(23kB)
strona główna

 

Agatha Christie

 

Czarna kawa




Adaptacja Chailesa Osborne'a sztuki Agathy Christie „Black Coffee"

Przełożyła Beata Chądzyńska

I

 

 

Herkules Poirot miał małe, ale przytulne mieszkanko w eleganckim bloku mieszkalnym Whitehall Mansions, w Mayfair, najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Londynu. Jadł właśnie śniadanie, na które składały się słodki rogalik i filiżanka gorącej czekolady. Choć był człowiekiem o określonych przyzwyczajeniach, które rzadko zmieniał, tego dnia wyjątkowo poprosił swojego służącego George'a o jeszcze jedną porcję czekolady. Dla zabicia czasu zaczął przyglądać się swojemu odbiciu w dużym lustrze wiszącym naprzeciw. Był niskim, sześćdziesięciokilkuletnim mężczyzną o jajowatej głowie, dosyć szczupłym, choć z przyjemnie zaokrąglonym brzuszkiem, a zadbane wąsy miał fantazyjnie zakręcone w górę. Skinął głową, najwidoczniej zadowolony ze swego wyglądu, i powrócił do przeglądania leżącej na stole porannej korespondencji.

Z właściwą sobie pedanterią ułożył rozrzucone koperty w jeden stos. Otworzył je bardzo starannie nożem do papieru w kształcie miniaturowego miecza, który dostał wiele lat temu w prezencie urodzinowym od swego starego przyjaciela kapitana Hastingsa. W drugiej kupce znalazły się przesyłki, które Poirot uznał za nieważne - przeważnie były to druki, zawiadomienia, zaproszenia itd.; zaraz poprosi George'a, by je wyrzucił. Trzeci stos zawierał listy, na które wypadałoby odpowiedzieć, a przynajmniej potwierdzić ich otrzymanie. Postanowił zająć się tym po śniadaniu, ale nie wcześniej niż o dziesiątej. Poirot uważał, że rozpoczynanie dnia pracy przed godziną dziesiątą byłoby rzeczą niegodną prawdziwego profesjonalisty. Kiedy zajmował się jakąś sprawą... cóż, wówczas oczywiście co innego. Pamiętał, że pewnego razu wyruszyli razem z Hastingsem jeszcze przed świtem, aby... Nie, Poirot nie chciał rozpamiętywać przeszłości. Szczęśliwej przeszłości. Po rozwiązaniu zagadki śmierci lorda Edgwa-re'a i tym samym zamknięciu ostatniej sprawy, nad którą razem prą-

cowali, Hastings wrócił do swojego rancza i żony w Argentynie; chociaż teraz ponownie zjawi} się w Londynie na kilka tygodni w interesach, jego współpraca z Herkulesem Poirot przy rozwiązywaniu intrygujących zagadek należała już do przeszłości. Niegdyś życie było takie ekscytujące - myślał Poirot. - Ale teraz, co my właściwie robimy? Kilkakrotnie byliśmy na kolacji w Ritzu, wytwornym, luksusowym hotelu, gdzie Hastings się zatrzymał. Było bardzo miło, podobnie jak w teatrze, dokąd wybraliśmy się razem parę razy. To jednak były czasy, kiedy... Nie, naprawdę nie powinien myśleć o przeszłości, ale przychodziło mu to z trudnością teraz, kiedy Hastings znowu pojawił się na krótko w Londynie.

Czy to dlatego Herkules Poirot był niespokojny tego wspaniałego majowego poranka w 1934 roku, kiedy nadeszła właśnie spóźniona wiosna? Pozornie na emeryturze, Poirot powracał do zawodu za każdym razem, kiedy zwracano się do niego z wyjątkowo interesującą sprawą. Lubił pracować z Hastingsem, który spełniał rolę rezonatora dla jego teorii i pomysłów. Teraz jednak Hastings spędzał większość czasu na drugim końcu świata, a Poirot w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie natrafił na nic, co mogłoby go zainteresować z zawodowego punktu widzenia. Czy przestępcy z wyobraźnią już wyginęli? Została tylko prostacka przemoc i brutalność, ten typ podłych morderców i rabusiów, którymi zajmowanie się byłoby poniżej jego godności?

Rozmyślania te przerwało pojawienie się milczącego George'a, który przyniósł drugą, z utęsknieniem wyczekiwaną, filiżankę czekolady. Wyczekiwaną nie tylko ze względu na przyjemność picia tego napoju, ale również dlatego, że dzięki temu choć na kilka chwil będzie mógł zapomnieć o tym, że tego wspaniałego, słonecznego poranka nie czeka go nic więcej poza spacerem w parku i przechadzką z Mayfair do Soho, gdzie w samotności zje lunch w swojej ulubionej restauracji - co zamówi tym razem? - na początek może kawałek pasztetu, potem solą bonne femme i...

Uświadomił sobie, że George, stawiając na stole filiżankę czekolady, coś do niego mówi. Zawsze spokojny, zachowujący się bez zarzutu George, na wskroś angielski, z twarzą o nieprzeniknionym wyrazie, był lokajem Poirota już od pewnego czasu i doskonale dostosował się do wymagań detektywa. Nigdy nie wtrącał się w cudze sprawy i niechętnie wypowiadał swoje poglądy, ale był kopalnią informacji na temat angielskiej arystokracji i człowiekiem równie pedantycznym, jak sam wielki detektyw. Poirot często mu powtarza}: „Masz doskonale wyprasowane spodnie, George, aie jesteś pozbawiony wyobraźni". Wyobraźnia była jednak tym, czego Herkules Poirot miał w nadmiarze. Umiejętne wyprasowanie spodni było w jego mniemaniu o wiele większym wyczynem. Tak, ma prawdziwe szczęście, że George dla niego pracuje.

- ...więc pozwoliłem sobie złożyć obietnicę, sir, że dziś rano pan do niego oddzwoni - mówił służący.

- Przepraszam cię, George - wykrzyknął Poirot. - Nie uważałem, myślałem o czymś innym. Mówiłeś, że ktoś dzwonił?

- Tak, proszę pana. Wczoraj wieczorem, kiedy był pan w teatrze z panią Oliver. Poszedłem spać jeszcze przed pańskim powrotem do domu, nie zostawiając żadnej wiadomości, gdyż było bardzo późno i uznałem, że to nie jest konieczne.

- Kto to był?

- Przedstawił się jako Claud Amory, sir. Zostawił swój numer, z którego można wnosić, że telefonował z Surrey. Powiedział, że chodzi o bardzo delikatną sprawę, i poprosił, żeby dzwoniąc nie przedstawiał się pan nikomu i rozmawiał tylko z nim.

- Dziękuję ci, George. Zostaw ten numer na moim biurku. Zadzwonię do niego, jak tylko przeczytam dzisiejszego „Timesa". Jest jeszcze zbyt wcześnie na rozmowę, zwłaszcza w delikatnej sprawie.

George ukłonił się i wyszedł, a tymczasem Poirot pił powoli swoją czekoladę. Powrócił myślami do przedstawienia, na którym był poprzedniego wieczoru w teatrze razem z Ariadną Oliver, swoją starą przyjaciółką, uważającą się za detektywa-amatora. W sztuce tej, pod tytułem „Alibi", chodziło o wyjaśnienie tajemnicy morderstwa; Charles Laughton, sławny aktor brytyjski, grał rolę detektywa rozwiązującego tę zagadkę. Pani Oliver nie była bynajmniej zadowolona, kiedy Poirot pierwszy wykrył mordercę.

- Nie wiem, jakim sposobem tak szybko pan zgadł, Poirot - żaliła się, ale detektyw przerwał jej, wykrzykując z urazą:

- Ja nigdy nie zgaduję, droga pani Oliver. Wykorzystuję moją inteligencję. Małe szare komórki... - Nie zdążył dokończyć, gdyż pani Oliver, która wiele razy słyszała jego wykład na temat szarych komórek, przerwała mu gwałtownie:

- Nie! Tylko nie te przeklęte szare komórki. Chodźmy lepiej do kawiarni Café Royal, tu na rogu. Może mi pan postawić drinka przed kolacją.

Poirot uśmiechnął się i potrząsnął głową. Kochana Ariadna Oliver, naprawdę bardzo ją lubił. Wypił czekoladę i, chichocząc na wspomnienie wieczoru w teatrze, który tak przyjemnie spędził w jej towarzystwie, wyszedł na balkon z poranną gazetą w ręku.

Kilka minut później odłożył „Timesa" na bok. Wiadomości ze świata były jak zwykle przygnębiające. Ten okropny Hitler zamienił sądy w organy partii nazistowskiej, w Bułgarii doszli do władzy faszyści, a co najgorsze, w Belgii, ojczyźnie Poirota, czterdziestu dwóch górników z kopalni w pobliżu Mons prawdopodobnie zginęło w eksplozji. Wiadomości z kraju były nieco bardziej optymistyczne. Pomimo zastrzeżeń oficjeli, tenisistkom biorącym udział w turnieju wimble-dońskim pozwolono w tym roku nosić krótkie spódniczki. Nekrologi również nie były pocieszające, gdyż zdawało się, że osobom w wieku Poirota, a nawet młodszym, wyjątkowo śpieszy się na tamten świat.

Odłożywszy gazetę, Poirot wyciągnął się wygodnie na swoim wiklinowym krześle, ze stopami opartymi o podnóżek. „Claud Amory" - pomyślał. To nazwisko wydawało mu się znajome. Musiał już przedtem gdzieś je usłyszeć. Tak, sir Claud był znaną postacią w pewnych kręgach. Ale w jakich? Polityk? Adwokat? A może emerytowany urzędnik służby cywilnej? Claud Amory. Amory.

Balkon znajdował się od wschodniej strony, co umożliwiło Poirotowi wygrzewanie się przez kilka minut na słońcu. Wkrótce miało się zrobić bardzo ciepło, a on nie był amatorem opalania się. Kiedy upał zapędzi mnie do środka - pomyślał - zadam sobie trud i zajrzę do „Who is Who". Jeżeli ten sir Claud jest kimś znaczącym, z pewnością będzie tam figurował. A jeżeli nie?... Mały detektyw wzruszył ramionami. Jako zdeklarowany snob od razu poczuł sympatię do Clauda Amory z racji posiadania przez niego szlacheckiego tytułu. Jeżeli w „Who is Who", gdzie można przeczytać również o dokonaniach Herkulesa Poirota, znajduje się wzmianka o nim, to może ten sir Claud jest kimś godnym uwagi.

Poirot, pod wpływem nagłego, zimnego podmuchu wiatru i rosnącej ciekawości, wrócił do biblioteki. Podszedł do półki z księgozbiorem podręcznym i zdjął stamtąd opasłe, czerwone tomisko; na jego grzbiecie złotymi literami wytłoczony był tytuł: „Who is Who". Przewracając strony, natrafił na hasło, którego szukał.

- Amory - odczytał. - Sir Claud (Herbert); tytuł szlachecki od roku 1927; urodzony 24 października 1878, ożeniony w 1907 r. z Heleną Graham (zmarłą w 1929 roku); jeden syn. Wykształcenie: Weymouth Grammar School; King's College, Londyn. Fizyk w laboratoriach GEC, 1905; RAE, Farnborough (Departament Łączności), 1916; uczestnik Projektu Badawczego Ministerstwa Obrony Powietrznej, Swanage, 1921; odkrył nowy sposób przyśpieszania cząsteczek: liniowy akcelerator fal, 1924. Otrzymał Medal Monroe'a Stowarzyszenia Fizyków itd. Autor licznych publikacji naukowych. Adres: Abbot's Cleve, Market Cleve, Surrey. Tél.: Market Cleve 304. Klub: Athenaeum.

Ach tak - powiedział do siebie Poirot. - Sławny naukowiec.

Przypomniał sobie rozmowę, jaką odbył kilka miesięcy temu z członkiem rządu Jej Królewskiej Mości, po tym jak udało mu się odzyskać zaginione dokumenty, których treść mogła się okazać kompromitująca dla władz. Rozmawiali o bezpieczeństwie i polityk przyznał, że działania, podejmowane w celu jego zapewnienia, na ogół są niewystarczające. „Na przykład - powiedział do Poirota

- to, nad czym pracuje teraz Claud Amory, ma szansę odegrać w przyszłości wyjątkowo istotną rolę w razie ewentualnych konfliktów zbrojnych, ale on nie chce pracować w laboratorium, gdzie miałby zapewnioną ochronę. Upiera się, żeby pracować samotnie w swoim domu na wsi. Zero bezpieczeństwa. Przerażające".

- Ciekawe, - pomyślał Poirot odkładając na półkę „Who's Who"

- ciekawe, czy sir Claud chciałby zaangażować Herkulesa Poirot w roli starego, zmęczonego psa łańcuchowego? Wynalazki wojenne, sekretna broń - to nie dla mnie. Jeżeli...

Zadzwonił telefon w sąsiednim pokoju i Poirot usłyszał, jak George podnosi słuchawkę. Chwilę później służący pokazał się na progu.

- To znowu pan Claud Amory, sir - oznajmił. Poirot podszedł do telefonu.

- Halo. Tu Herkules Poirot.

- Monsieur Poirot? Nie znamy się osobiście, chociaż mamy wspólnych znajomych. Nazywam się Amory, Claud Amory...

- Słyszałem o panu, sir Claud - powiedział Poirot.

- Proszę posłuchać, Poirot - ciągnął rozmówca. - Mam na głowie diabelnie trudną sprawę. A raczej mogę mieć. Nie jestem pewien. Pragnę jednak podkreślić, że to, o czym zamierzam panu opowie-

dzieć, jest poufne. Jeżeli miałoby się przedostać do publicznej wiadomości...

- Drogi panie Amory - przerwał Poirot - zapewniam pana, że jestem -jak to się określa? - uosobieniem dyskrecji. Wszystko, co mi pan powie, pozostanie między nami.

- Dziękuję. Wiem, że mogę ufać panu bez zastrzeżeń. Mam następujący problem: od pewnego czasu pracuję nad wzorem bombardowania atomu - nie będę się wdawał w szczegóły, ale Ministerstwo Obrony uważa to za sprawę pierwszorzędnej wagi. Teraz praktycznie już zakończyłem pracę; wyprowadziłem wzór, na podstawie którego można wyprodukować nowy, śmiercionośny materiał wybuchowy. Mam podstawy, aby podejrzewać, że ktoś z moich domowników próbuje wykraść ten wzór. W tej chwili nie mogę powiedzieć nic więcej, ale byłbym wielce zobowiązany, gdyby zechciał pan przyjechać na weekend do Abbot's Cleve, jako mój gość. Chciałbym, aby zawiózł pan wzór do Londynu i przekazał pewnej osobie z Ministerstwa Obrony. Kurier Ministerstwa z pewnych względów nie może tego zrobić. Musi to być ktoś wyglądający na niepozornego, zwykłego człowieka, ale jednocześnie wystarczająco sprytny, aby...

Claud Amory nie przestawał mówić. Herkules Poirot, przyglądając się w lustrze swojej łysej głowie o jajowatym kształcie i starannie wypielęgnowanym wąsom, nie wspominając już o eleganckich sztuczkowych spodniach w prążki i bonżurce, pomyślał, że nigdy przedtem w całej swojej długiej karierze nie został nazwany niepozornym ani też sam za takiego się nie uważał. Perspektywa spędzenia weekendu na wsi, gdzie będzie miał okazję poznać wybitnego uczonego osobiście, wydala mu się jednak zachęcająca. Poza tym, niewątpliwie, czekają go podziękowania ze strony wdzięcznych przedstawicieli władzy - za to tylko, że przewiezie w swojej kieszeni z Surrey do Whitehall tajemniczy, może nawet śmiercionośny wzór.

- Zrobię to z przyjemnością, drogi panie Claud - oświadczył. - Muszę się jednak przez chwilę zastanowić. Dzisiaj jest środa, n'est-ce pasł Przyjadę w sobotę po południu, jeżeli to panu odpowiada, i wrócę do Londynu w poniedziałek rano, zabierając ze sobą, cokolwiek pan będzie chciał. Bardzo mnie cieszy perspektywa spotkania z panem.

Dziwne - pomyślał Poirot odkładając słuchawkę. - Wzorem sir Clauda mogliby interesować się agenci obcych służb specjalnych, ale czy to możliwe, żeby ktoś z rodziny naukowca?... Cóż, bez wątpienia coś więcej wyjaśni się w czasie weekendu.

- George - zawołał do służącego - zanieś, proszę, do pralni moją ciepłą tweedową marynarkę, wieczorowy garnitur i spodnie. Muszę mieć je na piątek, ponieważ wybieram się na weekend na wieś.

Zabrzmiało to tak, jakby wyjeżdżał na całe życie na stepy Azji Środkowej.

 

II

 

 

Dom Clauda Amory'ego, Abbot's Cleve, znajdował się na przedmieściach Market Cleve - małego miasteczka, a raczej dużej wioski w hrabstwie Surrey, w odległości około czterdziestu kilometrów na południowy wschód od Londynu. Był to duży budynek z epoki wiktoriańskiej, o nieokreślonym stylu architektonicznym, otoczony kilkoma akrami łagodnych wzniesień, tu i ówdzie gęsto zalesionych. Wysypana żwirem droga, biegnąca ze stróżówki (która funkcjonowała teraz jako domek ogrodnika) aż do drzwi frontowych Abbot's Cleve, wiła się wśród drzew i gęstych zarośli. Na tyłach domu znajdował się taras oraz trawnik prowadzący do zadbanego, o regularnych kształtach ogrodu.

W piątek wieczorem, dwa dni po rozmowie telefonicznej z Poirotem, Claud Amory siedział w swoim gabinecie głęboko zamyślony. Do tego małego, ale wygodnie umeblowanego pokoju na parterze, we wschodnim skrzydle domu, można było wejść jedynie przez bibliotekę. Sir Claudowi bardzo to odpowiadało, gdyż pozwalało mu na pracę w spokoju i samotności, a członkowie jego rodziny wiedzieli, że za dnia muszą trzymać się z dala od biblioteki, w drugim skrzydle domu. Dopiero wieczorem, po kolacji, wszyscy łącznie z sir Claudem spotykali się w bibliotece na kawę i drinka.

Biurko uczonego było tak ustawione, że siedział naprzeciw drzwi prowadzących do biblioteki, mając za plecami okno wychodzące na ogród; podziwianiem tego widoku rzadko zawracał sobie głowę. Na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Lokaj Tredwell właśnie zadzwonił na kolację i rodzina zaczęła się zbierać w jadalni.

Sir Claud bębnił palcami o blat biurka; robił tak zawsze, kiedy miał podjąć szybką decyzję. Był to człowiek średniego wzrostu, średniej budowy, lat około pięćdziesięciu pięciu, z wysokim czołem i zaczesanymi do tyłu siwiejącymi włosami, o przenikliwym, zimnym

spojrzeniu błękitnych oczu; jego twarz przybrała teraz wyraz, w którym niepokój mieszał się ze zdziwieniem.

Ktoś zapukał dyskretnie do drzwi gabinetu i na progu ukazał się lokaj Tredwell, wysoki osobnik o ponurym wyglądzie i nienagannych manierach.

- Przepraszam, sir Claud. Myślałem, że może nie słyszał pan dzwonka...

- Wszystko w porządku, Tredwell. Powiedz wszystkim, że jestem zajęty rozmową telefoniczną i zaraz przyjdę. Rzeczywiście mam właśnie zamiar do kogoś zadzwonić. Możesz już zacząć podawać do stołu.

Tredwell oddalił się bezszelestnie, a Amory odetchnął głęboko, przysuwając do siebie telefon. Przejrzał notes, wyjęty z szuflady biurka, i podniósł słuchawkę. Słuchał przez chwilę, zanim się odezwał.

- Tu Market Cleve 304. Proszę o połączenie z Londynem. - Podał numer i usiadłszy wygodnie na krześle czekał. Znów zabębnił nerwowo palcami o blat biurka.

Kilka minut później Claud Amory opuścił swój gabinet, wychodząc przez bibliotekę na korytarz, i dołączył do reszty towarzystwa w jadalni znajdującej się w zachodnim skrzydle domu; zajął honorowe miejsce przy jednym końcu stołu, wokół którego siedzieli już pozostali członkowie rodziny. Po prawej stronie sir Clauda siedziała jego bratanica Barbara Amory, koło niej Richard Amory, jedyny syn sir Clauda; dalej włoski lekarz nazwiskiem Carelli, którego zaproszono na kolację. Miejsce po prawej stronie Carellego, naprzeciw sir Clauda, zajmowała jego siostra, Karolina Amory. Była to kobieta po sześćdziesiątce, która nigdy nie założyła własnej rodziny; prowadziła dom bratu, którego żona zmarła kilka lat temu. Koło panny Amory siedział sekretarz sir Clauda Edward Raynor, a obok niego żona Ri-charda Amory'ego, Lucia; jej sąsiadem po prawej stronie był sam pan domu, sir Claud.

Tym razem kolacja nie przebiegała w przyjemnej atmosferze. Karolina Amory, kobieta starej daty o nieco irytującym sposobie bycia, próbowała nawiązać rozmowę z doktorem Carellim, który udzielał jej dosyć uprzejmych odpowiedzi, ale nie wydawał się zbyt skory do konwersacji. Potem panna Amory zwróciła się do Edwarda Rayno-ra, ale ten zazwyczaj grzeczny i towarzyski młody człowiek wzdry-

gnał się nerwowo i wymamrotał coś przepraszająco; wyglądał na zażenowanego. Sir Claud był jeszcze bardziej milczący niż zwykle. Jego syn Richard od czasu do czasu posyłał zaniepokojone spojrzenie w stronę swojej żony Lucii. Jedynie młoda Barbara Amory wydawała się w dobrym nastroju; raz po raz zagadywała do ciotki Karoliny.

- Ciociu Karolino, ta solą jest przepyszna - zawołała, zabierając się z apetytem do jedzenia. - Jestem taka zadowolona, że korzystasz z usług tego nowego właściciela sklepu rybnego. Jest bardziej godny zaufania niż stary Hobbs.

Ciotka wymamrotała jakąś stosowną odpowiedź.

Kiedy Tredwell podawał na deser sałatkę owocową, sir Claud nagle zwrócił się do niego głośno, tak by wszyscy siedzący przy stole mogli usłyszeć jego słowa.

- Tredwell - powiedział - zadzwoń do garażu Jacksona w Market Cleve i poproś ich, żeby wysłali samochód z kierowcą na stację kolejową. O ósmej pięćdziesiąt przyjeżdżają dwaj panowie, którzy mają nas odwiedzić po kolacji.

- Dobrze, sir - odpowiedział Tredwell wychodząc. Kiedy lokaj zamknął za sobą drzwi, odezwał się Richard.

- Jacy panowie, ojcze? Kogo spodziewasz się po kolacji? Kogoś z Londynu?

Ojciec uciszył zebranych gestem.

- Wkrótce wszyscy się dowiecie. Po kolacji zamierzam złożyć oświadczenie w bibliotece. Do tego czasu nie mam nic więcej do powiedzenia.

W tej chwili Lucia Amory, bąknąwszy „przepraszam", wstała nagle od stołu i wybiegła z jadalni, kierując się przez korytarz w stronę biblioteki. Było to dosyć duże pomieszczenie, ale raczej przytulne niż eleganckie; spełniało rolę nie tylko biblioteki, ale również salonu. Francuskie okna wychodziły na taras przed domem, a także na część ogrodu; drzwi na drugim końcu pokoju prowadziły do gabinetu sir Clauda. Na kominku, który znajdował się na lewo od drzwi, stał staroświecki zegar, jakieś ozdoby oraz wazon z fidybusami. Na prawo od wyjścia na korytarz były następne drzwi, prowadzące bezpośrednio do reszty domu, przedpokój i schody do sypialni na pierwszym piętrze oraz znajdujących się powyżej pomieszczeń dla służby.

Umeblowanie biblioteki składało się z biurka z telefonem, stojącego zaraz po lewej stronie drzwi na korytarz; dużej, dobrze wyposażonej biblioteczki na prawo od drzwi francuskich; stoliczka z gramo-

fonem i płytami oraz kanapy, przy której znajdował się stół-ława. Przy okrągłym stole na środku pokoju postawiono proste krzesło i wygodny fotel, a na małym stoliku przy ścianie stała roślina w doniczce. Meble w większości były tradycyjne, ale nie dość stare czy piękne, by zasługiwać na miano antyków.

Lucia Amory, piękna młoda kobieta w wieku lat dwudziestu pięciu, z bujnymi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona, o piwnych oczach, które niekiedy się ożywiały, teraz jednak zdradzały jakieś nieokreślone, skrywane emocje, stała niezdecydowana na środku pokoju. Potem podeszła do okna i, odchylając nieco zasłony, wyjrzała na zewnątrz, gdzie było już ciemno. Z ledwie słyszalnym westchnieniem zamyślona przycisnęła czoło do chłodnej szyby.

Na korytarzu słychać było wołanie panny Amory:

- Lucia... Lucia... gdzie jesteś?

- Po chwili Karolina weszła do pokoju. Wzięła młodą kobietę pod ramię i zaprowadziła na kanapę.

- Usiądź tu, moja droga - poleciła, wskazując miejsce w rogu. Zanim postawiła diagnozę, przez chwilę uważnie przyglądała się Lu-cii. - Za kilka minut dojdziesz do siebie.

Lucia obdarzyła Karolinę słabym uśmiechem wdzięczności.

- Tak, oczywiście - potwierdziła - właściwie czuję się już lepiej. Chociaż mówiła nienaganną angielszczyzną - może nawet zbyt nienaganną - intonacja zdradzała, że angielski nie jest jej ojczystym językiem. - Po prostu poczułam się słabo, to wszystko - ciągnęła. - To śmieszne. Nigdy przedtem nic podobnego mi się nie przydarzyło. Nie mam pojęcia, co się stało. Możesz już wrócić, ciociu Karolino. Wszystko będzie dobrze.

Karolina Amory przyglądała się, zatroskana, jak Lucia wyjmuje chusteczkę z torebki i przeciera oczy. Uśmiechnęła się znowu:

- Wszystko będzie dobrze. - powtórzyła. - Naprawdę, uwierz mi.

Panna Amory nie była o tym do końca przekonana.

- Przez cały dzisiejszy wieczór nie wyglądałaś zbyt dobrze, moja droga - powiedziała, spoglądając z troską na dziewczynę.

- Naprawdę?

- Tak. - Panna Amory usiadła na kanapie obok Lucii. - Może złapałaś jakieś przeziębienie, kochanie. Lato w Anglii potrafi być niekiedy zdradzieckie. Zupełnie inaczej niż ten włoski upał, do którego jesteś przyzwyczajona. Italia to taki cudowny kraj.

- Italia - wyszeptała w zamyśleniu Lucia, odkładając torebkę. -Italia...

- Wiem, moje dziecko. Z pewnością bardzo tęsknisz do swojej ojczyzny. Różnice pomiędzy naszymi krajami są ogromne - weźmy choćby na przykład pogodę i obyczaje. Anglicy muszą wydawać ci się tacy chłodni i opanowani. Z kolei Włosi...

- Nie, wcale nie tęsknię do Włoch - wykrzyknęła Lucia z gwałtownością, która zdumiała pannę Amory. - Ani trochę!

- Ależ drogie dziecko, nie musisz się wstydzić swojej tęsknoty za domem...

- Niczego się nie wstydzę! Nienawidzę Włoch. Zawsze nienawidziłam. Czuję się jak w niebie, mogąc być tu, w Anglii, w towarzystwie tak miłych ludzi. Po prostu w siódmym niebie!

- Jesteś bardzo miła, kochanie - powiedziała Karolina - choć jestem przekonana, że kieruje tobą wyłącznie uprzejmość. To prawda, że wszyscy bardzo się staramy, abyś była szczęśliwa, czuła się jak u siebie w domu, ale byłoby rzeczą naturalną, gdybyś od czasu do czasu tęskniła za krajem. A poza tym, nie mając matki...

- Proszę cię, nie wspominaj o mojej matce - przerwała jej Lucia.

- Dobrze, jeżeli sobie tego życzysz. Nie miałam zamiaru cię denerwować. (Boże drogi - pomyślała - ci cudzoziemcy!) Chcesz sole trzeźwiące? Są w moim pokoju.

- Nie, dziękuję - odparła Lucia. - Już doszłam do siebie, naprawdę.

- To dla mnie żaden kłopot - nalegała Karolina. - Mam sole trzeźwiące w bardzo ładnej, różowej buteleczce. Do tego bardzo mocne. To jest chyba salmiak. A może spirytus salicylowy? Nie pamiętam. W każdym razie, nie jest to środek do czyszczenia wanny.

Lucia uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała. Panna Amory wstała i najwidoczniej nie mogła się zdecydować, czy pójść po sole trzeźwiące. Wreszcie podeszła do kanapy i zaczęła poprawiać poduszki.

- Tak, sądzę, że złapałaś jakieś przeziębienie - ciągnęła. - Jeszcze dziś rano wyglądałaś na okaz zdrowia. A może zdenerwowałaś się spotkaniem tego swojego włoskiego przyjaciela, doktora Carellego? Zjawił się tak nagle i niespodziewanie, prawda? Musiało to być dla ciebie sporym szokiem.

Do biblioteki wszedł Richard, mąż Lucii, nie zauważony przez pannę Amory. Zdawało się, że słowa Karoliny zdenerwowały Lucie,

która wcisnęła się w kanapę, zamykając oczy; wstrząsały nią dreszcze.

- Co ci jest, kochanie? - zapytała panna Amory. - Znowu poczułaś się słabo?

Richard zamknął za sobą drzwi i podszedł do pań. Był to dosyć przystojny młody człowiek około trzydziestki, z jasnorudymi włosami, średniego wzrostu, o przysadzistej, muskularnej sylwetce.

- Idź skończyć kolację, ciociu Karolino - powiedział do panny Amory. - Ja zajmę się Lucią. Wszystko będzie dobrze.

Karolina Amory wciąż wyglądała na niezdecydowaną.

- Och, to ty, Richardzie. Cóż, może rzeczywiście powinnam sobie pójść - zgodziła się niechętnie, i powoli, z wahaniem, ruszyła w stronę drzwi prowadzących na korytarz. - Wiesz, jak twój ojciec nie lubi takiego zamieszania. Zwłaszcza kiedy mamy gościa. To nie to samo, co gościć bliskiego przyjaciela rodziny. - Odwróciła się do Lucii. - Właśnie mówiłam, nieprawdaż, jaki to dziwny zbieg okoliczności, że doktor Carelli pojawił się w ten sposób, nie mając pojęcia o tym, że mieszkasz w tej części świata. Po prostu wpadłaś na niego po drodze i zaprosiłaś na herbatę. To było dla ciebie wielkim zaskoczeniem, prawda, kochanie?

- Tak - potwierdziła mechanicznie Lucia.

- Świat jest taki mały! Zawsze to powtarzam - ciągnęła panna Amory. - Twój przyjaciel jest niezwykle przystojny, Lucio.

- Tak uważasz?

- Oczywiście, wygląda na cudzoziemca - przyznała panna Amory - ale mimo to jest bardzo przystojny. I doskonale mówi po angielsku.

- Chyba tak.

Wyglądało na to, że panna Amory nie ma zamiaru zmienić tematu rozmowy.

- Naprawdę nie miałaś pojęcia - zapytała - że bawi w tej części świata?

- Najmniejszego pojęcia - odpowiedziała z naciskiem Lucia. Richard Amory przyglądał się żonie z uwagą. Wreszcie powiedział cicho:

- Zrobił ci chyba wspaniałą niespodziankę, Lucio.

Lucia spojrzała na niego, ale nie odpowiedziała. Panna Amory natomiast rozpromieniła się.

- Tak, z pewnością - ciągnęła. - Czy dobrze go znałaś we Włoszech, kochanie? Był z tobą bardzo zaprzyjaźniony? Zgaduję, że tak.

W głosie młodej kobiety zabrzmiała nutka goryczy:

- Nigdy nie był moim przyjacielem.

- Ach, tak. Zwykły znajomy. A jednak dosyć szybko przyjął moje zaproszenie na kolację. Czasami myślę, że cudzoziemcy bywają nieco nachalni. Och, oczywiście nie mam na myśli ciebie, kochanie... - Panna Amory urwała w porę, oblewając się rumieńcem. - Ty jesteś przecież na wpół Angielką. - Spojrzała na bratanka z figlarnym błyskiem w oku - A właściwie to jest już prawdziwą Angielką, prawda, Richardzie?

Richard nie odpowiedział. Podszedł do drzwi i otworzył je, zapraszając pannę Amory do wyjścia.

- Cóż - powiedziała, zbliżając się do niego niechętnie - jeżeli jesteś pewien, że nic więcej nie mogę zrobić...

- Tak - ton Richarda był szorstki, podobnie jak jego słowa. Panna Amory, robiąc niepewny gest i po raz ostatni uśmiechając się nerwowo do Lucii, wyszła z pokoju.

Richard z ulgą zatrzasnął za nią drzwi i podszedł do żony.

- Gadała i gadała - sarknął. - Myślałem, że nigdy sobie nie pójdzie.

- Ona po prostu starała się być miła, Richardzie.

- Och, może i tak. Ale, do diaska, stara się aż za bardzo.

- Myślę, że mnie lubi - szepnęła Lucia.

- Co? Ach tak, oczywiście - powiedział Richard Amory z roztargnieniem. Stał nieruchomo, obserwując z uwagą żonę. Przez kilka chwil panowała pełna napięcia cisza. Potem, zbliżając się do niej, zapytał:

- Na pewno niczego nie potrzebujesz?

Lucia spojrzała na niego z wymuszonym uśmiechem.

- Nie, dziękuję ci, Richardzie. Możesz wrócić do salonu. Teraz naprawdę czuję się już dobrze.

- Zostanę tu z tobą.

- Ale ja wolałabym być sama.

Zapadła cisza. Potem, podchodząc do kanapy, Richard powiedział:

- Może chcesz jeszcze jedną poduszkę pod głowę?

- Nie, dziękuję. Przydałoby się jednak wpuścić trochę powietrza. Może otworzysz okno?

Podszedł do okna; przez chwilę mocował się z klamką.

- Do diaska! - wykrzyknął. - Stary zamontował tu jeden z tych swoich przeklętych wynalazków. Nie da się tego otworzyć bez klucza.

Lucia wzruszyła ramionami.

- No cóż - powiedziała - właściwie to nie ma znaczenia. Richard wrócił na środek pokoju i usiadł na krześle przy okrągłym stole. Pochylił się do przodu, opierając łokcie o uda.

- Stary jest niemożliwy. Ciągle robi jakieś nowe wynalazki.

- To prawda. Musiał zarobić na tym sporo pieniędzy.

- Mnóstwo - potwierdził ponuro. - Ale nie to jest dla niego najważniejsze. Ci wszyscy okropni naukowcy są tacy sami. Zawsze gonią za czymś niepraktycznym, co może być interesujące tylko dla nich samych. Bombardowanie atomu, na miłość boską!

- Twój ojciec jest jednak wielkim człowiekiem.

- Może nawet jednym z najwybitniejszych obecnie żyjących uczonych - przyznał niechętnie Richard. - A przynajmniej wszyscy tak mówią. Ale on uznaje tylko własny punkt widzenia - mówił z rosnącą irytacją. - Mnie zawsze traktował bardzo źle.

- Wiem - powiedziała Lucia. - Trzyma cię tu, w tym domu, jakbyś był jego więźniem. Dlaczego cię nakłonił, byś zrezygnował z kariery w wojsku i zamieszkał razem z nim?

- Prawdopodobnie liczył na to, że pomogę mu w pracy naukowej. Powinien był jednak wiedzieć, że nie będzie miał ze mnie żadnego pożytku. Po prostu nie nadaję się do tego. Raynor ma przynajmniej jakieś przygotowanie. Jest kimś więcej niż sekretarzem. Naprawdę bardzo pomaga staremu w jego doświadczeniach. - Przysunął swoje krzesło do Lucii i znów się pochylił. - Mój Boże, Lucio, czasami doprowadza mnie to do rozpaczy. Mam bogatego ojca, który wszystkie swoje pieniądze pakuje w te przeklęte eksperymenty. Żeby tak pozwolił mi wziąć część tego, co i tak pewnego dnia będzie moje; wówczas mógłbym wyrwać się stąd, póki jestem jeszcze dostatecznie młody, by jakoś ułożyć sobie życie.

Lucia usiadła wyprostowana.

- Pieniądze! - wykrzyknęła z nutką goryczy w głosie. - Wszystko zatem sprowadza się do tego!

- Czuję się jak mucha schwytana w pajęczą sieć - ciągnął Richard. - Bezbronny. Całkowicie bezbronny.

Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

- Och, Richardzie! - wykrzyknęła. - Ja też. Nie rozumiesz? Przyglądał się jej, przerażony. Zamierzał się właśnie odezwać,

kiedy powtórzyła:

- Ja również czuję się bezbronna. Chcę stąd odejść. - Poderwała

się nagle i podeszła do niego, mówiąc z przejęciem: - Richardzie, na miłość boską, zabierz mnie stąd, zanim będzie za późno!

- Zabrać cię stąd? - powtórzył beznamiętnie, z rezygnacją. - Dokąd? Dokąd, na Boga, możemy pójść?

- Dokądkolwiek! - zawołała Lucia, coraz bardziej podekscytowana. - Byle jak najdalej od tego domu. To jedynie się liczy, jak najdalej od tego domu! Boję się, Richardzie. Mówię ci, bardzo się boję. Te cienie... - Obejrzała się przez ramię za siebie, jak gdyby mogła je zobaczyć. - Tu wszędzie są cienie.

Richard ani drgnął.

- Jak możemy wyjechać, nie mając pieniędzy? - zapytał. Spojrzał na nią i ciągnął, rozgoryczony: - Mężczyzna bez pieniędzy nie jest wiele wart dla kobiety, prawda? Prawda?

Lucia odsunęła się.

- Dlaczego tak mówisz? - zapytała. - Richardzie, o co ci chodzi? Wpatrywał się w nią w milczeniu, z twarzą zdradzającą napięcie,

ale w dziwny sposób pozbawioną wyrazu.

- Co się z tobą dzieje, Richardzie? Jesteś dziś jakiś dziwny... Wstał z krzesła.

- Naprawdę?

- Tak... co ci jest?

- Cóż... - zaczął, ale ugryzł się w język. - Nic. Naprawdę, to nic takiego.

Chciał odwrócić się do niej plecami, ale Lucia powstrzymała go, kładąc mu ręce na ramionach. - Richardzie, najdroższy... Odsunął od siebie jej dłonie, przyglądając się jej badawczo.

- Richardzie - powtórzyła błagalnie. Mężczyzna założył ręce do tyłu.

- Uważasz mnie za skończonego głupca? - warknął. - Myślisz, że nie widziałem, jak ten twój stary przyjaciel wsuwał ci liścik do ręki? - słowa „stary przyjaciel" wymówił ze specjalnym naciskiem.

- Chcesz przez to powiedzieć, że podejrzewasz mnie o... Przerwał jej, wykrzykując gwałtownie:

- Dlaczego wyszłaś z jadalni? Nie czułaś się słabo, to był tylko pretekst. Chciałaś być sama, by móc przeczytać ten swój cenny liścik. Nie mogłaś się wprost doczekać. Odchodziłaś niemalże od zmysłów, tak ci się śpieszyło, żeby się od nas uwolnić; najpierw od ciotki Karoliny, która martwiła się o ciebie, a teraz ode mnie. - Patrzył na nią gniewnie, urażony.

- Richardzie! - wykrzyknęła Lucia. - To czyste szaleństwo i absurd. Nie myślisz chyba, że mi zależy na Carellim! Najdroższy, tylko ty się liczysz. Kocham cię. Musisz o tym wiedzieć.

- Co było w tym liście, który dał ci Carelli? - zapytał spokojnie.

- Nic... nic takiego.

- A więc pokaż mi go.

- Nie ... nie mogę. - wyszeptała. - Ja ten list podarłam.

Na twarzy Richarda przez chwilę zagościł lodowaty uśmiech.

- Nieprawda. Pokaż mi go.

Lucia milczała przez moment. Spojrzała na męża błagalnym wzrokiem. Potem zapytała łagodnie:

- Ty mi nie ufasz?

- Mógłbym zabrać ci go siłą - powiedział Richard przez zaciśnięte zęby, robiąc krok w jej kierunku. - Myślę, że mógłbym...

Cofnęła się, wydając cichy okrzyk, ze wzrokiem utkwionym w męża, jak gdyby chciała sprawić, aby jej uwierzył; ten jednak nagle się odwrócił.

- Nie - powiedział, jakby sam do siebie. - Są pewne granice, których po prostu nie można przekroczyć. - Znów na nią spojrzał. - Ale, jak mi życie miłe, policzę się z Carellim.

Lucia złapała go za rękę; jej oddech był szybki i urywany.

- Nie, Richardzie, nie wolno ci tego robić. Błagam cię, nie rób tego. Proszę cię.

- Boisz się o swojego kochanka, prawda? - szydził.

- Nie bądź śmieszny. On nie jest moim kochankiem - odpowiedziała gwałtownie.

Richard chwycił ją za ramię.

- Może jeszcze nim nie jest - rzekł. - Może...

Urwał, słysząc głosy dobiegające z korytarza. Starając się opanować, podszedł do kominka, wyjął z kieszeni papierośnicę i zapalniczkę, zapalił papierosa. Kiedy otworzyły się drzwi, Lucia podeszła do krzesła, na którym wcześniej siedział Richard. Była blada, zaciskała w zdenerwowaniu ręce; wyglądała na bardzo nieszczęśliwą.

Do pokoju weszła panna Amory w towarzystwie swojej bratanicy Barbary, młodej, niezwykle swobodnej i nowoczesnej dwudziesto-dwuletniej kobiety, atrakcyjnej i pełnej życia blondynki. Machając wesoło torebką, Barbara podeszła do Lucii.

- Witaj, kotku. Już lepiej się czujesz? - zapytała serdecznie, z troską.

 

III

 

 

Lucia posłała Barbarze wymuszony uśmiech.

- Tak, dziękuję. Czuję się doskonale. Naprawdę.

Barbara przyglądała się pięknej brunetce, która była żoną jej kuzyna Richarda.

- Nie masz żadnych dobrych wiadomości dla Richarda? - zapytała z głupia frant. - O to chodzi, prawda?

- Jakich dobrych wiadomości? Nie wiem, o czym mówisz - Lucia sprawiała wrażenie zakłopotanej.

Barbara splotła ręce i wykonała taki ruch, jak gdyby kołysała dziecko. W reakcji na tę pantomimę Lucia uśmiechnęła się smutno i potrząsnęła przecząco głową. Panna Amory natomiast opadła na krzesło, zszokowana.

- Ależ, Barbaro! - wykrzyknęła zgorszona. - O czym ty myślisz!

- No cóż - powiedziała niezrażona Barbara - wypadki chodzą po ludziach. Niezaplanowana ciąża, to byłoby całkiem podobne do Lucii i Richarda.

Ciotka potrząsnęła energicznie głową.

- To niesłychane, na co stać dzisiejsze dziewczęta. W czasach mojej młodości o macierzyństwie wyrażaliśmy się zawsze z szacunkiem, nigdy nie pozwoliłabym na to, żeby... - Urwała na dźwięk otwieranych drzwi i, obejrzawszy się, zobaczyła, że Richard wychodzi z pokoju. - Masz ci los! Zdenerwowałaś Richarda - ciągnęła, zwracając się do Barbary - i nie mogę powiedzieć, żebym była zdumiona.

- Cóż, ciociu Karolino - odparła Barbara - w końcu jesteś przecież osobą epoki wiktoriańskiej, urodziłaś się, kiedy stara królowa miała przed sobą jeszcze dobrych dwadzieścia lat życia. Jesteś typową przedstawicielką swojej generacji, a ja - mojej.

- Nie mam wątpliwości co do tego, którą z nich wolę... - zaczęła ciotka złośliwie, ale przerwał jej chichot Barbary:

- Myślę, że tamte czasy byty cudowne. Weźmy na przykład opowiadania, że dzieci znajduje się pod krzewami agrestu! To takie słodkie. Czasami chcę, żeby ta niezwykła epoka powróciła. Ale świat idzie naprzód, ciociu Karolino. Nie można zatrzymać postępu, tak jak nie można oczekiwać, żeby młodzi ludzie nie znali prawdziwego życia.

Barbara wyjęła z torebki zapalniczkę i papierosa. Właśnie zamierzała odezwać się ponownie, ale panna Amory uciszyła ją gestem ręki.

- Och, przestań się wygłupiać, Barbaro. Ja naprawdę bardzo się martwię o tę biedną dziewczynę i nie chcę, żebyś żartowała sobie ze mnie.

Lucia straciła nagle panowanie nad sobą i wybuchnęła płaczem. Ocierając oczy, mówiła przez łzy:

- Jesteście dla mnie tacy dobrzy. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto by był dla mnie dobry, dopóki tu nie przyjechałam, dopóki nie wyszłam za Richarda. To cudowne być tu z wami. Nie mogę się powstrzymać, ja...

- Tak, tak - powiedziała panna Amory, podchodząc do Lucii i kładąc jej rękę na ramieniu. - Tak, tak, moja droga. Wiem, co to znaczy spędzić całe życie za granicą; jest to wielce nieodpowiednie dla młodej dziewczyny - niewłaściwy sposób wychowania, a poza tym ludzie na kontynencie mają bardzo dziwne wyobrażenia na temat edukacji. Tak, tak.

Barbara przyglądała się im z nieco znudzonym wyrazem twarzy.

- Naprawdę nie powinnaś tak bardzo poddawać się emocjom, kochanie - powiedziała, odwracając się.

Lucia wstała z krzesła, i rozejrzała się niepewnie dookoła. Panna Amory zaprowadziła ją na kanapę, a potem, poprawiając poduszki, usiadła obok niej.

- To naturalne, że jesteś zdenerwowana, moja droga. Musisz jednak zapomnieć o Italii. Chociaż na wiosnę włoskie jeziora są wprost zachwycające. Wspaniałe miejsce do spędzenia wakacji, ale nie chciałabym tam mieszkać. No już, nie płacz.

- Wydaje mi się, że ona potrzebuje jakiegoś mocnego drinka, a nie wykładu na temat włoskich jezior - zasugerowała Barbara, siadając na brzegu ławy i patrząc na Lucie krytycznie, ale nie bez sympatii. - Ten dom jest bardzo dziwny, ciociu Karolino. Zupełnie nie na czasie. Nie uświadczysz tu ani kropli koktajlu. Przed kolacją pija się wyłącznie sherry lub whisky, potem brandy. Richard nie ma naj-

mniejszego pojęcia o tym, jak należycie przyrządzić manhattan, a spróbuj tylko poprosić Edwarda Raynora o koktajl z whisky. A teraz tylko Diabelski Wąs mógłby natychmiast postawić Lucie na nogi.

Panna Amory, zszokowana i przerażona, spojrzała na bratanicę.

- Co to jest ten Diabelski Wąs? - zapytała.

- To całkiem proste do zrobienia, jeżeli masz wszystkie składniki

- wyjaśniła Barbara. - Bierzesz w równych częściach brandy i creme de menthe, nie zapominając o dodaniu szczypty pieprzu. To najważniejsze. Absolutnie fantastyczny koktajl, który z pewnością doda ci animuszu.

- Barbaro, wiesz przecież, że nie pochwalam tego - wzdrygnęła się panna Amory. - Mój biedny ojciec zwykł mówić, że...

- Nie wiem, co mówił - przerwała jej Barbara - ale każdy w rodzinie wie, że nasz kochany staruszek Algernon miał opinię pijusa.

Z początku wyglądało na to, że Karolina Amory wybuchnie, ale potem na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech i powiedziała tylko:

- No cóż, przyznaję, że mężczyźni się od nas różnią. Barbara nie zamierzała przyjąć tego do wiadomości.

- Nie różnią się ani trochę. A w każdym razie nie rozumiem, dlaczego miałoby się im na to pozwalać. Po prostu ostatnio uchodziło im to na sucho. - Wyjęła z torebki lusterko, puderniczkę i szminkę.

- Jak dzisiaj wyglądamy? - zapytała sama siebie. - Och, mój Boże!

- Z udawanym przerażeniem, co wyglądało komicznie, zaczęła poprawiać makijaż.

- Barbaro, chciałabym, żebyś nie nadużywała tej czerwonej szminki; to taki jaskrawy kolor - powiedziała ciotka.

- Mam nadzieję - odparła Barbara, wciąż zajęta makijażem.

- W końcu kosztowało mnie to siedem szylingów i sześć pensów.

- Siedem szylingów i sześć pensów! Wyrzucone pieniądze, i to na... na...

- „Odporną na pocałunek", ciociu Karolino.

- Słucham?

- To szminka. Nazywa się „Odporna na pocałunek". Ciotka prychnęła pogardliwie.

- Wiem, że wargi często pękają, jeżeli są wystawione na silny wiatr; w takim wypadku trzeba zastosować jakąś pomadkę - na przykład lanolinę. Ja zawsze używam...

Barbara przerwała jej.

- Kochana ciociu Karolino, daj spokój; dziewczyna nie może być tak bardzo umalowana! W końcu nie wiadomo nawet, czy nie straci całego tego makijażu w taksówce, w drodze powrotnej do domu.

- Mówiąc to, włożyła swoje akcesoria z powrotem do torebki.

Panna Amory wyglądała na zdumioną.

- O czym ty mówisz - „w taksówce w drodze powrotnej do domu"? - zapytała. - Nie rozumiem.

Barbara podeszła do kanapy i pochyliła się nad Lucią.

- Nieważne. Lucia wie, o co chodzi, prawda, kochanie? - powiedziała, szczypiąc Lucie w podbródek.

Ta rozejrzała się dookoła nieprzytomnym wzrokiem.

- Przepraszam cię najmocniej, ale nie słuchałam. Co powiedziałaś? Karolina Amory ponownie zajęła się Lucią, wracając do tematu

jej samopoczucia.

- Wiesz, moja droga, naprawdę martwię się o ciebie. - Odwróciła się do Barbary. - Ona powinna coś zażyć, jeżeli nie czuje się dobrze. Co tu mamy? Amoniak, to doskonały środek. Niestety Ellen, ta nieuważna pokojówka, rozbiła buteleczkę dziś rano, kiedy ścierała kurze w moim pokoju.

Zagryzając wargi, Barbara zastanawiała się przez chwilę. Potem wykrzyknęła:

- Wiem! Szpitalna apteczka!

- Szpitalna apteczka? Co masz na myśli? Jaka szpitalna apteczka? - dopytywała się panna Amory.

Barbara usiadła na krześle koło ciotki.

- Nie pamiętasz? Rzeczy Edny. Twarz Karoliny rozjaśniła się.

- Ach tak, oczywiście! - Odwracając się do Lucii, wyjaśniła:

- Szkoda, że nie znałaś Edny, siostry Barbary, mojej starszej bratanicy. Wyjechała do Indii razem z mężem mniej więcej sześć miesięcy przed twoim przyjazdem. To była taka zdolna młoda kobieta.

- Bardzo zdolna - potwierdziła Barbara. - Właśnie urodziła bliźnięta. W Indiach nie ma krzewów agrestu, a zatem musiała je znaleźć pod drzewem mango.

Panna Amory uśmiechnęła się lekko.

- Bądź cicho, Barbaro - powiedziała. Potem, zwracając się ponownie do Lucii, ciągnęła: - Jak już mówiłam, kochanie, Edna w czasie wojny szkoliła się na aptekarkę. Pracowała tu, w naszym szpitalu. Wiesz, w czasie wojny zamieniliśmy Town Hali w szpital.

Potem, przez kilka lat po jej zakończeniu, Edna aż do zamążpójś-cia kontynuowała pracę w aptece w County Hospital. Znała się na lekarstwach, pigułkach i tego rodzaju rzeczach. Przypuszczam, że wciąż tak jest. W Indiach ta wiedza musi być dla niej wprost nieoceniona. Ale o czym to mówiłam? Ach, tak - co zrobiliśmy z tymi jej wszystkimi buteleczkami, kiedy wyjechała?

- Doskonale pamiętam - wtrąciła Barbara - że kilka łat temu większość starych rzeczy Edny z apteki zapakowaliśmy do pudełka. Miały być posegregowane i rozesłane do szpitali, ale potem wszyscy

0 tym zapomnieli, a przynajmniej nic mi nie wiadomo, żeby ktoś się tym zajmował. Schowano je na strychu i dopiero gdy Edna pakowała swoje rzeczy przed wyjazdem do Indii, wyciągnięto je stamtąd ponownie. Są tam, na górze, w tej biblioteczce - wciąż nie przejrzane

1 nie posegregowane.

Biorąc ze sobą krzesło, podeszła do biblioteczki i zdjęła stamtąd czarne, blaszane pudełko.

Nie zwracając uwagi na Lucie, która powiedziała cicho: „Nie rób sobie kłopotu, kochanie, naprawdę niczego nie potrzebuję", Barbara zaniosła pudełko na stół.

- Cóż - zauważyła - teraz przynajmniej możemy się temu dokładnie przyjrzeć. - Otworzyła pudełko. - To dopiero, czego tu nie ma! - wykrzyknęła, wyjmując buteleczki. - Jodyna, balsam peruwiański, coś o nazwie „Tinct. Card. Co.", olej rycynowy. - Skrzywiła się. - Ach, teraz dochodzimy do tego, co najlepsze - ogłosiła, wyjmując z pudełka małe szklane fiolki brązowego koloru. - Atropina, morfina, strychnina - odczytywała etykiety. - Uważaj, ciociu Karolino. Jeżeli mi się narazisz, dosypię ci strychniny do kawy, i czeka cię śmierć w straszliwych męczarniach. - Pogroziła żartobliwie ciotce, która machnąwszy ręką prychnęła.

- Cóż, nie ma tu nic, co by mogło posłużyć jako środek wzmacniający dla Lucii; to pewne - powiedziała ze śmiechem Barbara, wkładając buteleczki i fiolki z powrotem do blaszanego pudełka. Trzymała właśnie w ręku fiolkę z morfiną, kiedy otworzyły się drzwi i Tredwell wprowadził do pokoju Edwarda Raynora, doktora Carellego oraz Clauda Amory'ego. Pierwszy wszedł sekretarz sir Clauda Raynor, jasnowłosy, o raczej poważnym wyglądzie mężczyzna pod trzydziestkę; podszedł do Barbary i zaczął się przyglądać zawartości pudełka.

- Witam, panie Raynor. Interesują pana trucizny? - zapytała Barbara.

Doktor Carelli również podszedł do stołu. Był to ciemnowłosy, śniady mężczyzna koło czterdziestki, w doskonale skrojonym wieczorowym garniturze. Miał nienaganne maniery, a po angielsku mówił z ledwie słyszalnym cudzoziemskim akcentem.

- Co my tu mamy, droga panno Amory? - zagadnął.

Claud Amory zatrzymał się przez chwilę na progu, aby pomówić z Tredwellem.

- Zrozumiałeś moje polecenia? - zapytał.

- Tak, zrozumiałem doskonale, sir - odparł lokaj.

Tredwell opuścił pokój, a sir Claud podszedł do swojego gościa.

- Mam nadzieję, że mi pan wybaczy, doktorze Carelli - powiedział uprzejmie -jeżeli udam się teraz do mojego gabinetu. Mam kilka ważnych listów do napisania, które muszą być wysłane jeszcze dziś wieczór.

- Wydawało mi się, że miałeś złożyć jakieś ważne oświadczenie w sprawie tych tajemniczych gości, na których czekamy - odezwał się niezadowolony Richard.

- Później. Wkrótce do was przyjdę. Raynor, zechcesz pójść teraz ze mną?

Sekretarz i jego pracodawca udali się do gabinetu. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, Barbara wydała nagle cichy okrzyk i upuściła fiolkę, którą trzymała w ręku.

IV

 

 

Doktor Carelli podbiegł do Barbary i podniósł fiolkę, którą upuściła. Zanim z ukłonem podał ją dziewczynie, rzucił okiem na etykietę i wykrzyknął:

- A to co? Morfina!

Podszedł do stołu i wziął do ręki następną fiolkę.

- I strychnina! Czy mogę wiedzieć, młoda damo, skąd pani wzięła te śmiercionośne fiolki?

Z zainteresowaniem zaczął się przyglądać zawartości blaszanego pudełka.

Barbara z niesmakiem spojrzała na przymilnego Włocha.

- Łupy wojenne - odpowiedziała krótko, uśmiechając się złośliwie. Odwracając się w stronę ciotki, powiedziała już bardziej uprzejmym tonem: - Nie spodziewałam się, że znajdę tam strychninę, więc doznałam lekkiego szoku. Dlatego upuściłam fiolkę. Zachowałam się jak idiotka.

Karolina Amory, wyraźnie zaniepokojona, podeszła do doktora Carellego.

- To nie są prawdziwe trucizny, w tych fiolkach, prawda doktorze? To znaczy, praktycznie nie mogłyby nikomu zaszkodzić? - zapytała. - To stare blaszane pudełko jest w domu od lat. Wszystkie te lekarstwa są na pewno nieszkodliwe; czyż nie tak?

- Nie wiem, co w pani mniemaniu jest szkodliwe, droga pani - powiedział sucho Carelli - ale przypuszczam, że za pomocą tej małej dawki, jaką tu macie, można by uśmiercić z tuzin silnych mężczyzn.

- Och, miły Boże - panna Amory zamarła z przerażenia, opadając bezwładnie na krzesło.

- Tu na przykład - ciągnął doktor Carelli, zwracając się do zebranych - mamy coś bardzo interesującego. Wziął do ręki fiolkę, i odczytał powoli etykietę - „Chlorowodór strychniny; jedna szesna-

sta grama". Wystarczyłoby siedem lub osiem tych małych tabletek, żeby spowodować śmierć w męczarniach. Bardzo nieprzyjemny sposób na zejście z tego świata, nie polecam.

Wziął do ręki następną fiolkę. - „Siarczan atropiny". Czasami bardzo trudno jest odróżnić zatrucie atropinowe od zatrucia ptoma-inami. To również straszna śmierć. Ale tu... - tym razem mówił bardzo wolno i z namysłem - tu mamy jedną setną grama bromku hio-scyny. Nie brzmi groźnie, prawda? Ale zapewniam was, że wystarczyłoby zażyć połowę białych tabletek z tej fiolki i... Zrobił wymowny gest. - Całkowicie bezbolesne. Szybki, kamienny sen bez marzeń, z którego nie ma przebudzenia.

- Podszedł do Lucii, z fiolką w ręku, jak gdyby zachęcając młodą kobietę, żeby się jej przyjrzała. Uśmiechał się, ale w jego oczach był smutek.

Lucia wpatrywała się w fiolkę jak urzeczona.

- Szybki, kamienny sen - mówiła niczym zahipnotyzowana, wyciągając rękę.

Doktor Carelli, zamiast wręczyć fiolkę Lucii, zwrócił się z pytającym spojrzeniem w stronę Karoliny. Ta wzdrygnęła się; wyglądała na zmartwioną, ale nic nie powiedziała. Wzruszając ramionami, Carelli odwrócił się od Lucii, wciąż trzymając w ręku fiolkę bromku hioscyny.

Otworzyły się drzwi na korytarz i wszedł Richard Amory. Bez słowa usiadł przy biurku. Za nim wkroczył lokal Tredwell z tacą, na której był dzbanek kawy wraz z filiżankami. Postawił to na stole i wyszedł; Lucia usiadła na kanapie i zaczęła nalewać kawę.

Barbara podeszła do Lucii i wzięła dwie filiżanki z kawą; jedną podała Richardowi, drugą przeznaczyła dla siebie. Tymczasem doktor Carelli był zajęty odkładaniem fiolek do pudełka przy stole na środku pokoju.

Panna Amory odezwała się do niego:

- Skóra mi cierpnie, doktorze, gdy słyszę od pana o tym kamiennym śnie bez przebudzenia i śmierci w męczarniach. Pewnie pan, jako Włoch, zna się doskonale na truciznach, prawda?

- Droga pani - roześmiał się Carelli - jakie to niesprawiedliwe - to co pani mówi - non sequitur. Dlaczego Włoch miałby znać się na truciznach lepiej niż Anglik? Słyszałem - ciągnął żartobliwie - że

trucizna częściej jest wykorzystywana jako narzędzie zbrodni przez kobiety niż przez mężczyzn. Może powinienem zapytać panią...? Ach, ale może miała pani na myśli Włoszkę? Pewnie zamierzała pani wspomnieć o pewnej kobiecie z rodu Borgia. Mam rację, co? - Podał pannie Amory filiżankę i podszedł z powrotem do stołu, aby wziąć kawę także dla siebie.

- Lukrecja Borgia - ta straszna osoba! Tak, chyba właśnie o niej myślałam - przyznała panna Amory. - W dzieciństwie miewałam koszmary o niej. Wyobrażałam ją sobie jako bardzo bladą, ale wysoką i piękną kobietę z włosami czarnymi jak smoła, dokładnie takimi, jakie ma nasza kochana Lucia.

Doktor Carelli podszedł z cukiernicą do Karoliny; ta jednak potrząsnęła przecząco głową. Carelli postawił cukiernicę z powrotem na tacy. Richard Amory odstawił na bok swoją filiżankę i zaczął przeglądać ilustrowane czasopismo, a tymczasem jego ciotka rozwijała temat Lukrecji Borgii.

- Tak, to były straszne koszmary. Śniłam, że byłam jedynym dzieckiem w pokoju pełnym dorosłych; wszyscy oni pili z eleganckich, kunsztownie zdobionych pucharów. Potem ta fascynująca kobieta - teraz dochodzę do wniosku, że była bardzo podobna do ciebie, Lucio, kochanie - podchodziła do mnie i podawała mi puchar. Ale z jej uśmiechu wnosiłam, że nie powinnam pić; wiedziałam jednak, że nie potrafię odmówić. Piłam, niczym zahipnotyzowana, a potem zaczynało mnie straszliwie palić w gardle i z trudem chwytałam oddech. To było okropne. Na koniec oczywiście się budziłam.

Doktor Carelli podszedł do Lucii i skłonił się żartobliwie.

- Droga Lukrecjo Borgia - rzekł błagalnym tonem - miej dla nas litość.

Lucia nie zareagowała na żart Włocha. Zdawało się, że w ogóle go nie słucha; siedziała, patrząc prosto przed siebie, pogrążona w zadumie. Zapanowało kłopotliwe milczenie. Carelli, uśmiechając się pod nosem, odwrócił się i dokończył swoją kawę. Barbara postanowiła natomiast rozruszać towarzystwo.

- Co powiecie na odrobinę muzyki? - zaproponowała, podchodząc do gramofonu. - Czego posłuchamy? Jest ta wspaniała płyta, którą kupiłam kilka dni temu w mieście. Zaczęła tańczyć, podśpiewując: - „Icek, Icek, co tam masz?" Co tam jeszcze jest?

- Ależ Barbaro, kochanie, z pewnością nie ta wulgarna piosenka, zaklinam cię - odezwała się błagalnie panna Amory; podeszła do

niej i również zaczęła przeglądać płyty. - Jest tu kilka znacznie lepszych nagrań. Jeżeli już musimy słuchać muzyki rozrywkowej, to są tu gdzieś płyty z ciekawymi utworami Johna McCormacka. A co byś powiedziała na „The Holy City"? - nie pamiętam nazwiska sopranu. A może ta urocza płyta Melby? Och - mamy tu „Largo" Hendla.

- Ależ ciociu Karolino! „Largo" Hendla na pewno nas nie rozweseli - zaprotestowała Barbara. - Jeżeli już musimy słuchać muzyki klasycznej, to są tu płyty z nagraniami opery włoskiej. Doktorze Ca-relli, to jest chyba pańska specjalność. Proszę tu podejść i pomóc nam coś wybrać.

Carelli, Barbara i panna Amory zaczęli przeglądać kolekcję płyt. Richard natomiast wydawał się całkowicie pochłonięty lekturą czasopisma.

- Tak, opera w zasadzie jest domeną Włochów. Prawie tak jak trucizny - zauważył z uśmiechem Carelli. - Co tu mamy? Verdi - to mój ulubiony kompozytor. - Najwybitniejszy Włoch dziewiętnastego stulecia, większy niż mężowie stanu i politycy. „Aida" jest cudowną operą; według mnie najlepszą, jaką stworzył. Czy jest tu jakiś fragment „Aidy"? Na przykład „O patria mia" - ta piękna aria, którą Aida śpiewa na początku trzeciego aktu, na brzegu Nilu w świetle księżyca. Zaśpiewał miękko, delikatnym głosem tenorowym o przyjemnym brzmieniu: - O patria mia, non ti vedro mai piů\ Och, moja ojczyzno - mówi Aida. - Już nigdy więcej cię nie zobaczę. Wspaniała muzyka. Z olbrzymim ładunkiem uczuciowym. A co państwo powiecie na „Rigoletto"? - Znowu zanucił: - La donna č mobile, quai piuma al vento...

Barbara przerwała mu.

- Chryste, nie chcemy takiej napuszonej muzyki. Poszukajmy czegoś do tańca. Co powiecie na charlestona?

- Zapewniam panią, młoda damo, że przy muzyce z „Rigoletta" z powodzeniem można tańczyć - powiedział Carelli. - Aria tenora „Questa o quella" z pierwszego aktu może być wczesnym przykładem tego, co Amerykanie nazywają swingiem. Brzmi tak. Zaśpiewał kilka pierwszych taktów arii, ale przerwał ze śmiechem, kiedy Barbara robiąc komiczną minę zatkała uszy rękami.

Dyskusja przy gramofonie trwała nadal; tymczasem Lucia wstała, po czym wolno i niby to mimochodem zbliżyła się do stołu, na którym stało blaszane pudełko. Upewniwszy się, że nikt na nią nie patrzy, wyjęła fiolkę z etykietą: „Bromek hioscyny". Wysypała na

dłoń prawie wszystkie tabletki, jakie tam były. Wtedy właśnie otworzyły się drzwi prowadzące do gabinetu Clauda Amory'ego, i na progu pokazał się Edward Raynor, jego sekretarz. Stał tam przez chwilę, obserwując, jak Lucia odkłada fiolkę do pudełka i kieruje się w stronę ławy.

W tym momencie rozległ się głos sir Clauda, wołającego z gabinetu. Trudno było rozróżnić słowa, ale Raynor, odwracając się w tamtą stronę, odpowiedział:

- Tak, oczywiście, sir Claud. Zaraz przyniosę panu kawę. Sekretarz postąpił krok w kierunku ławy, ale zatrzymał go głos

Clauda Amory'ego.

- A co z tym listem do Marshałla?

- Został wysłany po południu, sir - odparł Raynor.

- Ależ Raynor, mówiłem ci - och, chodź tu, chłopcze - zagrzmiał sir Claud.

- Przepraszam pana, sir - powiedział Raynor odchodząc. Lucia, która na dźwięk głosu sekretarza spojrzała w jego stronę, chyba nie zdawała sobie sprawy, że Raynor obserwował jej ruchy. Odwracając się plecami do swojego męża, wsypała do jednej z filiżanek tabletki, które wciąż miała w ręku, i usiadła na kanapie.

Z gramofonu rozległy się nagle dźwięki szybkiego, skocznego fokstrota i Barbara zaczęła tańczyć. Richard Amory odłożył czasopismo, dokończył swoją kawę i podszedł do żony.

- Będę cię trzymał za słowo - powiedział. - Już postanowiłem. Wyjedziemy razem.

Lucia spojrzała na niego, zaskoczona.

- Richardzie - wyszeptała - mówisz poważnie? To znaczy, że możemy stąd odejść? Myślałam, że... mówiłeś przecież... skąd weźmiemy pieniądze?

- Są różne sposoby na zdobycie pieniędzy - mruknął ponuro. Lucia spytała z przerażeniem:

- Co masz na myśli?

- Jeżeli mężczyźnie zależy na kobiecie tak bardzo, jak mnie zależy na tobie, zrobi wszystko, absolutnie wszystko! Rozumiesz?

- Wcale nie pochlebia mi to, co powiedziałeś - odparła Lucia. - Świadczy tylko o tym, że wciąż mi nie ufasz; sądzisz, że musisz kupić moją miłość za pomocą...

Urwała, kiedy otworzyły się drzwi do gabinetu; wrócił Edward Raynor. Podszedł do stołu i wziął do ręki filiżankę z kawą, a Lucia

przesiadta się na drugą stronę kanapy. Tymczasem Richard z ponurą miną podszedł do kominka i zaczai się wpatrywać w zgaszone palenisko.

Barbara, wciąż tańcząc swojego skocznego fokstrota, spojrzała na Richarda, jakby rozważała, czy ma poprosić go do tańca. Ale, najwidoczniej zniechęcona kamiennym wyrazem jego twarzy, odwróciła się w stronę Raynora.

- Chciałby pan ze mną zatańczyć, panie Raynor? - zapytała.

- Z przyjemnością, panno Amory. Ale dopiero za chwilę, kiedy zaniosę kawę panu Claudowi.

Lucia raptownie wstała.

- Panie Raynor - powiedziała szybko - to nie jest kawa sir Clau-da, ale moja.

- Doprawdy? Najmocniej przepraszam.

- To jest kawa sir Clauda - powiedziała Lucia, wymieniając się filiżankami z Raynorem. Uśmiechając się zagadkowo, postawiła na stole filiżankę, którą dał jej Raynor, i usiadła z powrotem na kanapie.

Sekretarz odwrócił się i skierował w stronę drzwi, ale zagrodziła mu drogę Barbara.

- Proszę zatańczyć ze mną, panie Raynor - poprosiła z czarującym uśmiechem. - Mogłabym wprawdzie zwrócić się do doktora Ca-rellego, ale on po prostu umiera z chęci poproszenia do tańca Lucii.

Raynor stał niezdecydowany; podszedł do niego Richard.

- Daj się skusić, Raynor - poradził. - Każdy w końcu to robi. Daj mi tę kawę; sam zaniosę ją ojcu.

Raynor niechętnie się zgodził. Richard Amory zatrzymał się na chwilę, po czym poszedł do gabinetu swojego ojca. Barbara i Edward, nastawiwszy płytę, tańczyli powoli walca. Doktor Carelli przyglądał się im przez chwilę z pobłażliwym uśmiechem, a potem podszedł do Lucii, która siedziała wciąż na kanapie; wyglądała na zdruzgotaną.

- To bardzo uprzejme ze strony panny Amory, że zaprosiła mnie dzisiaj na kolację - powiedział.

Lucia spojrzała na niego. Przez kilka sekund milczała, wreszcie się odezwała:

- To najmilsza osoba, jaką znam.

- Ten dom niezwykle mi się podoba - ciągnął Carelli. - Kiedyś musisz mnie po nim oprowadzić. Bardzo mnie interesuje architektura prywatnych domów z tego okresu.

Tymczasem wrócił Richard. Ignorując swoją żonę i Carellego, podszedł do stołu, na którym leżało pudełko z lekami, i zaczął porządkować jego zawartość.

- Panna Amory mogłaby powiedzieć panu więcej na temat tego domu niż ja - powiedziała Lucia do Carellego. - Ja mało się na tym znam.

Włoch, upewniwszy się, że Richard jest zajęty lekami, Edward Raynor i Barbara tańczą wciąż walca na drugim końcu pokoju, a Karolina Amory najwidoczniej ucięła sobie drzemkę, usiadł obok Lucii.

- Czy zrobiłaś to, co chciałem? - spytał z naciskiem ściszonym głosem.

- Nie znasz w ogóle litości? - odparła Lucia jeszcze ciszej, prawie szeptem, z rozpaczą.

- Zrobiłaś, co ci poleciłem? - Carelli był coraz bardziej natarczywy.

- Ja... ja... - zaczęła, ale urwała, wstając i odwracając się gwałtownie; spiesznym krokiem podeszła do drzwi wychodzących na korytarz. Nacisnęła klamkę, ale bez skutku - drzwi pozostały zamknięte.

- Coś się stało z tymi drzwiami! - wykrzyknęła, odwracając się. - Nie mogę ich otworzyć.

- O co chodzi, kochanie? - zapytała Barbara, wciąż tańcząc z Raynorem.

- Nie mogę otworzyć drzwi - powtórzyła Lucia.

Barbara i Edward przestali tańczyć i podeszli do niej; także Richard wyłączył gramofon i podszedł do reszty towarzystwa przy drzwiach. Próbowali kolejno je otworzyć, ale bez powodzenia; obserwowali to panna Amory, która obudziła się, ale pozostała na swoim miejscu, oraz stojący koło biblioteczki doktor Carelli.

Pojawił się Claud Amory z filiżanką kawy w ręku, nie zauważony przez nikogo. Przez kilka chwil przyglądał się grupce stojącej przy drzwiach. Jego twarz przybrała ponury, zacięty wyraz.

- To niesłychane - wykrzyknął Raynor, rezygnując z próby otwarcia drzwi. - Wygląda na to, że się zacięły.

- Och nie, nie zacięły się. Są zamknięte. Zamknięte od zewnątrz -usłyszeli zdumieni głos sir Clauda.

Karolina Amory podeszła do brata. Miała zamiar się odezwać, ale uprzedził jej pytanie:

- To ja kazałem je zamknąć, Karolino.

Spojrzenia wszystkich skierowane były teraz na sir Clauda, który podszedł do stołu, wziął kostkę cukru i wrzucił ją do filiżanki.

- Mam wam coś ważnego do powiedzenia - oznajmił. - Richar-dzie, mógłbyś zadzwonić na Tredwella?

Wyglądało na to, że Richard zamierza coś odpowiedzieć; po chwili jednak bez słowa podszedł do kominka i nacisnął dzwonek na ścianie.

- Proponuję, żebyście usiedli - ciągnął sir Claud, wskazując na krzesła.

Doktor Carelli, nie kryjąc zdziwienia, usiadł. Edward Raynor i Lucia Amory również znaleźli sobie miejsce, natomiast Richard pozostał przy kominku; wyglądał na zaskoczonego. Karolina z Barbarą spoczęły na kanapie.

Kiedy już wszyscy siedzieli wygodnie, sir Claud przysunął fotel do okrągłego stołu, skąd mógł wszystkich z łatwością obserwować.

Otworzyły się drzwi z korytarza i wszedł Tredwell.

- Wzywał mnie pan, sir? - zapytał.

- Tak, Tredwell. Dzwoniłeś pod ten numer, który ci podałem?

- Tak, sir.

- Otrzymałeś wyczerpującą odpowiedź?

- Całkowicie wyczerpującą, proszę pana.

- I samochód pojechał na stację?

- Tak, sir. Już go tam wysłano.

- Doskonale, Tredwell. Możesz teraz zamknąć.

- Tak, proszę pana - odpowiedział lokaj, wychodząc. Zamknął za sobą drzwi i wszyscy usłyszeli odgłos klucza przekręcanego w zamku.

- Claud - powiedziała z wyrzutem panna Amory - co na Boga ten Tredwell sobie wyobraża...

- Wykonuje tylko moje polecenia, Karolino - przerwał jej ostro sir Claud.

- Czy możemy wiedzieć, co to wszystko ma znaczyć? - zapytał chłodno Richard.

- Zaraz to wyjaśnię - odparł jego ojciec. - Proszę, wysłuchajcie mnie wszyscy spokojnie. Na początek powiem, że te drzwi, jak już zresztą wiecie... - wskazał na drzwi od strony korytarza - są zamknięte od zewnątrz. Z mojego gabinetu jest tylko jedno wyjście, przez bibliotekę. Okna w tym pomieszczeniu są zamknięte. - Odwracając się w stronę Carellego, wyjaśnił: - Nawiasem mówiąc, zamknięte za pomocą urządzenia mojego wynalazku, o czym moja rodzina wie, nikt jednak nie ma pojęcia, jak się z tym obchodzić. - Po-

nownie zwrócił się do wszystkich: - To miejsce jest jak pułapka na szczury, - Spojrzał na zegarek. - Jest za dziesięć minut dziewiąta. Za kwadrans przybędzie szczurołap.

- Szczurołap? - Na twarzy Richarda malowało się zdumienie, połączone ze wzrastającym gniewem. - Jaki szczurołap?

- Detektyw - wyjaśnił sucho naukowiec, popijając kawę.

 

V

 

 

Oświadczenie sir Clauda przyjęto z konsternacją. Lucia wydała cichy okrzyk, a mąż obrzucił ją badawczym spojrzeniem. Panna Amory pisnęła z przerażenia, Barbara zawołała: „Chryste!", a Edward Raynor zdobył się tylko na: „Och, panie Claud, co pan mówi!" Jedynie doktor Carelli zdawał się nie przejmować tym, co usłyszał.

Sir Claud usadowił się wygodnie w swoim fotelu, z filiżanką kawy w prawej ręce i spodeczkiem w lewej.

- Chyba udało mi się zrobić na was wrażenie - powiedział zadowolony. Dokończył kawę i krzywiąc się postawił filiżankę na stole. - Dziś jest bardziej gorzka niż zwykle - mruknął.

Wyraz twarzy jego siostry zdradzał irytację z powodu obelgi rzuconej pod adresem kawy; odebrała to jako bezpośrednią krytykę swoich umiejętności kulinarnych. Właśnie miała coś powiedzieć, gdy odezwał się Richard Amory.

- Jaki detektyw? - zapytał ojca.

- Nazywa się Herkules Poirot - odparł sir Claud. - Jest Belgiem.

- Słyszałem o nim - zawołał Carelli. - Jest bardzo sławny.

- Ale dlaczego? - dopytywał się Richard. - Dlaczego wezwałeś detektywa?

- To z pewnością podstawowe pytanie - powiedział Claud Amory, uśmiechając się smutno. - Teraz dochodzimy do sedna sprawy. Od pewnego czasu, jak większość z was wie, jestem zaangażowany w badania nad strukturą atomu. Odkryłem nowy materiał wybuchowy. Jest on tak potężny, że wszystko, co dotychczas w tej dziedzinie wyprodukowano, będzie przy nim dziecinną zabawką. Ale większość z tego już wiecie...

Carelli zerwał się na równe nogi.

- Ja nie wiedziałem - wykrzyknął rozentuzjazmowany. - I bardzo chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej.

- Doprawdy, doktorze Carelli? - sir Claud nadał temu pustemu, konwencjonalnemu zwrotowi dziwną intonację i Carelli, nieco zakłopotany, usiadł z powrotem na swoim miejscu.

- Jak już mówiłem - ciągnął sir Claud - siła amorytu - tak go nazwałem - jest taka, że jeśli dotychczas zabijaliśmy tysiące, teraz możemy uśmiercić setki tysięcy.

- To przerażające! - krzyknęła Lucia, wzdrygając się.

- Moja droga Lucio - teść posłał jej słaby uśmiech - prawda nigdy nie jest przerażająca, tylko interesująca.

- Ale dlaczego... - zapytał Richard - dlaczego nam o tym opowiadasz?

- Ponieważ - odparł sir Claud - od pewnego czasu mam powód, aby podejrzewać, że któryś z mieszkańców tego domu próbuje wykraść wzór na amoryt. Prosiłem monsieur Poirota, aby przyjechał do nas jutro na weekend; w poniedziałek wróci do Londynu, zabierając ze sobą wzór, i dostarczy go osobiście urzędnikowi Ministerstwa Obrony.

- Ależ Claud, to absurd. Co więcej, to, co mówisz, jest dla nas w wysokim stopniu obraźliwe - powiedziała z wyrzutem panna Amory. - Chyba nie sądzisz, że ktoś z naszej rodziny mógłby...

- Jeszcze nie skończyłem, Karolino - przerwał jej brat. - I zapewniam cię, że w tym, co mówię, nie ma nic absurdalnego. Powtarzam, zaprosiłem Herkulesa Poirot na jutro, ale byłem zmuszony zmienić plany i poprosić go o przybycie jeszcze dziś wieczorem. Zrobiłem tak, gdyż... - Urwał. Kiedy odezwał się ponownie, mówił wolniej i z większym naciskiem. - Gdyż - ciągnął, wodząc wzrokiem po zebranych, którzy wsłuchiwali się w każde jego słowo - wzór, zapisany na zwykłej kartce papieru listowego i zaklejony w długiej kopercie, dziś wieczór przed kolacją został skradziony z sejfu w moim gabinecie. Złodziej znajduje się w tym pomieszczeniu!

Chór oburzonych okrzyków był odpowiedzią na słowa uczonego. Potem wszyscy zaczęli mówić równocześnie.

- Skradziony wzór? Co masz na myśli, Claud? - odezwała się pierwsza panna Amory.

- Jak to, z sejfu? Ależ to niemożliwe! - wykrzyknął Raynor.

W tym zamieszaniu nie brał udziału tylko doktor Carelli, który pozostał na swoim miejscu, pogrążony w zadumie. Reszta towarzystwa uciszyła się jednak dopiero wtedy, gdy sir Claud podniósł głos:

- Zwykle jestem pewien tego, co mówię - zapewnił swoich słu-

chaczy. - Dokładnie o siódmej dwadzieścia zamknąłem wzór w sejfie. Wychodząc stamtąd, minąłem się w drzwiach z Raynorem.

Zaczerwieniony z gniewu czy może z zakłopotania, sekretarz zaczął:

- Sir Claud, naprawdę muszę zaprotestować... Sir Claud przerwał mu gestem.

- Pozwól mi dokończyć. Raynor pozostał w gabinecie - ciągnął - i wciąż tam był, pracując, kiedy w drzwiach pojawił się doktor Ca-relli. Raynor pożegnał się z nim, pozostawiając go samego w gabinecie; zamierzał pójść do Lucii, aby dać jej znać, że...



dalej


strona główna
(23kB)