(23kB)
strona główna

 

 

 

AGATHA CHRISTIE

TAJEMNICA REZYDENCJI „CHIMNEYS”





TŁUMACZYŁA URSZULA GUTOWSKA

TYTUŁ ORYGINAŁU: THE SECRET OF CHIMNEYS

Mojemu siostrzeńcowi

Na pamiątką pewnego napisu

w Zamku Compton

oraz dnia spędzonego w ZOO

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ANTHONY CADE ANGAŻUJE SIĘ DO PRACY

- Dżentelmen Joe?!

- Nie do wiary, toż to poczciwy Jimmy McGrath! Elitarna wycieczka biura podróży „Castle”, w której skład wchodziło siedem niewiast o zatroskanych twarzach oraz trzech spoconych mężczyzn, przyglądała się im z prawdziwym zainteresowaniem. Nie ulegało wątpliwości, że pan Cade spotkał starego przyjaciela. Wszyscy oni uwielbiali pana Cade’a, zachwycali się jego wysoką, szczupłą sylwetką, opaloną na brąz twarzą, wesołym sposobem bycia, lekkością, z jaką potrafił prowadzić rozmowę, co wprawiało turystów w doskonały nastrój. Ten jego przyjaciel to człowiek o powierzchowności dość dziwnej. Prawie tego samego wzrostu co pan Cade, ale krępy i zdecydowanie nie tak przystojny. Typ mężczyzny, który występuje w powieściach jako właściciel saloonu. Mimo wszystko interesujący. W końcu dlatego wyjeżdża się za granicę - żeby sobie obejrzeć te różne dziwne rzeczy, o których czyta się w książkach. Aż do dziś w Bulawayo strasznie się nudzili. Słońce prażyło niemiłosiernie, hotel nie miał wygód, nie warto było nigdzie się ruszać aż do momentu wyjazdu do Matoppos. Całe szczęście, że pan Cade zaproponował widokówki. Zaopatrzenie w widokówki było znakomite.

Anthony Cade wraz z przyjacielem odłączyli się trochę od reszty. - Co ty tu, do diabła, robisz z tą kupą babsztyli? - zapytał McGrath. - Zakładasz harem czy co?

- Harem z tymi kilkoma sztukami? - rzekł z uśmiechem Anthony. - Czy ty im się dobrze przypatrzyłeś?

- Oczywiście. I pomyślałem sobie, że musiałeś stracić wzrok.

- Wzrok mam jak zawsze idealny. Nie, to jest elitarna wycieczka biura podróży „Castle”: ja jestem tu „Castle”, lokalnym naturalnie.

- Co ci przyszło do głowy, żeby brać się za taką robotę?

- Chroniczny brak forsy. Ale możesz mi wierzyć, że bardzo mi to nie leży.

Jimmy uśmiechnął się kpiąco.

- Nigdy nie miałeś zacięcia do regularnej pracy. Anthony zignorował to oszczercze pomówienie.

- Liczę, że w niedługim czasie coś się odmieni - zauważył optymistycznie. - Zawsze tak bywa.

Jimmy roześmiał się.

- Gdy zanosi się na jakieś kłopoty, to Anthony Cade prędzej czy później musi ściągnąć je sobie na łeb, nie mam co do tego wątpliwości - powiedział.

- Masz absolutnego nosa do wynajdywania rozrób i wtedy klops. Gdzie moglibyśmy pogadać?

Anthony westchnął ciężko.

- Chcę tym gdaczącym kwokom pokazać grobowiec Rhodesa.

- Pierwszorzędnie - rzekł aprobująco Jimmy.

- Wrócą po tej wycieczce wyboistą drogą poobijane do żywego, posiniaczone, i tylko będą marzyć o łóżku, żeby lizać rany. Wtedy my zyskamy kapkę czasu na wymianę informacji.

- Dobra. Cześć, Jimmy!

Anthony dołączył do swego stada owieczek. Panna Taylor, najmłodsza w grupie i najbardziej filuterna, z miejsca go zaatakowała:

- Czy to był pana dawny przyjaciel?

- Tak. Jeden z druhów mojej nieskazitelnej młodości.

Panna Taylor zachichotała.

- To moim zdaniem bardzo przystojny mężczyzna.

- Powtórzę mu to.

- Pan jest doprawdy nieznośny! Coś podobnego! Jak on pana nazwał?

- Dżentelmen Joe.

- Właśnie. A pan ma na imię Joe?

- Przecież pani wie, że Anthony.

- A niech pana nie znam!! - zawołała kokieteryjnie panna Taylor.

Anthony do tej pory świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Poza wykonywaniem niezbędnych przed podróżą czynności winien był również uspokajać zirytowanych starszych panów, których godność została narażona na szwank, dbać, by starsze panie jak najczęściej miały możność kupowania pocztówek, oraz flirtować z możliwie każdą damą przed feralną czterdziestką. To ostatnie zajęcie sprawiało mu stosunkowo najmniej kłopotu, a to dlatego, że panie z wielką werwą wychwytywały czułe aluzje z jego najniewinniejszych napomknień.

Panna Taylor znów przypuściła atak:

- No to dlaczego nazwał pana Joe’em?

- Pewno dlatego, że tak się właśnie nie nazywam.

- A dlaczego dżentelmen Joe?

- Z tego samego powodu.

- Och, proszę pana - zaprotestowała wielce stropiona panna Taylor. - Zupełnie nie ma pan racji. Nie dalej jak wczoraj wieczorem papa mówił o pana dżentelmeńskich manierach.

- To bardzo miłe ze strony pani ojca.

- Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że jest pan prawdziwym dżentelmenem.

- Czuję się zażenowany.

- Nie ma potrzeby, naprawdę tak uważam.

- Tkliwe serca bardziej się liczą niż korony królewskie - stwierdził Anthony zdawkowo, nie zastanawiając się nad znaczeniem swej wypowiedzi i marząc tylko o tym, by jak najszybciej była pora na lunch.

- Jest taki piękny wiersz… Czy dużo wierszy pan zna?

- Mogę wyrecytować w razie potrzeby: Chłopiec stal na płonącym pokładzie. A więc: „Chłopiec stał, pokład płonął, wszyscy zwiali, tylko nie on.” To wszystko, co umiem, ale jeśli pani sobie życzy, mógłbym to nieco zilustrować. „Chłopiec stał, pokład płonął” szu, szu, szu (to płomienie). „Wszyscy zwiali, tylko nie on”, biegam jak pies tam i z powrotem.

Panna Taylor ryknęła śmieciłem.

- Ojej, spójrzcie na pana Cade’a! Jest kapitalny!

- Najwyższy czas na poranną herbatę - rzekł ten energicznie. - Proszę tędy. Na następnej ulicy mamy wspaniałą kawiarnię.

- Domniemywam - powiedziała pani Caldicott tym swoim głębokim głosem - że koszt posiłku jest wliczony do wycieczki?

- Poranna herbata, proszę pani - odparł Anthony w sposób profesjonalnie uprzejmy - jest ekstra.

- To nieprzyzwoite!

- Życie bardzo często nas doświadcza - powiedział pocieszająco Anthony.

- Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauważyła tonem człowieka skaczącego na minę:

- Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, że dziś rano przy śniadaniu odlałam trochę herbaty do dzbanka. Podgrzeję ją sobie na maszynce spirytusowej. Chodź, tatuśku.

Państwo Caldicott pożeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aż promieniała zadowoleniem z własnej zapobiegliwości.

- O, Boże - mruknął Anthony - ileż komicznych postaci chodzi po tym świecie.

Resztę towarzystwa skierował w stronę kawiarni. Panna Taylor nie odstępowała go ani na krok i znów wróciła do tematu:

- Dawno pan się widział z tym swoim przyjacielem?

- Przeszło siedem lat temu.

- A poznał go pan w Afryce?

- Tak, ale nie w tej części. Po raz pierwszy zobaczyłem Jimmy’ego McGratha wtedy, gdy był już związany, gotowy do pieczenia. Musi pani wiedzieć, że niektóre plemiona w interiorze uprawiają ludożerstwo. Przybyliśmy w samą porę.

- I co się stało dalej?

- Bardzo ładna mała awanturka. Paru typów załatwiliśmy, reszta wzięła nogi za pas.

- Och, jakie pan miał bogate, pełne przygód życie!

- Wiodłem żywot bardzo spokojny, zapewniam panią.

Ale panna Taylor najwyraźniej mu nie uwierzyła.

Była mniej więcej dziesiąta wieczór, gdy Anthony Cade wszedł do małego pokoiku, w którym Jimmy McGrath manipulował rozmaitymi butelkami.

- Zrób coś mocnego, James - poprosił gość. - Zaręczam ci, że ogromnie jest mi to potrzebne.

- Wierzę ci, chłopie. Ja za żadne skarby świata takiej roboty bym nie przyjął. - Daj mi inną, to w jednej chwili mnie tu nie będzie.

McGrath nalał sobie, wypił duszkiem i zabrał się do przyrządzania następnej porcji. A potem zapytał niespiesznie:

- Mówisz serio, stary?

- O czym?

- Że rzucisz w diabły tę pracę, jak będziesz miał inną?

- A bo co? Chcesz przez to powiedzieć, że dajesz mi posadę żebraka? Jak masz robotę, to czemuś sam jej nie złapał?

- Złapałem, ale za bardzo się na niej nie wyznaję i dlatego proponuję tobie.

Anthony wzmógł czujność.

- A dlaczego ci ona nie odpowiada? Przecież nie kazali ci nauczać w szkółce niedzielnej?

- Myślisz, że ktoś by zaryzykował taką ofertę?

- Ktoś, kto cię dobrze zna, na pewno nie.

- To naprawdę świetna robota, niczego złego się nie dopatruj.

- Czy może szczególnym trafem w Ameryce Południowej? Mam chętkę na Amerykę Południową. W jednej z tych republik szykuje się całkiem fajna rewolucja.

McGrath uśmiechnął się szeroko.

- Zawsze byłeś pies na rewolucje, pasuje ci wszystko, co prowadzi do porządnej rozróby.

- Czuję, że moje zdolności byłyby tam docenione. Powiadam ci, Jimmy, przydam się w każdej rewolucji, obojętnie, po której stronie bym się znalazł. Wszystko lepsze od tego nudnego, codziennego bytowania.

- Zdaje się, że o tej swojej skłonności już mi mówiłeś. Nie, nie daję ci roboty w Ameryce Południowej, tylko w Anglii.

- Anglia? Powrót bohatera do stron rodzinnych? Po siedmiu latach nie zgarną mnie chyba za te rachunki, jak myślisz, Jimmy?

- Nie sądzę. No więc słuchasz mnie dalej?

- Słucham, jak najbardziej. Niepokoi mnie tylko, dlaczego sam nie wziąłeś tej roboty.

- Powiem ci, dlaczego. Ja, Anthony, szukam złota, hen, w interiorze.

Anthony gwizdnął i spojrzał na niego uważnie.

- Zawsze przepadałeś za złotem, Jimmy, odkąd cię znam. To twoja słabość, takie specyficzne, małe hobby. Wydeptałeś nieskończoną liczbę fantastycznych ścieżek, nie ma takiego drugiego faceta.

- I w końcu złapię ślad, przekonasz się.

- No tak, każdy ma jakieś hobby. Moje to rozróba, twoje - złoto.

- Zaraz ci opowiem, co trzeba. Mam nadzieję, że wiesz wszystko o Herzoslovakii?

Anthony obrzucił go bystrym spojrzeniem.

- Herzoslovakia? - zapytał i dziwna nuta zadźwięczała w jego głosie.

- Tak. Wiesz coś o tym kraju?

Minęła dłuższa chwila, zanim Anthony udzielił odpowiedzi. Rzekł powoli:

- Tylko to, co wiedzą na ogól wszyscy. To jedno z bałkańskich państw, mam rację? Główne rzeki - nie znane. Główne pasma górskie - też nie znane, chyba sporo ich jest. Stolica Ekarest. Ludność - przeważnie bandyci. Ich hobby to mordowanie królów i robienie rewolucji. Ostatni król, Nicholas Czwarty, zamordowany około siedmiu lat temu. Od tej pory kraj jest republiką. W sumie bardzo interesujący. Mogłeś mi na początku powiedzieć, że chodzi o Herzoslovakię.

- Nie chodzi, chyba że pośrednio. Anthony spojrzał na niego bardziej ze smutkiem niż z gniewem.

- Musisz coś z tym zrobić, James. Zapisz się na kurs korespondencyjny czy co. Gdybyś w dawnych dobrych czasach wstawiał taką mowę, powieszono by cię do góry nogami i złojono skórę łub uraczono czymś równie, nieprzyjemnym.

Jimmy ciągnął dalej, nie zrażony krytyką:

- Słyszałeś kiedyś o hrabim Stylptitchu?

- To rozumiem - powiedział Anthony. - Ludzie, którzy nigdy nie mieli pojęcia o Herzoslovakii, na dźwięk tego nazwiska doznaliby olśnienia. Wielki Starzec na Bałkanach, najmądrzejszy mąż stanu naszych czasów. Najgroźniejszy łotr, który uniknął stryczka. Punkt widzenia zależy od gazety, którą weźmiesz do ręki. Ale jedno jest pewne, James, hrabia Stylptitch pozostanie w ludzkiej pamięci długo potem, kiedy my już się rozsypiemy w proch i pył. Za każdą akcją i kontrakcją na Bliskim Wschodzie stał od lat dwudziestu hrabia Stylptitch. Był dyktatorem i patriotą, i mężem stanu - lecz właściwie nikt nie wie dokładnie, kim naprawdę był, poza tym, że był królem najdoskonalszej intrygi. No więc co masz mi o nim do powiedzenia?

- Był premierem Herzoslovakii, i dlatego właśnie najpierw o nim ci wspomniałem.

- Nie masz wyczucia proporcji, Jimmy. Herzoslovakia w zestawieniu ze Stylptitchem ma znaczenie drugorzędne. Jest tylko miejscem jego urodzenia i krajem, w którym zajmuje się sprawami publicznymi. Ale myślałem, że on już nie żyje?

- I dobrze myślałeś. Umarł w Paryżu jakieś dwa miesiące temu. To, o czym mówię, zdarzyło się przed paroma laty.

- Pytanie tylko, co to jest to, o czym mi mówisz.

Jimmy przełknął docinek i przyspieszył relację:

- A więc było to tak. Przebywałem w Paryżu, dla ścisłości dodam, że działo się to przed czterema laty. Pewnego wieczoru przechadzam się samotnie w dość odludnej dzielnicy Paryża i widzę, jak sześciu francuskich chuliganów nalewa nobliwie wyglądającego starszego pana. Nie znoszę być biernym widzem, toteż błyskawicznie wdałem się w bójkę i zacząłem okładać tych drani. Śmiem twierdzić, że nigdy do tej pory nie oberwali tak solidnie. Zmiękli jak plastelina!

- Jeden zero dla ciebie, James - powiedział ciepło Anthony. - Szkoda, że moje oczy tego nie oglądały.

- Drobiazg - wyrzekł skromnie Jimmy. - Ale ten starszy facet był mi bezgranicznie wdzięczny. Na pewno był po paru kieliszkach, nie mam co do tego wątpliwości, był jednak na tyle trzeźwy, że zapisał sobie moje nazwisko i adres i nazajutrz przyszedł, żeby mi podziękować. Pokazał klasę, oczywiście. I wtedy właśnie się dowiedziałem, że uratowałem życie hrabiemu Stylptitchowi. Miał dom przy ulicy Bois.

Anthony skinął głową.

- Tak, po zamordowaniu króla Nicholasa Stylptitch przeniósł się do Paryża. Później namawiano go, żeby wrócił i został prezydentem, ale odmówił. Pozostał wierny swoim monarchistycznym ideałom, choć powiadają, że trzymał rękę na pulsie wszystkich politycznych spraw, jakie rozgrywały się na Bałkanach. Świętej pamięci hrabia Stylptitch.

- Nicholas Czwarty miał ponoć dziwaczny gust, jeśli idzie o kobiety, prawda? - zapytał nagle Jimmy.

- Tak - odparł Anthony. - I to biedakowi bokiem wyszło. Była popychadłem w jednym z paryskich music-halli, nawet by nie pasowała do morganatycznego związku. Lecz Nicholas cholernie się do niej napalał, a ona wychodziła wprost ze skóry, żeby zostać królową. Wygląda to jak bajka, ale jakoś to załatwili. Hrabia ogłosił, że ona jest księżną Popoffsky czy coś w tym sensie i że w jej żyłach płynie krew Romanowów. Nicholas wziął z nią ślub w katedrze w Ekareście, a udzieliła mu go gromada niechętnych temu przedsięwzięciu arcybiskupów, i małżonka została ukoronowana jako królowa Varaga. Nicholas żył w zgodzie ze swoimi ministrami i moim zdaniem uważał, że tylko to się liczy - nie wziął pod uwagę społeczeństwa. W Herzoslovakii ludzie są bardzo zacofani i uwielbiają arystokrację. Życzą sobie, żeby ich królowie i królowe byli z prawdziwego kruszcu. Szemrano, wyrażano głośno swoje niezadowolenie, władze bezlitośnie stłumiły bunt, po czym wybuchło prawdziwe powstanie, atak na pałac, zabójstwo króla i królowej i ogłoszenie republiki. Ta funkcjonuje po dziś dzień, ale podobno stale się tam kotłuje. Zamordowano jednego czy dwóch prezydentów po prostu po to, by zaznaczyć swoją obecność. Jednakże revenons á nos moutons*z Dotarłeś do tego, jak hrabia Stylptitch obwołał cię swoim wybawicielem.

- Tak. No dobrze, i to byłby koniec całej sprawy. Wróciłem do Afryki i nigdy więcej o tym nie myślałem, i dopiero przed dwoma tygodniami otrzymałem cudacznie wyglądającą paczkę, która podążała za mną z miejsca na miejsce, Bóg jeden wie, jak długo. Wyczytałem w gazecie, że hrabia Stylptitch umarł niedawno w Paryżu. No i ta paczka zawierała jego wspomnienia, czy jak to się nazywa. Był tam zapis mówiący, że jeśli dostarczę rękopis do pewnej firmy wydawniczej w Londynie do trzynastego października włącznie, będą zobowiązani wręczyć mi tysiąc funtów.

- Tysiąc funtów? Powiedziałeś tysiąc funtów, Jimmy?

- Tak jest, synu. Mam w Bogu nadzieję, że to żaden żart. Kursuje takie powiedzonko, że politykom ani arystokratom wierzyć nie należy. Otóż to. No i w ten sposób rękopis gonił mnie po świecie i teraz nie mam już czasu do stracenia. Mimo wszystko szkoda byłoby mi zrezygnować. Mam zaplanowaną wycieczkę do interioru i tylko o niej marzę. Druga taka okazja już mi się nie trafi.

- Niepoprawny z ciebie facet, Jimmy. Tysiąc funtów w garści warte jest więcej niż cała masa mitycznego złota.

- A jeżeli to oszustwo? Tak czy owak jestem tutaj, bilet mam załatwiony i wszystko inne, teraz do Cape Town, a potem dalej!

Anthony wstał i zapalił papierosa.

- Zaczynam rozumieć twój zamysł, James. Ty pojedziesz, tak jak zaplanowałeś, na te swoje złote polowanie, a ja mam zagarnąć dla ciebie tysiąc funtów. Ile z tego będę miał?

- Co powiesz na jedną czwartą?

- A więc proponujesz dwieście pięćdziesiąt funtów wolne od podatku?

- Zgadza się.

- Umowa stoi, ale żeby cię pognębić, oznajmiam ci, że i za stówę bym to zrobił. Pozwól, że powiem ci jeszcze i to, Jamesie McGrath, iż źle skończysz, prowadząc taką gospodarkę finansową.

- A czy to nie jest dobry interes?

- Jest, oczywiście. I przyjmuję propozycję. Na pohybel elitarnej wycieczce!

Spełnił uroczyście toast.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

DAMA W KŁOPOCIE

- Tak to wygląda - powiedział Anthony wychyliwszy szklankę i odsuwając ją od siebie. - Jakim statkiem miałeś płynąć?

- „Granarth Castle”.

- Przejazd zabukowany na twoje nazwisko, będzie więc chyba lepiej, gdy podam się za Jamesa McGratha. Wyrośliśmy już dawno z paszportowej biurokracji, prawda?

- Bez znaczenia. Jesteśmy wprawdzie zupełnie do siebie niepodobni, ale na pewno opis naszych postaci na tych diabelstwach będzie identyczny. Sześć stóp wzrostu, włosy brązowe, oczy niebieskie, nos przeciętny, rysy twarzy przeciętne.

- Nie szafuj tak tą przeciętnością. Musisz wiedzieć, że „Castle” wybrało mnie spośród kilku kandydatów wyłącznie z racji przyjemnego wyglądu i dobrych manier.

Jimmy zachichotał.

- Obserwowałem dziś rano te twoje maniery.

- No i dobrze.

Anthony wstał i przeszedł się po pokoju tam i z powrotem. Zmarszczył brwi i parę minut upłynęło, zanim przemówił:

- Jimmy - rzek! w końcu. - Stylptitch umarł w Paryżu. Jaki ma więc sens przesyłanie rękopisu z Paryża do Londynu via Afryka?

Jimmy potrząsnął bezradnie głową.

- Nie wiem.

- Dlaczego nie zapakować go ładnie i nie przesłać paczki pocztą?

- Całkiem to mądrze brzmi, w pełni się z tobą zgadzam.

- Oczywiście - kontynuował Anthony - wiem doskonale, że królów i królowe oraz dostojników państwowych obowiązuje etykieta wykluczająca postępowanie najprostsze, zgodne z rozsądkiem. Stąd posłańcy królewscy i tak dalej. W średniowieczu dawałeś chłopakowi sygnet jako znak rozpoznawczy. Sezamie otwórz się. „Królewski sygnet! Droga wolna!” A zazwyczaj był to ktoś, kto zdążył już go skraść. Zawsze się zastanawiam, dlaczego żaden obrotny facet nie wpadł na pomysł skopiowania sygnetu, zrobienia z tuzina takich pierścieni, które by potem sprzedał po sto dukatów sztuka. Wygląda na to, że ludzie żyjący w średniowieczu nie odznaczali się inicjatywą.

Jimmy ziewnął.

- Moje wywody na temat średniowiecza najwyraźniej cię nudzą. Wróćmy zatem do hrabiego Stylptitcha. Z Francji do Anglii via Afryka to trasa nawet jak na dyplomatę co najmniej dziwna. Gdyby chciał tylko mieć pewność, że dostaniesz owe tysiąc funtów, mógłby ci je zapisać w testamencie. Bogu dzięki ani ty, ani ja nie jesteśmy na tyle dumni, żeby nie przyjąć spadku. Ten cały Stylptitch musiał mieć bzika.

- Naprawdę tak uważasz?

Anthony, zmarszczywszy czoło, ciągle chodził w tę i z powrotem po pokoju.

- Czy ty w ogóle to przeczytałeś? - zapytał niespodziewanie.

- Niby co?

- Rękopis. - Mój Boże, nie! Sądzisz, że mam ochotę na czytanie takich rzeczy?

Anthony uśmiechnął się.

- Tak sobie tylko pomyślałem, to wszystko. Wiesz, pamiętniki przysparzają niekiedy moc kłopotów. Różne rewelacyjne niedyskrecje i tak dalej. Ludzie, którzy przez całe życie byli milczący i zamknięci w sobie, z wielkim upodobaniem myślą o tym, że po własnej śmierci dostarczą kłopotów swoim bliźnim. Sprawia im to złośliwą satysfakcję. Jimmy, jakim człowiekiem był hrabia Stylptitch? Poznałeś go i rozmawiałeś z nim, a jesteś skądinąd wytrawnym znawcą ludzkiej natury. Czy nie zaliczyłbyś go do gatunku starych, mściwych drani?

Jimmy potrząsnął głową.

- Trudno powiedzieć. Widzisz, tej pierwszej nocy był wyraźnie na bańce, a nazajutrz już odgrywał rolę czcigodnego starszego pana o wykwintnych manierach, zasypał mnie komplementami, że nie wiedziałem, gdzie oczy podziać.

- A jak był pijany, nie powiedział nic interesującego?

Jimmy cofnął się myślami do owego momentu i po swojemu zmarszczył brwi.

- Powiedział, że wie, gdzie jest Koh-i-noor* - oznajmił Jimmy niepewnym tonem.

- Daj spokój - powiedział Anthony :- to wiemy wszyscy. Trzymają klejnot w Tower, nieprawdaż? Za grubym szkłem i żelazną kratą, a wokół stoi mnóstwo dżentelmenów w strojach historycznych i tylko patrzą, czy czegoś nie podwędzisz.

- To fakt - zgodził się Jimmy.

- Nie wygłupiaj się, stary. To, co powiedziałeś, jest bardzo ważne.

Podszedł do okna i stał tam chwilę, wyglądając na zewnątrz.

- A kto to jest ten Król Victor? - chciał wiedzieć Jpnmy. - Też jakiś bałkański monarcha?

- Nie - odparł Anthony powoli. - On nie należy do tego typu królów.

- No to co on za jeden?

Zapadła cisza, a potem Anthony rzekł:

- To kanciarz, Jimmy. Najsławniejszy w świecie złodziej klejnotów. Fantastyczny, nieprawdopodobnie odważny facet, który nikogo się nie lęka. Król Victor to jego ksywa, pod tą ksywą znany był w Paryżu. W Paryżu właśnie była kwatera główna jego gangu. Tam go złapali i wsadzili na siedem lat, za jakieś drobne przestępstwa. Nic ważnego nie mogli mu udowodnić. Wkrótce wyjdzie z ciupy albo może już wyszedł.

- Czy uważasz, że hrabia Stylptitch mógł mieć coś wspólnego z jego zapuszkowaniem? Czy dlatego ten gang napadł na niego? Akt zemsty?

- Nie mam pojęcia - powiedział Anthony. - Fakty jednak świadczą, że jest to mało prawdopodobne. O ile mi wiadomo, Król Victor nigdy nie ukradł klejnotów z korony Herzoslovakii. Ale ta cała sprawa daje sporo do myślenia, prawda? Śmierć Stylptitcha, jego pamiętniki, hałas podniesiony w prasie - wszystko to zagmatwane, lecz bardzo ciekawe. I kolejna pogłoska nawiązująca do tego, że w Herzoslovakii dowiercono się do nafty. Czuję przez skórę, James, że lada dzień ludzie zaczną się interesować tym niewielkim, mało znaczącym krajem.

- Jacy ludzie?

- Żydzi. Żółtoskórzy finansiści w wielkich biurowcach.

- Do czego ty właściwie zmierzasz?

- Wychodzę z założenia, że po co sobie ułatwić, skoro można utrudnić, to wszystko.

- Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że wręczenie rękopisu wydawcy może nastręczyć jakieś trudności?

- Nie - powiedział Anthony z ubolewaniem. - Nie przewiduję w tej kwestii żadnych problemów. Ale chciałbym cię poinformować, James, dokąd zamierzam się udać z tymi dwustu pięćdziesięcioma funtami.

- Ameryka Południowa?

- Nie, chłopie, Herzoslovakia. Udzielę poparcia republice. Bardzo prawdopodobne, że skończy się to tym, iż zostanę prezydentem.

- To ogłoś się przy okazji najważniejszym Obolovitchem i zasiądź na tronie.

- Nie, Jimmy. Królowie są na stałe. A prezydenci biorą posadę na cztery lata czy coś koło tego. Bardzo by to było zabawne, gdybym przez cztery lata porządził sobie takim państwem.

- Trzeba dodać, że królowie pracują przeciętnie o wiele mniej - wtrącił Jimmy.

- Przewiduję, że będzie mnie nęciło, by sprzeniewierzyć tę twoją część tysiąca funtów. Kiedy wrócisz obwieszony grudkami złota, nie będzie ci ta forsa potrzebna. Zainwestuję ją dla ciebie w herzoslovackich szybach naftowych. Wiesz, James, im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się podoba ten twój pomysł. Gdybyś nie wspomniał o Herzoslovakii, nawet by mi ona nie przyszła do głowy. Jeden dzień spędzę w Londynie, odbiorę łup i zaraz wsiadam do Balkan-Expressu.

- Nie musisz się tak szybko zwijać. Nie zdążyłem ci napomknąć, że chcę ci zlecić jeszcze jedno cholerne zadanie. Anthony usiadł na krześle i spojrzał na niego surowo.

- Cały czas czułem, że kryje się za tym jakaś ciemna sprawka. Zaraz wyjdzie szydło z worka.

- Absolutnie się mylisz. Chodzi o pomoc dla pewnej damy.

- Zapamiętaj sobie, James, raz na zawsze, że nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi aferami miłosnymi, nie mieszaj mnie w to.

- To nie jest żadna afera miłosna. Nigdy tej kobiety nie widziałem. Opowiem ci wszystko od początku.

- Jeżeli mam wysłuchać jednej z tych twoich ciągnących się w nieskończoność historyjek, zrób mi jeszcze drinka.

Pan domu spełnił gościnnie prośbę Anthony’ego, po czym przystąpił do opowieści:

- Wydarzyło się to podczas mego pobytu w Ugandzie. Był tam pewien Amerykanin obcego pochodzenia, któremu uratowałem życie…

- Na twoim miejscu - przerwał Anthony - napisałbym książkę pod tytułem: Ludzie, którym uratowałem życie. To już jest drugi wypadek, o którym dziś słyszę z twoich ust.

- Oj, to nie był żaden szczególny czyn. Po prostu wyciągnąłem tego faceta z rzeki. Jak wszyscy obcy nie umiał pływać.

- Chwileczkę, czy ta historia ma coś wspólnego ze sprawą?

- Niewiele, aczkolwiek, dziwna rzecz, teraz to sobie uświadamiam, ten człowiek był Herzoslovakiem. Nazywaliśmy go Dutch Pedro.

Anthony skinął głową obojętnie.

- Dla obcego każda ksywa jest dobra - zauważył. - No, ciągnij dalej, James.

- Facet należał do gatunku wdzięcznych. Chodził za mną jak pies. Pół roku później zmarł na febrę. Byłem przy nim do końca. Ostatnia rzecz, jaką zrobił umierając, to kiwnął na mnie i wyszeptał w podnieceniu mało zrozumiałym żargonem o pewnej tajemnicy - kopalni złota, tak do odebrałem. Wetknął mi do ręki ceratowy pakuneczek, który zawsze nosił na piersi. Wtedy nie poświęciłem temu wiele uwagi. Dopiero po jakimś tygodniu otworzyłem paczuszkę. Muszę przyznać, że byłem ciekaw, co zawiera. Nie sądziłem, by Dutch Pedro w ogóle się orientował, co to jest kopalnia złota - ale kto to wie, szczęście chadza różnymi drogami…

- A na samą myśl o złocie dostałeś jak zwykle palpitki - przerwał mu Anthony.

- Nigdy w życiu nie przeżyłem takiego rozczarowania. Kopalnia złota, też coś! Śmiem przypuszczać, że dla tego drania była to kopalnia złota. Masz pojęcie, co zawierała ta paczuszka? Listy od kobiety, tak, listy od kobiety, i w dodatku Angielki. Ten łajdak ją szantażował - i miał czelność mnie obarczyć tym całym świńskim kramem!

- Z przyjemnością obserwuję twoje święte oburzenie, James, ale pozwól, że ci uzmysłowię, iż obcy to zawsze obcy. Facet słusznie rozumował. Uratowałeś mu życie, a on za to przekazał ci w testamencie obfite źródło czerpania gotówki - twój szacowny, brytyjski umysł nie jest w stanie tego pojąć?

- I co ja, do diabła, mam z tym zrobić? W pierwszym odruchu chciałem spalić te szpargały. Zdałem sobie jednak sprawę, że ta nieszczęsna niewiasta, nic nie wiedząc o zniszczeniu listów, całe życie będzie drżała ze strachu, iż pewnego dnia facet znowu z tym wyskoczy. - Nie posądzałem cię o tak bujną wyobraźnię - stwierdził Anthony zapalając papierosa. - Przypuszczam, że sprawa nastręczy więcej trudności, niż to wygląda na pierwszy rzut oka. A gdyby przesłać jej to pocztą?

- Podobnie jak wszystkie kobiety, nie stawiała w listach daty ani nie podawała adresu. Na jednym - w miejscu adresu - napisane było jedno dziwne słowo: „Chimneys”.

Anthony przerwał proces gaszenia zapałki, a potem rzucił ją gwałtownie, bo sparzyła mu palec. , - „Chimneys”? - zapytał. - Dziwna historia!

- Dlaczego? Coś ci o tym wiadomo?

- To jedno z szacownych domostw w Anglii, mój drogi Jamesie. Rezydencja, do której zjeżdżają na weekendy królowie i królowe, gdzie zbierają się i dyskutują dyplomaci.

- Jeszcze jeden powód, dla którego tak się cieszę, że ty zamiast mnie jedziesz do Anglii. Ty się znasz na tych wszystkich ceregielach - powiedział szczerze Jimmy. - Gość mego pokroju, wywodzący się z kanadyjskich ostępów, mógłby przy takiej okazji palnąć jakąś gafę. Ale człowiek jak ty, który uczył się w Eton i Harrow…

- Tylko w jednym z tych college’ów - sprostował skromnie Anthony.

- Ty sobie z tym poradzisz. Pytasz, dlaczego nie wyślę tych listów pocztą. Widzisz, to moim zdaniem byłoby raczej niebezpieczne. Pewne dane świadczą o tym, że pani ma zazdrosnego męża. I dajmy na to przez pomyłkę mąż otwiera paczkę. Co wówczas biedaczkę czeka? Albo też może już nie żyć - sądząc po listach, były pisane dosyć dawno. Toteż w wyniku przemyśleń doszedłem do wniosku, że jedyne wyjście, to takie, by ktoś zabrał te listy do Anglii i wręczył je tej damie osobiście.

Anthony odrzucił papierosa, podszedł do przyjaciela i poklepał go czule po ramieniu.

- Jesteś prawdziwym błędnym rycerzem, Jimmy. Kanadyjczycy z ostępów leśnych powinni być z ciebie dumni. A z tym zadaniem ty byś się uporał o wiele lepiej niż ja.

- Ale weźmiesz te listy?

- Oczywiście.

McGrath wstał z miejsca, wyciągnął z szuflady plik listów i położył je na stole.

- Oto one. Rzuć na nie okiem.

- Czy to konieczne? Wolałbym się tym nie zajmować.

- Tylko że z tego, co powiedziałeś o „Chimneys”, można wnosić, że ta dama stale tam nie przebywa. Przejrzyjmy lepiej te listy, może znajdziemy w nich jakąś wskazówkę, gdzie ona obecnie mogłaby mieszkać.

- Chyba masz rację.

Starannie wszystkie listy przewertowali, ale nie znaleźli w nich tego, na co liczyli. Anthony w zamyśleniu zaczął je układać.

- Biedne stworzenie - powiedział. - Musiała być śmiertelnie przerażona.

Jimmy skinął głową.

- Masz nadzieję ją odnaleźć? - zapytał z zaniepokojeniem.

- Nie wyjadę z Anglii, póki do niej nie dotrę. Bardzo cię ta nieznana dama obchodzi, James?

Jimmy wodził w zadumie palcem po jej podpisie.

- Piękne imię - rzekł usprawiedliwiającym tonem. - Virginia Revel.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

NIEPOKÓJ W WYŻSZYCH SFERACH

- Oczywiście, mój drogi, oczywiście - powiedział lord Caterham.

Powtórzył już te słowa trzykrotnie, za każdym razem mając nadzieję, że położą one kres popisowi oratorskiemu i pozwolą mu się ulotnić. Ogromnie nie lubił być zmuszony do stania na stopniach, przed wejściem do ekskluzywnego klubu, którego był członkiem, i słuchania ciągnącego się w nieskończoność popisu krasomówczego szanownego George’a Lomaxa.

Clement Edward Alistair Brent, dziewiąty markiz Caterham, był dżentelmenem niewielkiego wzrostu, fatalnie ubranym, i jego wygląd stanowił absolutne zaprzeczenie powszechnego wizerunku markiza. Miał wyblakłe, niebieskie oczy, cienki, smętny nos i dość niedbale, acz nienaganne maniery.

Głównym nieszczęściem lorda Caterhama było to, że przed czterema laty przejął sukcesję po swoim bracie, markizie ósmym. Albowiem poprzedni lord Caterham był człowiekiem w całym tego słowa znaczeniu wyróżniającym się - jak Anglia długa i szeroka. Swego czasu sekretarz stanu Ministerstwa Spraw Zagranicznych odgrywał znaczącą rolę podczas narad na szczeblu imperium, a jego wiejska siedziba „Chimneys” słynęła z wielkiej gościnności. Na zręcznie sterowanych przez jego żonę, córkę księcia Perth, przyjęciach weekendowych tworzono i przetwarzano historię, i nie było

w Anglii, a nawet w Europie, co wybitniejszej osobistości, która by wcześniej czy później nie przekroczyła progu „Chimneys”.

Życie toczyło się pomyślnie. Dziewiąty markiz Caterham obdarzał wielką czcią pamięć swego brata. W kwestii ceremonii Henry był zawsze niedościgniony. Lord Caterham miał jedynie zastrzeżenia co do tego, że „Chimneys” z prywatnej, wiejskiej siedziby przemieniło się w posiadłość społeczną. Nic bardziej nie nudziło lorda Caterhama niż polityka, chyba że politycy. Stąd to jego zniecierpliwienie wobec niekończącej się mowy George’a Lomaxa. Ten krzepko zbudowany mężczyzna, George Lomax, z wyraźną skłonnością do tycia, czerwoną twarzą i wytrzeszczonymi oczami, był głęboko przekonany o własnej wielkości.

- Pojmujesz sedno sprawy, Caterham? My nie możemy, po prostu nie możemy teraz dopuścić do żadnego skandalu. Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna.

- Zawsze bywa delikatna - nie bez nuty ironii stwierdził lord Caterham.

- Mój drogi, ja mam orientację!

- Oczywiście, oczywiście - rzekł lord, wracając do poprzedniej linii obrony.

- Jeden błąd w sprawie Herzoslovakii i jesteśmy załatwieni. Najważniejsze jest, by koncesja na ropę naftową przypadła Towarzystwu Brytyjskiemu. Chyba to rozumiesz?

- Oczywiście, oczywiście.

- W końcu tygodnia przyjeżdża książę Michael Obolovitch i dokonamy dzieła w „Chimneys”, pod pozorem polowania.

- Zamierzałem w tym tygodniu jechać za granicę - powiedział lord Caterham. - Nonsens, mój drogi, któż wybiera się za granicę na początku października?

- Mój lekarz uważa, że jestem w nie najlepszej kondycji - oznajmił Caterham, spoglądając tęsknie za odjeżdżającą taksówką.

Żadną miarą nie mógł jednak uczynić skoku do wolności, albowiem Lomax miał nieprzyjemny zwyczaj niewypuszczania ze swoich sideł osoby, z którą prowadził poważną rozmowę - niewątpliwie skutek długich doświadczeń w tej dziedzinie. W tym wypadku trzymał mocno w garści klapę płaszcza lorda Caterhama.

- Mój drogi, oświadczam ci autorytatywnie. W czasach kryzysu ogólnonarodowego, który zbliża się szybkimi krokami…

Lord Caterham aż się cały skurczył. Uświadomił sobie nagle, że wolałby wydać moc przyjęć niż słuchać George’a Lomaxa cytującego samego siebie z którejś wygłoszonej mowy. Wiedział z doświadczenia, że Lomax jest zdolny gadać tak bez przerwy dwadzieścia minut.

- No dobrze - powiedział pospiesznie. - Zgadzam się na to polowanie. Mam nadzieję, że stroną organizacyjną zajmiesz się ty.

- Mój drogi, co tu jest do organizowania? „Chimneys”, poza swoimi związkami z historią, ma fantastyczne położenie. Będę w „Abbey”, odległym stamtąd niecałe siedem mil. Nie byłoby najlepiej, gdybym mieszkał u ciebie.

- Oczywiście, że nie - zgodził się lord Caterham, nie mając wprawdzie pojęcia, dlaczego nie byłoby tak właśnie najlepiej, ale mało go to obchodziło.

- Może chciałbyś mieć pod ręką Billa Eversleigha? Przydałby ci się, sprawnie wykonuje polecenia.

- Z przyjemnością będę go widział - odparł lord Caterham wyraźnie ożywiony. - Bill to dobry strzelec, Bundle go lubi.

- Strzelanie w tym wypadku nie jest takie ważne. To tylko pretekst, w pewnym sensie.

Lord Caterham znów miał strapioną minę.

- I to byłoby wszystko. Książę, jego świta, Bill Eversleigh, Herman Isaacstein…

- Kto?

- Herman Isaacstein. Przedstawiciel syndykatu, o którym ci mówiłem.

- Syndykatu Ogólnobrytyjskiego?

- Tak. A bo co?

- Nic, nic, tak tylko zapytałem. Dziwne ci ludzie mają nazwiska.

- Przydaliby się jeszcze oczywiście z dwaj cudzoziemcy, nadaliby całej imprezie wiarygodności. Już lady Eileen zatroszczy się o to - młodzi ludzie, nastawieni raczej bezkrytycznie i nie mający o polityce zielonego pojęcia.

- Na pewno Bundle załatwi to jak należy.

- Zastanawiam się jeszcze nad jednym. - Wyglądało na to, że Lomaxowi przyszedł nagle do głowy jakiś nowy pomysł. - Pamiętasz o tej sprawie, o której ci niedawno mówiłem?

- Mówisz zawsze o tyłu sprawach…

- Daj spokój, mam na myśli tę fatalną historię - zniżył głos do tajemniczego szeptu - te pamiętniki, pamiętniki hrabiego Stylptitcha.

- Moim zdaniem nie masz racji - rzekł lord Caterham przemagając ziewanie. - Ludzie ubóstwiają skandale. Niech to diabli, sam czytam teraz wspomnienia i bardzo lubię ten gatunek.

- Nie chodzi o to, czy ludzie będą je czytać, czy nie, na pewno zresztą pochłoną pamiętniki tego typu, ale opublikowanie ich w tych okolicznościach może wszystko zniszczyć, wszystko. Naród Herzoslovakii dąży do restauracji monarchii - chcą ofiarować koronę księciu Michaelowi, który cieszy się poparciem i sympatią rządu Jego Królewskiej Mości…

- I który jest skłonny udzielić koncesji panu Ikeyowi Hermansteinowi i spółce w zamian za pożyczkę miliona albo za osadzenie go na tronie…

- Caterham, Caterham - szeptał Lomax błagalnie. - Dyskrecja, proszę cię. Nade wszystko dyskrecja!

- A sęk tkwi w tym - kontynuował lord z niejakim upodobaniem, choć na gorący apel interlokutora zniżył głos - że niektóre fragmenty pamiętników Stylptitcha mogą narobić komuś bigosu. Tyrania i złe prowadzenie się rodziny Obolovitchów, tak? Interpelacje w Izbie Lordów? Dlaczego zamieniać światłe i demokratyczne rządy na anachroniczną tyranię? Polityka dyktowana przez krwiożerczych kapitalistów. Precz z rządem. Tak to się przedstawia, nieprawdaż?

Lomax skinął głową.

- A może być jeszcze gorzej - wydyszał. - Załóżmy, tylko załóżmy, że należałoby wspomnieć o tym… o tym nieszczęsnym zniknięciu, wiesz, co mam na myśli.

Lord Caterham spojrzał na niego.

- Nie, nie wiem. O jakim zniknięciu mówisz?

- Musiałeś o tym słyszeć. To się zdarzyło, gdy oni byli w „Chimneys”. Henry był strasznie zdenerwowany. Zrujnowało mu to niemal karierę.

- Zaintrygowałeś mnie niebagatelnie - powiedział lord Caterham. - Kto zniknął, czy też co zniknęlo?

Lomax przyłożył usta do ucha lorda Caterhama. Ten ostatni odsunął gwałtownie głowę.

- Na litość boską, nie gwiżdż mi w ucho!

- Słyszałeś, co powiedziałem?

- Tak, słyszałem - odparł z ociąganiem lord. - Przypominam sobie, że w swoim czasie coś o tym słyszałem. Bardzo interesująca historia. Ciekawe, kto to zrobił. Nigdy tego nie odzyskano?

- Nie. Działaliśmy naturalnie zachowując najwyższą dyskrecję. Nie wolno było dopuścić, by wymsknęła się na zewnątrz najmniejsza nawet aluzja o stracie. Ale Stylptitch był tam wówczas. Coś musiał wiedzieć. Nie wszystko oczywiście. Posprzeczaliśmy się z nim parę razy na temat kwestii tureckiej. Może z czystej złośliwości postanowił, że cały świat dowie się o sprawie? Pomyśl o skandalu, o daleko idących konsekwencjach. Każdy zapyta: dlaczego to zostało zatuszowane?

- Oczywiście, że zapyta - potwierdził lord z widomą satysfakcją.

Lomax, którego głos rozbrzmiał teraz wysokimi tonami, postanowił wziąć się w garść.

- Muszę zachować spokój - mruknął. - Muszę zachować spokój. Ale pytam cię, mój drogi: jeśli nie miał nic złego na myśli, to dlaczego wysłał ten rękopis do Londynu tak bardzo okrężną drogą?

- To rzeczywiście dziwne. A czy te dane są absolutnie pewne?

- Jak najbardziej. Mieliśmy… hm… w Paryżu swoich agentów. Parę tygodni przed jego śmiercią pamiętniki zniknęły w sposób tajemniczy.

- Tak, wygląda na to, że coś w tym jest - powiedział lord Caterham z taką samą satysfakcją, jaką zamanifestował poprzednio.

- Wytropiliśmy, że zostały wysłane do człowieka imieniem Jimmy, czyli Jamesa McGratha, Kanadyjczyka przebywającego obecnie w Afryce.

- Afera na miarę imperium, prawda? - zapytał wesoło lord. - James McGrath przybywa tu jutro, w czwartek, statkiem „Granarth Castle”.

- I co zamierzasz dalej z tym począć?

- Musimy oczywiście od razu go dopaść, wyłuszczyć mu, czym to ewentualnie mogłoby grozić, i prosić go na wszystkie świętości, by publikację pamiętników odłożył przynajmniej na miesiąc i by przy publikowaniu kierował się… hm… rozsądkiem.

- Załóżmy, że on odpowie: „Nie, moi panowie” albo: „Niech was piekło pochłonie”, lub coś równie błyskotliwego i świadczącego o bystrości umysłu - wyraził przypuszczenie lord Caterham.

- Tego właśnie się lękam - powiedział Lomax szczerze. - I powodowany tą obawą pomyślałem sobie, że może byłoby dobrze zaprosić go do „Chimneys”. Będzie się czuł zaszczycony, gdy się dowie, że wśród gości znajduje się również książę Michael, dzięki czemu łatwiej nam będzie nim właściwie pokierować.

- Nie zamierzam go zapraszać - rzekł pospiesznie lord Caterham. - Nie mam zamiaru zadawać się z Kanadyjczykami, szczególnie z takimi, którzy mieszkają przeważnie w Afryce.

- A może uznasz, że to wspaniały chłopak, bez ogłady, ale wartościowy?

- Nie, Lomax. Nie zmienię swojego stanowiska. Niech ktoś inny weźmie na siebie ten kram.

- Pomyślałem sobie - zaczął Lomax - że w tej sytuacji bardzo by się przydała kobieta. Trochę by się jej powiedziało, ale nie za wiele, rozumiesz. Kobieta pokierowałaby sprawą delikatnie, z taktem, wyłożyłaby mu całą kwestię nie wywołując w nim gniewu. Nie znaczy to, że przeceniam rolę kobiet w polityce - Saint Stephen zamieniło się w ruinę, kompletną ruinę. Lecz kobiety w wąskim -zakresie mogą czynić cuda. Weź choćby żonę Henry’ego i to, co ona dla niego zrobiła. Marcia jest kapitalną, doskonałą, jedyną w swoim rodzaju upolitycznioną panią domu.

- Nie zamierzasz chyba zapraszać Marcii na to przyjęcie? - zapytał słabnącym głosem lord, blednąc na samo wspomnienie tej swojej koszmarnej szwagierki.

- Nie, źle mnie zrozumiałeś. Ja mówię generalnie o roli kobiet. A jeśli idzie o tę sprawę, to mam na myśli młodą kobietę, czarującą, piękną, inteligentną.

- Nie Bundle? Z Bundle nie byłoby żadnego pożytku. Jeśli w ogóle jest kimś, to zacietrzewioną socjalistką, i skonałaby ze śmiechu na taką propozycję.

- Nie myślałem o lady Eileen. Twoja córka, Caterham, jest urocza, po prostu urocza, ale to jeszcze dziecko. Potrzebny nam jest ktoś o nienagannych manierach, zrównoważony, bywały w świecie. No i oczywiście silna osobowość. Moja kuzynka Virginia.

- Pani Revel? - Oblicze lorda Caterhama rozjaśniło się. Poczuł, że to przyjęcie mogłoby mu nawet sprawić radość. - Bardzo rozsądny pomysł, Lomax. Nie ma w Londynie kobiety tak czarującej jak ona.

- Dobrze się również orientuje w sprawach Herzoslovakii. Jej mąż, jak pamiętasz, pracował tam w naszej ambasadzie. A ponadto, jak słusznie zauważyłeś, to kobieta o niespotykanym wdzięku.

- Urocze stworzenie - mruknął lord Caterham.

- Wobec tego sprawa załatwiona.

Pan Lomax puścił klapę lorda Caterhama, z czego ten ostatni nie omieszkał szybko skorzystać.

- Cześć, Lomax, stronę organizacyjną bierzesz na siebie, tak?

Dał nura do taksówki. Tak dalece, jak to przystoi, by jeden szacowny, chrześcijański dżentelmen nie lubił drugiego szacownego, chrześcijańskiego dżentelmena, lord Caterham nie lubił George’a Lomaxa. Nie lubił jego nalanej, czerwonej twarzy, ciężkiego oddechu i wybałuszonych, niebieskich, zawsze poważnych oczu. Pomyślał o nadchodzącym weekendzie i westchnął. Przykra, obrzydliwa historia. Ale zaraz myśl jego pobiegła ku Virginii Revel i to go nieco podniosło na duchu. - Urocze stworzenie - powtórzył pod nosem. - Niebywale urocze.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

WPROWADZENIE DO AKCJI UROCZEJ LADY

George Lomax udał się prosto do Whitehall. Gdy przekraczał próg urządzonego z przepychem biura, w którym załatwiał sprawy rangi państwowej, doszedł go stamtąd odgłos szurania.

Bill Eversleigh przekładał teraz z zapałem papiery, ale stojący przy oknie, wygodny fotel był jeszcze ciepły od kontaktu z ludzkim ciałem.

Bardzo sympatyczny młody człowiek z tego Billa Eversleigha. W wieku około dwudziestu pięciu lat, wysoki, o niezgrabnych ruchach, miał miłą, ale raczej brzydką twarz, dwa rzędy wspaniałych, białych zębów i brązowe, poczciwie spoglądające oczy.

- Czy Richardson wysłał raport?

- Nie, sir. Mam iść do niego w tej sprawie?

- Nieważne. Były jakieś telefony?

- Większość przyjmowała panna Oscar. Pan Isaacstein zapytywał, czy jutro w „Savoyu” zje pan z nim lunch.

- Powiedz pannie Oscar, żeby sprawdziła w kalendarzu. Jeśli nie jestem na tę godzinę umówiony, niech do niego zadzwoni, że przyjmuję zaproszenie.

- Tak jest, sir.

- Aha, Eversleigh, połącz mnie teraz z numerem… Zajrzyj do książki telefonicznej. Pani Revel, Pont Street czterysta osiemdziesiąt siedem.

- Tak, sir.

Bill chwycił książkę telefoniczną, przebiegł niewidzącym wzrokiem kolumnę pań, zamknął książkę z trzaskiem i podszedł do stojącego na biurku aparatu. Z ręką na słuchawce stał krótką chwilę, jak gdyby coś sobie nagle przypomniał.

- Och, proszę pana, właśnie sobie przypomniałem. Ona ma uszkodzony telefon. Mam na myśli panią Revel. Próbowałem już się do niej dodzwonić.

George Lomax zmarszczył brwi.

- To przykre - powiedział - doprawdy bardzo przykre. - Niezdecydowanym gestem uderzał ręką w blat stołu.

- Jeżeli to coś ważnego, sir, to wezmę taksówkę i pojadę do niej. O tej porannej godzinie na pewno jest w domu.

George Lomax wahał się, rozważał w myślach problem. Bill stał wyczekująco, gotów natychmiast się poderwać, gdy padnie pozytywna odpowiedź.

- Tak, to chyba najlepsze wyjście - powiedział w końcu Lomax. - Weź więc taksówkę, jedź i zapytaj panią Revel, czy dziś o czwartej po południu będzie w domu, bo mam z nią do omówienia niezwykle ważną sprawę.

- Dobrze, sir.

Bill chwycił kapelusz i już go nie było.

Po dziesięciu minutach wysiadł z taksówki przed domem numer 487 przy Pont Street. Zadzwonił, a potem zastukał głośno kołatką. Drzwi otworzył ponury służący, którego Bill pozdrowił kiwnięciem głowy, jak dobrego znajomego.

- Dzień dobry, Chilvers, pani w domu?

- Zdaje się, sir, że właśnie zamierza wyjść.

- To ty, Bill? - dał się słyszeć głos ponad balustradą. - Poznałam cię po mocnym stukaniu. Chodź na górę i powiedz, z czym przyszedłeś.

Bill zadarł głowę i spojrzał na śmiejącą się do niego kobietę, która zawsze była w stanie doprowadzić go - i nie tylko jego - do stanu totalnego rozkojarzenia. Pobiegł, przeskakując po dwa stopnie, i zamknął w swoich silnych dłoniach wyciągnięte doń ręce Virginii Revel.

- Cześć, Virginio!

- Cześć, Bill!

Wdzięk to cecha nader swoista; setki młodych kobiet, nawet piękniejszych od Virginii, mogłoby wypowiedzieć owo „Cześć, Bill” w identycznej prawie intonacji, nie wywarłoby to jednak na nim żadnego wrażenia. Natomiast te dwa słowa, wyartykułowane przez Virginię, podziałały na Billa upajająco.

Virginia Revel skończyła właśnie dwadzieścia siedem lat. Była wysoka i fantastycznie szczupła - doprawdy, można by było napisać poemat na temat jej szczupłości, tak cudownie proporcjonalnie była zbudowana. Włosy miała brązowe - z lekkim zielonym połyskiem na tle złota. Delikatne rysy twarzy, zgrabny nos, nieco skośne, niebieskie oczy, które spod uchylonych powiek rzucały chabrowe błyski, i rozkoszne, nie dające się wręcz opisać usta - jeden ich kącik opadał ku dołowi, co w Anglii określa się mianem „podpisu Wenus”. Jej twarz była cudownie wyrazista, a ona sama promieniowała żywotnością, która przykuwała uwagę wszystkich wokół. Niezwrócenie na nią uwagi było absolutnie niemożliwe.

Zaciągnęła Billa do małego saloniku o barwach bladoróżowej, zielonej i żółtej - niczym zadziwiający kolorami krokus na łące.

- Bill, kochanie - powiedziała Virginia - czy aby Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie tęskni za tobą? Zdaje się, że oni nie potrafią się bez ciebie obejść. - Przynoszę ci wiadomość od starego. - W ten dość lekceważący sposób Bill określał swego szefa. - A przy okazji, Virginio, jeżeli zapyta, to pamiętaj, że dziś rano miałaś uszkodzony telefon.

- Ale nie miałam.

- Wiem. Powiedziałem mu jednak, że nie działał.

- Dlaczego? Wyjaśnij mi, co to ma wspólnego z Ministerstwem Spraw Zagranicznych?

Bill obrzucił ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.

- Dzięki temu jestem u ciebie.

- Och, kochanie, jaka ze mnie idiotka! I jak to pięknie z twojej strony!

- Chilvers powiedział, że wychodzisz.

- Miałam zamiar, na Sloane Slreet. Przy tej ulicy sprzedają kapitalne, nowoczesne gorsety.

- Gorsety?

- Tak, Bill, gor-se-ty. Podkreślają linię bioder.

- Wstyd mi za ciebie, Virginio. Jak możesz opowiadać o swojej bieliźnie młodemu człowiekowi, z którym nie łączą cię więzy rodzinne? To nieskromne z twojej strony.

- Drogi Billu, biodra nie są niczym nieskromnym. Wszystkie kobiety noszą gorsety, tylko że za wszelką cenę starają się zataić ten fakt. Gorset, o którym wspomniałam, jest zrobiony z czerwonej gumy i sięga trochę powyżej kolan, tak że właściwie nie można się w nim poruszać.

- Okropne! - rzekł Bill. - Dlaczego chcesz go mieć?

- Och, to daje upust szlachetnemu uczuciu cierpienia w imię urody. Ale nie rozmawiajmy o gorsecie. Co ma mi George do przekazania?

- Pyta, czy będziesz w domu o czwartej po południu.

- Nie. Będę wtedy w Ranelagh. Cóż to za formalna wizyta? Ma wobec mnie jakieś plany, wiesz coś o tym?

- Wcale bym się nie zdziwił.

- Jeśli tak, to możesz mu powiedzieć, że wolę mężczyzn działających pod wpływem impulsu.

- Takich jak ja?

- U ciebie to nie jest impuls, Bill. To przyzwyczajenie.

- Virginio, a może byśmy…

- Nie, nie, Bill. Nigdy nie w godzinach porannych, przed lunchem. Spróbuj pomyśleć o mnie jako o zbliżającej się do wieku średniego matronie, której twoje sprawy naprawdę leżą na sercu.

- Tak cię kocham, Virginio.

- Wiem, Bill, wiem. A ja po prostu kocham być kochaną. Czy to nie straszne i nie obrzydliwe z mojej strony? Chciałabym, żeby każdy przystojny mężczyzna na świecie był we mnie zakochany.

- Większość prawdopodobnie jest - rzekł Bill ponuro.

- Przypuszczam jednak, że George się we mnie nie kocha. Myślę, że nie stać go na coś takiego jak miłość. Jest tak pochłonięty własną karierą. Co jeszcze mówił?

- Że to ogromnie ważne.

- Coraz bardziej mnie to intryguje. Przerażająco skromna jest liczba spraw, które George uznaje za ważne. Będę musiała zrezygnować z Ranelagh. Mogę tam w końcu jechać każdego innego dnia. Powiedz George’owi, że o czwartej będę na niego grzecznie czekała.

Bill spojrzał na zegarek.

- Wygląda na to, że nie warto mi wracać do biura przed lunchem. Chodź, Virginio, pójdziemy coś przekąsić. - Wybieram się na lunch w innym składzie.

- To nie ma znaczenia. Daj sobie dzisiaj wolne i chodź ze mną.

- Mogłoby być naprawdę uroczo - powiedziała z uśmiechem Virginia.

- Virginio, jesteś przez wszystkich rozpieszczana. Powiedz mi, ty mnie chyba lubisz, prawda? Bardziej niż innych?

- Uwielbiam cię, Bill. Gdybym musiała kogoś poślubić, właśnie musiała, gdyby na przykład tak jak w powieści jakiś niegodziwy mandaryn powiedział mi: „Poślub kogoś, bo w przeciwnym wypadku umrzesz w wyniku wyrafinowanych tortur”, od razu wyszłabym za ciebie, naprawdę. Poprosiłabym go: „Daj mi małego Billa”.

- No to…

- Tylko że ja nie chcę za nikogo wychodzić za mąż. Ubóstwiam podły status wdowy.

- Robiłabyś identycznie to samo. Miałabyś pełną swobodę. Nie narzucałbym ci się w domu ze swoją osobą.

- Bill, ty nic nie rozumiesz. Należę do kobiet, które, jeżeli w ogóle wychodzą za mąż, to nie czynią tego z entuzjazmem.

Bill jęknął głucho.

- Któregoś dnia strzelę sobie w łeb - mruknął posępnie.

- Nie zrobisz tego, kochanie. Zaprosisz na kolację ładną dziewuszkę, tak jak to zrobiłeś dwa dni temu.

Pan Eversleigh był wyraźnie zmieszany.

- Jeżeli masz na myśli Dorothy Kirkpatrick, niech to licho, to całkiem miła babka, dobrze ustawiona. Nie widzę w tym nic złego.

- Kochanie, oczywiście, że nie ma w tym nic złego. Ubóstwiam, kiedy ty jesteś zadowolony. Ale nie udawaj, że konasz z powodu złamanego serca, to wszystko.

Bill Eversleigh odzyskiwał powoli poczucie własnej godności.

- Ty nic absolutnie nie rozumiesz, Virginio - powiedział z powagą. - Mężczyźni…

- Są poligamiczni! Wiem o tym. Czasami i ja podejrzewam siebie o podobne skłonności. Jeżeli istotnie kochasz mnie, Bill, zabierz mnie tylko na lunch.

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

PIERWSZA NOC W LONDYNIE

Nawet w najlepiej opracowanym planie zdarzają się luki. George Lomax popełnił jeden błąd - w swoich przygotowaniach nie uwzględnił istnienia słabego punktu. Tym słabym punktem był Bill.

Bill Eversleigh był chłopakiem bardzo sympatycznym. Dobrze grał w krykieta, w golfa, miał poprawne maniery i sympatyczny sposób bycia, lecz swoją pozycję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zawdzięczał nie tyle swoim zdolnościom, ile koneksjom. Toteż nadawał się w pełni do roboty, jaką wykonywał. A był czymś w rodzaju psa George’a. Nie plamił się pracą odpowiedzialną ani wymagającą wysiłku myślowego. Jego rola to nieodstępowanie szefa, przeprowadzanie rozmów z mało ważnymi osobami, których George nie chciał widzieć, wykonywanie różnych poleceń, krótko mówiąc, musiał być na każde zawołanie, stale pod ręką. Te wszystkie obowiązki Bill wypełniał dość skrupulatnie. Pod nieobecność George’a rozsiadał się w największym fotelu i czytał wiadomości sportowe, co z biegiem czasu stało się tradycją.

George wysyłał zazwyczaj Billa, polecając mu załatwienie różnych drobnych spraw, więc i tym razem kazał mu jechać do Union Castle i dowiedzieć się, kiedy przypływa „Granarth Castle”. Podobnie jednak jak większość młodych, wykształconych Anglików, Bill miał miły głos, ale słabą dykcję. Każdy nauczyciel retoryki stwierdziłby, że błędnie wymawia słowo „Granarth”. W jego wydaniu niewiele miało z tą nazwą wspólnego. Toteż urzędnik zrozumiał je jako „Carnfrac”.

- Wchodzi do portu w czwartek. - Tak powiedział urzędnik. Bill podziękował mu i wyszedł. Powiadomił o tej dacie George’a Lomaxa, który stosownie do tego ułożył swoje plany. Niewiele wiedział o statkach Union Castle, więc przyjął za dobrą monetę informację, że James McGrath przypływa do Anglii w czwartek.

Zatem gdy w środę znęcał się na stopniach klubu nad guzikiem lorda Caterhama, wiadomość, że poprzedniego popołudnia „Granarth Castle” rzucił kotwicę w porcie Southampton, wielce by go zdziwiła.

O drugiej po południu Anthony Cade, podróżujący pod nazwiskiem Jimmy McGrath, wysiadł z pociągu na dworcu Waterloo, przywołał taksówkę i po chwili wahania kazał się wieźć do hotelu „Blitz”.

- Dlaczego nie miałbym zapewnić sobie wygody - mruknął do siebie, przyglądając się z zainteresowaniem miastu z okien samochodu.

Minęło dokładnie czternaście lat, odkąd ostatnio przebywał w Londynie.

Wszedł do hotelu, załatwił sobie pokój, a potem wybrał się na krótki spacer wzdłuż Bulwaru. Przyjemnie mu było znaleźć się znowu w tym mieście. Wszystko oczywiście uległo zmianie. Tuż za mostem Blackfriars znajdowała się kiedyś mała restauracja, w której często jadał obiady w towarzystwie drugiego, równie poważnie myślącego chłopaka. Był wówczas socjalistą i nosił suto upięty, czerwony krawat. Jakże był młody!

Zawrócił niebawem, kierując się w stronę hotelu „Blitz”. Właśnie przechodził na drugą stronę jezdni, gdy wpadł na niego jakiś facet i Anthony o mało nie stracił równowagi. Obaj szybko się pozbierali i facet burknął słowa przeprosin, obrzucając badawczym spojrzeniem twarz Anthony’ego. Był to niski, krępy mężczyzna, typowy robotnik, ale coś w jego wyglądzie świadczyło o tym, że nie jest Anglikiem.

Anthony zmierzał w stronę hotelu, zastanawiając się, co by też mogło znaczyć owo badawcze spojrzenie mężczyzny. Prawdopodobnie nic. Mocno opalona twarz Anthony’ego była czymś niezwykłym wśród bladych londyńczyków i widocznie to przykuło uwagę faceta. Poszedł do swego pokoju i powodowany nagłym impulsem skierował się w stronę lustra i stał przed nim chwilę, studiując pilnie swe oblicze. Czy spośród wielu przyjaciół z tamtych lat - a była ich zaledwie garstka - znalazłby się ktoś, kto spotkawszy się z nim twarzą w twarz, byłby w stanie go poznać? Potrząsnął głową z powątpiewaniem.

Miał osiemnaście lat, gdy opuszczał Londyn - był jasnowłosym, lekko pucołowatym chłopakiem o bałamutnie anielskim wyrazie twarzy. Znikoma możliwość, by w wychudłym, opalonym na brąz mężczyźnie o kpiarskim błysku w oku rozpoznać tamtego chłopca.

Zadzwonił telefon przy łóżku i Anthony, podszedłszy do aparatu, ujął słuchawkę.

- Halo?

Odezwał się głos recepcjonisty:

- Pan James McGrath?

- Przy aparacie.

- Przyszedł do pana pewien dżentelmen.

Anthony’ego wprawiło to w zdumienie.

- Do mnie?

- Tak, sir. Cudzoziemiec.

- Jak się nazywa?

Zapadła cisza, po czym recepcjonista rzekł:

- Wyślę do pana boya z jego wizytówką.

Anthony odłożył słuchawkę i czekał. Po paru minutach rozległo się pukanie do drzwi i na progu pojawił się mały goniec niosący na tacy wizytówkę.

Anthony wziął ją do ręki. Na całej powierzchni wizytówki wypisane było nazwisko: Baron Lolopretjzyl.

Zrozumiał teraz w pełni chwilę milczenia recepcjonisty.

Przez jakiś czas stał wpatrzony w wizytówkę, a potem podjął decyzję:

- Wprowadź tego dżentelmena.

- Tak, sir.

Po upływie paru minut baron Lolopretjzyl wkroczył do pokoju - wysoki mężczyzna z ogromną, czarną brodą w kształcie wachlarza i wysokim czołem.

Strzelił obcasami i skłonił się.

- Panie McGrath - powiedział.

Anthony w miarę swych sił próbował naśladować jego ruchy.

- Panie baronie - powiedział. - Po czym, przesunąwszy krzesło: - Proszę, niech pan siada. Nie mam, to znaczy nie miałem przyjemności poznania pana?

- Tak jest - zgodził się baron siadając. - Moja wielka strata - dodał uprzejmie.

- Moja również - powiedział Anthony w tej samej tonacji.

- Ale teraz do rzeczy przejdźmy - zaproponował baron. - Reprezentuję w Londynie Herzoslovacką Partię Lojalistów.

- I czyni pan to wspaniale, nie ulega wątpliwości - mruknął Anthony.

Dając dowód wdzięczności za komplement, baron skłonił się nisko.

- Jest pan uprzejmy bardzo - rzekł sztywno.

- Proszę pana, nie będę przed panem niczego ukrywał. Wobec stanu zawieszenia, jaki panuje w kraju od czasu męczeńskiej śmierci świętej pamięci najłaskawszego króla Nicholasa Czwartego, nie ulega kwestii, że nastał czas restauracji monarchii.

- Amen - mruknął Anthony. - Tak, słyszę, słyszę.

- Tron obejmie Jego Wysokość książę Michael, który poparciem rządu brytyjskiego cieszy się.

- Świetnie - odrzekł Anthony. - Bardzo pan łaskaw, że mi to wszystko mówi.

- Cała sprawa zaplanowana jest, i wtedy pan przybywa, żeby robić kłopoty.

- Drogi baronie… - zaprotestował Anthony.

- Tak, tak, wiem, co mówię. Ma pan ze sobą pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha.

Utkwił w Anthonym oskarżycielski wzrok.

- A jeżeli tak, to co z tego? Co mają wspólnego pamiętniki hrabiego Stylptitcha z księciem Michaelem?

- Wywołają skandal.

- Przeważnie z pamiętnikami tak się dzieje - powiedział Anthony uspokajającym tonem.

- O wielu tajemnicach wiedział on. Jeżeli ujrzy światło dzienne choć jedna czwarta tego, Europa w wojnie może się pogrążyć.

- Zaraz, zaraz - powiedział Anthony. - Na pewno nie będzie tak źle.

- Fatalna opinia o Obolovitchu rozprzestrzeni się w zagranicznych krajach. Bo przecież tacy z Anglików demokraci!

- Mogę sobie wyobrazić - zaczął Anthony - że Obolovitch bywał czasem nieco arbitralny. Miał to we krwi. Anglicy zresztą uważają, że to charakterystyczna cecha mieszkańców Bałkanów. Nie wiem, na jakiej podstawie tak sądzą, ale fakt jest faktem.

- Pan nic nie rozumie - oświadczył baron. - Pan w ogóle nic nie rozumie. A na moich ustach jest pieczęć.

- Westchnął ciężko.

- Czego się pan właściwe obawia? - zapytał Anthony.

- Nie wiem, dopóki nie przeczytam pamiętników - wyznał szczerze baron. - Tam musi być coś. Ci wielcy dyplomaci są tacy niedyskretni. Zawsze narobią komuś bigosu, jak to się u was mówi.

- Głowę daję, proszę pana - oznajmił łagodnie Anthony - że podchodzi pan do sprawy zbyt pesymistycznie. - Wiem, jacy są wydawcy - siedzą na maszynopisach jak kura na jajach. Upłynie co najmniej rok, zanim ukaże się to w druku.

- Jest pan człowiekiem albo bardzo zakłamanym, albo łatwowiernym niezmiernie. Wszystko jest załatwione, by pamiętniki ukazały się natychmiast w niedzielnym wydaniu gazet.

- O! - Anthony był wyraźnie zaskoczony. - Ale pan przecież może wszystkiemu zaprzeczyć - powiedział w dobrej wierze.

Baron potrząsnął smętnie głową.

- Nie, nie, głupstwa pan plecie. Przejdźmy do rzeczy. Ma pan dostać tysiąc funtów, prawda? Sam pan widzi, jakie ja mam dobre informacje.

- Gratuluję lojalistom wydziału śledczego.

- Więc ja panu ofiarowuję tysiąc pięćset. Anthony popatrzył na niego, a potem potrząsnął odmownie głową.

- Obawiam się, że nic z tego - rzekł z żalem.

- Hm. No to ja panu daję dwa tysiące.

- Kusi mnie pan, baronie, kusi mnie pan. Ale ja obstaję przy tym, że to niemożliwe.

- Pana suma, proszę wymienić. - Zdaje się, że nie pojmuje pan sytuacji. Jestem skłonny wierzyć panu bez zastrzeżeń, że ma pan anielskie intencje i że te pamiętniki przyniosą szkodę. Ja jednakże wziąłem na siebie pewien obowiązek i muszę się z niego wywiązać. Rozumie pan? Nigdy na to nie pójdę, by strona przeciwna mogła mnie przekupić. To nie wchodzi w grę.

Baron słuchał z wielką uwagą. Pod koniec przemówienia Anthony’ego kiwnął głową kilka razy.

- Rozumiem. Honor Anglika, tak?

- Nie ująłbym tak tego - powiedział Anthony.

- Ale śmiem sądzić, że pomijając różnicę w sposobie wyrażania się, mamy to samo na myśli.

Baron wstał z miejsca.

- Dla honoru angielskiego ogromny mam szacunek - oznajmił. - Spróbujemy w inny sposób. Życzę panu przyjemnego dnia.

Znowu strzelił obcasami, ukłonił się i sztywno wyprostowany wymaszerował z pokoju.

„Ciekawe, co on miał na myśli?” - zastanowił się Anthony. „Czy to była groźba? To się po mnie nie pokaże, żebym się zląkł starego Lollipopa*. Pasuje do niego to nazwisko. Będę go nazywał baronem Lollipopem.”

Przespacerował się parę razy tam i z powrotem po pokoju, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Do ostatniego terminu dostarczenia pamiętnika miał jeszcze przeszło tydzień. Dziś był 5 października. Anthony zamierzał wręczyć go adresatowi w ostatnim momencie. Mówiąc prawdę, płonął chęcią przeczytania tych wspomnień. Chciał to zrobić na statku, ale zmogła go gorączka i nie miał nastroju do odcyfrowywania niewyraźnego, słabo czytelnego pisma, gdyż żadna część nie była przepisana na maszynie. Teraz więc postanowił naocznie się przekonać, o co jest tyle szumu.

Ciążył na nim ponadto jeszcze inny obowiązek.

Pod wpływem impulsu sięgnął po książkę telefoniczną i zaczął szukać nazwiska Revel. Było sześć osób noszących to nazwisko: Edward Henry Revel, chirurg, zamieszkały przy Harley Street; James Revel i S-ka, rymarz; Lennox Revel, rezydencja Abbotbury, Hampstead; panna Mary Revel, mieszkanka Ealing; szanowna pani Timothy’owa Revel z Pont Street numer 487; i pani Willis Revel, Cadogan Square 42. Po wyeliminowaniu rymarza i panny Mary Revel pozostały do rozwikłania cztery nazwiska - zresztą kto może zaręczyć, że właściwa pani Revel istotnie mieszka w Londynie? Zatrzasnął książkę, potrząsając głową z dezaprobatą.

- Na razie zdajmy się na przypadek - powiedział. - Coś się na pewno wyklaruje.

Szczęście ludzi typu Anthony’ego Cade’a wynika z pewnym sensie z ich wiary w to, że je posiadają. Anthony miał okazję przekonać się o tym po niespełna półgodzinie, gdy przerzucał na dole pewien ilustrowany magazyn. Natrafił tam na fotografię z imprezy organizowanej przez księżną Perth. Pod zdjęciem głównej postaci, kobiety przyodzianej w szatę Wschodu, widniał napis: „Szanowna pani Timothy’owa Revel jako Kleopatra. Przed ślubem pani Revel nosiła nazwisko Virginia Cawthron; jest córką lorda Edgbaslona.”

Anthony przyglądał się fotografii dłuższą chwilę, ściągając powoli usta, jakby miał zamiar zagwizdać. Następnie wyrwał całą stronę, złożył ją i wsunął do kieszeni. Wrócił na górę, otworzył walizkę i wyciągnął z niej pakiet listów. Wyjął z kieszeni złożoną stronicę i wsunął ją na samo dno.

Nagle jakiś dźwięk za jego plecami - odwrócił się gwałtownie. W progu stał mężczyzna, typ człowieka, który w wyobraźni Anthony’ego mógł istnieć tylko jako chórzysta opery komicznej. Ponury typ z pękatą, ordynarną gębą, cofniętym podbródkiem i złym uśmiechem.

- Co pan tu, do diabła, robi? - zapytał Anthony.

- I kto panu pozwolił tutaj wejść?

- Wchodzę, gdzie mi się podoba - odparł przybysz.

- Głos miał gardłowy, mówił z obcym akcentem, choć potoczną angielszczyzną władał poprawnie.

Znowu jakiś mieszaniec, pomyślał Anthony. - Wynoś się pan, zrozumiano? - powiedział głośno.

Oczy mężczyzny utkwione były w pliku listów, który Anthony trzymał w ręku.

- Wyniosę się dopiero wtedy, kiedy da mi pan to, po co przyszedłem.

- A po co pan przyszedł, jeśli wolno spytać?

Mężczyzna zrobił krok do przodu.

- Po pamiętniki hrabiego Stylptitcha - wysyczał.

- Nie sposób traktować pana serio - powiedział Anthony. - Jest pan zdeklarowanym łobuzem. Ma pan kapitalne zagrywki. Kto pana tu przysłał? Baron Lollipop?

- Baron?… - Mężczyzna wydobył z siebie dźwięk, na który składały się nieprzyjemnie brzmiące spółgłoski.

- Tak to pan artykułuje, no właśnie! Coś pomiędzy odgłosem płukania gardła a szczekaniem psa. Ja bym tego nie wymówił, moje struny głosowe nie są do tego przystosowane. Jestem więc zmuszony nazywać go Lollipop. To on pana tu przysłał, tak?

Przybysz gwałtownie zaprzeczył. Posunął się nawet tak daleko, że słysząc powyższe słowa splunął w sposób bardzo realistyczny. Po czym wyciągnął z kieszeni arkusz papieru i rzucił go na stół.

- Patrz pan - powiedział. - Patrz pan i drżyj pan, cholerny Angliku!

Anthony spojrzał na ów papier z niejakim zainteresowaniem, nie zamierzając jednak spełnić tego drugiego polecenia. Na kartce papieru widniał zrobiony czerwonym ołówkiem nieudolny szkic ręki.

- Przypomina to rękę - zauważył. - Ale jeśli pańskim zdaniem jest to kubistyczny obraz przedstawiający zachód słońca na Biegunie Północnym, chętnie przyznam panu rację.

- Jest to godło Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ja jestem Towarzyszem Czerwonej Ręki.

- Co pan mówi?! - powiedział Anthony, spoglądając na niego z coraz większym zainteresowaniem. - Czy inni towarzysze są do pana podobni? Ciekawe, co by na to powiedziało Towarzystwo Eugeniczne.

Mężczyzna bruknął coś z wściekłością.

- Pies! - powiedział. - Gorzej niż pies. Płatny niewolnik zgrzybiałego monarchy. Niech pan da te pamiętniki, a włos z głowy panu nie spadnie. Braterstwo są wielce łaskawi.

- Bardzo to szlachetnie z ich strony - rzekł Anthony. - Obawiam się jednak, że zarówno pańskie, jak i ich poczynania są wynikiem nieporozumienia. Ja otrzymałem bowiem polecenie dostarczenia rękopisu nie pańskiemu sympatycznemu Towarzystwu, lecz określonej firmie wydawniczej.

- Ha! - Facet roześmiał się głośno. - Czy pan uważa, że pozwolimy panu dotrzeć żywcem do tej firmy? Dość tej durnej paplaniny. Oddaj rękopis albo strzelam!

Wyciągnął rewolwer i wymachiwał nim w powietrzu.

Lecz nie docenił Anthony’ego Cade’a. Nie przywykł widocznie do ludzi działających błyskawicznie, szybciej, niż zdążą pomyśleć. Anthony nie czekał, aż facet w niego wyceluje. Niemal z taką szybkością, z jaką tamten wyciągnął broń z kieszeni, skoczył i wytrącił mu ją z ręki. Siła ciosu była taka, że drab okręcił się w kółko, pokazując plecy swemu napastnikowi.

Szansa była zbyt wielka, by ją przegapić. Jednym dobrze wymierzonym kopniakiem wyprowadził gościa przez próg na korytarz, gdzie ten runął jak kłoda.

Anthony wyszedł za nim, ale dzielny Towarzysz Czerwonej Ręki miał już wyraźnie wszystkiego dość. Poderwał się szybko na nogi i uciekł korytarzem. Anthony nie miał zamiaru go ścigać - wrócił do swego pokoju.

„Tyle, jeśli idzie o Towarzyszy Czerwonej Ręki”, stwierdził w duchu. „Wygląd malowniczy, ale nie wytrzymują akcji bezpośredniej. Ciekawe, jak się ten typ tu dostał. Jedno nie ulega teraz najmniejszej wątpliwości - nie będzie to taki łatwy orzech do zgryzienia, jak przypuszczałem. Stoczyłem już potyczkę zarówno z lojalistami, jak i z Partią Rewolucyjną. Niebawem, jak sądzę, wyślą do mnie swoich delegatów narodowcy i niezależni liberałowie. Rzecz jest bezdyskusyjna: dziś wieczorem zabiorę się za ten rękopis.”

Spojrzawszy na zegarek Anthony przekonał się, że dochodzi dziewiąta, i postanowił zjeść kolację na miejscu. Nie przewidywał już żadnych niespodziewanych wizyt, ale czuł, że powinien trwać na posterunku. Nie zamierzał dopuścić do tego, by jego walizka została ograbiona, w czasie gdy on będzie się posilał w barze na dole. Zadzwonił, poprosił o jadłospis, wybrał parę dań i zamówił butelkę chambertina. Kelner przyjął zamówienie i wycofał się.

Anthony, czekając na kolację, wydostał paczkę z rękopisem i położył ją na stole obok listów.

Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł kelner pchając przed sobą mały stolik z nakryciem. Anthony skierował się w stronę kominka. Stał przy nim, plecami do pokoju, a twarzą do lustra, i zauważył, wpatrując się w lustro pilnie, bardzo dziwną rzecz.

Oczy kelnera utkwione były w rękopis. Rzuciwszy wzrokiem w prawo i lewo, widząc Anthony’ego odwróconego doń plecami, trwającego w nie zmienionej pozycji, okrążył po cichutku stół. Ręce mu drżały, zwilżał językiem wyschnięte wargi. Anthony przyjrzał mu się dokładniej. Był to wysoki mężczyzna, giętki na kelnerską modłę, mocno opalona, ruchliwa twarz. „Włoch”, pomyślał Anthony, „nie Francuz.”

W momencie krytycznym Anthony obrócił się niespodziewanie. Kelner lekko drgnął, ale udawał, że coś robi przy solniczce.

- Jak się nazywasz? - zapytał z nagła Anthony.

- Giuseppe, monsieur.

- Włoch, tak?

- Tak, monsieur.

Anthony zagadnął go w tym języku i mężczyzna odpowiedział dość płynnie. W końcu Anthony odprawił go skinieniem głowy, lecz cały czas, gdy jadł wspaniałe potrawy, zaserwowane mu przez Giuseppego, myślał intensywnie.

Czyżby się pomylił? Może zainteresowanie kelnera rękopisem było zwykłym wścibstwem? Niewykluczone, ale na wspomnienie jego nerwowego podniecenia Anthony zmienił zdanie. W każdym razie bardzo go ta sprawa zaintrygowała.

- A niech to licho porwie - powiedział sam do siebie. - Przecież nie każdy musi polować na ten przeklęty rękopis! Może mam po prostu bujną wyobraźnię?

Zjadł kolację, a gdy uprzątnięto naczynia, zabrał się do czytania pamiętników. Ponieważ nieboszczyk hrabia miał bardzo niewyraźny charakter pisma, lektura szła Anthony’emu dość powoli. Częstotliwość jego ziewnięć podejrzanie się zwiększyła. W końcu przy czwartym rozdziale dał sobie spokój.

Jak dotąd pamiętniki te były nie do zniesienia nudne, o żadnym, nawet najmniejszym skandalu nie mogło być mowy.

Zebrał listy i wraz z opakowaniem rękopisu, znajdującym się obok na stole, schował je do walizki. Następnie zamknął drzwi na klucz i jako dodatkową ochronę przystawił do nich krzesło. Na krześle postawił przyniesioną z łazienki karafkę.

Popatrzył na swoje dzieło z niejaką dumą, po czym rozebrał się i położył do łóżka. Rzucił jeszcze okiem na pamiętniki hrabiego, czując jednak, że powieki same mu się zamykają. Wsunął rękopis pod poduszkę, zgasił światło i niemal natychmiast zapadł w sen.

Po mniej więcej czterech godzinach nagle się obudził. Pod wpływem czego, nie miał pojęcia, może obudził go jakiś dźwięk, może przeczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa, instynkt silnie rozwinięty u ludzi o tak bujnym życiorysie.

Przez chwilę leżał nieruchomo, starając się uporządkować wrażenia. Uszu jego dobiegł ledwo słyszalny szelest i wtedy uświadomił sobie gęstniejącą ciemność między łóżkiem a oknem, na podłodze, przy walizce. Anthony gwałtownie wyskoczył z łóżka i zapalił światło. Klęcząca postać poderwała się.

To był kelner Giuseppe. W jego prawej ręce błyszczał długi, cienki nóż. Rzucił się na Anthony’ego, który zdawał już sobie sprawę z grozy sytuacji. Nie miał broni, Giuseppe zaś potrafił na pewno zrobić użytek ze swojej.

Anthony uskoczył w bok i nóż Giuseppa trafił w próżnię. W następnej minucie obaj mężczyźni w zwartym uścisku turlali się po podłodze. Anthony skoncentrował całą swą uwagę na tym, by nie puszczać prawej ręki Giuseppego, uniemożliwiając mu tym samym posłużenie się nożem. Powoli wykręcał mu rękę do tylu. W tym samym momencie poczuł, że Włoch drugą ręką ściska go za gardło, dusi go. Ale mimo to tym rozpaczliwiej wykręcał mu do tyłu prawe ramię.

Padający na podłogę nóż zadźwięczał przenikliwie. W tym samym czasie Włoch wyśliznął się giętkim ruchem z uchwytu Anthony’ego. Anthony też zerwał się na równe nogi, ale popełnił błąd, bo skoczył ku drzwiom, by odciąć Giuseppemu drogę ucieczki. Zbyt późno zauważył, że krzesło i karafka stały na tym samym miejscu.

Giuseppe wszedł przez okno i przez to samo okno teraz uciekł. W chwili, gdy Anthony skierował się ku drzwiom, Włoch wyskoczył na balkon, przeskoczył na balkon sąsiedni i zniknął w sąsiednim oknie.

Anthony wiedział, że pogoń za nim nie ma najmniejszego sensu. Droga jego odwrotu była niewątpliwie dobrze obstawiona. Anthony popadłby jedynie w dodatkowe tarapaty.

Podszedł do łóżka, sięgnął pod poduszkę i wyciągnął pamiętniki. Całe szczęście, że były tam, a nie w walizce. A potem otworzył walizkę i zajrzał do środka, by wyjąć listy.

Zaklął pod nosem.

Listów w walizce nie było.

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

SZLACHETNA SZTUKA SZANTAŻU

Była dokładnie za pięć czwarta, kiedy Virginia Revel, której obecna punktualność wynikała z prostej ciekawości, wróciła do domu mieszczącego się przy Pont Street. Otworzyła drzwi kluczem i weszła do hallu, gdzie natychmiast złożył jej meldunek flegmatyczny Chilvers:

- Przepraszam panią, ale pewna… pewna osoba złożyła pani wizytę.

W pierwszej chwili Virginia nie zwróciła uwagi na subtelną frazeologię, w jaką Chilvers przystroił swoją wypowiedź.

- Pan Lomax? Gdzie on jest? W salonie?

- O nie, proszę pani, nie pan Lomax. - W głosie Chilversa dał się wyczuć ton wyrzutu. - Osoba ta… Niechętnie go wpuściłem, ale powiedział, że ma bardzo ważną sprawę… ma to związek ze świętej pamięci kapitanem. Tak zrozumiałem. Dlatego przypuszczał, że zechce go pani przyjąć. Wprowadziłem go… do gabinetu.

Virginia stała chwilę zbierając myśli. Była już wdową od ładnych paru lat, fakt zaś, że rzadko wspominała swego małżonka, niektórzy odbierali w ten sposób, iż ów pozornie beztroski styl bycia kryje wciąż krwawiącą ranę. Inni znów tłumaczyli to wręcz odwrotnie, że Virginia nigdy w istocie nie przepadała za Timem Revelem i że demonstrowanie smutku, którego nie czuła, byłoby czystą obłudą.

- Muszę zaznaczyć, madame - kontynuował Chilvers - że ten człowiek sprawia wrażenie cudzoziemca.

Ciekawość Virginii nieco się powiększyła. Jej małżonek pracował w dyplomacji i tuż przed sensacyjnym morderstwem króla i królowej Herzoslovakii byli oboje z mężem w tym kraju. Ów mężczyzna to prawdopodobnie Herzoslovak, jakiś stary sługa, który znalazł się w potrzebie.

- Dobrze zrobiłeś, Chilvers - powiedziała kiwnąwszy aprobująco głową. - Mówisz, że wprowadziłeś go do gabinetu?

Przeszła przez hali lekkim, tanecznym krokiem i otworzyła drzwi do małego pokoju sąsiadującego z jadalnią.

Gość siedział na fotelu przy kominku. Gdy weszła, uniósł się z miejsca i stał ze wzrokiem w nią utkwionym. Virginia miała doskonałą pamięć do twarzy i była absolutnie pewna, że nigdy przedtem nie widziała tego człowieka. Przybysz był ciemnowłosy, wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany i nie ulegało kwestii, że to cudzoziemiec. Według niej jednak nie słowiańskiego pochodzenia. Określiła go w myślach jako Włocha albo Hiszpana.

- Pan chciał się ze mną widzieć? - zapytała. - Jestem Virginia Revel.

Minutę lub dwie mężczyzna milczał. Przyglądał się jej, jakby poddając ją skrupulatnym oględzinom. Jego sposób bycia cechowała tajona bezczelność, którą Virginia od razu wyczuła.

- Proszę mi wyjawić cel pańskiego przybycia - rzekła z nutą zniecierpliwienia.

- Pani jest panią Revel? Panią Timothy’ową Revel?

- Tak. Już to panu powiedziałam.



dalej


strona główna
(23kB)