ALFRED HITCHCOCK

Alfred Hitchcock - Tajemnica człowieka z blizną
(23kB)
strona główna

TAJEMNICA

CZŁOWIEKA Z BLIZNĄ

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Tłumacz: ANNA IWAŃSKA)

 

Słowo wstępu Alfreda Hitchcocka

Witajcie, miłośnicy tajemniczych historii. Z przyjemnością i dumą prezentuję najnowszą przygodę Trzech Detektywów. Rozwiązują oni zaskakującą i skomplikowaną sprawę, mającą międzynarodowe powiązania. Stykamy się tu z bandą terrorystów i napadem na bank, a osią intrygi jest niewidomy człowiek z blizną na twarzy.

Więcej nie powiem, gdyż obawiam się, że mógłbym zdradzić zbyt wiele. Jeśli rozbudziłem Waszą ciekawość, zabierzcie się do czytania rozdziału pierwszego.

Tym jednak, którzy być może stykają się z Trzema Detektywami po raz pierwszy, pragnę powiedzieć, że mieszkają oni w Rocky Beach, małym miasteczku na kalifornijskim wybrzeżu. Przywódcą zespołu jest Jupiter Jones, chłopiec obdarzony fotograficzną pamięcią i umysłem ścisłym jak stalowy potrzask. Żywi on wiarę w siebie, zadziwiającą u kogoś tak młodego. Pete Crenshaw, Drugi Detektyw, jest wysportowany, mocny i ostrożniejszy od Jupe'a. Bob Andrews zajmuje się dokumentacją i dokonuje poszukiwań w archiwach i bibliotekach, ale lubi przygody i chętnie wkracza do akcji jako detektyw.

Reszty dowiecie się z książki. Bierzcie się do czytania - życzę dobrej zabawy!

Alfred Hitchcock

 

ROZDZIAŁ 1

Niewidomy ucieka

- Jeśli to się zaraz nie skończy, zacznę krzyczeć! - powiedziała kobieta w płaszczu przeciwdeszczowym.

Poryw wiatru zawirował po Bulwarze Wilshire. Uderzył w parasolkę kobiety i wywinął ją na drugą stronę, po czym pomknął dalej, oblewając deszczem sklepowe witryny.

Bob Andrews, który stał obok kobiety na przystanku autobusowym, myślał przez chwilę, że rzeczywiście zacznie ona krzyczeć. Wpatrywała się w swoją zniszczoną parasolkę, a potem spojrzała oskarżające na Boba, jakby to on był wszystkiemu winien. Wreszcie zupełnie nieoczekiwanie roześmiała się.

- Niech to diabli - powiedziała i wrzuciła parasolkę do kosza na śmieci. - Musiałam się wybrać do Kalifornii akurat w czasie burzy!

Usiadła na ławce obok tablicy z rozkładem jazdy.

Bob, zziębnięty i przemoczony, drżał i kulił ramiona. Był to najbardziej deszczowy kwiecień, jaki pamiętał. Około szóstej w ten wielkanocny poniedziałek było nie tylko zimno, ale prawie ciemno z powodu burzy. Bob bez sprzeciwu poświęcił trochę czasu ze swych wiosennych wakacji na sprawunki, ale teraz czekanie na autobus dłużyło mu się bez końca.

- O, idzie ten niewidomy - powiedziała kobieta na ławce.

Bob spojrzał w głąb ulicy. Przez szum deszczu słyszał stukanie laski i brzęk podrzucanych w metalowym kubku monet.

- Biedak - mówiła kobieta. - Często bywa ostatnio w tej okolicy. Zawsze mu coś daję.

Zaczęła grzebać w portmonetce. Ślepiec podszedł bliżej i Bob zauważył, że jest chudy i utyka. Miał wysoko podniesiony kołnierz i nasuniętą głęboko na czoło czapkę. Nosił ciemne okulary, a do kurtki przypięta była okryta plastykiem kartka ze starannie wykaligrafowanym tekstem: “Jestem ślepy. Bóg wynagrodzi".

- Wstrętny dzień - kobieta wstała i wrzuciła monetę do kubka niewidomego.

- ...kuję! - powiedział. Jego biała laska stukał, wzdłuż, krawężnika, potem uderzyła w ławkę. Ostukiwał ją tam i z powrotem, wreszcie usiadł na niej.

Bob i kobieta przypatrywali mu się chwilę, po czym odwrócili głowy i przenieśli wzrok na oświetlone okna banku po drugiej stronie ulicy.

Właśnie kończono tam sprzątanie. Blaty kontuarów błyszczały, a krzesła były porządnie ustawione. Dwoje sprzątających - mężczyzna w kombinezonie, z długimi, rozczochranymi, siwymi włosami i niska tęga kobieta - stało przy drzwiach prowadzących z pomieszczeń bankowych do holu budynku biurowego.

Z zaplecza nadszedł umundurowany strażnik z pękiem kluczy. Zamienił kilka słów ze sprzątaczami i otworzył im drzwi.

Kiedy sprzątacze szli przez hol do windy, Bob spojrzał znowu na niewidomego. Spod czapki wystawały mu siwe włosy, a policzki pokrywał parodniowy zarost. Od szczęki po kość policzkową biegła brzydka, szeroka blizna. Wypadek, po którym stanowiła ponurą pamiątkę, musiał być okropny, pomyślał Bob. Zastanawiał się, czy w tym samym wypadku ów człowiek stracił także wzrok.

Żebrak pochylił się wprzód, jakby zamierzał wstać. Na wpół uniesiony zahaczył nogą o laskę i zakołysał się w bok.

- Och! - kobieta złapała go za ramię, żeby mu przywrócić równowagę.

Metalowy kubek spadł i potoczył się po chodniku. Monety rozsypały się na wszystkie strony.

- Moje pieniądze - zakrzyknął żebrak.

- Wszystko pozbieramy! Niech się pan nie trudzi - powiedziała kobieta.

Przykucnęła, żeby pozbierać monety z chodnika, a Bob wyławiał je z rynsztoka. Kobieta podniosła kubek, który potoczył się pod kosz na śmieci, i wrzuciła do niego zebrane monety.

- Czy znalazła pani wszystko? - zapytał niewidomy. - Przez cały dzień tylko tyle uzbierałem.

Bob dorzucił do kubka mokrą ćwierćdolarówkę i dwie dziesięciocentówki i powiedział:

- Myślę, że nie przeoczyliśmy niczego.

Kobieta wręczyła kubek niewidomemu, a ten wysypał monety na dłoń i przeliczył je palcami, mrucząc pod nosem.

- Tak, wszystko w porządku - powiedział wreszcie.

- Czy pan czeka na autobus? - zapytała go kobieta. - Zdaje się, że nadjeżdża.

- Nie. Dziękuję pani. Mieszkam niedaleko.

Bob spojrzał na drugą stronę ulicy. Sprzątacz wrócił do holu budynku biurowego. Stał przy drzwiach prowadzących do banku, potrząsając klamką. Z zaplecza nadchodził strażnik z kluczem. Otworzył drzwi i rozmawiali chwilę, po czym sprzątacz wszedł do pomieszczeń bankowych, Niewidomy wstał i ruszył przed siebie, stukając laską.

- Biedak - powtórzyła kobieta. - Mam nadzieję, że nie musi iść daleko.

Bob patrzył za wolno oddalającym się żebrakiem.

- Och, coś mu wypadło - powiedziała kobieta.

- Hej, panie! - zawołał Bob. Podbiegł i podniósł leżący na chodniku portfel.

Niewidomy doszedł już do następnej przecznicy. Zatrzymał się przy krawężniku, wyznaczył drogę laską i zszedł na jezdnię. W tym momencie jego szczupłą sylwetkę oświetliły reflektory nadjeżdżającego trochę zbyt szybko samochodu. Hamując przed skrzyżowaniem, wpadł w poślizg na mokrej jezdni. Kobieta trwożliwie zapiszczała, Bob głośno krzyknął, zazgrzytały hamulce. Niewidomy skrętem ciała starał się uniknąć zderzenia z pędzącym na niego samochodem. Rozległ się huk i żebrak potoczył się po jezdni.

Samochód stanął. Wyskoczył z niego kierowca. Bob i kobieta podbiegli do miejsca wypadku. Wszyscy troje znaleźli się równocześnie przy leżącym.

Kierowca ukląkł przy nim i chciał go wziąć za rękę.

- Nie! - Żebrak uderzył kierowcę pięścią. - Moje okulary! - krzyczał dziko.

Kobieta podniosła je i podała żebrakowi. Były całe. Założył je i szukał po omacku laski.

W świetle reflektorów samochodu Bob zobaczył, że kierowca jest młody i bardzo blady po przeżytym szoku. Podniósł laskę i włożył ją niewidomemu do ręki. Ten podniósł się wolno. Obracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby próbując z wielkim trudem się rozejrzeć. Wreszcie ruszył w boczną ulicę. Kulał i stękał z bólu.

- Proszę pana, proszę poczekać - zawołał kierowca.

- Powinniśmy wezwać policję - powiedziała kobieta. - On może być ranny!

Niewidomy stukał laską, kulał, ale spiesznie niemal truchtem szedł dalej. Bob pobiegł, wołając, żeby się zatrzymał.

Niewidomy znikł w wąskiej uliczce za rzędem sklepów. Bob poszedł za nim. Było tak ciemno, że wciąż się o coś potykał i musiał odnajdywać drogę wyciągniętymi rękami. Uliczka kończyła się małym podwórkiem. Nad tylnymi drzwiami przyległego budynku paliła się żarówka, oświetlając pojemnik na śmieci i kartonowe pudło, wolno rozmakające na deszczu. Bob dostrzegł drugą uliczkę, prowadzącą z powrotem na Wilshire, ale po żebraku nie było ani śladu. Przepadł!

 

ROZDZIAŁ 2

Zgubiony portfel

- Nie był naprawdę ślepy - mówił Bob. - Jak mógł niewidomy umknąć tak szybko?

Być może niewidomi są zdolni poruszać się szybko w znajomych sobie miejscach -powiedział Jupiter Jones. - Poza tym są, oczywiście, nawykli do odnajdywania drogi po omacku.

Jupiter starannie dobierał słowa, co było jego charakterystyczną manierą

Działo się to następnego rana. Bob spotkał się ze swoimi przyjaciółmi, Jupiterem i Pete'em Crenshawem w otwartej pracowni Jupe'a na terenie składu złomu Jonesa. Przestało padać. Ranek był czysty i świeży i chłopcy omawiali zdarzenie z poprzedniego wieczoru. Zgubiony przez żebraka portfel leżał na warsztacie Jupe'a.

Nawet jeśli tylko udawał ślepca, to dlaczego uciekał? Zupełnie jakby się nas bał... - Bob urwał i zamyślił się chwilę. - Chyba zresztą nikt z nas nie zachował się rozsądnie. Pani, która ze mną czekała na przystanku, znikła, kiedy wróciłem. Przypuszczam, że nadjechał autobus i wsiadła do niego. Kierowca samochodu, który uderzył niewidomego, odjechał, gdy mu powiedziałem, że żebrak przepadł. A ja stałem jak idiota z tym portfelem, zamiast mu podać nazwisko niewidomego i swoje.

- Byłeś w szoku - powiedział Jupiter. - W kryzysowej sytuacji ludzie często postępują nieracjonalnie.

W trakcie rozmowy Jupe majstrował przy starym telewizorze, przywiezionym do składu tydzień temu przez wujka Tytusa. Wymienił popękane przewody i zrobił kilka poprawek wewnątrz aparatu. Ustawił go należycie na warsztacie i włączył do gniazdka. Z telewizora popłynął obiecujący szum.

- Aha!

- Twój kolejny wyczyn - powiedział z ironicznym podziwem Pete.

- Zapewne tak - Jupe kręcił gałką telewizora.

Chłopcy uśmiechnęli się. Jupiter był swego rodzaju geniuszem w umiejętności reperowania i konstruowania różności z kawałków złomu. Złożył trzy radyjka walkie-talkie, którymi wszyscy trzej posługiwali się z pożytkiem. Wyreperował starą prasę drukarską, stojącą w rogu pracowni. Jego też dziełem był peryskop, stanowiący część wyposażenia Kwatery Głównej, czyli starej przyczepy kempingowej ukrytej pod stertami złomu w pobliżu pracowni. O przyczepie tej wujek Tytus i ciocia Matylda dawno zapomnieli.

Wuj i ciocia Jupitera wiedzieli o pasji Jupe'a, Boba i Pete'a do wykrywania przestępstw i o tym, że chłopcy nazwali się Trzema Detektywami. Nie zdawali sobie jednak sprawy, jak bogata była ich działalność. W przyczepie pełno było urządzeń pomocnych w pracy detektywów. Mieli tam małe laboratorium kryminalne z przyrządem do wykrywania odcisków palców i mikroskopem. Sami wywoływali zdjęcia w ciemni fotograficznej. W biurze znajdowała się też szafka zapełniona aktami spraw, jakie rozwiązali. Mieli nawet własny telefon, który opłacali pieniędzmi zarobionymi w składzie złomu.

Teraz wszystko wskazywało na to, że wyposażenie Kwatery Głównej uzupełni telewizor. Stojący na warsztacie Jupe'a aparat wracał do życia. Obraz zamigotał i ustabilizował się.

- ... państwu skrót porannych wiadomości - rozległ się głos spikera. Na ekranie pojawił się dziennikarz, życząc wszystkim dobrego dnia. Doniósł następnie, że sztorm na Oceanie Spokojnym minął Los Angeles i w południowej Kalifornii można oczekiwać kilku dni ładnej pogody.

- Na wzgórzach za Malibu nastąpiło obsunięcie gruntu - mówił. - Mieszkańcy kanionu Big Tujunga porządkują swe posiadłości po wczorajszej powodzi.

- A teraz kolej na lokalne informacje policyjne. Nasza ekipa znajduje się obecnie na miejscu dokonania śmiałego rabunku Kasy Oszczędnościowo-Pożyczkowej w Santa Monica. Złodzieje weszli do banku wczorajszego wieczora w przebraniu ekipy sprzątającej. Uwięzili strażnika bankowego w sali posiedzeń i czekali aż do rana na przybycie urzędników. Kiedy o ósmej czterdzieści pięć został zwolniony zegarowy zamek automatyczny, zmusili wiceprezesa banku, Samuela Hendersona, do otworzenia skarbca. Następnie uszli z łupem wysokości ćwierć miliona dolarów i z nie ustalonej wartości biżuterią zrabowaną ze skrytek sejfowych klientów banku. W południowym wydaniu dziennika poinformujemy państwa o dalszych szczegółach.

- Masz! - Jupe wyłączył telewizor.

- O rany, byłem akurat naprzeciw Kasy Oszczędnościowej w Santa Monica wczoraj wieczór! - wykrzyknął Bob. - Wtedy ten niewidomy... niewidomy...

Bob urwał i zbladł.

Musiałem widzieć jednego ze złodziei.

Pete i Jupe patrzyli na niego wyczekująco.

- Tak pewnie, że widziałem. Całe wnętrze banku było widoczne z przystanku. Widziałem, jak sprzątacze wyszli do holu i podeszli do windy. Potem mężczyzna, to znaczy sprzątacz, wrócił i zapukał, żeby mu strażnik otworzył.

- Wrócił? - zapytał Jupe. - To był ten sam człowiek?

- No, tak przypuszczam... przypuszczałem... - Bob zastanawiał się - Nie wiem. Niewidomy upuścił swój kubek, z którego wysypały się monety. Więc zbieraliśmy je z tą panią i oddaliśmy mu kubek z zawartością, potem zobaczyłem sprzątacza przy drzwiach banku.

- Więc to mógł być inny człowiek - powiedział Jupe.

Bob skinął głową.

- Co za pomysł! - wykrzyknął Pete. - Sprzątacze kończą pracę i wjeżdżają windą na górę. Potem przychodzi ktoś przebrany za sprzątacza i puka do drzwi. Strażnik go wpuszcza i... bum! Strażnik ląduje zamknięty w pokoju na zapleczu, a bandyci buszują po banku jak u siebie w domu. Alarm nie działa. Mogą tylko siedzieć i czekać, aż przyjdą pracownicy.

- No pewnie! Tak się to musiało stać - powiedział Bob.

- Czy widziałeś, skąd przyszedł ten sprzątacz? - zapytał Jupe. - Czy wszedł do holu z windy, czy z ulicy?

Bob potrząsnął głową.

- Facet był już w holu, kiedy go zobaczyłem. Myślałem, że zjechał windą. Ale jeśli nie był jednym ze sprzątających w budynku, mógł wejść z ulicy.

- Co otwiera interesującą możliwość rozważań - Jupiter wziął do ręki leżący na warsztacie portfel. - Powiedzmy, że ów człowiek wszedł z ulicy Ślepiec upuszcza swój kubek w momencie, gdy fałszywy sprzątacz zbliża się do drzwi budynku. Ty i kobieta schylacie się, żeby pozbierać rozsypane pieniądze. Każdy by tak postąpił. Jesteście zajęci i nie widzicie, jak złodziej wchodzi do holu. Czy to wam nasuwa jakieś przypuszczenia?

Bob przełknął głośno ślinę.

- Ślepiec ubezpieczał złodziei! Jupe oglądał portfel.

- Bardzo ładny. Z miękkiej skóry i kupiony u Neimana-Marcusa. To jeden z najdroższych sklepów w mieście.

- Nie zwróciłem na to uwagi - powiedział Bob. - Zajrzałem tylko do środka, czy nie ma tam numeru telefonu tego niewidomego, ale nie znalazłem.

Jupe przejrzał zawartość portfela.

- Karta kredytowa, dwadzieścia dolarów w gotówce, krótkoterminowe prawo jazdy. Po co ślepemu prawo jazdy?

Bob kiwał głową.

- Słusznie. Oczywiście udawał niewidomego. Wcale nie jest ślepy.

- Hector Sebastian - czytał Jupiter z prawa jazdy - zamieszkały przy Mountain Avenue 1534.

- Tam jest bardzo fajnie - powiedział Pete. - Może żebranie bardziej popłaca niż myślałem.

- To nie musi być adres żebraka - zauważył Jupe. - Może jest kieszonkowcem i ukradł portfel. Albo go gdzieś znalazł. Bob, czy poszukałeś Hectora Sebastiana w książce telefonicznej?

- Tak. Nie ma go tam. Jupiter wstał.

- Być może mamy tu coś, co zainteresuje policję. Z drugiej strony upuszczenie przez żebraka portfela może nie mieć znaczenia. Podobnie jak fakt, że uciekał. Mountain Avenue jest zaraz na przedmieściach Rocky Beach. Przeprowadzimy małe doświadczenie, nim zdecydujemy, czy zawiadomić policję, zgoda?

- Pewnie! - wykrzyknął Bob.

Kilka minut później chłopcy wsiedli na rowery i skierowali się na szosę nadbrzeżną, którą pojechali na północ. W niecałe pół godziny minęli nadmorskie centrum handlowe i skręcili w Mountain Avenue.

Była to wąska droga, która wspinała się zakosami w głąb lądu przez paręset metrów, po czym biegła równolegle do szosy nadbrzeżnej. Z szosy dobiegał warkot samochodów i ciężarówek, a poprzez rosnące wzdłuż lewej strony drogi drzewa widać było ocean. Po prawej wznosiły się stoki górskie, a ponad nimi czyste, błękitne niebo.

- Nie wygląda na to, żeby ktoś tu mieszkał - zauważył Bob po ujechaniu sporego dystansu błotnistej i wyboistej drogi. - Nie widzę ani jednego domu. Czy nie sądzicie, że adres w prawie jazdy jest fałszywy?

- Intryga się zagęszcza - powiedział Pete. - Ślepiec ma prawo jazdy w dodatku z fałszywym adresem.

Droga opadła na dno zagłębienia, którym płynęła mała struga wody, po czym znów pięła się w górę. Na szczycie wzniesienia chłopcy zatrzymali się. Przed nimi rozciągało się bajoro brudnej, brunatnej wody, które pewnie wysychało w lecie. Po lewej, niemal na skraju błotnistego rozlewiska stał brzydki, przypominający stodołę budynek z mansardowymi oknami na piętrze. Do tonącego w błocie słupka przybity był szyld: “Górska Gospoda”

- Gospoda? - zdziwił się Bob.

Jupiter wyjął z kieszeni portfel i sprawdził adres w prawie jazdy.

- Numer 1537. Ten sam jest na tej nowej skrzynce na listy przed frontem.

Usłyszeli za sobą warkot samochodu. Usunęli się z drogi, żeby go przepuścić. Czerwone sportowe auto forsowało właśnie mały strumyk w zagłębieniu drogi. Za kierownicą siedział chudy mężczyzna o siwiejących włosach i pomarszczonej, smutnej twarzy. Minął ich, zdając się nie zauważać. Skręcił na błotnisty plac, który stanowił parking gospody, wysiadł z trudem i sięgnął do samochodu po laskę. Wolno wspiął się po zapadniętych stopniach i wszedł do zrujnowanego budynku. Rozklekotane drzwi parawanowe zatrzasnęły się za nim.

- On kuleje! - wykrzyknął Pete. - Hej, Bob, mówiłeś, że żebrak uciekł kulejąc.

- No, potrącił go samochód. Każdy by po tym kulał.

- Czy to może być ten sam człowiek? - zapytał Jupiter. - Czy przypomina choć trochę żebraka?

Bob wzruszył ramionami.

Ma mniej więcej tę samą posturę i jest chyba w tym samym wieku, ale takich facetów są tysiące.

Jupiter wybrał nagle ton zdecydowany i profesjonalny:

- Bardzo dobrze. Idę tam.

- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Pete. - Wejść i poprosić o hamburgera?

- Dlaczego by nie? - odpowiedział Jupe. - Albo po prostu zapytam o drogę. Tak czy inaczej dowiem się, kim jest ten człowiek. Bob, ty się lepiej nie pokazuj. Jeśli to ten sam facet, który był wczoraj w Santa Monica naprzeciw banku, może cię rozpoznać i... okazać się przykry.

- Ja zostaję z Bobem - powiedział Pete. - Jestem uczulony na ludzi, którzy mogą być przykrzy.

- Tchórz! - zaśmiał się Bob.

- Nie jestem tchórzem, tylko człowiekiem ambitnym. Mam ambicję dożyć bardzo, bardzo późnego wieku.

Jupe zachichotał. Zostawił przyjaciół przy drodze i wjechał na błotnisty parking. Umieścił rower pod ścianą gospody i wszedł na mały ganek frontowy. Ujął klamkę i drzwi się otworzyły.

Wszedł do środka. Było tu mroczno. Widział wypolerowaną drewnianą podłogę, ściany pokrywała boazeria z ciemnego drzewa. Na wprost drzwi wejściowych szerokie odrzwia odsłaniały pusty pokój z licznymi oknami w przeciwległej ścianie. Roztaczał się przez nie widok na drzewa i połyskujący za nimi ocean. Musiał to być kiedyś główny hol lub jadalnia gospody, która wyraźnie była już nieczynna.

Jupe stał w obszernym przedsionku. W jego lewej części leżały zwalone na kupę wysokie stołki, wyściełane siedzenia, części kontuaru, walały się zakurzone dzbanki do kawy. Jupe zrozumiał, że są to pozostałości po barze kawowym. Spojrzał w prawo, na ścianę, w której znajdowało się kilkoro drzwi. Wszędzie piętrzyły się skrzynie i kartonowe pudła. Kilka stało również w pokoju na wprost. Jedna ze skrzyń była otwarta i wysypywał się z niej papier pakunkowy.

Jupe zrobił wolno kilka kroków i właśnie zamierzał zawołać przyjaciół, gdy usłyszał dźwięk podnoszonej słuchawki. Zatrzymał się i słuchał. Ktoś z pokoju leżącego na wprost dokądś telefonował. Usłyszał męski głos.

- Mówi Sebastian - i po małej pauzie - tak, wiem, że to będzie kosztowne, ale za wszystko trzeba płacić. Jestem przygotowany na wydatki.

W tym momencie coś małego i twardego wbiło się w plecy Jupe'a powyżej paska.

- Rączki do góry - usłyszał cichy, ochrypły głos. - Żadnego ruchu, bo rozpłatam cię na pół.

 

ROZDZIAŁ 3

Twórca sensacji

Jupiter podniósł ręce w górę. Czuł mrowienie wzdłuż kręgosłupa.

- Ja chciałem tylko...

Ani słowa - powiedziała tajemnicza osoba za jego plecami.

W pokoju zadudniły kroki i w progu pojawił się siwowłosy mężczyzna, którego Jupe widział przedtem w samochodzie. Stał oparty o laskę, z lekko przekrzywioną głową i przyglądał się Jupiterowi z zaciekawieniem.

- O co chodzi, pani Hain? Kto to?

Jupe zmarszczył czoło. Coś znajomego było w stojącym przed nim mężczyźnie. Nie był pewien, czy jego głos, czy pochylenie głowy. Czy spotkał go już kiedyś? Jeżeli tak, to gdzie? i kiedy?

- Ten chłopak tu się włamał - powiedziała osoba, trzymająca rewolwer przytknięty do pleców Jupitera - stał tu i słuchał, jak pan rozmawia przez telefon.

- Chciałem tylko zapytać o drogę - tłumaczył się Jupe. - Szyld przy drodze głosi, że to gospoda. Poza tym nie włamałem się. Drzwi były otwarte.

- Ależ oczywiście - siwowłosy pan podszedł do niego z uśmiechem. - To była kiedyś gospoda i drzwi są istotnie otwarte.

Jupe widział teraz mężczyznę wyraźnie. Miał on rumiane policzki i wydatny, spalony słońcem nos, na którym łuszczyła się skóra. Oczy pod grubymi, siwo-czarnymi brwiami były bardzo niebieskie.

- Odpręż się, młody przyjacielu - mówił. - Pani Hain by cię nie zastrzeliła, nawet gdyby chciała.

Jupiter upuścił ostrożnie ręce i się odwrócił.

- Myślałeś, że to rewolwer - powiedziała pani Hain z zadowoleniem. Miała niski głos i sympatyczną okrągłą twarz. W ręce trzymała drewnianą łyżkę, wycelowaną trzonkiem w Jupe'a. - Jak widzisz, to nie jest rewolwer. Widziałam ten trik w telewizji.

- Pani Hain jest moją gospodynią i miłośniczką filmów kryminalnych.

- Wielu pożytecznych rzeczy można się z nich nauczyć - pani Hain odeszła z uśmiechem w mroki za zdezelowanym barem kawowym. Jupe spoglądał na nią z ciekawością.

- Chciałeś zapytać o drogę?

- Tak! - Jupe aż podskoczył. - Tak. Tam dalej droga jest całkiem zalana. Czy za tym bajorem ciągnie się jeszcze? Czy można się tam jakoś przedostać, czy musimy wrócić do szosy?

- Droga nie prowadzi dalej. Zaraz za rozlewiskiem się kończy, i nawet nie próbujcie go sforsować. Jest całkiem głębokie.

- Tak, proszę pana - Jupe nie bardzo słuchał. Patrzył ciekawie na stojący w kącie karton. Leżała na nim sterta jednakowych książek. Na zakurzonej czarnej okładce widniała ilustracja - sztylet wbity w plik dokumentów i wypisany krwiste czerwonymi literami tytuł: “Mroczna spuścizna".

- Hector Sebastian! - wykrzyknął Jupiter. Podszedł do książek i wziął jedną z nich. Odwrócił ją. Na tylnej okładce zobaczył fotografię gospodarza.

- Ależ to pan! - tym razem opanowanie, z którego był tak dumny, opuściło Jupe'a zupełnie. - Pan jest Hectorem Sebastianem! Widziałem pana w telewizji!

- Tak, kilkakrotnie.

- Czytałem tę “Mroczną spuściznę" - głos Jupe'a, piskliwy z podekscytowania, brzmiał dziwnie w jego własnych uszach. Plótł jak wielbiciel oszołomiony widokiem obiektu swej adoracji. - To jest świetne! “Czynniki zła" też! Och, proszę pana, pan z pewnością nie musi obrabowywać banków!

- Myślałeś, że to robię? - pan Sebastian uśmiechnął się. - Wiesz, teraz nie sądzę, żebyś tu przyszedł po to tylko, by spytać o drogę. O co chodzi?

Jupe poczerwieniał.

- Ja... ja nawet nie chcę się przyznać, co o panu myślałem. Proszę pana, czy pan zgubił portfel?

Wystraszony pan Sebastian zaczął obmacywać kieszenie marynarki, potem tylną kieszeń spodni.

- Mój Boże, nie ma go! Czy ty go znalazłeś?

- Nie ja, tylko mój przyjaciel Bob.

Jupe opowiedział pokrótce wczorajszą przygodę Boba. Opisał niewidomego któremu wypadł portfel, wspomniał też o rabunku i wypadku samochodowym, któremu uległ żebrak.

Wspaniałe! Brzmi jak początek filmu Hitchcocka.

Jupe spojrzał na pana Sebastiana z zaskoczeniem.

- O co chodzi? Czy powiedziałem coś dziwnego?

- Nie - odpowiedział Jupe - tylko tak się składa, że pan Hitchcock jest naszym przyjacielem. Bob robi notatki z naszych spraw, a pan Hitchcock je ocenia i opisuje.

- Nie bardzo rozumiem. Jakie sprawy? I gdzie jest twój przyjaciel Bob, który znalazł portfel?

- Na dworze. Zaraz go przyprowadzę!

Jupe wybiegł z domu i zawołał.

- Chodźcie! Pan Sebastian chce się z wami zobaczyć! Wiecie, kim jest?

Bob i Pete patrzyli na siebie.

- Czy powinniśmy wiedzieć?

Jupiter roześmiał się.

- To ja powinienem wiedzieć. Powinienem się od razu domyślić. Musiałem mieć blokadę mózgu! To on napisał “Mroczną spuściznę" i “Nocne czuwanie", i “Czynniki zła". Występował ostatnio w telewizji. Moorpark Studio właśnie zrobiło film według “Czynników zła", a Leonard Orsini komponuje do niego muzykę.

Pete przypomniał sobie teraz całą tę sprawę.

- Och, tak! Mój tato mówiło tym filmie. To znaczy, że ten facet tutaj to pisarz?

- Żebyś wiedział! - Policzki Jupe'a płonęły z podekscytowania. - Był kiedyś prywatnym detektywem w Nowym Jorku. Potem pilotował mały samolot, miał wypadek i został ranny. Zmiażdżyło mu nogę. W czasie rekonwalescencji zaczął pisać książkę, zainspirowaną jedną z powierzony mu spraw. Ukazała się w wydaniu kieszonkowym pod tytułem “Nocne czuwanie” Była szalenie poczytna. Następnie napisał “Mroczną spuściznę”. To książka o człowieku, który symuluje własną śmierć, żeby żona mogła podjąć jego polisę ubezpieczeniową. Nakręcono według niej film, pamiętacie? Potem pan Sebastian zarzucił kompletnie pracę detektywa i zajął się wyłącznie pisaniem. Napisał nawet scenariusz według własnej książki dla Studia Moorpark. Chodźcie! Czy nie chcecie go poznać? Bob, masz ten portfel?

- Dałem ci go, nie pamiętasz? Chłopie, z tobą naprawdę jest źle!

- Och - Jupiter przeszukiwał kieszenie. - Tak, jest tutaj. Chodźcie. Weszli do domu i Jupiter przedstawił panu Sebastianowi Boba i Pete'a. Gospodarz zaprowadził ich do pokoju i wskazał im składane krzesła, ustawione wokół niskiego stołu ze szklanym blatem. Nadawał się raczej na taras lub trawnik koło basenu kąpielowego. Stół, krzesła i telefon stanowiły jedyne umeblowanie w pokoju.

- Z czasem będę tu miał pełen komfort - powiedział pan Sebastian.

- Wprowadziłem się dopiero w zeszłym tygodniu i niewiele zdążyłem tu zdziałać.

- Pan zamierza tu mieszkać? - zdziwił się Pete.

- Ja tu mieszkam. - Pan Sebastian pokuśtykał do przedsionka i zawołał panią Hain. Gospodyni zjawiła się z tacą, na której stał szklany dzbanek z kawą i filiżanka.

- Może znajdziemy jeszcze coś dla chłopców. Czy mamy jakąś oranżadę w lodówce?

- Tylko lemoniadę. Bardzo zdrowa, domowej roboty.

Jupe uśmiechnął się. Gospodyni pana Sebastiana przypominała mu ciocię Matyldę.

- Może być lemoniada? - zapytał pan Sebastian i chłopcy zgodnie przytaknęli.

Pani Hain poszła do kuchni w odległej części budynku za dawnym barem kawowym, a pan Sebastian wdał się w szeroki wywód na temat planów urządzenia swego domu.

- Z czasem z baru kawowego zrobię jadalnię. Po drugiej stronie holu wejściowego jest magazyn, który można przerobić na pokój pani Hain, i polecę wybudować jej łazienkę pod schodami.

Chłopcy popatrzyli na biegnące wzdłuż wewnętrznej ściany schody. Prowadziły one na otwartą galerię nad pokojem, w którym siedzieli. Pokój był wysoki na dwie kondygnacje. Nad drugą częścią budynku znajdowały się pokoje, do których prowadziły drzwi z galerii.

- Wiem, że dom jest w opłakanym stanie, ale konstrukcję ma mocną - mówił pan Sebastian. - Sprawdził to architekt i przedsiębiorca budowlany, nim kupiłem tę gospodę. Wiecie, ile by mnie kosztował dom tej wielkości i tak blisko oceanu?

- Jestem pewien, że majątek - powiedział Jupiter. - Pan Hitchcock kupił starą restaurację w Malibu i przerobił ją na piękny dom.

Pan Sebastian skinął głową.

- Tu również będzie pięknie po remoncie. Ten pokój jest przecież wspaniały. Ma kominki po obu stronach i okna z widokiem na ocean! Dach nie przecieka. Są rzeczy, które się uważa za normalne, ale ja żyłem dwadzieścia trzy lata w mieszkaniu na Brookłynie, gdzie dach stale przeciekał. Miałem kolekcję wiader i misek na deszczowe dni. - Pan Sebastian uśmiechnął się i dodał: - Kto to powiedział, że był już w życiu bogaty i był także biedny, więc wie dobrze, że lepiej jest być bogatym? Kto by to nie był, wiedział, co mówi.

Wróciła pani Hain z lemoniadą. Jupiter postawił na stole znaleziony portfel i pan Sebastian wziął go zaraz i zajrzał do środka.

- Wypadł niewidomemu żebrakowi, mówicie? Nie mógł być w wielkiej potrzebie, skoro nie wydał ani grosza z moich pieniędzy.

- Ale on naprawdę żebrał - powiedział Bob. - Miał blaszany kubek na monety i stale nim potrząsał.

Pisarz zamyślił się.

- Ciekaw jestem, jak znalazł ten portfel. Jeśli był ślepy...

- Właśnie - wpadł mu w słowa Jupiter. - Ślepi ludzie nie widzą leżących na ulicach przedmiotów. Oczywiście mógł się potknąć o portfel i podnieść go. Kiedy i gdzie miał go pan ostatnio?

- Mówisz jak zawodowy detektyw. Niemal oczekuję, że wyciągniesz notes i zaczniesz zapisywać informacje. Wspomniałeś wcześniej Alfreda Hitchcocka. Mówiłeś, że opisuje wasze sprawy. Czyżbyście się, chłopcy, uczyli zawodu detektywa?

- My jesteśmy detektywami - powiedział Jupe z dumą. Wyjął z kieszeni własny portfel i wyciągnął z niego małą karteczkę. Podał ją panu Sebastianowi, a ten odczytał:

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

- Aha, wasz zespół nazywa się Trzej Detektywi i podejmuje się wszelkich dochodzeń. To odważna oferta. Do prywatnych detektywów ludzie mogą się zwracać z bardzo dziwnymi sprawami.

- Wiemy o tym - powiedział Jupiter. - Natknęliśmy się już na wysoce niezwykłe, a nawet zadziwiające sploty okoliczności. To nasza specjalność. Często radziliśmy sobie ze sprawami, wobec których organy ścigania były bezsilne.

Pan Sebastian pokiwał głową.

- Wierzę ci. Młodzi ludzie mają giętki umysł, nie są obciążeni uprzedzeniami na temat tego, co może, a co nie może się zdarzyć.

Bob przychylił się do niego.

- Interesuje nas ten ślepy żebrak, ponieważ rozważamy możliwość, że był wmieszany w obrabowanie banku. Czy był pan wczoraj w Santa Monica? Czy tam zgubił pan portfel? A może żebrak skradł go panu?

- Nie - pan Sebastian odchylił się na oparcie krzesła - Wiem, że miałem go wczoraj rano. Pamiętam, jak wkładałem go do kieszeni przed wyjściem do przystani Denicoli. Musiałem tam go zgubić, ponieważ nigdzie indziej wczoraj nie byłem. Pewnie mi po prostu wypadł z kieszeni. Z pewnością ani przez chwilę nie znajdowałem się w żadnym zatłoczonym miejscu, gdzie w ścisku mógłby mnie ktoś okraść. Poza tym zwróciłbym uwagę na ślepego człowieka.

- Czy przystań Denicoli to ta przystań za Malibu, gdzie wynajmują łodzie wędkarzom? - zapytał Pete. Pan Sebastian skinął głową.

- Trzymam tam mój ślizgacz. To najbliższa przystań. Stoi tam zakotwiczony przy boi i kiedy mam ochotę na przejażdżkę, chłopak, który pracuje u pani Denicoli, przewozi mnie do niego łódką. Wczoraj odbyłem rejs. Musiałem zgubić portfel koło doku albo na parkingu.

- A niewidomy go znalazł - dokończył Pete.

- Potem pojechał do Santa Monica, nie zgłaszając zguby w przystani - dodał Bob - I tak się złożyło, że znalazł się naprzeciw banku akurat w momencie, gdy wchodzili do niego złodzieje przebrani za sprzątaczy. Może nawet celowo upuścił kubek z monetami, żeby odwrócić uwagę ludzi stojących na przystanku.

- Mokry kubek mógł być śliski - powiedział pan Sebastian - albo żebrak był zmęczony. Upuszczenie kubka może nie mieć żadnego znaczenia.

- Uciekał, kiedy Bob biegł za nim, żeby mu oddać portfel - zauważył Jupe. - Po wypadku też uciekał.

- Nic niezwykłego, mógł doznać szoku - powiedział pan Sebastian. - Poza tym mając przy sobie cudzy portfel, mógł się bać policji. Policja często źle traktuje żebraków. Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby miał coś wspólnego z obrabowaniem banku. Ale dlaczego nie pójdziecie na policję, żeby powiedzieć im wszystko to, co mnie opowiedzieliście? Możecie podać moje nazwisko, jeśli chcecie. Chciałbym się wam jakoś przydać.

- Oczywiście, tak należy postąpić - w głosie Jupe'a pobrzmiewało rozczarowanie. -Prawdopodobnie ma pan rację. Ślepiec trafił tam przypadkowo. Myślę że sprawa jest skończona, nim się w ogóle zaczęła.

- Na to wygląda. Słuchajcie, jestem wam naprawdę wdzięczny za zwrócenie portfela - pan Sebastian zaczął przeglądać banknoty.

- Ależ to drobnostka - powiedział szybko Pete.

- Zrobiliśmy to z przyjemnością - dodał Bob. - Proszę nawet nie myśleć o nagrodzie.

- Więc może zrewanżuję się wam w inny sposób. Chcielibyście przejechać się ślizgaczem? Mógłbym was zabrać któregoś dnia.

- Naprawdę? - ucieszył się Pete.

- Oczywiście. Dajcie mi wasz numer telefonu, a ja zadzwonię, kiedy będę się wybierał w morze.

- Zjawimy się tu w pół godziny - powiedział uszczęśliwiony Pete.

Wszyscy trzej podali swoje telefony. Pisarz odprowadził ich do drzwi i stał w progu, gdy wyprowadzali rowery na drogę.

- Miły facet - powiedział Pete, gdy ujechali kawałek.

- O, tak - zgodził się Jupe. - Miałem wrażenie, że wolałby, żebyśmy jeszcze zostali. Może czuje się samotny w Kalifornii. Całe życie spędził w Nowym Jorku.

- Kiedy tylko zapragnie towarzystwa na swoim ślizgaczu, jestem do dyspozycji - powiedział Bob. - Rany! To jest naprawdę...

Urwał na widok małego beżowego sedana, który pojawił się na drodze. Z niewielką prędkością minął chłopców i skręcił na błotnisty plac przed domem pana Sebastiana. Wysiadł z niego jakiś starszy mężczyzna i zbliżył się do ganku, na którym wciąż stał pisarz. Obaj zaczęli ze sobą rozmawiać.

Chłopcy odjechali już za daleko, żeby słyszeć, o czym mówią, ale zatrzymali się i obserwowali dwóch mężczyzn. Po chwili pan Sebastian cofnął się do domu, a przybyły wszedł za nim.

- No i co wy na to! - wykrzyknął Bob. - Nasza sprawa wcale się nie skończyła!

- O czym ty mówisz? - zapytał Pete.

- Strażnik. Ten facet, co przyjechał, to strażnik z banku w Santa Monica, który wpuścił złodziei. Ciekawe, co on robi u pana Sebastiana!?

 

ROZDZIAŁ 4

Detektywi znajdują klienta

- To nie ma sensu! - powiedział Jupiter. - Hector Sebastian musi mieć więcej pieniędzy, niż byłby w stanie wydać. Jego książki są bestsellerami!

- Zgoda ! Ale jeśli nie ma on nic wspólnego z rabunkiem, to po co strażnik z banku do niego przyszedł? - zapytał Bob.

- Nie wiem.

Było wczesne popołudnie i detektywi siedzieli w swojej Kwaterze Głównej Wcześniej, na Mountain Avenue, odczekali, póki strażnik z Santa Monica nie odjechał. Rozważali chwilę, czy nie wrócić do pana Sebastiana i nie porozmawiać o wizycie strażnika, ale Jupiter był w końcu temu przeciwny. Nie chciał nachodzić ponownie pisarza tylko dla zaspokojenia ciekawości. Wrócili do Kwatery Głównej, by omówić całą sprawę. Usiedli wokół dębowego biurka. Bob zapisywał fakty, póki miał je świeżo w pamięci.

- Żebrak kulał uciekając z miejsca wypadku i pan Sebastian kuleje.

- Pan Sebastian miał złamaną nogę w kilku miejscach i okulał na zawsze - odparł Jupiter. - Czy żebrak kulał przed wypadkiem?

- Nie jestem pewien.

- Utykanie może być zbiegiem okoliczności - powiedział Pete - ale co z portfelem? Następny zbieg okoliczności? A człowiek, który właściwie wpuścił złodziei do pomieszczeń banku, składa panu Sebastianowi wizytę. To już trzeci zbieg okoliczności. Chyba jest ich trochę za dużo.

- Dlaczego więc nie idziemy na policję? - zapytał Bob. - To samo powiedział pan Sebastian. Nie mówiłby tego, gdyby był wmieszany w rabunek

- Musiał tak powiedzieć - oświadczył Pete. - Bał się narazić na podejrzenia, gdyby nie doradził nam pójścia na policję. Dorośli zawsze to robią.

- Myślę, że policjanci uznaliby naszą teorię za mocno naciągniętą - powiedział Jupiter. - Być może mieliby rację. Nie podobna uwierzyć, że pan Sebastian pomógł obrabować bank. Zbyt wiele by ryzykował. Ale istnieje jakiś związek między nim a rabunkiem. Może pan Bonestell zechce nam pomóc w znalezieniu go.

- Pan Bonestell? - powtórzył Bob.

Jupiter rozłożył leżącą na biurku gazetę, którą kupił po drodze, kiedy zatrzymali się na pizzę. Było to wczesne wydanie “Przeglądu Wieczornego" z Santa Monica.

- Strażnik, który wpuścił złodziei do banku, nazywa się Walter Bonestell. Napisali to w artykule na pierwszej stronie - Jupiter sięgnął do sterty książek telefonicznych i odszukał właściwą, obejmującą teren Santa Monica. - Mmm... jest: Walter Bonestell. Dolphin Court 1129. To parę przecznic powyżej plaży.

- Jupiter! - dobiegło wołanie z dworu. - Jupiterze, gdzie jesteś? Potrzebuję cię. Jupe westchnął.

- Ciocia Matylda wydaje się zirytowana. Nie widziała mnie od śniadania. Przez ten czas musiała zrobić całą listę zajęć dla mnie.

- Moja mama też mnie pewnie szuka - powiedział Pete.

- A zamierzałem wam zaproponować złożenie wizyty panu Bonestellowi. Może się to uda wczesnym wieczorem. Będziecie mogli wyjść? Spotkalibyśmy się na targowisku w Rocky Beach i pojechalibyśmy do pana Bonestella.

- Okay, jeśli o mnie chodzi - zgodził się Pete. Bob uśmiechnął się.

- Jutro nie ma szkoły, będę mógł wieczorem wyjść z domu. Spotkamy się o siódmej.

Wyszli z przyczepy. Jupiter przepracował w składzie całe popołudnie. Zjadł wczesną kolację z ciocią Matyldą i wujkiem Tytusem i przed siódmą był już na targowisku. Bob i Pete przyjechali pięć przed siódmą i w zapadającym zmierzchu ruszyli do Santa Monica.

Dolphin Court okazał się krótką, ślepą uliczką w dzielnicy małych domów jednorodzinnych. Drewniany dom z numerem 1129 znajdował się w połowie uliczki. Na podjeździe stał samochód, który widzieli na Mountain Avenue. Frontowe okna były ciemne, ale widać było światła z tyłu budynku. Chłopcy wprowadzili rowery na tylne podwórko i zajrzeli przez okno do kuchni.

Strażnik był tam. Siedział sam przy stole pod oknem. Przed nim stał telefon i piętrzyła się sterta gazet. Nie telefonował i nie czytał wpatrywał się niewidzącymi oczami w ceratę na stole. Wyglądał mizernie i starzej niż rano. Miał cienkie, rzadkie włosy i sińce pod oczami.

Chłopcy przyglądali mu się w milczeniu. Po chwili Jupiter odwrócił się z zamiarem przejścia do frontowych drzwi. Drogę zagrodził mu mężczyzna z automatycznym pistoletem w ręce!

- Czego tu szukacie? - zapytał.

Nie mierzył do nich z pistoletu, a jego głos był cichy i opanowany, ale Jupe miał koszmarne uczucie śmiertelnego zagrożenia. Z zachowania mężczyzny bił jakiś chłód i determinacja. Jego usta zarysowywały się wąską, prostą linią, zdradzając zupełny brak poczucia humoru. Słoneczne okulary odblaskowe tkwiły na jego nosie niczym druga para zimnych oczu.

Pete wydał okrzyk przerażenia, a mężczyzna warknął:

- Cicho !

Okno kuchenne otworzyło się i pan Bonestell wystawił głowę.

- Co jest Shelby? Co tam robisz?

- Ci trzej podglądali cię przez okno - odpowiedział mężczyzna z pistoletem, wskazując chłopców.

- Tak? - pan Bonestell zdawał się zdziwiony i zaciekawiony, ale powtórzył z niepokojem: - Tak? Naprawdę?

- Do domu! - rozkazał ten z pistoletem. - Tędy marsz!

Chłopcy przemaszerowali przez podwórko na ganek i weszli do kuchni.

- O co chodzi? - zapytał pan Bonestell. - Kiedy rano byłem u pana Sebastiana, powiedział mi, że właśnie wyszli od niego trzej chłopcy. Mówił o was prawda? Spotkałem was jadąc do niego, mieliście ze sobą rowery.

- Tak, proszę pana - powiedział Jupiter.

- Usiądźcie, proszę - pan Bonestell wysunął krzesła przy stole pod oknem

- Walter, co to wszystko znaczy? O co chodzi? - dopytywał się człowiek z pistoletem.

- Sam nie wiem. Shelby, czy mógłbyś odłożyć ten pistolet? Broń palna działa mi nerwy!

Shelby zawahał się. Wreszcie podciągnął nogawkę i wsunął pistolet do kabury umocowanej na nodze pod kolanem.

Pete otworzył szeroko oczy, ale nie powiedział ani słowa. Wszyscy trzej usiedli przy stole.

- Pan Sebastian mówił mi, że widzieliście podejrzanego osobnika w pobliżu banku - powiedział pan Bonestell.

- Czy możesz mi powiedzieć, o co chodzi?! - krzyknął Shelby.

Pan Bonestell westchnął.

- Czy nie słuchałeś wiadomości przez radio? Dziś rano obrabowano bank.

- Obrabowano bank? Nie słyszałem. Nie włączyłem radia w samochodzie. A o co chodzi z tymi dzieciakami? Nic nie rozumiem!

Pan Bonestell opowiedział mu pokrótce przebieg rabunku.

- To ja wpuściłem rabujących do banku. Myślę, że policja podejrzewa, że byłem w zmowie ze złodziejami. Bytem nieostrożny - przyznał z głębokim smutkiem. - Gdybym się uważniej przyjrzał temu człowiekowi przy drzwiach, zobaczyłbym, że to obcy. Ale to nie oznacza, że jestem przestępcą. W całym moim życiu nie popełniłem żadnej nieuczciwości! Policja mnie jednak nie zna i dlatego muszę znaleźć kogoś, kto udowodni moją niewinność.

- Postaraj się o adwokata, Walterze - powiedział Shelby, kiwając głową z zadowoleniem człowieka, który zawsze znajduje właściwe wyjście. - Ale co to ma wspólnego z tymi chłopcami? Dlaczego cię podglądali?

Pan Bonestell opuścił głowę.

- Myślę, że też mnie podejrzewają - pochylił się do Jupitera. - Miałem nadzieję, że pan Sebastian mi pomoże. Występował w audycji telewizyjnej Harry'ego Traversa w zeszłym tygodniu. Mówił o filmie, dla którego skończył właśnie scenariusz i powiedział, że ludzie popadają w kłopoty, bo się znaleźli akurat w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. To tak jak ze mną, prawda? Więc pomyślałem sobie, że może pan Sebastian zainteresuje się moim... moim przypadkiem. Jedna z sekretarek w banku też tak myślała i znalazła dla mnie jego adres w rejestrze kredytowym. On ma zastrzeżony telefon, chyba dużo sławnych ludzi tak robi, więc pojechałem się z nim zobaczyć i...

- Walterze, przestań pleść od rzeczy! - huknął na niego Shelby. - Kto to na litość boską jest ten pan Sebastian? Jupe odchrząknął.

- Jest pisarzem i scenarzystą. Kiedyś był prywatnym detektywem. Dziś rano my też byliśmy u niego. Ktoś upuścił w pobliżu banku portfel należący do pana Sebastiana i Bob, to jest właśnie Bob Andrews, go znalazł.

- Czekałem na autobus po drugiej stronie ulicy, kiedy złodziej wszedł do banku wyjaśnił Bob. - Widziałem, jak pan go wpuszczał.

- Byliśmy lekko zdziwieni, kiedy zobaczyliśmy rano, że przyjechał pan do pana Sebastiana - powiedział Pete. - Myśleliśmy, że są jakieś powiązania między wami i... i rabunkiem banku.

Pete umilkł zaczerwieniony.

- Teraz, jak to już na głos wypowiedziałem, widzę, że to głupota - dodał po chwili.

- Chciałem tylko prosić pana Sebastiana o pomoc - tłumaczył pan Bonestell.- Ale on zaczął pracować nad nową książką i nie ma dla mnie czasu. Podał mi nazwiska kilku prywatnych detektywów w Los Angeles, uważa jednak, że powinienem raczej pójść do adwokata. Telefonowałem dziś do kilku mecenasów. Wiecie, ile kosztuje adwokat albo prywatny detektyw? Nie stać mnie ani na jednego, ani na drugiego.

Jupiter wyprostował się na krześle.

- Proszę pana, być może przyjechaliśmy tu z pewnymi podejrzeniami, ale już ich nie mamy. Myślę, że możemy panu pomóc. Widzi pan, my jesteśmy prywatnymi detektywami.

Podał panu Bonestellowi kartę firmową Trzech Detektywów.

- Jakie to osobliwe! - powiedział Shelby sarkastycznie, czytając nad ramieniem pana Bonestella.

Nic w tym osobliwego - Jupe starał się mówić spokojnie - odnieśliśmy liczne sukcesy, których mogą nam pozazdrościć niejedne konwencjonalne agencje detektywistyczne. Jesteśmy wolni od rutynowych uprzedzeń, w przeciwieństwie do starszych osób. Wierzymy, że niemal wszystko jest możliwe i że należy iść za swoim instynktem. Proszę pana, nie wierzę, że mógł pan mieć jakikolwiek udział w obrabowaniu banku. Myślę że moi przyjaciele dzielą moje uczucia - tu spojrzał na Boba i Pete’a, którzy przytaknęli. - Jeśli pan to zaakceptuje, Trzej Detektywi z przyjemnością zajmą się pana sprawą.

Pan Bonestell wydał się zaambarasowany.

- Jesteście tacy młodzi...

- Czy to jest doprawdy tak upośledzające? - zapytał Jupe.

Bonestell załamywał nerwowo ręce.

- Powinienem się zwrócić do prawdziwej agencji, tylko... tylko...

- Walterze, ile by cię to kosztowało?

Shelby przysunął sobie krzesło do stołu. Wpatrywał się ponad głowami pana Bonestella i chłopców w swoje odbicie w ciemnej szybie okna. Odgarnął do tyłu jasne, proste włosy, zdjął okulary słoneczne i schował do kieszeni sztruksowej marynarki.

- Nie wiem, dlaczego się tak martwisz - powiedział w końcu. - Zgodnie z waszym systemem sprawiedliwości jesteś niewinny, póki nie udowodnią ci winy.

- Nie czuję się tak bardzo niewinny - odparł pan Bonestell. - Rzeczywiście wpuściłem tych złodziei.

- Nie mogą cię za to wsadzić do więzienia - upierał się Shelby. - Ale jeśli się tak denerwujesz, wynajmij tych chłopców. Nie wiem, jak zdołają udowodnić, że jesteś niewinny, ale może potrafią tego dopiąć.

- Z pewnością się o to postaramy - przyrzekł Pete.

- Tacy jesteście chętni do przyjścia mi z pomocą - powiedział pan Bonestell. - Nie potrafię wyrazić, ile to dla mnie znaczy. Tak niewielu miłych ludzi spotyka się w dzisiejszych czasach. Myślę... jeśli rzeczywiście możecie mi pomóc... chcę być waszym klientem. Najwyższy czas mieć kogoś po swojej stronie!

 

ROZDZIAŁ 5

Historia pana Bonestella

- To jest koszmar - pan Bonestell wodził palcem wzdłuż wzoru na ceracie, spoglądając to na Jupe'a, to na Boba, to na Pete'a. - Powiedzieli mi, żebym nie przychodził do pracy, póki sprawa rabunku nie zostanie wyjaśniona. Nie powiedzieli, że jestem złodziejem, ale mogłem wyczuć, co myślą. Jak śmią? Czy ja wyglądam na człowieka, który pomaga rabować banki? Czy ten dom wygląda jak melina przestępców?

Chłopcy spojrzeli na niego, potem na czyściutką kuchnię. Jupiter miał ochotę się uśmiechnąć. Nie mógł sobie wyobrazić pana Bonestella planującego napad na bank w gronie przestępców spiskujących w tym domu, który był tak czysty, że nie miał w ogóle żadnego charakteru.

- O kurczę! - wykrzyknął Shelby. - Moje zakupy.

Wyszedł na ganek i drzwi trzasnęły za nim.

- Może zaczniemy od początku, panie Bonestell - powiedział Jupiter - Jeśli zechce pan opowiedzieć nam wszystko, co pan zapamiętał - przebiegu rabunku, może przypomną się panu szczegóły, które przeoczył pan wcześniej.

Nie wyglądało na to, żeby Pan Bonestell żywił jakąkolwiek nadzieję.

- Sebastian powiedział, że kiedy się nie ma alibi, trudniej udowodnić niewinność niż winę.

- Czy jest pan pewien, że nie ma alibi? - zapytał Jupe. - Niech pan nad tym pomyśli. Gdyby pan pozostawał w zmowie z jednym ze złodziei, musiałby pan poświęcić sporo czasu na zaplanowanie wraz z nimi tego rabunku, I poznałby pan resztę złodziei. Czy może pan podać rozkład swoich zajęć przez ostatnie dwa tygodnie? Pan Bonestell potrząsnął smutno głową.

- Może mógłby pana w tym wyręczyć pański przyjaciel, Shelby? Zdaje się, że mieszka z panem. Czy może powiedzieć, co pan robił przez ostatnie parę dni?

Pan Bonestell ponownie potrząsnął głową.

- Shelby mieszka ze mną, ale niewiele bywa w domu. Jest przedstawicielem firmy komputerowej “System TX-4". Podróżuje po kraju i pomaga przedsiębiorstwom w instalowaniu systemu TX- 4. Nie było go przez cały zeszły tydzień. Pracował we Fresno, gdzie kupiono system rachunkowości od jego firmy. Właśnie przed chwilą wrócił. Nawet jeśli jest w domu, nie zwraca na mnie uwagi. Był wobec mnie o wiele bardziej przyjacielski,, kiedy ja także pracowałem dla TX.

- Pracowaliście razem? - zapytał Jupe.

- Tak, pracowałem dla “Systemu TX" po przejęciu przez nich wytwórni maszyn biurowych Jonesa-Templetona. - Po raz pierwszy cień dumy pojawił się na twarzy pana Bonestella. - Trzydzieści lat przepracowałem u Jonesa-Templetona. Zacząłem zaraz po wojnie od noszenia poczty.! Potem pracowałem w zaopatrzeniu i powoli piąłem się w górę. Byłem nawet zastępcą kierownika działu, w którym mieliśmy dwanaście osób. To było w czasach, kiedy dzieci dorastały. Miałem dobrą pracę i moje dzieci miały dobre życie. Stabilne, wiecie. Bez tych ciągłych przeprowadzek, jak to bywa u niektórych.

Wstał i poszedł do sąsiedniego pokoju. Wrócił po chwili z fotografią w ramce. Pochodziła z czasów, kiedy był młodym mężczyzną z czarnymi gęstymi włosami, obok stała jasnowłosa kobieta o okrągłej twarzy i dwoje dzieci.

- Moja żona, Eleanor. Pobraliśmy się rok po wojnie. Umarła na zawał serca cztery lata temu. Była jeszcze bardzo młoda.

Urwał i odchrząknął.

- Tak mi przykro - powiedział Jupiter.

- Tak, no cóż, zdarza się. Dzieci tymczasem wyszły już z domu i zostałem samotny. Mój syn jest koordynatorem produkcji w firmie elektronicznej w Sannydale, a Debra wyszła za mąż. Jej mąż pracuje w zakładzie ubezpieczeń. Mieszkają w Bakersfield. Mają dwoje dzieci.

Tak więc, nie mogę narzekać. Odchowałem dwoje dzieci i wiedzie im się dobrze. Tylko wolałbym, żeby mieszkali bliżej. Ale się nie złożyło. Do domu już nie wrócą, więc kiedy pracowałem jeszcze w TX-4, zacząłem się rozglądać za lokatorem, żeby sobie obniżyć koszty. Shelby, Shelby Tuckerman, szukał mieszkania i zamieszkaliśmy razem...

Drzwi na ganek otworzyły się i wszedł Shelby, dźwigając papierową torbę. Podszedł do lodówki i zaczął wkładać pudełka mrożonek do zamrażalnika.

- Wróćmy do wczorajszego wieczoru - odezwał się Jupiter po chwili - Czy zechciałby pan opowiedzieć nam wszystko, co zaszło?

- Dobrze, jeśli uważacie, że to wam pomoże. Na początku nie działo się nic niezwykłego. Pracuję tam już prawie rok. Przychodzę w południe, zajmuję się tym i owym, niczym ważnym. Wziąłem tę pracę tylko dlatego, że mi się nudziło w ciągu dnia od przejścia na emeryturę. W TX zastąpił mnie komputer. Tak więc jestem teraz kimś w rodzaju człowieka od wszystkiego, w mundurze. Po zamknięciu banku dozoruję sprzątaczy. To nie trwa długo. Zazwyczaj kończą sprzątanie około szóstej. Wypuszczam sprzątaczy, zamykam za nimi i jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko jest w porządku. Potem wychodzę. W banku nie ma nocnego stróża. Nie jest potrzebny, skoro mają automatyczny zamek do skarbca. Nikt się do niego nie dostanie bez uruchomienia alarmu, a to sprowadzi mu zaraz na kark wszystkie gliny w mieście.

- Dlatego złodzieje więzili pana całą noc - wtrącił Bob. - Dopóki automatyczny zamek się nie odblokował, nic nie mogli zrobić.

- Słusznie - pan Bonestell skinął głową. - Było ich trzech i oczywiście znali nasz system. Musieli gdzieś czekać i widzieć, jak sprzątacze wychodzą i jadą windą na górę. Wtedy jeden z nich podszedł do drzwi i zapukał. W holu nie jest zbyt jasno, więc jak zobaczyłem człowieka w kombinezonie z masą siwych rozczochranych włosów i w czapce nasuniętej na oczy, myślałem, że Ralf po coś wrócił. Otworzyłem drzwi i dopiero kiedy wszedł, zobaczyłem, że to nie jest Ralf. Miał rewolwer, więc było za późno żeby cokolwiek zrobić.

Zaraz potem nadeszli następni dwaj. Nosili peruki, fałszywe brody i wąsy. Zmusili mnie do pójścia z nimi do sali konferencyjnej, gdzie nikt nas nie mógł widzieć z ulicy. Trzymali mnie tam przez całą noc. Nawet nie zbliżyli się do skarbca. A gdy rano zaczęli przychodzić urzędnicy, zganiali ich wszystkich do sali konferencyjnej. Kiedy przyszedł pan Henderson, okazało się, że wiedzą, kim jest i że tylko on zna kombinację otwierającą drzwi skarbca. Jak tylko zwolnił się zamek uruchamiający alarm, kazali mu otworzyć skarbiec.

Shelby Tuckerman usiadł obok Pete'a.

- Myślę, że któryś z sąsiadów cię szpiegował - powiedział. - Albo któryś z tych starych pryków w klubie seniorów wpadł na pomysł, że bank da się łatwo obrobić.

Pan Bonestell popatrzył na niego z irytacją.

- Shelby, rozpoznałbym sąsiada albo przyjaciela. Nie znam tych ludzi. To byli obcy.

Shelby wstał i postawił czajnik na kuchence.

- Byli przebrani, prawda? Myślę, że nie zaszkodzi, żeby ci chłopcy mieli sąsiadów na oku. To nie jest najlepsze towarzystwo.

- A ty niby jesteś z lepszego towarzystwa? - obruszył się pan Bonestell.

- Jest oczywiste, że nie chce pan podejrzewać swoich sąsiadów - wtrącił Jupiter - ale istotnie wygląda na to, że ktoś był dobrze rozeznany w rutynowym trybie spraw w banku. Czy jest pan pewien, że nie był pan ostatnio obserwowany? Czy ktoś nie wypytywał pana o pańską pracę?

- Nie - pan Bonestell wyglądał na kompletnie załamanego. Woda zagotowała się w czajniku i Shelby zrobił sobie kawę. Wrócił do stołu i popijając czarny płyn, spoglądał to na Jupe'a, to na pana Bonestella.

- Być może będziemy musieli udowodnić winę komuś innemu, nim zdołamy wykazać, że pan jest niewinny - powiedział Jupiter. - Możliwe, że mamy już pewną poszlakę.

- Poszlakę? - pan Bonestell ożywił się. - Jaką?

- W tej chwili nie jestem jeszcze niczego pewien. Lepiej więc na razie o tym nie mówić. Przeprowadzimy niezbędne dochodzenie i zatelefonujemy do pana za dzień lub dwa. Jeśli pan tymczasem zauważy u któregoś ze swoich znajomych jakieś niezwykłe zachowanie lub zbytnią ciekawość, proszę dać nam znać. Numer telefonu jest na odwrocie naszej karty firmowej.

- Tak, oczywiście.

Po tym chłopcy wyszli. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Bob zapytał:

- Poszlaka? Masz na myśli portfel? To jest poszlaka?

- Bardzo nikła, ale to jedyne, co mamy - odpowiedział Jupe. - Myślę, że możemy wykluczyć z listy podejrzanych pana Bonestella i pana Sebastiana. Jeśli jednak ślepy żebrak ma powiązania z rabunkiem, pan Sebastian musiał wejść z nim w jakiś kontakt. Jego portfel jest nicią wiodącą do żebraka. Warto więc pójść po niej.

- Masz rację - powiedział Pete - tylko staraj się na przyszłość unikać miejsc, gdzie mierzą do nas z pistoletu. Okay?

 

ROZDZIAŁ 6

Straszny sen

Następnego dnia Bob wyruszył z Rocky Beach przed dziewiątą rano. pchał na rowerze wzdłuż szosy nadbrzeżnej do Santa Monica. Jego zadaniem było wypytać w sklepach w pobliżu banku, czy widziano po rabunku niewidomego. Potem czekała go praca w bibliotece w Rocky Beach.

Jupiter i Pete odprowadzili Boba do szosy i skierowali się na północ. O wpół do dziesiątej mijali Malibu i pedałowali po stromym stoku, wznoszącym się za miastem. Potem puścili się w dół do przystani klubu wędkarskiego Denicoli.

Zatrzymali się na poboczu szosy, naprzeciw pomostu przystani. Widzieli to miejsce tysiące razy, podróżując szosą to w jedną, to w drugą stronę, ale nigdy nie zwracali na nie większej uwagi. Klub Denicoli był po prostu jednym z miejsc, do którego ściągali rybacy-amatorzy. Teraz przy drodze stało kilka przyczep kempingowych i furgonetek, a po plaży snuła się gromada wędkarzy. Mimo chłodnego wiosennego wiatru kilku odważnych pływało na deskach surfingowych.

- Dobry dzień na surfing - powiedział Pete z zazdrością. Był świetny w tym sporcie i sam by chętnie wyruszył na morze ze swoją deską.

Jupe nie interesował się jednak surfingiem. Przyglądał się przystani przymocowanej do pomostu łodzi rybackiej. Nazywała się “Maria III". Była mocna, dobrze utrzymana, miała około pięćdziesięciu stóp długości, nad otwartym pokładem dla wędkarzy wznosił się mostek sternika. Luk na pokładzie był otwarty, pochylał się nad nim młody człowiek w niebieskiej wiatrówce, grzebiąc w silniku.

Po drugiej, północnej, stronie pomost miał niższy poziom, na który prowadziły okrętowe schodki. Tam stała uwiązana łódź wiosłowa. Na głębokiej wodzie kołysała się przymocowana do lśniącej boi biała motorówka z zakrytym kokpitem.

- To musi być ślizgacz pana Sebastiana - powiedział Jupe.

Mhm - Pete nie odrywał oczu od surfujących.

Jupe uśmiechnął się, odstawił rower i przeszedł na drugą stronę szosy

Do przystani prowadziła droga dojazdowa. Na lewo od niej znajdował się mały plac parkingowy, w tej chwili pusty. W prawo biegło rozwidlenie wiodące do białego, drewnianego domu, krytego wyblakłym, szarym gontem. Ktoś zaparkował przy nim samochód combi. Dalej, między domem, a przystanią, stała budka, w której mieściło się biuro. Trzy jej ściany były przeszklone, drzwi znajdowały się od strony doku. Przez okna Jupe zobaczył siedzącą przy biurku siwowłosą kobietę w czarnej sukni, która przeglądała jakieś księgi. Druga, młodsza kobieta z masą kędzierzawych rudych włosów, rozmawiała przez telefon.

Jupe zbliżył się do biura, uśmiechnął się przez szybę do rudowłosej i wszedł do środka.

W biurze pachniało morską wodą, gumowym obuwiem, wodorostami i pleśnią. Pod ścianą stała drewniana ławka i stolik, na którym leżały broszury, reklamujące sport wędkarski i wycieczki do wysp Channel. Rudowłosa kobieta przykryła dłonią słuchawkę.

- Za chwilę się tobą zajmę - powiedziała.

- Nie spieszę się.

Podniosła głowę i Jupe poczuł na sobie jej przeszywające spojrzenie. Przebiegł go dreszcz lęku. W ciemnych oczach kobiety czaiła się jakaś szczególna wiedza, jakby czytała jego myśli. Ale jej bezwiedny uśmiech zdawał się świadczyć, że nie jest świadoma wrażenia, jakie wywiera jej spojrzenie. Po chwili wróciła do swoich ksiąg.

Jupe poczuł się nieswojo, odwrócił się do okna i patrzył na dok. Młody człowiek w wiatrówce skończył przegląd silnika “Marii III". Zamknął luk, wskoczył z pokładu na pomost i szedł w stronę biura pogwizdując.

- Dobrze - powiedziała ruda do słuchawki. - Oczekujemy czterdziestu trzech osób w sobotę. Jeśli miałoby przyjechać więcej, proszę dać mi znać.

Odłożyła słuchawkę, a w tym samym momencie młody człowiek w wiatrówce wszedł do biura.

- Czym ci mogę służyć? - zwróciła się do Jupitera.

- Chciałem zapytać, czy przypadkiem nie znalazła pani portfela? Może ktoś go tu zwrócił? Dzień lub dwa temu pan Sebastian zgubił portfel na przystani.

- Pan Sebastian? Był tu ostatnio? Nie widziałam go. Czy podwoziłeś go do boi, Ernie? Sprawdź łódkę. Może jest tam jego portfel.

- Nie, nie ma - odpowiedział Ernie. - Pan Sebastian był tu dwa dni temu. Po przewiezieniu go z powrotem do przystani wyczerpywałem wodę z łódki. Znalazłbym portfel, gdyby go w niej zgubił.

Spojrzał na Jupe'a ze zdziwieniem.

- Dlaczego pan Sebastian sam tu nie przyjechał? Albo nie telefonował?

- Jest bardzo zajęty. Przez ostatnie dwa dni był w kilku miejscach i nie pamięta, kiedy ostatnim razem miał portfel w ręku. Zgodziłem się zajrzeć tutaj w jego zastępstwie. Zawsze lepiej sprawdzić takie rzeczy osobiście. Przez telefon ludzie cię zbywają, nie zadając sobie trudu, żeby się rozejrzeć.

Jupe zamierzał powiedzieć, że pan Sebastian natknął się na siwowłosego człowieka w ciemnych okularach i z blizną na twarzy, ale nim zdążył opisać niewidomego żebraka, starsza kobieta spojrzała na niego.

- Pytasz o portfel - powiedziała. - To dziwne. Zeszłej nocy śnił mi się portfel.

Młodsza uśmiechnęła się.

- Moja teściowa jest przerażającą osobą - zwróciła się do Jupitera. Czasami miewa sny, które się sprawdzają.

- To nie ja jestem przerażająca - starsza kobieta mówiła z lekkim obcym akcentem, który teraz był bardziej wyczuwalny. - Moje sny bywają czasem przerażające. Ostatniej nocy śniło mi się, że przyszedł tu obcy człowiek. Podniósł z ziemi portfel i schował szybko do kieszeni.

- To był dziwny człowiek. Miał siwe włosy jak mój Vincenzo przed śmiercią, ale nie był taki niski i stary jak Vincenzo. Nosił ciemne okulary. Na twarzy miał bliznę, jakby ktoś go okaleczył. Odnajdował sobie drogę laską jak niewidomi, ale wiedział, że na niego patrzę. Zagrażał mi, wyczuwałam grożące mi z jego strony niebezpieczeństwo. To byt sen zły i bardzo realny.

Ernie wydał odgłos, jakby z trudem łapał powietrze. Jupe spojrzał na niego. Ernie był blady i drżał lekko.

- Co z tobą Ernie? - zapytała młodsza kobieta. - Czy ten człowiek ze snu przypomina ci kogoś?

- Ach, nie! - zaprzeczył Ernie szybko i trochę zbyt głośno. - Po prostu robi mi się straszno, kiedy pani Denicola opowiada sny.

- Rozumiem cię - powiedziała rudowłosa.

Zapadło milczenie. Potem Jupe podziękował obu paniom i wycofał siej z biura. Poszedł szybko na drugą stronę szosy, gdzie Pete wciąż rozmarzonym wzrokiem przyglądał się surfującym.

- Trafiliśmy w dziesiątkę! - zawołał Jupe. - Starsza pani w biurze to pani Denicola, a młodsza jest jej synową i mówi, że stara pani ma prorocze sny.

- Chcesz powiedzieć, że śni jej się to, co ma się stać?

- Tak. Ale jej się śni także to, co już się stało. Właśnie miała sen o człowieku, który znalazł portfel i schował go do kieszeni. Ten człowiek odnajdywał sobie drogę laską jak ślepiec i ona czuła, że on jej w jakiś sposób zagraża.

Pete wzdrygnął się.

- Zmyślasz!

- Nie. Powtarzam ci dokładnie, co mówiła. Ona się boi, a ten facet, co przedtem kręcił się przy łodzi, też. Jak opowiadała o śnie, zesztywniał ze strachu. On coś wie o niewidomym i nie chce, żeby ktoś wiedział, że on wie! Ma coś wspólnego z naszą zagadką. Zamierzam się dowiedzieć, co!

 

ROZDZIAŁ 7

Pete uczestniczy w wiecu

Pete sam zdecydował, że zostanie na miejscu, by poobserwować Erniego.

- Jeśli on coś kombinuje, lepiej się dowiedzieć, co to takiego, a ciebie już widział. Wyda mu się podejrzane, że się wciąż tu snujesz. Mnie nie zna, więc mogę nawet podejść do niego blisko. Nie zwróci na mnie uwagi.

- Bądź ostrożny - przestrzegł go Jupiter.

- Wiesz, że zawsze jestem ostrożny, czego nie można powiedzieć o tobie.

Kiedy Jupe odjechał, Pete przeciął szosę i poszedł spacerkiem na plażę. Podprowadził rower pod pomost, który tu, bliżej wody, wznosił się nad piaskiem dostatecznie wysoko, żeby chłopiec mógł pod nim stanąć, i przypiął swój pojazd do pala. Starał się nie okazywać żadnego zainteresowania przystanią. Gdyby go ktoś obserwował, pomyślałby, że po prostu szuka bezpiecznego miejsca na zostawienie roweru.

Przeszedł kawałek plażą, minął kilku wędkarzy, usiadł na piasku i patrzył na wodę w stronę, gdzie stała “Maria III". Ernie był już tam znowu. Polerował mosiężne części.

Ranek minął dość przyjemnie. Przyszła grupa dzieci pobawić się w piasku. Pete zorientował się, że są to miejscowe dzieci i zaczął je wypytywać. Powiedziały mu, że Ernie mieszka z dwoma przyjaciółmi w małym domku tuż przy szosie. Rozmawiają ze sobą w jakimś obcym języku. Pete odczuł zadowolenie z siebie. Jupe nie zdołałby zebrać lepszych informacji.

Poszedł następnie do małego centrum handlowego w pobliżu przystani, żeby się posilić sandwiczem, a potem wrócił na plażę. Całe popołudnie obserwował Erniego. Krótko po piątej Ernie zszedł z pomostu i ruszył poboczem wzdłuż szosy. Pete powędrował za nim w pewnej odległości.

Ernie skierował się wprost do małego zrujnowanego domu, stojącego frontem do szosy tuż na jej skraju. Wsparty na palach tył budynku wystawał nad plażę. Kiedy znikł wewnątrz odrapanego domku, Pete przystanął i zastanawiał się, co robić dalej. Jak może dowiedzieć się czegoś wiece o człowieku, który prawdopodobnie zna żebraka?

Szosą nadjeżdżała stara, rozklekotana ciężarówka. Zjechała na pobocze naprzeciw domku Erniego i z szoferki wyskoczył młody mężczyzna Pomachał ręką do szofera, wykrzykując podziękowania, przeciął szosę i wszedł do domu. Ciężarówka pojechała dalej.

Kilka minut później zjawił się drugi młody człowiek. Zajechał wiekowym buickiem na zarośnięty chwastami placyk przy domu i wszedł do środka zatrzaskując za sobą drzwi.

Na plaży zostało tylko kilku rybaków. Słońce chyliło się ku zachodowi, Pete zdecydował, że zostanie tu jeszcze dziesięć minut, a potem wróci po rower i pojedzie do domu.

Ledwie zdążył podjąć tę decyzję, drzwi domku otworzyły się i wszyscy trzej jego mieszkańcy wyszli na szosę. Pete ruszył za nimi. Minęli przystań Denicoli, przeszli na drugą stronę szosy i zaczęli mozolną wspinaczkę krętą drogą na wzgórze. Na szczycie stał budynek, a tablica na stoku głosiła, że jest to motel “Nad Oceanem".

Ernie i jego przyjaciele dotarli już na szczyt, gdy w drogę dojazdową do motelu skręcił samochód. Za nim zaczął się piąć w górę następny. Potem nadjechał trzeci i zatrzymał się przy szosie. Wysiadła z niego para i ruszyła w górę, a w tym samym momencie dwaj motocykliści wjechali na stromą drogę z rykiem silników.

Pete patrzył za nimi i dumał. Kiedy na pobocze przy drodze zjechała furgonetka pełna młodych ludzi, zdecydował się działać. Właśnie gdy przechodził na drugą stronę szosy, na poboczu drogi zatrzymał się mały sedan. Wysypało się z niego kilkoro ludzi: mężczyzna, kobieta w średnim wieku i dwóch nastolatków. Para poszła przodem w górę drogi, dwaj chłopcy za nimi, a parę kroków w tyle Pete.

Wspiął się za rodziną na szczyt wzgórza, obszedł dookoła motel, parking i teren z basenem kąpielowym. Na tę stronę wychodziły drzwi wszystkich pokoi motelowych. Nad każdymi drzwiami paliły się światła. Na tarasie wokół basenu i częściowo na czarnej nawierzchni parkingu ustawione były rzędy krzeseł. Na trawniku za basenem Ernie i jego przyjaciele montowali olbrzymie sztalugi i ustawiali na nich wielkie fotografie. Pierwsza z nich była biało-czarnym portretem siwego mężczyzny w wyszukanym mundurze, obszytym obficie galonami. Na widok trzeciego zdjęcia, Pete'owi odebrało dech. Była to powiększona fotografia mężczyzny o siwych, kędzierzawych - włosach i z blizną biegnącą od kości policzkowej po brodę. Oczy skrywały ciemne okulary. Wyglądał dokładnie tak, jak opisany przez Boba żebrak.

Pete zaczął się denerwować. Pomyślał, że nie powinien tutaj przebywać. Poczuł przemożną chęć ucieczki, ale wiedział, że Jupe by mu tego nigdy nie darował. Za chwilę zacznie się tu jakieś zebranie i Pete miał szansę dowiedzieć się, kim jest mężczyzna z blizną. Spotkanie było wyraźnie otwarte, bo nikt nie okazywał żadnych biletów. Nikt też nie zwracał na niego uwagi. Chyba mógł tu bezpiecznie pozostać, pod warunkiem, że będzie zachowywał się cicho i udawał, że należy do zebranych.

Zajął jedno ze składanych krzeseł i kiedy tęgi, zdyszany wspinaczką, mężczyzna usiadł koło niego, zdobył się na przyjacielski uśmieszek.

Zebranych przybywało. Ponieważ wszystkie miejsca były już zajęte, siadali na schodach przed biurem motelu i na murku obok basenu. W motelu było jasno i Pete dziwił się, że jest otwarty poza sezonem.

Wreszcie, przy zupełnym prawie mroku na dworze, Ernie wszedł na małą mównicę, ustawioną przed rzędami krzeseł. Od strony motelu nadszedł jeden z jego przyjaciół, niosąc chorągiew z niebieskiej satyny obramowanej złotem i z wiązką złotych liści dębowych pośrodku.

Jakaś kobieta spośród zebranych zaczęła śpiewać, przyłączyła się do niej druga, potem mężczyzna. Wkrótce wszyscy wstali i śpiewali. Pieśń narastała majestatycznie, Pete wstał również i udawał, że śpiewa. Nigdy nie słyszał tej melodii, ale brzmiała jak jakaś pieśń bojowa lub hymn narodowy. Kiedy się skończyła, wszyscy usiedli, pokasłując i szurając krzesłami, a Ernie zszedł z mównicy.

Jego miejsce zajął starszy pan i zaczął przemawiać po hiszpańsku. Pete jęknął w duchu. Nie rozumiał ani słowa! Gdyby Jupe tu był!

Z początku głos mówcy był ściszony. Potem nabrał na sile i mówiący wymachiwał pięścią, jakby groził zebranym lub komuś, kto był gdzieś dalej poza kręgiem świateł na wzgórzu.

Skończył i wśród owacji zszedł z mównicy. Z widowni wyszła młoda kobieta z długimi jasnymi włosami. Stanęła przed zebranymi i wykrzykiwała coś, co brzmiało jak slogan. Widzowie klaskali i gwizdali, niektórzy tupali.

Kobieta podniosła ręce i wszyscy się uciszyli. Zaczęła przemawiać. Mówiła płomiennie, poruszając się tanecznie i wskazując ustawione za nią fotografie. Ilekroć wyciągała rękę w stronę fotografii człowieka z blizną, na widowni podnosił się ryk.

Kiedy skończyła, znowu rozległy się oklaski i gwizdy. Na mównicę wrócił Ernie i tłum uciszył się stopniowo. Następnie, ku przerażeniu Pete'a, Ernie zaczął wywoływać ludzi z widowni, zachęcał ich, żeby wstawali i przemawiali. Robili to, mówiąc zawsze po hiszpańsku. Najpierw wystąpił mężczyzna z pierwszego rzędu, potem jakaś kobieta z widowni, następnie chłopiec, siedzący na schodach motelu. Ilekroć ktoś wstawał, Ernie krzyczał aprobująco, śmiał się i klaskał.

Następnie Ernie wskazał Pete'a i siedzący obok niego utkwili w nim wzrok.

Pete potrząsnął głową, ale jego sąsiad wziął go za łokieć i przynaglał, żeby wstał.

Czując się jak w koszmarnym śnie, Pete podniósł się wolno z krzesła. Wiedział, że musi szybko coś wymyślić, ale jego mózg był całkowicie sparaliżowany.

Ernie powiedział coś i przez widownię przebiegł śmiech. Potem zaległa cisza i wszystkie twarze zwróciły się do Pete'a wyczekująco.

Chciał uciec. Chciał się wydostać z tego tłumu i biec w dół drogą, uciekać, nim ci ludzie się zorientują, że jest szpiegiem.

Mężczyzna obok niego powiedział coś cicho. Czy to było pytanie? Może groźba?

Nagle Pete położył rękę na szyi. Otworzył usta i wskazując na nie wydał dźwięki jakby płukał gardło. Potem potrząsnął głową.

- Aha! - powiedział mężczyzna obok. - Laryngitis!

Pete kiwnął głową i wymusił uśmiech. Ktoś się roześmiał. Pete usiadł z ulgą, czując, że słabnie. Sąsiad poklepał go współczująco. Ludzie odwrócili głowy. Ernie rzucił jakąś uwagę i wskazał inną osobę. Potem Ernie i jego przyjaciele rozdali wśród rzędów krzeseł koszyki. Jasnowłosa kobieta znowu przemawiała, najwyraźniej nawołując zebranych do hojności.

Kiedy koszyk dotarł do Pete'a, był już wypełniony kopiasto banknotami. Chłopiec położył na wierzchu dolara i podał koszyk dalej. Nagle ktoś krzyknął coś od strony drogi i koszyk prędko znikł.

Powstało zamieszanie i przed widownią pojawił się Ernie wraz z innymi dwoma mężczyznami, nieśli gitary i akordeon. Ernie uderzał w struny gitary, akordeonista podjął melodię, a jasnowłosa kobieta zaczęła śpiewać.

Do śpiewu przyłączyła się cała widownia. Melodia była przyjemna i prosta jak piosenka dla dzieci.

Nagle Pete usłyszał ryk motoru. Odwrócił się. Drogą nadjeżdżał szybko na motocyklu policjant z patrolu drogowego.

Śpiew załamał się i ucichł.

Policjant zsiadł z motocykla i przeszedł przez trawnik obok mównicy.

- Przepraszam państwa za najście. Kto jest tu odpowiedzialny za to zgromadzenie? Ernie wstał.

- Ja. O co chodzi? Pan Sanderson udzielił nam pozwolenia na odbycie tu próby.

- Sanderson? - policjant spojrzał w stronę biura. - To jest właściciel tego motelu?

- Tak, wynajęliśmy u niego świetlicę. Czy chce pan zobaczyć umowę?

- Nie. Wierzę wam. Ale to nie jest świetlica. A czy Sanderson powiedział wam, że motel nie odpowiada wymogom bezpieczeństwa? Jak myślicie, dlaczego go zamknięto? Grunt jest podmokły po deszczach i wzgórze może się w każdej chwili obsunąć. Co wy tu właściwie robicie? Kim właściwie jesteście, wy wszyscy?

Uśmiech Erniego był rozbrajająco niewinny.

- Przygotowujemy się do występu na festiwalu muzyki ludowej w Coloseum dwudziestego siódmego.

Policjant spojrzał na widownię.

- Wszyscy? Wszyscy tutaj mają próbę przed tym występem?

- To jest festiwal, w którym uczestniczą duże zespoły amatorskie - odpowiedział Ernie cierpliwie. - A pan Sanderson istotnie mówił nam, że wzgórze jest niestabilne. Ale było już za późno na odwołanie próby. Niektóry przyjechali aż z laguny, więc zdecydowaliśmy odbyć próbę na dworze. tak jest bezpieczniej. Nawet jeśli motel się zawali, nikomu nic się nie stanie.

- Na to nie można liczyć - powiedział policjant i podnosząc głos, zwrócił się do zebranych: - Przykro mi, ale muszę państwa prosić o jak najszybsze opuszczenie tego miejsca. Bez paniki, ale naprawdę istnieje pewne ryzyko i należy się stąd oddalić. Proszę się rozejść. Mniejsza o krzesła. Zostawcie to wszystko i idźcie.

Tłum zaczął się wylewać na drogę spokojnie i z zachowaniem porządku. Idąc ze wszystkimi, Pete usłyszał, jak Ernie mówi do policjanta:

- Czy może mi pan dać czas na spakowanie instrumentów?

Pete kręcił z niedowierzaniem głową. Nie mógł się doczekać żeby opowiedzieć wszystko Jupe'owi.

 

ROZDZIAŁ 8

 

Nowe tropy

- Nie wiem, o co chodziło - mówił Pete - ale stawiam całe kwietniowe kieszonkowe, że to nie ma nic wspólnego z pieśniami ludowymi.

Działo się to następnego rana, Pete siedział nachmurzony na podłodze Kwatery Głównej.

- Nie będę się z tobą zakładał - powiedział Jupe. Przed nim leżała gazeta otwarta na stronie przynoszącej program imprez. - Dwudziestego siódmego w Coloseum jest pokaz zwierząt hodowlanych.

Bob siedział na stołku przy zasłonie odgradzającej laboratorium kryminalne. Z Santa Monica wrócił wczoraj zniechęcony. Niczego o ślepym żebraku nie zdołał się dowiedzieć. Relacja Pete'a podniosła go na duchu. Przeglądał uważnie atlas świata.

Sztandar, który demonstrowali na tej próbie, czy też wiecu, nie jest flagą Meksyku. Nie był to również sztandar narodowy Hiszpanii ani żadnego kraju Ameryki Centralnej.

- Może to nie jest flaga żadnego kraju, tylko sztandar jakiejś organizacji - rzucił Jupe.

- Jest! - wybuchnął Bob nagle.

Studiował przez chwilę atlas, wreszcie podniósł głowę.

- Mesa d'Oro. To jest mały kraj w Ameryce Południowej. Pokazują tu dwie flagi. Jedną zieloną z godłem państwa pośrodku, drugą niebieską z pękiem złotych liści dębowych. Zielona jest flagą oficjalną, a niebieska była flagą czegoś, co w atlasie nazywają starą republiką. Piszą, że jest wciąż honorowana w niektórych prowincjach i przez pewne konserwatywne ugrupowania. Mesa d'Oro ma porty nad Pacyfikiem. Eksportuje kawę i wełnę. W górzystej części kraju, na południe od stolicy Cabo de Razon, uprawia się jęczmień. Posiada trzy i pół miliona ludności.



dalej


strona główna
(23kB)