(23kB)
strona główna

 

CLIVE BARKER

 

 

 

Cabal nocne plemię





Część I

SZALENIEC

 

Urodziłam się żywa.

Czyż to nie wystarczająca kara?

 

MARY HENDRICKSON

na swoim procesie

o ojcobójstwo

 

Rozdział I

PRAWDA

 

Spośród wszystkich pochopnych, nocnych obietnic dawanych w imię miłości, żadna - jak to wiedział teraz Boone - nie daje takiej gwarancji złamania, jak: Nigdy de nie opuszczę.

Jeśli czas nie zabierze ci czegoś sprzed nosa, reszty dokonają okoliczności. Bezcelowe jest mieć nadzieję na coś innego: bezcelowe marzenie, że w gruncie rzeczy świat chce dla ciebie dobrze. Wszystko, co ma jakąś wartość, wszystko, czego kurczowo się trzymasz, by nie zwariować, zgnije lub zostanie zabrane w ostatecznym rozrachunku, a pod tobą rozstąpi się otchłań, tak jak teraz pod Boone’em, i nagle, bez wyjaśnienia - przepadłeś! - Idź do diabła - albo gorzej: - zostańmy przyjaciółmi - i tyle.

Nie zawsze był takim pesymistą. Kiedyś - całkiem nie -tak dawno - czuł, jak gdyby ciężar jego duchowej udręki się zmniejszył. Mniej rzutów psychotycznych, mniej dni, kiedy wolałby sobie raczej podciąć żyły niż czekać na następną dawkę leków. Wydawało się, że będzie szczęśliwy.

Ta nadzieja spowodowała właśnie jego wyznanie miłości, to: Nigdy cię nie opuszczę, wyszeptane do ucha Lori, gdy leżeli na wąskim łóżku. Ich życie miłosne, jak tyle innych spraw między nimi, obfitowało w problemy. Gdy jednak inne kobiety zrywały z nim, nie wybaczając mu jego klęski, ona, na przekór, mówiła, że mają dużo czasu, aby wszystko się ułożyło - cały czas świata. - Jestem z tobą, dopóki chcesz, żebym była,- zdawała się mówić jej cierpliwość.

Nikt nigdy nie zaproponował mu takiego związku, toteż chciał ofiarować coś w zamian. To były słowa: Nigdy cię nie opuszczę. Tak było.

Wspomnienie jej skóry, niemal świecącej w mroku pokoju, i odgłosu jej oddechu, gdy wreszcie zasypiała u jego boku - wszystko to wciąż chwytało go za serce i ściskało aż do bólu.

Tęsknił za tym, by się od tego uwolnić - i od pamięci, i od słów, bo teraz okoliczności zabrały wszelką nadzieję na spełnienie. Nie dało się jednak zapomnieć. To trwało i zadręczało go jego własną słabością. Niewielką pociechę stanowił fakt, że ona - wiedząc to, co musiała o nim wiedzieć - będzie się starała wymazać wszystko z pamięci; i że z czasem uda się jej to. Miał tylko nadzieję, że zrozumie, jak bardzo nie znał samego siebie, czyniąc tę obietnicę. Nigdy nie zaryzykowałby tego bólu, gdyby wątpił, iż w końcu wyzdrowienie znalazło się w zasięgu ręki!

Śnij dalej!

Decker zniszczył te złudzenia w dniu, kiedy zamknął na klucz drzwi gabinetu, zaciągnął żaluzje przed blaskiem wiosennego słońca w Albercie i, głosem ledwie donośniejszym niż szept, powiedział:

- Boone, myślę, że znaleźliśmy się w strasznym kłopocie, ty i ja.

Drżał, i Boone to widział - fakt trudny do ukrycia przy tak potężnym ciele. Decker miał posturę człowieka, który podczas gimnastyki usuwa z potem cały swój codzienny Angst. Nawet szyte na miarę garnitury, zawsze połyskliwie czarne, nie mogły ujarzmić jego ogromu. To dlatego na początku ich współpracy Boone nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości; czuł się onieśmielony fizyczną i umysłową przewagą doktora. Teraz widział słabe punkty siły, której się bał. Decker był Opoką; był Rozumem; był Spokojem. Jego niepokój kwestionował wszystko, co Boone wiedział o tym człowieku.

- Coś jest nie tak? - spytał Boone.

- Siadaj, dobrze? Siadaj, a ja ci opowiem. Boone zrobił, co mu kazano. W tym gabinecie Decker był panem. Doktor odchylił się w tył w skórzanym fotelu i oddychał przez nos, kąciki zaciśniętych ust opuścił.

- Proszę mi powiedzieć... - odezwał się Boone.

- Od czego zacząć?

- Od czegokolwiek.

- Sądziłem, że twój stan się polepsza - stwierdził Decker. - Naprawdę tak sądziłem. Obaj tak sądziliśmy.

- Ja wciąż tak uważam - powiedział Boone.

Decker lekko potrząsnął głową. Umysł miał godny podziwu, lecz w niewielkim stopniu uzewnętrzniały to jego ściśnięte rysy, może poza oczami, które w tej chwili nie patrzyły na pacjenta, a na stół między nimi.

- Zacząłeś mówić podczas naszych sesji - ciągnął Decker - o zbrodniach, które, twoim zdaniem, popełniłeś. Pamiętasz coś z tego?

- Wie pan, że nie.

Transy, w jakie wprawiał go Decker, były na to zbyt głębokie.

- Pamiętam tylko wtedy, gdy puszcza pan taśmy z sesji.

- Nie odtworzę ci żadnej z tych taśm - stwierdził Decker. - Skasowałem je.

- Dlaczego?

- Ponieważ... Boję się, Boone. O ciebie - przerwał. - Może o nas obu.

W Opoce zarysowała się szczelina i Decker nie mógł zrobić nic, aby ją ukryć.

- Co to za zbrodnie? - spytał Boone na próbę.

- Morderstwa. Opowiadałeś o nich obsesyjnie. Najpierw sądziłem, że to tylko zbrodnie urojone. Zawsze była w tobie jakaś gwałtowność.

- A teraz?

- Teraz obawiam się, że je naprawdę popełniłeś.

Zapadła długa cisza, kiedy Boone badał Deckera - bardziej zaintrygowany niż wściekły. Żaluzje nie zostały zaciągnięte do końca. Promień słońca padł na niego i na stół między nimi. Na szklanej powierzchni stała butelka wody destylowanej, dwa kubki i duża koperta. Decker pochylił się do przodu i podniósł ją.

- To, co teraz robię, jest prawdopodobnie samo w sobie przestępstwem - powiedział Boone’owi. - Tajemnica lekarska to jedna rzecz, ukrywanie zabójcy - druga. Ale jakaś część mojej osoby wciąż ma, na Boga, nadzieję, że to nieprawda. Były postępy w leczeniu. Razem to osiągnęliśmy. Chcę wierzyć, że jesteś zdrowy.

- Jestem zdrowy.

Zamiast odpowiedzi, Decker rozdarł kopertę.

- Chciałem, żebyś spojrzał na to - mówił wsuwając dłoń do środka i wyciągając plik fotografii na światło dzienne. - Ostrzegam cię, nie są przyjemne.

Położył je po zastanowieniu tak, że Boone mógł na nie spojrzeć. Jego ostrzeżenie miało sens. Zdjęcie na wierzchu pliku podziałało jak wstrząs. Na jego obliczu pojawił się strach, jakiego nie znał, odkąd znalazł się pod opieką Deckera. Sam widok na fotografii mógł doprowadzić do opętania. Mozolnie budował mur wokół siebie, by schronić się przed niebezpieczeństwem powrotu do szaleństwa, cegła za cegłą, ale teraz zatrząsł się on i groził zawaleniem.

- To tylko zdjęcie.

- Zgadza się - odparł Decker. - To tylko zdjęcie. Co widzisz?

- Zmarłego człowieka.

- Zamordowanego człowieka

- Tak. Zamordowanego człowieka.

Nie po prostu zamordowanego; zaszlachtowanego. W furii cięć i pchnięć wyrąbano z niego życie; krew wyciekała na ostrze, które zdruzgotało mu szyję, zniszczyło twarz; wyciekła na ściany. Miał na sobie tylko szorty, więc rany na ciele dawały się łatwo policzyć, mimo krwi. Boone to teraz zrobił, aby jakoś bronić się przed ogarniającą go zgrozą. Nawet tu, w tym pokoju, gdzie doktor wyrzeźbił inne „ja” swego pacjenta, Boone nigdy nie dusił się ze strachu tak,, jak w tej chwili.- Poczuł jak śniadanie, albo l kolacja, podnoszą mu się do gardła wbrew jego woli. Gówno w ustach, jak brud jego czynu.

Licz rany, mówił do siebie, udawaj, że to koraliki na liczydle. Trzy, cztery, pięć w brzuch i pierś; jedna szczególnie postrzępiona, bardziej rozdarcie niż rana, tak szeroka, że wnętrzności mężczyzny wydostały się na zewnątrz. Jedna na ramieniu, jeszcze dwie. I potem twarz, zniszczona przez cięcia. Tak wiele, że ich liczbę trudno było ustalić, nawet gdyby obserwator bardzo się starał. Sprawiły, że ofiary nie dawało się rozpoznać: oczy wydłubane, wargi wydarte, nos posiekany.

- Dosyć? - odezwał się Decker, jak gdyby to wymagało pytania.

- Tak.

- Jest tu o wiele więcej do oglądania.

Odsłonił drugie zdjęcie, pierwsze kładąc obok. Tym razem kobieta, rozwalona na sofie, a górna i dolna część jej ciała skręcone były pod kątem, jakiego się nie spotyka. Chociaż przypuszczalnie nie miała nic wspólnego z pierwszą ofiarą, to rzeźnik postarał się o to, by było między nimi jakieś ohydne podobieństwo. Ten sam brak warg, ten sam brak oczu. Zrodzeni z różnych rodziców, stali się rodzeństwem w śmierci, zdruzgotani tą samą ręką.

I ja jestem ich ojcem? - zapytał siebie niemo Boone. Nie - odpowiedziało jego wnętrze. - Ja tego nie zrobiłem. Dwie rzeczy powstrzymywały go przed głośnym zaprzeczeniem. Po pierwsze wiedział, że Decker nie narażałby na niebezpieczeństwo zakłócenia równowagi psychicznej pacjenta, gdyby nie miał ku temu poważnych powodów. Po drugie - zaprzeczenie było bezwartościowe, skoro obaj wiedzieli, jak łatwo umysł Boone’a oszukiwał sam siebie w przeszłości. Jeśli był odpowiedzialny za te okropności, nie mógł mieć pewności, że o tym wie.

Milczał zatem, nie ośmielając się podnieść wzroku na Deckera ze strachu, że zobaczy Opokę roztrzaskaną.

- Następne? - zaproponował Decker.

- Jeśli musimy.

- Musimy.

Odsłonił trzecią fotografię i czwartą, wykładając zdjęcia na stole, jak karty we wróżbie tarota, tyle że każda z nich była kartą śmierci. W kuchni na tle otwartych drzwi lodówki. W sypialni, obok lampy i budzika.

Na szczycie schodów; przy oknie. Ofiary w różnym wieku, różnych ras; mężczyźni, kobiety i dzieci. Jakikolwiek maniak to zrobił - nie przebierał. Po prostu ścinał życia, tam, gdzie je znalazł. Nie szybko, nie metodycznie. Pokoje, w których umarli ci ludzie, wyraźnie przekazywały testament, w jaki sposób zabójca, w dobrym humorze, igrał z nimi. Poprzesuwane meble, jak gdyby potykali się, by uniknąć coup de grace, krwawe odciski zostawione na ścianach. Jeden stracił palce, być może chwytając za ostrze; większość straciła oczy. Nikt jednak nie uciekał, bez względu na opór, jaki stawiał. Wszyscy wreszcie padali, zaplątani w swoją bieliznę lub szukając schronienia za zasłoną. Padali szlochając, padali wymiotując.

W sumie obejrzał jedenaście fotografii. Każda inna - pokoje duże i małe, ofiary nagie i ubrane. Istniały też elementy wspólne: wszystkie zdjęcia tego odprawionego na scenie szaleństwa zrobiono, gdy aktor już opuścił scenę.

Boże wszechmocny, czy to on był tym człowiekiem?

Nie znając odpowiedzi, zadał to pytanie Opoce, mówiąc bez podnoszenia wzroku znad błyszczących kart.

- Czy to ja zrobiłem?

Usłyszał westchnienie doktora, lecz Odpowiedź nie nadchodziła, więc zdobył się na spojrzenie na swego oskarżyciela. Gdy rozłożono przed nim fotografie poczuł, że badanie tej sprawy będzie jak pełzający pod czaszką ból. Teraz stwierdził znowu, że Decker odwrócił wzrok.

- Proszę mi powiedzieć - spytał. - Czy ja to zrobiłem?

Decker wytarł wilgotne fałdy skóry pod szarymi oczami. Już nie drżał.

- Mam nadzieję, że nie - odparł.

Odpowiedź wydała się absurdalnie łagodna. To przecież nie było jakieś pomniejsze przekroczenie prawa, nad którym dyskutowali, to była jedenastokrotna śmierć; a ileż jeszcze mogło zdarzyć się oprócz tego, poza wzrokiem, poza umysłem?

- Proszę mi powiedzieć, o czym mówiłem - prosił. - Słowa...

- Przeważnie mówiłeś bez ładu i składu.

- To dlaczego pan uważa, że ja jestem za to odpowiedzialny? Musi pan mieć jakieś powody.

- Trochę to trwało - stwierdził Decker - zanim ułożyłem jakąś całość - opuścił wzrok na fotografie śmierci na stole i środkowym palcem wyprostował zdjęcie, które leżało nieco krzywo.

-; Co miesiąc muszę pisać sprawozdanie z wyników twojego leczenia. Wiesz o tym. kolejno odtworzyłem zatem taśmy z naszych poprzednich sesji, aby uchwycić sens w tym, co robiliśmy... - mówił powoli, znużony - ...zauważyłem, że pewne zwroty powtarzają się stale w twoich odpowiedziach. Skryte przez długi czas w innym materiale, ale obecne. Tak jakbyś przyznawał się do czegoś, co jest tak nie do przyjęcia przez ciebie, nawet w transie, że nie mogłeś zdecydować się, by to bezpośrednio powiedzieć. I to się ujawniło w pewnym kodzie.

Boone znał kody. Otaczały go w chwilach ataku choroby. Sygnały skryte w szumie radiowym, a nadawane przez wyimaginowanego wroga, albo w szmerze ruchu ulicznego przed świtem. Znał tę sztukę sam, więc nic go teraz nie zdumiało.

- Zasięgnąłem nieco informacji - ciągnął Decker - wśród oficerów policji, których leczę. Nic szczególnego. Powiedzieli mi o zabójstwach. O niektórych szczegółach dowiedziałem się oczywiście z prasy. Wydaje się, że to trwa od dwóch i pół roku. Kilka zabójstw tutaj w Calgary, reszta w promieniu godziny jazdy samochodem. Dzieło jednego człowieka.

- Moje dzieło.

- Nie wiem - powiedział Decker, wreszcie podnosząc wzrok na Boone’a. - Gdybym był pewien, doniósłbym o wszystkim.

- Ale pan nie jest.

- Nie mogę w to uwierzyć, tak samo jak ty. Gdyby to się okazało prawdą, miałbym duże kłopoty - pojawił się w nim źle skrywany gniew. - Dlatego właśnie czekałem. Mając nadzieję, że będziesz ze mną, kiedy wydarzy się następne zabójstwo.

- To znaczy, że niektórzy z tych ludzi zmarli za pana wiedzą?

- Tak - Decker stwierdził kategorycznie.

- Jezu!

Ta myśl poderwała Boone’a z krzesła, aż zawadził nogą o stół. Sceny morderstw rozpierzchły się.

- Mów ciszej - zażądał Decker.

- Ludzie umierali, a pan czekał?

- Robiłem to dla ciebie, Boone. Doceń to! Boone odwrócił się od niego. Na plecach poczuł chłód potu.

- Usiądź - odezwał się Decker. - Proszę usiądź i opowiedz, co kojarzy ci się, gdy patrzysz na te fotografie.

Mimowolnie Boone przeciągnął dłonią po twarzy. Wiedział od Deckera, jakie to miało znaczenie w konkretnym języku ciała. Umysł używał ciała, aby powstrzymać wyjawienie czegoś, albo nawet całkowicie wyciszyć jakąś sprawę.

- Boone. Muszę znać odpowiedź.

- Nic nie kojarzę - stwierdził Boone, nie odwracając się.

- W ogóle?

- W ogóle.

- Obejrzyj je jeszcze raz.

- Nie - odparł Boone. - Nie mogę.

Słyszał oddech doktora i już oczekiwał ponowienia żądania, aby na nowo stanął w obliczu tej zgrozy. Zamiast tego - ton głosu Deckera zabrzmiał pojednawczo.

- W porządku, Aaron - powiedział. - W porządku. Odłożę je.

Boone przycisnął pięści do zamkniętych oczu. Były gorące i wilgotne.

- Już ich nie ma, Aaron - odezwał się Decker.

- Nie, wciąż są.

Były z nim, świetnie zapamiętane. Jedenaście pokojów i jedenaście ciał, utrwalonych oczami duszy, poza wszelkim egzorcyzmem. Mur, którego budowanie zajęło Deckerowi pięć lat, został zburzony w ciągu paru minut, i to przez swojego architekta. Boone znów był zdany na łaskę i niełaskę swojego szaleństwa. Słyszał, jak kwili w głowie z jedenastu pękniętych tchawic, z jedenastu przebitych brzuchów. Oddech i gazy w jelitach śpiewały starą piosenkę szaleńca.

Dlaczego jego fortyfikacje runęły tak łatwo, po wykonaniu tak wielkiej pracy? Jego oczy • znały odpowiedź, a płynące łzy wyznawały to, czego język nie mógł wyrazić. Był winny. Nie inaczej. Ręce, które teraz wycierał o spodnie, torturowały i szlachtowały. Gdyby nie zaakceptował tego, skusiłby je tylko do dalszych zbrodnii. Lepiej, żeby się przyznał, chociaż nic nie pamiętał. Odrzucenie tego, to propozycja, by jego ręce raz jeszcze wymknęły się spod jego kontroli.

Odwrócił się i spojrzał w twarz Deckerowi, który zebrał fotografie i położył na stole.

- Pamiętasz coś? - powiedział doktor, widząc zmianę na twarzy Boone’a.

- Tak - odparł.

- Co?

- Ja to zrobiłem - po prostu stwierdził Boone. - Zrobiłem to wszystko.

 

 

Rozdział II

NAUKI

 

1

 

Decker był najżyczliwszy m prokuratorem, jakiego mógł sobie życzyć każdy oskarżony. Godziny spędzane przez niego z Boone’em po tamtym pierwszym dniu zostały starannie wypełnione pytaniami, gdy morderstwo po morderstwie badali razem ewidencję tajemnego życia Boone’a. Mimo iż pacjent upierał się, że dokonał tych zbrodnii, Decker zalecał ostrożność. Przyjęcie winy nie oznaczało wyroku skazującego. Musieli być pewni, że przyznanie się nie było po prostu dążeniem Boone’a do samozniszczenia, a zbrodnia - chęcią otrzymania kary.

Boone nie podejmował z Deckerem dyskusji. Lekarz znał go lepiej niż on sam. Nie zapomniał też stwierdzenia Deckera, że jeśli to wszystko okaże się prawdą, to opinię o nim jako o zdolnym lekarzu psychiatrze, wyrzucić będzie można na śmietnik. Żadnego z nich nie stać teraz było na pomyłkę. Jedyny sposób, by uzyskać pewność - to prześledzić każdy szczegół zabójstw - daty, nazwiska, miejsca - w nadziei, że Boone zacznie sobie przypominać szczegóły. Albo ustalą, że w czasie popełnienia danego morderstwa Boone bezspornie znajdował się gdzie indziej.

Jedyne przed czym uchylał się Boone, to ponowne obejrzenie fotografii. Opierał się delikatnym naciskom Deckera przez czterdzieści osiem godzin, ustępując dopiero, gdy dobre maniery lekarza zaczynały się psuć i gdy przystąpił do oblężenia, oskarżając Boone’a o tchórzostwo i oszustwo. Czy zachowanie Boone’a to - dopytywał się Decker - tylko gra; czy ćwiczenie w samo-umartwieniu, które żadnemu z nich nie przyniosło w efekcie nic? Jeśli tak, Boone mógł sobie pójść do diabła z jego gabinetu i znów kogoś uszkodzić.

W końcu Boone zgodził się przestudiować fotografie.

To, co zobaczył, nie wydawało się pobudzać jego pamięci. Wiele detali urządzenia pokoju rozmyło się w błysku flesza; to, co zostało, to banalne szczegóły. Jedyny widok zdolny wywołać u niego jakąś reakcję - twarze ofiar - został zamazany przez zabójcę, posiekane, nie do rozpoznania; większość specjalistów z zakładów pogrzebowych nie byłaby w stanie poskładać tych poszatkowanych kawałków. Cóż to znaczyło wobec drobiazgowego dochodzenia, gdzie Boone spędził tę czy tamtą noc, z kim i co robiąc. Nigdy nie prowadził dziennika, więc weryfikowanie faktów przychodziło z trudnością, bo przez większość czasu - oprócz godzin spędzonych z Lori lub Deckerem - był sam, nie mając alibi. Pod koniec czwartego dnia jego sprawa zaczęła wyglądać bardzo przekonywająco.

- Dosyć - oznajmił Deckerowi. - Zrobiliśmy dosyć.

- Chciałbym jeszcze raz to wszystko przelecieć.

- Po co? - spytał Boone. - Chcę już z tym skończyć.

W ciągu poprzednich dni i nocy powróciło wiele starych objawów, oznak choroby, których, jak sądził, już prawie się pozbył. Udawało mu się zasnąć zaledwie na kilka minut, a przerażające wizje natychmiast wprowadzały go w stan tępego czuwania. Nie mógł jeść i przez cały dzień dygotał od środka. Chciał temu położyć kres, chciał o wszystkim opowiedzieć i zostać ukarany.

- Daj mi jeszcze trochę czasu - mówił Decker. - Jeśli teraz pójdziemy na policję, zabiorą mi cię z rąk. Prawdopodobnie nie zezwolą na to, żebym miał do ciebie dostęp. Będziesz sam.

- Już jestem - odrzekł Boone. Odkąd pierwszy raz zobaczył te fotografie, zerwał wszelkie kontakty, nawet z Lori, obawiając się, że mógłby kogoś skrzywdzić.

- Jestem potworem - stwierdził. - Obaj to wiemy. Zebraliśmy już cały materiał, którego potrzebowaliśmy.

- To nie jest kwestia materiału.

- Wobec tego, czego?

Decker oparł się o ramę okienną; ostatnio ogrom ciała mu ciążył.

- Nie rozumiem cię, Boone - powiedział.

Wzrok Boone’a przeniósł się z mężczyzny na niebo. Dziś wiał wiatr z południowego wschodu, gonił przed sobą strzępy chmur. Dobrze tam żyć - pomyślał Boone - wysoko, być lżejszym od powietrza. Tu wszystko wydawało się ciężkie; ciało i poczucie winy zginały kark.

- Spędziłem cztery lata próbując zrozumieć twoją chorobę i mając nadzieję, że mogę cię z niej wyleczyć. Sądziłem, że mi się to uda. Że istnieje szansa, aby wszystko zrozumieć...

Umilkł, jakby przygnieciony własną porażką. Boone nie był na tyle pogrążony we własnym cierpieniu, by nie widzieć, jak głęboko cierpi ten człowiek. Nie mógł jednak nic zrobić, by uśmierzyć jego ból. Patrzył tylko na przepływające chmury, na światło w górze i zdawał sobie sprawę, że nastają dla niego mroczne czasy.

- Kiedy policja cię zabierze... - odezwał się Decker półgłosem - nie tylko ty zostaniesz sam, Boone. Ja też będę sam. Będziesz pacjentem kogoś innego: jakiegoś psychologa penitencjarnego. Nie będę miał już do ciebie dostępu. Dlatego proszę... Daj mi jeszcze trochę czasu. Pozwól zrozumieć tyle, ile zdołam, zanim między nami wszystko się skończy.

Boone czuł niewyraźnie, że Decker mówi jak kochanek, jak gdyby z jego punktu widzenia coś ich łączyło.

- Wiem, że cierpisz - ciągnął Decker. - Mam więc dla ciebie lekarstwo. Proszki, które powstrzymają to, co najgorsze. Na czas, dopóki nie skończymy.

- Nie ufam sobie - powiedział Boone. - Mógłbym zrobić komuś krzywdę.

- Nie zrobisz - odparł pewnie Decker. - Narkotyk wyciszy cię na noc. Resztę czasu spędzisz ze mną. Ze mną będziesz bezpieczny.

- Ile czasu pan jeszcze potrzebuje?

- Parę dni, co najwyżej. Nie proszę o wiele, prawda? Muszę wiedzieć, dlaczego ponieśliśmy klęskę.

Myśl o ponownym stąpaniu po krwawym gruncie przerażała go, ale miał dług do spłacenia. Z pomocą Deckera uwierzył w swoją przyszłość, zawdzięczał doktorowi szansę uchwycenia czegoś z ruin tej wizji.

- Tylko szybko - zgodził się.

- Dziękuję ci - odrzekł Decker. - To dla mnie dużo znaczy.

- I będę potrzebował tych proszków.

 

2

 

Miał proszki, Decker je zapewnił. Proszki tak silne, że chyba nie powiedziałby nawet, jak się nazywa, gdyby przerwano ich działanie. Proszki, które ułatwiały zasypianie, a przebudzenie dzięki nim stawało się wizytą w pół-życiu, z którego kiedyś uciekł i gdzie kiedyś był szczęśliwy. Proszki, od których w ciągu dwudziestu czterech godzin się uzależnił.

Decker dotrzymywał słowa. Gdy poprosił o więcej, dostarczono mu większą ilość pigułek i dzięki ich nasennemu działaniu powrócili do sprawy porządkowania materiału, a doktor wciąż na nowo omawiał szczegóły zbrodnii Boone’a w nadziei, że je zrozumie. Nic się jednak nie wydarzyło. Wszystko, co Boone i jego coraz bierniejszy umysł wynosili z tych sesji, to zlewające się obrazy drzwi, przez które przechodził, i schodów, na które się wspinał, aby dokonać morderstwa. W coraz mniejszym stopniu miał świadomość obecności Deckera, który walczył wciąż o to, by wydobyć coś z zamkniętego umysłu pacjenta. Dla Boone’a istniały tylko: sen, wina i nadzieja, coraz większa nadzieja.

Jedynie Lori, a raczej wspomnienia o niej, przebijały się przez działanie narkotyku. Czasem słyszał jej głos wewnętrznym uchem, wyraźny jak dzwonek, powtarzający słowa, które wypowiadała w jakichś przypadkowych rozmowach, teraz wyławianych z przeszłości. Zdania te nie miały żadnego sensu, może związane były z jakimś zapamiętanym widokiem albo dotykiem. Teraz nie był w stanie przypomnieć sobie żadnych widoków ani zbliżeń - narkotyki nadwerężyły poważnie jego wyobraźnię. Zostały mu tylko te oderwane słowa, zdania przygnębiające dla niego, bo wypowiadał je ktoś u jego boku, lecz on nie umiał przywołać ich znaczenia. I, co najgorsze, ich dźwięk przypominał o kobiecie, którą kochał i której już nie zobaczy, chociażby w sali sądowej. Kobieta, której obiecał coś, czego nie dotrzymał, a minęło zaledwie parę tygodni od złożenia obietnicy. W swoim nieszczęściu nie potrafił właściwie oceniać - ta złamana obietnica stała się monstrualnym wydarzeniem, na równi ze zbrodniami na fotografii. Przygotowała go do Piekła.

Albo do śmierci. Lepiej do śmierci. Nie był całkowicie pewien, ile czasu upłynęło, odkąd podjął współpracę z Deckerem, godząc się na otępienie, by skrócić o kilka dni śledztwo. Był jednak pewien, że doktor znajduje się wraz z nim po jego stronie przepaści.

Wyperswadował mu pewne rzeczy. Już nic nie zostało do powiedzenia, ani do usłyszenia. Pozostawało oddać się w ręce prawa i wyznać swoje zbrodnie albo zrobić coś, czego nie mogło już dokonać państwo, i zabić potwora.

Nie ośmielił się wtajemniczyć Deckera w swój plan; wiedział, że doktor zrobiłby co w jego mocy, aby zapobiec samobójstwu pacjenta. I tak jeszcze jeden dzień przerabiali swój niezmienny temat. Potem, obiecawszy Deckerowi, że będzie w gabinecie nazajutrz rano, wrócił do domu gotując się do samobójstwa.

Znalazł kolejny list od Lori, czwarty, odkąd zerwał z nią wszelkie kontakty. Wypytywała, co jest nie tak. Przeczytał uważnie, o ile pozwalał mu na to zamroczony umysł i próbował odpowiedzieć, ale słowa, które usiłował przelać na papier, nie miały sensu. Zamiast tego, włożył do kieszeni wezwanie, które mu przysłała i wyszedł szukać śmierci.

 

3

 

Ciężarówka, pod którą rzucił się, nie była wyrozumiała. Zabrała mu oddech, ale nie życie. Potłuczony i krwawiący, pełen otarć i skaleczeń został odwieziony do szpitala. Dopiero potem zrozumiał, że nie dane mu było zginąć pod kołami ciężarówki, gdyż nie to było mu pisane. Siedząc na łóżku szpitalnym i czekając aż lekarze znajdą czas, aby się nim zająć, mógł tylko przekląć swego pecha. Ze straszliwą łatwością zabierał życie innym; własne stawiało opór. Nawet w tym przypadku wystąpił przeciwko sobie.

Ten pokój jednak - chociaż nie wiedział o tym, gdy został tu uroczyście wprowadzony, dał mu coś, czego się nie spodziewał. Usłyszał tu nazwę, która z czasem zrobiła z niego nowego człowieka. Przywołała go mocą do siebie, jak potwora, którym był przecież, i zderzyła z tym, co cudowne.

Midian.

Ona i on mieli wiele wspólnego, nie tylko to, że dawali obietnice. Była jednak różnica, bowiem o ile jego obietnica-wyznanie wiecznej miłości okazała się pusta w ciągu paru tygodni, to obietnicy danej przez Midian, a pochodzącej z nocy, z najciemniejszej nocy, takiej jak jego własna - nie mogła złamać nawet śmierć.

 

 

Rozdział III

WAJDELOTA

 

Lata choroby, wpisy i wypisy ze szpitali i zakładów psychiatrycznych, nauczyły Boone’a szacunku do talizmanu, znaku czy pamiątki, mającej stać na straży umysłu i serca. Szybko nauczył się nie gardzić takimi rzeczami. Nie lekceważ tego, co pozwala ci przetrwać noc - oto dewiza, którą sprawdził w praktyce. Większość z tych zabezpieczeń przed chaosem znana była jedynie tym, co ich używali. Świecidełka, klucze, książki i fotografie: pamiątki dobrych czasów, przechowywane troskliwie jako obrona przed złem. Niektóre z nich jednak należały do wszystkich. To słowa, które słyszał więcej niż raz: nonsensowne rymy, których rytm powstrzymywał ból; imiona Bogów.

A wśród nich - Midian.

Słyszał tę nazwę wymawianą może pół tuzina razy przez ludzi spotykanych na swojej drodze, zwykle przez tych, którzy stracili już siły, by walczyć z chorobą. Gdy przywoływali Midian, było to jak miejsce ucieczki; miejsce, do którego można zostać zabranym. I coś więcej: miejsce, gdzie wszelkie popełnione przez nich grzechy - rzeczywiste bądź wyimaginowane - zostaną im przebaczone. Boone nie znał pochodzenia tej mitologii, ale nie był zainteresowany nią na tyle, by się dopytywać, gdzie ono leży. Nie czuł potrzeby przebaczenia, albo tak tylko myślał. Teraz wiedział lepiej. Teraz wiele spraw czekało na oczyszczenie. Były to okropieństwa, które umysł ukrywał przed nim, dopóki Decker nie wyciągnął ich na światło dzienne, a od których żadna instytucja znana Boone’owi nie mogła go uwolnić. Stał się istotą innej kategorii.

Midian wzywało.

Zamknięty w swoim nieszczęściu, nie był świadomy, że ktoś dzieli z nim ten biały szpitalny pokój, dopóki nie usłyszał ochrypłego głosu.

- Midian...

Myślał najpierw, że to jeden z głosów z przeszłości, jak głos Lori. Ale gdy znów do niego dobiegł, rozlegał się nie u jego boku, jak głos Lori, lecz z głębi pokoju. Otworzył oczy, podniósł lewą powiekę, klejącą się od krwi płynącej z rozcięcia na skroni i spojrzał w stronę mówiącego. Widocznie jeszcze jeden z tych rannych nocnych spacerowiczów, przywieziony do opatrunku i zostawiony samemu sobie, aż przyjdzie jego kolej na pozszywanie. Siedział w rogu pokoju położonym najdalej od drzwi, od których ani na chwilę nie odrywał dzikiego wzroku, jak gdyby myślał, że w każdej chwili pokaże się w nich jego wybawca. Nie dało się, zaiste, ustalić jego wieku czy rzeczywistego wyglądu: pokryły go brud i zlepiona krew. Muszę wyglądać równie źle albo i gorzej - pomyślał Boone. Nie zważał na to, ludzie i tak zawsze gapili się na niego. Na widok facetów w takim stanie, jak on i mężczyzna w rogu, ludzie woleli przejść na drugą stronę ulicy.

Podczas gdy jednak on, w swoich dżinsach, podkutych butach i czarnej koszulce był jeszcze jednym nikim, drugi mężczyzna posiadał cechy, które go wyróżniały. Długi płaszcz dodawał mu prawie religijnej powagi, szare włosy, ciasno związane z tyłu, zwisały do połowy pleców w splątanym końskim ogonie. Na szyi nosił biżuterię, prawie ukrytą pod wysokim kołnierzem, a na kciukach – dwa sztuczne paznokcie, wyglądające jakby były wykonane ze srebra, zwinięte w hak.

I wreszcie ta nazwa przezeń wypowiedziana.

- Zabierzesz mnie? -- spytał cicho. - Zabierzesz mnie do Midian?

Ani na chwilę nie spuszczał wzroku z drzwi. Wyglądało na to, że nie wie nic o obecności Boone’a, aż do momentu, gdy bez ostrzeżenia obrócił zranioną głowę i splunął przez pokój. Flegma z żyłkami krwi trafiła na podłogę u stóp Boone’a.

- Spieprzaj stąd! - powiedział. - Przeszkadzasz im w dostępie do mnie. Nie przyjdą, dopóki tu jesteś.

Boone był zbyt zmęczony na kłótnie i zbyt potłuczony, by się podnieść. Pozwolił mężczyźnie nawijać dalej.

- Wynoś się! - odezwał się znów. - Oni nie pokazują się takim jak ty. Nie rozumiesz?

Boone odwrócił głowę i starał się odsunąć od siebie agresywny ból tego człowieka.

- Cholera! - stwierdził tamten. - Minąłem się z nimi. Minąłem się z nimi!

Wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność.

- Przeszli obok - wymamrotał nagle płaczliwie. W następnej chwili znalazł się o jard od Boone’a, szczerząc zęby poprzez brud.

- Masz coś na bóle? - wypytywał.

- Pielęgniarka dała mi coś - odparł Boone. Mężczyzna znów splunął, tym razem nie na Boone’a, lecz na podłogę.

- Pić, człowieku - odezwał się. - Masz coś do picia?

- Nie.

Uśmiech natychmiast wyparował, a twarz zaczęła się marszczyć pod wpływem łez. Odwrócił się od Boone’a, szlochając i znów zaczął swoją litanię.

- Dlaczego mnie nie zabierają? Dlaczego po mnie nie przychodzą?

- Może przyjdą później? - powiedział Boone. - Kiedy mnie nie będzie.

Mężczyzna znów na niego spojrzał.

- Skąd wiesz? - spytał.

Niewiele miał do powiedzenia na ten temat, ale i to, co wiedział, przemilczał. Zebrał wystarczająco wiele fragmentów mitologii Midian, aby nabrać ochoty na więcej. Czyż to nie to miejsce, gdzie ci, którzy już nie mogą dalej uciekać, znajdują dom? I czy on sam nie znajdował się w takim położeniu? Nie pozostało mu już nic. Ani Decker, ani Lori, ani nawet śmierć. Chociaż Midian był jeszcze jednym talizmanem, to jednak chciał usłyszeć o nim coś jeszcze.

- Opowiedz mi - powiedział.

- Pytałem, co wiesz - odrzekł mężczyzna.

- Wiem, że uśmierza ból - stwierdził Boone.

- I?

- Wiem, że nie ma stamtąd powrotu.

- Nieprawda - brzmiała odpowiedź.

- Nie?

- Sądzisz, że gdyby nie było stamtąd powrotu, znajdowałbym się teraz tutaj? Nie uważasz, że to największe miasto na ziemi? Oczywiście, że ludzie mogą wrócić...

Rozjaśnione łzami oczy utkwił w Boon’ie. Czy zdaje sobie sprawę, że nic nie wiem? - zastanawiał się Boone. Chyba nie. Człowiek mówił dalej, zadowolony, że rozprawia o tajemnicy. Albo, właściwie, o swoim lęku związanym z tą tajemnicą.

- Nie idę, bo może nie jestem godzien - powiedział. - A oni łatwo nie przebaczają. Oni w ogóle nie przebaczają. Wiesz, co robią... z tymi, którzy nie są godni?

Boone w mniejszym stopniu zainteresowany był rytami przejścia do Midian niż przekonaniem tego człowieka, że Midian w ogóle istnieje. Nie mówił o Midian jak o swego rodzaju Shangrila szaleńców, lecz jak o miejscu, które można odszukać, wejść doń i pogodzić się z nim.

- Wiesz, jak tam się dostać? - zapytał.

Człowiek odwrócił nagle wzrok. Gdy utracili kontakt wzrokowy, Boone wpadł nagle w panikę: bał się, że ten bękart zachowa resztę historii dla siebie.

- Muszę wiedzieć - stwierdził Boone. Człowiek znów podniósł wzrok.

- Rozumiem - powiedział i głos mu się załamał, jak gdyby bawił go widok rozpaczy Boone’a.

- To na północny zachód od Athabaski - odparł.

- Tak?

- Tak słyszałem.

- Nikt tam nie mieszka - odrzekł Boone. - Można wędrować wieczność, nawet jeśli się ma mapę.

- Midian nie ma na żadnej mapie - powiedział mężczyzna. - Szukaj na wschód od Peace River, koło Shere Neck, na północ od Dwyer.

Nie zawahał się recytując te współrzędne. Wierzył w istnienie Midian równie silnie, a nawet silniej niż wierzył w istnienie czterech ścian, w których został zamknięty.

- Jak się nazywasz? - spytał Boone. To pytanie niemal zbiło go z nóg. Już dawno nikt nie zadawał sobie trudu, by zapytać go o jego imię.

- Narcyz - odezwał się w końcu. - A ty?

- Aaron Boone. Nikt nigdy nie nazywa mnie Aaron. Tylko Boone.

- Aaron - powiedział tamten..- Gdzie usłyszałeś o Midian?

- Tam, gdzie i ty - powiedział Boone. - Tam, gdzie dowiadują się wszyscy. Od innych. Od pełnych cierpienia ludzi.

- Od potworów - stwierdził Narcyz.

Boone nie myślał tak o nich, ale może w czyichś beznamiętnych oczach tak się jawili. Gaduły i płaksy, niezdolni trzymać swoje koszmary pod kluczem.

- Tylko ci są dobrze widziani w Midian - wyjaśnił Narcyz. - Jeśli nie jesteś bestią, jesteś ofiarą. Prawda? Można być tylko tym albo tamtym. Dlatego nie śmiem iść tam sam. Czekam, żeby przyszli po mnie przyjaciele.

- Ludzie, którzy już tam poszli?

- Zgadza się - powiedział Narcyz. - Niektórzy żyją. Niektórzy zmarli i przychodzą potem. Boone nie był pewien, czy dobrze słyszy.

- Przychodzą potem? - spytał.

- Nie masz czegoś na ból, człowieku? - odezwał się Narcyz, znów zmienionym tonem, tym razem przymilnym.

- Mam jakieś proszki - odparł Boone, pamiętając pigułki z dostawy Deckera. - Chcesz?

- Co tylko masz.

Boone był zadowolony, że się ich pozbędzie. Proszki trzymały jego głowę w kleszczach, doprowadzając go do punktu, gdzie nie zależało mu na tym, czy żyje, czy już nie. A teraz mu zależało. Znalazł miejsce, do którego mógł pójść, gdzie przynajmniej znajdzie kogoś, kto zrozumie koszmary, które znosił. Nie potrzebuje proszków, by dotrzeć do Midian. Potrzebuje siły i chęci przebaczenia. Tę drugą miał w sobie. Tę pierwszą jego poranione ciało będzie musiało znaleźć.

- Gdzie one są? - dopytywał się Narcyz, a apetyt zaostrzył jego rysy.

Skórzaną kurtkę ściągnięto Boone’owi z pleców zaraz po przyjęciu przy pobieżnym badaniu uszkodzeń ciała. Wisiała na oparciu krzesła, po dwakroć zbyteczna skóra. Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni, lecz przeżył szok, gdy zauważył brak znajomej fiolki.

- Ktoś mi grzebał w kurtce.

Przetrząsnął resztę kieszeni. Wszystkie były puste. Liściki Lori, jego portfel, proszki: wszystko zniknęło. W sekundę pojął, dlaczego chcieli wiedzieć, kim jest i jakie mogą być tego konsekwencje. Usiłował popełnić samobójstwo; bez wątpienia sądzili, że znów podejmie próbę. W portfelu miał adres Deckera. Doktor prawdopodobnie już znajdował się w drodze, aby zabrać swego krnąbrnego pacjenta i dostarczyć go na policję. Znalazłszy się raz w rękach prawa, nigdy nie zobaczy Midian.

- Mówiłeś, że masz proszki! - ryknął Narcyz.

- Zabrali mi!

Narcyz wyrwał kurtkę z rąk Boone’a i zaczął ją szarpać.

- Gdzie? - ryczał. - Gdzie?

Twarz jeszcze raz mu się zmarszczyła, gdy zdał sobie sprawę, że nie zazna spokoju. Rzucił kurtkę i odwrócił się plecami do Boone’a, a łzy znów płynęły mu po twarzy, jednak zarazem uśmiechał się szeroko.

- Wiem, po co jesteś - stwierdził, wskazując na Boone’a. Wydawał na przemian szloch i śmiech. - Z Midian cię przysłali. Żeby zobaczyć, czy jestem godzien.

Przyszedłeś zobaczyć, czy jestem jednym z was, czy nie!

Nie dał Boone’owi szansy zaprzeczenia, jego uniesienie przeszło w histerię.

- Siedzę tu i modlę się, żeby ktoś przyszedł; błagam, a ty tu jesteś cały czas i patrzysz, jak się udupiam! Patrzysz, jak się udupiam!

Zaśmiał się ciężko. Potem ciągnął śmiertelnie poważnie:

- Nigdy nie zwątpiłem, ani razu. Zawsze wiedziałem, że ktoś przyjdzie. Oczekiwałem jednak twarzy, którą rozpoznam. Może Marvina. Powinienem wiedzieć, że przyślą kogoś nowego. To oczywiste. A ty widziałeś, racja? Ty słyszałeś. Nie wstydzę się. Oni mnie nigdy nie zawstydzili. Zapytaj, kogo chcesz. Próbowali. Na okrągło. Dobrali się do mojej pieprzonej głowy i próbowali ją podzielić, próbowali wyrwać ze mnie Dzikich. Ale trzymałem się. Wiedziałem, że przyjdziesz prędzej czy później, więc chciałem być gotów. Dlatego to noszę.

- Mogę ci pokazać - wyciągnął przed siebie kciuki.

Obracał głową w lewo i w prawo.

- Chcesz zobaczyć? - spytał.

Nie czekał na odpowiedź. Już uniósł dłonie z obu stron twarzy, a haki dotknęły skóry u nasady uszu. Boone patrzył - słowa sprzeciwu czy prośby były zbyteczne. Tę chwilę Narcyz próbował niezliczoną ilość razy nie po to, by się teraz wycofać. Nie rozległ się żaden dźwięk, gdy- haki, ostre jak brzytwa, rozdarły skórę; krew popłynęła natychmiast po szyi i ramionach. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, może trochę stężał: maska, w której połączyły się muza komedii z muzą tragedii. Potem rozpostarł palce po obu stronach twarzy, mocno pociągnął ostre haki ku żuchwie. Działał z precyzją chirurga. Rany otworzyły się idealnie symetrycznie - aż bliźniacze haki spotkały się na podbródku.

Wtedy opuścił jedną dłoń, ociekającą krwią z haka i nadgarstka, podczas gdy druga ręka błądziła po twarzy w poszukiwaniu płata skóry, który został oderwany.

- Chcesz zobaczyć? - powiedział znów.

Boone odparł półgłosem:

- Nie rób tego.

Nie słyszał. Ostrym szarpnięciem do góry Narcyz oderwał maskę skóry od mięśni pod spodem; zdzierał, aż odkrył swoją prawdziwą twarz.

Boone usłyszał czyjeś krzyki dobiegające zza niego. Drzwi otwarły się i jedna z pielęgniarek stanęła na progu. Widział ją kątem oka: twarz bielsza niż fartuch, usta szeroko otwarte; a za nią korytarz i wolność. Nie mógł jednak oderwać wzroku od Narcyza, dopóki krew wypełniająca przestrzeń między nimi wyparła ten drugi widok. Chciał zobaczyć tajemną twarz tego człowieka. Dzikiego pod skórą, Dzikiego przygotowującego go do spokoju Midian. Czerwony deszcz powoli się rozpraszał. Przestrzeń przejaśniała się. Znów ujrzał tę twarz, przez chwilę, ale nie rozumiał jej złożoności. Czy to anatomia bestii obnażyła się przed nim i warczała, czy też tkanka ludzka dogorywała w wyniku samookaleczenia? Jeszcze chwila, a zrozumie...

Potem ktoś go chwycił za ramiona i powlókł w stronę drzwi. W mgnieniu oka zobaczył Narcyza podnoszącego broń swoich rąk, by powstrzymać „zbawicieli", potem fartuchy otoczyły go i zasłoniły. Boone skorzystał z szansy w ułamku sekundy. Odepchnął pielęgniarkę, złapał kurtkę i wybiegł przez nie pilnowane drzwi. Potłuczone ciało nie było przygotowane do tak gwałtownego działania. Potknął się, mdłości i rwący ból kończyn usiłowały rzucić go na kolana, lecz widok Narcyza, otoczonego i spętanego, wystarczył, by dodać mu sił. Zanim ktokolwiek zdołał za nim pobiec, już znajdował się w hallu. Gdy wypadł przez drzwi w noc, usłyszał głos Narcyza, podniesiony w proteście: skowyt wściekłości, żałośnie ludzki.

 

 

Rozdział IV

NEKROPOLIA

 

1

 

Chociaż odległość z Calgary do Athabaski wynosiła nieco więcej niż trzysta mil, ta podróż przeniosła wędrowca do granic innego świata. Na północy autostrady były nieliczne, a ludzi jeszcze trudniej było spotkać. Na rozległych obszarach prerii rozciągały się lasy, moczary, gdzie zamieszkała dzikość. Kraina ta stanowiła granicę doświadczeń dla Boone’a. Wyznaczały ją Bonnyville na południowym wschodzie, dokąd dowiózł go kierowca ciężarówki, dwudziestolatek; Barrhead na południowym zachodzie i sama Athabaska. Terytoria leżące dalej pozostawały nieznane, ot, nazwy na mapie. Czy też ściślej - brak tych nazw. Olbrzymie połacie ziemi upstrzone gdzieniegdzie małymi osiedlami rolniczymi, z których jedno nosiło nazwę wymienioną przez Narcyza: Shere Neck.

Mapę, na której znalazł tę informację, zdobył razem z gotówką wystarczającą akurat na butelkę brandy, włamując się do trzech samochodów na podziemnym parkingu na przedmieściach Calgary. Uciekł, z mapą i z forsą, zanim strażnicy ustalili przyczynę alarmu.

Deszcz umył mu twarz; zakrwawioną koszulkę wyrzucił na śmietnik, szczęśliwy, że znów czuje na ciele swoją ukochaną kurtkę. Potem złapał okazję do Edmonton i następną do High Prairie. Poszło łatwo.

 

2

 

Łatwo? Szukać miejsca, o którym tylko słyszał plotki wśród lunatyków? Może i niełatwo. Ale to było konieczne, nawet nieuniknione. Ta podróż zaczęła się w chwili, gdy ciężarówka, pod której kołami miał zginąć, odrzuciła go. A chyba nawet na długo przed tym, tylko nie odczytał poprawnie zaproszenia. Przekonanie o racji swego działania uczyniło zeń niemal fatalistę. Jeśli Midian istniało i chciało wziąć go w swoje objęcia, to podróżował do miejsca, gdzie znajdzie wreszcie trochę zrozumienia i spokoju. Jeśli nie istniało, jeśli było tylko talizmanem dla przerażonych i zagubionych - to też miało sens. Chciał spotkać śmierć, jaka go oczekiwała w poszukiwaniu krainy nigdzie nie istniejącej. To lepsze niż proszki, lepsze niż bezowocna gonitwa Deckera w poszukiwaniu związków i przyczyn.

Próba doktora, by wykorzenić potwora z Boone’a, skazana była na niepowodzenie. To jasne jak słońce. Boone-człowiek i Boone-potwór nie dawali się od siebie oddzielić. Stanowili jedność; podróżowali tą samą drogą w tym samym ciele i umyśle. A cokolwiek znajdowało się na końcu tej drogi, śmierć czy chwała, było przeznaczeniem ich obu.

 

3

 

Na wschód od Peace River, mówił Narcyz, obok miasteczka Shere Neck, na północ od Dwyer.

Musiał się przespać pod gołym niebem na poboczu High Prairie, aż do następnego ranka, kiedy złapał okazję do Peace River. Samochód prowadziła kobieta, grubo po pięćdziesiątce, dumna z okolicy, którą znała od dzieciństwa i szczęśliwa, że może mu udzielić błyskawicznej lekcji geografii. Nie wspomniał o Midian, ale Dwyer i Shere Neck znała - to ostatnie, liczące sobie pięć tysięcy dusz, leżało na wschód od Autostrady numer 67. Zaoszczędziłby dobre dwieście mil, gdyby nie zapuścił się tak daleko w głąb High Prairie, jak mu kazano, lecz wcześniej skierował się na północ. Nie ma sprawy - stwierdziła, znała takie miejsca w Peace River, gdzie farmerzy zatrzymywali się na posiłek przed powrotem do swoich gospodarstw. Złapie tam okazję, dokąd tylko sobie zażyczy.

- Znasz tam kogoś? - spytała.

Odparł, że zna.

Zbliżał się zmrok, gdy ostatni z kierowców wysadził go o milę czy coś koło tego od Dwyer. Patrzył, jak ciężarówka oddala się po żwirowej drodze w coraz ciemniejszą, niebieską przestrzeń, potem przeszedł krótki odcinek do miasta. Noc pod gołym niebem i podróżowanie samochodami farmerów po drogach, które najświetniejsze dni miały dawno za sobą, odbiły się na jego już i tak zdezelowanym zdrowiu. Godzinę zajęło mu, by niezauważenie dotrzeć na peryferia Dwyer, a w tym czasie zapadła noc. Jeszcze raz los uśmiechnął się do niego. Gdyby nie ciemność, nie spostrzegłby może świateł migających przed nim, nie na powitanie, lecz ostrzegawczo.

Policja przybyła tu przed nim, trzy lub cztery samochody, jak ocenił. Możliwe, że ruszyli w pościg za kimś innym, ale w to wątpił. Prawdopodobnie Narcyz, zdany na siebie, powiedział przedstawicielom prawa to, co powiedział Boone’owi. W takim razie był to komitet powitalny. Chyba już go szukali, dom po domu. A jeśli tu, to w Shere Neck także. Oczekiwano go.

Dzięki zasłonie nocy, zszedł z drogi prosto na pole rzepaku, gdzie mógł się położyć i obmyślić następne posunięcie. Z pewnością niemądrze byłoby zjawić się w Dwyer. Lepiej skierować się teraz do Midian, zapominając o głodzie i zmęczeniu i ufając, że gwiazdy i instynkt go zaprowadzą.

Wstał, przesiąknięty zapachem ziemi i skierował, się tam, gdzie jego zdaniem była północ. Wiedział, że może chybić celu o kilka mil, mając tak ogólne namiary, albo równie łatwo nie dostrzec go w ciemności. Nieważne; nie miał wyboru, co stanowiło jakieś pocieszenie.

W trakcie swej krótkiej, złodziejskiej akcji nie , zdobył zegarka, więc upływ czasu mógł ocenić obserwując tylko powolny ruch konstelacji nad głową. Powietrze stało się chłodne, potem lodowate, ale kroczył dalej pomimo bólu, unikając, jak tylko możliwe, dróg, chociaż łatwiej by się po nich szło niż po zaoranym i obsianym gruncie. Było to rozsądne posunięcie. W pewnym momencie zobaczył dwa samochody policyjne, a za nimi czarną limuzynę, które po cichu ciągnęły drogą, którą przekroczył minutę wcześniej. Nie umiał wytłumaczyć dlaczego, ale był pewien, i to bardzo, że pasażerem limuzyny był Decker, dobry doktor, wciąż w pogoni za wiedzą.

 

4

 

I wtedy - Midian.

Znikąd - Midian. W jednej chwili noc, która była bezkształtną ciemnością, przeobraziła się w zgrupowanie budynków na horyzoncie, których malowane ściany słabo świeciły szaroniebieską poświatą pod gwiazdami. Boone stał tak przez kilka minut i napawał się widokiem. W żadnym z okien nie paliło się światło, ani na żadnym ganku. Musiało być już dobrze po północy, a mężczyźni i kobiety w miasteczku, wstający rano do pracy, powinni już spać. Ale ani jednego światła? To go zdziwiło. O małym Midian mogli zapomnieć kartografowie i ludzie ustawiający drogowskazy, ale czyż nie znalazł się tu ani jeden człowiek cierpiący na bezsenność? Czy dziecko, które bało się, gdy lampa nie świeciła przez całą noc? Bardziej prawdopodobne było to, że czekali na niego Decker i przedstawiciele prawa ukryci w cieniu, aż on głupi da się złapać w pułapkę. Najprostsze rozwiązanie - to dać nogę i pozwolić im dalej czuwać, ale na to nie miał już siły. Jeśli teraz się wycofa, ile będzie musiał czekać, żeby spróbować powrócić, co godzina przeprowadzając rozpoznanie?

Postanowił posuwać się skrajem miasta i zorientować się nieco w jego położeniu. Jeśli nie znajdzie śladu obecności policji, wejdzie tam, zdecydowany na wszystko. Nie po to przebył całą drogę, aby teraz zawracać.

Midian nie odkryło się przed nim, gdy zaczął je okrążać od południowo-wschodniego krańca. Widział tylko pustkę. Nie tylko ani śladu samochodów policyjnych na ulicach czy między domami; w ogóle nie było tam żadnych pojazdów policyjnych, czy innych - żadnych ciężarówek, samochodów terenowych. Zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem nie było to miasto zamieszkane przez jedną z tych wspólnot religijnych, których przekonania nie pozwalają na używanie elektryczności czy silnika spalinowego.

Gdy wspinał się na grzbiet niewielkiego wzgórza, gdzie leżało Midian, pojawiło się drugie, prostsze wyjaśnienie. Po prostu w Midian nikt nie mieszkał. Ta myśl kazała mu się zatrzymać. Gapił się na domy, szukając jakichś śladów rozpadu, ale nie znalazł ich. Dachy nienaruszone, o ile mógł dostrzec, żaden z budynków nie wydawał się rozpadać. Jednocześnie, przy takiej spokojnej nocy, słyszał szmer gwiazd, lecz nie słyszał żadnych odgłosów dochodzących z miasteczka. Jeśli ktoś w Midian jęczał przez sen, noc tłumiła ten dźwięk i pozostawała tylko cisza.

Midian to było miasto-widmo.

Nigdy w swoim życiu nie czuł się tak opuszczony. Stał jak pies, który wraca do domu i nie zastaje swoich właścicieli; nie wiedząc, co teraz oznacza życie albo co będzie oznaczało.

Tak trwał kilka minut, zanim wyrwał się z tego stanu i kontynuował swój obchód miasta. Dwadzieścia jardów dalej ujrzał jednak widok o wiele bardziej tajemniczy nawet jak na opustoszałe Midian.

Po przeciwległej stronie miasta leżał cmentarz. Ze swego punktu widokowego widział go doskonale, chociaż otaczały go wysokie mury. Prawdopodobnie wybudowano go, aby służył całemu regionowi, bo zajmował teren znacznie rozległej szy niż tego wymagały potrzeby Midian. Wiele grobowców imponowało swoimi rozmiarami, a nawet z odległości było widać, że układ alejek, drzew i grobów nadawał cmentarzowi wygląd małego miasta.

Boone ruszył w kierunku cmentarza schodząc po zboczu wzgórza, cały czas dobrze widząc samo miasto. Przypływ adrenaliny, związany z odnalezieniem i bliskością miasta, szybko minął, a ból i wyczerpanie, dotychczas stłumione oczekiwaniem, powróciły i mściły się na nim. Wiedział, że długo to nie potrwa, zanim mięśnie zawiodą całkowicie i padnie. Może za murami cmentarza znajdzie jakiś kącik? Tam ukryje się przed prześladowcami i da odpocząć kościom.

Prowadziły tam dwa wejścia. Mała furtka w bocznym murze i wielkie podwójne wrota, wychodzące wprost na miasto. Wybrał pierwsze wejście. Było zamknięte na klamkę, lecz nie na klucz. Delikatnie pchnął furtkę i wszedł. Wrażenie, jakie odniósł na wzgórzu, znalazło tu potwierdzenie - cmentarz był miastem, grobowce wznosiły się wysoko wokoło. Ich wielkość i, co teraz oceniał z bliska, staranność ich wykonania, zadziwiały. Jakież wspaniałe rodziny zamieszkiwały tutaj, zamożne na tyle, by chować zmarłych w takim przepychu? Małe wspólnoty żyjące na prerii trzymały się kurczowo ziemi, jedynego źródła utrzymania, lecz rzadko się bogaciły; a jeśli już, to tylko odkrywając ropę lub złoto, ale nigdy szczęśliwców nie było tak wielu. A tu: wspaniałe nagrobki, całe aleje zbudowane w różnorakich stylach, od klasycznego do barokowego, i ozdobione - aczkolwiek nie miał pewności, czy znużone zmysły mówią prawdę - motywami z rozmaitych, zwalczających się religii.

Wszystko już za nim. Potrzebował snu. Nagrobki stały tu od, lub dłużej. Obejrzy je sobie o świcie.

Znalazł legowisko ukryte między dwoma grobami i położył się. Wiosenna trawa pachniała słodko. Spał już na o wiele mniej wygodnym posłaniu.

 

 

Rozdział V

DZIWADŁO

 

Obudziły go odgłosy wydawane przez jakieś zwierzę, którego powarkiwanie wdarło się w jego sny i ściągnęło go na ziemię. Otworzył oczy i usiadł. Nie widział psa, ale wciąż go słyszał. Może był za nim; groby odbijały echo na wszystkie strony. Bardzo wolno odwrócił się i spojrzał przez ramię. Panowała głęboka ciemność, ale nie całkiem skrywała wielką bestię, z gatunku trudnego do zidentyfikowania. Nie można się było jednak pomylić - z jej gardła płynęła groźba. Sądząc z tonu powarkiwania, nie podobały jej się jego odwiedziny.

- Hej, chłopcze - powiedział cicho. - Wszystko dobrze.

Trzeszczało mu w kościach, gdy zaczął się podnosić, wiedząc, że jeśli zostanie na ziemi, zwierzę będzie miało łatwy dostęp do jego gardła. Nogi mu zesztywniały od leżenia na zimnej ziemi i poruszał się jak paralityk. Może to właśnie powstrzymywało zwierzę od zaatakowania, bo tylko po prostu obserwowało go, wytrzeszczając białka oczu (jedyny widoczny szczegół), gdy przyjmował wyprostowaną postawę. Już stojąc, zwrócił twarz ku stworzeniu, a ono zaczęło zbliżać się w jego stronę. Coś w jego sposobie poruszania się mówiło mu, że zwierzę jest ranne. Słyszał, jak wlecze za sobą jedną z kończyn; pochylało głowę i kuśtykało.

Miał już na ustach słowa pocieszenia, kiedy czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi, aż dech mu zaparło.

- Rusz się tylko, a cię wypatroszę!

Jednocześnie z tą groźbą drugie ramię przejechało po jego ciele, a palce zagłębiły się w brzuchu z taką siłą, że bez wątpienia ten człowiek mógł spełnić swoją groźbę gołymi rękami.

Boone odetchnął płytko. Nawet najmniejszy ruch wywoływał zaciskanie śmiertelnego uchwytu na szyi i brzuchu. Czuł krew płynącą po brzuchu do dżinsów.

- Kim jesteś, do cholery? - dopytywał się głos. Nie umiał kłamać, bezpieczniej było powiedzieć prawdę.

- Nazywam się Boone. Przyszedłem tu... Przyszedłem znaleźć Midian.

Czyżby uchwyt na brzuchu zelżał trochę, gdy wymienił swój cel?

- Po co? - dopytywał się teraz drugi głos. W ułam-, ku sekundy Boone zdał sobie sprawę, że głos wychodził z cienia naprzeciw niego, gdzie stała ranna bestia. Naprawdę pochodził od bestii.

- Mój przyjaciel zadał ci pytanie - powiedział głos przy jego uchu. - Odpowiedz mu!

Boone, zdezorientowany tym atakiem, utkwił spojrzenie znów w tym czymś, co ukrywało się w cieniu i nie wierzył własnym oczom. Głowa rozmówcy nie była ciałem stałym; wydawała się niemal pochłaniać swoje zbędne kontury, a materia głowy ciemniała i przepływała przez oczodoły i nozdrza oraz usta z powrotem w głąb siebie.

Zniknęły myśli o niebezpieczeństwie; teraz ogarnęło go uniesienie. Narcyz nie kłamał. Oto transformacja tej prawdy.

- Przyszedłem do was - powiedział, odpowiadając na pytanie cudactwa. - Przyszedłem, bo należę do was.

- Jak on wygląda, Peloquin?

To coś pochłonęło swoją twarz bestii. Pod spodem znajdowały się rysy ludzkie, osadzone na ciele bardziej przypominającym gada niż ssaka. Kończyna, którą wlókł za sobą, to był ogon, a jego rana sprawiała, że sposobem poruszania się przypominał wyprostowaną jaszczurkę. Widział to teraz, gdy drgawki przemiany targnęły jego sterczącym grzbietem.

- Wygląda jak Pierwotny - odparł Peloquin. - Nic to nie znaczy.

Boone dziwił się, dlaczego jego napastnik nie widzi go. Zerknął na rękę na swoim brzuchu. Miała sześć palców zakończonych nie paznokciami, lecz pazurami, teraz zagłębionymi na pół cala w jego mięśniach.

- Nie zabijaj mnie - powiedział. - Przebyłem długą drogę, żeby tu przybyć.

- Słyszysz, Jackie? - spytał Peloquin, odpychając się od ziemi czterema nogami, by stanąć prosto naprzeciw Boone’a. Oddech miał gorący jak podmuch z otwartego pieca hutniczego.

- A zatem jakiego gatunku jesteś bestią? - chciał wiedzieć. Transformacja zakończyła się. Człowiek pod płaszczem potwora nie wyróżniał się niczym szczególnym. Czterdzieści lat, chudy, żółtawa skóra.

- Powinniśmy zabrać go na dół - stwierdził Jackie. - Lylesburg będzie chciał go widzieć.

- Prawdopodobnie - odrzekł Peloquin. - Ale sądzę, że to strata czasu. To Pierwotny, Jackie. Umiem ich wy wąchać.

- Przelałem krew - odezwał się Boone półgłosem. - Zabiłem jedenastu ludzi.

Niebieskie oczy obejrzały go badawczo. Igrało w nich rozbawienie.

-r- Chyba nie - powiedział Peloquin.

- To nie od nas zależy - wtrącił się Jackie. - Nie możesz go osądzać.

- Mam chyba oczy, no nie? - odparł Peloquin. - Poznaję człowieka, kiedy go widzę. Pokiwał palcem na Boone’a.

- Nie jesteś z Nocnego Plemienia - stwierdził. - Jesteś mięsem. I tyle. Mięsem dla bestii.

Gdy mówił to, z jego twarzy zniknęło rozbawienie, a pojawił się głód.

- Nie możemy tego zrobić - zaprotestował drugi stwór.

- Kto wie? - spytał Peloquin. - Kto się o tym dowie?

- Łamiemy prawo.

Peloquin nie zareagował na to. Obnażył zęby, a ze szczelin zaczął sączyć się ciemny dym i unosić wokół jego twarzy. Boone wiedział, co teraz nastąpi. Wydychał to, co przed chwilą wchłonął: swoje jaszczurcze „ja". Proporcje głowy już się zmieniły ledwo uch wy tnie, jak gdyby deformował czaszkę i przeobrażał się na nowo pod powłoką ciała.

- Nie możecie mnie zabić - odezwał się. - Należę do was.

Czy dym naprzeciwko wyrażał zaprzeczenie? Jeśli tak, to przesuwając się stracił swe znaczenie. Nie przewidziano dalszej dyskusji. Bestia zamierzała go zjeść...

Poczuł ostry ból w brzuchu, zerknął w dół i zobaczył, jak ręka stwora zakończona pazurami oddziela się od jego ciała. Uścisk na szyi rozluźnił się, a stwór za jego plecami powiedział: - Idź!

Nie potrzebował zachęty. Zanim Peloquin zakończył swoje przeobrażenie, Boone wyśliznął się z objęć Jackiego i pobiegł. Stracił wszelkie poczucie kierunku, a sytuację pogorszył jeszcze ryk pełen furii głodnej bestii i odgłosy, niemal natychmiastowe, pogoni.

Nekropolia była labiryntem. Biegł na oślep, nurkując raz w lewo, raz w prawo, gdzie tylko widział wolną przestrzeń. Nie musiał spoglądać przez ramię, by zauważyć, że prześladowca się zbliża. Kiedy biegł, w głowie rozbrzmiewały mu jego słowa, pełne oskarżenia:

- Nie należysz do Nocnego Plemienia. Jesteś mięsem. Mięsem dla bestii.

Te słowa bardziej go osłabiły niż ból nóg czy płuc. Nawet tu, pośród potworów Midian, nie należał do nich. A jeśli nie do nich, to do kogo? Goniono go, ale tego wyścigu nie mógł wygrać.

Zatrzymał się. Odwrócił.

Peloquin znajdował się pięć, sześć jardów od niego. Ciało wciąż miał ludzkie, nagie i bezbronne, ale głowę miał całkowicie bestii. Szerokie usta i zęby jak ciernie. On też się zatrzymał, być może oczekując, że Boone rzuci broń. Gdy to nie nastąpiło, wyciągnął ramiona w stronę swojej ofiary i Za nim pojawił się Jackie i na pierwszy rzut oka wydał się Boone’owi człowiekiem. A może jego wielokrotnością. Na jego bryłowatej głowie były dwie twarze, obie strasznie wykrzywione; oczy wybałuszone tak, że mogły patrzeć wszędzie, lecz nie przed siebie, usta zrośnięte w pojedynczą szparę, dziurki w nosach pozbawionych kości. Twarz płodu ludzkiego na pokazach dziwolągów.

Jackie próbował zawołać jeszcze raz, ale wyciągnięte ramiona Peloquina już zmieniały się od koniuszków palców do łokci, delikatność ustępowała miejsca nadzwyczajnej sile.

Zanim skończył przemianę mięśni, podszedł do Boone’a i skoczył, by powalić swoją ofiarę. Boone upadł pod jego ciężarem. Za późno, by żałować, że nie zdobył się na ucieczkę. Poczuł, jak pazury rozrywają mu kurtkę, by obnażyć smakowite mięso klatki piersiowej. Peloquin podniósł głowę i wyszczerzył zęby. Jego usta nie do takiego wyrazu były stworzone. Potem ugryzł. Zęby nie były długie, za to liczne. Nie bolało tak, jak tego oczekiwał Boone, Peloquin odsunął się, wyrywając zębami kawał mięśni, razem ze skórą i brodawką.

Ból wyrwał go ze stanu rezygnacji; zaczął się miotać pod Peloquinem. Bestia wypluła kęs z gęby i przymierzała się do czegoś lepszego, zionąc wonią krwi w twarz swojej ofiary. Był ku temu powód - następnym razem miała wygryźć serce i płuca z klatki piersiowej Boone’a. Zawołał o pomoc, a pomoc nadeszła. Zanim nastąpił zgubny atak, Jackie chwycił Peloquina i odciągnął go od pożywienia. Boone poczuł, jak stworzenie unosi się, i już prawie w zamroczeniu dostrzegł, jak jego obrońca zmaga się z Peloquinem. Ich wierzgające kończyny splatały się. Nie czekał na zwycięzcę. Przycisnął dłoń do rany i podniósł się.

Tu nie było dla niego bezpiecznie; Peloquin z pewnością nie był tu jedynym mieszkańcem lubiącym ludzkie mięso. Czuł, jak inni patrzą na niego, gdy wlókł się przez nekropolię i czekają, aż potknie się i upadnie, a oni dobiorą się do niego bezkarnie. Jego organizm, który doznał tak wiele urazów, nie poddał się jednak. Czuł moc swoich mięśni, jak jeszcze nigdy od czasu, gdy zdecydował skończyć ze sobą, a myśl ta była teraz dla niego zupełnie obca. Nawet rana pulsująca pod dłonią, żyła swoim życiem i manifestowała to. Ból minął, a zastąpiło go nie odrętwienie, lecz wrażliwość, niemal erotyczna, każąca Boone’owi sięgnąć do piersi i głaskać swoje serce. Ubawiony takimi nonsensami pozwolił, by instynkt go poprowadził, a on powiódł go do wielkich, podwójnych wrót. Klamka stawiała opór śliskim od krwi rękom, więc wspiął się, pokonując wrota z łatwością, która wywołała jego uśmiech. Potem ruszył do Midian, biegnąc nie ze strachu przed pogonią, lecz z przyjemności tkwiącej w szybkości jego nóg i doznań swych zmysłów.

 

 

Rozdział VI

ROZBITA ILUZJA

 

Miasto było rzeczywiście opuszczone, tak jak przypuszczał. Chociaż z odległości pół mili domy sprawiały solidne wrażenie, to jednak bliższe oględziny wykazały, że opuszczenie przez mieszkańców nie wyszło im na dobre. Wciąż miał świetne samopoczucie, jakkolwiek obawiał się, że może dać znać o sobie znaczna utrata krwi. Potrzebował czegoś, choćby prymitywnego środka do zabandażowania rany. Szukając skrawka zasłony albo kawałka pościeli, otworzył drzwi jednego z domów i wkroczył do ciemnego wnętrza.

Nie zdawał sobie sprawy, dopóki nie znalazł się w środku, w jakże dziwny sposób jego zmysły uległy wyostrzeniu. Oczy z łatwością przenikały ciemność, odkrywając żałosne rumowisko, które kiedyś zostawili po sobie lokatorzy, wszystko pokryte kurzem naniesionym z prerii przez wybite okno i wypaczone drzwi. Znalazł jakiś obrus; pas wilgotnego, poplamionego płótna, który-podarł na węższe paski, trzymając zębami i prawą ręką, podczas gdy lewa zakrywała ranę.

Kiedy to robił, usłyszał skrzypienie desek na werandzie. Na progu ujrzał sylwetkę mężczyzny, którego nazwisko Boone znał, chociaż twarz skrywała ciemność. Wyczuł zapach wody kolońskiej używanej przez Deckera; słyszał bicie serca Deckera; w powietrzu poznał woń potu Deckera.

- Więc to tak - odezwał się doktor. - Tu jesteś.

Na oświetlonej gwiazdami ulicy gromadzili się policjanci. Nadnaturalnie wyostrzonym słuchem Boone wyłapywał odgłosy nerwowych szeptów, powietrza wciąganego do płuc i szczęk odbezpieczanych pistoletów, gotowych ściąć szaleńca z nóg, gdyby tylko próbował się wyśliznąć.

- Jak mnie znaleźliście? - spytał.

- Narcyz, tak się nazywał? - powiedział Decker. - Twój przyjaciel ze szpitala?

- Czy on nie żyje?

- Niestety, nie. Umarł w walce.

Decker posunął się o krok w stronę domu.

- Jesteś ranny - zauważył. - Co sobie zrobiłeś?

Coś powstrzymywało Boone’a od odpowiedzi. Czy tajemnica Midian nie była na tyle dziwaczna, aby tamten w nią uwierzył? A może nie warto było zwierzać się Deckerowi? Z pewnością nie o to chodziło. Zaangażowanie Deckera w zrozumienie potwornych wydarzeń nie ulegało wątpliwości. Z kimże innym mógłby się podzielić swoimi rewelacjami? A jednak zawahał się.

- Powiedz - znów odezwał się Decker - jak doszło do zranienia?

- Potem - odparł Boone.

- Nie będzie żadnego potem. Sądzę, że o tym wiesz.

- Przeżyję - stwierdził Boone. - Nie jest tak źle, jak wygląda. A przynajmniej nie czuję się najgorzej.

- Nie mówię o ranie. Mam na myśli policję. Czekają na ciebie.

- Wiem.

- I nie zamierzasz wyjść po dobroci, prawda?

Boone nie miał pewności. Głos Deckera przypominał mu bezpieczeństwo, jakie zapewniał mu lekarz i prawie uwierzył, że jeśli doktor tylko tego zapragnie, to na powrót je odnajdzie.

Teraz jednak ze strony Deckera nie było mowy o bezpieczeństwie. Tylko o śmierci.

- Jesteś wielokrotnym mordercą, Boone. Desperatem. Niebezpiecznym. Uparcie prosiłem ich o to, by pozwolili mi do ciebie podejść.

- Cieszę się, że pan to zrobił.

- Też się cieszę - odrzekł Decker. - Chciałem mieć szansę pożegnania się z tobą.

- A dlaczego w ten sposób?

- Wiesz, dlaczego.

Nie wiedział, naprawdę. Wiedział tylko, z coraz większą pewnością, że Peloquin mówił prawdę. Powiedział:

- Nie należysz do Nocnego Plemienia. I nie należał; był niewinny.

- Nikogo nie zabiłem - powiedział półgłosem.

- Wiem o tym - odparł Decker.

- Dlatego nie pamiętałem żadnego z tych pokojów. Nigdy tam nie byłem.

- Ale teraz już pamiętasz - stwierdził Decker.

- Tylko dlatego - Boone przerwał i gapił się na połyskliwie czarny garnitur doktora - że pan mi pokazał.

- Nauczyłem cię - poprawił go Decker.

Boone gapił się dalej, czekając na wyjaśnienie, którego nie znał zawczasu. To nie mógł być Decker. Decker był Rozumem, Decker był Spokojem.

- Dziś wieczorem zginęło dwoje dzieci w Westlock - mówił doktor. - Obwiniają ciebie.

- Nigdy nie byłem w Westlock - zaprotestował -Boone.

- Ale ja byłem - odrzekł Decker. - Upewniłem się, że tutejsi ludzie widzieli zdjęcia; mordercy dzieci - są najgorsi. Lepiej, żebyś zmarł tutaj, niż miał się z nimi spotkać.

- Pan? - spytał Boone. - Pan to zrobił?

- Tak.

- Wszystkich?

- I jeszcze więcej.

- Dlaczego?

Decker zastanawiał się nad tym przez chwilę.

- Bo to lubię - odpowiedział obojętnym tonem.

Dalej wyglądał tak zrównoważony w swoim dobrze skrojonym garniturze. Nawet twarz, którą Boone widział teraz wyraźnie, nie zdradzała żadnego tropu wiodącego do ukrytego szaleństwa. Któż by wątpił, widząc zakrwawionego i czystego mężczyznę, który z nich jest obłąkany, a który jest jego uzdrowicielem? Ale wygląd zewnętrzny myli. To doktor był potworem, dzieckiem Midian, który właśnie zmienił ciało, by ukryć prawdziwe „ja". Reszta przyczaiła się pod maską spokoju i planowała zabójstwa dzieci.

Decker wyciągnął rewolwer z wewnętrznej kieszeni marynarki.

- Uzbroili mnie - powiedział. - Na wypadek, gdybyś stracił kontrolę nad sobą.

Ręka mu drżała, ale z takiej odległości trudno było chybić. Za chwilę wszystko się skończy. Przyleci kula, a on umrze i tyle tajemnic pozostanie nie wyjaśnionych. Rana, Midian, Decker, tak wiele pytań, na które nigdy nie odpowie.

Teraz albo nigdy. Cisnął obrus, który wciąż trzymał, w Deckera, a sam rzucił się w bok. Decker wypalił, a strzał wypełnił pokój hukiem i światłem. Zanim obrus spadł na ziemię, Boone znalazł się przy drzwiach. Gdy pozostawił je za sobą o jard, rewolwer znów wypalił. Błysk i natychmiast po nim huk. A potem podmuch w plecy Boone’a, który pchnął go do przodu, przygarbił.

Jednocześnie rozległ się krzyk Deckera.

- On ma broń!

Boone słyszał, jak cienie postaci przygotowują się, by go osaczyć. Podniósł ramiona w geście poddania się, otworzył usta, by ogłosić swą niewinność.

Ludzie zebrani za samochodami zobaczyli tylko jego zakrwawione ręce, wystarczający dowód winy. Wystrzelili.

Boone usłyszał, jak kule mkną po swoich torach - dwie z lewej, trzy z prawej i jedna prosto z naprzeciwka, wymierzona w serce. Starczyło mu czasu, by zdziwić się, jak wolno i jak muzykalnie podążają. Potem trafiły w niego: udo, pachwina, śledziona, ramię, policzek i serce. Stał wyprostowany przez kilka sekund, potem ktoś znów wystrzelił i nerwowe palce na spustach wydały drugą salwę. Dwa z tych strzałów przeszły bokiem. Reszta dosięgneła celu: brzuch, kolano, dwa w piersi, jeden w skroń. Tym razem upadł.

Gdy uderzył o ziemię, poczuł, że rana zadana przez Peloquina wstrząsnęła nim, jak drgnienie drugiego serca - i jej obecność stanowiła dziwne pocieszenie w tych ostatnich chwilach.

Gdzieś obok usłyszał głos Deckera i jego kroki, zbliżające się od strony domu - chciał obejrzeć ciało.

- Mamy tego bękarta - stwierdził ktoś.

- Nie żyje - powiedział Decker.

- Nie, ja żyję - pomyślał Boone. A potem już nie myślał o niczym.

 

 

Część II

ŚMIERĆ TO SUKA

 

To, co cudowne, także rodzi się,

przeżywa swój najlepszy czas

i umiera...

 

CARMEL SANDS

Orthodoxies

 

 

Rozdział VII

KRĘTE ŚCIEŻKI

 

1

 

Świadomość, że Boone odszedł od niej była już sama w sobie przygnębiająca, ale to, co nastąpiło później, było jeszcze gorsze. Oczywiście, po pierwsze, ta rozmowa telefoniczna. Spotkała doktora Deckera tylko raz i nie poznała jego głosu, dopóki się nie przedstawił.

- Obawiam się, że mam złe wiadomości.

- Znalazł pan Boone’a?

- Tak.

- Jest ranny?

Nastąpiła pauza. Wiedziała już, zanim skończyła się ta cisza, co teraz usłyszy.

- Obawiam się, że on nie żyje, Lori.

Oto ta wiadomość, którą na wpół przeczuwała. Nadeszła, bo była zbyt szczęśliwa, i to nie mogło dłużej - trwać. Boone zmienił jej życie nie do poznania. Jego śmierć uczyni to także.

Podziękowała doktorowi, że był tak dobry i powiedział jej o tym osobiście, nie pozostawiając tego obowiązku policji. Potem odłożyła słuchawkę i czekała, aż wiadomość dotrze do niej.

Niektórzy spośród jej rówieśników twierdzili, że nie odpowiedziałaby nigdy na zaloty mężczyzny takiego jak Boone, gdyby był zdrowy. Mieli tu na myśli nie fakt, że choroba kierowała jego ślepym wyborem, lecz to, że piękno twarzy takiej jak jego, zachęcającej ludzi wrażliwych na urodę do pochlebstw, idzie zwykle w parze z niezrównoważonym umysłem. Takie uwagi głęboko ją dotykały, ponieważ w głębi serca uważała je za słuszne. Boone niewiele rzeczy posiadał na własność, lecz twarz była jego chwałą i skłaniała do uważnego przypatrywania się. Wprawiało go to w zakłopotanie i zbijało z tropu. Fakt, że ktoś się na niego gapi nie sprawiał mu przyjemności. Lori też nieraz bała się, że go urazi postępując na odwrót: próbując okazać całkowity brak zainteresowania jego wyglądem. Widziała, jak po kilka dni się nie kąpie, jak tygodniami się nie goli i przez pół roku nie chodzi do fryzjera. To nie zniechęcało w większym stopniu jego entuzjastek. Rzucał na nie urok, bo sam był nawiedzony, po prostu.

Nie marnowała czasu na tłumaczenie wszystkiego swoim przyjaciołom. W zasadzie ograniczała rozmowy na jego temat do minimum, zwłaszcza gdy rozmowa schodziła na seks. Spała z Boone’em zaledwie trzy razy i za każdym razem była to katastrofa. Wiedziała; co mogą wyrządzić plotki. Ale jego czuły, żarliwy sposób, w jaki ją traktował, świadczył o tym, że chciał spełnić jej wymagania. Po prostu nie udawało mu się, a to go wpędzało we wściekłość i depresję, z której ona usiłowała go wydobyć, ograniczając ich kontakt, aby nie dać pretekstu do dalszych niepowodzeń.

Mimo wszystko, często o nim śniła, a scenariusz tych snów zawsze miał niedwuznacznie seksualną wymowę. Bez żadnej symboliki. Po prostu ona i Boone w pustych pokojach, pieprzący się. Czasem do drzwi dobijali się jacyś ludzie - chcieli wejść i popatrzeć, ale nigdy nie wchodzili. Należał do niej bez reszty, w całym swoim pięknie i nieszczęściu.

Jednak tylko w snach. Bardziej teraz niż kiedykolwiek, tylko w snach.

Ich wspólna historia zakończyła się. Nie będzie już mrocznych dni, kiedy rozmowa nie wychodziła z zaklętego kręgu choroby; nie będzie chwili, gdy nagle rozbłyska słońce, bo ona uczepiła się jakiegoś zdania i dała mu nadzieję. Nie była całkiem nie przygotowana na nagły koniec. Choć nie na taki: Boone zdemaskowany jako zabójca i zastrzelony w mieście, o którym nigdy nie słyszała. To złe zakończenie.

Złe, a jeszcze gorsze miało nastąpić.

Po tamtej rozmowie nastąpiło nieuniknione przesłuchanie na policji: czy podejrzewała go o działalność przestępczą? Czy kiedykolwiek wobec niej zachowywał się gwałtownie? Powtarzała tuzin razy, że nigdy jej nie dotknął poza chwilami zbliżeń, a wtedy też ograniczał się do pieszczot. Wydawało się, że w jej zapewnieniach o czułości Boone’a policja znajduje milczące potwierdzenie swoich tez. Wymieniono znaczące spojrzenia, gdy rumieniąc się, opowiadała o tym, jak się kochali. Gdy skończono przesłuchanie, spytano, czy zidentyfikuje ciało. Zgodziła się na ten obowiązek. Chociaż ostrzegano, że to nie będzie przyjemne, to jednak chciała się pożegnać.

Miały jednak nastąpić jeszcze dziwniejsze rzeczy.

Ciało Boone’a zniknęło.

Najpierw nikt nie umiał jej powiedzieć, dlaczego odłożono identyfikację zwłok. Zbywano ją tłumaczeniami, które nie brzmiały prawdziwie. Wreszcie nie mieli wyboru i powiedzieli jej. Zwłoki złożone w kostnicy policyjnej poprzedniego wieczora po prostu zniknęły. Nikt nie wiedział, jak je wykradziono, czy też dlaczego - kostnica była zamknięta na klucz, a zamek nie nosił śladów włamania. Prowadzono poszukiwania, ale wyraz twarzy ludzi, którzy przyszli z tą wiadomością, zdradzał, że nie robili sobie nadziei na znalezienie porywaczy ciała. Dochodzenie w sprawie Aarona Boone’a musiało toczyć się dalej bez udziału zwłok.

 

2

 

Dręczyła ją teraz myśl, że Boone nigdy nie zazna spokoju. Jego ciało stało się igraszką zboczeńca; ten okropny obraz nawiedzał ją w dzień i w nocy. Sama była zaszokowana swoją zdolnością do wyobrażenia sobie, do czego mogło posłużyć jego biedne ciało. Jej umysł działał jak rozkręcona spirala patologii, co napawało ją lękiem (po raz pierwszy w życiu) przed własnymi procesami psychicznymi.

Boone, gdy żył, stanowił tajemnicę, a jego uczucie było cudem, który dał jej poczucie własnej wartości, jakiego nigdy dotąd nie miała. Teraz, poprzez śmierć, tajemnica ta jeszcze się pogłębiła. Wydawało się jej, że go wcale nie znała, nawet w chwilach bolesnej szczerości między nimi, gdy gotów był otworzyć swoją czaszkę, by zabrała całe przygnębienie mieszczące się w nim - nawet wtedy ukrywał przed nią tajemnicę swego życia jako mordercy.

Jak to możliwe! Gdy teraz go sobie wyobrażała, robiącego głupie miny czy wypłakującego się na jej łonie - myśl, że tak naprawdę nigdy go nie znała, wprost fizycznie ją raniła. I jakoś musiała uleczyć tę ranę albo przygotować się na wieczne obcowanie ze świadomością jego zdrady. Musiała wiedzieć, dlaczego drugie życie zawróciło go w przeszłość. Może najlepszym rozwiązaniem byłoby podjęcie poszukiwań tam, gdzie go znaleziono: w Midian. Może tam znajdzie wyjaśnienie tajemnicy.

Policja poleciła jej nie opuszczać Calgary aż do zakończenia dochodzenia, ale ona, jak i jej matka, kierowała się impulsami. Obudziła się o trzeciej nad ranem owładnięta ideą jazdy do Midian. Do piątej się spakowała i godzinę po świtaniu sunęła autostradą numer 2 na północ.

 

3

 

Najpierw rzeczy szły nieźle. Dobrze było znaleźć się z dala od biura (opuściła pracę, ale do diabła z tym) i od mieszkania, gdzie wszystko przypominało jej znajomość z Boone’em. Jechała na oślep. Na żadnej z map, które miała w rękach, nie oznaczono miasta o nazwie Midian. W rozmowach z policjantami występowały jednak i inne miasta. Jedno z nich - Shere Neck zapamiętała, a ono było oznaczone na mapie. Skierowała się tam.

Wiedziała bardzo mało, a właściwie nic, o okolicy, przez którą jechała. Jej rodzina pochodziła z Toronto - cywilizowanego wschodu, jak zwykła mawiać aż do śmierci jej matka, obrażona na ojca za przeprowadzkę w głąb kraju. To już nie miało znaczenia. Widok pól pszenicy, rozpościerających się jak okiem sięgnąć, nie robił na Lori żadnego wrażenia, nie zwracała uwagi na krajobraz jadąc przed siebie. Ziarno posiano, żeby rosło - niech plantatorzy i żniwiarze robią, co do nich należy. Monotonia krajobrazu nużyła ją bardziej, niż mogła przypuszczać. Przerwała podróż w McLennan, o godzinę jazdy w prostej linii do Peace River, i przespała całą noc bez przerwy na łóżku metalowym, aby obudzić się wypoczęta wcześnie rano, i ruszyła dalej. Szacowała, że do południa osiągnie Shere Neck. Rzeczy jednak nie całkiem potoczyły się według planu. Gdzieś na wschód od Peace River straciła orientację i musiała przejechać czterdzieści mil w złym, jak przypuszczała, kierunku, aż znalazła jakąś stację benzynową i kogoś, kto mógł jej pomóc.

W kurzu, na schodach biura, chłopcy-bliźniacy bawili się plastikowymi żołnierzykami. Ich ojciec, po którym odziedziczyli włosy blond, wyciągnął papierosa gdzieś spomiędzy batalionów i podszedł do samochodu.

- Czym mogę służyć?

- Proszę o benzynę. I pewne informacje.

- To będzie panią kosztowało - powiedział bez uśmiechu.

- Szukam miejsca o nazwie Shere Neck. Zna je pan?

Za jego plecami nasiliły się działania wojenne. Odwrócił się do dzieci.

- Zamknijcie się! - krzyknął.

Chłopcy rzucili sobie spojrzenia spod oka i ucichli, dopóki znów nie odwrócił się do Lori. Lata pracy pod gołym niebem, w letnim słońcu, przedwcześnie go postarzyły.

- Po co pani Shere Neck? - odezwał się.

- Staram się... odnaleźć kogoś.

- Tak? - odparł, wyraźnie zaintrygowany. Wyszczerzył zęby, będące niegdyś w lepszym stanie. - Kogoś, kogo znam? Nie mamy tu zbyt wielu znajomych.

Nic nie szkodziło zapytać, jak przypuszczała. Sięgnęła do samochodu i wyjęła z torebki fotografię.

- Jak sądzę, pan nigdy nie widział tego człowieka?

Na schodach trwał Armageddon. Zanim obejrzał fotografię Boone’a, zwrócił się do dzieci.

- Mówiłem wam, żebyście się zamknęli, do cholery! - powiedział i odwrócił się, aby zerknąć na zdjęcie.

Reakcja nastąpiła natychmiast. - Wie pani, kim jest ten facet?

Lori zawahała się. Prosta twarz człowieka naprzeciwko zachmurzyła się. Za późno jednak było na udawanie ignorancji.

- Tak - stwierdziła, starając się nie przybierać zbyt ofensywnego tonu. - Wiem, kim on jest.

- A wie pani, co on zrobił? - wywinął wargę, kiedy mówił. - Mieliśmy tu jego zdjęcia. Widziałem je. Znów odwrócił się do dzieci.

- Zamknijcie się!

- To nie ja - zaprotestował jeden z bliźniaków.

- Ą mnie to gówno obchodzi! - brzmiała odpowiedź.

Ruszył do nich z uniesioną ręką. W mgnieniu oka umknęli przed jego cieniem, ze strachu porzucając swoje wojsko. Wściekłość na dzieci i niesmak wywołany zdjęciem połączyły się teraz.

- Pieprzona bestia - odezwał się do Lori. - Oto, kim on jest. Pieprzoną bestią!

Wręczył jej z powrotem poplamioną fotografię.

- Do cholery, niech go jak najszybciej znajdą. A pani, co chce zrobić, błogosławić miejsce, gdzie się ukrywa?

Wyjęła fotografię z jego tłustych palców, nie odpowiadając, lecz wyraz twarzy mówił sam za siebie. Nie zrażony, kontynuował tyradę.

- Takich ludzi trzeba wykańczać jak psy. Jak pieprzone psy..

Wycofała się przed jego atakiem, z rękami drżącymi tak, że z trudem zdołała otworzyć drzwi samochodu.

- Nie chce pani benzyny? - odezwał się nagle.

- Idź do diabła! - odrzekła. Wyglądał na zakłopotanego.

- O co pani chodzi? - odburknął.

Włączyła zapłon, mamrocząc modlitwę w intencji samochodu. Miała szczęście. Odjeżdżając pędem, spojrzała w lusterko i zobaczyła, że mężczyzna wykrzykuje coś za smugą kurzu, którą zostawiła. Nie wiedziała, skąd się wzięła jego wściekłość, ale wiedziała, na kim ją wyładuje - na dzieciach. Nie ma się czym denerwować. Świat roi się od brutalnych ojców i matek-tyranów, a co za tym idzie - okrutnych, nieczułych dzieci. Tak wygląda kolej rzeczy. I nikt nic nie poradzi na prawa rządzące gatunkiem.

Ulga spowodowana ucieczką wyciszyła wszelkie inne reakcje na jakieś dziesięć minut, ale potem nerwy dały o sobie znać i zaczęła się trząść, tak gwałtownie, że musiała się zatrzymać w pierwszym napotkanym cywilizowanym miejscu, aby trochę się uspokoić. Spośród około tuzina sklepów wybrała małą restauracyjkę, gdzie zamówiła kawę i kawałek słodkiego placka, a potem poszła do toalety, aby spryskać zimną wodą swoją zapłonione policzki. Samotność, nawet tak krótka - oto hasło, które wywołało łzy. Gapiąc się na swoje wzburzoną, pokrytą wypiekami twarz, odbitą w pękniętym lustrze, zaczęła szlochać tak gwałtownie, że nic, nawet wejście innej klientki, nie mogło jej powstrzymać.

Nowo przybyła kobieta postąpiła zupełnie inaczej niż Lori postąpiłaby w takiej sytuacji. Nie wycofała się. Zamiast tego, uchwyciwszy spojrzenie Lori w lustrze, spytała:

- O co poszło? Mężczyźni czy pieniądze? Lori wytarła łzy palcami.

- Przepraszam - powiedziała.

- Kiedy ja płaczę - powiedziała dziewczyna, rozczesując farbowane henną włosy - chodzi zawsze albo o mężczyznę, albo o pieniądze.

Nieskrępowana ciekawość tej dziewczyny pomogła powstrzymać potok nowych łez.

- Mężczyzna - odparła Lori.

- Zostawił cię, prawda?

- Niezupełnie.

- Jezu - odezwała się dziewczyna. - Wrócił? To nawet gorzej.

Ta uwaga wywołała blady uśmiech Lori.

- Wracają zwykle ci, których się nie chce, no nie? - ciągnęła dziewczyna. - Mówisz, żeby się odwalili, a oni wracają jak psy...

Na wspomnienie psów Lori stanęła przed oczami scena pod garażem i poczuła, jak znów jej zbiera się na płacz.

- Ach, zamknij się Sheryl - dziewczyna zbeształa samą siebie - wszystko psujesz.

- Nie - powiedziała Lori. - Naprawdę nie. Muszę się wygadać.

Sheryl uśmiechnęła się.

- Tak bardzo, jak ja muszę się napić kawy?

Nazywała się Sheryl Margaret Clark i potrafiłaby chyba nawet od aniołów wyciągnąć informacje. Zanim minęła druga godzina rozmowy i wypiła piątą kawę, Lori opowiedziała jej całą smutną historię, od momentu spotkania z Boone’em do momentu, kiedy ona i Sheryl wymieniły spojrzenia w lustrze. Sama Sheryl też miała -historię do opowiedzenia - bardziej komedię niż tragedię - o pociągu jej kochanka do kart, i o swym własnym pociągu do jego brata, co skończyło się pyskówką i rozstaniem. Ruszyła w drogę, aby zapomnieć.

- Nie robiłam tego od dzieciństwa - stwierdziła. - Ot tak iść, dokąd poniesie mnie fantazja. Zapomniałam już, jakie to fajne uczucie. Możemy jechać razem. Do Shere Neck. Zawsze chciałam zobaczyć to miasto.

- Naprawdę? Sheryl zaśmiała się

- Nie. Ale to cel dobry jak każdy inny. Dla kogoś z fantazją każdy kierunek jest dobry.

 

 

Rozdział VIII

TAM, GDZIE PADŁ

 

Podróżowały zatem zgodnie ze wskazówkami właściciela restauracji, który uważał, że ma pojęcie ciut mniej niż mgliste na temat położenia Midian. Wskazówki były dobre. Marszruta prowadziła do Shere Neck, które okazało się miastem większym niż oczekiwała Lori, a potem nie oznakowaną drogą, w teorii prowadzącą do Midian.

- Po co tam jedziecie? - chciał wiedzieć właściciel restauracji. - Nikt już tam nie jeździ. To puste miasto.

- Piszę artykuł o gorączce złota - odparła Sheryl, kłamiąc jak z nut. - A ona jest turystką.

- Może i da się coś zwiedzić - brzmiała odpowiedź.

Ta ironiczna uwaga, bliższa była prawdzie, niż sądził ich rozmówca. Późnym popołudniem światło złociło się na żwirowej drodze, kiedy ujrzały miasto, a dopóki nie znalazły się na jego ulicach, były pewne, że to nie to miejsce, bo czyż jakieś miasto-widmo wygląda równie zapraszająco? Wraz z zachodem słońca to wrażenie jednak znikło. W opuszczonych domach kryło się coś beznadziejnego, lecz właściwie widok był przygnębiający, ale ani trochę nie niesamowity. Pierwsza myśl Lori po przyjeździe: dlaczego Boone tu przyjechał?

A druga:

- Nie przybył tu z własnej woli. Gonili go. To przypadek, że w ogóle się tu znalazł.

Zaparkowały samochód pośrodku głównej ulicy, jedynej, jeżeli w ogóle uznać ją za ulicę.

- Nie trzeba zamykać - stwierdziła Sheryl. - Nikt przecież nie przyjdzie go ukraść.

Teraz, gdy już tu dotarły, Lori jeszcze bardziej cieszyła się z towarzystwa Sheryl. Jej werwa i dobry humor rzucały wyzwanie temu posępnemu miejscu i odstraszały to, co mogło je nawiedzić.

Duchy da się pokonać śmiechem; zwalczyć przygnębienie - o wiele trudniej. Po raz pierwszy, odkąd zadzwonił do niej Decker, poczuła nadciągającą żałobę. Z łatwością wyobrażała sobie Boone’a tutaj, samotnego i zagubionego, wiedzącego, że prześladowcy nadciągają. Jeszcze łatwiej przyszło jej znaleźć miejsce, gdzie go zastrzelili. Dziury po kulach, które chybiły, zostały obwiedzione kredą; plamy i bryzgi krwi wsiąkły w deski werandy. Stała niedaleko tego miejsca przez kilka minut, niezdolna, by się zbliżyć i zarazem niezdolna, by odejść. Sheryl wycofała się taktownie, nikt więc nie odrywał jej zahipnotyzowanego wzroku od widoku łoża śmierci Boone’a.

Zawsze jej będzie go brakowało. A jednak nie płakała. Może wyszlochała już łzy w łazience w restauracji. Czuła natomiast, jak jej tęsknotę podsyca tajemnica: w jaki sposób mężczyzna, którego znała i kochała - czy też kochała i sądziła, że zna - mógł tutaj zginąć w następstwie zbrodnii, o którą nigdy by go nie podejrzewała. Może wściekała się na niego i to powstrzymywało łzy; świadoma, że pomimo ich miłości tak wiele przed nią ukrywał, a teraz nawet nie mogła domagać się wyjaśnień. Czy nie mógł zostawić przynajmniej jakiegoś znaku? Zauważyła, że gapi się na plamy krwi i zastanawia się, czy czyjś ostrzejszy wzrok mógłby odczytać z nich jakiś sens. Gdyby wróżyć z fusów po kawie, z pewnością ostatni ślad zostawiony przez Boone’a miał jakieś znaczenie. Ale ona nie była wróżbitką. Znaki, to tylko część nie rozwiązanej zagadki, zasadnicza część; uczucie kazało wypowiedzieć jej na głos, gdy tak stała przy schodach, słowa:

- Wciąż cię kocham, Boone.

To dopiero zagadka; pomimo gniewu i szoku oddałaby życie, które jej jeszcze pozostało, za to, by ujrzeć, jak on wychodzi teraz przez drzwi i obejmuje ją.

Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi, choćby pośredniej. Nie poczuła oddechu żadnego ducha na policzku, żadnego westchnienia w swoim wnętrzu. Jeśli Boone obecny był tu wciąż w jakiejś formie, to zachował milczenie i nie oddychał; śmierć nie uwolniła go, lecz uczyniła swoim więźniem.

Ktoś wymówił jej imię. Podniosła wzrok.

- ... nie sądzisz? - mówiła Sheryl.

- Słucham?

- Czas na nas - powtórzyła Sheryl. - Nie sądzisz, że czas jechać?

- Ach.

- Chyba nie masz mi za złe, że to mówię? Wyglądasz jak wypluta.

- Dziękuję.

Lori wyciągnęła rękę, szukając uspokojenia. Sheryl uścisnęła ją.

- Widziałaś już co trzeba, kochanie - stwierdziła.

- Tak...

- Chodźmy.

- Wiesz, to wciąż nie wydaje się całkiem realne - powiedziała Lori. - Nawet to, że tu stoję. To, że to widzę. Nie potrafię do końca w to uwierzyć. Jak to możliwe, że wszystko stracone? Musi istnieć sposób, by do nich dotrzeć, nie uważasz, by do nich dotrzeć i ich dotknąć.

- Kogo?

- Umarłych. W przeciwnym razie bowiem - wszystko to nonsens, prawda? Sadystyczny nonsens - uwolniła rękę z uścisku Sheryl, podniosła do czoła i potarła je palcami.

- Przepraszam - powiedziała. - Mówię bez ładu i składu, no nie?

- Szczerze? Nie.

Lori wyglądała na skruszoną.

- Posłuchaj - mówiła Sheryl. - Stare miasto, nikomu niepotrzebne. Myślę, że powinnyśmy wynosić się stąd i niech się to wszystko rozpadnie. Co na to powiesz?

- Jestem za.

- Myślę jeszcze...

- O czym?

- Właściwie niezbyt lubię towarzystwo - stwierdziła. - Nie mam oczywiście na myśli ciebie - dodała pospiesznie.

- A więc kogo?

- Całe to zgromadzenie nieboszczyków.

- Jakich nieboszczyków?

- Za wzgórzem, tamten cholerny cmentarz.

- Naprawdę?

- W twoim stanie umysłu nie ma sensu go oglądać - Sheryl odrzekła pospiesznie.

Wyraz twarzy Lori mówił jednak, że nie powinna występować z tą informacją.

- Nie chcesz tego oglądać - powiedziała. - Naprawdę nie chcesz.

- Tylko minutkę czy dwie - prosiła Lori.

- Jeśli zostaniemy tu dłużej, będziemy wracać w ciemnościach.

- Już tu nigdy nie przyjadę.

- Och, z pewnością. Powinnaś zobaczyć ten widok. Wspaniały widok. Domy umarłych ludzi. Lori zdobyła się na nikły uśmiech.

- Szybko wrócę.

Ruszyła ulicą w kierunku cmentarza. Sheryl zawahała się. Zostawiła sweter w samochodzie, a robiło się chłodno. Cały czas, kiedy tu przebywały, nie mogła się jednak pozbyć wrażenia, że są obserwowane. Gdy zbliżał się zmierzch, nie chciała być sama na ulicy.

- Zaczekaj - zadecydowała i dołączyła do Lori, widocznej już pod murem cmentarza.

- Czemu jest taki rozległy? - zdziwiła się Lori na głos.

- Bóg jeden wie. Może wszyscy wymarli nagle.

- Tak wielu? To właściwie małe miasto.

- Racja.

- A zobacz rozmiary grobów.

- Sądzisz, że zrobią na mnie wrażenie?

- Wejdziesz?

- Nie. I nie bardzo chcę.

- Tylko trochę za mur.

- Gdzie ja to już słyszałam?

Lori nie odpowiedziała. Była teraz przy bramie cmentarnej, sięgała przez kraty do klamki. Udało się jej. Jedna połowa drzwi otworzyła się na tyle, że mogła się przecisnąć. Weszła. Wahając się, Sheryl podążyła za nią.