(23kB)
strona główna

 

CLIVE BARKER

 

 

 

Księga Krwi I




 

Każdy z nas jest krwawą księgą

Gdziekolwiek się nas otworzy, jesteśmy czerwoni

 

 

Wstęp napisany przez Ramseya Campbella

 

 

"Stwór zacisnął wargi, napiął mięśnie, czuł każdy muskuł, każdą kosteczkę; usiłował na nowo poruszyć Balaclavę"

Czujecie to?

Oto jeszcze jedna próbka tego, czego możecie się spodziewać od Clive'a Barkera: "Każdy mężczyzna, kobieta i dziecko w tej żywej wieży - wszyscy byli ślepi. Widzieli wszystko oczyma miasta. Myśleli, jak myślało miasto, sami będąc bezmyślnymi. Wierzyli, że są nieśmiertelni dzięki swej powolnej, ale nieugiętej sile. Ogromni, szaleni i nieśmiertelni."

Widzicie teraz, że Barker jest równie marzycielski jak makabryczny. Następny cytat z kolejnego opowiadania brzmi: "Czym byłoby Zmartwychwstanie bez śmierci?"

Zacytowałem to celowo, aby ostrzec bojaźliwych. Jeżeli myślisz, że książka, którą trzymasz w ręku, jest łagodnym horrorem, wystarczająco nieprawdopodobnym, aby go nie brać poważnie i jeżeli spodziewasz się, że nocne koszmary nie będą zakłócały Ci snu, to znaczy, że trafiłeś na niewłaściwą książkę. Jeżeli z drugiej strony jesteś zmęczony tajemnicami, które cię otaczają i zostawiasz zapalone światło na noc, będziesz miał taką jak ja satysfakcję odkrywając, że Clive Barker jest najbardziej oryginalnym twórcą horrorów, jaki pojawił się od kilkunastu lat. Jest przy tym, co bardzo ważne, pisarzem wstrząsającym najgłębiej, w odróżnieniu od wielu współczesnych autorów, którzy nie mają nic więcej do zaoferowania niż zionącą przeciętnością nudę. Bardziej wymagający czytelnik prawdopodobnie w ogóle o nich nie słyszał.

Spodziewamy się, że horror będzie wywoływał żywiołową reakcję. Oczywiście, wielu najlepszych autorów osiągnęło ten efekt, jednak napisano także mnóstwo nonsensownych książek i nie ma powodu, aby teraz pisarze tego typu powieści czerpali z tego dziedzictwa.

Kiedy wkraczamy w świat wyobraźni, jedynym naszym przewodnikiem jest instynkt. Clive'a Barkera prowadzi on nieomylnie. Twierdzenie /wypowiadane przez niektórych auto* rów, co wydaje się rodzajem obrony/, że fundamentem horroru jest zestawienie tego co normalne z nadnaturalnością i obcością, nie jest zbyt odległe od poglądu /notabene głoszonego przez pewnych wydawców/, iż horror po prostu musi opisy wad zwyczajny dzień szarego człowieka w konfrontacji z niesamowitością. Dzięki Bogu, nikt nie przekonał Poe'go do takiego poglądu. I dzięki Bogu za pisarzy tak radykalnych jak Clive Barker. Wcale zresztą nie dlatego, że jest on tak niekonwencjonalny. Po prostu tradycyjny motyw napisany przez Barkera przestaje być tradycyjny. "Seks, śmierć i światło gwiazd" jest właściwie tylko zwykłą historią o strachach w teatrze. "Resztki człowieka" są wspaniałą wariacją na temat duchowego sobowtóra pewnego człowieka. Oba te opowiadania jednak są dalsze od codzienności niż cokolwiek, co można sobie wyobrazić. Nie zmienia tego fakt, że oba zawierają sporą dozę czarnego humoru i przewrotnego optymizmu. To samo można powiedzieć o "Nowych mordercach z Rue Morque", raczej makabrycznej komedii. Tu wkroczyliśmy już w najbardziej bulwersujące fragmenty twórczości Barkera - seksualną otwartość.

Warn pozostawiam interpretację tych i innych opowiadań. Ostrzegłem Was, że książek tych nie napisano dla słabych i bojaźliwych. Warto mieć to na uwadze, kiedy zabieracie się do opowiadania takiego jak "Nocny pociąg z mięsem", w którym wszystkie kolory widać tak wyraźnie jak w filmie w Technicolorze. "Kozły ofiarne" - pełne grozy opowiadanie zostało sfilmowane i jest obecnie dostępne na wideokasetach. Kolejne opowiadanie, "Syn Plastiku", podąża ku najbardziej chronionym tabu z nieomylnością godną twórczości Davida Cronenberga. Warto jednak zauważyć, że prawdziwą wartością tego opowiadania jest przede wszystkim ogromna inwencja autora. Podobnie jest z opowiadaniem "W górach, miastach" /daje ono fałszywe wyobrażenie, iż nie jest w rzeczywistości horrorem/ i opowiadaniem "Skóry ojców". Fantazja i pomysłowość z jaką zostały napisane, przypomina najwspanialsze dzieła malarzy fantastycznych. Naprawdę nie potrafię wskazać współczesnego autora horrorów poza Clivem Barkerem, którego dzieła można by porównać do prac tych malarzy. "Blues świńskiej krwi" czy "Strach" to utwory balansujące na granicy pomiędzy pornografią a sadystycznymi zboczeniami.

Myślę jednak, że czas najwyższy zakończyć me wywody i pozwolić Warn czytać.

Oto przed Wami ćwierć miliona słów napisanych przez Clive'a /mam nadzieję, że kupicie cały cykl - planował go jako całość/. Jest to jego wybór najbardziej zasługujących na publikację opowiadań. Pisał je przez osiemnaście miesięcy. Siadał wieczorami, ponieważ dni wypełniało mu pisanie sztuk teatralnych /cieszących się, nawiasem mówiąc, dużym powodzeniem/. Moim zdaniem, opowiadania Clive'a dostarczają wielu zdumiewających doznań. Jest to, bez wątpienia, najbardziej ekscytujący debiut w literaturze horroru przez ostatnie kilkanaście lat.

 

 

KRWAWA KSIĘGA

 

 

Umarli mają swoje drogi. Podróżują, używając swych pociągów pełnych duchów, swych wagonów-widm, poprzez pustynny kraj, jaki istnieje poza naszym życiem. Kraj, pełen dusz ludzi, którzy odeszli. Odgłosy ich ruchu mogę być usłyszane poprzez dziury w naszym świecie. Dziury, które zostały zrobione przez tych, którzy dopuszczają się okrucieństw, przemocy i deprawacji. Tę wędrującą śmierć można dostrzec w przelocie, gdy serce już prawie pęka, a rzeczy, które powinny być ukryte, ukazują się nagle jasno.

Te drogi mają swoje znaki, mosty i pobocza. Mają swoje ronda i skrzyżowania.

Najczęściej właśnie na skrzyżowaniach, gdzie tłum umarłych się miesza, zdarza się, że dostają się oni do naszego świata i rozłażą się po nim. Ruch jest tu bardzo wielki, a głosy umarłych najbardziej przenikliwe. Tutaj bariera oddzielająca rzeczywistość od świata umarłych jest najcieńsza, gdyż została starta przez stopy niezliczonych, którzy ją przekroczyli.

Takie właśnie skrzyżowanie na drodze umarłych znajdowało się przy Tollington Place, pod numerem 65. Zwykły, ceglany, podrobiony na styl gregoriański dom stał osobno. Nie wyróżniał się niczym. Stary, zapomniany, odarty ze swej wspaniałości, którą niegdyś się cieszył. Był pusty od dziesięciu, może nawet dwudziestu lat. To nie wilgoć, która panowała w tym domu, wypłoszyła z niego mieszkańców. Nie było także przyczyną gnicie sufitów czy pęknięcia przedniej ściany domu, ciągnące się od ganku po dach. Prawdziwą przyczyną porzucenia domu był słyszalny w nim odgłos przechodzenia bariery. Na wyższych piętrach odgłos tego ruchu nigdy nie ustawał. Nieustający hałas odłupał tynk ze ścian i spowodował wypaczenie belek stropowych. Sprawiał, że dzwoniły szyby. Sprawiał, że drżał mózg. Dom nr 65 przy Tollington Place był nawiedzony. Nikt nie był w stanie być jego właścicielem i mieszkać w nim dłużej bez popadnięcia w obłęd.

Horror wkroczył do tego domu dawno, ale nikt nie wie, kiedy. Jednak nawet niewprawny obserwator nie może się pomylić co do rodzaju zjawisk zachodzących w domu. W jego powietrzu czuje się tchnienie wieczności i krew. Szczególnie mocno odczuwa się tę atmosferę na najwyższym piętrze. Wyczuwalny tam zapach potrafił przyprawić o mdłości nawet najodporniejszego. Budynek został opuszczony przez robactwo i ptaki, nawet przez muchy. Żaden kornik nie drążył desek kuchennej podłogi, żaden ptak nie założył gniazd na strychu.

Nieistotne, jaki gwałt miał miejsce w tym domu. Ważne jest, że rozpruł barierę pomiędzy dworna światami tak skutecznie, jak nóż rozpruwa brzuch ryby. Przez tę ranę w granicy dzielącej rzeczywistość od świata dusz, umarli mogli przejść.

Tak w każdym razie głosiła plotka...

Mijał trzeci tydzień badań w domu pod numerem 65 przy Tollington Place. Trzeci tydzień bezprecedensowych sukcesów w paranormalnym królestwie. Medium był 20-letni Simon McNeal. Był nowicjuszem w branży, ale korzystający z jego usług Instytut Parapsychologii Uniwersytetu w Essex stwierdził bezspornie istnienie życia po śmierci.

Eksperymenty z McNealem dokonywane były w najwyżej położonym pokoju, a właściwie w prowadzącym do niego korytarzu. Korytarz budził klaustrofobiczny lęk nawet u najodporniejszych. Chłopak zwołał coś w rodzaju zebrania umarłych. Na jego prośbę zostawiali oni wiele znaków potwierdzających ich wizytę. Były to setki napisów na ścianach koloru bladej orchy. Pisali wszystko, co tylko wpadło im do głowy: imiona, daty urodzenia i śmierci, fragmenty wspomnień i życzenia powodzenia dla ich żyjących potomków. Niektórzy zostawiali również dziwne, niezrozumiałe wiersze, opisujące ich obecne cierpienie i wyrażające żal za utraconymi radościami życia. Niektóre z piszących rąk były kwadratowe i brzydkie, inne natomiast - delikatne, wyraźnie kobiece. Między wersetami romantycznych wierszy można było dostrzec nieprzyzwoite rysunki albo nie dokończone dowcipy: kiepsko narysowana róża, gra w kółko i krzyżyk, lista zakupów...

Przy tej ścianie płaczu pojawiały się także ręce sław tego świata. Był tam Mussolini, Lennon i Janis Joplin - podpisywali się obok szarych ludzi. Było to coś w rodzaju apelu umarłych. Z dnia na dzień ściana zapełniała się coraz bardziej. Wydawało się, że wszystko czego nie powiedzieli za życia, chcą teraz napisać w pokoju na ścianie.

Doktor Florescu całe życie zajmowała się problemami psychiki. Zdążyła już przyzwyczaić się do niepowodzeń. Była to nawet swego rodzaju wygoda, wiedzieć, że nigdy nie uzyska się niezbitego dowodu na istnienie świata paranormalnego. Teraz, gdy nagle osiągnęła niespodziewany sukces, poczuła jednocześnie dumę, podniecenie, ale i zmieszanie.

Była, tak jak zwykle w ciągu ostatnich trzech tygodni, w dużym pokoju na pierwszym piętrze. Piętro wyżej był pokój, w którym pojawiały się napisy na ścianie. Z rodzajem trwogi słuchała wrzawy dochodzącej z góry, dziwiąc się sobie, że miała dość odwagi, aby uczestniczyć w tym niesamowitym zjawisku. Wprawdzie już wcześniej zdarzały się różnego rodzaju sygnały dochodzące ze świata umarłych, ale nigdy nie było to tak wyraźne i namacalne.

Głosy na górze umilkły.

Mary spojrzała na zegarek: była 18.17.

Dla jakichś sobie tylko znanych powodów, umarli nigdy nie kontaktowali się po 18.30. Postanowiła poczekać więc do 18.30, potem pójść na górę. Co dziś tam zobaczy? Kto pojawił się dziś w tym małym, obskurnym pokoju? Kto zostawił swój znak?

- Czy mam wyregulować kamery? - zapytał jej asystent, Reg Fuller.

- Proszę - mruknęła, wyrwana z zamyślenia.

- Damy im jeszcze dziesięć minut.

- Jasne.

Piętro wyżej McNeal siedzący w rogu pokoju patrzył na październikowe słońce. Czuł się osaczony w tym przeklętym miejscu. Uśmiechnął się do siebie bladym uśmiechem, który rozbrajał każdego. Doktor Florescu także uległa magii jego śmiechu, jego oczom i jego nieobecnemu spojrzeniu. To wszystko wydawało się być fajną zabawą.

Faktycznie, na początku była to tylko zabawa, jednak teraz Simon zdawał sobie sprawę, że gra toczy się o większą stawkę. Zaczęło się to zupełnie niepoważnie, ale teraz stało się prawdziwą walką: McNeal przeciwko Prawdzie. Prawda była oczywista: jest oszustem. Sam nabazgrał wszystkie te napisy na ścianach. Zrobił to kawałkiem grafitu, który ukrył pod językiem. Walił, łomotał, krzyczał dla zwykłej zgrywy. Te wszystkie nazwiska, które napisał na ścianach, brał z książki telefonicznej. Chciało mu się śmiać, gdy o tym pomyślał.

Tak, zabawa rzeczywiście świetna.

Obiecała mu bardzo wiele, kusiła go sławą, powodując, że wymyślał coraz to nowe wygłupy. Przyrzekła mu bogactwo, wywiady w telewizji, aplauz i pochlebstwa jakich dotąd nie znał. Jednak musiał stworzyć duchy, aby to wszystko osiągnąć.

Jeszcze raz się uśmiechnął. Nazywała go Posłańcem! Był według niej prostodusznym dostarczycielem wiadomości. Wiedział, że pani doktor wkrótce się pojawi na górze. Popatrzy na niego i patetycznym, płaczliwym głosem będzie się zachwycać kolejnymi nagryzmolonymi na ścianie bzdurami.

Lubił, jak patrzyła na jego nagość. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie był zupełnie nagi. Podczas wszystkich sesji był ubrany wyłącznie w slipki, aby wykluczyć ukrycie czegokolwiek. Zabawna ostrożność. Wszystko, czego potrzebował, to kawałka grafitu ukrytego pod językiem i dosyć energii, aby miotać się i wrzeszczeć przez mniej więcej pół godziny.

Był spocony, cała klatka piersiowa była mokra, włosy lepiły się do czoła. Dzisiaj ciężko się napracował. Chciał wyjść z pokoju i zaznać choć trochę podziwu. Posłaniec położył rękę na slipkach i przez chwilę leniwie bawił się ze sobą. Gdzieś w pokoju brzęczała mucha, może kilka much schwytanych w pułapkę. Pora roku była już dosyć późna jak dla much, ale słyszał ich kilka. Brzęczały niespokojnie w okolicy okna i żarówki. Słyszał cienkie, wątłe musze głosy. Nie zwracał jednak na to uwagi. Był zbyt zaabsorbowany myślami o zgrywie i zadowoleniem z zabawy ze sobą. Jak one brzęczały - te nieszkodliwe insekty, jak brzęczały, śpiewały i skarżyły się! Jak one się skarżyły!

Mary Florescu zabębniła palcami w stół. Obrączka ślubna była dzisiaj jakaś luźna, czuła, jak przesuwa się na palcu, Czasami była ciasna, a czasami luźna. Była to jedna z tych małych, nieistotnych tajemnic, których nigdy nie starała się wyjaśnić. Po prostu je akceptowała. Dzisiaj obrączka była bardzo luźna, prawie spadała. Wyobraziła sobie twarz Alana. Kochaną twarz Alana. Czy śmierć wygląda jak tunel? Czy jest się po prostu wciąganym w ten mroczny tunel coraz głębiej i głębiej?

Końcem palca była w stanie wyczuć kwaśny smak metalu , obrączki. Ciekawe odczucie, rodzaj iluzji?

Aby usunąć gorycz, pomyślała o Simonie. Bardzo łatwo mogła sobie wyobrazić jego twarz. Pojawiał się przed jej oczyma, uśmiechając się w charakterystyczny dla niego sposób. Był jeszcze tak bardzo chłopięcy - z jego gładką skórą i niewinnością w oczach wyglądał prawie jak dziewczyna.

Palce wciąż dotykały obrączki, a kwaśny smak w ustach spotęgował się. Podniosła wzrok. Fuller przygotował sprzęt. Wokół jego łysiejącej głowy migotała i falowała bladozielona aureola.

Oszołomiło ją to, co zobaczyła.

Fuller nic nie widział i nie czuł. Był zbyt zaabsorbowany pracą, aby cokolwiek zauważyć. Mary wpatrywała się w niego. Ciągle widziała nad nim to kółko. Poczuła coś dziwnego, coś w niej jakby ożyło. Cząsteczki tlenu, wodoru i azotu nacierały na nią, poufale ją obejmując. Aureola nad głową Fullera zaczęła się rozszerzać, przenosząc swój blask na wszystkie przedmioty w pokoju. Dziwaczne uczucie w koniuszku palca także jakby się wzmogło. Powietrze, które wydychała, nie było przeźroczyste, a różowo-pomarańczowe, słyszała całkiem dobrze głos biurka, na którym siedziała; był to skowyt wyrażający żal, że jest stałe, nieruchome i masywne.

Świat odkrywał swe tajemnice. Doprowadziło to jej zmysły do ekstazy, powodowało, że normalne ich funkcje mieszały się. Nagle dostrzegła świat jako układ nie polityczny czy religijny, ale jako układ zmysłów. Układ rozciągający się od istot żywych do martwego drzewa, z którego wykonano biurko, do starego złota, z jakiego zrobiono jej obrączkę. I jeszcze dalej. Poza drzewo, poza złoto. Szczelina, która powstała, prowadziła do drogi umarłych. Słyszała głosy dochodzące z ust, które nie żyły.

Podniosła wzrok, jakaś siła zmusiła ją do spojrzenia na sufit. Pokryty był robactwem. Nie, to bzdura! Choć wydawał się być żywy, cały tańczył i pulsował. Widziała poprzez sufit chłopaka znajdującego się piętro wyżej. Siedział na podłodze z głową zadartą do góry i trzymał w ręku sterczący członek. Jego ekstaza była tak głęboka jak jej. Jej nowy zmysł pozwolił jej dostrzec przez sufit pulsujące światło otaczające jego ciało, widziała rozsadzającą go namiętność.

Zobaczyła także co innego. Ujrzała wypełniające go kłamstwo, nie znalazła w nim żadnej mocy! Widziała teraz jasno, że nigdy nie miał żadnego daru umożliwiającego mu porozumiewanie się z duchami. Był zwykłym, małym łgarzem, słodkim, białym łgarzem. Nie miał nawet pojęcia, że odważył się na zbyt wiele.

Teraz jednak nadszedł czas. Kłamstwo ujawniono, sztuczki zostały pokazane. Umarli wędrujący po swej drodze zdecydowali, że czas położyć kres drwinom. Domagali się zadośćuczynienia.

To ona spowodowała powstanie szczeliny. Nieświadomie, stopniowo otwierała to przejście. Pożądała chłopca i to było bezpośrednią przyczyną. Myślała o nim bez przerwy, jej żar spowodował, że szczelina otwierała się coraz szerzej. Miłość, jej towarzyszka, namiętność i ich towarzyszka - strata, były głównymi sprawczyniami otwarcia szczeliny. Mary ucieleśniała te trzy siły. Jej uczucie do posłańca powoli zamierało. Wyparła się go, ale teraz było już za późno.

To nieprawda! Nieprawda! Pragnęła go, pragnęła go teraz z głębi serca. Jednak teraz było już za późno. Ruch umarłych nie mógł być dłużej powstrzymywany. Domagali się przystępu do tego małego oszusta.

Nie mogła nic zrobić. Mogła tylko obserwować drogę i skrzyżowanie ze światem umarłych, na którym stała. Fuller wreszcie coś usłyszał.

- Pani doktor? - Oderwał się od swego zajęcia. Mary kątem oka widziała jego zalaną błękitnym światłem twarz, która wyrażała zainteresowanie.

- Czy pani coś powiedziała? - zapytał.

Pomyślała, czując mdłości, że zaczyna zbliżać się do końca.

Eteryczne twarze umarłych były tuż przed nią. Widziała ich głębokie cierpienie. Zrozumiała ich bolesne dążenie do tego, aby ich usłyszano.

Jasno widziała, że skrzyżowanie dróg umarłych przy Tollington Place nie jest zwykłym skrzyżowaniem. Nie był to zwykły i leniwy ruch umarłych. Dom otworzył się na szlak, po którym wędrowały ofiary i sprawcy gwałtów i przemocy. Mężczyźni, kobiety i dzieci cierpieli męki trudne do wyobrażenia. Ich myśli określone były przez śmierć, jaką ponieśli. Ich oczy mówiły o agonii; ciała, które były już tylko wyobrażeniami prawdziwych ciał, wciąż nosiły rany, które im zadano. Widziała także pośród tych wszystkich niewinnych ich oprawców i dręczycieli. Te oszalałe potwory o zdegenerowanych mózgach zaglądały przez szczelinę do jej świata. Straszliwe niemowy, wstrętny wytwór naszego gatunku, ryczały i wyły przeraźliwie.

Chłopak będący piętro wyżej nagle coś wyczuł. Zauważyła, że lekko się poruszył. Głosy, które słyszał, nie były brzęczeniem much, to nie owady się skarżyły. Uświadomił sobie, że żył w kącie świata, że są Trzecie, Czwarte i Piąte Światy. Światy te atakowały go, jego - kłamcę. Mary wyczuła jego panikę jako specyficzny zapach i smak. Nie było to jednak nic, co przypominałoby pocałunek. Był to po prostu smak jego paniki. To dopełniło zjednoczenia między nią a Simonem. Jego przerażone spojrzenie stało się jej przerażonym spojrzeniem. Z wyschniętych gardeł wydobywał się ten sam szept:

- Proszę...

To miało ubłagać dzieci-duchy.

- Proszę...

To zapewniało opiekę i troskę.

- Proszę...

Nawet umarli powinni wysłuchać tych próśb.

- Proszę...

Mary nagle zrozumiała, że nie będzie litości. Duchy cierpiały krzywdę przez wieki, znosiły rany, od których umarły, i szaleńców, którzy je zabili. Musiały teraz znosić lekkomyślność i zuchwalstwo McNeala. Uczynił zabawę z tego, co było ciężką próbą. Teraz chciały prawdy.

Fuller spojrzał na nią. Jego twarz zalana była pulsującym, pomarańczowym światłem. Poczuła jego ręce. Smakowały jak ocet.

- Dobrze się pani czuje? - zapytał. Jego oddech był jak żelazo. Potrząsnęła głową.

Nie czuła się dobrze, nic nie było dobrze.

Szpara poszerzała się z każdą sekundą. Widziała przez nią niebo świata umarłych. Ciemnoszare niebo chmurzące się nad drogą, niebo, które rzucało cień na zwyczajność domu, w którym byli.

- Proszę... - jęknęła. Patrzyła na blednący materiał sufitu.

Szerzej. Szerzej...

Kruchy świat, w którym żyła, napinał się coraz bardziej. Nagle pękł niczym tama pod naporem wody. Czarna woda przelała się i wypełniła pokój.

Fuller czuł, że coś jest nie w porządku. Dostrzegł wreszcie dziwną światłość, która go otaczała. Nie rozumiał jednak, co się dzieje. Mary widziała, jak napina grzbiet, czuła, jak kręci mu się w głowie.

- Co się dzieje? - zapytał. Bezsensowność pytania rozśmieszyła ją.

Piętro wyżej woda potłukła dzbanek, niszczyła wszystko.

Fuller podszedł do drzwi. Trzęsły się i drżały, jakby walili w nie wszyscy mieszkańcy piekieł. Gałka w drzwiach obróciła się. I jeszcze raz. I jeszcze. Farba pokrywająca drzwi wybrzuszyła się pęcherzykami. Klucz tkwiący w zamku rozjarzył się do czerwoności.

Fuller popatrzył na Mary. Ciągle stała w tej dziwnej pozycji, w której ją zostawił: głowa zadarta do góry, nieobecny wzrok.

Sięgnął do klamki, ale drzwi otworzyły się, zanim ich dotknął. Korytarz, który był za drzwiami, zniknął. Swojskie wnętrze domu zostało zastąpione drogą niknącą na linii horyzontu. Ten widok zabił Fullera w jednej chwili. Jego umysł nie mógł tego znieść. Jego nerwy nie wytrzymały. Serce stanęło. To, co znalazł za drzwiami, nie mogło pomieścić mu się w głowie. Zawiódł jego pęcherz i jelita, nogi się pod nim załamały. Kiedy padał na podłogę, jego twarz pokryła się bąblami jak wcześniej drzwi. Ciało trzęsło się. Był już tylko bezwładnym ciałem, tak samo bezwładnym jak drzewo czy stal. Gdzieś na wschodzie jego dusza dołączyła do korowodu okaleczonych na drodze. Korowodu zmierzającego do skrzyżowania, na którym przed chwilą zmarł.

Mary Florescu zrozumiała, że została sama. Piętro wyżej jej cudowny chłopak, ten piękny, kłamliwy dzieciak wił się, skrzeczał, gdy umarli dotykali go mściwymi rękoma. Wiedziała, czego chcą. Wyczytała to z ich oczu. Nie było w tym nic nowego; historia ma w sobie szczególne okrucieństwo i lubi się powtarzać. Zamierzali użyć go do zapisania swych testamentów, miał być ich stronicą, księgą, w której zapiszą swe życiorysy. Krwawą księgą. Księgą, w której strony będą pełne krwi. Księgą napisaną krwią. Widząc skórę umarłych, mogąc jej dotknąć, myślała o okrucieństwie, z jakim się nad nimi znęcano. Myślała o śladach przemocy, jakie widziała na ich ciałach. Widziała ich bardzo wiele. Plecy niektórych z wędrujących umarłych były pocięte.

Takie pisanie krwawych ksiąg nie było niczym nowym, ale pisanie na tej delikatnej skórze było jednak zbrodnią. Chłopak krzyczał, gdy szklane igły z potłuczonego dzbanka wbijały się i orały jego ciało. Odbierała jego męczarnie tak, jakby to ją torturowano, nie było to jednak takie okropne, jak się spodziewała.

Jeszcze krzyczał. I walczył z tymi, którzy go atakowali. Nie zwracali na to uwagi. Tłoczyli się dookoła, nie reagowali ani na obronę, ani na modlitwy. Pisali na nim z entuzjazmem właściwym tym, których zmuszano do milczenia zbyt długo. Mary słyszała, jak jego pełen skargi głos cichnie. Walczyła ze słabością, która i ją ogarniała. Jakimś dziwnym sposobem zrozumiała, że musi dostać się do pokoju na górze. Nieważne, co znajdzie za drzwiami czy na schodach. Wystarczyło, że Simon jej potrzebował.

Widziała, że jej włosy poruszają się, wijąc się jak węże na głowie Gorgony. Cały świat jakby pływał; ledwo mogła dostrzec podłogę, na której stała. Deski, z których zbudowany był dom, stały się deskami-duchami. Za nimi szczerzyła się na nią szalona ciemność. Popatrzyła na drzwi. Cały czas była w letargu, którego nie mogła przezwyciężyć.

Oczywiście umarli nie chcieli, aby dostała się do pokoju na górze. Możliwe nawet, że trochę się jej obawiali. Kiedy o tym pomyślała, zrobiło się jej raźniej. Gdyby się jej nie bali, po cóż staraliby się ją przestraszyć? Niewykluczone, że Mary, która miała dosyć siły, aby otworzyć przejście między dwoma światami, była teraz dla nich groźna, sama o tym nie wiedząc.

Obłażące z farby drzwi były otwarte. Za nimi panował chaos właściwy drodze umarłych. Przestąpiła próg, starając się stopą wyczuć podłogę. Nie potrafiła jej dostrzec, ponieważ cały czas widziała drogę umarłych. Niebo nad nią miało kolor pruskiego błękitu, droga była szeroka i wietrzna, umarli nadchodzili ze wszystkich stron. Przepychała się między nimi jak w normalnym tłumie żywych ludzi. Spoglądali na nią bezmyślnie. Ich głupie twarze zwracały się ku niej z grymasem niezadowolenia, że śmiała tu się wedrzeć.

Przestała jęczeć: "Proszę...". Nic nie mówiła, po prostu zacisnęła zęby i przymknęła oczy. Posuwała się do przodu, szukając stopni schodów, o których wiedziała, że są, wbrew temu, co mówił jej wzrok. Odnalazła je i potknęła się. Ryk tłumu stał się jeszcze głośniejszy. Nie mogła się zorientować, czy śmieją się z jej niezdarności, czy ostrzegają, że zaszła za daleko.

Pierwszy stopień. Drugi stopień. Trzeci stopień,

Mimo, że tłum szarpał ją, wygrywała z nim. Widziała już drzwi do pokoju, w którym leżał ten mały oszust, otoczony ze wszystkich stron przez tych, którzy go atakowali. Slipki opadły mu do kostek. Wyglądało to wszystko jak rodzaj gwałtu. Już nie krzyczał, ale oczy miał pełne strachu i bólu. Wciąż jednak żył. Nawet jego młody i elastyczny mózg nie mógł objąć tego, co się wokół niego działo.

Nagle poderwał głowę i spojrzał na nią przez drzwi. W tej ekstremalnej sytuacji znalazł w sobie prawdziwą zdolność, która była tylko ułamkiem możliwości Mary. Wystarczyła jednak, aby nawiązać z nią kontakt Ich oczy spotkały się. W morzu atramentowej ciemności, otoczeni przez coś, czego nigdy nie znali i nie rozumieli, potrafili się odnaleźć. Ich serca spotkały się i połączyły.

- Przepraszam - powiedział cicho. Był w tym zdaniu bezmierny żal. - Przepraszam. Przepraszam. - Odwrócił wzrok, jego spojrzenie powędrowało gdzie indziej.

Była pewna, że jest prawie na szczycie schodów. Wzrok mówił jej, że stąpa w powietrzu, a twarze podróżujących umarłych były wszędzie dookoła niej. Widziała już jednak, wprawdzie bardzo słabo, kontur drzwi pokoju, w którym leżał Simon. Od stóp do głowy był skąpany we krwi. Znaki, hieroglify pokrywały każdy centymetr jego ciała. Tors, twarz, kończyny. Skupiła się i przez moment widziała go w pustym pokoju, w którym słoneczny blask oświetlał potłuczony dzbanek. Nagle zawahała się na moment i jej głęboka koncentracja osłabła. Znów widziała jak piszą na ciele Simona, które zawisło teraz w powietrzu. Wyrywali włosy z jego głowy i ciała tak, jakby czyścili stronę w książce. Pisali pod pachami, pisali na powiekach, genitaliach i pośladkach, nawet na podeszwach stóp.

Krwawił ciągle, niezależnie od tego, czy widziała go okrążonego przez autorów makabrycznych napisów, czy samego.

Dotarła do drzwi. Jej drżąca ręka dotknęła twardego i rzeczywistego materiału klamki. Jednak, mimo całej koncentracji, nic nie docierało do niej wyraźnie. Mimo maksymalnego skupienia nie mogła rozstrzygnąć, czy klamka jest tylko urojeniem, czy jest prawdziwa. Ścisnęła ją, przekręciła i otworzyła drzwi do pokoju.

Był tam, naprzeciwko niej. Dzielił ich najwyżej metr niespokojnego powietrza. Ich oczy znowu się spotkały w spojrzeniu pełnym zrozumienia. Spojrzeniu, które przynależało do jednego i drugiego świata. Była w tym spojrzeniu i miłość, i litość. Fikcje odeszły, a kłamstwa rozsypały się w proch. Zamiast sprytnego uśmiechu, na twarzy chłopca pojawiła się prawdziwa słodycz. Słodycz, która znalazła odbicie w jej twarzy.

Umarli, przerażeni tym spojrzeniem, odwrócili głowy. Ich twarze się ściągnęły, tak jakby skóra naciągnęła się na czaszce. W przewidywaniu przegranej ich ciała zsiniały, głosy stały się smutne. Dotknęła Simona. Nie musiała już walczyć z hordami umarłych. Uciekali we wszystkich kierunkach, obijając się o ściany, jak umierające muchy, które obijają się o szyby.

Delikatnie dotknęła jego twarzy. To dotknięcie było jak błogosławieństwo. Łzy wypełniły oczy Simona i płynęły po pokaleczonych policzkach, mieszając się z krwią.

Umarli już ucichli. Zgubili się na swej drodze, ich złośliwość została zahamowana.

Płaszczyzna po płaszczyźnie, pokój się uspokajał. Podłoga stała się na powrót widoczna. Widać było każdy gwóźdź, każdą brudną deskę. Okna znów stały się przejrzyste. Na zewnątrz zapadał zmierzch. Słyszeli wrzawę bawiących się dzieci. Droga zniknęła na dobre. Podróżujący po niej odwrócili się ku ciemności i odeszli w zapomnienie, zostawiając po sobie tylko znaki.

Na drugim piętrze domu pod nr 65 pozostało poparzone, dymiące ciało Rega Fullera. Został on przypadkowo zadeptany przez stopy podróżników, przechodzących przez skrzyżowanie. Dusza Fullera dołączyła do tłumu umarłych i spoglądała na ciało, które kiedyś zajmowała. Fullera zabił dum umarłych, którzy podążali, aby wymierzyć sprawiedliwość.

Mary uklęknęła obok McNeala i pogłaskała go po zakrwawionej głowie. Nie chciała wychodzić, aby wezwać pomoc -nie chciała zostawić go samego. Musiała być pewna, że ich dręczyciele nie wrócą. Było cicho. Słyszała tylko dźwięk odrzutowca lecącego przez stratosferę na wschód. Simona nie otaczała żadna aureola. Wszystkie zmysły powróciły na swoje miejsce. Wzrok. Słuch. Dotyk.

Dotyk.

Dotknęła go jak nigdy przedtem. Zostawiła ślady swych dłoni na jego pokrytym krwią ciele. Jej palce poruszały się delikatnie po ciele Simona, jak palce ślepej czytającej Breille'a. Malarskie słowa zostały wydrapane tysiącem rąk na każdym milimetrze jego ciała. Nawet przez krew mogła wyczuć drobiazgową dokładność, z jaką wyryto te słowa. Mimo przyćmionego światła mogła odczytać niektóre wyrażenia. Istnienie duchów zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość, choć bardzo by chciała, o Boże, jak bardzo, aby się to nigdy nie stało. W końcu, po długim czekaniu miała dowód życia poza ciałem. Dowód wypisany na ciele.

Chłopak przeżyje, to było pewne. Krew już wyschła, setki ran powoli się zamykały. Był zdrowy i silny. Nie miał poważniejszych obrażeń. Nigdy jednak nie będzie już piękny. W najlepszym przypadku będzie wzbudzał ciekawość, a w najgorszym wstręt i strach. Ale ona będzie go chroniła, a Simon nauczy się z czasem, że można jej ufać. Ich losy były połączone na zawsze.

Po pewnym czasie, gdy słowa na jego ciele staną się strupami i bliznami, przeczyta je. Z niewyczerpaną miłością i cierpliwością będzie śledziła historię, którą napisali na nim umarli.

Tajemnice napisane kursywą na brzuchu. Świadectwo wypisane ślicznym, eleganckim drukiem na jego twarzy i czole. Historie z jego pleców, nóg i rąk. Przeczyta i zrelacjonuje je wszystkie, każdą sylabę, którą wyczuje swymi delikatnie głaszczącymi palcami. Świat pozna historie, które opowiedzieli umarli.

On był Krwawą Księgą, a ona będzie jedynym tłumaczem.

Kiedy zapadła ciemność, poprowadziła go nagiego poprzez kojącą ból noc.

Oto poniżej macie historie zapisane w Krwawej Księdze. Przeczytajcie je, jeżeli chcecie i wynieście z nich naukę. Są mapą tej ciemnej drogi, która prowadzi przez życie w nieznanym kierunku. Niektórzy nią nie pójdą. Większość jednak spokojnie, z modlitwą na ustach, będzie podążała oświetlonymi ulicami, otwierającymi się poza życiem. Jednak niektórzy napotkają na swej drodze strach, który będzie chciał ich zepchnąć na drogę potępionych.

Więc czytajcie. Czytajcie i uczcie się.

Najlepiej być przygotowanym na najgorsze. Mądrze jest nauczyć się chodzić, zanim zabraknie oddechu.

 

 

NOCNY POCIĄG Z MIĘSEM

 

 

Leon Kaufman już przywykł do miasta. Kiedy był jeszcze prostodusznym chłopakiem, nazywał je Pałacem Rozkoszy. Było to jednak dawno. Mieszkał wtedy w Atlancie, a Nowy Jork był czymś w rodzaju Ziemi Obiecanej. Był miejscem, w którym wszystko jest możliwe.

Mieszkał już trzy i pół miesiąca w Nowym Jorku i ten wymarzony Pałac Rozkoszy nie spełniał jego oczekiwań. Czy rzeczywiście tylko trzy miesiące upłynęły od czasu, kiedy wysiadł na Dworcu Autobusowym Port Authority? Spojrzał wtedy ciekawie wzdłuż 42. Ulicy, w kierunku jej skrzyżowania z Brodway'em. W tak krótkim czasie rozwiało się tak wiele jego marzeń. Kiedy wspominał swą naiwność, popadł w zakłopotanie. Krzywił się, kiedy sobie przypomniał, że stanął wtedy i głośno powiedział:

- Nowy Jorku, kocham cię.

Był wtedy ślepy.

Teraz, po spędzonych tu trzech miesiącach, Nowy Jork stracił cały swój urok i otaczającą go aurę doskonałości.

Nowy Jork to po prostu miasto.

Widział, jak Nowy Jork budzi się, wydłubuje zabitych spomiędzy zębów i wytrząsa samobójców ze swych włosów. Widział to miasto w nocy, jego brudne zaułki, widział, jak bezwstydnie obnaża swą deprawację. Widział je podczas gorącego popołudnia, leniwe i wstrętne, obojętne na wszelkie okrucieństwa i gwałty dokonujące się w mrocznych przejściach.

To nie był Pałac Rozkoszy.

Nowy Jork - to nie rozkosz, lecz śmierć.

Każdy, kogo spotkał, zetknął się z przemocą. Takie były realia życia w Nowym Jorku. Niemal do dobrego tonu należało znać kogoś, kto zginął gwałtowną śmiercią. To dowodziło, że mieszkasz w Nowym Jorku.

Kaufman kochał to miasto z daleka przez prawie dwadzieścia lat. Całe swe przyszłe życie wiązał z Nowym Jorkiem. Dlatego ciężko mu było odrzucić wszystkie te uczucia, tak jakby nigdy nic dla niego nie znaczyły. Ciągle jeszcze były chwile, wczesnym rankiem lub o zmierzchu, kiedy Manhattan wydawał mu się czymś cudownym. Właśnie te chwile powodowały, że ciągle jeszcze miał cień nadziei, że ciągle jeszcze wierzył w to miasto, mimo barbarzyństwa, jakie w nim obserwował. To miasto nie miało zwyczaju przebaczania. Przez tych kilka miesięcy Kaufman widział wiele rozlanej na jego ulicach krwi. Właściwie, to nie ulice były najgorsze. Najniebezpieczniejsze były tunele pod tymi ulicami.

"Rzeź w metrze" stała się przebojem miesiąca. W ciągu ostatniego tygodnia dokonano następnych trzech zabójstw. Ciała znaleziono w wagonie na stacji Avenue of the Americas. Były porąbane i częściowo wypatroszone, tak jakby ktoś przerwał mordercy robotę. Ta makabryczna praca była wykonana z tak sumienną fachowością, że policja sprawdzała każdego człowieka z kartoteki, który miał w przeszłości do czynienia z rzeźnictwem. Obserwowano zakłady pakujące mięso. Mimo tych starań, nikogo jednak nie aresztowano.

Trzy ciała, które znaleziono ostatnio, nie były jedynymi, jakie morderca zostawił w tym stanie. W dniu przyjazdu Kaufmana całą historię opisano w artykule w "The Times". Ciągle jeszcze był to temat numer jeden dla sekretarek i gospodyń domowych.

"The Times" wyjaśnił, że turysta z Niemiec, zagubiwszy się w metrze, odnalazł zwłoki młodej, dobrze zbudowanej kobiety. Miała trzydzieści lat. Pozbawiono ją ubrania. Morderca zdarł wszystko, każdy skrawek odzienia i całą biżuterię, wyjął nawet kolczyki z uszu. Najdziwniejsze było to, że całe ubranie zostało schludnie i starannie złożone. Każdą część garderoby umieszczono w osobnym worku plastikowym i położono na siedzeniu obok ciała.

Co jeszcze dziwniejsze, ciało było nie tylko rozebrane. Według doniesień, nie potwierdzonych jednak przez policję, ciało było skrupulatnie ogolone. Dokładnie usunięto każdy włos - z głowy, pachwiny, spod pach. Ktoś wyrwał nawet brwi i rzęsy. To nie był bezmyślny rzeźnik. Musiał to być morderca o precyzyjnym mózgu, z zamiłowaniem do porządku. Na końcu morderca powiesił tak spreparowane ciało za stopy, przywiązując je do uchwytów pod dachem wagonu. Pod ciałem ustawił czarne wiadro, wyścielone również czarną plastikową folią, do którego kapała płynąca z ran krew.

Właśnie w takim stanie znaleziono ciało. Nagie, ogolone, zawieszone i całkiem pozbawione krwi. Ciało Loretty Dyer. Było to ohydnie staranne i kompletnie niezrozumiałe. Nie znaleziono śladów gwałtu ani tortur. Ofiara została obrobiona szybko i sprawnie, jakby była zwykłym kawałkiem mięsa. A rzeźnik był ciągle na wolności.

Ojcowie miasta, w swej mądrości, postanowili zabronić publikacji prasowych na ten temat. Podano jedynie, że człowiek, który znalazł ciało, przebywa w areszcie prewencyjnym w New Jersey. Uniemożliwiło to dziennikarzom rozmowę z nim. Jednak, mimo tych środków ostrożności, pojawił się jakiś przeciek. Pewien chciwy policjant ujawnił istotne fakty reporterowi z "The Times". Każdy w Nowym Jorku znał potworną historię zarżniętych ofiar. To był główny temat rozmowy w każdym barze i sklepie. I rzecz oczywista, w metrze.

Niestety, Loretta Dyer nie była jedyną ofiarą. Była tylko pierwszą ofiarą.

W takich samych okolicznościach znaleziono następne trzy ciała. Różnica polegała tylko na tym, że ktoś przerwał pracę mordercy i ten nie mógł jej dokończyć. Nie wszystkie ciała były ogolone, nie poderżnięto im również gardeł, aby doprowadzić do wykrwawienia. Była jeszcze jedna istotna różnica. Tym razem to nie turysta, lecz reporter z "The New York Times" znalazł ciało.

Kaufman przejrzał doniesienie, które zajmowało prawie całą pierwszą stronę. Nie wzbudzało to w nim niezdrowej ciekawości; inaczej niż u siedzącego obok sąsiada. Czuł tylko obrzydzenie, które spowodowało, że odsunął talerz z gotowanymi zbyt długo jajami. To był jeszcze jeden powód dekadenckiego nastroju, jakim napawało go to miejsce. Nie potrafił czerpać zadowolenia z choroby toczącej Nowy Jork.

Mimo wszystko, nie mógł zignorować krwawych detali opisanych w artykule na pierwszej stronie. Artykuł nie był utrzymany w tonie sensacyjnym, jednak prostota i lakoniczność stylu powodowały, że był jeszcze bardziej wstrząsający. Nie mógł przestać myśleć o okrucieństwie mordercy. Czy autorem wszystkich morderstw był ten sam człowiek, czy może następne były tylko naśladowaniem pierwszego zabójstwa? Może to był dopiero początek tego koszmaru? Całkiem możliwe, że będą następne morderstwa. Może morderca będzie zabijał tak długo, aż popełni błąd, zbyt ekscytując się tym, co robi, i uda się go złapać. Do tego czasu ukochane miasto Kaufmana będzie żyło w stanie pomiędzy histerią a ekstazą.

Siedzący obok brodacz przewróci kawę Kaufmana.

- Cholera - powiedział.

Leon odsunął swój stołek, aby uniknąć kapiącej z lady kawy.

- Cholera - znowu zaklął brodacz.

- Nic się nie stało - rzekł Kaufman. Spojrzał na sąsiada z lekką pogardą na twarzy. Ten niezgrabny baran próbował wytrzeć kawę serwetką, która momentalnie zmieniła się w papkę. Kaufman złapał się na tym, że zastanawia się, czy ten idiota z rumianymi policzkami i zaniedbaną brodą byłby zdolny do morderstwa. Czy widać było coś w tej spasionej twarzy, jakąś nieprawidłowość w kształcie głowy, która by na to wskazywała?

- Chcesz jeszcze jedną? - odezwał się sąsiad. Kaufman potrząsnął głową.

- Kawę. Zwykłą. Czarną - powiedział brodacz do dziewczyny za ladą. Podniosła głowę znad rusztu, który właśnie myła.

- Co?

- Kawę. Głucha jesteś?

Facet wyszczerzył zęby do Leona.

- Głucha - powiedział.

Kaufman zauważył, że facet nie ma trzech zębów w dolnej szczęce.

- Nieciekawie wygląda, nie? - rzekł sąsiad.

Co wygląda nieciekawie? Kawa? Jego uzębienie?

- Trzej ludzie. Pokrojeni. Kaufman przytaknął.

- Pobudza do myślenia - powiedział brodaty.

- Jasne.

- To znaczy, że oni wszystko zatajają. Wiedzą, kto to zrobił.

"Ta rozmowa jest śmieszna" - doszedł do wniosku Leon. Zdjął okulary i schował je. Brodata gęba już nie będzie tak dobrze widoczna. Był to w końcu jakiś podstęp.

- Dranie - powiedział facet. - Pieprzone dranie, wszyscy oni. Powiem ci coś jeszcze.

- O czym?

- Mają kartotekę. Tylko nas trzymają w pieprzonej niewiedzy. Jest w niej napisane o czymś, co nie jest człowiekiem.

Kaufman zrozumiał. To była sekretna teoria tego idioty. Działało to na niego jak panaceum. Leon słyszał już takie rzeczy wiele razy.

- Kapujesz, robili eksperymenty genetyczne i sprawa wymknęła im się z rąk. To mogą być rosnące pieprzone potwory, o których nie mamy pojęcia. Jest w tym coś, o czym nam nie powiedzą. Zatajają, powiedziałem. Nie puszczą pary.

Wałęsające się potwory, oto, co zajmowało tego barana. Sześć głów, tuzin oczu. Dlaczego nie? To usprawiedliwiało jego miasto, pozwalało mu być poza całą aferą. Ale Kaufman wiedział, że potwory, które zostaną znalezione w tunelach, będą prawdziwymi ludźmi.

Brodacz rzucił pieniądze na ladę. Jego tłuste ciało spłynęło z zaplamionego stołka.

- Pewnie jakiś pieprzony gliniarz - rzekł na odchodnym -próbował stworzyć bohatera, a wyszedł pieprzony potwór. -Wyszczerzył się groteskowo. - Nie puszczą pary. - Wciąż gadając, ociężale wytoczył się z baru.

Kaufman powoli odetchnął, nieco się odprężył. Nie cierpiał tego rodzaju rozmów. Powodowały, że zapominał języka w gębie i stawał się nieudolny. Nienawidził także ludzi tego rodzaju; upartych brutali, których Nowy Jork tak czule pielęgnował.

Była prawie szósta, kiedy Mahogany się obudził. Poranny deszcz przeszedł w wieczorną mżawkę. Powietrze miało ten sam co zawsze na Manhattanie zapach. Przeciągnął się i wstał, odrzucając brudny, wełniany koc. Musiał iść do pracy.

W łazience woda spływała na obudowę klimatyzatora, wypełniając całe mieszkanie rytmicznym odgłosem kapania. Mahogany włączył telewizor, aby zagłuszyć ten dźwięk. Sam program wcale go nie interesował. Podszedł do okna. Położona sześć pięter niżej ulica zatłoczona była ludźmi i samochodami.

Po ciężkim dniu pracy Nowy Jork wracał do domu. Po to, aby się bawić, kochać. Ludzie wylewali się z biur i wsiadali do samochodów. Niektórzy z nich rozdrażnieni całodzienną pracą w pocie czoła, w słabo wentylowanych biurach, inni, łagodni jak baranki, powloką się do domów alejami, dołączając do rzeki idących ludzi. Jeszcze inni będą tłoczyli się w metrze, ślepi na napisy na ścianach, głusi na swą własną paplaninę i głusi na nieprzyjazne gromy rozlegające się w tunelach metra.

Mahogany'emu myślenie o tym sprawiało przyjemność. W końcu nie był jednym z nich. Nie należał do stada. Mógł na nich patrzeć z góry przez okno, wiedząc, że jest wybrańcem. Miał oczywiście, podobnie jak ci ludzie z ulicy, terminy, których musiał dotrzymać. Jednak jego praca nie była tym, czym były ich bezsensowne zajęcia. Jego praca była czymś w rodzaju uświęconego obowiązku.

Musiał żyć, spać i srać jak oni. Jednak to nie pragnienie pieniędzy nim kierowało, a zew historii. Był wielką tradycją, która sięgała dalej wstecz niż Ameryka. Był nocnym wędrowcem. Jak Kuba Rozpruwacz, jak Gilles de Rais. Był żywym wcieleniem śmierci, widmem o twarzy człowieka, nocnym koszmarem, tym, który wzbudza przerażenie. Ludzie na dole nie mogli widzieć jego twarzy, ci, którzy widzieli, nie mogli spojrzeć na nią dwa razy. Jego wzrok osaczał ich, podnosił, wybierał najlepszych, zdrowych i najmłodszych po to, aby padli od ciosu jego uświęconego noża. Czasami Mahogany miał wielką ochotę, aby ujawnić swe oblicze światu. Wiedział jednak, że polega się na nim, miał odpowiedzialne zadanie. Nie mógł oczekiwać sławy. Mógł działać tylko w tajemnicy. Wyłącznie jego pycha tęskniła do sławy. Zresztą, czy befsztyk składa hołd rzeźnikowi, gdy ten go oprawia? Mimo wszystko, był zadowolony. Być częścią tej wielkiej tradycji, to wystarczająca nagroda. Ostatnio wprawdzie co nieco odkryli. Oczywiście nie popełnił żadnego błędu. Nikt nie mógł go obwiniać. Po prostu miał pecha. Życie nie jest teraz takie łatwe jak dziesięć lat temu. Teraz był starszy, praca bardziej go wyczerpywała. Jego obowiązek ciążył mu coraz bardziej. Był wybrańcem. Ciężko jednak było żyć z tym przywilejem. Od jakiegoś czasu zastanawiał się, czy nie powinien wyćwiczyć kogoś młodszego, aby pełnił jego obowiązki. Musiałby skonsultować się z Ojcami. Zbrodnią byłoby zmarnować jego doświadczenie i nikomu go nie przekazać. Miał tyle ciekawych sekretów do przekazania, tyle sztuczek z jego niezwykłego zawodu: jak najlepiej się skradać, ciąć, rozbierać, upuszczać krew, jak wybierać najlepsze mięso, najprostsza metoda dzielenia na porcje. Tak wiele szczegółów, tak wiele zgromadzonej wiedzy.

Mahogany poczłapał do łazienki i odkręcił prysznic. Kiedy pod niego wchodził, spojrzał na swoje ciało: zaokrąglający się powoli brzuch, siwiejące włosy na wiotczejącej piersi, blizny i piegi pokrywające bladą skórę. Starzał się. A miał dziś w nocy, zresztą jak zawsze, pracę do wykonania.

 

 

Kaufman pospiesznie wbiegł na klatkę schodową, trzymając w ręku kanapkę. Opuścił kołnierz i strząsnął krople, które osiadły na płaszczu. Zegar nad drzwiami windy pokazywał 7.16. Mógł pracować do dziesiątej, nie dłużej. Winda zawiozła go na 12. piętro do biur Pappasa. Zmęczonym krokiem posuwał się w labiryncie biurek i zakrytych maszyn do swego małego terytorium. Ciągle paliło się tam światło. Jedyną osobą w pobliżu była sprzątaczka. Zdjął płaszcz, strząsnął z niego krople deszczu tak dokładnie, jak się dało i powiesił. Siadł przed stertą papierów, z którymi walczył przez ostatnie trzy dni i zaczął pracę. Jeszcze jedna noc i skończy pracę. Był tego pewien. Łatwiej mu było się skoncentrować teraz, bez tego ciągłego klekotu maszyn do pisania. Odwinął swą pszenną bułkę z szynką i majonezem i schował jako prowiant na resztę nocy.

Była dziewiąta.

Mahogany był gotowy do nocnej wyprawy. Miał na sobie jak zawsze spokojny, brązowy garnitur, schludnie zawiązany krawat, srebrne spinki do mankietów /prezent od pierwszej żony/, nieskalaną, starannie wyprasowaną koszulę. Rzadkie włosy były starannie ułożone i zwilżone żelem, paznokcie starannie obcięte i wypolerowane. Twarz skropił wodą kolońską. Torba była już spakowana: ręczniki, instrumenty, fartuch ochronny. Sprawdził swój wygląd w lustrze. Ciągle jeszcze wyglądał na 45-50 lat.

Kiedy przyglądał się własnej twarzy, myślał o obowiązku, który musi spełnić. Poza wszystkim, musi być ostrożny. Wiele oczu może go dziś obserwować, kontrolować i oceniać. Musi wyglądać zupełnie niewinnie, nie może wzbudzać podejrzeń.

"Gdyby tylko wiedzieli" - pomyślał. Ci, przechodzący obok niego, mijający go, zderzający się z nim bez słowa przeprosin. Gdyby tylko wiedzieli ci, na których patrzył z pogardą, ci, którzy uśmiechali się, widząc jego wielką postać. Gdyby zdawali sobie sprawę, co zrobił i co niesie ze sobą, a przede wszystkim, gdyby wiedzieli kim jest.

- Uwaga - powiedział do siebie i zgasił światło. W mieszkaniu zapadła ciemność. Podszedł do drzwi i otworzył je. Był przyzwyczajony do poruszania się w ciemności. Był szczęśliwy w ciemności.

Chmury deszczowe całkowicie się już rozproszyły. Mahogany skierował się Amsterdamską do stacji metra na 145. Ulicy. Zamierzał wsiąść do Avenue of the Americas, jego ulubionej i najbardziej urodzajnej linii.

A więc po schodach do metra, trzymając w dłoni żeton, potem przejść przez automatyczne drzwi. Zapach tuneli metra znowu drażnił jego nozdrza. Nie był to oczywiście zapach tych głębokich tuneli, które pachniały bardzo specyficznie. Mimo, że powietrze w tunelach tej płytkiej linii było zestarzałe i raczej śmierdzące, było w tym zapachu coś kojącego. Nieświeży oddech milionów pasażerów, tłoczących się niczym mrówki, mieszał się z oddechami wszystkich wstrętnych stworzeń żyjących w tych tunelach. Kochał to. Zapach, ciemność, huk jadącego pociągu.

Stał na peronie i krytycznie obserwował współpasażerów. Dwa lub trzy ciała obejrzał dokładniej. Większość jednak - to były śmiecie. Tylko parę było wartych polowania. Fizycznie zniszczone, otyłe, chore i zmęczone. Ciała zniszczone przez brak umiaru i niedbałości. Jako profesjonalistę bardzo go to denerwowało. Słabość zepsuła tak wiele dobrych ciał.

Stał na stacji przeszło godzinę, wałęsając się od peronu do peronu. Pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały, przyjeżdżały i odjeżdżały, a ludzie wraz z nimi. Przygnębiający był fakt, że tak mało wśród nich było ciał godnych uwagi. Wyglądało na to, że każdego dnia będzie musiał czekać coraz dłużej na ciało warte użycia. Było już prawie wpół do jedenastej, a on nie widział jeszcze nikogo, kto byłby naprawdę dobry do uboju. Nieważne, powiedział sobie, ciągle jeszcze był czas. Wkrótce ukażą się ludzie powracający z teatrów. Były to dobre, silne ciała. Dobrze wykarmieni inteligenci, trzymający kurczowo resztki biletów i rozmawiający na temat rozrywek kulturalnych - tak, tam coś będzie. Jeżeli nie /a były już noce, kiedy wydawało się, że nie znajdzie nic odpowiedniego/, pojedzie na przedmieście. Znajdzie na rogu jakąś zakochaną parę albo atletę, który dopiero co opuścił salę gimnastyczną. Sportowcy zawsze stanowili dobry materiał, czasami jednak trafiały się tak dobre egzemplarze, że atakując je, narażał się na opór. Pamiętał jak zaatakował dwóch czarnych samców. Może było to rok temu, może dawniej. Różnica wieku pomiędzy samcami wynosiła może 40 lat. Chyba byli to ojciec i syn. Bronili się, używając noży. W efekcie Mahogany trafił do szpitala na 6 tygodni. Była to ostra walka. Zaczął już nawet wątpić w swe możliwości. Gorzej, zastanawiał się, co z nim zrobią władcy, gdy odniesie poważniejsze obrażenia. Może zostanie dostarczony do swej rodziny w New Jersey i będzie miał przyzwoity, chrześcijański pogrzeb? A może rzucą jego padlinę w ciemność, jak szmatę?

Nagłówek porzuconego na ławce "New York Post" zwrócił jego uwagę: "Policja wzmaga wysiłki, aby schwytać mordercę". Myśli o porażce, słabości i śmierci zniknęły. Był przecież tylko człowiekiem, mordercą i myśl, że mógłby zostać złapany była śmieszna. Zresztą jego poczynania były usankcjonowane przez najwyższe możliwe autorytety. Żaden policjant nie może go złapać, żaden sąd sądzić. Prawo i porządek, które go ścigały, służyły tym samym panom, którym on służył. Czasami niemal miał ochotę, żeby złapał go jakiś gliniarz z dwoma belkami na czapce. Pełen triumfu zaprowadziłby wtedy Mohogany'ego przed sąd. Mahogany zobaczyłby ich głupie twarze, gdy okazałoby się, że jest człowiekiem chronionym, stojącym ponad prawem i statutami.

Teraz po 10.30 sytuacja się polepszyła. Strumień powracających do domu wielbicieli teatru już napływał. Nie było jednak na razie nic ciekawego. Zresztą i tak chciał przeczekać największy ruch. Chciał podążyć za jednym lub dwoma upatrzonymi okazami do końca linii. Jak każdy mądry myśliwy, czekał na właściwy moment.

 

 

O jedenastej Kaufman jeszcze pracował, mimo że obiecał sobie skończyć o dziesiątej. Rozdrażnienie i zmęczenie jeszcze bardziej utrudniały pracę. Arkusze wykresów zaczęły zamazywać się przed oczami. Dziesięć po jedenastej rzucił pióro i przyznał się do porażki. Tarł oczy wierzchem dłoni, aż zobaczył wirujące kolorowe płaty.

- Pieprzyć to - powiedział.

Nigdy nie przeklinał w towarzystwie. Jednak przynosiło mu ulgę, gdy raz na jakiś czas zaklął sobie w samotności. Wyszedł z biura, przewiesił płaszcz przez ramię, skierował się do windy. Był zmęczony, oczy same mu się zamykały.

Na dworze było zimniej, niż się spodziewał. Otrzeźwiło go to nieco. Ruszył w kierunku stacji metra na 34. Ulicy. Złapie linię Express do Far Rockaway. Za godzinę będzie w domu.

 

 

Kaufman ani Mahogany nie wiedzieli, że na skrzyżowaniu 90. i Broadwayu policja aresztowała pewnego człowieka, biorąc go za Mordercę z Metra. Złapano go w jednym z podmiejskich pociągów. Mały człeczyna, z pochodzenia Europejczyk, dzierżył w ręku młotek i piłę i groził zapędzonej w kąt kobiecie, że przetnie ją na pół w imię Jehowy.

Wątpliwym było, czy byłby w stanie spełnić swą groźbę. Nie miał żadnych szans. Przyglądający się pasażerowie /wśród nich było dwóch żołnierzy piechoty morskiej/ zobaczyli, jak niedoszła ofiara kopnęła napastnika w jądra. Facet upuścił młotek, kobieta podniosła go i złamała mężczyźnie szczękę i kość policzkową, zanim piechota morska wkroczyła do akcji.

Kiedy pociąg zatrzymał się na 96. Ulicy, policja czekała już na peronie, aby aresztować Rzeźnika z Metra. Policjanci wpadli do wagonu całą hordą, wrzeszcząc upiornie i cholernie wszystkich strasząc. Rzeźnik leżał w rogu wagonu z pokiereszowaną twarzą. Triumfując, rzucili się na niego. Po przesłuchaniu kobieta została odprowadzona do domu przez dwóch żołnierzy.

 

 

Mahogany nic nie wiedział o tej bardzo przydatnej dla niego dywersji. Prawie całą noc policja straciła, aby ustalić tożsamość swego więźnia. Niedoszły morderca nie mógł im w tym pomóc, ponieważ jedyne, co mógł zrobić przy pomocy swych zmasakrowanych ust, to ślinić się. Dopiero o 3.30 kapitan Davis, który przyszedł na służbę, rozpoznał mężczyznę. Był to emerytowany kwiaciarz. Nazywał się Hank Vasarely. Był on wielokrotnie aresztowany za agresywne i nieprzyzwoite zachowanie. Przypuszczenia, że on jest rzeźnikiem z Metra, okazały się mylne: Vasarely był mniej więcej tak groźny jak wielkanocna babka. Nie był Mordercą z Metra. Jednak, kiedy gliniarze się o tym przekonali, Mahogany już pracował.

Było piętnaście po jedenastej, kiedy Kaufman złapał metro linii Express do Mott Avenue. Jechał z dwójką innych podróżnych. Jednym z nich była Murzynka w średnim wieku, ubrana w purpurowy płaszcz, drugim - pryszczaty młody człowiek, gapiący się spod wpółotwartych powiek na napis na suficie: "Pocałuj mój biały tyłek".

Kaufman siedział w pierwszym wagonie. Miał przed sobą 35 minut jazdy. Przymknął oczy, uśpiony rytmicznym stukotem kół. Podróż była nudna, a on zmęczony. Nie dostrzegł migotania światła w sąsiednim wagonie. Nie widział także twarzy Mahogany'ego, który patrzył przez szybę w drzwiach dzielących wagony i szukał swego mięsa.

Na 14. ulicy kobieta wysiadła. Nikt nie wsiadł.

Kaufman na krótko otworzył oczy i spojrzał na pusty peron 14. ulicy. Kiedy pociąg ruszył, ponownie je zamknął. Drzwi syknęły i zamknęły się. Pół drzemał, był gdzieś pomiędzy jawą a snem. Jakieś rodzące się marzenia senne trzepotały mu w głowie. Było to przyjemne uczucie. Pociąg znowu jechał, podążając w kierunku tunelu.

Możliwe, że drzemiący Kaufman dostrzegł otwierające się powoli drzwi pomiędzy wagonami. Może wyczuł wpadający do wagonu smród tunelu. Niewykluczone, że usłyszał głośniejszy przez chwilę stukot kół. Jednak zignorował to. Może nawet słyszał szamotaninę ujarzmionego przez Mahogany'ego młodzieńca o nieobecnym spojrzeniu. Jednak dźwięk był zbyt odległy, a perspektywa snu zbyt kusząca. Zdrzemnął się.

Nie wiadomo dlaczego, śniła mu się kuchnia matki. Matka cięła rzepę i uśmiechała się łagodnie. Był we śnie małym dzieckiem i patrzył na jej promienną twarz.

Raptownie otworzył oczy. Matka zniknęła. Wagon był pusty. Zagapionego chłopaka nie było. Jak długo drzemał? Nie pamiętał przystanku na 4. Zachodniej Ulicy. Wstał zupełnie jeszcze zaspany. Wydawało mu się, że hałas kół jest wściekły. Prędkość była jakby większa. Może maszynista też spieszy się do domu, pragnie lec w łóżku obok swej żony. Ta prędkość miała w sobie coś upajającego, naprawdę było to coś cholernie ekscytującego.

Zasłona na szybie w drzwiach dzielących oba wagony była do połowy opuszczona. O ile pamiętał, poprzednio okno było zupełnie odsłonięte. Jakieś skojarzenie przedarło się do otumanionego snem mózgu Kaufmana. Pewnie spał dłużej, niż przypuszczał. Konduktor sprawdzający bilety przeoczył go i teraz Leon jechał na jakąś bocznicę, na którą odstawia się pociągi na noc.

- Pieprzyć to - powiedział głośno.

Może pójść do maszynisty? To cholernie głupie pytanie: "Gdzie ja jestem?" Jedyną odpowiedzią, jakiej mógłby się spodziewać o tej porze, byłoby przekleństwo.

Pociąg zaczął zwalniać. Stacja. Tak, stacja. Pociąg wynurzył się z tunelu i wtoczył się na stację przy 4. Zachodniej Ulicy. A jednak Leon nie przespał żadnej stacji. Więc gdzie podział się chłopak? Może zignorował tabliczkę na ścianie wagonu, zabraniającą przechodzenia między wagonami w czasie jazdy? A może poszedł do przedziału maszynisty? Może zabawiał się z maszynistą? Nie byłoby w tym nic dziwnego. Nowy Jork do Pałac Rozkoszy. Każdy ma tu prawo do odrobiny miłości w mroku.

Kaufman wzruszył ramionami. Co go właściwie obchodzi, gdzie poszedł chłopak?

Drzwi się zamknęły. Nikt nie wsiadł do pociągu. Metro wytoczyło się ze stacji, światła zamigotały, jakby zwiększenie prędkości wymagało dodatkowej mocy.

Zmysły Kaufmana wreszcie się obudziły. Nawet poprzez stukot i łomot kół, usłyszał odgłos darcia materiału dobywający się z następnego wagonu. Czy ktoś darł swą koszulę? Wstał i aby utrzymać równowagę, złapał za uchwyt pod sufitem wagonu. Okno pomiędzy wagonami było zupełnie zasłonięte, ale Kaufman wpatrywał się w nie ze zmarszczonymi brwiami, jakby chciał je prześwietlić promieniami Roentgena. Wagon huśtał się i trząsł. Leon znowu podróżował na jawie.

Następny odgłos darcia?

Czy to gwałt?

Ze wzrastającym zainteresowaniem zbliżył się do drzwi dzielących oba wagony. Miał nadzieję, że znajdzie jakąś dziurkę albo szczelinę w zasłonie. Patrzył ciągle w drzwi, nie zauważył więc, że stąpa po plamach krwi. Dopóki... nie poślizgnął się. Spojrzał w dół. Pszenna bułka z szynką podeszła mu do gardła. Krew. Odetchnął kilka razy nieświeżym powietrzem i znów spojrzał na okno. W głowie kotłowało się słowo: "krew"!

 

 

Drzwi były nie dalej niż jard lub dwa. Musiał zobaczyć. Miał krew na bucie, plamy prowadziły do drugiego wagonu, musiał tam zajrzeć. Naprawdę musiał.

Zrobił dwa kroki i uważnie obejrzał zasłonę, szukając jakichś szpar. Jedna spruta nitka mogła mu wystarczyć. Znalazł maleńką dziurkę. Przyłożył do niej oko. Mózg nie chciał zaakceptować tego, co widziały oczy, odrzucał absurdalny widok, jak koszmar senny. Rozsądek mówił mu, że to, co widzi nie może być prawdą, jednak Kaufman wiedział, że na pewno nie śni. Ciało zesztywniało ze strachu. Mrugał oczami, starając się nie widzieć przerażającej sceny za drzwiami. Stal przy drzwiach, wydawało mu się, że krew przestała krążyć w jego ciele, zakręciło mu się w głowie z powodu braku tlenu. Różnokolorowe plamy zamigotały Leonowi przed oczyma, odcinając go nareszcie od okrutnego widoku.

Zemdlał.

 

 

Był ciągle nieprzytomny, gdy pociąg dojeżdżał do Jay Street. Nie słyszał zapowiedzi maszynisty, że wszyscy pasażerowie powinni przesiąść się do innego pociągu. Zresztą, nawet gdyby ją słyszał, nie uwierzyłby jej. Żaden pociąg nie kończył biegu na Jay Street. Linia biegła do Mott Avenue przez Aqueduct Race Track, mijając lotnisko JFK. Mógłby zapytać, co to właściwie za pociąg, tylko że pytanie było już niepotrzebne. Odpowiedź była w następnym wagonie: zadowolona uśmiechała się do siebie spoza zakrwawionego fartucha - kolczugi.

To był Nocny Pociąg z Mięsem.

 

 

Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo był nieprzytomny. Mogły minąć równie dobrze sekundy jak i godziny, zanim oczy Kaufmana znowu się otworzyły i oceniły nową sytuację.

Leżał pod jednym z siedzeń, oparty o drżącą ścianę wagonu. Był niewidoczny z drugiego wagonu. Szczęście jak dotąd mu sprzyjało. W jakiś sposób drgania metra przesunęły jego bezwładne ciało poza zasięg wzroku. Przypomniał sobie koszmar z Wagonu nr 2 i znowu zebrało mu się na wymioty. Był sam. Gdziekolwiek był konduktor /może został zabity/, Leon i tak nie mógł zawołać o pomoc. A maszynista? Czy pociąg toczył się teraz przez nieznane tunele ku swej zagładzie? Tunele bez żadnej znanej stacji?

A jeżeli nawet nie będzie katastrofy kolejowej, w której mógłby zginąć, ciągle jeszcze jest rzeźnik. Rzeźnik, którego dzieliła od Kaufmana jedynie grubość drzwi. Gdziekolwiek się obrócił, czekała na niego śmierć. Kiedy leżało się na podłodze, hałas był ogłuszający. Zęby szczękały o siebie, twarz zdrętwiała od wibracji. Bolała go od tych wstrząsów cała głowa. Stopniowo wracało mu czucie, a wraz z nim mdłości. Ciągle pamiętał straszliwą scenę, jaką widział w drugim wagonie. Widział wcześniej zdjęcia ofiar, ale to nie to samo, co widzieć morderstwo na własne oczy. Był w pociągu razem z Rzeźnikiem, potworem, który przywiązywał za stopy swe nagie i bezwłose ofiary do uchwytów pod dachem wagonu. Ile czasu jeszcze minie, zanim morderca otworzy drzwi i dobierze się do niego? Był pewien, że jeżeli morderca go nie wykończy, to zrobi to za niego to straszne oczekiwanie.

Usłyszał ruch za drzwiami.

Instynkt zadziałał. Kaufman wcisnął się głębiej pod siedzenie, zwinął się w kłębek, przytulając bladą twarz do ściany. Zakrył głowę rękami. Zamknął oczy jak każde bojące się straszydła dziecko.

Drzwi powoli się otworzyły. Klik. Syk. Ruch wpadającego powietrza. Pachniało dziwniej i zimniej niż kiedykolwiek. Pachniało jakoś pierwotnie, wrogo i tajemniczo. Zadrżał.

Drzwi się zamknęły. Klik. Rzeźnik był tuż obok. Kaufman był tego pewien. Może stał dosłownie o cale od miejsca, gdzie leżał Leon. Czy patrzy teraz z góry na jego plecy? Czy pochyla się z nożem w ręku, aby wyciągnąć go spod siedzenia jak ślimaka z muszli?

Nic takiego się nie stało. Nie czuł żadnego oddechu. Nikt nie rozpruł mu pleców. Usłyszał ciche stąpanie obok głowy; odgłosy powoli oddalały się. Kaufman z ulgą wypuścił powietrze. Płuca już prawie mu pękały od powstrzymywania oddechu.

 

 

Mahogany poczuł się rozczarowany, że śpiący mężczyzna wysiadł na 4. Zachodniej Ulicy. Miał nadzieję na jeszcze jedną robotę tej nocy, dałoby mu to upragnione zajęcie. Ale nie: mężczyzna wysiadł. "Zresztą, potencjalna ofiara nie wyglądała zbyt zdrowo" - pomyślał. Wyglądał na anemicznego żydowskiego księgowego. Mięso byłoby kiepskiej jakości. Mahogany skierował się do kabiny maszynisty. Zamierzał tam spędzić resztę czasu.

"Mój Boże, on zamierza zabić maszynistę" - pomyślał Kaufman.

Usłyszał, jak otwierają się drzwi do kabiny. Potem dotarł do niego głos Rzeźnika:

- Cześć.

- Cześć. Znali się.

- Zrobione?

- Zrobione.

Kaufmana zaskoczyła banalność tego dialogu... Zrobione? Co tu znaczy: zrobione? Nie dosłyszał kilku następnych słów, bo pociąg jechał po wyjątkowo głośnym odcinku trasy.

Kaufman nie mógł już dłużej wytrzymać. Ostrożnie wyturlał się i spojrzał sponad ramion. Wszystko co mógł zobaczyć to nogi Rzeźnika i dół otwartych drzwi. Cholera. Chciał zobaczyć twarz tego potwora jeszcze raz.

Znowu usłyszał śmiech.

Kaufman rozważył ryzyko. Arytmetyka paniki. Jeżeli dobrze oceniał miejsce, w którym się znajdował, wcześniej czy później Rzeźnik go zobaczy i zrobi z niego budyń. Z drugiej strony, jeżeli ruszy się ze swojego miejsca i zacznie uciekać, ryzykuje, że go zobaczą i będą ścigać. Co jest gorsze? Bezruch i oczekiwanie na śmierć pod siedzeniem, czy spotkanie z Rzeźnikiem twarzą w twarz na środku wagonu? Kaufman zaskoczył odwagą samego siebie; postanowił się ruszyć.

Nieskończenie wolno wypełzał spod siedzenia, obserwując bez przerwy plecy Rzeźnika. Zaczął czołgać się w kierunku drzwi. Każdy centymetr był torturą. Rzeźnik jednak wyglądał na zbyt zaabsorbowanego rozmową, aby się odwracać. Dotarł do drzwi. Zaczął wstawać, starając przygotować się do tego, co zobaczy w Wagonie nr 2. Ścisnął klamkę i powolutku zaczął otwierać drzwi. Hałas wzmógł się, a fala wilgotnego, cuchnącego powietrza wpadła do wagonu. Rzeźnik na pewno to usłyszy albo wyczuje. Na pewno się odwróci. Ale nie. Kaufman prześlizgnął się przez wąską szczelinę półotwartych drzwi i wszedł do krwawego Wagonu nr 2. Ulga sprawiła, że stał się nieuważny. Źle zamknął drzwi i te zaczęły się otwierać pod wpływem wstrząsów pociągu.

Mahogany wystawił głowę z kabiny maszynisty i spojrzał na drzwi.

- Co jest, kurwa? - zapytał maszynista.

- Źle zamknąłem drzwi. To wszystko.

Kaufman słyszał, jak rzeźnik podchodzi do drzwi. Kucnął za ścianą, czując nagle narastające mdłości. Morderca zamknął drzwi z drugiej strony i kroki znowu się oddaliły.

Bezpieczniej, przynajmniej jeszcze przez chwilę.

Otworzył oczy przygotowując się na straszny widok. Nie było przed tym ucieczki.

Potworność odbierana była wszystkimi zmysłami. Smród wnętrzności, wiszące ciało, mokra podłoga pod palcami, skrzypienie uchwytów pod ciężarem ciała. Powietrze o kwaśnym zapachu krwi. Cały ten toczący się przez ciemność wagon wypełniony był śmiercią. Teraz jednak nie ogarnęły go mdłości. Nie pozostało nic innego jak obrzydzenie. Patrzył na ciała nawet z pewną ciekawością. Szczątki najbliżej niego były tym, co pozostało z pryszczatego młodzieńca, którego widział w wagonie nr 1. Ciało wisiało do góry nogami, kołysząc się zgodnie z podrygiwaniem pociągu, wspólnie z trzema innymi, wykonując coś w rodzaju "dance macabre". Kolana zwisały luźno, kołysząc się w stawach. Zrobiono w nich głębokie nacięcia /na cal lub dwa/. Każda część ciała dzieciucha hipnotycznie przyciągała wzrok Kaufmana. Język zwisający z otwartych ust. Głowa kiwająca się na poderżniętej szyi. Nawet penis chłopaka kiwał się na prawo i lewo, zwisając z wyskubanej pachwiny. Z ran na głowie i szyi krew spływała wciąż do czarnego wiadra. Była w tym wszystkim jakaś elegancja. Po prostu dobrze wykonana praca.

Oprócz chłopaka, w wagonie wisiały jeszcze ciała dwóch młodych, białych kobiet i śniadego mężczyzny. Kaufman spojrzał na ich twarze. Były zupełnie blade. Jedna z dziewczyn była piękna. Stwierdził, że mężczyzna jest Portorykańczykiem. Wszystkie ciała były dokładnie ogolone lub opalone. W powietrzu czuć było jeszcze cierpki zapach charakterystyczny dla palonych włosów. Kaufman powoli podniósł się, opierając się o ścianę. Nagle ciało jednej z kobiet obróciło się, pokazując plecy.

Leon nie był przygotowany na straszny widok, jaki zobaczył. Plecy od szyi po pośladki zostały całkowicie pozbawione skóry. Rzeźnik usunął także mięśnie. Widać było błyszczący kręgosłup. W ten sposób morderca udowodnił swą wielką fachowość. W Wagonie nr 2 wisiały szczątki ludzkie, podgolone, pozbawione krwi, wypatroszone jak ryby - gotowe do spożycia.

Kaufman prawie się uśmiechnął, gdy uświadomił sobie perfekcję Rzeźnika. Poczuł ogarniające mózg szaleństwo, prowadzące do zapomnienia i obiecujące zobojętnienie wobec świata. Zaczął się trząść. Nie mógł tego powstrzymać. Jego struny głosowe formowały się do krzyku. Było to nieznośne. Nie mógł krzyczeć, jeśli nie chciał za chwilę zawisnąć obok tych czterech ciał.

- Pieprzyć to - powiedział głośniej niż zamierzał.

Odepchnął się od ściany i zaczął iść wzdłuż wagonu, omijając kołyszące się ciała, patrząc na schludnie poukładane obok niedawnych właścicieli ubrania i rzeczy osobiste. Podłoga była lepka od krwi i żółci. Przymrużył oczy, aby jak najmniej widzieć z tego potwornego obrazu. Niewiele to jednak pomogło. Wyraźnie widział pełne krwi wiadra, ciężkie i tłuste.

Mijał właśnie ciało chłopaka i widział już drzwi do trzeciego wagonu. Musiał jak najszybciej opuścić to pomieszczenie pełne okrucieństwa. Poganiał sam siebie, próbując zignorować otaczający go koszmar i wlepił wzrok w drzwi, które wiodły do normalnego świata. Minął pierwszą kobietę. Jeszcze kilka jardów, najwyżej dziesięć kroków, mniej, jeśli będzie stąpał pewnie.

Nagle zgasło światło.

- Jezu Chryste - jęknął.

Pociąg gwałtownie się przechylił, Kaufman stracił równowagę. Próbował ją odzyskać w całkowitej ciemności, która panowała teraz w wagonie. Jego młócące ramiona objęły ciało wiszące obok. Zanim mógł cokolwiek zrobić, poczuł jak ręce zagłębiają się w letnie ciało. Ręka uchwyciła obnażony mięsień zabitej kobiety. Palcami dotknął kości kręgosłupa. Policzkiem dotknął bezwłosego uda. Wrzasnął. Kiedy krzyczał, światła zamigotały i powtórnie się zapaliły. Kiedy krzyk ucichł, Leon usłyszał tupot stóp Rzeźnika biegnącego ku drzwiom dzielącym wagony. Puścił ciało, które obejmował. Twarz miał umazaną krwią, która spływała po nodze zabitej kobiety. Czuł ją na policzku; była jak barwy wojenne.

Krzyk wyrwał jego mózg z letargu. Poczuł się nagle silniejszy. Nie będzie ucieczki, nie będzie tchórzostwa. Nie teraz. To będzie walka na śmierć i życie, twarzą w twarz. Wszystkie chwyty są dozwolone. Sprawa jest prosta: albo życie, albo śmierć.

Klamka zaskrzypiała.

Kaufman rozejrzał się w poszukiwaniu broni. Wzrok miał spokojny i wyrachowany. Jego spojrzenie padło na torbę leżącą obok ciała Portorykańczyka. Był tam nóż, leżący wśród imitacji złotych łańcuchów i pierścieni. Niepokalanie czysta broń o długim ostrzu była pewnie dumą i ulubioną zabawką właściciela. Kaufman minął zwisające, dobrze umięśnione ciało i złapał nóż. Dobrze leżał w ręce. Broń w ręku dodała Leonowi odwagi.

Drzwi otworzyły się i ukazała się twarz mordercy.

Kaufman spojrzał na Mahogany'ego. Na pozór był zwykłym, łysiejącym mężczyzną z nadwagą w wieku około 50 lat. Miał wielką twarz i głęboko osadzone oczy. Usta Mahogany'ego były małe i delikatne. Wyglądały prawie jak kobiece.

Mahogany nie mógł pojąć, skąd się wziął ten intruz. Zdawał sobie jednak sprawę, że to jeszcze jeden dowód jego rosnącej z wiekiem niekompetencji. Natychmiast musi załatwić tę nędzną kreaturę. W końcu do końca linii zostało już tylko mila lub dwie. Musi pociąć i powiesić" tego małego człowieczka, zanim dotrą do miejsca przeznaczenia. Wszedł do Wagonu nr 2.

- Zaspałeś - powiedział, rozpoznając Kaufmana. - Widziałem cię. Kaufman milczał.

- Powinieneś był wysiąść. Co próbowałeś zrobić? Ukryć się przede mną?

Kaufman ciągle milczał.

Mahogany położył rękę na trzonku tasaka, który zwisał z mocno zużytego paska. Był cały we krwi, podobnie jak fartuch, młotek i piła.

- Skoro tak - powiedział - muszę się tobą zająć. Kaufman podniósł nóż. Wyglądał on raczej mizernie w porównaniu ze sprzętem Rzeźnika.

- Pieprzyć to - powiedział.

Mahogany uśmiechnął się pobłażliwie, widząc, że mały mężczyzna zamierza się bronić.

- Nie powinieneś tego widzieć. To nie dla takich jak ty - powiedział, robiąc krok w kierunku Kaufmana. - To tajemnica.

"Aha, więc ten facet jest nieco nawiedzony" - pomyślał Kaufman. To trochę wyjaśniało.

- Pieprzyć to - powiedział jeszcze raz. Rzeźnik zmarszczył brwi. Nie podobał mu się lekceważący stosunek tego facecika do jego pracy i reputacji.

- Każdy z nas kiedyś umrze - powiedział. - Powinieneś być zadowolony: nie zostaniesz spalony jak wielu innych. Wykorzystam cię, aby nakarmić Ojców.

Jedyną odpowiedzią Kaufmana był szyderczy śmiech. Nie bał się już tego tłustego, niezgrabnego człowieka.

Rzeźnik wyjął tasak zza pasa i uniósł go.

- Taki brudny Żyd jak ty - powiedział - powinien być wdzięczny za to, że jest użyteczny. Być mięsem - to powinno zaspokajać twoje aspiracje.

Nagle rzeźnik zaatakował. Tasak przeciął powietrze z ogromną szybkością, ale Kaufman zdążył się odsunąć. Tasak rozerwał rękaw płaszcza Leona i utkwił w goleni Portorykańczyka. Impet uderzenia wbił topór do połowy, a ciężar dopełnił reszty - rana jeszcze bardziej się rozszerzyła. Mięso uda przypominało stek, soczysty i apetyczny.

Rzeźnik wyciągnął topór z rany. W tym właśnie momencie Kaufman zaatakował. Nóż zmierzał ku oku Mahogany'ego, ale błąd Leona spowodował, że wbił się on w szyję mordercy. Przeszył gardło. Koniec ostrza ukazał się z drugiej strony. Na wylot. Jednym uderzeniem. Na wylot.

Mahogany poczuł wbijające się w szyję ostrze. Było to zupełnie takie samo uczucie jak przy dławieniu się kością z kurczaka. Wydał z siebie dziwaczny dźwięk, przypominający kaszel. Krew napłynęła do ust czerwieniąc je, jak szminka czerwieni usta kobiety. Tasak upadł na ziemię z łomotem.

Kaufman wyrwał nóż. Krew chlusnęła z obu ran.

Magohany padł na kolana, patrząc na nóż, który go zabił. Mały mężczyzna patrzył na niego spokojnie. Coś mówił, ale uszy Mahogany'ego były już głuche. Rzeźnik nagle oślepł. Z żalem uświadomił sobie, że nie będzie już nigdy widział ani słyszał. To była śmierć. Przyszła po niego. Pod palcami czuł materiał spodni. Czuł gorące krople padające na ręce. Jego życie zatrzymało się na palcach, kiedy miał jeszcze czucie w rękach... potem ciało zwaliło się. Ręce, życie, uświęcony obowiązek padł pod ciężarem szarego ciała.

Rzeźnik był martwy.

Kaufman zaczerpnął łyk nieświeżego powietrza i złapał za uchwyt, aby utrzymać równowagę. Łzy kapały na podłogę rzeźni, w której się znajdował. Czas mijał. Nie miał pojęcia jak długo tak stał, napawając się zwycięstwem.

Pociąg zaczął zwalniać. Czuł i słyszał, że użyto hamulców. Gdy pociąg zwalniał, wiszące ciała przechyliły się do przodu. Koła piszczały, ślizgając się po szynach.

Kaufmana opanowała ciekawość. Czy pociąg wjeżdża do podziemnej rzeźni mordercy, udekorowanej zdobytymi trofeami? Co zrobi śmiejący się maszynista, tak obojętny na masakrę, gdy pociąg się zatrzyma? Rozpamiętywanie sytuacji nie miało sensu. Mógł teraz stawić czoła wszystkim. Zatrzeszczał głośnik.

- Jesteśmy. Lepiej żebyś zajął swoje miejsce - powiedział maszynista.

Zajął swoje miejsce? Co to znaczy?

Pociąg zwolnił do ślimaczego tempa. Za drzwiami panowała nieprzenikniona ciemność. Światła zamigotały i zgasły. Tym razem nie zapaliły się powtórnie.

Kaufmana otaczała zupełna ciemność.

- Skończymy za pół godziny - obwieścił głośnik, jakby to była normalna stacyjna zapowiedź.

Pociąg dojechał do stacji. Zamilkły znieruchomiałe na szynach koła. Słychać było tylko buczenie głośnika. Kaufman nadal nic nie widział. Nagle usłyszał syk. Drzwi się otwierały. Smród wtargnął do wagonu. Smród tak zjadliwy, że Leon zakrył nos rękoma. Przez chwilę, która wydawała mu się wiekiem, stał nieruchomo, z rękami przy twarzy. Nic nie widział. Nic nie słyszał. Nic się nie odezwało.

Nagle za oknem błysnęło światło. Cień framugi drzwi padł na przeciwległą ścianę. Blask stopniowo wzrastał. W wagonie było już na tyle jasno, że Kaufman widział skurczone ciało Rzeźnika u swych stóp i wiszące ciała.

Na zewnątrz rozległy się szepty wielu cieniutkich jak brzęczenie pszczół głosów, W tunelu żyli ludzie. Kaufman widział ich sylwetki. Niektórzy z nich nieśli pochodnie pałace się trupim światłem. Dźwięk, który słyszał, był prawdopodobnie szuraniem stóp po wilgotnej ziemi lub może mlaskaniem. A może obydwoma tymi dźwiękami.

Kaufman nie był już tak nieświadomy jak godzinę temu. Nie było żadnych wątpliwości co do intencji zbliżających się w ciemności starców. Rzeźnik mordował i ćwiartował ludzi dla nich na posiłek. Nadchodzili, aby zjeść obiad w tym potwornym wagonie restauracyjnym.

Kaufman schylił się i podniósł upuszczony przez mordercę tasak. Dźwięk dochodzący od stworów zbliżał się z każdą chwilą. Odwrócił się i chciał uciec od otwartych drzwi. Jednak drugie drzwi były także otwarte i stamtąd też dochodziły owe dziwne odgłosy.

Przykucnął za siedzeniem. Kiedy się chował, cienka, wątła, niemal przeźroczysta ręka złapała za framugę drzwi. Nie mógł przestać patrzeć i to wcale nie dlatego, że widok go zmroził. Po prostu chciał to widzieć.

Stwór wszedł do wagonu. Pochodnie trzymane za nim ocieniały twarz, ale Leon doskonale widział kontur jego ciała. Nie było w nim nic niezwykłego. Miał dwie ręce i dwie nogi, głowa była normalnego kształtu. Był drobnej budowy, wspinaczka do wagonu przyspieszyła jego oddech. Za chwilę pojawili się następni. Wchodzili wszystkimi drzwiami.

Kaufman znalazł się w pułapce. Uniósł tasak, ważąc go w ręce, gotów do walki z tymi antycznymi potworami. Któraś z nich wniósł do wagonu pochodnię. Pozwoliło to Leonowi dostrzec ich twarze.

Byli kompletnie łysi. Skóra na czaszkach była napięta i świecąca. Ich twarze miały niezdrowy wygląd. Widać było na nich wrzody i płaty rozkładającej się skóry. U niektórych z nich skóra i mięśnie zupełnie wyschły lub zgniły i widać było ociekające ciemną ropą kości skroni i policzka. Niektórzy byli zupełnie nadzy. Patrząc na ich papkowate, syfilityczne ciała, z trudnością można było odróżnić płeć. Coś, co kiedyś było kobiecymi piersiami, teraz przypominało zwisające, skórzane worki. Męskie genitalia całkowicie się skurczyły.

Gorzej od nagich wyglądali ci, którzy mieli na sobie ubrania. Kaufman szybko zorientował się, że gnijące okrycia, w które owijali ramiona, bądź które zwisały im z bioder, były zrobione ze skóry ludzkiej. Wszyscy pchali się jeden na drugiego. Pierwsi z nich już doszli do wiszących ciał. Dotykali zwisającego mięsa, gładząc ogolone ciało z wyraźną przyjemnością. Oblizywali wargi i ślinili się, opryskując śliną wiszące mięso. Ich oczy błyszczały głodem i podnieceniem.

Nagle jeden z nich dostrzegł Kaufmana.

Przez moment kreatura obserwowała go. Badawcze spojrzenie spoczęło na Leonie z groteskowym zainteresowaniem.

- Ty - powiedział potwór głosem tak samo zgniłym jak usta, z których się wydobywał.

Kaufman podniósł nieco tasak, obliczając szansę. W wagonie było ich ze trzydziestu i o wielu więcej na zewnątrz. Wyglądali jednak na bardzo słabych, nie mieli w ogóle broni.

Potwór znowu się odezwał. Głos tym razem miał miłą modulację, jakby jego właściciel był dobrze wychowanym, kulturalnym mężczyzną.

- Zastąpiłeś tego poprzedniego, tak? - Stwór spojrzał na ciało Mahogany'ego. Bardzo szybko potrafił się znaleźć w nowej sytuacji.

- Był już stary. - Uważnie studiował Kaufmana wodnistymi oczyma.

- Spieprzaj - powiedział Leon.

Maszkara próbowała skrzywić usta w uśmiechu. Dawno już jednak zapomniał, jak to się robi i rezultatem był wstrętny grymas, prezentujący garnitur spiłowanych na ostro zębów.

- Musisz to teraz dla nas robić - powiedział potwór, uśmiechając się szyderczo - nie możemy żyć bez jedzenia.

Poklepał comber najbliżej wiszącego ciała. Kaufman nie wiedział co ma odpowiedzieć. Patrzył z obrzydzeniem jak palce potwora przesuwają się między pośladkami. Czuł jak stopniowo jego mięśnie naprężają się.

- Brzydzi nas to nie mniej niż ciebie - powiedział stwór - ale musimy jeść to mięso albo umrzemy. Mój Boże, wcale nie mam na to apetytu.

Mimo, że to coś tak mówiło, to jednak ślina ciekła mu z ust.

Kaufman odzyskał głos. Czuł się bardziej skrępowany niż przerażony.

- Czym wy jesteście? - Przypomniał sobie brodacza z baru. - Czy powstaliście w wyniku jakiegoś nieudolnego doświadczenia?

- Jesteśmy Ojcami miasta - powiedziało monstrum - i Matkami, Córkami i Synami. Jesteśmy budowniczymi, ustanawiamy prawo. Stworzyliśmy to miasto.

- Nowy Jork? - bąknął Kaufman. - Pałac Rozkoszy?

- Zanim się urodziłeś, zanim ktokolwiek się urodził.

Mówiąc, potwór gładził obnażone mięśnie wiszącego ciała. Dotykał pieszczotliwie i głaskał. Reszta zaczęła już odwiązywać ciała od uchwytów, obchodząc się z nimi w ten sam troskliwy, pieszczotliwy-sposób, głaszcząc piersi i biodra. Niektórzy zaczęli obdzierać ciała ze skóry.

- Dostarczysz nam więcej - powiedział Ojciec - więcej mięsa dla nas. Niektórzy z nas są słabi. Kaufman popatrzył niedowierzająco.

- Ja? - zapytał. - Karmić was? Za kogo mnie masz?

- Musisz to zrobić dla nas i dla starszych spośród nas. Dla tych, którzy się urodzili, zanim jeszcze myślano o mieście, kiedy Ameryka była bezludna, porośnięta puszczą.

Delikatna ręka wskazywała na zewnątrz pociągu.

Spojrzenie Kaufmana powędrowało w ciemność za wskazującym palcem. Na zewnątrz było coś, czego nie zauważył wcześniej. Coś o wiele większego niż jakikolwiek człowiek.

Grupa potworów rozstąpiła się, czyniąc Kaufmanowi przejście. Mógł teraz podejść i zobaczyć z bliska to coś, co stało na zewnątrz. Nogi odmówiły mu jednak posłuszeństwa.

- Idź - powiedział Ojciec.

Leon pomyślał o mieście, które kochał. Czy naprawdę byli jego pomysłodawcami, projektantami i twórcami? Musiał w to wierzyć. Może na powierzchni ziemi byli ludzie - biurokraci, politycy, rządzący, którzy znali tę straszną tajemnicę i których zadaniem było chronić te potwory i karmić je. Myśl ta obudziła w Leonie jakieś atawistyczne uczucia, do których nie przyznałby się świadomie. Nogi, wbrew jego woli, poruszyły się. Przeszedł koło wiszących ciał i wyszedł z pociągu. Pochodnie z trudnością rozjaśniały bezmierną ciemność na zewnątrz. Powietrze było aż gęste od smrodu starości. Wydawało się niemal ciałem stałym. Ale Kaufman nic nie czuł. Pochylił głowę, starając się nie zemdleć jeszcze raz.

To było tu. Przodek człowieka. Prawdziwy, pierwszy mieszkaniec Ameryki. Był tu jeszcze przed Cheyenami. Jeśli to coś miało oczy, to teraz na niego patrzyło.

Leon zatrząsł się. Zaczęły mu szczękać zęby. Słyszał odgłosy życia tego czegoś. Chrzęst, szuranie i jęki. To coś uniosło się nieco w ciemności. Dźwięk towarzyszący ruchowi tego stworzenia wzbudził w Leonie grozę. To było zupełnie jak ruchoma góra.

Kaufman podniósł wzrok i zanim mógł sobie zdać sprawę z tego co robi, klęknął w gnoju otaczającym Ojca Ojców.

Każdy dzień życia zbliżał go do tego momentu, przyspieszał nadejście tej niespodziewanej chwili uświęcenia i strachu.

Nie był pewien, czy w tej ciemnicy było dosyć światła, aby zobaczyć całego potwora. Niemniej to, co zobaczył, wstrząsnęło nim do głębi. Serce gwałtownie zatrzepotało w piersi. To był gigant. Nie miał głowy, ani kończyn. Żadnego podobieństwa do człowieka, żadnego organu zmysłu lub zmysłów. Jeżeli to w ogóle coś przypominało, to może ewentualnie ławicę ryb. Tysiące paszcz, podnoszących się i opadających, otwierających i zamykających się rytmicznie. Czasem to coś mieniło się jak perła, a czasami przybierało kolor, którego Kaufman nigdy nie widział i nie potrafił nazwać.

Nic więcej nie mógł zobaczyć, zresztą to co widział i tak przekraczało jego wytrzymałość. Coś migotało i trzepotało się także poza oświetlonym obszarem.

Nie mógł dłużej na to patrzeć. Odwrócił się. W tym samym momencie z pociągu wyleciała piłka futbolowa i potoczyła się w kierunku Ojca. Leonowi wydawało się, że to piłka, jednak gdy bliżej się przyjrzał, stwierdził, że jest to głowa Rzeźnika. Skóra na twarzy zdarta pasek po pasku. Ociekająca krwią głowa leżała przed władcą. Kaufman odwrócił wzrok i skierował się z powrotem do pociągu. Wszystko w nim szlochało, mimo że jego oczy pozostały suche. Były zbyt zaszokowane tym, co zobaczyły, aby płakać.

Wewnątrz potwory już zaczęły swą kolację. Jedna z nich wyłupiła oko jednemu z wiszących, kobiecych ciał. Inny obgryzał rękę. U stóp Kaufmana leżało bezgłowe ciało Rzeźnika z obficie krwawiącą szyją.

Potwór, z którym wcześniej rozmawiał, stanął przed Kaufmanem.

- Będziesz nam służył? - zapytał łagodnie.

Kaufman popatrzył na tasak - symbol profesji Rzeźnika. Potwory wychodziły z wagonu, wlokąc za sobą na pół zjedzone ciała. Zabierały pochodnie. Do wagonu wracała ciemność. Zanim jednak zapadła zupełnie, pytający go Ojciec dopadł Leona, złapał jego twarz, obrócił i pokazał Kaufmanowi jego odbicie w brudnej szybie. Otumaniony Kaufman zrozumiał, że bardzo się zmienił: był bledszy niż kiedykolwiek, pokryty krwią i brudem.

Ręka Ojca nadal ściskała twarz Kaufmana. Potwór wepchnął Leonowi palec wskazujący do gardła, drapiąc paznokciem wnętrze przełyku. Kaufman nie miał siły ani ochoty się bronić.

- Służ - powiedział potwór.

Kaufman za późno zorientował się, jaki jest zamiar Ojca.

Palce potwora mocno uchwyciły język Leona i wyrwały go. Kaufman w szoku upuścił tasak. Próbował krzyczeć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Krew zalała mu gardło, ciało drżało konwulsyjnie. Potwór wyjął zakrwawioną i oślinioną rękę z ust Leona. Podniósł ją do twarzy Kaufmana. Między kciukiem, a palcem wskazującym trzymał język.

Kaufman stał się niemową.

- Służ - powiedział Ojciec i wetknął wyrwany język sobie do ust, żując go z wyraźną satysfakcją. Kaufman upadł na kolana i zwymiotował.

Ojciec zniknął w ciemnościach. Reszta potworów także odeszła, kryjąc się w swych norach do następnej nocy.

Trzasnął głośnik.

- Do domu - powiedział maszynista.

Drzwi syknęły i zamknęły się. Pociąg zadrżał, budząc się do życia. Światła zapaliły się, zgasły, potem znowu się zapaliły.

Ruszyli.

Kaufman leżał na podłodze. Łzy spływały mu po twarzy. Były to łzy porażki i rezygnacji. Postanowił, że wykrwawi się na śmierć. Nieważne, że umrze. Świat jest plugawy.

Maszynista obudził go. Leon otworzył oczy. Maszynista był Murzynem. Uśmiechnął się przyjaźnie. Kaufman próbował coś powiedzieć, ale usta sklejała zakrzepła krew. Potrząsnął głową, starając się coś powiedzieć, jednak tylko zacharczał.

Nie umarł. Nie wykrwawił się na śmierć.

Maszynista pomógł mu uklęknąć, przemawiając jak do dziecka.

- Masz zadanie do wykonania, mój chłopcze, bardzo im się spodobałeś.

Murzyn polizał palec i zwilżył napuchnięte wargi Leona, próbując rozerwać zakrzepłą, sklejającą je krew.

- Do następnej nocy musisz się wiele nauczyć. Wiele się nauczyć. Nauczyć się wiele.

Maszynista wyprowadził Kaufmana z pociągu. Leon nie znał stacji, na której się zatrzymali. Była to stara stacja wyłożona białymi kafelkami. Żadne napisy nie szpeciły ścian. Nie było na niej okienek kasowych ani przejść dla pasażerów. Nie było również pasażerów. Ta linia obsługiwała tylko Nocny Pociąg z Mięsem. Ranna zmiana sprzątaczy zmyła krew z siedzeń i podłogi wagonu. Ktoś rozbierał ciało Rzeźnika, przygotowując je do wysłania do New Jersey. Wszyscy dookoła Kaufmana szybko się uwijali. Światło wschodzącego słońca wpadało przez lufcik w dachu stacji. Dookoła metalowego szkieletu, tworzącego konstrukcję stacji, wirowały kłęby kurzu. Kaufman obserwował je. Nie widział nic tak pięknego od czasu, kiedy był dzieckiem. Wspaniałe kłęby kurzu. Wirowały i wirowały, i wirowały.

Maszyniście udało się wreszcie rozdzielić wargi Leona. Za bardzo bolała go twarz, żeby mógł poruszać wargami, ale mógł teraz chociaż oddychać swobodnie. Zresztą ból zaczął także jakby przechodzić. Maszynista uśmiechnął się do niego, po czym odwrócił się do reszty ludzi pracujących na stacji.

- Chciałbym wam przedstawić następcę Mahogany'ego -naszego nowego rzeźnika - powiedział.

Robotnicy spojrzeli na Kaufmana z wyraźnym szacunkiem. Sprawiło mu to przyjemność.

Kaufman znów popatrzył na wpadające światło słońca, które oświetlało go teraz. Potrząsnął głową. Chciał wyjść na górę, na świeże powietrze. Maszynista przytaknął i poprowadził go do stromych schodów wychodzących na wąską uliczkę, która dochodziła do większej.

Dzień był wyjątkowo piękny. Gdzieniegdzie na błękitnym niebie sunęły delikatne pasemka bladoróżowych chmur. Powietrze pachniało porankiem. Ulice i aleje były właściwie puste. Od czasu do czasu przejechała taksówka, lub minął go spocony biegacz. Niedługo te ulice zapełnią się ludźmi. Miasto zajmie się swoimi sprawami nieświadome tego, co kryje się pod jego powierzchnią i komu zawdzięcza swe istnienie. Bez wahania Kaufman upadł na kolana i zakrwawionymi wargami pocałował brudny beton, przysięgając wierność na wieki.

Pałac Rozkoszy przyjął hołd bez słowa.

 

 

YATTERING I JACK

 

 

Dlaczego ci, którzy rządzą /a mogą jeszcze rządzić długo i wielu osobom bruździć/ wysłali go z piekła, aby obstawiał Jacka Polo? Yattering nie mógł tego pojąć. Zawsze, kiedy przechodził okresowe testy przed swym władcą, zadawał pytanie: "Co właściwie tutaj robię?". Szef odpowiadał, że to nie jest sprawa Yatteringa. Ma wykonać zadanie lub zginąć, próbując to zrobić. Po sześciu miesiącach ścigania Polo, Yattering stwierdził, że śmierć nie byłaby najgorszym wyjściem. Nie kończąca się gra w chowanego nie bawiła nikogo, a Yatteringa doprowadzała do ogromnej frustracji. Obawiał się wrzodów i psychosomatycznego trądu /pogarszała mu się kondycja/. Najbardziej jednak obawiał się, że straci panowanie nad sobą i w odruchu wściekłości zabije faceta natychmiast

Kim był Jack Polo?

To importer korniszonów; na jaja Leviticusa, był po prostu importerem korniszonów. Jego życie wlokło się ospale, jego rodzina była nudna, politycy prostoduszni, a życie duchowe nie istniało. Był to szary człowiek, niczym przez naturę nie wyróżniony - po co zawracać sobie nim głowę? Nie był to Faust. Nie można było z nim podpisać cyrografu, nie chciał sprzedać duszy. Nie zainteresowałby się nawet tą transakcją. Powąchałby, wzruszyłby ramionami i powrócił do swojego handlu ogórkami.

Yattering musiał przez wszystkie te dłużące się noce i jeszcze dłuższe dni pracować nad swym podopiecznym. Musiał go doprowadzić do obłędu. Wyglądało na to, że praca będzie długa, jeżeli nie nieskończona. Tak, były momenty, że nawet trąd psychosomatyczny /gdyby dali mu zwolnienie/ wydawał się lepszy od tej głupiej misji.

Jak dotąd Jack J. Polo był najbardziej nieuświadomionym z ludzi. Jego droga życiowa była dowodem jego naiwności. Jego ciągle lamentująca żona notorycznie go zdradzała. W dwóch przypadkach Jack był w domu i oglądał telewizję. Był ostatnią osobą, która się dowiedziała o jej wyskokach. A robiła to przecież, specjalnie się nie kryjąc. Ślepy, głuchy, niemy facet domyśliłby się czegoś. Ale nie Jack. Miał świra na punkcie nudnego interesu, który prowadził i nigdy nie zwrócił uwagi na unoszący się w jego domu zapach męskiej wody kolońskiej. Nie odnotował również szczególnej regularności, z jaką jego żona zmieniała pościel. Nie wykazał specjalnego zainteresowania, gdy młodsza córka Amanda wyznała mu, że jest lesbijką. Spojrzał na nią z nieodgadnioną miną.

- Cóż, żebyś tylko nie zaszła w ciążę - powiedział, wychodząc do ogrodu, beztroski jak zawsze.

No i co można zrobić z takim człowiekiem?

Yattering próbował uczynić jakiś wyłom w psychice Jacka, ale jego psychika była prosta i nie miała żadnych rys, żadnego punktu zaczepienia. Jego obojętność czyniła go całkowicie odpornym na wszelkie tego typu ataki. Wydawało się, że wszystkie nieszczęścia jakie go w życiu spotkały, nie zostawiły w jego psychice żadnych śladów. Nawet wtedy, gdy dowiedział się o zdradach żony /złapał ją z kochankiem w wannie, gdy się pieprzyli/, nie potrafił odczuć upokorzenia ani bólu.

- To się zdarza - powiedział do siebie, wychodząc z łazienki. Zamierzał pozwolić im skończyć to, co zaczęli.

- Che sera, sera.

Cne sera, sera. Tak, facet nucił ten kawałek z monotonną regularnością. Był chyba swego rodzaju fatalistą. Pozwalał życiu atakować jego męskość, ambicję i godność. Wszystkie te ataki spływały po nim tak, jak krople deszczu spływały z jego łysej czaszki.

Yattering słyszał, jak żona wyznaje Polowi wszystko /stwór wisiał do góry nogami na żyrandolu, jak zawsze niewidzialny/. Scena ta przyprawiła go o mdłości. Oto grzesznica, niemal błagająca o karę, wrzeszcząca, waląca głową w mur, a on zamiast powiedzieć, że jej nienawidzi, tylko wzruszył ramionami i pozwolił wywnętrzyć się jej do końca. Odeszła wreszcie, bardziej z poczuciem zawodu i smutku niż winy. Yattering słyszał, jak mówiła do lustra w łazience, że brak słusznego gniewu męża jest dla niej obraźliwy. W kilka godzin później wyskoczyła z balkonu w kinie Roxy.

Jej samobójstwo było z pewnych względów wygodne. Żona Jacka była martwa, jego córki odeszły, Yattering mógł więc planować swobodniej swe sztuczki, osłabiając ofiarę. Mógł atakować bez obawy, że osoby nie wyznaczone przez władców zostaną wmieszane w sprawę. Jednak pustka, jaka zapanowała w domu w czasie dnia /kiedy Jack był w pracy/, wkrótce stała się dla Yatteringa nieznośna. Godziny od dziewiątej do piątej wydawały się nie mieć końca. Włóczył się w złym humorze od pokoju do pokoju, planując różne dziwne wygłupy i niepraktyczne zagrywki. Towarzyszyły mu tylko dźwięki włączania i wyłączania lodówki albo trzaski stygnącego kaloryfera. Wkrótce sytuacja stała się tak beznadziejna, że poczta dostarczana w środku dnia stała się dla niego najciekawszą rozrywką. Gdy okazywało się, że listonosz nie ma nic do doręczenia i przechodzi obok do następnego domu, Yattering popadał w wielką melancholię.

Kiedy wracał Jack, gry zaczynały się na poważnie. Zwykła rutyna. Kilka numerów na rozgrzewkę. Najpierw powodował, że klucz Jacka nie chciał obrócić się w zamku. Walka trwała minutę lub dwie, aż Jack znajdował metodę na Yatteringa i wygrywał. Wewnątrz Yattering zaczynał kołysać abażurami lamp. Jack z reguły ignorował to przedstawienie bez względu na jego intensywność. Można było jeszcze mruczeć: "Wspomóż!!!" na tle nieśmiertelnego "Che sera, sera" Jacka.

W łazience Yattering wyciskał pastę do zębów na deskę klozetową i zatykał prysznic rozmoczonym papierem toaletowym. Mógłby nawet brać prysznic razem z Jackiem i wisząc na szynie, po której przesuwała się zasłona, szeptać do jego ucha różne obsceniczności. To zawsze było skuteczne, nauczono go tego w Akademii. Obsceniczności szeptane do ucha nigdy nie zawodziły. Klienci sądzili, że są to ich własne złe myśli. Zaczynali czuć obrzydzenie do samych siebie, odrzucali własne ego. Doprowadzało to ich wkrótce do szaleństwa. Czasami zdarzało się, że ofiary były tak podniecone szeptanymi sugestiami, że wychodziły na ulicę i według nich postępowały. Często przy tym do sprawy mieszała się policja i delikwenci trafiali do więzienia Więzienie, jak wiadomo, prowadzi do dalszych zbrodnii. Ludzie tracili tam zasady moralne i zwycięstwo było zapewnione. Tak czy inaczej ofiary były doprowadzone do szaleństwa.



dalej


strona główna
(23kB)