(23kB)
strona główna

 

 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

TAJEMNICA BLADEGO KONIA

 



PRZEŁOŻYŁA: KRYSTYNA BOCKENHEIM

TYTUŁ ORYGINAŁU: THE PALE HORSE

 

Johnowi i Helen Mildmay White

Z serdecznymi podziękowaniami

Za to, że dali mi okazję ujrzeć,

Jak dokonuje się sprawiedliwość

 

PRZEDMOWA MARKA EASTERBROOKA

 

Wydaje mi się, że są dwie metody przedstawienia dziwnej sprawy Bladego Konia. Wbrew temu, co mówił Biały Król, trudno jest osiągnąć prostotę. Nie można powiedzieć: Zaczęło się na początku, toczyło się do końca i skończyło się. Gdzie jest bowiem początek?

Dla historyka zawsze trudne jest ustalenie, w jakiej chwili zaczyna się pewien okres historii.

W tym wypadku można zacząć od momentu, w którym ojciec Gorman wyruszył z plebanii, aby odwiedzić umierającą kobietę. Można też zacząć wcześniej, od pewnego wieczoru w Chelsea.

Ponieważ napisałem większą część tej opowieści sam, zacznę właśnie od tego.

 

I. RELACJA MARKA EASTERBROOKA

1

 

Ekspres do kawy syczał za moimi plecami jak rozjuszony wąż. Owo ponure, żeby nie powiedzieć szatańskie skojarzenie nasuwał wydawany przezeń dźwięk. Przyszło mi do głowy, że być może większość współczesnych odgłosów wywołuje takie skojarzenia. Przerażający, zuchwały ryk śmigających po niebie odrzutowców, powolne, groźne dudnienie wyłaniającego się z tunelu pociągu metra, intensywny ruch kołowy, wstrząsający fundamentami twego domu... Nawet niezbyt głośne codzienne dźwięki domowe, dobroczynne w skutkach, budzą pewnego rodzaju niepokój. "Uważaj! - zdają się mówić. - Jestem duchem oddanym na twoje usługi, ale jeśli twa czujność osłabnie..."

Niebezpieczny świat, właśnie o to chodzi. Niebezpieczny świat.

Zamieszałem zawartość dymiącej przede mną filiżanki. Pachniała przyjemnie.

Co pan jeszcze zje? Pyszną kanapkę z bananem i bekonem?

Zestawienie wydało mi się dziwne. Banany kojarzyły mi się z dzieciństwem albo rzadko podawanym płonącym deserem z cukrem i rumem. Bekon był w moim umyśle ściśle związany z jajkami. Kiedy jednak jesteś w Chelsea, powinieneś jeść to, co tam dają. Zgodziłem się na pyszną kanapkę z bananem i bekonem.

Chociaż mieszkałem w Chelsea - ściśle mówiąc, od trzech miesięcy wynajmowałem tam umeblowane mieszkanie - byłem tu obcy pod każdym względem. Pisałem książkę o pewnych aspektach architektury Wielkich Mogołów, z tego jednak powodu mógłbym zamieszkać w Hampstead, Bloomsbury, Streatham czy Chelsea i to nie stanowiłoby różnicy. Nie dostrzegałem otoczenia, z wyjątkiem moich narzędzi pracy, i sąsiedztwo, w którym żyłem, było mi zupełnie obojętne, przebywałem bowiem we własnym świecie.

Jednakże tego właśnie wieczoru ogarnął mnie nagły niepokój, jaki znają wszyscy pisarze. Architektura Wielkich Mogołów, cesarze Wielkich Mogołów, ich sposób życia i wszystkie fascynujące problemy z tym związane stały się nagle pyłem i popiołem. Co się z nimi stało? Dlaczego pragnąłem o nich pisać?

Czytając ponownie to, co napisałem, odrzuciłem niecierpliwie wiele stron. Wszystkie wydawały mi się jednakowo złe - nędznie napisane i dziwnie nieciekawe. Ktokolwiek powiedział: "Historia to stek bzdur" (Henry Ford?), miał absolutną rację.

Odsunąłem rękopis ze wstrętem, wstałem i spojrzałem na zegarek. Zbliżała się jedenasta wieczór. Spróbowałem przypomnieć sobie, czy jadłem obiad. Sądząc po wewnętrznych objawach, nie. Lunch, owszem, w Athenaeum. Było to już dawno.

Zajrzałem do lodówki. Znajdowała się tam mizerna resztka zeschłego ozora. Popatrzyłem na nią nieżyczliwie. Wobec tego wywlokłem się na King's Road i ostatecznie skręciłem do Espresso Coffee Bar, z imieniem Luigi wypisanym czerwonym neonem w oknie, a teraz przypatrywałem się kanapce z bananem i bekonem, rozważając ponure implikacje codziennych hałasów i ich wpływu na nastrój.

Wszystkie one - myślałem - mają coś wspólnego z moimi wczesnymi wspomnieniami związanymi z pantomimą. Davy Jones, przybywający z zaświatów w kłębach dymu! Pułapki w drzwiach i oknach, wpuszczające piekielne moce zła, wyzywające i prowokujące Dobrą Diamentową Wróżkę czy jak jej tam, która z kolei usuwa skinieniem niepożądaną ścianę i drętwym głosem recytuje banały jako ostateczny triumf dobra i tak doprowadza do nieodzownej "aktualnej pieśni", nie mającej nigdy nic wspólnego z treścią tej właśnie pantomimy.

Przyszło mi nagle na myśl, że zło było zawsze bardziej frapujące niż dobro. Przedstawienie musiało to wykazać! To musiało zaskakiwać i prowokować! To była walka solidności z niestałością. Ale w końcu solidność zawsze zwyciężała. Potrafiła przetrzymać szablonowość Dobrej Diamentowej Wróżki, jej marny głos, rymowane kuplety, nawet bezsensowne słowa pieśni: "Ze Wzgórza biegnie Wietrzna Droga do Starożytnego Miasta, które kocham". Można było zobaczyć wszelkie nędzne chwyty i ta broń zawsze zwyciężała. Pantomima kończyła się przeważnie tak samo. Po schodach zstępowała według starszeństwa obsada - z Dobrą Diamentową Wróżką, która zgodnie z chrześcijańską cnotą pokory nie usiłowała być pierwszą (czyli w tym wypadku ostatnią), ale szła w połowie procesji, ramię w ramię ze swoim niedawnym przeciwnikiem, który nie był już Królem Demonów, zionącym ogniem i siarką, tylko człowiekiem odzianym w czerwone trykoty.

W moich uszach rozległ się znowu gwizd ekspresu. Dałem znak, że chcę jeszcze jedną filiżankę kawy, i rozejrzałem się wokoło. Moja siostra zawsze zarzucała mi, że nie jestem dobrym obserwatorem, nie zauważam, co się obok mnie dzieje. "Żyjesz we własnym świecie" - mówiła oskarżycielsko. W tej chwili, świadomy swoich "zalet", zanotowałem w pamięci zdarzenia. Codziennie natrafiało się w gazetach na notatki o barach kawowych w Chelsea i ich bywalcach; miałem szansę ocenić osobiście współczesne życie.

W barze było dosyć ciemno, więc nie widziało się niczego dokładnie. Klientela składała się głównie z młodych ludzi. Należeli - jak przypuszczałem - do niekonwencjonalnej generacji. Dziewczęta wyglądały, jak zawsze wyglądają według mnie współczesne dziewczęta, po prostu brudno. Wydawały się także ubrane o wiele za ciepło. Zauważyłem to, kiedy parę tygodni wcześniej poszedłem na obiad z przyjaciółmi. Obok mnie siedziała dziewczyna mniej więcej dwudziestoletnia. W restauracji było gorąco, ona jednak miała na sobie żółty wełniany sweter, czarną spódnicę, czarne wełniane pończochy i w ciągu całego posiłku pot spływał jej po twarzy. Czuć ją było przepoconą wełną i niemytymi włosami. Według moich przyjaciół była bardzo atrakcyjna. Nie dla mnie! Moją jedyną reakcją było pragnienie, aby wrzucić ją do gorącej kąpieli, wręczyć jej kawałek mydła i skłonić do użycia go! Co dowodzi, że utraciłem kontakt z moją epoką. Może wzięło się to stąd, że tak długo mieszkałem za granicą. Wspomniałem z przyjemnością hinduskie kobiety z ich pięknie upiętymi czarnymi włosami, w kolorowych sari ułożonych we wdzięczne fałdy, oraz ich rytmiczny, płynny chód...

Z tych przyjemnych wspomnień wyrwał mnie większy hałas. Dwie młode kobiety, siedzące przy sąsiednim stole, zaczęły kłótnię. Towarzyszący im młodzi ludzie na próżno próbowali je pogodzić.

Nagle dziewczyny zaczęły krzyczeć. Jedna z nich spoliczkowała przeciwniczkę, tamta ściągnęła ją z krzesła. Tarmosiły się jak handlarki ryb, obrzucając się histerycznie obelgami. Jedna była rozkudłanym rudzielcem, druga chudą blondynką.

Nie mogłem się połapać, co wywołało awanturę. Słyszałem tylko inwektywy. Przy sąsiednich stolikach rozległy się krzyki i gwizdy.

- Dobra! Dołóż jej, Lou!

Stojący za barem właściciel, szczupły mężczyzna z baczkami, o wyglądzie Włocha, którego uważałem za Luigiego, interweniował czystym londyńskim cockneyem:

- No, no... spokój... spokój... Za moment zleci się tu cała ulica. Zaraz będziecie miały gliniarzy na karku. Dosyć, mówię.

Tymczasem blondynka chwyciła rudą za włosy i targając dziko, krzyczała:

- Kradniesz mężczyzn, ty suko!

- Sama jesteś suka!

Luigi wraz z dwoma zmieszanymi towarzyszami dam rozdzielił dziewczęta. W rękach blondynki pozostały wielkie pęki rudych włosów. Trzymała je triumfalnie w górze, potem rzuciła na podłogę. Drzwi od ulicy otworzyły się i odziana w błękit władza stanęła w progu, wypowiadając majestatycznie regulaminowe słowa:

- Co się tu dzieje?

Natychmiast utworzył się wspólny front.

- Tylko trochę żartów - powiedział jeden z młodych ludzi.

- To wszystko - włączył się Luigi. - Trochę żartów między przyjaciółmi.

Zręcznie kopnął pęki włosów pod najbliższy stół. Rywalki uśmiechnęły się do siebie z fałszywym wybaczeniem. Policjant przyjrzał się wszystkim podejrzliwie.

- Właśnie wychodzimy - powiedziała słodko blondynka. - Chodź, Doug.

.Równocześnie wychodziło parę innych osób. Władza obserwowała ich wszystkich groźnie. Wyraz twarzy policjanta mówił, że choć tym razem im się upiecze, to będzie już miał na nich oko. Wycofał się wolno.

Towarzysz rudowłosej zapłacił czekiem.

- Nic ci nie jest? - spytał Luigi dziewczynę, która poprawiała chustkę. - Lou obeszła się z tobą fatalnie, wyrywając ci włosy z korzeniami.

- To nie boli - odparła dziewczyna nonszalancko. Uśmiechnęła się. - Przepraszam za drakę, Luigi.

Towarzystwo wyszło. Bar był teraz prawie pusty. Szukałem w kieszeni drobnych.

- Ma sportowego ducha - rzekł Luigi, patrząc z aprobatą na zamykające się drzwi. Wziął szczotkę i zmiótł rude pasma za kontuar.

- To musiała być tortura - zauważyłem.

- Wrzeszczałbym z bólu, gdyby popadło na mnie - zgodził się Luigi. - Ale Tommy ma naprawdę sportowego ducha.

- Zna ją pan dobrze?

- Och, jest tu prawie każdego wieczoru. Nazywa się Tuckerton, Thomasina Tuckerton, jeśli chce pan wiedzieć. Ale tutaj mówią na nią Tommy Tucker. Do tego jest cholernie bogata. Jej stary zostawił prawdziwą fortunę, a co ona robi? Przenosi się do Chelsea, mieszka w nędznym pokoju w połowie drogi do Wandsworth Bridge i włóczy się w okolicy z bandą takich samych jak ona. To przechodzi wszelkie pojęcie: połowa z tej ferajny ma forsę. Mogliby mieć każdą cholerną rzecz, jakiej zapragną, mieszkać u Ritza, jeśli się im spodoba. Ale przez to, co robią, są wyrzuceni poza nawias. Tak, to przechodzi wszelkie pojęcie.

- Pan by się na to nie zdecydował?

- Ach, mam jeszcze rozum! - odparł Luigi. - Jeśli idzie o forsę, inkasuję natychmiast.

Wstałem, żeby wyjść, i zapytałem, o co była kłótnia.

- Och, Tommy poderwała chłopaka tamtej dziewczynie. Nie jest wart, by o niego walczyć, może mi pan wierzyć.

- Tamta uważała, że jest - zauważyłem.

- Lou jest bardzo romantyczna - odparł Luigi tolerancyjnie. Nie była to według mnie romantyczność, ale nie powiedziałem tego.

 

2

 

Chyba tydzień później w rubryce "Zgony" w "Timesie" zauważyłem następującą wzmiankę:

 

2 października w Fallowfield Nursing Home, w Amberley, zmarła Thomasina Ann, lat 20, jedyna córka zmarłego Thomasa Tuckertona, Esq., z Carrington Park, w Amberley, Surrey. Pogrzeb odbędzie się w gronie rodzinnym. Prosimy o nieprzynoszenie kwiatów.

 

Żadnych kwiatów dla biednej Tommy Tucker i żadnego życia w Chelsea, poza nawiasem. Poczułem nagły przypływ współczucia dla Tommy Tucker. Ostatecznie skąd miałem wiedzieć, który z moich poglądów był właściwy? Kim byłem, żeby określać jej życie jako przegrane? Może to moje życie, spokojne życie naukowca, pogrążone w książkach, zamknięte przed światem, było zmarnowane? Życie z drugiej ręki. Właściwie czy żyłem poza nawiasem? Co za pomysł! Co prawda, nie chciałem tego. Z drugiej jednak strony, może powinienem tego pragnąć? Mało prawdopodobny i niezbyt przyjemny pomysł.

Wyrzuciłem Tommy Tucker z myśli i zająłem się korespondencją.

Najważniejszy był list od mojej kuzynki Rhody Despard, proszącej o przysługę. Zabrałem się do tego z zapałem, ponieważ tego ranka nie miałem nastroju do pracy i była to wspaniała wymówka, żeby się od niej wymigać.

Wyszedłem na King's Road, przywołałem taksówkę i pojechałem do rezydencji mojej przyjaciółki, pani Ariadny Oliver.

Pani Oliver była znaną autorką książek kryminalnych. Jej pokojówka, Milly, prawdziwy smok, strzegła swojej pani przed atakami świata zewnętrznego.

Podniosłem brwi w milczącym pytaniu. Milly skinęła skwapliwie głową.

- Proszę iść prosto na górę, panie Easterbrook. Ma dziś rano humory. Może uda się panu uwolnić ją od tego.

Wspiąłem się na dwie kondygnacje schodów, zapukałem delikatnie do drzwi i wszedłem, nie czekając na zachętę. Gabinet pani Oliver był dużym pokojem, którego ściany wyklejono tapetą przedstawiającą egzotyczne ptaki, gnieżdżące się w tropikalnym lesie. Pani Oliver w stanie graniczącym z obłędem snuła się po gabinecie, mamrocząc coś do siebie. Rzuciła na mnie krótkie, obojętne spojrzenie i kontynuowała wędrówkę. Jej niewidzące oczy przesuwały się po ścianach, prześlizgiwały po oknie i od czasu do czasu zamykały się jakby w przypływie bólu.

- Ale dlaczego - mówiła pani Oliver w przestrzeń - dlaczego ten idiota nie mówi natychmiast, że widział kakadu? Dlaczego nie miałby tego zrobić? Nie mógł tego uniknąć! Jeśli jednak nie wspomina o tym, cały pomysł jest zmarnowany. Musi być sposób... musi być.

Jęknęła, chwyciła się za krótkie, siwe włosy i szarpnęła je z całej siły. Potem spojrzała na mnie nagle oprzytomniałymi oczami i powiedziawszy: "Halo, Mark. Dostaję szału", kontynuowała swoje skargi.

- No i jest jeszcze Monica. Im bardziej się staram, żeby była miła, tym bardziej staje się irytująca... Taka głupia dziewczyna... Przy tym jaka zadowolona z siebie! Monica... Monica? Imię jest chyba nieodpowiednie. Nancy? Czy byłoby lepsze? Joan? Każda nazywa się Joan. Tak samo Annę. Susan? Miałam już Susan. Lucia? Lucia? Lucia? Chyba potrafię ją sobie wyobrazić. Ruda. Sweterek polo... Czarne rajstopy? W każdym razie czarne pończochy.

Ten chwilowy przebłysk dobrego samopoczucia został przyćmiony wspomnieniem problemu kakadu i pani Oliver podjęła na nowo swoją beznadziejną wędrówkę po pokoju, przekładając nieświadomie różne przedmioty z miejsca na miejsce. Troskliwie umieściła swój futerał na okulary w lakierowanej kasetce, zawierającej już chiński wachlarz, po czym westchnęła głęboko, zwracając się do mnie.

- Cieszę się, że cię widzę.

- To bardzo miło z twojej strony.

- Mógł się trafić ktoś inny. Jakaś głupia baba, która chce, żebym otworzyła kiermasz, albo facet w sprawie polisy ubezpieczeniowej Milly, która absolutnie odmawia zawarcia umowy, albo hydraulik (ale to byłoby zbyt wiele szczęścia, prawda?). Mógłby to być też ktoś proszący o wywiad, zadający mnóstwo kłopotliwych pytań, za każdym razem tych samych. Co pobudza panią do pisania? Ile książek już pani napisała? Ile pani zarobiła? Itd., itd. Nigdy nie potrafię odpowiedzieć na żadne z nich i wychodzę na idiotkę. Ale nic tak nie doprowadza mnie do szaleństwa jak ta historia z kakadu.

- Coś nie gra? - spytałem ze współczuciem. - Może lepiej sobie pójdę?

- Nie, nie idź. W każdym razie stanowisz rozrywkę. Przyjąłem ten wątpliwy komplement.

- Chcesz papierosa? - zapytała pani Oliver ze zdawkową gościnnością. - Są tu gdzieś. Zobacz w pokrywie maszyny do pisania. .

- Dziękuję, mam własne. Poczęstuj się. Och, prawda, nie palisz.

- Ani nie piję. A chciałabym. Jak ci amerykańscy detektywi mający całe litry żytniówki pod ręką, w bieliźniarce. To rozwiązuje chyba ich problemy. Naprawdę nie wiem, jak można uniknąć kary za morderstwo w normalnym życiu. Wydaje mi się, że od momentu popełnienia morderstwa cała sprawa jest zupełnie oczywista.

- Bzdura. Popełniłaś całą masę morderstw.

- Co najmniej pięćdziesiąt pięć - oświadczyła pani Oliver. - Część dotycząca morderstwa jest łatwa i prosta. Dopiero wyjaśnienie sprawia trudności. To znaczy: dlaczego miałby to być ktoś inny niż morderca? Widać go na kilometr.

- Nie w wykończonym produkcie.

- Tak, ale ile mnie to kosztuje - powiedziała pani Oliver ponuro. - Mów, co chcesz, ale to nie jest naturalne, aby pięć czy sześć osób było na miejscu, kiedy B zostaje zamordowany, i żeby wszyscy mieli motyw do zamordowania go, chyba że B jest piekielnie nieprzyjemny, a w takim wypadku nikogo nie obchodzi, czy został zamordowany, czy nie, i nikt nie troszczy się o to, kto jest sprawcą.

- Rozumiem twój problem - odparłem. - Ale jeśli udało ci się uporać z tym pięćdziesiąt pięć razy, będziesz w stanie zrobić to jeszcze raz.

- To właśnie mówię sobie stale, ale za każdym razem nie potrafię w to uwierzyć i przeżywam męczarnie.

Znowu chwyciła się za włosy i szarpnęła je gwałtownie.

- Nie rób tego! - krzyknąłem. - Wyrwiesz z korzeniami.

- Nonsens - odparła. - Włos jest wytrzymały. Chociaż kiedy miałam w wieku czternastu lat odrę z bardzo wysoką gorączką, włosy zupełnie mi wypadły z przodu. Strasznie krępujące. I trwało to całe sześć miesięcy, zanim mi przyzwoicie odrosły. Okropna rzecz dla dziewczynki, dziewczęta tak uważają. Pomyślałam o tym wczoraj, kiedy odwiedziłam Mary Delafontaine w domu opieki. Włosy jej wyszły tak samo jak moje wtedy. Powiedziała, że musi sprawić sobie sztuczną grzywkę, kiedy się lepiej poczuje. Chyba nie zawsze odrastają po sześćdziesiątce.

- Widziałem któregoś wieczoru, jak jedna dziewczyna wydarła drugiej włosy z cebulkami - powiedziałem, zdając sobie sprawę z pewnej nuty dumy w głosie, jako ktoś znający życie.

- A gdzież to ty chadzasz? - spytała pani Oliver.

- To było w barze kawowym w Chelsea.

- Och, w Chelsea. Tam zdarza się wszystko. Bitniki, sputniki, narwańcy, całe to pokolenie. Nie piszę o nich dużo, ponieważ obawiam się użycia niewłaściwych terminów. Myślę, że bezpieczniej jest trzymać się tego, co się zna.

- Na przykład?

- Ludzie na wycieczce morskiej, w domach akademickich, to, co się dzieje w szpitalach, radach kościelnych, na kiermaszach, festiwalach muzycznych i w komitetach. Sprzątaczki, młodzi ludzie i dziewczęta wędrujący po świecie dla nauki, ekspedienci... - Przerwała zadyszana. - To zrozumiałe, że sobie z tym radzisz.

- Niemniej mógłbyś mnie zabrać kiedyś do baru kawowego w Chelsea, żebym poszerzyła swoje doświadczenia - powiedziała pani Oliver tęsknie.

- Kiedy tylko zechcesz. Dziś wieczór?

- Dzisiaj nie. Jestem zbyt zajęta pisaniem, a raczej denerwowaniem się, że nie mogę pisać. To najbardziej irytuje w pracy, choć wszystko jest nieznośne oprócz tej jednej chwili, gdy uważasz, że masz cudowny pomysł, i nie możesz się doczekać, by zacząć. Powiedz, Mark, czy sądzisz, że można zabić kogoś poprzez zdalne sterowanie?

- Co rozumiesz przez zdalne sterowanie? Nacisnąć guzik i wysłać śmiercionośne promienie?

- Nie, nie, nic z science fiction - przerwała z wahaniem. - Mam na myśli prawdziwą czarną magię.

- Woskowe figurki nakłuwane szpilkami?

- Och, figurki z wosku są zupełnie niemodne - oświadczyła pani Oliver pogardliwie. - Zdarzają się jednak dziwne rzeczy, w Afryce czy Indiach Zachodnich. Ludzie opowiadają o nich. Jak to krajowcy po prostu kulą się i umierają. Wudu czy ju-ju... W każdym razie wiesz, o czym myślę.

Powiedziałem, że wiele z tego obecnie przypisuje się sile sugestii. Wmawia się ofierze, że poniesie śmierć z wyroku czarownika, a podświadomość dokonuje reszty.

Pani Oliver prychnęła.

- Gdyby ktokolwiek napomknął mi, że zostałam skazana na to, by położyć się i umrzeć, z przyjemnością pokrzyżowałabym te zamiary!

Zaśmiałem się.

- Masz w swoich żyłach wiele dobrej, zachodniej, sceptycznej krwi. Brak predyspozycji.

- Uważasz zatem, że to może się zdarzać?

- Za mało wiem na ten temat, żeby wydawać opinie. Co wbiłaś sobie do głowy? Nowym arcydziełem będzie "Morderstwo przez sugestię"?

- Ależ nie. Wystarczy mi dobra staroświecka trutka na szczury albo arszenik. Lub solidne tępe narzędzie. W miarę możności nie broń palna. Jest zawsze tak skomplikowana. Nie przyszedłeś jednak tutaj, żeby rozmawiać o moich książkach.

- Szczerze mówiąc, nie... Rzecz w tym, że moja kuzynka, Rhoda Despard, urządza festyn kościelny i...

- Nigdy więcej! - wykrzyknęła pani Oliver. - Wiesz, co się stało ostatnim razem? Urządziłam Polowanie na Mordercę i pierwszą rzeczą, jaka się zdarzyła, było odkrycie prawdziwych zwłok. Nigdy tego nie zapomnę!

- To nie jest polowanie na mordercę. Wszystko, co musiałabyś zrobić, to usiąść w namiocie i podpisywać swoje książki - po pięć szylingów sztuka.

- Noo - zawahała się pani Oliver. - To mogłoby być w porządku. Nie musiałabym otwierać uroczystości? Ani mówić żadnych głupstw? Ani nosić kapelusza?

Zapewniłem ją, że nie będą od niej wymagać żadnej z tych rzeczy.

- I potrwa to tylko godzinę lub dwie - powiedziałem przymilnie. - Potem odbędzie się mecz krykieta - nie, może nie o tej porze roku. Chyba tańce dzieci. Albo konkurs przebierańców.

Pani Oliver przerwała mi dzikim okrzykiem.

- O to chodzi! - zawołała. - Piłka krykietowa! On widzi ją z okna... jak wylatuje w powietrze... i to odwraca jego uwagę... i w ten sposób nie wspomina nigdy o kakadu! Jak to dobrze, że przyszedłeś, Mark. Jesteś cudowny.

- Nie bardzo rozumiem...

- Ty może nie, ale ja tak - odparła pani Oliver. - To jest dosyć skomplikowane i nie chcę tracić czasu na wyjaśnienia. Miło było cię widzieć, ale teraz chciałabym, żebyś sobie poszedł. Natychmiast.

- Oczywiście. A co do festynu...

- Pomyślę o tym. Nie przeszkadzaj mi teraz. Gdzie, na miłość boską, położyłam okulary? Naprawdę, w jaki sposób te rzeczy znikają...

 

II

1

 

Pani Gerahty otworzyła drzwi plebanii ze zwykłą gwałtownością. Mniej przypominało to reakcję na dzwonek, a bardziej triumfalny manewr, wyrażający się zdaniem: "Tym razem cię przyłapałam!".

- No proszę, a czegóż ty chcesz? - zapytała wojowniczo.

Na schodach stał chłopiec, bardzo niepozorny, trudny do zauważenia i do zapamiętania, chłopiec jak inni. Pociągał nosem, ponieważ miał katar.

- Czy tu mieszka ksiądz?

- Szukasz ojca Gormana?

- Potrzebują go.

- Kto go potrzebuje, gdzie i po co?

- Benthall Street. Dwadzieścia trzy. Mówią, że kobieta umiera. Pani Coppins mnie przysłała. To katolicki kościół, prawda? Kobieta mówi, że nie chce pastora.

Pani Gerahty upewniła go co do tej istotnej kwestii, powiedziała mu, żeby pozostał na miejscu, a sama wycofała się w głąb plebanii. W jakieś trzy minuty później wyszedł stamtąd wysoki, niemłody ksiądz, niosąc małą, skórzaną walizeczkę.

- Jestem ojciec Gorman - powiedział. - Benthall Street? To jest za dworcem, prawda?

- Tak. To bliziutko.

Wyruszyli razem, ksiądz szedł wielkimi krokami.

- Powiedziałeś: pani Coppins? Tak się nazywa?

- Ona jest właścicielką domu. Wynajmuje pokoje. To jej lokatorka chce księdza. Nazywa się chyba Davis.

- Davis. Ciekawe. Nie przypominam sobie...

- Ona jest od was, na pewno. To znaczy od katolików. Mówili, że nie chce pastora.

Ksiądz skinął głową. Wkrótce znaleźli się na Benthall Street. Chłopiec wskazał wysoki, odrapany dom w rzędzie innych wysokich i odrapanych.

- To właśnie tu.

- Nie wchodzisz?

- Ja tu nie mieszkam. Pani C. dała mi szylinga, żeby księdza zawiadomić.

- Rozumiem. Jak się nazywasz?

- Mike Potter.

- Dziękuję, Mike.

- Nie ma za co - odparł Mike i odszedł, gwiżdżąc. Bliskość czyjejś śmierci nie wzruszała go.

Drzwi numeru 23 otworzyły się i pani Coppins, duża kobieta o czerwonej twarzy, stanęła na progu, entuzjastycznie witając gościa.

- Proszę wejść, proszę wejść. Złe z nią. Powinna być w szpitalu, nie tutaj. Dzwoniłam, ale dzisiaj nie wiadomo, kiedy się ktoś zjawi. Mąż mojej siostry musiał czekać sześć godzin, jak złamał nogę. Powiadam, że to haniebne. To ma być służba zdrowia! Biorą tylko pieniądze, a kiedy są potrzebni, gdzie są?

Mówiąc to wszystko, prowadziła księdza wąskimi schodami w górę.

- Co jej jest?

- Miała grypę. Niby się poprawiało. Uważam, że za wcześnie wstała. W każdym razie kiedy przyszła wczoraj wieczór, wyglądała jak śmierć. Położyłam ją do łóżka. Nie chciała nic jeść. Nie chciała lekarza. Dziś rano zobaczyłam, że ma okropną gorączkę. Padło jej na płuca.

- Zapalenie płuc?

Pani Coppins, zadyszana, wydała dźwięk podobny do świstu maszyny parowej, mający oznaczać potwierdzenie. Rzuciła się, aby otworzyć drzwi, i odsunęła się na bok, by wpuścić ojca Gormana, mówiąc przy tym przez ramię z udawaną wesołością: "Tu jest ksiądz do pani. Teraz będzie pani lepiej!". Po czym wyszła.

Ojciec Gorman wszedł. Pokój, umeblowany staromodnymi wiktoriańskimi meblami, był ładny i czysty. Leżąca na łóżku przy oknie kobieta z trudem odwróciła głowę. Ksiądz zorientował się natychmiast, że jest bardzo chora.

- Przyszedł ksiądz... Nie ma czasu... - mówiła, oddychając ciężko. - Nikczemność... taka nikczemność... muszę... muszę... Nie mogę umrzeć jak taka... Wyznać... wyznać... moje grzechy... ciężkie grzechy... - jej oczy, na pół zamknięte, błądziły... Z ust padały urywane, monotonne słowa.

Ojciec Gorman podszedł do łóżka. Mówił tak, jak mówił często, bardzo często. Słowa pełne powagi, wzbudzające zaufanie... słowa jego powołania i wiary. Uspokoiła się... Cierpienie znikło z umęczonych oczu...

Kiedy kapłan zakończył swoją posługę, umierająca przemówiła znowu:

- Przerwać... To musi zostać powstrzymane... Ksiądz będzie...

Ksiądz powiedział uspokajająco:

- Zrobię wszystko, co konieczne. Może mi pani zaufać... W chwilę później przyjechała karetka pogotowia i zjawił się lekarz. Pani Coppins powitała go z ponurym triumfem. - Jak zwykle za późno! - oświadczyła. - Już odeszła...

 

2

 

Ojciec Gorman wracał w zapadającym zmroku. Tego wieczoru pojawiła się mgła, która gęstniała gwałtownie. Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Co za nieprawdopodobna historia... Jaka jej część zrodziła się z maligny i wysokiej gorączki? Oczywiście, w jakimś stopniu była prawdziwa - ale w jakim? W każdym razie to ważne, aby zanotować pewne nazwiska, póki są świeże w jego pamięci. Kiedy wróci, trzeba będzie zwołać Bractwo św. Franciszka. Skręcił raptownie do małej kawiarenki, zamówił kawę i usiadł. Poszperał w kieszeni sutanny. Ach, ta pani Gerahty! Prosił, żeby zaszyła rozprucie. Jak zwykle nie zrobiła tego. Notesik, ołówek i parę monet znalazło się pod podszewką. Ksiądz wydobył parę monet, ołówek, ale notes sprawiał trudności. Podano kawę, poprosił więc o kawałek papieru.

- Wystarczy księdzu?

Była to podarta papierowa torba. Ojciec Gorman przytaknął i wziął ją. Zaczął zapisywać nazwiska - zależało mu, żeby ich nie zapomnieć. A łatwo zapominał nazwiska.

Drzwi kawiarni otworzyły się, weszło trzech młodych chłopców w strojach jak z epoki edwardiańskiej i rozsiadło się hałaśliwie.

Ojciec Gorman skończył notatkę. Złożył strzęp papieru i zamierzał włożyć go do kieszeni, kiedy przypomniał sobie o dziurze. Zrobił więc to, co wielokrotnie robił już wcześniej: wcisnął złożony kawałek papieru do buta.

Jakiś człowiek wszedł cicho i usiadł w odległym końcu lokalu. Ojciec Gorman wypił parę łyków kawy, poprosił o rachunek i zapłacił. Potem wstał i wyszedł.

Mężczyzna, który dopiero co się zjawił, zmienił chyba zamiar. Popatrzył na zegarek jak ktoś, kto pomylił godzinę, podniósł się i spiesznie skierował do wyjścia.

Mgła gęstniała szybko. Ojciec Gorman wydłużył krok. Znał okolicę bardzo dobrze. Skrócił sobie drogę, skręcając w małą uliczkę, biegnącą wzdłuż torów kolejowych. Mógł usłyszeć kroki z tyłu, ale nie myślał o nich. Dlaczego miałby zwrócić na nie uwagę?

Cios pałki zaskoczył go zupełnie. Pochylił się do przodu i upadł...

 

3

 

Doktor Corrigan wszedł do gabinetu gwiżdżąc "Ojciec O'Flynn" i tonem pogawędki zwrócił się do detektywa - inspektora Lejeune'a:

- Zrobiłem ci twego ojczulka.

- A rezultat?

- Techniczne terminy zostawmy dla koronera. Został sprawnie zatłuczony. Prawdopodobnie zginął od pierwszego ciosu, ale ktokolwiek był mordercą, chciał mieć pewność. Paskudna historia.

- Tak - zgodził się Lejeune.

Był silnym mężczyzną, ciemnowłosym i szarookim. Miał zwodniczo spokojny sposób bycia, ale jego gesty były czasem zaskakująco malownicze i świadczyły o hugenockich przodkach z Francji.

- Wygląda to na coś gorszego niż rabunek - powiedział w zamyśleniu.

- A czy to był rabunek? - spytał doktor.

- Tak przypuszczamy. Kieszenie zostały wywrócone, a podszewka sutanny odpruta.

- Nie mogli liczyć na wiele - rzekł Corrigan. - Ci proboszcze są zwykle biedni jak myszy kościelne.

- Rozwalili mu czaszkę, żeby mieć pewność - zadumał się inspektor. - Chciałoby się wiedzieć, po co.

- Są dwie możliwe odpowiedzi. Jedna, że zrobił to zdeprawowany młody przestępca, który uwielbia przemoc dla niej samej. Niestety, takich jest coraz więcej.

- A druga możliwość? Doktor wzruszył ramionami.

- Ktoś zrobił to twojemu ojcu Gormanowi umyślnie. Lejeune potrząsnął głową.

- Bardzo mało prawdopodobne. Był popularny, ogromnie kochany w okolicy. O ile wiadomo, żadnych wrogów. A rabunek jest nieprawdopodobny. Chyba że...

- Chyba że co? Policja już ma klucz! Mam rację?

- Miał przy sobie coś, co nie zostało zabrane. Po prostu miał to w bucie.

Corrigan gwizdnął.

- Brzmi to jak historia szpiegowska. Lejeune uśmiechnął się.

- To znacznie prostsze. Miał dziurę w kieszeni. Sierżant Pine rozmawiał z jego gospodynią. Jest chyba trochę niechlujna. Nie reperowała jego rzeczy tak, jak powinna. Przyznawała to czasami. Ojciec Gorman wolał wepchnąć papier do buta, aby uchronić go przed wypadnięciem z dziurawej sutanny.

- A zabójca nie wiedział o tym?

- Nie przyszło mu to do głowy! Przypuszczalnie szukał tego właśnie papierka, a nie garści drobniaków. - Co było na tej kartce?

Lejeune sięgnął do szuflady i wyjął skrawek pogniecionego papieru.

- To tylko lista nazwisk. Corrigan spojrzał na nią ciekawie.

 

Ormerod

Sandford

Parkinson

Hesketh-Dubois

Shaw

Harmondsworth

Tuckerton

Corrigan?

Delafontaine?

 

Podniósł brwi.

- Widzę, że jestem na tej liście!

- Czy któreś z nazwisk mówi ci coś? - zapytał inspektor.

- Żadne.

- Nie spotkałeś nigdy ojca Gormana?

- Nie.

- Zatem niewiele możesz nam pomóc.

- Nie domyślacie się, co znaczy ta lista, jeżeli w ogóle coś znaczy? Lejeune nie odpowiedział wprost.

- Pewien chłopiec zgłosił się do ojca Gormana około siódmej wieczór. Powiedział, że umierająca kobieta prosi księdza i ojciec Gorman poszedł z nim.

- Dokąd? O ile oczywiście wiesz.

- Wiemy. To nie wymagało długiego sprawdzania. Benthall Street 23. Właścicielką domu jest kobieta nazwiskiem Coppins. Chora nazywała się Davis. Ksiądz dotarł tam kwadrans po siódmej i był u niej jakieś pół godziny. Pani Davis zmarła, zanim przyjechała karetka, żeby zabrać ją do szpitala.

- Rozumiem.

- Następnym miejscem, w którym usłyszeliśmy o ojcu Gormanie, jest Tony's Place, mała, podupadła kawiarenka. Zupełnie przyzwoita, żadnych powiązań kryminalnych, podaje się tam mizerne przekąski i dlatego nie jest zbyt licznie odwiedzana. Ojciec Gorman poprosił o filiżankę kawy. Wtedy prawdopodobnie szukał czegoś w kieszeni i nie mogąc znaleźć, poprosił właściciela o kawałek papieru. To - wskazał Lejeune palcem - jest właśnie ten papier.

- A potem?

- Kiedy Tony przyniósł kawę, ksiądz pisał coś na tej kartce. Wkrótce wyszedł, zostawiając kawę praktycznie nietkniętą (o co go nie winię) i wetknąwszy listę do buta.

- W lokalu jeszcze ktoś był?

- Czterech chłopaków w typie bikiniarzy przy jednym stoliku, a przy drugim - starszy mężczyzna. Ten zresztą wyszedł, nie zamówiwszy nic.

- Poszedł za księdzem?

- To możliwe. Tony nie zauważył, w jakim momencie wyszedł. Nie zauważył też, jak wyglądał. Opisał go jako niepozornego człowieka. Poważny. Taki, który wygląda jak każdy inny. Średnia waga, ciemnoniebieski płaszcz, a może brązowy. Włosy ani ciemne, ani jasne. Nie ma powodu sądzić, jakoby miał coś wspólnego z tą sprawą. Po prostu nie wiadomo. Nie zgłosił się, aby powiedzieć, że widział księdza u Tony'ego, ale ma jeszcze czas. Prosiliśmy, by każdy, kto widział ojca Gormana wieczorem, między godziną za kwadrans ósma a ósmą piętnaście, skontaktował się z nami. Dotychczas odpowiedziały tylko dwie osoby: pewna kobieta i aptekarz, mający w pobliżu aptekę. Pójdę teraz zobaczyć się z nimi. Ciało zostało znalezione o ósmej piętnaście przez dwóch małych chłopców na West Street -wiesz, gdzie to jest? Boczna uliczka, ograniczona z jednej strony przez tory. Resztę znasz.

Corrigan skinął głową. Popukał palcem w papier.

- Co o tym sądzisz?

- Wydaje mi się, że to jest coś ważnego - odparł Lejeune.

- Ta umierająca powiedziała mu coś istotnego i musiał zapisać to jak najszybciej, zanim zapomni? Chodzi o jedno - czy wolno mu było to zrobić, jeżeli dowiedział się tego pod tajemnicą spowiedzi?

- To nie musiało być powierzone jako tajemnica. Przypuśćmy, że te nazwiska mają związek z - powiedzmy - szantażem...

- To jest twój pomysł?

- Nie mam jeszcze żadnego pomysłu. To tylko robocza hipoteza. Ci ludzie byli szantażowani. Umierająca kobieta albo była szantażystką, albo wiedziała o szantażu. Powiedziałbym, że generalnie była to skrucha, wyznanie i pragnienie zadośćuczynienia w miarę możliwości. Ojciec Gorman przyjął na siebie odpowiedzialność.

- A co potem?

- Wszystko jest przypuszczeniem - rzekł Lejeune. Powiedzmy, że to było płacenie okupu i ktoś nie chciał, żeby się to skończyło. Ktoś wiedział, że pani Davis umiera i że posłała po księdza. Dalej już wiadomo.

- Jestem ciekaw - powiedział Corrigan, studiując znowu papier - dlaczego przy ostatnich dwóch nazwiskach jest znak zapytania.

- Może ojciec Gorman nie był pewien, czy zapamiętał dokładnie te nazwiska.

- To mogło być Mulligan zamiast Corrigan - zgodził się doktor z uśmiechem. - To dość podobne. Ale nazwisko Delafontaine zapamiętuje się lub nie - jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Dziwne, że nie ma tu ani jednego adresu... - przeczytał listę jeszcze raz.

- Parkinson - jest mnóstwo Parkinsonów. Sandford - nic niezwykłego. Hesketh-Dubois... trudno wymówić. Nie może ich być wielu.

Pod wpływem nagłego impulsu doktor nachylił się do przodu i wziął książkę telefoniczną, leżącą na biurku.

- E do L. Zobaczmy. Hesketh, pani A..., John & Co., hydraulicy... Sir Isidore. Ach, mam! Hesketh-Dubois, lady, 49 Ellesmere Square, S. W. 1. Co powiesz, żebyśmy do niej zadzwonili?

- I co powiemy?

- Natchnienie przyjdzie - oświadczył doktor beztrosko.

- No to jazda - rzekł Lejeune.

- Co? - Corrigan wytrzeszczył oczy.

- Powiedziałem: jazda - powtórzył inspektor lekko. - Nie trać głowy. - Podniósł słuchawkę. - Daj mi miasto. - Spojrzał na Corrigana. - Numer?

- Grosvenor 64578.

Lejeune powtórzył i wręczył słuchawkę doktorowi.

- Baw się dobrze.

Corrigan, trochę zaskoczony, patrzył na niego, czekając. Sygnał w telefonie trwał jakiś czas, zanim podniesiono słuchawkę. Potem odezwał się zadyszany kobiecy głos:

- Grosvenor 64578.

- Czy to dom lady Hesketh-Dubois?

- No... tak... to znaczy...

Doktor Corrigan nie zważał na to wahanie.

- Czy mógłbym z nią mówić?

- Nie, nie może pan! Lady Hesketh-Dubois zmarła w kwietniu.

- Och! - zaskoczony doktor zignorował pytanie: "Kto mówi?", i delikatnie odłożył słuchawkę.

Spojrzał chłodno na inspektora.

- A więc dlatego tak chętnie pozwoliłeś mi dzwonić? Lejeune uśmiechnął się złośliwie.

- Naprawdę nie zaniedbujemy spraw oczywistych.

- Zmarła w kwietniu - powiedział Corrigan z namysłem. - Pięć miesięcy temu. Pięć miesięcy, odkąd zaskoczył ją szantaż czy co to było. Nie popełniła samobójstwa?

- Nie. Zmarła z powodu guza mózgu.

- Zacznijmy więc na nowo - rzekł doktor, patrząc na listę. Lejeune westchnął.

- Naprawdę nie wiemy, czy ta lista ma coś wspólnego z morderstwem. To może być zwyczajny napad w mglisty wieczór. Niewielka nadzieja, że odkryjemy, kto to zrobił, chyba że dopisze nam szczęście...

- Miałbyś coś przeciwko temu, gdybym zajął się listą? - spytał doktor.

- Zajmuj się. Życzę ci wiele szczęścia.

- Uważasz, że ja nie ja nie dostanę się tam, dokąd ty nie możesz się dostać? Nie bądź zbyt pewien. Skupię się na Corriganach. Na panu, pani, czy pannie Corrigan - z wielkim znakiem zapytania.

 

III

1

 

- Cóż, naprawdę panie Lejeune, nie wiem, co jeszcze mogłabym panu powiedzieć. Wszystko podałam już wcześniej pańskiemu sierżantowi. Nie wiem, kim była pani Davis ani skąd pochodziła. Mieszkała u mnie sześć miesięcy. Płaciła czynsz regularnie i była przyjemną, spokojną, porządną osobą, i nie wiem, czego jeszcze pan ode mnie oczekuje. -Pani Coppins przerwała, by złapać oddech, patrząc na inspektora z pewną irytacją. Uśmiechnął się do niej z łagodną melancholią, co według jego doświadczeń nie pozostawało bez efektu. - To nie znaczy, że nie chciałabym panu pomóc, gdybym mogła - poprawiła się.

- Dziękuję. Właśnie tego potrzebujemy - pomocy. Kobiety wiedzą - czują instynktownie - o wiele więcej, niż mężczyzna zdoła się dowiedzieć.

Była to dobra zagrywka i poskutkowała.

- Ach - rzekła pani Coppins. - Chciałabym, żeby Coppins pana słyszał. Zawsze taki zarozumiały i bezceremonialny. "Gadasz rzeczy bez pojęcia" - powiadał i prychał. A ja miałam rację dziewięć razy na dziesięć.

- Dlatego właśnie chciałbym usłyszeć pani opinię o pani Davis. Czy pani zdaniem była nieszczęśliwa?

- Nie, tego bym nie powiedziała. Solidna. Zawsze na taką wyglądała. Systematyczna. Jakby zaplanowała swoje życie i działała według tego planu. Miała pracę, o ile się orientuję, w jednym z tych towarzystw zajmujących się badaniami rynku. Chodzą i pytają ludzi, jakiego mydła i proszku używają, jakiej mąki, i na co wydają tygodniowe zarobki, i jak są one podzielone. Ja oczywiście uważam to za wtykanie nosa w cudze sprawy i nie mam pojęcia, dlaczego rząd czy ktokolwiek chce znać te rzeczy! Wszystko, czego można się w końcu z tego dowiedzieć, to to, co każdy wie dokładnie - lecz dzisiaj jest to prawdziwa plaga! Ale jeśli chce pan usłyszeć, to sądzę, że pani Davis wykonywała swoją pracę bardzo dobrze. Uprzejma, nie wścibska, tylko solidna i rzeczowa.

- Nie zna pani nazwy firmy czy towarzystwa, które ją ostatnio zatrudniało?

- Nie, niestety nie.

- Wspominała coś o krewnych?

- Nie. Wnioskowałam, że jest wdową, a męża straciła już dawno. Był chyba trochę niesprawny i nigdy nie mówiła o nim wiele.

- Nie wspominała, z jakich stron pochodzi?

- Nie sądzę, żeby była z Londynu. Wydaje mi się, że przyjechała z północy.

- Nie wyczuwała pani w niej czegoś... no, czegoś tajemniczego? Lejeune powiedział to pełen wątpliwości. Jeżeli łatwo ulegała sugestii... Ale pani Coppins nie skorzystała z podsuniętej okazji.

- Cóż, tego nie mogę twierdzić. Na pewno nie na podstawie tego, co mówiła. Jedyną rzeczą, która trochę mnie zdziwiła, była jej walizka. W dobrym gatunku, ale nie nowa. Miała wymalowane inicjały J.D. - Jessie Davis. Pierwotnie jednak było to J. i coś innego. Wydaje mi się, że H. A może A. Jednak nie myślałam o tym do tej chwili. Często można dostać dobrą walizkę z drugiej ręki bardzo tanio i wtedy naturalnie zmienia się inicjały. Nie miała wielu rzeczy, tylko tę jedną walizę.

Inspektor wiedział o tym. Zmarła kobieta miała zadziwiająco mało osobistych drobiazgów. Nie przechowywała listów, żadnych fotografii. Nie miała karty ubezpieczeniowej, książeczki bankowej, książeczki czekowej. Ubrania jej były praktyczne, dobrej jakości, prawie nowe.

- Wydawała się zupełnie szczęśliwa?

- Sądzę, że tak.

Podchwycił lekką wątpliwość w jej głosie.

- Tylko pani tak sądzi?

- To nie jest to, o czym pan myśli. Powiedziałam, że była dość zamożna, miała dobre zajęcie i była zadowolona z życia. Nie promieniała szczęściem. Oczywiście, kiedy zachorowała...

- Kiedy zachorowała... - ponaglił ją.

- Najpierw była zdenerwowana. Potem zapadła na grypę. Powiedziała, że to pokrzyżowało wszystkie jej plany, straciła umówione spotkania i tak dalej. Ale grypa jest grypą i jak się zdarzy, nie można jej zignorować. Została w łóżku, zrobiła sobie na gazowej kuchence herbatę i wzięła aspirynę. Zapytałam, dlaczego nie chce lekarza, ale powiedziała, że nie ma potrzeby. Nic nie można poradzić na grypę, tylko położyć się i leżeć w cieple, i żebym lepiej nie zbliżała się do niej, bo się zarażę. Gotowałam jej trochę, gdy poczuła się lepiej. Gorącą zupę i tost, i ryżowy pudding od czasu do czasu. Oczywiście choroba osłabiła ją trochę, jak to grypa, ale nie bardziej niż zwykle. Po gorączce ma się często depresję i jej zdarzyło się to, jak każdemu. Siedziała tutaj, przy ogniu, i pamiętam, że powiedziała do mnie: "Chciałoby się nie mieć tak wiele czasu na myślenie. Nie lubię zbyt dużo myśleć. To mnie przygnębia". Lejeune patrzył z napiętą uwagą na panią Coppins, która zapaliła się do tematu.

- Pożyczyłam jej parę magazynów. Nie była jednak w stanie skupić się na czytaniu. Pamiętam, że kiedyś oświadczyła: "Jeżeli coś nie jest takie, jak powinno być, lepiej nie wiedzieć o tym, prawda?" A ja na to: "Racja, kochanie". A ona: "Nie wiem - nigdy naprawdę nie byłam pewna". Zapewniłam ją, że wobec tego wszystko jest w porządku. I wtedy powiedziała: "To, co robiłam, było zawsze uczciwe i szczere. Nie mam sobie nic do wyrzucenia". A ja znowu: "Jasne, że nie, skarbie". Ale pomyślałam sobie, czy aby ta firma, która ją zatrudniała, nie wdała się w jakieś niewyraźne transakcje finansowe, a ona się przestraszyła, ale czuła, że to nie jej sprawa.

- To możliwe - zgodził się inspektor.

- W każdym razie wyzdrowiała albo prawie wyzdrowiała i wróciła do pracy. Mówiłam jej, że to za szybko, żeby sobie jeszcze podarowała parę dni. I proszę, miałam rację! Wróciła drugiego wieczoru i zobaczyłam zaraz, że ma wysoką gorączkę. Ledwie mogła wejść na schody. "Musisz wezwać doktora" - powiadam, ale nie, nie chciała. Robiło się jej coraz gorzej przez cały dzień, szkliste oczy, policzki jak ogień i dyszała ciężko. Następnego wieczoru powiedziała - a ledwie mogłam zrozumieć słowa: "Za późno. Muszę zobaczyć się z księdzem. I to szybko... bo będzie za późno". Ale nie chciała naszego pastora. Miał być ksiądz katolicki. Nie wiedziałam, że była katoliczką, nie miała krucyfiksu ani nic takiego.

Był tam jednak krucyfiks, schowany na dnie walizki. Lejeune nie wspomniał o tym. Siedział, słuchając.

- Zobaczyłam małego Mike'a na ulicy i posłałam go po ojca Gormana do św. Dominika. I zadzwoniłam na własną rękę po lekarza i do szpitala, nic jej nie mówiąc.

- Zaprowadziła pani księdza na górę?

- Tak. I zostawiłam ich samych.

- Żadne z nich nic nie powiedziało?

- Nie pamiętam dokładnie. Powiedziałam, że jest już ksiądz i teraz będzie jej lepiej, próbowałam dodać jej otuchy, ale teraz przypominam sobie, że kiedy zamykałam drzwi, słyszałam, jak mówiła coś o niegodziwości. Tak, i coś o komach... może o wyścigach konnych. Sama lubię czasem postawić pół korony, ale powiadają, że na wyścigach jest wiele nieuczciwości.

- Niegodziwość - rzekł Lejeune. To słowo go uderzyło.

- Musiała wyznać swoje grzechy. Katolicy to robią przed śmiercią. Przypuszczam, że o to chodziło.

Inspektor nie wątpił, że chodziło właśnie o to, ale jego wyobraźnia została pobudzona przez użyte słowo. Niegodziwość...

Była to jakaś szczególna niegodziwość - pomyślał - jeśli ksiądz, który ją poznał, był śledzony i został zatłuczony na śmierć...

 

2

 

Od pozostałych trzech lokatorów nie można się było niczego dowiedzieć. Dwaj z nich, urzędnik bankowy i starszy mężczyzna pracujący w sklepie z obuwiem, mieszkali tam od lat. Trzecią osobą była dwudziestodwuletnia dziewczyna, która wprowadziła się niedawno i miała posadę w pobliskim domu towarowym. Wszyscy troje znali panią Davis zaledwie z widzenia.

Kobieta, która zawiadomiła, że tamtego wieczoru widziała ojca Gormana na ulicy, również nie dostarczyła przydatnych informacji. Była katoliczką uczęszczającą do kościoła św. Dominika i znała ojca Gormana z widzenia. Zobaczyła go wychodzącego z Benthall Street i udającego się do Tony's Place mniej więcej dziesięć minut po ósmej. I to było wszystko.

Pan Osborne, właściciel apteki na rogu Barton Street, miał więcej do powiedzenia.

Był to mały człowieczek w średnim wieku, z łysą głową, okrągłą, szczerą twarzą, w okularach.

- Dobry wieczór, inspektorze. Proszę wejść na zaplecze - podniósł klapę staroświeckiego kontuaru. Lejeune przeszedł przez niszę, w której młody człowiek w białym kitlu przygotowywał właśnie butelki leków ze zręcznością zawodowego kuglarza, i przez sklepione przejście do malutkiego pokoju z paroma fotelami, stołem i biurkiem. Pan Osborne konspiracyjnie zasunął zasłonę z tyłu i usiadł w jednym z foteli, wskazując inspektorowi miejsce w drugim. Pochylił się do przodu, a jego oczy błyszczały przyjemnym podnieceniem.

- Tak się złożyło, że mogę panu pomóc. To nie był ruchliwy wieczór - mało pracy, niesprzyjająca pogoda. Moja młoda pomoc stała za kontuarem. Zawsze w czwartki mamy otwarte do ósmej. Nadchodziła mgła i w okolicy nie było widać wielu ludzi. Podszedłem do drzwi, żeby zobaczyć, jaka jest pogoda, i pomyślałem, że mgła szybko gęstnieje. Zapowiadano to w prognozie. Stałem chwilę. W środku nie działo się nic, z czym moja młoda pomocnica nie mogłaby sobie poradzić - kupowano kremy i sole do kąpieli. Wtedy zobaczyłem ojca Gormana idącego po drugiej stronie ulicy. Oczywiście znałem go dobrze z widzenia. To morderstwo to szokująca sprawa - napaść człowieka o tak dobrej opinii. "To ojciec Gorman" - pomyślałem. Zmierzał w kierunku West Street, która jest następną przecznicą w lewo przed linią kolejową, jak pan wie. Niedaleko za nim szedł inny mężczyzna. Nie przyszłoby mi do głowy zwrócić na to uwagę, ale ten drugi człowiek zatrzymał się, zupełnie nieoczekiwanie, kiedy był naprzeciw moich drzwi. Zaciekawiłem się, dlaczego stanął, i wtedy zauważyłem, że ksiądz, idący przed nim, zwolnił. Nie zatrzymał się zupełnie. Wyglądało to tak, jakby zamyślił się głęboko, zapominając, że idzie. Potem ruszył znowu i tamten mężczyzna poszedł również, dosyć szybko. Pomyślałem - o ile w ogóle myślałem - że być może to znajomy ojca Gormana, który chce go złapać i porozmawiać.

- Ale w obecnych okolicznościach można powiedzieć, że po prostu go śledził?

- Teraz jestem tego pewien, choć wówczas nie przyszło mi to do głowy. Przy gęstniejącej mgle straciłem ich z oczu niemal natychmiast.

- Potrafiłby pan opisać tego człowieka?

Lejeune pytał bez przekonania. Był przygotowany na nieokreślony opis. Pan Osborne miał jednak inne ambicje niż Tony z kawiarni.

- Cóż, wydaje mi się, że tak - powiedział z zadowoleniem. - Był wysoki...

- Wysoki? Jak bardzo?

- No... przynajmniej pięć stóp jedenaście cali do sześciu stóp. Choć mógł wyglądać na wyższego, ponieważ był niezwykle szczupły. Pochyłe ramiona i wystająca grdyka. Pod swoim homburgiem miał dosyć długie włosy. Wielki haczykowaty nos. Bardzo rzucający się w oczy. Naturalnie nie potrafiłbym podać koloru jego oczu. Zdaje pan sobie sprawę, że widziałem go z profilu. Miał może pięćdziesiątkę. Oceniam to po chodzie. Młodzi ludzie ruszają się zupełnie inaczej.

Inspektor ocenił w myśli odległość do drugiego chodnika, potem wrócił myślą do pana Osborne'a i zdziwił się. Zdziwił się bardzo...

Podany przez aptekarza opis mógł oznaczać dwie rzeczy. Mógł wynikać z nadmiernie żywej wyobraźni - znał takie przykłady, zwykle dotyczyły one kobiet budujących portret mordercy taki, jaki według nich powinien być. Takie wymyślone portrety zawierały jednak pewne zdecydowanie fałszywe szczegóły, jak rozlatane oczy, krzaczaste brwi, wysunięta szczęka, uderzająca dzikość. Opis pana Osborne'a robił wrażenie rysopisu prawdziwej osoby. W takim razie był to świadek jeden na milion, człowiek będący dokładnym i szczegółowym obserwatorem, niezachwianym w tym, co widział.

Lejeune ponownie ocenił odległość od przeciwległego chodnika. Jego oczy spoczęły w zadumie na aptekarzu.

- Gdyby zobaczył pan ponownie tego człowieka, czy mógłby go pan poznać?

- O tak. - Pan Osborne był pełen ufności. - Nigdy nie zapominam twarzy. To jedno z moich hobby. Zawsze powiadam, iż gdyby jeden z tych morderców żon przyszedł do mojej apteki i kupił paczuszkę arszeniku, mógłbym świadczyć pod przysięgą w sądzie. Miałem nadzieję, że pewnego dnia coś takiego mi się przydarzy.

- Ale nie zdarzyło się jeszcze?

Pan Osborne przyznał ze smutkiem, że nie.

- I jest to mało prawdopodobne - dodał z żalem. - Sprzedaję ten interes. Mam dostać niezłą sumę i wyjeżdżam na emeryturę do Bournemouth.

- Piękny sklep.

- Ma pewną klasę - powiedział pan Osborne z nutą dumy w głosie. - Założyliśmy go prawie sto lat temu. Dziadek i ojciec przede mną. Dobry, staroświecki rodzinny sklep. Jako chłopiec wcale tak nie myślałem. Uważałem, że jest nudny. Ciągnęła mnie scena, jak wielu innych chłopców. Czułem, że potrafię grać. Ojciec nie próbował mnie powstrzymać. "Przekonaj się, co zdołasz zdziałać, mój chłopcze" - powiedział. "Zobaczysz, że nie jesteś sir Henrym Irvingiem". I miał rację! Był mądrym człowiekiem. Półtora roku w teatrze i wróciłem do apteki. Szczyciłem się tym. Zawsze mieliśmy dobry, solidny towar. Staromodny, ale w dobrym gatunku. Obecne czasy jednak... - potrząsnął ze smutkiem głową - są rozczarowaniem dla farmaceutów. Te artykuły drogeryjne. Musi się je sprzedawać. Połowa zysku pochodzi z tej tandety. Pudry, szminki i kremy, szampony do włosów i woreczki na przybory toaletowe. Mam w sklepie młodą damę, która zajmuje się tym wszystkim. Nie, nie do tego przywykłem, prowadząc aptekę. Włożyłem jednak w interes sporą sumę, dostanę też bardzo ładną cenę i wpłaciłem już zaliczkę na śliczny bungalow w pobliżu Bournemouth. Emerytura, kiedy jeszcze można cieszyć się życiem, to moje motto. Mam różne hobby. Na przykład motyle. I obserwowanie ptaków od czasu do czasu. Ogrodnictwo - mam mnóstwo nowych książek na temat zakładania ogrodu. Są jeszcze podróże. Mógłbym wybrać się na wycieczkę morską, zobaczyć obce kraje, nim będzie za późno.

Lejeune wstał.

- Życzę panu szczęścia - powiedział. - A gdyby, nim opuści pan te strony, udało się panu zobaczyć tego człowieka...

- Zawiadomię pana natychmiast. Oczywiście. Może pan na mnie liczyć. To będzie prawdziwa przyjemność. Jak mówiłem, mam bardzo dobrą pamięć do twarzy. Będę w pogotowiu. Jak powiadają, na straży. O tak. Może pan na mnie polegać. To będzie prawdziwa przyjemność.

 

IV. RELACJA MARKA EASTERBROOKA

1

 

Wyszedłem z Old Vic z moją przyjaciółką, Hermia Redcliffe. Byliśmy na spektaklu "Makbeta". Padał ulewny deszcz. Kiedy zmierzaliśmy do miejsca, w którym zaparkowałem samochód, Hermia zauważyła niesłusznie, że kiedykolwiek pójdzie się do Old Vic, zawsze pada.

Byłem odmiennego zdania. Oświadczyłem, że - inaczej niż zegar słoneczny - ona pamięta tylko godziny deszczowe.

- Natomiast w Glyndebourne - ciągnęła, kiedy włączyłem sprzęgło - byłam zawsze szczęśliwa. Nie umiem sobie wyobrazić go inaczej niż jako doskonałość: muzyka, wspaniałe klomby, szczególnie z białych kwiatów.

Rozmawialiśmy chwilę o Glyndebourne i tamtejszym festiwalu muzycznym, potem Hermia zauważyła:

- Czy jedziemy na śniadanie do Dover?

- Do Dover? Cóż za pomysł. Sądziłem, że moglibyśmy pójść do Fantasie. Po tym wspaniałym, krwawym i mrocznym "Makbecie" człowiek potrzebuje naprawdę dobrego jedzenia i picia. Szekspir wywołuje u mnie zawsze wilczy głód.

- Tak. Podobnie jak Wagner. Kanapki z wędzonym łososiem w Covent Garden w antrakcie nie wystarczają nigdy, by przerwać męki. A jeśli chodzi o to, dlaczego do Dover, to dlatego, że jedziesz w tym kierunku.

- Musi się jechać naokoło.

- Ale ty zrobiłeś przesadny objazd. Jesteś już dobrze na Old (a może to jest New?) Kent Road.

Rozejrzałem się po okolicy i uznałem, że Hermia, jak zwykle, miała rację.

- Zawsze tu błądzę - przyznałem ze skruchą.

- Można się tu zgubić - zgodziła się Hermia. - Wciąż naokoło Dworca Waterloo.

Wyjechawszy wreszcie szczęśliwie na Westminster Bridge, wróciliśmy w naszej rozmowie do oglądanego przez nas przedstawienia "Makbeta". Moja przyjaciółka, Hermia Redcliffe, jest przystojną, dwudziestoośmioletnią kobietą. Pomijając wspaniałe kształty, ma nieskazitelny grecki profil i masę ciemnych, orzechowych włosów, zwiniętych na karku. Moja siostra zawsze określa ją jako "przyjaciółkę Marka", ze szczególną intonacją, co zwykle mnie niepokoi.

W Fantasie przywitano nas miło i wskazano mały stolik pod obitą szkarłatnym pluszem ścianą. Lokal cieszy się zasłużoną popularnością i stoliki ustawione są blisko siebie. Kiedy usiedliśmy, powitali nas wesoło goście od sąsiedniego stolika. David Ardingly, wykładowca historii w Oksfordzie, przedstawił nam swoją towarzyszkę, bardzo ładną dziewczynę, modnie uczesaną, z rozmaitymi loczkami, sterczącymi pod nieprawdopodobnym kątem na czubku głowy. Dziwne, ale pasowało to do niej. Miała olbrzymie niebieskie oczy i stale nie domknięte usta. Była też, jak wszystkie dziewczyny Davida, niezwykle głupia. David, będący wybitnie zdolnym młodym człowiekiem, umiał się odprężyć jedynie w towarzystwie półidiotek.

- To moja najmilsza pieszczotka, Poppy - wyjaśnił. - Poznaj Marka i Hermie. Oni są bardzo poważni, intelektualiści i będziesz musiała się dostosować. Przyszliśmy właśnie z "Do it for Kicks". Świetne przedstawienie! Założę się, że wy idziecie prosto z Szekspira albo ze wznowienia Ibsena.

- "Makbet" w Old Vic - powiedziała Hermia.

- Ach, i co myślicie o przedstawieniu Battersona?

- Podobało mi się - rzekła Hermia. - Oświetlenie było bardzo interesujące. I nigdy nie widziałam tak poprowadzonej sceny uczty.

- A co z czarownicami?

- Okropne! - wykrzyknęła Hermia. - Zresztą jak zawsze.

David zgodził się.

- Zdają się tam wciskać elementy pantomimy - dodałem. - Te całe ich pląsy i zachowanie przypominające Króla Demonów. Nie można się oprzeć wrażeniu, że zaraz zjawi się Dobra Wróżka w bieli i świecidełkach i powie niskim głosem:

 

Zło nie zatriumfuje. Na koniec

Makbet tym będzie, kto jest szalony.

 

Roześmieliśmy się wszyscy, ale David, który orientował się szybko, rzucił mi bystre spojrzenie.

- Co się z tobą dzieje?

- Nic. Któregoś dnia rozważałem właśnie Zło i Króla Demonów w pantomimie. Tak, i Dobre Wróżki również.

- A propos czego?

- Och, w barze kawowym w Chelsea. - Jaki wytworny i nowoczesny jesteś, Mark. Wszystko przez to osiedlenie się w Chelsea. Tam, gdzie dziedziczki w trykotach zaślubiają łobuziaków z ulicy. Tam, gdzie powinna być Poppy, prawda, koteczku?

Poppy otworzyła ogromne oczy jeszcze szerzej.

- Nienawidzę Chelsea! - zaprotestowała. - O wiele bardziej lubię Fantasie! Takie pyszne, wspaniałe jedzenie.

- Brawo, Poppy. W każdym razie nie jesteś wystarczająco bogata na Chelsea. Opowiedz mi jeszcze o "Makbecie", Mark, o strasznych czarownicach. Wiem, jak przedstawiłbym czarownicę, gdybym wystawiał sztukę.

David był kiedyś wybitnym członkiem Koła Dramatycznego Uniwersytetu Oksfordzkiego.

- No jak?

- Zrobiłbym ją bardzo zwyczajnie. Po prostu chytra, cicha, stara kobieta. Jak czarownice z wioski.

- Ale dziś nie ma żadnych czarownic? - spytała Poppy, wpatrując się w niego.

- Mówisz tak, bo pochodzisz z Londynu. W każdej wiosce w rolniczej Anglii są wiedźmy. Stara pani Black w trzecim domku na wzgórzu. Mówi się małym chłopcom, żeby jej nie dokuczali, daje się jej od czasu do czasu jaja i domowe ciasto. Ponieważ - pogroził palcem - jeżeli przetnie ci drogę, twoje krowy przestaną dawać mleko, na ziemniaki padnie nieurodzaj albo mały Johnnie skręci kostkę. Nikt nie mówi dokładnie tak, ale wszyscy to wiedzą.

- Żartujesz - powiedziała Poppy, wydymając wargi.

- Nie, wcale nie. Mam rację, prawda, Mark?

- Na pewno te wszystkie przesądy wymarły zupełnie wraz z rozwojem edukacji - rzekła Hermia sceptycznie.

- Ale nie w rolniczych okolicach kraju. Co ty na to, Mark?

- Może masz rację - powiedziałem powoli. - Choć nie wiem na pewno. Nigdy nie mieszkałem na wsi.

- Och, pomyśl tylko. To przypomina szaleństwo. Jeśli widzisz kogoś, kto bredzi i chwieje się, ma słomę we włosach i wygląda na wariata, to nie jest wcale przerażające. Pamiętam jednak, że zostałem kiedyś wysłany z wiadomością do lekarza w szpitalu psychiatrycznym i tam wskazano mi pokój, gdzie miałem poczekać. Siedziała tam miła starsza pani, popijając mleko. Zrobiła banalną uwagę na temat pogody, a potem nagle pochyliła się do przodu i spytała cicho: "Czy to pańskie biedne dziecko jest pochowane za kominkiem?". A potem pokiwała głową i dodała: "Jest dokładnie 12.10. Zawsze to samo każdego dnia. Niech pan udaje, że nie widzi krwi". Rzeczowy sposób, w jaki to powiedziała, mroził krew w żyłach.

- A czy tam był ktoś pochowany za kominkiem? - chciała wiedzieć Poppy.

David zignorował ją i ciągnął:

- Weźmy media. W jednej chwili trans, zaciemniony pokój, pukanie i stuki. A potem medium prostuje się, przygładza włosy i idzie do domu zjeść rybę z frytkami jak zwykła, wesoła kobieta.

- A więc tak sobie wyobrażasz czarownice. Trzy szkockie staruszki, mające dar jasnowidzenia, uprawiające swoją sztukę w tajemnicy, mamroczące zaklęcia nad kociołkiem, wywołujące duchy, a przy tym pozostające trójką zwykłych kobiet. Tak, to mogłoby zrobić wrażenie.

- Jeżeli znalazłbyś jakieś aktorki chętne do grania w ten sposób - rzekła sucho Hermia.

- Masz trochę racji - zgodził się David. - Każda wzmianka o szaleństwie w scenariuszu i aktor jest gotów pójść na całego! To samo jest z nagłą śmiercią. Żaden aktor nie pada spokojnie i nie umiera. Musi jęczeć, słaniać się, przewracać oczami, chwytać się za włosy, za głowę i robić straszliwe przedstawienie. Jeżeli mówimy o przedstawieniach, co myślisz o "Makbecie" Fieldinga?

- Uważam, że jest przerażający - powiedziała Hermia. - "Nie możesz służyć choremu umysłowi". Jasno stawia to, o czym nie pomyślałabym wcześniej, że rozkazał lekarzowi ją zabić. A przy tym kochał żonę. Uwydatnia walkę między swoją miłością i strachem. To "Powinnaś już umrzeć" było najbardziej gorzką rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałam.

- Szekspir miałby kilka niespodzianek, gdyby zobaczył swoje sztuki grane dzisiaj - wtrąciłem oschle.

- Burbage i spółka zgasili już trochę jego ducha - rzekł David.

- Wiekuiste zaskoczenie autora tym, co z nim zrobił producent - mruknęła Hermia.

- Czy rzeczywiście jakiś Bacon napisał sztuki Szekspira? - zapytała Poppy.

- Ta teoria jest dzisiaj przestarzała - odparł David. - A co ty wiesz o Baconie?

- Wynalazł proch - powiedziała Poppy triumfalnie.

David popatrzył na nas.

- Rozumiecie, dlaczego kocham tę dziewczynę? Mówi zawsze coś zaskakującego. Francis, nie Roger, kochanie.

- Wydało mi się ciekawe - rzekła Hermia - że Fielding grał rolę Trzeciego Mordercy. Czy jest precedens?

- Uważam, że tak - odparł David. - Jakie to musiało być wygodne w owych czasach móc wezwać zręcznego mordercę, kiedy miało się do załatwienia drobną sprawę. Byłoby zabawne, gdyby można było zrobić coś takiego dzisiaj.

- Ależ to się robi - zaprotestowała Hermia. - Gangsterzy, skrytobójcy, czy jak ich nazywacie. Chicago i tak dalej.

- Ach, nie o tym myślę - rzekł David. - Nie o gangsterach, bandytach czy baronach zbrodni. Po prostu zwykły, szary człowiek, który chce kogoś usunąć. Rywala w interesach, ciocię Emily, tak bogatą i niestety długowieczną, okropnego męża, który stoi zawsze na zawadzie. Jak wygodnie byłoby zadzwonić do Harrodsa i powiedzieć: "Proszę przysłać dwóch odpowiednich morderców". Roześmialiśmy się wszyscy.

- Ale można przecież załatwić sprawę w ten sposób, prawda? -zapytała Poppy.

Zwróciliśmy się do niej.

- W jaki sposób, dziecinko? - dowiadywał się David.

- No, chcę powiedzieć, że ludzie robią to, jeśli chcą... Tacy ludzie jak my. Tylko pewnie to jest bardzo kosztowne.

Oczy Poppy były szeroko otwarte i niewinne, usta rozchylone.

- Co masz na myśli? - spytał zaciekawiony David. Poppy zmieszała się.

- Och... wydaje mi się... musiałam wszystko pomieszać. Mówiłam o Bladym Koniu.

- Blady koń? Co za blady koń?

Poppy zarumieniła się i przymknęła oczy.

- Jestem głupia. Słyszałam tylko, jak ktoś o czymś wspomniał... ale musiałam źle zrozumieć.

- Zjedz pyszny puchar Nesselrode - zaproponował David dobrotliwie.

 

2

 

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie się nam zdarzają, jest to, że po usłyszeniu jakiejś wzmianki w ciągu dwudziestu czterech godzin spotykamy się z nią ponownie. Miałem tego przykład następnego ranka.

Mój telefon zadzwonił i podniosłem słuchawkę.

- Flaxman 73841.

Usłyszałem głębokie zaczerpnięcie tchu. Potem odezwał się głos zadyszany, ale pełen determinacji:

- Przemyślałam wszystko i przyjdę! Zacząłem w popłochu szperać w myślach.

- Wspaniale - odparłem, zyskując na czasie. - Czy to... ee...

- Ostatecznie nigdy nie ma się pecha dwa razy.

- Jest pani pewna, że to właściwy numer?

- Oczywiście. Pan Mark Easterbrook, prawda?

- Mam! - zawołałem. - Pani Oliver.

- Och - odezwał się głos ze zdziwieniem. - Nie wiedziałeś, kim jestem? Chodzi o ten festyn u Rhody. Jeżeli chce, przyjdę i będę podpisywać książki.

- Strasznie miło z twojej strony. Oni cię oczywiście przenocują.

- Nie będzie żadnych przyjęć? - spytała pani Oliver z obawą. -Znasz te rzeczy - ciągnęła. - Ludzie przychodzą do mnie i pytają, czy piszę coś nowego, a przecież mogą zobaczyć, że piję piwo imbirowe lub sok pomidorowy i niczego nie piszę. I powiadają, że lubią moje książki, co rzecz jasna jest przyjemne, lecz nie potrafię znaleźć właściwej odpowiedzi. Jeżeli powiesz "Cieszę się", to brzmi, jakbym mówiła "Miło mi było poznać". Takie banalne zdanie. Oczywiście tak jest. I nie sądzisz, że zechcą, żebym wyszła z nimi do Różowego Konia i wypiła parę drinków?

- Różowego Konia?

- No, Bladego Konia. Mam na myśli puby. Źle czuję się w pubach. Jak tylko wypiję odrobinę piwa, zaczynam chichotać.

- Co rozumiesz przez Bladego Konia?

- Tak się nazywa pewien pub, prawda? A może chciałam powiedzieć Różowy Koń? A może to jest jeszcze gdzie indziej. Mogłam sobie to wyobrazić. Wyobrażam sobie mnóstwo rzeczy.

- Jak się powodzi kakadu? - zapytałem.

- Kakadu? - nie zrozumiała pani Oliver.

- A piłka krykietowa?

- Doprawdy - rzekła pani Oliver z godnością. Musiałeś zwariować albo masz kaca lub coś w tym rodzaju. Różowe konie, kakadu i krykietowe piłki.

Rozłączyła się.

Rozważałem jeszcze drugą wzmiankę o Bladym Koniu, kiedy telefon zadzwonił znowu.

Tym razem był to pan Soames Wbite, wybitny prawnik, który przypominał mi, że zgodnie z testamentem mojej chrzestnej matki, lady Hesketh-Dubois, jestem upoważniony do wybrania trzech z jej obrazów.

- Oczywiście nie jest to nic szczególnie wartościowego - oświadczył pan Soames White melancholijnym tonem. - Jednak, o ile zrozumiałem, wyrażał pan podziw dla niektórych obrazów zmarłej.

- Miała kilka akwarel, przedstawiających urocze sceny indyjskie - powiedziałem. - Pisał pan do mnie w tej sprawie, jak mi się zdaje, ale niestety zapomniałem o tym.

- Tak jest - odparł prawnik. - Poświadczenie autentyczności testamentu zostało przeprowadzone i wykonawcy, z których jednym jestem ja sam, urządzają wyprzedaż ruchomości w londyńskim domu zmarłej. Gdyby mógł pan przyjść na Ellesmere Square w najbliższej przyszłości...

- Przyjdę zaraz - zapewniłem.

Wydawało się, że ten poranek nie sprzyja pracy.

 

3

 

Wychodząc z trzema akwarelami pod pachą z domu numer 49 na Ellesmere Square, zderzyłem się z kimś wchodzącym po frontowych schodach. Przeprosiłem, przyjąłem przeprosiny i miałem właśnie przywołać przejeżdżającą taksówkę, kiedy coś odezwało się w moim umyśle. Zatrzymałem się gwałtownie i spytałem:

- Halo - czy to nie Corrigan?

- Czy... tak... Jesteś Mark Easterbrook!

Jim Corrigan i ja byliśmy przyjaciółmi w czasach oksfordzkich - od naszego ostatniego spotkania upłynęło przynajmniej piętnaście lat.

- Pomyślałem sobie, że cię znam, ale w tym momencie nie potrafiłem cię umiejscowić - rzekł Corrigan. - Czytam od czasu do czasu twoje artykuły i muszę powiedzieć, że mi się podobają.

- A co z tobą? Zająłeś się badaniami, jak zamierzałeś? Corrigan westchnął.

- Prawie nie. To kosztowne zajęcie, zwłaszcza jeśli chcesz zostać niezależny. Chyba że znajdziesz łagodnego milionera albo ulegający perswazji trust.

- To była motylica wątrobowa, prawda?

- Co za pamięć! Nie, porzuciłem motylicę. Obecnie interesuję się właściwościami wydzielniczymi gruczołów Mandariana. Nie słyszałeś o nich. Są związane ze śledzioną. Pozornie nie służą żadnemu celowi.

Mówił o tym z entuzjazmem naukowca.

- Więc na czym polega wielki pomysł?

- Cóż - w głosie Corrigana słychać było cień usprawiedliwienia - mam teorię, że wpływają na działanie. Tłumacząc z grubsza, mogą działać jak płyn hamulcowy. Nie ma płynu - hamulce nie działają. W organizmie ludzkim brak tego czynnika mógłby - ale tylko mógłby - zrobić z ciebie zbrodniarza.

Gwizdnąłem.

- A co z grzechem pierworodnym?

- A co ma być? - spytał Corrigan. - Pastorzy go nie lubią. Niestety nie potrafiłem zainteresować nikogo moją teorią. Jestem więc lekarzem policyjnym na północnym zachodzie. Dosyć ciekawe. Widzi się wiele kryminalnych typów. Nie chcę cię jednak nudzić sprawami zawodowymi - chyba że pójdziesz ze mną na lunch?

- Chętnie. Ale szedłeś tutaj - wskazałem dom za Corriganem.

- Niezupełnie. Zamierzałem się zakraść.

- Nie ma tam nikogo poza dozorczynią.

- Tak myślałem. Chciałbym jednak dowiedzieć się czegoś o zmarłej lady Hesketh-Dubois.

- Zapewne mogę ci powiedzieć więcej niż dozorczyni. Była moją matką chrzestną.

- Naprawdę? No to mam szczęście. Gdzie moglibyśmy się pożywić? Jest tu lokalik na Lowndes Square, niezbyt wspaniały, ale dają tam specjalną zupę z owoców morza.

Usiedliśmy w małej restauracyjce. Blady chłopak w spodniach francuskiego marynarza przyniósł nam kociołek parującej zupy.

- Przepyszna - powiedziałem, próbując. - A teraz, Corrigan, co chcesz wiedzieć o starszej pani? I, przy okazji, dlaczego?

- Cóż, to dosyć długa historia - odparł mój przyjaciel. - Po pierwsze, powiedz mi, jaka była.

Zastanowiłem się.

- Była staroświecką osobą. Wiktoriańską. Wdowa po byłym gubernatorze jakiejś skromnej wyspy. Była bogata i lubiła komfort. Zimą jeździła za granicę, do Estorilu i w podobne miejsca. Jej dom był szkaradny, pełen wiktoriańskich mebli i najokropniejszych, niesłychanie ozdobnych wiktoriańskich sreber. Nie miała dzieci, ale trzymała parę naprawdę dobrze wychowanych pudli, które niezwykle kochała. Była oddaną i zawziętą konserwatystką. Miła, ale autokratyczna. Bardzo stała w poglądach. Co jeszcze chcesz wiedzieć?

- Nie jestem całkiem pewien - rzekł Corrigan. - Czy możliwe, żeby była kiedykolwiek szantażowana?

- Szantażowana? - spytałem, ogromnie zaskoczony. - Nie potrafię sobie wyobrazić czegoś bardziej nieprawdopodobnego. O co tu chodzi?

Właśnie wtedy usłyszałem po raz pierwszy o okolicznościach śmierci ojca Gormana.

Odłożyłem łyżkę i zapytałem:

- A ta lista nazwisk? Masz ją?

- Nie oryginał. Ale skopiowałem ją. Proszę.

Wziąłem podany papier i przystąpiłem do studiowania go.

- Parkinson? Znam dwóch Parkinsonów. Arthura, który wstąpił do marynarki. Jest jeszcze Henry Parkinson w jednym z ministerstw. Ormerod... jest major Ormerod w gwardii... Sandford... nasz stary proboszcz - w moich latach chłopięcych - nazywał się Sand-fordi Harmondsworth? Nie... Tuckerton... - przerwałem. - Tuckerton... przypuszczam, że nie Thomasina Tuckerton?

Corrigan spojrzał na mnie z ciekawością.

- Z tego, co wiem, mogłoby tak być. Kim jest i co robi?

- Obecnie nic. Informacja o jej śmierci ukazała się w gazecie mniej więcej tydzień temu.

- A więc to wiele nie pomoże.

Czytałem dalej.

- Shaw. Znam Shawa, dentystę. No i jest Jerome Shaw, Doradca Królowej... Delafontaine... słyszałem ostatnio to nazwisko, ale nie pamiętam gdzie. Corrigan. Może przypadkowo wiąże się z tobą?

- Jestem szczerze przekonany, że nie. Mam uczucie, że figurować na tej liście to pech. - Możliwe. Co sprawiło, że pomyślałeś w związku z tą listą o szantażu?

- O ile dobrze pamiętam, była to sugestia inspektora Lejeune'a. Wydawało się to najbardziej prawdopodobne. Jest jednak wiele innych możliwości. Może to być lista narkomanów, przemytników narkotyków lub tajnych agentów - kogokolwiek. Jedno jest pewne, była ona wystarczająco ważna, by popełnić morderstwo dla przechwycenia jej.

- Zawsze interesuje cię tak bardzo policyjna strona twojej pracy? - zapytałem z ciekawością.

Potrząsnął głową.



dalej


strona główna
(23kB)