(23kB)
Strona główna


 

Agatha Christie

 

 

Uśpione morderstw




 

przełożyła Anna Minczewska-Przeczek

 

 

Tytuł oryginału "Sleeping Murder"

I

Dom

 

 

Gwenda Reed stała na molo, lekko drżąc.

Doki, baraki urzędu celnego i widoczna z tego miejsca część Anglii łagodnie kołysały się jej przed oczami, unosząc i opadając.

I właśnie w tym momencie podjęła decyzję, której konsekwencją stały się niezwykłe wydarzenia.

Nie pojedzie promem do Londynu, choć to sobie wcześniej zaplanowała.

Właściwie dlaczego miałaby tam jechać? Nikt na nią nie czeka, nikt nie spodziewa się jej przyjazdu. Dopiero przed chwilą zeszła z rozhuśtanego, trzeszczącego statku (ostatnie trzy dni, kiedy płynęli przez zatokę do Plymouth dały się jej zdrowo we znaki) i ponowne znalezienie się na rozkołysanym pokładzie było ostatnią z rzeczy, na jakie miałaby w tej chwili ochotę. Pójdzie do hotelu, pewnie i solidnie stojącego na twardym gruncie. I położy się do wygodnego, stabilnego łóżka, które nie będzie kołysało i trzeszczało. Wyśpi się, a rano - ależ tak, naturalnie - co za doskonały pomysł! Wynajmie samochód i powoli, bez pośpiechu, pojeździ sobie po południowej Anglii w poszukiwaniu domu - ładnego domku, jaki zgodnie z tym, co zaplanowali z Gilesem, ma dla nich znaleźć. Tak, to wspaniały pomysł.

Dzięki temu zobaczy trochę Anglii, o której Giles tyle jej opowiadał, a której ona sama jeszcze nie widziała na oczy, choć - jak większość Nowozelandczyków - nazywała ją swoją ojczyzną. W tej chwili Anglia nie przedstawiała się zbyt atrakcyjnie. Dzień był szary, zanosiło się na deszcz ł wiał ostry, przenikliwy wiatr. Plymouth, pomyślała Gwenda, posłusznie przesuwając się do odprawy paszportowej i celnej, nie jest zapewne najlepszą wizytówką Anglii.

Następnego ranka jej wrażenia diametralnie się zmieniły. Świeciło słońce. Za oknem rozciągał się atrakcyjny widok. A świat przestał się wreszcie kołysać i chwiać. Stał w miejscu. W końcu dotarła do Anglii - ona, Gwenda Reed, dwudziestojednoletnia młoda mężatka. Termin powrotu do Anglii jej męża nie był jeszcze pewny. Być może Giles przypłynie za parę tygodni. Niewykluczone jednak, że zjawi się dopiero za pół roku. To właśnie on zasugerował, żeby Gwenda przyjechała tu wcześniej i rozejrzała się za jakimś odpowiednim dla nich domem. Oboje uważali, że byłoby dobrze mieć gdzieś stałą przystań. Praca Gilesa wiąże się co prawda z koniecznością podróżowania i czasami Gwenda będzie mu towarzyszyć, może się jednak okazać, że warunki będą dla niej nieodpowiednie. Zresztą, obojgu podobał się pomysł posiadania jakiegoś własnego gniazdka. Ponadto Giles odziedziczył ostatnio trochę mebli po ciotce, kupienie domu wydawało się więc posunięciem rozsądnym i praktycznym.

Ich sytuacja materialna była całkiem dobra, perspektywa dużego wydatku nie stanowiła zatem problemu.

Początkowo Gwenda wzbraniała się przed samodzielnym wyborem.

- Powinniśmy to zrobić razem - przekonywała męża. Ale Giles zbył żartem jej obawy.

- Nie na wiele bym ci się przydał - powiedział ze śmiechem. - Jeśli jakiś dom spodoba się tobie, to możesz być pewna, że mnie też. Chciałbym tylko, żeby miał kawałek

ogródka. I nie był jednym z tych nowoczesnych paskudztw. No i wcale nie musi być bardzo duży. Najlepiej, gdyby znajdował się gdzieś na południowym wybrzeżu. W każdym razie niezbyt daleko od morza.

- Masz na myśli jakieś konkretne miejsce? - spytała Gwenda.

Ale Giles powiedział, że nie. Rodzice osierocili go we wczesnym dzieciństwie (oboje z Gwenda byli sierotami) i wakacje spędzał u różnych krewnych, wskutek czego nie czuł się przywiązany do żadnego szczególnego miejsca. Zresztą miał to być dom Gwendy. Jeśli zaś chodzi o wspólny wybór, załóżmy, że sprawy służbowe zatrzymają go jeszcze przez sześć miesięcy. Co by robiła przez cały ten czas? Tułała się po hotelach? Nie, musi znaleźć dom i urządzić go po swojemu.

- Chodzi ci o to - wytknęła mu Gwenda - żebym zrobiła wszystko sama!

Ale w gruncie rzeczy pomysł wyszukania domu oraz urządzenia go - miło i przytulnie - na przyjazd Gilesa całkiem się jej podobał.

Byli zaledwie trzy miesiące po ślubie, a Gwenda bardzo kochała swojego męża.

Zjadła zamówione do łóżka śniadanie, po czym wstała i ułożyła plan działania. Dzień spędziła na zwiedzaniu Plymouth, które bardzo się jej spodobało. Następnego dnia zaś wynajęła wygodnego daimlera z kierowcą i wyruszyła w podróż po Anglii.

Pogoda dopisywała i wycieczka sprawiała Gwendzie dużą przyjemność. W Devonshire obejrzała kilka wystawionych na sprzedaż rezydencji, żadna jednak nie przypadła jej do gustu. Zresztą nie musiała się przecież spieszyć; mogła spokojnie szukać dalej. Bez trudu nauczyła się czytać między wierszami w entuzjastycznych opisach domów, dostarczanych przez pośredników, co pozwoliło jej oszczędzić przynajmniej kilku bezowocnych prób.

Mniej więcej po tygodniu, we wtorek wieczorem, samochód, którym podróżowała, zjechał krętą drogą ze zbocza wzgórza i dowiózł ją do Dillmouth, mijając na obrzeżach tego ciągle jeszcze uroczego nadmorskiego kurortu widoczną między drzewami małą, białą wiktoriańską willę, przeznaczoną na sprzedaż.

Gwenda poczuła natychmiast dreszczyk emocji - zupełnie jakby rozpoznała miejsce, którego szukała. To jej dom! Była tego zupełnie pewna. Mogłaby naszkicować ogród, wysokie okna - och, tak, dom był właśnie taki, jakiego pragnęła.

Dzień miał się ku końcowi, spędziła więc noc w pobliskim hotelu Royal Clarence i z samego rana udała się do agencji nieruchomości, której nazwa widniała na tablicy informacyjnej przed willą.

Niedługo potem, dzierżąc w dłoni upoważnienie do oględzin posiadłości, stała w długim staromodnym salonie z dwoma francuskimi oknami wychodzącymi na wyłożony płytami chodnikowymi taras, za którym rozpościerał się porośnięty kwitnącymi krzewami ogródek skalny, stromo opadający ku rozległym trawnikom. A między drzewami, rosnącymi na skraju ogrodu, widać było morze.

To coś dla mnie - pomyślała Gwenda. - To mój dom. Czuję się tak, jakbym znała wszystkie jego zakamarki.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do salonu weszła kichając wysoka, melancholijna kobieta. Była najwyraźniej zaziębiona.

- Pani Hengrave? Mam zezwolenie od panów Galbraitha i Penderleya. Ale może przyszłam zbyt wcześnie...

Pani Hengrave, wydmuchawszy nos, stwierdziła ponuro, że nie ma to najmniejszego znaczenia, i zaczęła oprowadzać Gwendę po domu.

Był dokładnie taki, jak potrzeba. Nie za duży. Niezbyt komfortowy, ale mogli sobie przecież z Gilesem zrobić jedną albo nawet dwie dodatkowe łazienki. Także i kuchnię można

unowocześnić. Na szczęście jest bieżąca woda. Zmieni się zlew i wstawi nowe sprzęty...

W plany i projekty Gwendy wdzierał się monotonny głos pani Hengrave, relacjonującej szczegóły ostatniej choroby zmarłego majora Hengrave'a. Gwenda nieuważnie słuchała opowieści, pilnując się jedynie, by we właściwym momencie wyrazić współczucie i zrozumienie. Wszyscy krewni pani Hengrave mieszkają w hrabstwie Kent i namawiają ją, żeby przeniosła się gdzieś bliżej nich... to major tak ogromnie lubił Dillmouth, przez wiele lat był tu sekretarzem Klubu Golfowego, ale ona...

-Tak... naturalnie... okropne przeżycie... najzupełniej zrozumiałe... Tak, szpitale są właśnie takie... oczywiście... z pewnością jest pani...

Drugą połową świadomości Gwenda pośpiesznie rejestrowała: tu postawię bieliźniarkę; myślę, że... Zgadza się. Pokój dwuosobowy - ładny widok na morze - spodoba się Gileso-wi. O, ten mały pokoik też się przyda - Giles mógłby tu sobie urządzić garderobę... Łazienka - przypuszczam, że wanna ma mahoniową obudowę - och, tak, ma! Cudownie! I stoi na samym środku! Tego nie będę zmieniać - to arcydzieło tamtych czasów! Jaka ogromna wanna! Na obudowie można by położyć przybory toaletowe. I łódeczki... i malowane kaczuszki. I udawać, że się jest na morzu... Już wiem: zamienimy ten ciemny dodatkowy pokój na dwie naprawdę nowoczesne łazienki, zielone, z chromowaną armaturą - rury nad kuchnią powinny być w porządku - a tę zachowamy taką, jaka jest...

- Zapalenie opłucnej - mówiła pani Hengrave. - Po trzech dniach rozwinęło się w obustronne zapalenie płuc...

- To straszne - współczująco stwierdziła Gwenda. - Czy na końcu tego korytarza nie ma aby jeszcze jednej sypialni?

Była - i to dokładnie taka, jaką sobie Gwenda wymarzyła: niemal okrągła, z dużym oknem w wykuszu. Oczywiście trze-

ba będzie ją odnowić. Jest co prawda w zupełnie niezłym stanie, ale dlaczego ludzie pokroju pani Hengrave tak ogromnie lubią ten musztardowo-herbatnikowy odcień farby?

Znów przeszły przez korytarz. Gwenda mruczała pod nosem, skrupulatnie zapisując w pamięci:

- Sześć, nie, razem z tą małą jest siedem sypialni i poddasze.

Deski podłogi lekko trzeszczały pod jej stopami. Czuła się już tak, jakby ten dom należał do niej, a nie do pani Hen-grave. Ta melancholijna wdowa była tu intruzem - kobietą, która pomalowała pokoje na kolor musztardowo-herbatnikowy i której podoba się fryz z glicynii w salonie. Gwenda zerknęła na zapisaną na maszynie kartkę papieru, którą ściskała w dłoni. Były na niej informacje dotyczące tej posiadłości i ceny.

Przez ostatnie dni zdążyła się zorientować w cenach domów. Kwota, jakiej żądano za ten, nie była wysoka - dom wymagał co prawda modernizacji, ale mimo to... Zauważyła też przy cenie uwagę „do uzgodnienia". Pani Hengrave widocznie bardzo zależy na przeniesieniu się do hrabstwa Kent, do „swoich"...

Miały właśnie zejść na dół, kiedy nagle Gwenda poczuła, że ogarnia ją fala irracjonalnego przerażenia. Było to porażające uczucie, które minęło niemal równie szybko, jak się pojawiło. Pozostawiło jednak ślad.

- W tym domu... nie straszy, prawda? - spytała.

Pani Hengrave stojąca stopień niżej i zbliżająca się w swej opowieści do momentu, w którym pan Hengrave zaczął szybko tracić siły, spojrzała w górę z miną świadczącą, że czuje się urażona.

- Nic mi o tym nie wiadomo. Dlaczego pani o to pyta?... Czyżby ktoś sugerował coś takiego?

- Nigdy pani nie odczuła ani nie widziała tu niczego, co... Czy nikt tu nie umarł?

Niezbyt fortunne pytanie - pomyślała Gwenda o moment za późno - zapewne bowiem major Hengrave...

- Mąż mój umarł w szpitalu Świętej Moniki - oświadczyła chłodno pani Hengrave.

- Och, naturalnie. Wspomniała już pani o tym.

- W domu zbudowanym jakieś sto lat temu - kontynuowała pani Hengrave tym samym lodowatym tonem - zgony wydają się czymś naturalnym. Jednakże panna Elwor-thy, od której mój drogi mąż nabył ten dom siedem lat temu, cieszyła się doskonałym zdrowiem, planowała nawet wyjazd za granicę i zajęcie się pracą misjonarską. I nic nie wspominała o żadnych zejściach w jej rodzinie w ostatnim okresie.

Gwenda pośpiesznie usiłowała załagodzić rozdrażnienie pani Hengrave. Znajdowały się znów w salonie. Był to pełen spokoju, czarujący pokój, który budził nastrój dokładnie odpowiadający oczekiwaniom Gwendy. Chwilowa panika, jaka nią przed momentem owładnęła, teraz wydawała się niezrozumiała. Co też jej przyszło do głowy? Ten dom jest absolutnie w porządku.

Zapytawszy panią Hengrave, czy mogłaby jeszcze obejrzeć ogród, wyszła na taras.

Tu powinny być stopnie prowadzące na trawnik - pomyślała.

Rósł tam jednak zamiast tego gąszcz wyjątkowo dorodnych forsycji, skutecznie przesłaniających widok na morze.

Gwenda przytaknęła swoim myślom. Tak, pozmienia tu wszystko.

Ruszyła za panią Hengrave wzdłuż tarasu ł zeszła na trawnik schodkami, znajdującymi się na odległym krańcu. Ogródek skalny był zaniedbany i zarośnięty, a większość kwitnących krzewów wymagała przycięcia.

Pani Hengrave mruczała przepraszająco, że ogród jest dość zapuszczony. Mogli sobie pozwolić na ogrodnika jedy-

nie dwa razy w tygodniu. A i tak zdarzało się często, że nie przychodził, chociaż był umówiony.

Obejrzały niewielki, ale zupełnie wystarczający warzyw-nik, po czym wróciły do domu. Gwenda powiedziała, że ma jeszcze do obejrzenia inne domy i chociaż Hillside (co za pospolita nazwa!) bardzo się jej podoba, nie może w tej chwili podjąć decyzji.

Pani Hengrave pożegnała ją rzewnym spojrzeniem i potężnym kichnięciem.

Prosto z Hillside Gwenda wróciła do agentów, złożyła im poważną ofertę kupna posiadłości, a resztę poranka spędziła spacerując po Dillmouth. Było to urocze, staroświeckie nadmorskie miasteczko. W odległej „nowoczesnej" dzielnicy znajdowało się co prawda kilka wyglądających na nowo wybudowane hoteli i trochę surowych bungalowów, ale położenie geograficzne, linia wybrzeża i otaczające wzgórza uchroniły Dillmouth przed nadmierną ekspansją.

Po lunchu zadzwonili do Gwendy agenci z informacją, że pani Hengrave przyjęła jej ofertę. Figlarnie uśmiechając się do siebie Gwenda poszła na pocztę, skąd nadała telegram do Gilesa.

KUPIŁAM DOM. UCAŁOWANIA. GWENDA.

Powinno go to zaskoczyć - pomyślała z dumą. - Przekona się, że nie zasypiam gruszek w popiele!

 

II

Tapeta

 

 

Minął miesiąc i Gwenda wprowadziła się do Hillside. Odebrała z magazynu meble po ciotce Gilesa i ustawiła je w domu. Były to solidne, staromodne sprzęty. Jedna czy dwie szafy okazały się zbyt duże i trzeba je było sprzedać, ale cała reszta doskonale pasowała i odpowiadała charakterem domowi. Małe, kolorowe stoliki, wykładane masą perłową i malowane w pałace oraz róże, wstawiła do salonu. Stanęły tam ponadto: wykwintny stolik do robótek z przymocowanym pod blatem woreczkiem z surowego jedwabiu, biurko z drzewa różanego oraz mahoniowa ława.

Kilka wygodnych krzeseł Gwenda rozmieściła w sypialniach, dokupiła też dwa duże, miękkie fotele dla siebie oraz Gilesa i ustawiła je po obu stronach kominka. Wielka sofa w stylu chesterfield znalazła swoje miejsce przy oknie. Zasłony zaś zostały uszyte ze staromodnego perkalu, niebieskiego, z delikatnym deseniem z wazoników róż i żółtych ptaszków. W efekcie salonik wyglądał -jej zdaniem - dokładnie tak, jak powinien.

Właściwie jeszcze nie zdążyła się w pełni zadomowić, nadal bowiem kręcili się po domu robotnicy. Powinni już dawno skończyć, ale słusznie uznała, że nie wyniosą się, jeśli ona nie zamieszka w domu.

Kuchnia została już przebudowana, a nowe łazienki właśnie wykańczano. Gwenda zamierzała wstrzymać się nieco

z dalszym ozdabianiem wnętrz. Chciała się najpierw nacieszyć domem i spokojnie dobrać najodpowiedniejsze kolory do sypialni. Dom był w bardzo dobrym stanie i wcale nie musiała wszystkiego robić naraz.

W kuchni urzędowała już pani Cocker, odnosząca się z protekcjonalną łaskawością do Gwendy, której nadmiernie demokratyczne nastawienie natychmiast odparła. Ale też osadziwszy raz swoją pracodawczynię na właściwym miejscu, zaczęła przejawiać chęć przełamania chłodu w ich stosunkach.

Tego ranka, kiedy Gwenda po przebudzeniu usiadła w łóżku, pani Cocker postawiła jej na kolanach tacę z posiłkiem.

- Gdy nie ma pana domu - oświadczyła - dama chętnie jada śniadanie w łóżku.

Gwenda nagięła się posłusznie do tego rzekomo angielskiego nakazu.

- Dzisiaj mamy jajecznicę - skomentowała pani Cocker przyniesione danie. - Wspominała pani co prawda o wędzonym łupaczu, ale nie chciałaby pani przecież jeść czegoś takiego w sypialni. Pozostawia po sobie zapach. Podam go na kolację, w śmietanie, na grzance.

- Och, bardzo dziękuję.

Pani Cocker uśmiechnęła się łaskawie i ruszyła w stronę wyjścia.

Gwenda nie zajmowała na razie dużej dwuosobowej sypialni. Zamierzała poczekać z tym do przyjazdu Gilesa. Tymczasem wybrała dla siebie pokój na końcu korytarza, o zaokrąglonych ścianach i z wykuszowym oknem. Odpowiadał jej i czuła się w nim szczęśliwa.

- Bardzo mi się tu podoba - oświadczyła impulsywanie, rozglądając się po pomieszczeniu.

Pani Cocker także popatrzyła pobłażliwie wokół siebie.

- Tak, proszę pani, to całkiem ładny pokoik, chociaż ma-

ły. Sądząc po kratach w oknie, odnoszę wrażenie, że musiał to być kiedyś pokój dziecinny.

- Nie przyszło mi to do głowy. Zapewne ma pani rację.

- No cóż - westchnęła pani Cocker znacząco, po czym wyszła.

Kiedy przyjedzie pan domu - zdawała się sugerować - to kto wie? Być może pokój dziecinny się przyda.

Gwenda zarumieniła się i znów popatrzyła dokoła. Pokój dziecinny? Tak, nadawałby się do tego. Zaczęła go w myślach meblować. Tu, pod ścianą, stanąłby duży domek dla lalek. A w nim niskie szafki z zabawkami. Na kominku wesoło płonąłby ogień, wokół niego postawiłaby zaś wysoki ekran z przyczepionymi na lince zabawkami. Tylko te okropne musztardowe ściany! Tu przecież powinna być wesoła tapeta. Coś kolorowego i radosnego. Na przykład małe bukieciki maków i chabrów... Tak, to by było cudowne. Postara się znaleźć tapetę z takim wzorkiem. Z całą pewnością gdzieś już ją widziała.

Wcale nie potrzeba tu dużo mebli. Są dwie szafy ścienne, tyle że jedna, w rogu pokoju, jest zamknięta i nie ma do niej klucza. Drzwiczki były zamalowane farbą - najwyraźniej nie zaglądano do niej od bardzo dawna. Musi powiedzieć robotnikom, żeby ją otworzyli, bo i tak nie ma dość miejsca na swoje ubrania.

Z każdym dniem czuła się coraz bardziej zadomowiona w Hillside. Usłyszawszy przez otwarte okno dochodzące z ogrodu głębokie pochrząkiwanie i suchy kaszel, pośpiesznie zabrała się do śniadania. Foster, zatrudniony na godziny kapryśny ogrodnik, który nie zawsze dotrzymywał słowa, najwyraźniej dzisiaj przyszedł o umówionej porze.

Gwenda wykąpała się, ubrała w tweedową spódnicę i sweter, po czym pospiesznie wyszła do ogrodu. Foster pracował przed oknem salonu. Gwenda zażyczyła sobie, by w pierwszej kolejności na wprost francuskiego okna zrobił ścieżkę przez

ogródek skalny. Foster najpierw sprzeciwiał się temu, twierdząc, że będzie musiał w tym celu wyrwać forsycje, azjatyckie weigele oraz lilie, Gwenda była jednak nieugięta. Ogrodnik zmienił więc zdanie i obecnie podchodził do swojego zadania niemal entuzjastycznie.

Tego ranka przywitał Gwendę ze śmiechem.

- Wygląda na to, że panienka przywraca tu dawne czasy. - Upierał się przy rym, żeby nazywać Gwendę „panienką".

- Dawne czasy? Jak to?

Foster postukał szpadlem w grunt.

- Natrafiłem na stare schodki. O, widzi panienka? Szły dokładnie tak, jak panienka życzy sobie je mieć. Ktoś musiał je zakryć ziemią i posadzić krzaki.

- I zrobił bardzo głupio - skomentowała Gwenda. - Tu się aż prosi, żeby z salonu była aleja na trawnik i dalej, do morza.

Foster nie był co do tego przekonany, ale ostrożnie i z chmurną miną przytaknął.

-Nie mówię przecież, że to nie będzie ulepszenie... Będziecie mieli widok, a przez te krzaki to w salonie było ciemno. Szkoda tylko tych pięknych roślin. Nigdy jeszcze nie widziałem ładniejszego gąszczu forsycji. Mniejsza o lilie, ale znowu weigele są drogie, a musi panienka wiedzieć, że te tutaj są za stare, żeby je przesadzać.

- Och, wiem. Ale tak jest o wiele, wiele ładniej.

- No cóż - Foster podrapał się w głowę. - Może i tak.

- Jest tak, jak powinno być - powiedziała Gwenda, kiwając głową. - Kto tu mieszkał przed Hengrave'ami? - zapytała nagle. - Bo oni tu byli niezbyt długo, prawda?

- Jakieś sześć lat czy coś koło tego. Ale traktowano ich jak obcych. A przed nimi? Panny Elworthy. Ogromnie religijne. Należały do Low Church. Urodzone misjonarki. Kiedyś to nawet mieszkał u nich czarny kleryk. Było ich cztery siostry i brat, ale on nie miał wiele do powiedzenia przy tylu

kobietach. A jeszcze przed nimi? Zaraz, niech pomyślę... pani Findeyson. O, to była kobieta z klasą. Tutejsza. Mieszkała tu, jak mnie jeszcze nie było na świecie.

- Czy umarła w tym domu?

- Nie. W Egipcie czy jakimś takim miejscu. Ale sprowadzono jej ciało. I pochowano na cmentarzu. To ona posadziła tę magnolię oraz tamte szczodrzeńce. A także te posporni-ce. Bardzo lubiła krzewy. Wtedy - ciągnął - nie było jeszcze tych nowych domów na wzgórzu. Mieszkało się jak na wsi. Żadnego kina ani nowych sklepów. Ani tej tu promenady przed posiadłością! -W jego tonie wyczuwało się dezaprobatę, z jaką starsi ludzie reagują na wszelkie innowacje. -Zmiany - prychnął pogardliwie. - Nic, tylko same zmiany.

- Myślę, że świat się musi zmieniać - rzekła Gwenda. -Poza rym mamy teraz mnóstwo ulepszeń, prawda?

- Tak mówią. Ale ja tam wcale tego nie widzę. Zmiany! -Wyciągnął rękę w stronę rosnącego na zboczu po lewej stronie gąszczu cyprysów, przez który przeświecały ściany budynku. - Kiedyś mieliśmy tu mały szpital - powiedział. -W ładnym miejscu, blisko. A potem przyszli tacy jedni i zbudowali wielki gmach, jakąś milę za miastem. Trzeba iść dwadzieścia minut na piechotę albo dojechać autobusem za trzy pensy. - Znów wskazał ręką zarośla. - A tam jest teraz szkoła dla dziewcząt. Wprowadziły się tu z dziesięć lat temu. Ciągle jakieś zmiany. Teraz to ludzie kupują sobie dom, pomieszkają w nim dziesięć czy dwanaście lat i znowu go sprzedają. Nie mogą usiedzieć na miejscu. Co w tym dobrego? Nie da się dobrze rozplanować ogrodu, kiedy człowiek nie ma przed sobą dłuższej perspektywy.

Gwenda popatrzyła z sympatią na magnolię.

- Jak za pani Findeyson - powiedziała.

- O, ona była jak trzeba. Przyszła tu jako panna młoda. Wychowała i pożeniła dzieci, pochowała męża, wnuki przyjeżdżały do niej na wakacje, a ruszyła się stąd dopiero, jak

miała koło osiemdziesiątki. - W głosie Fostera dźwięczała pełna ciepła aprobata.

Gwenda wróciła do domu uśmiechnięta. Chwilę porozmawiała z robotnikami, a następnie poszła do salonu, gdzie usiadła przy biurku i napisała kilka listów. Pośród korespondencji, na którą jeszcze nie odpowiedziała, znajdował się list od mieszkających w Londynie kuzynów Gilesa. Pisali, że jeśli tylko zechce przyjechać do Londynu, koniecznie musi się zatrzymać w ich domu w Chelsea.

Gwenda wiedziała, że Raymond West był znanym (bardziej niż popularnym) powieściopisarzem, a jego żona Joan - malarką. Pobyt u nich mógł być zabawny, choć zapewne uznaliby ją za osobę bardzo ograniczoną. Ani Giles, ani ja nie mamy zacięcia na intelektualistów - pomyślała Gwenda.

Nagle w korytarzu rozległ się dźwięczny gong. Oprawny w rzeźbiony heban gong był jednym z bardziej wartościowych przedmiotów odziedziczonych po ciotce Gilesa. A pani Cocker czerpała, jak się zdaje, szczególną przyjemność z wywoływania jego dźwięku, wskutek czego zawsze robiła to z całej mocy. Gwenda zasłoniła rękami uszy i wstała.

Przeszła pospiesznie przez salon w stronę ściany przy najodleglejszym oknie i zatrzymała się gwałtownie z okrzykiem gniewu. Trzeci raz robiła to samo. Zupełnie jakby się spodziewała, że uda jej się przejść przez ścianę do znajdującej się tuż obok jadalni.

Wróciła do drzwi, wyszła na główny korytarz i ruszyła nim, obchodząc salon, do jadalni. Miała do pokonania sporą odległość i przyszło jej do głowy, że z pewnością w zimie będzie to irytujące, w korytarzu hulały bowiem przeciągi, a centralne ogrzewanie zainstalowano jedynie w salonie, jadalni i dwóch sypialniach na pięterku.

Właściwie - rozmyślała Gwenda, zasiadłszy za ślicznym sheratonowskim stołem jadalnym, który kupiła w miejsce masywnego, kwadratowego stołu z mahoniu, odziedziczone-

go po ciotce Lavender - dlaczego miałabym nie zrobić drzwi łączących salon z jadalnią? Muszę porozmawiać o tym dziś po południu z panem Simsem.

Pan Sims zajmował się budowaniem i remontowaniem domów. Był mężczyzną w średnim wieku, o ochrypłym głosie i wielkim darze przekonywania. Nosił zawsze przy sobie notes, w którym skwapliwie zapisywał wszelkie kosztowne pomysły, jakie tylko przychodziły do głowy jego zleceniodawcom.

Także do sugestii Gwendy odniósł się z pełną aprobatą.

- Nic prostszego, pani Reed. A jednocześnie to istotne ulepszenie, jeśli mi wolno ocenić.

- Czy to będzie bardzo dużo kosztowało?

Gwenda nauczyła się odnosić z lekką rezerwą do entuzjastycznych reakcji pana Simsa. Odbyli już kilka nieprzyjemnych rozmów, związanych z różnymi dodatkowymi kosztami, których nie przewidywał sporządzony przez pana Simsa kosztorys.

- Och, to zupełny drobiazg - odparł pan Sims, a jego chrapliwy głos brzmiał pobłażliwie i uspokajająco.

Wątpliwości Gwendy nasiliły się. To właśnie tym „drobiazgom" pana Simsa nauczyła się nie ufać.

- Powiem pani, co zrobimy - stwierdził pan Sims przymilnie. - Jak tylko Taylor skończy dziś po południu z garderobą, polecę mu, żeby się temu przyjrzał. I wtedy będę mógł to wycenić. Zobaczymy, jaka tu jest ściana.

Gwenda przystała na to. Napisała do Joan West list z podziękowaniem za zaproszenie, jednocześnie informując, że nie może teraz wyjechać z Dillmouth, musi bowiem mieć oko na robotników. Następnie przeszła się trochę przed domem, z przyjemnością wdychając lekki wietrzyk od morza. Kiedy wróciła do salonu, Taylor, najlepszy robotnik pana Simsa, stał pochylony w rogu pokoju i przyglądał się ścianie. Na widok Gwendy wyprostował się i uśmiechnął.

- Nie będzie z tym żadnego problemu, pani Reed - powiedział. - Kiedyś już były w tym miejscu drzwi. Ktoś nie chciał ich mieć i po prostu zagipsował otwór.

Gwenda poczuła się mile zaskoczona. Jakie to niezwykłe - pomyślała - bo ja właśnie zawsze miałam wrażenie, że tu są drzwi. Przypomniała sobie, z jaką pewnością podeszła do tej ściany w porze lunchu. I na myśl o tym odczuła nagle lekki dreszcz niepokoju. Bo właściwie, jak o tym pomyśleć, wydawało się to dość dziwne. Z jakiego powodu była taka pewna, że tu są drzwi? Przecież na ścianie nie było po nich ani śladu. Jak to możliwe, że odgadła - czy wiedziała - że one tu są? Naturalnie byłoby wygodnie mieć drzwi z salonu do jadalni, ale dlaczego za każdym razem szła nieomylnie właśnie w to miejsce? Przecież każde inne na ścianie dzielącej oba pomieszczenia byłoby równie dobre. Ona jednak zawsze machinalnie, myśląc o czymś innym, podchodziła tu, gdzie rzeczywiście były drzwi.

Mam nadzieję - pomyślała Gwenda z niepokojem - że nie jestem jasnowidzem czy czymś takim...

Nigdy przedtem nie przejawiała ani śladu zdolności metafizycznych. Nie była tego typu osobą. A może jednak? Jak inaczej wytłumaczyć tę sprawę ze ścieżką z tarasu przez zarośla do trawnika? Może wiedziała, że ścieżka była tam wcześniej, skoro tak bardzo się upierała, aby poprowadzić ją właśnie tędy?

Zapewne jednak mam w sobie coś z medium - pomyślała Gwenda z niepokojem. - A może ma to jakiś związek z tym domem?

Bo dlaczego zapytała tamtego dnia panią Hengrave, czy tu nie straszy?

Nie straszy! To najwspanialszy dom na świecie! Wykluczone, żeby było z nim coś nie w porządku. Pani Hengrave wydawała się ogromnie zaskoczona tym pomysłem Gwendy. A może w jej reakcji był jednak jakiś ślad rezerwy, ostrożne-

ści? Wielkie nieba! Zaczynam wymyślać niestworzone historie - pomyślała Gwenda. Z pewnym wysiłkiem skoncentrowała się na rozmowie z Taylorem.

- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedziała. - W moim pokoju na piętrze nie można otworzyć szafki. Chciałabym, żeby ją zreperowano.

Mężczyzna poszedł wraz z nią na górę i przyjrzał się drzwiczkom.

- Zostały kilkakrotnie zamalowane - orzekł. - Przyślę jutro robotników, żeby je otworzyli, jeśli pani sobie tego życzy.

Gwenda przytaknęła i Taylor wyszedł.

Tego wieczoru Gwenda czuła się niepewna i podenerwowana. Siedziała w salonie próbując czytać, reagowała jednak na każde skrzypnięcie mebli. Raz czy dwa obejrzała się za siebie z drżeniem. Nieustannie usiłowała wytłumaczyć sobie, że te incydenty z drzwiami i ścieżką nie mają znaczenia. Zwykły zbieg okoliczności. Wynikły jedynie ze zdrowego rozsądku.

Nie przyznałaby się do tego otwarcie, ale trochę się bała iść spać. Kiedy w końcu wstała, zgasiła światło i otworzyła drzwi do holu, uświadomiła sobie, że odczuwa lęk przed wejściem na schody. Przebiegła je pośpiesznie, przemknęła przez korytarzyk i otworzyła drzwi do swojej sypialni. Znalazłszy się w środku, odetchnęła głęboko. Strach minął jak ręką odjął. Z sympatią rozejrzała się po pokoju. Czuła się tu bezpieczna; bezpieczna i szczęśliwa. Tak, tu już jej nic nie groziło. (A co ci mogło grozić, idiotko? - strofowała się w myślach.) Popatrzyła na rozłożoną na łóżku pidżamę ł stojące pod nim kapcie.

Naprawdę zachowujesz się jak sześciolatka! Powinnaś mieć filcowe kapciuszki haftowane w króliczki.

Położyła się do łóżka z uczuciem ulgi i wkrótce zasnęła.

Następnego ranka miała do załatwienia kilka spraw w miasteczku. Wróciła do domu w porze lunchu.

- Szafka w pani pokoju jest już otwarta - poinformowała pani Cocker, podając jej delikatnie podsmażoną solę z tłuczonymi ziemniakami i marchewką w śmietanie.

- Och, to dobrze - odparła Gwenda.

Była głodna i z apetytem zjadła lunch. Po wypiciu w saloniku kawy poszła na górę do swojej sypialni. Przeszła przez pokój, otworzyła drzwiczki szafki w rogu... i nagle wydała z siebie stłumiony okrzyk przerażenia.

Wnętrze szafki wyłożone było tapetą, którą na ścianach zastąpiono żółtawą farbą. Okazało się, że pokój był niegdyś wyłożony wesołym papierem w kwiatowy deseń, który tworzyły małe bukieciki szkarłatnych maków na przemian z bukiecikami błękitnych chabrów...

Przez długą chwilę Gwenda stała w miejscu i wpatrywała się w szafkę, po czym niepewnym krokiem podeszła do łóżka i usiadła.

Oto znajdowała się w domu, w którym nigdy przedtem nie była, w kraju, którego nigdy przedtem nie odwiedzała. Zaledwie dwa dni temu leżała tu w łóżku, wyobrażając sobie, jakie chciałaby mieć ściany w tym pokoju - i okazuje się, że tapeta, którą sobie wyobraziła, jest identyczna z tą, jaka niegdyś znajdowała się tu na ścianach.

W głowie kłębiły się jej najdziwniejsze wyjaśnienia tej zagadki. Dunne, „Eksperyment z czasem" - patrzenie w przyszłość zamiast za siebie...

Mogła sobie tłumaczyć jako zbieg okoliczności ścieżkę w ogrodzie i drzwi w salonie - ale to nie dało się tak prosto wyjaśnić. Nie może być jednak dziełem przypadku, iż wyobraziła sobie tapetę o tak szczególnym wzorku, a następnie okazało się, że właśnie taką był niegdyś wyłożony ten pokój... Nie, musi być jakieś wytłumaczenie, którego nie zna i które... ją przeraża. W tym domu co chwila przekonywała

się, że patrzy nie tyle w przyszłość, co właśnie w przeszłość, że przywraca domowi jego dawny wygląd. W każdej chwili mogła zacząć widzieć jeszcze coś - coś, czego wcale nie chce oglądać. Ten dom ją przeraża... Ale czy to dom budzi jej przerażenie, czy ona sama? Nie ma najmniejszej ochoty być jedną z tych, co to „widzą"...

Odetchnęła głęboko, nałożyła kapelusz i płaszcz, po czym szybko wymknęła się z domu. Poszła na pocztę, gdzie nadała telegram następującej treści:

WEST, 19 ADDWAY SQUARE CHELSEA LONDYN. CZY MOGĘ ZMIENIĆ ZDANIE I PRZYJECHAĆ DO WAS JUTRO. GWENDA.

I opłaciła odpowiedź.

 

III

„Twarz jej zakryjcie..."

 

 

Raymond West i jego żona dokładali wszelkich starań, by młoda żona Gilesa czuła się w ich domu dobrze. Nie było ich winą, że wydali się Gwendzie nieco przerażający. Raymond ze swoim dziwnym wyglądem drapieżnego kruka, z rozwianymi włosami i nagłymi okrzykami w trakcie niezrozumiałej dla niej konwersacji sprawiał, że zaniepokojona Gwenda spoglądała na niego oczami okrągłymi jak spodki. Oboje z Joan zdawali się porozumiewać jakimś własnym językiem. Gwenda nigdy dotąd nie obracała się w towarzystwie intelektualistów i nie znała obowiązujących w nim norm.

- Zaplanowaliśmy, że zabierzemy cię na kilka przedstawień - oświadczył Raymond, kiedy Gwenda popijała gin, myśląc jednocześnie z żalem, że po podróży wolałaby zostać poczęstowana filiżanką herbaty.

Słysząc o teatrze natychmiast się rozpromieniła.

- Dziś wieczorem pójdziemy na balet do Sadler's Wells, a na jutro, z okazji urodzin mojej absolutnie niesamowitej ciotki Jane, przewidzieliśmy wyjście na „Tragedię księźny Amalfi" z Gielgudem. W piątek natomiast musisz zobaczyć „Oni maszerowali bez stóp". To tłumaczenie z rosyjskiego; niewątpliwie najwybitniejszy utwór ostatniego dwudziestolecia. Wystawiają to w małym Witmore Theatre.

Gwenda z wdzięcznością przyjęła te propozycje dostarczenia jej rozrywki. Na musicale i tym podobne spektakle będzie przecież mogła chodzić z Gilesem po jego przyjeździe. Wzdragała się nieco na myśl o sztuce „Oni maszerowali bez stóp", ale być może też się jej spodoba - choć zazwyczaj te „najwybitniejsze" przedstawienia nie budziły jej zachwytu.

- Z pewnością będziesz zachwycona moją ciotką Jane -oświadczył Raymond. - Jest, że tak powiem, doskonałym okazem swojej epoki. Wiktoriańska do szpiku kości. Wszystkie komódki w jej domu mają nogi owinięte perkalem. Mieszka w wiosce, w której nigdy nic się nie dzieje, przypominającej stojącą wodę.

- Raz coś się tam wydarzyło - wtrąciła sucho Joan.

- Był to zaledwie dramat namiętności, prymitywny, pozbawiony wszelkiej subtelności.

- Ale kiedy się to działo, byłeś nim ogromnie zafascynowany - przypomniała mu żona, robiąc oko.

- Czasem bawi mnie także gra w wiejskiego krykieta -odparł z godnością Raymond.

- W każdym razie ciotka Jane odegrała znaczącą rolę w rozwikłaniu tego morderstwa.

- Och, bo ona nie jest głupia. Uwielbia wszelkie zagadki.

- Zagadki? - zdziwiła się Gwenda. Raymond zatoczył ręką szeroki łuk.

- Wszelkiego rodzaju. .Na przykład, dlaczego żona sklepikarza wzięła parasolkę idąc na zebranie parafialne, jeśli była ładna pogoda. Albo czemu cząstka marynowanej krewetki znalazła się w tym, a nie innym miejscu. I co się stało z komżą proboszcza. Wszystko to stanowi smakowite kąski dla ciotki Jane. Jeśli masz więc jakiś życiowy problem, Gwendo, to wystarczy, że jej o tym powiesz, a zapewniam cię, że znajdzie rozwiązanie.

Raymond roześmiał się. Gwenda przyłączyła się do niego, ale nie do końca szczerze. Następnego dnia została przed-

stawiona ciotce Jane, czyli pannie Marple. Była to sympatyczna starsza pani, wysoka i chuda, z rumianymi policzkami i niebieskimi oczami, przestrzegająca dość wyszukanych form zachowania. W jej niebieskich oczach często zapalały się iskierki.

Po wczesnym obiedzie, w czasie którego wypito toast za zdrowie ciotki, wszyscy goście udali się do Teatru Królewskiego. Prócz solenizantki, Joan, Raymonda i Gwendy w towarzystwie było jeszcze dwóch panów: starszy malarz i młody adwokat. Malarz skupił całą swoją uwagę na Gwendzie, a adwokat zajmował się Joan i panną Marple, której spostrzeżenia zdawały się bardzo go bawić. W teatrze układ uległ jednak odwróceniu. Gwenda usiadła w środku rzędu, między Raymondem a adwokatem.

Zgasły światła; rozpoczęło się przedstawienie.

Było wyśmienicie grane i ogromnie się Gwendzie podobało. Dotychczas widziała niewiele naprawdę dobrych spektakli teatralnych.

Akcja zbliżała się do końca i nadszedł moment najwyższego napięcia. Ze sceny rozległ się głos aktora, przepełniony tragizmem skrzywionej i perwersyjnej umysłowości:

- „Twarz jej zakryjcie. W oczach mi się mąci. Młodo umarła..."1

W tym momencie Gwenda krzyknęła.

Zerwała się z miejsca, po omacku wymijając pozostałych widzów dotarła do przejścia, a stamtąd do wyjścia. Pędem pokonała schodki w górę i wybiegła na ulicę. Ale i tam się nie zatrzymała. W ślepej panice na wpół szła, na wpół biegła po Haymarket.

Dopiero przy Piccadilly zauważyła przejeżdżającą ulicą wolną taksówkę, zatrzymała ją, wsiadła ł podała adres domu w Chelsea. Na miejscu wysupłała drżącymi palcami pienią-

' Przekład Macieja Slomczyńskiego

dze, zapłaciła taksówkarzowi i weszła na schody. Służący, który otworzył drzwi, rzucił jej spojrzenie pełne zdumienia.

- Wcześnie panienka wróciła. Źle się panienka czuje?

- Ja... nie, to znaczy tak... jest mi słabo.

- Czy potrzeba panience czegoś? Może trochę brandy?

- Nie, dziękuję. Położę się od razu do łóżka. Wbiegła na schody, unikając dalszych pytań. Ściągnęła ubranie, pozostawiła je rzucone na podłodze

ł wsunęła się pod kołdrę. Leżała rozdygotana, z mocno bijącym sercem, wpatrując się w sufit.

Nie usłyszała, kiedy wrócili pozostali domownicy, ale po Jakichś pięciu minutach otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła panna Marple. Pod pachą ściskała dwa termofo-ry, a w dłoni filiżankę.

Gwenda usiadła w łóżku, usiłując powstrzymać drżenie.

- Och, panno Marple, tak mi strasznie przykro. Nie wiem, co... to było okropne z mojej strony. Czy bardzo się na mnie rozgniewali?

- Nie martw się o nic, moje drogie dziecko - odparła panna Marple. - Weź te termofory i otul się ciepło.

- Kiedy ja właściwie nie potrzebuję termoforów.

- Ależ owszem, potrzebujesz. O, tak jest dobrze. I napij się herbaty...

Herbata była gorąca, mocna i przesłodzona, ale Gwenda wypiła ją posłusznie. Nie drżała już tak bardzo.

- A teraz połóż się i śpij - poradziła panna Marple. -Przeżyłaś zapewne jakiś szok. Ale porozmawiamy o tym jutro. Niczym się nie martw. Po prostu się wyśpij.

Otuliła Gwendę kołdrą, pogładziła ją z uśmiechem i wyszła.

Na dole Raymond rozmawiał z Joan.

- Co się u licha stało tej dziewczynie? - pytał z irytacją. -Rozchorowała się czy co?

- Mój drogi Raymondzie, nie mam pojęcia, po prostu

krzyknęła! Przypuszczam, że było to dla niej trochę zanadto macabre.

- No cóż, Webster faktycznie jest nieco przerażający. Ale nie przyszłoby mi na myśl... - przerwał, kiedy do pokoju weszła panna Marple. - Wszystko z nią w porządku?

- Myślę, że tak. Po prostu przeżyła ciężki szok.

- Szok? Wskutek oglądania dramatu jakobińskiego?

- Myślę, że musi się za tym kryć coś więcej - odparła w zamyśleniu panna Marple.

Śniadanie podano Gwendzie do łóżka. Wypiła kawę, do której skubnęła kawałek grzanki. Kiedy wstała i zeszła na dół, Joan malowała już w swoim studiu, a Raymond pracował w gabinecie. W salonie była jedynie panna Marple. Siedziała przy oknie, z którego rozciągał się widok na rzekę, zajęta robótką na drutach. Przywitała Gwendę pogodnym uśmiechem.

- Dzień dobry, moja droga. Mam nadzieję, że czujesz się dziś lepiej.

- Och tak, całkiem dobrze. Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, że zrobiłam wczoraj z siebie taką skończoną idiotkę. Czy oni są... czy oni są na mnie wściekli?

- Och, nie, moja droga. Oni to doskonale rozumieją.

- Co rozumieją?

Panna Marple spojrzała na Gwendę znad robótki.

- Że ubiegłej nocy przeżyłaś jakiś silny szok. Czy nie byłoby lepiej - dodała - żebyś mi o tym opowiedziała?

Gwenda przemierzała nerwowo pokój.

- Myślę, że powinnam raczej pójść do psychiatry czy do kogoś takiego.

- W Londynie są, oczywiście, doskonali specjaliści od chorób psychicznych. Czy jesteś jednak zupełnie pewna, że to konieczne?

- Cóż... Wydaje mi się, że popadam w obłęd... Z pewnością popadam w obłęd.

W tym momencie do salonu weszła niemłoda pokojówka z tacą, na której leżał telegram dla Gwendy.

- Posłaniec chciałby wiedzieć, czy będzie odpowiedź, proszę pani?

Gwenda rozerwała kopertę. Telegram został przesłany z Dillmouth. Przez chwilę patrzyła na niego z taką miną, jakby nie rozumiała ani słowa, po czym zgniotła go w małą kulkę.

- Bez odpowiedzi - odparła machinalnie. Pokojówka wyszła.

- Mam nadzieję, że to nie była żadna zła wiadomość, moja droga?

-To od Gilesa... mojego męża. Zdecydował się lecieć samolotem. Będzie tu za tydzień.

W głosie Gwendy zabrzmiało zakłopotanie i przygnębienie. Panna Marple zakasłała dyskretnie.

- No cóż... to z pewnością... bardzo miłe, prawda?

- Miłe? Teraz, kiedy nie jestem pewna, czy nie zwariowałam? Jeżeli jestem szalona, to nie powinnam była przecież wychodzić za mąż za Gilesa. I ten dom, i w ogóle wszystko. Och, już sama nie wiem, co robić.

Panna Marple poklepała sofę zapraszającym gestem.

- A może byś tak usiadła tu przy mnie, moja droga, i po prostu opowiedziała mi, o co tu chodzi?

Gwenda przyjęła zaproszenie z uczuciem ulgi. Wyznała starszej pani dokładnie wszystko, poczynając od pierwszego wrażenia, jakie odniosła patrząc na Hillside, i opisała kolejno incydenty, które początkowo budziły jej zdumienie, a potem zaczęły ją martwić.

- I doszło do tego, że zaczęłam się bać - skończyła. - Myślałam, że przyjeżdżając do Londynu uwolnię się od tego wszystkiego. Ale, jak pani widzi, nie mogę się uwolnić. To coś towarzyszy mi i tu. Ubiegłej nocy... - zacisnęła powieki i głośno przełknęła ślinę, przypominając sobie tamto wydarzenie.

- Ubiegłej nocy? - podpowiedziała jej panna Marple.

- Boję się, że pani w to nie uwierzy - Gwenda mówiła teraz bardzo szybko. - Pomyśli pani, że jestem histeryczką, dziwaczką albo kimś takim. To się stało całkiem nagle, tuż przed zakończeniem. Patrzyłam na przedstawienie z przyjemnością. I ani razu nie pomyślałam o domu. A potem to przyszło... zupełnie bez powodu... kiedy on powiedział te słowa... - Zacytowała cichym, drżącym głosem: „Twarz jej zakryjcie. W oczach mi się mąci. Młodo umarła...". - Wtedy z powrotem znalazłam się tam, na schodach, patrzyłam w dół między słupkami balustrady i zobaczyłam ją. Leżała wyciągnięta... i martwa. Miała złote włosy, a jej twarz była cała... cała sina! Nie żyła, zaduszono ją, a ktoś mówił te słowa w taki sam okropny, bełkotliwy sposób... i widziałam jego ręce... szare, pomarszczone... nie ręce - łapy małpy... To było potworne. Nie żyła...

- Kto? - spytała łagodnie panna Marple.

Gwenda odpowiedziała natychmiast, bez zastanowienia.

- Helen...

 

IV

Helen?

 

 

Przez moment Gwenda wpatrywała się w pannę Marple, po czym odgarnęła włosy z czoła.

- Dlaczego ja to powiedziałam? - spytała. - Dlaczego powiedziałam „Helen"? Nie znam żadnej Helen! - Opuściła z rozpaczą ręce. - Widzi pani? Jestem szalona! Wymyślam jakieś historie! Widzę to, czego nie ma. Najpierw chodziło tylko o tapety... ale teraz już pojawiają się zmarli. Czyli jest ze mną coraz gorzej.

- Nie spiesz się tak z wyciąganiem wniosków, moja droga...

- Albo to wina tego domu. Może jest nawiedzony... zaczarowany, czy coś w tym rodzaju... Widzę rzeczy, które się w nim zdarzyły... a może takie, które dopiero mają się wydarzyć... co byłoby jeszcze gorsze. Zapewne zostanie tam zamordowana jakaś kobieta o imieniu Helen... Nie rozumiem tylko jednego: jeśli nawiedzony jest dom, dlaczego widzę te okropności, kiedy jestem od niego daleko. Nie, to raczej ja staję się niepoczytalna. Lepiej będzie, jeśli udam się do psychiatry od razu... jeszcze dziś.

- Hm, no cóż, oczywiście, moja droga Gwendo, zawsze to można zrobić, jeśli wyczerpie się wszelkie inne możliwości, ale uważam, że o wiele lepiej jest najpierw rozważyć najprostsze i najzwyklejsze wyjaśnienia. Pozwól, proszę, że wy-

jaśnię do końca fakty. Przygnębiły cię trzy incydenty. Sprawa ścieżki w ogrodzie, której istnienie przeczuwałaś, choć ją zasypano i posadzono na niej kwiaty; zamurowane drzwi i tapeta, której wzór bezbłędnie odgadłaś, co do najdrobniejszych szczegółów, choć jej nie widziałaś. Mam rację? -Tak.

- A zatem najprostsze, najnaturalniejsze byłoby wyjaśnienie, że kiedyś już widziałaś te rzeczy.

- Ma pani na myśli poprzednie wcielenie?

- Ależ nie, moja droga. Chodzi mi o twoje obecne wcielenie. O to, że to mogą być twoje wspomnienia.

- Ale ja, panno Marple, nigdy przedtem nie byłam w Anglii. Aż do ubiegłego miesiąca.

- Czy jesteś tego zupełnie pewna, moja droga?

- Oczywiście, że tak. Całe życie spędziłam w pobliżu Christchurch w Nowej Zelandii.

- Tam się urodziłaś?

- Nie, urodziłam się w Indiach. Ojciec był oficerem armii brytyjskiej. Matka umarła w rok czy dwa po moim urodzeniu i wtedy tata oddał mnie na wychowanie jej krewnym w Nowej Zelandii. Sam umarł kilka lat później.

- A pamiętasz podróż z Indii do Nowej Zelandii?

- Właściwie nie. Mam tylko bardzo mgliste wspomnienia z pobytu na statku. Na przykład, że miał okrągłe okna - to znaczy iluminatory. I że był tam mężczyzna w białym mundurze, z czerwoną twarzą, niebieskimi oczami oraz jakimś znakiem na brodzie, zapewne szramą. Lubił podrzucać mnie do góry i pamiętam, że czułam wówczas jednocześnie przerażenie i zachwyt. Ale to tylko takie fragmenty..

- A pamiętasz swoją nianię albo hinduską piastunkę?

- To nie była Hinduska. Miałam angielską nianię. Pamiętam ją, ponieważ została ze mną przez pewien czas, póki nie ukończyłam pięciu lat. Potrafiła wycinać kaczuszki z papieru. Tak, była na statku. Nakrzyczała na mnie, ponieważ się

*>' rozpłakałam, kiedy kapitan mnie pocałował, a mnie się nie podobał jego zarost.

- To bardzo interesujące, moja droga. Odnoszę wrażenie, że mylisz ze sobą dwie różne podróże. W jednej kapitan miał zarost, w drugiej zaś - czerwoną twarz, a na brodzie bliznę.

- To prawda - przyznała Gwenda. - Faktycznie chyba coś mi się myli.

- Prawdopodobnie po śmierci twojej matki ojciec zabrał cię najpierw do Anglii i mieszkałaś właśnie w Hillside. Sama powiedziałaś, że od chwili, kiedy tam weszłaś, wydawało ci się, że to twój dom. I sypiasz zapewne w swym dawnym pokoju dziecinnym...

- To faktycznie był pokój dziecinny. W oknach są kraty.

- No widzisz? A na ścianach miał tę ładną, wesołą tapetę z makami i chabrami. Dzieci doskonale zapamiętują, jakie były ściany w ich pokojach. Ja sama pamiętam blado-flole-towe irysy na ścianach, choć tapetę zmieniono, gdy miałam zaledwie trzy lata.

- I dlatego pomyślałam natychmiast o zabawkach, o domku dla lalek i szafkach na klocki?

- Tak. Podobnie wygląda sprawa łazienki. Wanny z mahoniową obudową. Powiedziałaś mi, że kiedy ją zobaczyłaś, przyszły ci na myśl pływające w niej kaczuszki.

- Faktycznie - powiedziała w zamyśleniu Gwenda - od razu wiedziałam, gdzie co jest: kuchnia, bieliźniarka. I ciągle byłam przekonana, że z salonu są drzwi do jadalni. Ale przecież to jest zupełnie niemożliwe, że przyjechawszy do Anglii kupiłam dom identyczny z tym, w którym mieszkałam tak dawno temu!

- To nie jest niemożliwe, moja droga. To tylko wyjątkowy zbieg okoliczności, a takie przecież się zdarzają. Twój mąż chciał, abyście mieli dom na południowym wybrzeżu, szukałaś więc w tym rejonie, natrafiłaś na taki, który poruszył Wspomnienia i przyciągnął twoją uwagę. Był odpowiedniej

wielkości i oczekiwano za niego rozsądnej ceny, więc go kupiłaś. Nie, to wcale nie jest tak absolutnie nieprawdopodobne. Gdyby chodziło tylko o to, że, jak to się mówi (zapewne słusznie), ten dom jest nawiedzony, myślę, że zareagowałabyś inaczej. A przecież nie wyczułaś w nim żadnej przemocy czy niechęci z wyjątkiem, jak mówiłaś, jedynego szczególnego momentu, kiedy zamierzałaś zejść ze schodów i spojrzałaś z góry na hol na parterze.

W oczach Gwendy ponownie pojawił się cień przerażenia.

- Ma pani na myśli, że to... to z Helen...też jest prawdą?

- No cóż - odparła bardzo łagodnym tonem panna Mar-ple - tak właśnie myślę, moja droga... Musimy uznać, jak sądzę, że jeśli pozostałe sprawy są wspomnieniami, wspomnieniem jest także i to...

- Że naprawdę widziałam leżącą tam kobietę, która została zamordowana... uduszona?

- Nie przypuszczam, abyś wówczas wiedziała, że została uduszona. Nasunęło ci się takie skojarzenie pod wpływem wczorajszego przedstawienia, ponieważ odpowiada twojemu dorosłemu rozumieniu znaczenia sinej, konwulsyjnie wykrzywionej twarzy. Myślę, że bardzo małe dziecko, ledwie mogące zejść po schodach, potrafi zdać sobie sprawę z przemocy, śmierci, zła i skojarzyć je z określonymi słowami. Uważam bowiem, że morderca wypowiedział te słowa. To musiał być bardzo silny wstrząs dla dziecka. Dzieci to takie dziwne małe stworzenia. Jeśli się czegoś bardzo przestraszą, zwłaszcza gdy tego nie rozumieją, nie rozmawiają o tym. Zamykają to w sobie. Pozornie być może nawet zapominają. Ale wspomnienia tkwią głęboko w ich pamięci.

Gwenda wciągnęła głęboko powietrze.

- I sądzi pani, że mnie przytrafiło się coś takiego? Dlaczego więc teraz nie przypomniało mi się wszystko naraz?

- Nie da się uruchomić pamięci na życzenie. Często gdy człowiek usiłuje to zrobić, wspomnienia chowają się jeszcze

głębiej. Wydaje mi się jednak, że mamy kilka wskazówek sugerujących, że coś takiego naprawdę się zdarzyło. Na przykład, kiedy przed chwilą opowiadałaś mi o swoich wczorajszych przeżyciach w teatrze, użyłaś bardzo wymownego określenia. Powiedziałaś, że wydawało ci się, jakbyś patrzyła „między słupkami balustrady". Otóż normalnie patrzy się na dół nie „między" słupkami, tylko ponad nimi. Jedynie dziecko patrzy w taki sposób.

- Jakie to inteligentne spostrzeżenie - stwierdziła Gwen-da z uznaniem.

- Takie drobiazgi są bardzo istotne.

- Ale kim była Helen? - spytała Gwenda ze zdziwieniem.

- Powiedz mi, moja droga, czy jesteś zupełnie pewna, że to była Helen?

-Tak... To niesamowicie dziwne, ponieważ nie mam pojęcia, kim była ta „Helen", a jednocześnie wiem, naprawdę wiem, że to właśnie Helen tam leżała... Jak mam się dowiedzieć czegoś więcej?

- Hm, myślę, że trzeba się najpierw dowiedzieć, czy jako dziecko faktycznie byłaś kiedykolwiek w Anglii albo czy mogłaś tu być. Twoi krewni...

Gwenda przerwała pannie Marple w pół zdania.

- Ciotka Alison. Jestem pewna, że ona będzie wiedziała.

- To napisz do niej pocztą lotniczą. Poinformuj ją, że zaistniały pewne okoliczności, w związku z którymi koniecznie musisz wiedzieć, czy byłaś kiedykolwiek w Anglii. Pocztą lotniczą powinnaś dostać odpowiedź jeszcze przed przyjazdem twojego męża.

- Och, dziękuję, panno Marple. Jest pani dla mnie taka dobra. I mam nadzieję, że to, co pani sugeruje, jest prawdą. Bo wtedy wszystko byłoby w porządku. To znaczy, nie byłoby w tym nic nadnaturalnego.

Panna Marple uśmiechnęła się.

- Myślę, że wszystko okaże się zgodne z tym, co przy-

puszczamy. Zamierzam pojutrze wybrać się do moich starych znajomych w północnej Anglii. Za jakieś dziesięć dni będę wracała i zatrzymam się w Londynie. Jeśli będziesz tu wtedy z mężem lub jeśli otrzymasz do tego czasu odpowiedź na swój list, pamiętaj, że ogromnie chciałabym się dowiedzieć szczegółów.

- Ależ naturalnie, droga panno Marple. Poza tym bardzo bym chciała, żeby poznała pani Gilesa. On jest taki cudowny. I zrobimy sobie wielką naradę na temat całej tej sprawy.

Gwenda najwyraźniej czuła się podniesiona na duchu.

Panna Marple wyglądała jednak na mocno zafrasowaną.

 

V

Morderstwo z przeszłości

 

 

Jakieś dziesięć dni później panna Marple weszła do małego hoteliku w Mayfair, gdzie entuzjastycznie przywitali ją młodzi Reedowie.

- To mój mąż, panno Marple - zawołała Gwenda. - Giles, nie potrafię ci opisać, jaka dobra była dla mnie panna Mar-ple.

- Jestem szczęśliwy, że mogę panią poznać, panno Marple. Słyszałem, że Gwenda wpadła w taką panikę, że niewiele brakowało, a kazałaby się zamknąć w domu wariatów.

Łagodne, niebieskie oczy panny Marple z sympatią przyglądały się Gilesowi. Bardzo przyjemny młody człowiek, wysoki i jasnowłosy, o rozbrajającym nawyku mrugania powiekami z nieśmiałości. Zwróciła też uwagę na wyrażającą zdecydowanie brodę i mocną szczękę.

- Wypijmy herbatę w małym saloniku, tym ciemnym -zaproponowała Gwenda. - Nikt tam nie zagląda. A potem pokażemy pannie Marple list od ciotki Alison. Tak - dodała, kiedy panna Marple spojrzała na nią bystro. - Otrzymałam list, z którego wynika, że było niemal dokładnie tak, jak pani przypuszczała.

Tuż po herbacie na stole pojawił się list od panny Alison Danby:

Najdroższa Gwendo,

Bardzo się zmartwitam wieścią, że miataś jakieś nieprzyjemne przejścia Prawdę mówiąc, zupełnie wypadlo mi z pamięci, że faktycznie jako matę dziecko przez krótki czas mieszkałaś w Anglii.

Twoja matka, a moja siostra Megan, poznała Twojego ojca, majora Hallidaya, kiedy pojechała odwiedzić naszych znajomych, mieszkających wówczas w Indiach. Pobrali się i Ty się tam wodziłaś. Niespełna dwa lata po urodzeniu Ciebie Twoja matka zmarła. Był to dla nas ogromny wstrząs. Napisaliśmy wtedy do Twojego ojca, z którym utrzymywaliśmy kontakt listowny, ale którego nie znaliśmy osobiście, l>ła-gając go, aby powierzył nam opiekę nad Tobą, jako że bylibyśmy szczęśliwi mając Ciebie, a jemu - młodemu oficerowi w wojsku - mogło być trudno opiekować się małym dzieckiem. Twój ojciec odrzucił jednak naszą propozycję i powiadomił nas, że rezygnuje z wojska i zabiera Cię do Anglii. Miał nadzieję, jak pisał, że kiedyś przyjedziemy go tam odwiedzić.

Domyślam się, że w drodze do domu Twój ojciec spotkał młodą kobietę, zakochał się w niej i zaraz po przyjeździe do Anglii pobrali się. Małżeństwo to nie było, jak sądzę, udane i, o ile wiem, mniej więcej po roku się rozpadło. To wtedy Twój ojciec napisał do nas z pytaniem, czy nadal chcielibyśmy stworzyć Ci dom. Nie muszę chyba mówić, jacy byliśmy szczęśliwi z tego powodu. Zostałaś przysłana do nas pod opieką angielskiej niani Równocześnie Twój ojciec przepisał na Ciebie większość swojego majątku i zasugerował, żebyś przybrała prawnie nasze nazwisko. Przyznam, że wydało nam się to trochę dziwne, ale uznaliśmy, że miał dobre intencje - chciał, żebyś się stała w jeszcze większym stopniu członkiem naszej rodziny. Nie postąpiliśmy jednak zgodnie z tą sugestią Mniej więcej rok później Twój ojciec zmarł w szpitalu. Przypuszczam, że zdecydował się oddać nam Ciebie pod opiekę, gdy dowiedział się czegoś złego o swoim zdrowiu.

Niestety nie potrafię Ci powiedzieć, gdzie mieszkalaś w czasie swojego pobytu z ojcem w Anglii. Pisząc do nas z pewnością podoi swój adres, ale działo się to przecież osiemnaście lat te-, mu i trudno byloby pamiętać takie szczegóły. Wiem, że gdzieś w potudniowej Anglii - i mam wrażenie, że mogło to być Dillmo-uth. Wydawało mi się co prawda, że miejscowość nazywała się Dartmouth, ale te nazwy są dość podobne. Zdaje mi się, że Twoja macocha ponownie wyszła za mąż, ale nie przypominam sobie jej imienia ani nawet nazwiska panieńskiego, choć Twój ojciec wspomniał je w liście, kiedy informował nas o swoim ponownym ożenku. Chyba trochę niechętnie przyjęliśmy wiadomość o tak szybkim zawarciu przez niego kolejnego małżeństwa, choć to oczywiste, że na pokładzie statku bardzo szybko nawiązuje się bliskie związki uczuciowe, a możliwe też, że Twój ojciec uważał to za korzystne ze względu na ciebie.

Zapewne głupio zrobiłam nie wspominając Ci o twoim pobycie w Anglii, chociaż go nie pamiętasz, ale - jak Ci już } wspomniałam - cała ta sprawa umknęła mi z pamięci. Za-' wsze wydawały nam się ważne jedynie śmierć Twojej matki , i - będący jej następstwem - Twój przyjazd do nas. Mam nadzieję, że teraz wszystko się już wyjaśniło. Ufam, że Giles będzie mógł wkrótce dołączyć do Ciebie. ^ Rozłąka zaraz po ślubie musi być trudna dla Was obojga. |f Wszystkie inne umieści przekażę Ci w następnym liście, ja-i ko że ten wysyłam w pośpiechu, w odpowiedzi na Twój tele-Ę gram.

fr1 Twoja kochająca Cię ciotka

'.) Alison Danby

J5; PS Nie napisałabyś, co to za przykrości cię spotkały?"

\

e - Widzi pani? - odezwała się Gwenda. - Było niemal do-, kładnie tak, jak pani przypuszczała.

Panna Marple wygładziła kartkę listu. /: -Tak... no tak. Zdroworozsądkowe wyjaśnienie. Wiecie,

doszłam do tego, że bardzo często właśnie takie podejście jest słuszne.

- Jestem pani ogromnie wdzięczny, panno Marple - powiedział Giles. - Biedna Gwenda czuła się naprawdę przygnębiona, a i mnie niepokoiła myśl, że Gwenda mogłaby być jasnowidzem, chorą psychicznie albo czymś w tym rodzaju.

- Żona o takich talentach mogłaby być bardzo kłopotliwa

- zażartowała Gwenda. - Chyba że żyłbyś naprawdę bez grzechu.

- Co właśnie robię - odparł Giles.

- A dom? Co czujesz na myśl o domu? - spytała panna Marple.

- Och, wszystko w porządku. Jedziemy tam jutro. Giles nie może się doczekać, żeby go zobaczyć.

- Nie wiem, czy zdaje sobie pani z tego sprawę, panno Marple - powiedział Giles - ale wygląda na to, że w naszych rękach znalazła się zagadka związana z morderstwem doskonałym. Dokładnie na naszym progu czy raczej w głównym korytarzu.

- Tak, rozważałam to - przyznała panna Marple w zamyśleniu.

- A Giles wprost uwielbia historie kryminalne - dodała Gwenda.

- No cóż, uważam, że to jest historia kryminalna. Ciało uduszonej pięknej kobiety, leżące w korytarzu. I nic o tej kobiecie nie wiadomo prócz jej imienia. Oczywiście wiem, że to się zdarzyło blisko dwadzieścia lat temu. Po tak długim czasie z pewnością nie ma już żadnego tropu, ale można przynajmniej się rozejrzeć, poszukać jakichś powiązań. Śmiem nawet twierdzić, że nie da się rozwiązać tej zagadki...

- Myślę, że dałoby się - przerwała mu panna Marple.

- Nawet po tych osiemnastu latach. Tak, myślę, że to jest do zrobienia.

- A w każdym razie nie zaszkodzi spróbować, prawda?

Giles zamilkł, z rozpromienioną twarzą oczekując odpowiedzi.

Panna Marple poruszyła się niespokojnie. Jej twarz miała poważny, niemal surowy wyraz.

- Otóż może to spowodować bardzo poważne szkody -ostrzegła. - Radziłabym warn... tak, z całego serca radziłabym, abyście pozostawili tę sprawę w spokoju.

- Zostawić? Naszą własną zagadkę kryminalną, naturalnie jeśli to było morderstwo?

- Myślę, że to było morderstwo. I właśnie dlatego nie ruszałabym tego. Morderstwo nie jest... nie jest czymś, co można traktować lekkomyślnie.

- Ależ panno Marple - zaoponował Giles. - Gdyby wszyscy myśleli .tak jak pani...

- Och, wiem - przerwała mu. - Są sytuacje, kiedy po prostu trzeba się tym zająć... kiedy oskarżana jest osoba niewinna... podejrzenia padają na różnych ludzi... albo gdy chodzi o niebezpiecznego przestępcę, który może znowu zaatakować. Ale musicie zrozumieć, że to morderstwo w dużym stopniu należy do przeszłości. Zapewne nawet nie wyszło na jaw, bo gdyby było inaczej, szybko dowiedzielibyście się o nim od waszego starego ogrodnika lub kogoś z sąsiadów. Morderstwo, popełnione nawet bardzo dawno temu, jest zawsze sensacją. Nie, najwyraźniej w jakiś sposób pozbyto się ciała i sprawa nigdy nie budziła żadnych podejrzeń. Czy jesteście pewni... czy jesteście zupełnie pewni, że postąpicie mądrze, rozgrzebując to wszystko na nowo?

- Panno Marple! - zawołała Gwenda - Wydaje się pani naprawdę zatroskana!

- Masz rację, moja droga. Jesteście parą bardzo miłych, czarujących młodych ludzi (jeśli wolno mi tak powiedzieć). Niedawno się pobraliście i dobrze warn ze sobą. Błagam was, nie próbujcie ujawniać rzeczy, które mogą... no cóż,

mogą... jak by to ująć?... mogą was przygnębić lub zmartwić.

Gwenda przyjrzała się jej bacznie.

- Myśli pani o czymś szczególnym... o czymś... do czego robi pani aluzję?

- Nie robię aluzji, moja droga. Po prostu radzę warn - żyję bowiem wystarczająco długo i wiem, jak bardzo przygnębiająca może być natura człowieka - żebyście nie poprawiali dobrego. Taka właśnie jest moja rada: nie poprawiajcie tego, co dobre.

- Ależ to wcale nie jest poprawianie dobrego - w głosie Gile-sa pojawiła się inna, twardsza nutka. - Hillside to nasz dom, Gwendy i mój, a popełniono w nim jakieś morderstwo, czy w każdym razie tak się nam zdaje. Nie zamierzam pogodzić się z morderstwem w moim domu i nawet nie kiwnąć palcem w tej sprawie, mimo że to się wydarzyło osiemnaście lat temu.

Panna Marple westchnęła.

- Tak mi przykro - powiedziała. - Wyobrażam sobie, że większość dzielnych młodych mężczyzn w tej sytuacji czułaby się tak samo. A nawet sympatyzuję z tobą., niemal podziwiam cię za to. Ale chciałabym... och, bardzo bym chciała... żebyś tego nie robił.

Następnego dnia po wiosce St Mary Mead rozeszła się wieść, że panna Marple wróciła do domu. O jedenastej widziano ją na High Street. Za dziesięć dwunasta wstąpiła na plebanię. Po południu złożyły jej wizytę trzy najbardziej rozplotko-wane mieszkanki wioski. Wysłuchały wrażeń z wizyty w tętniącej życiem metropolii, po czym, spełniwszy ten wymóg grzeczności, zajęły się szczegółowym relacjonowaniem pannie Marple zbliżającej się batalii o odpowiednie miejsce dla stoiska z robótkami ręcznymi na festynie oraz lokalizację namiotu, w którym będzie podawana herbata.

Później widziano pannę Marple jak zwykle w ogrodzie, ale tym razem bardziej koncentrowała się na pieleniu chwastów niż na tym, co robili jej sąsiedzi. Była rozkojarzona w czasie skromnej kolacji i zaledwie jednym uchem słuchała emocjonującej opowieści swojej małej pokojówki Evelyn o postępkach miejscowego aptekarza. Następnego dnia nadal była nieobecna duchem, co zostało dostrzeżone przez kilka osób, w tym żonę pastora. Wieczorem tego dnia panna Marple oświadczyła, że nie czuje się dobrze i poszła do łóżka. Następnego ranka posłała po dr. Haydocka.

Doktor Haydock był od wielu lat lekarzem, przyjacielem i sojusznikiem panny Marple. Wysłuchał litanii podanych przez nią objawów, zbadał ją, po czym usiadł na krześle i wycelował w jej stronę stetoskop.

- Jak na kobietę w twoim wieku - stwierdził - i wbrew wątłemu wyglądowi, jesteś w zupełnie dobrej formie.

- Z pewnością ogólny stan mojego zdrowia jest dobry -odparła panna Marple. - Ale muszę wyznać, że czuję się trochę przemęczona... nieco wyczerpana.

- Za dużo masz ruchu. W Londynie pewnie chodziłaś spać bardzo późno.

- To prawda. Ostatnio Londyn mnie trochę męczy. I powietrze tam takie... nieświeże. Nie to samo, co nad morzeni.

- W St Mary Mead powietrze jest przyjemne i świeże.

- Ale często wilgotne i dość parne. Nie jest, no wiesz, takie zupełnie rześkie.

Dr Haydock spojrzał na nią z budzącym się zainteresowaniem.

- Przyślę ci tonik - oświadczył uczynnię.

- Dziękuję, doktorze. Syrop Eastona jest zawsze bardzo przydatny.

- Nie ma żadnej potrzeby, żebyś mnie pouczała, co mam ci przepisać, moja pani.

- Zastanawiałam się, czy może nie byłoby wskazane le-

czenie klimatyczne...? - panna Marple spojrzała na doktora pytająco swoimi szczerymi, niebieskimi oczami.

- Przecież ostatnio nie było cię przez trzy tygodnie.

- Wiemv Ale spędziłam je w Londynie, a to, jak sam stwierdziłeś, niekorzystnie wpływa na stan nerwów. A potem pojechałam na północ, do okręgu przemysłowego. Nie to samo, co rześkie, morskie powietrze.

Doktor Haydock spakował swoją torbę lekarską, po czym odwrócił się w stronę panny Marple z szerokim uśmiechem.

-To teraz mi wyjaśnij, dlaczego po mnie posłałaś. Po prostu powiedz, o co ci chodzi, a ja ci to zalecę. Jeśli chcesz, abym swoim autorytetem zawodowym potwierdził, że potrzebne ci jest morskie powietrze...

- Wiedziałam, że zrozumiesz - powiedziała z wdzięcznością panna Marple.

- Morskie powietrze to doskonała rzecz. Najlepiej jedź od razu do Eastbourne, inaczej bowiem twoje zdrowie może poważnie ucierpieć.

- Sądzę, że w Eastbourne może być trochę za chłodno. No wiesz, wolałabym raczej coś na południu.

- A zatem Bournemouth albo wyspa Wight. Panna Marple mrugnęła do niego porozumiewawczo.

- Zawsze uważałam, że małe miejscowości są o wiele przyj emniej sze.

Dr Haydock z powrotem usiadł.

- Rozbudziłaś moją ciekawość. O jakąż to małą miejscowość nadmorską ci chodzi?

- No cóż, myślałam o Dillmouth.

- Ładna, mała dziura. Dość nudna. Dlaczego właśnie Dillmouth?

Panna Marple przez chwilę milczała. W jej oczach ponownie pojawił się wyraz zatroskania.

- Załóżmy, że pewnego dnia - odezwała się w końcu - zupełnie przypadkowo odkryłeś fakt, który zdaje się świadczyć

0 tym, że wiele lat temu... dziewiętnaście czy dwadzieścia... zostało popełnione morderstwo z premedytacją. Jesteś jedyną osobą, która o tym wie, to znaczy niczego takiego przedtem nie podejrzewano ani nie zgłaszano na policję. Co byś z tym zrobił?

- Czyli właściwie chodzi o morderstwo z przeszłości?

- Dokładnie tak.

Dr Haydock zamyślił się na moment.

- Nie było żadnej pomyłki wymiaru sprawiedliwości? Nikt niewinny nie ucierpiał wskutek tego?

- O ile mi wiadomo, nikt.

- Hm. Morderstwo z przeszłości. Uśpione morderstwo. No cóż, powiem ci, co bym zrobił. Nie ruszałbym tego. Tak właśnie bym postąpił. Wtrącanie się w sprawę morderstwa jest niebezpieczne. Bywa bardzo niebezpieczne.

- Tego się właśnie obawiam.

- Mówi się, że morderca zawsze powtarza swoją zbrodnię. To nieprawda. Istnieje taki typ przestępcy, który popełnia zabójstwo, udaje mu się jakoś umknąć odpowiedzialności

1 później bardzo uważa, aby się już nigdy nie narazić na niebezpieczeństwo. Nie twierdzę, że taki ktoś żyje sobie potem szczęśliwie, nie wierzę, aby tak było, może pokutować za to na wiele sposobów. Patrząc jednak na niego z zewnątrz odnosi się wrażenie, że wszystko jest w porządku. Zapewne tak właśnie było w przypadku Madeleine Smith czy w sprawie Lizzie Borden. Madeleine Smith nie udowodniono winy, a Lizzie została uniewinniona, ale wiele osób uważa, że obie były winne. Mógłbym przytoczyć i inne takie przypadki. Żaden z tych morderców nie powtórzył przestępstwa; jedyne, które popełnili, dało im to, czego pragnęli, i zadowoliło ich. Ale przypuśćmy, że zagrozi im jakieś niebezpieczeństwo. Zakładam, że ten zabójca, wszystko jedno kim on czy ona jest, należy do tego typu morderców. Popełnił przestępstwo, uciekł i nikt go nie podejrzewał. Niech się teraz pojawi ktoś,

kto zacznie węszyć w sprawie, wyciągać na wierzch jakieś rzeczy, przewracać głazy, badać ślady i w końcu dotrze do celu. Co ten zabójca z kimś takim zrobi? Będzie się przyglądał z założonymi rękami i uśmiechem na ustach, jak myśliwy osacza go coraz bardziej? Nie, jeśli nie wiąże się z tym żadna ważna kwestia, radziłbym tego nie ruszać. Nie budziłbym uśpionego morderstwa - powtórzył swoje poprzednie sformułowanie, po czym dodał twardo: - Oto moje zalecenia. Zostaw całą tę sprawę w spokoju.

- Ależ to nie ja jestem w nią zamieszana. Chodzi o dwoje wspaniałych dzieci. Pozwól, że ci wyjaśnię!

Opowiedziała mu całą historię, a Haydock słuchał.

- Niezwykłe - skomentował, kiedy skończyła. - Niezwykły zbieg okoliczności. Wszystko to razem wzięte jest zupełnie niesamowite. Przypuszczam, że zdajesz sobie sprawę, na co to wskazuje?

- Och, naturalnie. Ale nie sądzę, aby oni na to wpadli, przynajmniej jak dotąd.

- Będą bardzo nieszczęśliwi i pożałują, że w ogóle się tym zajęli. Nie należy budzić licha. A z drugiej strony, jestem w stanie zrozumieć punkt widzenia tego młodego Gilesa. A niech to, sam bym tego tak nie zostawił. Nawet teraz jestem ciekaw...

Przerwał i wbił ostre spojrzenie w pannę Marple.

- A więc to dlatego szukasz pretekstu, aby pojechać do Dillmouth. Chcesz wetknąć nos w sprawę, która cię w najmniejszym stopniu nie dotyczy.

- Wcale nie, doktorze Haydock. Martwię się tylko o tych dwoje. Są tacy młodzi, niedoświadczeni. Stanowczo zbyt ufni i łatwowierni. Czuję, że powinnam tam być, żeby się nimi zaopiekować.

- I dlatego chcesz tam jechać. Żeby się nimi zaopiekować! Kobieto, czy ty nie możesz zostawić żadnego morderstwa w spokoju? Nawet morderstwa z przeszłości?

Panna Marple uśmiechnęła się skromnie.

- Ale musisz sam przyznać, że parę tygodni w Dillmouth wpłynęłoby korzystnie na stan mojego zdrowia, prawda?

- Raczej będzie oznaczało twój koniec - stwierdził dr Hay-dock. - Ale ty przecież i tak mnie nie posłuchasz!

***

W drodze do pułkownikostwa Bantrych, którym zamierzała złożyć krótką wizytę, panna Marple spotkała pułkownika Bantry'ego, który szedł ze strzelbą, prowadząc przy nodze swojego spaniela.

- Miło cię znowu widzieć - powitał serdecznie gościa pułkownik. - Jak tam w Londynie?

Panna Marple odparła, że było jej w Londynie bardzo dobrze. Bratanek zabrał ją kilka razy do teatru.

- Z pewnością na same nadęte sztuczydła. Ja tam uznaję jedynie komedie muzyczne.

Panna Marple powiedziała, że obejrzała rosyjską sztukę, bardzo interesującą, tylko trochę zbyt długą.

- Rosjanie! - wybuchnął pułkownik Bantry. Kiedyś w szpitalu dano mu do przeczytania powieść Dostojewskiego.

Po chwili dodał, że panna Marple znajdzie Dolly w ogrodzie.

Panią Bantry niemal zawsze można było zastać w ogrodzie. Uprawa roślin stanowiła jej pasję, ulubioną literaturą były katalogi roślin cebulkowych, a rozmowy koncentrowały się wokół prymulek, cebul, kwitnących krzewów i alpejskich osobliwości. Zbliżając się, panna Marple dostrzegła najpierw słusznych rozmiarów pośladki, wciśnięte w wyblakłe twe-edowe spodnie.

Na odgłos kroków pani Bantry powróciła do postawy wyprostowanej - czemu towarzyszyło kilka chrupnięć kości stawowych i min wyrażających ból, jako że wskutek swojego hobby nabawiła się reumatyzmu - ubrudzoną dłonią otarła pot z czoła i serdecznie przywitała się z przyjaciółką.

- Słyszałam, że wróciłaś, Jane. Zobacz, jak ładnie rosną moje ostróżki. A widziałaś te nowe małe goryczki? Miałam z nimi trochę kłopotów, ale myślę, że się przyjęły. Trzeba nam tylko deszczu. Jest okropnie sucho. Esther mówiła mi - dodała - że jesteś chora. - Esther była kucharką pani Bantry i jej oficerem łącznikowym, przekazującym informacje o wydarzeniach w wiosce. - Cieszę się, że to nieprawda.

- To tylko przemęczenie - odparła panna Marple. - Dr Haydock uważa, że powinnam pooddychać morskim powietrzem. Jestem trochę osłabiona.

- Och, ale chyba nie wyjedziesz teraz - zaprotestowała pani Bantry. - To absolutnie najpiękniejsza pora roku dla ogrodów. Twoja rabata z pewnością zaczyna właśnie kwitnąć.

- Dr Haydock uważa, że powinnam.

- No cóż, Haydock nie jest takim głupcem jak niektórzy lekarze - przyznała ponurym głosem pani Bantry.

- Tak sobie myślałam, Dolly, o tej twojej kucharce.

- Jakiej kucharce? Potrzebujesz kucharki? Chyba nie chodzi ci o tę, która popijała, prawda?

- Nie, nie, nie. Myślałam o tej, która piekła takie doskonałe ciasta. Tej, co miała męża kamerdynera.

- Ach, mówisz o Zupie Cielęcej - skojarzyła natychmiast pani Bantry. - Kobiecie o pełnym rozpaczy głosie, który zawsze brzmiał tak, jakby miała wybuchnąć płaczem. Dobra kucharka. A jej mąż to taki tęgi, dość leniwy człowiek. Arthur podejrzewał zawsze, że mu rozwadniał whisky, ale nie wiem, jak to było. Szkoda, że zawsze w małżeństwie jedno z dwojga musi być nieudane. Otrzymali spadek po jakimś dawnym pracodawcy, wyjechali i otworzyli pensjonat na południowym wybrzeżu.

- O tym właśnie myślałam. Czy to nie w Dillmouth jest ten ich dom?

- Zgadza się, w Dillmouth, przy Sea Parade 14.

W - Przyszło mi do głowy, że skoro dr Haydock zalecił mi 5'* wyjazd nad morze, mogłabym pojechać do... oni się nazywają Saunders, prawda?

- Tak. Doskonały pomysł, Jane. Nie mogłabyś wymyślić nic lepszego. Jestem pewna, że pani Saunders się tobą dobrze zaopiekuje, a ponieważ jest po sezonie, będą zadowoleni, kiedy przyjedziesz i z pewnością nie policzą ci drogo. Mając dobre wyżywienie i oddychając morskim powietrzem wkrótce się wzmocnisz.

- Dziękuję ci, Dolly. Myślę, że tak.

 

VI

Próby dedukcji

 

 

- Jak ci się zdaje, gdzie było ciało? Gdzieś tu? - dopytywał się Giles.

Stali oboje z Gwendą w korytarzu w Hillside. Wrócili do domu ubiegłej nocy i Giles zabrał się z zapałem do działania. Był uradowany jak mały chłopiec, który dostał nową zabawkę.

- Chyba tak - odparła Gwendą. Cofnęła się na sam szczyt schodów i spoglądała na dół krytycznie. - Tak... myślę, że gdzieś tu.

- Przykucnij - polecił jej Giles. - Wiesz, tak jak byś miała zaledwie trzy lata.

Gwendą posłusznie kucnęła.

- Na pewno nie widziałaś człowieka, który wypowiedział te słowa?

- Nie przypominam sobie, żebym go widziała. Musiał być trochę bardziej cofnięty... o tak, tutaj. Widziałam tylko jego łapy.

- Łapy - żachnął się Giles.

-To naprawdę były łapy. Szare łapy... nie takie, jak u człowieka.

- Zastanów się, Gwendo. To przecież nie jest „Morderstwo przy Rue Morgue" ani nic w tym rodzaju. Człowiek nie ma łap.

- On miał.

Giles spojrzał na nią powątpiewająco.

- Musiałaś sobie to później wymyślić - zawyrokował.

- A nie sądzisz - Gwenda mówiła to powoli i z namysłem -że mogłam sobie wymyślić całą tę historię? Wiesz, Giles, zastanawiałam się nad tym i wydaje mi się najbardziej praw-dopodobne, że to wszystko mi się po prostu przyśniło. Tak przecież mogło być. Dzieci miewają tego typu sny, a potem są tak bardzo przerażone, że zapamiętują je na długo. Czy nie uważasz, że to może wyjaśniać całą tę sprawę? Bo prze-cięż nikt w Dillmouth nie ma, jak się zdaje, zielonego pojęcia o tym, że w tym domu popełniono jakieś morderstwo, nastą-piła jakaś gwałtowna śmierć, ktoś zniknął czy w ogóle wyda-rzyło się coś dziwnego.

Giles nadal wyglądał jak mały chłopczyk, ale teraz już in-ny - taki, któremu właśnie odebrano ładną, nową zabawkę.

- Myślę, że to mógł być koszmarny sen - przyznał ponu-ro. Ale nagle jego twarz się rozjaśniła.

- Nie - stwierdził. - Nie wierzę w to. Mogły ci się przyśnić łapy małpy i ktoś martwy, ale niech mnie licho, jeśli mogłaś sobie wyśnić ten cytat z „Tragedii księżny Amalfi".

- Mogłam przecież usłyszeć, jak ktoś to mówił, a potem, mi się przyśniło.

- Nie sądzę, aby jakiemukolwiek dziecku mogło się przydarzyć coś takiego. Chyba że usłyszałaś te słowa wtedy, kiedy byłaś czymś bardzo wystraszona, a jeśli tak, to wra-camy do punktu wyjścia. Poczekaj, myślę, że wiem. Przy-śniły ci się te łapy. Zobaczyłaś ciało i usłyszałaś słowa, by-łaś tym śmiertelnie przerażona i potem miałaś koszmarny sen, a w tym śnie pojawiły się małpie łapy. Zapewne bałaś się małp.

Na twarzy Gwendy malował się cień powątpiewania.

- Myślę, że tak mogło być... - powiedziała powoli.

- Gdybyś mogła sobie jeszcze cokolwiek przypomnieć...

Zejdź tu do holu. Zamknij oczy. Myśl... Nic więcej nie przychodzi ci do głowy?

- Nie, Gilesie... Im bardziej staram się o tym myśleć, tym głębiej mi to umyka... To znaczy zaczynam mieć wątpliwości, czy w ogóle coś takiego kiedykolwiek widziałam. Może tamtej nocy w teatrze miałam tylko jakieś zaburzenia umysłowe.

- Nie. Coś musiało się wydarzyć. Panna Marple też tak uważa. A co z „Helen"? Musisz przecież pamiętać coś na jej temat.

- Nie pamiętam zupełnie nic. Tylko to imię.

- Być może nawet niekoniecznie właściwe.

- Owszem, właściwe. To była Helen. Gwenda powiedziała to z uporem i przekonaniem.

- Jeśli jesteś taka pewna, że tą kobietą była Helen, to musisz przecież coś o niej wiedzieć - wyciągnął logiczny wniosek Giles. - Czy dobrze ją znałaś? Mieszkała tutaj? A może tylko przebywała przez jakiś czas?

- Mówię ci, że nie wiem - Gwenda stała się spięta i zdenerwowana.

Giles spróbował od innej strony.

- A kogo jeszcze pamiętasz? Ojca?

- Nie. To znaczy, nie umiem powiedzieć. No wiesz, jego fotografia zawsze stała na wierzchu. Ciotka Alison mawiała: „To twój tata". Ale nie pamiętam go tutaj, w tym domu...

- A jakichś służących... nianię... czy kogoś takiego?

- Nie... nie. Im bardziej się staram, rym mniej pamiętam. Wszystko, co wiem, tkwi w podświadomości, tak jak to było z tym machinalnym podchodzeniem do drzwi. Zapewne gdybyś nie męczył mnie tak bardzo, Gilesie, przypomniałoby mi się więcej. Zresztą próby wyjaśnienia tego wszystkiego są beznadziejne. To było tak dawno temu.

- Właśnie że nie są beznadziejne. Przyznała to nawet stara panna Marple.

- Ale nie podsunęła nam żadnego pomysłu, jak się do tego zabrać - odparła Gwenda. - A z błysku w jej oczach wnoszę, że miała kilka koncepcji. Zastanawiam się, w jaki sposób ona próbowałaby to wyjaśnić.

- Nie sądzę, by mogła wymyślić coś takiego, czego my nie potrafimy - stwierdził z przekonaniem Giles. - Musimy przestać spekulować, Gwendo, i zabrać się do tej sprawy w sposób systematyczny. Zrobiliśmy już początek, to znaczy przejrzałem parafialny rejestr zgonów. Nie ma w nim żadnej „Helen", której wiek byłby odpowiedni. A nawet wydaje mi się, że nie było w ogóle żadnej Helen w tym okresie, który przeglądałem. Wśród tych, których imiona brzmiały podobnie, znalazłem jedynie Ellen Pugg, lat dziewięćdziesiąt cztery. Teraz musimy obmyślić następne posunięcie, które dałoby jakieś efekty. Jeśli twój ojciec i zapewne twoja macocha mieszkali w tym domu, to musieli go albo kupić, albo też wynajmować.

- Zgodnie z tym, co mówił Foster, przed Hengrave'ami mieszkali tu jacyś ludzie o nazwisku Elworthy, a jeszcze przed nimi pani Findeyson. I nikt więcej.

- Twój ojciec mógł kupić ten dom, mieszkać w nim bardzo krótko, po czym znowu sprzedać. Myślę jednak, że bardziej prawdopodobne jest, że go wynajął, zapewne z umeblowaniem. A w takim razie najlepiej będzie, jeśli udamy się do agencji nieruchomości.

Zadanie to nie było wyczerpujące, w Dillmouth były bowiem raptem dwie takie agencje. Panowie Wilkinson działali od stosunkowo niedawna. Otworzyli swoje biuro jedenaście lat temu. Zajmowali się przede wszystkim małymi bungalowami i nowymi domami na obrzeżach miasteczka. Druga agencja, panów Galbraitha i Penderleya, była tą, w której Gwenda kupiła dom. Wszedłszy do biura tej właśnie agencji, Giles zaczął opowiadać przygotowaną wcześniej historię. Otóż oboje z żoną są zachwyceni Hillside i oczarowani Dill-

mouth. Jego żona, pani Reed, kiedyś tu już mieszkała jako małe dziecko. Ma tylko bardzo mgliste wspomnienia z tego okresu, ale wydaje się jej, że to właśnie Hillside było wówczas jej domem. Nie jest jednak tego pewna. Chciałby się więc dowiedzieć, czy jest może w rejestrze agencji jakiś dokument, z którego wynikałoby, że major Halliday wynajmował przez jakiś czas Hillside. To musiało być jakieś osiemnaście czy dziewiętnaście lat temu...

Pan Penderley rozłożył ręce w przepraszającym geście.

- Obawiam się, panie Reed, że nie jesteśmy w stanie panu pomóc. Nasze rejestry nie sięgają tak daleko wstecz... to znaczy jeśli chodzi o krótkoterminowe umowy najmu domów z umeblowaniem. Ogromnie mi przykro, panie Reed. Gdyby żył nasz stary pracownik, pan Narracott, być może mógłby coś panu pomóc. Ale, niestety, zmarł ubiegłej zimy. Miał niezwykłą pamięć, naprawdę wyśmienitą. I pracował w firmie blisko trzydzieści lat.

- Nie ma nikogo innego, kto mógłby o tym pamiętać?

- Cóż, wszyscy nasi pracownicy są stosunkowo młodzi. Naturalnie jest jeszcze stary pan Galbraith, który kilka lat temu przeszedł na emeryturę.

- Może mogłabym jego zapytać? - zasugerowała Gwenda.

- Hm. Nie bardzo wiem... - w głosie pana Penderleya brzmiało powątpiewanie. - Miał wylew w ubiegłym roku. I, niestety, jego umysł nie działa już w pełni sprawnie. Wiecie państwo, on jest już po osiemdziesiątce.

- Mieszka w Dillmouth?

- Ach, tak. W Calcutta Lodge. To bardzo ładny, mały domek przy ulicy Seaton. Ale naprawdę nie sądzę...

- Nie bardzo wierzę, żeby to coś dało - powiedział Giles do Gwendy - ale nigdy nie wiadomo. Nie piszmy jednak do niego, tylko pójdźmy tam oboje i spróbujmy coś wskórać.

Calcutta Lodge stał w zadbanym ogrodzie, a i salon, do irego ich wprowadzono, też był ogromnie schludny, choć nieco przeładowany. Pachniało w nim pastą do podłóg i ziołami. Mosiężne klamki lśniły. Okna były nieskazitelnie czyste.

Szczupła kobieta w średnim wieku, która weszła do salonu, przywitała ich podejrzliwym spojrzeniem.

Giles szybko wyjaśnił cel ich wizyty i z twarzy panny Gal-braith ustąpił wyraz przerażenia, typowy dla osoby, która l spodziewa się, że zaraz zostanie wciągnięta w rurę odku-i r rzacza.

} | - Bardzo mi przykro - powiedziała - ale naprawdę nie są-dzę, abym mogła państwu pomóc. To było tak dawno temu, prawda?

- Czasami zapamiętuje się jakieś charakterystyczne rzeczy - nalegała Gwenda.

- Ależ ja nie mogłam o czymś takim wiedzieć. Nigdy nie miałam nic wpólnego z agencją. Mówi pani, że chodzi o majora Hallidaya? Nie, nie przypominam sobie, żebym się natknęła w Dillmouth na kogoś o tym nazwisku.

- A może pani ojciec pamięta?

- Ojciec? - panna Galbraith pokręciła przecząco głową. -On już nie bardzo kojarzy fakty i pamięć go zawodzi.

i

Gwenda w zamyśleniu wpatrywała się w mosiężny stolik z Benares, po czym przeniosła wzrok na procesję hebanowych słoni, maszerujących wzdłuż komody.

- Wydawało mi się, że mógłby pamiętać - usprawiedliwiała się - ponieważ mój ojciec wrócił wówczas z Indii. A państwa dom nazywa się Calcutta Lodge, prawda?

Przerwała, wpatrując się pytająco w gospodynię.

- Tak - potwierdziła panna Galbraith. - Ojciec spędził jakiś czas w Kalkucie. Prowadził tam interesy. Potem wybuchła wojna i w 1920 roku przyłączył się do firmy tutaj, ale zawsze mówił, że chciałby wrócić do Indii. Moja matka nie

lubiła jednak mieszkać w innych częściach imperium... i trudno byłoby zresztą powiedzieć, że tamtejszy klimat jest zdrowy. Cóż, zapewne chcielibyście państwo poznać mojego ojca. Sama nie wiem... właściwie ma dziś jeden ze swoich lepszych dni...

Poprowadziła ich do małego ciemnego gabinetu. Rozparty w dużym wytartym fotelu siedział tam stary mężczyzna z siwymi wąsami jak u morsa i lekko wykrzywioną twarzą. Kiedy córka przedstawiała mu gości, spoglądał na Gwendę z wyraźnym uznaniem.

- Nie mam już takiej pamięci jak dawniej - powiedział dość niewyraźnie. - Mówisz Halliday? Nie, nie pamiętam tego nazwiska. Znałem kiedyś chłopaka w szkole w Yorkshire... ale to było ponad siedemdziesiąt lat temu.

- Wydaje nam się, że wynajmował Hillside - podpowiedział mu Giles.

- Hillside? Czy to się wtedy nazywało Hillside? - na oko pana Galbraitha na moment opadła powieka i uniosła się z powrotem. - Mieszkała tam Findeyson. Ładna kobieta.

- Możliwe, że ojciec wynajął to mieszkanie umeblowane... To było tuż po jego powrocie z Indii.

- Indii? Powiadasz, że z Indii? Pamiętam pewnego gościa... wojskowego. Znał tego starego łotra Mohammeda Hassana, który oszukał mnie na dywanach. Miał młodą żonę... i dziecko... małą dziewuszkę.

- Tym dzieckiem byłam ja - stwierdziła zdecydowanym głosem Gwenda.

- Na-apra-wdę?... Co ty powiesz! No, no, ale ten czas leci. Zaraz, jak on się nazywał? Chciał jakiś umeblowany dom... tak... pani Findeyson musiała wyjechać na całą zimę do Egiptu czy gdzieś tam... takie tam błazeństwa. Zaraz, jak on się nazywał?

- Halliday - podsunęła mu Gwenda.

- No właśnie, moja droga, Halliday. Major Halliday. Miły

człowiek. Miał bardzo ładną żonę... młodziutką... jasnowłosą. Chciała mieszkać blisko swoich krewnych czy jakoś tak... Tak, była bardzo ładna.

- Kim byli jej krewni?

V* - Nie wiem. Nie mam pojćcia. Nie jesteú do niej podobna. Ł Gwenda juý miaůa powiedzieć, że to była tylko jej maco-

*ial

f cha, ale powstrzymała się, by nie komplikować dodatkowo całej sprawy.

№ - Jak ona wyglądała? - zapytała tylko. Jr - Na zmartwioną - stwierdził nieoczekiwanie pan Galii, braith. - Tak właśnie wyglądała, jakby była zmartwiona. Tak, bardzo miły, ogromnie miły człowiek z tego majora. I chętnie słuchał o moim pobycie w Kalkucie. Nie tak, jak ci tutejsi, co to nigdy nosa nie wychylili z Anglii. Ograniczeni, tacy właśnie są. A ja widziałem świat. Jak się nazywał ten facet z wojska... ten, co chciał umeblowane mieszkanie? Był jak stary gramofon, zacinający się na zużytej płycie... St Catherine's. No właśnie. Wynajął St Catherine's... sześć gwinei za tydzień... kiedy pani Findeyson była w Egipcie. Umarła tam, biedaczka. Dom wystawiono na aukcję... zaraz, kto go wtedy kupił? Elworthy... tak, no właśnie... kilka kobiet... siostry. Zmieniły nazwę domu... mówiły, że St Catherine's brzmi papiesko. Strasznie cięte na wszystko, co papieskie. Rozsyłały ulotki. Nieładne były, wszystkie... i lubiły czarnuchów... wysyłały im portki i Biblię. Strasznie zawzięte, żeby nawracać pogan. - Nagle westchnął głęboko i odchylił się na oparcie fotela. - Dawne dzieje - stwierdził z rozdrażnieniem. - Nie pamiętam nazwisk. Facet z Indii... miły człowiek... Zmęczyłem się, Gladys. Chciałbym dostać moją herbatę.

Giles i Gwenda podziękowali mu oraz jego córce, po czym wyszli.

- Tak więc potwierdziło się - odezwała się Gwenda. -Mieszkaliśmy z ojcem w Hillside. I co robimy dalej?

- Jaki ze mnie idiota! - wykrzyknął Giles. - Somerset House!

- Co to jest ten Somerset House?

- Jest tam urząd stanu cywilnego, w którym są odpisy zawieranych małżeństw. Pójdę tam poszukać potwierdzenia ślubu twojego ojca. Według tego, co ci napisała ciotka, twój ojciec ożenił się ponownie tuż po przyjeździe do Anglii. Nie rozumiesz, Gwendo? Powinniśmy już wcześniej na to wpaść. Zupełnie możliwe, że „Helen" mogła być jakąś krewną twojej macochy, na przykład młodszą siostrą. Zresztą, jeśli poznamy jej nazwisko panieńskie, może uda nam się znaleźć kogoś, kto wie, co się działo w Hillside. Pamiętasz, ten staruszek powiedział, że chcieli mieć dom w Dillmouth, żeby mieszkać blisko krewnych pani Halliday. Jeśli jej krewni mieszkają gdzieś tu w pobliżu, może uda nam się czegoś od nich dowiedzieć.

- Giles - odezwała się Gwenda. - Myślę, że jesteś cudowny.

Po przemyśleniu wszystkiego Giles doszedł do wniosku, że nie musi jechać do Londynu. Co prawda, będąc z natury człowiekiem energicznym, zawsze miał skłonności do miotania się i zabiegania o to, żeby wszystko robić osobiście, w tym wypadku uznał jednak, że można zdać się na działania rutynowe.

Przeprowadził długą rozmowę telefoniczną ze swoim biurem.

- Mam! - wykrzyknął entuzjastycznie, kiedy nadeszła oczekiwana odpowiedź.

Wyciągnął z koperty list i potwierdzoną kopię świadectwa ślubu.

- No i proszę bardzo, Gwendo: piątek, siódmego sierpnia, Urząd Stanu Cywilnego w Kensington. Kelvin James Halliday i Helen Spenlove Kennedy.

Gwenda krzyknęła przenikliwie.

- Helen?

Popatrzyli na siebie.

-Ale... - Giles mówił powoli, z namysłem - to nie mogła ^ być ona... To znaczy oni się przecież rozstali i ona ponownie Ą wyszła za mąż... i wyjechała.

- Nie wiemy - przerwała mu Gwenda - czy wyjechała... ,( Znów popatrzyła na wyraźnie wypisane imę i nazwisko: Helen Spenlove Kennedy.

Helen...

 

 

VII

Doktor Kennedy

 

 

Kilka dni później Gwenda, spacerująca pomimo porywistego wiatru po Esplanadzie, zatrzymała się raptownie przy jednej ze szklanych altan, które władze miasta ustawiły z myślą o wygodzie turystów.

- Panna Marple? - zawołała autentycznie zdumiona. Rzeczywiście była to panna Marple w ciepłym wełnianym

płaszczu i opatulona szalikiem.

- Domyślam się, że to dla ciebie niespodzianka - odparła panna Marple raźnym głosem. - Otóż mój doktor zalecił mi wyjazd nad morze dla zmiany klimatu, a z twojego opisu Dillmouth wyglądało tak atrakcyjnie, że postanowiłam tu przyjechać. Tym bardziej że dawna kucharka i kamerdyner mojej znajomej mają tu pensjonat i mogłam się u nich zatrzymać.

- Ale dlaczego nie przyszła nas pani odwiedzić?

- Starzy ludzie bywają utrapieniem, moja droga. A nowożeńcy powinni móc cieszyć się sobą. - Uśmiechnęła się, widząc protest Gwendy. - Jestem pewna, że przyjęlibyście mnie bardzo serdecznie. A jak się macie? Robicie jakieś postępy w wyjaśnianiu waszej zagadki?

- Złapaliśmy trop - odparła Gwenda. Usiadła obok panny Marple, po czym opowiedziała jej szczegółowo o wszystkim, co w tej sprawie zrobili i czego się dotychczas dowiedzieli.

- A teraz - kończyła swoją opowieść - daliśmy ogłoszenie do mnóstwa gazet lokalnych oraz do „Timesa" i innych dużych dzienników. Napisaliśmy, żeby osoby, które cokolwiek wiedzą o Helen Spenlove Halliday, z domu Kennedy, skontaktowały się z nami. Przypuszczam, że ktoś się powinien zgłosić, prawda?

- Tak sądzę, moja droga... tak sądzę.

Głos panny Marple brzmiał jak zawsze łagodnie, ale w oczach miała niepokój. Rzuciła szybkie, badawcze spojrzenie na siedzącą obok dziewczynę. Ten jej ton, pełen zaangażowania, brzmiał niezupełnie szczerze. Gwenda, pomyślała panna Marple, wygląda na zmartwioną. Zapewne zaczęła sobie uświadamiać to, co miał na myśli dr Haydock, kiedy pytał pannę Marple, czy wie, na co to wskazuje. No tak, ale było już za późno, by się wycofać...

- Naprawdę bardzo mnie ta sprawa zainteresowała - powiedziała łagodnym, przepraszającym tonem. - Wiesz, w moim życiu jest tak mało emocji. Czy uznałabyś, że jestem okropnie wścibska, gdybym cię poprosiła, abyś mi dawała znać, co się dalej dzieje?

- Ależ naturalnie, że damy pani znać - odparła Gwenda ciepło. - Będzie pani wiedziała o wszystkim. Przecież gdyby nie pani, nalegałabym na lekarzy, żeby zamknęli mnie w domu wariatów. Proszę mi podać swój tutejszy adres, a poza tym musi pani koniecznie przyjść do nas na drinka... to znaczy na herbatę i zobaczyć nasz dom. Powinna pani poznać miejsce zbrodni, prawda?

Roześmiała się, ale w jej śmiechu był ślad nerwowości. Kiedy pożegnała się i odeszła, panna Marple pokręciła lekko głową i zmarszczyła w zamyśleniu brew.

f; ***

t

| Giles i Gwenda codziennie gorliwie przeglądali pocztę, ale po-3> czątkowo spotykał ich zawód. Dostali jedynie dwa listy od

prywatnych detektywów, którzy oferowali swoje chęci i umiejętności w zakresie podjęcia poszukiwań.

- Na nich przyjdzie pora później - stwierdził Giles. -A zresztą, jeśli będziemy musieli zatrudnić detektywów, to zwrócimy się do jakiejś renomowanej agencji, a nie do takich, które łapią klientów listownie. Ale naprawdę nie wiem, co innego mógłby zrobić detektyw niż to, co my robimy.

Jego optymizm (czy wiara w siebie) znalazły uzasadnienie kilka dni później. Nadszedł bowiem list napisany starannym, choć nie do końca czytelnym pismem, cechującym człowieka, który często używa pióra.

Gatls HiH Wooleigh Bolton Szanowny Panie,

W odpowiedzi na Pańskie ogłoszenie w „Ttmesie" informuję, że Helen Spenlove Kennedy jest moją siostra. Stracilem z nią kontakt wiele lat temu i bylbym bardzo rad usłyszeć jakieś wieści o niej.

Z poważaniem James Kennedy, doktor medycyny

- Wooleigh Bolton. To niedaleko - stwierdził Giles.- Do Wooleigh Camp jeździ się stąd na pikniki. Na wrzosowiskach.

To jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Napiszmy do doktora Kennedy'ego i zapytajmy go, czy możemy mu złożyć wizytę, czy może wolałby spotkać się u nas.

Otrzymali odpowiedź, że dr Kennedy oczekuje ich w następną środę.

Wooleigh Bolton było rozległą, z rzadka zabudowaną wioską, ciągnącą się wzdłuż zbocza góry. Galls Hill okazał się najwyżej położonym domem, na samym szczycie wzniesie-

nią. Rozciągał się z niego widok na Wooleigh Camp i ciągnące się aż do morza wrzosowiska.

- Dość posępne miejsce - oceniła Gwenda, wzdrygając się.

Sam dom też był ponury, a dr Kennedy najwyraźniej gardził takimi nowoczesnymi udogodnieniami, jak centralne ogrzewanie. Kobieta, która otworzyła im drzwi, była posępna i robiła wrażenie nieprzystępnej. Poprowadziła ich przez niemal pusty korytarz do gabinetu. Dr Kennedy wstał na powitanie. Gabinet mieścił się w długim, dość wysokim pokoju, którego ściany zapełniały półki z książkami.



dalej


strona główna
(23kB)