(23kB)
strona główna

 

 

 

MARY WESTMACOTT

CZYLI

AGATHA CHRISTIE

SAMOTNA WIOSNĄ





PRZEŁOŻYŁA BOGUMIŁA MALARECKA

TYTUŁ ORYGINAŁU ABSENT IN THE SPRING

Nie było mnie przy tobie wiosną…

W. Szekspir, sonet 98, przekład St. Barańczaka

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Joan Scudamore wpatrywała się zmrużonymi oczami w półmrok jadalni. Niewielka wada wzroku powodowała, że Joan Scudamore nie widziała dobrze na odległość.

Ależ to jest… nie, to niemożliwe… a jednak tak, to ona. Blanche Haggard.

Nadzwyczajne - spotkać szkolną przyjaciółkę, której się nie widziało od… od ładnych piętnastu lat, właśnie tu, na pustyni.

W pierwszej chwili ucieszyła się; była z natury osobą towarzyską i zawsze chętnie spotykała się z przyjaciółmi czy znajomymi.

Ale, ale, pomyślała, jakże ta biedaczka zmieniła się, jak się postarzała. A przecież nie może mieć więcej… niż ile? Czterdzieści osiem lat?

Odruchowo spojrzała w lustro, które szczęśliwym trafem wisiało tuż obok jej stolika. To, co w nim zobaczyła, wprawiło ją w jeszcze lepszy nastrój.

Doprawdy, świetnie się trzymam…

Oto miała przed sobą szczupłą kobietę w średnim wieku o osobliwie gładkiej twarzy, brązowych, ledwo dotkniętych siwizną włosach, sympatycznych, niebieskich oczach i pogodnym uśmiechu. Ta kobieta była ubrana w lekki, gustowny kostium i nosiła spoiych rozmiarów torebkę wypakowaną nieodzownymi w podróży drobiazgami.

Joan Scudamore podróżowała z Bagdadu do Londynu drogą lądową. Pierwszy etap podróży odbyła pociągiem. Najbliższą noc miała przespać w zajeździe kolejowym, a rankiem wyruszyć w dalszą drogę samochodem.

Przyczyną jej pośpiesznego wyjazdu z Anglii była niespodziewana choroba młodszej córki: Joan Scudamore doskonale zdawała sobie sprawę z niezaradności Williama (swojego zięcia); wiedziała, że w domu potrzebny jest ktoś, kto się o wszystko zatroszczy.

No cóż, kryzys minął. Wystarczyło, że wzięła sprawy w swoje ręce: dziecko, William, wracająca do zdrowia Barbara - zaplanowała wszystko po kolei i wszystkim sprawom nadała odpowiedni bieg. Dzięki Bogu, pomyślała, zawsze miałam głowę na karku.

William i Barbara byli pełni wdzięczności. Nalegali, by nie śpieszyła się z powrotem do domu, by została dłużej, lecz ona z uśmiechem na ustach, aczkolwiek z odrobiną żalu w sercu, odmówiła. Oczywiście przez wzgląd na Rodneya, biednego, poczciwego Rodneya, tkwiącego w Crayminster po uszy w pracy, bez nikogo (poza służbą), kto by dbał o jego wygody.

- Zresztą - powiedziała - i jakaż ona jest, ta służba?

- Twoja służba, mamo, jest zawsze perfekcyjna. Już ty potrafisz o to zadbać! - odparła Barbara.

Roześmiała się, niemniej uwaga córki sprawiła jej przyjemność. Ostatecznie każdy jest łasy na pochwały. Zastanawiała się tylko, czy to, że dom sprawnie funkcjonuje, a ona całkowicie mu się poświęca, nie jest zbyt oczywiste dla jej rodziny.

To jednak wcale nie oznaczało, że chciała w jakikolwiek sposób tę swoją rodzinę krytykować. Tony, Averil i Barbara byli wspaniałymi dziećmi, a ona i Rodney mogli być dumni z ich wychowania, a także z ich życiowych sukcesów.

Tony gdzieś w Rodezji uprawiał pomarańcze, Averil po chwilowym szaleństwie, które swego czasu spędzało jej rodzicom sen z powiek, ustatkowała się i została żoną bogatego i czarującego maklera. Mąż Barbary miał dobrą posadę w Iraku, w Departamencie Robót Publicznych.

Cała trójka była i ładna, i zdrowa, i dobrze ułożona; można powiedzieć, że Joan i Rodneyowi naprawdę się poszczęściło. Jednakże ona (na swój prywatny użytek), raczej skłaniała się ku opinii, że szczęście szczęściem, ale było w tym wszystkim sporo ich, rodziców, zasługi. Ostatecznie dali swoim dzieciom nadzwyczaj staranne wychowanie i nie szczędząc trudu, dobierali odpowiednie nianie i guwernantki, a potem szkoły, i zawsze na pierwszym miejscu stawiali dobro i powodzenie dzieci.

Odwróciła wzrok od swego odbicia w lustrze. To całkiem miłe uczucie, pomyślała, zdawać sobie sprawę, że odniosło się sukces w tym, co się miało do zrobienia. Nigdy nie myślałam o własnej karierze lub o czymś w tym guście. Wystarczała mi pozycja żony i matki. Poślubiłam mężczyznę, którego kochałam, temu mężczyźnie powiodło się w pracy, choć prawdopodobnie jest w tym trochę mojej zasługi. Ile też może zdziałać czyjś zbawienny wpływ! Drogi, drogi Rodney!

Na samą myśl, że wkrótce go zobaczy, zrobiło jej się ciepło na duszy. Po raz pierwszy rozstała się z nim na dłużej. Jakże szczęśliwe i spokojne życie wiodą razem…

No cóż, pomyślała, określenie „spokojne” być może niezupełnie odpowiada rzeczywistości. Życie rodzinne nigdy nie jest tak do końca spokojne. Letnie wakacje, choroby zakaźne, odpadające lynny w zimie. Zresztą życie, w ogóle, to nic innego jak jeden ciąg drobnych dramatów. A Rodney zawsze pracował ciężko, być może ciężej, niż pozwalało mu na to zdrowie. Choćby wtedy, sześć lat temu, kiedy był tak potwornie wyczerpany. On, wypadało jej przyznać ze skruchą, nie trzyma się tak dobrze jak ona. Przygarbił się, a w jego włosach pojawia się coraz więcej srebrnych nitek. Nie mówiąc już o tym jego zmęczonym, wiecznie przygaszonym spojrzeniu.

No cóż, życie jest życiem. Ale teraz, kiedy dzieci założyły swoje rodziny, kiedy kancelaria przynosi niezgorsze zyski, a nowy partner wniósł świeżą gotówkę, Rodney mógłby do wszystkiego podchodzić bardziej beztrosko. On i ja moglibyśmy mieć więcej czasu dla siebie. Powinniśmy prowadzić bardziej otwarty dom i od czasu do czasu spędzić tydzień albo dwa w Londynie. Rodney, być może, mógłby grywać w golfa. Doprawdy, sama nie rozumiem, dlaczego do tej pory nie namówiłam go na golfa. Przecież sport to samo zdrowie, zwłaszcza dla kogoś, kto spędza całe dnie za biurkiem.

Rozważywszy problem golfa, pani Scudamore ponownie spojrzała w kierunku kobiety, co do której była przekonana, że jest jej dawną przyjaciółką ze szkoły.

Blanche Haggard. Jakże ją uwielbiała, kiedy były razem w St Anne. No i nie ona jedna. Na punkcie Blanche szalały dosłownie wszystkie dziewczęta. Blanche Haggard była absolutnie przebojowa, zabawna i doprawdy, śliczna. Teraz, kiedy się patrzy na tę chudą, niespokojną, zaniedbaną, podstarzałą kobietę, wszystko wydaje się takie dziwne. No i ta jej suknia! Och, ona wygląda - strach powiedzieć - wygląda przynajmniej na sześćdziesiątkę…

Oczywiście, pomyślała, Blanche Haggard miała bardzo nieszczęśliwe życie.

Nagle ogarnęło ją zniecierpliwienie. Nieszczęśliwe, też mi coś! Ostatecznie sama była sobie winna. Kiedy się ma dwadzieścia jeden lat, cały świat u swych stóp, urodę, pozycję i całą tę resztę, nie rzuca się wszystkiego dla kogoś tak beznadziejnego jak ów mężczyzna. A Blanche to właśnie zrobiła. Blanche rzuciła wszystko dla weterynarza! Tak, ni mniej, ni więcej - dla weterynarza! Weterynarza, a co gorsza żonatego. Oczywiście, rodzina Blanche zachowała się z godną pochwały stanowczością: zabrała ją w jeden z tych przyjemnych rejsów dookoła świata. Ale Blanche, gdzieś w Algierze czy Neapolu, wymknęła się rodzinie, wróciła do domu i zeszła się z nim na powrót. Naturalnie on stracił swoją praktykę i zaczął pić, a poza tym jego żona nie chciała dać mu rozwodu. Ostatecznie on i Blanche wyjechali z Crayminster i słuch o nich zaginął. Trzeba trafu, że któregoś dnia spotkały się obie w Londynie u Harrodsa, w dziale z obuwiem, i z krótkiej, dyskretnej rozmowy (o to, by rozmowa była dyskretna, starała się Joan; Blanche nigdy i w żadnym magazynie nie zachowywała się dyskretnie) dowiedziała się, że Blanche jest teraz żoną kogoś, kto się nazywa Holliday, kto pracuje w ubezpieczeniach, lecz że jej się zdaje, iż on wkrótce z tej posady zrezygnuje, ponieważ chce napisać książkę o Warrenie Hastingsie* i chce poświęcić temu swój cały czas, a nie jakieś nędzne resztki dnia, jakie by mu zostawały po powrocie z biura.

Na jej nieśmiałą uwagę, że pan Holliday ma niewątpliwie jakieś prywatne dochody, Blanche odparła beztrosko, że skądże, ani centa! Joan powiedziała na to, że może w tej sytuacji nie powinien rzucać pracy, zanim się nie upewni, że książka odniesie sukces. Zapytała, czy wydawnictwo ją zamówiło? Dowiedziała się, że nie. Co więcej, Blanche, nawet nie sądziła, by książka miała powodzenie, bo chociaż Tom bardzo się do niej zapalił, to przecież brakowało mu w tym względzie doświadczenia. Wówczas Joan powiedziała dość ciepło, że w takim wypadku Blanche powinna zachować rozsądek i nie pozwolić na coś takiego, na co ta odpowiedziała zdziwionym spojrzeniem i czymś w rodzaju:

- Ależ on chce pisać, biedaczysko. On chce tego bardziej niż czegokolwiek.

- Zatem trzeba być mądrym za dwoje - padło z jej strony.

Blanche tylko się roześmiała i zauważyła, że kto jak kto, ale ona nigdy nie była dość mądra, nawet jeśli chodzi o samą siebie!

Niestety, pomyślała Joan, tak się składa, że to prawda. Rok później zobaczyła Blanche w restauracji w towarzystwie kobiety o wyzywającym wyglądzie i dwóch pozujących na artystów mężczyzn.

A potem, pięć lat później, Blanche listownie poprosiła ją o pożyczenie pięćdziesięciu funtów. Napisała, że jej mały synek musi być operowany. Joan wysłała jej zatem dwadzieścia pięć i miły list, w którym prosiła o dokładniejsze zrelacjonowanie tej przykrej historii. Odpowiedzią była kartka pocztowa z nabazgranym w pośpiechu jednym jedynym zdaniem: Brawo, Joan. Wiedziałam, że nie dasz mi zginąć - co na swój sposób było miłe, choć raczej niezbyt zadowalające. Po tym epizodzie zapadła cisza. I oto teraz, w bliskowschodnim zajeździe kolejowym, oświetlonym chybotliwym płomieniem skwierczących lamp naftowych, pośród zaduchu powstałego z mieszaniny zapachów zjełczałego baraniego tłuszczu, nafty i środków owadobójczych zjawia się tamta przyjaciółka sprzed lat, nieprawdopodobnie stara, o nieprawdopodobnie pospolitym wyglądzie i, jakby tego było mało, w podniszczonej garderobie.

Blanche skończyła obiad pierwsza i właśnie zmierzała ku drzwiom, kiedy podchwyciła spojrzenie kobiety. Stanęła jak wryta.

- Na Mojżesza, przecież to Joan! Przystawiła sobie krzesło i już po chwili gadały

jak najęte. Niebawem Blanche powiedziała:

- Świetnie się trzymasz, moja droga. Wyglądasz na trzydziestkę, nie więcej. Gdzieś się uchowała? W chłodni?

- No, niezupełnie. Mieszkam w Crayminster.

- Urodzona, wychowana, poślubiona i pogrzebana w Crayminster - zauważyła Blanche.

- Sądzisz, że to źle? - zaśmiała się Joan.

Blanche potrząsnęła głową.

- Nie. Powiedziałabym, że całkiem dobrze. Co słychać u twoich dzieci? Miałaś ich kilkoro, prawda?

- Tak, troje. Syna i dwie córki. Syn jest w Rodezji. Córki wyszły za mąż. Jedna mieszka w Londynie, a druga aż w Bagdadzie. Właśnie byłam u niej w odwiedzinach. Nazywa się po mężu Wray, Barbara Wray.

- Widziałam ją. Miły dzieciak. Nie zdaje ci się, że dość młodo wyszła za mąż?

- Nie, nie sądzę - Joan odpowiedziała chłodno. - Wszyscy bardzo lubimy Williama, no i są ze sobą szczęśliwi.

- Tak, wygląda na to, że wszystko się między nimi ułożyło. Prawdopodobnie dzięki dziecku. Tak czy inaczej, jak się ma dziecko, trzeba się ustatkować. Co nie znaczy - dodała Blanche w zamyśleniu - że ja się kiedykolwiek ustatkowałam. Byłam bardzo przywiązana do moich córek, Len i Mary. A przecież kiedy pojawił się Johnnie Pelham, odeszłam z nim bez chwili zastanowienia.

Joan popatrzyła na nią z dezaprobatą.

- No wiesz, Blanche. Jak mogłaś?

- Chcesz powiedzieć, że postąpiłam niegodziwie, tak? Oczywiście zostawiłam je pod dobrą opieką. Tom je zawsze uwielbiał. Ożenił się z miłą dziewczyną, prawdziwą domatorką. Pasowała do niego o wiele bardziej niż ja. Karmiła go przyzwoicie, naprawiała mu bieliznę i tak dalej. Kochany Tom, kochany pieszczoch. A wiesz? Jeszcze wiele lat potem przysyłał mi na Boże Narodzenie i na Wielkanoc kartki z życzeniami. To bardzo ładnie z jego strony, nie sądzisz?

Joan nie odpowiedziała. Była pełna sprzecznych myśli. Przede wszystkim nie mogła się nadziwić, że to coś, to, co miała przed sobą, mogło być Blanche Haggard, tamtą dobrze wychowaną, błyskotliwą dziewczyną, najlepszą uczennicą St Anne. To coś, czyli ta doprawdy niechlujna kobieta, tak bezwstydnie obnażająca wstrętne szczegóły ze swego życia, i to tak niezwykle prostackim językiem! A przecież to właśnie ona, Blanche Haggard, zdobyła w St Anne nagrodę za angielski!

Blanche podjęła poprzedni wątek.

- Zabawne, że ta mała Barbara Wray jest właśnie twoją córką, Joan. Choć to tylko pokazuje, jak ludzie się mylą. Wiesz, kiedy jakaś dziewczyna wychodzi za pierwszego chłopaka, który jej się nawinął, to zaraz każdy podejrzewa, że prawdopodobnie była bardzo nieszczęśliwa w domu i że był to jedyny sposób, aby z niego uciec.

- Śmieszne, doprawdy. Powiedz mi, kto wymyśla takie brednie?

- Nie mam pojęcia. Jeśli o mnie chodzi, jestem pewna jednego: tego mianowicie, że ty zawsze byłaś godną podziwu matką. Nie wyobrażam sobie, byś potrafiła się złościć albo byś była nieuprzejma, wobec kogokolwiek.

- To miło z twojej strony, Blanche. Cóż, zdaje mi się, że stworzyliśmy naszym dzieciom bardzo szczęśliwy dom i zrobiliśmy wszystko dla ich dobra. Myślę, że to bardzo ważne, by się żyło w przyjaźni z własnymi dziećmi.

- Bardzo ładnie, pod warunkiem, że się potrafi.

- Och, dlaczego nie? Rzecz polega jedynie na tym, by pamiętać własną młodość i umieć się postawić na miejscu dzieci. Rodney i ja zawsze staraliśmy się tak postępować.

- Rodney? Czekaj, czekaj… poślubiłaś jakiegoś prawnika, tak? No jasne, bywałam w tej ich kancelarii, kiedy Harry starał się rozwieść z tą swoją okropną żoną. Jestem przekonana, że rozmawialiśmy wówczas z twoim mężem, z Rodneyem Scudamore’em. Był niezwykle miły i uprzejmy i miał dla nas mnóstwo zrozumienia. Chcesz powiedzieć, że byłaś mu wierna przez te wszystkie lata? Żadnego skoku w bok?

- Żadne z nas nie miało żadnych skoków w bok - odparła Joan raczej chłodno. - Rodney i ja absolutnie sobie wystarczaliśmy.

- Oczywiście, ty zawsze byłaś zimna jak ryba. Natomiast twój mąż, jak mi się zdaje, potrafił robić do kobiet słodkie oczy!

- No wiesz, Blanche!

Joan aż poczerwieniała. Jej Rodney miałby robić do kobiet słodkie oczy! Coś podobnego!

I nagle, wbrew samej sobie, powzięła myśl, myśl szybką niby jedno mignięcie tamtego węża na zakurzonej drodze tuż przed samochodem, nie dawniej jak wczoraj; jedno mignięcie - zielony zygzak, który znikł, nim dobrze zdążyła go zobaczyć.

Ten zielony zygzak składał się z dwu słów, wyskakujących z dna pamięci i znów zapominanych.

Panna Randolph…

To prawda, te dwa słowa odeszły w niepamięć, nim zdążyła je sobie uświadomić.

Blanche zrobiła skruszoną minę.

- Przepraszam, Joan. Lepiej chodźmy do drugiej sali na kawę. Wiesz, że zawsze miałam parszywe myśli.

- Ależ skąd - zaprotestowała Joan, i to szczerze.

Blanche wyglądała na rozbawioną.

- Jak to, czyżbyś nie pamiętała? Nie pamiętasz czasów, kiedy się wymykałam na spotkania z chłopcem od piekarza?

Joan zrobiła niewyraźną minę. Zapomniała o tamtej historii. Zresztą wówczas doszukiwała się w niej odwagi i… tak, i romantyzmu. No cóż, w gruncie rzeczy wszystko razem było wulgarne i nieprzyjemne.

Blanche, sadowiąc się w wiklinowym krześle i przywołując kelnera, śmiała się beztrosko.

- Niewątpliwie byłam nad wiek rozwinięta. I to potwornie. Och, w porządku, zawsze działałam na własną zgubę. Zawsze za bardzo durzyłam się w mężczyznach. No i zawsze trafiałam jak kulą w płot! Fantastyczne, nieprawda? Najpierw Harry, niezły nicpoń, tyle że niesamowicie przystojny. A potem Tom, typ mężczyzny, o którym się mówi, że prochu to on nie wynajdzie, choć na swój sposób i za nim szalałam. Johnnie Pelham - o tak, z tym bawiłam się całkiem nieźle, ale nie za długo. Gerald? Cóż, z Geralda, jak i z innych, też nie miałam wiele pociechy…

W tym momencie kelner przyniósł kawę, przerywając tym samym coś, co w uszach Joan brzmiało jak szczególnie niesmaczna wyliczanka. Skrzywiła się.

- Przepraszam, Joan, chyba cię zszokowałam. Moja dawna przyjaciółka nadal tak samo pruderyjna, mam rację, czyż nie?

- Powiedziałabym, że zawsze stać mnie na tolerancję wobec bliźnich. - Joan zdobyła się na uprzejmy uśmiech, po czym dodała dość niezręcznie: - Chcę tylko powiedzieć, że jest mi przykro.

- Czyżby z mojego powodu? To milo z twojej strony, kochanie, lecz proszę, daruj sobie współczucie. Przez te wszystkie lata świetnie się bawiłam.

Nie mogła się powstrzymać od obrzucenia byłej przyjaciółki choćby ukradkowym spojrzeniem. Doprawdy, czyżby ta nie miała pojęcia o swoim godnym ubolewania wyglądzie? Te niestarannie pokryte henną włosy, ten poplamiony, przeładowany tanimi błyskotkami strój, ta wynędzniała, pomarszczona twarz - twarz starej, wypacykowanej kobiety, kobiety podejrzanej konduity!

- Tak, masz rację, Joan - powiedziała Blanche, a ton jej głosu spoważniał. - Ty swoje życie obróciłaś w sukces. Jeśli chodzi o mnie, ja, no cóż, ja swoje pogmatwałam. Ja upadłam, ty… nie, ty się nawet nie wspięłaś, ty po prostu wciąż trwasz na swoim miejscu jak typowa dziewczyna z St Anne, taka, która odpowiednio wychodzi za mąż i z której dawna szkoła zawsze może być dumna!

Tak, pomyślała Joan, St Anne, nasza dawna szkoła, to niezły temat do rozmowy.

- To były piękne czasy, prawda? - zapytała ochoczo, jednak Blanche skwitowała to pytanie wzruszeniem ramion.

- Bo ja wiem? Takie sobie. Czasami się nudziłam. To wszystko było takie kołtuńskie, takie niesamowicie zdrowe od samych korzeni. Za wszelką cenę chciałam się stamtąd wyrwać, chciałam poznać świat. Zgoda - wykrzywiła śmiesznie usta - poznałam go. I to jak!

- A co właściwie robisz w tym zajeździe? Wracasz do Anglii razem z jutrzejszym konwojem?

Pomyślała, że w końcu musiała ją o to zapytać. Doprawdy nie życzyłaby sobie mieć za towarzyszkę podróży kogoś takiego jak Blanche Haggard. Co innego przypadkowe spotkanie z dawną przyjaciółką, a co innego wspólna podróż przez całą Europę. No i jak długo można wspominać dawne czasy?

Blanche uśmiechnęła się szeroko.

- Nie, wybieram się w drugą stronę. Do Bagdadu. Do męża.

- Do męża?

Czyżby Blanche mogła mieć kogoś tak godnego szacunku jak mąż…?

- Tak. Jest inżynierem na kolei. Nazywa się Donovan.

- Donovan? - Joan potrząsnęła głową. - Nie przypominam sobie, bym poznała kogoś o takim nazwisku.

Blanche zaśmiała się.

- Nie wątpię, moja droga. Chyba nie należy do twojej sfery. Tak czy inaczej, pije jak szewc. Za to serce ma na dłoni. I choć cię to może zaskoczy, świata poza mną nie widzi.

- Tak powinno być - Joan zgodziła się równie lojalnie, co łaskawie.

- Niech żyje Joan i niech żyją pozory! Przecież widać na twojej twarzy, jak dziękujesz Bogu, że jadę w przeciwną stronę. Obawiasz się, że w ciągu pięciu dni podróży mogłabym złamać twego chrześcijańskiego ducha. Tylko nie próbuj zaprzeczać. Wiem, kim się stałam. Prostacki umysł, pospolity wygląd… tak właśnie o mnie myślisz. W porządku, jednak bywają gorsze rzeczy.

Joan pomyślała, że chyba jednak nie. Zdawało jej się, że upadek Blanche to wystarczająca tragedia jak na kobietę.

Blanche mówiła dalej.

- Obyś miała udaną podróż, choć, szczerze mówiąc, wątpię. Wygląda na to, że zaczyna się pora deszczowa. Jeśli tak, możesz utknąć gdzieś na długo, bez żadnej łączności ze światem.

- Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Straciłabym rezerwacje na pociągi.

- Och, rezerwacje… Podróż przez pustynię rzadko kiedy pasuje do jakichkolwiek rozkładów. Najtrudniej bywa z przeprawami przez wadi, cała reszta to fraszka. Oczywiście szoferzy zawsze zabierają w drogę mnóstwo jedzenia i wody, tyle że to trochę nudne utknąć gdzieś, gdzie nie ma się nic do roboty poza myśleniem.

Joan uśmiechnęła się.

- Czyżby? A może raczej przyjemna odmiana? Wiesz, jak to jest, nigdy się nie ma czasu na prawdziwy odpoczynek. Nie raz i nie dwa chciałam mieć choćby jeden taki tydzień, podczas którego nic bym nie robiła.

- No popatrz, a mnie się zdawało, że spełnienie takiego życzenia to dla ciebie drobnostka.

- Och, nie, moja droga. Jestem bardzo zajętą kobietą. Na mój skromny sposób, to jasne. Jestem sekretarką w Krajowym Stowarzyszeniu Ogrodników i należę do zarządu naszego lokalnego szpitala, a do tego biorę aktywny udział w życiu politycznym. A Instytut? A skautki? Do tego prowadzenie domu, Rodney, składanie wizyt, przyjmowanie gości. Zaplecze towarzyskie to jeden z czynników decydujących o karierze prawnika, jestem nieodmiennie tego samego zdania. Czym się jeszcze zajmuję? Oczywiście ogrodem. Uwielbiam mój ogród i lubię sama w nim grzebać. Czy wiesz, Blanche, że rzadko kiedy, poza, być może, kwadransem przed kolacją, mam chwilę wolnego czasu na odpoczynek? A czytanie? Zawsze staram się dotrzeć do najnowszych publikacji.

- Zdaje się, że nieźle sobie ze wszystkim radzisz - mruknęła Blanche, wodząc spojrzeniem po gładkiej twarzy dawnej przyjaciółki.

- Lepiej się zużyć niż zardzewieć, jak to się mówi. Choć przyznaję, zawsze miałam cudowne zdrowie. Doprawdy, mam za co dziękować Bogu. Niemniej uważam, że byłoby wspaniale mieć jakiś dzień, a może i dwa, wyłącznie na myślenie.

- O czym, mianowicie? - zapytała Blanche. - To znaczy, o czym ty byś myślała?

Joan zaśmiała się. Jej śmiech był podobny do brzmienia delikatnych dzwoneczków.

- Och, o tym i o owym, o różnych rzeczach.

- Pewnie, zawsze można policzyć swoje grzechy i grzeszki! - Blanche też się zaśmiała, choć zdecydowanie głośniej.

- Tak, istotnie - zgodziła się Joan, choć z pewną powściągliwością.

Blanche zmierzyła ją ostrym spojrzeniem.

- Tylko że tobie nie zajęłoby to zbyt wiele czasu! - Zmarszczyła brwi i ciągnęła dalej, szorstko: - Z konieczności musiałabyś myśleć o swoich sukcesach; Wydaje się, że życie głaskało cię po głowie! Hm, jak na mój gust, to raczej nudne zajęcie. Ciekawa jestem… - zastanowiła się chwilę - ciekawa jestem, czy rozmyślając dzień za dniem wyłącznie o sobie, można by dowiedzieć się czegoś, czego się dotychczas o sobie nie wiedziało…

- Sądzisz, że tak?

- Sądzę, że tak. Że każdemu mogłoby się to zdarzyć… - Blanche otrząsnęła się. - Ja osobiście wolałabym nie próbować.

- Naturalnie - powiedziała Joan - niektórzy ludzie mają skłonności do kontemplacji, choć nie wiem, skąd im się to bierze. Jeśli o mnie idzie, wszelki mistycyzm jest mi raczej obcy. Obawiam się, że nie jestem wystarczająco religijna. Zresztą tego rodzaju sprawy zawsze zdawały mi się czymś dość ekstremalnym, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

- No cóż, zdecydowanie prościej - powiedziała Blanche - jest posłużyć się najkrótszą ze znanych modlitw. - I w odpowiedzi na pytające spojrzenie Joan dorzuciła gwałtownie: - „Boże, bądź miłościw mnie grzesznej”. Tak, to załatwia wszystko.

Joan odczuła lekkie skrępowanie.

- Tak - rzekła. - Tak, z pewnością załatwia.

Blanche wybuchnęła śmiechem.

- Kłopot z tobą, Joan, polega na tym, że nie jesteś grzesznicą, a to zwalnia cię z tego rodzaju modlitwy. Co innego ja. Ja chyba nieustannie robię j wszystko to, czego robić nie powinnam.

Joan milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Och, w porządku - ciągnęła Blanche. - Świat jest taki, jaki jest. Odchodzisz, kiedy powinnaś trwać przy kimś, i bierzesz się do czegoś, co lepiej byłoby zostawić w spokoju; raz życie zdaje ci się tak piękne, że aż trudno w to uwierzyć, a chwilę później grzęźniesz w piekle niedoli i cierpienia! Kiedy wszystko dobrze się układa, zdaje ci się, że tak będzie zawsze, a to nieprawda; kiedy idziesz na dno, myślisz, że to już koniec, a potem znów chwytasz oddech. Samo życie, moja droga.

To było tak całkowicie obce pojęciu, jakie Joan miała o życiu, albo raczej o życiu, jakie znała, że nie stać ją było na żadną rozsądną odpowiedź.

Blanche poderwała się od stolika.

- Prawie zasypiasz, Joan. Ja też. No a jutro wcześnie ruszamy. Miło mi było cię spotkać.

Dwie kobiety połączył na chwilę uścisk dłoni. Blanche powiedziała pośpiesznie i niezdarnie, z nieoczekiwaną szorstką tkliwością w głosie:

- Nie martw się o Barbarę. W końcu wszystko jakoś się ułoży, jestem tego pewna. Bill Wray to porządny gość, sama wiesz, a poza tym jest dziecko i cała ta reszta. Ona najzwyczajniej w świecie była bardzo młoda, kiedy tu przyjechała, a życie, jakie się tutaj prowadzi, czasami uderza dziewczętom do głowy.

Joan osłupiała. Powiedziała ostro:

- Nie wiem, co masz na myśli. Blanche spojrzała na nią z podziwem.

- Oto snobizm w pełnej krasie! Nigdy niczego nie zauważać. Doprawdy, Joan, nie zmieniłaś się ani trochę. A przy okazji, jestem ci winna dwadzieścia pięć funtów. Zapomniałam o tym na śmierć.

- Och, daj sobie spokój.

- Jasne. - Blanche zaśmiała się. - Prawdopodobnie miałam szczery zamiar oddać ci je, ale ostatecznie ktoś, kto pożycza pieniądze dobrym znajomym, chyba nie liczy na ich zwrot. Stąd też nie martwiłam się zbytnio. Jesteś wspaniałomyślna, Joan; tamte pieniądze były dla mnie wybawieniem.

- O ile pamiętam, jedno z dzieci miało być poddane operacji, tak?

- Ach, w końcu okazało się, że operacja nie jest konieczna. I w ten oto sposób część pieniędzy przepiliśmy, a za resztę Tom kupił sobie żaluzjowe biurko. Od dawna miał na nie oko.

Joan poruszona nagłym wspomnieniem zapytała:

- Czy napisał tę swoją książkę o Warrenie Hastingsie?

Blanche rozpromieniła się.

- Że też pamiętasz o tym! Tak, rzeczywiście, napisał całe morze słów.

- Wydał to?

- Skądże! Ale nie koniec na tym. Po Hastingsie Tom przymierzył się do Beniamina Franklina. To było jeszcze gorsze. Miał dziwne upodobania, nieprawda? Chcę powiedzieć, że obaj jego bohaterzy byli strasznymi nudziarzami. Gdybym ja pisała czyjąś biografię, wzięłabym się za kogoś z ikrą, za Kleopatrę czy za Casanovę. No cóż, to kwestia zainteresowań. A co do Toma, ten po napisaniu obu książek na nowo znalazł sobie posadę w biurze, choć już nie tak dobrą jak poprzednia. Niemniej cieszę się, że dostał tę swoją zabawkę. To bardzo ważne, by ludzie robili to, na co mają ochotę, nie sądzisz?

- To zależy od okoliczności - powiedziała Joan. - Zawsze są jakieś względy, z którymi trzeba się liczyć.

- A czy ty nie robiłaś tego, co chciałaś? - Ja? - zapytała Joan zaskoczona.

- Tak, ty. Chciałaś wyjść za Rodneya Scudamore’a, tak czy nie? Odpowiem za ciebie: tak. Chciałaś mieć dzieci. I wygodny dom. - Zaśmiała się i dodała. - I żyć długo i szczęśliwie, amen.

- Nie bądź śmieszna - zawtórowała jej Joan, myśląc przy tym, że rozmowa wreszcie przybiera lżejszy ton. - Sama wiem, jak mi się poszczęściło. - Następnie, obawiając się, że jej ostatnia uwaga nie była zbyt taktowna (zważywszy na zrujnowane, pechowe życie Blanche), dokończyła czym prędzej: - Naprawdę muszę już iść. Dobranoc. Cudownie, że znów się spotkałyśmy.

Uścisnęła ciepło dłoń Blanche (chyba nikt się tu po niej nie spodziewa jakichś pocałunków?), lekko wbiegła po schodach i udała się do swojej sypialni.

Biedna Blanche, myślała już rozebrana, układając w należytym porządku kolejne części garderoby i przygotowując na rano świeżą parę pończoch. Biedna Blanche. To wszystko naprawdę jest zbyt tragiczne.

Wśliznęła się w piżamę i zaczęła szczotkować włosy.

Biedna Blanche. Żeby wyglądać aż tak okropnie i pospolicie.

Już miała się położyć, kiedy jeszcze przystanęła niezdecydowana.

Oczywiście skłamałaby, mówiąc, że ktoś tu modli się każdego wieczoru. Prawda jest taka, że ten ktoś w ogóle się nie modli, i to od dawna. I nawet nie za często bywa w kościele. Co wcale nie znaczy, że ten ktoś jest osobą niewierzącą.

Nagle poczuła, że powinna uklęknąć przy tym dość niewygodnie wyglądającym łóżku (och, cóż to za obrzydliwe płócienne prześcieradła; dobrze, że chociaż ma ze sobą własną miękką poduszkę), uklęknąć - żeby nazwać rzecz po imieniu - jak dziecko, jak jakieś małe dziecko.

Och, co też mi przychodzi do głowy, pomyślała odrobinę zawstydzona. Prędko wskoczyła do łóżka i naciągnęła na siebie prześcieradło i koc. Sięgnęła po książkę, którą wcześniej położyła na nocnej szafce, po Pamiętniki lady Catherine Dysart. Jej zdaniem był to niezwykle zajmujący i bardzo dowcipny opis środkowego okresu epoki wiktoriańskiej. Przeczytała parę linijek, po czym stwierdziła, że nie potrafi się skoncentrować. Jestem zmęczona, pomyślała. Odłożyła książkę i zgasiła lampę. Znów naszła ją myśl o modlitwie. Co takiego miałyby oznaczać tamte skandaliczne słowa Blanche, jakoby miała być zwolniona z modlitwy? Doprawdy, co też Blanche miała na myśli?

Joan naprędce ułożyła własną modlitwę. Modlitwę zlepioną z oderwanych słów.

Boże… dzięki ci… biedna Blanche… dzięki ci, że nie jestem taka jak ona… wielkie dzięki… za wszystkie twoje łaski… zwłaszcza za to, że nie jestem taka jak Blanche… biedna Blanche… to doprawdy straszne. Oczywiście sama sobie winna… straszne… prawdziwy szok… dzięki Bogu… ja jestem inna… biedna Blanche…

Joan zasnęła.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka, kiedy Joan Scudamore opuszczała zajazd, padało; siąpił drobny, przyjemny deszczyk, który jakoś nie pasował do tej części świata.

Joan była jedyną podróżną, udającą się na zachód - dość nietypowe zdarzenie - jakkolwiek o tej porze roku nigdy nie było zbyt dużego ruchu. A poza tym w poprzedni piątek odjechał bardzo liczny konwój.

Czekała na nią obszerna, turystyczna limuzyna z europejskim szoferem i jego miejscowym zmiennikiem. W szarym świetle poranka, kierownik zajazdu porykiwał na schodach na ładującą bagaże arabską obsługę i jednocześnie życzył mademoiselle (tak nazywał wszystkie bez wyjątku goszczące u niego kobiety) przyjemnej i bezpiecznej podróży. Następnie, kłaniając się dostojnie, wręczył odjeżdżającej mały tekturowy pojemnik z lunchem.

Szofer krzyknął wesoło:

- Żegnaj, Satan. Zobaczymy się jutro wieczorem albo raczej w przyszłym tygodniu.

Samochód ruszył. Potoczył się krętymi uliczkami orientalnego miasteczka z jego zaskakującą, wręcz groteskową jak na takie miejsce zachodnią architekturą. Klakson trąbił, osiołki schodziły z drogi, dzieci rozbiegały się na boki. Niebawem, pokonując zachodnią bramę, wydostali się na szeroką, brukowaną i wyboistą drogę, sprawiającą wrażenie wystarczająco solidnej, by można nią było dojechać aż na krańce świata.

Niestety, urwała się niespodziewanie po niespełna dwu kilometrach i zastąpił ją nieregularny, pustynny trakt.

Celem ich podróży była miejscowość o nazwie Tell Abu Hamid, gdzie znajdowała się końcowa stacja kolei tureckich.

Joan wiedziała, że przy dobrej pogodzie można było tam dotrzeć po mniej więcej siedmiu godzinach jazdy. Wiedziała, że w Tell Abu Hamid będzie na nią czekał pociąg, który przyjeżdża ze Stambułu rano, a w drogę powrotną ruszał o wpół do dziewiątej wieczorem. Wiedziała, że w Tell Abu Hamid znajduje się zajazd, w którym można odpocząć i coś zjeść. Wiedziała wreszcie, że konwoje, jeden jadący ze wschodu, a drugi na wschód, na ogół mijają się w połowie pustynnego traktu.

Tymczasem ów trakt okazał się bardzo nierówny, co oczywiście odbijało się na komforcie jazdy. Samochód kołysał się i podskakiwał, a wraz z nim podskakiwała na siedzeniu Joan.

Szofer zawołał do tyłu, że właśnie przejeżdżają przez paskudny odcinek traktu, lecz że on chce go pokonać jak najprędzej, bo trzeba sobie zostawić czas na przeprawy przez wadi. Poza tym wyraził nadzieję, że jego pasażerka czuje się dobrze.

Zamilkł, za to od czasu do czasu popatrywał niespokojnie na niebo.

Tymczasem deszcz zacinał coraz mocniej i samochód co rusz wpadał w poślizg i kołysał się z boku na bok, co przyprawiało Joan o mdłości.

Do wadi, doliny wypełnionej wodą, dotarli około jedenastej. Pokonali ją jednak szczęśliwie, po niewielkich kłopotach z podjazdem pod drugi brzeg. Mniej więcej dwa kilometry dalej wjechali na miękki grunt i samochód ugrzązł.

Joan narzuciła na siebie nieprzemakalny płaszcz, wysiadła i zajadając lunch, przyglądała się ciekawie, jak idą w ruch łopaty, lewarki i deski (wiezione w samochodzie na taką właśnie okoliczność). Po krótkim czasie mina jej zrzedła, bo choć obaj mężczyźni pracowali w pocie czoła, klnąc przy tym ile wlezie, to koła wciąż odpowiadały gniewnym buksowaniem, a cały ludzki wysiłek szedł na marne. Anglik jednak, jakby czytał w jej myślach, zapewnił ją, że wychodził z o wiele gorszych opresji, i że to, co ich spotkało, to zaledwie drobnostka. Miał rację: samochód w końcu poderwał się z przeraźliwym rykiem i skoczył do przodu na twardszy grunt.

Trochę dalej spotkali dwa samochody, jadące w przeciwnym kierunku i na środku pustyni odbyło się coś w rodzaju narady szoferów.

Pasażerami, jadącymi w stronę Bagdadu, byli dwaj Anglicy o wyglądzie handlowców, młody francuski oficer, starszy Amerykanin i kobieta z małym dzieckiem.

W dalszej drodze grzęźli jeszcze dwa razy i dwa razy kierowcy wyciągali z bagażnika lewarki i łopaty. Kiedy po raz kolejny dojechali do wadi, okazało się, że korytem płynie wartki strumień wody. Na domiar złego zapadał zmierzch.

- Czy pociąg czeka na spóźnialskich? - zapytała niespokojnie Joan.

- Tak - uspokoił ją szofer - zawsze czeka, choć tylko do wpół do dziesiątej. Na godzinę straty może sobie pozwolić, nadrobi ją po drodze. Proszę się nie martwić, od tego miejsca pojedziemy prędzej. Droga jest tutaj lepsza.

Z przeprawą, jak się można było spodziewać, nie poszło łatwo: drugi brzeg wadi okazał się istnym grzęzawiskiem i samochód stanął na twardym gruncie, kiedy było już ciemno. Dalsza droga istotnie nie nastręczała żadnych trudności, lecz kiedy dotarli do Tell Abu Hamid, zegarki wskazywały dziesiątą piętnaście. Pociąg do Stambułu odjechał.

Joan była tak skonana, że na dobrą sprawę mało ją to obeszło. Jakoś dokuśtykała do jadalni, w której stały stoły na krzyżakach, ale tam jedynie wypiła herbatę, po czym udała się wprost do słabo oświetlonego, ponurego pokoju z trzema żelaznymi łóżkami. Po paru niezbędnych czynnościach padła na jedno z nich jak kłoda i natychmiast zasnęła.

Obudziła się następnego ranka, jak zwykle trzeźwa i gotowa do działania. Usiadła w łóżku, spojrzała na zegarek: wpół do dziesiątej. Wstała, ubrała się i poszła do jadalni. Natychmiast wyrósł przed nią Hindus. Jego głowę zdobił artystycznie udrapowany turban. Zamówiła śniadanie, przespacerowała się do drzwi i wyjrzała na zewnątrz.

No cóż, skonstatowała, krzywiąc usta w komicznym grymasie, jak widać znalazłam się dokładnie w samym środku niczego. A poza tym wygląda na to, że tym razem stracę na podróż dwa razy więcej czasu.

Do Bagdadu przyleciała z Kairu. Ta droga, powrotna, była dla niej nowa. Bagdad od Londynu dzieliło według planu siedem dni podróży: trzy w pociągu z Londynu do Stambułu, dwa kolejne - w pociągu do Aleppo, noc do końcowej stacji Tell Abu Hamid, potem dzień jazdy samochodem, noc w zajeździe, dalej samochodem aż do Kirkuku i wreszcie pociągiem do Bagdadu.

Po wczorajszym deszczu nie było ani śladu. Bezchmurne niebo jaśniało błękitem, a wszystko wokół miało złocistobrązową barwę piaszczystego pyłu. Tuż przy zajeździe, za ogrodzeniem z licznych zwojów drutu kolczastego, znajdowało się wysypisko puszek po konserwach i niewielki skrawek pustej przestrzeni, po której dreptało kilka chudych kur. Chmaiy much żerowały na świeżo wyrzuconych puszkach, a coś, co wyglądało jak kupka brudnych łachmanów, nagle się podniosło i okazało arabskim chłopcem.

Trochę dalej, za kolejnymi zwojami kolczastego drutu stał przysadzisty budynek, prawdopodobnie stacja kolejowa, a obok niego coś, co kojarzyło się Joan ze studnią artezyjską lub z jakimś dużym zbiornikiem wody. Na horyzoncie, od północy, majaczył łańcuch odległych wzgórz.

I to wszystko. Żadnych słupów granicznych, żadnych domów, żadnej roślinności, żadnych śladów ludzkiego życia.

Stacja, tory kolejowe, trochę kur, których liczba zdawała się nieproporcjonalnie mała w stosunku do zwojów strzegącego je drutu - to wszystko. Nic poza tym.

Doprawdy, pomyślała Joan, to bardzo zabawne. Że też musiałam utknąć w tak osobliwym miejscu.

Wyszedł hinduski służący i powiedział, że śniadanie jest gotowe.

Joan wróciła do budynku, gdzie przywitała ją niezbyt pociągająca, acz charakterystyczna dla przydrożnych zajazdów atmosfera: półmrok, zapach baraniego tłuszczu, nafty i środków owadobójczych.

Jej śniadanie składało się z kawy i mleka (puszkowanego oczywiście), pełnego talerza jajecznicy, kilku małych twardych grzanek, miseczki dżemu i podejrzanie wyglądającego kompotu z suszonych śliwek.

Joan zjadła wszystko, i to z apetytem. Znów pojawił się Hindus. Zapytał, na którą godzinę życzyłaby sobie lunch. Odpowiedziała, że na dość wczesną, po czym oboje zgodzili się, że wpół do drugiej to doprawdy bardzo odpowiednia pora.

Pociągi, jak jej powiedziano w Bagdadzie, kursowały trzy razy w tygodniu: w poniedziałki, środy i piątki. Był wtorek, a zatem nie mogła wyjechać stąd wcześniej, niż nazajutrz, i to wieczorem. Zapytała służącego, czy faktycznie tak będzie.

- Tak, memsahib. Memsahib spóźnić się na pociąg wczoraj wieczorem. Niefortunnie. Trakt bardzo zły, deszcz padać i padać całą noc. To znaczy żadne samochody nie jeździć do Mosulu ani z Mosulu przez kilka dni.

- Mam nadzieję, że pociągi kursują zgodnie z rozkładem.

Joan nie była zainteresowana traktem do Mosulu.

- O tak, pociąg przyjechać jutro rano. Wracać jutro wieczorem.

Joan skinęła głową. Zapytała o samochód, który ją tu przywiózł.

- Odjechać wcześnie rano. Szofer mieć nadzieję zdążyć. Ale ja myśleć, że nie. Ja myśleć, że on tkwić na drodze kilka dni.

Joan, szczerze mówiąc, szoferem też nie była zainteresowana, choć to „tkwić na drodze kilka dni” zdało jej się wielce prawdopodobne.

Służący udzielał dalszych informacji.

- Stacja, memsahib. Tu być stacja.

- Tak właśnie myślę - powiedziała. - Turecka stacja. Stacja w Turcji. Turecka kolej.

Tamta strona drutu. Graniczny drut.

Joan popatrzyła z respektem na granicę i pomyślała, że granice są czymś bardzo dziwnym.

- Lunch wpół do drugiej, memsahib. Wpół do drugiej - powiedział Hindus, z uszczęśliwioną miną i zniknął. Kilka minut później Joan usłyszała, jak gdzieś na zapleczu krzyczy piskliwym, złym głosem i jak prawie natychmiast do jego krzyku dostraja się krzyk dwu arabskich, równie piskliwych i równie złych głosów.

Wygląda na to, że tego typu zajazdami chyba zawsze zarządzają Hindusi, pomyślała dość zdziwiona. Ciekawe, dlaczego. Może dlatego, że wiedzą, jak postępować z Europejczykami. Och, nieważne, co mnie to wszystko obchodzi.

Co mogłabym z sobą zrobić tego ranka? Mogłabym dalej czytać zabawne Pamiętniki lady Catherine Dysart. Mogłabym napisać kilka listów. Wysłałabym je po drodze, w Aleppo. Przecież mam ze sobą blok listowy i kilka kopert.

Zawahała się na progu budynku. W środku było tak mroczno, no i te wszystkie zapachy… A może by trochę pospacerować?

Udała się do swojego pokoju i włożyła na głowę gruby, pilśniowy kapelusz z szerokim rondem. Oczywiście nie dlatego, by przebywanie na słońcu o tej porze roku mogło grozić jakimkolwiek niebezpieczeństwem, raczej zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że nigdy dość ostrożności. Założyła ciemne okulary i wsunęła do torebki blok listowy i wieczne pióro.

Tak wyposażona wyszła na dwór, minęła wysypisko puszek i na wszelki wypadek ruszyła w przeciwnym do stacji kolejowej kierunku. Nigdy nie wiadomo, pomyślała, do jakich komplikacji i to międzynarodowych, może doprowadzić choćby mimowolna próba przekroczenia granicy.

Pomyślała też, że udaje się na bardzo dziwny spacer, spacer donikąd.

W samej rzeczy, taki spacer to dość oryginalny i interesujący pomysł.

Cóż, kiedy się spaceruje po wydmach, po wrzosowiskach, po plaży, po ulicy, zawsze ma się coś na celu. Wspiąć się na wzgórze… dojść do tamtej kępy drzew… do tamtej łaty wrzosu… tą ścieżką do tamtego gospodarstwa… szosą do sąsiedniego miasta, brzegiem morza do następnej zatoczki.

Ale tutaj to co innego. Tutaj nie wiadomo, dokąd iść i po co. Wychodzi się z zajazdu - i to wszystko. Po prawej stronie, po lewej, z przodu, nie widać nic poza nagim, szarobrązowym horyzontem.

Nie śpieszyła się, szła wolno. Powietrze było przyjemne, gorące, lecz nie za gorące. Termometr, pomyślała, wskazuje zapewne siedemdziesiąt stopni. No a przy tym taki łagodny, bardzo łagodny wietrzyk…

Szła mniej więcej przez dziesięć minut, nim spojrzała za siebie.

Zajazd, mimo swego obskurnego otoczenia, z daleka zdecydowanie zyskiwał na wyglądzie, a stojąca za nim stacja przypominała mały kopiec usypany z kamieni.

Joan uśmiechnęła się i podążyła dalej. Doprawdy, nic tylko oddychać tutejszym powietrzem; takie rześkie i takie czyste, nie skażone obecnością człowieka czy jakąkolwiek cywilizacją. Niebo nad głową, piasek pod nogami i nic poza tym. Oto prawdziwa przygoda! Oto najbardziej pożądana przerwa w codziennej monotonii! Może to i dobrze, że spóźniłam się na pociąg. Dwadzieścia cztery godziny absolutnej ciszy i spokoju jeszcze nikomu nie zaszkodziły. No a poza tym, pomyślała, nie muszę się śpieszyć do domu. Kiedy znajdę się w Stambule, zatelegrafuję do Rodneya i wyjaśnię mu przyczynę spóźnienia.

Kochany stary Rodney! Ciekawe, co też w tej chwili porabia. Ciekawe? Ależ skąd, przecież wiadomo, że siedzi w kancelarii adwokackiej Alderman, Scudamore & Witney, w całkiem miłym pokoju na pierwszym piętrze, z widokiem na Market Square. Przeprowadził się do niego po śmierci starego Witneya. Lubi go, to jasne, przecież pamięta, jak kiedyś, w dzień targowy, weszła tam znienacka, a on stał sobie spokojnie przy oknie i spoglądał na targ i na zwierzęta, które właśnie pędzono.

- Całkiem sporo krótkorogiego - mruknął jakby do siebie. (Być może nie chodziło o krótkorogie, Joan nie znała się na hodowli, lecz tak czy inaczej, chodziło o bydło.)

- Co do nowego bojlera - powiedziała - to uważam, że Galbraith chce z nas zedrzeć. Może powinnam dowiedzieć się, ile wziąłby Chamberlain. Co ty na to?

Pamięta też, że Rodney odwrócił się powoli, powoli zdjął okulary, powoli przetarł oczy i patrząc na nią niewidzącymi oczami, wymówił słowo „bojler” z lekkim zdziwieniem, jak gdyby nigdy nie słyszał o takim urządzeniu, a następnie, doprawdy raczej bez sensu, powiedział:

- Hoddesdon, jak widzę, sprzedaje tego młodego byka. A to znaczy, że jest pod kreską.

Pomyślała wówczas, że to bardzo ładnie ze strony Rodneya, iż interesuje się tym staruszkiem Hoddesdonem z Lower Mead, któremu, o czym każdy wiedział, wiodło się coraz gorzej, lecz na jej gust Rodney powinien uważniej słuchać tego, co ma mu do powiedzenia własna żona. Ostatecznie od kogo jak od kogo, ale od prawnika ludzie mają prawo oczekiwać odrobiny uwagi i zainteresowania. Jeśli Rodney będzie wodził po klientach błędnym, nieprzytomnym wzrokiem, straci ich co do jednego.

To dlatego rzuciła niecierpliwie:

- Przestań bujać w obłokach, Rodneyu. Mówię o bojlerze do centralnego ogrzewania.

A on odparł, że oczywiście należy rozważyć obie oferty, lecz że teraz wszystko drożeje i że trzeba się do tego przyzwyczaić. A potem spojrzał na piętrzące się na biurku dokumenty, ona zaś stwierdziła, że nie będzie mu się dłużej naprzykrzać, bo na jej oko czeka go dużo pracy.

Rodney uśmiechnął się i powiedział, że to prawda oraz że i tak stracił sporo czasu, obserwując targ.

- To dlatego lubię ten pokój - dorzucił. - Wiesz, zawsze czekam na piątki. Wsłuchaj się w te odgłosy, proszę.

Podniósł dłoń, a ona, posłuszna jego słowom, nadstawiła uszu: zza okna dochodziło meczenie owiec i porykiwanie bydła - doprawdy, masa nieprzyjemnego hałasu, lecz Rodney, dość zabawne, zdawał się to lubić. Stał tam, przy oknie, z głową lekko przekrzywioną, i uśmiechał się…

Och, dzisiaj nie jest dzień targowy. Dzisiaj Rodney zapewne tkwi za biurkiem i nic nie odrywa go od pracy. A tamte moje obawy, jakoby przez swe nieprzytomne spojrzenie miał stracić jakichś klientów, były całkiem bezpodstawne. Rodney swoją popularnością bił na głowę wspólników, no i lubiło go całe miasto, co samo w sobie było połową sukcesu w praktyce prowincjonalnego adwokata.

Ale i tak, pomyślała Joan z dumą, gdyby nie ja, zaprzepaściłby wszystko!

Jej myśli pobiegły do dnia, kiedy Rodney powiedział jej o ofercie wujka.

Chodziło o trochę staroświecki, lecz za to świetnie prosperujący rodzinny interes. Rozumiało się sarno przez się, że Rodney wejdzie weń po odbyciu aplikacji adwokackiej. Lecz oferta wujka Hardego, mówiąca o partnerstwie i to na doskonałych warunkach, była niczym innym jak uśmiechem losu.

Joan najpierw wyraziła zadowolenie i pogratulowała Rodneyowi, a dopiero potem zauważyła, że on chyba niezupełnie podziela jej entuzjazm. Faktycznie, zaraz padły te nieprawdopodobne słowa:

- Jeśli się zgodzę…

- Ależ Rodneyu! - zawołała skonsternowana.

Do dziś pamięta, jak bardzo wtedy pobladł na twarzy i jak drżały mu ręce, w których trzymał kawałek torfu. No i to dziwne błaganie w jego ciemnych oczach. No cóż, do tamtego dnia nie zdawała sobie sprawy, że Rodney jest nerwowy.

- Nienawidzę pracy za biurkiem. Nienawidzę - powiedział.

- Och wiem, kochanie - zapewniła go ze współczuciem. - To przeraźliwie jednostajna i ciężka praca, co ja mówię, to harówka, i do tego nudna. Lecz co innego partnerstwo. Chcę powiedzieć, że kiedy staniesz się wspólnikiem, będziesz tym wszystkim po prostu zainteresowany.

- Wszystkim, to znaczy kontraktami, dzierżawami, nieruchomościami, umowami, podczas gdy dotychczas…

Posypały się kolejne, całkiem absurdalne prawnicze terminy. Rodney uśmiechał się, lecz jej to nie zmyliło. Ona i tak widziała w jego oczach smutek i błaganie. Rodney błagał ją, a ona tak bardzo kochała Rodneya!

- Ale przecież od dawna było wiadomo, że będziesz pracował w kancelarii wujka Harry’ego.

- To prawda, było. Natomiast skąd mogłem wiedzieć, że to praca absolutnie nie dla mnie, że jest wbrew mojej naturze?

- No dobrze, tylko… tylko powiedz mi, co w takim razie zamierzasz robić?

- Chcę prowadzić gospodarstwo - wyrzucił z siebie gwałtownie, bez namysłu. - Little Mead idzie na sprzedaż. Posiadłość jest w złym stanie, Horley ją zaniedbał, lecz dzięki temu można nabyć ją tanio, a zauważ, to dobra ziemia…

Kreślił plany, posługiwał się technicznymi terminami, upajał się. Ona się całkiem pogubiła. Nie wiedziała nic ani o pszenicy, ani o jęczmieniu, ani o płodozmianach, ani o rasowym bydle, ani o mleczarniach.

W końcu jęknęła, przerażonym głosem:

- Little Mead… Przecież to tuż pod Asheldown, to odludzie.

- To dobra ziemia, Joan, i dobrze położona…

Upajał się dalej. Ona nie miała pojęcia, że Rodney potrafi się aż tak entuzjazmować, aż tyle mówić i aż tak żarliwie.

- Ależ kochanie - powiedziała powątpiewająco - czy z tego da się wyżyć? - Wyżyć? Oczywiście. No, przynajmniej wyżyć.

- To właśnie mam na myśli. Ludzie zawsze mówią, że gospodarka nie przynosi dochodu.

- Bo nie przynosi. Chyba że jest się piekielnym szczęściarzem albo obraca się dużym kapitałem. - W takim razie to nie jest praktyczne.

- Ależ jest, Joan, jest. Pamiętaj, że mam trochę własnych pieniędzy, a jeśli gospodarstwo zarobi na siebie, a ponadto przyniesie choćby odrobinę zysku, wyjdziemy na swoje. Tylko pomyśl, jak cudownie by się nam żyło. Życie na wsi to coś wspaniałego!

- Nie wierzę, byś choć trochę znał się na ziemi. - Jak to! Przecież mój dziadek ze strony matki, z Devonshire, był wielkim właścicielem ziemskim. Jako dzieci, spędzaliśmy u niego wszystkie wakacje. Nigdzie nie było mi tak dobrze jak tam.

No cóż, pomyślała, powiedzenie, że mężczyzna to duże dziecko, nie mija się z prawdą…

- Przypuszczam - zgodziła się uprzejmie. - Lecz co innego życie, a co innego wakacje. Musimy myśleć o przyszłości, Rodneyu. Mamy Tony’ego. (Tony w tym czasie liczył sobie jedenaście miesięcy). A myślę, że to dopiero początek…

Rzucił jej pytające spojrzenie, a ona uśmiechnęła się i skinęła głową.

- W takim razie, Joan, nad czym tu się zastanawiać. Wieś to dobre miejsce dla dzieci. Zdrowe. Miałyby tam świeże jaja i mleko i miałyby gdzie poszaleć, i w porę nauczyłyby się dbać o zwierzęta.

- To prawda, mój drogi, lecz co z resztą? Co z nauką? Nasze dzieci powinny chodzić do dobrych szkół. A to kosztuje. A buty i ubrania, a dentyści, a lekarze? Nie zapominaj też o dobieraniu właściwych przyjaciół… Nie możesz robić jedynie tego, na co sam masz ochotę. Powinieneś myśleć o dzieciach, jeśli sprowadziłeś je na świat. W końcu masz względem nich jakieś obowiązki.

- Byłyby szczęśliwe… - obstawał przy swoim Rodney, choć w jego głosie zabrzmiała niepewna nuta.

- To niepraktyczne, Rodneyu, naprawdę niepraktyczne. Co innego adwokatura. Jako wspólnik wujka Hany’ego możesz po pewnym czasie zarabiać dwa tysiące funtów rocznie.

- Z łatwością, jak myślę. Wujek Harry zarabia więcej.

- No widzisz! Widzisz! Nie możesz zaprzepaścić takiej szansy. Byłbyś szaleńcem!

Jej głos brzmiał zdecydowanie i kategorycznie. Zdawała sobie sprawę, że musi być stanowcza. Jeśli Rodney nie potrafi zrozumieć, co dla niego najlepsze, ona musi wziąć odpowiedzialność na swoje barki. Ten pomysł z wiejskim gospodarstwem był równie miły, jak głupi i śmieszny, a Rodney zachowywał się niby mały chłopiec. Ona czuła się po matczynemu silna i pewna siebie.

- Nie sądź, że cię nie rozumiem albo ci nie współczuję, mój drogi. To nie tak. Lecz ty po prostu bujasz w obłokach.

Przerwał jej, aby powiedzieć, że gospodarowanie na wsi jest według niego jak najbardziej konkretnym zajęciem, a nie chodzeniem z głową w chmurach.

- Tak, lecz to nie ma znaczenia. Nie dla nas. Tutaj masz wspaniały rodzinny interes z pierwszorzędnymi „widokami na przyszłość, a także wspaniałomyślną propozycję ze strony twojego wujka…

- Och, wiem. Wujek w swojej wspaniałomyślności posunął się o wiele dalej, niżbym kiedykolwiek się spodziewał.

- To prawda. A ty nie możesz, po prostu nie możesz odrzucić tego, co ci proponuje! Żałowałbyś swojej decyzji przez całe życie. Zapewne byś się obwiniał, że nie skorzystałeś z jego oferty.

- Cholerna kancelaria! - mruknął.

- Och, Rodneyu, ty wcale nie nienawidzisz jej aż tak bardzo, jak ci się zdaje.

- Nienawidzę. Wiem, co mówię. Przesiedziałem w czymś takim pięć lat, pamiętaj.

- Tym razem będzie inaczej. Co innego aplikant, a co innego wspólnik. W końcu zaczną cię interesować i praca, i ludzie, z którymi będziesz miał do czynienia. Zobaczysz, Rodneyu, na pewno będziesz szczęśliwy.

Wtedy na nią popatrzył długo i smutno. W jego spojrzeniu była miłość i rozpacz, i coś, co wyglądało na nikły płomyczek nadziei…

- Skąd wiesz, że będę? - zapytał.

- Będziesz, ja ci to mówię - rzuciła wesoło, jakby chcąc dodać mu odwagi.

Rodney westchnął i powiedział szorstkim głosem: - W porządku. Postawiłaś na swoim.

W ten oto sposób, pomyślała Joan, o włos uniknęliśmy niebezpieczeństwa. Jakie to szczęście dla Rodneya, że przynajmniej ja stałam twardo na ziemi i nie pozwoliłam mu zaprzepaścić kariery dla szaleńczej idei! Gdyby nie kobiety, myślała dalej, mężczyznom nieraz zdarzałoby się sporo namieszać w swoim życiu. Kobiety to stabilność, to poczucie rzeczywistości… Tak, Rodney ma szczęście, że to ja jestem jego żoną.

Zerknęła na zegarek. Wpół do jedenastej. Bez sensu byłoby iść dalej, zwłaszcza (uśmiechnęła się), że nie ma dokąd.

Spojrzała przez ramię. Coś takiego! Zajazd ledwo majaczył w oddali; wtopił się w szarość pustyni do tego stopnia, że z trudem go wypatrzyła. Powinnam być ostrożniejsza, pomyślała. Mogłam się zgubić.

Zgubić? Śmieszne… no, może nie całkiem śmieszne. Tamte wzgórza na horyzoncie - przecież prawie ich nie widać, tak zlały się w jedno z chmurami. A stacja? Stacja po prostu znikła, jakby jej nigdy nie było.

Joan rozejrzała się uważnie dookoła: nic i niczego. I nikogo.

Wdzięcznym ruchem opadła na ziemię, otworzyła torebkę, wyjęła blok listowy i wieczne pióro. Miała do napisania kilka listów. Zabawnie byłoby przelać na papier swoje odczucia.

Do kogo mogłaby napisać? Do Lionela Westa? Do Janet Annesmore? Do Dorothei? Nie, raczej do Janet.

Odkręciła nasadkę wiecznego pióra i nie namyślając się, zaczęła pisać swoim potoczystym stylem:

Najdroższa Janet,

Nigdy byś nie zgadła, gdzie piszę ten list! W samym sercu pustyni. Utknęłam tutaj, spóźniwszy się na pociąg, który kursuje tylko trzy razy w tygodniu.

Jest tu zajazd, który prowadzi Hindus, jest kilka kur, kilku (bo chyba więcej niż jeden) osobliwie wyglądających Arabów i ja. Nie mam z kim rozmawiać i nie mam co robić. Ale nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo mnie to cieszy.

Pustynia jest cudowna, jest niewiarygodnie świeża. A cisza… Cóż, żeby zrozumieć, co znaczy cisza, trzeba jej doświadczyć. Wiesz, to jest tak, jakbym po raz pierwszy od lat mogła usłyszeć własne myśli!

Człowiek na co dzień jest strasznie zagoniony, żyje w ciągłym pośpiechu… Prawdopodobnie tak już musi być, lecz doprawdy warto od czasu do czasu zrobić sobie małą przerwę na myślenie i na regenerację sił.

Jestem tutaj zaledwie pół dnia, a już czuję się o wiele lepiej. Żadnych ludzi. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pragnę od nich uciec. Świadomość tego, że na setki mil wokół (poza piaskiem i słońcem) nie ma niczego i nikogo, bardzo koi nerwy…

Pióro Joan płynęło dalej, gładko i równo…

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Joan przestała pisać i spojrzała na zegarek.

Kwadrans po dwunastej.

Leżały przed nią trzy listy. W piórze zostało niewiele atramentu. Kończył się także blok listowy. Dość irytujące, pomyślała. Są jeszcze inni, do których mogłabym napisać.

Aczkolwiek, zadumała się, takie pisanie listu za listem jest na swój sposób zajęciem nieco jednostajnym… Słońce i piasek, piasek i słońce i jak to miło mieć wreszcie czas na odpoczynek i na myślenie! Wszystko to prawda, tylko że można się zmęczyć, próbując o tym słońcu i piasku, o odpoczywaniu i myśleniu pisać za każdym razem trochę inaczej.

Ziewnęła. To słońce naprawdę ją usypia. Po lunchu położy się i trochę prześpi.

Podniosła się i powędrowała powoli z powrotem, do zajazdu.

Ciekawe, pomyślała, co też w tej chwili porabia Blanche. Niewątpliwie do tej pory już zdążyła dojechać do Bagdadu i spotkać się z mężem. Ów mąż, sądząc z opisu, był raczej nieciekawym człowiekiem. Biedna Blanche - to straszne upaść tak nisko. Wszystkiemu winien Harry Marston, ów młody, szalenie przystojny weterynarz… Zamiast na niego, powinna natrafić na kogoś tak miłego jak Rodney.

Bo czyż sama nie przyznała, że Rodney jest czarujący?

Tak, przyznała. Przyznała, a nawet dodała coś więcej. Co to było? Coś o oczach Rodneya. Że niby robi do kobiet słodkie oczy. Takie pospolite wyrażenie, a przy tym zupełnie nieprawdziwe! Zupełnie! Rodney nigdy, ale to nigdy…

I znów ta myśl co przedtem, choć już nie tak prędka jak ów wąż przecinający drogę, owa zielona błyskawica…

Panna Randolph…

Doprawdy, pomyślała Joan oburzona, jednocześnie przyśpieszając kroku, jak gdyby w ten sposób mogła zostawić za sobą niewygodne myśli, doprawdy nie mogę pojąć, skąd nieustannie przychodzi mi na myśl panna Randolph. Przecież to nie jest tak, by Rodney…

Chcę powiedzieć, że nie ma w tym odrobiny prawdy…

Ani trochę…

To tylko ta Myrna Randolph była wiadomym typem dziewczyny: pełne kształty, ciemnowłosa, apetyczna - taka, co to żadnemu nie przepuści.

Mówiąc bez ogródek, zagięła parol właśnie na Rodneya. Nic, tylko mu wmawiała, jaki jest wspaniały. Nic, tylko domagała się, by był jej partnerem do gry w tenisa. Byle przyjęcie, a ta już siedzi i pożera go oczami.

Naturalnie pochlebiało to próżności Rodneya. Przecież nawet koń by się uśmiał, gdyby było inaczej, gdyby nie pochlebiały mu zaloty dziewczyny o lata młodszej, i do tego jednej z najprzystojniejszych w mieście.

Tak, pomyślała, ale ja na szczęście byłam wystarczająco bystra. No i taktowna, a jakże…

Wspomniała swoje ówczesne zachowanie z miłym uczuciem podziwu dla samej siebie. Wzięła sprawy w swoje ręce i z miejsca opanowała całą sytuację. Lekki przytyk:

- Twoja dziewczyna czeka na ciebie, Rodneyu. Nie pozwól, by się niecierpliwiła… Myrna Randolph oczywiście… Doprawdy, czasami całkiem się ośmiesza.

Rodney chrząknął.

- Nie chcę grać w tenisa z dziewczyną. Rozstaw ją z kimś innym.

- No, Rodneyu, nie bądź nieuprzejmy. Powinieneś z nią zagrać.

Właśnie tak należało kierować całą sprawą: potraktować ją trochę lekceważąco, trochę żartobliwie. Joan starała się pokazać, że wie, iż to nic poważnego…

Ta cała zabawa na pewno była miła dla Rodneya, mimo tych jego pochrząkiwań i pozornej irytacji. Myrna Randolph w gruncie rzeczy pociągała każdego mężczyznę. Kapryśna, traktująca adoratorów z głęboką pogardą, potrafiła w jednej chwili nagadać każdemu masę nieprzyjemnych rzeczy, w drugiej wabić ukradkowymi spojrzeniami.

Doprawdy, pomyślała Joan (z niezwykłym, jak na nią, uniesieniem), to była najobrzydliwsza z obrzydliwych dziewczyn. Zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, byleby tylko zniszczyć moje małżeństwo.

Nie, ona nie oskarża Rodneya. Oskarża tamtą dziewczynę. Wszak mężczyźni zawsze są łasi na pochlebstwa. A Rodney był wówczas żonaty, i to od lat. Od ilu? Od dziesięciu? Od jedenastu? Dziesięć lat, to jest to, co pisarze nazywają niebezpiecznym okresem w życiu małżonków. To czas, kiedy jedna lub druga strona ma ochotę urwać się z powrozu. To czas, przez który trzeba przejść ostrożnie, nim się człowiek ostatecznie ustatkuje.

Ona i Rodney teraz mają to już za sobą…

Nie, ona nie oskarża Rodneya, nie oskarża go nawet za tamten pocałunek, który tak bardzo ją zaskoczył.

Że niby pod jemiołą. Pod jemiołą, a jakże!

Ta dziewczyna miała czelność wmawiać to Joan, kiedy ta weszła do gabinetu własnego męża.

- Jak to się mówi, chrzcimy jemiołę, pani Scudamore. Przypuszczam, że nie ma nam pani za złe.

W porządku, pomyślała Joan, zachowałam zimną krew i niczego po sobie nie pokazałam.

- Ejże, Myrna, wara od mojego męża! Lepiej poszukaj sobie własnego chłopaka.

Ona, śmiejąc się, przepędziła Myrnę z pokoju, a on powiedział:

- Przepraszam, Joan. To kawał diablicy, no a poza tym mamy Boże Narodzenie.

Stał i uśmiechał się do niej przymilnie, choć wcale nie wyglądał na zakłopotanego czy wytrąconego z równowagi. A to znaczyło, że sprawy jeszcze nie zaszły za daleko.

I nie zaszły ani o krok dalej! Już ona o to zadbała. Zadbała, by Myrna Randolph nie wchodziła Rodneyowi w drogę. A na następną Wielkanoc Myrna zaręczyła się z młodym Arlingtonem.

Tak więc cała sprawa rozeszła się po kościach. Rodney być może trochę się zabawił, lecz z drugiej strony, przy swojej ciężkiej pracy ten poczciwiec zasługiwał na odrobinę rozrywki.

Dziesięć lat w małżeństwie, tak, to był niebezpieczny czas. Przecież nawet jej samej nie ominął pewien niepokój…

Ów młody mężczyzna, o dość niecywilizowanym wyglądzie, ów artysta - jak on się nazywał? Nie, doprawdy, nie potrafi sobie przypomnieć. Czy aby nie była nim trochę zauroczona?

A jakże, uśmiechnęła się sama do siebie pobłażliwie, faktycznie była. Rzeczywiście trochę na jego punkcie zgłupiała. Choć zważywszy na tę jego żarliwość i ten rozbrajający zachwyt, z jakim się w nią wpatrywał, nie było w tym nic dziwnego. No a poza tym poprosił ją, by mu pozowała.

Zwykły pretekst oczywiście. Zrobił kilka szkiców, a następnie wszystkie zniszczył. Powiedział, że nie może uchwycić jej na płótnie.

Tak czy inaczej, jej próżność została mile połechtana. Biedny chłopiec, myślała, wygląda na to, że naprawdę zadurzył się we mnie.

No cóż, to był sympatyczny miesiąc…

Chociaż…

Ano właśnie. Cała historia miała dość irytujące zakończenie. Niezupełnie takie, jakie sobie zaplanowała, a Michael Callaway (ależ tak, Callaway!) okazał się z gruntu nieodpowiednią osobą.

Otóż pewnego dnia poszli na spacer do Haling Woods. Szli ścieżką wzdłuż strumienia spływającego ze szczytu Asheldown. Michael poprosił ją o ten spacer jakimś burkliwym, nieśmiałym głosem.

Była prawie pewna, jak potoczy się ich rozmowa. On wyzna, że ją kocha, a ona będzie bardzo słodka, miła i pełna zrozumienia, a także trochę skruszona… Nawet ułożyła sobie w myślach parę trafnych, uroczych zdań, takich, które, być może, on zechciałby zachować sobie w sercu na potem.

Lecz to nie było tak.

To wcale nie było tak!

To było całkiem inaczej. Michael Callaway znienacka schwycił ją wpół i gwałtownie, brutalnie pocałował. Nim ona zdążyła pojąć, co się stało, wypuścił ją z objęć i głośno powiedział:

- Na Boga, tego właśnie chciałem! - Następnie, zupełnie nie zmieszany, głuchy na jej gwałtowne wyrzuty, przeciągnął się, ziewnął i zaczął spokojnie nabijać fajkę. - Czuję się teraz o wiele lepiej - dorzucił po chwili.

Powiedział to, pomyślała Joan, przypominając sobie tamtą scenę, co w upalny dzień mógłby powiedzieć mężczyzna po wypiciu szklanki wody.

Wracali do domu w milczeniu. To znaczy milczała ona. Michael Callaway, sądząc po hałasie, jaki robił, chyba usiłował śpiewać. Na skraju lasu, tuż przed wejściem na Market Wopling, to jest na drogę prowadzącą do Crayminster, przystanął i przyjrzawszy się jej beznamiętnie, powiedział kontemplacyjnym tonem:

- Wiesz, jesteś z gatunku tych kobiet, które powinno się gwałcić.

Stanęła jak wryta, z gniewu i zdumienia niezdolna wydusić z siebie choćby słowa.

- Chętnie sam bym to zrobił - dorzucił. - Ciekawe, czy potem byś się choć trochę odmieniła.

Następnie ruszył przed siebie drogą i zaprzestając raczej nieudanych prób śpiewu, zaczął pogwizdywać.

Naturalnie już więcej się do niego nie odezwała, a on opuścił Crayminster kilka dni później.

Dziwny, intrygujący i poniekąd irytujący incydent. Nic takiego, o czym warto byłoby pamiętać. Właściwie dlaczego akurat teraz jej się przypomniał?

Ohyda. Cała ta sprawa była po prostu ohydna. Natychmiast powinna przestać o niej myśleć. Ostatecznie, jak się raz w życiu jest na pustyni i jak się raz w życiu odbywa kurację słoneczną, to chyba można sobie pozwolić na luksus myślenia wyłącznie o przyjemnych rzeczach.

Możliwe, że lunch już jest gotowy. Spojrzała na zegarek, lecz ten wskazywał zaledwie kwadrans po dwunastej.

Znalazłszy się w zajeździe, poszła do swojego pokoju i przetrząsnęła kuferek podróżny, aby sprawdzić, czy ma z sobą więcej papieru listowego. Nie, nie miała. Och, w porządku, to nieważne. Pisanie o niczym, czyli w kółko o tym samym, to nużące zajęcie. A książki? Czy ma coś poza Pamiętnikami lady Catherine Dysart? No tak, ma jeszcze tę detektywistyczną historyjkę, którą William wcisnął jej na odjezdnym. To miło z jego strony, lecz ona naprawdę nie przepada za detektywistycznymi historyjkami. No i ma Dom władzy Buchana, tyle że to powieść sprzed lat i już ją kiedyś czytała.

Och, w porządku, w końcu kupi sobie coś nowego na dworcu w Aleppo.

Lunch składał się z omletu (dość twardego i przypalonego), jajek z dodatkiem curry, półmiska łososia (z puszki), fasoli w sosie pomidorowym (z puszki) i brzoskwiń (też z puszki).

Po zjedzeniu tego dość ciężko strawnego posiłku poszła do pokoju i położyła się na łóżku. Spała trzy kwadranse, potem czytała Pamiętniki lady Catherine Dysart aż do podwieczorku.

Na podwieczorek wypiła herbatę (mleko z puszki) i zjadła herbatniki. Poszła na krótki spacer, wróciła i skończyła Pamiętniki. Następnie zjadła kolację. Podano jej omlet, łososia z ryżem i z curry, jaja, fasolę w sosie pomidorowym i morele (z puszki). Po kolacji zaczęła czytać detektywistyczną historyjkę od Williama i skończyła ją w sam raz wtedy, kiedy przyszła pora na spanie.

- Dobranoc, memsahib - powiedział pogodnie Hindus. - Pociąg przyjechać o wpół do ósmej rano, ale odjechać dopiero wieczorem, wpół do dziewiątej.

Joan skinęła głową.

Miała przed sobą kolejny dzień, który należało czymś wypełnić. Mogła, na przykład, przeczytać po raz kolejny Dom władzy, chociaż ta krótka powieść nie wypełniłaby jej zapewne całego wolnego czasu. Wtedy zaświtała jej w głowie pewna myśl.

- Tym pociągiem przyjadą jacyś podróżni, tak? Och, ale jeśli nawet, to już widzę, jak natychmiast pędzą do samochodów i odjeżdżają do Mosulu.

Hindus potrząsnął przecząco głową.

- Nie jutro, memsahib. Dzisiaj nie przyjechać żadne samochody. Ja myśleć, trakt do Mosulu bardzo zły. Nic nie jeździć przez dużo dni.

Joan rozpogodziła się. Już jutro mogą tu być inni podróżni. I mogą się okazać całkiem mili. I na pewno znajdzie się ktoś, z kim można będzie porozmawiać.

Zatem położyła się do łóżka w o wiele lepszym nastroju, a w każdym razie nie była już tak markotna jak dziesięć minut wcześniej. Pomyślała jednak, że w zajeździe panuje dość dziwna atmosfera. W końcu doszła do wniosku, że strasznie drażni ją ten okropny zapach zjełczałego tłuszczu!

Obudziła się następnego ranka o ósmej, wstała, ubrała się i poszła do jadalni. Na stole leżało tylko jedno nakrycie. Przywołała Hindusa.

Hindus zbliżył się i nie kryjąc podekscytowania, powiedział:

- Pociąg nie przyjechać, memsahib.

- Co to znaczy, nie przyjechać? Po prostu spóźnia się, czy tak?

- Nie przyjechać wcale. Deszcz padać. Rozmywać tory po tamtej stronie Nissibin. Żaden pociąg nie przyjechać przez trzy, cztery, pięć, a może sześć dni.

Joan popatrzyła na niego z przerażeniem.

- A co ze mną? Co ja mam robić?

- Pani mieszkać tutaj, memsahib. Dużo jedzenia, dużo piwa, dużo herbaty. Bardzo miło. Pani czekać, aż pociąg przyjechać.

O nieba, pomyślała Joan, ci ludzie Orientu. Czas dla nich nic nie znaczy.

- Nie mogłabym dostać samochodu? Hindus wyglądał na rozbawionego. - Samochodu? Gdzie dostać samochodu? Trakt do Mosulu bardzo kiepski, wszystko grzęznąć po tamtej stronie wadi.

- Nie da się zatelefonować?

- Telefonować? Tutaj? Turecka linia. Turek robić kłopot, nie pozwolić. Turek tylko prowadzić pociąg.

A to ci historia, pomyślała Joan z rozbawieniem, naprawdę jestem odcięta od świata! Żadnych telefonów czy telegrafów, żadnych samochodów.

- Memsahib się nie martwić, memsahib mieć bardzo ładna pogoda, mieć dużo jedzenia, mieć wygodnie - pocieszył ją Hindus.

Co do pogody, przytaknęła w duchu Joan, zgoda. Z pogodą mi się udało. Byłoby okropnie, gdybym przez cały dzień musiała siedzieć wewnątrz budynku.

Jakby czytając w jej myślach, Hindus dodał:

- Tutaj dobra pogoda, rzadko padać. Padać bliżej Mosulu, rozmywać tory.

Joan usiadła przy swoim nakryciu i czekając na śniadanie, zaczynała powoli godzić się z losem. Pomyślała, że nie ma sensu się denerwować, skoro to i tak niczego nie zmieni. Niemniej doszła do wniosku, że takie bezproduktywne siedzenie to irytująca strata czasu.

Uśmiechnęła się krzywo: wygląda na to, że mam, czego chciałam. Przecież nie dalej jak dwa dni temu powiedziałam Blanche, że każdemu od czasu do czasu przydałoby się kilka wolnych chwil dla podreperowania nerwów. No i proszę: nie mam nic do roboty, nie mam nic do czytania. Zatem odpoczynek na pustyni może mi jedynie wyjść na zdrowie.

Myśl o Blanche wywołała w niej jakieś niezbyt przyjemne skojarzenia, przypomniała coś, o czym raczej nie chciałaby pamiętać. A w ogóle to skąd te wszystkie myśli o Blanche?

Po śniadaniu wyszła na dwór. Tak jak poprzednio oddaliła się od zajazdu spory kawałek drogi i tak jak poprzednio rozsiadła się na piasku. Przez jakiś czas trwała w nie zmienionej pozycji, z zamkniętymi oczami.

Jakie to cudowne, myślała, czuć, jak sączy mi się w duszę ten spokój i ta cisza. I jak dobrze mi to robi. I jakie niesamowicie uzdrawiające działanie ma tutejsze powietrze, słońce i ten bezmiar otaczającej mnie pustki. Posiedzę tu tak długo, jak wytrzymam.

Kiedy spojrzała na zegarek, było dziesięć minut po dziesiątej.

Pomyślała: ranek mija całkiem prędko…

A gdyby tak napisać parę linijek do Barbary? Że też nie zrobiła tego wczoraj. Zamiast zaprzątać sobie głowę głupimi listami do przyjaciół w Anglii, mogłam skreślić kilka słów do córki. Wyciągnęła blok listowy z ostatnimi kartkami i pióro.

Kochana Barbaro,

Moja podróż zaczęta się niezbyt szczęśliwie. Spóźniłam się na wieczorny pociąg w poniedziałek i od dwóch dni tkwię na małej stacyjce. Jest tu cicho i spokojnie. W ciągu dnia wygrzewam się w słońcu i czuję się całkiem dobrze.

Przerwała. Co by tu jeszcze dodać. Coś o dziecku, a może o Williamie? Co, na miły Bóg, mogły oznaczać słowa Blanche „nie martw się o Barbarę”? Ach tak, to dlatego nie chciałam myśleć o Blanche. Blanche miała specyficzny wyraz twarzy, kiedy mówiła o Barbarze.

„W końcu wszystko jakoś się ułoży”. Czyżby to miało znaczyć, że do tej pory coś się nie układało?

Lecz w jakim sensie? Blanche zrobiła aluzję do zbyt młodego wieku Barbary. Sugerowała, że jej córka zbyt młodo wyszła za mąż.

Joan poruszyła się niespokojnie. Swego czasu Rodney też coś takiego powiedział. Całkiem nieoczekiwanie i niezwykle stanowczo.

- Nie jestem szczęśliwy z powodu tego małżeństwa, Joan.

- Och, Rodneyu, ale dlaczego? William jest bardzo miły i wydaje się, że oboje stanowią dobraną parę.

- Tak, to prawda, William jest miłym młodzieńcem, lecz ona go nie kocha, Joan.

Była zdumiona. Absolutnie zdumiona.

- Rodneyu, co też ty wygadujesz? Przecież to śmieszne! Oczywiście, że go kocha! Gdyby tak nie było, to dlaczego, u licha, miałaby się z nim wiązać?

- Właśnie: dlaczego? I to jest to, czego się boję - odpowiedział Rodney cokolwiek enigmatycznie.

- Ależ, kochanie… doprawdy… czy nie stajesz się odrobinę śmieszny?

Rodney, nie zwracając uwagi na jej rozmyślnie lekki ton, powiedział:

- Jeśli go nie kocha, nie musi za niego wychodzić. Jest za młoda jak na małżeństwo, no a poza tym ma zbyt dużo temperamentu.

- Och, doprawdy, a cóż ty wiesz o temperamencie?

Nie potrafiła ukryć rozbawienia, mimo to Rodney nawet się nie uśmiechnął.

- Dziewczęta czasami wychodzą za mąż tylko dlatego, by uciec z domu.

Tego już było za wiele. Roześmiała mu się prosto w twarz.

- Nie z takiego jak dom Barbary! Nie znam dziewczyny, która miałaby szczęśliwszy dom.

- Naprawdę wierzysz w to, co mówisz?

- A jakże. U nas dzieci zawsze były na pierwszym miejscu. Wszystko robiło się z myślą o nich.

- Nieczęsto przyprowadzają do domu swoich przyjaciół.

- Przecież wiesz, kochanie, że jeśli wydaję przyjęcie, to zawsze zapraszam na nie młodzież! Bardzo o to dbam. To Barbara mówi, że ani nie chce przyjęć, ani nie chce nikogo zapraszać.

Rodney potrząsnął głową. Nie wyglądał na przekonanego.

Trochę później, tamtego wieczoru, Joan weszła do pokoju właśnie w chwili, kiedy Barbara wykrzykiwała niecierpliwym głosem:

- To nic nie da, tatusiu, muszę odejść. Nie wytrzymam tego dłużej. I nie mów mi, proszę, bym znalazła sobie jakieś zajęcie. Cierpnę na samą myśl o czymś takim.

- Co się tu dzieje? - zapytała.

Po kilku sekundach milczenia Barbara z ogniem buntu w oczach wyrzuciła z siebie:

- Tatuś zawsze wszystko wie najlepiej! Chce, żebym latami nosiła pierścionek zaręczynowy. A ja mu mówię, że nie wytrzymam tego dłużej i że chcę wyjść za Williama natychmiast i jak najszybciej wyjechać do Bagdadu. Sądzę, że tam będzie cudownie.

- Och, kochanie - zaniepokoiła się Joan. - Wolałabym, żeby to nie było tak daleko. Chciałabym w jakiś sposób czuwać nad tobą.

- Mamo, proszę!

- Wiem, kochanie, wiem, lecz ty nie zdajesz sobie sprawy, że jesteś jeszcze bardzo młoda i absolutnie niedoświadczona. Gdybyś nie mieszkała aż tak daleko, na pewno niejednokrotnie mogłabym ci w czymś pomóc.

Barbara uśmiechnęła się i powiedziała:

- No cóż, zdaje mi się, że najwyższa pora, żebym zaczęła radzić sobie sama. Nie wypada mi wiecznie korzystać z twojego doświadczenia i podpierać się twoją mądrością.

Widząc, że Rodney powoli zmierza ku drzwiom, rzuciła się za nim i nieoczekiwanie zarzuciła mu ramiona na szyję.

- Mój kochany tatuś. Mój najdroższy, ukochany tatuś…

Doprawdy, pomyślała Joan, to dziecko przesadzało ze swoją wylewnością. Tak czy inaczej, Rodney mylił się w swoich przypuszczeniach, i to całkowicie. Barbarę po prostu upajała sama myśl o wyjeździe na Wschód ze swoim Williamem. Aż przyjemnie było popatrzeć, jak te dwie młode istoty się kochają. A te ich plany na przyszłość…

Ciekawe, kto w Bagdadzie wpadł na ów szaleńczy pomysł, że Barbara była w domu nieszczęśliwa. Swoją drogą, Bagdad to straszliwie rozplotkowane miasto, tak straszliwie, że na wszelki wypadek zawsze powinno się trzymać język za zębami.

No bo choćby sprawa takiego majora Reida.

Ona sama nigdy się z nim nie zetknęła, lecz to nazwisko często przewijało się w listach Barbary do domu. Major Reid był na obiedzie. Pojechali z majorem Reidem na polowanie. Barbara spędzała letnie miesiące w Arkanduz. Ona i jeszcze druga młoda mężatka mieszkały w jednym bungalowie, a major Reid był tam w tym samym czasie. Całymi dniami grali w tenisa. Później Barbara i on wygrali w mikście rozgrywki klubowe.

Czyż zatem nie zachowała się w sposób jak najbardziej naturalny, wyrażając chęć poznania go osobiście? Przecież tak wiele o nim słyszała.

Zakłopotanie, jakie stało się udziałem Barbary i Williama, było całkiem absurdalne. Barbara zrobiła się biała jak kreda, a William poczerwieniał, i po kilku minutach zaledwie mruknął i to dziwnie odmienionym głosem:

- Nic nam o nim ostatnio nie wiadomo.

Miał tak posępną minę, że Joan uznała za stosowne natychmiast zmienić temat. Jednak później, kiedy Barbara poszła spać, wróciła do osoby majora Reida raz jeszcze, przyznając z uśmiechem, że jak na jej wyczucie niewątpliwie popełniła gafę. Czyżby major Reid nie był ich serdecznym przyjacielem?

William podniósł się i postukał fajką o gzyms kominka.

- Czy ja wiem - powiedział wymijająco - trochę razem polowaliśmy, ale od dłuższego czasu już go w ogóle nie widujemy.

Nie najlepiej sobie radził, pomyślała Joan. No cóż, mężczyźni rzadko kiedy potrafią udawać. Uśmiechnęła się do siebie, odrobinę rozbawiona wspomnieniem staroświeckiej powściągliwości Williama.

Prawdopodobnie brał ją za bardzo sztywną, pruderyjną kobietę, za przysłowiową teściową.

- Rozumiem - powiedziała. - Jakiś skandal.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - William zapytał ze złością.

- Mój drogi chłopcze - uśmiechnęła się do niego - czytam z twojej twarzy jak z nut. Prawdopodobnie czegoś się o nim dowiedziałeś i jedyne, co można było zrobić, to zerwać znajomość. Nie obawiaj się, nie będę zadawała żadnych pytań. Takie sprawy są bardzo bolesne, dobrze wiem.

- To prawda - przyznał William. - Są bolesne.

- Ludzi na ogół mierzy się własną miarką, a kiedy okazują się nie tacy, za jakich się ich brało, cała rzecz staje się kłopotliwa i nieprzyjemna.

- Wyniósł się stąd, w tym przynajmniej pociecha. Wyjechał do Afryki Wschodniej.

To wówczas Joan przypomniała sobie strzępki jakiejś rozmowy, która pewnego razu toczyła się obok niej w Alwijja Club. Niejaki Nobby Reid miał się wybierać do Ugandy.

- Biedny Nobby - westchnęła współczująco jakaś kobieta. - To naprawdę nie jego wina, że wszystkie tutejsze smarkule szaleją za nim.

A druga, starsza, roześmiała się złośliwie i dorzuciła:

- Istotnie, nie potrafi się od nich opędzić. Słodkie idiotki, niewiniątka, niedoświadczone narzeczone, takie najbardziej nasz Nobby lubi. No i te jego fantastyczne metody! Ten jego szarmancki wdzięk uwodziciela… Dziewczyna myśli, że jest w niej nieprzytomnie zakochany, a zwykle jest to moment, kiedy ten już rozgląda się za następną.

- Tak czy owak - powiedziała pierwsza - będzie go nam brakowało. To takie zabawne stworzenie.

Ta druga znów się zaśmiała.

- Och, nie zapominaj, że jest kilku mężów, którzy z ulgą przyjmą wiadomość o jego wyjeździe! Jeśli chodzi o mężczyzn, to lubiło go bardzo niewielu.

- Bo też nieźle sobie poczynał. Nic dziwnego, że pali mu się grunt pod nogami.

Ta druga szepnęła „ciiicho” i zniżyła glos, skutkiem czego Joan nie usłyszała ani słówka więcej. Zresztą, pomyślała, że i tak mnie to wszystko nic nie obchodzi. Jednak po rozmowie z Williamem jej wyobraźnia zaczęła pracować.

Skoro William zbył ją byle czym, to może Barbara będzie mniej powściągliwa.

Barbara jednakże oznajmiła krótko i węzłowato:

- Pozwól, że nie będę o tym mówić, mamo. Barbara właściwie o niczym nie chciała mówić.

Była niewiarygodnie małomówna i drażliwa, jeśli chodzi o swoją chorobę i jej przyczyny. Wszystko miało się rzekomo zacząć od czegoś w rodzaju trucizny, co Joan skojarzyła ze skażonym pożywieniem. Zatrucie ptomainami w tym gorącym klimacie to rzecz na porządku dziennym, a przynajmniej jej się tak zdawało. Lecz ani William, ani Barbara nie chcieli wdawać się w szczegóły, a lekarz, u którego ona, jako matka oczywiście, spodziewała się zasięgnąć informacji, okazał się nad wyraz mrukliwy i niekomunikatywny. Dał jej do zrozumienia, że młoda pani Wray nie powinna być wypytywana czy zachęcana do rozwodzenia się nad swoją chorobą.

- Wszystko, czego teraz potrzebuje, to dobra opieka i spokój. Tylko te dwa czynniki są w stanie zagwarantować, że pani córka z wolna nabierze sił. Pytania o przyczyny i skutki zazwyczaj są jałowym przedmiotem dyskusji i do właściwej kuracji pacjenta wnoszą niewiele dobrego. To moja jedyna rada, pani Scudamore.

Nieprzyjemny, nieprzystępny typ, oceniła go Joan, a do tego jakby w ogóle nie zauważał, z jakim matczynym poświęceniem pędziłam tu aż z Anglii.

W każdym razie Barbara była jej wdzięczna. A przynajmniej Joan tak uważała… Barbara podziękowała swojej matce w bardzo ładny sposób. Nawet William dorzucił parę uprzejmych słów.

- Nie mogę zostać dłużej - powiedziała - bardzo żałuję, ale nie mogę.

Wówczas William pośpieszył z zapewnieniem, że on też żałuje. Ona dodała, że lepiej niech jej nie zatrzymują, ponieważ spędzenie zimy w Bagdadzie to na tyle wielka pokusa, że jeszcze parę słów zachęty, a nie potrafi się jej oprzeć, lecz że koniec końców trzeba mieć wzgląd na ojca Barbary. Na co Barbara tym swoim słabym głosikiem szepnęła tylko: „kochany tatuś”, lecz po chwili, zapewne przezwyciężając własną niemoc, dodała:

- Posłuchaj, mamo, właściwie to dlaczego nie miałabyś zostać?

- Powinnaś myśleć o swoim ojcu, kochanie. Barbara odrzekła, wpadając w ten swój dziwnie oschły ton, że właśnie o nim myśli. Jednak Joan, powiedziała, że nie może przystać na to, by biedny, kochany Rodney była zdany wyłącznie na łaskę służby.

Tak, to prawda, był taki moment na kilka dni przed jej odjazdem, kiedy prawie zmieniła zamiary. Ostatecznie, pomyślała, nic się nie stanie, jeśli przedłużę pobyt o miesiąc. Jednak kiedy William opisał jej (i to bardzo obrazowo) komplikacje, jakie zdarzają się w podróży przez pustynię poza sezonem, poczuła się bardzo zaalarmowana i zdecydowała, że najlepiej będzie trzymać się pierwotnego planu. Wtedy William i Barbara stali się dla niej do tego stopnia mili, że mało brakowało, a jeszcze raz zmieniłaby swoje zamiary.

Chociaż, kiedy patrzy na to teraz, wydaje jej się, że bez względu na to, jak późno rozpoczęłaby podróż, nie mogłoby się jej przytrafić nic gorszego niż to, co i tak się przytrafiło.

Znów spojrzała na zegarek. Za pięć jedenasta. Że też tyle myśli potrafi się przewinąć przez głowę w tak krótkim czasie.

Pożałowała, że nie zabrała ze sobą Domu władzy, choć z drugiej strony, jeśli jest to jedyna tu rzecz do czytania, to chyba mądrzej będzie zostawić ją sobie w rezerwie.

Mam dwie godziny do lunchu. Dzisiaj zamówiłam go na pierwszą. Może lepiej zrobię, idąc na krótki spacer, choć czy to nie głupio spacerować bez celu? W piekącym słońcu?



dalej


strona główna
(23kB)