(23kB)
strona główna

 

 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

SAMOTNY DOM

 



 

TYTUŁ ORYGINAŁU ANGIELSKIEGO: "PERIL AT END HOUSE"

PRZEŁOŻYŁA MIRA MICHAŁOWSKA

 

I. HOTEL MAJESTIC

 

Nie ma chyba na południu Anglii miejscowości bardziej atrakcyjnej od St. Loo. Toteż St. Loo znane jest powszechnie jako Królowa Uzdrowisk i przypomina pod wieloma względami najpiękniejsze zakątki francuskiej Riwiery. Wybrzeże Kornwalii jest bowiem równie piękne jak słynne południe Francji.

Uwagami tymi właśnie podzieliłem się z moim przyjacielem Herkulesem Poirot.

- To samo przeczytałem wczoraj w jadłospisie w wagonie restauracyjnym, mon ami. Twoje uwagi nie są bynajmniej oryginalne.

- Ale chyba się ze mną zgadzasz?

Uśmiechał się do siebie i nie od razu odpowiedział na moje pytanie. Powtórzyłem je więc.

- Wybacz mi, Hastings! Zamyśliłem się. Powędrowałem myślami właśnie ku tej części świata, którą wspomniałeś.

- Przypomniało ci się południe Francji?

- Tak, tak. Myślałem o tym, że spędziłem tam całą ubiegłą zimę, i o przygodach, które tam miałem.

Przypomniałem sobie: morderstwo popełnione w Błękitnym Ekspresie, tajemnicze morderstwo! Zagadka, którą Poirot rozwikłał z właściwą mu wnikliwością i lotnością umysłu.

- Jakże żałuję, że mnie tam z tobą nie było - powiedziałem ze szczerym żalem.

- I ja żałuję - odparł Poirot. - Twoje wielkie doświadczenie bardzo by mi się przydało.

Spojrzałem na niego z ukosa. Znam go od bardzo dawna, wiem, że nie należy jego komplementów przyjmować na serio. Ale wydawał się zupełnie poważny. A zresztą, czemu nie? Rzeczywiście posiadam przecież wieloletnie doświadczenie w tych sprawach!

- Szczególnie brak mi było twojej żywej wyobraźni, Hastings - ciągnął dalej Poirot w zamyśleniu. - Człowiek powinien mieć jakieś odprężenie w trakcie intensywnej pracy. Wiesz, George, mój służący, osobnik wielce utalentowany, z którym często rozmawiam o różnych sprawach, jest zupełnie pozbawiony wyobraźni.

Uwaga ta wydała mi się raczej zbędna.

- Powiedz mi - rzekłem - czy nie miewasz ochoty na powrót do swoich dawnych zajęć? To twoje obecne bezczynne życie!...

- Odpowiada mi jak najbardziej, mój drogi. Siedzę sobie i wygrzewam się na słońcu. Czy wyobrażasz sobie bardziej rozkoszny tryb życia? U szczytu sławy zszedłem z piedestału. Czy możesz sobie wyobrazić wspanialszy gest? Mówią o mnie: "Herkules Poirot Wielki!" Wielki! Rozumiesz? Jedyny! Nigdy nie było na świecie takiego człowieka i nigdy takiego już nie będzie! Jestem zadowolony. Rozumiesz? Więcej nie trzeba, jestem człowiekiem skromnym.

Na jego miejscu nie mówiłbym o skromności. Uważam, że egocentryzm mojego przyjaciela bynajmniej nie zmniejsza się z wiekiem. Siedział teraz wygodnie rozłożony w fotelu, gładził swoje wąsy i niemal mruczał jak zadowolony z siebie kot.

Siedzieliśmy na jednym z tarasów hotelu Majestic. Jest to największy hotel w St. Loo, otoczony dużym ogrodem, ze wspaniałym widokiem na morze.

Z tarasu widać było starannie utrzymane klomby i piękne palmy, morze było błękitne, niebo czyste, a słońce prażyło, jak tylko potrafi prażyć słońce sierpniowe. Dokoła nas brzęczały pszczoły - jednym słowem, nie można sobie chyba wymarzyć wspanialszego odpoczynku.

Przybyliśmy tu zaledwie poprzedniego wieczora na tygodniowy pobyt. Gdyby tylko pogoda chciała się utrzymać (a w Anglii nigdy nic nie wiadomo!), czekał nas zaiste wspaniały urlop.

Podniosłem z ziemi poranną gazetę, która wysunęła mi się z rąk, i zacząłem przeglądać nowiny dnia. Sytuacja polityczna była jak zwykle nieustabilizowana, jakieś niepokoje w Chinach, na drugiej stronie długi opis jakiegoś wielkiego oszustwa finansowego, ale na ogół z gazety ziała nuda.

- Ta papuzia choroba - odezwałem się - to coś przedziwnego!

- Tak, bardzo dziwna.

- Widzę, że w Leeds umarły na to jeszcze dwie osoby.

- To przykre. Odwróciłem stronę.

- Ani słowa o tym Setonie, który leci dokoła świata. Odważny, nie można powiedzieć. Ten "Albatros" to jego własny wynalazek, siada na wodzie tak samo jak na lądzie. Ciekawe, ciekawe! Mam nadzieję, że się nie rozbił. Widzę, że prasa jeszcze nie traci nadziei. Może wylądował na którejś z tych małych wysepek Pacyfiku?

- O ile się orientuję, to na Wyspach Salomona wciąż jeszcze mieszkają ludożercy? - zapytał Poirot z figlarnym uśmiechem.

- Ten Seton to musi być wspaniały chłop. Jestem dumny, że jest Anglikiem!

- Musi to być dla ciebie pociecha po wszystkich waszych porażkach na kortach Wimbledonu - odezwał się Poirot.

- Ależ wcale nie to miałem na myśli!

Mój przyjaciel machnął ręką wdzięcznym ruchem.

- Ja - oświadczył - nie jestem stworzeniem amfibijnym jak ten wasz Seton. Jestem natomiast kosmopolitą. Dla Anglików, jak wiesz, mam od dawna dużo podziwu i szacunku. Szanuję na przykład staranność, z jaką czytają gazety...

Uwagę moją zaprzątnęły wiadomości polityczne.

- Widzę, że nasz minister spraw wewnętrznych będzie miał kłopoty - zauważyłem z chichotem.

- O tak, biedaczek. Ma swoje kłopoty, ma. Tak, tak. I to do tego stopnia, że szuka pomocy, gdzie się da.

Spojrzałem na niego ze zdumieniem.

Z uśmiechem na ustach Poirot wyciągnął z kieszeni swoją poranną pocztę - plik kopert starannie owiniętych gumową opaską. Wybrał jedną z nich i rzucił w moją stronę. - Masz, przeczytaj!

Czytałem list z uczuciem ciekawości i podniecenia.

- Ależ, Poirot! - krzyknąłem. - To wielki zaszczyt!

- Tak sądzisz, mój drogi?

- Mówi o twoich umiejętnościach w bardzo gorących słowach.

- I ma zupełną rację - powiedział Poirot, skromnie odwracając wzrok.

- Prosi cię, byś zbadał dla niego tę sprawę, traktuje to jako osobistą przysługę. Nadzwyczajne!

- Tak, tak. Nie musisz mi tego wszystkiego powtarzać. Jak się zapewne domyślasz, kochany Hastingsie, list ten już czytałem.

- Co za pech! - wykrzyknąłem. - Cały nasz urlop na nic!

- Ależ skąd, calmez-vous1! Nie ma o tym mowy.

- Przecież minister twierdzi, że sprawa jest niezmiernie pilna!

- Być może ma rację. Ci politycy! Łatwo przejmują się byle czym. Sam to widziałem w Paryżu, w Chambre des Deputes.

- Tak, tak, ale słuchaj, Poirot, przecież musimy się zająć naszym wyjazdem. Ekspres do Londynu już odjechał, o dwunastej. Następny pociąg...

- Uspokój się, mój drogi, uspokój się! Błagam cię! Po co to podniecenie, to zamieszanie? Proszą mnie, abym zajął się tą sprawą jako prywatny detektyw. Już odmówiłem. Nie jedziemy do Londynu ani dziś, ani jutro...

- Ale przecież to jest wezwanie!

- Nie dotyczy mnie. Nie jestem członkiem waszej słynnej policji, Hastings. Proszą mnie jako prywatnego detektywa, żebym się zajął jakąś ich sprawą. Odmawiam.

- Odmawiasz?

- Oczywiście. Napisałem niezmiernie uprzejmy list, w którym wyrażam mój żal, moje głębokie ubolewanie, w którym tłumaczę, że jestem niepocieszony... no, ale cóż? Muszą zrozumieć, że wycofałem się już ze wszystkiego. Jestem na emeryturze, skończyłem się!

- Jeszcze się nie skończyłeś! - wykrzyknąłem. Poirot poklepał mnie po kolanie.

- Oto dobry przyjaciel, wierny przyjaciel! I wiesz co, masz rację. Te nasze szare komórki wciąż jeszcze funkcjonują nie najgorzej. Metoda, porządek w głowie! Wszystko to jest jeszcze w najlepszym porządku. Ale pamiętaj o jednym: przeszedłem na emeryturę i nie zamierzam więcej pracować. Koniec! Nie jestem primadonną, która co sześć miesięcy urządza wielki pożegnalny spektakl. Mówię z całą otwartością: niechaj młodzi pokażą, co potrafią. Schodzę z placu. Być może, nowi ludzie pokażą coś lepszego, kto wie... Mam swoje wątpliwości, no, ale zobaczymy. W każdym razie wystarczą waszemu ministrowi do jego niewątpliwie szalenie nudnych spraw.

- Ależ, Poirot, zobacz, ile ci wypisał komplementów!

- Komplementy! Mnie! Jestem ponad to. Wasz minister spraw wewnętrznych jako człowiek inteligentny rozumie, że jeżeli uda mu się skłonić mnie do zajęcia się tą sprawą, to wszystko oczywiście pójdzie dobrze. Cóż! Twój minister nie ma szczęścia. Herkules Poirot rozwiązał ostatnią zagadkę w życiu i teraz odpoczywa sobie na słoneczku.

Spojrzałem na niego. Byłem zły za jego upór. Czułem, że rozwikłanie sprawy, którą chciał mu powierzyć minister spraw wewnętrznych, dodałoby jeszcze blasku sławie Poirota. Jednakże musiałem podziwiać jego wielką stanowczość.

Nagle uśmiechnąłem się, gdyż uderzyła mnie pewna myśl.

- Dziwię się - powiedziałem - że się nie boisz. Taka stanowcza zapowiedź końca mogłaby stać się pokusą dla bogów.

- Nikt i nic nie zdoła odmienić decyzji raz powziętej przez Herkulesa Poirot - powiedział z namaszczeniem.

- Czy jesteś zupełnie pewny?

- Oczywiście, mon ami, masz trochę racji. Nie powinno się nigdy używać zbyt wielkich słów. Wiem, że gdyby na przykład w tej chwili kula uderzyła w mur, o który opieramy nasze głowy, nie pozostałbym bezczynny, ale zbadałbym sprawę. Ostatecznie człowiek jest tylko człowiekiem! Uśmiechnąłem się. Mały kamyczek właśnie uderzył w mur tarasu, tuż koło nas, i zabawne skojarzenie Poirota pobudziło moją wyobraźnię. Poirot nachylił się, podniósł kamyczek i mówił dalej:

- Tak, tak, człowiek jest tylko człowiekiem! Znasz przysłowie o śpiącym psie? Jest to angielskie przysłowie, które mówi, że nie należy drażnić śpiącego psa. No tak, to wszystko bardzo słuszne, ale jak śpiący pies się obudzi, to jednak zaczyna węszyć, prawda?

- Oczywiście - powiedziałem. - Gdybyś jutro rano znalazł sztylet wbity w poduszkę, na której spałeś, to nie zazdroszczę przestępcy, który odważyłby się na podobną rzecz.

Poirot skinął głową, ale zapewne nie słyszał, co mówiłem.

Ku mojemu zdumieniu zerwał się nagle z fotela i zszedł ze stopni prowadzących z tarasu do ogrodu. W tej samej chwili pojawiła się na ścieżce młoda dziewczyna, która wyraźnie zmierzała w naszą stronę.

Zaledwie zdążyłem spostrzec, że jest bardzo ładna, kiedy uwagę moją zwrócił Poirot, który uczyniwszy kilka kroków, potknął się o jakiś wystający korzeń i ciężko upadł na ziemię. Dziewczyna i ja pomogliśmy mu się podnieść. Byłem cały pochłonięty niefortunnym wypadkiem mojego przyjaciela, jednak zauważyłem, że dziewczyna ma ciemne włosy, duże błękitne oczy i żywą, inteligentną twarz.

- Przepraszam tysiąckroć - mruczał Poirot. - Mademoiselle, jest pani niezmiernie dobra i miła. Bardzo przepraszam... Ooo... moja noga! Boli jak diabli! Nie, nie, to nic, to rzeczywiście nic, zaraz przejdzie!... Skręciłem w kostce, to wszystko. Za chwilę przejdzie. Ale gdybyś mógł mi pomóc, Hastings, i wraz z mademoiselle... O tak! Bardzo pani jest miła. Wstyd mi doprawdy...

Wzięliśmy go z dwóch stron pod ręce i zaprowadziliśmy do fotela na tarasie. Zaproponowałem sprowadzenie lekarza, ale Poirot sprzeciwił się kategorycznie.

- To głupstwo. Skręciła się w kostce, to wszystko. Boli, ale zaraz przejdzie. - Skrzywił się. - Za chwileczkę będzie dobrze. Mademoiselle, nie wiem, jak pani dziękować! Proszę z nami choć na chwileczkę usiąść. Dziewczyna przysunęła sobie krzesło.

- To rzeczywiście pewnie drobiazg - powiedziała - ale byłoby dobrze, gdyby obejrzał pana lekarz.

- Mademoiselle, zapewniam panią, to bagatelka. W pani miłym towarzystwie ból przejdzie w mgnieniu oka.

Dziewczyna roześmiała się.

- To doskonałe!

- Może koktajl? - zaproponowałem. - Akurat jest odpowiednia pora.

- Cóż... - zawahała się. - A zresztą, dziękuję bardzo, napiję się.

- Martini?

- Poproszę, ale nie za słodki.

Poszedłem do baru i zamówiłem napoje. Gdy powróciłem, Poirot prowadził z dziewczyną bardzo ożywioną rozmowę.

- Wyobraź sobie, Hastings - powiedział - że ten dom na cyplu, któryśmy tak podziwiali, to dom mademoiselle.

- Rzeczywiście? - odezwałem się, nie mogąc sobie w żaden sposób przypomnieć, kiedyśmy ten dom podziwiali. Prawdę mówiąc, nie zwróciłem nań wcale uwagi.

- Stoi tak samotnie na samym cyplu! Wygląda rzeczywiście imponująco i trochę tajemniczo.

- Nazywają go Samotnym Domem - powiedziała dziewczyna. - Bardzo się do niego przywiązałam, ale niestety jest zapuszczony i zaczyna się już walić.

- Czyżby pani była ostatnim członkiem starej rodziny? - spytał Poirot.

- O, nasza rodzina nie jest znowu wcale taka stara! Ale od dwustu czy trzystu lat w domu tym mieszkali Buckleyowie. Brat umarł trzy lata temu i rzeczywiście ja jestem ostatnia z rodziny.

- To smutna historia. A czy pani mieszka tu sama?

- O nie! W ogóle rzadko tu bywam. A jak przyjeżdżam, to zawsze przywożę ze sobą wesołą paczkę przyjaciół.

- Tak, tak, to nowoczesny tryb życia. A ja już sobie panią wyobrażałem w ponurym, starym domu, w którym straszą duchy przodków.

- To wspaniałe! Pan ma rzeczywiście bujną wyobraźnię. Nie, nie ma tam żadnych duchów. A jeżeli są, to chyba duchy dobrotliwe i opiekuńcze. W ciągu ostatnich trzech dni trzykrotnie ledwo uniknęłam śmierci. Jak widać dobre duchy opiekują się mną.

Poirot uniósł się w fotelu.

- Trzykrotnie uniknęła pani śmierci? To bardzo ciekawe, mademoiselle!

- Nie, nie ma w tym nic szczególnie sensacyjnego. Po prostu trzy wypadki. - Gwałtownie odwróciła głowę, gdyż osa bzyknęła jej nad uchem. - Do licha z tymi osami. Muszą tu mieć niedaleko gniazdo.

- Pszczoły, osy - nie lubi ich pani, mademoiselle? Czy była pani kiedyś ukąszona przez jedno z tych przyjemnych stworzeń?

- Nie, ale okropnie nie lubię, jak mi bzykają koło nosa.

- Jest jakieś angielskie przysłowie o pszczołach - usiłował sobie przypomnieć Poirot.

W tej samej chwili przyniesiono koktajle. Każde z nas wzięło swój kieliszek i zaczęliśmy rzucać drobne uwagi, jakie robi się przy tych okazjach.

- Czekają na mnie z kotajlami w barze hotelowym - powiedziała dziewczyna. - Pewnie się zastanawiają, co się ze mną stało.

Poirot chrząknął i odstawił swój kieliszek.

- Co bym dał za filiżankę dobrej, mocnej czekolady - mruknął. - Ale w Anglii tego nie uznają. A cóż, i w Anglii jest wiele bardzo przyjemnych obyczajów, no i przedmiotów. Na przykład kapelusze dziewcząt! Są leciutkie, nakładacie i zdejmujecie je bez trudu...

Dziewczyna patrzyła na niego ze zdziwieniem.

- Nie rozumiem pana. Dlaczego by miało być inaczej?

- Pani pyta o to, ponieważ jest pani młoda, bardzo młoda, mademoiselle! Za mojej młodości fryzura dziewczyny była wysoka, spiętrzona na czubku głowy, a kapelusz przytwierdzony do niej długimi szpilkami... o tu, tu, tu i tu. Voila!

Wykonał rękami cztery gwałtowne ruchy, mające imitować wbijanie szpilek w kapelusz.

- Ależ to musiało być okropnie niewygodne!

- Jeszcze jak! - zawołał Poirot. Powiedział to z prawdziwym zrozumieniem. - A jak był wiatr, to było okropne! Wszystkie panie dostawały migreny.

Panna Buckley jednym ruchem zdjęła z głowy miękki filcowy kapelusik i rzuciła go na sąsiednie krzesło.

- A teraz robimy po prostu tak - roześmiała się.

- To rozumiem. Jest ładne i praktyczne - skłonił się Poirot. Patrzyłem na nią z zainteresowaniem. Jej włosy były ciemne, nieco zmierzwione i wyglądała przez to jakoś chłopięco. Miała niewielką, ruchliwą twarz, olbrzymie błękitne oczy i było w niej jeszcze coś niezmiernie interesującego i atrakcyjnego, co trudno zdefiniować od razu. Możliwe, że była to śmiałość, łatwość obcowania z ludźmi. I jeszcze jedno: oczy miała podkrążone, jakby z niewyspania.

Taras, na którym siedzieliśmy, był mało uczęszczany. Niedaleko, zaraz za węgłem hotelu, znajdował się główny taras, na którym spędzała czas większość gości. Skała, na której zbudowany był hotel, urywała się tam nagle i schodziła prosto w morze.

Od strony owego tarasu zmierzał teraz ku nam jakiś młody mężczyzna. Szedł dużymi, powolnymi krokami. Wielkie dłonie opuścił luźno, lekko zaciskając pięści. Było w nim coś bardzo beztroskiego i swobodnego. Od pierwszego wejrzenia poznawało się w nim marynarza.

- Nie rozumiem, gdzie się podziała ta dziewczyna - mówił, a wiatr niósł ku nam jego słowa. - Nick, Nick, gdzie jesteś?

Panna Buckley wstała.

- Wiedziałam, że się zaczną za chwilę niepokoić. Halo!... George!... Tutaj!

- Freddie nie może się już doczekać koktajli. Chodźże wreszcie!

Spojrzał nie bez zainteresowania na Poirota, który zapewne musiał się odróżniać od większości przyjaciół Nick.

Dziewczyna zrobiła gest w naszą stronę.

- Kapitan Challenger - powiedziała - a to... Ku mojemu zdumieniu Poirot nie wymienił swego nazwiska. Zamiast tego wstał, skłonił się nisko, ceremonialnie i powiedział:

- O! Przedstawiciel brytyjskiej floty, jestem wielkim wielbicielem brytyjskiej floty.

Większość Anglików nie lubi tego rodzaju oświadczeń, toteż kapitan Challenger zarumienił się, a Nick Buckley zrozumiała, że musi jakoś ratować sytuację.

- No, to chodź, George! - powiedziała. - Nie stój tak! Musimy znaleźć Freddie i Jima. - Uśmiechnęła się do Poirota. - Dziękuję za koktajl i mam nadzieję, że pańska noga szybko wydobrzeje.

Skłoniła głowę, wzięła marynarza pod ramię i obydwoje zniknęli za rogiem.

- A więc to jeden z przyjaciół mademoiselle - mruczał Poirot pod nosem. - Z jej paczki. Co to za jeden? Proszę cię, Hastings, o twoje cenne zdanie! Jak myślisz, czy to dobry chłopak?

Zastanawiałem się chwilę nad tym, co Poirot miał na myśli, i wreszcie skinąłem głową, chociaż z pewnym wahaniem.

- Wydaje mi się taki sobie, bo ja wiem... Co można powiedzieć na pierwszy rzut oka!

- Właśnie myślę - powiedział Poirot.

Dziewczyna zostawiła kapelusz na krześle. Poirot wziął go do ręki i obracał bezmyślnie na wskazującym palcu.

- Jak myślisz, Hastings? Czy on dla niej ma, jak to się mówi, tendresse2?

- Ależ, mój drogi, skąd ja mogę wiedzieć? Daj no ten kapelusz! Zaniosę go naszej młodej przyjaciółce.

- Pas encore. Ça m'amuse.3

- Doprawdy, Poirot!

- Tak jest, mój drogi. Stałem się nie tylko stary, ale i dziecinny, prawda?

Właśnie o tym myślałem, ale zrobiło mi się raczej przykro, kiedy Poirot tak dokładnie odgadł moje myśli; Poirot zachichotał, potem nachylił się i powiedział:

- Ależ nie bój się, jeszcze niezupełnie zidiociałem. Oddamy kapelusz, ale nieco później. Oddamy go właścicielce w jej własnym domu. W ten sposób będziemy mieli okazję zobaczyć się raz jeszcze z czarującą panną Nick.

- Poirot! - wykrzyknąłem. - Obawiam się, żeś się zakochał!

- Ładna dziewczyna, co?

- Sam widziałeś. Po co mnie pytasz?

- Albowiem, niestety, nie potrafię już oceniać urody. Dla mnie teraz wszystko, co młode, jest piękne. Jeunesse4... jeunesse!... To tragedia mojego wieku. Ale ty... apeluję do ciebie! Twój sąd jest może nieco przestarzały, bo spędziłeś ostatnie pięć lat w Argentynie. Nie orientujesz się jeszcze w wymogach nowoczesnej europejskiej urody. Ale jesteś w każdym razie człowiekiem bardziej nowoczesnym ode mnie. Jest ładna... tak? Ma ten, no, ten seksapil? Ten wabik?

- Ma, ma, Poirot! To nie ulega wątpliwości. Ale dlaczego tak bardzo interesujesz się tą panienką?

- Czyżbym się nią aż tak interesował?

- No, oczywiście!... Zastanów się nad tym, co przed chwilą powiedziałeś.

- Mylisz się poważnie, mon ami. Być może interesuję się panienką, ale znacznie bardziej interesuje mnie w tej chwili jej kapelusz.

Spojrzałem nań. Poirot wydawał się zupełnie poważny.

Skinął głową.

- Tak, tak, Hastings, ten oto kapelusz. - Wyciągnął go ku mnie. - Czy widzisz przyczynę mojego zainteresowania?

- Jest to bardzo ładny kapelusik - powiedziałem - ale właściwie dosyć pospolity. Większość panien nosi ostatnio takie właśnie kapelusze.

- Nie, nie takie.

Przyjrzałem się uważnie kapeluszowi.

- Widzisz już?

- Widzę zwykły beżowy, filcowy kapelusz. W dobrym gatunku...

- Nie prosiłem cię wcale o opis. Jest rzeczą jasną, że nic nie widzisz. To zupełnie niesłychane! Mój nieszczęsny przyjacielu, ty prawie nigdy nic nie widzisz! Nie przestaje mnie to za każdym razem zadziwiać. Ale spójrz jeszcze raz, mój kochany stary tumanie! Nawet nie trzeba na to szarych komórek... wystarczą oczy. No... patrz!... patrz!...

Nareszcie spostrzegłem to, o co mu chodziło. Kapelusz powoli obracał się na jego palcu, a palec tkwił w okrągłej dziurce w rondzie. Zrozumiałem od razu. Poirot wyciągnął teraz palec i podał mi kapelusz. Dziurka była niewielka, idealnie okrągła, i zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić, jaki mógł być jej cel.

- Czy zauważyłeś, jak wzdrygnęła się mademoiselle, kiedy pszczoła bzyknęła jej koło ucha? - spytał Poirot. - Otóż to! Wtedy powstała dziura w kapeluszu, rozumiesz?

- Jakże to, czyżby pszczoła mogła zrobić taką dziurę?

- Mój drogi Hastingsie! Co za spostrzegawczość! Rzeczywiście pszczoła nie mogłaby, ale kula, kula! Kula by mogła, prawda?

- Kula?

- Mais oui. Taka jak ta!

Wyciągnął dłoń, na której leżał drobny przedmiot.

- Widzisz, mon ami, to wystrzelona kula rewolwerowa. To ona uderzyła w mur tarasu, podczas kiedyśmy sobie tu rozmawiali. Tak, tak, wystrzelona kula rewolwerowa.

- Chcesz powiedzieć, że...

- Chcę powiedzieć, że gdyby przeszła o dwa centymetry w lewo, to nie przebiłaby kapelusza naszej mademoiselle, lecz jej czaszkę. Czy rozumiesz teraz, mój drogi Hastingsie, dlaczego tak bardzo interesuję się tą młodą osobą? Miałeś rację, kiedy radziłeś, żebym się nie zarzekał. Człowiek jest rzeczywiście tylko człowiekiem! Aha... jednakże ten łajdak, ten niedoszły morderca popełnił wielki błąd. Strzelić do swojej ofiary tuż koło Herkulesa Poirot! Dla niego to rzeczywiście une mauvaise chance5! Rozumiesz chyba teraz, dlaczego jest rzeczą ważną, byśmy się mogli dostać do Samotnego Domu i skontaktować się z mademoiselle? Powiedziała, że w ciągu ostatnich trzech dni trzykrotnie uniknęła cudem śmierci. No, no! Musimy działać szybko, Hastings, niebezpieczeństwo jest bardzo bliskie.

 

II. SAMOTNY DOM

 

- Poirot - odezwałem się - wiesz, co sobie myślę?

- Nie wiem, mój drogi, ale popieram, jak wiesz, gimnastykę umysłową. Nie przerywaj sobie. To ci dobrze zrobi.

Siedzieliśmy przy obiedzie, przy małym stole blisko okna.

- Ten strzał musiał być oddany z bardzo bliska, a jednak nie usłyszeliśmy go.

- Tak, tak. A wobec tego, że panuje tu idealna cisza, przerywana tylko monotonnym szumem fal, powinniśmy byli oczywiście doskonale słyszeć odgłos strzału, prawda?

- No tak. To bardzo dziwne.

- Nie, nie ma w tym nic dziwnego. Niektóre dźwięki są takie, że człowiek przyzwyczaja się do nich jak do odgłosów natury. Przypomnij sobie, mój przyjacielu, że przez cały dzisiejszy ranek odbywały się ćwiczenia ślizgaczy na zatoce. Z początku narzekałeś na hałas, a potem się przyzwyczaiłeś i zapomniałeś o nim. Można by strzelać z karabinu maszynowego i nic nie słyszeć, kiedy taki piekielny ślizgacz się zbliża.

- To prawda.

- Voila! - mruknął Poirot. - Mademoiselle i jej przyjaciele! Zdaje się, że przyszli tu na obiad. Trudno, będę musiał zwrócić jej teraz kapelusz. Ale to nic. Sprawa jest wystarczająco poważna, by odwiedzić ją w domu.

Uniósł się sprężyście z krzesła, przebiegł przez salę i skłoniwszy się nisko pannie Buckley, wręczył jej kapelusz akurat w momencie, gdy całe bractwo zasiadło do stołu.

Było ich czworo: Nick Buckley, kapitan Challenger i jeszcze jakaś młoda para. Od naszego stolika nie było ich prawie widać, dochodził nas jednak szmer rozmowy i od czasu do czasu tubalny śmiech marynarza. Podobał mi się: był taki jakiś prosty, bezpośredni i prawdziwy.

Mój przyjaciel milczał przez resztę posiłku. Kruszył chleb, mruczał coś do siebie i wciąż ruszał to solniczkę, to młynek z pieprzem, to widelce czy noże. Próbowałem wszcząć rozmowę, ale nie spotkawszy się z oddźwiękiem, dałem za wygrana.

Zjedliśmy deser, lecz Poirot jeszcze przez dłuższy czas siedział przy stole. Jednakże, z chwilą gdy tamci opuścili restaurację, natychmiast zerwał się na równe nogi. Rozsiedli się właśnie wygodnie przy stoliku w holu, gdy Poirot podszedł i skłoniwszy się po wojskowemu, powiedział:

- Mademoiselle, czy pozwoli mi pani zamienić z nią kilka słów?

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Rozumiałem ją doskonale. Zaczęła się obawiać, że ten dziwny mały cudzoziemiec zacznie ją molestować. Czułem dla niej prawdziwą sympatię, gdyż rozumiałem, co sobie musiała myśleć o Poirocie. Niechętnie oddaliła się z nim. Stanęli opodal pod ścianą.

Poirot powiedział kilka słów i wyraz twarzy dziewczyny zmienił się natychmiast. Była wyraźnie zaskoczona.

Tymczasem jednak czułem się dość nieswojo i Challenger z wrodzonym sobie taktem pośpieszył mi na ratunek, częstując papierosem i zwracając się do mnie z jakimś niewiele znaczącym zapytaniem. Poczuliśmy do siebie życzliwość od pierwszego wejrzenia. Wyobrażałem sobie, że on czuje do mnie na pewno większą sympatię niż na przykład do młodego człowieka, z którym siedział przy jednym stole. Przyjrzałem się teraz dokładnie temu ostatniemu. Był to wysoki, przystojny i bardzo wypielęgnowany młody człowiek. Może nieco zbyt przystojny, zbyt wyniosły i afektowany. Było w nim coś przesadnie gładkiego, co mnie raziło.

Następnie przyjrzałem się młodej kobiecie. Siedziała naprzeciwko mnie w wygodnym fotelu i właśnie przed chwilą zdjęła kapelusz z głowy. Była to kobieta o niezwykłej urodzie. Wyglądała jak zmęczona Madonna. Włosy miała jasne, niemalże bezbarwne, z przedziałkiem pośrodku i ściągnięte do tyłu. Twarz kredowobiałą i zmęczoną, a jednak przedziwnie pociągającą. Była jak gdyby oderwana od spraw doczesnych. Spojrzała na mnie i nagle powiedziała:

- Niechże pan siada! Przynajmniej dopóki pański przyjaciel nie skończy mówić z Nick.

Głos jej był afektowany, sztuczny, a mimo to przyjemny. Przeciągała każdą sylabę. Robiła wrażenie najbardziej chyba zmęczonej istoty na kuli ziemskiej - zmęczonej raczej psychicznie niż cieleśnie, jak gdyby wszystko na świecie wydawało jej się puste i bezwartościowe.

- Panna Buckley bardzo uprzejmie przyszła dziś rano z pomocą mojemu przyjacielowi, gdy ten skręcił sobie nogę - objaśniłem.

- Tak, tak, mówiła nam. - Przyglądała mi się dość obojętnie. - Ale, jak widać, szybko mu to przeszło, prawda?

Zarumieniłem się.

- Było to bardzo lekkie skręcenie - dodałem.

- Doskonale. Cieszę się w takim razie, że Nick nie wymyśliła tej całej historii. Najwspanialszy z niej kłamczuch na kuli ziemskiej. Ma wprost dar wymyślania sobie najdziwniejszych rzeczy.

Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Moje zmieszanie wyraźnie ją bawiło.

- Nick jest moją starą przyjaciółką - ciągnęła. - Ale uważam lojalność za bardzo męczącą cnotę. Zgadza się pan? Szczególnie męczy mnie to u Szkotów, tak jak ich skąpstwo i to skrupulatne przestrzeganie świąt. To taka bzdura. Ale prawda, Jim, że Nick to urodzona blagierka? Wymyśliła sobie taką wspaniałą historię o hamulcach swojego wozu... Jim sprawdził i okazuje się, że tam jest wszystko w porządku.

Przystojny blondyn powiedział niskim, głębokim głosem:

- Znam się trochę na samochodach. - Odwrócił głowę ku oknu.

Na dworze stał rząd samochodów, wśród nich długi, czerwony, sportowy wóz. Wydał mi się dłuższy i jaskrawszy od jakiegokolwiek samochodu na świecie. Był to zaiste samochód nad samochody!

- Czy to pański samochód? - spytałem. - Tak jest.

Miałem wielką ochotę powiedzieć: "No tak, to do pana pasuje" - ale powstrzymałem się.

W tej samej chwili Poirot podszedł do stolika. Wstałem, Poirot skłonił się towarzystwu, wziął mnie szybko pod ramię i odciągnął na bok.

- Wszystko w porządku, przyjacielu! Odwiedzimy mademoiselle w Samotnym Domu o wpół do siódmej. Będzie to już po jej powrocie z wycieczki samochodowej. Mam nadzieję, że wróci zdrowa i cała.

Miał niezwykle zatroskany wyraz twarzy.

- Coś jej powiedział?

- Poprosiłem ją o udzielenie mi odrobiny jej cennego czasu, i to jak najszybciej. Ja wiem, co ona myśli. Myśli sobie: któż to jest ten mały człowieczek? Co to za jeden? Czyżby był producentem filmowym, oszustem, snobem czy może nawet spekulantem? Chciała odmówić, oczywiście, ale nie wypadało. Widzisz, zaskoczyłem ją. Przyznała się, że wróci do domu o wpół do siódmej. Wszystko w porządku.

Potwierdziłem, że w takim razie wszystko w porządku, ale Poirot nie zwracał uwagi na moje słowa. Nie potrafił usiedzieć na miejscu. Zachowywał się jak przysłowiowy kot z pęcherzem. Przez całe popołudnie spacerował po pokoju, mrucząc do siebie i przestawiając różne przedmioty. Gdy zaczynałem coś mówić, machał tylko ręką i potrząsał głową.

Wreszcie, gdy wybiła godzina szósta, wyruszyliśmy z hotelu.

- To właściwie niesłychane! - zauważyłem, kiedy schodziliśmy ze stopni tarasu. - Co za pomysł strzelania do człowieka w ogrodzie hotelowym! Tylko wariat mógł się zdobyć na coś podobnego!

- Nie zgadzam się z tobą. Było to zupełnie bezpieczne przedsięwzięcie. Pod jednym oczywiście warunkiem. Przede wszystkim ogród ten jest na ogół zupełnie opustoszały. Ludzie, którzy przyjeżdżają do hoteli, przypominają stado owiec. Wobec tego, że utarło się, iż przesiaduje się na tarasie z widokiem na zatokę, przesiadują na tarasie. Tylko ja, ja który jestem oryginałem, siedzę sobie w miejscu z widokiem na ogród. I nawet ja nic nie widziałem. Jest tu pełno krzaków, drzew, palm. Osobnik ten łatwo mógł się skryć i spokojnie czekać na mademoiselle. A było rzeczą oczywistą, że przejdzie właśnie tędy, gdyż droga z Samotnego Domu szosą jest znacznie dłuższa. Mademoiselle Nick Buckley należy najoczywiściej w świecie do tych panien, które zawsze się śpieszą i zawsze chodzą skrótami.

- Mimo to ryzyko było ogromne. Gdyby go ktoś spostrzegł, to co? A trudno byłoby upozorować tego rodzaju strzał jako wypadek.

- Jako wypadek rzeczywiście nie.

- Nie rozumiem cię.

- Nic, nic. Coś mi po prostu przyszło do głowy. Może słusznie, a może niesłusznie, to się okaże. Ale dajmy temu pokój. Powróćmy jednakże do naszych rozważań. Wspomniałem przedtem, że pod jednym warunkiem zamach mógłby ujść bezkarnie.

- A mianowicie?

- Cóż to, Hastings, czyżbyś się nie domyślał?

- Oczywiście, ale nie chcę cię pozbawiać przyjemności bawienia się moim kosztem.

- Och! Co za sarkazm! Ileż ironii! Cóż, czy nie rzuca się w oczy fakt, że motyw nie może być zbyt oczywisty? W takim wypadku stanowiłoby to zbyt wielkie ryzyko i nikt by go nie podjął. Pomyśl, ludzie zaczęliby od razu pytać: czyżby to był ten a ten? Gdzie był ten a ten w momencie, kiedy padł strzał? Nie, nie, morderca, to znaczy niedoszły morderca, nie może mieć oczywistego motywu zbrodni. I dlatego, mój drogi, i właśnie dlatego się boję. Tak, tak, boję się, ale próbuję siebie samego uspokoić. Powiadam sobie: jest ich czworo. Powiadam sobie: nic nie może się stać, kiedy są razem. I jeszcze: to byłoby szaleństwo. I cały czas się boję. Wiesz co? Chciałbym już wiedzieć wszystko o tych trzech "wypadkach", o których mówiła mademoiselle. - Nagle zawrócił gwałtownie. - Jest jeszcze za wcześnie. Chodźmy od drugiej strony szosą, w ogrodzie nic nie znajdziemy. Zbadajmy więc główne dojście do Samotnego Domu.

Wyszliśmy przez główną furtkę ogrodu hotelowego na drogę prowadzącą dość stromo pod górę. Gdy doszliśmy do szczytu pagórka, skręciliśmy na ścieżkę opatrzoną napisem: TYLKO DO SAMOTNEGO DOMU.

Ścieżka zakręcała dość raptownie i po chwili znaleźliśmy się przed odrapaną bramą, której bardzo by się przydała warstwa dobrej farby. Za bramą stał mały domek. Domek był starannie utrzymany, pobielony i okolony niewielkim, schludnym ogródkiem, w oknach widniały czyściutkie firanki. Jednym słowem, domek ten stanowił jaskrawy kontrast z zaniedbaną bramą i porośniętym trawą wjazdem.

Nad jednym z klombów nachylał się mężczyzna odziany w wypłowiałą kurtkę. Gdy brama zaskrzypiała, wyprostował się i spojrzał w naszą stronę. Był to człowiek mniej więcej sześćdziesięcioletni, wysoki i barczysty, o czerstwej, ogorzałej twarzy. Był niemal zupełnie łysy, miał wyraziste, mocno niebieskie oczy i miły uśmiech. Robił bardzo sympatyczne wrażenie.

- Dzień dobry - rzekł, gdy go mijaliśmy. Odpowiedziałem mu i idąc dalej, czułem wyraźnie jego wzrok na plecach.

- Ciekawe... - odezwał się Poirot w zamyśleniu. Ale nie dowiedziałem się, co go tak zaciekawiło.

Dom panny Buckley był duży i raczej zaniedbany. Okalały go stare drzewa, których gałęzie sięgały niemal dachu. Widać było, że przydałby się tutaj remont. Poirot obrzucił wszystko krytycznym wzrokiem, a następnie pociągnął za staroświecki dzwonek, który wymagał herkulesowych sił, ale raz uruchomiony rozbrzmiewał przez długą chwilę we wnętrzu domu smętnym, żałobnym tonem.

Drzwi otworzyła nam jakaś kobieta w średnim wieku. "Zacna kobieta w czerni" - powiedziałbym. Była bardzo dostojna, ponura i zupełnie nie wykazywała zainteresowania naszymi osobami.

Powiedziała nam, że panna Buckley jeszcze nie wróciła, a Poirot z kolei wyjaśnił, że się umówił. Niełatwo było ją przekonać, ze należy nas wpuścić. Kobieta chyba z zasady nie dowierzała cudzoziemcom. Jestem przekonany, że mój wygląd przekonał ją wreszcie co do czystości naszych intencji. Wpuściła nas i zaprowadziła do salonu, gdzie mieliśmy zaczekać na powrót pani domu.

W salonie nie było już nuty smutku. Był to pokój jasny, słoneczny, z widokiem na morze, także nieco zaniedbany i umeblowany w dość dziwny sposób mieszaniną, solidnych wiktoriańskich mebli i modernistycznej tandety. Na oknach zasłony z ciężkiego, starego brokatu, ale za to obicia kolorowe, wesołe, a poduszki po prostu niesamowicie jaskrawe. Na ścianach wisiały portrety rodzinne. Niektóre nawet bardzo dobre. Był tam gramofon i wiele płyt rozrzuconych po stołach i fotelach, przenośne radio na baterię, jakaś gazeta przerzucona przez poręcz fotela i bardzo niewiele książek. Poirot wziął do ręki gazetę, ale rzucił ją zaraz z grymasem. Był to miejscowy tygodnik "Herald St. Loo". Jednakże coś kazało mu podnieść go raz jeszcze i właśnie przeglądał pierwszą stronę, gdy do pokoju weszła Nick Buckley.

- Przynieś lód, Ellen! - rzuciła przez ramię, a potem zwróciła się do nas.

- A więc jestem, udało mi się spławić tamtych. Po prostu pożera mnie ciekawość. Czyżbym była ową dziewczyną, która ma podbić ekrany świata? Pan był taki uroczysty, iż wydaje mi się, że jest to jedyna możliwość. No więc, ile ofiaruje mi pan w kontrakcie?

- Hélas, mademoiselle... - rozpoczął Poirot.

- Niech pan nie rani mi serca! - krzyknęła. - Zaraz się okaże, że jest właśnie na odwrót. Jest pan słynnym malarzem, maluje pan miniatury i chce pan, bym coś u pana zamówiła za drogie pieniądze. Ale nie... z tym wąsem, no i jako gość w Majesticu, który słynie z najgorszego jedzenia i najwyższych cen w całej Anglii... Nie, chyba nie.

Kobieta, która otworzyła nam drzwi, weszła teraz do pokoju, niosąc tacę z lodem i butelkami. Nick z wielką wprawą przyrządziła koktajl, nie przestając mówić. Poirot milczał (rzecz u niego niezwykła) tak długo, że wreszcie zwróciło to uwagę dziewczyny. Nalewając koktajle do kieliszków, zatrzymała się nagle i powiedziała dość ostro: - A więc, dobrze!

- O to mi właśnie chodzi, mademoiselle - powiedział Poirot tajemniczo - żeby było dobrze. - Wziął z jej ręki kieliszek. - Pani zdrowie, mademoiselle! Pani zdrowie!

Dziewczyna nie była głupia, zrozumiała znaczenie jego tonu.

- Czy coś się stało?

- Tak, mademoiselle, to...

Wyciągnął do niej dłoń, na której leżała kula. Chwyciła ją ze zdziwieniem w oczach.

- Czy wie pani, co to jest?

- Oczywiście. Kula rewolwerowa.

- Zupełnie słusznie. To nie pszczoła bzyknęła pani koło ucha przed południem, tylko ta kula.

- Co to znaczy? Jakiś wariat czy zbrodniarz strzelał sobie ni stąd, ni zowąd w ogrodzie hotelowym?

- Tak by się zdawało.

- A niech to wszyscy diabli! - powiedziała Nick po prostu. - Mam niebywałe szczęście! To byłby czwarty raz.

- Tak jest, mademoiselle. To byłby czwarty wypadek. Chciałbym usłyszeć o poprzednich trzech.

Patrzyła na niego uważnie.

- Chciałbym być zupełnie pewny, mademoiselle, że były to wypadki.

- Ależ oczywiście! Cóż innego?

- Mademoiselle, niech się pani łaskawie przygotuje na wielki szok. Co by pani powiedziała, gdyby się okazało, że ktoś czyha na pani życie?

Nick wybuchnęła serdecznym śmiechem. Myśl ta rzeczywiście bawiła ją ogromnie.

- Co za wspaniały pomysł! Mój drogi panie, skądże? I kto by mógł czyhać na moje życie? Nie jestem, niestety, bogatą i piękną dziedziczką, której śmierć mogłaby przynieść komuś wielki majątek. A właściwie to nawet chciałabym, żeby ktoś próbował mnie zabić. To byłaby dopiero przygoda! Ale obawiam się, że jest to zupełnie beznadziejne.

- Mademoiselle, czy nie chciałaby mi pani jednak opowiedzieć o tych wypadkach?

- Proszę bardzo. Ale nic w tym nie ma. Po prostu głupstwa. Nad moim łóżkiem wisi obraz w ciężkiej ramie. W nocy spadł i tyle. Przez przypadek nie było mnie w łóżku. Usłyszałam, że drzwi stukają na dole, i wstałam, żeby je zaniknąć. W ten sposób uniknęłam prawdopodobnie śmierci, w przeciwnym razie miałabym teraz roztrzaskaną głowę. To jest wypadek numer jeden.

Poirot nie uśmiechnął się.

- I co dalej, mademoiselle? Przejdźmy do wypadku numer dwa.

- O, to nawet jeszcze głupsza historia. Jest tu dość stroma skała prowadząca do morza. Zawsze schodzę tamtędy do kąpieli, bo jest tam bardzo dogodny wielki głaz, z którego dobrze skacze się do wody. Wczoraj kawał granitu oderwał się od skały i spadł niemalże na mnie. A trzeci wypadek był zupełnie z innej beczki. Coś się zepsuło z hamulcem w moim wozie. Nie znam się na tym. Mechanik z garażu coś mi tłumaczył, ale nic nie zrozumiałam. W każdym razie, gdybym pojechała w dół do miasteczka, to prawdopodobnie wpadłabym prosto na ratusz i byłaby niezła kraksa, w wyniku której ratusz zostałby lekko uszkodzony, a mnie nawet by nie pozbierano. Ale właśnie dzięki temu, że zawsze czegoś zapominam, zawróciłam sprzed bramy i tyle tylko, że wpadłam w żywopłot.

- Czy nie może mi pani powiedzieć, na czym polegał defekt?

- Nie wiem, ale w garażu Mottsa panu powiedzą. Coś bardzo prostego zostało rozkręcone, tak przynajmniej mi się zdaje. Pomyślałam sobie, że pewnie syn Ellen, tej mojej gospodyni-totumfackiej, która wam otworzyła drzwi, coś tam zbroił. Chłopaki lubią majstrować i kręcić się przy samochodach. Oczywiście Ellen przysięga, że chłopak w ogóle nie zbliża się do mojego wozu. Poza tym ostatecznie mogło się samo rozluźnić, mimo że Motts zaklina się, iż to niemożliwe.

- Gdzie pani ma swój garaż?

- Za domem.

- Czy jest zamknięty na dobry zamek? Oczy Nick rozszerzyły się ze zdumienia.

- Ależ skąd! Oczywiście, że nie.

- Każdy mógłby więc majstrować niepostrzeżenie przy samochodzie.

- No, tak, chyba tak. Ale to nonsens!

- Nie, mademoiselle, to nie nonsens. Pani nie rozumie. Pani jest w wielkim niebezpieczeństwie. W prawdziwym, wielkim niebezpieczeństwie. Ja pani to mówię. Ale pani wciąż nie wie, kim ja jestem?

- Nie - powiedziała Nick głosem nieco zdyszanym z emocji.

- Jestem Herkules Poirot.

- O! - wykrzyknęła Nick rozczarowana. - Oczywiście.

- Zna pani moje nazwisko?

- O tak!

Kręciła się na krześle z wyraźnym zażenowaniem. Poirot przyglądał jej się uważnie.

- Pani zapewne nie czytała moich książek?

- No, nie... nie wszystkie. Ale znam, oczywiście, tytuły.

- Mademoiselle, jest pani osobą dobrze wychowaną, ale za to niezbyt prawdomówną - oświadczył Poirot. (Przypomniały mi się słowa wypowiedziane na ten sam temat w hotelu Majestic.) - Ale zapominam, że pani jest prawie dzieckiem... że nie mogła pani słyszeć... Tak szybko przemija sława. Mój przyjaciel... on pani powie.

Nick spojrzała na mnie. Chrząknąłem.

- Monsieur Poirot jest... hm... był wielkim, znakomitym detektywem - wyjaśniłem.

- O, mon ami! - krzyknął Poirot. - Czy to wszystko, co masz do powiedzenia na mój temat? Mais dis donc! Powiedz, że jestem detektywem, jakiego nie było nigdy na świecie, że jestem niezrównany, jedyny, niepowtarzalny!

- To już jest zbyteczne - odezwałem się chłodno. - Sam przed chwilą wszystko powiedziałeś.

- O, tak, ale lepiej jest, gdy można zachować skromność. Nie powinno się śpiewać hymnów pochwalnych na własną cześć.

- I jak się ma psa, to nie powinno się samemu szczekać - dodała Nick. - A piesek? Czy można wiedzieć, kim jest piesek? Założę się, że to sam doktor Watson?

- Nazywam się Hastings - powiedziałem chłodno.

- Bitwa pod Hastings, rok 1066 - rzuciła Nick. - Kto twierdzi, że nie jestem osobą wykształconą? No, ale doprawdy, przecież to jest zupełnie cudowna historia. Czy naprawdę ktoś chce mnie zgładzić? Byłoby to rzeczywiście przezabawne. Ale ja w to nie wierzę. Takie rzeczy nie zdarzają się w rzeczywistości. Tylko w książkach. Pan Poirot jest zapewne jak ten chirurg, któremu udało się dokonać jakiejś bardzo trudnej operacji, albo ten lekarz, co odkrył rzadką chorobę i chciałby, żeby każdy człowiek na nią zachorował.

- Sacre tonnerre! - zagrzmiał Poirot. - Czy pani nigdy nie mówi poważnie? Ta dzisiejsza młodzież jest zbyt frywolna, to zupełnie nie do zniesienia! Gdyby pani z dziurką w głowie leżała teraz w ogrodzie hotelowym w charakterze bardzo ładnego, ale zupełnie sztywnego trupa, nie byłoby to wcale śmieszne. Nie śmiałaby się pani wtedy, co?

- Chyba już tylko w charakterze ducha na seansie spirytystycznym - powiedziała Nick. - Ale mówiąc poważnie, panie Poirot, bardzo jestem panu zobowiązana i tak dalej, ale to chyba musi być przypadek, prawda?

- Pani jest uparta jak diabeł!

- Stąd właśnie bierze się moje dziwne imię. Mój dziadek był bardzo dziwnym człowiekiem i uważano powszechnie, że zaprzedał duszę diabłu. Wszyscy tu nazywali go Starym Nickiem. Był to rzeczywiście bardzo niedobry staruszek, ale można się było z nim ubawić. Strasznie go kochałam. Nie odstępowałam go. Nazywali nas Stary Nick i Młody Nick. Naprawdę to na imię mi Magdala.

- To też niezwykłe imię.

- Tak, ale używane w naszej rodzinie. Jedna Magdala, o proszę, wisi tu na ścianie.

- Aha - powiedział Poirot i spojrzawszy na inny portret, spytał: - Czy to jest pani dziadek?

- Tak, prawda, ze to doskonały portret? Jim Lazarus chciał go kupić, ale nie zgodziłam się. Jestem przywiązana do tego obrazu i do Starego Nicka. Poirot milczał przez chwilę, potem powiedział z wielką powagą:

- Revenons a nos moutons. Mademoiselle, błagam panią o chwilę powagi. Pani jest w wielkim niebezpieczeństwie. Dzisiaj ktoś strzelił do pani z mauzera...

- Z mauzera?

Była rzeczywiście zaskoczona.

- Tak jest. Ale czemu się pani tak dziwi? Czy zna pani kogoś, kto posiada mauzera?

Uśmiechnęła się.

- Ja mam mauzera.

- Pani?

- Tak. Należał do mego ojca. Przywiózł go z wojny. I od tego czasu poniewiera się po domu. Widziałam go kilka dni temu w tej szufladzie.

Wskazała na staroświeckie biureczko. I zaraz, jakby wiedziona jakąś myślą, podeszła do biurka i otworzyła szufladę. Spojrzała na nas zdziwionym wzrokiem, a w jej głosie brzmiała zupełnie nowa nuta:

- Nie ma go. Znikł!

 

III. WYPADKI

 

Od tego momentu rozmowa nasza nabrała zupełnie innego tonu. Dotychczas nie było żadnego porozumienia pomiędzy Poirotem a panną Buckłey. Przede wszystkim dzieliła ich bariera wieku. Jego wielka sława i autorytet nic dla niej nie znaczyły. Należała do pokolenia, które zna tylko sławne nazwiska dnia. Dlatego też przestrogi jego nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Był dla niej po prostu śmiesznym, starszym cudzoziemcem o raczej melodramatycznych skłonnościach.

Ta jej postawa była dla Poirota zupełnie niezrozumiała. Jako człowiek bardzo próżny czuł się urażony. Miał przekonanie, że cały świat zna nazwisko Poirot. A tu znalazła się osoba, która o nim nigdy nie słyszała. Dobrze mu tak! - pomyślałem sobie.

Jednakże, z chwilą gdy dziewczyna stwierdziła brak pistoletu, sytuacja zmieniła się radykalnie. Nick przestała uważać słowa Poirota za kiepski dowcip. Wciąż wprawdzie nie przejmowała się zbytnio sytuacją, gdyż taką miała naturę, ale jej ton i sposób zachowania wyraźnie się zmieniły.

Wróciła do swojego fotela, usiadła na poręczy i zamyśliła się.

- To dziwne - powiedziała po chwili. Poirot obrócił się gwałtownie w moją stronę.

- Czy pamiętasz, Hastings, co ci mówiłem? Widzisz, miałem rację. Załóżmy, że znaleziono by zwłoki mademoiselle w ogrodzie hotelowym. Nawiasem mówiąc, mogła sobie tam poleżeć przez wiele godzin, gdyż mało kto tamtędy chodzi. A obok jej prawej dłoni leżałby rewolwer, jej własny rewolwer. Madame Ellen niewątpliwie rozpoznałaby go. Zaczęłyby się wątpliwości, okazałoby się, że mademoiselle cierpiała ostatnio na bezsenność, że miała liczne kłopoty, że bywała zamyślona...

- To prawda, miałam ostatnio bardzo wiele przykrości. Wszyscy mi mówią, że jestem okropnie nerwowa. Tak, tak... wciąż mi to powtarzają...

- Na pewno orzeczenie brzmiałoby: samobójstwo. Odciski palców mademoiselle znalazłyby się oczywiście bez trudu na rękojeści rewolweru. Wyłącznie jej odciski palców, oczywiście! Tak, tak, wszystko byłoby takie jasne i proste.

- To rzeczywiście szalenie zabawna historia! - wykrzyknęła Nick tonem, z którego wynikało wyraźnie, ze wcale jej ta historia nie bawi.

Poirot jednakże przyjął jej słowa w dosłownym ich znaczeniu.

- N'est-ce pas? Ale pani chyba rozumie, mademoiselle, że nie możemy dopuścić do dalszych "wypadków". Cztery razy się nie udało, ale piąty... piąty raz może się przecież udać.

- Szykujmy więc karawan - mruknęła Nick.

- Ale ja i mój przyjaciel jesteśmy tu i zajmiemy się całą sprawą.

Byłem mu wdzięczny za tę liczbę mnogą. Poirot często zapominał o moim istnieniu.

- Tak, tak - dodałem - może pani być zupełnie spokojna. Gwarantujemy pani bezpieczeństwo.

- Jesteście, panowie, naprawdę bardzo mili - powiedziała Nick. - Uważam, że ta cała historia jest niesłychanie zabawna i podniecająca.

Pomimo wesołego tonu, w oczach jej wyczytałem pewien niepokój.

- A więc, zacznijmy od początku - odezwał się Poirot. - Przede wszystkim, mademoiselle, musimy odbyć małą naradę. - Usiadł i uśmiechał się do niej przyjaźnie. - A więc, mademoiselle, czy ma pani wrogów?

Nick potrząsnęła głową z pewnym żalem.

- Niestety, nie - odpowiedziała.

- Bon. Odrzućmy więc tę możliwość. A teraz pytanie, które znamy tak dobrze z powieści kryminalnych i z filmów amerykańskich: kto skorzystałby na pani ewentualnej śmierci?

- Nie mam pojęcia - żachnęła się Nick. - To wszystko wydaje mi się absurdalne. Mam ten dom, oczywiście, ale jak sami widzicie, rozlatuje się, a poza tym jest obłożony hipotekami po sam dach, który zresztą cieknie i grozi zawaleniem. Chyba że w skale znajdują się jakieś pokłady węgla, o których nic mi nie wiadomo.

- A więc dom jest obłożony hipoteką?

- Tak. Byłam do tego zmuszona. Widzi pan, musiałam zapłacić dwukrotnie podatek spadkowy. Raz po śmierci dziadka, sześć lat temu, a potem po śmierci brata. To mnie zupełnie wykończyło finansowo.

- A ojciec?

- Ojciec mój wrócił z wojny jako inwalida i w 1919 roku dostał zapalenia płuc i umarł. Matka umarła, kiedy byłam zupełnie mała. Mieszkałam tu z dziadkiem. Dziadek i ojciec wiecznie się kłócili, czemu zresztą trudno było się dziwić. Toteż ojciec zostawił mnie i pojechał sobie w świat. Mój brat, Gerald, też jakoś nie umiał żyć z dziadkiem. Jestem pewna, że gdybym była chłopcem, to i ja bym miała z nim ciężkie życie. Ale fakt, że byłam dziewczyną, wytwarzał zupełnie inną sytuację. Dziadek kochał mnie bardzo, uważał, że wrodziłam się w niego, że odziedziczyłam jego charakter. - Roześmiała się. - Był to prawdziwy stary tyran, ale wielki szczęściarz. Mówiono o nim, że ma szczęśliwą rękę, że wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto. Ale jednocześnie był graczem i ryzykantem i wszystko, co zdobywał, szybko przepuszczał. Gdy umarł, pozostał po nim tylko ten dom i kawałek ziemi. Miałam wówczas szesnaście lat, a Gerald dwadzieścia dwa. Gerald zginął w wypadku samochodowym trzy lata temu i dom przeszedł na mnie.

- A po pani, mademoiselle? Kto jest pani najbliższym krewnym?

- Kuzyn Charles. Charles Vyse. Mieszka tu w miasteczku i jest adwokatem. To bardzo porządny i szanowany człowiek, ale okropny nudziarz. Daje mi mnóstwo dobrych rad i Próbuje poskramiać moją ekstrawagancję. - Czy to on zajmuje się pani sprawami?

- No tak, powiedzmy. Nie bardzo jest się czym zajmować. On załatwia mi pożyczki hipoteczne i odnajął ten mały domek przy bramie.

- Aha, domek. Miałem panią właśnie o to zapytać. Jest odnajęty?

- Tak. Mieszkają tam jacyś Australijczycy. Państwo Croft. Bardzo mili i porządni, i okropnie, ale to okropnie uczynni i sąsiedzcy. Wciąż przynoszą jakieś marcheweczki czy selery ze swojego ogródka. Są na mnie oburzeni, że nie zajmuję się ogrodem. W gruncie rzeczy działają mi na nerwy. Zwłaszcza on. Ocieka życzliwością, niedobrze się wprost robi. Ona, biedactwo, jest kaleką i cały dzień leży na kanapie. Ale co tu dużo gadać! Płacą komorne, a to najważniejsze.

- Od dawna tu mieszkają?

- Od jakichś sześciu miesięcy.

- Aha. A poza tym kuzynem? A propos, czy to kuzyn ze strony matki, czy ojca?

- Matki. Moja matka nazywała się Amy Vyse.

- Bien! A poza tym kuzynem, czy nie ma pani już żadnych krewnych?

- Jakichś Buckleyów w Yorkshire, bardzo dalekich krewnych.

- I nikogo więcej?

- Nikogo.

- To jest pani dosyć samotna.

Nick spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Ja, samotna? Skąd! Bywam tu bardzo rzadko. Przeważnie mieszkam w Londynie. A w ogóle krewni to przeważnie okropne towarzystwo. Wtrącają się i zawracają głowę. Wolę sto razy być samodzielna.

- Widzę, że współczucia pani nie trzeba. Jest pani osobą bardzo nowoczesną. Dobrze, mademoiselle. A kto prowadzi pani tutejsze gospodarstwo?

- To brzmi bardzo wspaniale. Całe gospodarstwo składa się z jednej Ellen. Jej mąż spełnia funkcje ogrodnika - pożal się Boże. Płacę im bardzo mało, bo pozwoliłam im zamieszkać tu z dzieckiem. Ellen obsługuje mnie, kiedy przyjeżdżam, a jak mam więcej gości, to sprowadzam sobie kogoś z sąsiedztwa do pomocy. W poniedziałek odwiedzi mnie sporo osób. Regaty!

- W poniedziałek? A dzisiaj jest sobota. Tak, tak. A teraz, mademoiselle, pomówmy o pani przyjaciołach. Na przykład o tych, z którymi jadła pani dzisiaj obiad.

- Cóż, Freddie Rice, ta blondynka, to moja najlepsza przyjaciółka. Miała okropne życie. Wyszła za mąż za łajdaka, pijaka, narkomana, no, w ogóle strasznego człowieka. Musiała się z nim rozstać jakieś dwa lata temu. Od tej pory jest jakaś dziwaczna. Marzę już o tym, żeby załatwiła sprawy rozwodowe i wyszła za mąż za Jima Lazarusa.

- Lazarus? Czy to ten antykwariusz z Bond Street?

- Tak. Jim to jego jedyny syn. Ma masę forsy. Czy widział pan jego samochód? Jest oczywiście Żydem, ale bardzo porządnym chłopakiem. I ubóstwia Freddie. Nie rozstają się nigdy, wszędzie bywają razem. Przyjechali do Majesticu na weekend i przyjdą do mnie w poniedziałek.

- A mąż pani Rice?

- Ten łajdak? Bo ja wiem, jakoś znikł z horyzontu. Nikt nie wie, co się z nim dzieje. Dlatego też Freddie jest w takiej okropnej sytuacji. Nie można się rozwieść z człowiekiem, którego nie ma.

- Evidemment!

- Biedna Freddie - zamyśliła się Nick. - Całe życie miała pecha. Raz już prawie wszystko było załatwione. Znalazła go i okazało się, że on się zgadza na rozwód i na wszystko. Ale po prostu nie miał pieniędzy, żeby pójść z jakąś babą do hotelu i dać się przyłapać. Wie pan, że u nas to jedyny sposób na otrzymanie rozwodu. Freddie dała mu pieniądze na opłacenie hotelu, dziewczyny i świadków. On wziął pieniądze i znikł jak kamfora. Mówiłam, że to łajdak.

- Boże drogi! - krzyknąłem.

- Mój przyjaciel Hastings jest oburzony - stwierdził Poirot. - Mademoiselle, niech pani przy nim uważa. To człowiek starej daty, pani rozumie. Powrócił niedawno z dziewiczej puszczy i jeszcze nie zapoznał się ze współczesnym językiem. - Nie ,wiem, czym się tu można oburzać - zdziwiła się Nick. - Chyba każdy wie, że istnieją tego rodzaju ludzie na świecie. Ale mimo to uważam, że wszystko ma swoje granice i że to łajdactwo z jego strony. Freddie była taka zmartwiona po tej historii, że nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić.

- Tak, tak, to rzeczywiście nieprzyjemne. A drugi nasz przyjaciel, kapitan Challenger?

- O, George! George'a znam od wieków, to znaczy, mówiąc ściśle, od pięciu lat. George to dzielny chłopak.

- Chciałby, żeby pani wyszła za niego za mąż, co?

- Napomyka o tym od czasu do czasu. Zwykle po drugiej szklance porto albo gdzieś nad ranem, po grubszej wypitce.

- A pani jest wciąż niewzruszona?

- A czy to miałoby sens? Żadne z nas nie ma grosza przy duszy. Poza tym okropnie bym się z nim nudziła. Te jego dżentelmeńskie maniery! A zresztą nie jest taki młody, ma co najmniej czterdzieści lat.

Ta ostatnia uwaga nieco mnie ubodła.

- Prawdę mówiąc, jest jedną nogą w grobie - dodał Poi- rot poważnie. - Ja jestem wprawdzie dziadkiem, ale to nie ma żadnego znaczenia. A teraz chciałbym powrócić do tych dziwnych wypadków. Ta historia z obrazem, na przykład?

- Powiesiliśmy go z powrotem, na nowym, mocnym sznurze. Mogę go panu pokazać, jeżeli pan chce.

Zaprowadziła nas do innego pokoju. Obraz okazał się pejzażem olejnym w ciężkiej, staroświeckiej ramie i wisiał bezpośrednio nad wezgłowiem łóżka.

Poirot mruknął: - Pani daruje - zdjął buty i wszedł na łóżko. Zbadał dokładnie obraz, sznur i wagę obrazu. Zszedł z łóżka z grymasem na twarzy. - Gdyby to zleciało komuś na głowę, to rezultat byłby wcale niezgorszy. A sznur, na którym wisiał przedtem, czy był taki sam jak ten?

- Tak, taki sam. Po prostu mocny sznur, ale nie taki gruby jak ten.

- Rozumiem. Czy pani obejrzała sobie dobrze miejsce, w którym się zerwał, czy końce były wystrzępione?

- Zdaje się, ale nie jestem zupełnie pewna. Nie miałam powodu, by mu się tak dokładnie przyglądać.

- Oczywiście. Nie miała pani powodu. W każdym razie ja chciałbym mu się przyjrzeć. Czy pani nie wie, co się z nim stało?

- Nie wiem. Przypuszczam, że ogrodnik, który założył nowy sznur, wyrzucił kawałki starego.

- To wielka szkoda.

- A więc nie uważa pan, że był to po prostu przypadek? Ale jakże mogłoby się to inaczej stać?

- Oczywiście, że nie można wykluczyć czystego przypadku. Ale uszkodzenie hamulca w samochodzie to już nie był przypadek. A głaz, który stoczył się wprost na panią? Chciałbym zobaczyć miejsce tego wypadku, dobrze?

Nick zaprowadziła nas do ogrodu, na skraj skały. Pod nami iskrzyło się błękitne morze. Wyboista ścieżka wiodła w dół. Nick pokazała nam dokładnie miejsce wypadku, a Poirot poważnie kiwał głową.

- Ile jest sposobów dostania się do tego ogrodu? - spytał wreszcie.

- Wejście główne to brama, tuż koło domku Australijczyków. Potem jest wejście boczne, po prostu furtka w murze, mniej więcej w połowie tej ścieżki. I jeszcze jedno wejście niedaleko stąd, zaraz koło skraju skały. Tędy wychodzi się na dość zygzakowatą ścieżkę, która prowadzi od plaży prosto do hotelu Majestic. Tamtędy właśnie szłam dzisiaj rano. No i oczywiście jest jeszcze dziura w żywopłocie, która prowadzi do ogrodu hotelowego. Przejście przez ogród Majesticu jest zresztą najkrótszą drogą do miasta.

- A ogrodnik pani, w której części ogrodu najczęściej pracuje?

- Cóż, przeważnie majstruje coś w ogródku warzywnym albo przesiaduje w altanie i udaje, że ostrzy narzędzia ogrodnicze.

- To znaczy, że zwykle znajduje się po tamtej stronie domu? Tak, że gdyby ktoś zamierzał zakraść się tu i obluzować wielki głaz, to mógłby go na dobrą sprawę nikt nie zauważyć?

Nick wzdrygnęła się nagle.

- Czy tak... czy tak pan sobie to wyobraża? - spytała. - Jakoś nie mogę w to uwierzyć. To wydaje się takie absurdalne!

Poirot znów wyjął z kieszeni kulę rewolwerową i spojrzał na nią.

- A to, czy to też wydaje się pani absurdalne?

- To chyba musi być robota jakiegoś wariata.

- Niewykluczone. Jest to zresztą ulubiony temat kawiarniany. Zagadnienie, czy wszyscy przestępcy są chorzy umysłowo, czy też tylko niektórzy! Być może, że ich szare komórki są zdegenerowane. Nie wykluczam tej możliwości. Ale to jest sprawa lekarzy. Ja mam przed sobą inne zadanie. Ja muszę myśleć o przyszłych ofiarach, a nie o przestępcy. Ja w tej chwili myślę wyłącznie o pani, a nie o pani nieznanym wrogu. Pani jest młoda i piękna, słońce świeci, świat jest Wspaniały! Przed panią całe życie. O tym myślę, tylko i wyłącznie o tym, mademoiselle! Ale niech mi pani powie: ci pani przyjaciele, pani Rice i pan Lazarus, od kiedy tutaj przebywają?

- Freddie przyjechała do Kornwalii w środę. Zatrzymała się na dwa dni u jakichś swoich przyjaciół w Tavistock. Do St. Loo przyjechała wczoraj. Jim jeździł swoim samochodem po okolicy, o ile się orientuję.

- A kapitan Challenger?

- Mieszka w Devonport. Przyjeżdża samochodem, kiedy tylko może. Przeważnie na weekendy.

Poirot skinął głową. Wracaliśmy powoli do domu. Przez chwilę panowała cisza. Nagle Poirot zapytał:

- Czy ma pani jakąś zaufaną przyjaciółkę?

- Mam. Freddie.

- A poza panią Rice?

- Bo ja wiem. Chyba mam. A dlaczego pan pyta?

- Ponieważ chciałbym, żeby z panią tutaj ktoś zamieszkał, i to natychmiast.

- O!

Nick była zaskoczona. Przez chwilę szła w zamyśleniu.

- Jest jeszcze Madzia - powiedziała niepewnym głosem. - Przypuszczam, że udałoby mi się ją ściągnąć.

- A kto to taki?

- To jedna z moich kuzynek z Yorkshire. Mam ich tam całą gromadę. Ich ojciec jest pastorem, pan rozumie? Madzia jest mniej więcej w moim wieku. Zwykle zapraszam ją na kilka tygodni w lecie. To dosyć nudna dziewczyna, ale bardzo porządna. Niepozorna, ale ma ten kolor włosów, który teraz akurat przypadkowo stał się modny. Miałam nadzieję, że wykręcę się w tym roku od jej wizyty.

- Wprost przeciwnie. Pani kuzynka, mademoiselle, będzie znakomitą opiekunką dla pani. Właśnie kogoś takiego miałem na myśli.

- No, dobrze! - westchnęła Nick. - Wyślę do niej depeszę. Zresztą w tej chwili już wszyscy się porozjeżdżali na wakacje. Ale jeżeli Madzia nie zobowiązała się wystąpić akurat w chórze kościelnym lub zorganizować Dnia Matki, to na pewno od razu przyjedzie. Chociaż czego się pan właściwie po niej spodziewa?

- Czy mogłaby spać z panią w jednym pokoju?

- Oczywiście!

- Nie zdziwi się?

- Madzia się niczemu nie dziwi. Ona robi wszystko bardzo serio. Zna pan ten typ? Ma anielską cierpliwość, jest wierząca, łagodna. No cóż, zadepeszuję, żeby przyjechała w poniedziałek.

- Dlaczego nie jutro?

- W niedzielę? Gdybym tego od niej zażądała, pomyślałaby, że jestem umierająca. Nie, niech przyjedzie w poniedziałek. Czy pan powie jej o mieczu Damoklesa, który nade mną wisi?

- Widzę, że pani wciąż jeszcze sobie żartuje. Ale dobrze, że jest pani osobą odważną.

- Mam w każdym razie rozrywkę, musi pan przyznać.

Coś uderzyło mnie w jej tonie i spojrzałem na nią z zainteresowaniem. Miałem wrażenie, że czegoś nie dopowiedziała. Wróciliśmy do salonu. Poirot przeglądał znowu gazetę leżącą na kanapie.

- Czy pani to czyta, mademoiselle?

- "Herald St. Loo"? Nie, raczej tylko przeglądam. Chciałam zobaczyć, jakie są pory przypływu i odpływu. Podają je raz na tydzień. - Aha. Ale mówiąc nawiasem, mademoiselle, czy pani spisała testament?

- Owszem. Jakieś pół roku temu. Tuż przed operacją.

- Operacją?

- Nic ważnego. Wycięli mi ślepą kiszkę. Ktoś mi powiedział, że powinnam spisać testament. Zrobiłam to. Czułam się przy tym niezmiernie ważna.

- Jak pani rozporządziła swoim testamentem?

- Cóż, zapisałam Samotny Dom Charlesowi. Poza tym nic innego nie mam. Jakieś drobiazgi dla Freddie. Zresztą koszta pogrzebu i tak by wszystko pochłonęły.

Poirot skinął głową w zamyśleniu.

- Pójdziemy już. Au revoir, mademoiselle! I niech pani na siebie uważa.

- Ale jak?

- Tak, tak, z tym właśnie bieda, nie wiadomo właściwie, czego się wystrzegać. Kto to może wiedzieć. Ale pani jest osobą inteligentną. Proszę mieć do mnie zaufanie. Za kilka dni dojdę do sedna sprawy.

- A tymczasem - wykrzyknęła Nick - należy się wystrzegać bomb, gazów, strzałów rewolwerowych, wypadków samochodowych i zatrutych strzał południowoamerykańskich Indian!

- Niech pani przestanie żartować - powiedział Poirot poważnie. - Podszedł do drzwi i zatrzymał się chwilę. - Aha, jeszcze jedno: ile ofiarował pani pan Lazarus za portret dziadka?

- Pięćdziesiąt funtów.

- Aha! - powiedział tylko Poirot.

Spojrzał uważnie na surowe oblicze z portretu nad kominkiem.

- Ale, jak już mówiłam, nie mam zamiaru sprzedawać staruszka.

- No tak - powiedział Poirot na odchodnym. - Rozumiem to doskonale.

 

IV. COŚ W TYM MUSI TKWIĆ

 

- Poirot - odezwałem się, gdy tylko znaleźliśmy się na drodze - wydaje mi się, że powinieneś wiedzieć jedną rzecz.

- Co takiego, mon ami?

Opowiedziałem mu to, co mówiła pani Rice o hamulcach samochodowych.

- Tiens! C'est interessant, ça. Istnieje oczywiście pewien typ ludzi, ludzi próżnych, rozhisteryzowanych, którzy pragnąc zwrócić na siebie uwagę, stale unikają w cudowny sposób zasadzek. Ci ludzie opowiadają niestworzone rzeczy, zawsze ktoś czyha na ich życie. Owszem, typ ten jest dobrze znany. Ludzie tacy potrafią nawet zadać sobie ciężkie uszkodzenia cielesne, byle tylko podtrzymać fikcję.

- Nie przypuszczasz chyba...

- ...Że panna Nick jest tym typem? Nie, na pewno nie. Zauważyłeś zapewne, mój drogi, że z wielkim trudem udało mi się ją przekonać o grożącym jej niebezpieczeństwie. I do samego końca utrzymywała ton ironiczny i pełen niedowierzania. O, ta mała to typowa przedstawicielka swojego pokolenia. Mimo to historyjka pani Rice jest oczywiście interesująca. Dlaczego miałaby mówić takie rzeczy? Nawet gdyby to była prawda? Myślę, że to zupełnie zbyteczne, a nawet gauche6.

- Tak - odrzekłem - to prawda. Naprowadziła rozmowę na ten temat niemalże siłą. Ni stąd, ni zowąd.

- To dziwne, tak, to bardzo dziwne. Ale cieszę się z tych drobnych, dziwnych fakcików. Zawsze się na coś w końcu przydadzą. Często wskazują drogę.

- Drogę? Tak, ale dokąd?

- Trafiłeś w samo sedno, mój drogi Hastingsie. Właśnie. Dokąd? Niestety nie dowiemy się, zanim nie dojdziemy do celu.

- Powiedz mi - zacząłem - dlaczego kazałeś jej sprowadzić tę kuzynkę?

Poirot zamilkł na chwilę i zaczął mi wymachiwać palcem przed nosem.

- Weź pod uwagę! - krzyknął. - Pomyśl tylko, Hastings! Pomyśl, jaka to trudna sprawa! Mamy związane ręce i nogi! Odkrycie mordercy po dokonaniu przezeń zbrodni - c'est tout simple7! Przynajmniej dla człowieka o moich zaletach umysłu. Morderca, że tak powiem, podpisał się imieniem i nazwiskiem, z chwilą kiedy popełnił przestępstwo. Ale w tym wypadku zbrodnia w ogóle nie została popełniona - a co więcej, nie chcemy do niej dopuścić. Odkrycie zbrodni przed jej popełnieniem to zaiste zadanie nie lada. Naszym pierwszym i głównym celem jest zapewnienie mademoiselle bezpieczeństwa. A to nie jest rzecz łatwa. Nie, niełatwa to rzecz, Hastings! Nie możemy czuwać nad nią w dzień i w nocy, nie możemy nawet posłać tam policjanta, żeby jej pilnował. Nie możemy spędzić nocy w sypialni młodej dziewczyny. Sprawa najeżona jest trudnościami. Ale możemy zrobić jedną rzecz. Możemy utrudnić mordercy jego zadanie. Możemy ostrzegać mademoiselle, zmuszać ją do ostrożności i możemy ponadto wprowadzić do całej sprawy zupełnie bezstronnego świadka. Tylko bardzo mądry człowiek potrafi sobie poradzić z tego rodzaju sytuacją. - Zamilkł, a po chwili dodał zupełnie innym tonem: - Ale wiesz, czego się obawiam, Hastings?

- No?

- Obawiam się, mój drogi, że mamy do czynienia z bardzo mądrym człowiekiem. I wiesz, że wcale, ale to wcale nie jestem spokojny!

- Poirot, przerażasz mnie!

- Sam jestem zdenerwowany, zapewniam cię. Posłuchaj, mój drogi. Ta gazeta, co leżała w salonie. Czy zauważyłeś, że była otwarta i złożona w ten sposób, że wzrok mój od razu padł na notatkę następującej treści: "Wśród gości hotelu Majestic znajdują się pan Herkules Poirot i kapitan Hastings". Załóżmy, że ktoś inny również zauważył tę notatkę. Na pewno wie, kim jestem. Każdy ostatecznie zna moje nazwisko.

- Panna Buckley nie znała - zauważyłem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

- Ona się nie liczy, to jeszcze dziecko. Ale poważny człowiek, przestępca, na pewno poznałby moje nazwisko, możesz być spokojny. I przeraziłby się. O tak! Zacząłby się zastanawiać. Zacząłby zadawać sobie pytania. Trzykrotnie organizował zamachy na życie mademoiselle, a teraz nagle Herkules Poirot zjawia się na horyzoncie. "Czy to zbieg okoliczności?", zapyta samego siebie. I będzie się bał, że to nie jest zbieg okoliczności. I co zrobi, jak myślisz?

- Prawdopodobnie przyczaił się i będzie się starał zatrzeć ślady.

- Tak... oczywiście... Ale jeżeli jest to człowiek zuchwały, to spróbuje skończyć z tym zaraz, zanim ja zdążę poczynić jakiekolwiek kroki. Pif, paf! i już jest po wszystkim, mademoiselle nie żyje i koniec! Oto co zrobiłby człowiek zuchwały.

- Ale może po prostu panna Buckley czytała tę notatkę?

- O nie! Gdy wymieniłem swoje nazwisko, widziałem, że ono jej nic nie mówi. Nie zmieniła wyrazu twarzy. Zresztą powiedziała nam przecież, że otworzyła gazetę, żeby spojrzeć na tabelę przypływów i odpływów. Na tej stronie nie było takiej tabeli.

- A więc myślisz, że ktoś w tym domu?...

- Ktoś, kto tam mieszka albo ma tam dostęp. A to nie jest trudne. Okna są otwarte. Jestem pewny, że przyjaciele panny Buckley wchodzą i wychodzą z zupełną swobodą.

- Czy masz jakieś podejrzenia? Poirot wzniósł ręce w górę.

- Żadnych! Motyw, Hastings, motyw! Nie widzę go jeszcze. Dlatego ten niedoszły morderca ma taką przewagę nad nami, dlatego działał tak zuchwale dzisiaj rano. Na pozór wydawałoby się, że nie ma człowieka na świecie, który mógłby pragnąć śmierci tej małej Nick. Majątek? Samotny Dom? Zapisany jest na kuzyna. Ale wątpliwe, by kuzyn marzył o posiadaniu bardzo zniszczonego i na dodatek zadłużonego domu. Dla niego nie jest to nawet dom rodzinny. Pamiętaj, że on nie jest z Buckleyów! Musimy koniecznie obejrzeć sobie pana Vyse, ale wydaje mi się, że dużo nam z tego nie przyjdzie. Potem jest ta pani, ta przyjaciółka, ze swoimi dziwnymi oczyma i wyglądem zagubionej Madonny.

- Wiesz, na mnie zrobiła to samo wrażenie! - zdziwiłem się.

- Jaki ona ma w tym interes? Powiada, że Nick jest kłamczuchem. C'est gentille, ça8! Dlaczego to mówi? Czyżby obawiała się czegoś, co z kolei mogłaby nam powiedzieć Nick? Czy ma to jakiś związek z samochodem? Czy też użyła samochodu jako pretekstu, a w rzeczywistości obawia się czegoś zupełnie innego? Czy ktoś majstrował przy samochodzie, a jeżeli tak, to kto? I czy ona wie o tym? Potem jest ten przystojny blondyn, ten pan Lazarus. Jaka jest jego rola? Z tym swoim wspaniałym samochodem i ze swoimi pieniędzmi! Czy on jest w jakiś sposób zamieszany w tę dziwną sprawę? Jeżeli idzie o kapitana...

- Co do niego, nie mam żadnych podejrzeń - przerwałem. - Jego jestem zupełnie pewny. To prawdziwy dżentelmen.

- Oczywiście. Jestem przekonany, że uczęszczał, jak to się u was mówi, do "odpowiednich szkół". Na szczęście jako cudzoziemiec nie mam tych waszych okropnych przesądów i mogę się zdobyć na bezstronność. Jednakże przyznaję, że trudno byłoby mi uwierzyć, że kapitan Challenger ma coś wspólnego z tą sprawą.

- Naturalnie, że nie - powiedziałem z przekonaniem. Poirot patrzył na mnie w zamyśleniu.

- Wiesz, Hastings, twoja obecność działa na mnie w przedziwny sposób. Ty zawsze kierujesz swoje podejrzenia na tak oczywiście fałszywy trop, że wprost kusi mnie, żeby iść w przeciwnym kierunku. Należysz do tych absolutnie uczciwych, łatwowiernych i porządnych ludzi, których każdy łajdak potrafi nabrać. Należysz do tych, którzy kupują akcje nie istniejących kopalni złota czy złóż nafty. Z takich jak ty, oszuści całego świata żyją i zarabiają na swój codzienny chleb. Wiesz co? Zajmę się tym kapitanem Challengerem. Wzbudziłeś we mnie głębokie wątpliwości co do jego osoby.

- Poirot! - krzyknąłem zdenerwowany. - Gadasz straszliwe głupstwa! Człowiek taki jak ja, który obijał się przez lata po całym świecie!...

- Nigdy niczego się nie uczy - dodał Poirot ze smutkiem.

- To rzecz zadziwiająca... Ale cóż... tak już jest.

- Czy wyobrażasz sobie, że potrafiłbym rozwinąć moje ranczo w Argentynie, gdybym był takim sakramenckim durniem, za jakiego mnie uważasz?

- Nie złość się, mon ami. Wiem, że rzeczywiście znakomicie prowadziliście to ranczo, ty i... twoja żona.

- Bella - odpowiedziałem - zawsze liczy się z moim zdaniem.

- Jest to kobieta pełna wdzięku i rozumu - rzekł Poirot.

- Nie sprzeczajmy się, przyjacielu! O, widzisz, doszliśmy do garażu Mottsa. O ile pamiętam, jest to właśnie ów garaż, o którym wspominała nam panna Buckley. Kilka pytań zaraz nam wyjaśni tę całą sprawę z samochodem.

Weszliśmy do garażu i Poirot przedstawił się, nadmieniając jednocześnie, że został tu skierowany przez pannę Buckley. Najpierw postawił kilka pytań dotyczących ewentualnego wynajmu samochodu i niepostrzeżenie przeszedł na temat uszkodzeń samochodu Nick.

Właściciel garażu natychmiast się ożywił. To najdziwniejsza rzecz, jaka mu się przydarzyła w jego długoletniej praktyce. Niestety, nic się na ty nie znam, a Poirot chyba jeszcze mniej ode mnie. Ale jedno zrozumieliśmy z całą pełnością. A mianowicie, że ktoś rozmyślnie uszkodził wóz. I że nie zabrało mu to ani wiele czasu, ani wysiłku.

- A więc, co do tego mamy absolutną pewność - stwierdził Poirot, gdy oddalaliśmy się od garażu. - Mała Nick miała rację, a ten twój bogaty Lazarus się mylił. Powiadam ci, mój przyjacielu, że to wszystko razem zaczyna być bardzo interesujące. - Co robimy dalej?

- Idziemy na pocztę i wysyłamy depeszę, jeżeli nie jest jeszcze za późno.

- Depeszę?

- Tak jest, depeszę.

Poczta była jeszcze czynna. Poirot wypisał na blankiecie tekst depeszy i wysłał ją. Nie udzielił mi żadnych informacji co do jej treści. Wiedziałem, że czeka, bym go zapytał, wobec czego oczywiście milczałem jak zaklęty.

- To fatalnie, że jutro jest niedziela - odezwał się, gdyśmy się zbliżali do hotelu. - Nie będziemy mogli zobaczyć się z panem Vyse przed poniedziałkiem.

- Mógłbyś pójść do niego do domu.

- Oczywiście, ale tego właśnie wolałbym uniknąć. Chciałbym przede wszystkim zasięgnąć jego porady prawnej i w ten sposób wyrobić sobie o nim zdanie.

- Rozumiem - zamyśliłem się. - To byłoby najlepsze.

- Odpowiedź na jakieś mało ważnie pytanie mogłaby nam nasunąć szereg nowych ewentualności. Jeżeli na przykład pan Charles Vyse znajdował się w swoim biurze o godzinie dwunastej trzydzieści, to przynajmniej będziemy wiedzieli, że nie on oddał strzał do swojej kuzynki.

- Czy nie należało zbadać alibi tej całej trójki jej przyjaciół? - zapytałem.

- To byłoby już znacznie trudniejsze. Każdy z nich mógł ostatecznie odejść na kilka chwil. Przecież wszyscy znajdowali się w tym czasie w hotelu. Mogli wyjść przez któreś z licznych drzwi prowadzących do ogrodu z holu, z salonu, z czytelni pism, z pokoju bilardowego. Cóż, to tylko kwestia kilku minut. Zakraść się do ogrodu, ukryć się w krzakach, oddać strzał i wrócić do towarzystwa. Ale pomyśl, mój przyjacielu, my nawet nie wiemy, czy uwzględniliśmy już wszystkie dramatis personae. Mamy też ową szacowną Ellen i jej nie znanego nam jeszcze męża. Oboje mieszkają w domu panny Nick, mogą mieć do niej jakieś nie znane nam pretensje. A ci również nie znani nam Australijczycy! A poza tym, czy znamy wszystkich przyjaciół i znajomych panny Buckley, o których ona w ogóle nie wspomniała? Wiesz, Hastings, mam dziwne wrażenie, że kryje się tu coś, co w ogóle jeszcze nie zaczęło nawet wychodzić na światło dzienne. Poza tym wydaje mi się, że panna Buckley wie więcej, niż nam powiedziała.

- Czy sądzisz, że coś przed nami ukrywa?

- Tak.

- Z zamiarem chronienia jakiejś osoby? Poirot gwałtownie potrząsnął głową.

- Nie, nie. Mam wrażenie, że była z nami zupełnie szczera. Jestem przekonany, że jeżeli chodzi o te zamachy na jej życie, to powiedziała nam wszystko, co wiedziała. Ale tam musi być jeszcze coś - coś, czego związku z całą sprawą ona zupełnie nie podejrzewa. Chciałbym wiedzieć, co to jest. Albowiem ja - mówię to z całą skromnością - jestem człowiekiem o wiele inteligentniejszym od takiej dziewczyny. Herkules Poirot dostrzega związek przyczynowy tam, gdzie ona go nawet nie podejrzewa. Mogę trafić na poszlakę, która zaprowadzi mnie prosto do celu. Powiem ci z całą szczerością, mój drogi, że jestem, jak to się u was mówi, w lesie. Dopóki nie dojrzę jakiegoś cienia logiki w tym wszystkim, będę się poruszał w całkowitych ciemnościach, na chybił trafił. Musi tam być jeszcze coś - jakiś czynnik, któregośmy nie dojrzeli. Co to jest? Je me demande qa sans cesse. Qu'est-ce quec'est9?

- Na pewno się domyślasz - powiedziałem, by go pocieszyć.

- Tak, tak - rzekł ponurym tonem - tylko żeby nie było już za późno.

 

V. PAŃSTWO CROFT

 

Tego wieczoru w hotelu był dansing. Nick Buckley i jej przyjaciele mieli swój stolik i jedli kolację. Gdy Nick nas zobaczyła, pomachała nam wesoło ręką. Miała na sobie wieczorową suknię ze szkarłatnego szyfonu. Wyglądała w niej prześlicznie. Kolor sukni podkreślał biel jej dekoltu i ramion i czerń falistych włosów.

- Wygląda jak piękny diabełek - zauważyłem.

- W odróżnieniu od swojej przyjaciółki, co? Fryderyka Rice była ubrana na biało. Tańczyła powoli, wdzięcznie i miękko, rzeczywiście stanowiła niezwykły kontrast z żywą i ruchliwą Nick.

- Jest bardzo piękna - powiedział nagle Poirot.

- Kto? Nasza Nick?

- Nie, ta druga. Czy jest dobra, czy zła? Czy po prostu tylko nieszczęśliwa? Jest rzeczywiście kobietą tajemniczą. Być może, iż pod tą tajemniczą powłoką nic się nie kryje. Ale powiadam ci, przyjacielu, ona jest une allumeuse10.

- Co to znaczy? - spytałem z zainteresowaniem. Potrząsnął głową z uśmiechem.

- Poczujesz to prędzej czy później. Zapamiętaj sobie moje słowa.

Nagle, ku mojemu zdziwieniu, wstał. Nick tańczyła z Challengerem, Fryderyka i Lazarus właśnie przestali tańczyć i siedli przy stoliku. Lazarus po chwili wstał i oddalił się. Pani Rice pozostała sama. Poirot podszedł prosto do niej. Podążyłem więc za nim.

Metody jego były zaiste niezwykle bezpośrednie.

- Pozwoli pani? - Usiadł na krześle. - Chciałbym zamienić z panią kilka słów, dopóki pani przyjaciółka tańczy.

- Tak? - głos jej brzmiał chłodno i obojętnie.

- Madame, nie wiem, czy przyjaciółka panią poinformowała, ale dziś rano miał miejsce zamach na jej życie...

Spojrzała na Poirota wzrokiem pełnym przerażenia.

- Co to znaczy?

- Strzelano do niej z rewolweru w ogrodzie hotelowym. Uśmiechnęła się nagle, uśmiechem pobłażliwym, trochę drwiącym.

- Czy Nick panu to powiedziała?

- Nie, madame. Widziałem to na własne oczy. Tutaj jest kula.

Wyciągnął rękę, a ona cofnęła się trochę.

- Ale... Ale...

- To nie wytwór wyobraźni panny Buckley, pani rozumie. Gwarantuję za to, co widziałem. Ale to jeszcze nie wszystko. W ciągu ostatnich paru dni miało miejsce kilka bardzo dziwnych wypadków. Może być, że pani o nich słyszała. Pani dopiero wczoraj przyjechała, prawda?

- Tak... wczoraj.

- A przedtem spędziła pani kilka dni u przyjaciół w Tavi stock?

- Tak.

- Czy mogłaby mi pani podać nazwisko tych przyjaciół? Uniosła brwi.

- Bardzo panią przepraszam. Jestem bardzo maladroit11. Ale widzi pani, sam mam przyjaciół w Tavistock... państwo Buchanan... czy przypadkiem była pani u nich?

Pani Rice potrząsnęła przecząco głową.

- Nie, nie znam ich. Nie przypuszczam nawet, żebym się z nimi kiedykolwiek zetknęła. - Mówiła tonem zupełnie przyjaznym. - Ale nie mówmy o nudziarzach. Niech pan opowiada dalej o Nick. Kto do niej strzelił? I dlaczego?

- Jak dotąd, jeszcze nie wiem kto - powiedział Poirot. - Ale się dowiem. O tak! Dowiem się! Czy wie pani, że jestem detektywem? Nazywam się Herkules Poirot.

- To bardzo słynne nazwisko.

- Madame jest doprawdy bardzo uprzejma.

Powiedziała teraz powoli i poważnie:

- Czy mogłabym w czymś pomóc?

Mam wrażenie, że obydwu nas zaskoczyła. Nie spodziewaliśmy się po niej takiego pytania.

- Prosiłbym panią, madame, żeby pani czuwała nad swoją przyjaciółką.

- Oczywiście.

- To wszystko.



dalej


strona główna
(23kB)