(23kB)
strona główna

 

 

BARBARA ROSIEK

KOKAINA

ZWIERZENIA NARKOMANKI

 

 

Bóg jest. Skąd o tym wiesz? Bo ja jestem.

Ja jestem. Skąd o tym wiesz? Bo Ty jesteś. Ty jesteś.

Dlaczego? Bo Bóg jest.

Mirce

Basia

 

Niektórym udaje się przejść na drugą stronę lustra.

Nie byli kochani.

Nie byli wolni.

Miłość i wolność to dwie nici, które wzajemnie się przeplatają i wiążą człowieka z

rzeczywistością.

Więź ta została przerwana.

Lecz nawet w ostatnich momentach jest nadzieja, że przyjaciel odnajdzie twoją drogę i

pomoże ci z niej zawrócić, ofiarowując ci uwolnienie na drodze w poszukiwaniu miłości.

B. R.

 

Odsłona pierwsza: dzieciństwo

Sierpień 1990.

Przeszłość i przyszłość są ze sobą połączone tylko im znanymi sygnałami. Czas obecny

jest bez znaczenia. Istnieje lub zanika bez względu na odmierzanie go przez zegary, odsłania

tajemnice lub przecina losy ludzi, którzy nigdy nie powinni się spotkać.

Tak było z moimi rodzicami, którzy powołali mnie do życia. Następnego dnia po powrocie

z kliniki położniczej matka ze zdumieniem stwierdziła, że nie śpię i nie chcę ssać pokarmu z

obrzmiałych sutek. Niektórzy sądzili, że Bóg pragnie mnie stąd zabrać, od momentu

pierwszego krzyku coś nie podobało się Najwyższemu. Z przekazów dorosłych, którymi mnie

obarczano nieco później, słowami oskarżającymi, wypowiadanym przez nich w koszmarnych

ilościach, które zlewały się niczym tropikalny deszcz w ścianę, zaczęłam pojmować istotę

kłamstwa.

Nawet pułapka, w którą usiłowali mnie pochwycić, była nieprawdziwa. Uciekałam w świat

marzeń, w jedno szczególne miejsce na polanie w lesie, który nigdy nie mógł zaistnieć i

zbierałam nierealne kwiaty, które do mnie przemawiały systemem kolorów i odcieni. One

właśnie spełniały moje marzenia, były ciche i spokojne, ciepłe jak delikatny dotyk

wiosennego słońca.

Muszę to opisać zanim dosięgnie mnie kres. Jestem chora a choroba ta jak większość

przypadłości, zakończy się śmiercią. Być może to wszystko mój czytelniku wyda ci się

nierealne jak Spowiedź szaleńca Strindberga lecz nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Piasek w klepsydrze w stałym rytmie odmierza mój czas. Jestem bliska ostatecznego

poznania Tajemnicy, która mnie ściga przez całe życie.

Teraz wiem, że już blisko do jej rozwiązania. Kres wypełnia się w przeciwną stronę, bo nie

dane mi było zaistnieć w objęciach miłości.

Moje dzieciństwo. Przez wiele lat czyli przez całe moje życie, nie potrafiłam do niego

powrócić, opowiedzieć czy opisać. Może nie było komu. Przyjaciele często okazują się

wrogami a obojętni nagle wyciągają pomocną dłoń.

Niedawno straciłam ostatniego przyjaciela a może tylko kochanka lub wroga. Nie wiem.

Nie potrafię tego ocenić w wymiarze ciosu jaki mi zadano.

TO przychodziło nocą, czasami już o zmierzchu, siła, która rozdrabniała ucisk wokół serca

na tysiące kłujących tępo szpilek, osaczał mnie lęk szumiących drzew i uśpionych ptaków.

Wtedy to wędrowałam po mieszkaniu w somnambulicznym śnie, otwierałam okna i wołałam:

– Już czas. Dziecięcym umysłem usiłowałam rozwiązać zagadkę nocnego istnienia w innych

stanach świadomości.

Podczas dnia ograniczano mój ruch przymusem siedzenia przy stole. Od tej pory szpinak

stał się dla mnie symbolem ostatecznego zniewolenia i wyrzygiwałam go publicznie, wręcz

radośnie na czyste obrusy lub idealnie wyprasowane spodnie ojca. Wzbudzanie wstrętu oraz

napady gwałtownego smutku lub niepohamowanej radości były bronią przeciwko pozornemu

zrównoważeniu dorosłych. To mnie wyczerpywało, ale wtedy czułam, że istnieje coś ponad

mną, poza obrębem doświadczenia, nad czym zupełnie nie panuję, co delikatnie obejmuje

moje spłoszone ciało, potrząsa, przygniata do ziemi, rozdeptuje.

Byłam bita nieustannie odkąd zaczęłam chodzić. Kara cielesna zabija duszę. Moja skryła

się w tajemnym świecie po to, by na koniec samej się zgładzić.

Muszę chwilę odpocząć. Przygotowuję sobie nową dawkę narkotyku, co jest niezbędne

bym mogła pisać dalej, ułożyć słowa w zdania na tyle sensowne, bym sama potrafiła

zrozumieć, co było przyczyną upadku.

Doprawdy, nie pojmuję dlaczego mnie tak okaleczano od początku. Moja postać musiała

wzbudzać dziwny rodzaj nienawiści, który daje prawo dorosłym do znęcania się nad

bezbronną istotą. Chciano, bym stała się podobna do nich. Wtedy pozorna wina byłaby po

mojej stronie.

W tym okresie mogłam jedynie poruszać się bezpiecznie zawieszona na murze dziecięcego

podwórka jak ociemniała lub okaleczona w inny sposób.

Szkoła. Przypominała siedlisko występku, grupa bezbronnych niewolników i kat –

nauczyciel, pilnujący z lubieżnością w sercu rozdziału kar. Domagano się od nas

doskonałości. Kto wie, może i spadały głowy. Czasami jakieś dziecko nie przychodziło

następnego dnia i skreślano je z listy uczniów.

Już wtedy siostra zakonna, prowadząca lekcje religii, prosiła rodziców, by zaprowadzili

mnie do psychiatry, lecz tego nie uczynili. Od tej pory czułam się zawsze oszukiwana przez

dorosłych.

Obserwowałam uważniej swoje reakcje oraz odpowiedzi dorosłych. Nie potrafiłam sobie

wyobrazić ani początku ani kresu w zagubionej rodzinie, którą zwałam moją. Czas odliczał

zwariowane sekundy jak po pijanemu, a moja aktywność stawała się coraz bardziej dla nich

niezrozumiała.

Nie mogłam ich jeszcze zaatakować, byłam na to za słaba. Odnalazłam zawór

bezpieczeństwa – robactwo w ogrodzie, które łatwo dawało się rozdeptywać. Zabijanie

małych stworzeń zaraz po śniadaniu, pozwalało mi na lokalizację siebie w tej

czasoprzestrzeni, po której oni poruszali się z lekkością i zdecydowanie.

Już wiem, na czym polega anorexia neryosa. Przekarmienie z rąk złoczyńcy.

Wydawało mi się, że po każdym zabójstwie przemieniałam się w inną formę życia: –

drzewo, dziką kaczkę nad rzeką, mego sennego psa, czy kolorowego motyla. Byłam

zgładzana własną dłonią wystającą stamtąd. Jeszcze nie potrafiłam zapytać, czy istnieje

możliwość powrotu, albo już nie chciałam ujrzeć innej postaci. Kres, kres jest jeden.

Wszystko było przesiąknięte chęcią ataku jak nieznośnym zapachem. Moje imię często

wyłaniało się z rogu pokoju, jak pająk przebiegało w załamki cieni i usiłowało utkać sieć.

Polowałam na nie ze szczotką klozetową.

Odkąd nauczyłam się siedzieć, usypiałam kiwając się godzinami lub ssałam palec przy

każdej innej czynności. Diagnoza mądrych ludzi brzmiała: choroba sieroca. Od dziesiątego

roku życia przestałam płakać, a oczy nabrały przenikliwego spojrzenia, którym

hipnotyzowałam otoczenie niczym wąż polujący nieruchomo na drobne gryzonie.

Właśnie wtedy ojciec poznawał smak alkoholu.

Teraz moje oczy są puste i szkliste. Zdaje mi się, że gdy je pchnę, wpadną do oczodołu,

gdzie po śmierci jest ich miejsce. Wzrok mój powodował, że żadne dziecko nie chciało się ze

mną bawić, wyczuwało nieokreślone niebezpieczeństwo, wręcz zagrożenie, jak że strony

rodzica. Nagle stałam się dorosła.

Śmierć kojarzyła mi się z nowym doznaniem, które wywoływało rozpacz lub drażliwość

innych dorosłych i jakieś majestatyczne, chwilowe przeżycie lub paniczny lęk lub ulgę tych,

co pozostawali.

Sądzę, że właśnie wtedy zapoznałam się z jej smakiem, tej towarzyszki, której prawdziwie

jestem wierna. Która prawdziwie jest mi wierna.

Naznaczyłam sobie kres po zakończeniu tego wspomnienia. Jest to 20 października,

zaznaczyłam datę w kalendarzu. Tego dnia połączę się z moją gwiazdą.

To Mały Książę nakłonił mnie do wyzbycia się cielesności, bym mogła z nim wędrować

po gwiezdnych szlakach. Być może pył kosmiczny powoduje zniekształcenie widzenia

rzeczywistości, że uważa mnie za swoją różę.

Wszystko powoli stawało się oczywiste, miało swój bieg, piękno i zło. To inni nie potrafili

zaistnieć w roli narzuconej przez samych siebie, spętani w nienaturalnych gestach, zagryzani

przez własne twory stanów emocjonalnych. Sądzę, że ich przeszłość, z pozoru zwykła i

codzienna, nosiła w sobie ładunek samozagłady, silniejszy od tego, który ja zbudowałam z

każdej dawki trucizny.

Ich mroczny świat, wyrzucający ich przy najmniejszym podmuchu w nieznaną przestrzeń,

po powrocie przesuwał się o kilka sekund do przodu i powracali w szoku, w zupełnie

niezrozumiałe sytuacje.

Zaczęłam ich opisywać w swoich dziennikach około 13 roku życia. Jeszcze się nie

szprycowałam, pozwalałam sobie na nieduże dawki alkoholu, po których wiedziałam, że

jeszcze mnie nie dopadną, a moja przestrzeń poszerzała się o kilka centymetrów i mogłam

głębiej oddychać do momentu, kiedy zarzygany głos ojca stawiał mnie na ziemi: – Ty kurwo

– słyszałam z każdego zakamarka ścian.

W ciemnościach nocy, kiedy przychodziło ZŁO, które powodowało całkowite

znieruchomienie, widywałam diabły o szklanych oczach lub opadałam w wir tworów

nieustannie zmieniających kształty. Usiłowały mnie opleść i skonsumować. Kim były? Nocne

wędrowanie wyciszało dzień, mniej bałam się ludzi, jakby obcowanie z demonami dawało mi

pewność, że życie ludzkie, jego drobne codzienności, są mało istotne. To Księżyc wskazywał

nowe drogi, a Słońce porażało, zmuszało do poszukiwania cienia.

Tutaj, właśnie tutaj byłam po drugiej stronie nieskończoności. Kokaina stała się mną, a ja

rozpadem, czymś nieuchronnym, czego nie można powstrzymać, jak drżenia ziemi czy

erupcji wulkanu.

Nadszedł czas rozwoju. W ciągu sekundy świat runął, polała się krew i dostałam pierwszej

miesiączki. Naprawdę starałam się poczuć kobietą, lecz oprócz boleści i poczucia bezsilności

nie było NIC. Poraziła mnie myśl, że oto mogę stać się matką, gdy jakiś samiec zechce wlać

we mnie swoje nasienie w przypływie napadu pożądania i mogę wydać na świat jeszcze jedno

niekochane istnienie, być może sobowtóra, którego będę chciała zniszczyć.

Akt seksualny jawił mi się jako tajemnicza siła, która czyniąc cud w naturze, zniewala,

poniża, zabiera poczucie własności ciała. Nie pojmowałam cyklu, potrzeby kopulacji w

innym celu niż prokreacja. Z zaciekawieniem i dziwną tęsknotą przyglądałam się kobietom w

ciąży. Nie wiedziałam, gdzie byłam przed moimi narodzinami. Czułam sprzeczność w

dążeniach własnych.

Zaczęłam obawiać się śmiertelnego grzechu, o którym opowiadał nieustannie ksiądz na

religii. Byłam tak przerażona, że nigdy więcej nie poszłam do kościoła. Byłam pewna, że za

niezawinione grzechy zostanę ukarana nagle i boleśnie, porażona piorunem lub niezwykłą

chorobą.

Kokaina rozsypuje moje pióro, papier, palce. Poraża zniszczeniem wszystko, czego

dotknie. Zabija rodzinę, znajomych. Nie wytrzymuję obecności drugiego bliżej, niż na

odległość siedmiu metrów. Przy próbie dotyku wpadam w szał, gryzę, tnę nożem powietrze

dla odstraszenia wroga. Urazy wczesnodziecięce. Matka katowała mnie zamiast przytulać.

Mam nadzieję, że teraz nikt mi nie przeszkodzi. Potem odejdę.

Ona od początku chciała mojej śmierci. To proste i oczywiste, dlatego takie porażające.

Aborcja emocjonalna, jeżeli nie stać cię na odwagę realnego skalpela. Nie, nie możesz

wyskrobać własnego dziecka, co by ludzie powiedzieli. Lecz kiedy już się pojawi, można

nienawiść przekształcić w poświęcenie, można zawsze obwinić ofiarę. Oto jest, patrzcie,

wyrodne dziecko, syn marnotrawny, upadła córa. A myśmy tak kochali, karmili, opierali,

dawali pieniądze na najlepszych lekarzy, odcinali pętle, wyciągali z więzień, prali zasrane

gacie. Zawsze gotowi do usług, tylko niech już się zabije skutecznie. Co za ulga, można

pomnik postawić, kwiaty posadzić, łzy ronić dla społeczeństwa. Można pojednać się z

Bogiem. Amen. Oto stanie się. Już niedługo.

Poznawanie tajemnic własnej płci. Według mężczyzn byłam najlepszą dupą do pieprzenia,

trzynastka, jeszcze dziecko a już z oznakami kobiecości. Wprawdzie nie potrafiłam tak jak

Tajka żonglować wargami sromowymi, lecz moja niewinność rozpalała facetów do białej

gorączki, bez udziału mojej świadomości. Sądziłam naiwnie, że drapanie się po jądrach i

szybkie wzwody członka, który opadał po chwili, należą do natury ich istnienia.

Obudziłam się wieczorem. Kiedy nie piszę, nie pamiętam dnia.

W szóstej klasie zazdrościłam chłopcom wolności bez comiesięcznego krwawienia.

Ubierałam się w spodnie, włosy zawsze przystrzyżone do granic możliwości, by nie

wyglądały dziwacznie. Aby się upodobnić do płci przeciwnej, nosiłam w obcisłych

spodenkach piłeczki do pingponga. To dawało mi poczucie przewagi, wręcz siły. Byłam

dwupłciowa. Dopiero rok później zrozumiałam, że w roli dziewczyny tkwi niepojęta moc.

Miałam w sobie broń, którą mogłam zaatakować w każdej chwili, obezwłasnowalniającą.

Trzech chłopców z mojej klasy brałam ze sobą na wagary, nad rzekę. Piliśmy tanie wina

owocowe i tam poznałam smak dotyku, na trawie chłodnej, zroszonej poranną mgłą.

Zwycięzca po bitwie dostawał nagrodę, pocałunek. Nie wiedziałam jeszcze do czego im

służą nabrzmiałe członki, z których po kilku ruchach tryskała lepka, mętna ciecz.

Jasność bez światła.

Ciemność bez mroku.

Każdy nosi w sobie niespełnioną miłość.

Zaczęło mi brakować pieniędzy. Odczuwałam wręcz fizyczną potrzebę alkoholu. Upijałam

się codziennie z dziecięcym uporem, do nieprzytomności, bez odruchu instynktownego lęku

przed zagrożeniem.

Kradłam, kłamałam. Tak jak oni.

Ludzie przemijają.

Dopiero teraz, kiedy wiem, że się rozpadam, ktoś mógłby mnie przytulić, maskując twarz

w odrażającym geście. NIE! Kolejne oszustwo bezmiłości.

Powoli uświadamiałam sobie różnicę pomiędzy nastolatkami, których nic nie interesowało

po wyczerpaniu masturbacją a starszymi panami, którzy wyczuwali moje zagubienie.

Właściciel pobliskiego kiosku z owocami zapraszał mnie do środka i pokazywał

ogromnego penisa, cmokając rozchylonymi wargami. Dotykałam zaciekawiona pulsującego,

czarnego fallusa i słuchałam jęku zadowolenia. Nigdy nie zaproponował mi stosunku czy

minety. Sądzę, że obawiał się mojej zdrady. Miał żonę i małą córeczkę.

Jeżeli będzie się podchodziło do nałogu jak do osobistego dramatu, żalu czy nieszczęścia,

a nie jak do choroby, nigdy nie wybaczymy pacjentowi jego szaleństwa.

Podobieństwo uzależnionych jest bliźniacze. Chodzi tu o kwestię wyboru trucizny.

Właśnie w tym okresie wyostrzył mi się zmysł węchu i rozpoznawałam nadchodzącą

śmierć ludzi, którzy mnie otaczali. Wraz z zapachem pojawił się obraz, odbijany jak na

ekranie gigantycznego kina – śmierć drobnym krokiem baletnicy, z rozkołysanymi

piszczelami, brała skazanego delikatnym muśnięciem za rękę i popychała w stronę wąskiego

tunelu. Po tej stronie pozostawało jedynie ciało, wiotkie, w fioletowopomarańcznwych

plamach, przypominające nadpsuty, dojrzały owoc, z przestrachem w porażonych oczach. Z

ostateczną ulgą. Pytałam ją, dlaczego ludzie tak odmiennie przyjmują oczywisty los, lecz

śmierć mijała mnie z lekceważącym gestem i mówiła: – Nie, na ciebie jeszcze nie dano mi

pozwolenia.

Jej zapach, zbyt przedłużany, osaczał mnie, niczym zwierzę zasypywane w norze.

Wierzę, że pisanie nie stanie się kolejną obsesją. I tak nie zdążę się o tym przekonać.

Rozbiegane gesty podstarzałych dżentelmenów w tramwajach czy autobusach (na inne

środki nie było mnie stać, nie byłam wtedy dziwką wożoną samochodami) spowodowały, że

odkryłam mechanizm wzbudzania łechtaczki i oczywiście związaną z tym przyjemność

doznawania wielokrotnego orgazmu. Onanizowałam się codziennie nad ranem lub po

powrocie ze szkoły, by osłabić napięcie po awanturach z nauczycielami.

Pamiętam, że po kolejnej skardze za spanie w ubikacji po pijanemu w szkole, czy palenie

papierosów na lekcji, rodzice zdobyli się na jedną reakcję – dostałam lanie, solidne, z dozą

pewnego okrucieństwa, o które nigdy ich nie posądzałam, chociaż kopano mnie podczas

zabawy, kiedy miałam cztery lata.

Codzienne wykonywanie wyroku. Ile razy można być skazanym za to samo?

Ojciec w tym czasie był toczony przez szatana alkoholu i problemy z córką burzyły mu

wizję półsennego przetrwania.

Pozbyłam się lęku przed utratą czasu, bez chaosu gestów, spokojnie opadałam w otchłań.

Jak długo można istnieć bez szansy na przetrwanie. Nie pytam. Każdy dochodzi do swego

kresu sam. Każdy zna swoją wytrzymałość. Czasami dzieje się powstrzymuje ostateczne

działanie. Ktoś na mocoś wbrew wszelkiej logice czy prawom. Jakaś moc ment przystaje, by

nasłuchiwać wołania w. sobie. Inni także nasłuchują. Wszyscy oczekują zmiany.

Kto wierzy w nieprawdopodobieństwo?

Kto ma w sobie taką moc, by powstrzymywać ciosy?

Kto prawdziwie obroni się przed złoczyńcą?

Kto, pytam się, kto no kto to zrobi moimi rękoma?

Śmierć powracała do mnie wielokrotnie. Nasze obcowanie stało się naturalnym rytuałem,

jak spotkanie kochanków, witałam ją pospiesznym skinieniem głowy, z wykrzywionym

uśmiechem. Miała dla mnie dużo czasu, pomimo ciężkiej pracy. Powoli osaczało mnie

niejasne przekonanie, że mogę liczyć na jej lojalność. Lecz nigdy nie chciała zdradzić

tajemnicy kresu. – Będziesz czuła, kiedy przyjdę po ciebie, to będzie zupełnie coś innego niż

nasze spotkania teraz – mawiała lekko zniecierpliwiona – To tylko chwila, ulotna, nieistotna

w całym procesie, niczym cięcie skalpelem. To, co najgorsze, jeszcze przed tobą. – Śmierć

odchodziła niedbale zaciskając pętlę.

Jeszcze potrafiłam zbliżyć się o jeden milimetr do bólu drugiego człowieka.

Był to dobry czas. Świat wydawał się tajemniczą otchłanią, po której wędrowali dobrzy i

źli ludzie, z delikatną przewagą po stronie okrucieństwa, po to by stale zadawać sobie ból,

jakby życie było chorobą, a oni chirurgami wycinającymi przegnite tkanki. Nawet śmierć

dobierała ciosy w przeróżny sposób. Czyją misję spełniała?

Kiedy to się zaczyna, no wiesz, kiedy odchodzi się tam..., tu, za życia... tam, bardzo

daleko, tak bardzo daleko, tam gdzie kończy się los.

Mój nałóg jest martwy.

Najwięcej życia ma w sobie śmierć.(!)

Śmierć naśmiewała się ze mnie, kiedy usiłowałam porozumieć się z dorosłymi napadami

dziecięcej ufności, lecz wszystkie gesty trafiały w przestrzeń zagęszczoną kłamstwem i

zagubionymi domysłami.

– Zupełnie nie pojmujesz świata – chichotała.

– Mam dopiero 14 lat – wykłócałam się.

– To zupełnie wystarczy.

– Na co? – pytałam, ale ona dłużej nie chciała słuchać.

Rozpalona ziemia pod stopami. Ślad zanika. Muszę sobie zrobić zastrzyk. Zanikają mi

sploty żylne na dłoniach. Pewnego dnia obudzę się bez rąk. To także jest jakieś wyjście.

Piłam coraz częściej, kiedy odkryłam, że wcale nie muszę chodzić do szkoły. Kładłam

wirującą głowę na rozgrzanej ziemi, a niebo zbliżało się i oddalało jak lekko wzburzone

morze. Świat na swojej kruchej, chwiejnej podstawie kusił i wciągał coraz głębiej na szlak,

którego zakręty były nie do odgadnięcia.

Czy Atlas także krzepił się winem podczas pracy dźwigania ciężaru ziemi?

Czym jest Nieobecność?

Sądzę, że odratowano mnie po raz ostatni. Śmierć kliniczna to taka śmierć, z której

czasami powraca się by rzec: – Niestety.

Byłam przekonana, że po każdym upojeniu oszaleję i zamkną mnie w Zakładzie Dla

Obłąkanych Dzieci.

Nauczyłam się nocami nasłuchiwać Kosmosu.

W życiu można przetrzymać tylko jedno piekło. Każde następne jest lustrzanym odbiciem.

Dlatego drogi czytelniku nie wierz w ani jedno zdanie.

Jedyna choroba to Rozpacz. (Frankl).

Zdarzało mi się przyglądać w szpitalach śmierci nie mojej, powolnej, systematycznej,

zmęczonej, biegnącej do kresu ściśle wyznaczonym torem, bez świadomego spojrzenia w ból.

Doświadczanie obłędu na trzeźwo może człowieka wpieprzyć. Dlatego łaskawość nałogu

jest przeogromna. Usypiasz powoli na całe lata, by za dużo nie odczuwać. Inaczej

samobójstwo przychodzi wraz z pierwszym krzykiem.

Zaczęłam przeczuwać, że w moim zachowaniu jest coś niezwykłego, co niepokoi

dorosłych i starannie przygotowywałam sobie obronę – listę kłamstw, dokładnie

uporządkowaną według hierarchii sensu i prawdopodobieństwa ich zakłamanego systemu

wartości.

Konie pasące się na łące były bytem realnym, namacalnym i bezpiecznym. Krzyki

dorosłych, trzaskanie murów, rozpalone twarze, naciski fal gniewu. Ten świat był nie do

wytrzymania.

Jeszcze wtedy nie byłam w ciągu, z niewielką zależnością, jeżeli można w ogóle

stopniować formy zniewolenia, byłam dzieckiem, kiedy przestano mnie zauważać,

ignorowano sygnały, sploty zdarzeń, eksplozje wzroku, twarz na murze. Nikt nie wytrzyma

osaczenia próżni. Rozplata się, pojękuje. Amerykanie twierdzą: – Dwa tygodnie deprywacji

sensorycznej, później obłęd. Decyzje zapadały zanim pozwolono mi żyć. Jaki boski wyrok,

nieodwracalny, ostateczny.

NIENAWIDZĘ CIĘ ROSIEK. ZNISZCZĘ CIĘ DO KOŃCA.

W poprzednim wcieleniu napisałam „Pamiętnik narkomanki”. Tak sądzę. Być może była

to zupełnie inna dziewczyna. Plączą mi się moje życiorysy, rozdzielone na zbyt wiele torów i

fal. Musiałam być i tu i tu i tam, albo zupełnie gdzie indziej.

Końcowe świadectwo szkoły podstawowej nauczyciele wręczyli mi z ulgą. Tak jak

skazanemu odczytuje się wyrok. Odpowiedzialność rozłożona na tłum.

Nagle odkryłam tajemnicę istnienia. Oni tak długo żyli, ponieważ karmili się nienawiścią.

Pewnego dnia spotykasz człowieka w masce na swojej drodze. I cios zostaje dopełniony.

Przy próbie wyjęcia siekiery z pleców zalewasz się własną krwią.

Pewnego dnia wzięłam do ręki małe, cienkie jak ampułka pudełko zapałek i poszłam do

dawnej szkoły. Wszystko odbywało się jakby poza mną, nierealne, chociaż rzeczywiste. Moje

nogi skierowały mnie do pracowni geografii. Stały tam stare, wysłużone mapy. Nigdy nie

potrafiłam zapamiętać nazw własnych i były one dla mnie prawdziwą udręką, a nauczycielka

biła mnie dziennikiem po głowie. Dłoń oraz jej odbicie rozpaliły ogień. Następnie głos w

lewym uchu stanowczo nakazał mi odejść z tego miejsca.

Pożar ugaszono szybko, a policja zabrała mnie na przesłuchanie. Nie potrafiłam mówić,

wiedziałam tylko, że od tej pory dorośli nie mają żadnego wpływu na moje życie. Byłam pod

opieką Mocy. Zostałam uwolniona w pół słowa, w pół gestu zawodu czy zdziwienia.

Wiedziałam, że wszyscy jesteśmy skazani na ogień, który nas pochłonie, skruszy, rozsypie

pozostałości, ptasi puch, dobrze wysmażone mięso. Prawdziwa uczta Bogów-ludojadów.

Jestem bardzo zmęczona. Wodniste stolce. To mi przypomina epidemię cholery. Nawet

własne gówno staje się własnym wrogiem. I chcąc nie chcąc stajesz się typem analnym.

Kiedy zdarza mi się moment trzeźwości doznaję olśnienia. Są nim słowa, obrazy, sytuacje.

A przecież to nie kokaina, to ja sama, tylko ja obdzieram się ze skóry do pulsującego mięsa,

ociekającego zatrutą krwią. Amen.

Musiałam ostatecznie zostawić ich samych, odejść cząstkowo. Wędrowałam godzinami po

ulicach miasta naznaczonego świętością i prostytucją, modlitwą i przekleństwem za

niespełnienie modlitwy. O tak, tutaj istniała idealna równowaga zła i dobra, można było

przykleić się do którejś ze stron jak kawałek przeżutej gumy i trwać, rozrastać się lub gubić,

przekraczać granice w milczeniu, ze skargą lub ze śpiewem. Przypatrywać się spokojnie jak

giną inni.

Policja już nie zatrzymywała mnie, oswojona z moją postacią wtopioną jak stały punkt w

pejzaż miasta.

Wilki muszą wędrować. Ludzie polują na nie w znajomych lasach i palą im sierść. Dlatego

nie należy przystawać, przyglądać się zbyt długo, rozmawiać. Atak przychodzi zbyt szybko.

Wzięłam dzisiaj zbyt duża dawkę kokainy. Zawsze, kiedy ucieka mi myśl w stronę

dzieciństwa, muszę natychmiast uzyskać stan nieważkości. Inaczej roztrzaskuje się na

pierwszym wspomnieniu.

Czułam, że nadchodzi, że mnie oszukuje, nawet ona, moja śmierć, przepływa przeze mnie

codziennie jak rzeka płynie wiekami przez to samo miejsce. Nie był to kres. Czekałam na

transformację.

Ojciec nie wytrzymywał nacisku, odnalazł swoje miejsce w butelce. Był to jego osobisty

pakt ze śmiercią. Wysoko procentowy alkohol. Dokładnie przyklejony do dna szklanej

postaci. Od tej pory stał się bełkocącym facetem, zawsze leżącym obok łóżka. Nigdy nie

zdążył się do niego doczołgać, w cuchnącym uryną ubraniu. Kiedy za długo się kiwał w takt

swojej choroby sierocej, powalałam go słabym pchnięciem, a on miał w oczach prośbę i żal, i

ulgę, i przekleństwo. Matka usiłowała zachować pozory, uśmiechała się do sąsiadów i

rozmawiała o pogodzie, o cenach żywności i kryzysie ogólnokrajowym.

Nikt, absolutnie nikt nie przeczuwał do Końca, co naprawdę się TU wydarzyło i kto

zawinił.

Kiedy wszystko obejmowałam wzrokiem i przyglądałam się naszej sytuacji, nadchodziło

przekonanie, że całość jest jedynym sensownym rozwiązaniem naszej egzystencji, zanurzonej

w specjalnej odmianie obłędu i cierpienia.

Całością był brak miłości.

Potajemnie przygotowywałam cios przeciwko sobie jakbym była blisko zdobycia

ostatniego szczytu. Tylko głupiec pragnąłby odmiany i szczęścia, które nie istnieje.

Sny. Na początku były proste. Często skradałam się z zapałkami. Czy przypominałam

dziewczynkę z baśni Andersena? Dlaczego matka tak często mi ją czytała? Byłam zbyt mała,

aby zaprzeczyć. Czy muszę wychodzić na ulicę? Stos płonie, pieszczony delikatnymi

podmuchami wiatru. Spokojnie wychodzę z pomieszczenia, którego nie znam. Głos woła: –

Odejdź, ja dokonam reszty zniszczenia.

Chcę oglądać ogień jako misterium gry.

Bajka o dziewczynce z zapałkami kończy się niezmiennie na tej samej stronie, w

identyczny sposób.

Policja czekała aż zdradzę się słowem, lecz nikt nie dostrzegał wibracji wzroku,

pulsującego arytmicznie serca, nikt nie zaglądał do tajemnicy mojego umysłu.

Zawsze masz pewność, że umrzesz, i ta doskonała myśl dodaje ci sił. Można nawet

powracać w opustoszałe ruiny wspomnień, przeklęte imiona.

Nie pamiętam o czym mam pamiętać.

Jedyna ulga – od roku w snach nie topię się w gnojówce.

Były takie dni, które dawały złudzenie nowego czasu, a przeszłość zdawała się być

zapomnianymi planetami, które być może zostały już odkryte, lecz są zbyt odległe, by

ściągały wspomnienie.

Byłam kolorowym motylem, który zachwyca w locie i zakłuty pod szkłem. Mogłam nie

istnieć. Głód miłości, który wcześniej atakował mnie z żebraczą zawziętością, nagle ustał.

Percepcja. Spostrzeganie. Musiałam nauczyć się patrzeć. Dostrzegać przedmioty i ludzi,

zdarzenia. Inaczej mogłam wszystko przegapić, nawet swój nałóg. Udawałam przecież, że nie

istnieje.

Dlatego tak mocno mnie unikała. Butelka pod oknem, ptak na parapecie okna mego

pokoju, zarys szafy, puste zwierciadło, druga butelka, ołówek obgryziony na klasówkach,

dziura w lewej skarpetce, symptomy, kompleksy, kleksy, seks. Zaniki dzieciństwa. Nie

mogłam tego omijać. Inaczej mogłam być skazana na wieczność. Śmierci nie wolno było

zdradzić swojej tajemnicy. Sama ją odkrywałam przyglądając się agonii ojca.

Cały odcień skóry, brązowe oczy przypominające korę młodego dębu, czerń włosów jak

nieoświetlona strona Księżyca, zmierzwione, przypominające sierść po deszczu. To wszystko

zabrałam ojcu.

Byłam cieniem matki, jej wyglądu, niepoprawnej dobroci na granicy oszustwa, szlochu,

który wybuchał przy każdym wzruszeniu, wypełzał z oczu, osaczał pajęczą siecią pozorów i

chciał zarażać, ciepłego dotyku zmrożonej dłoni. Nie mogłam być po jej stronie, już nie

potrafiłam.

W dzieciństwie zdążyłam poznać naturę morza. Jego bezmiar był w stanie przyjąć mój

niepokój, podobny do falowania, nagłych sztormów i wyciszenia. Często pozostawiano mnie

samą na dzikich, pustych plażach. Tam potrafiłam sobie wyobrazić, że wszyscy mnie kochają.

Brakuje mi tlenu. To na razie problem nielicznych. Sądzę, że za sto lat podusi się

większość ludzi. Chyba, że staną się istotami beztlenowymi.

Seks zaczął powstawać we mnie jak przyczajone zwierzę, wygłodniałe, węszące podstęp.

Tęsknota wielu mężczyzn za burdelami jest oczywista i zrozumiała. Owładnięci ciemną

stroną popędu, z natury swej poligamiczni, z przymusem sprawdzania się wobec wielu kobiet,

obwarowani zakazami w systemach społeczno-religijnych, cierpieli męki piekielne. Żyłam w

przekonaniu, że większość mężczyzn myśli jedynie o sposobie umieszczenia członka w

jakiejkolwiek kobiecie.

Zaczęłam być zaczepiana pod hotelami przez mężczyzn w średnim wieku, przeważnie na

delegacjach, w tanich garniturach i z niespokojnym głodem w oczach. Umykałam

pospiesznie, zadowolona z ich rozczarowania i mokrych plam w kroczu. Uczyłam się wtedy

nocować na dworcach w specjalnych kryjówkach dla bezdomnych, gdzie policja nie zagląda

w obawie o własne życie, a także w obskurnych, zarzyganych klatkach schodowych,

zatęchłych strychach, czy w budce telefonicznej, skąd przepędzali mnie dzwoniący. O tak,

budka telefoniczna to prawdziwy salon dla jednej osoby. Problem polega na tym, że musisz

przybrać kształt embriona.

Niekiedy odwożono mnie do domu, już bez wstępnego przesłuchania czy pobierania

odcisków palców. Do aresztu się nie kwalifikowałam, wychudzona, z zaciętą twarzą, niemym

wzrokiem i zagubionymi gestami.

Za każdym razem upewniałam się o nieuchronności losu, jaki tkałam misternie w

marzeniach.

Nie było we mnie żadnej chęci zmiany. Któż mógłby mnie przytulić? Lekarze wahali się

pomiędzy rozpoznaniem schizofrenii a autyzmu dziecięcego. Mylili się w obu przypadkach.

Zdarzało się, że mój czas powracał do ziemskiego systemu i oznaczał CZAS LUDZI,

KTÓRZY NAJCZĘŚCIEJ PRZECHODZĄ OBOK. Wiem, że moja śmierć już wtedy byłaby

dla wielu wybawieniem, lecz diabeł kocha uzdolnione dzieci i czuwa, by los przedwcześnie

nie popsuł mu planów. Taka dusza musi dojrzeć w swoim szaleństwie, wykoślawić się,

przyjąć stan zniekształcenia.

Jakże miłosierny musi być Bóg, który przebacza. Chociaż nie jest to takie pewne.

W przypływie poczucia osaczenia, że grzech śmiertelny staje się jedynym piętnem, modlę

się żarliwie, lecz czuję, że Niebo milczy tak, jak ja sama zamknęłam się na świat ludzi.

Zostałam zgwałcona przez trzech młodych mężczyzn, w 16 roku mojego życia, w nocy, w

jednym z parków obcego miasta, dokąd zawędrowałam po zbyt dużej dawce alkoholu. Nigdy

nikomu się do tego nie przyznałam. Odtąd spoglądam na mężczyzn z wystudiowaną

nienawiścią. Wspomnienie tamtej nocy wyzwalało we mnie niepohamowaną agresję,

wystarczył niewielki bodziec – kadr filmu, przeczytany fragment książki, przypadkowy dotyk

dłoni męskiej.

Atakowałam z furią wszystkie przedmioty przypominające kształtem penisa.

Podczas badania lekarskiego dostałam torsji, kiedy lekarz usiłował zbadać moją pierś.

Wtedy po raz pierwszy popełniłam samobójstwo.

 

Odsłona druga: Początek nałogu

Wrzesień 1990

Czas jest obecny.

„Potem trzeba skończyć z grą, stłuc lustro i przekroczyć granicę, za którą absurd

przezwycięża siebie.”

Albert Camus

„Człowiek zbuntowany”

Weszłam ponownie w swoje ciało. Control yourself. Jeżeli Bóg istnieje w świadomości

ludzi, to po zniszczeniu człowieka przez samego siebie, dokąd się uda?

Czasami dobrze jest się wyrzygać. To oczyszcza i daje do myślenia. Uczyniłam to wczoraj,

w drodze do Warszawy, w expresie Opolanin. Przedawkowałam, a także niepotrzebnie po

zażyciu narkotyku wypiłam sok dla dzieci typu Bobofrut o smaku morelowo-jabłkowym. To

jest lepsze od sraczki, którą przeżyłam w pociągu tej samej relacji tylko w innym terminie.

Sraczka trwała całą trasę, czyli trzy godziny. Rzyganie jedną minutę.

Na Centralnym żebrzące ćpuny z HIVem. Polityka jest najbardziej śmierdzącym gównem.

Na razie nikt nie chce naprawdę wyhamować epidemii. Selekcja naturalna. O.K.

To nowe zaczęło się, kiedy skończyłam siedemnaście lat. Usiłowałam jeszcze chodzić do

szkoły, najlepszego liceum w mieście. Mój poziom intelektualny był mimo wszystko bardzo

wysoki i nieźle radziłam sobie z rachunkiem prawdopodobieństwa wszelkich możliwych

zdarzeń.

Codziennie rano na drodze do szkoły stawał wielki pies o szafirowych oczach i głucho

przemawiał ludzkim głosem. Omijałam go powoli, oddawałam kanapkę z szynką i szłam w

przeciwnym kierunku, do parku lub na skwer z fontanną.

Schudłam siedem kilogramów. Nauczyciele nie wzywali rodziców z nadzieją, że pewnego

dnia nie przyjdę.

Na wagarach zaczęłam przyglądać się ludziom inaczej. Byli szarozielonymi pasożytami

usiłującymi pożywić się moją duszą włożyć do ciasnej szufladki ich umysłu, sklasyfikować i

zamknąć w Szpitalu Psychiatrycznym. Drażnił ich nieznany motyl, bez nazwy.

Ten chłopak siadał na mojej ławce od wielu tygodni i zabierał przestrzeń. Sądzę, że była to

jedyna istota, która kochała mnie bezinteresownie, bez samczego pożądania, bez skargi czy

żalu. Był wysoki, ciemnowłosy o brązowych, zagubionych oczach. W delikatnych, prawie

kobiecych dłoniach, trzymał zawsze książkę jakiegoś filozofa: Kierkegaard, Platon, Marcus.

Bałam się jego miłości, jego czystości. Przypominał mi zupełnie absurdalnie tamto

zdarzenie z parku, kiedy brutalnie pozbawiono mnie dziewictwa. Ten pierwszy, który

niespodziewanie pchnął mnie na trawę, był na pewno podobny do spokojnego chłopca, miał

niespracowane ręce artysty, które zadawały ból, zdzierały ubranie, rwały krocze. Jego

najmocniej poczułam w sobie, był pierwszym penisem, który mnie poraził. Nie pamiętam

żadnej twarzy, żadnego imienia nie znam do dzisiaj. Trzeci nie miał orgazmu i bił mnie po

twarzy pięściami. Drugi oddał swoją spermę na brzuch. Nie krzyczałam zaskoczona

okrucieństwem. Wstyd paraliżował krtań.

Pogodzić się z tajemnicą świata. Znałam jednego schizofrenika, który to uczynił.

Od tamtej pory słowa raniły jak ostre kamienie, wbijane w delikatne ciało dziecka. Ach,

gdyby wszyscy ludzie zamilkli chociaż na kilka godzin.

Cisza poraża im umysły.

Mężczyzna stał się oślizgłą, lepką żmiją, która usiłowała wpełzać w moje łono i złożyć

jaja. Co noc rodziłam tysiące drobnych, ślepych węży i topiłam je w sedesie. Symbolika

mordu. Później nosiłam przy sobie długi, wojskowy nóż albo brzytwę, by przy najmniejszym

zagrożeniu odrąbać męskie genitalia.

Śmierć jako ekstaza. Każdy rodzaj narkotyku doprowadza cię do ostatecznej klęski –

odrętwienia.

Przystojny chłopiec w parku. Planowałam krwawą zemstę, z pięknym ciałem, na wpół

rozkwitłym, ze świeżym zapachem życia. Odrąbać nos! Wydłubać oczy, wyrwać język!

Wyłuskać ze stawów palce! Gdyby mógł się odradzać jak głowy smoka czy ogony jaszczura.

Nienasycenie w wiecznym dręczeniu.

Połknęłam go podczas stosunku. Domagał się gestów czułości, ciepła ciała. Musiał odejść.

Chaos palców. Agonia to jeszcze nie koniec. Był pomniejszony o cierpienie jakie mu

zadałam, skurczony, bez wyjaśnień, bez pożegnalnej kolacji, czysty seks, przyjemność dla

odrazy.

Nie, to nie ja krzywdziłam. To ONA. Lecz JĄ poznałam później, kiedy wydawało mi się,

że jest dobra. Lecz ONA potrafiła tylko nienawidzieć.

Czułam się jak wypróżniona kiszka stolcowa. Wszystko śmierdziało w najbliższej

przestrzeni i było opustoszałe. Zapadałam się w przydrożne kałuże, z nadmiarem śliny w

ustach.

A przecież cały czas przynależne mi było ssanie.

Atakowałam samą siebie, cięłam nożyczkami włosy, żyletką wycinałam wzory na

podbrzuszu, wieszałam trzewia na klamkach. Ratowana, uciekałam ze szpitali. To uspokajało,

dawało gwarancje bezpieczeństwa.

Nocami nieznany głos krzyczał za oknem:

ZABIĆ ŚWIADOMOŚĆ!!!

Uporządkować rozpacz???!!

Sobota jako dzień spełnienia. Czy naprawdę jest siódmym dniem tygodnia?

Dlaczego kokaina? A dlaczego bomba atomowa?

To stało się na prywatce, na przyjęciu w pewnych sferach towarzyskich. Byłam

interesującym przypadkiem, którym można było się zabawić podczas nudnej nocy. Moja

nieobliczalność była żywą legendą w mieście. To było lepsze na ten czas, niż nieustanne

roztrzaskiwanie siebie o bruk.

Wcześniej, podczas nocnego spaceru, widziałam mężczyznę rzucającego się pod pociąg.

Nie potrafiłam go zatrzymać. Zmiażdżone zwały ludzkiego mięsa wstrząsnęły mną i uważniej

zaczęłam przyglądać się swemu ciału. Nadal miałam delikatną skórę, pomimo cięć,

szczególnie czułą po wewnętrznej stronie ud. Tam zawsze podążają dłonie podnieconych

mężczyzn.

Rozpoczęła się demonstracja.

Plakat na ścianie ogłaszał warunki umowy:

Po pierwsze: kobiety nie połykają spermy. Po drugie: mężczyźni dokładnie się myją przed

stosunkiem. Po trzecie: żadnego sadomasochizmu.

Kobiety skrywały wrogość, byłam najmłodsza i świeża, wręcz nietykalna. Mężczyznom

drgały pośladki, klepali się po napiętych kroczach.

Nie chciałam pić alkoholu. Chciałam poczuć wszystko. A poza tym właśnie mój ojciec

powiesił się w deliryjnych zwidach na śliwie w naszym ogrodzie. Nie chciałam odciąć jego

ciała. Podano NARKOTYK. Cocainum hydrochloratum 5%, czyli metylobenzoiloekogonina,

jak wyjaśnił mi nagi chłopak w podnieceniu.

Pierwszy niuch. Mój Boże, wybacz, że cię przywołałam w takim momencie. Zdrętwienie

końcówki nosa z ożywczym chłodem w parną sierpniową noc. Zapłonęłam rozszerzonymi

źrenicami i bardzo powoli rozejrzałam się wokoło. Mężczyźni machali na mnie olbrzymimi

kutasami. Przyklęknęłam, by je całować. Nagi chłopiec poprowadził mnie do wielkiego łoża z

baldachimem.

Czułam w sobie miliony odmian plemników.

Orgazm. Big „O” – jak mawiają Anglicy. Po miesiącach milczenia słowa wylatywały ze

mnie bezładnie, w uporządkowanym chaosie. Spowiadałam się dziesięciu sprawiedliwym.

Każdy penis był objawieniem zmartwychwstania...

Dławi mnie dzisiaj mój strach, jak niedokończony wiersz. Pogoda smutna i deszczowa,

brak głębokiego oddechu. Już nie jestem odpowiedzialna za moje szaleństwo.

Każde cierpienie ma sens. Nie każdy dochodzi do jego istoty.

Planowałam ostateczne samobójstwo wiele razy.

Ból wadliwie filtrujących nerek paraliżuje ruchy. Kokaina doskonale cię wyniszcza,

wypala jak broń chemiczna.

Wspomnienie euforii stawało się kluczem istnienia, pozbywania się depresji.

Zdawało mi się, że jestem wyrzyganą kupą gnoju, z naderwanymi wargami sromowymi, z

ssącym bólem w piersiach, rozgniecionymi pośladkami. Po seansie pozostała fizyczność,

którą natychmiast należało zlikwidować.

Kolejna dawka. Bezużyteczność ciała. Wystarczy powiedzieć: – NIE!

Wydostać się z pułapki, wydostać się z ciała.

Matka odeszła, a może tylko wyprowadziła się. Zostałam sama, mieszkanie należało do

mnie. I nic więcej.

Jestem tym, kim (czym) jestem. Jeżeli nie potrafisz mnie zaakceptować, odejdź. Oboje

będziemy szczęśliwi.

Nurt surrealistyczny? Oto cała rzeczywistość. Początek wielkiej wyprawy na stronę

nierealnego czasu. Jestem osłabiona nieustannym przekraczaniem granicy. Ciało jeszcze

funkcjonuje w zwolnionym tempie, nie przestawia się na sen zaprogramowany na odegranie

innej roli. Wędrowałam po mieszkaniu bez zapachu żadnej postaci, słuchałam dereistycznej

muzyki, która stawała się moim wnętrzem. Nie odbierałam telefonów, listy wyrzucałam do

śmietnika. W koszmarach nocy powracały obrazy z dzieciństwa, wyzwolone z

podświadomości, atakowały bestie, demony, potwory.

Niekiedy godziłam się na zwykły seks, kochanek bez nazwiska czy imienia. Dotyk

wyzwalał reakcję spazmatycznego płaczu.

Mały Książe opuścił Ziemię beze mnie. Gwiazdy po śmierci zamieniają się w czarną

dziurę. Co w niej jest?

Szeptanie ścian. Nieustanne. Dłużej tego nie wytrzymam.

Raz w tygodniu otrzymywałam przekaz pieniężny od matki i kupowałam czekoladę.

Lesbijki o ciepłych łonach i starych piersiach, które nigdy nie były wypełnione mlekiem.

Zawsze stanowiły ostateczny ratunek, trochę pieniędzy na towar za przytulenie, pocałunek

czy pieszczotę sutek. Można je nienawidzieć, nie można ich nie kochać.

Uwierzyć, że duszność nie istnieje, nie dławi, nie wytrąca pióra z dłoni. Dzisiaj mogło być

po wszystkim.

Jasność zniknęła z mojego życia, budziłam się o zmierzchu jak kret czy nietoperz. Czasami

wydłubywałam dziury w ścianie, lecz zaklejano je systematycznie. Chciałam, by ktoś mnie

odwiedził, porozmawiał, przekonał, że pomimo absurdu codzienności najważniejszy jest fakt

Istnienia. Przecież nawet rodzice zabierali mnie z bezludnych plaż. Tylko w jakim celu?

Przecież nie domagam się miłości, już nie. Więc czego?

Napisałam do matki: Świat oszalał, miasto jest przeklęte w swojej świętości. Wtedy

zobaczyłam siebie w lustrze, wychudzoną, z zapadłą twarzą, zlepionymi tłustymi włosami i

przestraszyłam się, że Bóg pozostawił mnie tutaj w połowie. Tutaj był mój obóz

koncentracyjny, moja poświata wygłodzonych żeber.

Czy można mnie zatrzymać w objęciach, w przytuleniu?

Musiałam ich odnaleźć, ludzi z kokainowego spotkania. Następny atak ścian byłby nie do

wytrzymania. Ukradłam psychiatrze pieniądze na narkotyk. W domu wycinałam papierowe

słońca i naklejałam na ścianach. W ten sposób pozbyłam się księgozbioru, ostatniej rzeczy,

która mnie łączyła z dzieciństwem.

Jadłam chrupki kukurydziane i piłam piwo z puszek.

Spokojnie Basiu, ten dzień jest do przeżycia. Poczułam to właśnie teraz. Puls jest bardziej

wyraźny, spokojny, równy.



dalej


strona główna
(23kB)