(23kB)
strona główna

 

AGATHA CHRISTIE

"Spotkanie w Bagdadzie"

 

przełożyła: Anna Mencwel

 

Rozdział pierwszy

 

I

 

Kapitan Crosbie wyszedł z banku wyraźnie zadowolony; jak człowiek, który realizując czek, przekonał się, że ma na koncie więcej, niż się spodziewał.

Kapitan Crosbie często sprawiał wrażenie zadowolone-go z siebie. Taki już był. Niewysoki, krępy, z różową twarzą i nastroszonym wojskowym wąsikiem. Krok miał godny, ubierał się może zbyt krzykliwie. Gawędziarz, lubiany w towarzystwie. Kawaler o pogodnym, miłym usposobieniu, ot, zwykły, niczym niewyróżniający się mężczyzna. Setki takich jak Crosbie można spotkać na Wschodzie.

Wyszedł na ulicę Bankową, gdzie, jak sama nazwa wskazuje, mieściła się większość tutejszych banków. W chłodnym gmachu banku panował półmrok i zalatywało stęchlizną. Na zapleczu terkotały maszyny do pisania zagłuszające inne dźwięki.

Na ulicy Bankowej w ostrym słońcu wirował kurz, pano-wał nieopisany harmider. Samochody trąbiły wściekle, przekupnie przekrzykiwali się jak szaleni. Gdzieniegdzie w małych grupkach toczyły się zacięte spory ludzi sprawiających wrażenie, jakby chcieli skoczyć sobie do gardła, a na-prawdę będących za pan brat. Mężczyźni i chłopcy z tacami przemykali ulicą, sprzedając wszelkiego rodzaju towary: prawidła, cukierki, pomarańcze, banany, ręczniki, grzebie-nie, żyletki i Bóg wie co jeszcze. Co chwila ktoś kaszlał i spluwał. Nad tym wszystkim unosiło się wysokie, smętne zawodzenie mężczyzn prowadzących osły i konie, którzy przepychali się przez strumień pojazdów i przechodniów nawołując: “Balek, balek!".

Była jedenasta rano w Bagdadzie.

Kapitan Crosbie zatrzymał chłopaczka pędzącego ze stertą gazet i kupił jakiś dziennik. Z ulicy Bankowej skręcił w ulicę Raszida, główną arterię miasta, ciągnącą się prawie cztery mile wzdłuż rzeki Tygrys.

Rzucił okiem na nagłówki, wsunął gazetę pod pachę, przeszedł jakieś dwieście metrów, po czym zboczył w małą uliczkę wiodącą na rozległy chan. Po drugiej stronie dzie-dzińca znajdowały się drzwi z mosiężną tabliczką. Crosbie wszedł do środka i znalazł się w jakimś biurze.

Schludny iracki urzędnik przerwał pisanie na maszynie i wyszedł mu z uśmiechem naprzeciw.

- Witam, panie kapitanie. Czym mogę służyć?

- Pan Dakin jest u siebie? Dobrze, pójdę do niego.

Wszedł na górę po spadzistych schodach i znalazł się w brudnym korytarzu. Podszedł do drzwi znajdujących się na końcu, zapukał.

- Proszę - usłyszał w odpowiedzi.

Crosbie wszedł do pokoju. Było to wysokie pomieszcze-nie, skromnie umeblowane. Piec olejowy, na nim spodek z wodą, długa niska kanapa, przed nią stoliczek, dalej duże zniszczone biurko. Starannie zasłonięte okna nie wpuszczały dziennego światła, wnętrze oświetlała lampa. Za zniszczo-nym biurkiem siedział nie mniej zaniedbany mężczyzna

o niezdecydowanej, znużonej twarzy człowieka, który wie, że nie radzi sobie z życiem, i machnął na wszystko ręką.

Obaj mężczyźni, pogodny, pewny siebie Crosbie i smęt-ny, znużony Dakin, zmierzyli się wzrokiem.

- Witam, Crosbie - powiedział Dakin. - Wrócił pan z Kirkuku?

Tamten skinął głową. Starannie zamknął za sobą drzwi. Te odrapane drzwi, z których złaziła farba, miały jedną nieoczekiwaną zaletę: były doskonale dopasowane, bez naj-mniejszej szczeliny na dole.

Dźwiękoszczelne.

Kiedy się zamknęły, zachowanie obu mężczyzn uległo pewnej zmianie. Kapitan Crosbie stał się mniej energiczny i pewny siebie. Dakin zaś mniej się garbił i nie wyglądał już tak niezdecydowanie. Gdyby ktoś przysłuchiwał się ich rozmowie, byłby zdziwiony, że to Dakin jest zwierzchnikiem.

- Coś nowego, sir? - spytał Crosbie.

- Tak - westchnął Dakin. Miał przed sobą jakiś papier. Wskazał na dwa inne listy i powiedział:

- To się odbędzie w Bagdadzie.

Następnie zapalił zapałkę, przyłożył ogień do papieru i przyglądał się, jak płonie. Kiedy papier się zwęglił, dmuch-nął ostrożnie i popiół rozprószył się wokoło.

- Tak - powtórzył. - Wyznaczono Bagdad. Na dwudzieste-go w przyszłym miesiącu. Mamy “zachować ścisłą tajność".

- Na suku mówi się o tym już od trzech dni - stwierdził sucho Crosbie.

Przez twarz wysokiego mężczyzny przemknął charakte-rystyczny dla niego znużony uśmiech.

- Ściśle tajne! Nie ma rzeczy ściśle tajnych na Wscho-dzie, nieprawdaż, Crosbie?

- Nie ma, sir. Jeśli chce pan znać moje zdanie, to ni-gdzie nie ma rzeczy ściśle tajnych. W czasie wojny fryzjer

w Londynie wiedział często więcej od naczelnego do-wództwa.

- To nie ma takiego znaczenia w tej sprawie. Jeśli spot-kanie ma się odbyć w Bagdadzie, to wkrótce trzeba to po-dać do wiadomości publicznej. I wtedy dopiero się zacznie, zwłaszcza dla nas.

- Myśli pan, że w ogóle do tego dojdzie? - spytał Crosbie sceptycznie. - Czy wujek Joe - to pozbawione respektu określenie odnosiło się do przywódcy wielkiego mocarstwa europejskiego - rzeczywiście zamierza przyjechać?

- Chyba tym razem tak, Crosbie - powiedział Dakin z namysłem. - Tak, chyba tak. I jeśli spotkanie przebie-gnie... przebiegnie bez zakłóceń... cóż, to mogłoby być ra-tunkiem dla... wszystkiego. Jeśli tylko można osiągnąć porozumienie... - urwał.

Twarz Crosbiego wciąż wyrażała sceptycyzm.

- Czy... proszę mi wybaczyć, sir, czy to w ogóle możliwe?

- W takim sensie, jak pan to rozumie, Crosbie, zapewne nie! Jeśli chodziłoby tylko o zbliżenie dwóch ludzi reprezentujących całkowicie odmienne ideologie, prawdopodobnie cała sprawa skończyłaby się tak jak zwykle: jeszcze większą nieufnością, jeszcze większym antagonizmem. Ale jest trzeci element. Jeśli ta niesamowita opowieść Carmichaela jest prawdziwa...

Nie dokończył zdania.

- Nie wierzę w nią, sir. Jest stanowczo zbyt niesamowita!

Dakin milczał przez chwilę. Widział wyraźnie szczerą, za-troskaną twarz, słyszał cichy, bezbarwny głos, opowiadający niemieszczącą się w głowie historię. I pomyślał dokładnie tak jak wtedy: “Albo mój najlepszy, najbardziej godny zaufania człowiek zwariował, albo to wszystko prawda... ".

Po chwili odezwał się tym samym cichym, melancholij-nym głosem:

- Carmichael wierzył w to. Jego odkrycia potwierdziły przypuszczenia. Chciał tam jechać, żeby znaleźć coś więcej,

mieć dowody. Nie wiem, czy to było rozsądne z mojej stro-ny, ale go puściłem. Jeżeli nie wróci, zostanie tylko moja wersja relacji Carmichaela, która z kolei jest wersją tego, co ktoś jemu opowiedział. Czy to wystarczy? Bardzo wątpię. Jest to, jak sam pan mówi, tak niesamowita historia... Ale jeśli Carmichael we własnej osobie znajdzie się tutaj, w Bagdadzie, dwudziestego, i opowie swą własną wersję, jako naoczny świadek, i przedstawi dowody...

- Dowody? - przerwał gwałtownie Crosbie. Dakin skinął głową.

- Tak, ma dowody.

- Skąd pan wie?

- Szyfr. Wiadomość dotarła przez Salah Hassana. I zacy-tował starannie: “Biały wielbłąd z ładunkiem owsa przechodzi przez przełęcz".

Urwał i po chwili mówił dalej:

- A wiec Carmichael zdobył to, po co pojechał, ale podejrze-wano go od samego początku. Są na jego tropie. Pójdą za nim wszędzie i, co o wiele niebezpieczniejsze, będą na niego czekać, tutaj. Najpierw na granicy. A jeśli przejdzie granicę, wtedy kor-don otoczy ambasady i konsulaty. Niech pan posłucha.

Poszperał w papierach na biurku i przeczytał na głos:

- Anglik podróżujący samochodem z Persji do Iraku za-strzelony, prawdopodobnie napad bandycki. Kupiec kur-dyjski powracający z gór schwytany w zasadzkę, zabity. In-ny Kurd, Abdul Hassan, podejrzany o przemyt papierosów, zastrzelony przez policję. Zwłoki mężczyzny, zidentyfiko-wane później jako armeńskiego kierowcy ciężarówek, znalezione na szosie Rowanduz. Wszyscy, niech pan zauważy, mają podobny rysopis. Wzrost, waga, włosy, budowa pasu-ją do Carmichaela. Oni nie zdają się na los. Szukają go. Kie-dy znajdzie się w Iraku, niebezpieczeństwo będzie jeszcze większe. Ogrodnik w ambasadzie, służący w konsulacie, urzędnik na lotnisku, cle, stacji kolejowej... hotele pod ob-serwacją... Kordon, i to zwarty.

Crosbie uniósł brwi.

- Sądzi pan, że to ma aż taki zasięg?

-Nie ma żadnych złudzeń. Nawet u nas są przecieki. I to jest najgorsze. Skąd mam mieć pewność, że nasz plan ściągnięcia bezpiecznie Carmichaela do Iraku nie jest już w rę-ku nieprzyjaciela? Zna pan przecież podstawową zasadę: mieć swojego człowieka w obozie przeciwnika.

- Czy jest ktoś... kogo pan podejrzewa? Dakin powoli pokręcił głową. Crosbie westchnął.

- A tymczasem - spytał - gramy dalej?

-Tak.

- A co z Croftonem Lee?

- Ma przyjechać do Bagdadu.

- Wszyscy przyjeżdżają do Bagdadu - powiedział Cros-bie. - Nawet wujek Joe, pańskim zdaniem, sir. Ale jeżeli cokolwiek stanie się prezydentowi w czasie jego pobytu tu-taj, bomba pójdzie w górę z całym impetem.

- Nic się nie może stać - odparł Dakin. - To należy do nas. Dopilnować, żeby nic się nie stało.

Kiedy Crosbie wyszedł, Dakin wciąż jeszcze siedział po-chylony nad biurkiem. Wymamrotał pod nosem:

- Przyjeżdżają do Bagdadu...

Na bibule narysował koło, pod nim napisał: “Bagdad", potem w różnych punktach naszkicował wielbłąda, samo-lot, parowiec, małą dymiącą lokomotywę - zbiegające się na okręgu. Następnie w rogu narysował pajęczynę. W środ-ku pajęczyny napisał: “Anna Scheele". Pod spodem posta-wił wielki znak zapytania.

Po czym wziął kapelusz i wyszedł z biura. Na ulicy Raszida ktoś pokazał na niego i zapytał, co to za jeden.

- Ten? Och, to Dakin. Z koncernu naftowego. Fajny fa-cet, ale nic mu się nie udaje. Oferma. Podobno pije. Tacy jak on nigdy do niczego nie dojdą. W tej części świata, żeby coś osiągnąć, trzeba mieć ikrę.

 

Rozdział drugi

 

I

 

Victoria Jones siedziała na ławce w Fitzjames Gardens. Była całkowicie pochłonięta rozmyślaniem, a właści-wie moralizowaniem; rozstrzygała bowiem kwestię, jakie straty może ponieść człowiek, jeśli wykorzysta swój talent w nieodpowiednim momencie.

Victoria, tak jak większość ludzi, miała zalety i wady. Jej dobre strony to wielkoduszność, dobre serce i odwaga. Miała w sobie naturalną skłonność do ryzyka, co może być uznane za zaletę lub wadę, zależnie od punktu widze-nia; nasz wiek na przykład ceni sobie wysoko takie warto-ści jak spokój i bezpieczeństwo. Zasadniczą jej wadą była skłonność do kłamstw w każdej dosłownie sytuacji. Nie mogła oprzeć się urojeniom i przedkładała je zawsze nad rzeczywistość. W kłamstwie wykazywała płynność, łatwość i artystyczny wręcz zapał. Jeśli spóźniała się na spotkanie (co często miało miejsce), nie zadowalała się wybąkaniem jakiejś wymówki w rodzaju: “stanął mi zegarek" (co się zdarzało) albo “nie mogłam się doczekać auto-busu". Wolała wdać się w kłamliwe wyjaśnienia, że słoń

zbiegł z zoo i zatarasował jezdnię albo że była świadkiem przerażającego włamania do sklepu i pomagała policji. Dla Victorii świat, w którym tygrysy czaiłyby się na Strandzie, a niebezpieczni bandyci szaleliby na Tooting, byłby naprawdę wspaniały.

Była smukłą dziewczyną o wdzięcznej postaci i świet-nych nogach. Twarz miała szczerą, rysy drobne i czyste. By-ła w niej jednak pewna przewrotność. Ta “buźka z gumy" -jak nazwał ją jeden z wielbicieli - umiała na zawołanie wykrzywić twarz i zdumiewająco przedrzeźniać każdego.

I ten właśnie talent wpędził Victorię w obecne tarapaty. Zatrudniona jako maszynistka u pana Greenholtza w fir-mie Greenholtz, Simmons and Lederbetter na Graysholme Street, W. C.2, Victoria zabijała poranną nudę, zabawiając trzy inne maszynistki i gońca przedstawianiem pani Green-holtz odwiedzającej męża w biurze. Czuła się bezpiecznie, przekonana, że pan Greenholtz udał się do swych ajentów, i dawała upust fantazji.

- Dlaczego nie zgadzasz się na tę kozetkę Knole'a, tatuś-ku? - mówiła Victoria wysokim płaczliwym głosem. - Pani Dievtakis kupiła sobie stalowoniebieską. Twierdzisz, że nas nie stać? W takim razie dlaczego zapraszasz tę blondynkę na kolację i dansingi, co? Myślisz, że nie wiem? Ale jak ty chodzisz z blondyną, to ja będę miała kozetkę i wszystko w śliwkowym kolorze, i złote poduszki. A kiedy mówisz, że idziesz na służbową kolację, robisz z siebie durnia... tak... i wracasz ze szminką na koszuli. Więc będę miała kozetkę Knole'a i zamówię sobie futrzaną pelerynkę... przepiękną pelerynkę... zupełnie jak z norek, ale nie prawdziwe norki, i kupię ją bardzo tanio, świetny zakup...

Nagły spadek zainteresowania publiczności, która po-czątkowo siedziała jak w transie, a teraz, jak zmówiona, szybko podjęła pracę, kazał Victorii przerwać przedstawie-nie. Ujrzała pana Greenholtza, który stał w drzwiach z wbi-tym w nią wzrokiem.

Victoria, której nic innego nie przyszło do głowy, krzyk-nęła tylko: “Och!".

Pan Greenholtz chrząknął.

Zrzucił płaszcz, skierował się do swego gabinetu i trza-snął drzwiami. Prawie natychmiast rozległ się dzwonek, dwa krótkie i jeden długi sygnał - wzywał Victorię.

- To po ciebie, Jones - zauważyła niedbale koleżanka Victorii z błyskiem radości w oku, która zwykle towarzyszy niepowodzeniom bliźniego. Pozostałe maszynistki dzieliły to uczucie wykrzykując: “Dostanie ci się, Jones" i “Będą kło-poty, Jones". Wstrętny goniec przejechał tylko palcem po gardle i wydał ponury jęk.

Victoria wzięła notes, ołówek i pomknęła do pana Greenholtza, zbierając po drodze resztki pewności siebie.

- Pan mnie wzywał? - bąknęła, patrząc na niego nie-winnie.

Pan Greenholtz miętosił trzyfuntowe banknoty i szukał po kieszeniach drobnych.

- A, jest pani - zauważył. - Mam pani dość, młoda da-mo. Co pani na to, żebym wypłacił pani tygodniowe pobory i wyrzucił panią, tak jak pani stoi, bez wymówienia?

Victoria (która była sierotą) już otworzyła usta, by wytłu-maczyć, jak to krytyczny stan matki przechodzącej ciężką operację doprowadził ją do ogłupienia i jak to ze swojej skromnej pensji musi utrzymać rodzinę, ale spotkawszy nieprzyjazne spojrzenie pana Greenholtza, zmieniła za-miar i zamknęła usta.

- Całkowicie się z panem zgadzam - odparła miłym, ciepłym głosem. - Ma pan zupełną rację.

Pan Greenholtz wyraźnie osłupiał. Nie był przyzwycza-jony, by jego zwolnienia z pracy przyjmowano z takim entuzjazmem i zrozumieniem. By ukryć lekkie zmieszanie, przebierał w monetach leżących na biurku. Znowu zaczął szperać po kieszeniach.

- Brakuje dziewięciu pensów - zauważył ponuro.

- Drobiazg - rzekła uprzejmie Victoria. - Będzie pan miał na kino albo na cukierki.

- Chyba też nie mam żadnych znaczków.

- Nie szkodzi. Nie piszę listów.

- Mógłbym pani dosłać - stwierdził pan Greenholtz bez przekonania.

- Proszę się nie kłopotać. A co z referencjami? Pan Greenholtz znów zawrzał gniewem.

- Dlaczego, u diabła, miałbym dawać pani referencje? - zapytał z wściekłością.

- Taki jest obyczaj - odparła Victoria. Pan Greenholtz przysunął do siebie kartkę i nagryzmolił parę słów. Cisnął jej kartkę.

- To pani wystarczy?

“Panna Jones pracowała w mojej firmie przez dwa mie-siące jako stenotypistka. Stenografuje niedokładnie i robi błędy. Została zwolniona z powodu trwonienia czasu".

Victoria skrzywiła się.

- Trudno to nazwać rekomendacją - zauważyła.

- Bo też i nie miała to być rekomendacja.

- Powinien pan co najmniej stwierdzić - powiedziała Victoria - że jestem uczciwa, rozsądna i że można na mnie polegać. Bo tak jest. Mógłby pan jeszcze dodać, że jestem dyskretna.

- Dyskretna? - zakrzyknął pan Greenholtz.

Wytrzymała jego spojrzenie z niewinną minką.

Mając w pamięci rozmaite listy pisane przez Victorię, pan Greenholtz doszedł do wniosku, że nawet człowiek głęboko urażony musi zachować przezorność.

Sięgnął po kartkę, podarł ją i sporządził nowe pisemko.

“Panna Jones pracowała w mojej firmie przez dwa mie-siące jako stenotypistka. Została zwolniona z powodu redukcji personelu".

- A teraz?

- Mogło być lepiej - powiedziała Victoria. - Ale ujdzie.

Oto dlaczego Victoria, zaopatrzona w tygodniową pen-sję (bez dziewięciu pensów), siedziała, rozmyślając, na ław-ce w Fitzjames Gardens. Był to trójkątny plac, na którym posadzono byle jakie krzaki wokół kościoła i nad którym górował jakiś wielki magazyn.

Victoria zazwyczaj (jeśli nie padało) kupowała sobie w barze jedną kanapkę z serem i jedną z sałatą i pomido-rem, po czym zjadała swój niewyszukany lunch w tej niby--wiejskiej scenerii.

Tego dnia, przeżuwając w zamyśleniu kanapki, mówiła sobie, zresztą nie po raz pierwszy, że wszystko należy robić w odpowiednim czasie i miejscu, a biuro zdecydowanie nie jest odpowiednim miejscem na przedrzeźnianie żony szefa. W przyszłości musi okiełznać swą wybujałą fantazję; co za licho podkusiło ją, by popisywać się w nudnym biurze? W każdym razie uwolniła się od firmy Greenholtz, Simmons and Lederbetter, a perspektywa otrzymania zajęcia w innym miejscu napełniała ją miłym uczuciem oczekiwa-nia. Victoria zawsze była wniebowzięta, kiedy miała podjąć nową pracę. Nigdy nie wiadomo - myślała sobie - co się człowiekowi przydarzy.

Kiedy wyrzuciła resztki chleba trzem czatującym wró-blom, które natychmiast zaczęły gwałtownie wyrywać so-bie okruszyny, zdała sobie nagle sprawę, że na drugim koń-cu ławki siedzi jakiś chłopak. Zauważyła go już wcześniej kątem oka, ale mając zajętą głowę świetnymi planami na przyszłość, nie przyjrzała mu się dokładnie. To, co widziała teraz (zezując z boku), bardzo jej się podobało. Był to przy-stojny chłopak, z jasnymi włosami niczym cherubin, silnie zarysowaną brodą i niezwykle błękitnymi oczami, które, jak się jej zdawało, wpatrywały się w nią od jakiegoś czasu z ukrytym podziwem.

Victoria nie miała żadnych zastrzeżeń do zawierania znajomości w miejscach publicznych. Uważała się za doskonała znawczynię ludzi, potrafiącą odróżnić wszelkie ob-jawy zuchwałości ze strony nieżonatych mężczyzn.

Uśmiechnęła się szeroko, a chłopak odpowiedział na jej uśmiech jak pociągnięta za sznurek marionetka.

- Dzień dobry - odezwał się. - Ładnie tutaj. Często tu przychodzisz?

- Właściwie codziennie.

- Co za pech, że nigdy przedtem tu nie zaszedłem. To był twój lunch?

-Tak.

- Za mało jesz. Umarłbym z głodu po marnych dwóch kanapkach. A gdybyśmy tak poszli na kiełbasę do baru na Tottenham Court Road?

- Nie, dziękuję. Najadłam się. Nie mogłabym już nic przełknąć.

Oczekiwała, że powie: “Może innym razem", ale nie po-wiedział. Westchnął tylko i dodał:

- Mam na imię Edward, a ty?

- Victoria.

- Na cześć dworca kolejowego?

- Victoria nie jest tylko nazwą dworca - sprostowała. - Jest jeszcze królowa Victoria.

- No tak. Jak masz na nazwisko?

- Jones.

- Victoria Jones - powiedział Edward, sprawdzając, jak to brzmi. Pokręcił głową. - Nie pasuje mi.

- Masz rację - powiedziała żywo Victoria. - Gdybym miała na imię Jenny, brzmiałoby fajnie: Jenny Jones. Ale Victoria wymaga czegoś z większą klasą. Na przykład Victoria Sackville-West. Coś takiego. To musi wibrować w ustach.

- Można coś doczepić do nazwiska Jones - stwierdził Edward pocieszająco.

- Bedford Jones.

- Carisbrooke Jones.

- St. Clair Jones.

- Lonsdale Jones.

Edward przerwał tę miłą zabawę, spoglądając na zega-rek i wydając okrzyk zgrozy.

- Muszę lecieć do mojego przeklętego szefa... a ty?

- Jestem bez pracy. Dzisiaj wyleciałam.

- Och, to okropne - powiedział Edward z prawdziwą troską.

- Zaoszczędź sobie współczucia, bo wcale się nie mar-twię. Po pierwsze, bez problemu znajdę coś innego, a po drugie, nieźle się uśmiałam.

I Victoria zatrzymała jeszcze trochę Edwarda, relacjonu-jąc barwnie, ku jego wielkiemu ubawieniu, poranną scenę w biurze i odgrywając ponownie panią Greenholtz.

- Jesteś naprawdę cudowna, Victorio - powiedział. - Po-winnaś grać na scenie.

Przyjęła komplement z pełnym zadowolenia uśmie-chem i zauważyła, że Edward musi lecieć, bo inaczej i jego wyleją.

- Tak, a ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie znajdę tak łatwo innej pracy. Być dobrą stenotypistką, to jest coś! -stwierdził Edward z zazdrością w głosie.

- Tak naprawdę to wcale nie jestem dobrą stenotypistką - przyznała szczerze Victoria. - Ale na szczęście dzisiaj nawet najbardziej kiepska stenotypistką znajdzie sobie jaką ta-ką pracę, w każdym razie w szkolnictwie czy towarzystwie dobroczynnym, nie mogą przyzwoicie zapłacić, więc biorą takie jak ja. Najbardziej mi odpowiada praca w jakimś towa-rzystwie naukowym. Te wszystkie naukowe nazwy i określe-nia są tak straszne, że jeśli człowiek nie wie, jak je napisać, to żaden wstyd, bo nikt tego nie potrafi. A co ty robisz? Chyba jesteś po służbie wojskowej. Służyłeś w RAF-ie?

- Zgadłaś.

- Jako pilot bojowy?

- Znów zgadłaś. Są w stosunku do nas bardzo przyzwoici, starają się nam znaleźć pracę i tak dalej, ale, widzisz, ca-ły kłopot w tym, że inteligencja nie jest naszą mocną stro-ną. W RAF-ie to niepotrzebne. Posadzili mnie za biurkiem, z kupą papierków i cyfr, i jeszcze kazali mi myśleć, a ja po prostu odpadłem. To wszystko zresztą nie miało żadnego sensu. Ale tak to jest. Głupio ci, kiedy widzisz, że jesteś ab-solutnie do niczego.

Victoria pokiwała głową ze współczuciem. Edward mó-wił dalej z goryczą:

- Ludzie na marginesie. Wyłączeni. W czasie wojny by-ło wszystko w porządku... spisywaliśmy się nieźle... ja na przykład dostałem odznaczenie DFC... ale teraz... równie dobrze mógłbym nie istnieć.

- Musi przecież być...

Nie dokończyła. Nie potrafiła wyrazić słowami swego przekonania, że dla przymiotów przynoszących kiedyś odznaczenia powinno znaleźć się jakieś miejsce w świecie lat pięćdziesiątych.

- To mnie trochę przybiło - powiedział Edward. - Fakt, że się do niczego nie nadaję. No, muszę lecieć... ale... czy była-byś zła... czy nie uznasz tego za bezczelność... gdybym...

Victoria szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, gdy Edward, jąkając się i czerwieniejąc, wskazywał na aparat fotograficzny.

- Tak bardzo chciałbym mieć twoje zdjęcie. Widzisz, ju-tro jadę do Bagdadu.

- Do Bagdadu? - zawołała Victoria z wyraźnym rozcza-rowaniem.

- Tak. Naprawdę wolałbym nie jechać... teraz. Jeszcze dziś rano byłem szczęśliwy... Znalazłem sobie tę pracę... że-by się stąd ulotnić.

- Co to za praca?

- Dość okropna. Kultura... poezja, tego rodzaju rzeczy.

Moim szefem jest doktor Rathbone; medale, wyróżnienia; chodzące uduchowienie; patrzy na ciebie przez pincenez. Jego pasją jest wzlot duchowy, rozpowszechnia po świecie te swoje ideały. Otwiera księgarnie na końcu świata - teraz w Bagdadzie. Ma tłumaczenia dzieł Szekspira i Miltona na arabski, kurdyjski, perski i armeński, wszystko pod ręką. To głupota, moim zdaniem, bo British Council wszędzie ro-bi dokładnie to samo. No, ale tak już jest. Żyję z tego, więc nie powinienem narzekać.

- Co ty właściwie robisz?

- Na dobrą sprawę, jestem chłopcem do wszystkiego. Kupuję bilety, wypełniam kwestionariusze paszportowe, sprawdzam paczki z tymi okropnymi dziełkami poetycki-mi, biegam tu, tam i siam. A kiedy już jesteśmy na miejscu, moim zadaniem jest bratać ze sobą, to jeden z chlubnych celów młodzieży, ludzi wszystkich narodów, by w jedności wznosili się na wyżyny ducha... - Edward stawał się coraz bardziej melancholijny.

- Prawdę mówiąc, to wszystko jest dość upiorne. Victoria nie była w stanie dodać mu otuchy.

- Sama widzisz - powiedział Edward. - Jeśli nie masz mi za złe... jedno z profilu i jedno enface... ach... wspaniale...

Rozległy się dwa pstryknięcia i Victoria chętnie zamru-czałaby jak kotka z zadowolenia, jak każda młoda kobieta, która wie, że zrobiła wrażenie na atrakcyjnym przedstawi-cielu odmiennej płci.

- To naprawdę okropne, że muszę wyjechać akurat teraz, kiedy poznałem ciebie - powiedział Edward. - Korci mnie, żeby machnąć na to ręką... ale chyba nie mogę... tak w ostatniej chwili... po tych wszystkich obrzydliwych formularzach i wizach, i w ogóle. To nie byłoby najlepsze zagranie.

- Może nie będzie tak źle, jak myślisz - pocieszyła go Victoria.

- No, nie wiem - rzekł z powątpiewaniem Edward.

- Wiesz, to zabawne - dodał - ale mam uczucie, że coś tu gdzieś nie gra.

- Nie gra?

- Jakby było coś nieuczciwego. Nie wiem, dlaczego tak mi się wydaje. Nie mam żadnych podstaw. Po prostu takie odczucie, to się zdarza. Kiedyś miałem podobną historię z pojemnikiem paliwa. Więc zacząłem przeglądać całe to piekielne urządzenie i okazało się, że pierścień się zaklino-wał w zapasowej pompie.

Victoria nic nie zrozumiała z tych technicznych szczegó-łów, ale podjęła myśl przewodnią.

- Uważasz, że on jest oszustem... ten Rathbone?

- To mi się w głowie nie mieści. Człowiek tak niesamo-wicie przyzwoity i wykształcony, i należący do tych wszystkich towarzystw, za pan brat z różnymi biskupami i dyrektorami szkół. Nie. Mam tylko takie odczucie... zresztą czas pokaże. No, to na razie! Szkoda, że nie je-dziesz ze mną.

- Szkoda - westchnęła.

- Jakie masz plany?

- Pójdę do agencji St. Guildric na Gower Street i poszu-kam pracy.

- Do widzenia, Victorio. Partir, c'est mourir un peu - do-dał Edward z mocnym brytyjskim akcentem. - Te francu-skie fircyki znają się na rzeczy. Nasi tylko plotą bzdury, że rozstania są rozkosznym cierpieniem, głupie osły.

- Do widzenia Edwardzie. Powodzenia!

- Założę się, że już nigdy o mnie nie pomyślisz.

- A może się mylisz...

- Jesteś zupełnie inna od wszystkich dziewczyn, które znałem. Chciałbym tylko... - Zegar wybił kolejny kwadrans i Edward zawołał: - O rety... muszę lecieć...

Ulotnił się błyskawicznie i zniknął w wielkiej paszczy Londynu. Victoria została sama na ławce. Jej myśli biegły dwoma odrębnymi torami.

Jeden - to wątek Romea i Julii. W jej odczuciu ona, i Edward byli w sytuacji podobnej do nieszczęśliwej pary, choć zapewne Romeo i Julia wyrażali swe uczucia bardziej wyszukanym językiem. Ale sytuacja, myślała Victoria, była taka sama. Spotkanie, natychmiastowe oczarowanie... zniweczenie... dwa kochające serca rozłączone. Przypomniała sobie wierszyk, który kiedyś często mówiła jej niania:

 

Kocham cię - powiedział do Alicji Jumbo,

Nie wierzę - powiedziała Alicja do Jumbo,

Ty nie kochasz mnie naprawdę tak jak mówisz, bo

Chcesz jechać do Ameryki i zostawić mnie w zoo.

 

Wystarczy zastąpić Amerykę Bagdadem i jesteśmy w domu!

Wstała, strząsnęła okruchy z kolan i szybkim krokiem opuściła FitzJames Gardens, kierując się na Gower Street. Podjęła dwie decyzje: po pierwsze, stwierdziła, że zakochała się w Edwardzie i że go zdobędzie.

Po drugie, zdecydowała, że skoro Edward będzie wkrótce w Bagdadzie, to jej nie pozostaje nic innego, jak też pojechać do Bagdadu. Zastanawiała się właśnie, jak to można zrobić. Że można to zrobić w taki lub inny sposób, nie miała żadnych wątpliwości. Była kobietą pełną optymizmu i o silnym charakterze. Powiedzenie, że rozstania są rozkosznym cierpieniem, wydało jej się równie sentymentalne co Edwardowi.

"Tak czy inaczej - powiedziała do siebie Victoria - muszę dostać się do Bagdadu!".

 

II

 

- Czy ma pani sprawozdania z udziałów Krugenhorfa, panno Scheele?

- Tak, proszę pana.

Panna Scheele, osoba chłodna i sprawna, podała szefo-wi dokumenty.

Pan Morganthal czytał je, mrucząc pod nosem.

- Chyba wszystko w porządku.

- Z całą pewnością, proszę pana.

- Jest tu Schwartz?

- Czeka w drugim biurze.

- Proszę go zaraz do mnie sprowadzić.

Panna Scheele nacisnęła jeden z sześciu dzwonków.

- Będę panu potrzebna?

- Nie, nie sądzę, panno Scheele.

Anna Scheele wysunęła się bezszelestnie z pokoju.

Była pozbawioną wdzięku platynową blondynką. Miała jasne, lniane włosy ściągnięte w zgrabny węzeł na karku. Nosiła silne okulary, spod których spoglądały bystre, jasno-niebieskie oczy. Jej twarz o czystych, drobnych rysach była całkowicie bez wyrazu. Wszystko, do czego doszła, zdobyła sprawnością, a nie wdziękiem. Miała niebywałą pamięć, potrafiła zapamiętać rzeczy najbardziej skomplikowane, cytowała nazwiska, daty i cyfry bez korzystania z jakichkol-wiek notatek. To ona sterowała olbrzymim zespołem firmy, a robiła to tak zręcznie, że wszystko funkcjonowało jak w dobrze naoliwionej maszynie. Była chodzącą dyskrecją, zawsze pełna energii, którą potrafiła trzymać w ryzach i kontrolować.

Otto Morganthal, stojący na czele międzynarodowej fir-my bankowej Morganthal, Brown and Shipperke, zdawał sobie świetnie sprawę, że tego, co zawdzięcza Annie Scheele, nie może wyrazić za pomocą żadnych pieniędzy. Miał do niej bezwzględne zaufanie. Jej pamięć, doświadczenie, trafność sądu, jej zrównoważony chłodny umysł - były bezcenne. Pła-cił jej wysoką pensję i zapłaciłby bez wahania więcej, gdyby o to poprosiła.

Była wprowadzona nie tylko w tajniki interesów firmy,

ale również w jego życie prywatne. Kiedy spytał ją o zdanie, jak ma postąpić w sprawie drugiej żony, doradziła mu roz-wód i wskazała dokładną sumę alimentów. Nie okazała współczucia ani ciekawości. Nie była, jego zdaniem, taką kobietą. Nie sądził, by w ogóle kierowała się uczuciami i ni-gdy nie przyszło mu do głowy, żeby zastanowić się, co wła-ściwie ona sobie myśli. Bardzo by się zdziwił, gdyby ktoś mu powiedział, że w ogóle coś sobie myśli - wyjąwszy spra-wy Ottona Morganthala oraz firmy Morganthal, Brown and Shipperke.

Był więc zupełnie zbity z tropu, kiedy szykując się do wyjścia z pracy, powiedziała:

- Chciałam prosić o trzytygodniowy urlop, jeśli to możli-we. Od przyszłego wtorku.

Patrząc na nią, odparł niezręcznie:

- To wielce dla nas kłopotliwe... nie wyobrażam sobie...

- Nie sądzę, żeby to był jakiś problem, proszę pana. Panna Wygate świetnie się we wszystkim orientuje. Zosta-wię jej notatki i wszelkie dyspozycje. Pan Cornwall może się zająć fuzją z Ascherem.

- Chyba nie jest pani chora czy coś takiego? - spytał, znowu niezręcznie, Morganthal.

Nie mógł sobie wyobrazić panny Scheele chorej. Nawet zarazki szanowały Annę Scheele i ją oszczędzały.

- Ależ nie. Chcę pojechać do Londynu do siostry.

- Do siostry? - Nie wiedział, że ma siostrę. Nigdy nie myślał o pannie Scheele jak o osobie mającej krewnych czy rodzinę. Nigdy nie wspomniała, że ma bliskich. I oto teraz mówi zwyczajnie o jakiejś siostrze w Londynie. Ubiegłej je-sieni byli razem w Londynie, ale słowem nie napomknęła o siostrze.

- Nie wiedziałem, że ma pani siostrę w Anglii - powie-dział z wyrzutem.

Panna Scheele lekko się uśmiechnęła.

- Tak, mam. Wyszła za mąż za Anglika związanego

z British Museum. Musi przejść poważną operację. Chce, żebym była razem z nią. Chciałabym pojechać.

Morganthal zorientował się, że jest zdecydowana. Mruknął:

- No dobrze, dobrze. Niech pani wraca jak najszybciej. Rynek nigdy nie był tak chwiejny. Wszystko przez ten przeklęty komunizm. Cały kraj jest nim przesiąknięty. Wojna może wybuchnąć lada chwila. Czasami myślę, że to jedyne wyjście. A teraz jeszcze prezydent wybiera się na tę idio-tyczną konferencję do Bagdadu. W moim przekonaniu to jakaś pułapka. Chcą go wciągnąć w zasadzkę. Bagdad! Akurat to miasto ze wszystkich miejsc na ziemi!

- Przecież będzie pod odpowiednią ochroną - powie-działa uspokajająco panna Scheele.

- W zeszłym roku szach Iranu. Bernadotte w Palestynie. To szaleństwo, istne szaleństwo.

- Ale w końcu - dodał Morganthal ponuro - cały świat jest zwariowany.

 

Rozdział trzeci

 

I

 

Hotel Savoy powitał Annę Scheele z sza-cunkiem, jaki okazuje się stałym bywalcom i ważnym gościom; pytano o zdrowie pana Morganthala, zapewnia-no, że jeśli apartament jej nie odpowiada, wystarczy, żeby powiedziała słówko: Anna Scheele bowiem przedstawiała sobą DOLARY.

Panna Scheele wykąpała się, ubrała, zatelefonowała na Kensington, po czym zjechała windą. Przeszła przez obrotowe drzwi i poprosiła o taksówkę. Taksówka podjechała. Anna Scheele wsiadła i skierowała ją do sklepu jubilerskie-go Cartiera na Bond Street.

Kiedy samochód oddalił się od Savoyu i znalazł się na Strandzie, niewysoki, ciemny mężczyzna, oglądający wystawę w sklepie, spojrzał nagle na zegarek i skinął na tak-sówkę, która szczęśliwie znalazła się w pobliżu, a która chwilę przedtem, dziwnym trafem, nie zatrzymała się na nawoływania wzburzonej pani z pakunkami w ręku.

Druga taksówka jechała Strandem, nie tracąc z oka pierwszej. Kiedy oba pojazdy zatrzymały się na światłach

Pan Bolford machnął pulchnymi rękami.

- Jakość - westchnął. - To, co zawsze było renomą tego kraju! Jakość! Brak tandety, pretensjonalności. W seryjnej produkcji jesteśmy do niczego, taka jest prawda. To jest wa-sza specjalność. My powinniśmy się starać, powtarzam, o ja-kość. Poświęcić czas, włożyć wysiłek i wypuszczać rzeczy, którym nic na świecie nie dorówna. No tak... na kiedy wy-znaczymy pierwszą miarę? Od dziś za tydzień o jedenastej trzydzieści? Doskonale. Dziękuję pani bardzo.

Anna Scheele skierowała się do wyjścia. Przeszła po-między staroświeckimi ponurymi belami materiału i zno-wu znalazła się na ulicy. Zatrzymała taksówkę i wróciła do Savoyu. Taksówka stojąca po przeciwnej stronie ulicy, w której siedział mały ciemny mężczyzna, pojechała tą sa-mą trasą, ale nie skręciła do Savoyu. Skierowała się naoko-ło na Embankment, skąd zabrała niską tęgą kobietę, która właśnie opuściła Savoy służbowym wyjściem.

- I jak tam, Louisa? Przeszukałaś pokój?

- Tak. I nic.

Anna Scheele jadła lunch w restauracji. Miała zarezer-wowany stolik przy oknie. Maitre d'hótel dopytywał się troskliwie o zdrowie pana Morganthala.

Po lunchu Anna Scheele wzięła klucz i poszła do siebie. Łóżko posłane, w łazience czyste ręczniki, wszystko na wysoki połysk. Anna podeszła do dwóch lotniczych walizek, które stanowiły jej bagaż; jedna była otwarta, druga zamknięta. Rzuciła okiem na zawartość niezamkniętej waliz-ki, po czym wyjęła kluczyki z torebki i otworzyła drugą. Wszystko było w idealnym porządku, rzeczy poukładane tak, jak je sama rozmieściła, nikt niczego nie dotykał, nie przewracał. Na wierzchu leżała skórzana teczka, w rogu -mały aparat Leica i dwie rolki filmu. Filmy były zapieczęto-wane, nieotwarte. Anna przejechała paznokciem po klapce teczki i podniosła ją. Uśmiechnęła się lekko. Pojedynczy, pra-wie niedostrzegalny jasny włos zniknął. Szybkim ruchem

rozsypała trochę pudru, na lśniącą skórę teczki i dmuchnęła. Skóra lśniła czystością. Nie było żadnych odcisków palców. A przecież tego ranka, po nałożeniu odrobiny brylantyny na swe gładkie włosy, Anna miała w ręku teczkę. Powinny więc być na niej odciski palców, jej własne. I znowu się uśmiechnęła.

- Dobra robota - powiedziała do siebie. - Ale nie do końca...

Szybko zapakowała neseser i zeszła na dół. Wzięła tak-sówkę i podała kierowcy adres: 17 Elmsleigh Gardens.

Elmsleigh Gardens jest cichą, ciemną uliczką przy Ken-sington Sąuare. Anna zapłaciła za taksówkę i wbiegła po schodach do drzwi frontowych. Zadzwoniła. Po kilku minu-tach otworzyła starsza kobieta o podejrzliwej twarzy, która jednak natychmiast rozpromieniła się w uśmiechu powitania.

- Jak się panna Elsie ucieszy! Jest w gabinecie, na końcu. Pani przyjazd tak ją podtrzymywał na duchu!

Anna szybkim krokiem przeszła przez ciemny korytarz i otworzyła drzwi na samym końcu. Weszła do małego, zagraconego, przytulnego pokoju z wielkimi skórzanymi fote-lami o zniszczonych obiciach. Siedząca w jednym z nich ko-bieta zerwała się radośnie.

- Anna, moja kochana!

- Elsie!

Ucałowały się serdecznie.

- Załatwione - powiedziała Elsie. - Idę dziś wieczorem. Mam nadzieję...

- Głowa do góry - powiedziała Anna. - Wszystko bę-dzie dobrze.

 

II

 

Mały ciemny mężczyzna w przeciwdeszczowym płasz-czu wszedł do budki telefonicznej na stacji High Street Kensington i wykręcił numer.

- Yalhalla Gramophone Company?

-Tak.

- Mówi Sanders.

- Sanders znad Rzeki? Jakiej Rzeki?

- Rzeki Tygrys. Raport o A. S. Przyleciała dziś rano z No-wego Jorku. Była u Cartiera. Kupiła pierścionek z diamentem i szafirem za sto dwadzieścia funtów. Poszła do kwiaciarni Jane Kent - dwanaście funtów osiemnaście szylingów kosz-towały kwiaty, które kazała przesłać do lecznicy na Portland Place. Zamówiła kostium u Bolforda i Avory'ego. Nikt z nich nie ma podejrzanych kontaktów, ale jeszcze się im przyjrzy-my. Pokój A. S. w Savoyu przeszukany. Nie znaleziono nic podejrzanego. W walizce teczka zawierająca dokumenty do-tyczące fuzji Paper-Wolfensteins. Czysta sprawa. Aparat i dwie rolki prawdopodobnie nienaświetlonych filmów. Bar-dzo możliwe, że to mikrofilmy, ale według raportu są to nienaświetlone oryginalne klisze. A. S. wzięła mały neseser i pojechała do siostry na 17 Elmsleigh Gardens. Siostra udaje się dziś wieczór do lecznicy na Portland Place na operację. Potwierdzone w książce rejestracyjnej lecznicy. Wizyta A. S. chyba czysto prywatna. Nie zdradza niepokoju, nie podejrze-wa, że jest śledzona. Dzisiejszą noc spędzi pewno w lecznicy. Zatrzymała pokój w Savoyu. Samolot do Nowego Jorku za-bukowany na dwudziestego trzeciego.

Człowiek, który mienił się Sanders znad Rzeki, prze-rwał i dorzucił nieurzędowe poniekąd postscriptum:

- A jeśli chce pan wiedzieć, co o tym myślę, to wszystko jedna wielka bzdura! Szasta pieniędzmi i tyle wszystkiego. Dwanaście funtów osiemnaście szylingów na kwiaty! To się w głowie nie mieści!

 

Rozdział czwarty

 

I

 

Victorii ani przez chwilę nie przyszło do głowy, że mo-głaby nie osiągnąć celu, co najlepiej świadczy o jej wrodzonej pogodzie ducha. Nie dla niej melancholijne strofy Longfello-wa o statkach, co płyną wśród nocy. Co za pech! Kiedy się za-kochała - trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - w przystojnym chłopcu, los chciał, że chłopak wyjeżdżał nazajutrz na drugi koniec świata. Dlaczego nie do Aberdeen czy do Brukseli albo na przykład do Birmingham?

“Akurat Bagdad - pomyślała Victoria. - Takie już mam szczęście!" W każdym razie, nie zważając na trudności, postanowiła jakoś dostać się do Bagdadu. Idąc stanowczym krokiem Tottenham Court Road, rozważała sposoby i środki, by osiągnąć cel. Bagdad. Co się dzieje w Bagdadzie? Edward mówił o kulturze. Czy Victoria mogłaby zajmować się kulturą? UNESCO? Tak, UNESCO wysyła ludzi w świat, czasami do różnych cudownych miejsc. Ale, uzmy-słowiła sobie, dotyczy to zwykle nieprzeciętnych młodych kobiet po wyższych studiach, które w porę zakrzątną się koło sprawy.

Victoria doszła do wniosku, że trzeba działać po kolei i skierowała się do biura podróży, by zasięgnąć informacji. Nic prostszego niż dostać się do Bagdadu. Można podróżo-wać samolotem, statkiem do Basry, pociągiem do Marsylii, a stamtąd statkiem do Bejrutu i dalej autokarem przez pu-stynię. Można jechać przez Egipt. Na upartego da się odbyć całą drogę koleją, ale o wizy było obecnie ciężko, ludzie czę-sto dostawali odmowę, a bywało i tak, że otrzymywali decy-zję już po terminie wyjazdu. Bagdad znajdował się w strefie funta sterlinga, więc pieniądze nie stanowiły problemu. Taki był w każdym razie punkt widzenia biura podróży. Słowem, dla kogoś, kto posiadał od sześćdziesięciu do stu funtów gotówką, podróż do Bagdadu nie przedstawiała żadnych trudności.

Dla Victorii, która obecnie miała trzy funty dziesięć szy-lingów (minus dziewięć pensów), dodatkowe dwanaście szylingów i pięć funtów na książeczce oszczędnościowej, wybór prostej i bezpośredniej drogi nie wchodził w grę.

Próbowała się czegoś dowiedzieć o pracy hostessy czy stewardesy w samolocie, ale okazało się, że są to bardzo atrakcyjne posady, po które ustawiano się w kolejce.

Następnie Victoria udała się do agencji St. Guildric. Energiczna panna Spenser przywitała ją jak osobę, która zrządzeniem losu trafiała tu dość regularnie.

- Mój Boże, panno Jones, znowu bez pracy? Miałam na-dzieję, że tym razem...

- To było nie do wytrzymania - stwierdziła stanowczo Victoria. - Trudno opowiedzieć, co ja wycierpiałam.

Na bladych policzkach panny Spenser pojawił się roz-koszny rumieniec.

- Nie - zaczęła. - Przecież nie... Nie wyglądał na takie-go, co... chociaż, rzeczywiście, jest trochę prostacki... Mam nadzieję...

- Nic się nie stało - powiedziała Victoria z bohaterskim uśmiechem. - Potrafię się ustrzec.

- Tak, oczywiście, ale to wielce nieprzyjemne.

- Tak - zgodziła się Victoria. - To jest nieprzyjemne. W każdym razie... - i znowu wyczarowała bohaterski uśmiech.

Panna Spenser sięgnęła do teczek.

- Towarzystwo Niesienia Pomocy Samotnym Matkom im. Świętego Leonarda poszukuje maszynistki. Oczywiście nie płacą zbyt wiele...

- Czy jest jakaś szansa - spytała szybko Victoria - na pracę w Bagdadzie?

- W Bagdadzie? - zdumiała się panna Spenser. Victoria pomyślała, że równie dobrze mogła wymierać Kamczatkę albo biegun południowy.

- Bardzo bym chciała dostać się do Bagdadu - podjęła.

- Jako sekretarka?

- Wszystko jedno - odparła Victoria. - Pielęgniarka, ku-charka czy niańka szaleńca. Jakkolwiek. Panna Spenser pokręciła głową.

- Obawiam się, że nie ma wielkich nadziei. Wczoraj by-ła tu pewna pani z dwiema dziewczynkami, oferowała prze-jazd do Australii.

Victoria machnęła ręką, nie interesowała jej Australia.

Wstała.

- Jeżeli przypadkiem coś się trafi... Chodzi mi tylko o przejazd... - Dostrzegła w oczach panny Spenser wyraź-ne zaciekawienie. - Mam tam... eee... krewnych. Wiem, że jest tam mnóstwo świetnie płatnych posad. Ale przedtem trzeba się dostać na miejsce.

“Tak - mówiła sobie Victoria po wyjściu z agencji St. Guildric. - Trzeba się tam dostać".

Spostrzegła ku swemu zdumieniu, że, tak jak to zwykle bywa, gdy myśli zaprzątnięte są jakąś sprawą, wszystko nagle jakby się sprzysięgło, by kierować jej uwagę na Bagdad.

W popołudniowej gazecie przeczytała krótką wzmiankę o znanym archeologu, doktorze Pauncefoot Jonesie, który

rozpoczął prace wykopaliskowe przy starożytnym mieście Murik, sto dwadzieścia mil od Bagdadu. Zauważyła ogłoszenie linii oceanicznych proponujące rejs do Basry (a stamtąd pociągiem do Bagdadu, Mosulu itd.). W gazecie, którą wyłożyła szufladę na pończochy, rzuciło się jej w oczy kilka linijek o studentach w Bagdadzie. “Złodziej z Bagda-du" szedł w najbliższym kinie, a na wystawie elitarnej księ-garni, przed którą Victoria często przystawała, wystawiono na widocznym miejscu Nową Biografię Haruna ar-Raszida, kalifa Bagdadu.

Wydawało się jej, że nagle cały świat patrzy na Bagdad. A przecież do godziny mniej więcej za kwadrans druga dnia dzisiejszego żaden Bagdad w ogóle jej nie przyszedł do głowy.

Perspektywy wyglądały marnie, ale Victoria ani myślała się poddać. Miała bogatą wyobraźnię i optymistyczną wiarę, że jeśli naprawdę się czegoś chce, zawsze znajdzie się sposób.

Wieczór spędziła na sporządzaniu listy rozmaitych moż-liwości:

Pójść do Foreign Office?

Dać ogłoszenie?

Iść do poselstwa Iraku?

Firma Datę?

Towarzystwo Okrętowe Ditto?

British Council?

Biuro Informacji Selfridge?

Biuro Porad dla Mieszkańców?

Nie, żadne z powyższych rozwiązań nie miało szans po-wodzenia. Dopisała:

Zdobyć sto funtów?

 

II

 

Następnego dnia Victoria spała długo; zmęczyła się wczoraj wieczorem intensywną gimnastyką umysłową, a niewykluczone, że podświadomie odczuwała też pewien luz: nie musi stawić się w biurze punktualnie o dziewiątej!

Obudziła się pięć po dziesiątej, natychmiast wyskoczyła z łóżka i zaczęła się ubierać. Kończyła właśnie rozczesywać swe niesforne ciemne włosy, gdy zadzwonił telefon.

Podniosła słuchawkę.

Usłyszała głos panny Spenser, mocno podniecony

- Och, tak się cieszę, że panią zastałam. Doprawdy za-dziwiający zbieg okoliczności.

- Co takiego? - zawołała Victoria.

- Niesamowity przypadek. Niejaka pani Hamilton Clipp... jedzie za trzy dni do Bagdadu... złamała rękę... po-trzebuje osoby do towarzystwa... natychmiast do pani za-dzwoniłam. Nie wiem oczywiście, czy nie zwróciła się do innych agencji...

- Już idę - powiedziała Victoria. - Gdzie ją można zna-leźć?

- W Savoyu.

- Zaraz... a to zabawne nazwisko? Tripp?

- Clipp, jak klipa, nie wiem dlaczego przez dwa pp; ale ona jest Amerykanką - stwierdziła na koniec panna Spen-ser jakby to wszystko wyjaśniało.

- Pani Clipp, Savoy.

- Państwo Hamiltonowie Clipp. Dzwonił do nas jej mąż.

- Jest pani cudowna - powiedziała Victoria. - Do widze-nia.

Szybko wyszczotkowała kostium, myśląc przy tym, że mógłby być mniej zniszczony; poprawiła grzebieniem wło-sy, by wygładzić fryzurę i dostosować ją nieco do roli anioła stróża i doświadczonej podróżniczki. Po czym wzięła do rę-ki rekomendację pana Greenholtza i potrząsnęła głową.

“Trzeba wymyślić coś lepszego" - powiedziała do siebie.

Autobusem nr 19 Victoria dojechała do Green Park, wy-siadła i weszła do hotelu Ritz. Jeszcze w autobusie zerknęła przez ramię kobiecie czytającej gazetę i teraz to wykorzysta-ła. W czytelni napisała kilka peanów na swą cześć od Lady Cynthii Bradbury, która, jak przeczytała wcześniej, właśnie wyjechała z Anglii do Afryki Wschodnej... “niezastąpiona, kiedy trzeba pomóc w chorobie - pisała Victoria - niezwy-kle zręczna we wszystkim, co robi... "

Po wyjściu z Ritza przecięła ulicę i poszła kawałek Al-bermarłe Street aż do hotelu Balderton, gdzie zwykli zatrzymywać się wyżsi duchowni i staroświeckie matrony z pro-wincji.

Teraz napisała rekomendację od biskupa Llangow, spo-kojnym charakterem pisma, kaligrafując w słowie “eminen-cja" staranne małe greckie “e".

Tak wyposażona wsiadła do autobusu nr 9 i udała się do Savoyu.

W recepcji spytała o panią Hamilton Clipp, podała swo-je nazwisko i powołała się na agencję St. Guildric. Recepcjonista przysunął telefon i już chciał wykręcić numer, ale ujrzawszy kogoś powiedział:

- O, jest właśnie pan Hamilton Clipp.

Pan Hamilton Clipp był bardzo wysokim szpakowatym Amerykaninem o miłej powierzchowności i powolnym sposobie mówienia.

Victoria przedstawiła się i powołała na agencję.

- Dobrze, panno Jones, najlepiej, jak pani pójdzie zoba-czyć się z żoną. Jest u siebie. Zdaje się, że rozmawia z inną młodą damą, ale może już skończyła.

Zimny strach ścisnął serce Victorii. Czyżby wszystko by-ło tak bliskie, a zarazem tak dalekie?

Pojechali windą na trzecie piętro.

Kiedy szli długim, pokrytym dywanem korytarzem, z ostatnich drzwi wysunęła się młoda kobieta, która zmierzała w ich kierunku. Victoria uległa nagle złudzeniu, że zbliża-jąca się kobieta to ona sama. Może z powodu kostiumu nieznajomej, dokładnie takiego, jaki chciałaby mieć na sobie. “Pasowałby na mnie jak ulał. Ona jest mojego wzrostu. Och, gdybym mogła go z niej zedrzeć!" - pomyślała Victoria, w której obudził się jakiś pierwotny dziki instynkt kobiecy.

Młoda kobieta minęła ich w przejściu. Mały welwetowy kapelusik, nałożony z jednej strony na blond włosy, częściowo skrywał twarz nieznajomej, ale pan Hamilton Clipp obejrzał się za nią ze zdumieniem.

“Proszę, proszę - powiedział do siebie. - Kto by pomy-ślał? Anna Scheele we własnej osobie".

Zwrócił się wyjaśniająco do Victorii:

- Przepraszam, panno Jones. Co za dziwny zbieg oko-liczności: tę młodą damę widziałem zaledwie tydzień temu w Nowym Jorku, to sekretarz jednego z naszych wielkich międzynarodowych banków...

Mówiąc to, zatrzymał się przed drzwiami w korytarzu. Klucz wisiał w zamku, pan Hamilton zapukał, otworzył drzwi i przepuścił przodem Victorię.

Pani Hamilton Clipp siedziała koło okna na krześle z wysokim oparciem. Na ich widok wstała. Była to niska kobieta z ostrym ptasim spojrzeniem. Prawą rękę miała w gipsie.

Pan Hamilton Clipp przedstawił jej Victorię.

- Mamy wyjątkowego pecha - mówiła jednym tchem pa-ra Clipp. - Proszę sobie wyobrazić: jesteśmy w Londynie, jest cudownie, wszystkie plany, marszruta zapięte na ostatni gu-zik, mam zabukowane miejsce na podróż. Chcę odwiedzić w Iraku córkę, mężatkę. Nie widziałyśmy się prawie dwa la-ta. I nagle ten wypadek, dokładnie mówiąc, zdarzyło się to w Westminster Abbey, spadłam z kamiennych schodków i stało się. Zawieźli mnie do szpitala, założyli gips. W sumie to nie jest bardzo uciążliwe, ale co tu mówić, jestem trochę bezradna; a jednak zdobędę się na tę podróż, zobaczymy, jak

to będzie. George ma tu niestety służbowe sprawy, nie może się ruszyć co najmniej przez trzy tygodnie. Uważał, że po-winnam wziąć pielęgniarkę, ale w końcu jak już się dostanę na miejsce, nie chcę, żeby ktoś się przy mnie plątał. Sadie wszystkim się zajmie, a tak musiałabym płacić pielęgniarce bilet powrotny. Więc pomyślałam sobie, że podzwonię po agencjach i może znajdą mi kogoś, kto ze mną pojedzie tylko w jedną stronę.

- Nie jestem właściwie pielęgniarką - powiedziała Victoria, sugerując, że praktycznie nią jest. - Mam jednak du-że doświadczenie w tego rodzaju pracy. - I przedstawiła pierwsze referencje. - A jeśli potrzebowałaby pani kogoś do pisania listów czy sekretarki, to byłam przez kilka mie-sięcy sekretarką u mojego wuja. Mój wuj - dodała skrom-nie - to biskup Llangow.

- Więc pani wuj jest biskupem. To niezwykłe.

Państwo Hamiltonowie Clipp - stwierdziła w duchu Victoria - byli oboje pod głębokim wrażeniem. 0ak mogło być inaczej, skoro zadała sobie tyle trudu!)

Pani Hamilton wręczyła mężowi oba zaświadczenia.

- To doprawdy cudowne - powiedziała z szacunkiem. -Opatrznościowe. Spełnienie modlitwy. “Dokładnie" - pomyślała Victoria.

- Obejmuje pani tam jakąś posadę czy jedzie do krew-nych? - dopytywała się pani Hamilton Clipp.

Victoria, w całym zamęcie sporządzania referencji, nie pomyślała zupełnie, że trzeba będzie zapewne podać jakieś uzasadnienie podróży do Bagdadu. Nieprzygotowana do odpowiedzi na to pytanie, musiała błyskawicznie coś zaim-prowizować. Przypomniała sobie wczorajszą gazetę.

- Jadę do wujka. To doktor Paucefoot Jones - wyjaśniła.

- Naprawdę? Ten archeolog?

- Tak. - Przez chwilę Victorię ogarnęła wątpliwość, czy może trochę nie za wielu tych szacownych wujków.

- Bardzo interesują mnie jego badania, ale nie mam od-

powiednich kwalifikacji, więc opłacenie mojej podróży z funduszy ekspedycji nie było możliwe. Krucho u nich z pieniędzmi. Ale jeśli pojadę na własny koszt, mogę do nich dołączyć i na coś się przydać.

- To musi być bardzo interesująca praca - powiedział pan Hamilton Clipp. - Mezopotamia jest wielkim polem do działania dla archeologów.

- Niestety - Victoria zwróciła się do pani Clipp - mój wuj biskup przebywa w tej chwili w Szkocji. Ale mogę po-dać pani telefon do jego sekretarki, która jest w Londynie. Pimlico 87693, to jedna z linii Fulham Pałace. Będzie u sie-bie od godziny - zatrzymała chwilę wzrok na zegarze stoją-cym na kominku - wpół do dwunastej, gdyby pani chciała się z nią porozumieć i o mnie zapytać.

- Jestem pewna... - zaczęła pani Clipp, ale mąż wszedł jej w słowo.

- Czasu jest bardzo mało. Samolot odlatuje pojutrze. Czy ma pani paszport?

- Tak. - Victoria poczuła ulgę; miała ważny paszport dzięki krótkiemu wypadowi do Francji w ubiegłym roku. - Wzięłam go ze sobą na wszelki wypadek - dodała.

- To się nazywa mieć głowę na karku - pochwalił ją pan Clipp. Nawet gdyby była rozważana inna kandydatka, w tym momencie byłoby już po niej. Victoria, ze świetnymi rekomendacjami, wujkami i paszportem pod ręką, miała niewątpliwie przewagę.

- Potrzebne będą wizy - powiedział pan Clipp, biorąc paszport. - Wstąpię do Burgeona, naszego przyjaciela w American Express, on się tym zajmie. Niech pani dowie się dziś po południu, pewnie trzeba będzie coś podpisać.

Victoria skinęła głową.

Kiedy drzwi się za nią zamknęły, usłyszała głos pani Ha-milton Clipp.

- Taka miła dziewczyna, taka szczera. Mieliśmy na-prawdę szczęście.

Victoria, zachowując resztki przyzwoitości, zaczerwieni-ła się po uszy.

Szybko wróciła do domu, by warować przy telefonie i w razie czego przybrać wytworny, subtelny ton godny sekretarki biskupa, gdyby pani Clipp zechciała przypadkiem upewnić się co do jej osoby. Ale pani Clipp była widocznie tak oczarowana szczerością Victorii, że nie miała zamiaru zawracać sobie głowy takimi drobiazgami. W końcu za-trudniała ją tylko na parę dni jako osobę do towarzystwa.

Formularze zostały w porę wypełnione i podpisane, wi-zy załatwione i ustalono, że Victoria spędzi ostatnią noc w Savoyu, by pomóc pani Clipp wyprawić się o siódmej ra-no na terminal i lotnisko Heathrow.

 

Rozdział piąty

 

Łódź, która dwa dni temu opuściła bagna, pły-nęła majestatycznie wzdłuż Shatt al-Arab. Prąd był silny i stary człowiek prowadzący ją nie musiał specjalnie praco-wać wiosłem. Jego ruchy były spokojne i rytmiczne. Oczy na pół zamknięte. Niemal szeptem nucił miękko smętną, niekończącą się arabską pieśń:

Asri bi lel ya yamali

Hadhi alek ya ibn Ali.

Trudno zliczyć, ile razy Abdul Suleiman z plemienia Arabów bagiennych spływał tak rzeką do Basry. W łodzi siedział jeszcze jeden człowiek; w jego ubiorze można było dostrzec owo żałosne pomieszanie Wschodu z Zachodem, co dzisiaj jest tak częstym zjawiskiem. Na długiej szacie z pasiastej bawełny miał znoszoną kurtkę koloru khaki, sta-rą, poplamioną i podartą. Zrobiony na drutach wyblakły czerwony szalik wystawał spod złachanej kurtki. Okrycie głowy miało w sobie ową arabską dostojność: oczywiście

kefia, czarno-biała, i czarny jedwabny agal. Szeroko roz-warte nieruchome oczy mężczyzny wpatrywały się tępo w brzeg rzeki. I on zaczął teraz nucić pod nosem, w tej sa-mej tonacji. Była to postać, jakich pełno w Mezopotamii. Nic nie wskazywało na to, że jest Anglikiem, a tym bar-dziej, że trzyma w ręku tajemnicę, którą usiłowali prze-chwycić i zniszczyć wraz z nim wpływowi ludzie w każdym niemal kraju świata.

Mężczyzna sięgnął pamięcią do wydarzeń ostatnich ty-godni. Zasadzka w górach. Lodowaty śnieg na przełęczy. Karawana wielbłądów. Czterodniowy ciężki marsz przez pustynię w towarzystwie dwóch ludzi z wędrownym kinem. Dni spędzone w czarnym namiocie i podróż z odda-nymi ludźmi z plemienia Aneizeh. Wszystko niezmiernie trudne, połączone z niebezpieczeństwem, stałe wymykanie się z otaczającego go nieprzyjacielskiego kordonu.

“Henry Carmichael. Brytyjski agent. Wiek około trzy-dziestu lat, oczy piwne, sto siedemdziesiąt osiem centyme-trów wzrostu. Mówi po arabsku, kurdyjsku, persku, armeńsku, turecku, językiem urdu, różnymi dialektami góralskimi. Zaprzyjaźniony z tubylcami. Niebezpieczny".

Carmichael urodził się w Kaszgarze, gdzie jego ojciec pełnił jakąś urzędową funkcję z ramienia rządu. Malec seplenił w różnych dialektach i narzeczach: niańki, a później przyjaciele wywodzili się z najróżniejszych ras. Miał odda-nych ludzi we wszystkich niemal dzikich regionach Środ-kowego Wschodu.

Jedynie w miastach jego kontakty okazywały się zawod-ne. Czuł teraz, zbliżając się do Basry, że nadszedł krytyczny moment misji. Wkrótce będzie musiał stanąć oko w oko z cywilizowanym światem. Bagdad był jego ostatecznym celem, przezornie wolał jednak nie jechać tam wprost.

W każdym mieście w Iraku wszystko już na niego czekało, starannie opracowane i zorganizowane wiele miesięcy wcześniej. Sam miał uznać, w którym miejscu dokona “lą-dowania". Nie zawiadomił słówkiem swoich zwierzchników, choć mógł to zrobić pośrednimi kanałami. Tak było bezpieczniej. Miał go oczekiwać samolot w umówionym miejscu i czasie, ale ten prosty plan nie wypalił. Carmicha-el podejrzewał zresztą, że nie wypali. Nieprzyjaciel wie-dział o akcji. Przeciek! Zawsze to samo: ten zabójczy, niepo-jęty przeciek.

Zachowywał więc zwiększoną czujność. Tutaj, w pozor-nie bezpiecznym mieście Basra, miał instynktowną pew-ność, że ryzyko będzie większe niż w dzikich ostępach. Myśl, że mógłby paść na ostatnim okrążeniu, była nie do zniesienia.

Stary Arab, wiosłując rytmicznie, nucił pod nosem, nie odwracając głowy.

- Pora się zbliża, synu. Niech cię Allach ma w swojej opiece.

- Nie zabawiaj długo w mieście, ojcze. Wracaj na bagna. Nie chcę, żeby coś ci się stało.

- Będzie, jak Allach zechce. Wszystko w Jego rękach.

- Inszallah - powtórzył za nim Carmichael.

Przez chwilę zapragnął gwałtownie, by w jego żyłach płynęła krew człowieka Wschodu, a nie Zachodu. Nie wa-żyć na szali szans sukcesu czy klęski, nie rozważać w kółko poszczególnych posunięć, nie zastanawiać się bez końca, czy plan akcji jest mądry i dalekowzroczny. Zrzucić wszel-ką odpowiedzialność na Wszechmiłosiernego, Wszechmądrego. Inszallah, zwyciężę!

Gdy wymawiał te słowa, czuł ogarniający go spokój i fa-talizm tego kraju, a to było takie ważne! Za chwilę musi opuścić bezpieczny port, wyjść na ulice miasta, narazić się na przenikliwe spojrzenia. Powiedzie mu się wtedy, jeśli bę-dzie nie tylko wyglądał, ale i czuł jak Arab.

Łódź skręciła łagodnie w kanał po prawej stronie rzeki. Stały tu przycumowane wszelkiego rodzaju statki rzeczne i nadpływały wciąż nowe. Cudowna sceneria, niemal jak w Wenecji. Łodzie z wysokimi zakrzywionymi dziobami, z wyblakłą farbą ochronną. Stały ich tu setki, przycumowa-ne ciasno obok siebie wzdłuż nabrzeża.

Stary powiedział miękko:

- Przyszła pora, synu. Masz tu wszystko, co trzeba?

- Tak, mam ustalony plan. Czas na mnie.

- Niech Bóg da ci prostą drogę i długie życie.

Carmichael zebrał swój pasiasty strój i ruszył po śliskich kamiennych schodkach do przystani.

Ludzie wokół niego stanowili zwykły obrazek w porto-wym mieście. Mali chłopcy, sprzedawcy pomarańcz, sie-dzący w kucki przed tacami z towarem. Tace lepiące się od ciastek i słodyczy, ze sznurowadłami, tanimi grzebieniami i zwojami sznurków. Ludzie rozglądali się, spluwali od cza-su do czasu na boki, szwendali się, pobrzękując paciorkami różańców. Po przeciwnej stronie ulicy - gdzie mieściły się sklepy i banki - szybkim krokiem szli zaaferowani młodzi effendi, ubrani po europejsku, w lekko purpurowe barwy. Widziało się też Europejczyków - Anglików i innych cudzo-ziemców. Widok Araba schodzącego z pokładu wraz z pięć-dziesięcioma innymi Arabami nie wzbudził w nikim zdzi-wienia ani zainteresowania.

Carmichael przechadzał się spokojnie, przyglądał się otoczeniu z pewną dozą dziecięcej radości, nie większej i nie mniejszej, niż trzeba. Od czasu do czasu kaszlał i splu-wał, ale niezbyt gwałtownie, tyle tylko, żeby nie odstawać od reszty. Dwa razy wydmuchał nos palcami.

Jako obcy przybysz udał się na suk. Wybrał drogę przez most na końcu kanału.

Panował tu jeden wielki zgiełk i harmider. Jakiś Arab kroczył energicznie i zamaszyście odsuwając wszystkich na boki, torowały sobie drogę obładowane osły, a ich właściciele pokrzykiwali ochryple: “Balek, balek...". Dzieci kłóciły się i piszczały, i biegały za Europejczykami, wołając błagalnie: “Baksheesh, madame. Baksheesh. Meskin - meskin...".

Sprzedawano tu obok siebie aluminiowe garnki, filiżan-ki, spodki i imbryki, kute wyroby z miedzi, srebro z Amary, tanie zegarki, emaliowane kubki, hafty i perskie dywaniki o wesołych wzorach. Mosiężne skrzynki z Kuwejtu, używa-ne marynarki i spodnie, dziecięce wełniane sweterki. Re-gionalne pikowane kapy, malowane szklane lampy, stosy glinianych dzbanków i garnków. Tandeta świata cywilizo-wanego przemieszana z rodzimymi towarami.

Wszystko - normalne i zwyczajne. Po długim pobycie w odludnych regionach Carmichael był oszołomiony tą bieganiną i zamętem, ale nie wydarzyło się nic szczególnego, nikt nie podskoczył na jego widok, nie zainteresował się jego osobą. Mimo to, instynktem człowieka, który przez kilka lat poznał, co to pościg, poczuł rosnący niepokój - niejasny lęk przed niebezpieczeństwem. Nie dostrzegł nic podejrzanego. Nikt nawet na niego nie spojrzał. Był pewien, że nikt go nie śledzi ani nie obserwuje. Miał wszakże nieokreślone prze-świadczenie o wiszącym nad nim zagrożeniu.

Skręcił w wąską, ciemną uliczkę, znowu w prawo i po-tem w lewo. Idąc pomiędzy niewielkimi budami, dotarł do chanu i przez drzwi dostał się na jakiś dziedziniec. Wokoło ciągnęły się kramy. Carmichael podszedł tam, gdzie wisiały ferwahy, podobne do okryć z owczych skór z północy. Stał i macał skóry. Właściciel sklepu częstował kawą jednego z klientów - wysokiego dorodnego mężczyznę z brodą, w zielonym tarbuszu, co wskazywało, że jest to hadżi przybywający z Mekki.

Carmichael dalej oglądał ferwah.

- Besh hadha? - zapytał.

- Siedem dinarów.

- Za drogo.

- Prześlesz mi dywan do chanu? - spytał hadżi.

- Na pewno - odparł kupiec. - Wyjeżdżasz jutro?

- Tak, o świcie, do Karbali.

- To moje miasto - wtrącił Carmichael. - Już z piętnaście lat nie widziałem grobu al-Husajna.

- Święte miasto - powiedział hadżi.

- Mam tańszy ferwah na zapleczu - odezwał się właści-ciel sklepu przez ramię hadżiego.

- Potrzebny mi biały ferwah, taki jak robią na północy.

- Coś się znajdzie.

Kupiec wskazał na drzwi prowadzące do drugiej izby.

Rozmowa przebiegała zgodnie z rytuałem - dialog, jaki codziennie można usłyszeć na suku. Tyle że słowa-klucze -Karbala, biały ferwah - stały na swoim miejscu, we właści-wym kontekście.

Kiedy Carmichael kierował się do drzwi prowadzących do drugiej izby, podniósł wzrok na twarz kupca. I zrozu-miał natychmiast: to nie ten człowiek! Chociaż widział tam-tego tylko raz w życiu, miał świetną pamięć i nie mógł się pomylić. Tak, jest podobieństwo, uderzające podobień-stwo, ale to zupełnie ktoś inny.

Przystanął i zapytał z lekkim zdziwieniem:

- Gdzie w takim razie jest Salah Hassan?

- To mój brat. Zmarł trzy dni temu. Zajmuję się jego sprawami.

A zatem brat. Podobni jak dwie krople wody. Może brat też dla nich pracował. Znał przecież hasła. Niemniej Carmichael wchodził do środkowej ciemnej izby ze wzmożoną czujnością. Tutaj także na półkach piętrzyły się towary, tygielki do kawy, młoteczki do cukru, miedziane i mosiężne, stare perskie srebra, haftowana bielizna poukładana w sto-sy, emaliowane tace z Damaszku i serwisy do kawy.

Biały, starannie złożony ferwah leżał osobno na małym

stoliczku. Carmichael zbliżył się i wziął go do ręki. Pod spodem, na stosie europejskich ubrań, znoszony, nieco pretensjonalny garnitur. Portfel z pieniędzmi i dokumentami znajdował się w wewnętrznej kieszeni marynarki. Do skle-pu wszedł jakiś Arab, a zaraz powinien pojawić się pan Walter Williams z firmy Messrs Gross and Co., agencji im-portującej statki, który potwierdziłby spotkania, ustalone wcześniej dla Carmichaela. Oczywiście istniał prawdziwy Walter Williams - żadnego ryzyka! - szanowany przedsię-biorca. Całość przebiegała zgodnie z planem. Carmichael z westchnieniem ulgi zaczął rozpinać podartą wojskową kurtkę. Wszystko w porządku.

Gdyby postanowiono użyć rewolweru, byłby to koniec Carmichaela, koniec jego myśli. Ale nóż ma nad rewolwe-rem pewną przewagę - jest bezszelestny.

Przed Carmichaelem na półce stał duży miedziany ty-giel do kawy, wypolerowany na wysoki połysk. Miał po nie-go wstąpić pewien amerykański turysta. Błysk ostrza odbił się w lśniącej krągłej powierzchni - zniekształcony, ale nie budzący wątpliwości obraz: człowiek skradający się z tyłu, przez draperie, z długim zakrzywionym nożem, który wła-śnie wyciągnął zza pazuchy. Jeszcze sekunda i nóż utkwi w plecach Carmichaela.

Carmichael obrócił się jak błyskawica. Niskim płynnym ciosem powalił tamtego na ziemię. Nóż przeleciał przez ca-łą długość izby. Carmichael pozbierał się szybko, przesko-czył ciało mężczyzny, rzucił się biegiem przez pierwszy pokój, dostrzegł w przelocie przerażoną, wściekłą twarz kupca i lekko zdziwioną dorodnego hadżiego. Po chwili był już na dworze i pędził przez chan. I znowu znalazł się na za-tłoczonym suku; skręcał to w tę, to w tamtą stronę; szwendał się teraz bez pośpiechu, bo pośpiech w tym kraju budzi zawsze podejrzenia.

Gdy tak się wałęsał bez celu, tu przystanął, by obejrzeć jakiś przedmiot, tam, by pomacać tkaninę, jego mózg pracował gorączkowo. Wszystko się zawaliło. Po raz kolejny był zdany na własne siły, w obcym, wrogim otoczeniu. I miał niemiłą świadomość, że to, co się wydarzyło przed chwilą, było niezmiernie wymowne.

Niebezpieczeństwo groziło mu nie tylko ze strony ludzi, którzy go ścigali. I nie tylko tych, którzy strzegli bram cywi-lizacji. Wrogowie znajdowali się też we własnych szere-gach. Znali hasła, udzielali prawidłowych odpowiedzi. Atak przypuszczono dokładnie wtedy, kiedy poczuł się bezpiecz-ny. Może to nie powinno być zaskakujące, że zdrada czai się na własnym podwórku. Zawsze tak chyba było: jak świat światem wtyczki nieprzyjaciela działały w obozie drugiej strony. Zawsze też kupowano ludzi. Kupić człowie-ka jest łatwiej, niż się wydaje - można go kupić nie tylko za pieniądze.

Ale trudno, stało się, nie pora zastanawiać się, jak do te-go doszło. Trzeba uciekać i zdać się na własne siły. Bez pieniędzy, bez żadnej pomocy, bez nowych kontaktów, zdema-skowany. Może nawet w tej chwili ktoś go śledzi?

Nie odwrócił się. Po co? Ci, którzy za nim szli, znali swo-ją robotę.

Wałęsał się więc dalej, spokojnie, bez celu. Pozornie obojętny, rozważał w duchu rozmaite rozwiązania. Opuścił w końcu suk i przeszedł mostek na kanale. Zatrzymał się dopiero przed budynkiem z wielką tablicą z godłem i napisem: “Konsulat Brytyjski".

Rozejrzał się na wszystkie strony. Wyglądało na to, że nikt na niego nie zwracał najmniejszej uwagi. Cóż łatwiejszego, zdawałoby się, jak po prostu wejść do konsulatu. Przez chwi-lę pomyślał o pułapce na myszy, otwartej pułapce kuszącej kawałkiem sera; proste i łatwe, dla myszy również.

Cóż, trzeba podjąć ryzyko. Nie bardzo widział zresztą jakieś inne wyjście.

Zdecydował się i wszedł do środka.

 

Rozdział szósty

 

Richard Baker siedział w Konsulacie Brytyj-skim, czekając na konsula.

Przypłynął dziś rano statkiem “Indian Queen". Prze-szedł już kontrolę celną; w walizkach miał prawie same książki, a między nimi poutykane piżamy, koszule i inne rzeczy, jakby wrzucone po namyśle.

“Indian Queen" przybyła punktualnie i Richard, który liczył się z dwudniowym opóźnieniem, co było rzeczą normalną w wypadku niewielkich statków handlowych, miał teraz dwa dni w zapasie przed wyruszeniem, via Bagdad, do celu swej podróży, Tell Aswad - siedziby starożytnego miasta Murik.

Miał już plany na te dwa dni. Od dawna fascynował go słynny kopiec położony na wybrzeżu kuwejckim, kryjący ponoć starożytne zabytki. Okazja zwiedzenia tego miejsca spadła mu prosto z nieba.

Pojechał do biura linii lotniczych, by dowiedzieć się, jak się dostać do Kuwejtu. Samolot, jak mu powiedziano, odlaty-wał następnego dnia o dziesiątej rano, a wracać mógł na drugi dzień. Wszystko układało się więc świetnie. Oczywiście nie obędzie się bez nieuchronnych formalności: kuwejcka wiza wjazdowa i wyjazdowa. W tej sprawie miał zwrócić się do Konsulatu Brytyjskiego. Konsul generalny w Basrze nazy-wał się Clayton i Richard poznał go kilka lat temu w Iranie. “Z przyjemnością się z nim spotkam" - pomyślał Richard.

Konsulat miał kilka wejść. Główną bramę - dla samo-chodów. Furtkę prowadzącą z ogrodu na ulicę ciągnącą się wzdłuż Shatt al-Arab, a przy głównej ulicy znajdowało się wejście dla interesantów. Richard wszedł do środka, podał urzędnikowi swą wizytówkę, usłyszał, że konsul generalny jest chwilowo zajęty, ale wkrótce będzie wolny, i udał się do małej poczekalni po lewej stronie korytarza, który ciągnął się w prostej linii od wejścia z ogrodu.

W poczekalni siedziało kilku interesantów. Richard led-wie na nich spojrzał. Prawdę mówiąc, rzadko kiedy zwracał uwagę na ludzi. Kawałek starej ceramiki podniecał go o wiele bardziej niż jakaś tam istota ludzka urodzona w ja-kimś Anno Domini dwudziestego wieku.

Rozmyślał więc sobie z rozkoszą o pewnych aspektach pisma Mari i przemieszczeniach plemion jamnickich w 1750 r. p.n.e.

Trudno orzec, co przywróciło go do teraźniejszości i po-czucia, że jest wśród ludzi. Z początku był to niepokój, jakieś napięcie. “To przyszło nosem" - pomyślał, choć nie mógł mieć żadnej pewności. Nie był w stanie postawić konkretnej hipotezy, ale tak było, kierowało nim nieomylne uczucie, co-fające go do czasów ostatniej wojny, a zwłaszcza do pewnego incydentu, kiedy to Richard wraz z dwoma towarzyszami zo-stał zrzucony na spadochronie i oczekiwał w lodowatych go-dzinach świtu na swoje zadanie. Godziny zwątpienia, niskie-go morale, kiedy człowiek zdawał sobie w pełni sprawę z całego ryzyka, godziny panicznego lęku, że można się nie sprawdzić, godziny, kiedy człowiek kuli się ze strachu. Taką właśnie poczuł teraz woń, ostrą, a zarazem trudno uchwytną.

Woń strachu...

Przez pewien czas rejestrował to podświadomie. Jedna połowa jego umysłu uparcie usiłowała skupić się na epoce sprzed naszej ery. Ale siła chwili obecnej była zbyt wielka.

Ktoś w tym pokoiku był w panicznym strachu...

Rozejrzał się. Arab w podartej kurtce koloru khaki, prze-bierający bezczynnie palcami w bursztynowych paciorkach różańca. Krzepki Anglik ze szpakowatym wąsikiem - typ komiwojażera - kreślący coś w notesie, z przejętą, ważną mi-ną. Szczupły, znużony mężczyzna o bardzo ciemnej skórze i bezbarwnej, obojętnej twarzy, oparty o krzesło, jakby odpo-czywał. Człowiek o wyglądzie irackiego urzędnika. Stary Pers w lejącym się śnieżnym stroju. Ludzie ci sprawiali wra-żenie całkowicie obojętnych na wszystko.

Brzęk bursztynowych paciorków stał się rytmiczny. Coś przypominał. Richard wytężył uwagę, bo zrobił się senny. Długi - krótki - długi - krótki - to był alfabet Morse'a -z pewnością alfabet Morse'a. Znał Morse'a, w czasie wojny miał do czynienia z sygnalizacją. Bez trudu odczytał prze-kaz. SOWA. F-L-O-R-E-A-T-E-T-O-N-A. Do licha! Tak, to by-ło to. Powtarzało się: “Floreat Etona". Wystukane, a raczej wybrzękane przez obdartego Araba. A to co znowu? “So-wa. Eton. Sowa".

Jego własne przezwisko z Eton, kiedy nosił wielkie, so-lidne okulary.

Przyglądał się teraz Arabowi uważnie, śledząc każdy szczegół: pasiasta szata, stara kurtka khaki, podarty zrobio-ny na drutach czerwony szalik z puszczonymi oczkami. Po-stać, jakich setki w portowym mieście. Arab patrzył na Richarda pustym wzrokiem, nic nie wskazywało na to, że go rozpoznaje. Ale paciorki nadal pobrzękiwały.

“Tu Fakir. Pilnuj się. Kłopoty."

Fakir? Fakir? Jasne! Fakir Carmichael! Ten, który się uro-dził albo mieszkał gdzieś na końcu świata - Turkiestan, Afganistan?

Richard wyjął fajkę. Pociągnął ją na próbę, po czym zaj-rzał do główki i postukał nią o stojącą obok popielniczkę: “Przyjąłem".

Wydarzenia zaczęły się teraz toczyć w błyskawicznym tempie. Richardowi, już później, trudno je było dokładnie odtworzyć.

Arab w podartej wojskowej kurtce wstał z miejsca i skiero-wał się do drzwi. Kiedy przechodził obok Richarda, potknął się, rozpostarł ręce i przytrzymał się jego, żeby nie upaść. Po czym wyprostował się, przeprosił i poszedł w kierunku drzwi.

Wszystko było tak zaskakujące i odbywało się tak szyb-ko, że Richardowi zdawało się, iż ogląda scenę z filmu, a nie rzeczywiste wydarzenia. Krzepki komiwojażer upuścił no-tes i zaczął wyciągać coś z kieszeni marynarki. Z powodu tuszy i opiętego ubrania trwało to kilka sekund i w czasie tych sekund Richard przystąpił do działania. Kiedy mężczy-zna uniósł rewolwer, Richard wytrącił mu go z ręki. Broń wyleciała w powietrze, a kula poszła w podłogę.

Arab wyszedł z pokoju, skręcił w stronę biura konsula, ale po chwili zatrzymał się gwałtownie, zawrócił, popędził do drzwi wejściowych i wybiegł na ruchliwą ulicę.