(23kB)
strona główna

 

 

 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

TAJEMNICZA HISTORIA W STYLES

 



PRZEŁOŻYŁ TADEUSZ JAN DEHNEL

TYTUŁ ORYGINAŁU THEMYSTAIOUSAFFAIRATSTYLES

 

I. JADĘ DO STYLES

 

Ostatnio przygasło nieco zainteresowanie opinii publicznej sprawą nazwaną w swoim czasie "tajemniczą historią w Styles". Jednakże z racji jej światowego rozgłosu mój przyjaciel Poirot oraz członkowie rodziny Cavendishów prosili mnie, abym opisał przebieg wydarzeń, co, jak się spodziewam, położy wreszcie kres krążącym jeszcze plotkom.

Rozpocznę od zwięzłego naszkicowania okoliczności, które uwikłały mnie w całą sprawę.

Jako inwalida zostałem odesłany z frontu do kraju* i po kilku miesiącach w ponurym Domu Ozdrowieńców otrzymałem urlop zdrowotny. Nie miałem bliskich krewnych ani przyjaciół, więc zastanawiałem się, co robić, gdy spotkałem przypadkiem Johna Cavendisha. Od lat widywałem go bardzo rzadko, a prawdę mówiąc nigdy nie znałem go bliżej. Był starszy ode mnie o dobre piętnaście lat, chociaż nie wyglądał na swoje czterdzieści pięć. Ale w szkolnych czasach często odwiedzałem Styles w hrabstwie Essex - wiejską posiadłość matki Johna. Przyjemną pogawędkę o dawnych czasach zakończyła propozycja, abym urlop spędził w Styles.

- Mamę ucieszy to spotkanie. Po tylu latach!

- A matka czuje się dobrze? - zapytałem.

- O tak! Wiesz pewnie, że niedawno wyszła za mąż? Obawiam się, że zbyt jawnie okazałem zdziwienie. Panią

Cavendish, która w swoim czasie poślubiła ojca Johna - wdowca z dwoma synami - pamiętałem jako przystojną osobę w średnim wieku. Obecnie musiała mieć co najmniej siedemdziesiątkę. Zawsze robiła na mnie wrażenie nieprzeciętnej władczej indywidualności, damy interesującej się żywo działalnością charytatywną i życiem towarzyskim, która przepada za otwieraniem kiermaszy i rolą szczodrobliwej wielkiej pani. Odznaczała się hojnością i miała pokaźny majątek osobisty.

Rezydencję wiejską - Styles Court - pan Cavendish nabył w początkowym okresie drugiego małżeństwa. Wpływom żony ulegał tak dalece, że umierając zostawił jej w dożywocie zarówno majętność, jak i lwią część rocznych dochodów, co niewątpliwie krzywdziło synów. Ale macocha odnosiła się do nich życzliwie i nie szczędziła niczego chłopcom, którzy w chwili powtórnego ślubu ojca byli tak mali, że przywykli uważać panią Cavendish za własną matkę.

Młodszy z nich, Lawrence, był delikatny i wrażliwy. Ukończył medycynę, rychło jednak zniechęcił się do lekarskiego fachu i mieszkał w domu folgując zamiłowaniem literackim. Jednakże jego wiersze nie osiągnęły nigdy powodzenia. John zajmował się przez czas pewien praktyką adwokacką, ostatecznie jednak wybrał spokojniejszy żywot osiadłego na wsi ziemianina. Przed dwoma laty ożenił się i sprowadził żonę do Styles. Podejrzewałem jednak, że rad by skłonić macochę do zapewnienia mu większych dochodów, dzięki czemu mógłby założyć własny dom. Nic z tego! Stara pani Cavendish lubiła decydować sama i uważała, że wszyscy winni ulegać jej woli, a w każdym razie mocno ściskała sakiewkę.

John spostrzegł, że zaskoczyła mnie wiadomość o ponownym małżeństwie jego matki. Uśmiechnął się niewesoło.

- Taki łajdaczyna małego kalibru! - burknął gniewnie. - Rozumiesz, Hastings, jak to nam wszystkim skomplikowało życie. A jeżeli chodzi o Evie... Pamiętasz Evie, prawda?

- Nie pamiętam.

- Widocznie pojawiła się później. To dama do towarzystwa mamy, jej totumfacka, powiernica. Poczciwa, zacna Evie! Ani ładna, ani młoda, ale prawdziwy skarb w domu.

- Chciałeś mi coś powiedzieć... - wtrąciłem dyskretnie.

- Aha. O tym facecie. Wziął się nie wiedzieć skąd, pozorem, że jest kuzynem czy czymś tam Evie, chociaż ona niechętnie przyznaje się do pokrewieństwa. Istny cudak! Ma czarną brodę i bez względu na pogodę chodzi w lakierkach. Ale mamie przypadł do serca. Z miejsca przyjęła go na sekretarza. Wiesz, matka ma zawsze na głowie setki towarzystw dobroczynnych.

- Wiem.

- Widzisz, wojna zmieniła setki w tysiące. Facet był istotnie przydatny. Ale wyobrażasz sobie nasze miny, kiedy przed trzema miesiącami mama oznajmiła o swoich zaręczynach z Alfredem. Jest od niej młodszy o dobre dwadzieścia lat! Rozumiesz? To łowca posagów pierwszej wody! Co było robić? Mama jest panią własnej woli, więc ślub się odbył.

- Trudną macie sytuację - wtrąciłem.

- Trudną?! - obruszył się John. - Raczej niemożliwą!

W trzy dni później wysiadłem z pociągu na małej, zagubionej stacyjce Styles, która bez widocznej racji tkwi samotnie pośród zielonych pól i labiryntu wiejskich dróżek. John Cavendish czekał na peronie i zaraz poprowadził mnie do samochodu.

- Mam jeszcze trochę benzyny - powiedział. - Zawdzięczam ją głównie społecznej pracy mamy.

Osadę Styles dzieliły od przystanku dwie mile, a Styles Court, siedziba Cavendishów, leżała jeszcze o milę dalej. Był spokojny, ciepły dzień na początku lipca. Pośród rozległych równin Essexu, drzemiących w blasku południowego słońca, nie chciało się wierzyć, że niezbyt daleko wielka, okrutna wojna sunie wytkniętym szlakiem. Odnosiłem wrażenie, że zabłądziłem nagle do innego świata. Kiedy skręciliśmy ku bramie Styles Court, John powiedział:

- Pewnie wyda ci się tutaj diabelnie cicho i spokojnie.

- Mój drogi! Niczego bardziej nie pragnę - zawołałem.

- Ha, można urządzić się u nas przyjemnie i beztrosko. Dwa razy tygodniowo odbywam ćwiczenia z ochotnikami. Trochę gospodaruję. Moja żona zaciągnęła się do Pomocniczej Służby Rolnej. Co dzień wstaje o piątej rano. Doi krowy i haruje do południa. Ogólnie biorąc, życie byłoby znośne, gdyby nie ten przeklęty Alfred Inglethorp.

Zahamował gwałtownie, spojrzał na zegarek.

- Myślałem, że zdążymy wstąpić po Cyntię. Ale nie. Na pewno wyjechała już ze szpitala.

- Kto to jest Cyntia? Twoja żona?

- Nie. Protegowana mamy. Córka jej koleżanki szkolnej, która wydała się za jakiegoś adwokacinę spod ciemnej gwiazdy. Ojciec zbankrutował i gdzieś przepadł, matka umarła. Dziewczyna została sierotą bez pensa. Moja matka przyszła jej z pomocą i Cyntia mieszka u nas od dwu lat. Pracuje w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Tadminster, siedem mil stąd.

Zajechaliśmy przed piękny stary dom. Kobieta w spódnicy z grubego tweedu, pochylona dotąd nad grządką kwiatów, wyprostowała się na nasz widok.

- Dzień dobry, Evie! - zawołał John. - Oto nasz ranny bohater. Pan Hastings, panna Howard - dokończył prezentacji.

Poczułem mocny, prawie bolesny uścisk dłoni i przede wszystkim spostrzegłem niebieskie oczy - bardzo jasne na tle ogorzałej twarzy. Panna Howard była osobą mniej więc czterdziestoletnią, o miłej powierzchowności i głębokim, stentorowym głosie, niemal męskim w najniższych rejestrach. Krzepkiej budowie jej ciała odpowiadały stosownie duże stopy obute w solidne trzewiki. Wkrótce miałem sposobność zauważyć, że rozmowę zwykła prowadzić w telegraficzny stylu.

- Chwasty jak choroba. Nie daję rady. Proszę uważać. Mogę zapędzić pana do roboty.

- Ę całą przyjemnością będę służył pomocą - odpowiedziałem uprzejmie.

- Nic z tego. Obiecanki cacanki. Już ja się na tym znam.

- Weredyczka z ciebie, Evie - roześmiał się John. - Gdzie dziś herbata? W domu czy na świeżym powietrzu?

- Na dworze. Za ładny dzień, żeby się dusić w domu.

- Chodźmy. Starczy na dziś dłubaniny. Ogrodniczka zarobiła dniówkę. Chodźmy. Musisz się pokrzepić.

- Niech będzie! - panna Howard ściągnęła brezento1 rękawice. - Co racja, to racja. Spiesząc za nią przeszliśmy na tyły domu, gdzie pod rozłożystym, starym platanem nakryto stół do podwieczorku. Na nasz widok z wiklinowego fotela wstała młoda kobieta i postąpiła kilka kroków.

- Moja żona, Hastings - szepnął John.

Nigdy nie zapomnę pierwszego spotkania z Mary Cavendish. Wysoka, smukła postać zarysowana na tle jasnego nieba; utajony ogień, który znajduje wyraz tylko w tych cudownych piwnych oczach - niezwykłych i tak bardzo różnych od oczu kobiecych, jakie dotąd widywałem. Bezmierny spokój Mary Cavendish był mimo wszystko wyrazem szaleńczego, nieposkromionego ducha uwięzionego w doskonale ukształtowanym cywilizowanym ciele. Wszystko to wryło się głęboko w moją pamięć i pozostanie tam utrwalone na zawsze.

Usłyszałem kilka miłych słów powitania, wypowiedzianych niskim, dźwięcznym głosem, i zapadłem w wiklinowy fotel z uczuciem głębokiego zadowolenia, że skorzystałem z zaprosin Johna. Pani Cavendish podała mi herbatę, a początek zdawkowej rozmowy potwierdził moje pierwsze wrażenie, że to kobieta naprawdę fascynująca. Pilny słuchacz stanowi zawsze czynnik .pobudzający, więc udało mi się opowiedzieć o paru wydarzeniach z Domu Ozdrowieńców w sposób żartobliwy, który, jak pochlebiam sobie, szczerze ubawił młodą panią domu. John to oczywiście zacny przyjaciel, lecz człowiek, któremu trudno przypisać błyskotliwe zalety towarzyskie.

W pewnym momencie za uchylonymi oszklonymi drzwiami tarasu rozbrzmiał dobrze znajomy głos.

- Ty, Alfredzie, napiszesz do księżniczki zaraz po podwieczorku, dobrze? Ja wystosuję list do lady Tadminster w sprawie otwarcia kiermaszu w drugim dniu. A może lepiej zaczekać na odpowiedź księżniczki? W razie odmowy lady Tadminster wystąpi pierwszego dnia, a pani Grosbie drugiego. Starej księżnie można pozostawić uroczystość w szkole. Jak sądzisz?

Męski głos odpowiedział coś niedosłyszalnie i pani Inglethorp nagle podjęła znów głośniej:

- Oczywiście. Zdążysz, mój drogi, po herbacie. Jak ty o wszystkim pamiętasz, najdroższy Alfredzie!

Drzwi na taras otwarły się szerzej i na trawnik weszła przystojna, siwowłosa dama w podeszłym wieku i o bardzo stanowczym wyrazie twarzy. Za nią pojawił się mężczyzna, którego postawa i ruchy świadczyły o pełnej szacunku serdeczności.

Pani Inglethorp powitała mnie wylewnie.

- Jakże mi miło zobaczyć cię po tylu latach. To pan Hastings kochany Alfredzie. Mój mąż.

Z nie tajoną ciekawością spojrzałem na "kochanego Alfresa" Bez wątpienia stanowił tutaj dysonans. Nie zdziwiła mnie odraza Johna do jego brody - jednej z najdłuższych i najczarniejszych, jakie miałem okazję widzieć w życiu. Jegomość nosił okulary w złotej oprawie i miał twarz o zdumiewająco biernym wyrazie. Przyszło mi na myśl, że wyglądałby naturalnie na scenie i że w realnym życiu zdaje się dziwnie nie na miejscu. Głos miał niski, pełen namaszczenia, a dłoń, którą poczułem w swojej ręce, sprawiała wrażenia drewnianej.

- Miło mi pana poznać - powiedział i zwrócił się do żony. - Ta poduszka, najdroższa Emilio, jest chyba trochę wilgotna.

"Najdroższa Emilia" rozpromieniła się i tkliwie spoglądała na męża, gdy ów zmieniał poduszkę na fotelu, nie szczędząc oznak daleko posuniętej troski. Co za szczególne zadurzenie u kobiety tak trzeźwej i rozumnej!

Obecność pana Inglethorpa narzuciła towarzystwu niejakie skrępowanie i nastrój tłumionej niechęci. Widoczne to było zwłaszcza u panny Howard, która nie próbowała nawet maskować uczuć. Jednakże starsza dama zdawała się nie dostrzegać nic osobliwego. Nie straciła na wymowności w ciągu wielu minionych lat, toteż swobodnie podtrzymywała konwersację, przede wszystkim na temat organizowanego przez siebie kiermaszu, który miał odbyć się w najbliższych dniach. Raz po raz pytała męża o rozmaite szczegóły, a uniżone, pełne troski maniery brodacza przez cały czas nie uległy zmianie. Przyznaję, że z miejsca poczułem doń żywą, głęboką niechęć, a pochlebiam sobie - moje pierwsze wrażenia bywają zazwyczaj trafne.

Niebawem pani Inglethorp zwróciła się do panny Howard, aby wydać jej polecenie w sprawie jakichś listów. Tymczasem małżonek jął mnie indagować swoim matowym głosem.

- Czy jest pan zawodowym wojskowym?

- Nie. Przed wojną pracowałem u Lloyda.

- I wróci pan tam po wojnie?

- Nie wiem. Może wystartuję jakoś od nowa.

Mary Cavendish pochyliła się ku mnie.

- Jaki obrałby pan zawód, gdyby w grę wchodziło wyłącznie zamiłowanie?

- Hm... To zależy.

- Nie ma pan skrytego hobby? - podjęła. - Proszę się przyznać. Z pewnością jest coś, co pana pociąga. Każdy pielęgnuje jakieś pragnienia, często całkiem bezsensowne!

- Może wydam się pani komiczny... - bąknąłem.

- Może... - odpowiedziała z uśmiechem.

- Otóż w skrytości serca marzę od dawna, żeby zostać detektywem.

- Prawdziwym detektywem? Takim ze Scotland Yardu czy raczej Sherlockiem Holmesem?

- Oczywiście Sherlockiem Holmesem. Mówię poważnie. To pociągało mnie zawsze i pociąga. Na domiar złego w Belgii poznałem słynnego detektywa. Ten dopiero rozognił moje pragnienia. Cudowny człowiek! Twierdzi uparcie, że dobra robota w jego fachu polega tylko na właściwej metodzie. Wyszedłem z tego założenia i oczywiście posunąłem się nieco dalej. To zdumiewająco inteligentny jegomość, chociaż trochę zabawny. Wie pani, taki elegant bardzo małego wzrostu.

- Lubię dobre kryminały - wtrąciła nagle panna Howard. - Ale przeważnie to brednie. Sprawca ujawnia się w ostatnim rozdziale. Wszyscy są ślepi. Co innego prawdziwa zbrodnia. Wtedy od razu wiadomo.

- Bardzo wielu zbrodni nie wykryto - zaoponowałem.

- Nie mówię o policji. Chodzi mi o osoby zainteresowane, krewnych. Tych niepodobna oszukać. I tak będą wiedzieli.

- Czy to ma znaczyć - podjąłem nie bez ironii - że gdyby pani została uwikłana w zbrodnię, dajmy na to w morderstwo, bez wahania potrafiłaby pani wskazać sprawcę?

- Naturalnie. Może nie zdołałabym dowieść tego wobec gromady prawników. Ale wiedziałabym swoje. Gdyby taki zbliżył się do mnie, poczułabym przez skórę.

- Mogłaby to być "taka" - wtrąciłem.

- Mogłaby. Ale morderstwo jest aktem gwałtownym. Kojarzy się raczej z mężczyzną.

- Ale trucizna to broń kobiet - zdziwił mnie rzeczowy ton głosu pani Cavendish. - Doktor Bauerstein mówił mi wczoraj, że lekarze nie mają na ogół pojęcia o działaniu mniej rozpowszechnionych trucizn. Dlatego niejedna zbrodnia mogła nawet nie obudzić podejrzeń. - Daj spokój, Mary - powiedziała pani Inglethorp. - Zimno się robi przy takiej makabrycznej rozmowie. O! Jest Cyntia!

Młoda dziewczyna w mundurze Służby Sanitarnej nadeszła lekkim krokiem.

- Czemu tak późno, Cyntio? Pan Hastings, panna Murdoch. Nowo przybyła wyglądała ładnie i świeżo. Sprawiała wrażenie istoty pełnej temperamentu i życia. Energicznym ruchem zrzuciła z głowy małą furażerkę. Zdumiała mnie obfitość jej lśniących rudawych włosów i biel drobnej dłoni, którą wyciągnęła po herbatę. Byłaby pięknością, gdyby miała ciemne oczy i rzęsy. Zajęła miejsce na murawie obok Johna; uśmiechnęła się do mnie, kiedy podałem jej talerz z kanapkami.

- Czemu nie siądzie pan na trawie, jak ja? - zapytała. - To o wiele przyjemniej.

Posłusznie zastosowałem się do dobrej rady i zagaiłem rozmowę.

- Pracuje pani w Tadminster?

- Nie wiem, za jakie grzechy.

- Dają tam pani szkołę? - podchwyciłem z uśmiechem.

- Niechby spróbowali! - zawołała groźnie.

- Mam kuzynkę pielęgniarkę - podjąłem. - Okropnie boi się "sióstr".

- Wcale jej się nie dziwię. Siostry to... jak by tu powiedzieć... No siostry. Rozumie pan? Ale ja, dzięki Bogu, nie jestem pielęgniarką. Pracuję w szpitalnej aptece.

- Ile ludzi pani otruła? - zapytałem z uśmiechem.

Uśmiechnęła się również.

- Ile? Setki!

- Cyntio - odezwała się pani Inglethorp - czy będziesz mogła mi pomóc? Chodzi o kilka krótkich listów.

- Naturalnie, ciociu Emilio.

Panna Murdoch podniosła się żywo. W całym jej zachowanie było coś, co świadczyło, że zajmuje w domu pozycję wątpliwą, a pani Inglethorp, mimo swojej dobroci, dyryguje nią i nie pozwala zapomnieć o tym protegowanej.

Tymczasem starsza dama zwróciła się do mnie:

- John wskaże ci drogę do pokoju gościnnego. Kolacja jest o wpół do ósmej. Ostatnio zrezygnowaliśmy z późnego obiadu. Tak samo lady Tadminster, żona naszego deputowanego do Parlamentu. Wiesz, to córka świętej pamięci lorda Abbotsbury. Lady Tadminster zgodziła się ze mną, że należy osobiście dawać przykład oszczędności. My prowadzimy naprawdę wojenne gospodarstwo. Nic się nie marnuje. Zbieramyet naw makulaturę do ostatniego świstka i odsyłamy w workach, gdzie należy.

Dałem wyraz uznaniu dla chwalebnego stanowiska i John poprowadził mnie na szerokie schody, które rozwidlały się w połowie, wiodąc do dwu skrzydeł obszernej budowli. Mój pokój, z widokiem na park, znajdował się w lewym.

John zostawił mnie tam i w kilka minut później zobaczyłem go przez okno. Szedł powoli trawnikiem, ramię w ramię z Cyntią Murdoch. Nagle dobiegł mnie głos pani Inglethorp.

- Cyntio! - zawołała gniewnie.

Dziewczyna drgnęła, odwróciła się i pobiegła w kierunku domu Jednocześnie drugi mężczyzna wyszedł z cienia drzew i bez pośpiechu ruszył w tę samą stronę - mniej więcej czterdziestoletni brunet o gładko wygolonej, melancholijnej twarzy. Odniosłem wrażenie, że jest wzburzony, a kiedy spojrzał ku oknu, poznałem go mimo piętnastu lat, które upłynęły od naszego ostatniego spotkania. Był to młodszy brat Johna, Lawrence Cavendish. Począłem zastanawiać się mimo woli, czemu przypisać szczególny wyraz jego twarzy.

Niebawem jednak zapomniałem o tym i wróciłem myślami do własnych spraw.

Wieczór minął przyjemnie, a w nocy śniłem o Mary Cavendish, która wydała mi się kobietą sfinksem.

Następny ranek był jasny, słoneczny. Zdawał się wróżyć wiele miłych chwil w czasie odwiedzin w Styles Court. Pani Cavendish nie widziałem do lunchu, potem jednak zaproponowała mi spacer i spędziliśmy urocze popołudnie. Długo wędrowaliśmy pośród pól i lasków i do domu wróciliśmy około piątej.

W obszernym hallu John zaprosił nas gestem do sąsiedniej palarni. Jego mina świadczyła, że musiało zajść coś niepokojącego. Poszliśmy za nim zamykając drzwi.

- Słuchaj, Mary - zaczął. - Mieliśmy tu prawdziwe piekło. Evie zrobiła awanturę Alfredowi. Wyjeżdża.

- Evie? Wyjeżdża? John posępnie skinął głową.

- Tak, wygarnęła wszystko i... Otóż i ona.

Do pokoju wkroczyła panna Howard. Usta miała zaciśnięte. W ręku trzymała niewielką walizkę. Wyraz twarzy miała surowy, stanowczy, jak gdyby trochę przegrany.

- W każdym razie - wybuchnęła - powiedziałam, co miałam do powiedzenia.

- Evie! Kochana! - zawołała pani Cavendish. - Wyjeżdżasz? To niemożliwe!

- Możliwe. Wyrąbałam Emilii różne rzeczy. Nie zapomni prędko ani przebaczy. Pewno prawda nie trafiła głęboko. Spłynie jak woda po psie. Mniejsza o to. Powiedziałam prosto z mostu: .Jesteś stara, Emilio, a nikt nie potrafi zgłupieć bardziej niż stary.

On ma o dwadzieścia lat mniej. Nie łudź się, dlaczego został twoim mężem. Dla pieniędzy. Nie dawaj mu ich za dużo. Farmer Raikes ma bardzo ładną, młodą żonkę. Może zapytasz Alfreda, ile czasu z nią spędza, co?" Strasznie się wściekła. Zrozumiałe! A ja dalej swoje: "Muszę cię przestrzec, chcesz czy nie chcesz. Ten człowiek zamorduje cię kiedy we śnie. Zobaczysz! To szubrawiec. Zwymyślaj mnie. Bardzo proszę. Ale zapamiętaj moje słowa. To szubrawiec!"

- Co ona na to?

Panna Howard wykrzywiła się z niesmakiem.

- Co ona na to? "Kochany Alfred, najdroższy Alfred!" Że to niby podłe kalumnie, obrzydliwe kłamstwa. Że tylko zła kobieta może tak oczerniać "najlepszego z mężów". Im prędzej wyjadę, tym lepiej. Więc się zbieram.

- Chyba nie zaraz?

- Zaraz! W tej chwili!

Staraliśmy się odwieść pannę Howard od szaleńczego pomysłu. Wreszcie John, przekonawszy się, że wszelkie perswazje na nic, wyszedł, by sprawdzić rozkład pociągów. Mary pospieszyła za nim mamrocząc, że pani Inglethorp mogłaby mieć więcej oleju w głowie.

Kiedy zostaliśmy sami, Evie zwróciła się do mnie zupełnie innym tonem.

- Pan jest uczciwy. Mogę panu zaufać, prawda? Zdziwiłem się. Położyła mi dłoń na ramieniu i ciągnęła zniżywszy głos prawie do szeptu:

- Niech pan strzeże mojej biednej Emilii. To stado rekinów. Oni wszyscy. Wiem, co mówię! Każde z nich tylko węszy, jak wydusić pieniądze z Emilii. Robiłam, co mogłam. Teraz rzucą się na nią. Wszyscy!

- Oczywiście, proszę pani - bąknąłem. - Będę się starał... Ale pani zanadto się niepokoi. Moim zdaniem...

Przerwała podnosząc rękę ostrzegawczym gestem.

- Proszę mi ufać, młody człowieku. Żyję na tym świecie dłużej niż pan. Zaklinam tylko, żeby miał pan oczy otwarte. Sam się pan przekona.

Przed domem zawarczał silnik samochodu, odezwał się głos Johna. Panna Howard wstała z fotela, ruszyła w stronę drzwi. Ale z ręką na klamce odwróciła się jeszcze i dodała spoglądając na mnie przez ramię:

- Przede wszystkim musi pan mieć na oku tego piekielnika, jej męża.

Więcej nie zdążyła powiedzieć, gdyż w hallu wybuchł chór protestów i słów pożegnania. Inglethorpowie nie pokazali się wcale.

Kiedy samochód ruszył, pani Cavendish odłączyła się nagle od towarzystwa i przez podjazd i trawnik pospieszyła na spotkanie wysokiego, brodatego mężczyzny, który zmierzał w kierunku domu. Podając mu rękę zarumieniła się mocno.

- Kto to? - zapytałem szorstko, gdyż odczułem instynktowną niechęć do nieznajomego.

- Doktor Bauerstein - wyjaśnił lakonicznie John.

- A kto to jest doktor Bauerstein?

- Mieszka w osadzie Styles. Przychodzi do zdrowia po ciężkim załamaniu nerwowym. To londyński specjalista, wielki uczony, podobno jeden z największych autorytetów w zakresie trucizn.

- I serdeczny przyjaciel Mary - dodała bezlitosna Cyntia.

John Cavendish spochmurniał, zmienił temat.

- Chodźmy na spacer, Hastings - zaproponował. - Paskudna historia. Evie miała zawsze język niewyparzony, ale trudno o lepszego, wierniejszego przyjaciela.

Poprowadził mnie ścieżką przez ogród warzywny, a następnie do osady wzdłuż lasu, wytyczającego jedną z granic posiadłości W drodze powrotnej minęła nas z uśmiechem i ukłoniła się Johnowi młoda kobieta o cygańskim typie urody.

- Śliczna dziewczyna - wyraziłem uznanie.

Twarz Johna sposępniała ponownie.

- Pani Raikes - odburknął.

- Ta, o której panna Howard...

- Właśnie - uciął krótko i jak gdyby z zakłopotaniem. Pomyślałem o starej, siwowłosej pani Styles Court i tej śniadej, zalotnej twarzyczce, która przed chwilą obdarzyła nas uśmiechem. Nawiedziły mnie nieokreślone złe przeczucia, lecz pozbyłem się ich rychło.

- Styles to piękna, urocza posiadłość - zwróciłem się do Johna.

- Niezły majątek - przyznał. - Kiedyś będzie mój... Już teraz należałby do mnie, gdyby ojciec sprawiedliwie rozporządził spadkiem. Nie miałbym takich piekielnych kłopotów finansowych jak teraz.

- Masz kłopoty?

- Mój drogi, tobie mogę powiedzieć, że jak szalony kręcę się za groszem.

- Brat nie może ci pomóc?

- Lawrence? Przepuścił wszystko, do ostatniego pensa, na wydawanie nędznych wierszy w ozdobnych oprawach. Obydwaj jesteśmy golce. Muszę przyznać, że matka nie skąpiła nam dotąd. Ale to koniec. Rozumiesz? Po wyjściu za mąż... - urwał, zamyślił się ponuro.

Po raz pierwszy odczułem, że wraz z Evie Howard zniknęło z domowej atmosfery coś niezastąpionego. Jej obecność tchnęła bezpieczeństwem, które obecnie ustąpiło miejsca niepewności. Z odrazą wspomniałem ponurą twarz doktora Bauersteina. Nie wiedzieć czemu, wszyscy wydali mi się podejrzani - wszyscy i wszystko. Coś w rodzaju nagłego przeczucia niedalekiej katastrofy.

 

II. SZESNASTY I SIEDEMNASTY LIPCA

 

Do Styles przyjechałem piątego lipca. Obecnie przechodzę do wydarzeń z szesnastego i siedemnastego. Dla wygody czytelnika zaprezentuję je możliwie najdokładniej, chociaż wychodziły na jaw stopniowo, w czasie śledztwa oraz procesu, dzięki żmudnym dochodzeniom i przesłuchaniom.

W dwa dni po wyjeździe Eweliny Howard dostałem od niej list. Pisała, że pracuje jako pielęgniarka w dużym szpitalu w Middlingham, fabrycznym mieście odległym mniej więcej o piętnaście mil. Prosiła mnie też o wiadomość, na wypadek gdyby pani Inglethorp zdradziła jakąkolwiek skłonność do pojednania.

Spokój płynących miło dni zakłócała mi tylko niezwykła i zupełnie dla mnie niepojęta sympatia Mary Cavendish do obrzydliwego doktora Bauersteina. Nie mogłem zrozumieć, co widzi w tym człowieku, czemu zaprasza go wciąż do domu i tak często odbywa przechadzki w jego asyście. Nie miałem pojęcia, czemu przypisać tę sympatię.

Szesnasty lipca wypadł w poniedziałek. Był to dzień nie byle jakiego ożywienia. W sobotę otwarto głośny kiermasz dobroczynny, a na poniedziałkowy wieczór przygotowano w ramach tejże imprezy bankiet, na którym sama pani Inglethorp miała deklamować wiersz wojenny. Od rana wszyscy byliśmy zatrudnieni przy porządkowaniu i dekorowaniu sali zebrań w osadzie Styles. Lunch zjedliśmy późno, a po południu odpoczywaliśmy w parku. Zwróciłem uwagę, że John zachowuje się w sposób niecodzienny. Był dziwnie podniecony i zdenerwowany.

Po herbacie pani Inglethorp położyła się, by nabrać sił przed występem, a ja zaproponowałem Mary Cavendish mecz tenisowy.

Mniej więcej trzy kwadranse na siódmą starsza dama zawołała z okna, zwracając nam uwagę, że spóźnimy się na wcześniejszą tego wieczora kolację. Wszystko odbywało się pospiesznie i w chwili kiedy wstawaliśmy od stołu, zajechał samochód.

Bankiet udał się doskonale, a występ pani Inglethorp nagrodziły frenetyczne oklaski. Były też żywe obrazy z udziałem Cyntii, Panna Murdoch nie wróciła z nami, bo na kolację i nocleg zaprosili ją znajomi, którzy także uczestniczyli w zabawie.

Następnego rana pani Inglethorp zjadła śniadanie w łóżku. Była bardzo zmęczona, ale około pół do pierwszej zjawiła się w doskonałej formie i mnie oraz Lawrence'a porwała na proszony lunch.

- Przemiłe zaproszenie do pani Rolleston. Wiecie, to siostra lady Tadmmster. Rollestonowie są jedną z naszych najstarszych rodzin. Przybyli do Anglii z Wilhelmem Zdobywcą.

Mary wymówiła się pod pretekstem spotkania z doktorem Bauersteinem.

Lunch był przyjemny, a po drodze Lawrence zaproponował abyśmy wracali przez Tadminster. Zboczymy tylko o milę i odwiedzimy Cyntię w aptece. Starsza pani pochwaliła pomysł lecz dodała, że ma kilka listów do napisania, więc zostawi nas w szpitalu, skąd wrócimy bryczką wraz z panną Murdoch.

Portier zatrzymał nas podejrzliwie, aż nadeszła Cyntia - ładna i świeża w długim białym fartuchu. Zaprowadziła nas do swojego sanktuarium i przedstawiła współpracownikowi. Był to ponuro wyglądający jegomość, którego dziewczyna tytułowała poufale "Nibs".

- Ile tu słoi! - zawołałem przebiegając wzrokiem izbę apteczną. - Wie pani, co każdy z nich zawiera? Naprawdę?

- Mógłby pan zacząć od czegoś oryginalniejszego - obruszyła się Cyntia. - To pierwsze słowa każdego, kto tutaj wchodzi. "Ile tu słoi!" Wiem także, o co chciał pan zapytać dalej: "Ilu ludzi pani otruła?"

Ze śmiechem przyznałem jej rację.

- Gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, jak łatwo otruć człowieka przez pomyłkę, nie dowcipkowaliby na ten temat. No, napijemy się herbaty. W szafce mam zapasy. Nie w tej, Lawrence. To jest magazyn trucizn. W tamtej większej. Zgadza się!

W dobrym nastroju wypiliśmy herbatę, a następnie pomogliśmy przy zmywaniu. Kiedy ostatnia łyżeczka trafiła na swoje miejsce, ktoś zastukał do drzwi. Gospodarze zrobili urzędowe miny.

- Proszę! - rzuciła Cyntia surowym tonem.

Na progu stanęła bardzo młoda, onieśmielona pielęgniarka i podała butelkę Nibsowi, który wskazał Cyntię dorzucając zagadkowe zdanie:

- Formalnie nie ma mnie tu dzisiaj.

Panna Murdoch zmierzyła butelkę wzrokiem surowego sędziego.

- Trzeba to było przysłać rano - powiedziała.

- Siostra bardzo przeprasza. Zapomniała.

- Mogłaby przeczytać regulamin na drzwiach apteki.

Mina młodej osóbki świadczyła wyraźnie, że zalecenie Cyntii nie będzie powtórzone groźnej siostrze.

- Teraz za późno. Proszę zgłosić się jutro - zawyrokowała panna Murdoch.

- Aa... Czy nie można by wieczorem?

- Jesteśmy bardzo zajęci, ale jeżeli znajdzie się wolna chwila...- ustąpiła łaskawie Cyntia.

Pielęgniarka wyszła, a nasza gospodyni sięgnęła po słój, napełniła flaszkę i wystawiła na stolik za drzwiami apteki. Roześmiałem się głośno.

- Trzeba utrzymywać dyscyplinę, prawda?

- Zgadza się! Chodźmy na balkon. Widać stamtąd wszystkie pawilony.

Gospodarze jęli pokazywać mi rozmaite zabudowania. Lawrence został w izbie aptecznej, niebawem jednak Cyntia go wezwała.

- Wszystko zrobione, Nibs? - dodała zerkając na zegarek.

- Wszystko.

- Doskonale. Możemy zamknąć budę i zmykać.

Tamtego popołudnia zobaczyłem Lawrence'a w innym niż dawniej świetle i zrozumiałem, że rozgryźć go znacznie trudniej niż Johna. Nieśmiały i zazwyczaj bardzo powściągliwy, stanowił przeciwieństwo brata. Ale miał pewien wdzięk, pomyślałem zatem, że przy bliższym poznaniu można go polubić. Dotychczas odnosiłem wrażenie, że Lawrence jest szczególnie skrępowany w obecności Cyntii, ona zaś traktuje go z wyjątkową rezerwą. Ale tamtego dnia obydwoje byli ożywieni i przekomarzali się wesoło, jak dzieci.

W drodze przez Styles przypomniałem sobie, że powinienem kupić znaczki, zatrzymaliśmy się więc przed pocztą. Wychodząc stamtąd zderzyłem się w drzwiach z mężczyzną niskiego wzrostu. Odstąpiłem przepraszając uprzejmie, lecz pokrzywdzony chwycił mnie nagle w objęcia i ucałował gorąco.

- Mon ami, Hastings! - zawołał głośno. - Rzeczywiście! To ty, Hastings!

- Poirot! To bardzo dla mnie miłe spotkanie, panno Cyntio - ciągnąłem podchodząc do bryczki. - To stary przyjaciel, monsieur Poirot. Od lat go nie widziałem.

- Pana Poirota znamy wszyscy - roześmiała się dziewczyna. - Ale w głowie mi nie postało, że to pański przyjaciel.

- Istotnie - podchwycił z godnością Poirot. - Znam pannę Cyntię, a mieszkam tutaj dzięki dobrej, kochanej pani Inglethorp. - Widocznie zauważył mój pytający wzrok, gdyż podjął tonem wyjaśnienia: - Tak, drogi przyjacielu. Pani Inglethorp udzieliła gościny siedmiu moim rodakom. Niestety, jesteśmy uchodźcami z ojczyzny. My, Belgowie, zawsze będziemy wdzięczni pani Inglethorp za jej miłosierny uczynek.

Poirot był drobny, niski i miał bardzo dziwaczną powierzchowność. Niewiele wyższy niż pięć stóp i cztery cale, nosił się z niepospolitą godnością. Jajowatą głowę przechylał na bok i nosił długie, sztywno sterczące wąsy w iście wojskowym stylu. Schludność jego ubioru graniczyła z niepodobieństwem; sądzę, że pyłek na rękawie sprawiłby małemu Belgowi więcej bólu niż rana zadana pociskiem karabinowym. Ale ten niepokaźny, cudaczny elegant, który (stwierdziłem to z przykrością) utykał teraz wyraźnie na prawą nogę, był w swoim czasie asem policji belgijskiej. Jako detektyw uchodził za gwiazdę pierwszej wielkości i niejednokrotnie wykrywał zbrodnie sensacyjne i na pozór nie do wykrycia.

Teraz wskazał mi domek, w którym mieszkał wraz z innymi Belgami, a ja obiecałem mu wizytę przy pierwszej sposobności. Następnie uniósł kapelusza ,i gdy bryczka ruszała, zamaszystym gestem ukłonił się Cyntii.

- Kochany mały cudak - powiedziała dziewczyna. - przypuszczałam, że to pański znajomy.

- Nieświadomie goszczą państwo znakomitość - uśmiechnąłem się i aż do domu opowiadałem z ożywieniem o wyczynach Herkulesa Poirot.

W doskonałych humorach przyjechaliśmy do Styles Cou Kiedy weszliśmy do hallu, pani Inglethorp wyjrzała z buduaru. Była wyraźnie rozdrażniona, wytrącona z równowagi.

- Aa... To ty - powiedziała.

- Czy coś się stało, ciociu Emilio? - zapytała Cyntia.

- Nie. Skąd znowu! - obruszyła się dama i spostrzegłszy pokojową Dorcas, która szła do jadalni, poleciła jej przynieść do buduaru znaczki pocztowe.

- Słucham, proszę pani - odrzekła stara służąca i dodała z pewnym wahaniem: - Taka pani dzisiaj zmęczona... Nie lepiej iść do łóżka?

- Chyba masz rację, Dorcas... Tak... Ale nie zaraz. Muszę napisać parę listów przed odejściem poczty. Napaliłaś w kominku w moim pokoju?

- Tak jak pani kazała, proszę pani.

- Położę się zaraz po kolacji - oznajmiła starsza dama zamykając drzwi buduaru, na które Cyntia spojrzała zatroskanym wzrokiem.

- Wielki Boże! Co się mogło stać? - szepnęła do Lawrence'a, ale nie dosłyszał zapewne, bo bez słowa odwrócił się i wyszedł z domu.

Zaproponowałem krótką partię tenisa przed kolacją i uzyskawszy zgodę pobiegłem na piętro po rakietę. Na schodach spotkałem panią Cavendish; może to było złudzenie, lecz i ona wydała mi się rozdrażniona, nieswoja.

- Jak się udał spacer z doktorem Bauersteinem? - zapytałem na pozór zdawkowo.

- Wcale nie wychodziłam - odrzekła krótko. - Gdzie jest pani Inglethorp?

- W buduarze.

Mary zacisnęła dłoń na poręczy schodów, jak gdyby sposobiąc się do ciężkiej przeprawy, a następnie zbiegła schodami i minąwszy hali zamknęła za sobą drzwi buduaru.

Po chwili spiesząc na kort tenisowy musiałem przejść obok otwartego okna tego pokoju, nie mogłem zatem nie usłyszeć urywków dialogu. Najprzód dobiegł mnie głos Mary, która wyraźnie z trudnością panowała nad sobą.

- Więc nie pokażesz mi tego?

- Moja droga - odpowiedziała pani Inglethorp. - To nie ma nic wspólnego z twoimi sprawami.

- W takim razie pokaż.

- Powtarzam, to coś zupełnie innego, niż sobie wyobrażasz. Ciebie nie dotyczy w najmniejszym stopniu.

- Naturalnie! - rzuciła Mary tonem rosnącego rozdrażnienia. - Nietrudno było przewidzieć, że zechcesz go osłaniać.

Cyntia oczekiwała mnie z niemałym przejęciem.

- Wie pan! Była okropna awantura. Dorcas powiedziała mi wszystko.

- Awantura?

- Tak. Między nim a ciocią Emilią. Nareszcie go pewnie przejrzała.

- Dorcas asystowała przy tym?

- Skąd znowu! "Przypadkiem znalazła się pod drzwiami". Strasznie się kłócili. Chciałabym wiedzieć, o co poszło.

Przypomniała mi się cygańska uroda pani Raikes i niepokój Eweliny Howard. Wolałem jednak trzymać język za zębami, gdy Cyntia roztrząsała wszelkie prawdopodobne hipotezy i wyrażała serdeczne nadzieje, że "ciocia Emilia pokaże mu drzwi i nigdy, nigdy nie odezwie się do niego słowem". Bardzo chętnie porozmawiałbym z Johnem, lecz nigdzie go nie było. Próbowałem zapomnieć o kilku podsłuchanych zdaniach, ale za nic nie mogłem. Jaką rolę w całej historii odgrywa Mary Cavendish?

Przed kolacją zszedłem do salonu, gdzie zastałem Inglethorpa. Jego twarz bez wyrazu i cała dziwaczna postać wydały mi się znów czymś oderwanym od rzeczywistości.

Pani Inglethorp weszła do jadalni późno. Nadal robiła wrażenie przygnębionej, więc przy stole panowała dość kłopotliwa cisza. Inglethorp był szczególnie milczący, lecz okazywał żonie zwykłą troskliwość, poprawiał jej poduszki na fotelu i z powodzeniem grał rolę czułego męża. Zaraz po kolacji starsza dama wróciła do buduaru.

- Przyślij mi tu kawę, Mary - zawołała otwierając drzwi. - Na wyprawienie poczty mam dokładnie pięć minut.

W salonie Cyntia i ja usadowiliśmy się przy otwartym oknie. Mary Cavendish przyniosła nam kawę. Robiła wrażenie bardzo zdenerwowanej.

- Zapalić światło? - spytała. - A może młodzi wolą urok szarej godziny? Zaraz naleję kawę dla pani Inglethorp. Zechcesz jej zanieść, Cyntio?

- Niech się pani nie trudzi - zabrzmiał głos Inglethorpa. - Ja obsłużę Emilię.

Z tymi słowy nalał kawę i wyszedł z salonu niosąc ostrożnie filiżankę. Lawrence pospieszył jego śladem, Mary usiadła obok nas.

Przez pewien czas milczeliśmy we troje. Wieczór był pogodny, bezwietrzny, gorący. Mary Cavendish wachlowała się z wolna liściem palmowym.

- Strasznie gorąco - odezwała się wreszcie. - Na pewno będzie burza.

Niestety, ciche, spokojne chwile trwają zazwyczaj krótko. Mój raj zakłócił niemiły dźwięk dobrze znajomego głosu, dobiegającego z hallu.

- Doktor Bauerstein! - zawołała panna Murdoch. - Szczególna pora na wizytę.

Zazdrosnym okiem zmierzyłem Mary. Nie zdradziła zaniepokojenia, a jej twarz zachowała delikatną bladość. Po chwili Alfred Inglethorp wprowadził śmiejącego się i protestującego doktora. Prawdę mówiąc przedstawiał on żałosny widok. Był cały oblepiony błotem!

- Co się stało, doktorze? - zapytała żywo pani Cavendish.

- Stokrotnie przepraszam - odparł nowo przybyły. - Nie zamierzałem pokazywać się u państwa. Uległem przemocy pana Inglethorpa.

- Okropnie pan wygląda, doktorze - powiedział John wchodząc z hallu do salonu. - Najlepiej niech pan napije się kawy i opowie o swoich przygodach.

- Dziękuję, bardzo dziękuję...

Bauerstein śmiał się nienaturalnie, opisując, jak to w niedostępnym miejscu odkrył bardzo rzadką odmianę głogu. Próbował podejść bliżej, lecz stracił równowagę i wpadł do sadzawki.

- Prędko wyschłem na słońcu, ale istotnie muszę prezentować się okropnie - dodał.

W tym momencie pani Inglethorp zawołała z hallu Cyntię i dziewczyna wybiegła spiesznie.

- Zanieś na górę moją teczkę, kochane dziecko - powiedziała starsza dama. - Chcę się zaraz położyć.

Drzwi wiodące do hallu były szeroko otwarte. Podniosłem się w tym samym momencie co Cyntia. John stał tuż obok. W tej sytuacji troje świadków mogło przysiąc, że pani Inglethorp trzymała w ręce nie napoczętą filiżankę kawy.

Doktor Bauerstein popsuł mi cały wieczór. Miałem wrażenie, że natręt nigdy nie odejdzie. Na koniec jednak wstał z fotela i westchnął jak gdyby z ulgą.

- Pójdę z panem do Styles - powiedział Alfred Inglethorp. - Muszę przejrzeć rachunki z administratorem nieruchomości. Niech nikt na mnie nie czeka - zwrócił się do Johna. - Wezmę klucz od zatrzasku.

 

III. TRAGICZNA NOC

 

Załączam plan pierwszego piętra domu, aby wyjaśnić tę część mojej relacji. Drzwi prowadzące do pokoi służby nie mają połączenia z prawym skrzydłem, gdzie mieszczą się sypialnie Inglethorpów.

 

 

 

Lawrence Cavendish obudził mnie, jak sądziłem, w środku nocy. W ręku miał świecę. Wyraz jego twarzy zdradzał, że wydarzyło się coś złego.

- Co się stało? - usiadłem na łóżku, próbowałem zebrać myśli.

- Z matką jest chyba bardzo niedobrze - odpowiedział. - Atak czy coś w tym sensie. Niestety, drzwi jej pokoju są zamknięte.

- Już idę!

Wyskoczyłem z pościeli i narzuciwszy szlafrok pospieszyłem za Lawrence'em w kierunku prawego skrzydła domu, przez korytarz i galerię.

Na miejscu znajdował się John Cavendish w otoczeniu kilkorga zaniepokojonych służących. Lawrence zwrócił się do brata:

- No i co teraz?

Pomyślałem, że nigdy dotąd nie zarysował się wyraźniej charakterystyczny dlań brak zdecydowania.

John szarpnął klamkę gwałtownie, lecz bez skutku. Niewątpliwie drzwi były zamknięte na klucz lub zaryglowane. Tymczasem cały dom został zaalarmowany. Z pokoju dochodziły wysoce niepokojące odgłosy. Nie ulegało wątpliwości, że trzeba coś przedsięwziąć.

- Proszę pana! - zawołała Dorcas. - Spróbujmy przez pokój pana Inglethorpa! Biedna moja pani, biedna!

Nagle uprzytomniłem sobie, że brak pośród nas Alfreda. On jeden nie dał znaku życia. John otworzył drzwi przyległego pokoju. Panowały tam nieprzeniknione ciemności, kiedy jednak Lawrence wszedł ze świecą, okazało się, że łóżko jest nietknięte.

Ruszyliśmy w kierunku drzwi między dwiema sypialniami, lecz i one były zamknięte czy też zaryglowane od środka.

- Mój Boże! - Dorcas załamała ręce. - Co robić?

Głos zabrał John.

- Spróbujmy wyłamać drzwi. Ale to nie będzie łatwe. Niech ktoś idzie obudzić Baila. Trzeba mu powiedzieć, żeby zaraz jechał po doktora Wilkinsa. No, teraz wszyscy do roboty... Zaraz! są przecież drzwi między pokojami matki i panny Cyntii.

- Są, proszę pana, ale zawsze zaryglowane.

- Sprawdzimy -powiedział John i z korytarza zajrzał do pokoju Cyntii, gdzie Mary Cavendish szarpała i usiłowała zbudzić dziewczynę - wielkiego śpiocha.

Po chwili John wrócił.

- Tamte drzwi też na pewno zaryglowane. Musimy wyważyć. Są trochę mniej solidne niż drzwi od korytarza.

Futryna była mocna. Długo stawiała opór naszym połączonym wysiłkom. Ostatecznie jednak ustąpiła i drzwi otwarły się z ogłuszającym trzaskiem. Bezładnie wpadliśmy do sypialni Lawrence trzymał wciąż w ręku świecę. Pani Inglethorp leżała na łóżku. Całym jej ciałem wstrząsały konwulsje. Niewątpliwie podczas gwałtownego ataku musiała przewrócić nocny stolik Niebawem chora uspokoiła się, bezwładnie opadła na poduszki.

John przemierzył pokój wielkimi krokami, zapalił gaz i jedną ze służących, Annie, posłał po koniak do jadalni. Następnie podszedł do łóżka pani Inglethorp, ja zaś otworzyłem drzwi wiodące na korytarz i zwróciłem się do Lawrence'a, aby zapytać, czy moich dalszych usług nie uważa za zbyteczne. Jednakże słowa zamarły mi na ustach. Jak żyję, nie widziałem równie upiornego wyrazu twarzy. Lawrence był kredowoblady, osłupiałymi oczyma spoglądał nad moim ramieniem w jakiś punkt przeciwległej ściany. Świeca, którą trzymał w drżącej ręce, kapała na dywan stearyną. Jak gdyby obrócił się w kamień. Instynktownie podążyłem wzrokiem w kierunku jego spojrzeń, lecz nic nadzwyczajnego nie dostrzegłem. Żar dogasał na kominku, pod półką ozdobioną szeregiem figurek, wazoników i pucharków na fidybusy.

Najgwałtowniejszy atak minął, jak się zdaje. Chora mogła nawet mówić urywanymi słowami.

- Lepiej teraz... Tak nagle... Nonsens... Niepotrzebnie się zamknęłam...

Cień padł na łóżko. Odwróciłem głowę. Mary stała w pobliżu drzwi, otaczając ramieniem Cyntię. Dziewczyna miała twarz rozpaloną, zmienioną nie do poznania. Oddychała ciężko. Odniosłem wrażenie, że jest półprzytomna i pani Cavendish musi ją podtrzymywać.

- Biedna Cyntia. Tak się okropnie wystraszyła - usłyszałem stłumiony, czysty głos Mary.

Nie bez zdziwienia spostrzegłem, że pani Cavendish ma na sobie drelich Pomocniczej Służby Rolnej, a więc musiało być znacznie później, niż sądziłem. Istotnie. Przez zasłonięte okna zaczynało przenikać światło dzienne. Zegar nad kominkiem wskazywał, że dochodzi piąta.

Nagle od strony łóżka dobiegł przeraźliwy krzyk. Bóle wracały ze wzmożoną siłą. Zaczynały się konwulsje. Skupiliśmy się wokół chorej, nie mogąc pomóc jej ani ulżyć. John i Mary daremnie usiłowali podać jej nieco koniaku. Nieszczęśliwa staruszka rzucała się rozpaczliwie, aż wreszcie całe jej ciało wygięło się w dziwaczny łuk, wsparty na tyle głowy i piętach.

W tym momencie do pokoju wkroczył energicznie doktor Bauerstein. Od progu zobaczył przerażającą postać na łóżku. Przystanął na moment.

- Alfred!... Alfred! - zawołała pani Inglethorp zdławionym, nie swoim głosem i opadła ciężko na pościel.

Lekarz podszedł do łóżka. Ująwszy ręce chorej począł stosować sztuczne oddychanie. Służbie rzucił kilka szorstkich, zwięzłych poleceń, a nas wszystkich odprawił jednym wymownym ruchem ręki. Jak urzeczeni przyglądaliśmy się energicznym zabiegom, chociaż w głębi serca zdawaliśmy sobie sprawę, że jest za późno na ratunek.

Wyraz twarzy Bauersteina wskazywał, że on również nie żywi nadziei. Wreszcie dał za wygraną i smutno pochylił głowę. Jednocześnie w korytarzu zadudniły kroki. Do pokoju wbiegł okrągły, bardzo zdenerwowany jegomość niskiego wzrostu. Był to doktor Wilkins, domowy lekarz pani Inglethorp.

W kilku słowach Bauerstein wyjaśnił sytuację. Przechodził obok bramy, gdy wyjechał samochód po doktora Wilkinsa. Wobec tego co tchu przybiegł na pomoc. Następnie bezradnym gestem ręki wskazał nieruchomą postać na łóżku.

- To bardzo smutne. Ba-ardzo smutne - westchnął lekarz domowy. - Biedna, kochana staruszka. Zawsze była zanadto czynna... tak, za-anadto czynna, wbrew moim radom. A przestrzegałem, że ma słabe serce, przestrzegałem. Mówiłem: spokój, odpoczynek, łaskawa pani. Na próżno... Tak... Na próżno. Za dużo sił poświęcała dobrym uczynkom. Zbuntowała się natura... zbuntowała.

W czasie tej przemowy Bauerstein spoglądał przenikliwie na kolegę. Wreszcie powiedział:

- Konwulsje miały szczególnie gwałtowny charakter, panie doktorze. Żałuję, że nie zdążył pan w porę. Wyraźnie tężcowy.

- Aha - wtrącił domyślnie doktor Wilkins.

- Chciałbym pomówić z panem na osobności - podjął Bauerstein i zwrócił się do Johna: - Nie ma pan nic przeciwko temu?

- Oczywiście nie.

Wszyscy wyszliśmy na korytarz, pozostawiając lekarzy w pokoju zmarłej. Klucz zgrzytnął w zamku.

Wolno schodziliśmy na parter. Byłem przejęty, podniecony. Przypisywałem sobie pewne zdolności dedukcji, a zachowanie londyńskiego specjalisty zbudziło we mnie niemało wątpliwości i podejrzeń. Nagle poczułem na ramieniu dłoń Mary Cavendish.

- Co to znaczy? Dlaczego doktor Bauerstein był... taki dziwny?

- Wie pani, co mi się zdaje?

- Co takiego?

- Proszę posłuchać - rozejrzałem się, czy nikt nie może nas usłyszeć i zniżyłem głos. - Myślę, że to trucizna i że doktor Bauerstein jest podobnego zdania.

- Co? - szeroko otworzyła oczy i cofnęła się pod ścianę. - Nie! Nie! Tylko nie to! - krzyknęła tak rozdzierająco, że zdziwiłem się i przeraziłem.

Raptownie odwróciła się i pobiegła na piętro. Pospieszyłem za nią, była bowiem tak wstrząśnięta, że obawiałem się zemdlenia. Dogoniłem ją na podeście schodów. Śmiertelnie blada, stała wsparta o barierę.

- Nie, nie! - jęknęła odprawiając mnie niecierpliwym gestem dłoni. - Wolę być sama. Niech mnie pan zostawi, niech pan idzie na dół, jak wszyscy.

Posłuchałem niechętnie. W jadalni zastałem obu Cavendishów. Milczeliśmy chwilę, sądzę jednak, że dałem wyraz myślom nurtującym wszystkich, gdy zapytałem:

- Gdzie pan Inglethorp?

- Nie ma go w domu - John rozłożył ręce.

Spojrzeliśmy sobie w oczy. Gdzie mógł się podziać Alfred Inglethorp. Jego nieobecność była zaskakująca, niepojęta. Przypomniałem sobie ostatnie słowa umierającej. Co się za nimi kryło? O ile więcej mogłaby powiedzieć, gdyby zdążyła?

Wreszcie usłyszeliśmy na schodach kroki lekarzy. Doktor Wilkins miał minę poważną i zakłopotaną. Wzburzenie wewnętrzne pokrywał pozornym spokojem. Bauerstein pozostał na dalszym planie; jego brodata, surowa twarz nie uległa zmianie. Wilkins zwrócił się do Johna w imieniu obydwu lekarzy.

- Proszę pana, chciałbym prosić o zgodę na sekcję zwłok.

- Czy to konieczne? - twarz Johna wykrzywił bolesny grymas.

- Absolutnie - odparł Bauerstein.

- To znaczy, że...

- Że w istniejących okolicznościach żaden z nas nie mógłby podpisać świadectwa zgonu.

John pochylił głowę.

- W takim razie nie mam wyboru. Zgadzam się.

- Dziękuję - podchwycił żywo doktor Wilkins. - Chcielibyśmy załatwić to jutro wieczorem... albo raczej dziś wieczorem - poprawił się spoglądając w okno. - Sądzę, że nie obejdzie się bez rozprawy u koronera... Ta-ak... W tej sytuacji niepodobna uniknąć pewnych formalności. Ale nie należy ulegać panice... Nie na-ależy.

Po chwili kłopotliwego milczenia doktor Bauerstein wydobył z kieszeni i wręczył Johnowi dwa klucze.

- Od pokoi państwa Inglethorp - wyjaśnił. - Zamknąłem drzwi i, moim zdaniem, winny pozostać zamknięte.

Po odejściu lekarzy zacząłem podsumowywać własne myśli i niebawem doszedłem do wniosku, że pora dać im wyraz. Sytuacja była kłopotliwa. Wiedziałem, że John lęka się wszelkiego rozgłosu i jako pogodny optymista niechętnie wychodzi trudnościom naprzeciw. Obawiałem się, że niełatwo będzie przekonać go o słuszności mojego planu. Lawrence - mniej konwencjonalny i obdarzony żywszą wyobraźnią - byłby stosowniejszym sojusznikiem. Ale tak czy inaczej musiałem ująć ster.

- John - powiedziałem - wolno cię o coś zapytać?

- Słucham.

- Pamiętasz, co mówiłem o moim przyjacielu Herkulesie Poirot? To Belg, słynny detektyw. Jest teraz tutaj.

- I co?

- Chyba warto by go poprosić o... o wgląd w sprawę?

- Dzisiaj? Przed sekcją zwłok?

- Tak. Dobrze wygrać na czasie, jeżeli... jeżeli coś rzeczywiście...

- Brednie! - przerwał nieoczekiwanie Lawrence. - Moim zdaniem to dziki pomysł Bauersteina. Wilkinsowi nic na myśl nie przyszło, póki go Bauerstein nie przekabacił. Ten ma bzika, jak wszyscy zaślepieni specjaliści. Trucizna to jego hobby, więc ją wszędzie wietrzy.

Przyznaję, bardzo się zdziwiłem. Jak żyję, nie widziałem Lawrence'a w stanie podobnego wzburzenia.

- Nie zgadzam się z tobą, Lawrence - powiedział John po namyśle. - Wolałbym zostawić wolną rękę Hastmgsowi. Ale czy to nie za wcześnie? Po co wywoływać zbędny skandal, gdyby...

- Skąd znowu! - zaprotestowałem gorąco. - Nie lękaj się rozgłosu. Mój Poirot to uosobienie dyskrecji.

- Dobrze. Rób, jak chcesz. Chociaż jeżeli nasze podejrzenia są słuszne, sprawa wydaje się prosta. Bóg wybaczy mi chyba, jeżeli krzywdzę tego człowieka.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła szósta. Postanowiłem nie marnować czasu.

Jednakże pozwoliłem sobie na kilkuminutową zwłokę. Tak długo myszkowałem w bibliotece, póki w jakiejś książce lekarskiej nie znalazłem charakterystyki objawów zatrucia strychniną.

 

IV. POIROT PROWADZI DOCHODZENIE

 

Belgowie mieszkali w domku położonym niedaleko bramy parku. Drogę można było skrócić idąc długim trawnikiem, który omijał krętą aleję wjazdową. Poszedłem tamtędy i już w pobliżu domku odźwiernego zatrzymałem się na widok biegnącego naprzeciw mnie mężczyzny. Poznałem Alfreda Inglethorpa. Gdzie podziewał się dotychczas? Jak zamierzał usprawiedliwić swoją nieobecność?

- Wielki Boże! - zawołał na powitanie. - Moja nieszczęśliwa żona! To straszne! Dopiero co się dowiedziałem.

- Gdzie pan był dotąd? - zapytałem.

- Denby zatrzymał mnie do późna. Skończyliśmy z rachunkami o pierwszej i do tego jeszcze okazało się, że zapomniałem klucza. Nie chciałem budzić domowników, więc Denby zaproponował mi nocleg.

- Skąd pan się dowiedział?

- Wilkins wstąpił do Denby'ego, żeby powiedzieć mu o tragedii. Moja biedna Emilia! Taka szlachetna, tak nie pamiętała o sobie! Biedactwo, zawsze przeceniała swoje siły. Poczułem nagły przypływ odrazy. Wyrafinowany hipokryta!

- Spieszę się - powiedziałem i ucieszyłem się, gdy nie padło pytanie: "dokąd?"

W kilka minut później zastukałem do drzwi Leastway Cottage. Odpowiedziało mi milczenie, więc zakołatałem mocniej. Wówczas uchyliło się na piętrze okno i wyjrzał sam Poirot.

Na mój widok dał wyraz zdziwieniu, wobec czego powiedziałem zwięźle, co zaszło, i że liczę na jego pomoc.

- Momencik, mój drogi - odrzekł. - Zaraz cię wpuszczę, opowiesz wszystko po kolei, a ja będę się ubierał.

Niebawem otworzył drzwi, poprowadził mnie na piętro i w swoim pokoju posadził na krześle. Następnie przystąpił do starannej toalety, ja zaś relacjonowałem przebieg wydarzeń - szczegółowo, nie pomijając najbłahszych nawet okoliczności. Mówiłem o moim przebudzeniu. O ostatnich słowach zmarłej, o nieobecności jej męża. Mówiłem o kłótni z dnia poprzedniego, podsłuchanym przeze mnie urywku rozmowy między Mary Cavendish a jej świekrą, o wcześniejszych nieporozumieniach pani Inglethorp z Eweliną Howard i niedwuznacznych aluzjach tej ostatniej.

Szkicowałem możliwie przejrzysty obraz. Czasem się powtarzałem, to znów musiałem wracać do pominiętych szczegółów. Kiedy skończyłem, Poirot uśmiechnął się pobłażliwie.

- Masz zamęt w głowie, co? Nie spiesz się, mon ami. Jesteś wzburzony, podniecony. To zrozumiałe, naturalne. Uspokoiliśmy się trochę, więc teraz uporządkujemy fakty: ładnie, każdy na właściwym miejscu. Będziemy je badać, segregować, odrzucać. Istotne odłożymy na później. Te bez znaczenia... puf!... - Poirot wykrzywił się pociesznie i dmuchnął - niech idą z wiatrem.

- Piękny plan! - zawołałem tonem protestu. - Ale skąd będziesz wiedział, co jest istotne, a co bez znaczenia? Taka segregacja to, moim zdaniem, główna trudność.

Poirot troskliwie doprowadzał wąsy do nienagannego stanu. Na moje słowa obruszył się energicznie.

- Nic podobnego! Vayons! Jeden fakt prowadzi do drugiego. A następny pasuje? Tak, i to cudownie! Dobrze. Jedziemy dalej. Kolejny drobiazg? Nie. Coś tu nie w porządku, brak ogniwka w łańcuchu. Zastanawiamy się, badamy, no i znajdujemy ten drobny fakcik - zrobił szeroki gest ręką. - A może mieć on wagę, wielką wagę!

- Aha - wtrąciłem.

- Strzeż się, mon ami! - Poirot wykonał palcem wskazującym ruch tak groźnie ostrzegawczy, że się wzdrygnąłem. - Niebezpieczeństwo! Biada detektywowi, który powie: "Ten fakt jest tak drobny, .że nie może mieć znaczenia. Nie pasuje do całości. Nie ma co zawracać nim sobie głowy". Tak wygląda prosta droga do zamętu, bo, mon ami, wszystko się liczy.

- Wiem. Nieraz mi powtarzałeś. Dlatego właśnie zaznajomiłem cię ze wszystkimi faktami. Nie zwracałem uwagi, czy według mnie się liczą, czy też nie.

- Tak. Świetnie się spisałeś. Masz dobrą pamięć i fakty relacjonujesz wiernie. Ale kolejność, w jakiej je przytaczasz... muszę wyznać, jest fatalna. Trudno cię winić z tej racji. Jesteś wzburzony, wytrącony z równowagi. Dlatego pewnie pominąłeś szczegół pierwszorzędnej wagi.

- Jaki? - zapytałem.

- Nie powiedziałeś nic o apetycie pani Inglethorp w czasie kolacji.

Szeroko otworzyłem oczy. Przyszło mi na myśl, że wojna podziałała zgubnie na umysł małego Belga, który teraz starannie szczotkował marynarkę i na pozór był całkowicie pochłonięty tym zajęciem.

- Nie pamiętam - bąknąłem. - A w każdym razie nie rozumiem.

- Nie rozumiesz? Przecież to ma wielką wagę.

- Niby dlaczego? - rzuciłem cierpko. - O ile sobie przypominam, pani Inglethorp jadła bardzo mało. Była przygnębiona, zdenerwowana. Widać to źle wpłynęło na jej apetyt. Skojarzenie zupełnie naturalne.

- Słusznie. Zupełnie naturalne. - Poirot wyjął z szuflady małą walizeczkę. - Jestem gotowy. Teraz pójdziemy do pałacu i na miejscu zbadamy sprawę. Przepraszam, mon ami. Ubierałeś się w wielkim pośpiechu. Krawat masz przekrzywiony. Pozwolisz? - Sprawnym ruchem doprowadził mój krawat do porządku. - O tak - powiedział. - Teraz możemy iść.

Szybko minąwszy wioskę skręciliśmy w stronę bramy wjazdowej Styles Court. Mały Belg przystanął na moment, smętnym spojrzeniem objął park, piękny o tej wczesnej godzinie, wilgotny jeszcze od rosy.

- Uroczo tu, spokojnie... A nieszczęśliwa rodzina pogrążona w rozpaczy, w nieutulonej żałobie.

Mówiąc to przyglądał mi się bacznie, a ja czułem, że rumienię; się lekko pod wpływem jego spojrzeń.

Rodzina pogrążona w rozpaczy? Czy żałoba po pani Inglethorp jest rzeczywiście nieutulona? Uprzytomniłem sobie, że całej atmosferze brak emocjonalnych akcentów. Nieboszczka nie budziła wokół siebie miłości. Jej śmierć stanowiła nieoczekiwany wstrząs, katastrofę, nikt jednak nie bolał naprawdę.

Słynny detektyw zdawał się śledzić bieg moich myśli. Z wielką powagą pokiwał głową.

- Tak - podjął. - Masz słuszność, Hastings. Nie jest tak, jak mówiłem. Pani Inglethorp traktowała Cavendishów życzliwie, nie była jednak ich matką. Więzy krwi... Tak, mon ami. Pamiętaj zawsze o znaczeniu więzów krwi.

- Poirot - przerwałem żywo. - Chciałbym wiedzieć, czemu interesuje cię apetyt pani Inglethorp ostatniego wieczora. Obracam w myślach to pytanie i nie potrafię znaleźć odpowiedzi.

Przez dobrą chwilę szliśmy bez słowa.

- Mogę ci to wytłumaczyć - odparł wreszcie Poirot - chociaż jak ci wiadomo, niechętnie udzielam wyjaśnień przed zakończeniem sprawy. Istnieje podejrzenie, że pani Inglethorp zmarła na skutek zatrucia strychniną, podaną najprawdopodobniej w kawie.

- I co z tego?

- O której piliście kawę?

- Około ósmej.

- Stąd wniosek, że i ona opróżniła filiżankę przed ósmą trzydzieści, w każdym razie nie później. Otóż strychnina jest trucizną działającą stosunkowo szybko. Daje o sobie znać w ciągu mniej więcej godziny. W danym przypadku objawy wystąpiły krótko przed piątą nad ranem. Rozumiesz? Po dziewięciu godzinach! Suty posiłek spożyty o tej mniej więcej porze co trucizna może opóźnić jej działanie, lecz nie do tego stopnia. W każdym razie byłaby to okoliczność, której nie wolno przegapić. Jednakże twierdzisz, że pani Inglethorp prawie nic nie jadła, a mimo to trucizna dała o sobie znać dopiero nad ranem. Zastanawiająca historia, przyjacielu, bardzo zastanawiająca. Może sekcja przyniesie rozwiązanie. Może! Ale na razie pamiętajmy o tym. John wyszedł z domu na nasze spotkanie. Był blady, najwyraźniej wyczerpany.

- To potworne, proszę pana - zwrócił się do mojego przyjaciela. - Niewątpliwie Hastings wspomniał panu, że za wszelką cenę chcemy uniknąć rozgłosu?

- W pełni podzielam pańskie zdanie.

- Chwilowo w grę wchodzą tylko domysły. Nie ma nic konkretnego.

- Rozumiem. Należy zachować najdalej posuniętą ostrożność.

John zapalił papierosa.

- Wiesz, Inglethorp wrócił - powiedział do mnie.

- Wiem. Spotkałem go po drodze.

John rzucił zapałkę na grządkę kwiatową. Nie zniósł tego wrodzony małemu Belgowi zmysł porządku. Poirot nachylił się i starannie zagrzebał drewienko w ziemi.

- Diabli wiedzą, jak go teraz traktować. Trudny problem - podjął John.

- Trudności nie potrwają długo - odrzekł z godnością Poirot.

John zrobił zdziwioną minę. Nie docenił wagi zagadkowego zdania. Odwrócił się i podał mi dwa klucze, wręczone mu uprzednio przez doktora Bauersteina.

- Pokaż panu Poirot, co zechce.

- Pokoje są zamknięte na klucz? - zapytał detektyw.

- Doktor Bauerstein uważał, że tak trzeba.

- Hm... - Poirot poważnie skinął głową. - To upraszcza sprawę.

Po chwili weszliśmy do pokoju zmarłej, którego plan załączam poniżej.

 

 

 

Poirot zaryglował drzwi od środka i przystąpił do drobiazgowych oględzin. Zwinnie, jak konik polny, przeskakiwał z miejsca na miejsce. Ja zostałem przy drzwiach, żeby niczego nie uszkodzić. Jednakże Poirot nie oszacował mojej przezorności, jak należałoby się spodziewać.

- Dlaczego, mon ami, tkwisz jak... jak to się mówi? Aha! Kołek w płocie?

Wyjaśniłem, że mógłbym naruszyć ślady stóp.

- Ślady stóp? Także pomysł! Przecież były tu już tłumy, nieprzeliczone tłumy! Jakie ślady stóp można by tu znaleźć? Chodź, mój drogi, pomóż trochę staremu. Voila! Niech walizeczka odpocznie, póki nie będzie mi potrzebna.

Położył ją na okrągłym stoliku pod oknem. Okazało się jednak, że blat jest rozchwiany, i walizeczka spadła z łoskotem na podłogę.

- A to dopiero! Jak widzisz, można mieszkać w wielkim domu i nie mieć wszelkich wygód! - zawołał Poirot i zabrał się znów do roboty.

Przede wszystkim zwrócił uwagę na leżącą na biurku czerwoną teczkę, w której zamku tkwił kluczyk. Detektyw wyjął go i podał mi z domyślną miną. Nie spostrzegłem nic osobliwego. Trzymałem w ręku zwyczajny mały kluczyk typu Yale z kawałkiem skręconego drutu przy uszku.

Następnie Poirot obejrzał futrynę wyłamanych przez nas drzwi, aby się upewnić, że istotnie były zaryglowane od środka. Z kolei powędrował ku drzwiom wiodącym do pokoju Cyntii. Były również zamknięte, jak mówiłem. Jednakże mój przyjaciel wielokrotnie poruszał ryglem, otwierał drzwi i zamykał, a robił to ostrożnie, bez hałasu, ze skupionym wyrazem twarzy. Nagle coś na samym ryglu przykuło jego uwagę. Zręcznym ruchem dobył ze swojej walizeczki pęsetkę, zdjął z zasuwy ledwie widoczną drobinę i wsunął do małej koperty, którą z kolei zalepił starannie.

Na komodzie znajdowała się taca z maszynką spirytusową i stojącym na niej małym rondelkiem. Obok widać było pustą, lecz używaną filiżankę i spodek. W rondelku pozostało na dnie trochę brunatnej cieczy. Zdziwiłem się, jak uprzednio mogłem nie dostrzec tacy. Przecież to ważny trop! Poirot zanurzył palec w ciemnym płynie, skosztował go ostrożnie i skrzywił się z niesmakiem.

- Kakao. Jak mi się zdaje, przyprawione rumem - powiedział i zainteresował się szczątkami, które były rozrzucone obok przewróconego stolika nocnego. Lampka naftowa, parę książek, zapałki, pęczek kluczy, potłuczona w drobny mak filiżanka - wszystko to poniewierało się na dywanie.

- Ciekawe - mruknął Poirot. - Bardzo ciekawe.

- Muszę przyznać - burknąłem - że nie widzę nic szczególnie ciekawego.

- Nie widzisz? Spójrz na lampkę. Szkło pękło tylko na dwie części. Wszystko leży tak, jak upadło. A filiżanka po kawie na proch starta.

- Pewnie ktoś ją rozdeptał.

- Właśnie! Ktoś ją rozdeptał - powtórzył detektyw osobliwym tonem.

Wstał z klęczek, podszedł do kominka i jął ustawiać symetrycznie zdobiące półkę drobiazgi. Zawsze robił coś podobnego, gdy był głęboko poruszony.

- Mon ami - odezwał się nagle. - Ktoś rozdeptał filiżankę, i to celowo. Dlaczego? Bo kawa zawierała strychninę albo, co wydaje się bardziej prawdopodobne, nie zawierała strychniny.

Milczałem. Nic nie mogłem pojąć, wiedziałem jednak, że nie warto prosić przyjaciela o wyjaśnienia.

Wkrótce Poirot ocknął się i zabrał się znowu do oględzin.

Podniósł z podłogi pęczek kluczy, począł obracać go w palcach i wreszcie wybrał jeden kluczyk, bardzo jasny i błyszczący. Pasował do czerwonej teczki. Detektyw otworzył ją i zatrzasnął ponownie, a następnie schował do kieszeni wszystkie klucze, nie wyłączając tego, który w momencie naszego przybycia tkwił w zamku teczki.

- Nie upoważniono mnie do przeglądania papierów. Ale trzeba to będzie zrobić jak najprędzej - bąknął Poirot i przystąpił do szczegółowej rewizji w szufladach umywalki.

Kiedy przemierzał pokój w kierunku lewego okna, zainteresował się żywo okrągłą plamą, ledwie widoczną na tle ciemnobrązowego dywanu. Przyklęknął nad nią, obejrzał bardzo uważnie, nawet powąchał.

Następnie wsączył kilka kropel kakao do probówki i probówkę zakorkował troskliwie. Wreszcie dobył z kieszeni cienki notes.

- Napotkaliśmy w tym pokoju - zaczął pisząc prędko - sześć znamiennych szczegółów. Wyliczysz je, czy ja mam to zrobić?

- Oczywiście ty! - podchwyciłem skwapliwie.

- Niech będzie - zgodził się. - A zatem: filiżanka od kawy starta na proch. To pierwszy szczegół. Drugi: teczka z kluczykiem w zamku; trzeci: plama na podłodze,

- Plama może być dawniejsza - wtrąciłem.

- Nie. Jest wilgotna i jeszcze pachnie kawą. Dalej: znaleźliśmy strzępek ciemnozielonej tkaniny: ledwie parę włókienek, ale dałoby się to zidentyfikować.

- Aha! - przerwałem znowu. - Nitki schowałeś do koperty i zakleiłeś.

- Właśnie! Mogą pochodzić z ubrania samej pani Inglethorp i nie świadczyć o niczym. Przekonamy się, sprawdzimy. A oto piąty szczegół! - detektyw wskazał dramatycznym ruchem duży sopel stearyny zastygły na dywanie tuż obok biurka. - Znalazł się tam nie wcześniej niż wczoraj wieczorem. Gdyby było inaczej, dobra pokojówka usunęłaby plamę za pomocą bibuły i gorącego żelazka. Pewnego razu mój najlepszy kapelusz... Ale to nie ma nic do rzeczy.

- Najprawdopodobniej stearyna kapnęła na dywan ostatniej nocy. Wszyscy byliśmy bardzo zdenerwowani. Ale jest i druga możliwość. Sama pani Inglethorp mogła upuścić świecę.

- Wy mieliście tylko jedną świecę, prawda?

- Tak. Przyniósł ją Lawrence Cavendish. Był okropnie wstrząśnięty. Tam - wskazałem ręką w stronę kominka - jak gdyby zobaczył coś i kompletnie osłupiał.

- To ciekawe, zastanawiające - szepnął Poirot i przebiegł wzrokiem całą długość ściany. - Ale to nie pan Lawrence zrobił tę plamę. Jest biała, a on przyniósł różową świecę. Spójrz, stoi na toalecie. I jeszcze jedno. W sypialni pani Inglethorp nie ma lichtarza. Widać używała do czytania lampki naftowej.

- Co stąd wnosisz?

Mój przyjaciel zirytował się trochę. Poradził, abym sam wysnuwał własne wnioski.

- No, a szósty szczegół? - zapytałem. - Pewno miałeś na myśli próbkę kakao.

- Nie - odparł po krótkim namyśle. - Kakao mogłem też zaliczyć do znamiennych szczegółów, ale nie zaliczyłem. Szósty zachowam chwilowo dla siebie.

Jeszcze raz rozejrzał się szybko po sypialni.

- Nic tu już nie zdziałamy - podjął i łakomie spojrzał na wystygły popiół w kominku. - Chyba że... Ogień pali, niszczy, ale... Zdarzają się przypadki. Spróbujemy.

Ukląkł i szybko, wprawnie jął wygarniać popiół, rozsypując go na mosiężnej płycie ochronnej. Nagle wydał stłumiony okrzyk.

- Peseta, Hastings! Prędko!

Niezwłocznie wykonałem polecenie, a Poirot ujął skrawek nadpalonego papieru.

- Jest, mon ami! - zawołał. - I co o tym sądzisz? Bacznym wzrokiem zmierzyłem świstek, którego wierną kopię zamieszczam.

 

 

 

Zdziwiła mnie grubość papieru, niepodobnego zupełnie do zwykłej kartki z notatnika czy bloku korespondencyjnego. Nagle doznałem olśnienia.

- Poirot! - zawołałem. - To był testament.

- Z pewnością - przyznał.

- Nie jesteś zaskoczony? - spojrzałem nań przenikliwie.

- Nie. Liczyłem na coś podobnego.

Zwróciłem przyjacielowi nadpaloną kartkę i przyglądałem się, jak z właściwą sobie metodycznością wsuwa ją ostrożnie do koperty. W głowie wirowały mi tysiące myśli. Co znaczy zagadkowy testament? Kto go mógł zniszczyć? Czy ta sama osoba zostawiła na dywanie stearynową plamę? Zapewne. Ale jak mogła wtargnąć do sypialni? Wszystkie drzwi były zaryglowane od środka.

- Idziemy, mon ami - odezwał się żywo detektyw. - Chciałbym zadać kilka pytań pokojowej. Nazywa się Dorcas, o ile dobrze zapamiętałem?

Wyszliśmy przez pokój Alfreda Inglethorpa, gdzie Poirot marudził wystarczająco długo, by dokonać pobieżnych oględzin. Naturalnie zamknęliśmy na klucz obydwoje drzwi, tak jak były uprzednio zamknięte. Z kolei zaprowadziłem przyjaciela do buduaru, który chciał zlustrować. Sam natomiast udałem się na poszukiwanie Dorcas, lecz gdy z nią niebawem wróciłem, zastałem pokój pusty.

- Poirot! - zawołałem. - Gdzie jesteś?

- Tutaj, mon ami.

Jak się okazało, wyszedł przez oszklone drzwi na taras i podziwiał właśnie rabaty i klomby rozmaitych kształtów.

- Cudowne! - mamrotał. - Wspaniałe! Co za symetria. Spójrz na ten półksiężyc albo na tamte romby. Ich precyzja to radość dla oka. No i dobór roślin zachwycający! Nowa dekoracja, prawda?

- Tak. Zdaje mi się, że z wczorajszego popołudnia. Chodź. Jest Dorcas.

- Dobrze, dobrze... Nie skąp mi pięknego widoku.

- Nie skąpię. Ale masz ważniejszą sprawę.

- Skąd wiesz, czy te piękne begonie nie są równie ważne? Wzruszyłem ramionami. Niepodobna było dyskutować z Herkulesem Poirot.

- Nie zgadzasz się? - podjął. - Ha! Rozmaicie bywa... A teraz porozmawiamy z zacną Dorcas.

Pokojowa czekała w buduarze. Dłonie splotła przed sobą. Siwe włosy miała upięte wysoko pod białym czepeczkiem. Idealny wzór i obraz dobrej służącej starej daty!

- Zechce pani usiąść, mademoiselle.

- Dziękuję.

- Jak długo służyła pani u nieboszczki?

- Dziesięć lat, proszę pana.

- Rozpocznę od wydarzeń wczorajszego popołudnia. Pani Inglethorp miała sprzeczkę. Zgadza się?

- Tak, proszę pana. Ale nie wiem, czy wypada... - Dorcas zawahała się, umilkła.

Detektyw spojrzał na nią bystro.

- Droga pani! Koniecznie muszę usłyszeć o tej sprzeczce z wszelkimi możliwymi szczegółami. Proszę nie wyobrażać sobie, że to zdrada cudzych sekretów. Pani Inglethorp nie żyje, a my powinniśmy dowiedzieć się jak najwięcej. Inaczej nie zdołamy jej pomścić. Nic nie przywróci życia zmarłej, spodziewamy się jednak, że zdołamy oddać mordercę w ręce sprawiedliwości, jeśli istotnie w grę wchodzi morderstwo.

- Słusznie mu się to należy - podchwyciła zawzięcie Dorcas. - Nie chcę wymieniać nazwiska, ale jest w tym domu ktoś, z kim nikt z nas nie mógł się nigdy pogodzić. W złą godzinę przekroczył ten próg.

Poirot spokojnie przeczekał chwilę wzburzenia starej służącej. Następnie podjął rzeczowym, chłodnym tonem:

- Wracając do sprzeczki... Co usłyszała pani najprzód?

- Więc, proszę pana... Tak się złożyło, że przechodziłam przez hall wczoraj po południu i...

- O której godzinie?

- Nie potrafię określić dokładnie. W każdym razie, proszę pana, na długo przed podwieczorkiem. Mogła być czwarta albo niewiele później. Jak mówiłam, proszę pana, tak się złożyło, że przechodziłam przez hall i usłyszałam tutaj, w buduarze, głosy podniesione i wzburzone. Nie miałam zamiaru podsłuchiwać, ale... Wie pan, jak to bywa. Przystanęłam na moment. Drzwi były zamknięte, ale moja pani mówiła głośno, wyraźnie. Usłyszałam: "Okłamywałeś mnie, oszukiwałeś". Nie zrozumiałam, co pan Inglethorp odpowiedział, bo mówił znacznie ciszej. A na to ona "Bez sumienia jesteś! Trzymam cię tutaj, ubieram, żywię. Mnie zawdzięczasz wszystko i tak się odpłacasz! Okrywasz nasze nazwisko niesławą". Znów nie dosłyszałam odpowiedzi, a moja pani mówiła dalej: "Cokolwiek byś powiedział, nie zmieni to sytuacji, Wiem, jak trzeba postąpić. Jestem zdecydowana. Nie wyobrażaj sobie, że zlęknę się rozgłosu, małżeńskiego skandalu". Wtedy wydało mi się, że oni idą w stronę drzwi, więc odeszłam szybko.

- Na pewno słyszała pani głos pana Inglethorpa?

- O tak, proszę pana! Czy mógł być inny?

- A co się działo później?

- Później? Wróciłam do hallu, ale już było cicho. O piątej pani zadzwoniła na mnie i kazała przynieść do buduaru filiżankę herbaty. Tylko filiżankę herbaty, nic do jedzenia. Wyglądała okropnie. Była blada, roztrzęsiona. "Dorcas - powiedziała - przeżyłam wielki wstrząs". A ja na to: "Biedna moja pani! Trzeba wypić filiżankę mocnej, gorącej herbatki, to zaraz będzie lepiej". Coś trzymała w ręku. Nie wiem, czy to był list, czy jakaś kartka. W każdym razie zapisana kartka, a ona wpatrywała się w nią, jak gdyby oczom nie wierzyła. Widocznie zapomniała, że stoję obok, bo szeptała do siebie: "Kilka słów i wszystko się zmienia". A później powiedziała do mnie: "Nigdy nie ufaj mężczyznom, Dorcas. Niewarci tego". Co tchu przyniosłam herbatę, a pani podziękowała mi, powiedziała, że herbata dobrze jej zrobi, i dodała: "Nie wiem, co robić. Skandal małżeński to coś strasznego, Dorcas. Najchętniej zatuszowałabym sprawę, gdyby się dało". Więcej nie powiedziała, bo przyszła pani Cavendish.

- A ten list czy coś innego wciąż trzymała w ręku?

- Tak, proszę pana.

- Jak pani sądzi? Co zrobiła z tym później?

- Bo ja wiem? Pewno schowała do swojej czerwonej teczki.

- Czy tam trzymała zwykle ważne papiery?

- Tak. Co rano schodziła z tą teczką na dół, a wieczorem zabierała ją do swojego pokoju.

- Kiedy zgubiła kluczyk?

- Zauważyła zgubę wczoraj około południa. Zaraz kazała mi szukać. Bardzo się tym przejęła, proszę pana.

- Ale był zapasowy kluczyk?

- Był, proszę pana.

Dorcas miała wielce zdziwioną minę. Przyznaję, że i ja byłem zaskoczony. Skąd się wzięła cała historia z zagubionym kluczykiem?

- Mniejsza, skąd wiem, poczciwa Dorcas - Poirot uśmiechnął się dyskretnie. - W moim zawodzie trzeba wiedzieć i najrozmaitszych sprawach. Czy to ten kluczyk zginął? - wyjął z kieszeni kluczyk, który tkwił w zamku czerwonej teczki: znalezionej w sypialni pani Inglethorp.

Stara służąca wytrzeszczyła oczy.

- Tak, proszę pana, tak! Gdzie pan na niego trafił? Przecież i szukałam wszędzie i szukałam.

- Naturalnie. Ale widzi pani, wczoraj kluczyk był w innym; miejscu, dzisiaj w innym. A teraz z drugiej beczki. Czy w swojej garderobie pani Inglethorp miała coś ciemnozielonego?

Odniosłem wrażenie, że nieoczekiwane pytanie znów zaskoczyło Dorcas.

- Nie, proszę pana.

- Jest pani pewna?

- Najzupełniej.

- A ktokolwiek inny z domowników ma coś zielonego z ubrania?

- Tak... Panna Cyntia ma zieloną sukienkę balową.

- Ciemną czy jasnozieloną?

- O, raczej jasną, proszę pana. Z szyfonu.

- To nie to, Dorcas. Nikt więcej nie ma nic zielonego?

- Nie, proszę pana. Przynajmniej ja nie wiem.

Poirot nie zdradził ani zadowolenia, ani rozczarowania.

- Aha - podjął spokojnie. - Zajmiemy się inną kwestią! Czy pani zdaniem nieboszczka mogła przyjąć ostatniej nocy proszek nasenny?

- Nie, proszę pana. Z pewnością nie ostatniej nocy.

- Czemu jest pani taka pewna?

- Bo pudełko było próżne. Ostatni proszek zażyła parę dni temu i nie zamówiła następnej porcji.

- Jest pani pewna?

- Tak, proszę pana.

- To przesądza sprawę. Aha! Czy wczoraj pani Inglethorp nie prosiła pani o podpisanie jakiegoś dokumentu?

- Dokumentu? - powtórzyła zdziwiona Dorcas. - Nie, proszę pana.

- Wczoraj wieczorem, kiedy pan Hastings i pan Lawrence wrócili do domu, zastali panią Inglethorp zajętą pisaniem listów. Czy może pani powiedzieć coś o adresatach?

- Niestety, nie mogę, proszę pana. Wczoraj miałam wolny wieczór. Może Annie będzie coś wiedzieć. Chociaż to straszny niedbaluch. Nawet nie zabrała z salonu filiżanek po kawie. Zawsze jest coś takiego, jak mnie nie ma.

Poirot podniósł rękę.

- Skoro Annie nie zabrała filiżanek, niech zostaną w salonie. Chętnie rzucę na nie okiem.

- Dobrze, proszę pana.

- O której pani wyszła z domu wczoraj wieczorem?

- Mniej więcej o szóstej.

- Dziękuję. To chyba wszystko... - detektyw wstał i podszedł do okna. - Z podziwem patrzę na te grządki. Aha! Ilu ogrodników pracuje w Styles Court?

- Teraz tylko troje, proszę pana. Przed wojną mieliśmy pięciu i wtedy Styles Court wyglądało naprawdę jak pańska rezydencja. Szkoda, że pan nie widział ogrodu. Warto było! Dziś jest tylko stary Manning i młody William, i taka nowomodna ogrodniczka, co chodzi w spodniach i w ogóle. Okropne czasy, proszę pana!

- Wrócą lepsze, Dorcas. Nie traćmy nadziei. A teraz może zechce pani przysłać tu Annie?

- Bardzo chętnie, proszę pana.

- Skąd wiesz, że pani Inglethorp brała proszki nasenne? - zapytałem ciekawie, gdy za starą pokojową zamknęły się drzwi. Skąd wiesz, że zgubiła kluczyk i miała zapasowy?

- Powoli, jedno po drugim - odparł Poirot. - O proszkach dowiedziałem się stąd - szybko dobył z kieszeni małe tekturowe pudełko pochodzące niewątpliwie z apteki.

- Gdzie je znalazłeś?

- W szufladzie umywalki w sypialnym pokoju nieboszczki. To numer szósty mojej listy.

- Chyba bez znaczenia, skoro proszki skończyły się parę dni temu.

- Być może... ale spójrz na pudełko. Nie widzisz nic osobliwego? Pilnie zbadałem wzrokiem pudełko.

- Nie... Nic osobliwego nie widzę.

- Zwróć uwagę na etykietę.

- "Jeden proszek przed snem, w razie potrzeby. Pani Inglethorp" - przeczytałem głośno. - Cóż w tym niezwykłego?

- Chociażby brak nazwiska aptekarza.

- Rzeczywiście! - zawołałem. - To dziwne.

- Słyszałeś kiedy, by aptekarz dostarczał takie pudełka bez swojego nazwiska?

- Nie słyszałem, przyznaję.

Ożywiłem się, lecz Poirot rychło ostudził mój zapał mówiąc spokojnie:

- Ale wyjaśnić to łatwo, więc się nie podniecaj, mon ami. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo skrzypienie trzewików oznajmiło, że się zbliża Annie. Była to ładna, zgrabna dziewczyna; mimo zdenerwowania nie potrafiła ukryć niezdrowej radości wywołanej sensacją.

Z właściwą mu rzeczowością Poirot przystąpił z miejsca do sedna sprawy.

- Wezwałem cię, Annie, ponieważ liczę, że wiesz coś o listach, które pani Inglethorp napisała wczoraj wieczorem. Ile ich było? Czy przypominasz sobie adresy?

Dziewczyna zastanowiła się przez moment.

- Były cztery listy, proszę pana. Jeden do panny Howard, jeden do notariusza, pana Wellsa, a dwa to nie pamiętam, proszę pana... Prawda! Trzeci był do Rossa, jednego z dostawców z Tadminster. A ostatni... Nie pamiętam, proszę pana.

- Spróbuj sobie przypomnieć - wtrącił detektyw. Annie daremnie szukała w pamięci.

- Nie da rady, proszę pana - powiedziała wreszcie. - Widocznie wcale nie zauważyłam adresu.

Poirot nie zdradził zainteresowania.

- Mniejsza o to - podjął. - Zajmijmy się czymś innym. W sypialni nieboszczki znalazłem rondelek, a w nim resztki kakao. Czy pani Inglethorp co noc pijała kakao?

- Tak. Każdego wieczora zostawiało się rondelek w jej pokoju. Sama odgrzewała kakao, jak jej przyszedł apetyt.

- Czy to było zwyczajne kakao?

- Tak, proszę pana, z mlekiem, łyżeczką cukru i dwiema łyżeczkami rumu.

- Kto zanosił rondelek na górę?

- Ja, proszę pana.

- Zawsze?

- Zawsze, proszę pana.

- Kiedy?

- Jak szłam zasłaniać okna.

- Czy rondelek przynosiłaś prosto z kuchni?

- Nie, proszę pana. Na kuchni gazowej jest niewiele miejsca, więc kucharka gotowała kakao wcześnie, nim postawiła jarzyny na kolację. Ja brałam rondelek i zanosiłam na stół obok drzwi wahadłowych. Stamtąd niosłam go później do pokoju pani.

- Drzwi wahadłowe są w lewym skrzydle, prawda?

- Tak, proszę pana.

- A stół znajduje się po tej stronie drzwi czy po przeciwnej, na korytarzu do pomieszczeń dla służby?

- Po tej stronie, proszę pana.

- O której zabrałaś z kuchni rondelek wczoraj wieczorem?

- Mniej więcej kwadrans po siódmej.

- A kiedy zaniosłaś kakao do sypialni?

- Jak szłam zasłaniać okna. Około ósmej. Byłam jeszcze w pokoju, jak pani przyszła.

- To znaczy, że między siódmą piętnaście a ósmą rondelek stał na stole w lewym skrzydle domu.

- Tak, proszę pana.

Annie umilkła i zakłopotana rumieniła się coraz bardziej. Wreszcie wybuchnęła nieoczekiwanie:

- A jeżeli w rondelku była sól, to nie moja wina, proszę pana! Ja z solą nie miałam nic do czynienia.

- Skąd ci przyszło na myśl, że w rondelku mogła być sól? - zapytał Poirot.

- Bo widziałam na tacy.

- Widziałaś sól na tacy?

- Tak, proszę pana; grubo mieloną sól kuchenną. Nic nie spostrzegłam, jak brałam tacę z kuchni, a później była sól. Zaraz ją zobaczyłam, kiedy chciałam zanieść kakao do pokoju pani. Chyba powinnam wrócić i poprosić kucharkę, żeby ugotowała świeże kakao. Ale śpieszyło mi się, bo Dorcas miała wychodne, więc pomyślałam, że kakao jest pewno dobre, a sól wysypała się tylko na tacę. No i zmiotłam sól fartuchem, i poszłam do pokoju pani.



dalej


strona główna
(23kB)