(23kB)
strona główna

 

 

 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

RENDEZ-VOUS ZE ŚMIERCIĄ

 



PRZEŁOŻYŁA JAN DEHNEL

TYTUŁ ORYGINAŁU APPOINTMENT WITH DEATH

 

RENDEZ-VOUS ZE ŚMIERCIĄ

 

Dwaj Beduini wbiegli pod markizę i szybko zaczęli mówić coś po arabsku do Mahmuda.

Ten niespokojnie rozejrzał się dokoła i wyszedł prędko. Pod Wpływem nagłego impulsu Sara wybiegła za nim.

- Co się stało? - zapytała.

- Abdul powiada, że starsza pani chora. Nie może się poruszać.

Lekarka przyśpieszyła kroku.

- Pójdę tam. Sprawdzę.

Wspięła się za Mahmudem skalną ścieżką aż do groty, przed którą siedziała nieruchoma postać. Ujęła jej nabrzmiałą dłoń, wprawnie poszukała tętna.

Kiedy wyprostowała się, była bardzo blada. Co tchu wróciła pod markizę i przystanąwszy u wejścia, spojrzała na Boyntonow. Po chwili odezwała się głosem, którego ton zabrzmiał w jej ustach szorstka, bardzo nienaturalnie:

- Z przykrością muszę zawiadomić pana - zmusiła się, by słowa skierować do Lennoxa, głowy rodziny - że pańska matka nie żyje.

 

 

Ryszardowi i Myrze Mallock,

wspominając wspólną wycieczkę

do Petry

 

 

ROZDZIAŁ I

 

- Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić?

Pytanie jak gdyby zawisło na chwilę w spokojnym powietrzu nocy, aby ulecieć poprzez ciemności w kierunku Morza Martwego.

Herkules Poirot znieruchomiał z ręką na okiennym ryglu. Później zmarszczył się gniewnie i energicznie zamknął okno. Wyznawał pogląd, ze otwarta przestrzeń to najwłaściwsze miejsce dla świeżego powietrza, a nocne świeże powietrze jest szczególnie groźne dla zdrowia.

Z pedantyczną dokładnością zasłonił okno i zmierzając w stronę łóżka, uśmiechnął się dobrotliwie.

"Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić". Ciekawe zdanie! W sam raz dla uszu słynnego detektywa - i to pierwszego wieczoru w Jerozolimie.

- Wszędzie, dokąd przyjadę, coś musi mi przypominać zbrodnię - mruknął do siebie, lecz uśmiechał się nadal, bo przyszła mu na myśl pewna anegdota.

W swoim czasie Antoni Trollope, angielski powieściopisarz, odbywał rejs przez Atlantyk i niechcący podsłuchał dwóch współpasażerów, którzy rozmawiali o jego ostatniej książce. "Dobre to - orzekł jeden z nich - ale facet powinien był zabić tę okropną starą babę". Trollope zwrócił się do nich z życzliwym uśmiechem: "Panowie! Jestem wam niewymownie wdzięczny. Niezwłocznie pójdę zabić tę okropną starą babę".

Poirot począł się zastanawiać nad źródłem posłyszanego zdania. "Może w grę wchodzi współpraca nad jakąś powieścią lub sztuką? - myślał wciąż z uśmiechem. - A może kiedyś dobrze będzie przypomnieć sobie te słowa, nadać im sens bardziej ponury".

Brzmienie głosu - głosu mężczyzny lub dorastającego młodzieńca - świadczyło o silnym napięciu nerwowym. Mały Belg zgasił lampkę przy łóżku i pomyślał: "Wydaje mi się, że ten głos poznam..."

Raymond i Carol Boyntonowie stali obok siebie, zapatrzeni w granatową głębię nocy. Łokciami opierali się o parapet okna.

- Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić? - powtórzył : nerwowo Raymond.

Carol drgnęła lekko.

- To straszne... - zaczęła zdławionym szeptem.

- Nie bardziej straszne niż to, co jest teraz - przerwał jej brat.

- Cóż?... Zapewne masz rację.

- Tak dłużej być nie może! - wybuchnął. - Musimy coś zrobić... Musimy! A innego wyjścia...

- A gdybyśmy uciekli dokądś... Jakoś... - wtrąciła bez przekonania.

- Nie uda nam się... - podchwycił głosem beznadziejnym. - Sama wiesz, że nie może się udać.

Dziewczyna wzdrygnęła się nerwowo.

- Wiem, Ray... Wiem...

Jej brat parsknął pełnym goryczy śmiechem.

- Każdy powiedziałby później, że to było szaleństwo... Dlaczego nie odeszli po prostu?

- A może jesteśmy szaleni! - westchnęła.

- Chyba jesteśmy... Tak. Albo bardzo niedługo oszalejemy. Nawet w tej chwili ktoś miałby prawo uznać nas za parę wariatów. Przecież spokojnie, na zimno rozmawiamy o zabiciu własnej matki!

- To nie nasza matka! - obruszyła się.

- Słusznie. To nie nasza matka - przyznał Raymond i po paru sekundach zapytał rzeczowym tonem: - Zgadzasz się ze mną, prawda?

- Zgadzam się, że ona powinna umrzeć. Jest obłąkana. Gdyby była normalna, nie potrafiłaby tak nas dręczyć. Od lat powtarzamy, że tak dłużej być nie może, ale od lat to > trwa. Powtarzamy, że kiedyś ona musi umrzeć, ale ona i wciąż żyje. Chyba nigdy nie umrze, jeżeli...

- Jeżeli jej nie pomożemy! - dokończył za nią brat.

- Tak! - Carol zacisnęła pięści.

Zapanowało milczenie. Po chwili Raymond podjął chłodno rzeczowym tonem, a tylko lekkie drżenie głosu świadczyło o jego zdenerwowaniu:

- Oczywiście rozumiesz, czemu musi to zrobić jedno z nas? Rozumiesz, prawda? Lennox ma obowiązki wobec Nadine. Jinny niepodobna wciągać w takie rzeczy.

Wzdrygnęła się nerwowo.

- Biedna Jinny! Obawiam się...

- Tak! Coraz gorzej z nią, prawda? Właśnie dlatego coś trzeba zrobić, póki nie jest za późno dla Jinny.

Dziewczyna wyprostowała się nagle. Odgarnęła z czoła bujne kasztanowe włosy.

- Ray! Czy ty uważasz, że zrobimy coś naprawdę złego?

- Nie... - odparł tym samym wciąż, opanowanym na pozór tonem. - Zabija się wściekłego psa... To, co sieje zło, powinno być usunięte. A w tym przypadku nie widzę innego sposobu.

- Ale i tak... - zaczęła szeptem Carol. - I tak poślą nas na krzesło elektryczne... Widzisz, nie potrafilibyśmy wytłumaczyć, jaka ona była naprawdę... Wszystko dzieje się w naszej wyobraźni... Rozumiesz? W jakiś dziwny sposób...

- To nie wyjdzie na jaw. Mam plan. Dokładnie obmyślony. Nic nam nie grozi.

Spojrzała mu prosto w twarz.

- Ray! Jesteś dziś jakiś inny. Coś ci się przytrafiło... Co? Skąd takie myśli biorą się w twojej głowie?

- Dlaczego miałoby mi się coś przy trafić? - zapytał, odwracając wzrok.

- No przecież widzę, Ray! Czy ta dziewczyna z pociągu...?

- Także pomysł! Daj spokój, Carol. Zajmijmy się lepiej...

- Twoim planem? Dobrze... Pewien jesteś, że to plan bezbłędny?

Tak. Naturalnie zaczekamy na sposobność, a później, jak dobrze pójdzie, będziemy wolni. Wszyscy!

- Wolni? - westchnęła; podniosła wzrok ku gwiazdom i nagle wybuchnęła gwałtownym płaczem.

- Carol! Co tobie?

- Jak tu pięknie! - zaszlochała. - Noc i granat nieba, i gwiazdy... Dlaczego to wszystko nie dla nas? Czemu nie. możemy być jak inni ludzie, tylko tacy dziwaczni, spaczeni,: źli?

- Wszystko będzie dobrze po jej śmierci.

- Naprawdę? Pewien jesteś? Czy nie za późno?

- Nie! Nie!

- Zastanawiam się...

- Carol! Jeżeli nie chcesz... Odtrąciła jego pocieszycielskie ramię.

- Chcę! Jestem z tobą... Przez wzgląd na innych... Przede wszystkim na Jinny... Trzeba ratować Jinny!

- Więc zaczynamy działać? - zapytał Raymond po chwili.

- Tak.

- Dobrze. Powiem ci teraz, jaki plan obmyśliłem... - urwał, pochylił głowę w jej stronę.

 

ROZDZIAŁ II

 

Panna Sara King stała przy stole w czytelni hotelu "Salomon" w Jerozolimie i machinalnie przerzucała czasopisma. Jej zmarszczone czoło i ściągnięte brwi wskazywały, że jest mocno zaprzątnięta czymś innym.

Wysoki Francuz w średnim wieku, który wszedł z holu, patrzył na nią przez chwilę, nim zbliżył się i zatrzymał po przeciwnej stronie stołu. Spojrzała na niego i z uśmiechem pochyliła głowę. Przypomniała sobie, że podczas podróży z Kairu ten pan pomógł jej przy przenoszeniu walizek.

- Mam właśnie zamiar zamówić kawę - zagaił nowo przybyły. - Napije się pani ze mną?

- Chętnie... Nazywam się King, Sara King.

- A ja... Służę pani. - Podał jej bilet wizytowy, na który spojrzała z przyjemnym zdziwieniem.

- Doktor Teodor Gerard! Jakże mi miło poznać pana. Czytałam pańskie bardzo interesujące prace z zakresu schizofrenii. Oczywiście!

- Oczywiście? - zdziwił się Francuz.

- Bo widzi pan... - wyjaśniła z pewnym zakłopotaniem - ja też będę lekarzem. W tym roku uzyskałam absolutorium.

- Aha... rozumiem.

Ulokowali się w zacisznym kąciku i doktor zamówił kawę. O wiele mniej go interesowały medyczne studia Sary niż jej falujące ciemne włosy oraz czerwone usta o pięknym wykroju. Ponadto dobrze się bawił pełnym nabożnego skupienia szacunkiem, z jakim odnosiła się do niego.

- Długo tu pani zabawi? - zapytał.

- Tylko kilka dni. Później wybieram się do Petry.

- Aha... Ja też myślę o tej wycieczce, jeżeli nie zajmie mi zbyt wiele czasu. Czternastego muszę być w Paryżu.

- Wycieczka trwa mniej więcej tydzień - wyjaśniła. - Dwa dni tam, dwa na miejscu i dwa z powrotem.

Jeszcze raz przyjrzał się starej Amerykance - zawodowo |tym razem, nie z punktu widzenia estetyki.

- Puchlina wodna... Zwyrodnienie mięśnia sercowego na tle... - zaczął i dodał gładko medyczną definicję.

- Tak. Ale nie o to chodzi - podchwyciła Sara. - Nie sądzi pan, że reszta rodziny odnosi się do niej dziwnie?

- Co to za jedni? Wie pani?

- Wiem. Nazywają się Boynton. Matka, syn z żoną, drugi syn, młodszy, dwie córki.

- Aha... La familie Boynton poznaje świat - uśmiechnął się.

- Właśnie. Ale poznaje go w cudaczny sposób. Żadne z nich nie odzywa się do nikogo obcego. No i nie może nic zrobić, póki stara nie powie, czy można.

- Postać o matriarchalnych skłonnościach?

- Nie. Moim zdaniem to czystej wody tyran bez serca! Francuz wzruszył ramionami i napomknął, że, jak wiadomo powszechnie, Ameryką rządzą kobiety.

- Tak, ale tutaj jest coś więcej - obstawała przy swoim Sara. - Ona jest... Ona trzyma całą rodzinę w takim strachu, tak zdecydowanie pod pantoflem, że... że... To aż nieprzyzwoite!

- Aha. Zbyt wielka władza jest niedobra, zwłaszcza dla kobiety - zgodził się doktor Gerard nadspodziewanie poważnym tonem.

Zerknął z ukosa na Sarę, która nie odrywała wzroku od Boyntonów, lub raczej od jednego przedstawiciela tej rodziny. Uśmiechnął się z iście gallickim zrozumieniem.

- Pani już z nimi rozmawiała? - rzucił sondujące pytanie.

- Tak... To znaczy z jedną osobą.

- To był młodszy syn, co?

- Aha... Kiedy jechaliśmy z Kantary, stał w wagonie na korytarzu. Odezwałam się do niego.

- Dlaczego?

- Tak, bez żadnego powodu. Często wdaje się w rozmowy z towarzyszami podróży. - Wzruszyła ramionami. - Interesują mnie ludzie i wszystko, co robią, myślą, czują.

- Można by rzec: bada pani pod mikroskopem?

- Coś w tym sensie - przyznała bez wahania.

- A jakie wrażenie odniosła pani w tym przypadku?

- Powiedziałabym... raczej dziwne. Przede wszystkim chłopiec zarumienił się po uszy.

- Objaw godny uwagi, prawda? Sara parsknęła śmiechem.

- Czy, pańskim zdaniem, zląkł się, że ma do czynienia z panienką, która robi mu awanse? Nie. Nie zdaje mi się. Mężczyźni łatwo wyczuwają takie rzeczy. Prawda, panie doktorze? - Pytająco spojrzała mu w oczy, a Francuz przytaknął ruchem głowy. - Odniosłam wrażenie, że... Jak by to sformułować?... Że on jest podniecony, niezwykle podniecony, a jednocześnie pełen strachu. Zdziwiłam się, bo za- zwyczaj Amerykanie są bardzo pewni siebie, opanowani. Przeciętny amerykański dwudziestolatek jest bardziej wyrobiony i życie zna nieporównanie lepiej niż młody Anglik f w tym samym wieku. A on musi mieć więcej niż dwadzieścia lat.

- Powiedziałbym dwadzieścia trzy lub cztery - wtrącił doktor.

- Aż tyle?

- Tak przypuszczam.

- Zapewne ma pan słuszność, ale... Ale mnie wydał się j dużo młodszy.

- Nieprzystosowanie umysłowe. Utrzymujący się długo czynnik infantylny.

- Aha! Więc oceniłam go właściwie! - zawołała z ożywieniem. - Zmierzam do tego, że jest w nim coś nienormalnego. Prawda?

Francuza rozbawiło jej żywe zainteresowanie. Nieznacznie wzruszył ramionami.

- Droga pani - powiedział. - Kto z nas jest zupełnie normalny? Ale w tym przypadku z pewnością występuje jakiś stan nerwicowy.

- Spowodowany przez tę okropną babę! To pewne!

- Ta okropna baba bardzo się pani nie podoba, prawda?

- Bardzo! Ona... ma takie złe oczy.

- Niejedna matka miewa złe oczy, kiedy jej syn zaczyna interesować się uroczą, młodą dziewczyną - bąknął z uśmiechem.

Panna King niecierpliwie wzruszyła ramionami. Francuzi są wszyscy tacy sami! Mają obsesję na punkcie seksu. Ale jako sumienny psycholog musi przyznać sama, że właśnie seksu należy szukać u podłoża większości spraw ludzkich. Zamyśliła się i po chwili drgnęła raptownie.

Raymond Boynton przeszedł obok niej w kierunku stołu, z którego wziął jakieś czasopismo. Kiedy wracał, spojrzała na niego i odezwała się półgłosem:

- Bardzo pan dziś zajęty zwiedzaniem?

Rzuciła pierwsze słowa, jakie przyszły jej na myśl. Ciekawa była reakcji chłopca, nie jego odpowiedzi.

Raymond przystanął nagle niby nerwowy koń, który wyłamuje przed przeszkodą. Zaczerwienił się i skierował lękliwy wzrok ku centralnej postaci rodzinnej grupy.

- Co?... Ja?... A tak...

Urwał, odwrócił się i jak dźgnięty ostrogą pomknął do swoich.

Groteskowa karykatura Buddy wyciągnęła dłoń tłustą i opuchniętą i, jak zauważył doktor Gerard, sięgając po pismo, spojrzała bystro w twarz syna. Burknęła coś - zapewne słowo podziękowania. Później powoli odwróciła głowę i złym spojrzeniem objęła Sarę. Twarz miała pozbawioną wszelkiego wyrazu.

Panna King zerknęła na zegarek.

- A to dopiero! - zawołała. - Jest znacznie później, niż sądziłam! - Wstała od stolika. - Dziękuję, panie doktorze, za kawę. Już idę. Mam do napisania kilka listów.

- Liczę, że spotkam panią jeszcze.

- O, tak! Może zdecyduje się pan na wycieczkę do Petry.

- Postaram się - obiecał.

Uśmiechnęła się i odwróciła, aby zmierzając ku drzwiom, przejść tuż obok rodziny Boyntonów. Doktor uważnie patrzył jej śladem i zobaczył, że starsza pani spojrzała prosto w twarz syna, ten spuścił wzrok i odwrócił głowę od Sary. Był to ruch bardzo powolny, jak gdyby oporny, więc doktor odniósł wrażenie, iż La Maman pociągnęła jakiś niewidzialny sznurek.

Sara King zauważyła również ten unik, a że była młoda i podatna na zwyczajne ludzkie uczucia, zrobiło się jej przykro. Tak miło gawędzili w korytarzu rozkołysanego wagonu sypialnego. Porównywali wrażenia z Egiptu i śmieli się serdecznie, wspominając komiczny żargon mulników i rozmaitych ulicznych kramarzy. Młody Boynton sprawiał wrażenie rozgorączkowanego uczniaka, wzruszającego w swoim naiwnym zaciekawieniu światem. A dzisiaj, z niewiadomych przyczyn, był onieśmielony i ponad wszelką wątpliwość gburowaty.

"Nie warto zawracać sobie nim głowy" - pomyślała z rozdrażnieniem Sara, która nie była specjalnie zarozumiała, lecz doceniała w pełni własną osobę. Nie wątpiła, że dla mężczyzn jest pociągająca, a nie należała do dziewcząt, które pozwalają traktować się z góry.

Może do tego chłopca odniosła się zbyt przychylnie, gdyż z niewiadomych wówczas przyczyn obudził jej współczucie. I co? Dziś wyszło na jaw, że to przeciętny młody Amerykanin - arogancki, nieokrzesany, ordynarny!

W swoim pokoju nie zabrała się do pisania listów. Usiadła przy toaletce, poprawiła włosy w lustrze, spojrzała w zatroskane piwne oczy i przystąpiła do oceny własnej sytuacji życiowej.

Ostatnio przeszła silny wstrząs uczuciowy. Przed miesiącem zerwała z narzeczonym, początkującym lekarzem, starszym od niej o cztery lata. Czuli do siebie silny wzajemny pociąg, lecz z usposobienia byli zanadto podobni. Ich nieporozumienia wiodły często do zaciekłych kłótni. Sara była energiczna i zbyt niezależna, by ulegać czyjejś władzy. Jak wiele kobiet o apodyktycznych skłonnościach, mówiła nieraz, że chce, aby nią rządzono. Kiedy jednak spotkała mężczyznę, który naprawdę mógłby ją sobie podporządkować, przekonała się, że wcale jej to nie odpowiada. Zerwanie kosztowało ją wiele, ale była wystarczająco trzeźwa, aby ocenić, że sam wzajemny pociąg nie wystarczy. Zdecydowała więc, że udzieli sobie dłuższego urlopu, by w czasie zagranicznej podróży znaleźć zapomnienie, a później serio wziąć się do pracy.

Myślami wróciła znów do rzeczywistości. Miała szczerą ochotę, by doktor Gerard potraktował ją serio, zechciał mówić o swojej pracy, której wyniki znała i ceniła wysoko. Później wróciła znowu do tego gbura, młodego Amerykanina.

Niewątpliwie zachowywał się dziwnie, ponieważ był pod obserwacją rodziny. "Ale co z tego? - pomyślała z pogardliwym grymasem. - To głupio siedzieć tak pod familijnym pantoflem. Szczególnie dla mężczyzny!"

Miała jednak wrażenie, że za tym wszystkim kryje się coś niecodziennego.

- Chłopiec szuka ratunku - powiedziała na głos, nieoczekiwanie dla samej siebie. - Już ja się tym zajmę!

 

ROZDZIAŁ III

 

Po odejściu Sary doktor Gerard siedział jeszcze przez kilka minut. Następnie podszedł do stołu z czasopismami, wziął najświeższy numer Le Matin i usadowił się w fotelu odległym o parę kroków od Boyntonów. Powodowała nim ciekawość.

Początkowo bawiła go młoda Angielka i jej troska o losy amerykańskiej rodziny, wynikła - jak podejrzewał chytrze - z zainteresowania jednym z przedstawicieli tej rodziny. Później coś niezwykłego w tym familijnym zgromadzeniu obudziło w nim głębsze, zawodowe zaciekawienie naukowca.

Dyskretnie, pod osłoną gazety, zaczął obserwować Boyntonów. Najpierw zwrócił uwagę na chłopca, którym Sara zainteresowała się tak żywo. "Rzeczywiście - pomyślał - taki właśnie typ winien ją pociągać. Jest mocna, ma charakter, potrafi panować nad sobą. Zrównoważony umysł. Silna wola. A to chłopiec wrażliwy, nerwowy, nieśmiały, podatny na wszelkie obce wpływy". Doktor odniósł takie wrażenie i wyczulonym okiem lekarza stwierdził, że młody Boynton jest w stanie silnego napięcia nerwowego. Zdziwiło go to, a nawet zbiło z tropu. Dlaczego młody mężczyzna, najwyraźniej zdrowy fizycznie, który dla przyjemności odbywa podróż, jest bliski kompletnego załamania?

Francuz prowadził dalej obserwacje. Dziewczyna o kasztanowych włosach to bez wątpienia siostra Raymonda. Obydwoje stanowią ten sam typ antropologiczny - są drobnokościści, pięknie uformowani, można by rzec arystokratyczni. Mają długie i szczupłe dłonie, ten sam delikatny owal twarzy i kształtną głowę osadzoną na długiej szyi. No i dziewczyna jest również zdenerwowana: wciąż mimo woli wykonuje drobne nieskoordynowane ruchy, jej nadmiernie błyszczące oczy są bardzo podsinione, a kiedy się odzywa, głos ma zbyt szybki, jak gdyby cokolwiek zdyszany. Jest czujna, podniecona, niezdolna do odprężenia. "I lęka się czegoś - myślał dalej doktor. - Jest wystraszona. To pewne!"

Uchem łowił fragmenty rozmowy - bardzo zwyczajnej i zdawkowej.

- Możemy wybrać się do Stajen Salomona.

- Czy to nie zbyt męczące dla mamy?

- Chyba na przedpołudnie wystarczy Ściana Płaczu?

- No i naturalnie Świątynia. Nazywają ją też Meczet Omara. Ciekaw jestem dlaczego?

- Dlatego, oczywiście, że została przerobiona na muzułmański meczet. To takie proste, Lennox.

Najpospolitsza w świecie paplanina przeciętnych turystów! Mimo to jednak odnosił szczególne wrażenie, że podsłuchane fragmenty rozmowy są jak gdyby nierealne, wydało mu się, że mają maskować coś nieokreślonego, co dzieje się na drugim planie i jest zbyt zagmatwane i niezrozumiałe, by mogło dać się ubrać w słowa. Ukradkiem spojrzał znowu zza płachty Le Matin.

Lennox? To niewątpliwie starszy brat. Widać pewne podobieństwo rodzinne, lecz występują różnice. Jest mniej podniecony, może ma bardziej zrównoważony charakter, ale i tutaj wyczuwa się coś niezwykłego. Doktor osądził, że Lennox Boynton jest w takim samym napięciu jak tamtych dwoje. Opiera się o stół ciężko, bezwładnie... Począł przypominać sobie szpitalne sale i pacjentów, którzy siadywali w zbliżony sposób. "Ten człowiek - myślał - jest kompletnie wyczerpany. Jego oczy mają wyraz oczu rannego psa lub chorego konia, wyraz cierpliwej, zwierzęcej wytrwałości. To dziwne... Bardzo dziwne. Wszystko zdaje się wskazywać, że fizycznie nic mu nie dolega... Ale bez wątpienia ostatnio bardzo wiele cierpiał... Cierpiał moralnie... Psychicznie... Obecnie już nie cierpi... Z tępą wytrwałością czeka pewno na cios, który spaść musi. Jaki to może być cios? A może wyobrażam sobie całą tę historię? Nie! Ten człowiek czeka na coś, co nadejdzie i położy kres czemuś innemu

Lennox wstał, aby podnieść kłębek wełny, który upuściła starsza pani.

- Służę ci, mamo.

- Dziękuję.

Co też robi na drutach ta monumentalna stara kobieta o kamiennej twarzy? Wełna jest gruba i szorstka... "To będą rękawice dla jakichś nędzarzy z przytułku!" - orzekł Francuz i uśmiechnął się na myśl o harcach własnej wyobraźni. Zwrócił wzrok ku najmłodszej w rodzinnym gronie dziewczynie o złocistorudych włosach. Ma jakieś siedemnaście lat i jasną, nieskazitelną cerę, jaką często spotyka się u rudowłosych kobiet. Twarz jest piękna, chociaż zapewne zbyt chuda. Dziewczyna uśmiecha się do siebie - lub raczej uśmiecha się w przestrzeń - jakimś dziwnym, zagadkowym uśmiechem, przebywa gdzieś myślami niezmiernie daleko od hotelu "Salomon" i Jerozolimy. Doktor Gerard nie mógł znaleźć w pamięci tego, co mu ten uśmiech przypominał. Później doznał nagłego olśnienia. Podobny wyraz mają usta posągów dziewic na Akropolu w Atenach - wyraz bardzo odległy, pełen niewysłowionego uroku, a zarazem po trosze nieludzki...

Spojrzał na ręce dziewczyny i odczuł niemal przerażenie. Jej dłonie, które osłaniał stół przed wzrokiem reszty rodzinnego grona, były dobrze widoczne z posterunku obserwacyjnego doktora. Złożone na kolanach nieustannie gniotły, szarpały chusteczkę do nosa - gniotły i darły na drobne strzępki.

Wstrząs był potężny! Odległy, zagadkowy uśmiech, ciało zastygłe w bezruchu i te szczupłe dłonie, wciąż czynne i niszczycielskie.

 

ROZDZIAŁ IV

 

Dało się słyszeć przeciągłe astmatyczne chrząknięcie i odezwała się kobieta zajęta robotą na drutach:

- Zmęczona jesteś, Ginevro. Najlepiej pójdź do łóżka. Dziewczyna drgnęła; znieruchomiały jej poruszające się nerwowo palce.

- Nie jestem zmęczona, mamo.

Gerard ocenił z uznaniem ten głos melodyjny i miły, przepełniający urokiem najprostsze nawet słowa.

- Jesteś. Ja wiem lepiej. Jutro nie może być mowy o żadnym zwiedzaniu.

- Dlaczego? Czuję się zupełnie dobrze.

- Nic podobnego! Z pewnością będziesz chora.

- Nie będę! - zaprotestowała dziewczyna i zaczęła trząść się nerwowo.

- Pójdę z tobą na górę, Jinny - zabrzmiał głos cichy i opanowany.

Z fotela wstała spokojna młoda kobieta o dużych, myślących, szarych oczach i ułożonych starannie ciemnych włosach.

- Ja chcę, żeby Nadine była ze mną.

- Będę z tobą. Oczywiście.

Nadine postąpiła krok, lecz znowu odezwała się stara:

- Ona woli zostać sama. Mam rację, Jinny, prawda?

Po chwili - bardzo króciutkiej chwili - Ginevra Boynton odpowiedziała, teraz tonem bezdźwięcznym i głuchym:

- Tak. Wolę zostać sama... Dziękuję ci, Nadine - i odeszła.

Doktor Gerard opuścił gazetę, by przypatrzeć się dobrze pani Boynton. Spoglądała śladem oddalającej się córki z osobliwym uśmiechem, jak gdyby karykaturą nieziemskiego, pełnego czaru uśmiechu, jaki tak niedawno opromieniał twarz młodziutkiej dziewczyny. Później zwróciła wzrok ku Nadine, która zdążyła już usiąść, a obecnie śmiało spotkała złośliwe spojrzenie świekry. Twarz miała niezmącenie spokojną.

"Co za tyran z tej niedorzecznej baby!" - pomyślał Francuz, lecz w tej chwili spostrzegł, że tamta przygląda mu się natrętnie, więc odetchnął głęboko. W małych, czarnych, tonących w tłuszczu oczach zauważył coś szczególnego - emanowała z nich siła, poczucie władzy, zło. Znał się na ludziach i ukrytych cechach ich charakteru, więc uprzytomnił sobie, że nie ma przed sobą osoby chorej, rozpieszczonej, skłonnej do folgowania drobnym kaprysom. Zobaczył wcielenie mocy, istotę o spojrzeniu posiadającym coś z urzekających właściwości oczu kobry. Pani Boynton może być stara, niedołężna, schorowana, ale nie jest bezradna. To kobieta, która rozumie sens władzy, przez całe życie sprawowała władzę i nigdy nie wątpiła o własnej potędze. Gerard podziwiał raz cyrkówkę, która dawała występ z tresowanymi tygrysami. Wielkie czające się bestie pokornie wędrowały na wskazywane miejsca i wykonywały głupie, poniżające sztuczki. Wyraz ich oczu i dławione pomruki świadczyły o nienawiści - szalonej, pełnej furii nienawiści - lecz tygrysy płaszczyły się i słuchały. Tamta kobieta, śniada i ciemnowłosa, była młoda i wyzywająco piękna, jednakże w oczach miała bardzo podobne błyski.

- Pogromczyni! - szepnął do siebie i w tym momencie zrozumiał, co stanowiło podtekst banalnej pogawędki w rodzinnym kółku.

To była nienawiść - posępna, ukryta głęboko nienawiść.

"Na pewno - pomyślni - wydałbym się wszystkim fantastą skorym do urojeń. Oto patrzę na przeciętną amerykańska rodzinę, używającą życia w Palestynie, i snuję wokół niej brednie na temat czarnej magii!"

Z kolei zaczął przypatrywać się ciekawie spokojnej młodej kobiecie imieniem Nadine. Zauważył obrączkę na lewej ręce i ukradkowe, jak gdyby lękliwe spojrzenie, które rzuciła jasnowłosemu, flegmatycznemu Lennoxowi. Wiedział już, że tych dwoje to małżeństwo, lecz spojrzenie uznał raczej za macierzyńskie, pełne opiekuńczej troski i niepokoju. Wysnuł ponadto jeszcze jeden wniosek. Uprzytomnił sobie, że w całej familijnej grupie tylko Nadine nie ulega władzy pani Boynton. Czuje do świekry odrazę, to pewne, ale się jej nie boi. Na nią przemoc nie działa. Jest nieszczęśliwa, głęboko zaniepokojona losem męża, przygnębiona, lecz wolna.

- To bardzo interesujące - mruknął do siebie i w tejże chwili pospolita przeciętność wniosła niemal ożywczy powiew do atmosfery jego posępnych rozważań.

Bardzo typowy, pogodny Amerykanin w średnim wieku wszedł do salonu i spostrzegłszy Boyntonów, pośpieszył w ich stronę. Był starannie ubrany i miał pociągłą, wygoloną twarz, mówił głosem przyjemnym, lecz cokolwiek rozwlekłym i monotonnym.

- Od rana rozglądam się za państwem - zaczął i wymieniwszy z wszystkimi uściski dłoni, zwrócił się do pani Boynton: - Jak zdrówko drogiej pani? Nie zmęczyła panią podróż?

- Nie... Jak pan wie, nigdy nie czuję się zupełnie dobrze... - sapnęła tonem niemal łaskawym nowo przybyłemu, którego nazwisko brzmiało Cope.

- Tak, tak... Niestety - wtrącił pan Cope.

- Ale nie czuję się dziś gorzej - podjęła pani Boynton z jadowitym uśmiechem. - Nadine dba o mnie... Prawda, moja droga? - zwróciła się do synowej.

- Robię, co w mojej mocy - odpowiedziała tamta obojętnym tonem.

- Ma się rozumieć! Naturalnie! - przytaknął entuzjastycznie rozmówca. - No i co, Lennox? Jak ci się podoba Gród Dawidowy?

- Bo ja wiem - odparł bez zainteresowania zagadnięty.

- Trochę rozczarowuje, no nie? Takie było moje pierwsze wrażenie. Ale państwo mało jeszcze chyba widzieli, co?

- Przez wzgląd na mamę niewiele możemy się ruszać - zabrała głos Carol.

- Dwie godziny zwiedzania w ciągu dnia to wszystko, na co mogę sobie pozwolić - wyjaśniła starsza pani.

- To prawdziwy cud, że droga pani może sobie pozwolić bodaj na tyle! - podchwycił z zapałem pan Cope.

Pani Boynton prychnęła chrapliwie.

- Nie zwykłam ulegać własnemu ciału - powiedziała. - Naprawdę liczy się duch. Tylko duch!

Gerard zauważył, że Raymond Boynton wzdrygnął się nerwowo.

- Był pan już pod Ścianą Płaczu, proszę pana?

- Naturalnie! Tam wybrałem się przede wszystkim. W ciągu najbliższych dwu dni chciałbym zwiedzić dokładnie Jerozolimę, a później zrobię objazd organizowany przez Cooka. Chcę poznać Ziemię Świętą: Betlejem, Nazaret, Tyberiadę... Bardzo to wszystko interesujące... No i Dżerasz, gdzie są podobno ciekawe ruiny... Rzymskie, rozumiecie państwo! Chętnie zobaczyłbym też różowopurpurowe skalne miasto Petrę... Istny fenomen natury! Ale Petra leży na uboczu, a droga tam i z powrotem plus solidne zwiedzanie zajmuje blisko tydzień.

- Bardzo to wszystko zachęcające - odezwała się znów Carol. - Chętnie pojechałabym do Petry.

- Z pewnością to coś naprawdę godnego uwagi. Naturalnie! - zaczął gorąco pan Cope, zawiesił na chwilę głos i, zerknąwszy z ukosa na panią Boynton, podjął tonem, który podsłuchującemu Francuzowi wydał się bardzo niepewny: - A może zdołałbym namówić kogoś z państwa na tę wycieczkę? Oczywiście, to nie dla drogiej pani - zwrócił się do starej - i wiem, że część rodziny zechce pozostać z panią. Gdyby jednak państwo, że się tak wyrażę, złamali jednolity szyk... - urwał jakoś nieporadnie.

Przez chwilę Gerard słyszał tylko miarowy stukot drutów pani Boynton. Później dobiegł go jej głos:

- Nie sądzę, żeby odpowiadała nam rozłąka. Jesteśmy, proszę pana, wyjątkowo zżytą rodziną. - Rozejrzała się dokoła. - No i co, dzieci? Co wy na to?

Odpowiedzi nie dały na siebie czekać.

- Naturalnie, mamo.

- Oczywiście.

- Nie może być mowy o rozłące.

Pani Boynton zdobyła się na swój szczególny uśmiech.

- Słyszał pan? Dzieci nie chcą rozstawać się ze mną. A co ty powiesz, Nadine? Nic nie mówisz?

- Nie pojadę, mamo. Chyba, że życzyłby sobie tego Lennox.

Stara przeniosła wzrok na syna.

- Co ty na to, Lennox? Mógłbyś wybrać się do Petry z Nadine. Ona ma chyba ochotę na tę wycieczkę.

Lennox poruszył się niespokojnie, uniósł wzrok.

- Ja... Nie... Dziękuję, mamo. Najlepiej zostańmy wszyscy razem.

- Drodzy państwo to bardzo kochająca się rodzina - zauważył pan Cope z uznaniem, lecz głos jego miał przygaszone brzmienie.

- Trzymamy się razem i na uboczu - powiedziała stara i zaczęła zbierać kłębki wełny. - Raymond! Co to za młoda osoba zagadnęła cię przed chwilą?

Chłopiec znów wzdrygnął się nerwowo. Zarumienił się, a później pobladł.

- Nie wiem... Nie mam pojęcia, jak się nazywa. Przyjechała tu razem z nami... Nocnym pociągiem.

- Myślę, że więcej nie będziemy mieć z nią do czynienia - oświadczyła pani Boynton i wolno, pracowicie zaczęła podnosić się z fotela.

Nadine wstała, by pospieszyć z pomocą świekrze, a jej zawodowa wprawa nie uszła uwagi doktora Gerarda.

- Czas do łóżek, dzieci! - oznajmiła pani Boynton. - Dobrej nocy, proszę pana - zwróciła się do pana Cope.

- Dobranoc drogiej pani. Dobranoc, Nadine.

Mały pochód rodzinny ruszył z miejsca i najwidoczniej nikomu z młodych nie przyszło do głowy, że można by wyłamać się z szyku. Pozostawiony w salonie pan Cope odprowadzał wzrokiem Boyntonów, a wyraz twarzy miał jakiś bardzo dziwny.

Doktor wiedział z doświadczenia, że Amerykanie są towarzyscy, a w czasie podróży nie okazują tej niemiłej podejrzliwości tak charakterystycznej dla Brytyjczyków. Zawarcie znajomości z tym Amerykaninem - samotnym i usposobionym życzliwie wobec ludzi - nie przedstawiało najmniejszej trudności komuś obdarzonemu taktem doktora Gerarda. Jego bilet wizytowy raz jeszcze wywołał pożądany skutek.

Pan Jefferson Cope przeczytał nazwisko i był zachwycony.

- Doktor Gerard! Naturalnie! Niedawno pan doktor był w Stanach! Prawda?

- Tak. Ubiegłej jesieni. Wykładałem na uniwersytecie Harvard.

- Oczywiście! Nazwisko pana jest powszechnie znane. Pan doktor jest znakomitością pośród swoich paryskich kolegów.

- Stanowczo nazbyt pan uprzejmy. Muszę zaprotestować.

- Nic podobnego! Takie nieoczekiwane spotkanie z panem doktorem to zaszczyt dla mnie, wielki zaszczyt. A nawiasem mówiąc, bawi teraz w Jerozolimie sporo wybitnych osobistości. Pan doktor i lord Welldon, i znany finansista, sir Gabriel Steinbaum. Jest także nestor brytyjskiej archeologii, sir Manders Stone, jest lady Westholme, głośna w Anglii działaczka polityczna, i słynny belgijski detektyw, Herkules Poirot.

- Mały Herkules Poirot? Naprawdę?

- Tak! Znalazłem jego nazwisko w lokalnej gazecie, pośród osób świeżo przybyłych. Wygląda na to, że kto żyw rezyduje dziś w hotelu "Salomon". A nawiasem mówiąc, to rzeczywiście hotel na poziomie.

Pan Cope był najwyraźniej zadowolony, a Teodor Gerard należał do ludzi, którzy, jeśli im zależy, umieją być czarujący. Wkrótce nowi znajomi przenieśli się do baru, gdzie po dwu kolejkach whisky Francuz poruszył interesujący go temat

- Drogi panie - rozpoczął - czy ta amerykańska rodzina, z którą pan dopiero co rozmawiał, może uchodzić za typową?

Pan Cope pociągnął łyk z wysokiej szklanki, zrobił poważną minę.

- Nie - odrzekł po chwili. - Nie pozwoliłbym sobie na takie określenie.

- Naprawdę? A ja odniosłem wrażenie, że to bardzo kochająca się rodzina.

- Chce pan powiedzieć, że wszystko i wszyscy obracają się dokoła starszej pani? Rzeczywiście! To osoba na nieprzeciętną miarę.

- Tak pan sądzi?

Obeszło się bez dalszego pociągania za język.

- Nie będę taił, panie doktorze - podjął Amerykanin - że ostatnio wciąż myślę o tej rodzinie. Czy ja wiem? Może rozmowa na ten temat znudzi pana?

Doktor Gerard stanowczo odżegnał się od nudy. Pan Cope zaczął znów mówić powoli, a jego sympatyczna, starannie ogolona twarz przybrała wyraz szczerej troski:

- Przyznam otwarcie, że jestem trochę zmartwiony, zaniepokojony. Pani Boynton, widzi pan, to moja dawna dobra znajoma... Ma się rozumieć, młoda pani Boynton, nie starsza.

- Aha... Ta ciemnowłosa, urocza młoda mężatka?

- Zgadza się, panie doktorze! Nadine Boynton to bardzo wartościowa dziewczyna. Znałem ją przed jej ślubem. Pracowała wtedy w szpitalu. Kształciła się na pielęgniarkę. Później wyjechała na urlop zaproszona przez Boyntonów, no i tam wyszła za Lennoxa.

- Ciekawa historia...

Amerykanin pociągnął kolejny łyk whisky i mówił dalej:

- Chciałbym opowiedzieć panu z grubsza dzieje tej rodziny.

- Z przyjemnością ich wysłucham.

- Dziękuję. A zatem nieżyjący już Elmer Boynton, człowiek powszechnie znany i ogólnie szanowany, był dwukrotnie żonaty. Jego pierwsza żona umarła, kiedy Carol i Raymond ledwie wyrośli z pieluch. Później ożenił się powtórnie z osobą, jak słyszałem, nie pierwszej młodości, ale podobno w owym czasie przystojną. Zabawne, co? Jak dziś się na nią patrzy, trudno dać wiarę, że kiedykolwiek mogła być przystojna! Powtarzam to, czego się dowiedziałem z miarodajnych źródeł. W każdym razie mąż miał o niej dobre mniemanie i we wszystkim ślepo jej słuchał. Kilka lat przed śmiercią chorował ciężko, więc pani Boynton rządziła, jak chciała. To wyjątkowo zdolna i energiczna osoba z nieprzeciętną głową do interesów. Jest też uczciwa i sumienna. Kiedy Elmer umarł, poświęciła się bez reszty dzieciom. Jedno jest jej własne: Ginevra, ta ruda podfruwajka. Ładna, tylko trochę słabowita. Jak mówiłem, pani Boynton poświęciła się bez reszty dzieciom i kompletnie odcięła je od reszty świata. Nie wiem, co pan powie, panie doktorze, ale, moim zdaniem, to niefortunny pomysł.

- Zgadzam się z panem. Izolacja musi źle wpływać na ich umysły i na rozwój charakterów.

- W tym sedno sprawy! Pani Boynton zazdrośnie strzegła dzieci, nie pozwalała im na żadne kontakty z obcymi. W rezultacie wszyscy wyrośli na... jak by tu powiedzieć?... na ludzi nerwowych, przewrażliwionych. Są nieufni, niezdolni do zawierania znajomości. To niedobrze, prawda?

- Bardzo niedobrze.

- Jestem przekonany, że pani Boynton działa i działała w najlepszej wierze. To przesadna gorliwość z jej strony.

- Wszyscy mieszkają razem? - zapytał Gerard.

- Tak.

- I synowie nie pracują?

- Nie. Elmer był bogaty. Cały majątek zostawił w dożywocie wdowie, z przeznaczeniem, rzecz jasna, na utrzymanie rodziny.

- Aha... Dzieci są uzależnione finansowo od matki?

- Tak. I ona życzy sobie, aby wszyscy mieszkali razem, nie szukali zajęcia poza domem. Może to i racja, bo pieniędzy mają jak lodu. Nikt z Boyntonów nie musi zarabiać, ale, moim zdaniem, praca zawodowa może wyjść tylko na dobre, zwłaszcza płci męskiej. I jeszcze jedno. Nikt z młodych nie ma żadnego hobby. Nie grają w golfa, nie tańczą, nie spotykają się z rówieśnikami. Wszyscy mieszkają razem w wielkim, ponurym domu na prowincji zabitej deskami. To, panie doktorze, warunki bardzo niekorzystne.

- Zgadzam się z panem - przytaknął Francuz.

- Młodzi Boyntonowie nie mają zmysłu towarzyskiego, poczucia łączności z innymi ludźmi. Może to bardzo kochająca się rodzina, ale też zamknięta w sobie.

- Czy żadne z nich nie myślało nigdy o buncie?

- Chyba nie... O czymś takim nie słyszałem. Cała czwórka tkwi po prostu na miejscu.

- A winę przypisuje pan dzieciom czy pani Boynton? Jefferson Cope zrobił zakłopotaną minę.

- Sądzę - podjął - że w większym albo mniejszym stopniu ona ponosi odpowiedzialność. Stosowała niewłaściwe metody wychowawcze. Ale z drugiej strony chłopak, który dorasta, powinien chyba dążyć do niezależności... Rozumie pan? Powinien sam zerwać jakoś pęta.

- To może być niewykonalne - wtrącił tonem zastanowienia Gerard.

- Niewykonalne? Czemu?

- Są rozmaite metody powstrzymywania wzrostu drzewa. Amerykanin zdziwił się trochę.

- Przecież to wszystko silni, zdrowi ludzie - zauważył.

- Umysł można krępować i dławić równie dobrze, jak ciało.

- Pod względem umysłowym oni są w porządku. Lekarz westchnął cicho, a Cope mówił dalej:

- Nie, panie doktorze! Proszę mi wierzyć, że mężczyzna powinien samodzielnie kierować swoim losem. Prawdziwy mężczyzna sam decyduje o sobie i coś z życia wyciąga. Nie siedzi bezczynnie, nie kręci młynka kciukami. Żadna kobieta nie może poważać takiego mężczyzny.

Francuz spojrzał nań z ukosa.

- Pije pan zapewne do Lennoxa Boyntona? - powiedział.

- Racja! Miałem na myśli Lennoxa, bo Raymond to jeszcze młodzik. Ale Lennox dobiega trzydziestki. Powinien coś z sobą zrobić.

- Jego żona ma chyba niełatwe życie? - rzucił doktor.

- Ma się rozumieć! Diablo trudne. To niezwykła kobieta. Naprawdę godna podziwu. Nigdy nie skarży się, ale nie jest szczęśliwa. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo nieszczęśliwa.

- Na to wygląda - przytaknął Gerard.

- Nie wiem, jakiego pan jest zdania, ale według mnie są pewne granice cierpliwości. Na miejscu Nadine pogadałbym szczerze z Lennoxem. Albo coś musiałoby się zmienić, albo...

- Albo - podchwycił Francuz - młoda pani Boynton powinna rozstać siŤ z mężem. Tak pan uważa?

- Każdy ma własne życie, panie doktorze. Jeżeli Lennox nie potrafi ocenić jej należycie, znajdzie się ktoś inny, kto...

- Na przykład pan... Prawda? - wtrącił znów lekarz.

Amerykanin zarumienił się mocno. Później spojrzał Gerardowi prosto w oczy i odpowiedział z pełną prostoty godnością:

- Tak... Nie wstyd mi moich uczuć dla Nadine. Szanuję ją i jestem do niej bardzo przywiązany. Pragnę tylko jej szczęścia. Gdyby było jej dobrze z Lennoxem, wycofałbym się, zniknął z pola widzenia.

- A w istniejących warunkach?

- Trwam przy niej. Jeżeli będę jej potrzebny, znajdzie mnie zawsze.

- Prawdziwy błędny rycerz z pana.

- Przepraszam... Nie dosłyszałem.

- Drogi panie! W dzisiejszych czasach duch rycerski żyje tylko pośród pańskich rodaków! Panu wystarcza służba dla wybranki, bez żadnych widoków na własne korzyści. Postawa godna najwyższego uznania! A tak realnie. W czym spodziewa się pan pomóc młodej pani Boynton?

- Postanowiłem być na każde jej zawołanie.

- A wolno zapytać, jak odnosi się do pana starsza pani Boynton?

- Z nią nigdy nic nie wiadomo - odparł z wolna Cope. - Jak mówiłem, unika wszelkich kontaktów. Ale do mnie odnosi się wyjątkowo. Jest przychylna, łaskawa, jak gdybym prawie należał do rodziny.

- Innymi słowy aprobuje pańską przyjaźń z synową?

- Właśnie! Aprobuje.

- To dziwne, prawda? Amerykanin zesztywniał trochę.

- Zapewniam pana, doktorze - podjął - że w tej absolutnie platonicznej przyjaźni nie ma nic niestosownego.

- Mój drogi panie! W to bynajmniej nie wątpię. Miałem na myśli tylko tyle, że życzliwy stosunek do pańskiej przyjaźni z jej synową to objaw dziwny z punktu widzenia samej pani Boynton. Ta kobieta interesuje mnie. Nawet bardzo!

- Słusznie, panie doktorze! To osoba niezwykła, potężna indywidualność. Elmer był wysokiego mniemania o jej rozumie.

- Tak wysokiego - podchwycił Francuz - że pod względem finansowym zdał dzieci na jej łaskę i niełaskę. W moim kraju nie mógłby tak postąpić z mocy prawa.

- My, Amerykanie - odrzekł pan Cope, wstając z miejsca - hołdujemy zasadzie absolutnej wolności.

Doktor również dźwignął się z krzesła. Ostatnie zdanie nie wywarło na nim głębszego wrażenia. Nieraz słyszał je powtarzane przez ludzi rozmaitych narodowości, lecz wiedział, że żadnego kraju, żadnego lądu, żadnego osobnika niepodobna nazwać nieograniczenie wolnym. Rzecz w tym, że istnieją rozmaite odmiany i gatunki więzów.

Położył się do łóżka zamyślony i mocno zainteresowany tym, czego się ostatnio dowiedział.

 

ROZDZIAŁ V

 

Sara King stała w obrębie murów świątyni Haram-esz-Szerif. Za sobą miała kopułę Przybytku Skały. Cicho szemrały fontanny, a małe grupki turystów przechodziły, nie zakłócając spokoju.

"To dziwne - myślała Sara - że niegdyś Jebusyci uczynili z tej skały klepisko do młócki, a Dawid kupił ją za sześćset szekeli złota i zamienił w miejsce święte... A dzisiaj?... Dzisiaj słychać tu wielojęzyczny gwar rozmów ze wszystkich stron świata".

Odwróciła się, by spojrzeć na meczet kryjący Przybytek Skały, i zadała sobie pytanie, czy Świątynia Salomona mogła być bodaj w połowie tak piękna.

Dał się słyszeć odgłos kroków i nieliczne towarzystwo wyszło z wnętrza meczetu. Byli to Boyntonowie w asyście wygadanego dragomana. Lennox i Raymond podtrzymywali starszą panią. Dalej Jefferson Cope asystował Nadine, a Carol zamykała pochód.

Kiedy minęli Sarę, Carol obejrzała się w jej stronę, przystanęła i, jak gdyby pod wpływem nagłego impulsu, zawróciła, by na palcach pośpieszyć ku niej przez dziedziniec.

- Bardzo przepraszam - zaczęła drżącym głosem. - Ale ja... Ja muszę pomówić z panią.

- Słucham? - zdziwiła się młoda lekarka. Dziewczyna była zdenerwowana, trzęsła się, twarz miała trupio bladą.

- Chodzi o... o mojego brata. Wczoraj zagadnęła go pani i... i na pewno wydał się pani nieokrzesanym gburem. On tego nie chciał... Nie chciał, ale nie mógł inaczej. To prawda!... Proszę mi wierzyć.

Panna King odczuła niesmak i urazę z powodu tej niedorzecznej sceny. Z jakiej racji obca osoba napastuje ją, aby wygłosić głupawą obronę źle wychowanego brata? Miała już na ustach ciętą odpowiedź, gdy nastąpiła niespodziewana zmiana. Sara wyczuła, że Carol Boynton jest naprawdę przejęta i mówi najzupełniej serio. Owo powołanie, które skłoniło ją do obrania zawodu lekarza, nakazało jej teraz wysłuchać dziewczyny.

- Proszę mi coś powiedzieć na ten temat - odparła z nutą zachęty.

- On rozmawiał z panią w pociągu, prawda? - podjęła Carol.

- Tak... Albo raczej ja z nim rozmawiałam.

- Oczywiście... I tak mogłoby być dalej... Ale wczoraj wieczorem... Wczoraj wieczorem Ray bał się... bo, widzi pani... - urwała z zakłopotaniem.

- Bał się?

Rumieniec zabarwił pobladłą twarz dziewczyny.

- Naturalnie, to brzmi głupio... Idiotycznie... Ale, widzi pani, nasza matka jest... jest poważnie chora i nie pochwala żadnych nowych znajomości. Ale... Ale ja wiem, że Ray chętnie zaznajomiłby się z panią bliżej.

Sara odczuła żywe zainteresowanie, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, tamta zaczęła znowu:

- Wiem... Wiem, oczywiście, że to, co mówię, może wydać się bardzo niemądre, ale... - Z przestrachem rozejrzała się dokoła. - Nie mogę zostać dłużej... Spostrzegą, że mnie nie ma.

- Dlaczego? - Lekarka zadecydowała już, jak winna postępować dalej. - Dlaczego nie może pani zostać dłużej? A gdybyśmy tak wróciły razem do hotelu?

- Nie! - Dziewczyna cofnęła się spłoszona. - To niemożliwe.

- Czemu? - natarła Sara.

- Niemożliwe... Naprawdę... Matka byłaby... byłaby... - zająknęła się bezradnie.

Sara przerwała jej stanowczym, opanowanym tonem:

- Wiem, że niektórym rodzicom strasznie trudno uprzytomnić sobie, że ich dzieci dorosły. Chcą rządzić nadal, kierować ich życiem. Ale szkoda poddawać się temu, proszę pani. Każdy powinien bronić swoich praw.

- Pani nie rozumie... Nic nie rozumie... - szepnęła Carol i nerwowo załamała ręce.

- Najczęściej ustępuje się - ciągnęła panna King - tylko dlatego, że człowiek boi się awantur. Awantury są bardzo nieprzyjemne. Zgoda! Ale wolność, moja droga, to coś, o co z pewnością warto walczyć.

- Wolność? - Carol spojrzała na nią ze zdumieniem. - Nikt z nas nie był nigdy wolny i nie będzie.

- Nonsens!

Carol pochyliła się, dotknęła palcami ramienia Sary.

- Proszę posłuchać! Ja chcę... Muszę wytłumaczyć to pani. Przed ślubem moja matka... Naprawdę to moja macocha... Przed ślubem była strażniczką w więzieniu. Mój ojciec był tam naczelnikiem. Ożenił się z nią. No i tak już zostało. Ona nie zmieniła się i dla nas od początku była strażniczką. Dlatego takie mamy życie. Jesteśmy w więzieniu! - Lękliwie rozejrzała się znów dokoła. - Ona zauważy, że mnie nie ma. Muszę już iść. Muszę!

Cofnęła się, lecz Sara zdążyła chwycić ją za rękę.

- Zaraz! Musimy spotkać się jeszcze, porozmawiać.

- Niemożliwe... Nie będę mogła.

- Będzie pani mogła - rzuciła stanowczo młoda lekarka. - Proszę przyjść do mnie w nocy. Pokój trzysta dziewiętnasty.

Puściła rękę dziewczyny, a gdy ta biegła co tchu za swoją rodziną, stała przez chwilę głęboko zamyślona. Kiedy ocknęła się wreszcie, zobaczyła, że obok niej znajduje się doktor Gerard.

- Dzień dobry, koleżanko - zaczął. - I co? Pogawędziła pani z Carol Boynton?

- Tak i muszę opowiedzieć panu, co usłyszałam - i szybko streściła przebieg rozmowy.

Gerard zwrócił szczególną uwagę na jedną sprawę.

- Aha! Była strażniczką więzienną! To ma swoją wymowę, prawda?

- Ma pan na myśli, że tu leży powód tyranii? - zapytała Sara. - Nawyki dawnego zawodu, co?

- Nie. Ujmuje to pani niewłaściwie. Pani Boynton nie tyranizuje dlatego, że była strażniczką więzienną. Nic podobnego! Obrała ten zawód dlatego, że odpowiadało jej tyranizowanie i przepalała ją żądza władzy. Nasza podświadomość kryje takie rzeczy - ciągnął z całą powagą - żądzę władzy, sadyzm, nieokiełznane pragnienie zadawania ran w rozmaitym rozumieniu. Wszystko to tkwi w nas, droga koleżanko. Tłumimy te popędy. Staramy się ich nie ujawniać, ale czasami bywają silniejsze od nas.

- Wiem o tym. - Panna King wzdrygnęła się nerwowo.

- Stale to obserwujemy - mówił Francuz - w zasadach politycznych, w postępowaniu całych narodów. Wciąż widzimy odwrót od humanitaryzmu, miłosierdzia, braterskiej dobrej woli. Czasami hasła brzmią pięknie, lecz narzucane siłą powodują zgubne skutki, wynikające z przemocy lub strachu.

Przerwał na chwilę, a Sara zapytała:

- Podejrzewa pan, że pani Boynton to swojego rodzaju sadystka?

- Jestem tego prawie pewien. Sądzę, że ta kobieta delektuje się zadawaniem cierpień moralnych, rozumie pani, nie fizycznych. Jest to forma sadyzmu rzadsza i znacznie trudniej z nią sobie poradzić. Pani Boynton pragnie władać innymi i cieszy się tym, że cierpią.

- Okropność! - wzdrygnęła się znów młoda lekarka, a gdy Gerard powtórzył jej swoją rozmowę z Cope'em, zapytała: - On nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje, prawda?

- Tak, dla niego to zbyt skomplikowane. Przecież nie jest psychologiem.

- Rozumiem. Brak mu naszej obrzydliwej wnikliwości.

- Właśnie! To poczciwy, prostolinijny, sentymentalny umysł typowy dla Amerykanów. Skłania się on do wiary raczej w dobro niż w zło. Zdaje sobie sprawę, że w rodzinie Boyntonów panuje niewłaściwa atmosfera, lecz przypisuje ją przesadnej troskliwości starszej pani, nie zaś jej świadomie złemu postępowaniu.

- A ją musi to świetnie bawić.

- Z całą pewnością - zgodził się doktor.

- Ale czemu ci młodzi nie zbuntują się wreszcie? Przecież mogą.

- Nie. Tym razem myli się pani. Nie mogą. Widziała pani kiedy stary eksperyment z kogutem? Na podłodze rysuje się kredą kreskę i przytyka do niej dziób koguta. Biedak wyobraża sobie, że jest uwiązany. Nie może podnieść głowy. Coś podobnego dzieje się też z młodymi Boyntonami, którzy, proszę pamiętać, są od dzieciństwa pod moralną władzą starszej pani. Zahipnotyzowała ich, przepełniła wiarą, że niepodobna jej nie posłuchać. Znajdują się w więzieniu od tak dawna, że gdyby nawet więzienną bramę otwarto, nie zauważyliby tego. Jeden z nich, Lennox, już nie chce być wolny, a cała reszta lęka się wolności.

- A co będzie, gdy ona umrze? - zapytała rzeczowo. Gerard wzruszył ramionami.

- Zależy, kiedy umrze. Jeżeli nastąpiłoby to teraz, mogłoby nie być za późno. Carol i Raymond są jeszcze młodzi, łatwo ulegają wpływom otoczenia. Zapewne zostaliby normalnymi ludźmi. Z Lennoxem inna sprawa. Wygląda mi na to, że zrezygnował już z wszelkich nadziei. Biernie znosi niewolę na jakiś zwierzęcy sposób.

- Jego żona powinna coś zrobić! - rzuciła niecierpliwie. - Wyrwać go, oswobodzić!

- Bo ja wiem... Może próbowała już, ale bez skutku.

- Myśli pan, że i ona została zahipnotyzowana?

- Nie. Jestem zdania, że stara nie ma nad nią władzy i dlatego nienawidzi synowej z całego serca. Proszę zwrócić uwagę na jej oczy, gdy przypatruje się Nadine.

- Nie mogę jej zrozumieć... To znaczy młodszej pani Boynton - powiedziała panna King. - Czyżby nie widziała, co się dzieje?

- Moim zdaniem, widzi i myśli swoje.

- Tę starą powinien ktoś uśmiercić! - zawołała żywo młoda lekarka. - Osobiście zaleciłabym arszenik w porannej filiżance herbaty... - urwała, by podjąć zaraz obcesowo: - A co pan myśli o najmłodszej z rodziny, tej rudej? Doktor zmarszczył czoło, spochmurniał.

- Nie wiem. Tu właśnie widzę coś szczególnie dziwnego. Ona jest rodzoną córką pani Boynton.

- Oczywiście! I na tym chyba winna polegać różnica?

- Niekoniecznie - odparł Francuz. - Ktoś, kto raz uległ żądzy władzy, okrucieństwu, sadystycznym popędom, nie zwykł oszczędzać nikogo, nawet najdroższych i najbliższych. - Umilkł na chwilę i po zastanowieniu ciągnął: - Jestem lekarzem psychiatrą. Wiem, że znakomita większość schorzeń psychicznych wynika z wybujałych ambicji, z pragnienia sukcesów, potęgi, władzy. Zaspokojenie takich ambicji wiedzie do apodyktycznej pewności siebie, tyrańskich skłonności, okrucieństwa, a w ostatecznym rezultacie do przesytu. A w przypadkach, gdy wygórowane pragnienia nie mogą być zaspokojone... Cóż? Odpowiedzi należy szukać w zakładach dla umysłowo chorych. Są one pełne tych, co nie byli w stanie znieść własnej przeciętności, braku znaczenia, niewoli, a więc odcięli się od realnego świata i raz na zawsze zatrzasnęli za sobą drzwi rzeczywistości.

- Jaka szkoda, że ta stara nie trafiła do zakładu dla umysłowo chorych - westchnęła Sara.

- Nie tam jej miejsce, droga pani. Nie pośród zawiedzionych, upadłych. Tu sprawa przedstawia się gorzej. Jej dopisało szczęście. Pani Boynton ziściła swoje marzenia.

- Takie rzeczy nie powinny zdarzać się na świecie! - zawołała lekarka.

 

ROZDZIAŁ VI

 

Sara była ciekawa, czy Carol Boynton stawi się na nocne spotkanie. Wątpiła raczej, gdyż przewidywała, że po tych zwierzeniach musi nastąpić gwałtowna reakcja. Niemniej zrobiła odpowiednie przygotowania: ubrała się w szlafroczek z błękitnego atłasu i na maszynce spirytusowej postawiła wodę.

Tuż po pierwszej, kiedy zamierzała pójść do łóżka, usłyszała pukanie do drzwi. Otwarła je i cofnęła się szybko, by wpuścić oczekiwanego gościa.

- Obawiałam się - zaczęła Carol - że pani już śpi, nie... Młoda lekarka postanowiła już uprzednio, że będzie chłodna, demonstracyjnie rzeczowa.

- Nic podobnego - zaprzeczyła. - Czekałam przecież na panią. Można służyć herbatą? - Sięgnęła po filiżankę.

Carol weszła do pokoju zdenerwowana, wylękniona, kiedy jednak przyjęła z rąk gospodyni filiżankę oraz kawałek ciasta, uspokoiła się nieco.

- Zabawna przygoda, prawda? - zagaiła rozmowę Sara.

- Tak... Tak mi się zdaje - bąknęła tamta z nutą powątpiewania.

- Coś w rodzaju biesiad o północy, jakie urządzałyśmy w internacie szkolnym - podjęła lekarka. - Pani chyba nie była w szkole?

- Nie byłam... My nie rozstawaliśmy się nigdy z domem. Mieliśmy guwernantkę... Rozmaite guwernantki.

- I nie wyjeżdżaliście nigdzie?

- Nie. Zawsze byliśmy w domu... Od urodzenia w tym samym domu. To moja pierwsza podróż, proszę pani.

- I niewątpliwie wielka przygoda - podchwyciła swobodnie Sara.

- O, tak! Wszystko wydaje mi się marzeniem sennym.

- A co skłoniło pani mat... pani macochę do podróży? Na wzmiankę o pani Boynton dziewczyna nastroszyła się nieufnie, wobec czego panna King podjęła spiesznie:

- Chciałabym poinformować panią, że jestem lekarką. W tym roku uzyskałam absolutorium. Pani Boynton bardzo mnie interesuje jako przypadek chorobowy. Moim zdaniem, to typ wysoce patologiczny.

Carol szeroko otworzyła oczy. Taki aspekt sprawy był jej widać najzupełniej obcy. Sara rozumiała to i rozmyślnie rzuciła ostatnie zdanie chłodnym, pewnym siebie tonem. Nie wątpiła, że starsza pani dominuje nad rodziną niby olbrzymi, budzący grozę posąg bóstwa. Zamierzeniem młodej lekarki było odarcie tego bóstwa z cech najbardziej przerażających.

- Tak, droga pani - ciągnęła. - Istnieje powszechnie znana choroba, która stosunkowo często atakuje ludzi. Mam na myśli manię wielkości. Chory staje się wtedy despotą, wymaga, aby wszystko było tak, jak on każe i, oczywiście, jest bardzo trudny we współżyciu.

Carol odstawiła filiżankę.

- Taka jestem zadowolona - powiedziała - że mogę porozmawiać z panią. Bo, widzi pani, zdaje mi się, że Ray i ja jesteśmy ostatnio... jesteśmy jacyś dziwni... coraz bardziej dziwni. Rozmaite sprawy dręczą nas, wyprowadzają z równowagi.

- Rozmowa z kimś obcym dobrze zazwyczaj robi. W rodzinnym kółku ludzie łatwo poddają się takim czy innym nastrojom - podjęła Sara. - Wydaje mi się, że nie jest pani szczęśliwa? - zapytała od niechcenia. - Czy myślała pani kiedy o porzuceniu domu?

Dziewczyna zdumiała się znowu.

- Nie! Nigdy! Nikt z nas nie mógłby porzucić domu. Ona nie pozwoliłaby na to.

- Ale nie mogłaby pani zatrzymać - podchwyciła lekarka tonem perswazji. - Pani jest pełnoletnia, prawda?

- Mam dwadzieścia trzy lata.

- Właśnie!

- Ale i tak to byłoby niemożliwe... - zaczęła niepewnie Carol. - Nie wiedziałabym przecież, dokąd pojechać i co robić... Chodzi o to, proszę pani, że my zupełnie nie mamy pieniędzy.

- Nie ma pani przyjaciół, do których mogłaby się zwrócić?

- Przyjaciół? Skąd? My nie znamy nikogo.

- I nikt z pani rodzeństwa nie myślał nigdy o porzuceniu domu?

- Chyba nie... Nie sądzę... Przecież to niemożliwe... Sara pełna współczucia dla bezradnej dziewczyny zmieniła nagle temat.

- Jest pani przywiązana do macochy?

Carol zaprzeczyła powolnym ruchem głowy i szepnęła zdławionym, pełnym obawy głosem:

- Nienawidzę jej... Tak samo Ray. Często obydwoje życzymy jej śmierci.

Lekarka ponownie zmieniła temat.

- Proszę mi coś powiedzieć o pani starszym bracie.

- O Lennoxie? Nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje. Prawie nic nie mówi i porusza się tak, jak gdyby śnił na jawie. Nadine bardzo niepokoi się o niego.

- Lubi pani bratową?

- O, tak! Nadine jest zupełnie inna niż my. Zawsze dobra, życzliwa... Ale wciąż się martwi.

- Z powodu pani brata?

- Tak.

- Od dawna są małżeństwem?

- Już cztery lata.

- I przez cały ten czas mieszkają razem z wami?

- Tak.

- Odpowiada to pani bratowej?

- Nie.

Nastąpiła krótka pauza.

- Jednego razu - podjęła Carol - przeszło cztery lata temu wynikła okropna awantura. Jak już mówiłam, nikt z nas nie wychodzi nigdy z domu... To znaczy wychodzimy do ogrodu, ale nie dalej. Raz pozwolił sobie na to Lennox. Wieczorem wymknął się do Fountain Springs, gdzie była jakaś zabawa taneczna. Mama dowiedziała się o tym i strasznie się gniewała. Okropnie było w domu... Później zaprosiła do nas Nadine, bardzo daleką krewną naszego ojca. Przyjechała na miesiąc i... I nie potrafię wyrazić, jak było nam przyjemnie, że mamy towarzystwo kogoś z zewnątrz. No i Lennox pokochał Nadine, a ona jego i matka powiedziała, że muszą pobrać się zaraz i mieszkać z nami.

- Nadine chętnie się na to zgodziła?

- Czy ja wiem... Nie miała chyba wielkiej ochoty, ale nie protestowała. Dopiero później chciała się wyprowadzić... Oczywiście z Lennoxem.

- Ale zostali, prawda?

- Tak. Matka nawet słyszeć nie chciała o rozstaniu. - Carol umilkła na chwilę. - Myślę, że teraz nie lubi Nadine. A Nadine jest... jest jakaś dziwna. Nie wiadomo nigdy, co rzeczywiście myśli. Usiłuje pomagać Jinny, a mamie wcale się to nie podoba.

- Jinny to pani młodsza siostra?

- Tak. Naprawdę ma na imię Ginevra.

- Czy ona również nie jest szczęśliwa? Carol bezradnie rozłożyła ręce.

- Czy ja wiem? Ostatnio zachowuje się... zachowuje się bardzo dziwnie. Nic a nic jej nie rozumiem. Zawsze była delikatna i mama trzęsła się nad nią, a jej wcale to nie pomagało. Przeciwnie. A ostatnio dzieje się z nią coś naprawdę niedobrego. Czasami boję się Jinny, bo... bo ona nie zawsze wie, co robi.

- Była u lekarza?

- Nie. Nadine wspominała o tym, ale mama powiedziała: Nie! No i Jinny strasznie się rozhisteryzowała, zaczęła płakać, krzyczeć, że do żadnego doktora nie pójdzie. Bardzo niepokoję się o nią - westchnęła Carol i wstała niespodziewanie. - Nie mogę trzymać pani dłużej. Bardzo pani dobra, że pozwoliła mi przyjść tutaj, pomówić z sobą. Chyba musimy wydawać się pani bardzo dziwną rodziną.

- Ostatecznie wszyscy jesteśmy dziwni w ten czy inny sposób - powiedziała swobodnie Sara. - Proszę przyjść do mnie jeszcze i przyprowadzić brata.

- Naprawdę? Pozwoli pani?

- Ma się rozumieć. Będzie to coś w rodzaju sekretnego sprzysiężenia. Chciałabym też poznać państwa z jednym moim znajomym, doktorem Gerardem.

- To wszystko bardzo zabawne - ożywiła się dziewczyna. - Byleby tylko matka nas nie przyłapała.

- Nie przyłapie! Dobranoc, Carol. Więc umowa stoi? Jutro o tej samej porze?

- Tak. Pojutrze może już nas tu nie być - powiedziała Carol i ruszyła bezszelestnie korytarzem.

O piętro wyżej otworzyła cicho drzwi swojego pokoju i stanęła na progu jak skamieniała. Pani Boynton ubrana w purpurowy szlafrok siedziała w fotelu przed kominkiem.

- Oo!... - krzyknęła cicho dziewczyna, gdy przeszyło ją spojrzenie ciemnych oczu.

- Gdzie chodziłaś, Carol?

- Bo ja... Tylko...

- Gdzie byłaś? - padło pytanie wypowiedziane cichym, przejmującym głosem, którego dźwięk przejmował zawsze grozą biedną Carol.

- U panny King... Sary King.

- Tej, która wczoraj zaczepiła Raymonda?

- Tak, mamo.

- Chciałabyś się jeszcze do niej wybrać? Dziewczyna bezdźwięcznie poruszyła wargami. Przytaknęła skinieniem głowy.

- Kiedy?

- Jutro o tej samej porze.

- Nie pójdziesz. Rozumiesz?

- Tak, mamo.

Starsza pani zaczęła dźwigać się z fotela. Dziewczyna odruchowo pospieszyła jej z pomocą.

Pani Boynton, podpierając się laską, ruszyła wolnym krokiem. Przy drzwiach odwróciła się, spojrzała na wystraszoną pasierbicę.

- Nie będziesz miała nic wspólnego z tą King. Rozumiesz?

- Tak, mamo.

- Powtórz to wyraźnie.

- Nie będę miała z nią nic wspólnego.

- Pamiętaj! - rzuciła starsza pani i wyszła.

Carol załamała się. Rzuciła się na łóżko i wybuchnęła rozpaczliwym płaczem. Miała wrażenie, że otwarł się przed nią wspaniały widok pełen słonecznych blasków, drzew i kwiatów, a później nagle zamknęły się znów wokół niej czarne mury.

 

ROZDZIAŁ VII

 

- Mogłabym porozmawiać z panią chwilkę?

Nadine Boynton odwróciła się i nie bez zdziwienia spojrzała w śniadą twarz nieznajomej młodej kobiety.

- Naturalnie - odpowiedziała i jak gdyby z lękiem rozejrzała się dokoła.

- Nazywam się Sara King.

- Tak... Słucham?

- Proszę pani, to, co zamierzam powiedzieć, może wydać się bardzo dziwne. Wczoraj wieczorem odbyłam długa rozmowę z pani szwagierką.

- Rozmawiała pani z Ginevrą? - zapytała Nadine i cień niepokoju omroczył jej skupioną zazwyczaj twarz.

- Nie. To była Carol. Cień niepokoju zniknął.

- Aa... Carol... Jak pani tego dokonała?

- Przyszła do mojego pokoju... późno w nocy - wyjaśniła Sara i spojrzawszy na depilowane brwi, których łuk uniósł się na białym czole, dodała z zakłopotaniem: - To wszystko musi wydać się pani bardzo dziwne.

- Nie. Jestem zadowolona, bardzo zadowolona, że Carol znalazła przyjaciółkę i może z nią porozmawiać.

- Porozumiałyśmy się bardzo łatwo - podjęła lekarka, dobierając starannie słów - i, przyznaję otwarcie, umówiłyśmy się na następny wieczór.

- I co?

- Ona się nie pokazała.

- Aa... Nie przyszła?

Głos Nadine zabrzmiał tonem chłodnego zastanowienia. Z jej spokojnej twarzy Sara nie mogła nic wyczytać.

- Tak. Wczoraj spotkałyśmy się w holu. Zagadnęłam ją i nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Spojrzała tylko na mnie i odeszła. Odeszła szybko, proszę pani.

- Rozumiem.

Nastąpiła kłopotliwa cisza i Sara nie bardzo wiedziała, co mówić dalej.

- To przykre - podjęła Nadine - ale Carol bywa czasami dziwna. Jest bardzo nerwowa.

Znowu rozmowa się urwała i panna King, zebrawszy całą odwagę, podjęła:

- Proszę pani, jestem lekarką. Myślę, że lepiej byłoby dla pani szwagierki, gdyby nie odseparowywała się tak od ludzi.

Nadine spojrzała na nią bystro.

- Aa... Pani jest lekarką. To zmienia postać rzeczy.

- Rozumie pani, oczywiście, do czego zmierzam? - natarła znowu Sara.

Nadine - skupiona wciąż i zamyślona - twierdząco skinęła głową.

- Tak. I naturalnie ma pani słuszność. Ale istnieją pewne trudności. Moja świekra to osoba poważnie chora, cierpiąca między innymi na patologiczną odrazę w stosunku do obcych przenikających jej rodzinne kółko.

- Przecież Carol jest dorosła, pełnoletnia - obruszyła się młoda lekarka.

- Nic podobnego. Jest dorosła pod względem fizycznym, lecz nie umysłowym. Podczas rozmowy z nią musiała to pani zauważyć. Z pewnością w niebezpiecznej sytuacji zachowałaby się jak wystraszone dziecko.

- Podejrzewa pani, że właśnie zaszło coś takiego i Carol zachowała się jak wystraszone dziecko?

- Podejrzewam, proszę pani, że moja świekra zażądała, aby ona nie rozmawiała z panią więcej.

- A Carol uległa?

- Czy wyobraża sobie pani, że mogłaby postąpić inaczej?

Spojrzały sobie w oczy i panna King odczuła, że poza osłoną zdawkowych słów rozumieją się doskonale. Jej zdaniem Nadine trafnie oceniała sytuację, lecz nie była przygotowana do rozmowy na ten temat.

Sara była zniechęcona, przykro rozczarowana. Po tej nocnej rozmowie z Carol sadziła, że w połowie wygrała bitwę. Dzięki potajemnym schadzkom natchnie dziewczynę duchem buntu... ją i jej brata, o którego los, być może, najbardziej jej chodzi. Ale w następnej rundzie została haniebnie pokonana przez to opasłe cielsko spoglądające na świat łakomymi i złymi oczyma. Carol poddała się bez walki.

- To bardzo źle! - zawołała lekarka.

Nadine nic nie odpowiedziała, ona zaś odczuła to milczenie, jak uścisk lodowatej dłoni. Pomyślała: "Ona lepiej niż ja rozumie beznadziejność tych warunków. Od lat w nich żyje!"

Z otwartych raptownie drzwi windy wyłoniła się starsza pani Boynton wsparta na lasce oraz ramieniu Raymonda. Sara wzdrygnęła się lekko. Zauważyła, że ciemne, złe oczy przeniosły się z niej na Nadine i z powrotem. Przygotowana była, że w wyrazie tych oczu dostrzeże głęboką niechęć, nawet nienawiść. Ale nie spodziewała się wyrazu, jaki zobaczyła - wyrazu złośliwego triumfu. Szybko odwróciła głowę. Równie szybko Nadine przyłączyła się do świekry i jej syna.

- Aa... Jesteś, Nadine - przemówiła starsza pani. - Chcę posiedzieć tu chwilę, odpocząć, nim wyjdę z hotelu.

Usadowiła się na krześle z wysokim, prostym oparciem. Nadine zajęła miejsce obok niej.

- Z kim rozmawiałaś, Nadine?

- Z panną King.

- Aa... To ta, co któregoś wieczora zaczepiła Raymonda. Ray! Mógłbyś z nią teraz porozmawiać. Spójrz. Siedzi sama przy tamtym biurku w rogu - powiedziała pani Boynton i z jadowitym uśmiechem spojrzała na syna.

Chłopiec zarumienił się mocno i coś wymamrotał.

- Co mówisz, synku?

- Nie chcę z nią rozmawiać.

- Tego się spodziewałam. Oczywiście. Ale nie bardzo potrafiłbyś rozmawiać, nawet gdybyś chciał. - Zaniosła się chrapliwym kaszlem. - Świetnie bawię się podczas tej podroży, Nadine. Nie zrezygnowałabym z niej za skarby świata.

- Naprawdę? - powiedziała Nadine bezbarwnym głosem.

- Ray!

- Słucham, mamo?

- Przynieś mi kartkę papieru z biurka tam w rogu. Chłopiec wstał i odszedł posłusznie, a Nadine uniosła głowę, by spojrzeć nie na niego, lecz w twarz świekry. Pani Boynton odprowadzała syna wzrokiem szyderczym, pełnym złośliwej uciechy. Ray prawie otarł się o Sarę, która popatrzyła na niego z nadzieją i spochmurniała znowu, gdy sięgnął szybko po papier i równie szybko wrócił na dawne miejsce. Był śmiertelnie blady. Czoło miał zroszone kroplami potu.

- Aa... - westchnęła cicho starsza pani i nagle dostrzegła w zwróconych ku sobie oczach synowej coś, co rozdrażniło ją najwidoczniej. - Gdzież to obraca się pan Cope? - rzuciła pytanie.

Nadine spuściła wzrok.

- Nie wiem. Nie widziałam go dzisiaj - odpowiedziała łagodnym jak zwykle tonem.

- Lubię go, bardzo lubię - podjęła świekra. - Musimy częściej się z nim widywać. Odpowiadałoby ci to, Nadine? Prawda?

- Tak. Ja też bardzo go lubię.

- Co się dzieje ostatnio z twoim mężem? Jest jakiś otępiały, milczący. Chyba nie ma nieporozumień między wami?

- Czemu miałyby być?

- Ha! Różnie bywa. W małżeństwie nie zawsze wszystko układa się gładko. Może czulibyście się lepiej we własnym domu?

Nadine milczała.

- I co? Nie odpowiada ci taki pomysł?

- Nie sądzę, by mamie odpowiadał - uśmiechnęła się synowa.

Pani Boynton zmrużyła oczy.

- Ty zawsze byłaś przeciwko mnie, Nadine - rzuciła szorstko, jadowicie.

- Przykro mi, że mama jest takiego zdania - padła spokojna odpowiedź.

Starsza pani pochyliła się, mocno oparła na lasce. Jej twarz posiniała jeszcze bardziej.

- Zapomniałam wziąć krople - podjęła innym już tonem. - Pójdziesz po nie, Nadine?

- Naturalnie.

Młoda kobieta wstała i pospieszyła w stronę windy. Stara odprowadziła ją spojrzeniem. Raymond siedział bez ruchu w fotelu: oczy miał szkliste, udręczone.

Nadine wjechała na górę i weszła do apartamentu zajmowanego przez rodzinę Boyntonów. Lennox siedział przy oknie w bawialni. Miał w ręku książkę, ale nie czytał.

- Oo... Nadine... - powiedział tak, jak gdyby się ocknął.

- Matka zapomniała wziąć krople - wyjaśniła. - Przysłała mnie po nie.

Poszła do sypialni świekry, gdzie uważnie odliczyła przepisaną dozę i kieliszek dopełniła wodą. Później, w drodze powrotnej przez bawialnię, przystanęła.

- Lennox...

Odpowiedział po dobrej chwili, jak gdyby słowo musiało odbyć długą drogę, nim trafiło do niego.

- Aha... Co powiesz? - zapytał wreszcie.

Ostrożnie postawiła na stole kieliszek z lekarstwem, aby następnie podejść i stanąć obok męża.

- Spójrz w okno, Lennox, na jasne słońce, na życie. Jakie to wszystko piękne, prawda? I my moglibyśmy być tam, nie tkwić tu i patrzeć na świat przez szyby.

- Aha... - i tym razem nie odpowiedział od razu. - Chcesz tam pójść?

- Tak! - podchwyciła żywo. - Chcę pójść z tobą, w słońce, w światło, do życia. Chcę być tylko z tobą.

Ciężko opadł na fotel.

- Nadine... moja droga... Czy jeszcze raz musimy omawiać te sprawy?

- Tak. Musimy. Odejdźmy, Lennox. Rozpocznijmy gdzieś własne życie.

- Jak? Gdzie? Przecież nie mamy pieniędzy.

- Pieniądze można zarabiać.

- Jak? Gdzie? Co moglibyśmy robić? Ja nic nie umiem, a dziś wśród bezrobotnych są tysiące fachowców. Nie. Nie poradzilibyśmy sobie.

- Ja zapracuję na nas obydwoje.

- Kochane dziecko! Nie ukończyłaś nawet kursu dla pielęgniarek. Sprawa jest beznadziejna, z góry przegrana.

- Nic podobnego! Sprawa beznadziejna i z góry przegrana to nasze teraźniejsze życie.

- Sama nie wiesz, co mówisz, Nadine. Matka jest dla nas bardzo dobra. Zapewnia nam dostatek, daje wszystko...

- Wszystko z wyjątkiem wolności! - przerwała. - Zdobądź się na odwagę, Lennox. Odejdź ze mną dziś... Zaraz!

- Czy ty oszalałaś, Nadine? Coś na to wygląda...

- Nie! Jestem zdrowa i przytomna, absolutnie przytomna. Ale chcę mieć własne życie... Z tobą... Dla ciebie... Pośród słonecznego światła, nie w cieniu starej baby, która tyranizuje cię i delektuje się twoją męką.

- Mama jest, być może, apodyktyczna, ale...

- Jest obłąkana! Umysłowo chora!

- Nie, Nadine - zaprotestował miękko. - Ona ma doskonałą głowę do interesów.

- Może... Nie przeczę.

- Posłuchaj, Nadine. Ona nie może żyć wiecznie. Ma blisko sześćdziesiąt lat i jest słabego zdrowia. Po jej śmierci majątek ojca zostanie podzielony między nas, w równych częściach. Pamiętasz chyba, że czytała nam raz testament ojca?

- Po jej śmierci, Lennox, może być za późno.

- Za późno?

- Tak! Za późno na szczęście.

- Za późno na szczęście - powtórzył szeptem i wzdrygnął się nerwowo.

Nadine przysunęła się bliżej, położyła dłoń na ramieniu męża.

- Posłuchaj - zaczęła znowu. - Ja cię kocham. Między mną i twoją matką trwa walka. Po czyjej opowiesz się stronie?

- Zawsze po twojej.

- Więc postąp tak, jak mówię.

- To niemożliwe...

- Nic podobnego! Możliwe! Pomyśl, że moglibyśmy mieć dzieci.

- Matka życzy sobie, żebyśmy mieli dzieci. Nieraz to powtarzała.

- Wiem. Za to ja nie wydam na świat istoty, która miałaby żyć w cieniu, w jakim ty byłeś wychowywany. Twoja matka może wywierać wpływ na ciebie, ale nade mną nie ma władzy.

- Ty drażnisz ją, Nadine - wymamrotał Lennox. - Nierozsądnie postępujesz.

- Nie ja ją drażnię, Lennox. Czasami bywa zła, lecz przede wszystkim dlatego, że nie potrafi mi narzucić swojej woli.

- Rzeczywiście... Zawsze odnosisz się do matki tak łagodnie, uprzejmie. Cudowna jesteś, Nadine. Zbyt doskonała dla mnie. Od początku byłaś taka. Jak powiedziałaś, że godzisz się wyjść za mnie, myślałem, że to jakiś fantastyczny sen.

- Popełniłam błąd, wychodząc za ciebie - powiedziała spokojnie.

- Tak... Popełniłaś błąd - przyznał bezradnie.

- Nic nie rozumiesz. Chodzi o to, że usłuchałbyś mnie niezawodnie, gdybym wyjechała wtedy i zażądała, abyś i ty wyjechał. Tak! Usłuchałbyś z całą pewnością... Ale wtedy nie byłam wystarczająco mądra, by zrozumieć twoją matkę, odgadnąć, czego sobie życzy. - Zamilkła na chwilę. - Nie chcesz odejść? Odrzucasz moją propozycję? Trudno! Nie potrafię cię zmusić. Ale ja jestem wolna i mogę... muszę odejść. Odejdę!

Popatrzył na nią z niedowierzaniem i po raz pierwszy odpowiedział szybko, jak gdyby ospały nurt jego myśli uległ nagłemu przyśpieszeniu.

- Jak to? To wykluczone. Matka ci nie pozwoli...

- Nie może mnie zatrzymać.

- Nie masz przecież pieniędzy.

- Pieniądze da się pożyczyć, wyżebrać, ukraść! Zrozum wreszcie, Lennox, że twoja matka nie ma władzy nade mną! Mogę odejść czy zostać; postąpić tak, jak sama postanowię. Sądzę, że dostatecznie długo znosiłam to życie.

- Nie opuszczaj mnie, Nadine... Nie porzucaj... - westchnął bezradnie jak dziecko.

Nadine spojrzała nart i na moment odwróciła głowę, aby nie dostrzegł bólu w jej oczach. Później uklękła obok męża.

- Więc odejdź ze mną. Odejdź! Potrafisz się na to zdobyć, jeżeli naprawdę zechcesz!

Odsunął się od niej.

- Nie! Nie będę mógł, Nadine... Zabraknie mi... Mój Boże! Zabraknie mi odwagi....

 

ROZDZIAŁ VIII

 

Doktor Gerarad wszedł do agencji turystycznej i zastał tam Sarę King.

- Oo! Dzień dobry - przywitała go. - Omawiam właśnie wycieczkę do Petry i dowiedziałam się, że pan też się zdecydował.

- Tak. Jakoś pomieszczę się w czasie.

- Jak to miło.



dalej


strona główna
(23kB)