak klaun. Czyż nie wygląda śmiesznie?! Chciało mu się śmiać z siebie, taki był komiczny.

Dopadł go wiatr, wprawił w drżenie, przeczesał włosy i zmroził oczy w dwie grudki lodu.

Steve zaczął biec, podskakiwać, tańczyć, brykać po ulicach, biały w świetle, ciemny w cieniach. "Raz mnie widać, raz nie. Raz mnie widać, raz..."

Tym razem Quaida nie obudził sen. Teraz coś usłyszał. Wyraźnie.

Księżyc wzniósł się na tyle wysoko, by rzucać poświatę przez okno i drzwi, oświetlając szczyt schodów. Nie musiał zapalać światła. Widział wszystko co trzeba. Schody były puste jak zawsze.

Potem zaskrzypiały na dole, cichutko, jakby ktoś w nie dmuchał.

Quaid poznał lęk.

Następne skrzypnięcie. Śmieszny sen wchodził do niego po schodach. Musi śnić. Wie przecież, że nie ma żadnych klaunów, żadnych zabójców z toporami. Czyż ten absurdalny obraz, budzący go ciągle w nocy, może być czymś innym niż snem?

Tak, może niektóre sny są tak niedorzeczne, że muszą być prawdą?

„Żadnych klaunów" - powtarzał sobie, stojąc i patrząc na drzwi, schody, jasne plamy księżyca. Quaid znał tylko kruche umysły, tak słabe, że nie mogły dać mu wskazówki zdradzającej naturę, początki lub lekarstwo na panikę, która go teraz opanowała. Przy najmniejszej oznace lęku potrafiły się tylko załamywać i rozsypywać w proch.

Wiedział, że nie ma żadnych klaunów, nigdy nie było i nie będzie.

Wtedy się pojawił, z twarzą głupka Kredowoblady w świetle księżyca, jego młodzieńcze policzki były podrapane, nie ogolone i pulchne, uśmiechał się jak dziecko. Na dolnej szczęce miał rozmazaną krew, a dziąsła były od niej niemal czarne. Mimo to był to klaun. Niewątpliwie klaun w nie dobranym ubiorze, taki nie na miejscu, taki patetyczny.

Z tym uśmiechem mógł się równać jedynie topór rzucający błyski w świetle księżyca.

Gdy klaun robił nim krótkie, rąbiące ruchy, jego maleńkie czarne oczy lśniły na myśl o czekającej go zabawie.

Niemal na szczycie schodów zatrzymał się i nie rezygnując nawet na chwile z uśmiechu, przyglądał się przerażeniu Quaida.

Nogi Quaida załamały się, opadł na kolana.

Klaun zszedł z podskokiem o jeden stopień. Błyszczące oczy utkwione w Quaidzie wypełniała łagodna złośliwość. Topór kołysał się w jego białych dłoniach.



dalej


strona główna
(23kB)