(23kB)
Strona główna


 

Agata Christie

 

 

 

 

Rosemary znaczy pamięć

 



Tłumaczyła Agnieszka Bihl

KSIEGA PIERWSZA

ROSEMARY

 

 

,,Co mam uczynic, by sprzed oczu usunąć wspomnienia?

Sześcioro ludzi myślało o Rosemary Barton, która zmarła prawie rok temu...

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Iris Marie

 

 

 

Iris Marie myślała o swojej siostrze Rosemary.

Przez niemal rok świadomie próbowała odsunąć od siebie wspomnienia. Nie chciała pamiętać.

Było to zbyt bolesne, zbyt przerażające!

Sina twarz, konwulsyjnie zaciśnięte palce...

Kontrast między tym a wesołą, kochaną Rosemary z poprzedniego dnia... Właściwie nie była wesoła. Miała grypę, czuła się przygnębiona, zmęczona... Wszystko to przypomniano w trakcie śledztwa. Sama Jris położyła nacisk na nastrój siostry. Wyjaśniał samobójstwo Rosemary, prawda?

Kiedy zakończono dochodzenie, Iris usiłowała wyrzucić całą sprawę z pamięci. Co dobrego mogły przynieść wspomnienia? Zapomnieć! Zapomnieć o tym okropnym wydarzeniu!

Lecz teraz uświadomiła sobie, że musi pamiętać. Musi cofnąć się myślami w przeszłość... Przypomnieć sobie dokładnie wszystkie pozornie nieważne szczegóły...

Wymagała tego wczorajsza, niezwykła rozmowa z George’em.

Była tak niespodziewana i okropna. Chociaż... czy niespodziewana? Czy nie było wcześniej żadnych oznak?

George - coraz bardziej pochłonięty sobą, roztargniony, zachowujący się bez sensu i, nie da się tego określić" inaczej: dziwacznie! Wszystlco lo prowadziło do tamtej chwili wczoraj wieczorem, kiedy to wezwał ją do gabinetu i z szuflady biurka wyciągnął listy.

Teraz nie można już było od tego uciec. Musiała pomyśleć o Rosemary i przypomnieć sobie...

Rosemary - jej siostra...

Iris uświadomiła sobie raptownie, wstrząśnięta, że po raz pierwszy w życiu pomyślała o Rosemary. To znaczy o niej jako o człowieku.

Zawsze akceptowała siostrę, nie myśląc o niej. Przecież nikt nie myśli o swojej malec, ojcu, rodzeństwie, ciotkach. Są związani pokrewieństwem, i to wszystko.

Nie myśli się o nich jak o odrębnych ludziach. Nie roztrząsa się ich osobowości.

Jaka była Rosemary?

Odpowiedź mogła okazać się niezmiernie ważna. Być może wiele od niej zależało. Iris cofnęła się pamięcią w przeszłość. Ona i Rosemary w dzieciństwie...

Rosemary była o sześć lat starsza.

Wróciły do niej wspomnienia z przeszłości: krótkie przebłyski dawnych wydarzeń, scenki z tamtych lat. Mała Iris je chleb i mleko, a Rosemary, bardzo ważna, uczesana w kucyki, odrabia przy stole lekcje.

Lato nad morzem. Iris zazdrości Rosemary, która jest „dużą dziewczynką" i potrafi pływać!

Rosemary jedzie do szkoły z internatem i wraca do domu na wakacje. Iris chodzi do szkoły, a Rosemary „kończy edukację" w Paryżu. Uczennica Rosemary: niezgrabna, same ręce i nogi. Rosemary po zakończeniu „edukacji" w Paryżu: obca, trochę przerażająco elegancka, mówiąca z miękkim akcentem, pełna wdzięku, poruszająca się roztańczonym krokiem postać o rudawo-

orzechowych włosach i wielkich, ciemnoniebieskich oczach okolonych czarnymi firankami rzęs. Denerwująco piękna istota, wyrosła w zupełnie innym świecie.

Od tamtej pory rzadko się widziały, a sześcioletnia różnica wieku nigdy nie wydawała się większa.

Iris jeszcze uczyła się w szkole, a Roscmary tańczyła na balach. Nawet kiedy Iris wróciła do domu, nie zmniejszyła się dzieląca je przepaść. Rosemary spędzała poranki w łóżku, jadła lunch z innymi debiutantkami i tańczyła niemal każdego wieczoru. Iris siedziała w pokoju szkolnym z mademoiselle chodziła na spacery do parku, jadła kolację o dziewiątej i o dziesiątej była w łóżku. Rozmowy sióstr ograniczały się do krótkiej wymiany zdań:

- Cześć, Iris. zadzwoń po taksówkę dla mnie. Ależ z ciebie cielę, okropnie się spóźnię.

Albo:

- Rosemary, nie podoba mi się ta nowa sukienka. Wcale ci nie pasuje: same koronki i falbanki.

Potem Rosemary zaręczyła się z George’em Barto-nem.

Podniecenie, zakupy, strumień paczek, sukienki druhen.

ślub. Idąc wzdłuż nawy za Rosemary, Iris słyszy szepty:

- Jaka z niej piękna panna młoda...

Dlaczego Rosemary wyszła za George’a? Już wtedy Iris była dość zaskoczona. Tylu ekscytujących młodych ludzi dzwoniło do Rosemary, zabierało ją na randki. Dlaczego wybrała George’a Bartona, człowieka starszego o piętnaście lal, życzliwego, miłego, ale zdecydowanie nudnego?

George był zamożny, jednak nie chodziło o pieniądze. Rosemary miała własny, pokaźny majątek.

Pieniądze wuja Paula...

Iris przywołała wspomnienia, starając się oddzielić to, co wiedziała dziś, od tego, co wiedziała wtedy. Na przykład wuj Paul.

Nie był ich prawdziwym wujem, to wiedziała od zawsze. Chód o pewnych rzeczach nigdy im jasno nie mówiono, znała kilka faktów. Paul Bennet zakochał się w ich matce. Ona jednak wolała innego, biedniejszego mężczyznę. Paul przyjął porażkę bardzo romantycznie. Pozostał przyjacielem rodziny, pełnym sentymentalnego, platonicznego przywiązania. Stał się wujem Paulcm. Był ojcem chrzestnym pierworodnej Rosemary. Po jego śmierci okazało się, że całą swoją fortunę pozostawił chrzestnej córeczce, która miata wówczas trzynaście lat.

Rosemary była nie tylko pięknością, ale i dziedziczką. A poślubiła miłego, nudnego George’a Bartona.

Dlaczego? Wówczas zastanawiało to Iris. Dziwiła się i teraz. Nie wierzyła, że Rosemary kiedykolwiek go kochała. Lecz wyglądała na szczęśliwą z Gcorge’em i bardzo go lubiła. Tak, rzeczywiście tak było. Iris miała okazje to sprawdzić, gdyż w rok po ślubie Rosemary zmarła ich matka - śliczna, delikatna Yiola Marie, a Iris zamieszkała razem z Rosemary Barton i jej mężem.

Miała wtedy siedemnaście lat. Iris zadumała się nad odległym wspomnieniem. Jaka wówczas była? Co czuła, myślała, co widziała?

Doszła do wniosku, że młoda Iris Marie rozwijała się wolno. Nie rozmyślała, brała rzeczy takimi, jakimi są. Czy gniewała ją na przykład miłość matki do Rosemary? W sumie chyba nie. Za oczywiste uznała, że Rosemary jest ważniejsza. Rosemary należało wprowadzić do towarzystwa, wiec matka musiała zająć się starszą córką, na ile tylko pozwalało jej zdrowie. To było całkiem naturalne. Pewnego dnia miała nadejść

kolej Ins. Yiola Marie nie była zbyt troskliwą matką, przejęta głównie własnym zdrowiem. Oddawała dzieci niańkom, guwernatkom, szkolnym wychowawcom, choć zawsze była dla nich czarująca w tych krótkich chwilach, kiedy je widziała. Hcctor Marie zmarł, kiedy Iris miała pięć lat. Informację, że ojciec zbyt dużo pil, przekazano jej tak subtelnie, że nie pamiętała nawet, skąd o tym wie.

Siedemnastoletnia Iris Marie przyjmowała życie po prostu; okazała stosowną żałobę po śmierci matki, zaczęła nosić czarne stroje i zamieszkała z siostrą i jej mężem w ich domu na EIvaston Square.

Czasami bywało lam nudno. Iris miała oficjalnie zadebiutować dopiero w następnym roku. Tymczasem trzy razy w tygodniu uczyła się francuskiego i niemieckiego oraz przedmiotów ścisłych. Zdarzało się, że nie miała co robić ani z kim porozmawiać. Gcorge był miły, zawsze pełen przyjaznych i braterskich uczuć. Nigdy się nie zmieniał. Nawet dzisiaj.

A Roscmary? Iris rzadko ją widywała. Rosemary często wychodziła: do krawcowej, na przyjęcia koktajlowe, brydża...

Jeśli się nad tym zastanowić, co naprawdę wiedziała o Rosemary? O jej upodobaniach, nadziejach, obawach? To przerażające, jak niewiele wie się o ludziach, z którymi się mieszka. Sióstr nie łączyły zbyt zażyłe stosunki.

Lecz teraz musiała zacząć myśleć. Musiała sobie przypomnieć. To mogło być ważne.

Na pewno Rosemary wyglądała na zupełnie szcze-śliwą...

Aż do tamtego dnia, na tydzień przed tragedią,

Iris nigdy nie zapomni tamtego dnia. Wciąż Irwał przed nią wyraźny jak kryształ; każdy szczegół, każde

słowo. Lśniący mahoniowy stół, odsunięte krzesło, charakterystyczne, pośpieszne pismo...

Iris zamknęła oczy i przywołała tamto zdarzenie...

Weszła do saloniku Rosemary i zatrzymała się raptownie.

Zaskoczyło ją to, co ujrzała. Rosemary siedziała za biurkiem z głową złożoną na wyciągniętych ramionach. Szlochała głośno, bez reszty poddając się rozpaczy. Iris nigdy nie widziała Rosemary we łzach i ten przeraźliwy. gwałtowny płacz przeraził ją.

To prawda, że przeszła ciężką grypę. Wstała zaledwie dzień czy dwa wcześniej. Każdy wie, że grypa wprawia w przygnębienie. A jednak... Iris wykrzyknęła dziecinnie, zaskoczona; - Och, Rosemary, co się siało?

Rosemary wyprostowała się, odsunęła włosy ze zmienionej twarzy. Starała się opanować. Powiedziała szybko:

- Nic, nic. Nie patrz tak na mnie!

Wstała i mijając siostrę, wybiegła na korytarz.

Zdezorientowana, wystraszona Iris podeszła do biurka. Jej wzrok powędrował ku leżącej na nim kartce niebieskiego papieru, pokrytej charakterystycznym pismem: duże litery były jeszcze mniej wyraźne niż zwykle w wyniku pośpiechu i wzruszenia, które wiodły trzymającą pióro dłoń. Dostrzegła swoje własne imię skreślone ręką siostry. Czy Rosemary pisała do niej?

Najdroższa Iris,

Nie ma sensu, bym pisała testament, ponieważ moje pieniądze i tak przypadną tobie. Chciałabym jednak, by niektóre 2 moich rzeczy trafiły do konkretnych osób.

Dla George’a przeznaczam biżuterię, którą mi dał oraz emaliowaną szkatułkę kupioną w okresie naszego narzecze listwa.

Dla Glorii King - moją platynową papierośnicę. Dla Maisie - konia z chińskiego fajansu, którym się zawsze zachwycała.

List urywał się na postawionej w rozpaczy kresce; w tym miejscu Rosemary musiała odrzucić pióro i oddać się bezgranicznej rozpaczy.

Iris stała jak zaklęta w kamień.

Co to miało znaczyć? Przecież Rosemary nie zamierzała umrzeć? Była bardzo chora, ate teraz już wyzdrowiała. Zresztą i tak ludzie nie umierają na grypę; może czasem, ale nie Roscmary, Czuła się całkiem dobrze, była tylko słaba i wyczerpana.

Iris powtórnie przebiegła wzrokiem treść listu i tym razem z zaskoczeniem zwróciła uwagę na zdanie: „...moje pieniądze i tak przypadną tobie...”

Po raz pierwszy zetknęła się z warunkami testamentu Paula Bennetta. Od dzieciństwa wiedziała, że Roscmary odziedziczyła pieniądze wuja Paula, że była bogata, podczas gdy ona, łris, pozostała stosunkowo biedna. Lecz aż do tej chwili nigdy nie zastanawiała się, co stanie się z pieniędzmi po śmierci siostry.

Zapytana odparłaby, że przypadną George’owi jako mężowi Rosemary i dodała, iż wydaje się absurdalne, żeby Rosemary miała umrzeć przed George’em!

Lecz miała to przed sobą, spisane czarno na białym, własnoręcznie przez Rosemary. Po jej Śmierci pieniądze dziedziczy Iris. Ale to chyba nie mogło być legalne? Majątek przypada przecież mężowi lub żonie, a nie siostrze. Chyba że Paul Bennett zdecydował tak w swoim testamencie. Pewnie tak się stało. Wuj Paul postanowił, że jeśli Rosemary umrze, pieniądze przejdą na Iris. To czyniło testament trochę mniej niesprawiedliwym... Niesprawiedliwym? Zaskoczyło ją słowo, które wkradło się w jej myśli. Czyżby uważała, że to niesprawiedliwe, iż Rosemary dostała wszystkie pieniądze wuja Paula? Najprawdopodobniej głęboko w sercu tak właśnie uważała. To naprawdę było niesprawiedliwe. Ona i Rosemary były siostrami. Dziećmi tej samej matki. Dlaczego wuj Paul zostawił wszystko Rosemary?

Ona zawsze miała wszystko!

Przyjęcia, suknie, zakochanych młodych mężczyzn, uwielbiającego ją męża.

Jedyną niemiią rzeczą, jaka się jej przytrafiła, była grypa! I nawet to nie trwało dłużej niż tydzień!

Iris wahała się, nie odchodząc od biurka. Ta kartka. Rosemary chyba nie chciałaby, żeby znalazła ją służba?

Po minucie rozważań wzięła list, złożyła na pół i wsunęła do jednej z szuflad biurka.

Znaleziono go tam po tragicznym przyjęciu. List stał się kolejnym dowodem - jeśli jakiegoś jeszcze potrzebowano - że Rosemaiy była przygnębiona i nieszczęśliwa po chorobie i prawdopodobnie już wtedy myślała o samobójstwie.

Depresja po przebytej grypie. Ten motyw wysunięto w trakcie śledztwa, a Jris pomogła go potwierdzić. Nie było to może właściwe wyjaśnienie, ale tylko takie istniało i ostatecznie zostało przyjęte. Tamtego roku szalał bardzo groźny wirus grypy.

Wtedy ani Iris, ani George Barton nie potrafili podsunąć policji żadnego innego motywu.

Teraz, wspominając incydent na strychu, Iris dziwiła się, że mogła być aż tak ślepa.

Wszystko działo się tuż przed jej oczyma! A ona nic nie zauważyła, niczego nie dostrzegła!

Ominęła pośpiesznie tragedię, do jakiej doszło podczas przyjęcia urodzinowego. Nie ma sensu tego wspominać. Co było, minęło. Zapomnij o tym koszmarze,

o dochodzeniu, o skurczonej w bólu twarzy George’a, jego zaczerwienionych oczach. Przejdź od razu do skrzyni na strychu.

Wydarzyło się to jakieś sześć miesięcy po śmierci Rosemary.

Iris nadal mieszkała w domu przy Elvaston Square. Po pogrzebie rozmawiał z nią prawnik rodziny Marie, szarmancki starszy dżentelmen z lśniącą łysiną i zaskakująco przenikliwym wzrokiem. Z godną podziwu klarownością wyilumaczył dziewczynie, że zgodnie z ostatnią wolą Paula Bennetta Rosemary odziedziczyła jego majątek z zastrzeżeniem, iż po śmierci przekaże go swojemu dziecku. Gdyby zmarła bezdzietnie, cały spadek przechodził na Iris. Prawnik wyjaśnił, że jest to ogromna fortuna, którą odziedziczy w dniu ukończenia dwudziestu jeden lat lub w dniu ślubu.

Tymczasem pierwszą rzeczą, jaką należało ustalić, było miejsce jej pobytu. Pan George Barton z ochotą zaofiarował jej dalszą gościnę i zaproponował, by siostra jej ojca, pani Drakę, doprowadzona do ubóstwa finansowymi żądaniami syna (czarnej owcy w rodzinie Mar-le’ów), zamieszkała wraz z nimi i wprowadziła Iris do towarzystwa. Czy Iris akceptuje ten plan?

Iris zaakceptowała go z radością, wdzięczna, że nie zmuszają jej do podejmowania decyzji. Pamiętała ciotkę Lucillę jako sympatyczną kurę domową pozbawioną własnej woli.

Tak więc sprawę ustalono. George Barton byt wprost wzruszająco zadowolony, że szwagierka pozostanie przy nim; traktował ją z uczuciem brata wobec młodszej siostry. Pani Drakę, chociaż nie była ekscytującą towarzyszką, całkowicie ulegała życzeniom Iris. Mieszkańcy domu żyli w zgodzie.

Prawie pół roku później Lis dokonała odkrycia na strychu.

W domu przy Elvaston Sąuare poddasze przeznaczono na skład starych mebli, skrzyń i waliz.

Iris zawędrowała na górę pewnego dnia po nieudanych poszukiwaniach ulubionego czerwonego swetra. George poprosił ją, by nie nosiła żałoby po siostrze. Wyjaśnił, że Rosemary była temu zawsze przeciwna. Iris wiedziała, że to prawda, więc zgodziła się i ubierała się tak jak przedtem, ku lekkiej dezaprobacie Lucilli Drakę, która była staromodna i, jak mawiała, ceniła sobie przestrzeganie „zasad przyzwoitości". Sama pani Drakę wciąż nosiła krepę po mężu zmarłym dwadzieścia parę lat wcześniej.

- Iris wiedziała, że stare ubrania pakowano do skrzyni na strychu. Zaczęła przekopywać ją w poszukiwaniu swojego swetra i przy okazji natrafiła na dawno zapomniane stroje: szary żakiet i spódnicę, stos pończoch, swój strój narciarski i ze dwa stroje kąpielowe.

Wtedy też znalazła stary szlafrok, który należał do Rosemary; najwidoczniej zapomniano oddać go wraz z resztą jej rzeczy. Był to męski szlafrok z cetkowancgo jedwabiu, z dużymi kieszeniami.

Iris strzepnęła go i stwierdziła, że jest w świetnym stanie. Potem złożyła go ostrożnie i odłożyła z powrotem do skrzyni. Czyniąc to wyczuła coś szeleszczącego w kieszeni. Włożyła do środka rękę i wyjęła pogniecioną kartkę, pokrytą pismem Rosemary. Iris wygładziła ją i zaczęła czytać.

Mój kochany Tygrysku, chyba tak nie myślisz... Nic możesz...

Kochamy się przecież! Należymy do siebie! Musisz o tym wiedzieć tak, jak ja o tym wiem. Nie możemy powiedzieć sobie „do widzenia" i żyć spokojnie dalej. Wiesz, kochany, że to niemożliwe. Zupełnie niemożliwe. Należymy do siebie. Na zawsze. Nie obchodzą mnie konwenanse ani to, co mówią ludzie. Miłość znaczy dla mnie więcej niż wszystko. Wyjedziemy razem i będziemy szczęśliwi. Ja uczynię Cię szczęśliwym. Powiedziałeś mi kiedyś, że beze mnie świat zmieniłby się w zgliszcza. Czy pamiętasz, kochany? A teraz piszesz spokojnie, że lepiej to zakończyć, że tak będzie w porządku wobec mnie. Wobec mnie? Ależ ja nie potrafię tyć bez Ciebie. Żal mi George’a, zawsze byt dla mnie taki słodki - ale on zrozumie. Zwróci mi wolność. To nie jest w porządku: mieszkać razem, kiedy nie ma już miłości. Bóg przeznaczył nas sobie, mój najdroższy. Wiem, że On tak chciał. Będziemy bardzo szczęśliwi, ale musimy zdobyć się na odwagę. Sama powiem George’owi. Chcę wszystko wyjaśnić, ale dopiero po moich urodzinach.

Wiem, że postępuję słusznie, najdroższy Tygrysku. Nie potrafię żyć bez Ciebie. Nie potrafię. NIE MOGĘ. Głupio z mojej strony, że tyle piszę. Wystarczyłyby dwie linijki. Po prostu: Kocham Cię. Nigdy nie pozwolę Ci odejść. Och, mój kochany

Tu list się urywał.

Iris stalą bez ruchu, wpatrzona w kartkę.

Jak słabo znała własną siostrę!

Tak więc Rosemary miała kochanka, pisała do niego namiętne listy miłosne, zamierzała z nim uciec!

Co się stało? Nie wysłała tego listu. Czy wysłała inny? Co ostatecznie postanowiła wraz z tym nieznanym mężczyzną?

(„Tygrysek"! Co za głupstwa wymyślają zakochani. To takie dziecinne. Wyobrażam sobie tego Tygryska!)

Kim on był? Czy kochał Rosemary równie mocno, jak ona jego? Na pewno. Rosemary była nieprawdopodobnie śliczna. A jednak, jak wynikało z listu, proponował, by to „zakończyć". Świadczyło to... o czym właściwie? O ostrożności? Wyraźnie stwierdził, że zrywa dla dobra Rosemary. Że tylko taka decyzja będzie w porządku wobec niej. No tak, ale czy mężczyźni nie mówią tego, by zachować twarz? Czy w rzeczywistości nie znaczyło to, że kimkolwiek był tajemniczy mężczyzna, znudził mu się ich związek? Może dla niego była to przelotna miłostka. Może nigdy naprawdę nie zależało mu na Rosemary. Iris miała wrażenie, że nieznajomy był zdecydowany za wszelką cenę zerwać z jej siostrą...

Lecz Rosemary tak nie uważała. Nie zamierzała brać pod uwagę ceny, jaką przyjdzie jej zapłacić za tę namiętność. Rosemary postanowiła, że...

Iris zadrżała.

A ona, Iris, nie miała o tym pojęcia! Nic nie podejrzewała! Uznała za pewnik, że Rosemary jest szczęśliwa i zadowolona, że dobrze jej z George’cm. Ślepa! Musiała być ślepa, żeby nie dostrzec, co się dzieje z jej siostrą.

Lecz kim był ten mężczyzna?

Cofnęła się pamięcią wstecz, zastanawiając się, przywołując wspomnienia. Wokół Rosemary kręciło się tylu mężczyzn: podziwiali ją, zapraszali na randki, wydzwaniali do niej. Nie było nikogo szczególnego. Tyle że musiał być, a cała reszta stanowiła tylko kamuflaż dla tego jedynego, któiy się liczył. Iris zmarszczyła w skupieniu czoło. Co pamiętała z tamtych dni?

Przypomniała sobie dwa nazwiska. Musiało chodzić o któregoś z tych dwóch mężczyzn. Stephen Faraday?

Na pewno. Co Rosemary w nim widziała? Sztywny, pompatyczny młodzieniec, właściwie nawet nie tak bardzo miody. Mówiono oczywiście, że jest błyskotliwy. Polityk, który robi karierę; przepowiadano, że zostanie podsekretarzem. Miał powiązania z Kidderminsterem. Przypuszczalnie kolejnym premierem! Czy to dodało mu blasku w oczach Rosemary? Bo na pewno nie mogło jej tak szaleńczo zależeć na nim samym - zimnym, pełnym rezerwy człowieku? Lecz mówiono, że jego żona kochała go namiętnie, że sprzeciwiła się swojej potężnej rodzinie, by go poślubić - nic nie znaczącego młodzieńca o politycznych ambicjach! Jeśli jedna kobieta była w nim tak zakochana, mogło się to przydarzyć i drugiej. Tak, na pewno chodzi o Stephena Farradaya.

Ponieważ jeśli nie o niego, to o Anthony’ego Brow-ne’a.

A Iris nie chciała, by to był on.

To prawda, że zachowywał się jak niewolnik Rosemary: zawsze na jej zawołanie. Jego ciemna, przystojna twarz wyrażała pełną humoru desperacje. Lecz przecież swoje przywiązanie okazywał zbyl otwarcie, by mógł je traktować poważnie?

Dziwne, że zniknął zaraz po śmierci Rosemary. Nie widziano go nigdy więcej.

Choć nie powinno to aż tak dziwić, przecież sporo podróżował. Mówił o Argentynie, Kanadzie, Ugandzie, Ameryce. Iris przypuszczała, że sam był Amerykaninem lub Kanadyjczykiem, choć nie miał obcego akcentu. Nie, nie powinna się dziwić, że nie zobaczyła go nigdy więcej.

To Rosemary była jego przyjaciółką. Nie miał powodu, by nadal ich odwiedzać. Był przyjacielem Rosemary. Ale nic jej kochankiem! Nie chciała, by okazał się jej kochankiem. To by ją zraniło, l to bardzo...

19

Zerknęła na trzymany w dłoni list. Zmięła go. Wyrzuci go, spali...

Powstrzymał ją instynkt.

Pewnego dnia ten list może stać się ważny...

Wygładziła kartkę, wzięła ze sobą i zamknęła w swojej szkatułce na klejnoty.

Pewnego dnia dzięki niemu będzie można udowodnić, dlaczego Rosemary odebrała sobie życie.

 

III

- I co jeszcze?

Ten śmieszny zwrot nieoczekiwanie przyszedł Iris do głowy i zmusił do wykrzywienia ust w sztucznym uśmiechu. Pytanie, jakie bez namysłu zadaje sprzedawca, dokładnie oddawało tok jej myśli.

Czy nie to właśnie próbowała zrobić, podsumowując przeszłość? Rozprawiła się już ze zdumiewającym odkryciem na strychu. A teraz - co jeszcze? Co jeszcze było ważne?

Na pewno coraz bardziej osobliwe zachowanie Geor-ge’a. Zaczęło się dawno. W świetle zdumiewającej rozmowy przeprowadzonej wczorajszego wieczoru jasne stały się drobne rzeczy, które ją dotąd dziwiły. Nie mające pozornie ze sobą związku uwagi i gesty ułożyły się w spójną całość.

Powrócił Anthony Browne. Tak, być może tym powinna się teraz zająć, gdyż stało się to zaledwie w tydzień po znalezieniu listu.

Iris nie potrafiła dokładnie przypomnieć sobie własnych odczuć...

20

Rosemary zmarła w listopadzie. W maju następnego roku Iris pod skrzydłami Lucilli Drakę rozpoczęła życie towarzyskie. Chodziła na lunche, herbatki i tańce, choć nie bawiły jej zbytnio. Była zobojętniała i niezadowolona. Na raczej nudnej zabawie pod koniec czerwca usłyszała czyjś glos za plecami:

- Przecież to Iris Marie, prawda?

Odwróciła się zarumieniona i spojrzała wprost w ciemną, kpiącą twarz Anthony’ego. Tony’ego. Powiedział:

- Pewnie mnie nie pamiętasz, ale... Przerwała mu:

- Ależ pamiętam ci?. Oczywiście, że pamiętam!

- Świetnie. Bałem się, że zapomniałaś. Ostatni raz widziałem ci? tak dawno temu,

- Wiem. Na przyjęciu urodzinowym Rosę... Urwała. Słowa przyszły na jej usta tak radośnie,

bezmyślnie. Zbladła nagle, jej policzki stały się niemal przeźroczyste, bezkrwiste, wargi zadrżały, w oczach odmalowało się przerażenie.

Anthony powiedział szybko:

- Bardzo cię przepraszam. Zachowuję się jak ostatni cham, przypominając ci o tym.

Iris przełknęła ślinę i odezwała się:

- Wszystko w porządku.

(Ale nic nie było w porządku od urodzinowego przyjęcia Rosemary. Od czasu jej samobójstwa. Nie będzie o tym myśleć. Nie chce o tym pamiętać!)

Anthony mówił dalej:

- Strasznie mi przykro. Proszę, wybacz mi. Zatańczymy?

Skinęła głową. Choć poproszono ją wcześniej do tańca, który się właśnie zaczynał, popłynęła po parkiecie w jego ramionach. Dostrzegła swego partnera - zaczer-

21

wienionego, niedojrzałego chłopca w za dużym kołnierzyku, szukającego jej wzrokiem. Z takimi tancerzami muszą zadawać się debiutantki - pomyślała z pogardą. W niczym nie przypomina przyjaciela Rosemary,

Jej serce zabiło gwałtowniej. Przyjaciel Rosemary. List. Czy napisano go do mężczyzny, z którym tańczyła? Coś w miękkim, kocim wdzięku, z jakim tańczył, nadawało sensu przezwisku „Tygrysek". Czy on i Rosemary...?

Odezwała się ostrym tonem:

- Gdzie byłeś przez cały ten czas?

Odsunął ją nieco od siebie i spojrzał w dół na jej twarz. Nie uśmiechał się, a jego głos zabrzmiał chłodno. - Podróżowałem. W interesach.

- Rozumiem - i bez namysłu ciągnęła dalej: - Dlaczego wróciłeś?

Na to uśmiechnął się i odpowiedział lekkim tonem:

- Być może, by zobaczyć ciebie, Iris Marie.

Nagle objął ją mocniej i okręcił z cudownym wyczuciem rytmu, prowadząc śmiało między tancerzami. Z uczuciem niemal niezmąconej przyjemności Iris zdziwiła się, że czegoś się obawiała.

Od tamtej pory Anthony stał się częścią jej życia. Widziała go co najmniej raz w tygodniu.

Spotykała go w parku, na tańcach, odkrywała, że siedzi obok niej na obiedzie.

Jedynym miejscem, w którym nigdy się nie zjawił, był dom przy Elvaston Square. Zauważyła to dopiero po jakimś czasie - tak zręcznie unikał i odmawiał przyjęcia zaproszenia. Kiedy to sobie uświadomiła, zaczęła zastanawiać się, dlaczego. Czy dlatego, że on i Rosemary...

Potem, ku jej zdumieniu, napomknął o nim George - wyrozumiały, nie wtrącający się do niczego George.

- Co to za facet, ten Anthony Browne, z którym się zadajesz? Co o nim wiesz?

Spojrzała na niego.

- Co o nim wiem? Przecież był przyjacielem Rose-mary!

Twarz George’a skurczyła się w grymasie bólu. Zamrugał oczami i powiedział posępnym, stłumionym tonem:

- Rzeczywiście.

Iris wykrzyknęła skruszona:

- Tak mi przykro! Nie powinnam ci o tym przypominać.

Lecz George potrząsnął głową i rzekł łagodnie:

- Nie, nie. Nic chce o niej zapomnieć. Nigdy. Zresztą to właśnie znaczy jej imię: pamięć - mówił z trudem, odwróciwszy wzrok. Spojrzał na Iris. - Nie chcę, byś zapomniała o swojej siostrze.

Dziewczyna odetchnęła gwałtownie.

- Nigdy o niej nie zapomnę. George ciągnął dalej:

- Chodzi mi o tego młodego człowieka, Anthony’ego Brownc’a. Być może Rosemary go lubiła, ale nie mogła wiele o nim wiedzieć. Musisz być ostrożna, Iris. Jesteś bardzo bogatą młodą kobietą.

Poczuła raptowny gniew.

- Tony... Anthony ma mnóstwo pieniędzy. Kiedy jest w Londynie, zatrzymuje się w hotelu „ClaridgeY*!

George Barton uśmiechnął się lekko i powiedział cicho:

- Godne szacunku i równie kosztowne. Mimo to, moja droga, nikt nie zna tego człowieka dobrze.

- Jest Amerykaninem.

- Możliwe. Jeśli tak, dziwne, że jego ambasada nic wspiera go bardziej. Nieczęsto tu zachodzi, prawda?

- Tak. I rozumiem dlaczego, jeśli tak bardzo go nie lubisz!

George potrząsnął głową.

- Chyba wtrącam się w nie swoje sprawy. No dobrze. Chciałem tylko w porę cię uprzedzić. Zamienię słówko z Lucillą..

- Z Lucillą! - wykrzyknęła Iris pogardliwie. George spytał z napięciem:

- Czy wszystko w porządku? To znaczy, czy Lucillą pilnuje, byś miała swoje rozrywki? Przyjęcia i tym podobne?,; - Tak, stara się i pracuje nad tym jak wół...

- Bo jeśli nie, wystarczy, że mi powiesz. Możemy znaleźć kogoś innego. Młodszego i bardziej nowoczesnego. Chcę, żebyś się dobrze bawiła,

- Ależ dobrze się bawię, George. Naprawdę. Powiedział dość ponurym tonem:

- W takim razie wszystko w porządku. Ze mnie nie ma zbyt wielkiego pożytku pod tym względem, zresztą nigdy nic było. Ale ty powinnaś otrzymać wszystko, czego chcesz. Nie musimy oszczędzać.

To był właśnie cały George: życzliwy, niezręczny, ciągle popełniający gafy.

Zgodnie ze swoją obietnicą lub groźbą ,,.zamicnił słówko" t panią Drakę na temat Anthony’ego Browne’a, lecz zrządzeniem Opatrzności chwila nie była odpowiednia do tego, by przyciągnął uwagę Lucilli.

Właśnie otrzymała telegram od znajdującego się ciągle w opałach syna. Był jej oczkiem w głowic i aż za dobrze wiedział, jak pociągać za struny matczynej miłości, by osiągnąć korzyści finansowe,

„Czy możesz wysłać dwieście funtów. Zdesperowany. Sprawa życia lub śmierci. Victor."

- Yictor jest taki szlachetny. Wie, że jestem w ciężkiej sytuacji i prosi mnie o pomoc tylko w ostateczności. Zawsze tak było. Boję się, że kiedyś się zastrzeli.

- Nie on - stwierdził obojętnie George.

- Nie znasz go. Jestem jego matką i wiem, jaki jest mój własny syn. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zrobiła tego, o co prosi. Mogłabym sprzedać moje obligacje.

George westchnął.

- Posłuchaj, Lucillo. Dowiem się wszystkiego telegraficznie przez moich tamtejszych współpracowników. Sprawdzimy, w jakie kłopoty wpakował się Yictor. Lecz radzę ci, żebyś pozwoliła mu wypić piwo, którego nawarzył. Nigdy nie poprawi się, dopóki mu będziesz pomagać.

- Jesteś bezwzględny, George. Biedny chłopiec zawsze miał pecha...

George powstrzymał się przed wypowiedzeniem swojego zdania w tej sprawie. Nie ma sensu dyskutować z kobietami.

Powiedział tylko:

- Każę Ruth natychmiast się tym zająć. Do jutra będziemy wszystko wiedzieć.

To częściowo uspokoiło panią Drakę. Dwieście funtów obcięto w końcu do pięćdziesięciu. Lucilla uparła się, by choć taką sumę wysłać.

Iris wiedziała, że George sam dostarczył tę sumę, choć udawał, że sprzedał obligacje Lucilli. Iris podziwiała szwagra za hojność i powiedziała mu o tym. Jego odpowiedź była prosta.

- Ja patrzę na to tak: w każdej rodzinie jest jakaś czarna owca. Ktoś, komu trzeba pomagać. Ktoś będzie musiał płacić długi Victora, póki nie umrze.

- Ale to nie musisz być ty. On nie należy do twojej rodziny.

- Rodzina Rosemary jest moją rodziną.

- Jesteś kochany. Ale może ja mogłabym to robić? Zawsze mi powtarzasz, że opływam w bogactwa.

Uśmiechnął się do niej.

- W tej sprawie nie możesz nic zrobić, dopóki nie skończysz dwudziestu jeden lat, młoda damo. A jeśli będziesz mądra, nie dasz mu grosza nawet wtedy. Zdradzę ci jedno. Kiedy ktoś telegrafuje, że skończy ze sobą, jeśli nie dostanie kilkuset funtów, odkrywasz zwykle, że dwadzieścia będzie aż nadto... Starczy nawet dziesięć! Nie powstrzymasz matki przed płaceniem długów syna, ale możesz przynajmniej zmniejszyć sumę. Pamiętaj

o tym. Oczywiście Victor Drakę nigdy ze sobą nie skończy. Nie on! Ludzie, którzy grożą samobójstwem, nigdy go nie popełnią.

Nigdy? Iris pomyślała o Rosemary. Potem odepchnęła od siebie tę myśl. George nie mówił o Rosemary. Miał na myśli pozbawionego skrupułów, obłudnego młodzieńca L Rio de Janeiro.

Iris skorzystała na tym, gdyż pochłonięta matczynymi troskami Lucilla nic mogła poświęcić należytej uwagi przyjaźni, jaka łączyła jej podopieczną z Anthonym Browne’em.

Tak więc „Co jeszcze, proszę pani?" Zmiana, jaka zaszła w George’ut Iris nie mogła odkładać dłużej tej sprawy. Jaki był początek? I jaka przyczyna?

Nawet teraz, cofając się pamięcią wstecz, Iris nie potrafiła wskazać chwili, w której się to zaczęło. Od śmierci Rosemary George był roztargniony, przestawał słuchać i popadał w zamyślenie. Wydawał się starszy

i bardziej ociężały. Właściwie było to dość naturalne. Lecz w którym momencie jego roztargnienie stafo się czymś więcej ponad to, czego należało oczekiwać?

Po sprzeczce o Anthony’ego Browne’a zauważyła po raz pierwszy, że George patrzy na nią półprzytomnie, z zakłopotaniem. Potem nabrał zwyczaju wracania z pracy wcześniej i zamykania się w swoim gabinecie.

Najwyraźniej nic tam nie robił. Kiedy weszła raz do środka, siedział za biurkiem i patrzył przed siebie. Spojrzał na nią przygasłym wzrokiem. Zachowywał się jak człowiek w szoku, lecz na pytanie, co się stało, odparł krótko:

- Nic.

Wraz z upływem dni wydawał się coraz bardziej zatroskany, jakby trapiło go konkretne zmartwienie.

Nikt nie zwrócił na to uwagi. Na pewno nie Iris. Kłopoty, dogodnie dla niej, zawsze dotyczyły „interesów’’.

Potem w nierównych odstępach czasu i bez widocznych powodów George zaczął zadawać jej pytania. Wtedy właśnie uznała jego zachowanie za „dziwaczne".

- Słuchaj, Iris, czy Rosemary często z tobą rozmawiała?

Iris spojrzała na niego.

- Oczywiście. Ale o czym?

- No... o sobie, o znajomych, o tym, jak się jej wiedzie. Czy jest szczęśliwa.

Przypuszczała, że wie, o co mu chodzi. Musiał dowiedzieć się o romansie żony. Powiedziała wolno:

- Nigdy nie mówiła za wiele. Zawsze była czymś zajęta.

- A ty byłaś tylko dzieckiem. Rozumiem. A jednak pomyślałem, że mogła ci o czymś powiedzieć.

Spojrzał na nią pytająco, trochę jak pełen nadziei pies. Nie chciała zranić George’a. Zresztą Rosemary nigdy niczego nie powiedziała. Potrząsnęła przecząco głową. George westchnął. Odezwał się posępnie:

- Och, to i tak nie ma znaczenia.

Innego dnia zapytał ją nagle o nazwiska przyjaciółek Rosemary.

Iris zastanowiła się.

- - Gloria King. Pani Atwell... Maisie Atwell, Jean Raymond.

- Jak bardzo była z nimi zaprzyjaźniona?

- Właściwie nie wiem.

,, - Czy według ciebie mogła się którejś zwierzać?

- Naprawdę nie mam pojęcia... To raczej niezbyt prawdopodobne... A o jakie zwierzenia ci chodzi?

Natychmiast pożałowała, że zapytała, lecz odpowiedź George’a zaskoczyła ją.

A ,.- Czy Rosemary kiedykolwiek mówiła, że kogoś się boi?

- Boi? - Iris spojrzała na szwagra ze zdumieniem.

- Próbuję dowiedzieć się, czy miała jakichś wrogów.

- Wśród innych kobiet?

- Nie, nie, nie o tym mówić. Chodzi mi o prawdziwych wrogów. Czy wiesz o kimś, kto mógłby mieć do niej żal?

Szczere spojrzenie Iris wytrąciło go z równowagi. Zaczerwienił się i wymamrotał:

- Wiem, że to głupio brzmi. Melodramaty c znie. Tylko się zastanawiałem.

Dzień czy dwa później zaczął pytać o Farradayów. Jak często Rosemary spotykała się z nimi? Iris nie była pewna.

- Naprawdę nie wiem, George.

- Czy kiedykolwiek wspominała o nich?

- Nie, raczej nie.

- Czy byli bardzo zaprzyjaźnieni?

- Rosemary interesowała się polityką.

- Tak. Od chwili, kiedy spotkała Farradayów w Szwajcarii. Wcześniej za grosz o nią nie dbała.

- Rzeczywiście. Chyba Stephen Farraday sprawił, że zaczęła się nią interesować. Pożyczał jej do przeczytania różne broszury.

- A co myślała o lym Sandra Farraday? - zapytał George.

- O czym?

- O tym, że jej mąż pożyczał Rosemary różne broszury?

Iris poczuła się niezręcznie.

- Nie wiem.

- Jest pełna rezerwy - zauważył George - i wydaje się zimna jak lód. Ale podobno szaleje za Farradaycm. Takie jak ona raczej nie aprobują przyjaźni swoich mężów z innymi kobietami.

- Może i nie.

- Czy Rosemary i żona Farradaya lubiły się? Iris odparła powoli:

- Nie sądzę. Rosemary śmiała się z Sandry, Mówiła, że to jedna z tych nadętych żon polityków, sztywnych jak drewniany koń na biegunach. Zresztą sam wiesz, że jest podobna do konia. Rosemary powtarzała, że „jeśli by ją przekłuć, ze środka wysypałyby się trociny".

George chrząknął, a potem powiedział:

- Nadal widujesz się z Anthonym Browne’em?

- Dość często - odparła chłodno, lecz George nie powtórzył swoich ostrzeżeń. Przeciwnie - wydawał się zainteresowany,

- Sporo podróżował, prawda? Musiał mieć ciekawe życie. Czy opowiadał ci o tym?

- Niezbyt wiele. Ale często wyjeżdża.

- W interesach, jak sądzę?

- Tak przypuszczam.

- A czym się zajmuje?

- Nie wiem.

- Chyba handlem bronią, prawda?

- Nigdy mi o lym nie mówił.

 

- Nie wspominaj mu, że pytałem. Tylko się zastanawiam. Zeszłej jesieni czysto widywano go z Dews-burym, szefem United Arms Ltd.. Rosemary spędzała dużo czasu z Anthonym, prawda?

- Tak... tak.

- Ale nie znała go od dawna? Był chyba jednym z jej dalszych znajomych? Zabierał ją na lance, prawda?

- Tak.

- Widzisz, byłem dość zaskoczony, że zaprosiła go na swoje urodziny, Nie wiedziałem, że zna go tak dobrze. ^/r Iris odezwała się cicho:

- Bardzo dobrze tańczy...

- No tak, oczywiście...

Wbrew jej woli powróciło do niej wspomnienie przyjęcia.

Okrągły stół w „Luksembourgu", przyćmione światła, kwiaty. Orkiestra gra rytmiczne, naglące do tańca melodie. Wokół stołu zgromadziło się siedem osób: ona, Anthony B równe, Rosemary, Stephen Farraday, Ruth Lessing, George, a po jego prawej ręce żona Stephena Farradaya, lady Alexandra Farraday o jasnych, prostych włosach i lekko zakrzywionym nosie, mówiąca czystym głosem pełnym arogancji. Jaka wesoła kompania! A może nie?

A w środku przyjęcia Rosemary... ale nie, lepiej o tym nie myśleć! Lepiej pamiętać tylko, że siedziała obok Tony’ego. Wtedy po raz pierwszy naprawdę go zauważyła. Wcześniej był tylko nazwiskiem, cieniem w holu, towarzyszem sprowadzającym Rosemary po frontowych schodach do czekającej taksówki.

Tony...

Raptownie powróciła do rzeczywistości. George pytał ją o coś po raz drugi.

- Dziwne, że wyjechał tak szybko. Wiesz, dokąd?

Odparta z roztargnieniem:

- Chyba na Cejlon lub do Indii.

- Nie wspominał o podróży tamtego wieczoru. Iris rzuciła ostro:

- Dlaczego miałby to robić? I czy w ogóle musimy mówić o tamtym wieczorze?

Twarz George’a pokryła się szkarłatem.

- Skąd, oczywiście, nie musimy. Przepraszam. Przy okazji, zaproś kiedyś Browneła na obiad. Chciałbym się znowu z nim zobaczyć.

Iris była zachwycona. George znów stawał się dawnym sobą. Przekazała zaproszenie, które zostało przyjęte, ale w ostatniej chwili Anthony musiał wyjechać w interesach na północ i nie dał rady przyjść.

Któregoś dnia pod koniec czerwca George zaskoczył Lucille i Iris oznajmiając, że kupił dom na wsi.

- Kupiłeś dom? - Iris nie mogła w to uwierzyć. -Myślałam, że mamy wynająć na dwa miesiące will? w Goring?

- Ale miło jest mieć własny dom, prawda? Przez cały rok można spędzać tam weekendy.

- Gdzie to jest? Nad rzeką?

- Nie całkiem. Właściwie w ogóle nie. W Sussex. W Marłingham. Posiadłość nazywa się „Little Priors". Ma dwanaście akrów. To mały, georgiański domek.

- To znaczy, że kupiłeś coś, czego wcale nie widziałyśmy?

- To była nie lada gratka. Dopiero co wystawiono go na sprzedaż. Skorzystałem z okazji.

Pani Drakę zauważyła:

- Podejrzewam, że wymaga solidnego sprzątania i remontu.

- To żaden problem - odparł George lekceważąco. - Ruth dopilnowała wszystkiego.

Przyjęły wzmiankę o Ruth Lessing, uzdolnionej sekretarce Georgc’a, pełnym szacunku milczeniem. Ruth była instytucją i praktycznie członkiem rodziny. Wyglądała świetnie w surowym czarno-białym kostiumie i stanowiła esencje wydajności połączonej z taktem...

Za życia Rosemary często mawiała: „Niech Ruth się tym zajmie. Jest cudowna. Och, zostawcie to Ruth".

Zdolne palce panny Lessing mogły rozplatać każdą trudność. Pokonywała wszystkie przeszkody uśmiechnięta, miła, powściągliwa. Rządziła biurem George’a i, jak podejrzewano, samym Georgc’em. Był do niej przywiązany i w każdej kwestii polegał na jej opinii. Wydawało się, że Ruth nie ma żadnych własnych potrzeb ani pragnień.

Mimo to, tym razem Lucilla Drakę była zagniewana.

- Mój drogi, może i na Ruth można polegać, ale kobieta lubi sama ustalić kolorystykę własnego salonu! Powinieneś był skonsultować się z Iris. Nie wspominam o sobie. Ja się nie liczę. Lecz sytuacja jest bardzo denerwująca dla Iris.

Najwyraźniej George’a zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia.

- Chciałem, żeby to była niespodzianka! Lucilla musiała się uśmiechnąć.

- Ależ z ciebie mały chłopiec.

- Nie obchodzi mnie kolorystyka - odezwała się Iris. - Na pewno Ruth świetnie wybrała. Jest taka mądra. Co będziemy tam robić? Mam nadzieję, że jest tam kort tenisowy?

- Tak. Sześć mil dalej jest pole golfowe, a do morza jest tylko czternaście mil. Co więcej, będziemy mieli sąsiadów. Myślę, że mądrze jest zamieszkać wśród znajomych.

- Jakich sąsiadów? - spytała ostro Iris.

32

George nic patrzył na nią.

- Farradayów - powiedział. - Mieszkają półtorej mili dalej, idąc przez park.

Iris nie spuszczała z niego wzroku. W ciągu jednej chwili nabrała pewności, że wszystkie komplikacje -kupno i wyposażenie wiejskiego domu - zostały przedsięwzięte w jednym tylko celu: by George nawiązał bliskie stosunki ze Stephenem i Sandrą Farraday. Na wsi dwie sąsiadujące ze sobą rodziny musiały nawiązać bliskie stosunki. Łączyła je albo przyjaźń, albo całkowita obojętność!

Ale dlaczego? Dlaczego George tak przyczepił się do Farradayów? Dlaczego w tak kosztowny sposób chciał osiągnąć zupełnie niezrozumiały cel?

Czy George podejrzewał, że Rosemary i Stephena Farradaya łączyło coś więcej niż przyjaźń? Czy była to dziwaczna manifestacja pośmiertnej zazdrości? Już samo przypuszczenie brzmiało zbyt absurdalnie, by ubrać je w słowa!

Lecz czego George chciał od Farradayów? Jaki sens miały dziwaczne pytania, którymi bez przerwy bombardował Iris? Czy w zachowaniu George’a nie było ostatnio czegoś bardzo osobliwego?

Wieczorami wyglądał jak zamroczony! Lucilla przypisywała to dodatkowej szklance porto. Jak to Lucilla.

Zdecydowanie zachowanie George’a w ostatnim okresie było osobliwe. Wyglądało na to, że pracuje w podnieceniu przerywanym długimi okresami zupełnej apatii, kiedy to zapadał w drzemkę.

Prawie cały sierpień spędzili na wsi w „Little Priors". Okropny dom! Iris wstrząsnęła się. Nienawidziła go. Pełen wdzięku, dobrze zbudowany, harmonijnie umeblowany i odnowiony (Ruth Lessing nie popełniała błędów!). A jednak wydawał się przerażająco pusty. Nie

mieszkali w nim. Zajmowali go, jak żołnierze w czasie wojny okupujący wysunięty przyczółek.

Okropne było takie życie. Na pozór normalne, zwyczajne, letnie zajęcia. Goście zjeżdżający na weekend, partie tenisa, nieformalne obiady z Farradayami. Sandra była czarująca, zachowywała się bardzo właściwie wobec sąsiadów, z którymi zaprzyjaźniła się wcześniej. Przedstawiła ich w hrabstwie, służyła George’owi i Iris radą przy zakupie koni, dla Lucilli miała szacunek należny starszym.

Przybrała maskę ozdobioną bladym uśmiechem i nikt nie wiedział, co naprawdę myślała. Kobicla-sfinks.

Rzadziej widywali Stephena. Był bardzo zajęty i często wyjeżdżał w sprawach związanych ze swoimi parlamentarnymi obowiązkami. Dla Iris było jasne, że unikał mieszkańców „Little Priors", jak tylko mógł.

Tak minął sierpień i wrzesień, a w październiku postanowiono, że wrócą do londyńskiego domu.

Iris westchnęła głęboko z ulgą. Może kiedy wrócą, George odzyska swoje normalne „ja".

Zeszłej nocy obudziło ją ciche stukanie do drzwi. Włączyła światło i zerknęła na zegarek. Dopiero pierwsza. Poszła spać o wpół do jedenastej i sądziła, że jest dużo później.

Narzuciła szlafrok i podeszła do drzwi. Wydało jej się to bardziej naturalne niżby miała krzyknąć: „Proszę wejść!"

Na progu stał George. Nie poszedł jeszcze spać i miał na sobie strój wieczorowy. Oddychał nierówno, a jego twarz wydawała się sina.

Powiedział:

- Zejdź na dół do gabinetu. Muszę z tobą pomówić. Nie wytrzymam, jeśli z kimś nie porozmawiam.

Posłuchała go zaciekawiona i wciąż nieco oszołomiona snem.

Kiedy dotarli do pokoju, George zamknął drzwi i usadził ją na krześle naprzeciw biurka. Pchnął w jej stronę paczkę papierosów, jednocześnie wyciągając jednego i zapalając go trzęsącą się dłonią po jednej czy dwóch nieudanych próbach.

- Czy coś się stało, George? - spytała Iris.

Była naprawdę zaniepokojona. George wyglądał okropnie. Odezwał się oddychając gwałtownie, jak człowiek po długim biegu.

- Sam już sobie nie poradzę. Nie wytrzymam dłużej. Musisz powiedzieć mi, co myślisz... czy to prawda... czy to możliwe...

- O czym ty mówisz?

- Na pewno coś zauważyłaś, coś dostrzegłaś. Ona musiała coś powiedzieć. Musiał być jakiś powód...

Patrzyła na niego ze zdumieniem. Potarł ręką czoło.

- Nie wiesz, o czym mówię. Widzę to. Nie patrz na mnie z takim przerażeniem, dziecko. Musisz mi pomóc. Musisz przypomnieć sobie każdy cholerny szczegół. Wiem, że mówię niezbyt składnie, ale zaraz zrozumiesz. Pokażę ci listy.

Przekręcił klucz w jednej z szuflad biurka i wyjął dwie kartki papieru.

Były bladobłękitne, pokryte pedantycznym, drukowanym pismem.

- Przeczytaj - powiedział George.

Iris spojrzała na listy. Informację napisano jasno i bez ogródek,

MYŚLISZ, ZE TWOJA ŻONA POPEŁNIŁA SAMOBÓJSTWO. NIEPRAWDA. ZOSTAŁA ZABITA.

Drugi list brzmiał następująco:

TWOJA ŻONA ROSEMARY NIE ZABIŁA SIĘ. ZOSTAŁA ZAMORDOWANA.

Iris wciąż patrzyła na kartki, kiedy George ciągnął dalej:

- Nadeszły jakieś trzy miesiące temu. Najpierw pomyślałem, że to żart - okrutny, paskudny żart. Potem zacząłem się zastanawiać. Dlaczego Rosemary miałaby się zabić?

Iris powiedziała mechanicznie:

- Depresja po grypie.

- No takf ale jeśli to rozważysz, powód jest dość głupi, prawda? Mnóstwo ludzi ma grypę i czują się potem trochę przygnębieni... Co mówisz?

- Może była nieszczęśliwa? - powiedziała Iris z wysiłkiem.

- Możliwe - George rozważył to ze spokojem, -Lecz mimo to nie sądzę, żeby Rosemary mogła ze sobą skończyć dlatego, że czuła się nieszczęśliwa. Mogła grozić, że sic zabije, ale nie zrobiłaby tego.

- Ale zrobiła, George! Masz inne wyjaśnienie? Przecież nawet znaleziono truciznę w jej torebce!

- Wiem. Wszystko do siebie pasuje. Ale odkąd je przysłano - postukał paznokciem w anonimy - wciąż nad tym rozmyślam. I im więcej się zastanawiam, tym bardziej wydaje mi się, że coś w tym jest. Dlatego zadawałem ci te wszystkie pytania: czy Rosemary miała jakichś wrogów, co mówiła, czy bała się kogokolwiek. Ktokolwiek ją zabił, musiał mieć jakiś powód...

- George, tracisz rozum...

- Czasami tak myślę. A czasem uważam, że jestem na właściwej drodze. Muszę wiedzieć. Musze to odkryć. A ty masz mi pomóc. Pomyśl. Przypomnij sobie. Właśnie tak; przypomnij sobie. Wróć myślami do tamtej nocy. Sama rozumiesz, że jeśli Rosemary została zabita, mordercą jest jeden z gości, Rozumiesz to, prawda?

Tak, rozumiała. Nie mogła dłużej odpychać wspomnień z tamtego wieczoru. Musiała sobie wszystko przy-

pomnieć. Muzykę, perkusję, przyćmione światła, kabaret, jasne oświetlenie i Rosemary osuniętą na blat stołu, z wykrzywioną, siną twarzą.

Iris wzdrygnęła się. Była przerażona, potwornie przerażona...

Musi pomyśleć... cofnąć się w przeszłość... przypomnieć sobie.

Rosemary znaczy pamięć,

Nie dane jej było zapomnieć.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Ruth Lessing

 

 

W rzadkiej chwili spokoju pośród pracowitego dnia Ruth Lessing wspominała żonę swojego pracodawcy, Roscmary Barton.

Nie lubiła jej. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo, aż do tamtego listopadowego poranka, kiedy to po raz pierwszy rozmawiała z Yictorcm Drakiem.

Spotkanie z Yictorem było początkiem wszystkiego - wprawiło całą machin? w ruch. Przedtem jej uczucia i myśli zdawały się tak głęboko ukryte w podświadomości, że właściwie ich nie znała.

Była przywiązana do George’a Bartona. Od zawsze. Kiedy przyszła do niego po raz pierwszy - chłodna, kompetentna dwudziesto trzy letnia kobieta - dostrzegła, że wymaga opieki. Więc zaopiekowała się nim. Oszczędzała jego pieniądze, czas i chroniła go od zmartwień. Wybierała mu przyjaciół i wskazywała odpowiednie rozrywki. Powstrzymywała go przed nierozważnymi przedsięwzięciami, a czasem zachęcała do podjęcia wyważonego ryzyka. Ani razu w czasie ich długiej współpracy George nie podejrzewał, że Ruth jest czymś więcej niż podległą, pilną i posłuszną pracownicą. Jej wygląd sprawiał mu nieświadomą przyjemność: lśniące, gładko upięte czarne włosy, eleganckie kostiumy i zawsze świeże bluzki, malutkie perły w jej kształtnych uszach, blada, dyskretnie upudrowana twarz i delikatny, różowy odcień szminki.

Miał wrażenie, że Ruth jest ideałem.

Podobała mu się jej obojętność i bezosobowość, całkowity brak sentymentalizmu czy poufałości. W efekcie często mówił z nią o swoich prywatnych sprawach, a ona słuchała ze współczuciem i zawsze znalazła pożyteczną radę.

Jednakże nic miała nic wspólnego z jego żoną. Nie lubiła jej, chociaż zaakceptowała małżeństwo, a jej pomoc w przygotowaniu weselnego przyjęcia była nieoceniona i uwolniła panią Marie od nadmiaru pracy.

Przez jakiś czas po ślubie stosunki Rulh z szefem były trochę mniej zażyłe. Ograniczyła się wyłącznie do kwestii biurowych. George pozostawiał wicie spraw w jej rękach.

Tym niemniej panna Lessing była tak kompetenina, że Rosemary odkryła wkrótce, iż sekretarka George’a stanowi nieocenioną pomoc w każdej sprawie. Panna Lessing zawsze była miła, uśmiechnięta i uprzejma.

George, Rosemary i Iris mówili do niej Ruth i często zapraszali na Elvaston Sąuare na lunch. Miała teraz dwadzieścia dziewięć lat i wyglądała tak samo, jak w wieku dwudziestu trzech lat.

Mimo że nie padło między nimi żadne intymne słowo, Ruth bezbłędnie odczytywała nawet najskrytsze uczucia Gcorge’a. Wiedziała, kiedy pierwsze uniesienie małżeństwem zmieniło się w przyjemne zadowolenie i zauważyła, kiedy to zadowolenie odeszło na rzecz czegoś trudnego do zdefiniowania. Lekceważenie szczegółów, jakie George okazywał w tamtym czasie, nadrabiała własną przezornością.

Niezależnie jak bardzo George był roztargniony, Ruth Lessing zdawała się nigdy tego nie dostrzegać. Był jej za to wdzięczny.

Któregoś listopadowego poranka wszczął z nią rozmowę o Yictorze DrakeTu.

- Chciałbym, żebyś załatwiła dla mnie pewną dość nieprzyjemną sprawę.

Spojrzała na niego pytająco. Nie musiała mówić, że oczywiście to zrobi. Oboje o tym wiedzieli.

- W każdej rodzinie jest jakaś czarna owca - powiedział George.

Skinęła ze zrozumieniem głową.

- Chodzi o kuzyna mojej żony, skończonego nicponia, jak się obawiam. Doprowadził do niemal całkowitej ruiny swoją matkę - głupią, sentymentalną kobietę, która dla niego sprzedała większość swoich nielicznych obligacji. Zaczął od sfałszowania czeku w Oksfordzie, co szybko zatuszowano, a od tamtej pory krąży po świecie, nigdzie nie czyniąc nic dobrego.

Ruth słuchała niezbyt uważnie. Znała ten typ ludzi. Uprawiali sady pomarańczowe, zakładali kurze fermy, emigrowali do Australii, by hodować owce, pracowali w mięsnych chłodniach w Nowej Zelandii. Nigdzie nie potrafili się sprawdzić, nie zatrzymywali się w żadnym miejscu na długo i zawsze tracili pieniądze zainwestowane w ich imieniu. Nie interesowali jej zbytnio. Wolała ludzi sukcesu.

- Teraz zjawił się w Londynie. Moja żona bardzo się o niego martwi. Nie widziała go od czasów, kiedy była w szkole, ale z niego taki obłudnik i łajdak, że pisze do niej prosząc o pieniądze. Nie zamierzam tego tolerować. Umówiłem się z nim na spotkanie: dziś

0 dwunastej w jego hotelu. Chcę, żebyś się tym zajęła. Mówiąc szczerze, wolę się z nim nie spotykać. Nie widziałem go nigdy przedtem i nie zamierzam oglądać go teraz, nie chcę też, by zrobiła to Rosemary. Myślę, że całą sprawę można potraktować jak zwyczajny interes

1 załatwić przez kogoś trzeciego.

- To zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Co ustaliłeś?

- Sto funtów gotówką i bilet do Buenos Aires. Pieniądze otrzyma dopiero na pokładzie statku.

Ruth uśmiechnęła się.

- Jasne. Chcesz mieć pewność, że wyjedzie.

- Rozumiesz, jak widzę.

- To żaden niezwykły przypadek - stwierdziła obojętnie.

- Tak, jest wielu takich jak on - George zawahał się. - Na pewno nie masz nic przeciw temu?

- Oczywiście, że nie - Rulh była trochę rozbawiona.

- Zapewniam cię, że jestem w stanie to załatwić.

- Jesteś w stanie załatwić wszystko.

- Zarezerwować dla niego bilet? Właśnie, jak się nazywa?

- Yictor Drakę. Bilet jest tutaj. Wczoraj zadzwoniłem do kompanii przewozowej. Statek nazywa się „San Cri-stobal" i jutro wypływa z Tilbury,

Ruth wzięła bilet, obejrzała go sprawdzając, czy wypisano go poprawnie, i włożyła do torebki.

- Wszystko ustalone. Załatwię to. Godzina dwunasta. Jaki to hotel?

- „Rupert" przy Russell Sąuare, Zapisała to.

- Nie wiem, co począłbym bez ciebie, moja droga

- George z uczuciem położył dłoń na jej ramieniu; zrobił to po raz pierwszy. - Jesteś moją prawą ręką, moim drugim,ja".

Zarumieniła się zadowolona.

- Nigdy nie potrafiłem przemawiać. Wszystko, co robiłaś, przyjmowałam jako rzecz naturalną, ale nie całkiem tak to traktuję. Nie wiesz, jak bardzo polegam na tobie we wszystkim... we wszystkim - powtórzył. -Jesteś najmilszą, najdroższą, najbardziej pomocną dziewczyną na całym świecie!

Ruth odezwała si? ze śmiechem, próbując ukryć zadowolenie i zakłopotanie:

- Zepsujesz mnie, mówiąc takie mile rzeczy.

- Ale naprawdę tak uważani. Jesteś częścią firmy, Ruth. Życie bez ciebie byłoby nie do pomyślenia.

Poczuła ciepło płynące z jego słów. Czuła je nadal, kiedy dotarła na spotkanie w hotelu „Rupert". ife Nieczuła się zakłopotana tym, co jączekało. Była pewna, że potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Nie wzruszały jej historie o urodzonych pechowcach. Była gotowa potraktować Yictora Drakeła jak cześć swojej pracy.

Wyglądał niemal dokładnie tak, jak sobie wyobrażała, choć był zdecydowanie bardziej atrakcyjny. Nie pomyliła się, oceniając jego charakter. Niewiele było w nim dobrego. Yictor Drakę miał osobowość tak zimną i wyrachowaną, jak to tylko możliwe, skrytą za maską sympatycznego zuchwalstwa. Nie przewidziała wcześniej, jak łatwo potrafi odczytać cudze myśli i zagrać na czyichś uczuciach. Być może przeceniła też własną odporność na jego urok. A miał go wiele.

Powitał ją okazując zaskoczenie i zachwyt.

- Emisariuszka George’a? Ależ to wspaniale! Co za niespodzianka!

Sucho i bez emocji przedstawiła mu warunki Geor-ge’a. Yictor przyjął je bardzo uprzejmie.

- Sto funtów? Wcale nieźle. Biedny staruszek. Wziąłbym sześćdziesiąt, ale proszę mu o tym nie mówić! Warunki: „Nie sprawiaj przykrości kochanej kuzynce Rosemary, nie skalaj niewinności kuzynki Iris, nic zawracaj głowy zacnemu kuzynowi George’owi" - wszystkie przyjmuję! Kto odprowadzi mnie na „San Cristo-bata’"? Pani, droga panno Lcssing? Doskonale.

Zmarszczył czoło, a jego ciemne oczy rozbłysły współczuciem. Miał szczupłą, brązową twarz i coś

w nim przywodziło na myśl toreadora. Cóż za romantyczny pomysł! Był atrakcyjny dla kobiet i dobrze o tym wiedział.

- Pracuje pani dla Bartona od dawna, prawda, panno Lessing?

- Od sześciu lat.

- I nie wiedziałby, co bez pani zrobić. Tak, wiem o tym. I znam panią, panno Lessing.

- Jak to? - spytała ostro Ruth. Yictor uśmiechnął się szeroko.

- Rosemary mi opowiadała.

- Rosemary? Ależ...

- Wszystko w porządku. Nie zamierzam martwić Rosemary. Była dla mnie bardzo miła i pełna współczucia. Dostałem od niej sto funtów,

- Pan...

Urwała, a Yictor roześmiał się. Jego śmiech był zaraźliwy i Ruth stwierdziła, że sama się śmieje,

- Bardzo nieładnie z pana strony, panie Drakę.

- Jestem niezwykle utalentowanym pasożytem. Mam świetną technikę. Na przykład matka zawsze się złamie, jeśli wyślę jej telegram sugerując, że zamierzam natychmiast popełnić samobójstwo.

- Powinien się pan wstydzić.

- Bardzo się potępiam. Jestem zty, panno Lessing. Chciałbym, by wiedziała pani, jak bardzo.

- Dlaczego? - zapytała zaciekawiona.

- Nie wiem. Pani jest inna. Nie mogę odstawiać przed panią zwykłej gierki. Ma pani takie czyste oczy... nie nabrałbym pani. Nie skruszyłbym lodów zwyczajnym „Więcej przeciw niemu zgrzeszono, niż on sam grzechów popełnił". Nie ma pani litości.

Jej rysy stwardniały.

- Gardzę litością.

- Mimo pani imienia*? Ma pani na imię Ruth, prawda? Dość pikantne. Bezwględna Ruth.

- Nie mam współczucia dla słabości - powiedziała.

- A kto mówił, że jestem słaby? Nie, tu się pani myli, moja droga. Być może podły. Ale jedno przemawia za mną.

Skrzywiła z pogardą usta. Zaczyna się usprawiedliwiać.

- Tak?

- Dobrze się bawię. Tak - skinął głową. - Bardzo dobrze się bawię. Widziałem sporo w życiu, moja Ruth. Robiłem niemal wszystko. Byłem aktorem, magazynierem, kelnerem, człowiekiem do wynajęcia, bagażowym i rekwizytorem w cyrku! Służyłem jako majtek na frachtowcu. Startowałem w wyborach prezydenckich w jednej z republik południowoamerykańskich. Siedziałem w więzieniu! Nie robiłem tylko dwóch rzeczy: nie przepracowałem jednego dnia uczciwie i nigdy nie zapłaciłem za siebie.

Spojrzał na nią z uśmiechem. Czuła, że powinna być oburzona. Lecz Yictor Drakę miał w sobie diabelską moc. Przy nim zło wydawało się zabawne. Patrzył na nią niesamowitym, przenikliwym wzrokiem.

- Nie bądź taka drobnomieszczańska, Ruth. Nie jesteś tak moralna, jak myślisz. Twoim fetyszem jest sukces. Dziewczyny takie jak ty wychodzą za mąż za swoich szefów. To powinnaś zrobić. George nie powinien był poślubić tej małej gęsi, Rosemary. Powinien był ożenić si? z tobą. Wyszedłby na tym dużo lepiej.

- Myślę, że mnie pan obraża.

- Rosemary jest potwornie głupia, zawsze taka była. Śliczna jak rajski ptak i głupia jak królik. Mężczyźni zakochują się w takich jak ona, ale nigdy z nimi nie

ruth (ang.) - litość, wspólczucie

zostają. Ale ty jesteś inna. Mój Boże, jeśli jakiś mężczyzna zakocha się w tobie, nigdy się nie znudzi.

Dotknął jej bolesnego miejsca. Odezwała się raptownie, z brutalną szczerością:

- Jeśli! Ale on nigdy się we mnie nie zakocha!

- Masz na myśli George’a? Nie okłamuj się, Ruth. Gdyby coś przytrafiło się Rosemary, George z miejsca by się z tobą ożenił.

(Tak, tak właśnie wszystko się zaczęło.) Yictor odezwał się, obserwując ją uważnie:

- Ale o tym wiesz równie dobrze jak ja.

(Dłonie Georgeła na jej dłoniach, pełen uczucia głos, ciepło... Tak, to musiała być prawda... Zwracał się zawsze do niej, polegał na niej...)

Yictor powiedział łagodnie:

- Powinnaś mieć więcej pewności siebie, moja droga. Mogłabyś owinąć sobie George’a wokół małego płaca. Rosemary jesl tylko głupią gąską.

„To prawda - pomyślała Ruth. - Gdyby nie Rosemary, potrafiłabym zmusić George’a, by poprosił mnie o rękę. Byłabym dla niego dobra. Zajęłabym się nim."

Poczuła nagły, ślepy gniew, raptowną, namiętną nienawiść. Yictor Drakę obserwował ją z rozbawieniem. Lubił podsuwać ludziom nowe pomysły. Albo, jak w tym przypadku, pokazywać im te, na które sami wpadli już wcześniej...

Tak, tak właśnie się to zaczęło - od tego przypadkowego spotkania z człowiekiem, który następnego dnia wyjeżdżał na drugi koniec świata. Ruth, która wróciła do biura, nie była tą samą Ruth, która z niego wyszła, choć nikt nie zauważyłby zmiany w jej zachowaniu czy wyglądzie.

Wkrótce po jej powrocie do biura, zadzwoniła Rosemary Barton.

• - Pan Barton wyszedł na lunch. Czy mogę w czymś l pomóc?

- Och, Ruth, zechciałabyś? Ten nudny pułkownik Race przysłał telegram, że nie zdąży wrócić na moje przyjęcie. Spytaj George’a, kogo chciałby zaprosić zamiast niego. Powinniśmy mieć jeszcze jednego mężczyznę. Będą cztery kobiety: oczywiście ja, Iris, Sandra Farraday i... kto jeszcze,’ do diabla? Nie mogę sobie przypomnieć.

- Ja jestem czwarta, jak sądzę. Zechciała mnie pani f zaprosić.

- Och, oczywiście. Całkiem o tobie zapomniałam! Rosemary roześmiała się lekko, srebrzyście. Nie widziała, że Ruth zarumieniła się nagle i zacisnęła szczęki, i

Zaproszono ją na przyjęcie z łaski, ustępując Geor- [ gejowi. „No dobrze, niech będzie la twoja Ruth Lcssing. i Sprawimy jej przyjemność, a poza tym jest bardzo po- • żyteczna. No i prezentuje się nie najgorzej".

W tej chwili Rulh Lessing wiedziała, że nienawidzi [ Rosemary Barton.

Nienawidzi jej za to, że jest bogata, piękna, beztroska i bezmyślna. Na Rosemary nie czekała rutynowa praca w biurze. Jej wszystko podawano na złotym talerzu. Romanse, zaślepiony mąż... żadnej potrzeby pracy czy robienia planów... :

Znienawidzona, protekcjonalna, zarozumiała, pusto-; głowa piękność...

- Chciałabym, żebyś umarła - powiedziała cicho Ruth do milczącego lefefonu.

Zaskoczyły ją własne słowa. Nie pasowały do niej. Nigdy nie była namiętna ani porywcza. Zawsze chłodna,; opanowana i kompetentna. i

- Co się ze mną dzieje? - powiedziała na głos. Nienawidziła Rosemary Barton tamtego popołudnia.

Nadal nienawidziła jej rok później. L

Kiedyś być może będzie w stanie wybaczyć Rosemary. Lecz jeszcze nie teraz.

Wróciła myślami do tamtego listopada.

Siedziała wpatrzona w telefon, czując rosnącą w sercu nienawiść...

Uprzejmym, opanowanym tonem przekazała Geor-ge’owi wiadomość od Rosemary. Zaproponowała, że nie przyjdzie, by liczba gości pozostała równa. George natychmiast odrzucił sugestię!

Następnego dnia przyszła z informacją, że „San Cri-stobal" wypłynął z portu. George był wdzięczny i pełen ulgi.

- Tak więc wyjechał?

- Tak. Pieniądze wręczyłam mu tuż przed zdjęciem trapu - zawahała się. zanim podjęła dalej: - Pomachał ręką, kiedy statek wypływał i zawołał: „Ucałowania dla George^! Powiedz mu, że wypiję dziś wieczór za jego zdrowie!"‘

- Bezczelność! - stwierdził George. Spytał po chwili z ciekawością:

- Co o nim sądzisz, Ruth?

Odpowiedziała tonem celowo bezbarwnym i obojętnym:

- Jak się spodziewałam, to słaby człowiek. George nie zauważył, nie dostrzegł niczego! Miała

ocholę wykrzyknąć: „Dlaczego mnie do niego wysłałeś? Nie wiedziałeś, co może mi zrobić? Nie widzisz, że od wczoraj jestem inną kobietą? Nie widzisz, że jestem niebezpieczna? Że nie można przewidzieć, co zrobię?" Zamiast tego powiedziała urzędowym tonem:

- Jeśli chodzi o ten list z San Paulo... Była świetną, kompetentną sekretarką... Pięć dni później.

Urodziny Rosemary.

Spokojny dzień w biurze, wizyta u fryzjera, nowa czarna suknia, zręcznie nałożony makijaż. Z lustra patrzyła na nią twarz, która nie całkiem należała do niej. Blada, zdeterminowana, ostra.

Yictor Drakę powiedział prawdę. Nie miała w sobie litości.

W parę godzin potem, kiedy patrzyła przez stół na siną, wykrzywioną twarz Rosemary Barton, nadal nie czuła litości.

Teraz, jedenaście miesięcy później, wspominając Rosemary, nagle poczuła strach...

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Anthony Browne

 

 

Anthony Browne ze zmarszczonym czołem rozmyślał o Rosemary Barton.

Był skończonym głupcem, że związał się z tą ko-bielą. Choć każdemu mężczyźnie można by to wybaczyć! Rosemary wpadała w oko. Tamtego wieczoru w Dorche-stcr nie mógł patrzeć na nikogo innego. Piękna jak hurysa - i prawdopodobnie równie inteligentna!

A mimo to zakochał się w niej. Wiele energii kosztowała go próba znalezienia kogoś, kto mógłby go przedstawić. Rzecz niewybaczalna w czasie, kiedy powinien był zająć się wyłącznie interesami. W końcu nie spędzał jałowych dni w hotelu „Claridge’s" dla własnej przyjemności.

Lecz Rosemary Barton była na tyle piękna, by usprawiedliwić chwilowe zaniedbanie obowiązków. Teraz mógł tylko narzekać i zastanawiać się, dlaczego był takim głupcem. Na szczęście nie miał czego żałować. Czar rozwiał się niemal natychmiast, gdy zaczął z nią rozmawiać. Rzeczy na powrót przybrały właściwe proporcje. To nie była miłość i jeszcze nie zaślepienie. Mieli się po prostu dobrze bawić - i nic więcej.

Cóż, on bawił się dobrze. Podobnie jak Rosemary. Tańczyła jak anioł i gdziekolwiek ją zabrał, mężczyźni odwracali się, by na nią spojrzeć. To sprawiało mu przyjemność. Dopóki nie pragnął z nią inteligentnie porozmawiać. Dziękował swej szczęśliwej gwieździe, że

nie była jego żoną. Co by począł, gdyby przywykł już do jej perfekcyjnej twarzy i kształtów? Nie potrafiła nawet inteligentnie słuchać. Taka dziewczyna oczekuje, że co rano przy śniadaniu powiesz jej, że ją namiętnie kochasz., Łatwo teraz o tym myśleć.

Ale przecież zadurzył się w niej, prawda?

Nadskakiwał jej. Wydzwaniał do niej, zabierał wieczorami, tańczył z nią, całował w taksówkach. Był na dobrej drodze, by zrobić z siebie kompletnego głupca, aż do tamtego szokującego, niesamowitego dnia.

Pamiętał jedynie, jak wyglądała: pasmo orzechowych włosów opadające za ucho, opuszczone rzęsy i połyskujące przez nie ciemnoniebieskie oczy. Odęte, miękkie, czerwone wargi.

- Anthony Browne. Jakie ładne nazwisko! Powiedział lekko:

- Stare i godne szacunku. Jeden z szambelanów Henryka VIII nazywał się Anthony Browne.

- To pański przodek?

- Nie dałbym za to głowy.

- No myślę! Uniósł w górę brwi.

- Ja pochodzę z kolonialnej linii.

- Nie włoskiej?

- Och - roześmiał się. - Chodzi o moją oliwkową karnacje? Matka byJa Hiszpanką,

- To wszystko wyjaśnia.

- To znaczy co?

- Bardzo wiele, panie Browne.

- Polubiła pani moje nazwisko.

- Jak mówiłam wcześniej: jest ładne.

. A potem nagle, jak nieoczekiwany cios pięścią: - Ładniejsze niż Tony Morelli.

Przez chwilę nie mógł uwierzyć własnym uszom. To było nic wiary godne! Niemożliwe!

Złapał ją brutalnie za ramię. Skrzywiła się.

- To boli!

- Gdzie usłyszałaś to nazwisko? Jego głos był chrapliwy, groźny.

Roześmiała się zadowolona z efektu, jaki wywołała. Nieprawdopodobna idiotka!

- Kto ci powiedział?

- Ktoś, kto cię rozpoznał.

- Kto? To poważna sprawa, Rosemary. Muszę to wiedzieć.

Zerknęła na niego.

- Mój niecny kuzyn. Yictor Drakę.

- Nie spotkałem nigdy człowieka o takim nazwisku.

- Chyba nie używał go w czasach, gdy ty go znałeś. Oszczędzał uczucia rodziny.

Anthony powiedział wolno:

- Rozumiem. To było... w wiezieniu?

- Tak. Właśnie wypominałam Yictorowi jego niepoprawne zachowanie, mówiłam, że przynosi nam hańbę. Oczywiście, wcale się tym nic przejął. A potem uśmiechnął się i powiedział: „Sama nie zawsze jesteś tak drobiazgowa, kochana. Poprzedniego wieczoru widziałem, jak tańczyłaś z byłym więziennym ptaszkiem. Jest chyba jednym z twoich najbliższych przyjaciół. Nazywa się Anthony Browne, jak styszatem, ale w ciupie zwal się Tony Morelli".

Anthony rzucił lekko:

- Muszę odnowić znajomość z przyjacielem młodości. My, starzy więzienni kumple, musimy trzymać się razem.

Rosemary potrząsnęła głową.

- Za późno. Jest w drodze do Ameryki Południowej. Wypłynął wczoraj.

- Rozumiem - Anthony wziął głęboki oddech. -Więc jesteś jedyną osobą, która zna mój brzydki sekret? Skinęła głową,

- Nie wydam cię.

- Nie radziłbym - jego głos stał się groźny. - To niebezpieczne, Rosemary. Nie chcesz, by ktoś pociął ci twoją śliczną buzię, prawda? Istnieją ludzie, którzy nie zawahaliby się przed takim drobiazgiem, jak zniszczenie dziewczynie urody. Albo zakatrupienie kogoś. Takie rzeczy nie dzieją się wyłącznie w książkach czy na filmie. Mogą przydarzyć się również w prawdziwym życiu.

- Grozisz mi, Tony?

- Ostrzegam cię.

Czy zrozumiała ostrzeżenie? Czy zdała sobie sprawę, że był śmiertelnie poważny? Głupia gęś. W tej ślicznej główce nie miała za grosz rozumu, Nie powinien liczyć, że utrzyma buzię na kłódkę. Mimo to musiał spróbować wbić jej to do głowy.

- Zapomnij, że kiedykolwiek słyszałaś nazwisko Tony Morelli, rozumiesz?

- Ale mnie to wcale nie przeszkadza, Tony. Jestem tolerancyjna. Dla mnie spotkanie z kryminalistą jest nawet ekscytujące. Nie musisz się wstydzić.

Kompletna idiotka. Spojrzał na nią zimno. W tej chwili dziwił się, jak kiedykolwiek mógł wyobrażać sobie, że mu na niej zależy. Nigdy nie potrafił ścierpieć głupców - nawet tych o ślicznych buziach.

- Zapomnij o Tonym Morelli - powtórzył twardo. - Mówię poważnie. Nie wspominaj nigdy tego nazwiska.

Musiał wyjechać. To było jedyne rozwiązanie. Nie mógł jej zaufać. Zacznie mówić, kiedy tylko zechce.

Uśmiechała się do niego - niezwykle czarująco, lecz jego to nie wzruszyło.

- Nie bądź taki groźny. Zabierz mnie na tańce do,Jarrow’s" w przyszłym tygodniu.

- Nie będzie mnie. Wyjeżdżam,

- Nie przed moim przyjęciem urodzinowym. Nie możesz mnie zawieść. Liczę na ciebie. Nie mów nie. Byłam okropnie chora, miałam tak potworną gryp? i ciągle czuję się przeraźliwie słaba. Nie wolno mnie denerwować. Musisz przyjść.

Mógł się jej oprzeć. Rzucić wszystko i natychmiast wyjechać.

Ale przez otwarte drzwi dojrzał Iris schodzącą po schodach. Wyprostowaną, bardzo szczupłą Iris o bladej twarzy, czarnych włosach i szarych oczach. Iris o tyle mniej piękną od Rosemary, ale z charakterem, którego Rosemary nigdy nie miała.

Znienawidził się w tamtej chwili za to, że stal się ofiarą, choćby w niewielkim stopniu, bezmyślnego uroku Rosemary. Czuł się tak jak Romeo wspominający Ro-salinde, kiedy po raz pierwszy ujrzał Julie.

Anthony Browne zmienił zdanie,

W ułamku sekundy zdecydował się postąpić zupełnie inaczej.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

Stephen Farraday

 

 

Stephen Farraday rozmyślał o Rosemary - myślał

o niej z pełnym niedowierzania zdumieniem, które zawsze wywoływał w nim jej obraz. Zazwyczaj odpychał od siebie wszystko, co się z nią wiązało. Lecz zdarzało się, że - uparta po śmierci tak samo jak za życia - nic zgadzała się, by ją zdawkowo zbywano.

Jego pierwsza reakcja zawsze była taka sama: szybkie, mimowolne wzdrygniecie na wspomnienie sceny w restauracji. Ale przecież nie musi myśleć akurat o tym! Cofnął się pamięcią dalej w przeszłość, do Rosemary żywej, uśmiechniętej, oddychającej, patrzącej mu w oczy...

Jakim głupcem, jakim niewiarygodnym głupcem by! wledy!

Ogarnęło go zdumienie - pełne niedowierzania zdumienie. Jak mogło do tego dojść? Zupełnie tego nic rozumiał. Jakby jego życie podzieliło się na dwie części: większa to rozsądny, zrównoważony, stały rozwój i druga - krótkie, nietypowe dla niego szaleństwo. Obie części nie pasowały do siebie.

Mimo swoich zdolności, bystrości i inteligencji Stephen nie znał siebie na tyle dobrze, by dostrzec, że w rzeczywistości obie części aż za dobrze do siebie pasowały.



dalej


strona główna
(23kB)