(23kB)
strona główna

Agatha Christie

Wielka czwórka

 

 

Znam ludzi, którzy lubią przeprawę przez kanał La Manche: siedzą rozparci w fotelach na pokładzie, czekają aż statek przybije do brzegu i dopiero wówczas pakują się bez pośpiechu, by w końcu zejść na ląd. Mnie się to nigdy nie udaje. Ledwie wejdę na pokład, już mam wrażenie, że na ten krótki czas nie warto się tu rozgaszczać. Bez końca przekładam walizki z miejsca na miejsce; jeśli nawet zejdę na dół, do baru, zjadani coś na chybcika w obawie, że statek niepostrzeżenie przybije do brzegu. Możliwe, że zwyczaju tego nabrałem w czasie wojny: kiedy wracałem do kraju na krótki urlop, za wszelką cenę chciałem mieć miejsce przy samym wyjściu, żeby jak najszybciej zejść na ląd i nie stracić ani chwili z krótkich kilku dni przepustki.

Było czerwcowe przedpołudnie. Stałem przy balustradzie, przyglądając się białym skałom Dover i pasażerom, którzy spokojnie siedzieli na krzesłach, nie okazując zainteresowania coraz bliższym ojczystym brzegiem. Oni byli w innej sytuacji niż ja. Większość z nich prawdopodobnie spędziła w Paryżu dwa dni wolne od pracy, podczas gdy ja przez półtora roku nie ruszałem się z rancza w Argentynie. Powodziło mi się dość dobrze. Oboje z żoną polubiliśmy nieskrępowane, leniwe życie w Ameryce Południowej, a jednak patrząc na zbliżający się brzeg rodzinnej wyspy czułem ściskanie w gardle.

Przed dwoma dniami wylądowałem we Francji, załatwiłem swoje sprawy i wreszcie mogłem wyruszyć do Londynu, by spędzić tam kilka najbliższych miesięcy. Miałem zamiar odwiedzić wszystkich przyjaciół. Najbardziej cieszyłem się na spotkanie z tym najbliższym - niewysokim mężczyzną o jajowatej głowie i zielonych oczach: Herkulesem Poirot! Mój przyjazd będzie dla niego wielką niespodzianką. W ostatnim liście, wysłanym jeszcze z Argentyny, nie wspominałem o planowanej podróży. Zresztą na wyjazd zdecydowałem się nagle, z powodu pewnych trudności w interesach. Z rozbawieniem wyobrażałem sobie, jak mój przyjaciel ucieszy się i zdziwi na mój widok.

Wiedziałem, że powinienem zastać go w domu. Minęły już czasy, kiedy - prowadząc różne sprawy - jeździł po całej Anglii. Teraz jest sławny i pracuje nad wyjaśnieniem kilku tajemnic jednocześnie. Coraz bardziej przypomina ''detektywa–konsultanta'', na wzór lekarzy z Harley Street. Poirot zresztą zawsze szydził z popularnych wyobrażeń o śledczym, często zmieniającym przebrania i skrupulatnie mierzącym każdy odcisk buta.

- Nie, mój przyjacielu - mawiał. - Zostawimy to Diraudowi i jego kolegom. Herkules Poirot ma swoje metody: porządek, metoda i małe szare komórki. Nie ruszając się z wygodnego fotela widzimy rzeczy, które umknęły uwagi innych. Nie wyciągamy pochopnych wniosków jak Japp.

Nie; nie muszę się obawiać, że nie zastanę Herkulesa Poirot w domu.

Zaraz po przyjeździe do Londynu zostawiłem bagaż w hotelu ł szybko udałem się pod dobrze mi znany adres. Odżyły we mnie radosne wspomnienia. Przywitałem się z właścicielką mieszkania, które kiedyś wynajmowałem, i - przeskakując po dwa schodki - pobiegłem pod drzwi Poi- rota. Zapukałem.

- Proszę! - zawołał znajomy głos.

Wszedłem. Poirot trzymał w ręce małą walizkę. Na mój widok upuścił ją z łoskotem.

- Mon ami Hastings! - zawołał. - Mon ami Hastings!

Podbiegł z wyciągniętymi rękami i zamknął mnie w mocnym uścisku. Nasza rozmowa była chaotyczna i pozbawiona logiki: wykrzykniki, niecierpliwe pytania, nie dokończone odpowiedzi, pozdrowienia od mojej żony, wyjaśnienia dotyczące mojej podróży - wszystko naraz.

- Zdaje się, że ktoś już zajął pokoje, które kiedyś wynajmowałem - powiedziałem, gdy trochę się uspokoiliśmy. - Chętnie zamieszkałbym z tobą.

Wyraz twarzy Poirota uległ nagłej zmianie.

- Mon Dieu!, toż to chance ?pouvantable*. Rozejrzyj się po pokoju, przyjacielu.

Dopiero teraz spojrzałem wokół siebie. Przy ścianie stał olbrzymi staroświecki kufer. Obok niego ustawiono według wielkości kilka walizek. Bez trudu domyśliłem się, co to znaczy.

- Wyjeżdżasz?

- Tak.

- Dokąd?

- Do Ameryki Południowej.

- Co?

- Właśnie tak! Niewiarygodny zbieg okoliczności. Jadę do Rio. Codziennie sobie powtarzam: Nie, nie napiszę o tym w liście… Ach, drogi Hastings zrobi na mój widok wielkie oczy.

- Kiedy wyjeżdżasz? Poirot spojrzał na zegarek.

- Za godzinę.

- Zawsze mówiłeś, że nic nie jest w stanie zmusić cię do długiej podróży morskiej.

Poirot zamknął oczy i zadrżał.

- Nawet mi o tym nie wspominaj, przyjacielu. Mój lekarz zapewnia, że od tego się nie umiera… Tylko jeden raz. Rozumiesz? Ja przenigdy nie wrócę.

Popchnął mnie w kierunku krzesła.

- Usiądź! Opowiem ci, jak do tego doszło. Czy wiesz, kto jest najbogatszym człowiekiem na świecie? Kto jest bogatszy od Rockefellera? Abe Ryland.

- Amerykański król mydła?

- Tak. Skontaktował się ze mną jego sekretarz. W jednej z wielkich firm w Rio przeprowadzono podejrzane machinacje na wielką skalę. Poproszono mnie o zbadanie tej afery na miejscu. Odmówiłem. Powiedziałem, że jeśli poznam wszystkie fakty, nie ruszając się z miejsca przedstawię swoją opinię w tej sprawie. Sekretarz wyznał, że nie jest w stanie zaspokoić mojej ciekawości. Wszystkie fakty zostaną mi przedstawione dopiero w Rio. Sprawa powinna była się na tym zakończyć. Stawianie warunków Herkulesowi Poirot uważam za impertynencję. Jednakże zaoferowana mi zaplata była tak niewiarygodnie wysoka, że pierwszy raz w życiu skusiły mnie pieniądze. Obiecano mi prawdziwą fortunę! Poza tym, spodziewałem się spotkać w Ameryce Południowej ciebie, mój przyjacielu! Przez ostatnie półtora roku czułem się bardzo samotny. Pomyślałem sobie: czemu nie? Nieustanne rozwiązywanie problemów zaczęło mnie już męczyć. Zdobyłem wielką sławę. Dzięki zarobionym pieniądzom będę mógł osiąść gdzieś w pobliżu najlepszego przyjaciela.

Wzruszyły mnie te słowa, świadczące o oddaniu Poirota.

- Zgodziłem się więc przyjąć postawione warunki - mówił dalej Poirot. - Za godzinę muszę wyjść z domu, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie do portu. Drobna złośliwość losu, prawda? Muszę się jednak przyznać, Hastings, że gdyby nie pieniądze, pewnie nie zdecydowałbym się na tę podróż, gdyż ostatnio zacząłem śledztwo w pewnej sprawie. Powiedz mi, o czym myśli przeciętny człowiek, kiedy słyszy określenie ''Wielka Czwórka''?

- Zdaje mi się, że Wielka Czwórka wzięła początek na konferencji wersalskiej; jest też słynna wielka czwórka świata filmowego. Jest jeszcze kilka mniej znanych organizacji, noszących tę nazwę.

- Rozumiem - powiedział Poirot, zamyślony. - Ja jednak spotkałem się z tym terminem w okolicznościach nie pasujących do tego, o czym mówiłeś. Zdaje się, że Wielką Czwórką nazwano międzynarodowy gang przestępczy czy coś w tym rodzaju. Ale…

- Co? - spytałem, ponieważ Poirot zawahał się.

- Moim zdaniem, to jest coś bardzo poważnego. No, my tu gadu, gadu, a ja muszę dokończyć pakowania. Czas ucieka.

- Nie jedź - poprosiłem. - Przełóż rezerwację i popłyniemy jednym statkiem.

Poirot wstał i spojrzał na mnie z wyrzutem.

- Ach, ty nic nie rozumiesz! Dałem słowo, pojmujesz? Słowo Herkulesa Poirot! Teraz nic nie jest w stanie mnie powstrzymać; chyba, że w grę wchodziłoby czyjeś życie lub śmierć.

- Nie sądzę, by coś takiego miało się zdarzyć. Chyba że pięć przed dwunastą otworzą się drzwi i wejdzie tu nieoczekiwany gość.

Powiedziałem to ze śmiechem, ale chwilę później obaj z Poirotem zamarliśmy bez ruchu. Z pokoju położonego w głębi mieszkania dobiegł nas dziwny hałas.

- Co to? - spytałem przestraszony.

- Ma foi? - zawołał Poirot. - Zdaje się, że mamy w sypialni niespodziewanego gościa.

- Jak to możliwe? Jedyne drzwi wejściowe do twojego mieszkania znajdują się w rym pokoju!

- Masz doskonałą pamięć, Hastings. Teraz wyciągnij z tego faktu wnioski.

- Okno! Czyżby włamywacz? Niełatwo się tu wspiąć; to raczej niemożliwe.

Wstałem i ruszyłem w stronę drzwi sypialni, ale stanąłem słysząc, że z drugiej strony ktoś naciska klamkę.

Drzwi otworzyły się powoli. Stał w nich mężczyzna od stóp do głów pokryty kurzem i błotem. Twarz miał wymizerowaną. Przez chwilę patrzył na nas bez słowa, potem zachwiał się i upadł na podłogę. Połrot podbiegł do niego, ukląkł i powiedział do mnie:

- Brandy… Szybko!

Nalałem brandy i podałem przyjacielowi. Udało mu się wlać trochę alkoholu do ust nieznajomego. Przenieśliśmy go na kanapę. Po kilku minutach otworzył oczy i potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem.

- Czego pan chce? - spytał Poirot.

Mężczyzna rozchylił wargi i dziwnym, bezbarwnym głosem powiedział:

- Pan Herkules Poirot, Farraway Street czternaście.

- Tak, tak, to ja.

Obcy chyba nie zrozumiał. Powtórzył tym samym tonem:

- Pan Herkules Poirot, Farraway Street czternaście.

Poirot zadał mu jeszcze kilka pytań. Mężczyzna nie odpowiadał, tylko co jakiś czas powtarzał to samo zdanie. Poirot dał mi znak, żebym zadzwonił po lekarza.

- Wezwij doktora Ridgewaya.

Na szczęście doktor był w domu. Jako że mieszkał na sąsiedniej ulicy, kilka minut później był już u nas.

- Co się stało?

Poirot powiedział o tajemniczej wizycie. Lekarz zbadał nieznajomego, nieświadomego, co się z nim dzieje.

- Hm! - chrząknął wreszcie. - Dziwny przypadek.

- Zapalenie mózgu? - spytałem. Doktor parsknął ze złością.

- Zapalenie mózgu! Zapalenie mózgu! Coś takiego w ogóle nie istnieje. Nowomodny wymysł! Nie. Ten człowiek przeżył jakiś wstrząs. Jest całkowicie pochłonięty jedną myślą: musi znaleźć pana Herkulesa Poirot z Farraway Street 14. Powtarza te słowa mechanicznie.

- Afazja? - spytałem z nadzieją.

Tym razem doktor okazał nieco mniejsze niezadowolenie. Nic nie powiedział, tylko dał nieznajomemu mężczyźnie kartkę i ołówek.

- Zobaczymy, co z tym zrobi - wyjaśnił.

Nieznajomy przez chwilę nic nie robił. Potem zaczął gorączkowo pisać, ale nagle przestał. Kartka i ołówek upadły na podłogę. Lekarz podniósł je, spojrzał na kartkę i pokręcił głową.

- Nic tu nie ma. Tylko cyfra 4 powtórzona kilkanaście razy, za każdym razem większa. Pewnie chciał zapisać numer domu: czternaście. Ciekawy przypadek. Bardzo ciekawy. Czy może go pan zatrzymać do wieczora? Teraz muszę iść do szpitala, ale wieczorem przyjdę i zajmę się nim.

Wyjaśniłem, że Poirot wyjeżdża, a ja obiecałem towarzyszyć mu do Southampton.

- Nie szkodzi. Możecie zostawić go samego. Nic mu się nie stanie. Jest skrajnie wyczerpany. Prawdopodobnie przez kilka godzin będzie spał. Proszę porozmawiać z gospodynią i poprosić, żeby zaglądała do niego co jakiś czas.

Po tych słowach doktor Ridgeway wyszedł. Poirot dokończył pakowania, co chwila spoglądając na zegarek.

- Czas nieubłaganie pędzi naprzód. Chodźmy, Hastings. Nie będziesz się tu nudził. To niezwykła tajemnica. Nieznajomy mężczyzna. Kim jest? Ach, sopristi! Oddałbym dwa lata życia, żeby tylko odpłynąć jutro, a nie dzisiaj. Jest w tym coś ciekawego… niezwykle interesującego. Jednak wszystko wymaga czasu. Minie wiele dni, a może nawet miesięcy, zanim ten mężczyzna będzie w stanie powiedzieć, po co do nas przyszedł.

- Zrobię, co będę mógł - zapewniłem przyjaciela. - Spróbuję cię zastąpić.

- Oczywiście.

W głosie Poirota słychać było niepewność. Wziąłem do ręki kartkę, zapisaną przez nieznajomego.

- Gdybym chciał napisać książkę - powiedziałem - uwzględniłbym twoje najnowsze zainteresowania i dał jej tytuł ''Tajemnica Wielkiej Czwórki''.

Mówiąc to, pokazałem palcem powtarzającą się na kartce cyfrę 4.

Nagle podskoczyłem ze strachu. Nasz chory gość doszedł do siebie, usiadł i powiedział całkiem wyraźnie:

- Li Chang Yen.

Wyglądał jak człowiek wybity ze snu. Poirot gestem nakazał mi milczenie. Nieznajomy mówił głosem czystym, wysokim; miałem wrażenie, że cytuje słowa jakiegoś wykładu bądź raportu.

- Li Chang Yen jest mózgiem Wielkiej Czwórki. Wszystko kontroluje i wprawia w ruch. Z tego powodu nazwałem go Numerem Pierwszym. Numer Drugi rzadko wymieniany jest z nazwiska. Podpisuje się literą S przeciętą dwoma liniami, czyli znakiem dolara. Czasem używa też dwóch kresek i gwiazdy. Można się domyślać, że jest obywatelem Stanów Zjednoczonych i wywodzi się z zamożnych, wpływowych kręgów. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, iż Numer Trzeci jest kobietą narodowości francuskiej. Możliwe, że jest jedną z kusicielek półświatka, ale nie wiemy o niej nic pewnego. Numer Czwarty…

Głos mu zadrżał i nieznajomy umilkł. Poirot pochylił się nad nim.

- Tak? - spytał niecierpliwie. - Co z Numerem Czwartym?

Na twarzy nieznajomego widać było coraz większe przerażenie.

- Niszczyciel - szepnął i głośno wciągnął powietrze. Próbował się zerwać, ale stracił przytomność.

- Mon Dieu! - szepnął Poirot. - Jednak miałem rację.

- Sądzisz…

- Zanieś go do mojego pokoju - przerwał mi. - Nie mam ani minuty do stracenia. Muszę zdążyć na pociąg, chociaż ucieszyłbym się, gdybym się spóźnił. Och, gdybym miał powód, żeby się spóźnić! Ale dałem słowo. Chodźmy, Hastings!

Zostawiliśmy tajemniczego gościa pod opieką pani Pearson, a sami pojechaliśmy na stację. Do pociągu wsiedliśmy w ostatniej chwili. Poirot na zmianę to milczał, to znów szybko mówił. Wyglądał przez okno i sprawiał wrażenie sennego. Nie słyszał, co do niego mówię. Potem nagle ożywiał się, wydawał mi rozmaite polecenia i wymuszał obietnicę, że codziennie będę wysyłał depesze.

Kiedy minęliśmy Woking, na dłuższą chwilę zapadła cisza. Pociąg nie zatrzymywał się nigdzie aż do Southampton. Teraz jednak nieoczekiwanie stanął na sygnale.

- Ach! Sacré mille tonnerres!* - zawołał nagle Poirot. - Byłem imbecylem! Widzę to wyraźnie! Wszyscy święci zatrzymali ten pociąg! Wyskakuj, Hastings! No, wyskakuj, mówię!

W jednej chwili otworzył drzwi i zeskoczył na ziemię.

- Rzuć walizki i skacz!

Zrobiłem, co mi kazał. Zdążyłem w ostatniej chwili. Ledwie dotknąłem stopami ziemi, pociąg ruszył.

- A teraz - powiedziałem zdenerwowany - może zechcesz mi wyjaśnić, co to ma znaczyć!

- To znaczy, przyjacielu, że dostrzegłem światło.

- To wielce pouczające - stwierdziłem z przekąsem.

- To powinno ci wiele wyjaśnić - odparł Poirot. - Obawiam się jednak, że nic nie rozumiesz. Jeśli weźmiesz dwie walizki, ja zabiorę resztę.

II. CZŁOWIEK Z ZAKŁADU DLA OBŁĄKANYCH

Na szczęście, pociąg zatrzymał się niedaleko stacji. Nie musieliśmy długo maszerować, ponieważ wkrótce dotarliśmy do warsztatu, gdzie udało nam się wynająć samochód. Nie minęło pół godziny, a my w zawrotnym tempie pędziliśmy do Londynu. Dopiero wtedy Poirot zdecydował się zaspokoić moją ciekawość.

- Nie rozumiesz? Przed chwilą ja też nie rozumiałem, ale miejsce i metodę wybrano z wielką znajomością rzeczy. Bali się mnie.

- Kto taki?

- Czwórka geniuszy, która połączyła swe siły, żeby działać niezgodnie z prawem. Chińczyk, Amerykanin, Francuzka i jeszcze ktoś… Proś Boga, żebyśmy zdążyli na czas, Hastings.

- Boisz się, że nasz gość jest w niebezpieczeństwie?

- Jestem tego pewien.

Pani Pearson przywitała nas w drzwiach. Zdziwiła się bardzo na widok Poirota, on jednak przerwał potok jej słów i spytał o gościa. To, co usłyszeliśmy, uspokoiło nas. Nikt nie wchodził do mieszkania, a tajemniczy mężczyzna nie ruszał się z miejsca.

Nieco spokojniejsi weszliśmy na górę. Poirot poszedł prosto do sypialni. Chwilę później zawołał mnie dziwnie nalegającym tonem.

- Hastings, on nie żyje - powiedział.

Mężczyzna leżał tam, gdzie go zostawiliśmy, ale był martwy. Pobiegłem wezwać lekarza. Wiedziałem, że Ridgeway jeszcze nie wrócił, ale bez trudu znalazłem innego doktora i przyprowadziłem go na górę.

- Tak, rzeczywiście nie żyje. Biedak. Próbował pan zaprzyjaźnić się z jakimś włóczęgą?

- Można tak powiedzieć - zgodził się Poirot. - Co było przyczyną śmierci?

- Trudno powiedzieć. Możliwe, że miał wylew. Czy jest tu gaz?

- Nie; tylko prąd.

- Okna są otwarte. Powiedziałbym, że jest martwy od dwóch godzin. Zawiadomi pan policję?

Lekarz zrobił, co do niego należało, i wyszedł. Poirot zatelefonował w kilka miejsc. Na koniec, ku mojemu zdziwieniu, zadzwonił do swojego dobrego znajomego, inspektora Jappa, i zaprosił go do siebie.

Ledwie Poirot odłożył słuchawkę, przyszła pani Pearson. Oczy miała ze zdziwienia wielkie jak spodeczki.

- Przyszedł jakiś człowiek z zakładu dla obłąkanych, z Hanwell. Słyszał pan coś podobnego? Czy mam go wpuścić?

Gestem wyraziliśmy zgodę. Po chwili do pokoju wszedł wysoki, tęgi mężczyzna w mundurze.

- Dzień dobry panom - przywitał się wesoło. - Mam powody podejrzewać, że przebywa tu jeden z moich ptaszków. Uciekł nam wczoraj w nocy.

- Był tutaj - wyjaśnił spokojnie Poirot.

- Czyżby znowu uciekł? - spytał z troską dozorca.

- Nie żyje.

Mężczyzna nie wyglądał na zmartwionego; miałem nawet wrażenie, że jest zadowolony.

- Coś podobnego! Chociaż, tak jest chyba najlepiej.

- Czy on był niebezpieczny?

- Chce pan wiedzieć, czy mógłby zabić człowieka? Nie. Był zupełnie nieszkodliwy. Cierpiał na manię prześladowczą. Zamknęli go, bo wszędzie dopatrywał się działalności tajnych chińskich stowarzyszeń. Nasi pacjenci nie potrafią wymyślić nic oryginalnego.

Zadrżałem.

- Jak długo przebywał w zakładzie? - spytał Poirot.

- Od dwóch lat.

- Rozumiem. Czy nikomu nie przyszło do głowy, że ten człowiek może być normalny?

Dozorca zaśmiał się.

- Gdyby był normalny, nie zamykaliby go w zakładzie dla psychicznie chorych. Oni wszyscy twierdzą, że są zdrowi.

Poirot nie odpowiedział. Zaprowadził dozorcę do sypialni i pokazał mu ciało. Okazało się, że rzeczywiście jest to zbiegły pacjent.

- Tak, to on - powiedział nieporuszony dozorca. - Niezły dziwak, co? No, panowie, powinienem już iść i przygotować się do pogrzebu. Postaramy się jak najszybciej zabrać ciało. Jeśli będzie śledztwo, mogą poprosić pana o złożenie zeznań. Do widzenia panu.

Ukłonił się niezgrabnie i szurając nogami wyszedł za drzwi.

Kilka minut później przyszedł Japp. Inspektor Scotland Yardu był, jak zawsze, wesoły i wytworny.

- Oto jestem, panie Poirot. Czym mogę służyć? Sądziłem, że miał pan dzisiaj odpłynąć, żeby zatrzymać się gdzieś na rafach koralowych.

- Drogi Japp, chciałbym wiedzieć, czy widział pan kiedyś tego człowieka.

Poirot zaprowadził Jappa do sypialni. Inspektor ze zdziwieniem popatrzył na ciało leżące na łóżku.

- Chwileczkę… Mam wrażenie, że go znam… Szczycę się doskonałą pamięcią. Na miły Bóg, to Mayerling! Człowiek ze służb specjalnych, nie od nas. Kilka lat temu pojechał do Rosji i wszelki ślad po nim zaginął. Wszyscy byli przeświadczeni, że bolszewicy go wykończyli.

- Wszystko się zgadza - powiedział Poirot po wyjściu Jappa - wyjąwszy fakt, że człowiek ten umarł śmiercią naturalną.

Przez chwilę z grymasem niezadowolenia patrzył na nieruchomą postać. Nagły powiew wiatru poruszył firanką. Poirot spojrzał na nią z uwagą.

- Czy otworzyłeś okna, kiedy przeniosłeś go do sypialni? - spytał.

- Bynajmniej - odparłem. - Zdaje mi się, że były zamknięte.

Poirot gwałtownie uniósł głowę.

- Zamknięte? A teraz są otwarte. Co to może znaczyć?

- Ktoś tędy wszedł - powiedziałem.

- Możliwe - zgodził się Poirot.

Mówił jednak bez przekonania. Był zamyślony. Po chwili powiedział:

- Nie o to mi chodziło, Hastings. Nie byłbym taki zdziwiony, gdyby tylko jedno okno było otwarte. Ale otwarte są obydwa. - Szybkim krokiem przeszedł do sypialni. - Okno w salonie również jest otwarte, a przecież było zamknięte, kiedy wychodziliśmy z domu. Ach!

Pochylił się nad zmarłym i obejrzał kąciki jego ust. Po chwili podniósł wzrok.

- Hastings, on został zakneblowany i otruty.

- Wielkie nieba! - krzyknąłem zdziwiony. - Mam nadzieję, że sekcja zwłok wszystko wyjaśni!

- Lekarze nic nie znajdą. Zamordowano go, podstawiając mu pod nos stężony kwas pruski. Morderca przed wyjściem pootwierał wszystkie okna. Kwas cyjanowy bardzo szybko paruje, ale ma mocny zapach gorzkich migdałów. Jeśli nie będzie zapachu, lekarze dojdą do wniosku, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. A więc ten człowiek pracował w służbach specjalnych; pięć lat temu pojechał do Rosji i zniknął bez śladu.

- Ostatnie dwa lata spędził w zakładzie dla psychicznie chorych - przypomniałem. - Co mogło się z nim dziać przez pierwsze trzy lata?

Poirot pokręcił głową i złapał mnie za ramię.

- Zegar, Hastings; spójrz na zegar.

Odwróciłem głowę w stronę kominka. Zegar zatrzymał się o czwartej.

- Mon ami, ktoś przy nim manipulował. Ten zegar nakręca się raz na osiem dni, rozumiesz?

- Dlaczego ktoś miałby to robić? Czyżby chciał, żebyśmy sądzili, iż morderstwa dokonano o czwartej?

- Nie! Nie! Uporządkuj myśli, mon ami. Użyj małych szarych komórek. Jesteś Mayerlingiem. Słyszysz coś i wiesz, że zbliża się twój koniec. Masz tylko tyle czasu, żeby zostawić jakiś znak. Godzina czwarta, Hastings! Numer Czwarty, Niszczyciel. Ach! Cóż za pomysł!

Poirot pobiegł do drugiego pokoju i podniósł słuchawkę telefonu. Poprosił o połączenie z Hanwell.

- Czy to zakład dla psychicznie chorych? Słyszałem, że dzisiaj uciekł wam jeden z pacjentów. Co pani mówi? Chwileczkę, proszę zaczekać. Zechce pani powtórzyć? Ach! Parfaitement. - Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie. - Słyszałeś, Hastings? Nikt im nie uciekł.

- Ależ był tu ich człowiek… dozorca - przypomniałem.

- Zastanawiam się… Tak, poważnie się zastanawiam.

- Nad czym?

- Numer Czwarty, Niszczyciel.

Zaskoczony, nie mogłem oderwać wzroku od Poirota. Dopiero po chwili odzyskałem głos.

- Poznamy go bez trudności - powiedziałem. - To był człowiek o nietuzinkowym wyglądzie.

- Czy aby na pewno, mon ami? Nie sądzę. Był dobrze zbudowany, rubaszny, miał czerwoną twarz, sumiaste wąsy i chrapliwy głos. Jeśli go kiedyś zobaczymy, wszystko to się zmieni. Jeśli chodzi o resztę, to miał oczy nieokreślonego koloru, nie widzieliśmy jego uszu. Nawet zęby miał sztuczne. Nie tak łatwo jest rozpoznać człowieka. Następnym razem…

- Myślisz, że będzie następny raz? - spytałem. Poirot stał się nagle bardzo poważny.

- To jest śmiertelny pojedynek, mon ami. My jesteśmy po jednej stronie, a Wielka Czwórka po drugiej. Nasz przeciwnik wygrał pierwszą rundę, ale nie udało mu się usunąć mnie z drogi. W przyszłości będą musieli liczyć się z Herkulesem Poirot!

III. ZNOWU LI CHANG YEN

Po wizycie fałszywego dozorcy z zakładu dla obłąkanych przez kilka dni żyłem nadzieją, że on wróci. Ani na chwilę nie opuszczałem mieszkania. Nie sądziłem, by miał powód przypuszczać, że odkryliśmy oszustwo. Myślałem, że zechce wrócić i zabrać ciało, ale Poirot śmiał się ze mnie.

- Mon ami - powiedział - jeśli chcesz, możesz czekać w nadziei, że zalejesz naszemu ptaszkowi sadła za skórę, aleja nie mam czasu do stracenia.

- W takim razie powiedz, Poirot - nie dawałem za wygraną - po co w ogóle tu przychodził? Jego wizyta ma jakiś sens, jeśli zamierza wrócić po ciało, żeby się pozbyć obciążającego dowodu. Inaczej nie rozumiem, co chciał przez to osiągnąć.

Poirot wymownie wzruszył ramionami.

- Nie umiesz wczuć się w sytuację Numeru Czwartego, Hastings - powiedział. - Mówisz o dowodach! Powiedz mi, jakie dowody mamy przeciw niemu? Są wprawdzie zwłoki, ale nikogo nie będziemy w stanie przekonać, że nasz gość został zamordowany. Kwas pruski nie zostawia śladów. Nikt nie widział obcego człowieka, wchodzącego do mojego mieszkania podczas naszej nieobecności. Nie wiemy też nic o ostatnich przygodach naszego przyjaciela Mayerlinga… Nie, Hastings, Numer Czwarty nie zostawił żadnych śladów i sam wie o tym najlepiej. Można powiedzieć, że przyszedł tu na rekonesans. Może chciał się upewnić, czy Mayerling rzeczywiście nie żyje? Moim zdaniem odwiedził nas przede wszystkim po to, żeby zobaczyć Herkulesa Poirot i porozmawiać z przeciwnikiem, który budzi w nim lęk.

Rozumowanie Poirota było, jak zwykle, bardzo egoistyczne, ale nie chciałem się z nim sprzeczać.

- A co z rozprawą sądową? - spytałem. - Mam nadzieję że ujawnisz wszystkie szczegóły i podasz policji rysopis Numeru Czwartego.

- A to w jakim celu? Czy mamy do powiedzenia coś, co zrobi wrażenie na prawdziwym Brytyjczyku, jakim z pewnością jest koroner? Nie. Pozwolimy uznać śmierć Mayerlinga za dzieło przypadku. Możliwe, chociaż nie mam na to wielkiej nadziei, że nasz morderca pomyśli, iż odniósł zwycięstwo i pokonał Herkulesa Poirot w pierwszej rundzie.

Poirot, jak zwykle miał rację. Pracownik szpitala więcej się nie pokazał. Byłem na rozprawie i zeznawałem przed koronerem. Poirot się nie pojawił. Sprawa śmierci tajemniczego gościa nie wzbudziła większego zainteresowania.

Poirot, planując wyjazd do Ameryki Południowej, załatwił wszystkie swoje sprawy jeszcze przed moim przyjazdem i nie prowadził akurat żadnego śledztwa. Większość czas spędzał w mieszkaniu, ale niewiele mogłem się od niego dc wiedzieć. Siedział nieruchomo w fotelu i nie odpowiadał n próby nawiązania rozmowy.

Pewnego dnia, mniej więcej tydzień po morderstwie w naszym mieszkaniu, powiedział, że wybiera się gdzieś i spytał, czy miałbym ochotę mu towarzyszyć. Ucieszyło mnie to. Moim zdaniem popełniał błąd, rezygnując z wszelkiej pomocy. Chciałem skorzystać z okazji i omówić z nim problem Wielkiej Czwórki, ale Poirot nie był w nastroju do rozmowy. Nie odpowiadał nawet gdy pytałem, dokąd idziemy.

Poirot lubi być tajemniczy. Do ostatniej chwili nie chce zdradzić posiadanych informacji. Jechaliśmy autobusem i dwoma tramwajami, aż znaleźliśmy się w ponurej południowej części Londynu. Dopiero wówczas mój przyjaciel zgodził się wyjawić mi swoje zamiary.

- Jedziemy, Hastings, na spotkanie z jedynym człowiekiem w tym kraju, który zna życie podziemia w Chinach.

- Coś podobnego! Któż to taki?

- Człowiek, o którym nigdy nie słyszałeś. Pan John Ingles. Jest emerytowanym urzędnikiem państwowym o przeciętniej inteligencji i właścicielem domu pełnego chińskich osobliwości, które ma zamiar ofiarować przyjaciołom i znajomym. Ci, którzy znają się na rzeczy, zapewniają mnie, że jedynym człowiekiem, który może udzielić mi potrzebnych informacji, jest John Ingles.

Kilka minut później staliśmy już na schodach domu, który pan Ingles nazwał ''Wawrzyny''. Rozglądałem się po ogrodzie, ale nigdzie nie dostrzegłem krzaku wawrzynu, doszedłem więc do wniosku, że dom - podobnie jak wiele innych na obrzeżach stolicy - nosi nazwę zupełnie dla niego niestosowną.

Drzwi otworzył Chińczyk o nieruchomej twarzy. Wpuścił nas do środka i zaprowadził do swojego pana. Pan Ingles okazał się dość korpulentnym mężczyzną o żółtawej cerze i zapadniętych oczach, w których dostrzegłem dziwną głębię.

- Zechcą panowie usiąść? Hasley pisze, że poszukuje pan pewnych informacji i że mogę okazać się pomocny - powiedział, wskazując leżący na stoliku list.

- Rzeczywiście. Chciałbym wiedzieć, czy słyszał pan o Li Chang Yenie?

- To dziwne… bardzo dziwne. Gdzie pan słyszał o tym człowieku?

- A więc zna go pan?

- Widziałem go jeden raz. Wiem o nim co nieco, ale nie tyle, ile bym chciał. Jestem zdziwiony, że tu, w Anglii, znalazł się ktoś jeszcze, kto o nim słyszał. Yen jest wielkim człowiekiem, mandarynem, wie pan. Ale nie to jest najważniejsze. Można sądzić, że to on stoi za tym wszystkim.

- Za czym?

- Za wszystkim. Za brakiem pokoju na świecie, za buntami robotników w różnych krajach i rewolucjami, które wybuchają to tu, to tam. Są ludzie (a nie nazwałbym ich panikarzami), którzy wierzą, że tym wszystkim kieruje tajemnicza siła, mająca na celu zniszczenie naszej cywilizacji. Wie pan, że pewne fakty pozwalają przypuszczać, iż Lenin i Trocki wykonywali w Rosji czyjąś wolę. Nie mogę przedstawić żadnego dowodu, jestem jednak przekonany, że tym ''kimś'' jest Li Chang Yen.

- Czy aby nie posuwa się pan w swoich domysłach za daleko? - zaprotestowałem. - Jak Chińczyk miałby decydować o tym, co dzieje się w Rosji?

Poirot, zdenerwowany, rzucił mi złe spojrzenie.

- Dla ciebie, Hastings - powiedział - wszystko, co nie zrodziło się w twojej głowie, jest przesadą. Ja byłbym skłonny zgodzić się z naszym gospodarzem. Proszę mówić dalej.

- Nie wiem, jakich korzyści spodziewa się po tym Li Chang Yen - powiedział pan Ingles. - Sądzę jednak, że do tknęła go choroba, która często gościła w umysłach wielkich ludzi - od Akbara, przez Aleksandra Wielkiego do Napoleona - żądza władzy i panowania nad światem. Dotąd podbojów dokonywano przy pomocy armii, jednak w naszym niespokojnym wieku ludzie tacy jak Li Chang Yen dysponują innymi środkami. Mogę udowodnić, że Yen przeznacza olbrzymie pieniądze na łapówki i propagandę. Pewne fakty wskazują na to, że posiadł tajemnicę jakiegoś naukowego odkrycia, dającą mu do dyspozycji moc, o jakiej światu się nawet nie śniło.

Poirot z wielką uwagą słuchał słów pana Inglesa.

- A w Chinach? - spytał. - Czy tam również działa Li Chang Yen?

Gospodarz kiwnął głową.

- Nie zdobyłem na to dowodów, które mogłyby przekonać niedowiarków, ale mam osobiste doświadczenie. Znam wszystkich, którzy coś w Chinach znaczą, i mogę panu powiedzieć jedno: ci, którzy znajdują się dzisiaj na świeczniku, to ludzie pozbawieni indywidualności, marionetki poruszane sznurkami, zbiegającymi się w ręku mistrza - Li Chang Yena. To on sprawuje kontrolę nad wszystkim, co dzieje się na Wschodzie. My nie potrafimy zrozumieć Wschodu i nigdy nam się to nie uda. Za wszystkim kryje się Li Chang Yen. Muszę jednak przyznać, że stara się pozostawać w cieniu. Nigdy nie opuszcza swojego pałacu w Pekinie. Stamtąd pociąga za sznurki, dając sygnał do rozpoczęcia różnych akcji, często w bardzo odległych zakątkach świata.

- Nie ma nikogo, kto mógłby mu się przeciwstawić? - spytał Poirot.

Pan Ingles pochylił się ku nam.

- W ciągu czterech lat czworo ludzi próbowało tego dokonać - powiedział. - Były to osoby interesujące, uczciwe i mądre. Każda z nich miała szansę na osiągnięcie celu.

Pan Ingles zamilkł.

- I co? - spytałem.

- Dzisiaj wszyscy nie żyją. Jeden z nich napisał artykuł o zamieszkach w Pekinie i wymienił nazwisko Li Chang Yena; dwa dni później został zasztyletowany na ulicy. Mordercy nie złapano. Pozostali popełnili podobne wykroczenie. W wykładzie, artykule prasowym czy rozmowie powiązali nazwisko Li Chang Yena z zamieszkami i rewolucją. Najpóźniej w tydzień po takiej wypowiedzi ginęli. Jeden został otruty, drugi zmarł na cholerę; był to jedyny przypadek tej choroby w tamtym rejonie, nie było żadnej epidemii. Trzeciego znaleziono w jego własnym łóżku. Nigdy nie wyjaśniono tajemnicy jego śmierci, ale lekarz, który widział zwłoki, powiedział mi, że były spalone i pomarszczone, jakby przez ciało przepłynął prąd o wysokim napięciu.

- A Li Chang Yen? - spytał Poirot. - Niczego mu nie można udowodnić? Przecież muszą istnieć ślady, prowadzące do niego?

Pan Ingles wzruszył ramionami.

- Oczywiście, są ślady. Raz udało mi się znaleźć człowieka, który zaczął mówić. Był to zdolny chiński chemik, protegowany Li Chang Yena. Kiedy do mnie przyszedł, znajdował się na skraju załamania nerwowego. Wspominał coś o eksperymentach, do których wykonywania zmuszano go w pałacu Li Chang Yena; mandaryn osobiście nadzorował pracę laboratorium. Badań dokonywano na kulisach. Nie liczono się z życiem i cierpieniem ludzkim. Młody chemik był załamany i przerażony. Zrobiło mi się go żal. Zatrzymałem go u siebie. Położył się w pokoju na piętrze. Rozmowę postanowiliśmy odłożyć na następny dzień. Było to bardzo nierozsądne.

- Jak go dopadli? - spytał Poirot.

- Tego nigdy się nie dowiem. Obudziłem się w nocy. Mój dom stał w płomieniach. Miałem szczęście, że uszedłem z życiem. Późniejsze dochodzenie wykazało, że na piętrze wybuchł pożar. Z ciała młodego chemika został tylko popiół. - Pan Ingles mówił z zapałem człowieka, który dosiadł swojego ulubionego konika. Chyba uświadomił to sobie, bo roześmiał się i dodał ze skruchą: - Muszę jednak przyznać, że nie mam na to żadnych dowodów. Powiecie pewnie to samo, co wszyscy: że mam bzika.

- Wręcz przeciwnie - odparł spokojnie Poirot. - Mamy powody, żeby panu wierzyć. Nas również bardzo interesuje Li Chang Yen.

- Bardzo dziwne, że pan o nim słyszał. Myślałem, że jestem jedynym człowiekiem w Anglii, który zna to nazwisko.

Chciałbym wiedzieć, gdzie pan o nim usłyszał… jeśli to nie jest tajemnicą.

- Bynajmniej. W moim pokoju schronił się pewien człowiek. Był w szoku, ale to, co zdołał powiedzieć wystarczyło, żeby obudzić w nas zainteresowanie Li Chang Yenem. Mówił o czwórce ludzi, o Wielkiej Czwórce - organizacji, jakiej świat jeszcze nie widział. Numerem Pierwszym jest Li Chang Yen, Numerem Drugim nieznany Amerykanin, Numerem Trzecim nieznana Francuzka; Numer Czwarty można by nazwać organem wykonawczym tej organizacji. On jest niszczycielem. Człowiek, który mi o tym wszystkim opowiedział, już nie żyje. Proszę powiedzieć, czy nazwa Wielka Czwórka jest panu znana?

- Nigdy nie wspominano o powiązaniach Li Chang Yena z taką grupą. Nie, niestety, nic o tym nie wiem. Ale ostatnio słyszałem tę nazwę albo czytałem gdzieś… w związku z czymś niezwykłym. Ach, już wiem!

Wstał i podszedł do inkrustowanego biurka. Nawet ja zauważyłem, że mebel jest wyjątkowo piękny. Pan Ingles wrócił z jakimś listem w ręce.

- Proszę. To od starego marynarza, którego poznałem kiedyś w Szanghaju. Widocznie staremu rozpustnikowi pomieszało się w głowie z nadmiaru alkoholu. - Ingles przeczytał na głos:

Szanowny Panie!

Możliwe, że Pan mnie nie pamięta, ale kiedyś, w Szanghaju, wyświadczył mi Pan przysługę. Teraz znów proszę o pomoc. Muszę mieć pieniądze na wyjazd z kraju. Mam nadzieję, że dobrze się ukryłem, ale wcześniej czy później i tak mnie znajdą. Chodzi mi o Wielką Czwórkę. To sprawa życia i śmierci. Nie narzekam na brak pieniędzy, ale nie mogę się do nich dostać, bo bym się zdradził. Proszę mi przystać dwieście dolarów. Przysięgam, że wszystko zwrócę. Pański sługa Jonathan Whalley.

- Wysłane z domku ''Granit'', Hoppaton, Dartmoor. Niestety, nie uwierzyłem staremu. Pomyślałem, że chce wyłudzić trochę pieniędzy, a ja nie jestem człowiekiem zamożnym. Proszę, jeśli to może się panu do czegoś przydać… - powiedział i podał list Poirotowi.

- Je vous remercie, monsieur*. Wyruszam do Hoppaton tout ? 1’heure*.

- Ach, to bardzo interesujące. Czy mógłbym z panem pojechać? Nie miałby pan nic przeciwko temu?

- Pańskie towarzystwo sprawi mi wiele przyjemności, musimy jednak wyruszyć bezzwłocznie. Zanim dotrzemy do Dartmoor, będzie wieczór.

Kilka minut później John Ingles był gotowy. Wkrótce siedzieliśmy w pociągu odjeżdżającym ze stacji Paddington do West Country.

Hoppaton jest małą mieściną przycupniętą na skraju wrzosowiska. Z pociągu wysiada się w Morrtonhampstead, skąd pozostaje do przebycia jeszcze czternaście kilometrów. Do Hoppaton dotarliśmy około ósmej wieczór. O tej porze w czerwcu jest jeszcze widno.

Główna uliczka mieściny była cicha i wąska. Zatrzymaliśmy się, żeby spytać starego wieśniaka o drogę.

- Dom zwany ''Granitem''? - powtórzył staruszek z namysłem. - Panowie do ''Granitu'', tak?

Zapewniliśmy go, że tak. Staruszek pokazał na małą, szarą chałupę przy końcu ulicy.

- Ano, to jest ''Granit''. Szukacie inspektora?

- Jakiego inspektora? - spytał zniecierpliwiony Poirot. - Co pan ma na myśli?

- Nic nie słyszeliście o morderstwie? Całe miasto tylko o tym mówi. Ponoć wszędzie było pełno krwi.

- Mon Dieu! - szepnął Poirot. - Muszę natychmiast zobaczyć się z tym waszym Inspektorem.

Pięć minut później konferowaliśmy już z inspektorem Meadowsem. Inspektor na początku był nieufny, ale zmienił zdanie, kiedy usłyszał nazwisko inspektora Jappa.

- Tak jest, zamordowano go dzisiaj rano. Straszna sprawa. Zadzwonili do Moreton i natychmiast tam poszedłem. Na początku wyglądało mi to podejrzanie. Starszy pan - miał koło siedemdziesiątki i często zaglądał do kieliszka - leżał na podłodze w salonie. Miał ranę na czole i gardło poderżnięte od ucha do ucha. Kobieta, która u niego gotowała, Betsy Andrews, powiedziała, że jej pan miał kilka małych, chińskich figurek z jaspisu i że kiedyś powiedział, iż są bardzo cenne. Można by więc sądzić, że to morderstwo na tle rabunkowym, gdyby nie pojawiły się nowe trudności. Starszy pan miał dwoje służby: Betsy Andrews, kobietę z Hoppaton i niegrzecznego służącego Roberta Granta. Grant, jak co dzień, poszedł na farmę po mleko. Betsy wyszła z domu, żeby pogadać z sąsiadką. Nie było jej zaledwie dwadzieścia minut: między dziesiątą a dziesiątą dwadzieścia. W tym czasie dokonano morderstwa. Grant pierwszy wrócił do domu. Wszedł tylnymi drzwiami; nie były zamknięte na klucz, za dnia nikt u nas nie zamyka drzwi. Wstawił mleko do spiżarni i poszedł do swojego pokoju, gdzie czytał gazetę i palił papierosa. Nie zauważył nic niezwykłego; tak przynajmniej twierdzi. Potem wróciła Betsy. Weszła do salonu, zobaczyła, co się stało, i wrzasnęła tak, że zmarłego by obudziła. Dotąd wszystko się zgadza. Ktoś wszedł do domu pod nieobecność służących i sprzątnął biedaka. Musiał to być człowiek o żelaznych nerwach: przyszedł spokojnie uliczką albo wkradł się do domu przez czyjeś podwórko. Sami panowie zobaczcie. ''Granit'' ze wszystkich stron otaczają domy. Czy to możliwe, żeby nikt nie zauważył obcego? - Tym retorycznym pytaniem inspektor zakończył swoją przemowę.

- Tak, rozumiem pana - powiedział Poirot. - Proszę mówić dalej.

- To podejrzane, pomyślałem i zacząłem się rozglądać po salonie. Chodzi mi o te jaspisowe figurki. Skąd byle przybłęda miałby wiedzieć, że są coś warte? Zresztą, tak czy inaczej, porwanie się na coś podobnego w biały dzień to czyste szaleństwo. A gdyby staruszek zaczął krzyczeć?

- Przypuszczam, inspektorze - zauważył pan Ingles - że rana na czole powstała przed śmiercią.

- Oczywiście, proszę pana. Morderca najpierw go ogłuszył, a potem zabił. To oczywiste. Ale skąd, do diaska, ten człowiek przyszedł? I gdzie się podział? W takiej dziurze jak ta każdy obcy przyciąga uwagę. Przyszło ml do głowy, że nie było tu żadnego obcego. Rozejrzałem się po domu. Wczoraj wieczorem padało. Znalazłem wyraźne ślady butów: ktoś wszedł do kuchni i wyszedł z niej. W salonie były ślady dwu osób: pana Whalleya i jakiegoś innego mężczyzny. Betsy nie wchodziła do pokoju, stanęła tylko na progu. Ten drugi mężczyzna wdepnął w kałużę krwi i zostawił, psiajucha, ślady… Bardzo przepraszam.

- Nie szkodzi - powiedział pan Ingles, uśmiechając się nieznacznie.

- Ślady prowadziły do kuchni i tam się urywały. Na futrynie drzwi pokoju Roberta Granta znalazłem niewielką plamkę… krwi. To drugi ślad. Wziąłem buty Granta, które ten zdjął, zanim poszedł do siebie, i przyłożyłem je do krwawych śladów na podłodze. Pasowały jak ulał. Wszystko się wyjaśniło. Morderstwo popełnił domownik. Aresztowałem Granta. Jak panowie sądzicie, co znalazłem u niego w walizce? Małe jaspisowe figurki i zwolnienie z więzienia. Robert Grant nazywa się Abraham Briggs. Pięć lat temu został skazany za oszustwo i włamanie. - Inspektor popatrzył na nas zadowolony. - Co panowie o tym sądzicie?

- Zdaje się - zaczął Poirot - że sprawa jest prosta. Ten Briggs czy Grant to zapewne zupełnie prymitywny człowiek, co?

- Ależ oczywiście. To mężczyzna nieokrzesany, nie wyróżniający się niczym szczególnym.

- Najwyraźniej nie przeczytał w swoim życiu żadnego kryminału! Cóż, inspektorze, muszę panu pogratulować. Czy mógłbym zobaczyć miejsce zbrodni?

- W tej chwili panów tam zaprowadzę. Chciałbym pokazać ślady butów.

- Ja również chętnie je zobaczę. Tak, tak, to bardzo interesujące i pomysłowe.

Pan Ingles poszedł przodem z inspektorem. Ja ociągałem się nieco. Chciałem porozmawiać z Poirotem tak, żeby inspektor nas nie słyszał.

- Co ty o tym myślisz, Poirot? Czy coś się za tym wszystkim kryje?

- Sam zadaję sobie to pytanie, mon ami, Whalley w swoim liście wyraźnie stwierdza, że Wielka Czwórka depcze mu po piętach. My dwaj wiemy, że Wielka Czwórka nie jest bajkowym potworem, którym straszy się dzieci. A jednak wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest Grant. Dlaczego to zrobił? Żeby zagarnąć małe jaspisowe figurki? A może jest wysłannikiem Wielkiej Czwórki? Przyznaję, że ta druga możliwość wydaje mi się bardziej prawdopodobna. Człowiek niewykształcony nie potrafiłby docenić wartości jaspisu i nie zabijałby dla tak małego łupu. To, par exemple powinno zastanowić inspektora. Służący mógł ukraść figurki i uciec. Nie miał powodu dopuszczać się brutalnego zabójstwa. Cóż, obawiam się, że nasz przyjaciel z Devonshire nie używał swoich małych szarych komórek. Skoncentrował się na mierzeniu śladów i nie wystarczyło mu czasu na myślenie, na metodyczne uporządkowanie myśli.

IV. JAGNIĘCY UDZIEC

Inspektor wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi ''Granitu''. Dzień był pogodny i suchy, więc nie musieliśmy się obawiać, że zostawimy jakieś ślady na podłodze. Na wszelki wypadek przed wejściem starannie wytarliśmy buty.

Z mroku wyszła jakaś kobieta i powiedziała coś do inspektora. Ten się cofnął. Przed odejściem powiedział jeszcze:

- Niech się pan tu rozejrzy, panie Poirot. Wrócę za dziesięć minut. Zapomniałbym, to but Granta. Przyniosłem go, żeby pan mógł porównać ślady.

Weszliśmy do salonu. Ogłos kroków inspektora zaczął powoli cichnąć w oddali. Uwagę Inglesa przykuły chińskie osobliwości, ustawione na małym stoliku w kącie. Brał je po kolei do rąk i przyglądał się z bliska. Przestał interesować się Poirotem. Ja natomiast nie spuszczałem oka z przyjaciela.

Poirot rozglądał się. Podłogę pokoju pokrywało ciemnozielone linoleum, na którym wszystkie ślady były doskonale widoczne. W drugim końcu pokoju znajdowały się drzwi prowadzące do kuchni. Z kuchni można było przejść do spiżarni (dopiero stamtąd wychodziło się na podwórko) i do pokoju Roberta Granta. Poirot obejrzał te pomieszczenia i zaczął mówić:

- Tutaj leżało ciało; tu, gdzie widzisz tę wielką ciemną plamę i mniejsze plamki krwi, które trysnęły na boki. Widać ślady miękkich kapci i butów numer dziewięć; te ostatnie są niewyraźne. Dwa tropy prowadzą do kuchni i z powrotem. Tędy wszedł morderca. Masz ten but, Hastings? Daj mi go.

Z wielką uwagą Poirot dopasował but do śladów.

- Tak, te ślady zostawił jeden człowiek: Robert Grant. Wszedł tędy, zabił staruszka i wrócił do kuchni. Wdepnął w krew. Widzisz ślady z krwawymi plamami? Zrobił je wychodząc. W kuchni nic nie widać. Chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka tędy przeszli. Grant poszedł do swojego pokoju… Nie, najpierw wrócił na miejsce zbrodni. Czyżby po jaspisowe figurki? A może chciał zabrać coś, co mogło świadczyć przeciwko niemu?

- Może dopiero za drugim razem zabił staruszka? - myślałem na głos.

- Mais non, popatrz uważniej. Na jednym z poplamionych krwią śladów, prowadzących do kuchni, widnieje drugi, powrotny. Zastanawiam się, po co on wrócił. Po jaspisowe figurki? Przypomniał sobie o nich, kiedy było już po wszystkim? To dziwne i głupie.

- Zostawił mnóstwo śladów.

- N’est–ce pas? Powiadam ci, Hastings, to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Moje małe szare komórki nie mogą się z tym pogodzić. Chodź, zobaczymy jego pokój. Tak - powiedział Poirot - rzeczywiście na progu widać ślad krwi i krwawy odcisk buta. Obok ciała nie było innych śladów, oprócz zostawionych przez Roberta Granta. Robert Grant był jedynym, który wszedł do domu. Tak, muszę się pogodzić z faktami.

- A kucharka? - spytałem nagle. - Po wyjściu Granta została w domu sama. Mogła zabić pracodawcę i wyjść na ulicę. Nie zostawiła śladów, ponieważ cały ranek spędziła w domu.

- Doskonale, Hastings. Byłem ciekaw, czy taka hipoteza przyjdzie ci do głowy. Myślałem już o tym, ale odrzuciłem taką wersję wydarzeń. Betsy Andrews jest miejscowa i wszyscy wszystko o niej wiedzą. Niemożliwe, żeby współpracowała z Wielką Czwórką. Poza tym słyszeliśmy, że stary Whalley był silnym mężczyzną. Tego nie zrobiła kobieta.

- To przecież niemożliwe, żeby Wielka Czwórka zainstalowała na strychu jakiś piekielny wynalazek… Coś, co opuściło się automatycznie i podcięło gospodarzowi gardło, po czym znów uniosło się do góry?

- Jak drabina Jakubowa? Wiem, Hastings, że masz bujną wyobraźnię, proszę jednak, żebyś ją nieco pohamował.

Poczułem się obrażony. Poirot kręcił się po domu, zaglądał do pokojów i szaf. Sprawiał wrażenie niezadowolonego. Nagle wykrzyknął z satysfakcją. Przypominał teraz podnieconego szpica. Podbiegłem do niego. Stał w drzwiach spiżarni z miną zwycięzcy. W ręce trzymał duży jagnięcy udziec.

- Drogi Poirot! - zawołałem. - O co chodzi? Czyżbyś oszalał?

- Popatrz na tę baraninę. Patrz uważnie!

Starałem się, ale nie widziałem nic niezwykłego. Był to zupełnie normalny jagnięcy udziec. Powiedziałem to, ale Poirot tylko spojrzał na mnie ze smutkiem.

- Nie widzisz tego… i tego…

Przy każdym ''tego'' dźgał palcem w udziec, odłupując kawałki lodu.

Przed chwilą Poirot oskarżył mnie, że mam zbyt bujną wyobraźnię, chociaż nie przyszedł mi do głowy pomysł aż tak szalony jak jego. Czyżby rzeczywiście wierzył, że kawałki lodu to kryształki jakiejś śmiertelnej trucizny? Tylko to mogłoby tłumaczyć jego podniecenie.

- To mrożone mięso - powiedziałem spokojnie. - Importowane z Nowej Zelandii.

Poirot przyglądał mi się przez chwilę, po czym wybuchnął śmiechem.

- Mój przyjaciel Hastings jest niezwykłym człowiekiem! Wie wszystko; dosłownie wszystko!

Po tych słowach rzucił jagnięcy udziec na talerz i wyszedł ze spiżami. Wyjrzał przez okno.

- Nadchodzi nasz przyjaciel inspektor. To dobrze. Zobaczyłem już wszystko, co chciałem. - Zamyślony, zaczął pukać palcami w stół. Nagle spytał: - Jaki mamy dziś dzień, mon ami?

- Poniedziałek - odparłem zdziwiony. - Co…?

- Ach, poniedziałek. Niedobry dzień. To błąd, że zamordowano go w poniedziałek.

Poirot poszedł do salonu, popukał palcem w wiszące na ścianie lustro i rzucił okiem na termometr.

- Dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Piękny letni dzień.

Ingles przyglądał się z bliska chińskiej porcelanie.

- Nie interesuje pana śledztwo? - spytał Poirot. Ingles uśmiechnął się.

- To nie moja sprawa. Znam się na pewnych rzeczach, ale w innych pozostaję ignorantem. Dlatego wolę trzymać się z boku. Na Wschodzie nauczyłem się cierpliwości.

Inspektor wpadł do pokoju jak burza. Przeprosił, że tak długo kazał na siebie czekać. Uparł się, że pokaże nam dom, ale nic ciekawego już nie znaleźliśmy.

- Jest pan bardzo uprzejmy, inspektorze - powiedział Poirot, kiedy wyszliśmy na ulicę. - Chcę jeszcze prosić o jedną przysługę.

- Pewnie zechce pan zobaczyć zwłoki?

- Ależ nie! Zwłoki mnie nie interesują. Chciałbym porozmawiać z Robertem Grantem.

- W tym celu musiałby pan pojechać ze mną do Moreton.

- Pojadę tam. Zależy mi na rozmowie w cztery oczy. Inspektor przesunął palcem po górnej wardze.

- Nie wiem, czy mogę na to pozwolić.

- Zapewniam pana, że jeśli połączy się pan ze Scotland Yardem, dostanie pan pozwolenie.

- Słyszałem o panu i wiem, że wyświadczył nam pan niejedną przysługę. Ale to jest sprzeczne z przepisami.

- Niestety, to konieczne - powiedział spokojnie Poirot. - Grant nie jest mordercą.

- Nie? A więc kto?

- Morderca, jak sądzę, jest młodym mężczyzną. Zajechał przed ''Granit'' dwukołowym wózkiem, który zostawił przed domem. Wszedł do środka, dokonał morderstwa, wyszedł i odjechał. Nie nosił czapki, a ubranie miał lekko poplamione krwią.

- Ależ całe miasteczko by go widziało!

- W danych okolicznościach raczej nie.

- Może i nie, gdyby było ciemno; ale zabójstwa dokonano w jasny dzień.

Poirot uśmiechnął się, nic jednak nie powiedział.

- Skąd pan wie o dwukołowym wózku? Od tego czasu ulicą przejechało mnóstwo pojazdów. Niemożliwe, żeby znalazł pan jakieś ślady.

- Nie znalazłem nic, co można zobaczyć oczyma ciała, ale wiele dostrzegłem oczyma wyobraźni.

Inspektor znacząco popukał się palcem w czoło i uśmiechnął do mnie. Ja również byłem zaskoczony, ale wierzyłem w Poirota.

Pojechaliśmy z inspektorem do Moreton. Po drodze milczeliśmy. Mnie i Poirotowi pozwolono na rozmowę z Grantem, ale w obecności konstabla. Poirot od razu przeszedł do rzeczy.

- Grant, wiem, że nie popełniliście tej zbrodni. Opowiedzcie mi, co się dzisiaj wydarzyło.

Więzień był mężczyzną średniego wzrostu. Miał niesympatyczną twarz i wygląd przestępcy.

- Jak mi Bóg miły, żem tego nie zrobił - powiedział płaczliwie. - Ktoś podrzucił te szklane figurki do mojej walizki. To wszystko zostało z góry ukartowane. Mówiłem już, że jakem wrócił, to poszłem prosto do siebie. O niczym nie wiedziałem, dopiero jak Betsy zaczęła krzyczeć.

- Jeśli nie powiecie prawdy, wychodzę.

- Ależ szefie…

- Weszliście do salonu i zobaczyliście, że pan nie żyje. Chcieliście uciec, ale Betsy wcześniej narobiła hałasu.

Mężczyzna patrzył na Poirota; usta miał otwarte ze zdziwienia.

- No co, było tak? Mówię poważnie. Daję słowo honoru, że waszą jedyną szansą jest szczere przyznanie się do wszystkiego.

- Spróbuję - odpowiedział mężczyzna. - Było tak, jak pan mówi. Wróciłem do domu i poszłem do pana. Leżał na podłodze w kałuży krwi. Miałem cykora. Jak zaczną grzebać w moich papierach będą przekonani, że to moja robota. Myślałem tylko o tym, żeby uciec zanim wszystko się wyda.

- A jaspisowe figurki?

Mężczyzna zawahał się.

- Wie pan…

- Pewnie zabraliście je instynktownie? Słyszeliście, jak pan mówił, że są wartościowe, i postanowiliście pójść na całość? Rozumiem to. Powiedzcie mi, za którym razem wzięliście figurki?

- Wszedłem tam tylko raz. Nie miałem ochoty wracać.

- Jesteście tego pewni?

- Jak własnej matki.

- Dobrze. Kiedy wyszliście z więzienia?

- Dwa miesiące temu.

- Jak znaleźliście tę pracę?

- Przez Towarzystwo Pomocy Więźniom. Facet od nich czekał na mnie, kiedy wyszedłem.

- Jak wyglądał?

- Nie był pastorem, ale z wyglądu można było sobie tak pomyśleć. Miał czarny kapelusz i chodził drobnym kroczkiem. Miał wybity ząb z przodu. Nosił okulary. Nazywał się Saunders. Powiedział, że ma nadzieję, że żałuję tego co zrobiłem i że znalazł dla mnie pracę. Z jego polecenia przyjechałem do starego Whalleya.

Poirot wstał.

- Dziękuję. To wszystko. Czekajcie cierpliwie.

W drzwiach zatrzymał się jeszcze i spytał:

- Saunders dał wam buty, prawda? Grant miał bardzo zdziwioną minę.

- Rzeczywiście. Skąd pan o tym wie?

- Mój zawód wymaga, żebym wiedział wszystko - odparł z powagą Poirot.

Zamieniliśmy jeszcze kilka słów z inspektorem i poszliśmy do ''Białego Jelenia'' na jajecznicę na bekonie i jabłecznik.

- Czy coś pan już wyjaśnił? - spytał Ingles z uśmiechem.

- Tak, teraz wszystko jest jasne. Chociaż trudno będzie to udowodnić. Whalley został zamordowany z polecenia Wielkiej Czwórki, ale nie zrobił tego Grant. Ktoś bardzo sprytny załatwił Grantowi posadę i zamierzał zrobić z niego kozła ofiarnego. W wypadku człowieka z więzienną przeszłością nie było to trudne. Ktoś dał Grantowi parę butów. Sam miał identyczne. To proste. Granta nie było w domu, a Betsy plotkowała ze znajomą (pewnie robiła to codziennie). Mężczyzna w takich samych butach zajechał przed dom, wszedł do kuchni, stamtąd do salonu, ogłuszył starca, a potem go zarżnął. Następnie wrócił do kuchni, zdjął buty, włożył inne i niosąc te pierwsze w ręce, wrócił do wózka i odjechał.

Ingles popatrzył na Poirota z uwagą.

- Czy aby powiedział nam pan wszystko? Dlaczego nikt nie widział tego mężczyzny?

- Ach! To dowód sprytu Numeru Czwartego. Wszyscy go widzieli, ale nikt go nie zauważył. Widzi pan, on przyjechał wózkiem rzeźnika.

Krzyknąłem ze zdumienia.

- Jagnięcy udziec?

- Otóż to, Hastings: jagnięcy udziec. Wszyscy przysięgali, że tego ranka w ''Granicie'' nie było gości, ale ja znalazłem w spiżarni zamrożony jagnięcy udziec. Mamy poniedziałek, więc mięso musiało zostać dostarczone rano. Przy takiej pogodzie rozmroziłoby się przez niedzielę, gdyby dostarczono je w sobotę. To znaczy, że w domku ktoś był; ktoś, kto miewa zakrwawione ubranie nie budząc niczyjego zdziwienia.

- Diabelnie sprytne! - zawołał Ingles.

- Tak, Numer Czwarty jest bardzo pomysłowy.

- Równie pomysłowy jak Herkules Poirot? - szepnąłem. Przyjaciel spojrzał na mnie z naganą.

- Są żarty, na które nie powinieneś sobie pozwalać, Hastings - powiedział z powagą. - Uratowałem niewinnego człowieka od szubienicy. Jak na jeden dzień, to bardzo dużo.

V. ZAGINIĘCIE UCZONEGO

Jestem przekonany, że nawet po oczyszczeniu Roberta Granta alias Briggsa z zarzutu o zamordowanie Jonathana Whalleya, inspektor Meadows nadal miał wątpliwości. Oskarżenie przeciwko Grantowi, oparte na jego kryminalnej przeszłości oraz na takich poszlakach jak kradzież jaspisowych figurek i posiadanie butów, pasujących do pozostawionych śladów, było jak najbardziej uzasadnione i prostolinijny umysł inspektora nie chciał przyjąć innej wersji zdarzeń. Poirot, wbrew swoim zwyczajom, zeznawał przed sądem jako świadek. Znalazły się dwie osoby, które widziały wózek rzeźnika zajeżdżający tego dnia przed dom zamordowanego. Miejscowy rzeźnik stwierdził, że mięso do ''Granitu'' dostarczał w środy i piątki.

Znaleziono nawet kobietę, która widziała rzeźnika wychodzącego z domu ofiary, ale nie była w stanie podać dokładnego rysopisu. Pamiętała tylko, że mężczyzna był starannie ogolony, średniego wzrostu i wyglądał jak rzeźnik. Poirot, słuchając tego zeznania, wzruszał ramionami.

- Jest tak, jak mówiłem, Hastings - powiedział do mnie po wyjściu z sądu. - Ten człowiek jest artystą; nie musi się ukrywać za sztuczną brodą i okularami słonecznymi. Zmienia wprawdzie rysy twarzy, ale to nie ma większego znaczenia. On na pewien czas staje się rym, kim chce być. Dla niego gra jest życiem.

Musiałem przyznać, że mężczyzna z Hanwell, który złożył nam wizytę, wyglądał dokładnie tak, jak sobie wyobrażamy dozorcę z zakładu dla psychicznie chorych. Ani przez chwilę nie podejrzewałem, że jest oszustem.

Byłem zniechęcony. Wyjazd do Dartmoor nie posunął nas naprzód. Powiedziałem o tym Poirotowi, ale nie zgodził się ze mną:

- Posuwamy się do przodu - powiedział. - Za każdym razem dowiadujemy się czegoś nowego o tym człowieku i o jego metodach działania. On zaś nie wie nic o nas ani o naszych planach.

- Daj spokój, Poirot - zaprotestowałem. - Ja też nie wiem nic o twoich planach. Siedzisz tutaj i czekasz na ruch przeciwnika.

- Poirot uśmiechnął się.

- Mon ami, ty nigdy się nie zmienisz. Zawsze pozostaniesz tym samym Hastingsem, który skoczyłby im do gardeł. Możliwe - dodał, słysząc pukanie do drzwi - że będziesz miał ku temu okazję.

Do pokoju wszedł inspektor Japp z jakimś obcym panem. Poirot roześmiał się głośno, widząc zaskoczenie na mojej twarzy.

- Dobry wieczór panom - powiedział inspektor. - Pozwólcie, że przedstawię kapitana Kenta z amerykańskiego wywiadu.

Kapitan Kent był wysokim, szczupłym Amerykaninem o nieruchomej, jakby wyciosanej z drewna twarzy.

- Bardzo mi przyjemnie - mruknął, mocno ściskając moją dłoń.

Poirot dorzucił drew do kominka i przysunął krzesła. Ja przyniosłem szklanki i nalałem whisky z wodą sodową. Kapitan był zadowolony.

- Macie w tym kraju zdrowe prawodawstwo* - powiedział.

- Przejdźmy do tematu - przerwał mu Japp. - Obecny tu pan Poirot prosił mnie o przysługę. Interesuje go pewna grupa znana jako Wielka Czwórka. Obiecałem panu Poirotowi, że dam mu znać, jeśli natknę się na tę nazwę w swojej pracy. Sprawa ta nie wydawała mi się ważna, ale nie zapomniałem o swojej obietnicy. Kiedy odwiedził mnie obecny tu kapitan i opowiedział niezwykłą historyjkę, pomyślałem sobie: pójdziemy z tym do pana Poirota.

Poirot spojrzał na kapitana Kenta. Reszty dowiedzieliśmy się od Amerykanina.

- Może pan czytał, panie Poirot, że zatonęło nam kilka okrętów torpedowych i niszczycieli? Później morze wyrzuciło je na skały amerykańskiego wybrzeża. Zdarzyło się to bezpośrednio po trzęsieniu ziemi w Japonii, toteż katastrofę uznano za skutek fali uderzeniowej. Niedawno jednak przeprowadzono rewizje w znanych policji melinach oszustów i rewolwerowców. W ten sposób władze weszły w posiadanie dokumentów, rzucających na tamtą katastrofę całkiem nowe światło. Wymieniano w nich organizację o nazwie Wielka Czwórka i opisywano jakieś bezprzewodowe urządzenie, pozwalające zgromadzić energię o niewyobrażalnej mocy. Może ono wyemitować promień o potężnej sile i skierować go na określony cel. Opis tego wynalazku wydał mi się zbyt fantastyczny, żeby mógł być prawdziwy, przekazałem go jednak zwierzchnikom, żeby zbadali, co może się za tym kryć. Sprawą zainteresował się któryś z naszych profesorów. Dowiaduję się teraz, że jeden z brytyjskich naukowców wygłosił w Brytyjskim Towarzystwie Naukowym odczyt na ten sam temat. Jego koledzy uznali sprawę za niewartą funta kłaków, zbyt wydumaną i nierealną, ale wasz naukowiec był niewzruszony i oświadczył, że jest bliski owocnego sfinalizowania eksperymentów.

- Eh bien? - spytał Poirot, wyraźnie zainteresowany tematem.

- Zaproponowano mi, żebym odwiedził wasz kraj i porozmawiał z tym dżentelmenem. To młody człowiek, nazywa się Halliday. Ponieważ jest w swojej dziedzinie czołowym autorytetem, miałem prosić go o stwierdzenie, czy opisana w dokumentach rzecz jest możliwa do realizacji.

- Czego się pan dowiedział? - spytałem zniecierpliwiony.

- Niczego. Nie spotkałem się z panem Hallidayem i chyba nigdy do tego spotkania nie dojdzie.

- Prawda jest taka - wtrącił Japp - że Halliday zniknął. - Kiedy?

- Dwa miesiące temu.

- Czy zaginięcie zostało zgłoszone na policji?

- Oczywiście. Odwiedziła nas jego żona. Była bardzo wzburzona. Robiliśmy, co w naszej mocy, chociaż od początku wiedziałem, że wszystko na nic.

- Dlaczego?

- Kiedy mężczyzna znika w taki sposób, sprawa jest jasna - powiedział Japp, puszczając figlarnie oczko.

- W jaki sposób? - W Paryżu.

- To znaczy, że Halliday zniknął w Paryżu?

- Tak. Powiedział, że zamierza przeprowadzić tam jakieś badania. Musiał coś wymyślić. Sami jednak panowie wiecie, co to znaczy, gdy mężczyzna znika w Paryżu. Albo zabiły go jakieś ciemne typy i sprawa skończona, albo zniknął z własnej woli, co, muszę panom powiedzieć, zdarza się bardzo często. Mężczyzna ma dość życia rodzinnego. Halliday przed wyjazdem posprzeczał się z żoną, co również rzuca na naszą sprawę trochę światła.

- Zastanawiam się… - powiedział zamyślony Poirot. Amerykanin spojrzał na niego z zaciekawieniem.

- Niech mi pan powie - odezwał się ze swym niechlujnym amerykańskim akcentem - o co chodzi tej Wielkiej Czwórce?

- Wielka Czwórka - wyjaśnił Poirot - jest organizacją międzynarodową. Jej przywódcą jest Chińczyk. Nazywają go Numerem Pierwszym. Numer Drugi jest Amerykaninem. Numer Trzeci to Francuzka. Numer Czwarty zaś, zwany również Niszczycielem, to Anglik.

- Francuzka, mówi pan? - zdziwił się Amerykanin. - Halliday zniknął we Francji. Może coś w tym jest? Jak się nazywa ta kobieta?

- Nie wiem. Nic o niej nie wiem.

- Jest o czym myśleć.

Poirot pokiwał głową i równiutko ustawił szklanki na tacy. Dało o sobie znać jego zamiłowanie do porządku.

- Dlaczego zatopili te statki? Czy Wielka Czwórka służy Niemcom?

- Wielka Czwórka dba tylko o własny interes i o nic więcej, panie kapitanie. Chcą zdobyć władzę nad światem.

Amerykanin wybuchnął śmiechem. Umilkł jednak, gdy spostrzegł powagę na twarzy Poirota.

- Pan się śmieje - powiedział mój przyjaciel, grożąc Amerykaninowi palcem - ale pan nie myśli; nie używa małych szarych komórek. Kim są ludzie, którzy zniszczyli część waszej floty, żeby wypróbować swoją moc? O to przecież chodziło, panowie: o wypróbowanie tej nowej magnetycznej siły, którą posiedli.

- To do pana pasuje - powiedział rozbawiony Japp. - Często czytałem o superprzestępcach, ale nigdy takiego nie spotkałem. Usłyszał pan historię kapitana Kenta. Czy mógłbym coś jeszcze dla pana zrobić?

- Tak, przyjacielu. Niech mi pan da, z łaski swojej, adres pani Halliday i list polecający do niej.

Następnego dnia udaliśmy się do Chetwynd Lodge, niedaleko miasteczka Cobham w Surrey.

Pani Halliday nie kazała nam czekać. Była wysoką kobietą o jasnej cerze, nerwową i pełną energii. Razem z nią do pokoju weszła urocza pięcioletnia dziewczynka. Poirot wyjaśnił cel naszej wizyty.

- Och, panie Poirot! Tak bardzo się cieszę! Jestem panu niezmiernie wdzięczna! Oczywiście, wiele o panu słyszałam. Pan nie będzie taki, jak ludzie ze Scotland Yardu. Oni nie potrafią słuchać i nawet nie próbują mnie zrozumieć. Francuska policja wcale nie jest lepsza… Powiedziałabym, że raczej gorsza. Wszyscy są przekonani, że mąż uciekł z jakąś kobietą, ale to nieprawda. On myślał tylko o swojej pracy. To było źródłem połowy naszych kłótni. On pracę kocha bardziej niż mnie.

- Tacy są Anglicy - powiedział uspokajająco Poirot. - Albo praca, albo hazard, albo sport - to wszystko traktują au grand sérieux. Proszę, żeby pani opowiedziała mi bardzo szczegółowo i w miarę metodycznie o wszystkim, co ma związek ze zniknięciem jej męża.

- Mój mąż popłynął do Paryża w czwartek, dwudziestego lipca. W związku ze swoimi badaniami miał się tam spotkać z różnymi ludźmi, między innymi z panią Olivier.

Poirot pokiwał głową, słysząc nazwisko znanej francuskiej chemiczki, której osiągnięcia przyćmiły nawet blask sławy pani Curie. Pani Olivier otrzymała od rządu francuskiego wysokie odznaczenie i była wówczas jedną z najsławniejszych osobistości.

- Mąż dotarł do Paryża wieczorem i udał się prosto do hotelu ''Castiglione'' na ulicy Castiglione. Nazajutrz miał się spotkać z profesorem Bourgoneau. Stawił się na tym spotkaniu. Zachowywał się normalnie, był uprzejmy. Rozmowa była bardzo interesująca. Profesor umówił się z moim mężem na następne spotkanie. Chciał mu pokazać, jakie eksperymenty prowadzi w swojej pracowni. Potem mąż samotnie zjadł obiad w ''Cafe Royal'', poszedł na spacer do Lasku Bulońskiego i odwiedził panią Olivier u niej w domu, w Passy. Zachowywał się całkiem normalnie. Wyszedł od niej około szóstej. Nie wiadomo, gdzie zjadł kolację. Pewnie w jakiejś restauracji. Koło jedenastej wrócił do hotelu, spytał, czy są dla niego jakieś listy, i udał się do swojego pokoju. Następnego dnia rano opuścił pokój, wyszedł z hotelu i nikt go więcej nie widział.

- O której wyszedł z hotelu? Czy o godzinie, o której powinien wyjść, żeby zdążyć na spotkanie z profesorem Bourgoneau?

- Nie wiemy. Rano nikt go nie widział. Nie zjadł śniadania, co każe się domyślać, że wyszedł wcześnie.

- Albo wskazuje na fakt, że wyszedł jeszcze poprzedniej nocy.

- Nie sądzę. Ktoś spał w jego łóżku. Portier zapamiętałby człowieka wychodzącego z hotelu o niezwykłej porze.

- Słuszna uwaga. Możemy więc przypuszczać, że wyszedł wcześnie rano. To stanowi jakąś pociechę. Przynajmniej nie został napadnięty przed świtem na paryskiej ulicy. A co z bagażem? Czy wszystkie swoje rzeczy mąż zostawił w pokoju?

Pani Halliday przez moment zwlekała z odpowiedzią, ale w końcu zdecydowała się powiedzieć prawdę:

- Nie; zabrał ze sobą jedną małą walizkę.

- Hmm… - powiedział zamyślony Poirot. - Ciekaw jestem, gdzie pani mąż spędził wieczór. Gdybyśmy to wiedzieli, posunęlibyśmy się naprzód. Z kim się spotkał? To bardzo tajemnicza historia. Zapewniam panią, że nie zawsze zgadzam się z opinią policji. Oni powtarzają tylko: Cherchez la femme. Oczywiste jest, że w nocy stało się coś, co zmusiło pani męża do zmiany planów. Mówi pani, że po powrocie do hotelu pytał, czy nie ma dla niego listów. Chciałbym wiedzieć, czy coś na niego czekało?

- Tylko jeden list. Pewnie ten, który napisałam do niego w dniu, gdy opuścił Anglię.

Poirot nie odzywał się przez chwilę, pogrążony w myślach. Potem poderwał się na równe nogi.

- Rozwiązanie tej tajemnicy znajduje się w Paryżu; żeby je odnaleźć, osobiście pojadę do Francji.

- To było tak dawno.

- Tak, tak… Niemniej właśnie tam musimy go szukać. Odwrócił się, jakby chciał opuścić pokój, ale zatrzymał się jeszcze z dłonią na klamce.

- Proszę mi powiedzieć, czy pani mąż mówił coś o Wielkiej Czwórce?

- O Wielkiej Czwórce? - powtórzyła pani Halliday. - Nie, nie sądzę.

VI. KOBIETA NA SCHODACH

Tylko tyle dowiedzieliśmy się od pani Halliday. W pośpiechu wróciliśmy do Londynu. Nazajutrz byliśmy już w drodze na kontynent. Uśmiechając się ze smutkiem, Poirot powiedział:

- Przez tę Wielką Czwórkę nie mogę posiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Biegam tu i tam jak nasz stary przyjaciel, pies myśliwski w ludzkiej skórze.

- Może spotkacie się w Paryżu?

Powiedziałem to wiedząc, że Poirot ma na myśli niejakiego Girauda, jednego z najlepszych detektywów Surete, którego kiedyś poznał osobiście.

Poirot skrzywił się.

- Mam nadzieję, że nie. Ten człowiek nie darzy mnie miłością.

- Czeka nas trudne zadanie - powiedziałem. - Mamy znaleźć Anglika, który zniknął w Paryżu dwa miesiące temu.

- Bardzo trudne, mon ami. Wiesz jednak, że Herkulesa

Poirot cieszą trudności.

- Sądzisz, że porwała go Wielka Czwórka? Poirot pokiwał głową.

Poszukiwania zaczęliśmy od sprawdzenia posiadanych informacji. Nie dowiedzieliśmy się jednak nic ponad to, co powiedziała nam pani Halllday. Poirot długo rozmawiał z profesorem Bourgoneau. Chciał wiedzieć, czy Halliday wspominał o swoich planach na wieczór, ale profesor nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

Nieco lepszym źródłem informacji mogła się okazać sławna pani Olivier. Byłem bardzo podniecony, gdy stanąłem na schodach jej willi w Passy. Zawsze intrygowały mnie kobiety, które potrafią zajść wysoko w świecie nauki. Moim zdaniem do takiej pracy trzeba męskiego umysłu.

Drzwi otworzył młody, może siedemnastoletni chłopiec, przywodzący na myśl akolitę. Zachowywał się tak, jakby dopełniał tajemniczego rytuału. Poirot wcześniej umówił się z panią Olivier, wiedział bowiem że słynna chemiczka nie przyjmuje niespodziewanych gości, ponieważ większość czasu poświęca pracy.

Wprowadzono nas do niewielkiego salonu. Wkrótce nadeszła gospodyni. Pani Olivier była kobietą wysoką, co dodatkowo podkreślał długi biały kitel i dziwna fryzura. Jej włosy jak welon zakonnicy osłaniały głowę i twarz, pociągłą i bladą. W oczach płonęło jakieś fanatyczne światło. Przypominała raczej antyczną kapłankę niż współczesną Francuzkę. Jeden policzek kobiety szpeciła duża szrama. Przypomniałem sobie, że trzy lata temu jej mąż i współpracownik zginął w wyniku eksplozji w laboratorium, a sama pani Olivier doznała licznych poparzeń. Od tego wypadku chemiczka rzadko opuszczała swój dom i całkowicie poświęciła się badaniom naukowym. Przywitała nas chłodno, ale uprzejmie.

- Musicie panowie wiedzieć, że policja przesłuchiwała mnie wielokrotnie. Nie sądzę, żebym mogła panom pomóc, skoro moje informacje nie przydały się policji.

- Madame, nie wykluczam, że postawię pani całkiem nowe pytania. Proszę mi powiedzieć, o czym rozmawiała pani z panem Hallidayem?

Chemiczka wyglądała na zaskoczoną.

- O jego pracy! O jego pracy i o mojej.

- Czy pan Halliday wspominał o teorii, którą przedstawił niedawno w swoim odczycie dla Towarzystwa Naukowego?

- Oczywiście. Stanowiło to główny temat naszej rozmowy.

- Czy zgodzi się pani ze mną, że jego pomysł był fantastyczny? - spytał jakby od niechcenia Poirot.

- Niektórzy tak sądzą. Nie, nie zgadzam się z tą opinią.

- Sądzi pani, że realizacja tego zamierzenia jest możliwa?

- Jak najbardziej. Moje badania również idą w tym kierunku, chociaż postawiłam sobie inny cel. Badałam promieniowanie gamma emitowane przez substancję zwaną radem C, stanowiącą produkt promieniowania radu. Podczas badań spotkałam się z bardzo interesującym zjawiskiem magnetycznym. Prawdę mówiąc, mam własną teorię wyjaśniającą naturę siły zwanej magnetyzmem, ale jeszcze nie nadszedł czas na ujawnienie moich odkryć światu. Eksperymenty i poglądy pana Hallidaya bardzo mnie zainteresowały.

Poirot pokiwał głową. Potem zadał następne pytanie, które bardzo mnie zdziwiło:

- Madame, gdzie rozmawialiście o tych sprawach? Tutaj?

- Nie. W laboratorium.



dalej


strona główna
(23kB)