(23kB)
strona główna

 

AGATA CHRISTIE

 

 

TAJEMNICA WAWRZYNÓW

 

(Tłumacz: AGNIESZKA BIHL)

 

 

Cztery bramy ma miasto Damaszek...

Furtkę Przeznaczenia, Wrota Opuszczenia, Grotę

Klęski i Przyczółek Strachu...

Nie przechodź nimi, Karawano, nie przechodź

ze śpiewem.

Czy słyszałaś

Tę cisze, gdy ptaki umilkły, a jednak coś

kwili jak ptak?

 

James Elroy Flecker, Bramy Damaszku

 

 

 

 

 

KSIĘGA I

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Dotyczący głównie książek

 

- Książki! - rzuciła Tuppence.

Powiedziała to jakby z gniewem.

- Co mówisz? - spytał Tommy.

Tuppence spojrzała na niego.

- Powiedziałam “książki" - powtórzyła.

- Doskonale cię rozumiem - stwierdził Tommy.

Przed Tuppence stały trzy olbrzymie pudła. Wyjęto z nich mnóstwo książek, ale jeszcze więcej znajdowało się w środku.

- Aż trudno uwierzyć - powiedziała Tuppence.

- Chodzi ci o to, ile miejsca zajmują?

- Właśnie.

- Chcesz postawić wszystkie na półkach?

- Nie wiem, czego chcę - wyznała Tuppence. - W tym całe nieszczęście. Nikt nie wie dokładnie, co właściwie chce zrobić. Och, mój Boże - westchnęła.

- To zupełnie do ciebie niepodobne - stwierdził jej mąż. - Kłopot z tobą zawsze polegał na tym, że aż za dobrze wiedziałaś, czego chcesz.

- Chodzi mi o to, że zaczynamy się starzeć i, spójrzmy prawdzie w oczy, dopada nas reumatyzm, zwłaszcza gdy trzeba się pozginać - sam wiesz, żeby ustawić coś na półce albo z niej ściągnąć, albo klęknąć i zajrzeć na dolną. Potem trochę trudno się wyprostować.

- Tak, tak - przyznał Tommy. - Przedstawiłaś nasze główne dolegliwości. O nich chciałaś porozmawiać?

- Nie. Chciałam powiedzieć, że cieszę się, że było nas stać na nowy dom, że znaleźliśmy właśnie takie miejsce, w jakim chcieliśmy zamieszkać i posiadłość, o jakiej zawsze marzyliśmy - po wprowadzeniu kilku zmian, oczywiście.

- Jak rozwalenie ścian co najmniej dwóch pokoi - uzupełnił Tommy - i dobudowanie tego, co sama nazywasz werandą, a twój budowniczy loggią. Dla mnie to ganek.

- Będzie bardzo ładny - stwierdziła z uporem Tuppence.

- Chciałaś powiedzieć, że nie poznam go, kiedy skończysz?

- Wcale nie. Kiedy go zobaczysz, będziesz zachwycony i powiesz, że masz mądrą i uzdolnioną plastycznie żonę.

- Dobrze. Zapamiętam, co powinienem powiedzieć.

- Nie musisz. Nie będziesz mógł się powstrzymać.

- A co to ma wspólnego z książkami? - spytał Tommy.

- Przywieźliśmy dwa lub trzy pudła. Sprzedaliśmy wszystkie, na których nam nie zależało. Wzięliśmy tylko te, z którymi naprawdę nie mogliśmy się rozstać. No i oczywiście ci ludzie... nie pamiętam ich nazwiska... ci, którzy sprzedali nam ten dom - nic chcieli zabierać ze sobą wszystkiego i powiedzieli, że jeśli im dopłacimy, zostawią parę mebli i książek, a my obejrzeliśmy je...

- I część kupiliśmy - dokończył Tommy.

- Właśnie. Nie tyle, ile chcieli. Część mebli była okropna. Na szczęście nie musieliśmy ich kupować. Ale kiedy zobaczyłam książki, zwłaszcza te dla dzieci w salonie na parterze - znalazłam wśród nich takie, które niegdyś uwielbiałam. Nadal je uwielbiam. Niektóre szczególnie. I pomyślałam, jaka to frajda znów je mieć. Na przykład tę o Androklesie i Lwie. Czytałam ją, kiedy , miałam osiem lat. Napisał ją Andrew Lang.

- Czyżbyś była tak mądra, by czytać w wieku ośmiu lat?

- Tak - potwierdziła Tuppence. - Umiałam czytać, odkąd skończyłam pięć. W tamtych czasach każdy to potrafił. Chyba nikt nawet nie musiał się uczyć. To znaczy, ktoś z dorosłych czytał jakąś historię na głos, a tobie podobała się tak bardzo, że zapamiętywałeś, gdzie odłożono książkę, by potem wyjąć ją i obejrzeć. Wkrótce odkrywałeś, że sam umiesz czytać, nie kłopocząc się o ortografię i podobne szczegóły. Później nie byłam już tak mądra, bo nigdy nie nauczyłam się poprawnie pisać. Ale gdyby ktoś wytłumaczył mi zasady pisowni, kiedy miałam cztery lata, byłabym świetna. Ojciec nauczył mnie dodawać, odejmować, no i oczywiście, mnożyć. Twierdził, że tabliczka mnożenia to najbardziej pożyteczna umiejętność w życiu. Nauczył mnie też dzielenia.

- Musiał być mądrym człowiekiem.

- Chyba nie był wyjątkowo mądry. Ale za to bardzo, bardzo sympatyczny.

- Czy nie odbiegamy od tematu?

- No tak - przyznała Tuppence. - Więc jak mówiłam, kiedy pomyślałam, że mogłabym znów czytać o Androklesie i Lwie - to jedna z opowieści o zwierzętach autorstwa Andrew Langa... Uwielbiałam je. I jeszcze opowiadanie Dzień z mojego życia w Eton napisane przez ucznia tej szkoły. Nie wiem, czemu chciałam je przeczytać, ale chciałam. To była jedna z moich ulubionych książek. Znalazłam też trochę klasyki i powieści pani Molesworth: Zegar z kukułką, Farmę Czterech Wiatrów...

- No dobrze - przerwał Tommy. - Nie musisz zdawać mi pełnego sprawozdania z literackich triumfów swojego dzieciństwa.

- Chodzi mi o to, że teraz już nie można tych książek kupić. Czasem wychodzą wznowienia, ale zazwyczaj z uwspółcześnionym tekstem i nowymi obrazkami. Parę dni temu znalazłam Alicję w Krainie Czarów i nie mogłam jej rozpoznać. Wyglądała dziwacznie. Niektóre książki chciałabym zatrzymać na zawsze. Na przykład powieści pani Molesworth i kilka starych baśni:

Różową, Błękitna i Żółtą Księgę, no i całe mnóstwo tych, które polubiłam później. Stameya Weymana i tak dalej. Tu zostało ich całkiem sporo.

- No tak - rzucił Tommy. - Dałaś się skusić. Czułaś, że zakup się opłaci.

- Właśnie - powiedziała Tuppence. - Ale co miałeś na myśli, mówiąc “zachód"?

- Powiedziałem “zakup".

- Ach. Myślałam, że się nudzisz i wolisz obejrzeć zachód słońca.

- Ależ skąd - zaprzeczył Tommy. - Bardzo mnie, interesuje to, co mówisz. I powiedziałem “zakup".

- Kupiłam je bardzo tanio. I są teraz tu, razem z naszymi własnymi książkami. Tylko że mamy ich tyle, że chyba nie zmieszczą się na pólkach, które zrobiliśmy. A twój pokój? Może zostało tam trochę miejsca?

- Nie - powiedział Tommy. - Nie zmieszczę tam nawet własnych książek.

- Och, mój Boże. Zawsze tak z nami jest. Jak sądzisz, może dobudujemy jeszcze jeden pokój?

- Nie. Musimy oszczędzać. Ustaliliśmy to przedwczoraj. Pamiętasz?

- To było przedwczoraj - zauważyła Tuppence. - Czas wszystko zmienia. Teraz zamierzam wstawić na półki te książki, z którymi naprawdę nie mogę się rozstać. A potem... potem przejrzymy pozostałe i... może jest gdzieś jakiś szpital dziecięcy lub instytucja, która potrzebuje książek?

- Możemy je sprzedać - zaproponował Tommy.

- Takich książek nikt chyba nie chciałby kupić. Nie mamy tu żadnych białych kruków.

- A może się nam poszczęści - rzucił Tommy.

- Miejmy nadzieję, że znajdziemy nigdy nie wznawiany egzemplarz, który okaże się spełnieniem marzeń każdego miłośnika książki.

- Tymczasem musimy poustawiać książki na półkach - powiedziała Tuppence - i, oczywiście, sprawdzić, czy pamiętam wszystkie i czy chcę je zatrzymać. Spróbuję je z grubsza posortować. Osobno książki przygodowe, osobno baśnie, książeczki dla dzieci i opowiadania o szkole, w których uczniowie są zawsze bardzo bogaci. Autorstwa L.T. Meade, jak sądzę. I osobno książki, które czytaliśmy Deborze, gdy była mała. Wszyscy kochaliśmy Kubusia Puchatka. Mieliśmy jeszcze Mafii szara kurę, ale nie przepadałam za nią za bardzo.

- Chyba się przemęczasz - stwierdził Tommy. - Powinnaś odpocząć.

- Za chwilę. Skończę tylko tę część pokoju, powstawiam tu książki...

- Pomogę ci - zaproponował Tommy. Podszedł do Tuppence, pchnął pudło tak, że zawartość wysypała się na zewnątrz, zebrał kilka książek w stos, podszedł do półki i wrzucił je na nią.

- Ułożę je według, wielkości, będzie wyglądać schludniej - powiedział.

- Och, nie na tym polega segregowanie - zaprotestowała Tuppence.

- Na razie wystarczy. Później zrobimy to dokładniej. Poukładamy je tak, że będzie naprawdę ładnie. Posegregujemy je któregoś deszczowego dnia, kiedy nie będziemy mieli nic innego do roboty.

- Problem w tym, że zawsze wymyślimy sobie coś innego do roboty.

- Tu zmieści się jeszcze siedem książek. Został mi tylko górny róg. Podaj mi to drewniane krzesło, dobrze? Jak myślisz, ma na tyle mocne nogi, żebym na nim stanął? Ułożyłbym książki na najwyższej półce.

Ostrożnie wspiął się na krzesło. Tuppence podała mu naręcze książek. Uważnie ustawił je na górnej półce. Katastrofa spotkała dopiero trzy ostatnie, które spadły na podłogę, trafiając po drodze Tuppence.

- To boli! - zawołała.

- Nic na to nie poradzę. Podałaś mi za dużo.

- Wygląda cudownie - oceniła Tuppence, cofając się o krok. - Jeśli postawisz te na przedostatniej półce, tam jest jeszcze miejsce, to będzie wszystko z pierwszego pudła. Świetnie. Te, za które zabrałam się rano, nie są nasze. Kupiłam je. Może znajdziemy w nich skarby.

- Może - zgodził się Tommy.

- Na pewno. Czuję, że coś w nich znajdę. Coś wartego mnóstwo pieniędzy.

- I co zrobimy? Sprzedamy znalezisko?

- Pewnie będziemy musieli - powiedziała Tuppence. - Choć, oczywiście, możemy je zatrzymać i pokazywać znajomym. Nie tyle po to, żeby się pochwalić, ale żeby powiedzieć: “Tak, mamy kilka interesujących nabytków". Na pewno coś takiego znajdziemy.

- Co? Starą, ukochaną książkę, o której zapomniałaś?

- Nie całkiem. Coś zaskakującego, zdumiewającego. Coś, co zmieni nasze życie.

- Och, Tuppence, ależ ty masz wyobraźnię - powiedział Tommy. - najprawdopodobniej znajdziemy coś kompletnie bezwartościowego.

- Bzdura - odparła Tuppence. - Trzeba mieć nadzieję. To wspaniała rzecz: nadzieja. Przecież wiesz. Ja zawsze spodziewam się tego, co najlepsze.

- Wiem - powiedział Tommy. Westchnął. - Często tego żałuję.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Czarna strzała

 

Pani Tomaszowa Beresford odłożyła Zegar z kukułką pióra pani Molesworth na trzecią półkę od dołu. Stały tam inne książki tej autorki. Wyjęła Pokój z gobelinem i spojrzała nań z namysłem. A może przeczyta Farmę Czterech Wiatrów? Nie pamiętała jej tak dobrze jak Zegara z kukułką czy Pokoju z gobelinem. Wyciągnęła rękę... Tommy wróci niedługo.

Praca posuwała się do przodu. Tak, z całą pewnością. Gdyby tylko Tuppence nie zatrzymywała się co trochę, by zdjąć z półki kolejnego starego ulubieńca i poczytać. Bardzo, miłe zajęcie, ale pochłaniało czas. A kiedy Tommy zapytał ją wieczorem, po powrocie do domu, jak idzie sprzątanie, odpowiedziała: “Och, bardzo dobrze". Musiała użyć sporo taktu i finezji, by powstrzymać go przed pójściem na górę i sprawdzeniem, ile książek naprawdę poukładała. Remont zajmował wiele czasu. Tak to już było z przeprowadzką do nowego domu - zawsze trwała dłużej, niż zakładano. A jeszcze ci wszyscy denerwujący fachowcy. Na przykład elektrycy: przychodzili najwyraźniej niezadowoleni z tego, co zrobili dzień wcześniej, rozkładali się na niemal całej podłodze i z radosnym wyrazem twarzy zastawiali coraz to nowe pułapki na nieostrożną panią domu, która szła nie patrząc pod nogi i w ostatniej chwili była ratowana przez nie dostrzeżonego przedtem elektryka, grzebiącego po omacku pod podłogą.

- Czasami naprawdę żałuję; że wyprowadziliśmy się Z Bartons Acre - stwierdziła wieczorem Tuppence.

- Przypomnij sobie pokój stołowy i strych. Przypomnij sobie, co stało się z garażem - odparł Tommy. - Wiesz, że prawie zawalił się na samochód.

- Mogliśmy załatać dach.

- Nie. Praktycznie musielibyśmy wybudować nowy garaż albo wyprowadzić się. Pewnego dnia ten dom będzie bardzo ładny. Jestem pewien. A w każdym razie jest tu miejsce na wszystko, czego byśmy chcieli.

- Kiedy mówisz ..”wszystko, czego byśmy chcieli” - odparła Tuppence - masz na myśli rzeczy, które chcemy gdzieś ustawić i zatrzymać na zawsze?

- Och, wiem, że mamy ich za dużo. Zgadzam się z tobą całym sercem - powiedział Tommy.

W owej chwili Tuppence zastanowiła się, czy kiedykolwiek będą w stanie zrobić z tym domem cokolwiek - to znaczy cokolwiek poza wprowadzeniem się. Brzmiało prosto, ale okazało się skomplikowane. Częściowo, oczywiście, przez książki.

- Gdybym była miłym, typowym dla dzisiejszych czasów dzieckiem - odezwała się Tuppence - nie nauczyłabym się czytać z taką łatwością. Dzisiejsze cztero-, pięcio- i sześciolatki nie potrafią czytać, zanim nie skończą dziesięciu czy jedenastu lat. Nie rozumiem, dlaczego to było takie proste dla nas. Wszyscy potrafiliśmy czytać. Ja i mój sąsiad Martin, Jennifer, która mieszkała przy tej samej ulicy, Cyril i Winifred. Wszyscy. Nie mówię, że znaliśmy zasady ortografii, ale mogliśmy przeczytać wszystko, na co przyszła nam ochota. Nie wiem, jak się tego nauczyliśmy. Pewnie pytając dorosłych. Z plakatów i reklam żółciopędnych pigułek Cartera. Czytaliśmy stojące przy torach ogłoszenia, kiedy pociąg dojeżdżał do Londynu. To było pasjonujące. Zawsze zastanawiałam się, co to za pigułki. Och, mój Boże, powinnam myśleć o tym, co robię.

Wyciągnęła kolejne książki. Minęły trzy kwadranse, kiedy pochłonęła ją najpierw Alicja po drugiej stronie lustra, w polem Nieznane historie Charlotty Yong. Przerzuciła opasły, podniszczony egzemplarz Łańcucha stokrotek.

- Muszę to znowu przeczytać - powiedziała na głos. Pomyśleć tylko, że minęły całe lata, odkąd to ostatni raz czytałam. Och, ależ to było ekscytujące: zastanawiać nie, czy Norman zostanie dopuszczony do konfirmacji. Do tego Ethel i... jak nazywał się ten dom? Coxwell? I kwiatowa Flora. Ciekawe, dlaczego wtedy każdy był światowy i dlaczego tak to krytykowano? A jacy my jesteśmy? Czy sądzisz, że jesteśmy światowi?

- Słucham panią?

- Och. nic takiego - powiedziała Tuppence, oglądając ile na swojego wiernego lokaja, który właśnie stanął w drzwiach.

- Myślałem, że mnie pani wzywała. Dzwoniła pani, prawda?

- Właściwie nie - odparła Tuppence. - Pociągnęłam za sznurek, kiedy wchodziłam na krzesło, żeby sięgnąć po książkę.

- Czy mogę w czymś pomóc?

- Bardzo bym chciała. Wciąż spadam z tych krzeseł. Jedne mają krzywe nogi, inne są śliskie.

- Szuka pani jakiejś szczególnej książki?

- Nie mogę poradzić sobie z trzecią półką. Trzecią od góry. Nie wiem, jakie książki na niej stoją.

Albert wszedł na krzesło i otrząsając książki z kurzu, jaki się na nich zebrał, podawał je kolejno na dół. Tuppence odbierała każdą z zachwytem.

- Och, niemożliwe! Zapomniałam już o nich. O, tutaj jest Amulet, a tu Psamayad. I jeszcze Nowi poszukiwacze skarbów. Uwielbiałam je. Nie, nie odkładaj ich jeszcze na półkę, Albercie. Najpierw musze je przeczytać. Może choć jedną lub dwie. A to co? Niech sprawdzę. Czerwona kokarda. A tak, to powieść historyczna. Pasjonująca. A obok Pod czerwona wstęga. I mnóstwo Stanleya Weymana. Cale tomy. Oczywiście, czytałam go, kiedy miałam dziesięć czy jedenaście lat. Nie powinnam się dziwić, jeśli natrafię na Więźnia na zamku Zenda. - Westchnęła z przyjemności na to wspomnienie. - Więzień na zamku Zenda. Wprowadzenie do powieści historycznej. Miłość księżniczki Flavii. Król Rurytanii. Rudolph Rassendyll, tak się jakoś nazywał śniłam o nim po nocach.

Albert wręczył jej kolejne książki.

- Tak - mówiła Tuppence. - Tak jest o wiele lepiej. A to starsze książki. Muszę je postawić razem. Niech spojrzę. Co my tu mamy? Wyspa skarbów. Miła lektura, ale czytałam ją już parę razy i widziałam chyba dwie wersje filmowe. Nie lubię ich oglądać, nigdy nie wydają się takie, jak powinny. O! A to Porwany za młodu. Tak, zawsze lubiłam tę książkę.

Albert wyprostował się. Wziął za dużo tomów i Katriona spadła prosto na głowę Tuppence.

- Przepraszam panią. Bardzo mi przykro.

- Wszystko w porządku, nic mi się nie stało. Katriona. Tak. Jest tam jeszcze coś Stevensona?

Albert wręczył jej kolejne książki już ostrożniej. Tuppence wyrwał się okrzyk absolutnego zachwytu.

- Niech mnie! Czarna strzała! To jedna z pierwszych książek, które czytałam. Ty pewnie jej nie znasz, Albercie. To znaczy wtedy jeszcze się nie urodziłeś, prawda? Niech pomyśle. Niech tylko pomyślę. Czarna strzała. Tak, oczywiście, to ten obraz na ścianie i oczy - prawdziwe oczy - patrzące przez oczy namalowane na płótnie. Wspaniała historia. Przerażająca. Och, tak. Czarna strzała. O czym to było? A, tak: o kocie? Może psie? Nie. “Kot, szczur i pies Lovell trzęsą całą Anglią, a wszyscy siedzą pod wieprzem kanalią". Zgadza się. Wieprz to oczywiście Ryszard III. Dzisiaj wszyscy piszą, że tak naprawdę był wspaniały, że nie był zbrodniarzem. Ale ja w to nie wierzę. Tak jak Szekspir. Przecież swoją sztukę zaczął, wkładając w usta Ryszarda słowa: “Postanowiłem na łotra się zmienić"'. Tak. Czarna strzała.

- Coś jeszcze, proszę pani?

- Nie, dziękuję ci, Albercie. Jestem już zbyt zmęczona, by dalej to ciągnąć.

- Tak jest. Przy okazji, pan Beresford dzwonił, by przekazać, że spóźni się pół godziny.

- Nic nie szkodzi - powiedziała Tuppence.

Usiadła w fotelu z Czarna strzałą w ręku, otworzyła ją i zatopiła się w treści.

- Mój Boże - powiedziała. - Cudowna rzecz. Zapomniałam tyle, że z przyjemnością znów ją przeczytam. Pasjonująca lektura.

Zapadła cisza. Albert wrócił do kuchni. Tuppence odchyliła się na oparcie. Czas płynął. Pani Beresford, skulona w podniszczonym fotelu, odnajdywała przyjemności młodych lat, pochłonięta Czarna strzałą Roberta Louisa Stevensona.

Czas mijał również w kuchni. Albert manipulował przy piekarniku. Przed domem zatrzymał się samochód i lokaj wyszedł na zewnątrz kuchennymi drzwiami.

- Mam wstawić go do garażu, proszę pana?

- Nic - odparł Tommy. - Sam to zrobię. Na pewno jesteś zajęty przygotowywaniem obiadu. Czy bardzo się spóźniłem?

- Nie, proszę pana. Mniej więcej tyle, ile pan mówił. Nawet jest pan trochę wcześniej.

- Och. - Tommy wysiadł z samochodu i wszedł do kuchni, zacierając dłonie. - Ależ ziąb! Gdzie Tuppence?

- Pani jest na górze, z książkami.

- Co? Dalej te nieszczęsne książki?

- Tak. Dziś zrobiła o wiele więcej, choć większość czasu spędziła czytając.

- O rany - westchnął Tommy. - No dobrze, Albercie. Co dziś jemy?

- Filety z flądry z cytryną, proszę pana. Zaraz skończę.

- Dobrze. Niech będzie za kwadrans. Najpierw chcę się umyć.

Na górze Tuppence nadal siedziała w fotelu, zatopiona w Czarnej strzale. Lekko marszczyła czoło. Natrafiła na coś dziwnego. Powiedziałaby, że ktoś ingerował w treść książki. Strona, do której doszła - rzuciła szybko okiem: sześćdziesiąta czwarta czy piąta? Nie widziała. W każdym razie, ktoś podkreślił niektóre słowa. Ostatni kwadrans spędziła na ich studiowaniu. Nie rozumiała, dlaczego to zrobiono. To nie były słowa z jednego akapitu, tworzące cytat. Najwyraźniej wybrano je na chybił trafił i zaznaczono czerwonym tuszem. Przeczytała szeptem: “Matcham nie mógł powstrzymać okrzyku. Dick drgnął ze zdziwienia i kotew wyślizgnęła mu się z palców. Porwali się na nogi, jęli obluzowywać w pochwach miecze lub sztylety. Ellis podniósł rękę. Białka oczu łysnęły w ogorzałej twarzy. - Chłopcy! - zawołał..."* - Tuppence potrząsnęła głową. To nie miało sensu. Żadnego sensu.

Podeszła do stołu, na którym trzymała przybory do pisania i wzięła kilka kartek, przysłanych przez firmę papierniczą z prośbą, by wybrali papier, na którym ma pojawić się nadruk z ich nowym adresem: Wawrzyny.

- Głupia nazwa - stwierdziła Tuppence - ale jeśli ją zmienimy, żaden list do nas nie dojdzie.

Spisała wszystkie słowa. Uświadomiła sobie coś, czego nie dostrzegła przedtem.

- To wszystko zmienia - powiedziała. Sprawdziła litery.

- A więc tu jesteś - usłyszała raptem głos Tommy'ego. - Obiad gotowy. Jak tam twoje książki?

- Zdumiewające - rzuciła Tuppence. - Przedziwne.

- Co się stało?

To Czarna strzała Stevensona. chciałam ją przeczytać. Wszystko było w porządku, a potem natrafiłam na stronę ze słowami podkreślonymi czerwonym tuszem.

- Przecież tak się czasem, robi - powiedział Tommy. - To znaczy nie zawsze czerwonym tuszem. Ale przecież czasem sami coś podkreślamy, jeśli chcemy zapamiętać jakiś cytat. Na pewno wiesz, o co mi chodzi.

* Fragmenty Czarnej Strzały Robert Louis Stevensona w przekładzie Tadeusza Jana Dehnela.

- Wiem, ale to nie tak. To są litery.

- Co to znaczy: litery?

- Podejdź tu - poprosiła Tuppence.

Tommy zbliżył się i usiadł na poręczy fotela. Przeczytał; “Matcham nie mógł powstrzymać okrzyku i natychmiast stłumił a nawet drgnął ze zdziwienia i wyślizgnęła mu się z palców dla zgromadzonej na... - nie mogę przeczytać - murawie zgrai była spodziewanym hasłem. Porwali się na nogi jęli dociągać pasów i obluzowywać w pochwach miecze lub sztylety". To bez sensu - stwierdził.

- Tak - zgodziła się Tuppence. - Tak najpierw pomyślałam: bez sensu. Ale to nie jest bezsens, Tommy.

Z dołu dobiegł ich dźwięk dzwonka.

- Obiad na stole.

- Nieważne - powiedziała Tuppence. - Muszę ci to powiedzieć. Za szczegóły zabierzemy się później, ale to naprawdę niezwykle. Muszę ci to natychmiast pokazać.

- No dobrze. Trafiłaś na jakieś bezwartościowe odkrycie?

- Nie. Widzisz, wypisałam wszystkie litery. M z pierwszego słowa: “Matcham". Podkreślono M i A. potem są trzy, trzy lub cztery słowa. Nie po kolei. Wybrano je na chybił trafił, jak sadzę, i podkreślono poszczególne litery. Ktoś potrzebował tylko liter. Widzisz? Tu mamy R z “powstrzymać" i Y z “okrzyku", dalej J ze “zgromadzonej", O z “podniósł", R z “ręki", D z “Daniel" i z tego samego słowa A, N z “komina"...

- Na miłość boską - przerwał jej Tommy. - Przestań!

- Poczekaj. Muszę to odkryć. Widzisz, wszystko sobie spisałam. Rozumiesz, co to jest? Jeśli wybierzesz same litery i spiszesz je po kolei na kartce, widzisz, co tworzą razem z tymi, które zapisałam wcześniej? MARY. Te cztery podkreślono.

- I co to ma znaczyć?

- Mary.

- Dobrze - zgodził się Tommy. - To znaczy Mary. Ktoś nazywał się Mary. Pewnie jakieś dziecko z bujną wyobraźnia, które chciało zaznaczyć, że to jej książka. Ludzie często podpisują książki swoim nazwiskiem.

- Dobrze. Mary. A następne słowo z podkreślonych liter - ciągnęła Tuppence - to JORDAN.

- Sama widzisz: Mary Jordan. To całkiem normalne. Znasz jej nazwisko. Nazywała się Mary Jordan.

- Ale ta książka nie należała do niej. Na pierwszej stronie napisano dziecinnym pismem “Alexander". Chyba Alexander Parkinson.

- Niech będzie. Czy to ma jakieś znaczenie?

- Oczywiście - powiedziała Tuppence.

- Chodźmy na dół. Jestem głodny.

- Powstrzymaj się jeszcze. Przeczytam ci tylko kolejny fragment, do końca podkreśleń. A w każdym razie do końca podkreśleń na czterech następnych stronach. Liter nie zaznaczano metodycznie - w wybranych wyrazach nie ma nic szczególnego. Chodzi tylko o pojedyncze litery. Mamy więc Mary Jordan. Dobrze. A wiesz, jakie są cztery następne słowa? “Nie umarła natóralną śmiercią." Powinno być “naturalną", ale pewnie ktoś nie wiedział, że to się pisze przez “u". I co? “Mary Jordan nie umarła naturalną śmiercią". Rozumiesz? A następne zdanie brzmi: “To było jedno z nas i chyba wiem. kto". To wszystko. Nic więcej nie znalazłam. Ale to dość ekscytujące, prawda?

Słuchaj no, Tuppence, nie zamierzasz chyba robić z tego historii, co? - spytał Tommy.

- Co to znaczy “historii"?

- Nie zaczniesz twierdzić, że odkryłaś jakąś tajemniej

- Dla mnie to jest tajemnica - stwierdziła Tuppence. - “Mary Jordan nie umarła naturalną śmiercią. To było jedno z nas i chyba wiem, kto". Tommy, musisz przyznać, że to bardzo intrygujące.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Wizyta na cmentarzu

 

- Tuppence! - zawołał Tommy, wchodząc do domu. Bez odpowiedzi. Z rozdrażnieniem wbiegł po schodach na górę. Idąc pośpiesznie korytarzem na pierwszym piętrze, niemal wsadził nogę w dziurę ziejącą w podłodze i zaklął.

- Ci przeklęci elektrycy!

Kilka dni wcześniej miał podobny kłopot. Elektrycy zaczęli pracować pełni życzliwego optymizmu, obiecując, że szybko skończą. “Wszystko idzie dobrze - twierdzili. - Wrócimy po południu". Ale nic wrócili. Tommy nie był właściwie zdziwiony. Przywykł już do systemu pracy w branży budowlanej, elektrycznej, gazowej. Fachowcy zjawiali się, sprawiali wrażenie efektywnych, rzucali optymistyczne uwagi i wychodzili, by coś przynieść. Już nie wracali. Tommy dzwonił do nich, ale zawsze dodzwaniał się pod zły numer. A jeśli dodzwonił się pod dobry, okazywało się. że człowiek, o którego pytał, wcale nie pracuje w tej branży, jaka by ona nie była. Pozostawało jedynie zachować ostrożność i omijać dziury, nie skręcać sobie kostek i nie uszkadzać innych części ciała. Tommy bał się o Tuppence. Sam miał więcej doświadczenia. Poza tym uważał, że Tuppence była bardziej niż on narażona na to, że sparzy się czajnikiem lub dotknie rozgrzanego piekarnika. Ale gdzież ona jest? Zawołał ponownie.

- Tuppence! Tuppence!

Martwił się o nią. Należała do osób, o które trzeba się martwić. Wychodząc z domu, dawał jej ostatnie pouczenia, a ona obiecywała, że postąpi dokładnie według udzielanych rad. Nie, nie wyjdzie, chyba tylko po to, żeby kupić pół funta masła, a to przecież nie jest niebezpieczne, prawda?

- Może być niebezpieczne, jeśli to ty kupujesz masło - zauważył Tommy.

- No nie - zaprotestowała. Tuppence. - Nie bądź idiotą.

- Nie jestem. Reaguję jak mądry i uważny mąż, który dba o swoją ulubioną własność. Nie wiem, dlaczego...

- Ponieważ - przerwała mu Tuppence - jestem tak czarująca, śliczna, ponieważ taki dobry ze mnie kompan i tak się o ciebie troszczę.

- To też, możliwe - powiedział Tommy - ale sam ułożyłbym inną listę.

Chyba by mi się nie spodobała - stwierdziła Tuppence. - Raczej nie. Myślę, że nadal masz do mnie parę starych żalów. Ale nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Wystarczy, że zawołasz mnie, kiedy wrócisz do domu.

No i gdzie teraz jest?

- Mała diablica - mruknął Tommy. - Wyszła gdzieś.

Wszedł do pokoju, w którym znalazł ją poprzedniego dnia. Może czyta następną książkę dla dzieci. I znowu ekscytuje się słowami, które jakieś głupie dziecko podkreśliło czerwonym tuszem. Jest na tropie Mary Jordan, kimkolwiek była. Mary Jordan, która nie zmarła naturalną śmiercią. Nie mógł oprzeć się myślom. Zastanówmy się: ludzie, którzy sprzedali im ten dom, nazywali Jones. Nic mieszkali w nim długo: trzy lub cztery lata. W takim razie dziewczynka z książki Stevensona żyła tu jeszcze wcześniej. Tak czy inaczej, Tuppence nie było w pokoju. Na wierzchu nie leżała żadna książka, która chwilę wcześniej wzbudziła jej zainteresowanie.

- Gdzie, u diabła, ona jest? - pomyślał głośno Tommy.

Zszedł na dół, wołając kilkakrotnie. Bez efektu. Sprawdził wieszak w holu. Ani śladu płaszcza Tuppence. A więc wyszła. Dokąd? I gdzie jest Hannibal? Innym tonem zaczął wołać Hannibala.

- Hannibal! Hannibal! Chodźże, piesku!

Żadnej reakcji.

Cóż, uznał Tommy, w każdym razie zabrała ze sobą Hannibala.

Nie wiedział, czy to lepiej czy gorzej. Na pewno Hannibal nie dopuści, by Tuppence stała się jakaś krzywda. Pytanie brzmiało: czy Hannibal zrobi jakaś krzywdę innym? Zachowywał się przyjaźnie, gdy zabierano go w gości, lecz ludzie, którzy chcieli odwiedzić Hannibala, którzy przychodzili do domu. w którym mieszkał, automatycznie stawali się podejrzani, Był gotów pójść na największe ryzyko i jednocześnie szczekać i gryźć, gdy tylko uznał to za konieczne. Gdzie się wszyscy podziali?

Tommy przeszedł kawałek ulicą, ale nie dostrzegł nigdzie małego czarnego psa i kobiety średniego wzrostu w czerwonym płaszczu. Wreszcie, dość zły, wrócił do domu.

Poczuł całkiem smakowity zapach. Poszedł szybko do kuchni. Tuppence odwrócił się od piekarnika i posłała mu powitalny uśmiech.

- Ciągle się spóźniasz - powiedziała. - To potrawka. Ładnie pachnie, nie sądzisz? Tym razem wrzuciłam kilka nietypowych składników. W ogrodzie rosły jakieś zioła. Mam nadzieję, że to były zioła.

- Jeśli nie zioła, to prawdopodobnie wilcza jagoda i naparstnica udająca coś niewinnego. Gdzieś ty była?

- Zabrałam Hannibala na spacer.

W tej chwili Hannibal dał o sobie znać. Popędził do Tommy'ego i powitał go z takim zapałem, że niemal zwalił go z nóg. Hannibal był małym czarnym psem ze lśniącą sierścią i intrygującymi jaśniejszymi łatami na grzbiecie i po obu stronach pyska. Jako terier z idealnym rodowodem uważał się za o wiele bardziej wyrafinowanego i arystokratycznego niż wszystkie psy, które spotykał.

- O rany! Szukałem was. Gdzie poszliście? Pogoda nie jest zbyt ładna.

- Rzeczywiście. Mgła i wilgoć. Ależ jestem zmęczona.

- Gdzie poszliście? Do sklepu?

- Nie, dziś zamykają wcześniej. Poszłam na cmentarz.

- Brzmi przygnębiająco - ocenił Tommy. - Czemu chciałaś iść na cmentarz?

- Poszłam obejrzeć parę nagrobków.

- Dość przygnębiające zajęcie. Hannibal dobrze się bawił?

- Musiałam go wziąć na smycz. Koło kościoła krążył ktoś wyglądający na kościelnego i pomyślałam, że mógłby nie polubić Hannibala... zresztą nie wiadomo, czy Hannibal polubiłby jego, a ja nie chciałam, by ludzie z miejsca się do nas uprzedzili.

- Czego szukałaś na cmentarzu?

- Chciałam zobaczyć, kim byli pogrzebani tam ludzie. Jest ich cale mnóstwo, to znaczy grobów. Niektóre są bardzo stare, jeszcze z dziewiętnastego wieku, a ze dwa są nawet starsze, choć napis na pomnikach starł się i nie mogłam odczytać dat.

- Nadal nie rozumiem, po co tam poszłaś.

- Żeby przeprowadzić dochodzenie - wyjaśniła Tuppence.

- Dochodzenie? W jakiej sprawie?

- Chciałam sprawdzić, czy na cmentarzu leżą jacyś Jordanowie.

- Dobry Boże! Wciąż ta książka? Szukałaś...

- Mary Jordan zmarła. Mamy książkę, w której napisano, że nie zmarła naturalną śmiercią. Musi być gdzieś pogrzebana, prawda?

- Bezsprzecznie - zgodził się Tommy. - Chyba że pochowano ją w ogrodzie.

- To niezbyt prawdopodobne. Informację zostawiło jakieś dziecko... chłopiec imieniem Alexander. Był dumny ze swojego sprytu, z tego, że odkrył, iż śmierć Mary nie była naturalna. Jeśli tylko on to odkrył... i nikt poza nim... a tak przypuszczam... Chodzi mi o to, że pewnie umarła, pogrzebano ją i nikt nie powiedział...

- Że dokonano morderstwa - podsunął Tommy.

- Mniej więcej. Otruto ją, uderzono w głowę, zepchnięto ze skały lub przejechano samochodem albo... przychodzi mi na myśl tysiąc sposobów.

- Tego jestem pewien - stwierdził Tommy. - Dobrze przynajmniej, że masz dobre serce, Tuppence. Nie mordowałabyś ludzi tylko dla zabawy.

- Ale na cmentarzu nie było grobu Mary Jordan. Ani nikogo o tym nazwisku.

- Musiało cię to rozczarować. Czy to, co gotujesz, jest już gotowe? Jestem strasznie głodny. Ładnie pachnie.

- Gotowe pod każdym względem - odparła Tuppence. - Jak tylko się umyjesz, siadamy do stołu.

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Mnóstwo Parkinsonów

 

- Mnóstwo Parkinsonów - powiedziała Tuppence, gdy jedli. - Pochowano ich dawno temu, ale jest ich zdumiewająco wielu. Starych, młodych i małżeństw. Cmentarz pęka od Parkinsonów. I Cape'ów, Gritffinów, Underwoodów i Overwoodów. Dziwne, że są tu i jedni, i drudzy.

- Miałem przyjaciela nazwiskiem Underwood - odezwał się Tommy.

- Ja też znałam ludzi o tym nazwisku. Ale ani jednego Overwooda.

- To mężczyzna czy kobieta? - spytał lekko zaintrygowany Tommy.

- Chyba dziewczyna. Rose Overwood.

- Rose Overwood - powtórzył Tommy, wsłuchując się w brzmienie nazwiska. - Jakoś nie bardzo mi to pasuje. - Zmienił temat: - Po lunchu muszę zadzwonić po elektryka. Jeśli nie będziesz ostrożna, Tuppence, wsadzisz nogę w dziurę na piętrze.

- Ciekawe, czy byłabym przypadkiem śmierci naturalnej czy nienaturalnej?

- Byłabyś przypadkiem śmierci z ciekawości - stwierdził Tommy. - Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

- Czy ty nigdy nie bywasz ciekawy? - spytała Tuppence.

- Nic widzę ku temu żadnych sensownych powodów. Co mamy na deser?

- Ciasto z syropem.

- Muszę przyznać, że to był pyszny posiłek.

- Cieszę się, że ci smakował.

- Co jest w tej paczce za kuchennymi drzwiami? Może wino, które zamówiliśmy?

- Nie - odparta Tuppence. - To cebulki.

- Ach, tak. Cebulki.

- Tulipanów - wyjaśniła Tuppence. - Pójdę porozmawiać o nich ze starym Izaakiem.

- Gdzie zamierzasz je posadzić?

- Chyba wzdłuż głównej ścieżki w ogrodzie.

- Biedny staruszek. Wygląda, jakby miał lada chwila paść trupem - zauważył Tommy.

- Wcale nie. Jest bardzo silny. Wiesz, odkryłam, że tacy z reguły są ogrodnicy. Jeśli są bardzo dobrzy, swoje najlepsze lata osiągają po osiemdziesiątce. A jeśli trafisz na silnego, umięśnionego mężczyznę, który ma trzydzieści pięć lat i mówi: “Zawsze chciałem pracować w ogrodzie", możesz być pewien, że żaden z niego ogrodnik. Potrafi najwyżej zgrabić liście. Kiedy każesz mu coś zrobić, zawsze odpowie, że to nieodpowiednia pora roku. Ponieważ nigdy nie wiadomo - w każdym razie ja nie wiem - kiedy jest odpowiednia pora, nigdy z nim nie wygrasz. Lecz Izaak jest cudowny. Wie wszystko. - Po chwili dodała: - Powinniśmy mieć jeszcze kilka krokusów. Ciekawe, czy są w paczce. Pójdę sprawdzić. Izaak przychodzi dzisiaj i wszystko mi powie.

- Dobrze. Zaraz się do was przyłączę.

Tuppence i Izaak powitali się z przyjemnością. Rozpakowali cebulki, przedyskutowali, gdzie będą prezentowały się najlepiej. Najpierw wczesne tulipany, które powinny radować serca pod koniec lutego, potem ładne strzępiaste tulipany papuzie i, o ile Tuppence sobie przypominała, tulipany zwane viridiflora, szczególnie piękne na swoich długich łodygach w maju i na początku czerwca. Ponieważ miały interesujący, pastelowo-zielony odcień, oboje zgodzili się, że należy posadzić je razem w cichej części ogrodu, skąd można by je zrywać i układać w wazonach w salonie. Można też posadzić je blisko domu przy głównej bramie, gdzie wzbudziłyby zawiść i zazdrość gości. Obudziłyby artystyczny smak nawet w chłopcu dostarczającym mięso i nabiał.

O czwartej Tuppence przygotowała w kuchni brązowy czajniczek pełen dobrej, mocnej herbaty, postawiła obok cukiernicę wypełnioną kostkami cukru i dzbanuszek z mlekiem. Zawołała do Izaaka, by odświeżył się przed wyjściem i ruszyła na poszukiwanie Tommy'ego.

Pewnie śpi gdzieś, pomyślała, sprawdzając kolejne pokoje. Z zadowoleniem dostrzegła głowę wystającą ze złowieszczej dziury w podłodze na podeście.

- Już wszystko w porządku, proszę pani - powiedział elektryk - nie trzeba uważać. Wszystko naprawione. - Dodał, że następnego ranka zaczyna pracę w innej części domu.

- Mam szczerą nadzieję, że naprawdę pan przyjdzie - odparła Tuppence. - Widział pan może pana Beresforda? - zapytała.

- Znaczy się, pani męża? Taa, Jest chyba na górze. Rzuca czymś, i to dosyć ciężkim. Według mnie książkami.

- Książkami! - wykrzyknęła Tuppence. - Kto by pomyślał!

Elektryk zniknął w swoim podziemnym świecie pod podłogą, a Tuppence weszła na strych, który zamienili w dodatkową bibliotekę, poświęconą książkom dla dzieci.

Tommy siedział na szczycie drabinki. Na podłodze wokół niego leżały książki, a na półkach widać było kilku pustych miejsc.

- Więc tu jesteś - powiedziała Tuppence - i to po tym, jak udawałeś, że wcale cię to nie obchodzi. Przejrzałeś sporo książek, prawda? Narobiłeś bałaganu tam, gdzie wszystko już ładnie poukładałam.

- Bardzo mi przykro - odparł Tommy. - Pomyślałem sobie, że trochę się rozejrzę.

- Znalazłeś następną książkę z literami podkreślonymi czerwonym tuszem?

- Nie. Żadnej.

- A szkoda - stwierdziła Tuppence.

- To musiało być dzieło Alexandra, panicza Alexandra Parkinsona - orzekł Tommy.

- Tak - zgodziła się Tuppence. - Jednego z wielu Parkinsonów.

- Według mnie był leniem, choć oczywiście zadał sobie sporo trudu z podkreślaniem. Ale nie ma więcej informacji w sprawie Jordan.

- Zapytałam starego Izaaka. Zna tu mnóstwo ludzi. Mówił, że nie pamięta żadnych Jordanów.

- Co zamierzasz zrobić z tą mosiężna lampą, którą postawiłaś przy drzwiach? - spytał Tommy, kiedy zszedł na dół.

- Zabieram ją na wyprzedaż rupieci - odparła Tuppence.

- Dlaczego?

- Och, bo nam zawsze przeszkadzała. Kupiliśmy ją gdzieś za granica, prawda?

- I musieliśmy chyba oszaleć. Nigdy ci się nie podobała. Mówiłaś, że jej nie cierpisz. Zgadzam się z tobą. Na dodatek jest potwornie ciężka.

- Ale panna Sanderson bardzo się ucieszyła, kiedy powiedziałam, że mogę ją oddać. Zaproponowała, że po nią przyjedzie, ale powiedziałam, że sama ją zawiozę. Dzisiaj właśnie zbieramy wszystkie rzeczy.

- Zawiozę ją, jeśli chcesz.

- Nie, wolę sama pojechać.

- Dobrze - powiedział Tommy. - W takim razie przynajmniej pojadę z tobą i wniosę ją do środka.

- Chyba znajdę kogoś, kto to zrobi - odparła Tuppence.

- Może tak, może nie. Nie próbuj dźwigać jej sama.

- Dobrze - zgodziła się Tuppence.

- Masz jakiś inny powód, by tam pojechać, prawda?

- Pomyślałam sobie, że mogę pogawędzić trochę z mieszkańcami wioski - odparła Tuppence.

- Nigdy nie wiem, co ci chodzi po głowie, ale po błysku w twoim oku rozpoznaję przynajmniej, kiedy się to dzieje.

- Weź Hannibala na spacer. Nie mogę go zabrać na wyprzedaż. Nie chcę, żeby wdał się w bójkę z innymi psami.

- Dobrze. Hannibal, chcesz iść na spacer?

Hannibal, jak to miał w zwyczaju, błyskawicznie odpowiedział twierdząco. Jego potwierdzeń i zaprzeczeń nie można było nie zauważyć. Zakręcił się, pomachał ogonem, podniósł łapę, opuścił, podbiegł do Tommy'ego i mocno potarł łbem o jego nogę.

- Jasne - mówił najwyraźniej. - Po to przecież istniejesz. mój drogi niewolniku. Idziemy na cudowny spacer w dół ulicy. Liczę na mnóstwo zapachów.

- Chodź - powiedział Tommy. - Biorę smycz i nie próbuj wybiegać na jezdnię, jak ostatnio. Jedna z tych okropnych ciężarówek mogłaby oznaczać twój koniec.

Hannibal spojrzał na niego z wyrazem pyska oznaczającym “Jestem bardzo dobrym psem, który zawsze robi dokładnie to, co mu się każe". Mimo że było to twierdzenie absolutnie fałszywe, często nabierali się nań nawet ci, którzy żyli w bliskim kontakcie z Hannibalem.

Tommy wniósł lampę do samochodu, mrucząc pod nosem uwagi na temat jej ciężaru. Tuppence siadła za kierownicą i odjechała. Gdy zniknęła za rogiem, Tommy przypiął smycz do obroży Hannibala i ruszył w dół ulicy. Skręcił w drogę biegnącą do kościoła i spuścił psa ze smyczy, ponieważ jeździło tędy niewiele samochodów. Hannibal przyjął przywilej do wiadomości, prychając i obwąchując kępki trawy zdobiące chodnik przy murze. Gdyby potrafił mówić ludzkim językiem, powiedziałby na pewno: “Wspaniały zapach! Nader bogaty! To był duży pies. Ten okropny owczarek alzacki, jak sądzę - warknął głucho. - Nie lubię owczarków. Jeśli spotkam tego, co mnie ugryzł, zaraz sam go chapnę. Ach! Coś pysznego. Miła mała suczka. Tak. tak. Chciałbym ją poznać. Ciekawe, czy mieszka niedaleko? Może w tym domu? Chciałbym wiedzieć".

- W tej chwili wyłaź z bramy! - krzyknął Tommy. - Nie wchodź do domu, który nie należy do ciebie.

Hannibal udawał, że nie słyszy.

- Hannibal!

Hannibal podwoił prędkość i wpadł za róg domu z kuchennymi drzwiami.

- Hannibal! - zawołał Tommy. - Czy ty mnie słyszysz?

- Czy słyszę cię, panie? - spytał Hannibal. - Wołałeś mnie?

Jego uszu dobiegło ostre szczekanie z kuchni. Natychmiast wyskoczył na zewnątrz i wrócił do Tommy'ego. Szedł kilka cali za jego nogą.

- Dobry pies - powiedział Tommy.

- Prawda? - rzucił Hannibal. - Jeśli tylko potrzebujesz obrońcy, jestem tuż za tobą.

Dotarli do bocznej furtki cmentarza. Hannibal, który miał niezwykłą zdolność zmieniania swoich rozmiarów, kiedy tylko nie chciał wyglądać jak odrobinę za tłusty czworonóg o szerokim grzbiecie, potrafił wyciągnąć się w cienką czarną nitkę. Bez trudu przecisnął się przez kratę.

- Wracaj tu! - krzyknął Tommy. - Nie możesz wejść na cmentarz.

Odpowiedź Hannibala, jeśliby jakakolwiek padła. brzmiałaby: “Ale już wszedłem, panie". Gonił radośnie miedzy grobami, jakby wypuszczono go w wyjątkowo przyjemnym ogrodzie.

- Ty wstrętny psie! - powiedział Tommy. Otworzył furtkę i ze smyczą w dłoni zaczął ścigać Hannibala. Pies dotarł do odległego rogu cmentarza i wszystko wskazywało na to, że próbuje przedostać się przez, lekko uchylone drzwi kościoła. Jednakże Tommy zdążył go dopaść i zapiął smycz. Hannibal spojrzał na niego z wyrazem pyska mówiącym, że to właśnie było jego celem. “Zakładasz mi smycz, co? Oczywiście. Wiem, że to oznaka prestiżu. Dowodzi, że jestem bardzo cennym okazem." Pomachał ogonem. Ponieważ nie było widać nikogo, kto mógłby sprzeciwić się temu, że pies chodzi ze swoim panem po cmentarzu, trzymany w dodatku na mocnej smyczy, Tommy ruszył w obchód, idąc być może po wczorajszych śladach Tuppence.

Spojrzał na zniszczony kamienny nagrobek stojący z tylu za bocznymi drzwiami kościoła. Pomyślał, że to pewnie jeden z najstarszych grobów. Było tam kilka podobnych, większość z datami z dziewiętnastego wieku, Na jeden patrzył najdłużej.

- Dziwne - mruknął. - Bardzo dziwne.

Hannibal zerknął w górę na swojego pana. Nie rozumiał jego słów. W nagrobku nie było nic ciekawego. Usiadł i utkwił pytający wzrok w Tommym.

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Wyprzedaż

 

Tuppence odkryta z przyjemnym zdziwieniem, że mosiężna lampa, którą razem z Tommym potraktowali z taką niechęcią, została przyjęta nader ciepło.

- Jak milo z pani strony, pani Beresford. że przyniosła pani coś tak ładnego. Bardzo, bardzo interesująca lampa. Na pewno przywieźli ją państwo z jakiejś zagranicznej wycieczki?

- Tak. Kupiliśmy ją w Egipcie - odparta Tuppence.

Ponieważ od tamtej chwili minęło osiem lub dziesięć lat, nie była pewna, gdzie właściwie ją kupiła. Może w Damaszku, choć równie dobrze w Bagdadzie albo Teheranie. Uznała jednak, ze Egipt - bardzo ostatnio modny - okaże się bardziej interesujący. Poza tym lampa wyglądała na egipską. Najwyraźniej, nawet jeśli przywiozła ją z innego kraju, pochodziła z okresu, kiedy wszędzie kopiowano egipskie starocie.

- Właściwie jest za duża do naszego domu, więc pomyślałam... - zaczęła.

- Powinniśmy wystawić ją na loterii - stwierdziła panna Little.

Panna Little dowodziła wyprzedażą. Jej miejscowe przezwisko brzmiało “Sonda", głównie dlatego, że była tak świetnie poinformowana o wszystkim, co działo się w parafii. Jej nazwisko wprowadzało w błąd. W rzeczywistości była olbrzymią kobietą o obfitych kształtach. Na imię miała Dorothy, ale zawsze nazywano ją Dotty.

- Mam nadzieję, że przyjdzie pani na wyprzedaż? - zapytała.

Tuppence zapewniła ją, że przyjdzie.

- Nie mogę doczekać się chwili, kiedy będę mogła coś kupić - zaczeła pogawędkę.

- Och, jak się cieszę, że tak to pani odbiera.

-.Uważam, że to doskonała rzecz - ciągnęła Tuppence. - Mówię o idei wyprzedaży. Ponieważ naprawdę się sprawdza. To, co dla jednych jest rupieciem, dla drugich może okazać się bezcenną perłą.

- Och, muszę to powiedzieć pastorowi - zawołała pani Price-Ridley, kanciasta dama z mnóstwem zębów. Jestem pewna, że to go rozbawi.

- Na przykład ta miska z papier-mache - mówiła Tuppence, podnosząc w górę wspomniany skarb.

- Och. nie, naprawdę pani myśli, że ktoś to kupi?

- Sama to kupię, jeśli będzie tu jeszcze jutro, kiedy przyjdę - odparła Tuppence.

- Ale teraz w sklepach są takie ładne plastikowe miski!

Nie przepadam za plastikiem. Mają tu panie naprawdę dobrą miskę z papier-mache. Można do niej włożyć dużo rzeczy, na przykład z porcelany, i nie potłuką się. A tam widzę staromodny otwieracz do puszek. Takich z głową byka nie można już dzisiaj znaleźć.

- Ale tak trudno go używać. Nie sądzi pani, że elektryczne otwieracze są o wiele lepsze?

Przez jakiś czas rozmowa dotyczyła podobnych tematów, a potem Tuppence zapytała, czy mogłaby w czymś pomóc.

- Och, droga pani Beresford, może ustawiłaby pani stoisko z osobliwościami. Na pewno ma pani zdolności artystyczne.

- Nie mam żadnych - odparła Tuppence - ale z przyjemnością się tym zajmę. Proszę mi tylko powiedzieć, jeśli zacznę coś robić źle - dodała.

- Tak miło mieć dodatkową pomoc. Bardzo się cieszymy, że panią poznaliśmy. Przypuszczam, że już zainstalowali się państwo w nowym domu?

- Sądziłam, że do tej pory zdążymy - odparła Tuppence - ale to chyba jeszcze potrwa. Mam tyle kłopotów z elektrykami, stolarzami i całą resztą. Bez przerwy wracają, by coś dokończyć.

Kilka osób włączyło się do dyskusji o elektrykach i fachowcach z gazowni.

- Ci z gazowni są najgorsi - stwierdziła twardo panna Little - ponieważ, musi pani wiedzieć, przyjeżdżają aż z Lower Stamford. A elektrycy tylko z Wellbank.

Temat zmieniło przybycie pastora, który nadszedł. by pozdrowić i zachęcić ochotników do dalszej pracy. Wyraził również, jak miło mu poznać nową parafiankę, panią Beresford.

- Wszystko o pani wiemy - powiedział. - Naprawdę. I o pani mężu. Przedwczoraj miałem nadzwyczaj interesującą rozmowę o was obojgu. Musieliście prowadzić ekscytujące życie. Oczywiście, nie powinno się o tym mówić, więc już milczę. Chodzi mi o ostatnią wojnę. Dokonała pani wraz z mężem wspaniałej rzeczy.

- Proszę nam o tym opowiedzieć, pastorze - poprosiła jedna z pań, odchodząc od stolika, na którym ustawiała słoiki z dżemem.

- Powiedziano mi o tym w zaufaniu - odparł pastor. - Chyba widziałem panią wczoraj na cmentarzu, pani Beresford.

- Tak - przyznała Tuppence. - Najpierw zajrzałam do kościoła. Znalazłam tam ze dwa bardzo piękne witraże.

- Tak, pochodzą aż z czternastego wieku. To znaczy te w północnej nawie. Pozostałe są przeważnie wiktoriańskie.

- Kiedy spacerowałam po cmentarzu, zauważyłam, że leży tam wielu Parkinsonów.

- Tak, rzeczywiście. W tej części kraju zawsze mieszkało ich wielu, choć osobiście nie znałem żadnego. Pani powinna ich pamiętać, pani Lupton.

Pani Lupton, starsza dama wspierająca się na dwóch laskach, wyglądała na zadowoloną.

- Tak - odparła - pamiętam jeszcze czasy, kiedy żyła pani Parkinson. To znaczy stara pani Parkinson, ta, która mieszkała w Manor House. Wspaniała z niej była staruszka. Naprawdę wspaniała.

- Zauważyłam też groby Somerów i Chattertonów.

- Widzę, że poznała pani naszą miejscową historię.

- I chyba słyszałam coś o kimś nazwiskiem Jordan. Annie albo Mary Jordan.

Tuppence rozejrzała się wokół z pytaniem w oczach. lecz nazwisko Jordan nie wywołało szczególnego zainteresowania.

- Czyjaś kucharka tak się nazywała. Chyba pani Blackwell. Wydaje mi się, że Susan Jordan. Mieszkała tu tylko przez pół roku. Nie była dobrą kucharką.

- Czy to było dawno temu?

- Och, nie. Jakieś osiem, dziesięć lat. Nie więcej.

- A czy obecnie mieszkają tu jacyś Parkinsonowie?

- Nie. Wynieśli się wiele lat temu. Jeden z nich poślubił swoją kuzynkę i wyjechał, jak sądzę, do Kenii.

- Zastanawiam się - zaczęła Tuppence, kiedy udało jej się przyłączyć do pani Lupton, która miała coś wspólnego z miejscowym szpitalem pediatrycznym - zastanawiam się, czy nie chciałaby pani paru książek. Starych. Dostałam ich sporo razem z meblami, które kupiliśmy od poprzednich właścicieli.

- To bardzo miło z pani strony, pani Beresford. Oczywiście, mamy wiele bardzo dobrych książek z darowizn. Współczesne wydania. Przecież szkoda, żeby dzieci musiały czytać stare książki.

- Tak pani sądzi? - zdziwiła się Tuppence. - Ja kochałam książki, które dostałam w dzieciństwie. Niektóre należały jeszcze do mojej babki. Te lubiłam chyba najbardziej. Nigdy nie zapomnę Wyspy skarbów. Farmy Czterech Wiatrów pani Molesworlh i niektórych powieści Stanleya Weymana.

Rozejrzała się wokół pytająco, a potem poddała się, spojrzała na zegarek, wykrzyknęła, jak zrobiło się późno i odeszła do samochodu.

 

Po powrocie wstawiła wóz do garażu i obeszła dom od frontu.

Drzwi były otwarte, wiec weszła do środka. Z tylnych pomieszczeń wyłonił się Albert i powitał ją skinieniem głowy.

- Napije się pani herbaty? Na pewno jest pani zmęczona.

- Raczej nie - odparła Tuppence. - Piłam już herbatę. Poczęstowano mnie w Klubie. Mieli całkiem smaczne ciasto, ale okropne bułeczki.

- Trudno je upiec. Niemal tak jak paczki. Ach - westchnął - Amy smażyła pyszne paczki.

- Wiem. Nikt nic potrafił takich zrobić - powiedziała Tuppence.

Amy była żoną Alberta; zmarła przed paru laty. W opinii Tuppence robiła świetne ciasto z syropem, ale nigdy nic wychodziły jej smaczne paczki.

- Uważam, że paczki bardzo trudno usmażyć - powiedziała. - Mnie nigdy nie wychodziły.

- To wymaga talentu.

- Gdzie jest pan Beresford? Wychodził?

- Nie, jest na górze. W tym pokoju, pani wie. Tym z książkami, jak go tam zwał. Na strychu.

- A cóż on tam robi? - spytała trochę zdziwiona Tuppence.

- Myślę, że ciągle przegląda książki. Pewnie je układa, żeby zakończyć porządki.

- Nadal wydaje mi się to dziwne - stwierdziła Tuppence. - Przecież przez te książki potraktował nas bardzo nieuprzejmie.

- Och. tacy właśnie są mężczyźni - powiedział Albert. - Lubią tylko poważną literaturę. Coś naukowego. w co mogą się dobrze wgryźć.

- Pójdę na górę i wyciągnę go stamtąd - zdecydowała Tuppence. - A gdzie Hannibal?

- Zapewne na górze, razem z panem.

Lecz Hannibal pojawił się w tej samej chwili. Rozszczekał się najpierw z wściekłością, jak przystało na dobrego psa obronnego, ale szybko zrozumiał, że to jego ukochana pani, a nie obcy, który przyszedł ukraść łyżeczki do herbaty albo napaść na jego państwa. Zbiegł ze schodów z wywieszonym różowym językiem, kręcąc całym ciałem i machając ogonem.

- A! Cieszysz się, że widzisz swoją mamę? - spytała Tuppence.

Hannibal odparł, że bardzo się cieszy. Skoczył na nią z taką siłą, że niemal zbił ją z nóg.

- Ostrożnie! - zawołała Tuppence. - Ostrożnie. Chyba nie chcesz mnie zabić?

Hannibal z miejsca wyjaśnił, że jedyną rzeczą, jakiej pragnie, jest zjeść ją, ponieważ tak bardzo ją kocha.

- Gdzie pan? Gdzie tatuś? Na górze?

Hannibal zrozumiał. Popędził na górę i odwracając łeb zaczekał, aż Tuppence do niego dołączy.

- Coś takiego! - wykrzyknęła Tuppence, kiedy oddychając szybciej stanęła w drzwiach biblioteki i zobaczyła Tommy'ego na drabince. Przeglądał książki.

- A cóż ty robisz? Przecież miałeś zabrać Hannibala na spacer.

- Byliśmy na spacerze - odparł Tommy. - Poszliśmy na cmentarz.

- Dlaczego, na Boga. zabrałeś Hannibala na cmentarz? Na pewno nie chcą tam psów.

- Był na smyczy. Zresztą i tak nie ja go zabrałem, a on mnie. Najwyraźniej cmentarz mu się spodobał.

- Mam nadzieję, że nie za bardzo - powiedziała Tuppence. - Znasz Hannibala. Łatwo nabiera nawyków. Jeśli przyzwyczai się do codziennego spaceru na cmentarz, będziemy mieli spory problem.

- Zachował się bardzo inteligentnie.

- Kiedy mówisz “inteligentnie", chodzi ci o to, że po prostu robił, co chciał.

Hannibal zwrócił łeb w jej stronę, podszedł i potarł nim o jej łydkę.

- Mówi, że jest bardzo mądrym psem - przetłumaczył Tommy. - Mądrzejszym niż, my.

- Co właściwie masz, na myśli? - spytała Tuppence.

- Dobrze się bawiłaś? - zmienił, temat Tommy.

- Nie nazwałabym tego aż tak. Wszyscy byli dla mnie mili i życzliwi i mam nadzieję, że szybko przestanę ich mylić. Z początku to bardzo trudne. Sam wiesz, jak bardzo ludzie są do siebie podobni, podobnie się ubierają i z początku nie pamiętasz, kto jest kim. Chyba, że poznasz kogoś wyjątkowo pięknego albo brzydkiego. A to nie zdarza się na wsi zbyt często.

- Mówiłem, że byliśmy z Hannibalem bardzo mądrzy.

- Myślałam, że tylko Hannibal?

Tommy wyciągnął rękę i zdjął z półki jakąś książkę.

- Porwany za młodu - przeczytał. - A tak, następny Stevenson. Ktoś go musiał bardzo lubić. Czarna strzała, Porwany za młodu. Katriona i jeszcze dwie. Wszystkie podarowała Alexandrowi Parkinsonowi ukochana babka lub hojna ciotka.

- No i co z tego? - spytała Tuppence.

- Znalazłem jego grób - odparł Tommy.

- Co takiego?

- Właściwie Hannibal go znalazł. Stoi w samym rogu cmentarza, obok bocznych drzwi do kościoła. Przypuszczam, że to wejście do salki parafialnej. Napis jest zatarty, a sam pomnik zaniedbany, ale to ten. Miał czternaście lat, kiedy umarł. Alexander Richard Parkinson. Hannibal węszył w pobliżu. Odciągnąłem go i udało mi się odcyfrować inskrypcję, mimo że była bardzo niewyraźna.

- Czternaście lat - powtórzyła Tuppence. - Biedny chłopiec.

- Tak - zgodził się Tommy. - To smutne i...

- Coś ci chodzi po głowie - stwierdziła Tuppence. - Ja nic nie rozumiem.

- Tylko się zastanawiałem. Chyba mnie zaraziłaś. To twoja największa wada. Kiedy coś cię zaciekawi, nie zajmujesz się tym samodzielnie, ale zmuszasz mnie, bym też się zainteresował.

- Nie bardzo wiem, o czym mówisz.

- Zastanawiałem się, czy mamy tu przypadek przyczyny i skutku.

- Co masz na myśli?

- Myślałem o Alexandrze Parkinsonie, który zadał sobie wiele trudu, choć bez wątpienia dobrze się przy tym bawił, by zaszyfrować w książce tajną wiadomość. “Mary Jordan nie zmarła naturalną śmiercią". Załóżmy, że to prawda. Przypuśćmy, że Mary Jordan, kimkolwiek była, nie zmarła z przyczyn naturalnych. Bo widzisz, może następną rzeczą, jaka się zdarzyła, była śmierć Alexandra Parkinsona?

- Nie mówisz przecież... chyba nie myślisz...?

- Każdy by się zdziwił - odparł Tommy. - Mnie to zupełnie zaskoczyło: czternaście lat. Nie było wzmianki o przyczynie śmierci. Pewnie nie pisze się takich rzeczy na nagrobku. Tylko słowa: “W Twojej obecności znajdę radość". Coś w tym stylu. Może wiedział coś, co zagrażało komuś innemu. Tak więc... umarł.

- To znaczy, że został zamordowany? Masz zbyt bujną wyobraźnię.

- Ty to zaczęłaś. Wyobrażanie sobie albo zastanawianie się to mniej więcej to samo, prawda?

- Powinniśmy raczej się zastanawiać. Zresztą i tak nic nie odkryjemy. To stało się bardzo dawno temu - odparła Tuppence.

Popatrzyli na siebie.

- Mniej więcej wtedy, kiedy zajmowaliśmy się śledztwem w sprawie Jane Finn - powiedział Tommy.

Wymienili spojrzenia; myślami cofnęli się w przeszłość.

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Problemy

 

O przeprowadzce najczęściej myśli się jak o przyjemnym zajęciu, przy którym będzie można dobrze się bawić. Rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna, niż oczekiwano.

Trzeba odnowić, lub nawiązać kontakty z elektrykami, murarzami, stolarzami, malarzami, tapeciarzami, dostawcami lodówek, kuchenek, urządzeń elektrycznych, z tapicerami, producentami zasłon, ludźmi, którzy je wieszają, którzy kładą linoleum i. dostarczają dywany. Na każdy dzień przypada nie tylko szereg wyznaczonych zadań, ale zazwyczaj od czterech do dwunastu dodatkowych wizyt - albo długo oczekiwanych, albo takich, o których zupełnie zapomniano.

Bywały też chwile, kiedy Tuppence z westchnieniem ulgi ogłaszała, że jakaś część prac została zakończona.

- Myślę, że nasza kuchnia jest już idealna - powiedziała. - Nie znalazłam jeszcze tylko odpowiedniego pojemnika na mąkę.

- A czy to takie ważne? - zapytał Tommy.

Raczej tak. Często kupuje się mąkę w trzyfuntowych torbach, które nie mieszczą się w typowych pojemnikach. Wszystkie są takie filigranowe! No wiesz, Jeden ma ładną różyczkę, inny słonecznik, ale nie zmieści się w nich więcej niż funt mąki. To bez sensu.

W przerwach Tuppence poruszała inną kwestię.

- Wawrzyny - powiedziała kiedyś. - Idiotyczna nazwa dla domu. Nie rozumiem, dlaczego nasz tak się nazywa. Przecież nie rosną tu żadne wawrzyny. Mogliby go nazwać Platan. Platany są takie ładne.

- Mówiono mi, że wcześniej nazywał się Long Scofield - wtrącił Tommy.

- Przecież to nic nie znaczy.

- Kto to był Scofield i kto wtedy mieszkał w tym domu?

- Chyba Waddingtonowie.

- Wszystko mi się myli - stwierdziła Tuppence. - Waddingtonowie, potem Jonesowie - to oni sprzedali nam dom. A wcześniej chyba Blackmorowie? I kiedyś tam Parkinsonowie. Całe mnóstwo Parkinsonów. Coraz częściej na nich natrafiam.

- Jak?

- Pewnie dlatego, że bez przerwy pytam - wyjaśniła Tuppence. - Gdybym dowiedziała się czegoś o Parkinsonach, byłoby łatwiej rozwiązać nasz... nasz problem.

- Dzisiaj na wszystko mówi się “problem". Myślisz o Mary Jordan?

- Właściwie nie tylko. Mamy problem z Parkinsonami, z Mary Jordan i na pewno mnóstwo innych. Mary Jordan nie zmarła z przyczyn naturalnych. A następne zdanie brzmiało: “To było jedno z mis". Czy oznacza to kogoś z rodziny Parkinsonów, czy tylko kogoś mieszkającego w ich domu? Załóżmy, że było dwoje lub troje Parkinsonów, do tego dziadkowie i krewni o innych nazwiskach: ciotki, bratanice, siostrzeńcy, poza tym gospodyni i pokojówka, kucharka, może guwernantka... Jedno z nas oznacza wszystkich mieszkańców domu. W tamtych czasach w jednym domu mieszkało o wiele więcej osób niż dzisiaj. Cóż. Mary Jordan mogła być gospodynią, pokojówką, nawet kucharką. Dlaczego ktoś miałby pragnąć jej śmierci? To znaczy nie naturalnej śmierci? Chodzi mi o to, że ktoś musiał chcieć, żeby zmarła, w innym razie jej śmierć byłaby naturalna, prawda? - Po chwili dodała: - Idę dziś na kolejne spotkanie przy kawie.

- Ciągle na nie chodzisz.

- To bardzo dobry sposób na poznanie naszych sąsiadów i mieszkańców wioski. W końcu nie jest ona zbyt wielka. A ludzie zawsze rozmawiają o swoich starych ciotkach i dawnych znajomych. Spróbuję zacząć od pani Griffin - jest najwyraźniej wybitną osobistością. Rządziła wszystkimi żelazną ręką. Sterroryzowała pastora, lekarza i chyba nawet rejonową pielęgniarkę, nie mówiąc o pozostałych.

- Czy pielęgniarka nie mogłaby ci pomóc?

- Nie sądzę. Nie żyje. To znaczy ta, która pracowała za czasów Parkinsonów już nie żyje, a nowa mieszka tu od niedawna. Nie interesuje się sprawami wioski. Chyba nawet nie znała żadnego Parkinsona.

- Chciałbym, bardzo chciałbym, żebyśmy mogli o nich zapomnieć - westchnął Tommy.

- Bo wtedy nie mielibyśmy problemu?

- O rany! Znowu problem.

- Zupełnie jak Beatrice.

- Co jak Beatrice?

- Ona tak mówi. Choć zaczęło się to od Elizabeth, pamiętasz,. naszej poprzedniej służącej. Zawsze podchodziła do mnie ze słowami: “Och. proszę pani, czy możemy chwilkę porozmawiać? Widzi pani, mam problem". Potem Beatrice zaczęła przychodzić do nas w czwartki i musiała to podłapać. Ona też miała problemy. To tylko sposób mówienia - ale zawsze musi pojawić się problem.

- Dobrze - orzekł Tommy. - Możemy się do tego przyznać. Masz problem. Ja mam problem. Oboje mamy problemy.

Westchnął i wycofał się z pokoju.

Tuppence powoli schodziła po schodach, potrząsając głową. Hannibal podbiegł do niej kręcąc tułowiem i machając ogonem w nadziei na prezent.

- Nie, Hannibal - rzuciła Tuppence. - Byłeś już na spacerze. Dziś rano.

Hannibal oznajmił, że jego pani się myli i że wcale nie był na spacerze.

- Jesteś najgorszym kłamcą pośród psów - stwierdziła Tuppence. - Byłeś na spacerze z tatą.

Hannibal spróbował drugiego podejścia, usiłując swoim zachowaniem pokazać, że każdy pies szedłby na spacer po raz drugi, gdyby tylko miał właściciela, który potrafi dostrzec rzeczy w ich prawdziwym świetle. Wreszcie rozczarowany zbiegi po schodach i zaczął głośno szczekać i udawać, że zamierza dotkliwie ugryźć dziewczynę o potarganych włosach, która trzymała odkurzacz. Nie lubił odkurzacza i nie podobało mu się, że Tuppence tak długo rozmawia z Beatrice.

- Och, niech pani nie pozwoli, żeby mnie ugryzł - zawołała Beatrice.

- Nie ugryzie - odparła Tuppence. - Tylko udaje.

- Myślę, że kiedyś naprawdę to zrobi - powiedziała Beatrice. - Chciałabym porozmawiać z panią chwilkę.

- Och - wyrwało się Tuppence. - Pewnie masz...

- Widzi pani, mam pewien problem.

- Tak myślałam. Jaki to problem? A przy okazji, znasz może rodzinę lub kogokolwiek, kto tu mieszkał, nazwiskiem Jordan?

- Jordan? Nie, właściwie nie. Oczywiście, byli Johnsonowie i... a tak, jeden konstabl nazywał się Johnson. I listonosz. George Johnson. Chodziłam z nim - zachichotała.

- Nie słyszałaś nigdy o Mary Jordan i jej śmierci?

Beatrice jedynie zdziwiła się i potrząsnęła przecząco głową. Wróciła do swoich własnych żalów.

- Ten mój problem, proszę pani...

- A tak, twój problem.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadza pani, że radzę .się w takiej sprawie, ale znalazłam się w niezręcznej sytuacji i nie chciałabym...

- Spróbuj szybko wyjaśnić, o co ci chodzi - przerwała jej Tuppence. - Muszę wyjść na spotkanie.

- Ach, u pani Barber?

- Tak. A więc z czym masz problem?

- Chodzi o płaszcz. Spodobał mi się. Wisiał na wystawie u Simmondsa, więc poszłam go przymierzyć i bardzo mi pasował. Miał małą plamkę na samym dole, ale mnie to nie przeszkadzało. No i...

- Tak? - spytała Tuppence. - I co?

- No i pomyślałam, że pewnie dlatego jest taki tani. Więc go kupiłam. I wszystko było w porządku. Ale kiedy wróciłam do domu, znalazłam doczepioną do niego metkę, a tam zamiast trzy funty siedemdziesiąt pisało sześć funtów. Wie pani, ja nie chciałam oszukiwać, ale nie wiedziałam, co zrobić. Wróciłam do sklepu i zabrałam ze sobą płaszcz. Pomyślałam, że lepiej go oddam i wyjaśnię, że nie miałam zamiaru go zabierać.- A potem dziewczyna, która mi go sprzedała - to bardzo miła dziewczyna, ma na imię Gladys, tylko nie wiem, jak na nazwisko - bardzo się zdenerwowała, a ja powiedziałam: “Nic nie szkodzi, dopłacę różnicę". A na to ona: “Nie, nie możesz tego zrobić, bo już go zaksięgowałam". Rozumie pani? Rozumie pani, o co mi chodzi?

- Tak, tak sądzę - odparła Tuppence.

- Więc ona mówi: “Nie możesz tego zrobić, będę miała kłopoty".

- Dlaczego miałaby mieć jakieś kłopoty?

- No, ja to samo czułam. Chciałam powiedzieć, że przecież, kupiłam go za mniej, ale odniosłam i nie rozumiem, dlaczego akurat ona miałaby mieć przez to jakieś kłopoty. A ona na to, że jeśli ktoś pomylił ceny, a właściciel tego nie zauważył, a jak ja kupiłam płaszcz za złą cenę, to mogli ją wylać.

- Nie zrobiliby tego - powiedziała Tuppence. - Postąpiłaś słusznie. Nie wiem, co jeszcze mogłabyś zrobić.

- No właśnie, proszę pani. Ale ona narobiła tyle zamieszania i zaczęła nawet płakać, że zabrałam płaszcz i teraz nie wiem. Czy oszukałam, czy nic. I co mam zrobić?

- Cóż, chyba jestem za stara na to, by wiedzieć, co robi się w takiej sytuacji w dzisiejszych czasach - stwierdziła Tuppence. W sklepach obowiązują dziwaczne zasady. Ceny są dziwne i wszystko wydaje się skomplikowane. Co zrobiłabym na twoim miejscu? Jeśli chcesz dopłacić, może dasz pieniądze tej dziewczynie, tej Gladys. Może je włożyć do kasy.

- Nie wiem, czy chciałabym to zrobić, bo widzi pani, ona może je zatrzymać dla siebie. A jeśli je zatrzyma, co wcale nie byłoby trudne, to byłoby tak, jakbym ja je ukradła, a przecież wcale ich nie ukradłam. To znaczy, wtedy Gladys by je ukradła. O rany.

- Tak, życie bywa trudne. Bardzo mi przykro, Beatrice, ale naprawdę uważam, że powinnaś sama na coś się zdecydować. Jeśli nic ufasz swojej przyjaciółce...

- Och, ona nie jest moja przyjaciółką. Tylko kupuję u niej. I miło się z nią rozmawia. Ale wie pani, ona nie jest moją prawdziwa przyjaciółką. Chyba miała jakieś problemy w poprzednim miejscu pracy. Mówiono, że zatrzymywała część pieniędzy ze sprzedanych towarów.

- W takim razie na twoim miejscu nic bym nie robiła - stwierdziła trochę zdesperowana Tuppence.

Jej głos zabrzmiał tak zdecydowanie, że do rozmowy włączył się Hannibal. Zaszczekał głośno na Beatrice i skoczył na odkurzacz, który uważał za jednego ze swoich głównych wrogów. “Nie ufam temu odkurzaczowi - powiedział. - Chciałbym go ugryźć".

- Och, bądź cicho. Hannibal. Przestań szczekać. Nie gryź niczego ani nikogo - rzuciła Tuppence. - Okropnie się spóźnię.

Wybiegła z domu.

 

- Problemy - wymruczała, schodząc ze wzgórza i kierując się w stronę Orchard Road. Kiedy szła ulicą. zaczęła się zastanawiać, jak czyniła to już wcześniej. czy kiedykolwiek przy którymś z domów rósł sad. Obecnie wydawało się to nieprawdopodobne.

Pani Barber powitała ją z ogromną przyjemnością. Podsunęła Tuppence przepysznie wyglądające eklery.

- Wspaniałe - oceniła Tuppence. - Kupiła je pani u Betterby'ego?

Byt to miejscowy sklep cukierniczy.

- Och, nie. Upiekła je moja ciotka. Jest cudowna, musi pani wiedzieć. Wspaniale piecze.

- Bardzo trudno zrobić eklery - zauważyła Tuppence.

- Mnie nigdy nie wychodzą.

- Trzeba mieć odpowiednią mąkę. To chyba cały sekret.

Obie panie popijały kawę i rozmawiały o trudach domowych wypieków.

- Pani Bolland wspominała o pani przedwczoraj.

- Tak? - zdziwiła się Tuppence. - Naprawdę? Pani Bolland?

- Mieszka koło prebendy. Jej rodzina osiadła tu dawno temu. Opowiadała, jak przyjeżdżała tu jako dziecko. Zawsze się cieszyła na przyjazd, bo, jak mówiła, w ogrodzie rósł pyszny agrest. I renklody. Dzisiaj już ich pani nie zobaczy - nie te prawdziwe. Są jakieś inne śliwy, ale w smaku ani trochę nie przypominają renklod.

Omówiły problem owoców, które nie smakowały już tak jak dawniej, to znaczy tak, jak zapamiętały z dzieciństwa.

- Mój stryjeczny dziadek miał renklody - powiedziała Tuppence.

- A tak. Czy to ten, który byt kanonikiem w Anchester? Kiedyś mieszkał tam kanonik Henderson, razem ze swoją siostrą. To była bardzo smutna historia. Któregoś dnia jadła placek z makiem i jedno ziarenko dostało jej się nie tam, gdzie trzeba. Dławiła się i dławiła, i wreszcie od tego umarła. Takie to smutne, prawda? Bardzo przygnębiające. Moja kuzynka też zadławiła się na śmierć. Baraniną. To się może łatwo przytrafić. A niektórzy duszą się od czkawki, bo nie mogą przestać. Nie znają starej rymowanki - wyjaśniała pani Barber. - “Jeśli masz czkawkę, weź wody kapkę, bo kapka wody wyleczy twą czkawkę". Trzeba to powiedzieć wstrzymując oddech.

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Kolejne problemy

 

- Czy mogę zamienić z panią słówko, proszę pani?

- O mój Boże - westchnęła Tuppence. - Chyba nie kolejne problemy?

Wyszła z biblioteki i schodziła po schodach, otrzepując się z kurzu. Miała na sobie swój najlepszy kostium. Zamierzała założyć do niego kapelusz z piór i udać się na herbatkę, na którą zaprosiła ją znajoma poznana na wyprzedaży. Nie był to odpowiedni czas na wysłuchiwanie nowych problemów Beatrice.

- Nie, właściwie nie. To tylko coś, o czym chyba chciałaby pani wiedzieć.

- Och - mimo tego zapewnienia Tuppence nadal podejrzewała, że w grę wchodzi jakiś zakamuflowany problem. Zeszła ostrożnie na dół. - Trochę się śpieszę. Muszę wyjść do znajomej.

- To w związku z osobą, o którą pani pytała. Nabywała się Mary Jordan, prawda? Najpierw myślałyśmy, że może Mary Johnson. Wie pani, na poczcie pracowała Holinda Johnson, tyle że to było dawno temu.

- Tak - powiedziała Tuppence. - Był jeszcze policjant nazwiskiem Johnson, jak ktoś mi mówił.

- No więc ta moja przyjaciółka, Gwenda, pani wie, pracuje w sklepie. Po jednej stronie jest biuro poczty, a po drugiej sprzedają koperty i sprośne kartki, a przed Bożym Narodzeniem nawet porcelanę...

- Wiem - przerwała Tuppence. - Nazywa się “U pani Garrison" albo podobnie.

- Tak, ale teraz nie prowadzi go już żadna pani Garrison, tylko ktoś zupełnie inny. Ta moja koleżanka, Gwenda, pomyślała sobie, że pani chciałaby wiedzieć, że ona słyszała o jakiejś Mary Jordan, co to mieszkała tu bardzo dawno temu. Bardzo, bardzo dawno. Tu mieszkała, znaczy się w tym domu.

- Och, w Wawrzynach?

- Wtedy tak się nie nazywał. Coś słyszała o tej Mary, tak mówiła. I pomyślała, ze panią to zainteresuje. Łączyła się z nią jakaś smutna historia, wypadek czy coś. No i zmarła.

- To znaczy, że w chwili śmierci mieszkała w tym domu? Czy należała do rodziny?

- Nie. Ta rodzina nazywała się chyba Parker. Było ich wielu, Parkerów albo Parkinsonów. Ona tu tylko mieszkała przez jakiś czas. Pewnie pani Griffin wie o niej. Zna pani panią Griffin?

- Słabo - odparta Tuppence. - Do niej właśnie wybieram się na herbatę. Przedwczoraj rozmawiałyśmy na wyprzedaży. Nie spotkałam jej wcześniej.

- Jest bardzo stara. Starsza, niż wygląda, ale myślę, że ma bardzo dobrą pamięć. Zdaje się, że jeden z chłopców Parkinsonów był jej chrześniakiem.



dalej


strona główna
(23kB)