(23kB)
strona główna

 

 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

Wczesne Sprawy Poirota




(Przełożyli: Anna Rojkowska, Andrzej Milcarz)

Wypadki na Balu Victory

 

Czysty przypadek sprawił, że mój przyjaciel Herkules Poirot, były szef belgijskich służb śledczych, został zamieszany w wydarzenia w Styles. Sukces przyniósł mu sławę i dlatego postanowił zająć się wyłącznie rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Ja z kolei, ranny nad Sommą i zwolniony z armii, zamieszkałem razem z nim w Londynie. Stąd znam z pierwszej ręki większość spraw, które rozwiązywał i dlatego zaproponowano mi, by spisać najciekawsze. Zgodziłem się i uznałem, że nie mogę zacząć lepiej niż sięgając po tę osobliwie pogmatwaną historię, która swego czasu wzbudziła tak szerokie zainteresowanie. Mam na myśli wydarzenia na Balu Victory.

Chociaż nie jest to, być może, kazus tak reprezentatywny dla specyficznych metod Poirota, jak niektóre mniej głośne sprawy, walor sensacyjności, znane osoby weń zamieszane i ogromne zainteresowanie prasy sprawiły, że mamy tu do czynienia z cause celebre. Od dawna żywię przekonanie, że świat powinien zostać powiadomiony o związku Poirota z rozwiązaniem tej zagadki.

Pewnego pięknego wiosennego ranka siedzieliśmy w apartamencie Poirota. Mój przyjaciel, jak zawsze schludny i szykowny, pochylając na bok jajowatą głowę uważnie nakładał świeżą pomadę na wąsy. Odrobina nieszkodliwej próżności cechowała Poirota, skądinąd znanego z systematyczności i zamiłowania do porządku. Gazeta “Daily Newsmonger”, którą czytałem, zsunęła się na podłogę, a ja pogrążyłem się w zadumie. Wyrwał mnie z niej głos Poirota.

- O czym tak głęboko rozmyślasz, mon ami?

- Prawdę mówiąc zastanawiałem się nad tą niewyjaśnioną sprawą na Balu Victory. Gazety są tego pełne - klepnąłem dłonią “Daily Newsmonger”.

- Tak?

- Im więcej się o tym czyta, tym bardziej tajemnicza wydaje się cała rzecz! - z zapałem podjąłem temat. - Kto zabił lorda Cronshaw? Czy śmierć Coco Courtenay tej samej nocy, ta zbieżność w czasie, to zwykła koincydencja? Czy to był wypadek? Czy też z rozmysłem przedawkowała kokainę? - zamilkłem, a po chwili rzekłem dramatycznie: - To pytania, które sobie zadaję.

Poirot, ku mojej lekkiej irytacji, nie podjął tematu.

- Bez wątpienia, nowa pomada to istny cud dla wąsów - zamruczał i wciąż patrzył w lustro. Zerknąwszy ku mnie dodał jednak pośpiesznie: - No, istotnie, i jak odpowiadasz na te pytania?

Zanim wszakże zdołałem coś odrzec, otwarły się drzwi i nasza gospodyni zapowiedziała inspektora Jappa.

Funkcjonariusz Scotland Yardu był naszym przyjacielem i przywitaliśmy go ciepło.

- A, mój stary przyjaciel Japp - zawołał Poirot.

- Co pana do nas sprowadza?

- Otóż, panie Poirot - Japp ukłonił się siadając. - Mam sprawę, która wygląda mi na bardzo w pańskim typie i przyszedłem zapytać, czy nie chciałby pan osobiście się nią zająć.

Poirot ubolewał wprawdzie nad fatalnym brakiem systematyczności Jappa, ale miał dobrą opinię o jego zdolnościach. Natomiast ja uważałem, że największy talent inspektora polegał na subtelnej sztuce przypisywania sobie zasług wyświadczanych przez zupełnie kogoś innego!

- To sprawa z Balu Victory - namawiał Japp. - Do dzieła Poirot, przecież chciałby się pan w to włączyć.

Poirot uśmiechnął się do mnie.

- W każdym razie chciałby tego mój przyjaciel Hastings. Właśnie rozprawiał na ten temat, n'est-ce pas, mon ami?

- Pan też może się tym zająć - ton Jappa brzmiał nieco protekcjonalnie. Uważam, że to jest tytuł do chwały, zostać wtajemniczonym w taką sprawę. No, ale do rzeczy. Zna pan, przypuszczam, najważniejsze fakty, panie Poirot?

- Tylko z gazet, a wyobraźnia dziennikarska bywa wybujała. Proszę opowiedzieć mi tę całą historię.

Japp usadowił się wygodniej zakładając nogę na nogę.

- Jak wszystkim wiadomo, w ostatni wtorek odbył się wielki Bal Victory. Byle potańcówkę mieni się teraz wielkim balem, ale ten w Colossus Hall był prawdziwym wydarzeniem. Cały Londyn się tam pokazał, włączając w to lorda Cronshawa i jego gości.

- Dossier Cronshawa? - przerwał Poirot. - To znaczy, pewnie powinienem powiedzieć życiorys, ach nie, biogram, jak wy to nazywacie.

- Wicehrabia Cronshaw, piąty w linii, dwadzieścia pięć lat, bogaty, kawaler, wielki teatroman. Pojawiły się plotki o jego zaręczynach z panną Courtenay z teatru Albany, znaną jako Coco, która była, z tego co się mówi, bardzo fascynującą młodą damą.

- Dobrze. Continuez!

- Towarzystwo lorda Cronshawa składało się z pięciu osób: jego wuja czcigodnego Eustace'a Beltane'a, ślicznej wdowy Amerykanki Mallaby, młodego aktora Chrisa Davidsona, jego żony i na koniec, co nie znaczy, że to osoba mniej ważna, panny Coco Courtenay. Był to bal kostiumowy i cała ta grupa przebrała się za postacie ze starej włoskiej komedii - czy jak to się tam nazywa.

- Commedia dell'arte - mruknął Poirot. - Wiem.

- W każdym razie kostiumy były skopiowane z kolekcji porcelanowych figurek, stanowiących część zbiorów Beltane'a. Lord Cronshaw był Arlekinem, Beltane Poliszynelem, a jego Pulcinellą pani Mailaby. Davidsonowie mieli kostiumy Pierrota i Pierretty, a panna Courtenay, oczywiście, Kolombiny. Ale, już na początku balu, wcześnie wieczorem czuło się, że coś jest nie w porządku. Cronshaw był ponury i zachowywał się dziwacznie. Kiedy całe to towarzystwo siadło do kolacji w małej zarezerwowanej sali, wszyscy zauważyli, że młody lord nie rozmawia z panną Courtenay. Niewątpliwie musiała płakać przed chwilą i wydawało się, że jest bliska histerii. Wszyscy męczyli się przy tej kolacji, a kiedy wreszcie wstali od stołu, panna Courtenay głośno poprosiła Chrisa Davidsona o odwiezienie do domu, bo “ten bal przyprawia ją o mdłości”. Młody aktor zawahał się, spojrzał na Cronshawa i w końcu zawrócił oboje do jadalni.

Jednak wszelkie próby pogodzenia tych dwojga okazały się daremne, toteż Davidson sprowadził taksówkę i odwiózł pannę Courtenay do mieszkania. Chociaż wyraźnie bardzo nieszczęśliwa, nie zwierzyła mu się ze swego zmartwienia, powtarzając tylko w kółko, że postara się by “ten Cronch jeszcze tego pożałował!”. To jedyny szczegół sugerujący, że jej śmierć mogła nie być nieszczęśliwym wypadkiem, ale za mało do zbudowania jakiejkolwiek hipotezy. Zanim Davidson zdołał ją jakoś uspokoić, zrobiło się zbyt późno, by wracać do Colossus Hall, pojechał więc prosto do swojego mieszkania w Chelsea, gdzie niebawem pojawiła się również jego żona z wiadomością o straszliwej tragedii, jaka zdarzyła się na balu po wyjściu Chrisa.

Otóż lord Cronshaw wydawał się coraz bardziej zdenerwowany podczas imprezy. Porzucił grono przyjaciół, prawie nikt z nich już go nie widział przez resztę wieczoru. Koło pół do drugiej w nocy, tuż przed wielkim kotylionem, podczas którego wszyscy zdejmują maski, kapitan Digby, znający przebranie lorda, spostrzegł go w loży ponad salą.

- Hej, Cronch! - zawołał - Zejdź na dół i przyłącz się do zabawy! Gdzie się tam snujesz u góry z miną sowy? Schodź szybko, właśnie idzie taki stary, dobry ragtime.

- Dobrze! - odpowiedział Cronshaw. - Stój tam i czekaj na mnie, bo inaczej nigdy nie odnajdę cię w tłumie - odwrócił się i zniknął z loży. Kapitan Digby, któremu towarzyszyła pani Davidson, czekał. Minuty mijały, a lord Cronshaw się nie pojawiał. W końcu Digby zniecierpliwił się:

- Czy ten bufon myśli, że będziemy na niego czekać całą noc?

Pani Mailaby, która podeszła do nich wyjaśnili, co się dzieje.

- Ach, bo on - wykrzyknęła żywo piękna wdowa - jest tej nocy jak niedźwiedź, którego rozbolał łeb. Chodźmy go szukać.

Zaczęli, ale bez rezultatu, aż do chwili, gdy pani Mailaby przyszło na myśl, że może lord znajdzie się w sali, w której przed godziną jedli kolację. Ruszyli tam, ale wszedłszy stanęli jak wryci. Arlekin leżał rozciągnięty na podłodze, z nożem stołowym wbitym w serce!

Japp przerwał, a Poirot skinął głową i tonem znawcy powiedział:

- Une belle affaire! I nie ma śladu, który wskazywałby na sprawcę czynu? No, jakże mógłby być!

- Więc - podjął inspektor - już pan zna sprawę. To była podwójna tragedia. Następnego dnia we wszystkich gazetach pojawiły się odpowiednie tytuły i krótkie doniesienia, że popularną aktorkę pannę Courtenay znaleziono martwą w jej własnym łóżku. Śmierć nastąpiła na skutek przedawkowania kokainy. Ale czy był to wypadek, czy samobójstwo? Pokojówka wezwana na przesłuchanie stwierdziła, że panna Courtenay z pewnością brała narkotyki, toteż domniemanie o przypadkowej śmierci wydaje się uzasadnione. Niemniej nie można nie brać pod uwagę wersji samobójstwa. Dodatkowo komplikuje przyczynę tej śmierci niemożność poznania przyczyn kłótni tej pary poprzedniego wieczoru. Przy okazji, przy nieboszczyku znaleziono małe, emaliowane pudełeczko. Napis z diamentów układał się na nim w imię Coco. Do połowy wypełnione było kokainą. Pokojówka rozpoznała puzderko jako własność panny Courtenay, która prawie zawsze nosiła je przy sobie; szybko stała się niewolnicą nałogu.

- A czy sam lord Cronshaw był narkomanem?

- Na pewno nie. Miał niezwykle surowe poglądy w tej kwestii.

Poirot kiwał głową w zadumie:

- Skoro jednak puzderko znaleziono przy nim, musiał wiedzieć, że panna Courtenay bierze narkotyki. Taki wniosek sam się narzuca, prawda, mój poczciwy Japp?

- Ach! - powiedział niezbyt zdecydowanie inspektor. A co pan o tym myśli?

- Nie znalazł pan żadnego śladu, jakiegokolwiek tropu, o którym nie było jeszcze mowy?

- Owszem, jest coś - Japp wyjął z kieszeni mały pompon ze szmaragdowozielonego jedwabiu i wręczył Poirotowi. Kilka poszarpanych nitek zwisało, jakby został gwałtownie urwany.

- Znaleźliśmy to w mocno zaciśniętej dłoni nieboszczyka - wyjaśnił inspektor.

Poirot oddał pompon Jappowi bez słowa i spytał:

- Czy lord Cronshaw miał jakichś wrogów?

- Nic nam nie wiadomo o żadnych wrogach. Wydawał się popularny w swoim środowisku.

- Kto odnosi korzyści z jego śmierci?

- Czcigodny Eustace Beltane, wuj denata dziedziczy tytuł i majątek. Są dwa fakty, które mogą kierować pewne podejrzenia na niego. Kilka osób słyszało gwałtowną sprzeczkę w tej małej sali jadalnej, a Eustace był jednym z kłócących się. Widzi pan, nóż porwany ze stołu wydaje się wiarygodnym narzędziem morderstwa popełnionego w odruchu gniewu czy nienawiści.

- A co pan Beltane mówi o tym?

- Twierdzi, że beształ jednego z kelnerów, który był pijany. Poza tym miało się to dziać bliżej pierwszej niż pół do drugiej, a zeznanie kapitana Digby dokładnie określa czas. Minęło tylko kilkanaście minut od jego rozmowy z Cronshawem do odnalezienia ciała.

- W każdym razie pan Beltane w przebraniu Poliszynela miał garb i żabot?

- Tak szczegółowo nie znam kostiumów - Japp popatrzył z zaciekawieniem na Poirota. - Nie bardzo zresztą rozumiem, co to ma do rzeczy?

- Nie rozumie pan? - w uśmiechu Poirota była szczypta kpiny, jego oczy jaśniały zielonym blaskiem, który tak dobrze nauczyłem się rozpoznawać: - W tej małej sali były zasłony, prawda?

- Tak, ale...

- A za nimi tyle miejsca, że ktoś mógłby się ukryć?

- Tak, rzeczywiście, jest tam niewielka wnęka, ale skąd pan o tym wie, Poirot, przecież nie było tam pana?

- Nie, mój drogi Japp. Te zasłony wziąłem z głowy. Bez nich ten dramat jest nieracjonalny. A dramat zawsze musi mieć jakąś logikę. Ale proszę mi powiedzieć, czy nie wezwano lekarza?

- Oczywiście, natychmiast. Tylko że on nie miał już nic do roboty. Śmierć musiała być natychmiastowa.

Poirot pokiwał głową trochę niecierpliwie.

- Tak, tak, rozumiem. I lekarz stwierdził zgon, prawda?

- Tak.

- Czy nie powiedział czegoś o dziwnych symptomach - czy w wyglądzie ciała było coś, co go uderzyło jako nienormalne?

Japp popatrzył zdziwiony na detektywa.

- Tak, panie Poirot. Nie wiem, do czego pan zmierza, ale lekarz wspomniał o napięciu i zesztywnieniu kończyn, czego przyczyny nie umiał odgadnąć.

- Aha! - wykrzyknął Poirot - Aha! Mon Dieu! Japp, to daje do myślenia, prawda?

Widziałem, że inspektorowi z całą pewnością nie dało to do myślenia:

- Jeżeli myśli pan o truciźnie, to któż na tym świecie najpierw by człowieka truł, a potem wbijał w niego nóż?

- Rzeczywiście, byłoby to absurdalne - zgodził się Poirot.

- A teraz, czy jest coś, co chciałby pan zobaczyć? Gdyby pragnął pan oglądnąć salę, w której znaleziono ciało...

Poirot machnął ręką.

- Nie, absolutnie nie chcę. Powiedział mi pan o jedynej rzeczy, która mnie tu interesuje: o poglądach lorda Cronshawa na sprawę używania narkotyków.

- A więc niczego nie chce pan zobaczyć?

- Tylko jedno.

- Co takiego?

- Komplet porcelanowych figurek, z których skopiowane zostały kostiumy.

Japp patrzył zdumiony.

- No, jest pan dziwny!

- Może mi pan to zorganizować?

- Jeśli pan chce, proszę zaglądnąć na Berkeley Square. Pan Beltane, czy jego lordowska mość, jak powinienem teraz mówić, z pewnością nie będzie miał nic przeciw temu.

 

Natychmiast wzięliśmy taksówkę. Nowego lorda Cronshaw nie było w domu, ale Japp wyraził życzenie, aby zaprowadzono nas do “gabinetu chińskiego”, w którym przechowywano porcelanową kolekcję. Inspektor rozglądał się dookoła dość bezradnie.

- Nie mam pojęcia, jak znajdzie pan te, których potrzebuje.

Ale Poirot już przystawiał krzesło do kominka i wskoczył na nie lekko jak kot. Nad lustrem, na niewielkiej półce stało sześć figurek z chińskiej porcelany. Poirot obejrzał je bardzo uważnie, wygłaszając przy tym parę uwag.

- Les voila! Stara komedia włoska. Trzy pary! Arlekin i Kolombina, Pierrot i Pierrette - bardzo delikatni w bieli i zieleni oraz Poliszynel i Pulcinella we fioletach i żółci. Bardzo staranna robota, w kostiumie Poliszynela falbanki, kryzy, garb, cylinder. Tak jak myślałem, bardzo staranna.

Odstawił figurki na miejsce i zeskoczył z krzesła.

Wzrok Jappa zdradzał, że niewiele rozumie, ponieważ jednak Poirot najwyraźniej nie miał zamiaru niczego wyjaśniać, inspektor starał się robić dobrą minę. Zbieraliśmy się właśnie do wyjścia, gdy wszedł pan domu i Japp dokonał koniecznej prezentacji.

Szósty wicehrabia Cronshaw był eleganckim mężczyzną koło pięćdziesiątki, o twarzy noszącej ślady zepsucia. Najwyraźniej podstarzały rozpustnik, nieco zblazowany pozer. Poczułem do niego natychmiastową niechęć. Przywitał nas dosyć łaskawie, informując, że wiele słyszał o talentach Poirota i oddaje się do naszej dyspozycji.

- Wiem, że policja robi wszystko, co może - powiedział Poirot.

- Obawiam się jednak poważnie, że zagadka śmierci mojego siostrzeńca nigdy nie zostanie wyjaśniona. Ta cała sprawa wygląda bardzo tajemniczo.

- Pański siostrzeniec nie miał wrogów? Nie wie pan o jakimś? - Poirot obserwował go uważnie.

- Nie miał żadnych. Tego jestem pewien - przerwał, a po chwili dodał: - Jeżeli są jeszcze jakieś pytania, które chciałby pan zadać...

- Tylko jedno - głos Poirota był poważny. - Kostiumy zostały wykonane dokładnie na wzór pańskich figurek?

- W najdrobniejszych szczegółach.

- Dziękuję panu, milordzie. To wszystko, co do czego chciałem być pewien. Życzę panu dobrego dnia.

- I co dalej? - spytał Japp, gdy szliśmy spiesznie ulicą. - Muszę złożyć raport w Scotland Yardzie, wie pan przecież.

- Bien! Nie będę pana zatrzymywać. Mam jedną drobną sprawę, którą muszę się zająć, a potem...

- Tak?

- Historia będzie zakończona.

- Czyżby? Niemożliwe! Pan wie, kto zabił lorda Cronshaw?

- Parfaitement.

- Kto? Eustace Beltane?

- Ach, mon ami, pan zna moją drobną słabość! Zawsze chcę trzymać nici w rękach do ostatniej chwili. Ale nie ma obaw. Ujawnię wszystko, kiedy nadejdzie czas. Nie chcę jednak przypisywać sobie zasług - sprawa będzie pańska, pod warunkiem, że pozwoli mi pan rozegrać denouement w mój własny sposób.

- Taki układ jest fair - zgodził się Japp. - To znaczy, jeśli denouement kiedykolwiek nastąpi! Ale widzę, że nabrał pan wody w usta, prawda? Więc do zobaczenia. Idę do Scotland Yardu.

Ruszył pieszo ulicą, a Poirot uśmiechnął się i zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.

- Dokąd teraz jedziemy? - spytałem żywo zaciekawiony.

- Do Chelsea, zobaczyć się z Davidsonami.

Podał adres kierowcy.

- Co myślisz o nowym lordzie Cronshaw? - spytałem.

- A co sądzi o nim mój dobry przyjaciel Hastings?

- Instynktownie mu nie ufam.

- Myślisz, że ten wuj jest tu szwarccharakterem z bajki?

- A ty nie?

- Według mnie, był dla nas niezwykle uprzejmy - odpowiedział wymijająco Poirot.

- Bo miał powody!

Poirot spojrzał na mnie, ze smutkiem pokiwał głową i pomruczał coś, co zabrzmiało jak: - “Żadnej logiki”.

 

Apartament Davidsonów znajdował się na trzecim piętrze budynku. Powiedziano nam, że pan Davidson wyszedł, ale pani jest w domu. Zostaliśmy wprowadzeni do długiego, niskiego pokoju z jaskrawymi, orientalnymi draperiami. W dusznym powietrzu dominował zapach kadzidełka. Pani Davidson wyszła do nas niemal natychmiast - małe, blade stworzenie, którego kruchość wzbudzałaby współczucie i odruch litości, gdyby nie błysk przebiegłości w jasnych, niebieskich oczach.

Pokiwała smutno głową, gdy Poirot wyjaśnił powód naszej wizyty.

- Biedny Cronch i równie biedna Coco! Oboje tak za nią przepadaliśmy i jej śmierć to dla nas straszny szok. O co chcą mnie panowie prosić? Czy naprawdę jeszcze raz muszę przeżywać ten straszny wieczór?

- Och, madame, proszę mi wierzyć, nie chciałbym narażać pani na jakąkolwiek przykrość bez potrzeby. W gruncie rzeczy inspektor Japp powiedział mi wszystko, co istotne. Pragnąłbym tylko zobaczyć kostium, który miała pani na balu tej nocy.

Dama wyglądała na trochę zaskoczoną, a Poirot ciągnął potoczyście:

- Pracuję według systemu obowiązującego w moim kraju. Tam zawsze “rekonstruujemy” zbrodnię. Możliwe, że będę musiał prosić wszystkich o dokładną representation , a wtedy, proszę zrozumieć, kostiumy będą niezbędne.

Pani Davidson wciąż zdawała się mieć wątpliwości:

- Słyszałam o rekonstruowaniu wydarzeń, oczywiście, nie wiedziałam jednak, że odtwarzacie aż tak drobne szczegóły. Ale zaraz przyniosę suknię.

Opuściła pokój, ale wróciła prawie natychmiast, niosąc na rękach wytworną biało-zieloną, satynową suknię. Poirot wziął ją od pani Davidson, obejrzał i oddał z ukłonem.

- Merci, madame! Widzę, że miała pani pecha i straciła jeden z zielonych pomponów, ten z ramienia.

- Tak, urwał się na balu. Podniosłam go i dałam biednemu lordowi Cronshaw, żeby przechował.

- To było po kolacji?

- Tak.

- Zapewne, niedługo przed tragedią?

Lekki błysk niepokoju przemknął przez wyblakłe oczy pani Davidson, która odpowiedziała pośpiesznie:

- Och, nie, długo przed. Bardzo krótko po kolacji w gruncie rzeczy.

- Rozumiem. I to już wszystko. Nie będę pani dłużej męczyć, bonjour, madame.

- Zatem - powiedziałem, gdy wyszliśmy z budynku - zagadka zielonego pompona się wyjaśniła.

- Wątpię.

- Dlaczego? Co masz na myśli?

- Widziałeś, że oglądałem tę suknię, Hastings?

- Oczywiście...

- Eh bien, pompon, którego brakowało, nie został urwany, jak mówiła ta pani. Przeciwnie, został odcięty, mój przyjacielu, odcięty nożyczkami. Wszystkie nitki są równiutkie.

- O rany! - jęknąłem. - To się robi coraz bardziej skomplikowane.

- Przeciwnie - odpowiedział beznamiętnym tonem detektyw - to robi się coraz prostsze.

- Poirot - krzyknąłem - zamorduję cię któregoś dnia! Twój zwyczaj traktowania wszystkiego jako rzeczy bardzo prostych jest w najwyższym stopniu irytujący.

- Ale kiedy wyjaśniam, mon ami, czyż nie jest to zawsze absolutnie proste?

- Jest. I to właśnie irytuje najbardziej. Wtedy widzę, że mogłem przecież sam na to wpaść.

- Pewnie, że mógłbyś, Hastings, mógłbyś. Gdybyś tylko zadał sobie trud uporządkowania myśli! Bez metody...

- Tak, tak - przytaknąłem pośpiesznie, bo aż za dobrze wiedziałem, jak wymowny staje się Poirot, gdy zacznie rozprawiać na swój ulubiony temat. - Powiedz mi, jaki będzie nasz następny krok? Naprawdę zamierzasz przeprowadzić rekonstrukcję zbrodni?

- Koniecznie. Powiedzmy, że dramat jest już zakończony, ale chcę zaproponować dodanie arlekinady.

 

Poirot zaplanował tajemnicze przedstawienie na najbliższy wtorek. Przygotowania ogromnie mnie zaintrygowały. Po jednej stronie pokoju rozpostarto biały ekran, flankowany z obu stron przez ciężkie kotary. Przyszedł mężczyzna z jakimś sprzętem oświetleniowym, a za nim aktorzy, którzy znikli w sypialni Poirota, przystosowanej do roli garderoby.

Krótko przed ósmą pojawił się Japp w niezbyt radosnym nastroju. Utwierdziłem się w przekonaniu, że z trudem akceptuje plan Poirota, nieco melodramatyczny, jak wszystkie jego pomysły. Ale, jak twierdzi mój przyjaciel, nie może zaszkodzić śledztwu i zaoszczędzi nam prawdopodobnie sporo problemów. Bardzo sprytnie postępuje w tej sprawie - pomyślałem. Szedłem tym samym tropem, oczywiście. Czułem instynktownie, że Japp nagina tu prawdę, jednak obiecałem, że pozwolę mu odegrać wszystko po swojemu. Rozmyślania przerwało mi wejście zaproszonych gości.

Pierwszy przybył jego lordowska mość w towarzystwie pani Mailaby, którą zobaczyłem po raz pierwszy. Ta piękna, ciemnowłosa kobieta wyglądała na wyraźnie zdenerwowaną. Po nich pojawili się Davidsonowie. Chrisa Davidsona również widziałem po raz pierwszy. Był to przystojny, wysoki brunet, niewymuszenie elegancki, poruszający się z aktorskim zawodowym wdziękiem.

Siedzenia dla widzów, zgodnie z życzeniem Poirota, zwrócone były ku jasno oświetlonemu ekranowi. Pogaszono lampy, ekran był więc jedynym iluminowanym elementem w pomieszczeniu. Głos Poirota dobiegał z mroku.

- Panowie, panie, słowo wyjaśnienia. Przed ekranem przesunie się po kolei sześć postaci. Są wam znane. Pierrot i jego Pierrette, błazen Poliszynel i elegancka Pulcinella, piękna, tańcząca lekko Kolombina i chochlik Arlekin niewidzialny dla człowieka!

Po tym wprowadzeniu rozpoczęło się przedstawienie. Kolejno wszystkie postacie wspomniane przez Poirota przepływały przed ekranem, zatrzymywały się na moment, a następnie znikały. Zapalono lampy i z różnych stron dały się słyszeć westchnienia ulgi. Wszyscy byli zdenerwowani, bali się czegoś niewiadomego. Wydawało mi się, że przedsięwzięcie zupełnie spaliło na panewce. Jeżeli zbrodniarz był wśród nas i Poirot oczekiwał, że załamie się na sam widok znajomej postaci, to cały plan zakończył się druzgocącą klęską - co było zresztą, moim zdaniem, do przewidzenia. Mimo to Poirot nie wydawał się ani odrobinę zaniepokojony. Wyszedł, promieniejący, na środek.

- A teraz, panowie i panie, czy bylibyście tacy dobrzy i powiedzieli mi po kolei, czym jest to, co właśnie zobaczyliśmy? Zechce pan zacząć, milordzie?

Cronshaw wyglądał na zakłopotanego: - Obawiam się, że nie w pełni rozumiem.

- Proszę mi po prostu powiedzieć, co pan widział.

- Ja... no... więc, powiedziałbym, że widziałem sześć osób przechodzących przed ekranem przebranych za postaci ze starej komedii włoskiej lub, no... za nas, tamtej nocy.

- Mniejsza o tamtą noc, milordzie - wszedł mu w słowo Poirot. - Pierwsza część pańskiej wypowiedzi to jest to, co chciałem usłyszeć. Madame, pani zgadza się z lordem Cronshaw? - obrócił się ku pani Mailaby.

- Ja... no... tak, z pewnością.

- Potwierdza pani, że widziała sześć postaci reprezentujących starą komedię włoską?

- No oczywiście.

- Panie Davidson? Pan również?

- Tak

- Pani?

- Tak.

- Hastings? Japp też? Wszyscy się z tym zgadzają?

Popatrzył na nas, przybladły trochę, a oczy zrobiły mu się zielone jak u kota.

- A jednak - wszyscy się mylicie! Własne oczy was okłamują, tak jak okłamywały w tę noc na Balu Victory. Widzieć coś na własne oczy, jak to się mówi, nie zawsze oznacza - widzieć prawdę. Trzeba patrzeć oczami rozumu, trzeba używać tych małych, szarych komórek! Dowiedzcie się zatem, że tego wieczoru i tamtej nocy na Balu Victory widzieliśmy nie sześć, ale pięć postaci! Spójrzcie!

Lampy zgasły ponownie. Jakaś sylwetka pojawiła się przed ekranem - Pierrot!

- Kto to jest? - spytał Poirot. - Czy to Pierrot?

- Tak - krzyknęliśmy wszyscy.

- Popatrzcie jeszcze raz!

Szybkim ruchem mężczyzna zrzucił z siebie luźny kostium Pierrota. I oto w centralnym punkcie, pobłyskując cekinami, stanął Arlekin! W tym samym momencie rozległ się krzyk i łoskot przewracanego krzesła.

- Przeklęty! - warknął Davidson. - Przeklęty! Jak to zgadłeś?

Po chwili dał się słyszeć szczęk zatrzaskiwanych kajdanek i spokojny, urzędowy głos Jappa. - Aresztuję pana, Christopherze Davidson, pod zarzutem zamordowania wicehrabiego Cronshawa. Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciw panu.

 

Kwadrans później podawano lekką, wyszukaną kolację i Poirot z twarzą promieniejącą gościnnością odpowiadał na nasze niecierpliwe pytania.

- To było bardzo proste. Okoliczności, w jakich został znaleziony zielony pompon, od razu sugerowały, że musiał on być urwany od kostiumu mordercy. Wykluczyłem Pierrette (ponieważ wbicie noża stołowego wymaga znacznej siły) i skupiłem się na Pierrocie jako podejrzanym. Ale Pierrot opuścił bal prawie dwie godziny przed popełnieniem morderstwa. Musiał więc albo powrócić później, aby zabić lorda Cronshaw, albo - eh bien , zabić go przed wyjściem! Czy to niemożliwe? Kto widział lorda po kolacji tego wieczoru? Tylko pani Davidson, której zeznanie, podejrzewam, było świadomie zmyślone w celu wytłumaczenia braku pompona. A pompon oczywiście odcięła od własnej sukni, żeby dosztukować go do kostiumu męża. Wobec tego Arlekin widziany w loży o pierwszej trzydzieści musiał być już “podmieniony”. Przez chwilę, wcześniej, rozważałem możliwość, że to pan Beltane jest sprawcą. Ale przy specyfice jego kostiumu zdublowanie ról Poliszynela i Arlekina było naprawdę niemożliwe. Z drugiej strony, dla Davidsona, młodego mężczyzny o mniej więcej tym samym wzroście co ofiara, w dodatku zawodowego aktora, sprawa była prosta.

Jedna rzecz mnie dręczyła. Z pewnością lekarz musiał zauważyć różnicę między nieboszczykiem, który jest martwy od dwóch godzin i denatem od dziesięciu minut! Eh bien, lekarz to spostrzegł! Ale przy zwłokach nie zadano mu pytania: “Od kiedy ten człowiek nie żyje?”. Przeciwnie, lekarz został poinformowany, że zmarłego widziano żywym zaledwie dziesięć minut wcześniej. Toteż stwierdzając zgon, doktor ograniczył się do konstatacji o nienormalnym zesztywnieniu kończyn, którego nie umiał wyjaśnić!

Teraz wszystko zdarza się idealnie z moją teorią. Davidson zabił Cronshawa zaraz po kolacji, kiedy, jak pamiętacie, widziano go wprowadzającego lorda z powrotem do salki. Potem odjechał z panną Courtenay, zostawił ją w drzwiach mieszkania, zamiast spróbować uspokoić, jak obiecywał i w wielkim pośpiechu wrócił do Colossusa - już jednak jako Arlekin, a nie Poliszynel. Przeistoczył się w prosty sposób: zdjął kostium, który miał na wierzchu.

 

Wuj zmarłego pochylił się do przodu, widać było, że miał wątpliwości.

- Ale, jeżeli tak, musiał przyjść na bal przygotowany do zabicia ofiary. Jaki, do licha, mógłby mieć motyw? Motyw, to jest to, czego mi brakuje.

- Ach! Tu dochodzimy do drugiej tragedii: panny Courtenay. Jeden fakt wszyscy przeoczyli. Panna Courtenay zmarła na skutek zatrucia kokainą, ale jej porcja narkotyku pozostała w emaliowanej szkatułce znalezionej przy zwłokach lorda Cronshaw. Skąd więc wzięła dawkę, która ją zabiła? Tylko jedna osoba mogła jej podać kokainę - Davidson. I to wyjaśnia wszystko. Pasuje do tego jej przyjaźń z tą parą i życzenie, żeby właśnie Davidson odwiózł ją do domu. Lord Cronshaw, niemal fanatyczny wróg narkotyków, wiedział, że panna Courtenay jest uzależniona i podejrzewał Davidsona o dostarczanie jej kokainy. Aktor oczywiście zaprzeczał, ale lord Cronshaw z determinacją dążył do poznania prawdy w trakcie balu. Mógłby wybaczyć nieszczęsnej dziewczynie, ale z pewnością nie miałby litości dla kogoś żyjącego z handlu narkotykami. Davidson stanął w obliczu zdemaskowania i ruiny. Przyszedł na bal zdecydowany zamknąć usta Cronshawowi za wszelką cenę.

- Czy zatem śmierć Coco była wypadkiem?

- Podejrzewam, że był to wypadek przemyślnie zaaranżowany przez Davidsona. Coco była wściekła na Cronshawa. Po pierwsze, robił jej wymówki, a po drugie, odebrał kokainę. Davidson dał jej nową porcję i prawdopodobnie namawiał do wzięcia większej dawki, na złość “temu Cronshawowi”!

- Jeszcze jedna rzecz - spytałem. - Nisza i kotara? Skąd wiedziałeś, że tam są?

- Och, to, mon ami, było w tym wszystkim najprostsze. Kelnerzy wchodzili do tej małej sali i wychodzili, więc ciało nie mogło leżeć na podłodze, tam, gdzie je znaleziono. Musiało być jakieś miejsce na jego ukrycie. Wydedukowałem, że była to nisza zasłonięta kotarą. Davidson przeciągnął tam zwłoki, a później, po zwróceniu uwagi na siebie w loży, wywlókł na środek i na dobre opuścił Colossus Hall. To było jedno z jego najlepszych pociągnięć. Sprytny morderca!

W zielonych oczach Poirota odczytałem jednak bezbłędnie niewypowiedzianą uwagę: - Sprytny, ale nie aż tak sprytny jak Herkules Poirot!

 

Przygoda kucharki z Clapham

 

Kiedy dzieliłem mieszkanie z moim przyjacielem Herkulesem Poirotem, miałem zwyczaj czytać mu na głos tytuły z porannej gazety “Daily Blare”.

“Daily Blare” był dziennikiem polującym na sensacje. Wiadomości o rabunkach i morderstwa nie kryły się tu gdzieś na ostatnich kolumnach. Przeciwnie, biły w oczy wielkimi tytułami na pierwszej stronie.

URZĘDNIK BANKOWY ZNIKNĄŁ WRAZ Z PAPIERAMI WARTOŚCIOWYMI OPIEWAJĄCYMI NA PIĘĆDZIESIĄT TYSIĘCY FUNTÓW - czytam.

MĄŻ WŁOŻYŁ GŁOWĘ DO KUCHENKI GAZOWEJ. NIESZCZĘŚLIWE ŻYCIE RODZINNE. ZAGINIONA MASZYNISTKA. ŁADNA DWUDZIESTOJEDNOLETNIA DZIEWCZYNA. GDZIE JEST EDNA FIELD?

- Tyle masz tu do wyboru, Poirot. Urzędnik bankowy, który się ulotnił, tajemnicze samobójstwo, zaginiona maszynistka - na co się zdecydujesz?

Przyjaciel był w pogodnym nastroju. Lekko potrząsnął głową.

- Żadna z tych rzeczy mnie nie pociąga, mon ami. Dzisiaj mam chęć na słodkie nieróbstwo. Tylko bardzo interesujący problem mógłby mnie skusić i podnieść z fotela. Widzisz, mam kilka osobistych spraw do załatwienia.

- Na przykład jakich?

- Moja garderoba, Hastings. Jeżeli się nie mylę, na moim nowym szarym garniturze jest tłusta plama, wprawdzie tylko jedna, ale dla mnie to wystarczająco duże zmartwienie. Następnie płaszcz zimowy - trzeba go przesypać naftaliną. I uważam, tak, uważam, że już najwyższy czas przystrzyc wąsy, a potem nałożyć na nie pomadę.

- No tak - powiedziałem podchodząc do okna - ale wątpię, żebyś zdołał wykonać ten szaleńczy program. Ktoś dzwoni do drzwi. Masz klienta.

- Jeśli nie jest to sprawa wagi państwowej, nawet jej nie tknę - oświadczył solennie Poirot.

Chwilę później nasze zacisze domowe stało się terenem inwazji tęgiej rumianej damy, ziejącej ciężko w wyniku pośpiesznej wspinaczki po schodach.

- To pan jest Poirot? - spytała opadając na fotel.

- Tak, madame, jestem Herkules Poirot.

- Ani trochę nie wygląda pan tak, jak sobie wyobrażałam - dama przypatrywała mu się raczej z dezaprobatą. - Czy pan płaci gazetom, żeby pisały, jakim sprytnym jest detektywem, czy one tak same z siebie?

- Madame! - poderwał się Poirot.

- Przepraszam, jestem pewna, że pan nie płaci, ale wiadomo, jakie są gazety w obecnych czasach. Zaczyna się czytać ciekawy artykuł pt. Co panna młoda powiedziała swojej niezamężnej przyjaciółce, a tu w koło o tym, jaki szampon należy kupować w perfumerii. Wszędzie ta reklama. No, ale nie obraził się pan, mam nadzieję? Już mówię, czego od pana oczekuję. Chcę, żeby pan znalazł moją kucharkę.

Poirot gapił się na nią, widziałem, że chociaż raz zapomniał języka w gębie. Odwróciłem się, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

- Wszystko dlatego, że za dużo im się daje - ciągnęła dama. - W głowach tych służących zaszczepia się takie pomysły, że będą maszynistkami i nie wiadomo kim jeszcze. Trzeba z tym skończyć, mówię. Chciałabym wiedzieć, na co może się skarżyć moja służba; raz w tygodniu wolne popołudnie i wieczór, co druga niedziela wolna, pranie nosi się do praczki, jedzą to samo co my, a w naszym domu nigdy nie ma margaryny, tylko i wyłącznie najlepsze masło.

Zrobiła pauzę dla zaczerpnięcia oddechu i Poirot wykorzystał tę okazję. Poderwał się na równe nogi i odezwał wyniosłym tonem: - Obawiam się, że pani pomyliła adres, madame. Nie zajmuję się badaniami warunków pracy służby domowej. Jestem prywatnym detektywem.

- Wiem o tym. - Czyż nie powiedziałam, że chcę, aby pan odnalazł moją kucharkę? Wyszła z domu w środę nie mówiąc mi ani słowa i nie ma jej do tej pory.

- Przykro mi madame, ale tego typu spraw nie tykam. Życzę pani miłego dnia.

Kobieta prychnęła z oburzeniem.

- Ach tak, mój miły panie? Nie będzie się pan zniżał, czy tak? Dla pana tylko rządowe tajemnice i klejnoty hrabianek? Pozwoli pan powiedzieć sobie, że dla kobiety mojego stanu służąca jest równie ważna jak diadem księżniczki. Wszystkie nie możemy być pięknymi paniami, które przystrojone w diamenty i perły rozjeżdżają się swoimi autami. Dobra kucharka to dobra kucharka i kiedy się ją traci, to tyle samo znaczy, co postradanie pereł przez jakąś piękną lady.

Przez chwilę wydawało się, że Poirot nie wie, co w nim silniejsze: poczucie godności czy poczucie humoru. W końcu roześmiał się i usiadł.

- Madame, pani ma rację, a ja się mylę. Pani uwagi są słuszne i świadczą o inteligencji. Ta sprawa będzie precedensem. Nigdy jeszcze nie polowałem na zaginionego domownika. Naprawdę jest to problem o znaczeniu państwowym, czego żądałem od losu, zanim pani przyszła. En avant! Mówi pani, że ten klejnot wśród kucharek wyszedł w środę czyli przedwczoraj i nie wrócił.

- Tak, wtedy miała wychodne.

- Ale, być może, zdarzył się jej jakiś wypadek, madame. Pytała pani w szpitalach?

- Tak właśnie pomyślałam sobie wczoraj, ale dziś rano, wyobraża pan sobie, przysłała po swój kufer. A do mnie ani słowa! Gdybym była w domu, nie wydałabym tego kufra. Ale akurat wyskoczyłam do rzeźnika.

- Może mi ją pani opisać?

- W średnim wieku, tęga, czarne, siwiejące włosy, bardzo przyzwoity wygląd. Dziesięć lat w ostatnim miejscu pracy. Nazywa się Eliza Dunn.

- I nie miała pani z nią sprzeczki w środę?

- Najmniejszej. I właśnie dlatego jest to takie dziwne.

- Ile służących ma pani?

- Dwie. Pokojówka Annie jest bardzo miłą dziewczyną. Trochę zapominalska i głowę ma pełną fantazji na temat młodych mężczyzn, ale to dobra służąca, jeśli zajmie się ją pracą.

- A jak jej się układało z kucharką?

- Raz lepiej, raz gorzej oczywiście, ale ogólnie bardzo dobrze.

- Pokojówka może rzucić trochę światła na tę tajemnicę?

- Mówi, że nie, ale wiadomo, jakie są służące. Trzymają ze sobą.

- Dobrze, musimy to zbadać. Jak pani mówiła? Gdzie jest pani rezydencja, madame?

- W Clapham, Prince Albert Road 88.

- Bien, madame. Życzę pani miłego poranka i może pani liczyć na moją wizytę w ciągu dnia.

Pani Todd, bo tak nazywała się nasza nowa znajoma, wyszła. Poirot popatrzył na mnie z pewną obawą.

- No, Hastings, mamy tu sprawę całkiem nowego typu. Zniknięcie kucharki z Clapham! Nigdy, ale to nigdy nasz przyjaciel inspektor Japp nie może się o tym dowiedzieć!

Następnie Poirot przystąpił do nagrzewania żelazka i starannie usunął tłustą plamę ze swojego szarego garnituru posługując się kawałkiem bibuły. Zabiegi wokół wąsów z ubolewaniem odłożył na inny dzień i wyruszyliśmy do Clapham.

Prince Albert Road okazała się uliczką identycznych małych, wymuskanych domków. Miłe, koronkowe firanki przesłaniały okna, mosiężne klamki u drzwi błyszczały wypolerowane.

Zadzwoniliśmy pod numer 88 i zaraz otworzyła nam schludna pokojówka o ładnej buzi. Pani Todd wyszła do holu, aby nas powitać.

- Zaczekaj, Annie - zawołała. - Ten pan jest detektywem i chce zadać ci parę pytań.

Twarz Annie wyrażała walkę pomiędzy zaniepokojeniem, ciekawością i ekscytacją.

- Dziękuję, madame - skłonił się Poirot. - Chciałbym właśnie teraz zapytać pani pokojówkę o parę rzeczy, ale jeśli mógłbym, na osobności.

Zostaliśmy poprowadzeni do małej ubieralni i gdy pani Todd z wyraźnym ociąganiem wyszła, Poirot rozpoczął przesłuchanie.

- Voyons, mademoiselle Annie, wszystko, co panienka nam powie, będzie miało ogromne znaczenie. Ty jedna możesz rzucić trochę światła na tę sprawę. Bez tej pomocy nie będę w stanie nic zrobić.

Niepokój zniknął z twarzy dziewczyny, zostało przyjemne podniecenie.

- Naturalnie, sir. Powiem panu wszystko, co będę mogła.

- To dobrze - Poirot spoglądał ku niej z aprobatą. - Więc, przede wszystkim, jakie jest twoje własne zdanie? Dziewczyny tak inteligentnej, to widać natychmiast! Jakie jest twoje własne wyjaśnienie zniknięcia Elizy?

Tak zachęcona Annie wylała z siebie potok wzburzonych słów.

- Handlarze żywym towarem, sir, od początku to mówiłam! Kucharka zawsze ostrzegała mnie przed nimi. “Niczego nie wąchaj, nie jedz żadnych cukierków, choćby taki facet wydawał się nie wiem jakim dżentelmenem!”. Tak właśnie mi mówiła. A teraz ją mają! Jestem o tym przekonana. Najpewniej wysłali ją do Turcji albo w inne miejsce na Wschodzie, gdzie, jak słyszałam, lubią tłuste!

Poirot zachował godną podziwu powagę.

- Ale w takim wypadku, a to niewątpliwie jest wyjaśnienie, czy posłałaby tu kogoś po kufer?

- No, nie wiem, sir. Może chciałaby mieć swoje rzeczy nawet w tych dalekich krajach.

- Kto przyszedł po kufer, mężczyzna?

- To był Carter Paterson, sir.

- Sama pakowałaś rzeczy Elizy?

- Nie, sir, kufer był już spakowany i obwiązany.

- Ach! To interesujące. Dowodzi, że kiedy wyszła z domu w środę, była zdecydowana już tu nie wracać. Rozumie pani, prawda?

- Tak, sir. Nie pomyślałam o tym - Annie wyglądała na nieco zbitą z tropu. - Ale to jednak mogli być handlarze żywym towarem, prawda, sir? - dodała zasmucona.

- Niewątpliwie! - zapewnił z powagą Poirot. - Czy miałyście wspólny pokój?

- Nie, sir, spałyśmy oddzielnie.

- A czy Eliza wyrażała jakieś niezadowolenie ze swojej obecnej posady? Czy wam obydwu było tu dobrze?

- Nigdy nie wspominała o odejściu. To miejsce jest w porządku - dziewczyna zawahała się.

- Proszę mówić bez obaw - zachęcał łagodnie Poirot. - Nie powtórzę twojej pani.

- No, oczywiście, sir, to zrzęda, znaczy się pani. Ale jedzenie jest dobre. Pod dostatkiem, bez wydzielania. Coś gorącego na kolację, tłuszczu do smażenia ile się chce. A poza tym, gdyby Eliza chciała zmienić miejsce, nigdy nie odeszłaby w ten sposób, jestem pewna. Odczekałaby pełny miesiąc. Przecież pani mogłaby jej nie zapłacić w ogóle za ten miesiąc po zrobieniu czegoś takiego!

- A praca, czy nie jest za ciężka?

- Z mojej pani to jest okaz, zawsze szuka kurzu po kątach. I jeszcze lokator, czy też, jak go się stale nazywa, płacący gość. Ale to tylko śniadanie i kolacja, tak samo jak nasz pan. Przez cały dzień są w City.

- Lubi panienka swojego pana?

- Jest w porządku. Bardzo spokojny, trochę sknerowaty.

- Przypuszczam, że nie pamiętasz, jakie były ostatnie słowa Elizy przed wyjściem?

- Pamiętam. Powiedziała, że jeżeli zostanie trochę gotowanych brzoskwiń w jadalni państwa, to będziemy je miały na kolację. Z odrobiną bekonu i frytek. Miała fioła na punkcie gotowanych brzoskwiń.

- Czy w każdą środę miała wychodne?

- Tak, ona w środy, a ja w czwartki.

Poirot zadał jeszcze kilka pytań i oświadczył, że to już wszystko. Annie oddaliła się, natomiast pośpiesznie weszła pani Todd z twarzą płonącą od ciekawości. Była, czułem to wyraźnie, dotknięta wyproszeniem z pokoju na czas rozmowy z Annie. Poirot potrafił jednak szybko ją udobruchać.

- Trudno kobiecie o tak wyjątkowej inteligencji jak pani - wyjaśnił - znosić cierpliwie żmudne docieranie do prawdy, czyli metodę, którą my, nieszczęśni detektywi, zmuszeni jesteśmy stosować. Bystrym nie jest łatwo patrzeć w spokoju na głupotę.

Uśmierzywszy w ten sposób wszelkie dąsy ze strony pani Todd, Poirot skierował rozmowę na jej męża i usłyszał, że pracuje on w firmie na terenie City, a w domu będzie dopiero po szóstej.

- Niewątpliwie jest bardzo poruszony i zmartwiony tą niewyjaśnioną sprawą. Czyż nie tak?

- On się nigdy nie martwi - obwieściła pani Todd. “Dobrze, dobrze, weź inną, moja droga”. To wszystko, co powiedział! Ten jego wieczny spokój doprowadza mnie czasem do szału. “Niewdzięczna kobieta”, powiedział i dodał: “Pozbyliśmy się jej”.

- A inni domownicy, madame?

- Chodzi o pana Simpsona, naszego płacącego gościa? No więc, dopóki dostaje śniadanie i wieczorny posiłek, nie przejmuje się niczym.

- Jaki jest jego zawód, madame?

- Pracuje w banku - wymieniła nazwę i drgnąłem przypomniawszy sobie lekturę “Daily Blare”.

- To młody człowiek?

- Dwadzieścia osiem lat, zdaje mi się. Miły, spokojny, młodzieniec.

- Chętnie zamieniłbym z nim parę słów, jak również pani mężem, jeśli można. W tym celu wrócę tu dziś wieczorem. Ośmielę się zasugerować nieco odpoczynku, madame, wygląda pani na zmęczoną.

- Pewnie, że jestem zmęczona! Najpierw to zmartwienie z Elizą, wczoraj praktycznie cały dzień na zakupach, pan wie, co to jest, panie Poirot i mnóstwo do zrobienia w domu, bo przecież Annie nie poradzi sobie z tym wszystkim, a prawdopodobne, że i ona złoży wypowiedzenie, rozbita tą sytuacją. Tyle się tego nazbierało, tak, jestem przemęczona!

Poirot wymruczał coś współczującego i wyszliśmy.

- Ciekawy zbieg okoliczności - zauważyłem. - Ten urzędnik Davies, który zniknął, był z tego samego banku co Simpson. Czy tu może być jakiś związek?

Poirot uśmiechnął się.

- Z jednej strony urzędnik, który zniknął, a z drugiej zaginiona kucharka. Trudno dostrzec cokolwiek łączącego te dwie sprawy, chyba, że Davis odwiedził Simpsona, zakochał się w kucharce i namówił ją, żeby towarzyszyła mu w ucieczce!

Roześmiałem się. Natomiast Poirot pozostał poważny:

- Mógł zrobić coś gorszego - powiedział z dezaprobatą.

- Pamiętaj, Hastings, jeśli wyjeżdża się na obczyznę, dobra kucharka może być większą pociechą niż ładna buzia! - przerwał na chwilę, a potem dodał: - To ciekawa sprawa, pełna sprzecznych elementów. Jestem zainteresowany, tak, zdecydowanie zainteresowany.

Tego wieczoru wróciliśmy na Prince Albert Road pod numer 88 i rozmawialiśmy zarówno z Toddem, jak i Simpsonem. Ten pierwszy był melancholijnym czterdziestoparolatkiem o zapadniętych policzkach.

- Och! Tak, tak - powiedział niezdecydowanie. - Eliza. Tak. Dobra kucharka, przypuszczam. I gospodarna. Dla mnie ważna jest gospodarność.

- Czy może pan odgadnąć powód jej tak nagłego odejścia od państwa?

- Och, no, wie pan, służące. Moja żona zbytnio się martwi. Cały problem jest naprawdę bardzo prosty. “Weź inną, moja droga”, powiedziałem. “Weź inną”. To wszystko w tej sprawie. Nie ma co rozpaczać nad rozlanym mlekiem.

Pan Simpson, niepozorny, młody mężczyzna w okularach okazał się równie mało pomocny.

- Musiałem ją widzieć, tak przypuszczam. Starsza kobieta, prawda? Oczywiście jest ta druga, którą zawsze widuję, Annie. Miła dziewczyna. Bardzo grzeczna.

- Czy służące były ze sobą w dobrych stosunkach? Pan Simpson zastrzegł, że nie może na ten temat wiele powiedzieć, ale przypuszcza, że tak.

- Zatem, nie ma tam dla nas nic interesującego, mon ami - powiedział Poirot, gdy wyszliśmy z domu. Wcześniej musieliśmy jeszcze wysłuchać donośnej repetycji poglądów pani Todd. To samo co z rana, tylko znacznie obszerniej.

- Jesteś rozczarowany? - spytałem. - Spodziewałeś się coś usłyszeć?

Poirot potrząsnął głową: - Była pewna możliwość, oczywiście, ale nie sądziłem, że to prawdopodobne.

Następnym elementem w sprawie był list, który detektyw otrzymał nazajutrz rano. Przeczytał, spurpurowiał ze złości i podał mi.

 

Pani Todd wyraża ubolewanie, że nie skorzysta jednak z usług pana Poirot. Po omówieniu całej sprawy z mężem widzi, że było to niemądre, by wzywać detektywa w sprawie czysto domowej. Pani Todd dołącza jedną gwineę jako honorarium za konsultację.

- Aha! - wykrzyknął gniewnie Poirot. - I oni zamierzają pozbyć się Herkulesa Poirota w ten sposób! Z łaski, z wielkiej łaski, zgodziłem się wyjaśnić tę ich żałosną, groszową aferę, a oni mnie dymisjonują comme ca! To ręka, nie mylę, się pana Todda. Ale ja mówię nie! Trzydzieści sześć razy nie! Wydam swoje własne gwinee, trzydzieści sześć setek gwinei, jeżeli trzeba będzie, ale dotrę do samego dna tej sprawy!

- Tak - powiedziałem. - Ale jak?

Poirot uspokoił się nieco.

- D'abord, damy ogłoszenie do gazet. Niech pomyślę, tak, coś w tym rodzaju: “Jeżeli Eliza Dunn zgłosi się pod ten adres, otrzyma cenną informację”. Daj to do wszystkich gazet, jakie ci przyjdą na myśl, Hastings. A ja sam przeprowadzę pewne poszukiwania. Już, już, wszystko musi być załatwione jak najszybciej!

Zobaczyłem go dopiero wieczorem, kiedy był łaskaw opowiedzieć, co zrobił.

- Przeprowadziłem rozeznanie w firmie pana Todda. W środę był w pracy, ma dobry charakter - tyle o nim. Co do Simpsona, w czwartek był chory i nie przyszedł do banku, natomiast pracował w środę. Był umiarkowanie zaprzyjaźniony z Davisem. Nic ponad zwyczajne kontakty. Nie wygląda na to, żeby tam było coś dla mnie. Nie. Musimy zdać się na ogłoszenia.

Ogłoszenia ukazały się o właściwym czasie we wszystkich głównych dziennikach. Według życzenia Poirota miały być powtarzane codziennie przez tydzień. Jego pilność w wyświetlaniu niezbyt fascynującej kwestii zaginięcia kucharki była nadzwyczajna, ale widziałem przecież, że za punkt honoru uznał doprowadzenie jej do końca. W tym czasie przyniesiono mu kilka nadzwyczaj interesujących spraw, nie wziął jednak żadnej. Co rano rzucał się na pocztę, starannie ją studiował, a potem odkładał na bok z westchnieniem.

Nasza cierpliwość została jednak w końcu nagrodzona. W pierwszą środę po wizycie pani Todd, nasza gospodyni poinformowała, że osoba o nazwisku Eliza Dunn prosi o rozmowę.

- Enfin! - krzyknął Poirot. - Niech więc wchodzi! Natychmiast. Już.

Tak ponaglona gospodyni popędziła i wprowadziła po chwili pannę Dunn. Nasza zguba odpowiadała opisowi: wysoka, tęga, o bardzo przyzwoitej powierzchowności.

- Przychodzę w związku z ogłoszeniem - wyjaśniła. - Pomyślałam sobie, że musi być jakieś zamieszanie, nieporozumienie i może panowie nie wiedzą, że ja dostałam już mój spadek.

Poirot przyglądał się jej badawczo. Szarmancko podsunął fotel.

- W tym rzecz, że była pracodawczyni, pani Todd bardzo się martwi. Obawiała się, że mógł się pani zdarzyć jakiś wypadek.

Eliza Dunn wyglądała na ogromnie zaskoczoną.

- Więc nie dostała mojego listu?

- Nie dostała ani słowa - Poirot zamilkł, a potem powiedział z naciskiem: - Zechce pani przedstawić mi całą tę historię, dobrze?

Eliza Dunn nie potrzebowała zachęty. Natychmiast rozpoczęła długą opowieść.

- Wracałam właśnie w środę wieczorem do domu, gdy, już na mojej ulicy, zatrzymał mnie jakiś wysoki, brodaty dżentelmen w cylindrze. “Panna Eliza Dunn?” - zapytał. “Tak” odpowiedziałam. “Pytałem o panią pod numerem 88, poinformowano mnie, że będę mógł panią tu spotkać. Panno Dunn, przyjechałem z Australii specjalnie, aby panią odnaleźć. Czy zna pani nazwisko panieńskie swojej babki ze strony matki?”. “Jane Emmott” odpowiedziałam. “Zgadza się. Więc panno Dunn,, choć pewnie nigdy pani o tym nie słyszała, pani babka miała wielką przyjaciółkę Elizę Leech. Ta przyjaciółka wyjechała do Australii, gdzie poślubiła jakiegoś bardzo bogatego osadnika. Jej dwoje dzieci zmarło jeszcze w niemowlęctwie, więc to ona odziedziczyła cały majątek męża. Zmarła parę miesięcy temu i zgodnie z jej testamentem pani dostała w spadku dom tu, w Anglii, oraz znaczną sumę pieniędzy”.

Gdyby ktoś dmuchnął, tobym się przewróciła, tak zbaraniałam - ciągnęła panna Dunn. - Przez chwilę podejrzewałam go o oszustwo. Musiał zauważyć, bo uśmiechnął się. “Całkiem zrozumiałe, że jest pani nieufna”, powiedział. “Oto moje dokumenty”. Wręczył mi list od jakichś prawników z Melbourne - Hursta i Crotcheta oraz wizytówkę. To on był tym Crotchetem. “Są jeszcze dwa warunki” dodał. “Nasz klient był nieco ekscentryczny, wie pani. Warunkiem otrzymania spadku jest przejęcie domu w hrabstwie Cumberland do godziny dwunastej dnia jutrzejszego. Drugi warunek jest bez większego znaczenia. To tylko taki wymóg, że pani nie może należeć do służby domowej”. Zmartwiałam. “Och, panie Crotchet. Jestem kucharką. Nie powiedzieli panu i tego w domu?”. “Ojej” zmartwił się. “Nie miałem o tym pojęcia. Myślałem, że pani jest damą do towarzystwa lub guwernantką. To bardzo niefortunnie. To dopiero pech”.

“Czy stracę te wszystkie pieniądze?” - spytałam przerażona, a on zastanawiał się przez dłuższą chwilę. “Zawsze jest jakiś sposób na obejście prawa, panno Dunn”, powiedział w końcu. “My, prawnicy, to wiemy. Dla pani wyjściem jest porzucenie pracy jeszcze tego wieczoru”. “A miesięczne wypowiedzenie?” - spytałam, a on się uśmiechnął. “Panno Dunn, może pani odejść z pracy w każdej sekundzie za cenę utraty miesięcznego wynagrodzenia. W tych okolicznościach pani chlebodawczyni to zrozumie. Problem jest jedynie z czasem! Musi pani złapać pociąg o 11,15 ze stacji King's Cross w kierunku północnym. Mogę pani dać dziesięć funtów zadatku na bilet, a na stacji proszę napisać kartkę z wyjaśnieniem. Sam ją doręczę do domu, w którym pani pracowała”. Zgodziłam się, oczywiście, i po godzinie jechałam pociągiem, tak oszołomiona, że nie wiedziałam, czy stoję, czy siedzę. Zanim dotarłam do Carlisle, byłam już na pół przekonana, że padłam ofiarą tych nabieraczy, o których się ciągle czyta. Poszłam jednak pod adres, który ten dżentelmen mi dał i rzeczywiście byli tam adwokaci, wszystko w porządku. Ładny domek i trzysta funtów rocznie. Ci prawnicy niewiele wiedzieli, dostali po prostu list z Londynu instruujący, że mają przekazać mi dom i 150 funtów za pierwsze półrocze. Pan Crotchet przesłał moje rzeczy, ale nie było ani słowa od pani. Przypuszczałam, że jest zła i zazdrosna o mój kawałek szczęścia. Zatrzymała również mój kufer, a ubrania zapakowała w paczki owinięte papierami. No, ale skoro nie dostała mojego listu, mogła myśleć o mnie nie najlepiej.

Poirot wysłuchał uważnie tej długiej historii. Kiwnął głową jakby na znak pełnego zadowolenia.

- Dziękuję, panno Dunn. Było małe, jak pani to powiedziała, zamieszanie. Proszę pozwolić mi zrekompensować pani trud - wręczył jej kopertę. - Wraca pani natychmiast do Cumberland? Jedno słówko na ucho: Proszę nie zapominać sztuki gotowania. Zawsze użytecznie jest mieć coś, do czego można wrócić, gdy sprawy potoczą się źle.

- Naiwna - mruknął, gdy nasz gość wyszedł - ale pewnie nie bardziej niż większość ludzi z jej klasy. - Nagle spoważniał: Idziemy, Hastings, nie ma czasu do stracenia. Złap taksówkę, a ja tymczasem napiszę kartkę do Jappa.

Poirot czekał przed drzwiami, gdy wróciłem z taksówką.

- Dokąd jedziemy? - spytałem niecierpliwie.

- Najpierw, posłać tę kartkę przez specjalnego gońca. Zrobiwszy to Poirot wrócił do taksówki i podał kierowcy adres:

- Clapham, Prince Albert Road osiemdziesiąt osiem.

- A więc tam jedziemy?

- Mais oui. Chociaż szczerze mówiąc obawiam się, że będziemy za późno. Nasz ptaszek wyfrunie, Hastings.

- Kto to jest, nasz ptaszek?

Poirot uśmiechnął się.

- Niepozorny pan Simpson.

- Co? - wykrzyknąłem.

- Och, Hastings, nie mów, że teraz jeszcze nie wszystko jest dla ciebie jasne!

- Kucharkę usunięto, to rozumiem - odpowiedziałem nieco urażony. - Ale dlaczego? Dlaczego Simpsonowi zależało na usunięciu jej z domu? Czy coś o nim wiedziała?

- Zupełnie nic.

- No więc...

- Potrzebował czegoś, co miała.

- Pieniędzy? Spadku z Australii?

- Nie, mój przyjacielu, czegoś zupełnie innego. - Przerwał na moment, a potem powiedział z powagą: poobijanego, blaszanego kufra...

Spojrzałem na niego z boku. To stwierdzenie wydawało się tak nieprawdopodobne, że podejrzewałem go o kpiny, ale on był śmiertelnie poważny.

- Przecież mógł kupić kufer, jeśli potrzebował - krzyknąłem.

- On nie chciał mieć nowego. Potrzebował kufra z rodowodem. Kufra, który miał zagwarantowany szacunek.

- Słuchaj, Poirot - poczułem się urażony - tego już za wiele. Robisz ze mnie idiotę.

Popatrzył na mnie: - Brakuje ci rozumu i wyobraźni pana Simpsona, Hastings. Popatrz: w środę wieczorem Simpson wywabia z miasta kucharkę. Przygotowanie drukowanych wizytówek i listu to prosta sprawa. Chętnie płaci też 150 funtów i roczny czynsz za dom, żeby zagwarantować powodzenie swojego planu. Panna Dunn nie rozpoznaje go, daje się nabrać na brodę, cylinder i odrobinę kolonialnego akcentu. To wszystko, co zdarzyło się w środę, jeśli pominąć drobny fakt, że Simpson wziął sobie zbywalne papiery wartościowe za pięćdziesiąt tysięcy funtów.

- Simpson... ale to Davis...

- Uprzejmie pozwól mi kontynuować, Hastings! Simpson wiedział, że kradzież wyda się w czwartek po południu. Nie poszedł więc w tym dniu do banku, lecz czekał, aż Davis wyjdzie na lunch. Prawdopodobnie przyznał mu się do kradzieży i powiedział, że zwróci te papiery wartościowe jemu, do rąk. W każdym razie jakoś udało mu się ściągnąć Davisa do Clapham. Pokojówka miała w tym dniu wychodne, a pani Todd poszła na zakupy, w domu nie było więc nikogo. Tymczasem w banku wykryto kradzież oraz stwierdzono zniknięcie Davisa, wnioski narzucały się więc same. Złodziejem jest Davis! Pan Simpson będzie całkowicie bezpieczny i wróci nazajutrz do pracy jako uczciwy, szanowany , urzędnik.

- A Davis?

Poirot zrobił wymowny gest i powoli pokiwał głową.

- Aż trudno uwierzyć w takie morderstwo z zimną krwią, ale jakie może być inne wyjaśnienie, mon ami. Jedynym problemem dla mordercy mogło być pozbycie się ciała, ale Simpson z góry to obmyślił. Od razu uderzył mnie fakt, że chociaż Eliza Dunn oczywiście zamierzała wrócić wieczorem w dniu swojego wychodnego (świadczą o tym jej słowa o gotowanych brzoskwiniach), to jednak kufer był spakowany, gdy poń posłano. To Simpson zamówił Cartera Patersona na piątek i to Simpson obwiązał kufer w czwartek po południu. Jakie to mogło wzbudzić podejrzenia? Służąca odchodzi i posyła po swój kufer, opatrzony już w metryczkę z jej nazwiskiem i nazwą jakiejś łatwo dostępnej z Londynu stacji, na której ma być odebrany. W sobotę po południu Simpson, w swoim australijskim przebraniu odbiera go i wypisuje nową metryczkę z poleceniem dostarczenia na inną stację, gdzie ma “czekać na zgłoszenie się odbiorcy”. Kiedy kufer zacznie wzbudzać podejrzenia z oczywistych powodów, i zostanie urzędowo otwarty, można będzie stwierdzić jedynie, że brodaty mężczyzna, przybysz z kolonii, nadał przesyłkę na jednej ze stacji węzłowych w pobliżu Londynu. Nic, co mogłoby wiązać się z numerem 88 przy Prince Albert Road. Aha! Jesteśmy.

Przypuszczenia Poirota okazały się trafne. Simpson wyjechał przed paroma dniami. Ale konsekwencje popełnienia zbrodni miały go nie ominąć. Dzięki łączności radiowej został odnaleziony na pokładzie Olympii płynącej do Ameryki.

Blaszany kufer, zaadresowany na nazwisko Henry Wintergreen, przyciągnął uwagę urzędników kolejowych w Glasgow. Znaleziono w nim zwłoki nieszczęsnego Davisa.

Czek od pani Todd opiewający na jedną gwineę nigdy nie został wymieniony na gotówkę. Poirot oprawił go w ramki i powiesił na ścianie w naszym pokoju stołowym.

- To dla mnie małe przypomnienie, Hastings. Nigdy nie wolno lekceważyć rzeczy drobnych, pospolitych. Zaginiona kucharka na jednym końcu, a morderstwo z zimną krwią na drugim. Dla mnie jedna z najbardziej interesujących spraw.

 

Kornwalijska tajemnica

 

- Pani Pengelly - obwieściła nasza gospodyni i wycofała się dyskretnie.

Wielu osobliwych ludzi przychodziło do Poirota po poradę, ale kobieta, która stała w drzwiach nerwowo miętoląc w palcach pierzasty szal wydała mii się najosobliwsza ze wszystkich. Była nadzwyczajnie pospolita - koło pięćdziesiątki, chuda, przywiędła, ubrana w płaszcz z galonami i spódnicę, z jakąś złotą biżuterią na szyi i siwymi włosami pod szczególnie nietwarzowym kapeluszem. Na ulicach prowincjonalnych miasteczek mija się codziennie setki pań Pengelly.

Poirot wyszedł naprzeciw, by ją uprzejmie powitać, od razu zauważywszy ogromne zmieszanie klientki.

- Proszę usiąść madame, bardzo proszę. To mój kolega kapitan Hastings.

- Pan jest detektywem Poirot? - wyjąkała niepewnie, siadając.

- Do usług, madame.

Ale nasz gość wciąż nie mógł odzyskać języka. Wzdychała, wyłamywała sobie palce i robiła się coraz bardziej czerwona.

- Co mógłbym zrobić dla pani, madame?

- Więc, myślałam... to jest... widzi pan...

- Proszę mówić, błagam, niech pani mówi.

Pani Pengelley, zachęcona, wzięła się w garść.

- W tym rzecz, panie Poirot, że ja nie chcę mieć do czynienia z policją. Nie, z niczym nie pójdę na policję! Ale też mam wielki kłopot. Mimo wszystko, nie wiem, czy powinnam... - urwała raptownie.

- Ale ja nie mam nic wspólnego z policją. Moje dochodzenia są ściśle prywatne.

Pani Pengelley uchwyciła się ostatniego słowa.

- Prywatne, tego właśnie chcę. Nie chcę żadnego gadania, sensacji, pisaniny po gazetach. Takie obrzydliwe rzeczy wypisują, że rodzina już nigdy nie może stanąć z podniesioną głową. A jeszcze do tego ja nie jestem wcale pewna, tylko taka straszna myśl się pojawiła i nie mogę się od niej uwolnić. - Zrobiła pauzę dla zaczerpnięcia oddechu. - Może ja tylko paskudnie krzywdzę biednego Edwarda. Dla żony to potworna myśl. Ale czyta się o takich okropnych rzeczach w obecnych czasach.

- Pani pozwoli, mowa jest o mężu?

- Tak.

- I o co pani go podejrzewa?

- Ciężko mi nawet to powiedzieć, panie Poirot. Ale czyta się, że to się zdarza, takie rzeczy, a te biedne duszyczki niczego nie podejrzewają.

Już straciłem nadzieję, że dama kiedykolwiek przejdzie do rzeczy, ale cierpliwość Poirota była równa zapotrzebowaniu na nią.

- Proszę mówić bez obaw, madame. Proszę pomyśleć, jaka będzie radość, gdy zdołamy wykazać, że pani podejrzenia są nieuzasadnione.

- To prawda, wszystko jest lepsze niż ta dręcząca niepewność. Och, panie Poirot, strasznie się boję, że jestem truta.

- Dlaczego pani tak myśli?

Pani Pengelley pozbyła się tremy i wygłosiła oświadczenie odpowiedniejsze dla ucha lekarza niż detektywa.

- Bóle i nudności po jedzeniu, tak? - Poirot zamyślił się. - Ma pani swojego lekarza, madame? Co on mówi?

- Mówi, że to ostry nieżyt żołądka, panie Poirot. Widzę jednak, że nie jest pewien, ciągle zmienia recepty i nic się nie poprawia.

- Mówiła mu pani o swoich... obawach?

- Nie, absolutnie nie, panie Poirot. Mogłoby się rozejść po mieście. A może to jest ten nieżyt. Ale w każdym razie, kiedy tylko Edward wyjeżdża na weekend, znowu czuję się dobrze. Nawet moja siostrzenica Freda to zauważyła, panie Poirot. No i jeszcze ta butelka ze środkiem chwastobójczym. Ogrodnik mówi, że nigdy go nie używał, a butelka jest do połowy pusta.

Patrzyła błagalnie na Poirota, który uśmiechnął się uspokajająco. Sięgnął po notes i ołówek.

- Zróbmy to metodycznie, madame. Więc, pani mieszka z mężem, gdzie?

- W Polgarwith, małym miasteczku targowym w Kornwalii.

- Od jak dawna?

- Od czternastu lat.

- Gospodarstwo domowe składa się z pani i z męża. Dzieci?

- Nie mamy.

- A siostrzenica? Zdaje się, że pani o niej wspomniała.

- Tak, Freda Stanton, dziecko jedynej siostry mojego męża. Mieszkała z nami przez ostatnie osiem lat, to znaczy jeszcze tydzień temu.

- A co się stało tydzień temu?

- Nie układało się dobrze od jakiegoś czasu, nie i wiem, co wstąpiło we Fredę. Była taka niegrzeczna, impertynencka, ponosił ją temperament, to aż szokowało i w końcu któregoś dnia wybuchła, wyniosła się z domu i mieszka w wynajętych pokojach gdzieś w mieście. Nie widziałam jej od tej pory. Lepiej ją zostawić, aż odzyska rozum, tak mówi pan Radnor.

- Kto to jest pan Radnor?

Odrobina początkowego zmieszania pani Pengelley powróciła.

- Och, on jest... on jest po prostu przyjacielem. Bardzo miły, młody człowiek.

- Czy jest coś pomiędzy nim i pani siostrzenicą?

- Zupełnie nic - powiedziała pani Pengelley z naciskiem.

Poirot zmienił temat.

- Państwu, przypuszczam, materialnie powodzi się dobrze?

- Tak, bardzo dobrze.

- A pieniądze są pani czy męża?

- Och, wszystko należy do Edwarda. Ja nie mam nic.

- Widzi pani, podchodząc do sprawy rzeczowo, musimy być brutalni, madame. Musimy szukać motywu. Mąż nie trułby pani po prostu dla zabicia czasu, pour passer le temps! Czy zna pani jakiś powód, dla którego chciałby się pani pozbyć?

- Jest takie żółtowłose ladaco, które u niego pracuje - powiedziała pani Pengelley z nagłą złością. - Mój mąż jest dentystą, panie Poirot i rzeczywiście potrzebuje bystrej dziewczyny z, jak mówi, krótko przystrzyżonymi włosami i w białym fartuchu, do ustalania terminów z pacjentami i mieszania masy do wypełnień. Doszło do moich uszu, że coś tam się działo, chociaż on oczywiście przysięga, iż zawsze był w porządku.

- Kto zamawiał środek chwastobójczy?

- Mąż. Jakiś rok temu.

- A czy siostrzenica pani męża, ma jakieś własne pieniądze?

- Koło pięćdziesięciu funtów rocznie, tak mi się zdaje. Chętnie wróciłaby prowadzić dom Edwardowi, gdybym ja odeszła.

- Myślała więc pani o odejściu od niego?

- Nie zamierzam pozwolić, żeby wszystko było tak, jak on chce. Kobiety nie są już poniewieranymi niewolnicami jak w dawnych czasach, panie Poirot.

- Gratuluję niezależnego ducha, madame, ale trzymajmy się rzeczy. Wraca pani dziś do Polgarwith?

- Tak, przyjechałam tu z wycieczką. Pociąg odchodził o szóstej rano, a powrotny mam o piątej po południu.

- Bien! Nie mam w tej chwili nic wielkiego na głowie. Mogę poświęcić się pani drobnej sprawie. Jutro będę w Polgarwith. Czy możemy przedstawić Hastingsa jako pani dalekiego krewnego, syna kuzyna? A ja będę i jego ekscentrycznym przyjacielem z zagranicy. Tymczasem proszę jeść tylko to, co sama pani sobie przygotuje, bądź to, co jest przyrządzane na pani oczach. Ma pani zaufaną służącą?

- Jessie to bardzo dobra dziewczyna, jestem pewna.

- A więc do jutra, madame i proszę być dobrej myśli.

 

Poirot z ukłonami wyprowadził damę i powrócił zamyślony na fotel. Jego skupienie nie było jednak tak wielkie, by nie zauważył dwóch pasemek z pierzastego szala, które wyskubały nerwowe palce damy. Podniósł je starannie i wrzucił do kosza na śmieci.

- Co sądzisz o tym przypadku, Hastings?

- Paskudna sprawa, powiedziałbym.

- Tak, jeżeli to prawda, co podejrzewa ta pani. Ale czy to prawda? Biada każdemu mężowi, który kupuje butelkę środka chwastobójczego w obecnych czasach. Kiedy żona cierpi na nieżyt żołądka i ma histeryczne skłonności, musi się to skończyć aferą.

- Myślisz, że ten wypadek tylko na tym polega?

- Ach, voila, nie wiem, Hastings. Ale sprawa interesuje mnie, interesuje mnie ogromnie. Bo, widzisz, nie ma tu nowych elementów. Stąd ta teoria histerii, a pani Pengelley nie wygląda mi na histeryczkę. Tak, jeśli się nie mylę, mamy tu bardzo gorzki ludzki dramat. Powiedz mi, Hastings, jak określiłbyś uczucia pani Pengelley do męża?

- Lojalność zmagająca się ze strachem.

- Zazwyczaj kobieta oskarży wszystkich na świecie, ale nie własnego męża. Będzie uparcie w niego wierzyć.

- “Ta druga” komplikuje sytuację.

- Tak, pod wpływem zazdrości miłość może się zamienić w nienawiść. Ale nienawiść zaprowadziłaby ją na policję, a nie do mnie. Chciałaby krzyku, skandalu. Nie, nie, posłużmy się szarymi komórkami. Dlaczego przyszła do mnie? Żebym potwierdził, że myli się w podejrzeniach? Czy przeciwnie, że są trafne. Ach, mamy tu coś, czego nie rozumiem, nieznany czynnik. Czy pani Pengelley jest znakomitą aktorką? Nie, ona nie grała, przysiągłbym, że była autentyczna i dlatego jestem zainteresowany. Sprawdź, proszę cię, pociągi do Polgarwith.

 

Najlepszy pociąg odjeżdżał o pierwszej pięćdziesiąt z dworca Paddington i docierał do Polgarwith tuż po siódmej. Podróż przebiegła spokojnie i musiałem przerwać miłą drzemkę, by wylądować na peronie smętnej stacyjki. Bagaże zostawiliśmy w hotelu “Duchy” i po lekkim posiłku Poirot zaproponował poobiednią wizytę u mojej, tak zwanej, krewnej.

Dom Pengelleyów, nieco cofnięty od drogi, stal w staroświeckim, wiejskim ogrodzie. Wieczorna bryza niosła miły zapach konwalii i rezedy. Nie chciało się myśleć o przestępstwach wobec tych czarów Starego Świata. Poirot zadzwonił i zastukał. Ponieważ nie było odpowiedzi, zadzwonił jeszcze raz. Po krótkiej chwili drzwi otworzyła rozczochrana służąca. Miała czerwone oczy i gwałtownie pociągała nosem.

- Chcemy zobaczyć się z panią Pengelley - wyjaśnił Poirot. - Możemy wejść?

Pokojówka wyglądała na zdumioną. Następnie odpowiedziała bez ogródek:

- Więc nie słyszeliście? Ona nie żyje. Zmarła pół godziny temu.

Gapiliśmy się na nią osłupiali.

- Na co zmarła? - spytałem w końcu.

- Miała na co. - Obejrzała się szybko przez ramię - Gdyby nie to, że ktoś powinien być z panią w domu spakowałabym kufer i poszła stąd jeszcze dziś wieczorem. Ale nie zostawię jej samej, nie wypada, żeby nikogo nie było przy zmarłej. To nie moja rzecz o tym mówić i nie zamierzam nic powiedzieć, ale wszyscy wiedzą. Całe miasto. I gdyby pan Radnor nie napisał do ministra spraw wewnętrznych, to by ktoś inny to zrobił. Doktor może mówić, co chce. Nie widziałam na własne oczy, jak pan zdejmował z półki ten odchwaszczacz dziś wieczór? Aż podskoczył, kiedy zobaczył, że go widzę, nie było tak? A kleik pani był na stole, wszystko gotowe, żeby jej podetknąć? Ani okruszyny jedzenia nie wezmę już w tym domu do ust! Nawet gdybym miała z głodu umrzeć.

- Gdzie mieszka lekarz, który leczył panią?

- Doktor Adams. Za rogiem przy High Street. Drugi dom.

Poirot odwrócił się gwałtownie. Był bardzo blady.

- Jak na kogoś, kto miał nic nie mówić, dziewczyna powiedziała sporo - stwierdziłem z przekąsem. Poirot zacisnął mocno splecione dłonie.

- Imbecyl, imbecyl kryminalista, oto kim się okazałem, Hastings. Przechwalałem się moimi szarymi komórkami, a teraz dopuściłem do śmierci osoby, która przyszła do mnie po ratunek. Nigdy nie spodziewałbym się, że coś może zdarzyć się tak szybko. Niech mi dobry Bóg wybaczy, ale nie wierzyłem, że w ogóle cokolwiek się zdarzy. Jej opowieść wydawała mi się nierealna... Jesteśmy u doktora. Zobaczymy, co nam powie.

 

Doktor Adams był typowym, rumianolicym, dobrotliwym, powieściowym lekarzem prowincjonalnym. Przyjął nas dość uprzejmie, ale na wzmiankę o prowadzonym dochodzeniu spurpurowiał.

- Zupełne bzdury! Wszystko bzdury, co do słowa! Czyż nie zajmowałem się tym przypadkiem? Nieżyt żołądka, czysty i prosty nieżyt. To miasto jest wylęgarnią plotek. Zebrała się kupa spragnionych skandalu starych bab i wymyślają Bóg wie co. Rozczytują się w tych brukowych szmatławcach i marzą, żeby również w ich miasteczku ktoś wreszcie został otruty. Widzą butelkę ze środkiem owadobójczym i już ochotnie puszczają wodze wyobraźni. Znam Edwarda Pengelley, on nie otrułby psa swojej babci. A dlaczego miałby otruć żonę? Powie mi pan?

- Jest jedna rzecz, mousieur le docteur, o której, być może pan nie wie.

Bardzo krótko Poirot opowiedział o wizycie pani Pengelley. Nikogo nie mogło to bardziej zdziwić niż doktora Adamsa. Wytrzeszczał oczy w wielkim zdumieniu.

- Niech Bóg ma w opiece moją duszę! - zawołał. - Biedna kobieta musiała być szalona. Dlaczego nie porozmawiała ze mną? To była rzecz, którą powinna była zrobić.

- Żeby jej obawy zostały wyśmiane?

- Wcale nie, wcale nie. Mam nadzieję, że posiadam otwartą głowę.

Poirot popatrzył na niego i uśmiechnął się. Lekarz był najwyraźniej dużo bardziej wstrząśnięty, niż chciał to przyznać. Kiedy wyszliśmy z tego domu, Poirot wybuchnął śmiechem.

- Uparty jak osioł. Powiedział, że to nieżyt, więc to jest nieżyt! No, ale ma teraz ciężkie sumienie.

- Jaki będzie nasz następny krok?

- Powrót do gospody i horror nocy spędzanej w łóżku prowincjonalnego angielskiego hotelu, mon ami. To rzecz godna politowania, łóżko w tanim angielskim hotelu!

- A jutro?

- Rien a faire. Musimy wrócić do miasta i czekać na rozwój wypadków.

- Tylko tyle? - byłem rozczarowany. - A jeśli nic się nie zdarzy?

- Zdarzy się! Obiecuję ci. Nasz stary doktor może wystawiać tyle świadectw, ile chce, ale nie może powstrzymać kilkuset języków. A te języki będą używane ze skutkiem, mogę cię zapewnić!

Nasz pociąg do miasta odjeżdżał o jedenastej następnego ranka. Zanim ruszyliśmy na stację, Poirot wyraził chęć spotkania się z panną Fredą Stanton, siostrzenicą męża zmarłej. Bez trudu znaleźliśmy dom, gdzie była lokatorką. Zastaliśmy z nią młodego, wysokiego, czarnowłosego mężczyznę, którego, nieco zmieszana, przedstawiła jako Jacoba Radnora.

Panna Freda Stanton, wyjątkowo ładna dziewczyna w dawnym kornwalijskim typie urody: ciemne włosy i oczy oraz różowe policzki. W tych ciemnych oczach pojawiały się błyski świadczące o temperamencie, którego erupcję spowodować nie byłoby rozsądnie.

- Biedna ciocia - powiedziała, gdy Poirot przedstawił się i wyjaśnił powód wizyty. - To strasznie smutne. Całe życie żałowałam, że nie byłam lepsza i cierpliwsza.

- Wiele zniosłaś, Freda - przerwał jej Radnor.

- Tak, Jacob, ale łatwo wpadałam w złość, wiem. W końcu ze strony cioci to była tylko głupota. Powinnam była śmiać się z tego i nie zwracać uwagi. Oczywiście to był zupełny nonsens, te podejrzenia, że wuj ją truł. Gorzej się czuła po każdym jedzeniu, które on jej podawał, ale jestem pewna, że skutecznie to sobie wmawiała. Zakładała, że poczuje się gorzej i czuła się źle.

- Jaka była prawdziwa przyczyna waszego konfliktu, mademoiselle?

Panna Stanton zawahała się i spojrzała na Radnora. Młody dżentelmen szybko odczytał sugestię.

- Muszę iść, Freda. Do zobaczenia wieczorem. Do widzenia, panowie, zdaje się, są w drodze na stację?

Poirot odpowiedział, że rzeczywiście zmierzamy na dworzec i Radnor oddalił się.

- Jesteście zaręczeni, prawda? - spytał Poirot z chytrym uśmieszkiem.

Freda Stanton zarumieniwszy się odpowiedziała twierdząco. - I to był rzeczywisty powód całego problemu z ciocią - dodała.

- Nie zaaprobowała pani wyboru?

- Och, niezupełnie. Ale widzi pan, ona... - przerwała.

- Tak? - zachęcał delikatnie Poirot.

- Wydaje się straszną rzeczą powiedzieć to o niej teraz, kiedy nie żyje. Ale, jeżeli nie powiem, to pan nie zrozumie. Ciocia kochała się bez pamięci w Jacobie.

- Naprawdę?

- Tak, czy to nie absurd? Była po pięćdziesiątce, a on nie miał nawet trzydziestki! Ale tak było. Zupełnie zwariowała na jego punkcie! W końcu musiałam jej powiedzieć, że chodzi mu o mnie. Przyjęła to strasznie. Nie wierzyła w ani jedno słowo. Była okropnie nieprzyjemna, obrażała mnie, nic więc dziwnego, że w końcu się wściekłam. Rozmawiałam o tym z Jacobem: doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli wyniosę się na jakiś czas, aż ona odzyska rozum. Biedna ciocia, myślę, że zupełnie zbzikowała.

- Z pewnością tak to wygląda. Dziękuję, mademoiselle, za wyjaśnienie mi tych wszystkich rzeczy.

 

Nie zdziwiłem się specjalnie, gdy okazało się, że Radnor czeka na nas na ulicy.

- Bardzo łatwo mi odgadnąć, co powiedziała Freda - zaczął. - Fatalna rzecz się zdarzyła, do tego stawiając mnie w bardzo niezręcznej sytuacji, jak mogą sobie panowie wyobrazić. Nie muszę mówić, że nie było w tym mojego udziału. Najpierw było mi miło, bo wydawało się, że starsza pani chce pomóc naszemu związkowi z Fredą. Wszystko to jest kompletnym absurdem, ogromnie nieprzyjemnym.

- Kiedy pobieracie się z panną Stanton?

- Wkrótce, mam nadzieję. Panie Poirot, chcę być z panem szczery. Wiem trochę więcej niż Freda. Ona sądzi, że jej wuj jest niewinny. Nie jestem taki pewien. Ale powiem panu jedno: będę miał zamknięte usta, nie powiem, co wiem. Niech śpią psy gończe. Nie chcę, żeby wuj mojej żony miał proces i został powieszony za morderstwo.

- Dlaczego pan mówi mi to wszystko?

- Bo słyszałem o panu, wiem, że jest pan bystrym człowiekiem i całkiem możliwe, że podjąłby pan przeciw niemu działania zmierzające do wytoczenia sprawy. Ale niech pan powie, co dobrego by z tego wynikło? Biednej kobiecie już się nie pomoże, a była ona ostatnią osobą, która życzyłaby sobie skandalu; na samą myśl o czymś takim przewraca się w grobie.

- Być może ma pan rację. Chciałby pan, żebym to wyciszył, tak?

- Takie jest moje zdanie. Przyznaję uczciwie, że to samolubne podejście. Muszę się urządzić, organizuję mały biznes jako krawiec i dostawca konfekcji.

- Większość z nas jest samolubna, panie Radnor. Nie wszyscy sami to przyznają. Zrobię, o co pan prosi, ule powiem szczerze, że nie uda się panu wyciszyć tej sprawy.

- Dlaczego nie?

Poirot podniósł rękę. Był to dzień targowy i przechodziliśmy akurat obok gwarnego placu handlowego.

- Nie uda się, bo głos ludzi na to nie pozwoli, oto dlaczego, panie Radnor. Ach, musimy się pośpieszyć, bo nie zdążymy na pociąg.

- Bardzo interesujące, prawda Hastings? - powiedział Poirot, gdy pociąg w kłębach pary wyjeżdżał ze stacji.

Wyjął z kieszeni grzebyk oraz miniaturowe lusterko i przystąpił do odtwarzania symetrii wąsów, która została zaburzona podczas biegu na stację.

- Zdajesz się przyjmować ten układ - odpowiedziałem. - Według mnie to wszystko jest wstrętne. Przecież nie ma tu prawie żadnej tajemnicy.

- Zgadzam się z tobą, nie ma żadnej tajemnicy.

- Myślę, że nie powinniśmy uwierzyć w raczej niezwykłą opowieść o zadurzeniu się jej ciotki. To byt dla mnie jedyny podejrzany element. To taka miła, porządna kobieta.

- Nie ma w tym nic niezwykłego, to jest całkowicie zwyczajne. Czytając uważnie gazety często spotykasz taką sytuację. Miła, przyzwoita kobieta w tym wieku opuszcza męża, z którym żyła przez lat dwadzieścia, a czasem i dzieci, żeby związać się ze znacznie młodszym mężczyzną. Uwielbiasz les femmes, Hastings, padasz plackiem przed wszystkimi ładnymi, uśmiechniętymi do ciebie (co dobrze świadczy o ich guście) kobietami, ale w aspekcie psychologicznym nic o nich nie wiesz. W jesieni życia przychodzi zawsze moment szaleństwa, kiedy kobieta pragnie romansu, przygody - zanim będzie za późno. Z pewnością może to spaść na żonę szanowanego dentysty w prowincjonalnym miasteczku!

- I myślisz...

- Że sprytny facet mógł wykorzystać ten moment.

- Nie nazwałbym Pengelleya sprytnym facetem - powiedziałem z namysłem. - Całe miasto wzięło go na języki. Ale myślę, że masz rację. Radnor i lekarz, którzy jako jedyni coś wiedzą, chcą zatuszowania sprawy. Pengelley jakoś sobie radzi w tej sytuacji. Chciałbym, żebyśmy go zobaczyli.

- Możesz spełnić swoje pragnienie. Wróć pierwszym pociągiem i nazmyślaj coś o bolącym zębie trzonowym.

Popatrzyłem uważnie na Poirota.

- Byłbym rad wiedzieć, co dla ciebie jest najbardziej interesujące w tej sprawie.

- W swoim spostrzeżeniu po rozmowie z pokojówką bardzo trafnie określiłeś to, co interesujące. Zauważyłeś, że jak na osobę, która miała nie powiedzieć nic, powiedziała bardzo dużo.

- Och! - nie byłem o tym przekonany i z uporem wróciłem do osoby dentysty:

- Ciekaw jestem, dlaczego nie próbowałeś zobaczyć się z Pengelleyem?

- Mon ami, daję mu trzy miesiące. Potem będę go widywał, ile zechcę - na ławie oskarżonych.

 

Chociaż raz, myślałem, przewidywania Poirota się nie sprawdzą. Czas płynął, a w naszej kornwalijskiej sprawie nic się nie działo. Zajmowały nas inne rzeczy i już prawie zapomniałem o tragedii w Polgarwith, gdy nagle odświeżyła mi wszystko krótka notka w gazecie o ekshumacji zwłok pani Pengelley na polecenie ministra spraw wewnętrznych.

Parę dni później “kornwalijska tajemnica” była tematem wszystkich gazet. Wyglądało na to, że plotka nigdy całkowicie nie umarła i, gdy ogłoszono zaręczyny wdowca z panną Marks, jego asystentką, podniosła się wrzawa większa niż kiedykolwiek. W końcu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych trafiła petycja, zwłoki ekshumowano, odkryto wielką dawkę arszeniku, pan Pengelley został aresztowany i oskarżony o zamordowanie żony.

Poirot i ja uczestniczyliśmy w postępowaniu wstępnym. Dowodów było więcej niż się spodziewano. Doktor Adams przyznał, że symptomy zatrucia arszenikiem mogą być bardzo podobne do objawów nieżytu żołądka. Ekspert Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przedstawił swoje orzeczenie, pokojówka Jessie trysnęła fontanną informacji, które, choć w większości odrzucone, wzmocniły jednak z pewnością siłę oskarżenia. Freda Stanton zeznała, że jej ciotka zawsze czuła się gorzej, gdy zjadła coś, co przygotował wuj. Jacob Radnor opowiedział, jak wpadł nieoczekiwanie w dniu śmierci pani Pengelley i zastał pana domu odstawiającego na półkę butelkę ze środkiem chwastobójczym - a na stole obok znajdował się talerz z kleikiem dla żony. Poproszono z kolei pannę Marks, jasnowłosą asystentkę. Płacząc histerycznie wyznała, że łączyły ją intymne stosunki z pracodawcą i ż obiecywał on jej małżeństwo w wypadku, gdyby co przytrafiło się żonie. Pengelley oświadczył, że będzie się bronił sam i wytoczono mu proces.

 

Jacob Radnor szedł z nami w kierunku hotelu.

- Widzi pan, panie Radnor - powiedział Poirot - miałem rację. Głos ludzi dał się słyszeć, był to głos wyraźny. Ta sprawa nie została wyciszona.

- Miał pan całkowitą rację - westchnął Radnor - Widzi pan jakąś szansę, żeby on z tego wyszedł?

- No, oświadczył, że będzie bronił się sam. Może ma coś w rękawie, jak to mówi się u was w Anglii. Wejdzie pan do nas?

Radnor przyjął zaproszenie. Zamówiłem dwie whisky i filiżankę czekolady. Ta ostatnia pozycja wzbudziła konsternację i zacząłem wątpić, czy kiedykolwiek dostanę ten napój.

- Oczywiście - ciągnął Poirot - mam spore doświadczenie w sprawach tego rodzaju. Widzę tylko jedną dróg ratunku dla naszego przyjaciela.

- Jaką?

- Pański podpis na tym dokumencie. Błyskawicznie, jak kuglarz, Poirot wyczarował zapisany arkusz papieru.

- Co to jest?



dalej


strona główna / początek książki
(23kB)