(23kB)
strona główna

Agatha Christie

Tragedia w trzech aktach

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY ''KRUCZE GNIAZDO''

Pan Satterthwaite siedział na tarasie ''Kruczego Gniazda'', a jego gospodarz, sir Charles Cartwright, wspinał się ku niemu ścieżką od morza.

''Krucze Gniazdo'' było nowoczesnym bungalowem w dobrym stylu. Bez oszalowania, przybudówek i nadbudówek, czyli tego wszystkiego, w czym lubują się trzeciorzędni architekci. Prosty, solidny biały dom zwodził oko swymi rozmiarami: w rzeczywistości był o wiele większy, niż się z pozoru wydawało. Nazwę zawdzięczał położeniu. Leżał wysoko nad portem Loomouth, a z jednego końca ogrodzonego masywną balustradą tarasu można było wykonać skok wprost do morza. Szosą było stąd do miasta mile. Szosa wiodła w głąb lądu, po czym pięła się zygzakiem pod górę, wysoko nad wodą. Urwistą rybacką ścieżką, tą, którą podchodził teraz sir Charles Cartwright, szło się tu siedem minut.

Był on dobrze zbudowanym, opalonym mężczyzną w sile wieku. Miał na sobie stare popielate flanelowe spodnie i biały sweter. Szedł sprężystym krokiem, kołysząc się lekko w biodrach, a dłonie zaciskał w pieści. Dziewięć osób na dziesięć powiedziałoby: ''Oficer marynarki W stanie spoczynku. Nie można się pomylić''. Dziesiąta osoba wszakże, bardziej spostrzegawcza, miałaby wątpliwości. Uderzyłoby ją coś bliżej nieokreślonego, jakaś nie-prawdziwość w tej postaci. Nieoczekiwanie mógłby pojawić się obraz: pokład statku, ale statku nierzeczywistego, obciętego bocznymi kurtynami z grubej, bogatej tkaniny; na pokładzie człowiek, Charles Cartwright, w strumieniach światła, ale nie słonecznego światła; krok lekki, dłonie zaciśnięte i ten głos, miły subtelny głos angielskiego żeglarza i dżentelmena, o wzmocnionej donośności.

- Nie, sir - mówił Charles Cartwright - obawiam się, że nie mogę udzielić panu odpowiedzi na to pytanie. Szeleszcząc opadły ciężkie kurtyny, zabrzmiała ostatnia synkopowana nuta, zapaliły się światła, a dziewczyny z pretensjonalnymi kokardami wołały: ''Czekoladki? Lemoniada?''. Pierwszy akt Wezwania morza z Charlesem Cartwrightem w roli komendanta Vanstone’a dobiegł końca.

Spoglądając na dół ze swego punktu obserwacyjnego pan Satterthwaite uśmiechnął się.

Satterthwaite, mały, suchy człowieczek, był mecenasem sztuki, zatwardziałym, lecz sympatycznym snobem, którego nigdy nie pomijano w ważniejszych spotkaniach towarzyskich czy akcjach społecznych (zwrot ''oraz pan Satterthwaite'' niezmiennie zamykał listę gości). Był on przy tym obdarzony niezwykłą inteligencją i wyostrzonym zmysłem obserwacyjnym.

Potrząsał teraz głową i mruczał pod nosem: - Nigdy bym się nie spodziewał. Nie, doprawdy, nigdy.

Rozległy się kroki. Satterthwake odwrócił się. Potężny szpakowaty mężczyzna około pięćdziesiątki wziął krzesło i usiadł. Miła, łagodna twarz tego człowieka mówiła sama za siebie: lekarz, Harley Street. Sir Bartholomew Strange był wziętym specjalistą chorób nerwowych, miał za sobą liczne sukcesy zawodowe, niedawno zaś otrzymał tytuł szlachecki z listy Birthday Honours*.

Przysunąwszy sobie krzesło do pana Satterthwaite’a odezwał się:

- Czego by pan się nigdy nie spodziewał? Proszę zdradzić.

Satterthwaite wskazał z uśmiechem na postać szybko posuwającą się po ścieżce.

- Nie spodziewałbym się, że sir Charles tak długo tu wytrzyma… na tym wygnaniu.

- Ani ja, do kroćset! - zaśmiał się tamten odrzucając do tyłu głowę. - Znam Charlesa od dziecka. Byliśmy razem w Oxfordzie. Zawsze ten sam - lepszy aktor w życiu niż na scenie. Wiecznie gra. Nie może się powstrzymać, to jego druga natura. On nie wychodzi z pokoju, on ''robi wyjście'', a jeszcze musi mieć do tego dobrą role. Uwielbia zmieniać role, to jego żywioł. Dwa lata temu rozstał się ze sceną, mówił, że potrzebuje cichego, sielskiego życia, z dala od świata, że chce się oddać swym dawnym żeglarskim zamiłowaniom. Przyjeżdża wiec tutaj, buduje dom. W jego pojęciu prosty, wiejski dom. Z trzema łazienkami i Bóg wie czym. Podobnie jak pan, Satterthwaite, nie wierzyłem, że to długo potrwa. Charles jest tylko człowiekiem, musi mieć publiczność. Kilku emerytowanych kapitanów, grupka podstarzałych kobiet, pastor - to niewystarczające pole do popisu. Szczerze mówiąc sądziłem, że ''prosty człowiek namiętnie kochający morze'' wytrzyma najwyżej sześć miesięcy. A potem znuży się rolą. Że następnym jego wcieleniem będzie światowiec w Monte Carlo albo właściciel ziemski w Highlands. Nasz drogi Charles ma zmienną naturę.

Doktor przerwał na chwile długie przemówienie. Z czułością i rozbawieniem spoglądał na mężczyznę, który, nie wiedząc, iż jest przedmiotem rozmowy, posuwał się ścieżką, aby za chwile znaleźć się na tarasie.

- Cóż - podjął sir Bartholomew - wygląda na to, żeśmy się pomylili. Urok prostego życia działa nadal.

- Człowieka, który wiecznie gra, można łatwo błędnie ocenić - zauważył Satterthwaite. - Jego szczerych odruchów nie traktuje się poważnie.

Doktor skinął głową.

- Tak - powiedział z namysłem. - To prawda. Charles Cartwright wbiegł po schodkach na taras i radośnie powitał przyjaciół.

- ''Mirabelle'' przeszła samą siebie - zawołał. - Szkoda, że się pan nie wybrał, Satterthwaite.

Tamten tylko potrząsnął głową. Tyle razy chorował przeprawiając się przez Kanał, że stracił wszelkie iluzje co do wytrzymałości swego żołądka na pokładzie. Tego ranka obserwował ''Mirabelle'' z okna sypialni. Widząc ostrą bryzę, pan Satterthwaite gorąco dziękował Bogu, że znajduje się na suchym lądzie.

Sir Charles podszedł do okna bawialni i zawołał na służbę, by podano drinki.

- A dlaczego ty się nie wybrałeś, Tollie? - zwrócił się do przyjaciela. - Połowę swego czasu spędzasz na Harley Street, przekonując pacjentów, jak zbawienne jest życie na morzu, a sam co?

- Jest jeden wielki plus zawodu lekarza - rzekł na to sir Bartholomew. - Że nie trzeba koniecznie słuchać własnych rad.

Sir Charles zaśmiał się. Nieświadomie wciąż grał rolę obcesowego żywotnego wilka morskiego. Prezentował się świetnie, a lekka siwizna na skroniach dodawała mu jeszcze pewnej dystynkcji. Był tym, na kogo wyglądał: po pierwsze dżentelmenem, a po drugie aktorem.

- Sam pływałeś? - spytał doktor.

- Nie - sir Charles odwrócił się do szykownej pokojówki, która przyniosła tace z drinkami, i wziął szklaneczkę. - Miałem pomocnika. Tę małą Egg.

W jego głosie było coś takiego, może lekki akcent zakłopotania, że pan Satterthwaite spojrzał na niego badawczo.

- Panna Lytton Gore? Zna się trochę na żeglarstwie, prawda?

Sir Charles uśmiechnął się ze smutkiem.

- Czułem się jak szczur lądowy. Ale dzięki niej robię postępy.

Satterthwaite dokonał błyskawicznych skojarzeń. ''Egg Lytton Gore… ona go tu trzyma… wiek… niebezpieczny wiek… i młoda dziewczyna… samo życie''. Sir Charles mówił dalej:

- Morze… nic się z nim nie równa… słońce, wiatr i morze… i prosta żeglarska pieśń, która ci towarzyszy w drodze do domu.

Rozejrzał się z upodobaniem po białych ścianach swego domu z trzema łazienkami, zimną i gorącą wodą w każdej sypialni, najnowszym systemem ogrzewczym i elektrycznym i całym zastępem służby: dwiema pokojówkami, kucharką i pomocą kuchenną. Sir Charles miał chyba dość przesadne pojęcie o prostocie życia.

Na progu stanęła wysoka, wyjątkowo brzydka kobieta. Podeszła do rozmawiających panów.

- Dzień dobry, panno Milray.

- Dzień dobry, sir Charles. Dzień dobry. - Lekko skinęła głową w stronę gości. - Przyszłam pokazać panu menu na kolację. Czy chciałby pan coś zmienić?

Sir Charles wziął menu i przeczytał półgłosem:

- Ano popatrzmy: melon kantalup, barszcz, świeżo złowiona makrela, głuszec, suflet surprise, canapé Diane… Doskonale, nie mam zastrzeżeń, panno Milray. Wszyscy przyjeżdżają pociągiem o 4.30.

- Dałam już dyspozycje Holgate’owi. Jeszcze jedno, sir Charles. Przepraszam pana, ale chyba lepiej, żebym jadła dziś z państwem przy stole.

Sir Charles był wyraźnie zaskoczony, odparł jednak uprzejmie:

- Oczywiście, panno Milray, będzie mi bardzo miło, tylko… eee…

Panna Milray wyjaśniła ze spokojem:

- Byłoby trzynaście osób, ludzie bywają przesądni, sir Charles.

Ton panny Milray wskazywał, że jeśli o nią idzie, sadzałaby codziennie trzynaście osób przy stole bez żadnych skrupułów.

- Chyba wszystkiego dopilnowałam - podjęła. - Kazałam Holgate’owi zabrać samochodem lady Mary i państwa Babbingtonów. Czy tak pan sobie życzył?

- Świetnie. Właśnie chciałem o to panią poprosić. Panna Milray oddaliła się z uśmieszkiem wyższości na swym surowym obliczu.

- Niesamowita kobieta - rzekł sir Charles z szacunkiem. - Czekam tylko, kiedy przyjdzie umyć mi zęby.

- Sama doskonałość - zauważył Strange.

- Pracuje u mnie od sześciu lat. Najpierw w Londynie jako sekretarka, a teraz tutaj jako idealna gospodyni. Dom chodzi jak w zegarku. I, wyobraźcie sobie, zamierza odejść.

- Dlaczego?

- Mówi - sir Charles podrapał się po nosie z powątpiewaniem - że ma chorą matkę. Nie wierzę w to.

Takie stwory jak ona w ogóle nie mają matek. Są generowane samoczynnie przez maszyny. Nie, to musi chodzić o coś innego.

- Niewykluczone - odezwał się Strange. - Krążą plotki…

- Plotki? - przerwał mu Cartwright szeroko otwierając oczy. - Na jaki temat?

- Chyba nie muszę ci tłumaczyć, Charles, czego dotyczą plotki.

- Chcesz powiedzieć, że plotkuje się o niej i o mnie? Przy jej wyglądzie? I wieku?

- Nie ma chyba jeszcze pięćdziesiątki.

- Pewno nie - zastanowił się aktor. - Ale serio, Tollie, zwróciłeś uwagę na jej twarz? Oczy, nos, usta, wszystko niby na miejscu, a jednak trudno to nazwać twarzą, kobiecą twarzą. Nawet najbardziej żądna sensacji jędza w okolicy nie mogłaby takiej fizjonomii kojarzyć z seksem.

- Nie doceniasz wyobraźni angielskiej starej panny! Sir Charles potrząsnął głową.

- Nie, to niemożliwe. W pannie Milray jest jakaś odpychająca przyzwoitość, nawet angielska stara panna musi to zauważyć. Ta kobieta to chodząca cnota i przyzwoitość. Nie mówiąc o tym, że jest piekielnie użyteczna. Na sekretarki zawsze wybierani osoby diabelnie cnotliwe.

- I bardzo słusznie.

Cartwright zamyślił się głęboko. Strange zagadnął z innej beczki:

- Kto dziś będzie u ciebie?

- Angie, to raz.

- Angela Sutcliffe? Doskonale.

Pan Satterthwaite pochylił się z zainteresowaniem do przodu, ciekaw składu towarzystwa. Angela Sutcliffe byla znaną aktorką, niemłodą już, ale wciąż cieszącą się dużym wzięciem, słynącą z inteligencji i wdzięku. Mówiło się o niej niekiedy jako o następczyni Ellen Terry.

- Dalej, Dacresowie.

Satterthwaite przytaknął w duchu z aprobatą.

Pani Dacres, czyli Ambrosine Ltd - dobrze prosperujący salon mody dla pań. Znany z programów teatralnych: ''Stroje panny Blank w pierwszym akcie wykonała firma Ambrosine Ltd, Brook Street''. Kapitan Dacres, mówiąc jego własnym żargonem wyścigowym, był czarnym koniem. Większość czasu spędzał na wyścigach, sam przed laty startował w Grand National. Miał podobno kłopoty - jakie, nie wiadomo - krążyły tylko na ten temat pogłoski. Nie wszczęto przeciw niemu dochodzenia, nic nie wyszło na jaw, ale na wzmiankę o Freddie’em Dacresie ludzie unosili brwi.

- I Anthony Astor, wie pan, pisze sztuki…

- Tak, tak - skinął głową Satterthwaite. - Jest autorką Ulicy jednokierunkowej. Dwa razy to widziałem. Głośna rzecz.

Wyraźnie chciał się pochwalić, że wie, iż Anthony Astor to kobieta.

- Właśnie. Nie pamiętam jej prawdziwego nazwiska, chyba Wills. Raz tylko ją spotkałem. Zaprosiłem ją, żeby zrobić przyjemność Angeli. No i to wszyscy, jeśli idzie o przyjęcie.

- A miejscowi? - spytał doktor.

- Prawda! No wiec Babbington, to nasz pastor, poczciwina, nie przesadnie kaznodziejski, i jego żona, naprawdę urocza, dokształca mnie w ogrodnictwie. Poza tym lady Mary z córką Egg. To już chyba koniec. A, jeszcze młody człowiek nazwiskiem Manders, dziennikarz czy coś takiego. Przystojny chłopak. To wszyscy goście.

Pan Satterthwaite był człowiekiem metodycznym. Zabrał się do liczenia.

- Panna Sutcliffe to raz, Dacresowie trzy, Anthony Astor cztery, lady Mary z córką sześć, pastor z żoną osiem, młody człowiek dziewięć, nasza trójka dwanaście. Ktoś źle obliczył. Albo pan, albo panna Milray.

- Na pewno nie panna Milray - zapewnił sir Charles. - Ona nigdy się nie myli. Zaraz, zaraz… tak, oczywiście, ma pan racje. Zapomniałem o jednej osobie. Zupełnie wyleciała mi z głowy. - I zachichotał. - Oj, nie byłby on tym zachwycony. Nie znam bardziej próżnego typa.

Pan Satterthwaite zamrugał powiekami. W jego przekonaniu aktorzy bili rekordy próżności. Nie wyłączając sir Charlesa. Bawiło go, że kocioł garnkowi przygania.

- Kto jest tym typem? - spytał.

- Dziwny facet - odparł sir Charles. - Zresztą dość znany. Może pan o nim słyszał? Herkules Poirot. Belg.

- A, ten detektyw. Spotkałem go kiedyś. Interesujący człowiek.

- Tak, to jest postać - przyznał sir Charles.

- Nie miałem okazji go poznać - odezwał się Strange - ale wiele o nim słyszałem. Chyba już jest na emeryturze. Przypuszczam, że krąży o nim wiele legend. Mam jednak nadzieje, że los zaoszczędzi nam zbrodni podczas tego weekendu.

- O co ci chodzi, Tollie? Że mamy pod dachem detektywa? Stawiasz wszystko na głowie.

- Och, mam swoją teorię.

- Jaką teorię, doktorze? - zainteresował się Satterthwaite.

- Uważam, że wydarzenia przychodzą do ludzi, nie ludzie do wydarzeń. Dlaczego jedni mają bogate życie, a inni nudne? Czy z powodu uwarunkowań? Wykluczone. Jeden człowiek może przemierzać świat wzdłuż i wszerz, a wszystko go omija. Tydzień przed jego przybyciem na miejsce masakra, a dzień po wyjeździe następuje trzęsienie ziemi, a statek, na który o mały włos nie wsiadł, rozbija się w katastrofie. Ktoś inny mieszka w Belham i codziennie dojeżdża do City, a w jego życiu jest pełno przygód. Zamieszany jest w afery z gangami szantażystów, pięknymi kobietami i zmotoryzowanymi przestępcami. Są ludzie, których obecność na pokładzie natychmiast powoduje katastrofę statku, nawet jeśli jest to tylko wycieczka po dekoracyjnym jeziorze. Tacy jak twój Herkules Poirot nie muszą szukać zbrodni, ona sama do nich przybędzie.

- W takim razie - skwitował Salterthwaite - lepiej, żeby panna Milray usiadła z nami do stołu. Unikniemy pechowej trzynastki.

- Niech ci będzie, Tollie - zgodził się sir Charles. - Możesz mieć swoją zbrodnie, skoro się do niej palisz. Pod jednym wszakże warunkiem. Że ofiarą nie będę ja.

I śmiejąc się wszyscy trzej weszli do domu.

ROZDZIAŁ DRUGI

WYPADEK PRZED KOLACJĄ

Pana Satterthwaite’a głównie zajmowali ludzie. Trzeba powiedzieć, że bardziej interesowały go kobiety niż mężczyźni. Jak na mężczyznę z krwi i kości zbyt dużo wiedział o kobietach. W jego charakterze było coś niewieściego, coś, co pozwalało mu bliżej wejrzeć w kobiecą dusze. Przez całe jego życie damy chętnie mu się zwierzały, lecz nie traktowały go poważnie. Czasami napełniało go to goryczą. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze był tylko widzem, nigdy nie wyszedł na scenę, nie był bohaterem dramatu. Co prawda, rola obserwatora w gruncie rzeczy bardzo mu odpowiadała.

Tego wieczoru, gdy siedział w obszernym pokoju, zręcznie urządzonym przez nowoczesną firmę na wzór luksusowej kabiny okrętowej, zajął się odcieniem farbowanych włosów Cynthii Dacres. Zupełnie nowy kolor, zapewne prosto z Paryża - ciekawy, przyjemny efekt zielonkawego brązu. Jak naprawdę wyglądała pani Dacres, nie sposób powiedzieć. Była wysoką kobietą o figurze doskonale podporządkowanej dyktatom chwili. Na szyi i ramionach - lekka opalenizna, jaką daje wiejskie letnie słońce. Bóg raczy wiedzieć, sztuczna czy naturalna. Zielonkawobrązowe włosy ułożone w wymyślną fryzurę, najnowszy krzyk mody, z pewnością ręką najlepszego fryzjera w Londynie. Wyskubane brwi, przyciemnione rzęsy, idealny makijaż, lekki łuk nadany prostej linii warg - wszystko to stanowiło dodatek do wspanialej wieczorowej sukni o głębokim, niezwykłym niebieskim odcieniu. Krój sukni był prosty tylko na pierwszy rzut oka, materiał zupełnie niespotykany - matowy, emanujący ukrytym światłem.

''Pomysłowa niewiasta - stwierdził w duchu Satterthwaite z aprobatą. - Ciekawe, jaka jest naprawdę''. Tym razem miał na myśli nie ciało, lecz dusze. Cedziła słowa, jak to było chwilowo w modzie. - To było niemożliwe. Cóż, rzeczy są albo możliwe, albo niemożliwe. A to było niemożliwe. Po prostu, niesamowite.

Modne ostatnio słowo - wszystko było niesamowite. Sir Charles, energicznie wstrząsając cocktailami, gawędził z Angelą Sutcliffe, wysoką siwiejącą kobietą z figlarnymi ustami i przepięknymi oczami.

Dacres rozmawiał ze Strange’em.

- Każdy wie, co jest nie w porządku ze starym Ladisbourne’em. Cała stajnia to wie.

Mówił wysokim głosem, skracał słowa - mały rudy lisi mężczyzna z krótkim wąsikiem i chytrymi oczkami.

Obok Satterthwaite’a siedziała panna Wills, której sztuka Ulica jednokierunkowa została uznana za jedno z najbardziej błyskotliwych i śmiałych przedstawień scen londyńskich ostatnich lat. Panna Wills, wysoka i chuda, miała cofniętą brodę, fatalnie ułożone blond włosy, wysoki, nie dystyngowany głos. Nosiła pince–nez. Ubrana była w zbyt zwiewną zieloną szyfonową suknie.

- Byłam w południowej Francji - mówiła. - Ale prawdę mówiąc, wcale mi się tam nie podobało. Ludzie nieprzyjaźni. Ale cóż, potrzebne mi to do pracy, muszę poznać różne środowiska.

Satterthwaite pomyślał: ''Biedaczka. Sukces odciął ją od duchowej ojczyzny - pensjonatu w Bournemouth. Tam by się czuła dobrze''. I zadumał się nad różnicą pomiędzy utworem literackim a jego autorem. Próbował odszukać u panny Wills jakąś iskierkę tego światowego tonu, który cechował sztuki Anthony’ego Astora. Zauważył nagle, że bladoniebieskie oczy za pince–nez są niezwykle inteligentne. Szacowały go dokładnie, co lekko zbijało z tropu. Zupełnie jakby panna Wills starannie przyswajała sobie każdy szczegół jego osoby.

Sir Charles rozlewał cocktaile.

- Pozwoli pani, że podam cocktail - powiedział zrywając się Satterthwaite.

Panna Wills zachichotała.

- Ach, nie mam nic przeciwko temu - powiedziała.

Otworzyły się drzwi. Pokojówka Temple zaanonsowała kolejnych gości: lady Mary Lytton Gore, państwa Babbingtonów i pannę Lytton Gore.

Satterthwaite przyniósł cocktail pannie Wills, po czym wycofał się dyskretnie w stronę lady Mary Lytton Gore. Jak już powiedziano, miał słabość do tytułów. Niezależnie od swego snobizmu lubił damy, a lady Mary była damą, to fakt niezaprzeczalny.

Gdy owdowiała, znalazła się w trudnej sytuacji materialnej. Sama, z trzyletnią córeczką, przyjechała do Loomouth, gdzie wynajęła mały domek. Mieszkała tu z jedną oddaną służącą. Szczupła, wysoka kobieta, miała pięćdziesiąt pięć lat, ale robiła wrażenie starszej. Wyglądała na osobę łagodną i nieśmiałą. Córkę uwielbiała, choć budziła ona w niej niepokój.

Hermione Lytton Gore, zwana z jakiegoś bliżej nieznanego powodu Egg*, nie była podobna do matki. Należała do typu kobiet energicznych. Pan Satterthwaite doszedł do wniosku, że nie jest piękna, choć niewątpliwie atrakcyjna. Jej wdzięk, myślał, wypływał przede wszystkim z olbrzymiej witalności. W tym towarzystwie była żywotna za dwoje. Ciemnowłosa, średniego wzrostu. W wijących się na szyi loczkach, w prostym spojrzeniu szarych oczu, w linii policzków, w zaraźliwym śmiechu - było coś, co kojarzyło się z bujną młodością i energią życiową.

Rozmawiała z Oliverem Mandersem, nowo przybyłym gościem.

- Nie rozumiem, dlaczego tak cię nudzi żeglowanie. Kiedyś za tym przepadałeś.

- Egg, kochanie, człowiek przecież dorasta.

Cedził słowa, unosząc wysoko brwi.

''Przystojny chłopak - pomyślał Satterthwaite - można mu dać ze dwadzieścia pięć lat. Może tylko trochę za gładki? Nie, to coś innego. Coś obcego? Coś nieangielskiego, tak…''

Olivera Mandersa obserwowała jeszcze jedna osoba. Mały człowieczek z jajowatą głową i bardzo cudzoziemskim wąsem. Satterthwaite przywołał wspomnienie’ Herkulesa Poirota. Sympatyczny Belg budził podejrzenie, że rozmyślnie podkreśla swą obcość. Jego małe błyszczące oczka zdawały się mówić: ''Wyglądam na bufona? Odgrywam komedię? Bien, niech będzie i tak''.

Teraz jednak w oczach Herkulesa Poirota nie igrał żaden błysk. Patrzyły z powagą i odrobiną smutku.

Jego wielebność pastor Loomouth, Stephen Babbington, podszedł do lady Mary i pana Satterthwaite’a. Przeszło sześćdziesięcioletni mężczyzna o łagodnych zgaszonych oczach, rozbrajająco nieśmiały. Zwrócił się do Satterthwaite:

- Wielkie to dla nas szczęście, że mamy tu sir Charlesa. Dobry człowiek, bardzo szlachetny. Cudowny sąsiad. Na pewno lady Mary zgodzi się ze mną.

Lady Mary uśmiechnęła się.

- Bardzo go lubię. Sukces nie przewrócił mu w głowie. W dużym stopniu - uśmiechnęła się znowu - to jeszcze chłopiec.

Podeszła pokojówka z cocktailami na tacy, a pan Satterthwaite pomyślał o niewyczerpanym instynkcie macierzyńskim kobiet. Jego wiktoriańska natura pochwalała te cechę.

- Możesz wypić jeden cocktail, mamo - odezwała się Egg, która podbiegła ze szklanką w ręku. - Tylko jeden.

- Dziękuje ci, kochanie - odparła potulnie lady Mary.

- Myślę - powiedział Babbington - że i mnie żona pozwoli.

I roześmiał się cienkim księżym chichotem.

Satterthwaite spojrzał na panią Babbington, która wdała się w.gorącą dyskusje z sir Charlesem na temat nawozów.

''Ma ładne oczy'' - pomyślał.

Pani Babbington, wysoka zaniedbana kobieta, wyglądała na osobę pełną energii, pozbawioną małostkowości. Zacna, jak określił ją Charles Cartwright.

- Proszę mi powiedzieć - lady Mary pochyliła się do przodu - kim jest ta młoda osoba, ubrana na zielono, z którą pan rozmawiał, kiedy przyszłyśmy?

- Pisarka. Anthony Astor.

- Co takiego? Taka anemiczna! Och! - I szybko poprawiła się. - Co za okropne rzeczy wygaduje. Ale to zaskakujące. Nie wygląda… to znaczy wygląda… wypisz wymaluj nieudolna przełożona pielęgniarek.

Na tak trafny opis panny Wills Satterthwaite zaśmiał się serdecznie. Babbington rozglądał się po pokoju z życzliwym wyrazem swych krótkowzrocznych oczu. Pociągnął łyk ze szklanki, zakrztusił się lekko. Nie ma wprawy w piciu cocktailów, pomyślał ubawiony Satterthwaite, kojarzą mu się na pewno z nowoczesnością, ale mu nie smakują. Babbington, zdeterminowany, wypił jeszcze jeden łyk, skrzywił się i powiedział:

- Czy to ta dama? Och, Boże… Podniósł rękę do gardła. Rozległ się głos Egg.

- Oliver, jesteś nierzetelnym Shylockiem… ''Jasne - pomyślał Satterthwaite - to taka sprawa.

Nie cudzoziemiec, Żyd. Co za przystojna para. Oboje tacy młodzi i piękni… i kłócą się - to zawsze zdrowy objaw…''

Z rozmyślań wyrwał go jakiś hałas z boku. Babbington chwiał się na nogach. Twarz miał konwulsyjnie wykrzywioną.

Lady Mary wstała i wyciągnęła troskliwie rękę. Uwagę wszystkich ściągnął jasny głos Egg.

- Popatrz - mówiła - pan Babbington zachorował. Strange rzucił się naprzód, podtrzymał zataczającego się pastora i lekko unosząc przeniósł na sofę w rogu pokoju. Reszta towarzystwa stłoczyła się wokół, wszyscy chcieli pomóc, byli jednak bezradni.

W dwie minuty później sir Bartholomew wyprostował się, pokręcił głową. Nie było sensu ukrywać prawdy, powiedział bez ogródek:

- Niestety. Nie żyje…

ROZDZIAŁ TRZECI

SIR CHARLES SIĘ ZASTANAWIA

- Niech pan tu pozwoli na chwilę, Satterthwaite.

Sir Charles wysunął głowę przez drzwi.

Od wypadku minęło półtorej godziny. Po początkowym zamieszaniu zaległa cisza. Lady Mary wyprowadziła łkającą panią Babbington i poszła z nią na plebanie. Panna Milray z całą energią zajęła się telefonowaniem. Przyjechał miejscowy lekarz. Podano uproszczoną kolacje i goście bez słowa rozeszli się do swoich pokojów. Pan Satterthwaite też miał zamiar udać się do siebie, gdy sir Charles zawołał go przez drzwi pokoju okrętowego, w którym nastąpił wypadek.

Satterthwaite wchodząc musiał opanować lekki dreszcz. Starszy człowiek nie lubi widoku śmierci. Może niedługo i na niego przyjdzie kolej…? Ale po co o tym myśleć?

''Mogę się trzymać jeszcze i dwadzieścia lat'' - stwierdził dziarsko sam przed sobą.

W pokoju okrętowym był jeszcze Bartholomew Strange. Na widok Satterthwaite’a pokiwał głową z aprobatą.

- Odpowiedni człowiek - rzekł. - Satterthwaite może nam coś wnieść. Zna życie.

Satterthwaite lekko zdziwiony siadł w fotelu obok doktora. Sir Charles chodził tam ł z powrotem po pokoju, zapomniał o zaciskaniu dłoni i nie wyglądał już tak bardzo jak wilk morski.

- Charlesowi nie podoba się to wszystko - stwierdził sir Bartholomew. - Mam na myśli śmierć biednego Babbingtona.

Źle to określił, pomyślał Satterthwaite. Nikomu nie mogło podobać się to, co się stało. Strange’owi musiało chodzić o coś zupełnie innego, tylko użył nieodpowiednich słów.

- To bardzo przygnębiająca sprawa - odezwał się Satterthwaite badając ostrożnie grunt. - Doprawdy bardzo - powtórzył i znowu przeszedł go dreszcz na wspomnienie wypadku.

- Hm, tak, to przykre - odparł lekarz, a w jego głosie pojawił się na chwile zawodowy ton.

Cartwright przerwał wędrówkę.

- Powiedz, Tollie, widziałeś, żeby ktoś w ten sposób umierał?

- Nie - pokręcił głową z namysłem sir Bartholomew. - Nie widziałem.

A po chwili dodał:

- Ale nie byłem świadkiem zbyt wielu zgonów. Lekarz chorób nerwowych nie uśmierca swoich pacjentów. Trzyma ich przy życiu i na nich zarabia. MacDougal poznał śmierć o wiele lepiej ode mnie, mogę cię zapewnić.

Wezwany przez pannę Milray MacDougal był miejscowym lekarzem.

- MacDougal nie asystował przy samej śmierci. Kiedy przyszedł, Babbington już nie żył. Oparł się na tym, co mu powiedzieliśmy, co ty mu powiedziałeś. Stwierdził, że to był jakiś atak, że Babbington był już stary i zdrowie mu nic dopisywało. To mnie nie przekonuje.

- Nie tylko ciebie, pewno i jego - mruknął sir

Bartholomew. - Lekarz musi coś powiedzieć. Atak jest dobrym słowem, nic nie znaczy, a przemawia do laika.

Zresztą Babbington był rzeczywiście stary i ostatnio miał kłopoty ze zdrowiem. Jego żona to potwierdziła. Mógł mieć jakiś słaby punkt, którego nikt nie podejrzewał.

- Uważasz, że to był typowy atak czy paroksyzm, czy jak to tam określacie?

- Typowy dla czego?

- Dla jakiejś choroby.

- Gdybyś studiował medycynę - odparł Strange - wiedziałbyś, że typowe przypadki prawie się nie zdarzają.

- Co właściwie pan sugeruje, sir Charles? - spytał Satterthwaite.

Cartwright nic na to nie odrzekł. Zrobił tylko nieokreślony ruch ręką. Strange zachichotał pod nosem.

- Charles sam siebie nie zna - powiedział. - Jego umysł sam zmierza ku najbardziej dramatycznym rozwiązaniom.

Sir Charles obruszył się z gestem wymówki. Widać było, że coś go nurtuje, że rozważa jakąś myśl. Potrząsnął lekko głową w zadumie.

Satterthwaite męczył się przez chwilę: sir Charles kogoś mu przypominał. Wreszcie skojarzył: Aristide Duval, szef Secret Service, rozplątujący zawikłaną zagadkę podziemnej siatki. Tak, teraz był tego pewien, sir Charles bezwiednie utykał. Aristide’a Duvala powszechnie nazywano Kulasem.

Sir Bartholomew zdrowym rozsądkiem studził bezlitośnie niesprecyzowane podejrzenia Cartwrighta.

- Co właściwie podejrzewasz, Charles? Samobójstwo? Morderstwo? Kto mógłby chcieć zabić nieszkodliwego starego pastora? Nieprawdopodobne. Samobójstwo? Taka ewentualność jest do rozważenia. Może znalazłby się jakiś powód, dla którego Babbington postanowił skończyć ze sobą…

- Na przykład?

- Niezbadane są tajniki duszy ludzkiej - zamyślił się Strange. - Jedno przychodzi mi tylko do głowy: przypuśćmy, że Babbington dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę, na przykład na raka. Miałby wtedy jakiś motyw. Nie chciał, by żona była świadkiem jego długich cierpień. To tylko moja sugestia, rzecz jasna. Nie mamy żadnych podstaw, by sądzić, że Babbington chciał ze sobą skończyć.

- Właściwie nie miałem na myśli samobójstwa - wtrącił Cartwright.

Bartholomew Strange znowu cicho zachichotał.

- Właśnie. Tobie nie chodzi o prawdopodobieństwo. Ale o sensację. Najlepiej: nieznana, niewykrywalna trucizna w cocktailu.

Sir Charles skrzywił się wymownie.

- Myślisz, że o to mi chodzi? Do licha, Tollie, nie zapominaj, że to ja przygotowywałem cocktaile.

- Nagły atak maniaka–zabójcy? U nas co prawda objawy są spóźnione, ale do rana wszyscy będziemy na tamtym świecie.

- Do diabła, kpisz sobie, a tu… - przerwał sir Charles z irytacją.

- Wcale nie żartuję - powiedział lekarz.

Mówił teraz zmienionym głosem. Poważnym i nie pozbawionym emocji.

- Nie żartuję sobie ze śmierci biednego Babbingtona. Ośmieszam tylko twoje sugestie, Charles. Wiesz, nie chciałbym, żebyś niechcący wyrządził komuś krzywdę.

- Krzywdę? - zdumiał się sir Charles.

- Pan rozumie, do czego zmierzam, Satterthwaite?

- Chyba mogę się domyślić - odparł zapytany.

- Nie zdajesz sobie sprawy, Charles - podjął sir Bartholomew - ile szkody mogą wyrządzić puste podejrzenia. Takie rzeczy się rozchodzą. Boję się, że twoje niesprecyzowane sugestie, zupełnie zresztą bezpodstawne, postawią panią Babbington w mocno kłopotliwym i przykrym położeniu. Byłem już świadkiem takich historii. Nagła śmierć, złe języki, plotki przekazywane z ust do ust, plotki, które narastają i których nikt nie jest już w stanie powstrzymać. Do licha, Charles, nie rozumiesz, jakie to okrutne i niepotrzebne? Puszczasz wodze swej bogatej wyobraźni, która pędzi galopem wyimaginowanym torem.

Na twarzy aktora pojawił się wyraz niezdecydowania.

- Nie pomyślałem o tym - przyznał.

- Dobry z ciebie chłop, Charles, ale ponosi cię fantazja. Sam powiedz, naprawdę sądzisz, że ktokolwiek, ktokolwiek na świecie, mógłby chcieć zabić tego dobrotliwego staruszka?

- Chyba nie - przyznał Cartwright. - Nie, to zupełnie bez sensu, zgadzam się z tobą. Przykro mi, Tollie. Ale wierz mi, to nie był popis z mojej strony, naprawdę miałem odczucie, że coś tu nie gra.

Satterthwaite chrząknął.

- Czy mogę się wtrącić? Babbington zachorował zaraz po wejściu do pokoju i bezpośrednio po wypiciu cocktailu. Zauważyłem przypadkiem, że pociągając ze szklanki krzywił się. Pomyślałem sobie, że jest po prostu nie przyzwyczajony do smaku cocktailu. Przypuśćmy jednak, że hipoteza sir Bartholomewa jest słuszna, że Babbington z jakiegoś powodu chciał popełnić samobójstwo. W moim przekonaniu jest taka możliwość, natomiast koncepcja zbrodni wydaje się po prostu śmieszna. Tak, jest możliwe, choć mało prawdopodobne, że Babbington po kryjomu wrzucił coś do swojej szklanki. Chyba niczego tu jeszcze nie ruszono. Szklanki stoją na swoich miejscach. Ta jest Babbingtona. Wiem o tym, bo siedziałem tutaj i z nim rozmawiałem. Proponuje, żeby sir Bartholomew dał ją do analizy, taką rzecz można zrobić po cichu, bez hałasu.

Strange wstał i wziął szklankę.

- Dobrze - powiedział. - To się da zrobić i stawiam dziesięć funtów, Charles, że nie ma tu nic poza najuczciwszym dżinem i wermutem.

- Stoi! - sir Charles przyjął zakład. I dodał uśmiechając się ze skruchą:

- Czy wiesz, Tollie, że jesteś częściowo odpowiedzialny za wyskoki mojej wyobraźni?

- Ja?

- Tak, przez to, co mówiłeś dziś rano o zbrodni. Że Herkules Poirot jest jak ptak zwiastujący burze, gdzie się pojawi, tam ściąga zbrodnie. Przyjeżdża do nas i zaraz mamy naglą podejrzaną śmierć. Nic dziwnego, że od razu przyszło mi do głowy morderstwo.

- Ciekaw jestem… - zaczął pan Satterthwaite.

- Tak - wpadł mu w słowo Cartwright. - Też o tym myślałem. Jak uważasz, Tollie? Czy możemy zapytać go o zdanie? Czy to nie kłóci się z etyką zawodową?

- Słuszne pytanie - stwierdził pod nosem Satterthwaite.

- Znam się na etyce lekarzy, ale żebyś mnie zabił, nic ci nie powiem o etyce detektywów.

- Nie można wymagać od zawodowego śpiewaka, żeby śpiewał na zawołanie - mruknął Satterthwaite. - A czy można poprosić zawodowego detektywa, żeby coś wyśledził? Bardzo słuszne pytanie.

- Chodzi nam tylko o opinie - powiedział sir Charles. Rozległo się delikatne pukanie do drzwi i ukazała się głowa Herkulesa Poirota, który zajrzał nieśmiało do pokoju.

- Niechże pan wejdzie - zawołał Cartwright podrywając się z miejsca. - Właśnie rozmawialiśmy o panu.

- Nie chciałbym przeszkadzać.

- Ależ wcale pan nie przeszkadza. Niech pan wejdzie i się napije.

- Nie, nie, dziękuje. Rzadko pijam whisky. Szklaneczkę soku, tak.

Sok nie był jednak napojem godnym uwagi w pojęciu sir Charlesa. Posadził gościa na krześle i od razu przeszedł do rzeczy.

- Powiem bez owijania w bawełnę. Rozmawialiśmy właśnie o panu, monsieur Poirot i… i… o tym, co się dziś wydarzyło. Czy pana zdaniem coś tu budzi podejrzenia?

Poirot uniósł brwi.

- Podejrzenia? Jak mam to rozumieć?

- Mój przyjaciel wbił sobie do głowy - wtrącił Bartholomew Strange - że Babbington został zamordowany.

- A pan tak nie uważa?

- Chcielibyśmy wiedzieć, co pan uważa.

Poirot odparł z namysłem:

- Tak, zachorował raptownie, doprawdy bardzo raptownie.

- Otóż to.

Pan Satterthwaite przedstawił teorie samobójstwa i swoją sugestie, żeby oddać szklankę do analizy.

Poirot przytaknął.

- To nikomu nie zaszkodzi. Ale jako znawca natury ludzkiej mogę panom wyznać, że nie istnieje najmniejsze prawdopodobieństwo, iżby ktoś chciał się pozbyć tego uroczego, łagodnego dżentelmena. Jeszcze mniej przemawia do mnie teoria samobójstwa. W każdym razie, szklanka powie nam tak lub nie.

- A jak pan myśli, co powie? Poirot wzruszył ramionami.

- Ja? Mogę tylko zgadywać. Prosi pan, żebym odgadł, jaki będzie wynik analizy?

- Tak. Jaki?

- Dobrze, już zgaduje: eksperci znajdą tylko i wyłącznie resztki wybornego dry Martini. - I skłonił się w stronę sir Charlesa. - Otrucie kogoś cocktailem, jednym z wielu krążących po pokoju na tacy, to doprawdy sposób niezwykle, niezwykle trudny. A gdyby ten sympatyczny pastor chciał popełnić samobójstwo, nie sądzę, by uczynił to na przyjęciu. Oznaczałoby to bowiem całkowity brak względów dla bliźnich, a pan Babbington zrobił na mnie wrażenie osoby pełnej względów. - Przerwał na chwile i zakończył: - Życzyli sobie panowie poznać moje zdanie, oto ono.

Zapadło milczenie. Sir Charles westchnął głęboko. Otworzył okno i wyjrzał na dwór.

- Przestało wiać - stwierdził.

Znowu był żeglarzem, rozstał się z detektywem Secret Service.

Bystry obserwator Satterthwaite pomyślał sobie jednak, że sir Charles żałuje trochę roli, której w końcu nie przyjdzie mu zagrać.

ROZDZIAŁ CZWARTY

WSPÓŁCZESNA ELAINE

- Dobrze, ale co pan uważa? Co pan naprawdę uważa?

Satterthwaite rozejrzał się na boki. Nie było ucieczki. Na rybackim molo spotkał Egg Lytton Gore, która przyparła go do ściany. Bezwzględne są te dzisiejsze dziewczęta i przerażająco żywotne!

- Widzę, że sir Charles zaraził panią swymi pomysłami.

- Skąd. Sama na to wpadłam. Od razu. To się stało zbyt nagle.

- Cóż, starszy pan szwankował na zdrowiu… Egg ucięła rozpoczętą przemowę.

- To wszystko trele morele - powiedziała. - Cierpiał na korzonki nerwowe i reumatyzm. Z takiego powodu człowiek nie dostaje ataku. Nigdy nie miał żadnych ataków. Konstrukcja skrzypi, ale to jeszcze nic znaczy, że się wali. Mógł spokojnie dożyć dziewięćdziesiątki. A co pan sądzi o werdykcie?

- Cóż, całkiem… eee… normalny.

- A orzeczenie doktora MacDougala? Szalenie specjalistyczne, dokładny opis organów. Nic uderzyło pana, że tą lawiną słów chciał się wykręcić od zajęcia stanowiska? Mówiąc krótko, powiedział: nie ma oznak, że śmierć nastąpiła z innych przyczyn niż naturalne. Nie stwierdził, że była skutkiem przyczyn naturalnych.

- Dzieli pani włos na czworo, moje dziecko.

- To doktor dzielił włos, coś podejrzewał, ale nie miał się na czym oprzeć, więc obwarował się terminami medycznymi. A co myśli sir Bartholomew?

Satterthwaite przytoczył niektóre opinie Strange’a.

- Zbagatelizował całą sprawę? - Egg zastanawiała się przez chwilę. - Jasne, to człowiek ostrożny. Wyobrażam sobie, że ważna figura z Harley Street nie może sobie pozwolić na ryzyko.

- W szklance nie było nic poza dżinem i wermutem - przypomniał Satterthwaite.

- Tak, to niby wszystko załatwia. A jednak, coś wydarzyło się po werdykcie…

- Sir Bartholomew to pani powiedział? Satterthwaite poczuł przyjemną ciekawość.

- Nie mnie, Oliverowi. Oliver Manders był u sir Charlesa na przyjęciu, nie wiem, czy pan go sobie przypomina.

- Świetnie go pamiętam. To pani bliski przyjaciel?

- Kiedyś tak. Teraz zawsze się kłócimy. Pracuje u swego wuja w Londynie i stał się trochę, hm, odpychający. Wciąż mówi, że rzuci to wszystko i zostanie dziennikarzem, ma zresztą zupełnie niezłe pióro. Ale to chyba tylko takie gadanie. Chce być bogaty i tyle. Nie uważa pan, że ludzie są wstrętni, jeśli idzie o pieniądze?

Satterthwaite zdał sobie w.pełni sprawę, jak bardzo ona jest młoda - mała arogancka dziewczynka.

- Ludzie są wstrętni, jeśli idzie o bardzo wiele spraw, moje dziecko.

- Tak, przeważnie ludzie to świnie - zgodziła się ochoczo Egg. - Dlatego tak się martwię panem Babbingtonem. To był bardzo dobry człowiek. Przygotowywał mnie do konfirmacji. To wielka bzdura, ale on był cudowny. Widzi pan, ja naprawdę wierzę w chrześcijaństwo. Chociaż inaczej niż moja matka, nie uznaję modlitewników, porannych nabożeństw, wierze rozumnie, w zjawisko historyczne. Kościół jest zaskorupiały w tradycji Pawiowej - prawdę powiedziawszy Kościół jest okropny, ale chrześcijaństwo jest w porządku. Dlatego nie jestem zwolenniczką komunizmu jak Oliver. Właściwie to wierzymy w te same rzeczy, na przykład we wspólną własność, różnimy się jednak bardzo, wole w to nie wnikać. Babbingtonowie to prawdziwi chrześcijanie. Nie wścibiali nigdy nosa w cudze sprawy, nie potępiali. Dobrzy, życzliwi ludzie, no i ten Robin…

- Robin?

- Ich syn… Został zabity w Indiach… Podkochiwałam się w nim…

Egg zmrużyła oczy i zatopiła wzrok w morzu… Po chwili wróciła do teraźniejszości i pana Satterthwaite’a.

- Sam pan widzi, bardzo to przeżywam. Przypuśćmy, że to nie była śmierć naturalna…

- Ależ, dziecko!

- Cholernie dziwna sprawa! Musi pan przyznać, cholernie dziwna.

- Przecież powiedziała pani, że Babbingtonowie nie mieli ani jednego wroga.

- Dlatego to wszystko jest takie niesamowite. Nie przychodzi mi do głowy żaden sensowny motyw…

- Cóż za fantazje! W cocktailu niczego nie było.

- Może dostał jakiś zastrzyk.

- Z trucizną z indiańskich strzał? - zasugerował pan Satterthwaite z lekkim szyderstwem.

Egg zaśmiała się.

- Właśnie. Stare, sprawdzone, skuteczne metody. Och, wszyscy jesteście bardzo pewni siebie. Może kiedyś przekonacie się, że to my mieliśmy racje.

- My?

- Sir Charles i ja - zarumieniła się.

Pan Satterthwaite przypomniał sobie cytat - jego pokolenie wychowywało się na Cytatach na każdą okazję, książce, która zawsze stała w domowej biblioteczce. ''Przeszło dwukrotnie od niej starszy, A na policzku ślad cięcia starej szabli, Twarz poorana, spalona słońcem, ona uniosła oczy I kochała go, tą miłością, która była jej zgubą''*. Zawstydził się trochę, że myśli cytatami. A Tennyson nie był dzisiaj modny. Zresztą, sir Charles był co prawda opalony, lecz nie miał blizn, a Egg Lytton Gore, choć na pewno zdolna do wielkiej namiętności, nie wyglądała na osobę, która miałaby spływać barką po rzekach i ginąć w imię miłości. Niczym nie przypominała Elaine ''panny z Astolat'' Tennysona.

''Poza młodością'' - dodał w duchu Satterthwaite. Jak świat światem dziewczynom podobali się panowie w sile wieku z interesującą przeszłością. Egg zapewne nie stanowiła wyjątku.

- Dlaczego on się nigdy nie ożenił? - spytała raptem.

- Cóż… - zaczął pan Satterthwaite i urwał. Gdyby miał być szczery, powiedziałby ''przez rozwagę'', doszedł jednak do wniosku, że taka odpowiedź byłaby nie do przyjęcia dla Egg.

Sir Charles Cartwright miał wiele romansów, z aktorkami i nie tylko, ale zawsze udawało mu się jakoś ustrzec przed małżeństwem. Egg wyraźnie czekała na coś romantycznego.

- A ta kobieta, która zmarła na suchoty? Aktorka, nazwisko na M. Czy nie był w niej bardzo zakochany?

Satterthwaite pamiętał te damę. Ludzie łączyli jej nazwisko z osobą sir Charlesa, był to jednak luźny związek i pan Satterthwaite ani przez chwile nie wierzył, że Cartwright nie ożenił się, by pozostać wiernym pamięci tamtej kobiety. Dał to możliwie taktownie do zrozumienia.

- Na pewno miał wiele przygód miłosnych - powiedziała Egg.

- Eee… hm… zapewne - mruknął Satterthwaite czując się bardzo wiktoriański.

- Lubię mężczyzn z przeszłością - stwierdziła. - Przynajmniej wiadomo, że nie są pedałami.

Wiktorianizm starszego pana otrzymał kolejny cios. Nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Egg nie zauważyła jego zmieszania i mówiła dalej z zadumą w głosie:

- Wie pan, sir Charles jest bardziej inteligentny, niż pan myśli. Oczywiście, gra, pozuje. Ale pod tym wszystkim kryje się rozum. Jest lepszym żeglarzem, niż sam o sobie opowiada. Słuchając go pomyśleć można, że udaje, ale to nieprawda. Podobnie jest w tej sprawie. Czyni wrażenie, że działa dla efektu, że chce odegrać rolę wielkiego detektywa. A ja panu mówię, że wywiązałby się dobrze z tej roli.

- Zapewne, zapewne - zgodził się pan Satterthwaite.

Ton głosu mówił wyraźnie o jego uczuciach. Egg rozszyfrowała je i wyraziła słowami:

- A pan uważa, że Śmierć pastora nie jest powieścią kryminalną. Że to tylko Przykry wypadek na przyjęciu.

Czysto towarzyska katastrofa. Jakie jest zdanie monsieur Poirota? On powinien wiedzieć.

- Monsieur Poirot zalecił nam poczekać na wynik analizy. Był zresztą przekonany, że wszystko będzie w zupełnym porządku.

- No cóż - rzekła na to Egg. - Starzeje się. Wypadł z czołówki.

Satterthwaite drgnął. Egg, nieświadoma własnej brutalności, mówiła dalej:

- Niech pan wpadnie do mamy na herbatkę. Lubi pana. Tak powiedziała.

Satterthwaite, mile połaskotany, przyjął zaproszenie.

W domu Egg zaproponowała, że zadzwoni do sir Charlesa i wytłumaczy, gdzie jest jego gość.

Gość tymczasem został poproszony do małego saloniku z wypłowiałymi obiciami i wypolerowanymi starymi meblami. Pokój wiktoriański, pokój prawdziwej damy, pomyślał pan Satterthwaite z ukontentowaniem.

Rozmowa z lady Mary nie była błyskotliwa, ale za to bardzo miła. Mówili o sir Charlesie. Czy pan Satterthwaite dobrze go zna? Tak, choć nie są bliskimi przyjaciółmi. Satterthwaite miał udział finansowy w jednej ze sztuk aktora kilka lat temu. Od tej pory się znają.

- To człowiek z wielkim wdziękiem - stwierdziła z uśmiechem lady Mary. - Jestem pod jego urokiem na równi z Egg. Chyba zauważył pan, że Egg uprawia kult bohatera?

Satterthwaite zadał sobie pytanie, czy lady Mary jako matka jest zadowolona z tego kultu. Nic jednak nie wskazywało na to, że ma jakiekolwiek obiekcje.

- Egg prawie w ogóle nie bywa - powiedziała z westchnieniem. - Jesteśmy biedne. Kiedyś mój kuzyn zabrał ją do Londynu, wprowadził do kilku domów, ale od tamtej pory niemal się stąd nie ruszała, nie licząc jakiejś okazjonalnej wizyty. W moim przekonaniu młodzi powinni poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, zwłaszcza ludzi. W przeciwnym razie… cóż… czyjaś bliskość może stwarzać pewne niebezpieczeństwo.

Satterthwaite pokiwał głową - myślał o sir Charlesie i żeglowaniu. Lady Mary chodziło jednak o coś innego, czemu dała wyraz chwile później.

- Przyjazd sir Charlesa miał wielkie znaczenie dla Egg. Poszerzył jej horyzonty. Tutaj mieszka bardzo niewiele młodzieży, szczególnie chłopców. Zawsze się bałam, że Egg mogłaby wyjść za mąż z przypadku, tylko dlatego, że jest skazana na czyjąś obecność i nikogo innego nie widuje.

Satterthwaite intuicyjnie zadał pytanie:

- Myśli pani o Oliverze Mandersie?

Lady Mary zarumieniła się szczerze zaskoczona.

- Och, nie wiem, w jaki sposób pan się domyślił. Tak, o niego właśnie mi chodzi. Egg i on byli kiedyś ze sobą dość blisko. Wiem, że jestem staroświecka, ale nie podobają mi się pewne poglądy tego młodzieńca.

- Młodość musi się wyszumieć - stwierdził Satterthwaite.

Lady Mary potrząsnęła głową.

- Tak się bałam… oczywiście, wszystko jest w porządku, znam go dobrze, i jego wuja też, bardzo bogaty człowiek, niedawno wziął Olivera do swojej firmy. Nie o to chodzi, może to głupie z mojej strony, ale…

I znowu pokręciła głową. Nie potrafiła wyrazić swych uczuć.

Satterthwaite poczuł się dziwnie zadomowiony. Cichym głosem powiedział po prostu i szczerze:

- Nie chciałaby chyba pani, żeby Egg wyszła za mąż za człowieka dwukrotnie starszego od siebie?

Odpowiedź lady Mary była zaskakująca.

- Dlaczego nie? Tak byłoby może bezpieczniej. Wiadomo, na czym się stoi. Mężczyzna w tym wieku ma już za sobą wszelkie szaleństwa i grzechy młodości. Nic mu nie grozi…

Satterthwaite nie zdążył odpowiedzieć, bp weszła Egg.

- Długo cię nie było, kochanie - zauważyła matka.

- Rozmawiałam z sir Charlesem, mamo. Bohater jest zupełnie sam. - I zwracając się do Satterthwaite’a dodała z wyrzutem: - Nic mi pan nie mówił, że wszyscy goście się rozjechali.

- Tak, wczoraj, tylko sir Bartholomew Strange miał zostać do jutra. Wezwano go jednak pilnie do Londynu, dziś rano dostał telegram. Stan krytyczny jednego z pacjentów.

- Szkoda - zmartwiła się Egg. - Chciałam przyjrzeć się gościom. Może udałoby mi się znaleźć jakiś klucz.

- Jaki klucz, kochanie?

- Pan Satterthwaite wie, o co chodzi. Zresztą, nieważne. Mamy jeszcze Olivera. Wciągniemy go. Potrafi myśleć, jeśli zechce.

Kiedy Satterthwaite wrócił do ''Kruczego Gniazda'', gospodarz siedział na tarasie i patrzył w morze.

- A jest pan, Satterthwaite. Był pan z wizytą u lady Mary?

- Tak. Chyba się pan nie obraził?

- Ależ skąd. Egg telefonowała do mnie… Dziwna dziewczyna z tej Egg…

Ładna osóbka - stwierdził Satterthwaite.

- Tak, chyba tak.

Sir Charles wstał i przeszedł kilka kroków bez celu. - Mój Boże - odezwał się raptem z goryczą w głosie - jakże żałuję, że tu w ogóle przyjechałem!

ROZDZIAŁ PIĄTY

UCIECZKA PRZED KOBIETĄ

''Porządnie go wzięło'' - pomyślał Satterthwaite.

Poczuł nagle litość. Charles Cartwright, beztroski uwodziciel, w wieku pięćdziesięciu dwu lat stracił głowę dla kobiety. I, jak sam to sobie uświadamiał, sprawa skazana była na niepowodzenie. Młodość ciągnie do młodości.

''Dziewczęta nie obnoszą się z sercem na wierzchu - myślał. - Egg ostentacyjnie demonstruje swe uczucia dla sir Charlesa. Nie robiłaby tego, gdyby jej na nim naprawdę zależało. Młody Manders jest tym, o kogo jej chodzi''.

Spostrzeżenia Satterthwaite’a były na ogół przenikliwe.

Tym razem jednak nie wziął pod uwagę jednego, po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy. Połączenie wieku dojrzałego z młodością ma swoją wartość. Myśl, że Egg mogłaby woleć mężczyznę w średnim wieku od swego rówieśnika, nie mieściła mu się po prostu w głowie. Młodość była, w jego pojęciu, magicznym darem.

Umocnił się w swoim przekonaniu, kiedy Egg zadzwoniła po kolacji i zapytała, czy może przyprowadzić Olivera ''na naradę''.

Przystojny chłopak, nie ma co mówić: te ciemne oczy pod ciężkimi powiekami, wdzięczne ruchy. Robił wrażenie, jakby łaskawie dał się tu sprowadzić, robiąc gest wobec Egg. Był jednak sceptycznie nastawiony do całej sprawy.

- Czy nie mógłby pan jej tego wyperswadować, sir Charles? - zwrócił się do gospodarza. - Wszystko przez to piekielnie zdrowe wiejskie życie, dlatego tak ją rozsadza energia. Jesteś przeraźliwie żywotna, Egg. A twoje upodobania są dziecinne - zbrodnia, sensacja, zawracanie głowy.

- Jest pan sceptykiem, Manders?

- Owszem, jestem. Ten poczciwy staruszek, łagodny jęk baranek, zmarł śmiercią naturalną. Doszukiwanie się innych przyczyn to czysta fantazja.

- Przypuszczam, że ma pan rację - powiedział sir Charles.

Satterthwaite spojrzał na aktora. Jaką role odgrywał dziś wieczór? Starego wilka morskiego? Nie. Międzynarodowego detektywa? Też nie. Była to jakaś nowa, nieznana rola.

Satterthwaite doznał raptem szokującego olśnienia. Sir Charles grał drugie skrzypce. Drugie skrzypce przy Oliverze Mandersie. Siedział z głową schowaną w cieniu i obserwował młodych, Egg i Olivera. Kłócili się. Egg z pasją, Oliver ze znużeniem.

Sir Charles wyglądał starzej niż zwykle - zmęczony stary człowiek.

Egg kilkakrotnie zwracała się do niego, gorąco i z ufnością, nie znalazła jednak żadnego odzewu.

Egg z Oliverem wyszli o jedenastej. Sir Charles odprowadził ich na taras, chciał im pożyczyć latarkę, żeby mogli oświetlić kamienistą ścieżkę.

Latarka okazała się niepotrzebna. Była piękna księżycowa noc. Młodzi ruszyli w drogę. Ich głosy dobiegały coraz słabiej, w miarę jak schodzili w dół.

Księżyc, nie księżyc, Satterthwaite ani myślał się zaziębić. Wrócił do pokoju okrętowego. Sir Charles został jeszcze chwilę na tarasie. Kiedy wrócił, zatrzasnął okno, podszedł szybko do barku i nalał sobie whisky z wodą sodową.

- Satterthwaite - powiedział. - Wyjeżdżam stąd jutro. Na zawsze.

- Coś takiego! - wykrzyknął tamten zdumiony. Przez twarz aktora przemknął cień bolesnej przyjemności. Sprawił to efekt zaskoczenia.

- Jedyne wyjście - powiedział podkreślając każde słowo, jakby tytułował scenę w dramacie. - Sprzedam dom. Tylko ja jeden wiem, ile on dla mnie znaczy.

Mówił ociągając się, załamującym się głosem, z odpowiednią emfazą.

Egoista sir Charles musiał powetować sobie wieczór, w którym grał drugie skrzypce. Teraz przyszła kolej na wielką Scenę wyrzeczenia, którą często odgrywał na scenie. Wyrzeczenie się żony innego mężczyzny, Wyrzeczenie się ukochanej.

Silił się na bohaterską nonszalancje.

- Przeciąć… to jedyne wyjście… Młodzi niech idą do młodych… Ta para jest stworzona dla siebie… Ja się usunę…

- Dokąd? - spytał Satterthwaite. Aktor machnął ręką.

- Gdziekolwiek. Jakie to ma znaczenie? - I dodał nieco innym tonem: - Pewnie do Monte Carlo. - Po czym, jakby jego wrażliwa dusza pragnęła naprawić lekkie osłabienie efektu, dorzucił: - W sercu pustyni czy wśród tłumu, co za różnica? Człowiek w swej istocie jest wszędzie samotny… Ja nim zawsze byłem…

Zejście ze sceny.

Skłonił głowę, opuścił pokój.

Satterthwaite wstał i również zaczai się zbierać. ''Co jak co, ale pustynia to nie będzie'' - zachichotał w duchu.

Nazajutrz rano sir Charles przeprosił Satterthwaite’a, tłumacząc, że musi jeszcze tego dnia wyjechać do Londynu.

- Niech pan nie skraca swojej wizyty, przyjacielu. Miał pan zostać do jutra, potem wybiera się pan do Habertonów do Tavistock. Pojedzie pan samochodem. Skoro podjąłem decyzje, nie mogę się zatrzymać. Nie, nie mogę się zatrzymać.

Sir Charles stanowczo i po męsku wyprostował ramiona, uścisnął serdecznie dłoń Satterthwaite’a i powierzył go opiece niezawodnej panny Milray.

Panna Milray jak zawsze potrafiła sprostać sytuacji. Nie była zdziwiona ani zbulwersowana decyzją swego chlebodawcy. Satterthwaite na próżno próbował wciągnąć ją w rozmowę na ten temat. Ani nagła śmierć, ani nagła zmiana planów nie były w stanie poruszyć panny Milray. To, co się działo, brała za rzecz, z którą trzeba sobie poradzić, i robiła to doskonale. Teraz zajęła się telefonowaniem do agentów od nieruchomości, wysyłaniem telegramów za granice, pisaniem listów na maszynie. Satterthwaite nie mógł znieść widoku tak wielkiej sprawności i uciekł na molo. Przechadzał się tam bez celu, kiedy ktoś szarpnął go za ramię i odwrócił do tyłu. Miał przed sobą bladą jak papier znajomą dziewczęcą twarz.

- Co to wszystko znaczy? - spytała gwałtownie Egg.

- O czym pani mówi? - Satterthwaite udawał, że nie wie, o co chodzi.

- Wszyscy już klepią, że sir Charles wyjeżdża, że zamierza sprzedać ''Krucze Gniazdo''.

- To prawda.

- Wyjeżdża?

- Już wyjechał.

- Och! - Egg puściła jego ramie. Wyglądała teraz jak małe zranione dziecko.

Satterthwaite nie wiedział, jak się znaleźć.

- Dokąd pojechał?

- Za granicę. Do południowej Francji.

- Och!

Satterthwaite w dalszym ciągu nie umiał dobrać słów. Na pewno był świadkiem czegoś więcej niż kultu bohatera.

Zrobiło mu się jej żal, zastanawiał się, jak ją pocieszyć. Ona jednak odezwała się pierwsza i zupełnie zbiła go z tropu.

- Przeklęte jędze! Która to?

Satterthwaite gapił się na nią z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Egg znowu złapała go za ramie i gwałtownie nim potrząsnęła.

- Niech pan powie - krzyczała. - Która to? Ta siwa czy ta druga?

- Naprawdę nie wiem, o czym pani mówi, moje dziecko.

- Wie pan. Musi pan wiedzieć. To na pewno kobieta. Podobam mu się, wiem, że mu się podobam. Jedna z tych bab musiała wczoraj to zauważyć i postanowiła odciągnąć go ode mnie. Nienawidzę bab. Wstrętne małpy. Widział pan suknie tej z zielonymi włosami? O mało nie pękłam z zazdrości. Kobieta, która może się tak ubrać, jest górą, trudno zaprzeczyć. Jest stara i śmiertelnie brzydka, ale co to ma za znaczenie! Przy niej każda wygląda jak zaniedbana pani proboszczowa. Wiec czy to ona? Czy ta druga, siwa? Fajna babka, od razu widać. Z seksem. I on mówił do niej Angie. Przecież chyba nie ta, co przypomina zwiędłą sałatę? Wiec jak: wytwornisia czy Angie?

- Cóż za niesamowite pomysły, moje dziecko! On, to znaczy sir Charles, nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany żadną z tych pań.

- Nie wierzę. W każdym razie, one są nim zainteresowane.

- Nie, nie, nie, myli się pani. To wszystko fanaberie.

- Jędze! - krzyknęła Egg. - Wstrętne jędze!

- Nie powinna tak pani o nich mówić.

- Mogłabym je określić znacznie gorszym słowem.

- Przypuszczam, ale błagam, proszę tego nie robić. Zapewniam, że błędnie ocenia pani sytuację.

- Więc dlaczego wyjechał, i to w taki sposób? Satterthwaite chrząknął.

- Może myślał… eee… że tak będzie najlepiej. Egg przeszyła go wzrokiem.

- Sugeruje pan, że to z mojego powodu?

- Chyba… coś w tym rodzaju… tak.

- A więc uciekł. Pewno za bardzo się odsłoniłam… Mężczyźni nie cierpią, jak się za nimi lata… Mama ma jednak racje… Nie ma pan pojęcia, jak jest cudowna, kiedy o nich mówi. Zawsze bezosobowo. Taka wiktoriańska i grzeczna. ''Mężczyzna nie lubi kobiet, które o niego zabiegają. Trzeba pozwolić mężczyźnie zabiegać o kobietę''. Podoba mi się słowo ''zabiegać''. Przypomina mi ''zbiegać'', dokładnie to, co zrobił sir Charles. Zbiegł. Zbiegł przede mną. Ze strachu. A najgorsze jest to, że nie mogę polecieć za nim. Gdybym to zrobiła, wsiadłby pewno na statek i uciekł w dzikie ostępy Afryki, czy - bo ja wiem gdzie.

- Niech mi pani powie, Hermione - rzekł Satterthwaite - czy mówi pani to wszystko poważnie?

Egg rzuciła mu niecierpliwe spojrzenie.

- Oczywiście.

- A co z Oliverem Mandersem?

Skwitowała Mandersa szybkim ruchem głowy. Myśli jej były gdzie indziej.

- Jak pan uważa, czy mogłabym do niego napisać? Nic takiego, co by go spłoszyło. Takie dziewczęce ple, ple… wie pan, żeby go uspokoić, żeby przestał się bać.

Zmarszczyła brwi.

- Ale byłam głupia! Mama by to znacznie lepiej rozegrała. Wiktoriańskie kobiety wiedziały, jakich użyć sztuczek. Te wszystkie ich rumieńce i tak dalej. Nie miałam racji. Wydawało mi się, że potrzebuje zachęty, odrobiny pomocy. Niech mi pan powie - odwróciła się gwałtownie do Satterthwaite’a - czy on widział, jak całowałam się z Oliverem wczoraj wieczorem?

- Nic mi nie mówił. Kiedy…? Gdzie…?

- W świetle księżyca. Jak schodziliśmy ścieżką. Myślałam, że patrzy na nas z tarasu. Że jak zobaczy mnie i Olivera, to… no, że się ruszy. Bo podobam mu się. Mogłabym przysiąc.

- A może to trochę nieładnie wobec Olivera? Egg potrząsnęła zdecydowanie głową.

- Nic a nic. Oliver uważa, że to dla dziewczyny zaszczyt się z nim całować. Oczywiście to był cios dla jego próżności, ale trudno o wszystkim myśleć. Chciałam rozruszać Charlesa. Ostatnio był jakiś inny, nieprzystępny.

- Moje dziecko, widzę, że nie zdaje pani sobie sprawy, dlaczego sir Charles wyjechał tak nagle. Myśli, że pani kocha się w Oliverze. Chciał sobie zaoszczędzić bólu.

Egg zakręciła się w kółko jak fryga. Schwyciła Satterthwaite’a za ramiona i spojrzała mu prosto w twarz.

- Czy to prawda? Rzeczywiście? Wariat! Głupiec! Och!

Puściła nagle starszego pana i szła obok niego podskakując.

- W takim razie wróci. Wróci na pewno. Jeśli nie…

- A co, jeśli nie? Egg zaśmiała się.

- Jakoś go ściągnę. Zobaczy pan.

Pomyślał, że, przy wszystkich różnicach językowych, Egg i ''panna z Astolat'' mają wiele wspólnego. Egg oczywiście ucieknie się do bardziej przyziemnych sposobów, a śmierć z miłości na pewno nie będzie jej udziałem.

AKT DRUGI

PEWNOŚĆ

ROZDZIAŁ PIERWSZY

SIR CHARLES OTRZYMUJE LIST

Pan Satterthwaite, zakończywszy sezon towarzyski, przybył do Monte Carlo. Wrześniowy pobyt na Riwierze należał do jego ulubionych zwyczajów.

Siedział w ogrodzie rozkoszując się słońcem, zatopiony w lekturze ''Daily Mail'' sprzed dwóch dni.

Raptem przykuło jego uwagę nazwisko. Strange. Śmierć sir Bartholomewa Strange’a. Przeczytał całą notatkę.

''Z prawdziwą przykrością musimy powiadomić o śmierci sir Bartholomewa Strange’a, wybitnego specjalisty chorób nerwowych. Sir Bartholomew wydawał przyjęcie dla przyjaciół w swym domu w Yorkshire. Przed śmiercią, która nastąpiła nagle pod koniec kolacji, był w doskonałej formie i świetnym nastroju. Rozmawiał z przyjaciółmi popijając porto, kiedy dostał gwałtownego ataku. Nie zdążono mu nawet udzielić pomocy medycznej. Wraz ze śmiercią sir Bartholomewa ponieśliśmy wielką stratę. Był on…''

Tu następował opis kariery zawodowej i osiągnięć.

Satterthwaite wypuścił z rąk gazetę. Był głęboko wstrząśnięty. Przypomniał sobie doktora takiego, jakim go widział po raz ostatni - wielki, pogodny, w szczytowej formie. A teraz nie żyje. Uderzyły go pewne słowa w tekście, które nasuwały mu niemiłe skojarzenia z innym wydarzeniem: ''popijając porto'', ''gwałtowny atak'', ''nie zdążono mu udzielić pomocy medycznej''…

Porto, nie cocktail, ale poza tym dziwne podobieństwo do tamtej śmierci w Kornwalii. Stanęła mu w oczach wykrzywiona konwulsyjnie twarz poczciwego starego pastora…

A może jednak…

Kiedy uniósł głowę, ujrzał sir Charlesa we własnej osobie, który szedł ku niemu przez trawnik.

- Satterthwaite, co za cudowna niespodzianka! Właśnie pan! Wie pan już o naszym biednym Tollie’em?

- Przed chwilą przeczytałem w gazecie.

Cartwright opadł na krzesło obok Satterthwaite’a.

Miał na sobie nieskazitelny strój jachtowy. Skończył z szarą flanelą i starymi swetrami. Przybrał postać wyrafinowanego właściciela jachtu z Riwiery.

- Niech pan posłucha. Tollie był zdrów jak ryba, nigdy nic mu nie dolegało. Czy jestem kompletnym głupcem, którego ponosi fantazja, czy też ta sprawa również panu przypomina…

- Sprawę z Loomouth? Tak, przypomina mi. Tylko czy się nie mylimy? Podobieństwo może być czysto powierzchowne. W końcu nagłe zgony zdarzają się ciągle, i to z najróżniejszych przyczyn.

Sir Charles niecierpliwie pokręcił głową. Po chwili powiedział:

- Dostałem właśnie list… od Egg Lytton Gore. Satterthwaite uśmiechnął się niepostrzeżenie.

- Pierwszy raz do pana napisała? Tamten wyraźnie niczego nie podejrzewał.

- Nie. Pisała do mnie zaraz po moim wyjeździe. Można powiedzieć, że jej list mnie ścigał. Pisała co słychać, i tak dalej. Nie odpisałem jej. Do licha, Satterthwaite, po prostu nie miałem odwagi. Ona nie ma o tym pojęcia, rzecz jasna, ale nie chciałem wystawić się na pośmiewisko.

Satterthwaite zasłonił ręką usta, by ukryć uśmiech.

- A ten list?

- Ten jest inny. To wołanie o pomoc…

- O pomoc? - Satterthwaite uniósł brwi.

- Ona tam była… w tym domu… kiedy to się stało.

- To znaczy była u sir Bartholomewa Strange’a przy jego śmierci?

- Tak.

- Pisze coś na ten temat?

Aktor wyjął z kieszeni list. Wahał się przez moment, po czym wyciągnął rękę.

- Niech pan czyta.

Satterthwaite, mocno zaintrygowany, rozwinął arkusz papieru.

''Drogi sir Charles,

Nie wiem, kiedy ten list do pana dotrze. Mam nadzieje, że wkrótce. Chyba dowiedział się pan z gazet, że sir Bartholomew Strange nie żyje. Umarł dokładnie w ten sam sposób co pan Babbington. To nie może być przypadek, nie i jeszcze raz nie. Gryzę się tym nieprzytomnie.

Mówię prosto z mostu, niech pan wraca i coś zrobi. Pan jeden coś podejrzewał, ale nikt wtedy nie słuchał, a teraz został zabity pana przyjaciel. Wiec jeśli pan nie przyjedzie, prawda może nigdy nie wyjść na jaw, a pan potrafi ją odkryć, jestem tego pewna. Czuje to całą sobą.

I jest jeszcze coś. Bardzo się o kogoś martwię… Nie ma on z tym nic wspólnego, ale pewne rzeczy wyglądają dziwnie. Och, nie mogę tego wytłumaczyć w liście. Czy pan wróci? Pan jeden może rozwiązać zagadkę. Wiem o tym. Kończę, bo się bardzo spieszę.

Egg''.

- I co? - dopytywał się niecierpliwie sir Charles. - Trochę nieskładny list, pisany w pośpiechu. Ale co pan o nim sądzi?

Pan Satterthwaite składał papier powoli, żeby zyskać na czasie.

Zgadzał się, że list jest nieskładny, lecz nie uważał, że był pisany w pośpiechu. W jego przekonaniu był bardzo starannie przemyślany. Odwoływał się do próżności sir Charlesa, do jego rycerskości, duszy hazardzisty.

O ile Satterthwaite znał się na ludziach, był to strzał w dziesiątkę.

- Kim jest ów ''ktoś'', pana zdaniem?

- Przypuszczam, że Manders.

- On tam był?

- Z tego wynika. Nie wiem dlaczego. Tollie go prawie nie znał, spotkał go tylko u mnie na przyjęciu. Z jakiego powodu go zaprosił, Bóg raczy wiedzieć.

- Często wydawał wielkie przyjęcia?

- Kilka razy do roku. Zawsze na wrześniowe derby St. Leger.

- Dużo czasu spędzał w Yorkshire?

- Miał tam wielkie sanatorium czy coś takiego. Kupił starą posiadłość ''Melfort Abbey'', odrestaurował ją i założył lecznicę.

- Ach, tak.

- Ciekaw jestem, kto jeszcze był na przyjęciu - odezwał się Satterthwaite po chwili milczenia.

Sir Charles zauważył, że mogły to podać inne gazety. Wyruszyli więc na poszukiwania.

- O, proszę - zauważył sir Charles. I przeczytał na głos:

''Sir Bartholomew Strange wydaje swe coroczne przyjęcie na St. Leger. Wśród zaproszonych gości są lord i lady Eden, lady Mary Lytton Gore, sir Jocelyn i lady Campbell, kapitan Dacres z żoną oraz znana aktorka Angela Sutcliffe''.

Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.

- Dacresowie i Angela Sutcliffe - zauważył sir Charles. - Ani słowa o Mandersie.

- Kupimy dzisiejszy ''Continental Daily Mail'' - powiedział Satterthwaite. - Może coś tam znajdziemy.

Sir Charles przerzucał strony gazety. Raptem zamarł.

- Mój Boże. Niech pan posłucha, Satterthwaite:

''Sir Bartholomew Strange.

W przeprowadzonym dzisiaj śledztwie w sprawie śmierci sir Bartholomewa Strange’a stwierdzono, że zgon nastąpił na skutek zatrucia nikotyną. Nie wiadomo, kto i w jaki sposób podał truciznę''.

Cartwright zmarszczył brwi.

- Nikotyna. To brzmi dość niegroźnie, od tego nie umiera się w ataku. Nie rozumiem.

- Co zamierza pan zrobić?

- Co zrobię? Idę kupić sypialny na ''Błękitną Strzałę'' dziś wieczór.

- Cóż - powiedział Satterthwaite. - Mógłbym pójść w pana ślady.

- Pan? - Cartwright obrócił się ku niemu zdumiony.

- To coś dla mnie - odparł tamten skromnie. - Mam pewne… hm… doświadczenie. Poza tym znam dość dobrze tamtejszego komendanta policji, pułkownika Johnsona. Może się nam przydać.

- To mi się podoba! - zawołał sir Charles. - Chodźmy do ''Wagon Lits.

A Satterthwaite pomyślał:

''Udało się dziewczynie. Ściągnęła go. Mówiła, że to zrobi. Ciekaw jestem, w jakim stopniu jej list był szczery''.

Egg Lytton Gore na pewno umiała wyzyskać okoliczności.

Kiedy sir Charles udał się do Wagon Lits, pan Satterthwaite przechadzał się powoli po parku oddając się przyjemnym rozmyślaniom o Egg. Podziwiał jej pomysłowość i energię, choć musiał oddalić wiktoriańskie zastrzeżenia, jakie budziło w nim to, że przedstawicielka płci słabej przejmuje inicjatywę w sercowej sprawie.

Satterthwaite był człowiekiem spostrzegawczym. Pośród rozważań o kobietach w ogóle i o konkretnej osobie Egg nie omieszkał nagle zauważyć:

''Gdzie ja widziałem te charakterystyczną głowę?''

Właściciel owej głowy siedział na krześle i zamyślony patrzył przed siebie. Mały człowieczek o nieproporcjonalnie dużych wąsach.

Obok stała dziewczynka, Angielka, z niezadowoloną minką. Stała najpierw na jednej nóżce, potem na drugiej i od czasu do czasu kopała z rozmysłem w krawężnik kwietnika lobelii.

- Nie rób tego, kochanie - powiedziała matka dziewczynki zatopiona w lekturze żurnalu mód.

- Nie mam co robić - odpowiedziała dziewczynka. Mały człowieczek obrócił się w stronę dziecka i pan Satterthwaite go rozpoznał.

- Monsieur Poirot! - wykrzyknął. - Co za miła niespodzianka.

Poirot wstał, skłonił się.

- Enchanté, monsieur.

Uścisnęli sobie dłonie, Satterthwaite usiadł obok Belga.

- Wszyscy są w Monte Carlo. Pół godziny temu natknąłem się na sir Charlesa Cartwrighta, teraz spotykam pana.

- Sir Charles! On też tutaj?

- Uprawia jachting. Słyszał pan, że sprzedaje dom w Loomouth?

- Nie wiedziałem. To mnie dziwi.

- Mnie nie. Cartwright nie należy tak naprawdę do ludzi, którzy na dobre odcięliby się od świata.

- O, z tym się zgadzam. Zdziwiłem się z innej przyczyny. Wydawało mi się, że sir Charles ma konkretny powód, żeby zostać w Loomouth, bardzo czarujący powód. Czy nie mam racji? Ta mała mademoiselle, która tak zabawnie się nazywa, Egg, jak jajeczko?

Zamrugał lekko powiekami.

- A wiec zauważył pan?

- Oczywiście. Mam bardzo czułe serce dla zakochanych, pan zresztą chyba też. Poza tym, la jeunesse. Młodość zawsze wzrusza.

Westchnął.

- Myślę - powiedział Satterthwaite - że trafił pan w sedno, jeśli chodzi o wyjazd sir Charlesa z Loomouth. Po prostu uciekł.

- Od mademoiselle Egg? Przecież widać było jak na dłoni, że za nią szaleje. Dlaczego zatem uciekł?

- Och, nie rozumie pan naszych anglosaskich kompleksów.

Poirot jednak szedł za tokiem własnego rozumowania.

- Tak, tak - powiedział. - To nie jest złe posuniecie. Kiedy uciekasz przed kobietą, ona natychmiast pójdzie za tobą. Mężczyzna z takim doświadczeniem jak sir Charles musi o tym wiedzieć.

Satterthwaite był lekko ubawiony.

- No, niezupełnie tak było - powiedział. - A co pan tutaj porabia? Wakacje?

- Mam teraz wiecznie wakacje. Powiodło mi się. Jestem bogaty. Na emeryturze. Podróżuje sobie po świecie.

- To cudowne - stwierdził Satterthwaite.

- N’est–ce pas?

- Mamo - zawołała mała Angielka. - Ja się nudzę!

- Ależ kochanie - skarciła dziecko matka. - Nie podoba ci się, że jesteś za granicą, w przepięknym słońcu?

- Podoba mi się, ale się nudzę.

- Pobiegaj, pobaw się w coś. Idź popatrzeć na morze.

- Maman - odezwało się nagle jakieś francuskie dziecko. - Joue avec moi.

Matka-Francuzka uniosła głowę znad książki.

- Amuse toi avec ta balle, Marcelle. Francuskie dziecko, nadąsane, posłusznie zaczęło podrzucać piłkę.

- Je m‘amuse - powiedział Herkules Poirot z dziwnym wyrazem twarzy.

I jakby w odpowiedzi na coś, co wyczytał na obliczu Satterthwaite’a, dodał:

- Jest pan spostrzegawczy. Słusznie się panu wydaje…

Milczał przez chwile.

- Widzi pan - mówił dalej - pochodzę z biednej rodziny. Było nas sporo. Musieliśmy sobie radzić. Wstąpiłem do policji. Ciężko pracowałem. I powoli się wybiłem. Wyrobiłem sobie nazwisko. Zdobyłem światową renomę. Wreszcie przyszła kolej na emeryturę. A potem wojna. Zostałem ranny. Przybyłem do Anglii. Biedny wykończony uciekinier. Pewna dama z dobrym sercem wzięła mnie pod swój dach. Umarła. Nie naturalną śmiercią. Została zabita. Eh bien, wziąłem się do roboty, zatrudniłem moje szare komórki. Znalazłem mordercę. Przekonałem się, że jeszcze nie jest ze mną tak źle. Byłem w lepszej formie niż kiedykolwiek przedtem. I tak zaczęła się moja druga kariera, kariera prywatnego detektywa w Anglii. Rozwiązałem wiele fascynujących, trudnych zagadek. Och, monsieur, naprawdę żyłem. Psychologia człowieka to coś wspaniałego. Stałem się bogaty. Pewnego dnia powiedziałem sobie: ''Będę miał tyle pieniędzy, ile zechce. Spełnią się wszystkie moje marzenia''.

Położył rękę na kolanie Satterthwaite’a.

- Niech pan wystrzega się dnia, w którym spełnią się wszystkie marzenia, drogi przyjacielu. To dziecko też na pewno śniło o wyjeździe za granice, o nowych wrażeniach, o tym, że wszystko się zmieni. Rozumie pan?

- Rozumiem - odparł Satterthwaite. - Pan wcale się dobrze nie bawi.

Monsieur Poirot pokiwał głową.

- Otóż to.

Były chwile, kiedy Satterthwaite wyglądał jak Puk. Na przykład teraz. Mięśnie na jego pomarszczonej maleńkiej twarzy skurczyły się złośliwie. Zawahał się. Czy powinien?…

Powoli otworzył gazetę, którą wciąż trzymał przy sobie.

- Czy pan to widział, monsieur Poirot?

I wskazał palcem na odpowiednie miejsce.

Belg wziął gazetę i zaczął czytać. Satterthwaite obserwował go. Na twarzy detektywa nie zauważył żadnej zmiany, tylko jego ciało zesztywniało niczym u teriera, który zwęszył trop.

Herkules Poirot przeczytał dwa razy notatkę, po czym złożył gazetę i zwrócił ją.

- Interesujące - powiedział.

- Tak. Wygląda na to, że sir Charles Cartwright mógł mieć rację, my mogliśmy się pomylić.

- Tak - powtórzył Poirot. - Wygląda na to, że my mogliśmy się pomylić. Przyznaje, drogi przyjacielu, nie mieściło mi się w głowie, że ten łagodny, dobrotliwy staruszek padł ofiarą zbrodni… Cóż, chyba nie miałem racji… Chociaż, widzi pan, ta druga śmierć może być czystym zbiegiem okoliczności. Bywają najprzedziwniejsze przypadki. Nie dałby pan wiary, z jakimi zetknął się w swojej karierze Herkules Poirot.

Urwał na chwile, po czym mówił dalej:

- Niewykluczone, że przeczucie sir Charlesa okaże się słuszne. On jest artystą, człowiekiem wrażliwym, działa raczej na wyczucie, niż na rozum… W życiu kończy się to często katastrofą, czasami jednak ma to swoje uzasadnienie. Ciekaw jestem, gdzie jest teraz sir Charles.

Satterthwaite uśmiechnął się.

- Mogę panu zdradzić. Poszedł do Wagon Lits. Dziś wieczór wracamy razem do Anglii.

- Aha! - rzekł znacząco Poirot. W jego błyszczącym, przenikliwym, filuternym spojrzeniu widniało pytanie: ''A wiec nasz zapaleniec postanowił odegrać tę role, rolę detektywa–amatora? A może ma jakiś inny cel?''

Satterthwaite milczał, ale Poirot domyślił się odpowiedzi.

- Rozumiem - powiedział. - Ciągnie go do pięknych oczu mademoiselle. Nie tylko do zbrodni.

- Napisała do niego - wyjaśnił Satterthwaite - błagała, żeby wracał.

Poirot pokiwał głową.

- Jedno mnie zastanawia - rzekł. - Nie rozumiem…

- Nie rozumie pan dzisiejszej młodej Angielki? - przerwał Satterthwaite. - Nic w tym dziwnego. Mnie też się to nie zawsze udaje. Dziewczyna taka jak Egg Lytton Gore…

Teraz z kolei przerwał Poirot.

- Pardon. Nie o to mi chodziło. Bardzo dobrze rozumiem pannę Lytton Gore. Spotkałem już takie jak ona, wiele takich spotkałem. Pan określa ten typ jako dzisiejszy, ale moim zdaniem jest on… jakby to powiedzieć… stary jak świat.

Satterthwaite poczuł się trochę dotknięty. Uważał, że on, i tylko on, rozumie Egg. Niedorzeczny cudzoziemiec! Cóż on mógł wiedzieć o młodych Angielkach?

Poirot wciąż mówił. Był teraz refleksyjny, smętny.

- Znajomość natury ludzkiej! Cóż to za niebezpieczna rzecz.

- Bardzo przydatna - zaprotestował Satterthwaite.

- Być może. To zależy od punktu widzenia.

- No dobrze, - Pan Satterthwaite zawahał się i wstał. Był lekko rozczarowany. Założył przynętę, a ryba się nie złapała. Czuł, że jego znajomość natury ludzkiej zawiodła.

- Życzę panu udanych wakacji.

- Dziękuję.

- Niech mnie pan odwiedzi, kiedy będzie pan następnym razem w Londynie. - Podał wizytówkę. - Oto mój adres.

- To bardzo miło z pana strony. Z przyjemnością pana odwiedzę.

- A wiec do widzenia.

- Do widzenia. Bon voyage.

Satterthwaite oddalił się. Poirot patrzył za nim przez chwile, po czym na powrót zatopił wzrok w błękicie Morza Śródziemnego.

Siedział tak, patrząc przed siebie, co najmniej przez dziesięć minut.

Pojawiła się znowu mała Angielka.

- Obejrzałam już morze, mamo. Co mam teraz robić?

- Doskonałe pytanie - wymamrotał pod nosem Herkules Poirot.

Wstał. Wolnym krokiem skierował się do Wagon Lits.

ROZDZIAŁ DRUGI

GDZIE SIĘ PODZIAŁ KAMERDYNER?

Sir Charles i pan Satterthwaite siedzieli w gabinecie komendanta policji, pułkownika Johnsona, wysokiego mężczyzny o czerwonej twarzy, tubalnym głosie i serdecznym sposobie bycia.

Na widok gości Johnson rozpromienił się: radośnie powitał Satterthwaite’a, a spotkanie ze słynnym Charlesem Cartwrightem wprawiło go w euforię.

- Moja stara ma bzika na punkcie teatru. Jest pana wielką wielbicielką, jak to mówią Amerykanie? Fanem - właśnie, fanem. Sam lubię dobry teatr, oczywiście wartościowe rzeczy, to, czym dzisiaj czasami nas raczą na scenie, można określić tylko jednym słowem: paskudztwo.

Sir Charles, któremu pod tym względem nic nie można było zarzucić - nie grał nigdy w tak zwanych śmiałych sztukach - rzucił jakąś odpowiednią do sytuacji uwagę z właściwym sobie wdziękiem. Kiedy obaj panowie przystąpili do przedstawienia celu swej wizyty, pułkownik Johnson gotów był opowiedzieć im wszystko, co wiedział o sprawie.

- Pański przyjaciel? Fatalna historia. Był tu bardzo znaną postacią. Lecznica cieszy się świetną opinią, a sir Bartholomew był pod każdym względem wspaniałym człowiekiem, wybitnym specjalistą. Miły, szlachetny, powszechnie lubiany i szanowany. Każdy panu powie: ostatni człowiek, który mógłby paść ofiarą zbrodni. A jednak wszystko wskazuje na zbrodnie. Samobójstwo czy wypadek raczej nie wchodzą w grę.

- Wróciliśmy właśnie z panem Salterthwaite’em z zagranicy - odezwał się sir Charles. - Mamy tylko skrawki informacji, z gazet.

- Jasne, chcieliby panowie wiedzieć więcej. Dobrze, powiem, jak się sprawy mają. Podejrzenia skupiają się na kamerdynerze, musimy go odnaleźć. To był nowy człowiek, sir Bartholomew zatrudnił go na dwa tygodnie przed śmiercią. I, wyobraźcie sobie panowie, nazajutrz po zbrodni facet po prostu znika jak kamfora. Cokolwiek podejrzane, prawda? Słucham?

- Nie wiadomo, gdzie się ulotnił?

Pułkownik Johnson zrobił się jeszcze bardziej czerwony na twarzy.

- Pewno pan uważa, że to niedopatrzenie z naszej strony. Zdaje sobie sprawę, że to tak wygląda. Ale przecież był pod naszą obserwacją, nie mniejszą niż inni. Gładko odpowiadał na pytania, podał nazwę agencji w Londynie, która załatwiła mu te prace, i nazwisko swego poprzedniego chlebodawcy, sir Horace’a Birda. Mówił spokojnie, bez paniki. A potem nagle zwiał. Nie do wiary, cały dom pod nadzorem, a ten znika! Oj, dostało się chłopakom ode mnie, ale zaklinają się, że nie zmrużyli oka.

- Bardzo interesujące - zauważył Satterthwaite.

- Zresztą - rzekł z powątpiewaniem sir Charles - cóż za idiotyczne posunięcie! Nie był szczególnie podejrzany, a teraz ściągnął na siebie uwagę.

- Otóż to. Nie ma zresztą żadnych szans. Rozesłaliśmy jego rysopis. Złapanie go to kwestia dni.

- Bardzo dziwne - pokręcił głową sir Charles. - Nie rozumiem.

- Och, to dość jasne. Nerwy mu puściły. Nagle się wystraszył.

- Wydawało mi się, że człowiek, który ma dostatecznie silne nerwy, żeby popełnić zbrodnię, potrafi i potem zachować zimną krew.

- Różnie to bywa. Znam dobrze przestępców. Tchórzliwi jak zające. Facet myślał, że go podejrzewamy, i prysnął.

- Sprawdzał pan jego zeznania?

- Naturalnie. To czysta rutyna. Agencja w Londynie potwierdziła to, co mówił. Miał też pisemną rekomendację od sir Horace’a Birda, zresztą bardzo dobrą. Sir Horace jest w tej chwili w Afryce Wschodniej.

- A zatem jego referencje mogą być sfałszowane? - podsunął Cartwright.

- Słuszna uwaga - powiedział pułkownik Johnson uśmiechając się jak nauczyciel do ucznia, któremu należy się pochwała. - Wysłaliśmy telegram do sir Horace’a, ale na odpowiedź musimy trochę poczekać. Jest na safari.

- Kiedy on właściwie zniknął?

- Nazajutrz rano. Na przyjęciu był lekarz, sir Jocelyn Campbell, o ile wiem, toksykolog. On i miejscowy doktor Davis byli jednomyślni i natychmiast nas wezwano na miejsce. Przesłuchaliśmy wszystkich tego wieczoru. Ellis, nasz kamerdyner, udał się do siebie jak zwykle, a na drugi dzień już go nie było. Do łóżka się nie kładł - pościel pozostała nie tknięta.

- A wiec wymknął się w nocy?

- Na to wygląda. Jedna z dam, panna Sutcliffe, ta aktorka… zna ją pan może?

- Bardzo dobrze.

- Otóż panna Sutcliffe podsunęła nam pewną rzecz. Zasugerowała, że człowiek ten opuścił dom tajnym przejściem. - I zmieszany wydmuchał nos. - To brzmi trochę jak z Edgara Wallace’a, zdaje się jednak, że jest tam coś takiego. Sir Bartholomew był dumny ze swego przejścia. Pokazał je pannie Sutcliffe. Wychodzi ono na zwalony mur, jakieś pół mili od domu.

- Brzmi to prawdopodobnie - zgodził się sir Charles. - Tylko skąd kamerdyner miałby wiedzieć o istnieniu tajnego korytarza?

- Właśnie, właśnie. Chociaż moja stara twierdzi, że służba wszystko wie. Zresztą podejrzewam, że ma racje.

- O ile wiem, trucizną była nikotyna? - odezwał się Satterthwaite.

- Zgadza się. Nieczęsty sposób. Niezmiernie rzadko stosowany. Do tego, jak rozumiem, w wypadku nałogowego palacza, jakim był doktor, dochodzą inne okoliczności. Człowiek zatruty nikotyną może umrzeć śmiercią naturalną. Oczywiście, w naszej sprawie to wykluczone, zgon nastąpił zbyt raptownie.

- Jak podano truciznę?

- Tego nie wiemy - przyznał Johnson. - I to jest największy znak zapytania. Orzeczenie lekarskie stwierdza, że ofiara połknęła truciznę na kilka minut przed śmiercią.

- Pił porto?

- Tak. Niestety, prosty wniosek, że porto było zatrute, jest nieprawdziwy. Oddaliśmy kieliszek do analizy. Zawierał tylko porto, nic więcej. Szkło po winie uprzątnięto, stało na tacy w spiżarni, nie umyte - nic nie stwierdzono. Jadł to, co wszyscy. Kawior, zupę, solę z rusztu, bażanta, frytki, suflet czekoladowy. Kucharka pracuje tam od piętnastu lat. Nie, to niemożliwe, aby podano mu truciznę. A jednak tak było, miał ją w żołądku. Paskudny problem.

Cartwright odwrócił się do Satterthwaite’a.

- To samo! - zawołał w podnieceniu. - Dokładnie to samo co przedtem. - I rzekł przepraszająco do komendanta: - Winny jestem panu wyjaśnienie. W moim domu w Kornwalii miała miejsce śmierć…

Johnson spojrzał zaciekawiony.

- Chyba o tym słyszałem. Od jednej z dam, panny Lytton Gore.

- Była wtedy u mnie. Opowiadała coś panu?

- Tak. Uparcie trzymała się swojej teorii. Tylko, wie pan, nie wierzę w te jej teorię. Nie wyjaśnia zniknięcia kamerdynera. A pański służący przypadkiem nie zaginął?

- Nie ma u mnie służącego, jest pokojówka.

- A może to mężczyzna w przebraniu?

Sir Charles pomyślał o szykownej, bardzo kobiecej Temple i uśmiechnął się mimo woli.

Pułkownik Johnson też uśmiechnął się, zakłopotany.

- Tak mi to tylko przyszło do głowy. Nie, teoria panny Lytton Gore nie przekonuje mnie. Tamta śmierć dotknęła, o ile wiem, leciwego pastora. Kto mógłby czyhać na życie tego staruszka?

- Tu jest pies pogrzebany - odparł sir Charles.

- Przekona się pan, że to czysty przypadek. A skoro tak, stawiamy na kamerdynera. Niewykluczone, że to zwykły przestępca. Niestety, nie możemy znaleźć nigdzie jego odcisków palców. Nasz ekspert sprawdził dokładnie jego pokój i spiżarnie, bez powodzenia.

- Załóżmy, że to kamerdyner. Jaki widziałby pan motyw?

- Kolejne trudne pytanie. Powiedzmy, że zamierzał dokonać kradzieży, a sir Bartholomew przejrzał jego plany.

Sir Charles i pan Satterthwaite milczeli wymownie, pułkownik Johnson wyraźnie zresztą nie spodziewał się aplauzu.

- Możemy tylko na razie snuć domysły, to fakt. Z chwila, kiedy John Ellis znajdzie się pod kluczem, dowiemy się, kim jest naprawdę, czy figuruje w naszej kartotece. Wtedy motyw sam wypłynie.

- Przejrzeliście papiery doktora?

- Naturalnie. Bardzo dokładnie. Musze przedstawić panom nadinspektora Crossfielda, który prowadzi sprawę. To człowiek niezwykle rzetelny. Zasugerowałem mu, a on od razu się ze mną zgodził, że profesja sir Bartholomewa może mieć jakiś związek ze zbrodnią. Lekarz ma wiele zawodowych tajemnic. Papiery były starannie poukładane, posegregowane. Sekretarka, panna Lyndon, przejrzała je razem z Crossfieldem.

- Znaleźli coś?

- Nic, co by miało dla nas znaczenie.

- Zginęły jakieś rzeczy? Na przykład srebro albo biżuteria?

- Niczego nie brakuje.

- Kto był wtedy w domu?

- Mam tu listę… zaraz… gdzie ona się podziała? Aha, jest przecież u Crossfielda. Muszą panowie go poznać. Zresztą pojawi się tu lada moment, żeby złożyć raport… o, dzwonek… to pewno on.

Nadinspektor Crossfield był potężnym, wysokim mężczyzną o bystrych niebieskich oczach. Miał zwyczaj mówić powoli.

Zasalutował przed swoim przełożonym, a ten przedstawił go gościom.

Pan Satterthwaite nie potrafiłby zapewne nawiązać kontaktu z Crossfieldem. Nadinspektor nie przepadał za dżentelmenami z Londynu, którzy spadali jak z nieba ze swymi amatorskimi pomysłami. Sir Charles to co innego. Blask sceny budził u nadinspektora dziecięcy zachwyt. Dwa razy widział aktora w teatrze, a teraz, gdy nagle ujrzał z bliska swego bohatera, człowieka z krwi i kości, wprawiło go to w takie podniecenie, że stał się niezwykle przyjacielski i elokwentny.

- Widziałem pana w Londynie, tak, tak, Byłem z żoną w teatrze. Na sztuce Dylemat Lorda Aintree. Tłok nieludzki. Staliśmy przez dwie godziny na parterze. Żona się uparła. Powiedziała: ''Muszę zobaczyć sir Charlesa Cartwrighta w Dylemacie Lorda Aintree''. To było w teatrze Pali Mall.

- Jak pan wie, wycofałem się ze sceny - powiedział sir Charles. - Ale w Pall Mall znają mnie dobrze. - Wyjął wizytówkę i napisał na niej kilka słów. - Da pan to w kasie, kiedy następnym razem wybierze się pan z żoną do Londynu. Dostaniecie państwo najlepsze miejsca.

- To bardzo miło z pana strony, sir Charles, naprawdę bardzo miło. Żona będzie niezwykle ujęta.

Sir Charles miał go teraz w garści.

- Dziwna sprawa. W całej mojej karierze nie zetknąłem się z otruciem nikotyną. Nasz doktor Davis też się z tym nie spotkał.

- Myślałem, że to rodzaj choroby na skutek nadmiernego palenia.

- Prawdę mówiąc, też tak uważałem. Doktor mówi, że czysty alkaloid jest bezwonnym płynem, kilka kropli wystarczy, żeby zabić człowieka na miejscu.

Sir Charles zagwizdał.

- Mocna rzecz.

- Tak jest. Ale powszechnie stosowana. Roztwór używany jest do spryskiwania róż. Oczywiście można zrobić wyciąg z normalnego tytoniu.

- Róże - mruknął sir Charles. - Gdzie ja słyszałem…?

Zmarszczył brwi i potrząsnął głową.

- Coś nowego, Crossfield? - spytał pułkownik Johnson.

- Nic konkretnego. Mamy doniesienia, że Ellisa przyuważono w Durham, Ipswich, Balham, Land’s End i dziesiątkach innych miejsc. Trzeba sprawdzić, co ile jest warte. - Zwrócił się do obu panów: - Kiedy rysopis człowieka krąży po kraju, okazuje się, że widziano go w całej Anglii.

- Jak on wygląda? - spytał sir Charles. Johnson sięgnął po rysopis i przeczytał:

- John Ellis, wzrost średni, około pięciu stóp siedemdziesiąt, przygarbiony, włosy szpakowate, małe bokobrody, oczy ciemne, głos ochrypły, w górnym uzębieniu widoczny przy uśmiechu brak jednego zęba, żadnych znaków czy cech szczególnych.

- Hm - mruknął sir Charles. - Niczym specjalnym się nie wyróżnia. Z wyjątkiem bokobrodów i zęba. Bokobrody zdążył zgolić, a na uśmiech trudno liczyć.

- Problem w tym - zauważył Crossfield - że ludzie nie potrafią obserwować. Od służących w ''Abbey'' nie mogłem nic więcej wydobyć poza mglistym opisem. Zawsze to samo. Jedna i ta sama osoba w oczach różnych ludzi jest wysoka, szczupła, niska, krepa, średniego wzrostu, tęga, smukła. Rzadko kiedy zdarza się człowiek, który naprawdę umie patrzeć.

- Wiec jest pan pewien, nadinspektorze, że Ellis jest mordercą?

- A jak inaczej wytłumaczyć jego ucieczkę? Nie możemy przejść nad tym faktem do porządku.

- Tak, to nas blokuje - rzekł Cartwright w zamyśleniu.

Crossfield zwrócił się teraz do pułkownika Johnsona, mówił, jakie przedsięwzięto środki. Pułkownik pokiwał głową, po czym poprosił nadinspektora o listę osób znajdujących się w ''Melfort Abbey'' w dniu popełnienia zbrodni. Wręczono ją dwom detektywom-amatorom.

A oto ona:

MARTHA LECKIE, kucharka

BEATRICE CHURCH, przełożona pokojówek

DORIS COKER, młodsza pokojówka

YICTORIA BALL, młodsza pokojówka

ALICE WEST, starsza pokojówka

VIOLET BASSINGTON, pomoc kuchenna

(Powyższe osoby zatrudnione były w domu zmarłego przez dłuższy czas, Martha Leckie - piętnaście lat, wszystkie cieszą się dobrą opinią).

GLADYS LYNDON, sekretarka, trzydzieści trzy lata,

pracuje u sir Bartholomewa Strange’a od trzech lat, nie

widzi możliwego motywu zabójstwa. Goście:

LORD i LADY EDEN, 187 Cadogan Square SIR JOCELYN I LADY CAMPBELL, 1256 Harley Street

PANNA ANGELA SUTCLIFFE, 28 Canterll Mansions, S.W.3

PAN KAPITAN I PANI DACRES, 3 St John’s House, W.I.

(Pani Dacres prowadzi firmę Ambrosine Ltd, Brook Street).

LADY MARY I HERMIONE LYTTON GORE, Rosę Cottage, Loomouth

PANNA MURIEL WILLS, 5 Upper Cathcart Road, Tooting

PAN OLIYER MANDERS, Messrs Speier and Ross, Old Broad Street, E.C.2

- Hm - odezwał się sir Charles. - Gazety pominęły naszą znajomą z Tooting. I widzę, że nie zabrakło też Mandersa.

- Znalazł się przypadkiem - wyjaśnił Crossfield. - Młody człowiek wjechał samochodem na mur tuż obok ''Melfort Abbey'', sir Bartholomew znał go trochę i poprosił do domu.

- Nierozważne posuniecie - skwapliwie zauważył sir Charles.

- Zgadzam się z panem - powiedział nadinspektor. - Podejrzewam, że wypił o jednego za dużo. W jaki sposób mógł uderzyć w mur w takim miejscu, jeśli był trzeźwy?

- Może duch w niego wstąpił - zasugerował Cartwright.

- Duch alkoholowy, jak znam życie.

- Cóż, dziękujemy bardzo, panie nadinspektorze. Czy nie ma pan nic przeciwko temu, pułkowniku, żebyśmy rozejrzeli się po ''Melfort Abbey''?

- Ależ proszę bardzo. Chociaż nie sądzę, abyście panowie dowiedzieli się czegoś więcej.

- Kto tam jest?

- Tylko służba - odparł Crossfield. - Goście rozjechali się zaraz po przesłuchaniach, a panna Lyndon wróciła na Harley Street.

- Moglibyśmy też spotkać się z doktorem… eee… Davisem - zasugerował Satterthwaite.

- Dobra myśl.

Po otrzymaniu adresu doktora obaj panowie podziękowali serdecznie pułkownikowi i oddalili się.

ROZDZIAŁ TRZECI

KTO Z NICH?

Kiedy szli ulicą, sir Charles zagadnął swego towarzysza:

- I co pan o tym myśli?

- A pan? - odparł pytaniem Satterthwaite. Zawsze wolał odwlec moment wyrażenia własnej opinii.

Inaczej było z sir Charlesem. Zawołał z emfazą:

- Oni się mylą, Satterthwaite. Całkiem się mylą. Mają na mózgu tego kamerdynera. Uciekł ergo zabił. Ale mnie to nie pasuje, nie. Nie można pominąć tamtej śmierci, w moim domu.

- Wciąż jest pan zdania, że oba wypadki mają jakiś związek? - Satterthwaite zadał pytanie, na które odpowiedział już w duchu twierdząco.

- Człowieku, one muszą mieć związek. Wszystko na to wskazuje. Trzeba znaleźć łącznika, kogoś, kto był obecny i tu, i tam.

- Tak - zgodził się Satterthwaite. - Ale to nie takie łatwe, jak mogłoby się na pozór wydawać. Jest zbyt wielu łączników. Chyba pan zauważył, że niemal wszyscy pańscy goście byli również u sir Bartholomewa?

Sir Charles skinął głową.

- Oczywiście. A wie pan, jaki stąd można wyciągnąć wniosek?

- Niezupełnie pana rozumiem.

- Do licha, człowieku! Pan sądzi, że to zbieg okoliczności? Nie, taki był zamysł. Dlaczego osoby obecne przy pierwszej śmierci są świadkami drugiej? Przypadek? Wykluczone. Tollie działał celowo, z planem.

- Och! - wykrzyknął Satterthwaite. - Tak, być może…

- To pewne. Nie znał pan Tollie’ego tak dobrze jak ja. Należał do ludzi, którzy nie lubią zdradzać swoich zamysłów, był też bardzo cierpliwy. Nigdy, odkąd go znałem, nie wyraził pochopnej opinii lub sądu.

Spójrzmy na to tak: Babbington zostaje zamordowany, tak, zamordowany, mówię bez ogródek, nie owijam rzeczy w bawełnę. A zatem - zamordowany pewnego wieczoru u mnie w domu. Tollie nabija się trochę z moich podejrzeń, ma jednak przez cały czas swoje własne wątpliwości. Nie mówi o tym głośno, to nie w jego stylu. Ale po cichu, w myśli, buduje akt oskarżenia. Nie wiem, na czym się opiera. Myślę, że nie oskarża konkretnej osoby. Jest jednak przekonany, że ktoś z obecnych u mnie dokonał zbrodni, i postanawia podjąć próbę odnalezienia sprawcy, przeprowadzić swego rodzaju test.

- A co z Edenami i Campbellami?

- To kamuflaż. Żeby się było trudniej zorientować.

- Jaki właściwie był plan doktora?

Aktor przesadnie, inaczej niż zwykle, wzruszył ramionami. To już nie był sir Charles, to był największy umysł Secret Service Aristide Duval, utykający na lewą nogę.

- Skąd mogę wiedzieć? Nie jestem jasnowidzem. Nie ma sensu zgadywać. Jedno jest pewne, plan był. Nie powiódł się, bo morderca był mądrzejszy, niż się Tollie’emu zdawało. On pierwszy zadał cios…

- On?

- Albo ona. Trucizna to broń tak kobiet, jak mężczyzn.

Satterthwaite nic na to nie odrzekł. Sir Charles mówił wiec dalej:

- No i co, chyba przyzna mi pan rację? A może jest pan po stronie powszechnie przyjętej opinii, że mordercą jest kamerdyner, że to on zabił Bartholomewa Strange’a?

- Jak pan zatem wytłumaczy sprawę zaginionego kamerdynera?

- W ogóle się nad nim nie zastanawiałem. W moim przekonaniu on się nie liczy. Chociaż mógłbym zasugerować pewne wyjaśnienie.

- Ciekawe, jakie.

- Załóżmy, że policja ma rację: Ellis jest zawodowym kryminalistą, współpracującym, na przykład, z gangiem włamywaczy. Otrzymuje posadę na podstawie fałszywych referencji. Tollie zostaje zamordowany. Co ma zrobić Ellis? Zabito człowieka, a pod jego dachem znajduje się facet, figurujący w kartotekach policji, którego odciski palców znane są w Scotland Yardzie. Sytuacja jest całkowicie jasna: Ellis ucieka ze strachu.

- Tajnym przejściem?

- Pal sześć tajne przejście! Wymknął się z domu, kiedy jeden z tych durniów, co stali na straży, uciął sobie drzemkę.

- To dość prawdopodobne.

- No więc, jaki jest pana pogląd, Satterthwaite?

- Mój? Och, dokładnie taki jak pana. Właściwie przez cały czas się nie zmienił. Kamerdyner nas tylko zbija z tropu. Uważam, że sir Bartholomew i pan Babbington zostali zabici przez jedną i te samą osobę.

- Jednego z gości?

- Jednego z gości.

Milczeli obaj przez chwile, po czym Satterthwaite zapytał:

- Jak pan myśli, kto to był?

- Mój Boże, skąd mam wiedzieć?

- Oczywiście, nie może pan wiedzieć. Ale może mieć pan jakieś domysły. Nie chodzi mi przecież o naukowy dowód, lecz o zwykłą zgadywankę.

- Wie pan, ja nie… - Urwał, a po chwili wybuchnął: - Doprawdy, Satterthwaite, kiedy się porządnie zastanowić, żadna z tych osób nie wchodzi w grę.

- Tak, chyba ma pan racje - zadumał się Satterthwaite. - Żadna z tego spotkania podejrzanych. Niech pan zauważy, że niektórzy zostali wyłączeni. Pan i ja. Pani Babbington. No i młody Manders, on też.

- Manders?

- Znalazł się tam przypadkowo. Nie był zaproszony, pojawił się niespodziewanie. To go wyklucza z kółka podejrzanych.

- Zabrakło jeszcze tej pisarki, Anthony Astor.

- Nie, nie, ona była na przyjęciu. Pamiętam jej nazwisko na liście: panna Muriel Wills z Tooting.

- Tak, prawda. Zapomniałem, że nazywa się Wills. Sir Charles się zasępił. Pan Satterthwaite, który nieźle potrafił czytać w cudzych myślach, próbował odgadnąć, co zaprzątało głowę jego towarzysza. Pogratulował sobie w duchu, kiedy aktor przemówił.

- Słusznie, słusznie, Satterthwaite. Tollie zaprosił nie tylko zdecydowanie podejrzanych. W końcu wśród gości były lady Mary i Egg… A zatem nie… Chciał może odtworzyć scenerię pierwszego wypadku. Posądzał kogoś i potrzebował naocznych świadków dla potwierdzenia. Coś w tym rodzaju.

- Coś w tym rodzaju - powtórzył Satterthwaite. - Nie możemy się na razie posunąć do konkretów. A wiec dobrze, wykluczamy obie panie Lytton Gore, pana, mnie, panią Babbington i Olivera Mandersa. Kto pozostaje? Angela Sutcliffe…

- Angie? Człowieku! Przyjaźniła się z Tollie’em od lat.

- A zatem weźmy Dacresów. Dobrze wiem, Cartwright, że ich właśnie pan podejrzewa. Mógł się pan do tego przyznać, kiedy pana pytałem.

Sir Charles spojrzał uważnie na Satterthwaite’a, który spoglądał na niego z lekkim tryumfem.

- Chyba się pan nie myli - powiedział powoli aktor. - Chociaż właściwie ja ich nie posądzam. Wydaje się to tylko bardziej prawdopodobne. Po pierwsze, nie znam ich zbyt dobrze. Poza tym, dlaczego, na Boga, Freddie Dacres, pędzący życie na wyścigach, lub Cynthia, zajmująca się wymyślaniem kosztownych strojów dla pań, mogliby być żądni śmierci poczciwego pastora?

I z niedowierzaniem pokręcił głową. Po chwili rozpromienił się.

- Jest przecież ta Wills. Wciąż o niej zapominam. Co ona ma w sobie takiego, że się ją wiecznie pomija? Jest karygodnie bezbarwna, nigdy nie spotkałem tak banalnego stworzenia.

- A dla mnie - uśmiechnął się Satterthwaite - mogłaby ucieleśniać wers Burnsa: ''Wśród nas jest dziecko, które wszystko widzi''. Panna Wills jest tą, która wszystko widzi. Bystre oczka kryją się za tymi szkłami, zapewniam pana. Jeszcze się pan przekona, że panna Wills zauważyła dokładnie to, co trzeba.

- Tak pan sądzi? - spytał z powątpiewaniem sir Charles.

- A teraz - przerwał dyskusje Satterthwaite - pora na lunch. Potem idziemy do ''Abbey''. Zobaczymy, co się okaże na miejscu.

- Wygląda mi na to, że pociąga pana ta zabawa, Satterthwaite - zauważył sir Charles z błyskiem w oczach.

- Śledztwo w sprawie zbrodni to dla mnie nie nowina. Kiedyś zepsuł mi się samochód i zatrzymałem się w samotnym zajeździe…

Urwał.

- Pamiętam - rzekł sir Charles wysokim, czystym aktorskim głosem. - Kiedy pracowałem w objazdowym teatrze w 1921…

Sir Charles tryumfował.

ROZDZIAŁ CZWARTY

CO MÓWI SŁUŻBA?

Nie było chyba bardziej kojącego widoku na świecie niż ''Melfort Abbey'' we wrześniowym popołudniowym słońcu. Cześć opactwa pochodziła z piętnastego wieku. Została ona odrestaurowana i dobudowano do niej nowe skrzydło, w którym znajdowało się sanatorium. Nie było ono widoczne ze starego domu i miało własny teren.

Sir Charles i pan Satterthwaite zostali przyjęci przez panią Leckie, kucharkę, okazałą jejmość dostojnie ubraną w czerń, gadatliwą i skłonną do łez. Znała ona Cartwrighta i do niego przede wszystkim kierowała swą przemowę.

- Och, sir, co to było dla mnie za przeżycie! Śmierć naszego pana, i cała reszta! Wszędzie policjanci, wścibiają nos w każdy kącik, nie uwierzy pan, sir, nawet w skrzynie na śmieci. I te pytania! Przepytywali i przepytywali, bez końca. O, że ja musiałam dożyć takiej chwili! Nasz pan doktor, taki spokojny pan! A ten dzień, kiedy dostał tytuł, byłyśmy takie dumne, Beatrice i ja, chociaż Beatrice jest tu dwa lata krócej. A tu te pytania tego chłystka z policji, przepraszam za słowo, ale to nie był dżentelmen… ja wiem, kto jest kto, wiem, jak się zachowuje dżentelmen, zbyt wiele w życiu widziałam. Wiec ten chłystek, może sobie być nadinspektorem… - Pani Leckie zrobiła w tym miejscu pauzę, zaczerpnęła tchu, by wybrnąć z grząskiego gruntu. - Wiec wypytywał o wszystkie służące, a dziewczyny są do rany przyłóż, każda jedna. Prawda, że Doris nigdy nie wstaje na porę, musze jej to wbijać do głowy co najmniej raz w tygodniu. A Vickie bywa impertynencka. W końcu od młodych trudno oczekiwać wychowania, dzisiaj matki o to nie dbają, ale wszystko jedno, to złote dziewczyny i żaden nadinspektor mnie nie przekona, że jest inaczej. I powiedziałam jemu: ''Niech pan sobie nie myśli, że powiem coś na moje panienki. Ze świecą takich szukać. A rzucanie podejrzeń, że mają coś wspólnego z morderstwem, to świństwo, i tyle''.

Zamilkła na chwilę.

- Pan Ellis to co innego. Nic nie wiem o panu Ellisie i nie mogę za niego ręczyć. Był tu obcy, przyjechał z Londynu, kiedy pan Baker był na urlopie.

- Baker? - zdziwił się Satterthwaite.

- Pan Baker był kamerdynerem u pana doktora przez ostatnie siedem lat, sir. Przeważnie siedział w Londynie, na Harley Street. Pamięta go pan? - zwróciła się do sir Charlesa, który przytaknął. - Pan doktor przywoził go tutaj, kiedy wydawał przyjęcie. Baker nie czuł się ostatnio za dobrze, tak mówił sir Bartholomew. Dlatego nasz pan dał mu kilkumiesięczny urlop, opłacił mu też pobyt nad morzem koło Brighton - nasz pan doktor to był prawdziwy dżentelmen! Pan Ellis był zatrudniony czasowo, wiec, już mówiłam to nadinspektorowi, nie potrafię nic o nim powiedzieć, chociaż wyglądało na to, że pracował w najlepszych domach, i trzeba przyznać, miał w sobie coś z dżentelmena.

- Czy zauważyła pani w nim coś niezwykłego? - zagadnął sir Charles z nadzieją w głosie.

- Ciekawe, że pan o to zapytał. Wie pan, jaka jest moja odpowiedź? I tak, i nie.

Zachęcona spojrzeniem sir Charlesa pani Leckie podjęła:

- Nie potrafię dokładnie powiedzieć, na czym to polegało, sir, ale było coś…

''Zawsze znajdzie się jakieś coś już po fakcie'' - pomyślał posępnie Satterthwaite. Chociaż kucharka gardziła policją, ulegała jej sugestiom. Skoro Ellis ma się okazać przestępcą, pani Leckie coś w nim zauważyła.

- Przede wszystkim trzymał się na uboczu. Och, był grzeczny, to dżentelmen, jak mówiłam, z nawykami z dobrych domów. Ale lubił być sam ze sobą, dużo czasu spędzał w swoim pokoju. Poza tym… nie wiem jak to powiedzieć… był… och… było coś…

- Chyba pani nie podejrzewała, że tak naprawdę jest kim innym niż kamerdynerem?

- O, zupełnie dobrze znał się na swojej robocie, sir. Wiedział, co trzeba. O ludziach z towarzystwa też wiedział to i owo.

- Na przykład? - delikatnie zasugerował sir Charles. Pani Leckie jednak odpowiedziała wymijająco. Nie chciała powtarzać, o czym służba plotkuje w korytarzu. Miała swoje zasady.

Satterthwaite, żeby ją rozluźnić, zaproponował:

- A może by nam go pani opisała. Rozpromieniła się.

- Bardzo chętnie, sir. Wyglądał godnie, miał bokobrody i siwe włosy, trochę się garbił. Zaczynał tyć, wiem, że się tym martwił. Aha, lekko drżały mu ręce, nie, nic z tego, o czym pan myśli. Bardzo wstrzemięźliwy człowiek, nie taki jak inni. Miał chyba coś z oczami, raziło go światło, ostre światło, oczy łzawiły mu wtedy okropnie. Jak był z nami, to nosił okulary, ale nigdy na służbie.

- A jakieś znaki szczególne? - spytał sir Charles. - Blizna? Złamany palec? Znamię?

- Nic, proszę pana. Nic z tych rzeczy.

- Jaką przewagę nad życiem ma literatura - westchnął Cartwright. - W książkach pojawia się zawsze jakiś znak szczególny.

- Brakowało mu zęba - przypomniał sobie Satterthwaite.

- Być może, sir. Nigdy nie zwróciłam na to uwagi.

- Proszę opisać jego zachowanie w tragiczny wieczór - zwrócił się do niej Satterthwaite, jakby cytował zdanie z książki.

- Naprawdę trudno mi coś powiedzieć, sir. Miałam pełno roboty w kuchni. Nie było czasu na rozglądanie się.

- Tak, tak, oczywiście.

- Jak się rozeszła wiadomość, że pan nie żyje, zamurowało nas. Zaczęłam płakać, nie mogłam przestać, tak samo Beatrice. Dziewczyny były oczywiście podniecone, jak to młodzi, ale bardzo przeżywały. Pan Ellis oczywiście mniej się martwił, bo był nowy, chociaż musze powiedzieć, że okazywał nam troskę, koniecznie chciał, żebyśmy z Beatrice wypiły kieliszeczek porto, mówił, że to nam pomoże wyjść z szoku. Kto by pomyślał, taki łajdak!…

Pani Leckie nie posiadała się z oburzenia.

- I zniknął jeszcze tej nocy?

- Tak, sir. Poszedł do siebie, jak wszyscy, a rano już go nie było. Dlatego policja jego właśnie sobie przyuważyła.

- Tak, głupio zrobił. W jaki sposób opuścił dom, jak pani myśli?

- Nie mam pojęcia, sir. Policjanci pilnowali nas przez całą noc, nic nie zauważyli, ale przecież to tylko ludzie, tyle że strugają ważniaków, kiedy wchodzą do przyzwoitego domu i niuchają po kątach.

- Podobno jest tu gdzieś tajne przejście - zauważył sir Charles.

Pani Leckie skrzywiła się.

- Tak twierdzi policja.

- A jest?

- Coś tam kiedyś słyszałam - ostrożnie wyznała pani Leckie.

- Wie pani, gdzie się zaczyna?

- Nie, sir. Wszystko bardzo pięknie, ale tajne przejścia to nie temat, o którym się paple w kuchni. Jeszcze by co dziewczynom przyszło do głowy. Może na przykład zachciałoby się im tamtędy wymknąć? U mnie dziewczyny wchodzą i wychodzą wejściem dla służby, przynajmniej wiemy, co i jak.

- Doskonale, pani Leckie. Jest pani bardzo mądrą kobietą - pochwalił ją sir Charles.

Mile pogłaskana w swej próżności, kucharka dumnie zadarła do góry głowę.

- Czy moglibyśmy jeszcze porozmawiać z innymi osobami?

- Jak najbardziej, sir. Chociaż nic więcej pan się nie dowie.

- Nie szkodzi. Nie tyle chodzi mi o Ellisa, co o samego sir Bartholomewa, jak się zachowywał tamtego wieczoru i tak dalej. Widzi pani, to był mój przyjaciel.

- Wiem, sir. Doskonale pana rozumiem. Dobrze, przyprowadzę panom Beatrice i Alice, te, która podawała do stołu.

- Chciałbym porozmawiać z Alice.

Pani Leckie respektowała jednak hierarchię. Sprowadziła najpierw Beatrice Church, przełożoną pokojówek.

Oczom obu panów ukazała się wysoka, szczupła kobieta z zaciśniętymi ustami. Jej wygląd cechowała narzucająca się przyzwoitość.

Po kilku zdawkowych uwagach sir Charles skierował rozmowę na zachowanie się gości w czasie tragicznego przyjęcia. Czy byli wstrząśnięci? Czy coś mówili? Co robili?

Beatrice lekko ożywiła się. Chętnie żerowała na tragedii, jak wampir na ludzkim ciele.

- Panna Sutcliffe całkiem się załamała. Ta pani ma dobre serce, znam ją, bywała tu nieraz. Zaproponowałam jej kieliszeczek brandy albo filiżankę mocnej herbaty, ale stanowczo odmówiła. Wzięła natomiast aspirynę. Była przekonana, że oka nie zmruży przez całą noc. Gdzie tam! Kiedy na drugi dzień rano przyniosłam jej herbatę, spala jak dziecko.

- A pani Dacres?

- Tej kobiety nic nie jest w stanie załamać. Widać było, że Beatrice nie przepada za Cynthią Dacres.

- Wciąż powtarzała, że musi jechać, wracać do firmy. Jest znaną krawcową w Londynie, tak mówił pan Ellis.

Dla Beatrice krawiectwo oznaczało rzemiosło, a na rzemiosło patrzyła z góry.

- Teraz pan Dacres. Beatrice prychnęła.

- Ten to uspokajał się brandy, choć skutek może był odwrotny.

- Kolej na lady Mary Lytton Gore.

- O, to bardzo miła pani - powiedziała Beatrice miękko. - Moja babka cioteczna pracowała u jej ojca, jeszcze w zamku. Podobno była kiedyś bardzo ładna, wszyscy tak mówią. Chociaż jest biedna, od razu widać, że to nie byle kto. Taka jest delikatna, niewymagająca, zawsze miła w obejściu. Jej córka też mi się podoba. Nie znały dobrze pana doktora, ale były bardzo zgnębione.

- A panna Wills? Beatrice znowu się najeżyła.

- Naprawdę nie wiem, co sobie myślała panna Wills.

- A co sobie pani wtedy o niej pomyślała? - spytał sir Charles. - No, niech pani mówi, śmiało, po ludzku.

Niespodziewany uśmiech rozjaśnił surową twarz Beatrice. W zachowaniu sir Charlesa było coś rozbrajająco chłopięcego. Nawet Beatrice nie pozostała nieczuła na jego wdzięk, którym uwodził publiczność w teatrze.

- Ale co by chciał pan ode mnie usłyszeć, sir?

- Po prostu: co pani sobie wtedy myślała o pannie Wills?

- Nic, sir. Zupełnie nic. Oczywiście, ona… Beatrice zawahała się.

- Śmiało, Beatrice.

- Co tu dużo gadać, to kobieta bez prawdziwej klasy. Wiem, to nie jej wina, ale taka jest prawda - mówiła służąca wyrozumiałym tonem. - Robiła rzeczy, które nie przystoją damie. Węszyła po kątach, wszędzie wścibiała nos.

Sir Charles próbował wydobyć z niej jakieś konkrety, ale na próżno. Panna Wills węszyła i wścibiała nos, ale co dokładnie robiła, nie wiadomo. Beatrice powtarzała tylko uparcie, że wścibiała nos w nie swoje sprawy.

Dał wiec spokój pannie Wills. Satterthwaite zmienił temat.

- O ile wiem, pan Manders pojawił się zupełnie nieoczekiwanie?

- Tak, sir. Miał wypadek samochodowy, tuż koło naszej stróżówki. Szczęście w nieszczęściu, mówił, że akurat tutaj. W domu było pełno i panna Lyndon kazała mu posłać w małym gabinecie.

- Czy wszyscy goście zdziwili się na jego widok?

- Tak, oczywiście, wszyscy, sir.

Spytana, co sądzi o Ellisie, Beatrice odpowiedziała wymijająco. Słabo go znała. Tak, sposób, w jaki się oddalił, wyglądał podejrzanie, dlaczego jednak miałby zabić pana doktora, nie miała pojęcia. Nikt zresztą nie wiedział.

- Jak się doktor zachowywał? Cieszył się na przyjęcie? Był zamyślony?

- Był w bardzo dobrym humorze, sir. Uśmiechał się do siebie, jakby chodził mu po głowie jakiś kawał. Raz nawet usłyszałam, jak żartował sobie z panem Ellisem, co nigdy mu się nie zdarzyło za pana Bakera. Pan doktor był trochę dla nas szorstki, zawsze grzeczny, uprzejmy, ale nie spoufalał się.

- O czym rozmawiali? - spytał z ożywieniem Satterthwaite.

- Nie pamiętam dokładnie, sir. Pan Ellis odebrał przez telefon jakąś wiadomość dla pana doktora, a sir Bartholomew spytał, czy na pewno dobrze zapamiętał nazwisko, a pan Ellis odparł, że z całą pewnością, mówił to wszystko, rzecz jasna, z należnym szacunkiem. Pan doktor zaśmiał się i powiedział: ''Świetny z pana facet, Ellis, doskonały kamerdyner. Co pani na to, Beatrice?''. Byłam tak zdumiona, że pan w taki sposób z nim rozmawia, zupełnie inaczej niż zwykle, że zaniemówiłam.

- A Ellis?



dalej


strona główna
(23kB)