(23kB)
strona główna

 

 

 

AGATHA CHRISTIE

PUŁAPKA NA MYSZY



PRZEŁOŻYŁA ADELA DRAKOWSKA

TYTUŁ ORYGINAŁU TREE BLIND MICE

Ślepe myszki trzy,

Ślepe myszki trzy,

Spójrz, jak one biegną,

Spójrz, jak one biegną.

Pobiegły wszystkie do farmera żony,

Ona ostrym nożem obcięła im ogony.

Czy kto widział w życiu lub słyszał

O trzech ślepych, małych myszkach?

 

PUŁAPKA NA MYSZY

Było bardzo zimno. Na niebie kłębiły się mroczne i ciężkie śniegowe chmury.

Mężczyzna w ciemnym palcie, z szalikiem owiniętym wokół twarzy i w kapeluszu spuszczonym na oczy pojawił się na Culver Street i wszedł na stopnie domu pod numerem siedemdziesiątym czwartym. Przycisnął dzwonek i w suterenie poniżej rozległ się przenikliwy dźwięk.

Pani Casey, zajęta zmywaniem, stwierdziła z goryczą:

- Przeklęty dzwonek. Nigdy nie ma człowiek spokoju.

Lekko sapiąc, z trudem wspięła się po schodkach i otworzyła drzwi. Sylwetka stojącego mężczyzny zarysowała się na tle nisko zasnutego chmurami nieba.

- Pani Lyon? - spytał szeptem.

- Drugie piętro - odparła pani Casey. - Może pan wejść na górę. Czy ona pana oczekuje? - Mężczyzna powoli skinął głową. - Niech więc pan wejdzie i zapuka.

Obserwowała go, gdy wspinał się po schodach wyłożonych podniszczonym chodnikiem. Później powiedziała, że mężczyzna zrobił na niej dziwne wrażenie. Ale w tej chwili pomyślała jedynie, że musi być okropnie przeziębiony, skoro może tylko szeptać w ten sposób - zresztą nie było się czemu dziwić w taką pogodę.

Znalazłszy się za zakrętem schodów, mężczyzna zaczął cicho pogwizdywać. Gwizdał melodię Ślepe myszki trzy.

Molly Davis cofnęła się na drogę i spojrzała na świeżo wymalowaną tablicę na bramie.

Monkswell Manor

Pensjonat

Pokiwała głową z uznaniem. Zrobione zupełnie fachowo. No, można powiedzieć, prawie fachowo. Wprawdzie „t” w słowie „pensjonat” wychylało się troszkę do góry, a końcówka „Manor” była leciutko ścieśniona, ale ogólnie rzecz biorąc Giles wykonał wspaniale robotę. Doprawdy, Giles był bardzo zdolny. Tyle rzeczy potrafił zrobić. Stale dokonywała nowych odkryć na temat własnego męża. Mówił o sobie tak mało, że dopiero stopniowo dowiadywała’ się, ile rozmaitych umiejętności posiadał. Mężczyzna, który służył w marynarce, zawsze jest „złotą rączką” - jak mówili ludzie.

Bez wątpienia w ich nowym przedsięwzięciu Gilesowi przydadzą się wszystkie te talenty. Nikt bowiem nie mógł być bardziej niedoświadczony w prowadzeniu pensjonatu niż ona i Giles. Ale to mogło być nawet zabawne. I rozwiązywało problemy mieszkaniowe.

To był pomysł Molly. Kiedy ciotka Catherine zmarła i prawnicy przekazali Molly wiadomość, że odziedziczyła Monkswell Manor, pierwszą reakcją młodego małżeństwa była chęć sprzedania domu. Giles wtedy zapytał: „Jak on wygląda?” A Molly odparła: „Och, duży, zbudowany bez stylu stary dom, pełen ciężkich, staromodnych wiktoriańskich mebli. Dość ładny ogród, ale strasznie zapuszczony od czasu wojny, ponieważ został tam tylko jeden, stary ogrodnik”.

Tak więc zdecydowali się wystawić dom na sprzedaż i zatrzymać jedynie trochę mebli do urządzenia własnego małego domku lub mieszkania.

Lecz od razu pojawiły się dwie przeszkody. Po pierwsze nie można było znaleźć żadnego małego domku ani mieszkania, a po drugie wszystkie meble były olbrzymie.

- Dobrze - powiedziała Molly. - Sprzedajmy więc wszystko razem. Przypuszczam, że to się uda?

Doradca prawny zapewnił ich, że w dzisiejszych czasach wszystko można sprzedać.

- Bardzo możliwe - powiedział - że ktoś kupi dom na hotel albo pensjonat, a w takim przypadku kompletne wyposażenie jest mile widziane. Na szczęście dom jest w bardzo dobrym stanie. Zmarła panna Emory dokonała całościowego remontu i modernizacji jeszcze przed wojną i zniszczenia są nieznaczne. Och tak, dom jest zupełnie w porządku.

I właśnie wtedy Molly wpadła na pomysł.

- Giles - powiedziała - dlaczego my sami nie moglibyśmy poprowadzić pensjonatu?

Z początku wyśmiał ten projekt, ale Molly nie dała za wygraną.

- Nie musimy przyjmować dużo ludzi - przynajmniej nie od razu. To dom łatwy do prowadzenia - jest ciepła i zimna woda w sypialniach, centralne ogrzewanie i kuchnia na gaz. Możemy mieć kury i kaczki, własne jajka i warzywa.

- A kto to wszystko będzie robił? Czyż nie jest trudno o służbę?

- Och, sami będziemy musieli pracować. Ale gdziekolwiek byśmy mieszkali, musielibyśmy to robić. Kilka dodatkowych osób wcale nie przysparza dużo więcej pracy. Niewykluczone, że zatrudnimy później kobietę, kiedy już zaczniemy na dobre. Jeśli mielibyśmy tylko pięciu gości i każdy płaciłby siedem gwinei za tydzień… - Molly oddała się, cokolwiek zbyt optymistycznym, pamięciowym rachunkom.

- I pomyśl, Giles - dodała na koniec - to byłby nasz własny dom, z naszymi własnymi rzeczami. W obecnym stanie zanosi się na to, że minie jeszcze wiele lat, nim znajdziemy coś do zamieszkania.

Giles musiał przyznać, ze była to prawda. Po swym pospiesznym ślubie spędzili razem niewiele czasu i teraz pragnęli osiedlić się wreszcie we własnym domu.

A zatem wielki eksperyment ruszył. Ogłoszenia zostały zamieszczone w lokalnej prasie i w Timesie, i nadeszły liczne oferty.

Nadszedł wreszcie dzień, gdy miał przybyć pierwszy gość. Giles wyjechał wcześnie rano samochodem, ażeby zakupić drucianą siatkę z demobilu, którą oferowano na drugim końcu hrabstwa, Molly zaś stwierdziła konieczność udania się do wsi po ostatnie sprawunki.

Jedynie pogoda nie sprzyjała. Przez ostatnie dwa dni było nieznośnie zimno, a teraz zaczął padać śnieg. Molly szła szybko po podjeździe, a gęste, puszyste płatki sypały się na jej nieprzemakalny płaszcz i jasne, kręcone włosy. Prognozy pogody były w najwyższym stopniu przygnębiające. Zanosiło się na ciężką śnieżycę. Molly miała nadzieję, że rury nie pozamarzają. Fatalnie by się stało, gdyby wszystko się popsuło właśnie w momencie, gdy rozpoczynali. Spojrzała na zegarek. Minęła pora podwieczorku. Czy Giles już wrócił? Czy zastanawiał się, gdzie ona jest? „Musiałam ponownie iść do wioski po coś, o czym zapomniałam” - powie mu. A on zapewne roześmieje się i zapyta: „Po więcej konserw?”

Konserwy stanowiły temat ich stałych żartów. Ustawicznie zaprzątali sobie nimi głowę i teraz, na wszelki wypadek, spiżarnia była rzeczywiście zupełnie nieźle zaopatrzona.

Spojrzawszy na niebo, Molly pomyślała z grymasem niezadowolenia na twarzy, że wszystko wskazuje na to, iż owa nagła potrzeba wkrótce zaistnieje.

Dom był pusty. Giles jeszcze nie wrócił. Molly wstąpiła najpierw do kuchni, po czym weszła na górę zrobić przegląd świeżo przygotowanych sypialni. Dla pani Boyle południowy pokój mahoniowy z łóżkiem z baldachimem. Dla majora Metcalfa błękitny pokój dębowy. Dla pana Wrena wschodni z wykuszowym oknem. Wszystkie pokoje wyglądały przyjemnie - i jakież szczęście, że ciotka Catherine posiadała tak imponujący zapas bielizny pościelowej. Molly, wygładziwszy kapę na łóżku, zeszła na dół. Zrobiło się prawie ciemno. Dom wydał się nagle bardzo cichy i pusty. Położony był na odludziu, dwie mile do wioski, dwie mile, jak Molly to określała, donikąd.

Często przebywała w domu sama, lecz nigdy dotąd nie była świadoma tego faktu tak bardzo jak dziś.

Śnieg uderzał łagodnym podmuchem o szyby, co wywoływało stłumiony, niepokojący szum. A jeśli Giles nie będzie mógł wrócić - jeśli śnieg był tak obfity, że samochód nie przejedzie? A jeśli będzie musiała zostać tutaj sama - zostać sama jedna być może całe dnie?

Rozejrzała się po kuchni - duża, wygodna kuchnia wydawała się aż prosić o tęgą, sympatyczną kucharkę rezydującą u szczytu stołu, która chrupałaby rytmicznie twarde jak skała ciasteczka, popijając czarną herbatę - a u jej boku zasiadałyby wysoka, starszawa pokojówka z jednej i okrągła, rumiana sprzątaczka z drugiej strony oraz pomocnica kuchenna na przeciwległym krańcu stołu, patrząca przestraszonym wzrokiem na swoje zwierzchniczki. Lecz zamiast tego była tutaj jedynie ona sama, Molly Davis, grając rolę, w której nie czuła się jeszcze zbyt swobodnie. W tej chwili całe życie wydało jej się nierealne i Giles wydawał się nierealny. A ona grała rolę - tylko odgrywała rolę.

Gdy za oknem przemknął cień, podskoczyła. Obcy mężczyzna szedł po śniegu. Usłyszała trzask i po chwili nieznajomy stanął w otwartych drzwiach otrzepując się. Obcy mężczyzoa wszedł do pustego domu.

I nagle złudzenie pierzchło.

- Och, Giles! - krzyknęła. - Jakże się cieszę, że przyjechałeś!

- Witaj, mój skarbie! Co za okropna pogoda! Mój Boże, cały jestem przemarznięty. - Przytupywał nogami i chuchał w ręce.

Molly machinalnie wzięła płaszcz, który rzucił we właściwy sobie sposób na dębową komodę i powiesiła go na wieszaku, wyjmując z powypychanych kieszeni szalik, gazetę, kłębek sznurka oraz poranną korespondencję, wetkniętą tam w nieładzie. Położyła te przedmioty na kuchennym kredensie i postawiła czajnik na gazie.

- Kupiłeś siatkę? - zapytała. - Nie było cię całe wieki. - Nie znalazłem właściwego rodzaju, niczego, co by nam odpowiadało. Pojechałem jeszcze do drugiego składu, ale również i tam nie mieli nic odpowiedniego. A co ty porabiałaś? Jak sadzę, nikt się jeszcze nie pojawił?

- Pani Boyle przyjedzie dopiero jutro.

- Major Metcalf i pan Wren powinni być tutaj dzisiaj.

- Major Metcalf przysłał kartę z wiadomością, że przyjedzie jutro.

- A więc będziemy sami z panem Wrenem na kolacji. Jak myślisz, jaki on jest? Moim zdaniem, to ktoś w rodzaju emerytowanego urzędnika państwowego.

- A ja myślę, że to artysta.

- W takim razie - powiedział Giles - weźmy lepiej zapłatę za tydzień z góry.

- Och, Giles, oni przecież przywiozą bagaże. Jeśli nie będą płacić, zarekwirujemy je.

- A jeżeli ich bagaże okażą się kamieniami zawiniętymi w gazety? Prawda jest taka, Molly, że nawet w najmniejszym stopniu nie wiemy, na jakie trudności możemy natknąć się w tym interesie. Pozostaje mi żywić nadzieję, że przynajmniej nie zauważą, jakimi nowicjuszami jesteśmy.

- Pani Boyle zauważy z pewnością - stwierdziła Molly. - Ona jest tego rodzaju kobietą.

- Skąd wiesz? Przecież jej nie widziałaś.

Molly odwróciła się. Rozłożyła gazetę na stole, przyniosła kawałek sera i zaczęła go ścierać na tarce.

- Co to jest? - zapytał jej mąż.

- To będzie grzanka z serem po walijsku - poinformowała Molly. - Tarta bułka, tłuczone kartofle i ociupinka sera, aby usprawiedliwić jej nazwę. .

- Czyż nie jesteś uzdolnioną kucharką? - powiedział jej zachwycony mąż.

- Wątpię. Potrafię robić tylko jedną rzecz naraz. Połączenie wielu czynności wymaga dużego doświadczenia. Najgorsze jest śniadanie.

- Dlaczego?

- Ponieważ wszystko dzieje się jednocześnie - jajka i bekon, gorące mleko, kawa i grzanki. Mleko kipi, grzanki się przypalają albo bekon skwierczy, albo jajka stają się twarde. Trzeba miotać się jak poparzony kot, żeby zdążyć wszystkiego przypilnować.

- Będę więc musiał jutro rano zakraść się cichaczem do kuchni, aby obejrzeć sobie to uosobienie poparzonego kota.

- Woda się gotuje - powiedziała Molly. - Może weźmiemy tacę do biblioteki i posłuchamy radia? Już prawie pora na wiadomości.

- Powinniśmy mieć radio również tutaj, ponieważ zanosi się na to, że prawie cały swój czas będziemy spędzać w kuchni.

- Tak. Jakże przyjemne są kuchnie. A tę uwielbiam. Bez wątpienia to najprzyjemniejsze miejsce w całym domu. Lubię kredens i talerze, i po prostu kocham to uczucie obfitości, które budzi przeogromna kuchnia węglowa - chociaż, oczywiście, jestem głęboko wdzięczna, że nie muszę już na niej gotować.

- Przypuszczam, że całoroczny przydział węgla poszedłby w jeden dzień.

- Z pewnością. Ale pomyśl tylko o tych wielkich udźcach, które tutaj pieczono, polędwicach wołowych i baranich combrach. Albo o tych olbrzymich, miedzianych patelniach pełnych dżemu truskawkowego domowej roboty, z funtami i funtami cukru, który się doń wsypywało. Epoka wiktoriańska - jakież to były urocze i przyjemne czasy! Spójrz na meble na górze, duże, solidne i trochę przeładowane ozdobami, ale, och, niebiańsko wygodne, z dużą ilością miejsca na rzeczy, które dawniej posiadano, i każda szuflada wsuwająca i wysuwająca się z taką łatwością. A pamiętasz to eleganckie, nowoczesne mieszkanie, które wynajmowaliśmy? Wszystko wbudowane w ściany, przesuwane - ale nigdy nic się nie suwało, tylko zacinało. I te suwane drzwi, które jeśli w ogóle udało się zamknąć, to nie można ich było otworzyć.

- Tak, to najgorsza strona wynalazków. Jeśli nie funkcjonują prawidłowo, jesteś załatwiony.

- No chodź, posłuchajmy wiadomości.

Wiadomości poświęcone były głównie ponurym ostrzeżeniom na temat pogody, niezmiennemu impasowi w sprawach zagranicznych, gwałtownym kłótniom w parlamencie oraz morderstwu na Culver Street w Paddington.

- Och! - powiedziała Molly, wyłączając radio. - Same nieszczęścia. Czy oni się spodziewają, że będziemy siedzieć i marznąć? Myślę, że nie powinniśmy otwierać pensjonatu zimą. Trzeba było poczekać do wiosny. - Po chwili dodała innym tonem: - Zastanawiałam się, jaka to była kobieta, którą zamordowano.

- Pani Lyon?

- Tak się nazywała? Ciekawa jestem, kto ją zamordował i dlaczego.

- Być może miała majątek ukryty pod podłogą.

- Kiedy mówi się, że policja pragnie przesłuchać mężczyznę „widzianego w. okolicy”, czy to oznacza, że on właśnie jest mordercą?

- Myślę, że zazwyczaj tak, tyle że powiedziane w łagodnej formie.

„Przeraźliwy dźwięk dzwonka sprawił, że oboje podskoczyli.

- To do frontowych drzwi - powiedział Giles. - Wchodzi morderca - dodał żartobliwym tonem.

- Mogłoby tak być. Oczywiście, w teatrze. Pospiesz się. To z pewnością pan Wren. Zaraz się przekonamy, kto miał rację na jego temat, ty czy ja.

Pan Wren wszedł z impetem do środka, wnosząc ze sobą śnieżną zawieruchę. Stojąc w drzwiach biblioteki, Molly mogła dostrzec jedynie sylwetkę przybysza zarysowaną na tle białego światła na dworze. Jak podobni do siebie - pomyślała - stają się wszyscy mężczyźni w uniformach swojej cywilizacji. Ciemny płaszcz, szary kapelusz, szalik wokół szyi.

W chwilę później Giles zatrzasnął drzwi przed śnieżnym żywiołem, a pan Wren zdejmował szalik, stawiał walizkę i zrzucał kapelusz - wszystko, jak się zdawało, robiąc naraz - i jednocześnie mówił. Miał wysoki, nieomal kłótliwy głos i w świetle okazał się młodym mężczyzną o rozwichrzonej, jasnej, spalonej słońcem czuprynie i bladych, niespokojnych oczach.

- Straszna, aż nadto straszna - mówił. - Angielska zima W swoim najgorszym wydaniu - jak u Dickensa - Scrooge i Mafy Tim, i co tam jeszcze. Potrzeba niebywałego hartu, żeby stawić temu czoła. Nie sądzicie państwo? Odbyłem okropną podróż na przełaj Walii. Czy pani jest panią Davis? Jestem doprawdy zachwycony. - Ręka Molly została uwięziona w krótkim, kościstym uścisku. - Bynajmniej nie tak sobie panią wyobrażałem. Sądziłem, że przyjdzie mi poznać wdowę po generale armii indyjskiej. Straszliwie zasadniczą, wyniosłą memsahib, rozumie pani - Benares, coś w tym guście - maniery, jakżeby nie, prawdziwie wiktoriańskie. Tymczasem - boska, po prostu boska! Czy ma pani woskowe kwiaty? A może rajskie ptaki? Och, już wiem na pewno, że pokocham to miejsce. Obawiałem się, wie pani, że to będzie bardzo staromodna, bardzo pańska rezydencja - ma się rozumieć pełna grawerowanych mosiądzów z Benares. Tymczasem dom jest cudowny - kwintesencja prawdziwie wiktoriańskiego dostojeństwa. Proszę mi powiedzieć, czy macie państwo jeden z tych pięknych kredensów - mahoń - purpurowośliwkowy mahoń, z wielkimi, rzeźbionymi owocami?

- Faktycznie, mamy - powiedziała Molly nieco, ogłuszona tym potokiem słów.

- Nie! Mogę go zobaczyć? Zaraz. To tutaj?

Jego porywczość była trochę niepokojąca. Przekręcił klamkę w drzwiach do jadalni i zapalił światło. Molly weszła za nim do środka, kątem oka dostrzegając dezaprobatę na twarzy Gilesa.

Pan Wren przesunął swoimi długimi, kościstymi palcami po kunsztownym rzeźbieniu masywnego kredensu, wydając krótkie okrzyki zachwytu. Następnie obdarzył swoją gospodynię pełnym wyrzutu spojrzeniem.

- Nie ma dużego mahoniowego stołu jadalnego? Zamiast tego te wszystkie małe stoliczki porozrzucane tu i tam?

- Sądziliśmy, że goście tak będą woleli - odparła Molly.

- Oczywiście, moja droga, ma pani zupełną rację. Dałem się ponieść swemu sentymentowi dla tamtej epoki. Rzecz jasna, jeśli posiadałaby pani taki stół, powinna mieć pani również odpowiednią rodzinę skupioną wokół niego. Surowy i przystojny ojciec z brodą, płodna, przywiędła matka, jedenaścioro dzieci, sroga guwernantka i jakaś „biedna Harriet” - uboga krewna, działająca jako pomoc do wszystkiego i głęboko wdzięczna, że ofiarowano jej porządny dom. Proszę spojrzeć na to palenisko i pomyśleć o płomieniach skaczących od kominka i parzących w plecy biedną Harriet.

- Zaniosę pańską walizkę na górę - przerwał Giles. - Wschodni pokój?

- Tak - potwierdziła Molly.

Pan Wren wyskoczył za Gilesem do holu.

- A czy jest tam łóżko z perkalowym baldachimem w małe różyczki? - spytał.

- Nie, nie ma - odrzekł Giles i zniknął za zakrętem schodów.

- Nie wierzę, żeby pani mąż mnie polubił - powiedział pan Wren. - W czym on służył? W marynarce?

- Tak.

- Tak też myślałem. Oni są znacznie mniej tolerancyjni niż ci z sił lądowych i lotnictwa. Jak długo jesteście po ślubie? Jest pani w nim bardzo zakochana?

- Może zechciałby pan wejść i obejrzeć pokój.

- Tak, oczywiście. To było impertynenckie z mojej strony. Ale naprawdę chciałem wiedzieć - to znaczy - to interesujące wiedzieć wszystko o ludziach, nie sądzi pani? Rzecz jasna, nie to, kim są i co robią, tylko co czują i myślą.

- Przypuszczam - powiedziała Molly poważnym tonem - że pan jest panem Wrenem?

Młody człowiek nagle przystanął, schwycił się za głowę i począł szarpać za włosy.

- Ależ to straszne - nigdy nie robię najpierw tego, co należy. Oczywiście, nazywam się Christopher Wren - tylko proszę się nie śmiać. Moi rodzice byli niezwykle romantyczną parą. Mieli nadzieję, że zostanę architektem. Uznali za wspaniały pomysł ochrzcić mnie Christopher - w pewnym sensie to już pół drogi do celu.

- I jest pan architektem? - spytała Molly, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

- Tak - powiedział pan Wren z triumfem w głosie. - Przynajmniej, jak się zdaje, jestem tego bliski. Nie mam jeszcze pełnych kwalifikacji. W każdym razie to dobitny przykład, że choć raz spełniły się pobożne życzenia. Proszę sobie wyobrazić, że teraz moje nazwisko stanie się zawadą. Co prawda nigdy nie będę prawdziwym Christopherem Wrenem, tym niemniej osiedla z prefabrykatów projektowane przez Chrisa Wrena mogą zdobyć sławę.

Giles zszedł na dół, więc Molly zaproponowała:

- Teraz pokażę panu pokój, panie Wren.

Kiedy w kilka minut później zjawiła się na dole, Giles zapytał:

- Jak mu się podobały dębowe meble?

- Tak bardzo zależało mu na łóżku z baldachimem, że zamieniłam mu pokój na różany.

Giles chrząknął i mruknął pod nosem coś, co kończyło się: „… młody pajac”.

- Posłuchaj, Giles - powiedziała Molly poważnym tonem. - Nie urządzamy domowego przyjęcia. To jest interes. Więc czy lubisz Christophera Wrena, czy nie…

- Nie lubię - wtrącił Giles.

- … nie ma to nic do rzeczy. Płaci nam siedem gwinei za tydzień i tylko to się liczy.

- Tak, jeśli płaci.

- Ależ zgodził się zapłacić. Otrzymaliśmy jego list.

- Czy przeniosłaś jego walizkę do różanego pokoju?

- Zaniósł ją sam, oczywiście.

- Bardzo szarmancki. Lecz i tak byś się nie przędźwignęła. Z pewnością nie ma w niej kamieni owiniętych w gazetę. Jest tak lekka, ze obawiam się, iż prawdopodobnie nic w niej nie ma.

- Szsz… Nadchodzi - oznajmiła Molly ostrzegawczo.

Christopher Wren został wprowadzony do biblioteki, która zdaniem Molly wyglądała doprawdy przytulnie ze swoimi dużymi fotelami i polanami płonącymi na kominku. Kolacja miała być za pół godziny, a w odpowiedzi na pytanie gościa Molly wyjaśniła, że w tej chwili nie ma jeszcze innych osób. Christopher zaś zaproponował, czy wobec tego nie mieliby nic przeciwko, jeśliby poszedł do kuchni i pomógł.

- Potrafię usmażyć omlet, jeśli pani sobie życzy - powiedział ochoczo.

Następne czynności odbyły się w kuchni i Christopher ostatecznie pomógł w zmywaniu.

Tak czy inaczej Molly wyczuła, że nie był to zupełnie właściwy początek jak na typowy pensjonat, a Gilesowi całkiem się to nie podobało. „Och, mniejsza z tym - pomyślała Molly, kładąc się spać. - Jutro przyjadą następni goście i wszystko potoczy się inaczej”.

Ranek przywitał ich ciemnymi chmurami i śniegiem. Giles miał ponurą minę i Molly również podupadła na duchu. Zanosiło się na to, że pogoda wszystko skomplikuje.

Taksówka, którą przybyła pani Boyle, miała łańcuchy na kołach, a jej kierowca przyniósł pesymistyczne informacje o stanie dróg.

- Do zmroku porobią się zaspy - zapowiedział.

Pani Boyle swą osobą nie rozjaśniła panującego przygnębienia. Była mocno zbudowaną, groźnie wyglądającą kobietą. O donośnym głosie i władczym sposobie bycia. Jej wrodzoną agresywność pogłębiła jeszcze wojenna działalność, kiedy nieustępliwość i wojowniczość stały się cechami szczególnie użytecznymi.

- Jeśli nie miałabym przekonania, że jest to dobrze prosperująca firma, nigdy bym tu nie przyjechała - zakomunikowała. - Naturalnie, myślałam, że pensjonat jest prawidłowo założony i prowadzony według fachowych zasad.

- Nie jest pani zobowiązana tu pozostać, jeśli nie czuje się pani usatysfakcjonowana, pani Boyle - odparł Giles.

- Oczywiście. I sądzę, że właśnie tak uczynię.

- A więc, być może, pani Boyle, chciałaby pani zamówić taksówkę - powiedział Giles. - Drogi nie zostały jeszcze zablokowane. Jeśli zaszło tu jakieś nieporozumienie, prawdopodobnie będzie lepiej, jeżeli uda się pani gdzie indziej. - I dodał: - Otrzymaliśmy tak wiele ofert, że z łatwością znajdziemy kogoś na pani miejsce. Oczywiście, w przyszłości będziemy pobierać większą opłatę za nasze pokoje.

Pani Boyle rzuciła mu ostre spojrzenie.

- Z pewnością nie odjadę; zanim nie sprawdzę, jak tu jest. Może byłaby pani tak uprzejma dostarczyć mi duży ręcznik kąpielowy, pani Davis. Nie jestem przyzwyczajona wycierać się chusteczką do nosa.

Giles posłał Molly szeroki uśmiech za plecami odchodzącej pani Boyle.

- Kochanie, byłeś cudowny - powiedziała Molly. - Wspaniale stawiłeś jej czoła.

- Tacy ludzie łatwo spuszczają z tonu, jeśli użyje się przeciw nim ich własnej broni - odparł Giles.

- Och, mój drogi - powiedziała Molly - ciekawa jestem, jak też ona się zgodzi z Christopherem Wrenem.

- Nie zgodzi się - odrzekł Giles.

I rzeczywiście, jeszcze tego samego popołudnia pani Boyle powiedziała do Molly z wyraźną dezaprobatą w głosie:

- To bardzo dziwny, młody człowiek.

Piekarz, który przybył dostarczyć chleb, wyglądał niczym badacz polarny. Ostrzegł, że jego następna wizyta za dwa dni może nie dojść do skutku.

- Wszędzie zatory - oznajmił. - Mam nadzieję, że porobiła pani zapasy?

- Och, tak - odparła Molly. - Mamy dużo puszek. Mimo to lepiej będzie, jeśli wezmę dodatkową mąkę.

Przypomniała sobie mgliście, że Irlandczycy wypiekali coś, co nazywało się chlebem sodowym. Jeśli nie będzie innego wyjścia, może uda jej się to zrobić.

Piekarz przywiózł również gazety, które Molly wyłożyła na stoliku w holu. Sytuacja międzynarodowa straciła na swej doniosłości. Pogoda i morderstwo pani Lyon zajmowały pierwszą stronę.

Wpatrywała się w niewyraźne zdjęcie twarzy zmarłej kobiety, kiedy usłyszała za sobą głos Christophera Wrena:

- Nikczemny mord, nie sądzi pani? Pospolicie wyglądająca kobieta i jakże pospolita ulica. Trudno podejrzewać, by kryła się za tym jakaś historia, czyż nie?

- Nie mam żadnych wątpliwości - odezwała się pani Boyle pogardliwym tonem - że ta kreatura dostała tylko to, na co sobie zasłużyła.

- Och - zwrócił się do niej z ujmującym uśmiechem pan Wren. - A więc sądzi pani, że to bez wątpienia morderstwo na tle seksualnym, czy tak?

- Nic takiego nie sugerowałam, panie Wren.

- Ona została uduszona, prawda? - Wyciągnął swoje długie, białe dłonie. - Zastanawiam się, jakie to uczucie dusić kogoś.

- Doprawdy, panie Wren!

Christopher przysunął się do niej bliżej i zniżył głos.

- A czy zastanawiała się pani, pani Boyle, jakie to uczucie - być duszonym?

Pani Boyle powtórzyła z jeszcze większym oburzeniem:

- Doprawdy, panie Wren!

Molly pospiesznie zaczęła czytać głośno:

- Mężczyzna, którego policja pragnie przesłuchać, ubrany był w ciemne palto i jasny kapelusz; był średniego wzrostu i nosił wełniany szalik.

- W istocie - powiedział Christopher Wren - wyglądał tak samo jak wszyscy inni. - Roześmiał się.

- Tak - przyznała Molly - jak wszyscy inni.

W swoim pokoju w Scotland Yardzie inspektor Parminter powiedział do detektywa sierżanta Kane’a:

- Przyjmę teraz tych dwóch robotników.

- Tak, sir.

- Jacy oni są?

- Porządni robotnicy. Niezbyt bystrzy, ale godni zaufania.

- Dobrze - inspektor Parminter skinął głową.

Niebawem dwóch mężczyzn, odświętnie ubranych i z wyrazem zakłopotania na twarzy, pojawiło się w pokoju. Parminter oszacował ich szybkim spojrzeniem, Znany był z tego, że z łatwością potrafił stworzyć swobodną atmosferę.

- A więc, waszym zdaniem, macie informacje, które mogłyby nam się przydać w sprawie pani Lyon - powiedział. - Słusznie, że przyszliście. Proszę usiąść. Papierosa?

Odczekał chwilę, aż zapalili.

- Wyjątkowo paskudna pogoda.

- To prawda, sir.

- A zatem, przejdźmy do rzeczy.

W obliczu trudności, jakie nastręczało opowiadanie, mężczyźni spojrzeli niepewnie jeden na drugiego.

- No zaczynaj, Joe - odezwał się wyższy z nich.

- Wie pan, to było tak - rozpoczął Joe. - Nie mieliśmy zapałek.

- Gdzie to było?

- Na Jarman Street. Pracowaliśmy tam przy rurach gazowych.

Inspektor Parminter skinął głową. Później ustali dokładnie szczegóły czasu i miejsca. Wiedział, że Jarman Street znajduje się w okolicy Culver Street, gdzie rozegrała się tragedia.

- Nie mieliście zapałek - podjął zachęcająco.

- Tak. Właśnie skończyło mi się pudełko, a zapalniczka Billa nie chciała się zapalić, więc zagadnąłem faceta, który przechodził. „Może pan nam dać zapałki, proszę pana?” - mówię. Nie myślałem wtedy nic szczególnego, naprawdę. On po prostu przechodził, tak jak wielu innych. Tylko przez przypadek poprosiłem właśnie jego.

Parminter znów skinął głową.

- No więc, on daje nam te zapałki. Daje nam i nic nie mówi. „Okrutne zimno” - powiedział Bill do niego, a on odpowiedział tylko jakoś tak szeptem: „To prawda”. Pomyślałem, że musiał się nieźle zaziębić. W każdym razie cały był okutany. „Dzięki” - mówię i zwracam mu zapałki, a on oddala się szybko, tak szybko, że kiedy widzę, że coś upuścił, jest już prawie za późno, żeby za nim wołać. To był mały notes - musiał wysunąć mu się z kieszeni, kiedy wyjmował zapałki. „Hej, panie!” - Wołam za nim. - „Upuścił pan coś!” Ale nie, Wyglądało na to, żeby usłyszał - widzę, że przyspiesza i znika za rogiem. Tak było, Bill?

- Tak było - przyznał Bili. - Czmychnął jak zając.

- Na Harrow Road już był i nie wyglądało na to, żebyśmy go dogonić, w każdym razie nie przy takim tempie, rozwiał. Było już za późno, a poza tym to był przecież tylko taki notesik - żaden portfel ani nic podobnego - może to wcale nie było ważne. „Dziwny gość” - mówię. - „W kapeluszu nasuniętym na oczy i cały pozapinany od stóp do głów, jak złodziej z obrazka” - powiadam do Billa, Czy nie tak było, Bill?

- Tak powiedziałeś - zgodził się Bill.

- Zabawne, że właśnie tak powiedziałem. Przecież nie dlatego, żebym cokolwiek wtedy pomyślał. Spieszy się do domu - to sobie pomyślałem i wcale nie miałem mu tego za złe. Było pioruńsko zimno.

- Jeszcze jak! - przyznał Bill.

- Więc mówię do Billa: „Rzućmy okiem na ten notesik. Zobaczymy, czy jest tu coś ważnego”. No i zerknąłem, sir. „Tylko dwa adresy” - mówię do Billa. - „Siedemdziesiąt cztery Culver Street i jeszcze nazwa jakiejś rezydencji”.

- Elegancka nazwa - parsknął Bill z dezaprobatą.

Joe kontynuował swoją opowieść, teraz już z werwą, jakby go nakręcono.

- „Siedemdziesiąt cztery Culver Street” - mówię do Billa - „to jest tuż za rogiem. Jak skończymy robotę, zaniesiemy to tam.” I naraz widzę, że coś zostało napisane na górze strony. „Co to jest?” - mówię do Billa, a on bierze i czyta: „Ślepe myszki trzy”. Gość musi być stuknięty” - powiada Bill i właśnie w tym momencie - tak, to było dokładnie w tym momencie, sir - słyszymy wrzask jakiejś kobiety: „Morderstwo!”, dwie ulice dalej.

Joe zrobił artystyczną pauzę.

- Wrzeszczała pioruńsko, no nie? - kontynuował. - „Ej, skocz tam” - mówię do Billa. Po chwili on wraca i mówi, że tam jest duży tłum i policja tam jest, i że jakiejś kobiecie poderżnięto gardło - a może ją uduszono, i że to gospodyni ją znalazła i wrzeszczała po policję. „Gdzie to było?” - mówię do niego. „Na Culver Street” - odpowiada. „Który numer?” - pytam, a on mówi, że dokładnie nie zauważył.

Bill chrząknął i zaszurał nogami z miną człowieka, który zdaje sobie sprawę, że się nie popisał.

- Więc powiadam: „Skoczymy tam i się upewnimy”. I kiedy znajdujemy ten numer siedemdziesiąt cztery, omawiamy sprawę. „Być może - mówi Bill - adres w notesie nie ma tym nic wspólnego”, a ja mówię, że może właśnie ma, no to w każdym razie, kiedy obgadaliśmy wszystko i usłyszeliśmy, że policja chce przesłuchać mężczyznę, który opuścił dom w tym czasie - więc decydujemy się przyjść tutaj i pytamy, czy możemy rozmawiać z inspektorem prowadzącym sprawę, no i jestem pewien - to znaczy mam nadzieję, że nie marnujemy wam czasu.

- Postąpiliście bardzo słusznie- po wiedział Parminter z aprobatą w głosie. - Czy macie notes ze sobą? Dziękuję. A teraz…

Jego pytania stały się szybkie i fachowe. Otrzymał informacje o czasie, miejscu i dacie zdarzenia. Jedyne, czego nie otrzymał, to opisu mężczyzny, który zgubił notes. Zamiast tego uzyskał taki sam opis, jaki dała mu już rozhisteryzowana gospodyni - opis kapelusza zsuniętego na oczy, szczelnie zapiętego palta, szalika owiniętego wokół twarzy, zachrypniętego głosu i rękawiczek na rękach.

Kiedy mężczyźni wyszli, inspektor dłuższą chwilę wpatrywał się w mały notes, leżący na jego biurku. Wkrótce trafi on do odpowiedniego wydziału, gdzie stwierdzą, czy odciski palców, jeśli jakieś były, mogą coś wyjaśnić. Teraz uwagę inspektora przykuwały dwa adresy i linijka drobnego, ręcznego pisma na górze strony.

Odwrócił głowę do wchodzącego sierżanta Kane’a.

- Chodź tu, Kane. Spójrz na to.

Kane stanął za nim i przeczytał głośno:

- Ślepe myszki trzy! - Gwizdnął przeciągle. - Psiakość!

- Tak. - Parminter otworzył szufladę, wyjął z niej arkusik papieru i położył go obok notesu na biurku. - Tę kartkę papieru znaleziono starannie przypiętą do ciała zamordowanej kobiety. Było na niej napisane: To jest pierwsza, a poniżej widniał dziecinny rysunek trzech myszek i takt muzyki.

Kane zagwizdał cicho melodię: Ślepe myszki trzy, spójrz, jak biegną…

- Tak. To jest to. Ta melodia.

- Wariactwo, nieprawdaż, sir?

- Tak. - Parminter zmarszczył brwi. - Czy identyfikacja kobiety nie budzi wątpliwości?

- Nie, sir. Oto raport z wydziału daktyloskopii. Pani Lyon, za którą się podawała, w rzeczywistości nazywała się Maureen Gregg. Wypuszczono ją z Holloway dwa miesiące temu, gdzie odsiadywała wyrok.

- Udała się na Culver Street siedemdziesiąt cztery - powiedział Parminter w zamyśleniu - przedstawiając się jako Maureen Lyon. Od czasu do czasu popijała sobie, raz czy dwa przyprowadziła ze sobą mężczyznę do domu. Nie okazywała strachu przed niczym ani przed nikim. Nie ma powodu przypuszczać, by sądziła, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo. Ten mężczyzna dzwoni do drzwi, pyta o nią i gospodyni mówi mu, aby wszedł na drugie piętro. Ona nie potrafi go nawet opisać. Twierdzi tylko, że był średniego wzrostu i wyglądał na bardzo przeziębionego, głos miał ochrypły. Wróciła do sutereny i nie słyszała nic podejrzanego. Nie słyszała, kiedy mężczyzna wychodził. Mniej więcej dziesięć minut później, kiedy zaniosła na górę herbatę, znalazła swą lokatorkę uduszoną. To nie było zwykłe morderstwo, Kane. To zostało dokładnie zaplanowane - przerwał i dodał gwałtownie: - Zastanawiam się, ile domów w Anglii nosi nazwę Monkswell Manor?

- Być może jest tylko jeden taki dom, sir.

- To byłby nadmiar szczęścia. Ale bierzmy się do roboty. Nie ma czasu do stracenia.

Sierżant przypatrywał się z należytą uwagą dwóm adresom w notesie - 74 Culver Street; Monkswell Manor.

- Więc myśli pan… - powiedział.

- Tak - szybko odparł Parminter. - A pan?

- Być może. Monkswell Manor… Zaraz… Gdzie… Wie pan, Ťk, mógłbym przysiąc, że widziałem tę nazwę całkiem niedawno.

- Gdzie?

- Właśnie usiłuję sobie przypomnieć. Chwileczkę… Gazeta… Times. Ostatnia strona. Sekundę… Hotele i pensjonaty… Moment, sir… stary numer. Rozwiązywałem krzyżówkę.

Wybiegł z pokoju i powrócił z wyrazem triumfu na twarzy.

- Oto i ona, sir. Proszę spojrzeć.

Inspektor śledził wzrokiem wskazujący palec Kane’a. Monkswell Manor, Harpleden, Berks. Przysunął sobie telefon. - Połączcie mnie z policją hrabstwa Berkshire.

Wraz z przyjazdem majora Metcalfa życie w Monkswell Manor zaczęło toczyć się według ustalonego porządku. Major Metcalf nie okazał się ani tak groźny jak pani Boyle, ani tak kapryśny jak Christopher Wren. Był to powściągliwy mężczyzna w średnim wieku o schludnej powierzchowności oficera, który wiele lat spędził w Indiach. Sprawiał wrażenie ego zarówno z pokoju, jak i umeblowania, i chociaż zrazu nie znaleźli z panią Boyle wspólnych przyjaciół, okazało się jednak, że znał kuzynów jej przyjaciół - „gałąź z Yorkshire” zamieszkałych w Poonah. Jego bagaż - jakby nie było dwie ciężkie walizy ze świńskiej skóry - zadowolił nawet podejrzliwą naturę Gilesa.

Prawdę mówiąc, Molly i Giles nie mieli zbyt dużo czasu na rozmyślania o swoich gościach. Wspólnymi siłami sprawnie przygotowali kolację, podali, zjedli i pozmywali naczynia. Major Metcalf pochwalił kawę, tak więc Molly i Giles poszli spać zmęczeni, ale w radosnym nastroju.

Około drugiej nad ranem obudził ich uporczywy dźwięk dzwonka.

- Cholera - zaklął Giles. - To do frontowych drzwi. Co, u licha…

- Pospiesz się - powiedziała Molly. - Idź i zobacz. Posyłając jej pełne wyrzutu spojrzenie, Giles owinął się szlafrokiem i zszedł na dół. Molly usłyszała szczęk otwieranych zasuw i szmer głosów w holu. Wiedziona ciekawością wstała z łóżka i poszła podpatrzeć z góry, co się dzieje. Na dole w holu Giles pomagał brodatemu mężczyźnie zdjąć ośnieżone palto. Dobiegły ją strzępy rozmowy.

- Brrr. - Zabrzmiało to wyraźnie z cudzoziemska. - Mam tak zimne palce, że prawie ich nie czuję . A moje stopy… - Słychać było przytupywanie.

- Proszę wejść tutaj. - Giles szybko otworzył drzwi do biblioteki. - Tu jest ciepło. Proszę tu zaczekać, a ja przygotuję pokój.

- Doprawdy, szczęściarz ze mnie - powiedział uprzejmie nieznajomy.

Molly przypatrywała się badawczo przez słupki balustrady. Zobaczyła starszego mężczyznę z małą, czarną bródką i brwiami Mefistofelesa, który poruszał się młodzieńczym, żwawym krokiem, pomimo siwizny na skroniach.

Giles zamknął za nim drzwi do biblioteki i wszedł szybko po schodach. Molly podniosła się ze skulonej pozycji.

- Kto to jest?- zapytała.

- Następny gość do pensjonatu. - Giles uśmiechnął się , - Samochód wywrócił mu się w zaspie. Wydostał się z niego i brnął drogą - wciąż szaleje zamieć, posłuchaj tylko - aż ujrzał naszą tablicę. Powiedział, że to było jak odpowiedź na modlitwę.

- Sądzisz, że on jest… w porządku?

- Kochanie, w taką noc złodzieje nie kursują.

- Jest cudzoziemcem, prawda?

- Tak. Nazywa się Paravicini. Widziałem jego portfel - zapewne pokazał go celowo - cały wypchany banknotami. Który pokój mu damy?

- Zielony. Jest posprzątany i gotowy. Trzeba tylko posłać łóżko.

- Przypuszczam, że będę musiał pożyczyć mu piżamę. Wszystkie jego rzeczy zostały w samochodzie. Powiedział, że musiał wydostać się przez okno.

Molly przyniosła prześcieradła, poszewki i ręczniki. Kiedy pospiesznie przygotowywali łóżko, Giles odezwał się:

- Śnieg pada gęsto. Będziemy zasypani, Molly, całkowicie odcięci. W pewnym sensie podniecające, nieprawdaż?

- Nie wiem - odparła Molly z powątpiewaniem. - Myślisz, że potrafię upiec chleb na sodzie, Giles?

- Oczywiście, że potrafisz. Potrafisz zrobić wszystko - powiedział jej lojalny mąż.

- Nigdy nie próbowałam piec chleba. To taka rzecz, która zawsze po prostu jest. Może być świeży albo czerstwy, ale jest to coś, co przynosi piekarz. Ale kiedy zostaniemy zasypani, nie będzie piekarza.

- Ani rzeźnika, ani poczty, ani gazet. A także prawdopodobnie telefonu.

- Tylko radio przekazujące nam co robić?

- Dobrze, że przynajmniej możemy wytworzyć własny prąd.

- Musisz jutro znów uruchomić generator. I trzeba dobrze napalić w centralnym.

- Chyba następny transport koksu nie przybędzie, a nasz zapas się kończy.

- Niech to licho porwie! Giles, czuję, że czekają nas ciężkie czasy. Pospiesz się z tym Para… jak mu tam - wracani do łóżka.

Ranek potwierdził złe przeczucia Gilesa. Śnieg napadał na wysokość pięciu stóp, zasypując drzwi i okna. I nadal padało. Świat był biały, cichy i - w jakiś ledwie uchwytny sposób - groźny.

Pani Boyle usiadła do śniadania. Była sama w jadalni. Przy sąsiednim stoliku nakrycie majora Metcalfa zostało już sprzątnięte. Stół pana Wrena wciąż był nakryty do śniadania. Jeden - poranny ptaszek, prawdopodobnie, a drugi śpioch. Pani Boyle ze swej strony wiedziała doskonale, że na śniadanie była tylko jedna właściwa pora - godzina dziewiąta.

Pani Boyle zjadła swój wyśmienity omlet i chrupała teraz grzankę mocnymi, białymi zębami. Czuła się rozżalona i niezdecydowana. Monkswell Manor nie był dokładnie tym, czego oczekiwała. Liczyła na grę w brydża i towarzystwo przywiędłych, starych panien, którym mogłaby zaimponować własną pozycją społeczną i koneksjami oraz napomknąć o doniosłości i poufności swojej wojskowej służby.

Koniec wojny sprawił, że pani Boyle poczuła się odizolowana, jakby pozostawiona na bezludnym brzegu. Zawsze była kobietą zajętą, potoczyście rozprawiającą o sprawności działania i organizacji. Jej zapał i energia powstrzymywały ludzi od zastanawiania się, czy rzeczywiście była ona tak skuteczną i dobrą organizatorką. Wojenna działalność odpowiadała jej w całej rozciągłości. Komenderowała ludźmi, terroryzowała ich, napastowała szefów departamentów, ale - co trzeba jej przyznać - również siebie nigdy nie oszczędzała. Pomocnice biegały w tę i z powrotem, przestraszone nawet lekkim zmarszczeniem brwi. Teraz całe to ruchliwe i podniecające życie skończyło się. Musiała wrócić do dawnego, a przecież jej przedwojenne, prywatne życie nie istniało. Jej dom, w czasie wojny zabrany na użytek armii, wymagał poważnych napraw i odświeżenia, zanim mogłaby do niego wrócić, a trudności w zdobyciu pomocy domowej sprawiały, że powrót ten wydawał się w ogóle niemożliwy. Przyjaciele pani Boyle w większości rozjechali się , i rozproszyli. Niewątpliwie w niedługim czasie znajdzie sobie miejsce na ziemi, ale w tej chwili musiała jakoś zabić czas. Hotel albo pensjonat wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Zdecydowała się przyjechać do Monkswell Manor.

Rozejrzała się dookoła z wyraźną urazą.

„Postąpili w najwyższym stopniu nieuczciwie - powiedziała do siebie - nie powiadamiając mnie, że dopiero zaczynają”.

Fakt, że śniadanie było doskonale przyrządzone i podane, z dobrą kawą i marmoladą, w dziwny sposób pogłębił jej urazę. Pozbawiło ją to uzasadnionej przyczyny wniesienia skargi. Łóżko również miała wygodne, z haftowaną pościelą i miękką poduszka. Pani Boyle lubiła komfort, ale także lubiła wynajdywać wady. To drugie prawdopodobnie sprawiało jej większą przyjemność niż pierwsze.

Podniósłszy się majestatycznie, pani Boyle opuściła jadalnię, mijając w drzwiach tego bardzo niezwykłego, młodego człowieka o rudawych włosach. Zwróciła uwagę na jego krawat w jadowicie zieloną kratkę.

„Cudaczny - powiedziała do siebie pani Boyle. - Zupełnie niedorzeczny”.

Sposób, w jaki na nią zerknął swoimi wyblakłymi oczami, nie spodobał się jej również. W tym lekko szyderczym spojrzeniu było coś irytującego, niepokojącego.

„Niezrównoważony umysłowo, nie powinnam się dziwić” - powiedziała do siebie pani Boyle.

Odpowiedziała na jego afektowany ukłon lekkim skinieniem głowy, po czym pomaszerowała do dużego salonu. Stały tutaj wygodne fotele, a szczególnie okazale prezentował się jeden - duży, obity na różowo. Lepiej, jeśli postawi od razu sprawę jasno - to będzie jej fotel. Na wszelki wypadek położyła na nim ręczną robótkę, następnie podeszła do kaloryfera i dotknęła go ręką. Tak jak podejrzewała, był zaledwie ciepły - a nie gorący. W oczach pani Boyle pojawiły się wojownicze błyski. Będzie miała coś do powiedzenia na ten temat

Wyjrzała przez okno. Okropna pogoda, całkiem okropna. Cóż, nie zostanie tutaj długo, chyba że przyjedzie więcej osób i miejsce stanie się bardziej zajmujące.

Trochę śniegu osunęło się z dachu i pacnęło o ziemię. Pani Boyle podskoczyła.

- Nie - powiedziała na głos. - Nie zostanę ta długo.

Ktoś roześmiał się cichym, piskliwym chichotem. Raptownie odwróciła głową. W drzwiach stał młody Wren i przyglądał się jej w swój osobliwy sposób.

- Przypuszczam - powiedział - że pani zostanie.

Major Metcalf pomagał Gilesowi odśnieżyć tylne drzwi. Okazał się użytecznym pomocnikiem i Giles nie omieszkał głośno wyrazić swej wdzięczności.

- Dobra gimnastyka - powiedział major Metcalf. - Muszę gimnastykować się codziennie. Trzeba zachować dobrą formę, rozumie pan.

Tak więc major okazał się fanatykiem gimnastyki, czego Giles się zresztą obawiał. Pociągało to za sobą konieczność podawania majorowi śniadania o wpół do ósmej.

- Bardzo miło ze strony pańskiej żony - powiedział major, jakby czytając w myślach Gilesa - że przygotowała mi wczesne śniadanie. Miło mi było również dostać świeżutkie jajko.

Giles wstał przed siódmą, co było konieczne w związku z prowadzeniem hotelu. Razem z Molly ugotowali jajka, zaparzyli herbatę i wysprzątali bawialnię. Wszystko wyglądało jak spod igły. Giles nie mógł jednak przestać myśleć, że jeśli sam byłby gościem swego pensjonatu, to w taki poranek jak dziś nic nie byłoby w stanie wypędzić go z łóżka aż do ostatniej możliwej chwili.

Major jednak wstał, zjadł śniadanie i wędrował po domu, w widoczny sposób szukając ujścia dla rozpierającej go energii.

„To dobrze - pomyślał Giles. - Jest jeszcze mnóstwo śniegu do odgarnięcia”.

Kątem oka zerknął na swego towarzysza. Doprawdy, niełatwy człowiek do rozgryzienia. Twardy, więcej niż w średnim wieku, coś dziwnie czujnego w oczach. Człowiek, który niczego nie daruje. Giles zastanawiał się, dlaczego major przyjechał do Monkswell Manor. Zdemobilizowany - prawdopodobnie - i bez pracy, do której mógłby pójść.

Pan Paravicini pojawił się na dole późno. Wypił kawę i zjadł grzankę- skromne, kontynentalne śniadanie.

Molly zmieszała się nieco, gdy przywitał ją, niosącą mu śniadanie, wstając, kłaniając się jej w przesadny sposób i wykrzykując:

- Moja urocza gospodyni? Mam rację, czy też nie? - Molly przyznała krótko, że miał rację. O tej porze nie miała nastroju do słuchania komplementów.

- I dlaczego - powiedziała, wstawiając naczynia do zlewu - każdy je śniadanie o innej porze… To trochę kłopotliwe.

Postawiła talerze na suszarce i popędziła na górę słać łóżka. Tego poranka nie mogła spodziewać się pomocy ze strony Gilesa. Musiał oczyścić drogę do kotłowni i kurnika.

Posłała błyskawicznie łóżka w sposób, który powszechnie uważa się za pobieżny - jedynie wygładzając prześcieradła i naciągając pościel. Sprzątała łazienki, kiedy zadzwonił telefon. Zaklęła pod nosem niezadowolona, że jej przeszkodzono, lecz gdy zbiegała na dół, aby podnieść słuchawkę, poczuła lekką ulgę, że telefon ciągle działał. Zdyszana dotarła do biblioteki.

- Tak?

Na drugim końcu linii odezwał się serdeczny głos o lekkim, lecz przyjemnym, prowincjonalnym akcencie.

- Czy to Monkswell Manor?

- Pensjonat Monkswell Manor - opowiedziała Molly.

- Czy mogę rozmawiać z porucznikiem Davisem?

- Przykro mi, ale nie może teraz podejść do telefonu. Tu Molly Davis. Kto mówi?

- Nadinspektor Hogben z policji w Berkshire.

Molly wzięła głęboki oddech.

- Ach, tak… Słucham - powiedziała.

- Pani Davis, wynikła dość pilna sprawa. Nie chcę mówić zbyt wiele przez telefon, ale wysłałem do was detektywa - sierżanta Trottera. Powinien pojawić się tam lada chwila.

- Ależ nikt się tutaj nie przedostanie. Jesteśmy zasypani, całkowicie zasypani. Drogi są nieprzejezdne.

- Trotter z pewnością do was dotrze - powiedział Hogben bez cienia wątpliwości w głosie. - I proszę uczulić męża, aby wysłuchał sierżanta bardzo uważnie i działał zgodnie z jego instrukcjami. To wszystko.

- Ale nadinspektorze Hogben, co…?

W odpowiedzi usłyszała jedynie trzask. Hogben oczywiście powiedział wszystko, co miał do powiedzenia i odłożył słuchawkę. Molly nacisnęła widełki aparatu raz i drugi, po czym dała spokój. Odwróciła się, gdy ktoś otworzył drzwi.

- Och, Giles, kochanie! Dobrze, że jesteś.

Giles miał śnieg we włosach i sporą ilość sadzy na twarzy. Wyglądał na zziajanego.

- Co się stało, kochanie? Napełniłem wiadra węglem i przyniosłem drewno. Zaraz oporządzę kury, a potem zajrzę do bojlera. Wszystko w porządku? Co się stało, Molly? Wyglądasz na wystraszoną.

- Giles, to była policja.

- Policja? - W głosie Gilesa brzmiało niedowierzanie.

- Tak. Wysyłają tutaj inspektora czy sierżanta - kogoś w tym rodzaju.

- Ale po co? Co zrobiliśmy?

- Nie wiem. Jak myślisz, może chodzi o te dwa funty masła, które dostaliśmy z Irlandii?

Giles zmarszczył brwi.

- Nie zapomniałem chyba opłacić licencji za radio, prawda?

- Nie, jest w biurku. Giles, stara pani Bidlock dała mi pięć kartek w zamian za mój stary tweedowy płaszcz. Pewnie to nie w porządku, ale moim zdaniem zamiana jest zupełnie uczciwa. Mój Boże, skoro oddałam płaszcz, czemu nie miałabym dostać w zamian kartek. Och, cóż jeszcze takiego zrobiliśmy?

- Miałem drobną stłuczkę pewnego dnia. Ale na pewno to była wina tamtego kierowcy. Na pewno.

- Musieliśmy coś zrobić - jęknęła Molly.

- Problem polega na tym, że wszystko, co teraz się robi, jest nielegalne - stwierdził ponuro Giles. - Dlatego ma się ciągle poczucie winy. Przypuszczam, że ta sprawa ma coś wspólnego z prowadzeniem pensjonatu. Taką działalność regulują zapewne niezliczone przepisy, o których nie mamy zielonego pojęcia.

- Sądziłam, że w grę może wchodzić jedynie pijaństwo. Nie daliśmy nikomu żadnego alkoholu. Dlaczego więc nie moglibyśmy prowadzić własnego domu tak, jak chcemy?

- Tak. To brzmi słusznie. Ale, jak mówię, w dzisiejszych czasach wszystko jest mniej lub bardziej zabronione.

- O Boże - westchnęła Molly. - Żałuję, żeśmy w ogóle zaczynali. Będziemy zasypani przez wiele dni i każdy będzie niezadowolony i zjedzą nam wszystkie zapasy konserw…

- Rozchmurz się, kochanie - powiedział Giles. - Przechodzimy teraz zły okres, ale jeszcze będzie dobrze. - Pocałował ją w czubek głowy, po czym dodał zmienionym głosem:

- Wiesz, Molly, jeśli się dobrze zastanowić, chyba musi to być coś naprawdę poważnego, skoro każą sierżantowi policji brnąć tutaj w taką pogodę. - Zrobił ruch ręką w kierunku śniegu za oknem. - To musi być coś naprawdę pilnego…

Patrzyli na siebie w milczeniu, kiedy otworzyły się drzwi i weszła pani Boyle.

- Ach, jest pan tutaj, panie Davis - odezwała się pani Boyle. - Czy pan wie, że kaloryfery w salonie są praktycznie zimne jak lód?

- Przykro mi, pani Boyle. Mamy mało koksu i… Pani Boyle przerwała mu bezlitośnie:

- Płacę siedem gwinei za tydzień - siedem gwinei. I nie zamierzam tutaj zamarznąć.

Giles poczerwieniał.

- Pójdę i napalę - stwierdził krótko.

Wyszedł z pokoju, pani Boyle zwróciła się do Molly:

- Pozwoli pani sobie powiedzieć, pani Davis, że gości tu pani bardzo dziwnego, młodego człowieka. Jego maniery - i jego krawaty… I czy on nigdy się nie czesze?

- To znakomity młody architekt - powiedziała Molly.

- Słucham panią?

- Christopher Wren jest architektem i…

- Moja droga, młoda pani - powiedziała zgryźliwie pani Boyle - słyszałam oczywiście o sir Christopherze Wrenie.

Doskonale wiem, że był architektem. Zbudował katedrę Św. Pawła. Wam, młodym, wydaje się, że edukację zapoczątkował dopiero Akt Edukacyjny.

- Miałam na myśli tego Wrena. Ma na imię Christopher. Rodzice tak go ochrzcili, ponieważ mieli nadzieję, że zostanie architektem. I został nim, lub prawie, tak więc dobrze się złożyło.

- Hmm - parsknęła pani Boyle. - Moim zdaniem ta historyjka brzmi podejrzanie. Na pani miejscu zasięgnęłabym o nim informacji. Co pani o nim właściwie wie?

- Tyle samo co o pani, pani Boyle, to znaczy, że oboje płacicie nam siedem gwinei za tydzień. To właściwie wszystko, co potrzebuję wiedzieć, prawda? I tylko to mnie obchodzi. Nie ma znaczenia, czy lubię swoich gości, czy - Molly spojrzała bardzo stanowczo na panią Boyle - czy też nie.

Pani Boyle poczerwieniała z gniewu.

- Jest pani młoda i niedoświadczona, więc powinna pani przyjąć dobrą radę od kogoś mądrzejszego od siebie. A kimże jest ten dziwaczny cudzoziemiec? Kiedy on przyjechał?

- W środku nocy.

- Rzeczywiście. Przedziwne. To niezbyt odpowiednia pora.

- Odprawianie z kwitkiem uczciwych podróżnych byłoby wbrew prawu, pani Boyle. - I Molly dodała słodko: - Być może pani nie zdaje sobie z tego sprawy.

- Mogę jedynie powiedzieć, że ten Paravicini, czy jak on tam się nazywa, wydaje mi się…

- Uwaga, uwaga, droga pani. O wilku mowa, a…

Pani Boyle drgnęła gwałtownie, jakby zobaczyła diabła. Tymczasem Paravicini, który zakradł się do pokoju tak cicho, że żadna z kobiet go nie zauważyła, śmiał się i zacierał ręce ze starczą, sataniczną wesołością.

- Przestraszył mnie pan - powiedziała pani Boyle.

- Poruszam się na paluszkach - odezwał się pan Paravicini - tak więc nikt nigdy nie słyszy, jak wchodzę i wychodzę. Uważam to za bardzo zabawne. Czasami uda mi się coś podsłuchać. To również mnie bawi. - I dodał ciszej: - Nie zapominam tego, co słyszę.

- Doprawdy? - odparła pani Boyle słabym głosem. - Muszę pójść po swoją robótkę. Zostawiłam ją w salonie.

Pospiesznie opuściła pokój, zostawiając Molly wpatrzoną w Paraviciniego z wyrazem zakłopotania na twarzy.

- Moja urocza gospodyni wygląda na zmartwioną. - Podszedł do niej podrygując i nim mogła zaprotestować, ujął jej dłoń i pocałował. - Co się stało, droga pani?

Molly cofnęła się o krok. Nie miała pewności, czy naprawdę lubi pana Paraviciniego. Spoglądał na nią pożądliwie jak stary satyr.

- Wszystko jest dość trudne dzisiejszego poranka - powiedziała miękko. - Z powodu śniegu.

- Tak. - Pan Paravicini odwrócił głowę, aby spojrzeć pracz okno. - Śnieg wszystko bardzo utrudnia, nieprawdaż? Albo też bardzo ułatwia.

- Nie wiem, co pan przez to rozumie.

- Tak - powiedział w zamyśleniu. - Jest jeszcze wiele rzeczy, których pani nie wie. Po pierwsze, jak sadzę, nie wie pani zbyt wiele o prowadzeniu pensjonatu.

- Zapewne nie wiemy. - Molly uniosła wojowniczo podbródek. - Ale zamierzamy odnieść sukces.

- Brawo,brawo!

- Ostatecznie - głos Molly zdradzał lekką obawę - nie jestem taką złą kucharką…

- Jest pani, bez wątpienia, zachwycającą kucharką - powiedział pan Paravicini.

„Jakież utrapienie z tymi cudzoziemcami” - pomyślała Molly. Być może Paravicini odgadł jej myśli, ponieważ nagle zmienił swoje zachowanie. Zaczął mówić cicho i całkiem poważnie.

- Czy mogę udzielić pani kilku słów ostrzeżenia, pani Davis? Oboje z mężem nie możecie być zbytnio łatwowierni, rozumie pani. Czy zebrała pani wiarygodne informacje o swoich gościach?

- Czy to się praktykuje? - Molly wyglądała na zakłopotaną. - Myślałam, że ludzie po prostu… po prostu przyjeżdżają.

- Zawsze dobrze jest wiedzieć co nieco o ludziach, których przyjmuje się pod swój dach. - Przybierając groźną minę, pochylił się do przodu i poklepał ją po ramieniu. - Weźmy na przykład mnie. Przybywam w środku nocy. Twierdzę, że samochód wywrócił mi się w zaspie. Co pani właściwie o mnie wie? Absolutnie nic. I prawdopodobnie nie wie pani również nic o pozostałych gościach.

- Pani Boyle - zaczęła Molly, lecz urwała, gdy ta we własnej osobie, trzymając w ręku robótkę, ponownie wkroczyła do pokoju.

- W salonie jest za zimno. Posiedzę tutaj. - Zbliżyła się do kominka.

Paravicini wykonał przed nią błyskawiczny piruet.

- Pozwoli pani, że rozniecę dla niej ogień.

Molly była zdumiona, podobnie jak poprzedniej nocy, młodzieńczą żwawością jego kroku. Zauważyła, że zawsze starał się ustawić tyłem do światła, i teraz, gdy ukląkł grzebiąc w kominku, odkryła tego przyczynę. Twarz Paraviciniego bez wątpienia nosiła ślady zręcznego makijażu.

Czyżby stary dureń usiłował wyglądać na młodszego niż był? W każdym razie nie osiągnął zamierzonego celu. Wyglądał nie tylko na swój wiek, ale nawet starzej. Jedynie młodzieńczy sposób poruszania się nie pasował do reszty. Niewykluczone, że i to miał starannie wystudiowane.

Nagle wejście majora Metcalfa przerwało jej rozmyślania i wróciła do przykrej rzeczywistości.

- Pani Davis, obawiam się, że rury w… - ściszył skromnie głos - w ubikacji na dole zamarzły.

- O Boże! - jęknęła Molly. - Co za straszny dzień. Najpierw policja, a teraz rury.

Pogrzebacz wysunął się Paraviciniemu z rąk i z brzękiem upadł na palenisko. Pani Boyle przerwała dzierganie. Molly zaintrygowała nagła zmiana w majorze Metcalfie. Zastygł nieruchomo, a jego twarz przybrała trudny do opisania wyraz. Nie mogła go w żaden sposób rozszyfrować. Twarz majora wyglądała jak pozbawiona wszelkich uczuć drewniana maska.

Powiedział krótko, akcentując sylaby:

- Powiedziała pani: policja?

Molly zdawała sobie sprawę, że wstrząsały majorem jakieś silne emocje, które usiłował pokryć sztywnym zachowaniem. To mógł być strach lub czujność, albo podniecenie, ale coś było. „Ten człowiek - powiedziała do siebie - może być niebezpieczny”.

- O co chodzi z tą policją? - odezwał się znowu, tym razem już z umiarkowanym zainteresowaniem.

- Dzwonili - odparła Molly. - Właśnie teraz. Powiedzieli, że wysyłają tutaj sierżanta. - Spojrzała w stronę okna. - Sądzę jednak, że nie uda mu się tu przedostać - dodała z nadzieją w głosie.

- Dlaczego wysyłają tu policjanta? - Zrobił krok w jej stronę, ale nim zdołała coś odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i wszedł Giles.

- W tym przeklętym koksie jest więcej niż połowa kamieni - rzucił gniewnie i dodał ostro: - Coś się stało?

- Słyszę, że przybywa tu policja - zwrócił się do niego major! - W jakim celu?

- Och, wszystko w porządku - załagodził Giles. - Nikt się przez to nie przedrze. Patrzcie, zaspy sięgają pięciu stóp. Droga jest zasypana. Nikt się tu dzisiaj nie dostanie.

I właśnie w tym momencie dały się słyszeć trzy wyraźne stuknięcia w okno.

Wszystkich ogarnął strach. Przez chwilę nie potrafili zlokalizować dźwięku. Zabrzmiał wymownie i groźnie niczym przestroga. Nagle Molly krzyknęła i wskazała balkonowe okno. Stojący za nim mężczyzna stukał w szybę, a narty, które miał na nogach, wyjaśniały tajemnicę jego przybycia.

Giles przeszedł przez pokój, przez chwilę mocował się niezdarnie z zamkiem, wreszcie otworzył drzwi.

- Dziękuję, sir - powiedział nowo przybyły. Miał nieco pospolity, wesoły głos i mocno opalona twarz. - Detektyw-sierżant Trotter - przedstawił się.

Pani Boyle spojrzała na niego nieprzychylnie sponad swej robótki.

- Nie może pan być sierżantem - oświadczyła z dezaprobatą. - Jest pan na to za młody.

Mężczyznę, który rzeczywiście był bardzo młody, widać dotknęła ta krytyka, gdyż odparł lekko urażonym tonem:

- Nie jestem taki młody, na jakiego wyglądam, proszę pani. - Powiódł wzrokiem po zebranych i zatrzymał się na Gilesie. - Pan jest panem Davisem? Mogę odpiąć narty i gdzieś je odstawić?

- Oczywiście, proszę pójść za mną.

Gdy drzwi na korytarz zamknęły się za nimi, pani Boyle stwierdziła cierpko:

- Jak widać, w dzisiejszych czasach płacimy naszej policji za to, żeby umilała sobie czas uprawianiem sportów zimowych.

Paravicini zbliżył się do Molly. Słychać było niemal syk w jego głosie, gdy cicho zapytał:

- Dlaczego wezwała pani policję, pani Davis?

Molly cofnęła się uderzona zajadłą złością w jego spojrzeniu. To był nowy Paravicini. Przez chwilę czuła, że się go boi.

- Ależ nie zrobiłam tego, nie zrobiłam - powiedziała bezradnie.

W tym momencie wkroczył do pokoju podniecony Christopher Wren i zaczął mówić od progu wysokim, scenicznym szeptem.

- Kim jest ten mężczyzna w hallu? Skąd się tu wziął? Taki strasznie rześki po całej tej śnieżnej przeprawie.

Głos pani Boyle zagłuszył stukot jej drutów.

- Może pan wierzyć lub nie, ale ten człowiek jest policjantem. Policjant jeżdżący na nartach!

„Do czego to doszło w tych niższych warstwach!” - zdawała się mówić.

- Przepraszam, pani Davis, czy mogę skorzystać z telefonu? - zapytał cicho major Metcalf.

- Oczywiście, majorze.

Podszedł do aparatu, a Christopher Wren kontynuował piskliwym głosem:

- On jest niezwykle przystojny, nie uważacie? Sądzę, że policjanci zawsze są strasznie atrakcyjni.

- Halo, halo… - Major Metcalf zirytowany naciskał widełki. Zwrócił się do Molly: - Pani Davis, ten telefon jest głuchy, kompletnie głuchy.

- Przed chwilą działał. Ja…

Urwała. Christopher Wren śmiał się piskliwym, źli wy m, niemal histerycznym śmiechem.

- A więc jesteśmy teraz całkiem odcięci. Zupełnie odcięci. To zabawne, nieprawdaż?

- Nie widzę powodu do śmiechu - powiedział sztywno major Metcalf.

- To prawda - poparła go pani Boyle.

Christopher nadal zwijał się ze śmiechu.

- To taki mój mały, prywatny żarcik - powiedział. - Szsz - położył palec na ustach . - Nadchodzi detektyw.

Wszedł Giles z sierżantem Trotterem, który zdążył już odstawić narty i otrzepać się ze śniegu, i teraz trzymał w ręce duży notes i ołówek. Wniósł ze sobą atmosferę rzeczowej, prawniczej procedury.

- Molly - powiedział Giles - sierżant Trotter chce z nami rozmawiać na osobności.

Molly wyszła za nimi z pokoju.

- Przejdźmy do gabinetu - zaproponował Giles. Weszli do małego pokoju na końcu korytarza, górnolotnie nazywanego gabinetem. Sierżant Trotter starannie zamknął za sobą drzwi.

- Co takiego zrobiliśmy, sierżancie? - zapytała żałośnie Molly.

- Zrobiliście? - Sierżant Trotter popatrzył na nią uważnie, a następnie roześmiał się głośno. - Och, nic z tych rzeczy, proszę pani. Przykro mi, jeśli zaszło tu jakieś nieporozumienie. Chodzi o coś zupełnie innego, pani Davis. To raczej sprawa ochrony policyjnej, jeśli mnie państwo dobrze rozumieją.

Nic nie rozumiejąc, wpatrywali się w niego pytającymi wzrokiem.

- Sprawa wiąże się ze śmiercią pani Lyon, pani Maureer Lyon, którą zamordowano w Londynie dwa dni temu - kontynuował gładko sierżant Trotter. - Mogliście państwo o tym przeczytać.

- Tak - potwierdziła Molly.

- Po pierwsze chciałbym wiedzieć, czy znali państwo panią Lyon?

- Nigdy o niej nie słyszeliśmy - powiedział Giles, a Molly przytaknęła mu cicho.

- Tak przypuszczaliśmy. Ale rzecz w tym, że Lyon nie było prawdziwym nazwiskiem zamordowanej kobiety. Ponieważ była notowana na policji, posiadaliśmy jej odciski palców i mogliśmy bez trudu ją zidentyfikować. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Gregg, Maureen Gregg. John Gregg - jej zmarły mąż - był farmerem i mieszkał na farmie Longridge niedaleko stąd. Mogliście słyszeć o sprawie farmy Longridge

W pokoju zapadło milczenie. Tylko jeden dźwięk zmącił ciszę - niespodziewane pacnięcie, gdy śnieg osunął się z dachu i upadł miękko na ziemię - tajemniczy, jakby złowieszczy odgłos.

- Troje ewakuowanych dzieci - kontynuował Trotter - zostało zakwaterowanych u Greggów na farmie Longridge w 1940 roku. Jedno z tych dzieci zmarło później w wyniku kryminalnego zaniedbania i złego traktowania. Sprawa nabrała rozgłosu i małżonkowie Gregg zostali skazani na więzieenie. Gregg uciekł w drodze do więzienia, ukradł samochód i miał wypadek podczas próby ucieczki przed policją. Zginął na miejscu. Pani Gregg odsiedziała swój wyrok i została zwolniona dwa miesiące temu.

- I teraz została zamordowana - dokończył Giles. - Jak sądzą w policji, kto to zrobił?

Sierżant Trotter nie dał się jednak ponaglać.

- Pamięta pan tę sprawę, sir? - zapytał.

Giles potrząsnął przecząco głową.

- W 1940 byłem młodym oficerem marynarki i służyłem na Morzu Śródziemnym.

- Ja… rzeczywiście coś o tym słyszałam - powiedziała Molly przejętym głosem. - Ale dlaczego pan zwraca się do pas? Co my mamy z tym wspólnego?

- Chodzi o to, pani Davis, że znajdujecie się w niebezpieczeństwie.

- W niebezpieczeństwie? - powtórzył Giles z niedowierzaniem.

- Na to wygląda, sir. Znaleziono notes w pobliżu miejsca zbrodni. Były w nim zapisane dwa adresy. Pierwszy to siedemdziesiąt cztery Culver Street.

- To tam, gdzie zamordowano tę kobietę? - wtrąciła Molly.

- Tak, pani Davis. Drugim adresem był Monkswell Manor.

- Co? - Głos Molly zabrzmiał niedowierzająco. - Ależ to niezwykłe.

- Tak. Właśnie dlatego nadinspektor Hogben uznał za konieczne sprawdzić, czy wiedzą państwo o jakimkolwiek związku między wami, tym domem i sprawą farmy Longridge…

- Nie wiemy nic, absolutnie nic - powiedział Giles. - To jakiś zbieg okoliczności.

- Nadinspektor Hogben nie uważa tego za zbieg okoliczności - powiedział łagodnie sierżant Trotter. - Przybyłby tu sam, jeśli byłoby to możliwe. Zważywszy na pogodę oraz to, że jestem doskonałym narciarzem, wysłał mnie z poleceniem, abym zebrał wyczerpujące informacje o wszystkich mieszkańcach tego domu i przekazał mu je telefonicznie, i żebym podjął stosowne kroki dla zapewnienia wam bezpieczeństwa.

- Bezpieczeństwa? - odezwał się ostro Giles. - Wielki Boże, myśli pan, że ktoś zostanie tutaj zamordowany?

- Nie chciałbym zdenerwować pani - usprawiedliwił się Trotter - ale tak, tak właśnie sądzi nadinspektor Hogben.

- Ale jakaż mogłaby być przyczyna… - Giles urwał.

- Jestem właśnie po to, aby ją znaleźć - odparł Trotter.

- Cała ta sprawa jest zwariowana.

- I właśnie dlatego wydaje mi się niebezpieczna, sir.

- Jest jeszcze coś, o czym nam pan nie powiedział, prawda sierżancie? - zapytała Molly.

- Tak, proszę pani. W znalezionym notesie, na górze strony zostało napisane Ślepe myszki trzy. Do ciała zmarłej kobiety natomiast przypięto kartkę z napisem Ta jest pierwsza, a poniżej tej adnotacji widniał rysunek trzech myszek i muzyki. Melodia do dziecinnej rymowanki Ślepe myszki trzy.

Molly zanuciła cicho:

Ślepe myszki trzy,

Spójrz, jak one biegną.

Pobiegły wszystkie do farmera żony!

Ona…

Przerwała.

- To okropne - okropne. - Tam było troje dzieci, czy tak?

- Tak, pani Davis. Chłopiec piętnastoletni, dziewczynka czternastoletnia i chłopiec dwunastoletni, który zmarł.

- Co się stało z pozostałymi dziećmi?

- Dziewczynka została - jak przypuszczam - zaadoptowana. Nie mogliśmy jej odszukać. Chłopiec musi mieć teraz około dwudziestu trzech lat. Straciliśmy jego ślad. Mówiono o nim, że zawsze był trochę niezrównoważony. Zaciągnął się do wojska w wieku osiemnastu lat. Później zdezerterował. Od tego czasu słuch po nim zaginął. Wojskowy psychiatra twierdzi z pełnym przekonaniem, że chłopak jest nienormalny.

- Czy sądzi pan, że to właśnie on zabił panią Lyon? - zapytał Giles. - I że on jest zbrodniczym maniakiem, który może się tu pojawić z jakiejś niewiadomej przyczyny?

- Sądzimy, że musi istnieć związek pomiędzy kimś stąd i sprawą farmy Longridge. Wówczas, kiedy ustalimy, jaki to związek, będziemy przygotowani na niebezpieczeństwo. Oświadcza pan więc, że nie ma nic wspólnego z tą sprawą. To samo odnosi się do pani, pani Davis?

- Ja… Och, tak… Tak.

- Może zechcą państwo powiedzieć mi dokładnie, kto jeszcze znajduje się w domu?

Podali mu nazwiska. Pani Boyle. Major Metcalf. Pan Christopher Wren. Pan Paravicini. Sierżant zapisał je w notesie.

- Służba?

Nie mamy żadnej służby - powiedziała Molly. - To przypomina mi, że muszę pójść wstawić ziemniaki.

Kiedy Molly opuściła gabinet, Trotter zwrócił się do Gilesa:

- Co pan wie o tych ludziach, sir?

- Ja… My… - Giles zająknął się, a potem powiedział cicho: - Tak naprawdę to nic o nich nie wiemy, sierżancie Trotter. Pani Boyle napisała do nas z hotelu w Bournemouth. Major Metcalf z Leamington. Pan Wren z prywatnego hotelu w South Kensington. Pan Paravicini po prostu spadł z nieba albo raczej wyłonił się ze śniegu, jego samochód wywrócił się w zaspie niedaleko stad. Przypuszczam, że posiadają oni dowody osobiste, książeczki żywnościowe czy coś w tym rodzaju.

- Sprawdzę to, oczywiście.

- W pewnym sensie mamy szczęście, że pogoda jest taka okropna - powiedział Giles. - Mordercy nie będzie łatwo zjawić się tutaj, nieprawdaż?

- Być może nie będzie musiał, panie Davis.

- Co pan przez to rozumie?

Sierżant Trotter zawahał się chwilę, a potem rzekł:

- Musimy brać po uwagę, sir, że być może on już tu jest.

Giles utkwił wzrok w sierżancie.

- Co pan przez to rozumie?

- Pani Gregg została zabita dwa dni temu. Wszyscy pańscy goście przybyli tu po tym zdarzeniu, panie Davis.

- Tak, ale oni zapowiedzieli swój przyjazd wcześniej - jakiś czas przedtem - z wyjątkiem Paraviciniego.

Sierżant Trotter westchnął. Jego głos zdradzał zmęczenie

- Te zbrodnie zostały zaplanowane z góry.

- Zbrodnie? Ależ popełniono tylko jedną zbrodnię. Skąd pan wie, że będzie następna?

- Czy do niej dojdzie, nie wiem. Mam nadzieję, że uda się temu zapobiec. Ale że będzie próba - jestem pewny.

- Ale… jeśli pan ma rację - Giles mówił w podnieceniu - tylko jedna osoba wchodzi tu w grę. Tylko jedna osoba jest w odpowiednim wieku - Christopher Wren!

Sierżant Trotter odnalazł Molly w kuchni.

- Będę zadowolony, pani Davis, jeśli uda się pani ze mną do biblioteki. Pan Davis był tak uprzejmy i przygotował…

- Dobrze, niechże tylko uporam się z tymi ziemniakami. Czasami chciałabym, żeby Sir Walter Raleigh nigdy nie odkrył tych wszystkich, nieznośnych rzeczy.

Sierżant Trotter zachował milczenie, w którym nie czuło się aprobaty.

- Wprost nie mogę uwierzyć, rozumie pan… - zaczęła Molly przepraszająco. - To zbyt fantastyczne…

- To wcale nie jest fantastyczne, pani Davis. To są oczywiste fakty.

- Macie rysopis tego mężczyzny? - zapytała Molly.

- Średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, ubrany w ciemne palto i jasny kapelusz; mówił szeptem, jego twarz zakrywał szalik. Widzi pani - to mógłby być każdy. - Urwał i dodał po chwili: - Trzy ciemne palta i jasne kapelusze wiszą u pani w holu, pani Davis.

- Nie sądzę, aby któryś z moich gości przyjechał z Londynu.

- Nie sądzi pani? - Sierżant Trotter podszedł szybko do kredensu i wziął leżącą tam gazetę. - Evening Standard z dziewiętnastego lutego. Sprzed dwóch dni. Ktoś przywiózł tę gazetę, pani Davis.

- Ależ to zadziwiające - Molly wpatrywała się w gazetę ze zdumieniem. Jakieś niejasne wspomnienie ożyło w jej pamięci - Skąd się wzięła ta gazeta?

Nie powinna pani brać wszystkiego, co ludzie mówią, za dobrą monetę, pani Davis. Tak naprawdę nic pani nie wie o tych ludziach, których przyjęła pani pod swój dach. - I dodał: - Przypuszczam, że dopiero zaczynacie prowadzić ten pensjonat?

- Tak - przyznała Molly i nagle poczuła się młoda, głupia i dziecinna.

- Prawdopodobnie również od niedawna jesteście małżeństwem?

- Tylko rok. - Zarumieniła się lekko. - To stało się dość nagle.

- Miłość od pierwszego wejrzenia - powiedział z sympatią sierżant Trotter.



dalej


strona główna
(23kB)