(23kB)
strona główna

 

 

ALFRED HITCHCOCK

SZALEŃCZA AFERA

NOWE PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: IWONA LIBUCHA)

ROZDZIAŁ 1

SZUMY NA TAŚMIE

Bob Andrews przeciskał się przez tłum kłębiący się na pchlim targu w Rocky Beach. Było ciepłe, środowe południe, ostatni dzień szkolnego roku, i Bob aż skręcał się z niecierpliwości, żeby nareszcie coś zrobić!

Dookoła słychać było ostre dźwięki rocka - chłopcy z zespołu Hula Łups dawali z siebie wszystko i jak zwykle nikt nie mógł ustać w miejscu. Nie ma się co dziwić, że Łupsy mają zapewniony udział w finale rockowego konkursu Jimmy’ego Cokkera! Ich dzisiejszy występ był jakby próbą przed wielkim koncertem w przyszłą sobotę, i to w dodatku płatną.

Bob przerzucił z ręki do ręki kartonowe pudło i zrobił kilka tanecznych kroków. Był przejęty jak nigdy. To przecież agencja Rock-Plus, której założycielem i właścicielem jest Sax Sendler, reprezentuje Hula Łupsów, a on, Bob, jest prawą ręką Saxa!

Teraz właśnie gnał na spotkanie z szefem. Z zadowoloną miną lawirował między dziesiątkami stoisk, na których można było kupić wszystko - od młotków, poprzez zabawki, aż po biżuterię. Piękne dziewczyny szczerzyły zęby do niego, a on rozdawał uśmiechy na prawo i lewo, nic sobie nie robiąc z wrażenia, jakie wywiera.

- To zęby - usłyszał nagle za sobą.

- Coo?

- Uzębienie... Nie ma żadnych wątpliwości, brachu, masz zabójczy uśmiech.

Pete Crenshaw, który właśnie dogonił przyjaciela, pokiwał głową. Biegnąc z tyłu, miał świetną pozycję obserwacyjną i dokładnie widział, jak sama obecność Boba działa na dziewczyny. Nie chodziło tylko o wygląd, chociaż Bob - wysoki, opalony blondyn o niebieskich oczach, ubrany w podkoszulek i nieskazitelne, jasne dżinsy - śmiało mógłby liczyć na zwycięstwo w wyborach “Mister California”, gdyby tylko zechciał wziąć udział w tego typu imprezie.

Chodziło o coś zupełnie innego. Najpotężniejszą bronią Boba był czar, który promieniował z niego jak ciepło z rozgrzanego pieca.

- Co za uśmiech! Fantastyczny! - ciągnął Pete. - W sam raz na reklamy pasty do zębów. Wyglądałbyś świetnie na wielkich plakatach.

Pete miał na sobie podkoszulek z emblematem L. A. Lakers, swojej ulubionej drużyny koszykarskiej, i zakurzone dżinsy, z walkmanem przypiętym do paska. Bardzo wysoki, świetnie zbudowany, z pasją uprawiał wszelkie sporty. Był w takiej formie, że kilkuminutowa pogoń z parkingu za Bobem nie pozostawiła na nim śladu - nawet się nie zasapał. I jemu dopisywał humor. Jakoś udało się mu przeżyć końcowy test z geometrii, uznał więc, że zasłużył na wakacje.

- Albo przestaniesz mówić o moich zębach - zagroził Bob - albo powiem Kelly, że oglądasz się za innymi.

Kelly Madigan, dziewczyna Pete’a, owinęła go sobie dookoła małego palca. Tak przynajmniej utrzymywał Jupiter Jones, trzeci z trójki przyjaciół.

- I tak ci nie uwierzy - parsknął Pete i odgarnął z czoła ciemnorude włosy. - Wie, że nie mam żadnych szans, jeśli ty jesteś w pobliżu.

Bob zaśmiał się i ruszył z Pete’em w kierunku estrady. Miał spotkać się tam z Saxem, żeby odebrać ulotki reklamujące udział Łupsów w wielkim sobotnim finale. Obiecał przy okazji poznać Pete’a z członkami zespołu, pod warunkiem że Pete odwiezie go do domu.

- Tylko nie zapomnij, że mamy potem zajrzeć do twojego volkswagena - przypomniał Pete. - A co konkretnie jest z nim nie tak?

- Ja mam to wiedzieć? - obruszył się Bob.

- Bardzo cię przepraszam - roześmiał się Pete.

Wprawdzie Bob radził sobie z dziewczynami jak nikt inny, ale z drugiej strony - nikt inny nie wykazywał równej mu tępoty w zagadnieniach motoryzacyjnych.

- Czyżbyś miał zamiar otworzyć tu własne stoisko? - Pete wskazał wypełnione pudło, które Bob wciąż trzymał pod pachą. - Co tam masz?

- Cenne rzeczy osobiste.

- Wygląda na to, że wyczyściłeś swoją szkolną szafkę.

- Szkoła się skończyła. Dzisiaj. Nikt cię o tym nie poinformował?

- Poinformował. Wyrzuciłem wszystko do kosza. Wydaje mi się, że ty też powinieneś to zrobić - powiedział Pete, zaglądając do pudła.

Wewnątrz były podarte notatki, stare pióra i zużyte gumki, jakieś papiery, zgnieciona czapka i praca semestralna z biologii, zatytułowana “Cykl życia muszki owocówki”. Całość wieńczył pusty plecak.

- Wszystko może się kiedyś przydać... - zaczął poważnie Bob i przerwał gwałtownie. - Popatrz! - wykrzyknął.

Nad stoiskiem, które właśnie mijali, widniał nagryzmolony naprędce napis: Okazja! Tanie kasety! 2 dolary za jedną, 5 dolarów za trzy!

- Daj spokój! - skwitował Bob jęk Pete’a i w jednej chwili znalazł się przy stole, na którym leżały setki różnokolorowych kaset.

- A Sax? Przecież się z nim umówiłeś - Pete nie miał zamiaru ustąpić. - Pal sześć Saxa, ostatecznie to twój szef. Ale samochód? Mieliśmy go naprawić. Nie wspomnę już o tym, że Jupe na nas czeka.

- Mamy mnóstwo czasu - Bob przeglądał właśnie kasetę za kasetą. - Jupe i tak bawi się jakąś maszyną, którą właśnie wynalazł w składzie wuja Tytusa. Nawet nie zauważy, jak się spóźnimy.

Wuj Tytus i ciotka Matylda - opiekunowie Jupitera - byli właścicielami składu złomu, który przekształcił się samoistnie w skład wszelkich staroci. Właśnie tam Jupe, Pete i Bob - wówczas zaledwie trzynastoletni założyli swoją agencję Trzej Detektywi. Dziś, po czterech latach, byli znani w całym Rocky Beach jako najmłodsi i najskuteczniej działający prywatni detektywi.

- W czymś pomóc? - usłyszał nagle Bob.

Podniósł głowę. Wpatrywała się w niego para bardzo czarnych oczu. Potem zauważył wąski nos i kwadratową szczękę. Wszystkie te cechy złożyły się w zdecydowanie azjatycką twarz należącą do niedużego człowieka, który bębnił palcami o blat stołu. Dziwne było to, że nie wybijał bynajmniej rytmu kolejnej, jeszcze bardziej szalonej piosenki Łupsów. Nie. Facet był wyraźnie zdenerwowany.

- Dziękuję. Sam coś sobie znajdę. Niezły wybór tu macie.

- Za trzy płacisz tylko pięć baksów - sprzedawca mówił z lekkim obcym akcentem.

Nie bardzo starał się zdobyć nowego klienta. Przez cały czas wpatrywał się w tłum, jakby kogoś szukał.

- Pospiesz się! - zażądał Pete. - Ja naprawdę chcę się spotkać z Hula Łupsami.

- Już się robi.

Bob zdecydował się na stare przeboje zespołu Kszyk w Krzakach, reggae grane przez jakąś grupę z Karaibów i rap w wykonaniu Eksplozji Mocy Pana Watta. Sprzedawca chwycił podane mu pięć dolarów i wcisnął je do kieszeni.

- Nareszcie! Drzyjcie, gwiazdy rocka, bo nadchodzę ja! - wykrzykiwał rozentuzjazmowany Pete.

Bob porwał z ziemi swoje pudło i ruszył za przyjacielem.

- Wiesz - tuż pod sceną Pete odwrócił się gwałtownie - oni są naprawdę super!

- A nie mówiłem? Sax jest pewien, że wygrają konkurs Jimmy’ego Cokkera. A wiesz, jaka jest główna nagroda? Dziesięć tysięcy dolarów plus sześciotygodniowa trasa koncertowa plus kontrakt z wytwórnią płytową. Taki kontrakt może zrobić z nich gwiazdy!

- Kiedy to się rozstrzygnie?

- Za trzy dni, w najbliższą sobotę w Los Angeles.

Estrada znajdowała się na niewielkim wzniesieniu w samym środku targu. Dookoła ciągnęły się setki stoisk, straganów i zwykłych stolików. Ludzie byli wszędzie. Tańczyli, śmiali się, jedli watę cukrową albo prażoną kukurydzę, kupowali i sprzedawali - wszystko w rytmie narzuconym przez muzykę Łupsów.

Bob i Pete obeszli scenę, żeby dostać się na zaplecze i znaleźć Saxa. Za kulisami było trochę spokojniej. Dało się nawet rozmawiać. Pete wepchnął podkoszulek w spodnie. “Nie - pomyślał - przedtem było lepiej”. Wyciągnął go z powrotem.

- Jest mój człowiek! - rozległ się głos Saxa Sendlera.

Po chwili on sam wychynął zza ściany wzmacniaczy.

Sax miał czterdzieści kilka lat. Ubrany był jak zwykle w czarne spodnie, powyciągany sportowy pulower i wysokie sznurowane buty. Długie włosy, poprzetykane tu i tam siwizną, związał z tyłu w mały kucyk.

Oficjalnie Bob pracował w Rock-Plus jako goniec, ale oprócz tego był doradcą szefa, jego ekspertem od młodzieżowych gustów, a nawet organizatorem koncertowych tras niektórych zespołów. Żadna praca nie sprawiała mu dotąd takiej frajdy.

- Co tam masz? - Sax z zainteresowaniem popatrzył na pudło Boba.

Ciekawość świata we wszystkich przejawach cechowała Saxa zawsze - w dawnych czasach, kiedy był hippisem, i teraz, kiedy został znanym impresariem.

- Szkolne śmieci - odpowiedział za kolegę Pete.

- I kilka kaset, które od zawsze chciałem mieć. Kupiłem je tutaj prawie za darmo - Bob pokazał Saxowi swój łup.

- Już niedługo będziemy kupować nagrania Łupsów - mruknął Sax, przeglądając kasety.

Nagle Bob zajrzał Saxowi przez ramię.

- No nie! - krzyknął.

- Co się dzieje? - podskoczył Pete.

- Błąd. Na okładce jest Krzyk w Krzakach.

- No i co? - Pete nie rozumiał, o co chodzi.

- Jest “rz” zamiast “sz”. Powinno być Kszyk w Krzakach.

- Czyżby wielkich wytwórni nie było stać na specjalistów, którzy sprawdzają pisownię tytułów? - zdziwił się Pete.

- Rzecz w tym - wyjaśnił Sax - że legalne wytwórnie nigdy by nie wypuściły na rynek okładki z błędem.

Przyjrzeli się dokładnie kasetom. Coś było z nimi nie tak. Litery rozmywały się na brzegach, kolory okładek nie były dobrze spasowane, niektóre teksty wyglądały, jakby ktoś wystukał je na starej maszynie do pisania, a potem powielił. Rysunek na wkładce Kszyku w Krzakach wydał się im dziełem nieudolnego amatora, odbitym na kolorowej kserokopiarce.

- Trzeba je przesłuchać - Pete z ponurą miną odpiął walkmana.

Posłuchał chwilę i podał słuchawki dalej. Nie było wątpliwości - od szumów na pierwszej kasecie bolały zęby, druga nagrana była zbyt wolno, a jęk, który się z niej wydobywał, wcale nie przypominał muzyki, na trzeciej nie dawało się rozróżnić słów.

- Rozbój w biały dzień! - z trudem wydusił z siebie Bob.

ROZDZIAŁ 2

PIERWSZE STARCIE

- Piraci! - wykrzyknął Bob.

- Całkiem możliwe - kiwnął głową Sax. - Takie miejsca zawsze przyciągają podejrzany element.

Pete wytrzeszczył oczy.

- Możecie mi wyjaśnić, o czym mówicie? - zapytał.

- Kupiłem pirackie kasety. Przegrane z płyt albo taśm i sprzedawane jako oryginalne. Zerowa jakość nagrania. Nic mnie bardziej nie wkurza.

- Co masz zamiar z tym zrobić? - zapytał Sax.

Bob popatrzył na Saxa, potem na Pete’a i wysunął dolną szczękę.

- Idę - powiedział. - Muszą mi oddać forsę.

- Czekaj. Przecież obiecałeś przedstawić mnie Łupsom - marudził Pete.

- Będziemy z powrotem, zanim skończą ten kawałek! Tylko się ruszajcie!

I Bob z pudłem pod pachą pognał wąskim przejściem między straganami. Mruczał coś wściekle pod nosem, ale Pete i Sax, biegnąc z tyłu, nie rozróżniali słów.

- Ciekaw jestem, jak to zrobi - Sax, który kochał takie sytuacje, był zachwycony.

- To tu!

- Patrzcie! - zawołał Pete. - Teraz jest tam dwóch facetów!

Rzeczywiście. Drugi mężczyzna, wyższy i tęższy, też miał azjatyckie rysy. Wyraźna blizna, ciągnąca się od oka aż do szczęki, nadawała jego twarzy groźny i złowrogi wyraz.

“A może to nie z powodu blizny - pomyślał Bob. - Może facet naprawdę jest zły?”

Obaj piraci pospiesznie pakowali kasety do pudeł, które wrzucali do stojącej obok furgonetki. Było to bardzo dziwne, gdyż nikt inny nawet nie myślał o zwijaniu interesu. Kiedy Bob, Pete i Sax dotarli do stoiska, większość taśm znajdowała się już w samochodzie.

- Przyszedłem oddać te kasety - odezwał się uprzejmie Bob, wyciągając rękę z taśmami. - Proszę o zwrot pieniędzy. To są zwykłe podróby. Kosztowały mnie pięć dolarów.

Mężczyźni nawet na nich nie spojrzeli. Bardzo im się spieszyło. Mniejszy z niewiarygodną wprost szybkością układał kasety w kartonach, a ten z blizną biegiem odnosił je do samochodu. Rozmawiali cicho, w nierozpoznawalnym dla Boba języku, i przez cały czas obserwowali otaczający ich tłum.

- Panowie - zaczął znowu Bob, tym razem głośniej, i zacisnął ręce na swoim pudle. - Ten cały interes śmierdzi z daleka. Chcę swoje pięć dolarów, i to zaraz.

Żadnej reakcji. Jakby Boba tam nie było.

- Bądźmy rozsądni - wtrącił Sax tonem poważnego człowieka interesu. - Wszyscy tutaj wiemy, że to pirackie nagrania. Chłopak chce swoją forsę. Wy nie chcecie, żeby zjawiła się tu policja. Nie utrudniajcie sobie życia i oddajcie szmal.

Wtedy facet z blizną znieruchomiał na moment. Podniósł głowę i nieprzyjemnym głosem wyrzucił z siebie kilka słów w niezrozumiałym języku. Potem spojrzał na Boba nienawistnym wzrokiem i wyrwał mu z ręki kasety.

- Ej, ty! - Bob zachwiał się, próbując je odzyskać i równocześnie nie wypuścić z ręki swoich szkolnych skarbów.

Ale było za późno. Kasety zniknęły w paczce, do której mały ładował pozostałości ze stoiska.

Tego Pete nie mógł już znieść. Czuł, jak wszystkie mięśnie na szyi napinają mu się z wściekłości. Szybkim ruchem złapał obu mężczyzn za ręce i przytrzymał je w górze.

- Mój... kolega... chce... swoje... pieniądze - wycedził przez zaciśnięte zęby. - I to zaraz!

Coś dziwnego stało się z tamtymi dwoma. Ich twarze przybrały zadziwiający szarozielony odcień. Wydawało się, że obaj zaraz upadną. Pete był tak zaskoczony ich reakcją, że zwolnił na chwilę uchwyt.

Ta jedna chwila wystarczyła, żeby wyrwali się z uścisku. Potem złapali resztkę kaset i pognali do furgonetki. Pete wykonał skok nad stołem i pobiegł za nimi. Bob i Sax, którzy musieli okrążyć stoisko, zostali trochę z tyłu.

Nagle gdzieś w tłumie rozległ się wrzask. Towarzyszył mu odgłos szybkich kroków. Wciskając dwa ostatnie pudła do bagażnika, piraci odwrócili się ze strachem. Mały szybko zatrzasnął tylne drzwi, a ten z blizną rzucił się do kierownicy.

Dwaj nowi ludzie, którzy pojawili się w pobliżu, również nie wyglądali na sympatycznych. Najwyraźniej i oni kierowali się do samochodu. Śladem Pete’a przeskoczyli stolik. Jeden z nich, blondyn o zimnej, bezczelnej twarzy i wielkich stopach, z całych sił odepchnął Boba i Saxa, którzy weszli mu w drogę. Drugi miał azjatyckie rysy, zdecydowaną na wszystko minę i czarne, błyszczące z wściekłości oczy.

W jednej chwili blondyn wyciągnął małego z samochodu i zdzielił go w szczękę z taką siłą, że tamten upadł na ziemię. Blondyn nawet na niego nie spojrzał, tylko zaatakował szoferkę. Złapał za szyję faceta z blizną i wywlókł go z auta. Rozpoczęła się ostra bijatyka.

Tymczasem mniejszy pirat próbował się podnieść. Kiedy wreszcie stanął, zataczając się na boki, zarobił następny cios. Azjatycki towarzysz blondyna wykrzykiwał coś w tym samym nieznanym języku. Mały nie odpowiadał. Zrobił unik i próbował uciec.

Pete, Bob i Sax popatrzyli po sobie.

- Co tu jest grane? - spytał Sax.

- Pojęcia nie mam - wzruszył ramionami Pete.

- Bardzo to dziwne - rzucił Bob. - Gdyby tutaj był Jupe, powiedziałby, że to sprawa dla Trzech Detektywów.

U ich stóp słychać było szarpaninę, głuche echo ciosów i wściekłe przekleństwa. Siły były równe - dwóch na dwóch. Pete chciał komuś pomóc, ale za nic nie mógł się zorientować, którzy z nich są “ci dobrzy”.

- Sax... - zaczął.

- Mowy nie ma - przerwał mu Sax, zaplatając ręce na piersi. - Nawet nie wiadomo, co się tutaj dzieje.

Tłum ciekawskich gęstniał z każdą chwilą. Piraci byli na przegranych pozycjach. Nagle facet z blizną powziął desperacką próbę ucieczki. Oglądając się przez ramię, skoczył w kierunku samochodu. Blondyn, nie marnując ani sekundy, rzucił się za nim. Bob zorientował się, że stoi dokładnie na ich drodze, i cofnął się o krok. Niestety, było za późno. Poczuł, że ktoś na niego wpada. Przewrócił się i uderzył głową w jakiś twardy przedmiot. Wypuścił z rąk pudło. Przed oczami pojawiły mu się czerwono-niebieskie kręgi. W głowie czuł nieznośny ból.

ROZDZIAŁ 3

JAK WE MGLE

- Bob! Bob! Słyszysz nas?

Bob z trudem uniósł głowę. Obok niego klęczeli Pete i Sax, a dalej... ktoś próbował ukraść jego pudło... Wyglądał na mniejszego z piratów. Co najdziwniejsze - unosił się nad ziemią... i on, i pudło płynęli sobie spokojnie w powietrzu.

Co się dzieje? Chyba nie zwariował? Próbował wstać, ale nie dał rady. Każda z jego nóg musiała ważyć tonę, a gdy do tego dodać kolejną tonę na ręce, trudno się dziwić.

Zrezygnowany zamknął oczy.

- Bob!

“Dlaczego ten Pete tak krzyczy?”

- Dobrze się czujesz? - Sax przynajmniej mówił ciszej.

Bob leżał płasko rozciągnięty. O włos od swojej głowy miał metalowe pudło na narzędzia - na sąsiednim straganie sprzedawali bowiem sprzęt do majsterkowania.

- Auuu - jęknął, znowu próbując wstać.

Pete przygwoździł go do ziemi.

- Nawet się nie waż - usłyszał głos Saxa. - Poczekaj, aż się lepiej poczujesz.

- Czy oni wciąż się biją? - Bob powoli otworzył oczy.

Potem namacał guz w tyle głowy. Bolało! Że też akurat musiał trafić w coś twardego.

- Sam zobacz - podpowiedział Sax.

Bob powoli przekręcił głowę.

- A jednak widzę - westchnął z ulgą.

Zniknęły kolorowe kręgi przed oczami. I nikt nie unosił się już w powietrzu. Przed nim stał zbity tłum i przyglądał się walce. Do Boba dochodziły odgłosy uderzeń i stłumione jęki.

Nagle facet z blizną wyszarpnął z samochodu wielki klucz francuski. Zamachnął się i trafił blondyna wprost w żołądek. Blondyn zachwiał się i krzyknął z bólu. Nie czekając ani chwili, bliznowaty dołożył mu w szczękę i pognał do szoferki. Zawarczał silnik.

Mniejszy pirat zrozumiał, że ma ostatnią szansę. Kopnął znienacka swojego azjatyckiego prześladowcę, wyrwał mu się i wskoczył na siedzenie obok kierowcy. W tej samej chwili furgonetka ruszyła, wzniecając tumany czarnego kurzu. Azjata desperackim skokiem rzucił się na samochód, próbując dosięgnąć klamki. Było jednak za późno. Ręka obsunęła mu się po drzwiach, a on stracił równowagę i upadł na kolana.

I on, i blondyn patrzyli wściekli na ciężarówkę, która tymczasem wyjechała na wolną przestrzeń i przyspieszyła. Nie mieli żadnych szans. Blondyn z furią kopnął stolik, potem złapał swojego towarzysza i warknął mu coś do ucha. Tamten skurczył się cały i pokręcił głową. Blondyn wrzasnął coś znowu, odepchnął go brutalnie i skoczył w tłum.

Bob, Pete i Sax patrzyli na jedynego uczestnika, który pozostał na placu boju. Zanim zniknął zauważyli, że ma szarą ze strachu twarz.

- Mogę się pożegnać ze swoją piątką - pokiwał głową Bob.

- O co w tym wszystkim chodziło? - zastanawiał się Pete.

- Pamiętasz? Kiedy kupowałem kasety, sprzedawca ciągle się rozglądał. Jakby wypatrywał czegoś w tłumie. Czegoś albo kogoś - przypomniał sobie Bob.

- Myślisz, że spodziewał się tych dwóch?

- Kto wie. Może ten z blizną pojawił się później, dlatego że sprawdzał, czy nikt im nie zagraża.

- To ma sens - zgodził się Pete.

Bob znowu zaczął wstawać. Natychmiast poczuł pulsowanie w tyle głowy. Sax i Pete wzięli go pod pachy.

- Spokojnie, Rambo - zaśmiał się Pete.

- Jedna afera mi wystarczy - powiedział Bob. - Mam dziś randkę z Janą.

Pete przewrócił oczami, ale tak naprawdę poczuł ulgę, że Bob wrócił do formy.

- Nie zapomnij o swoich szkolnych śmieciach - mówiąc to sięgnął po pudło i wręczył je koledze.

Sax metodycznie otrzepywał się z kurzu. Miał bowiem zasady: jego spodnie musiały być bardzo czarne zawsze, bez względu na okoliczności.

Za ich plecami tłum podzielił się na dwie rozentuzjazmowane grupy, które relacjonowały sobie nawzajem co ciekawsze szczegóły całego zajścia. Najwyraźniej walka była dla nich wydarzeniem dnia.

- A może ci dwaj zaczęli się bić, bo piraci zrobili ich na szaro tak jak ciebie? - zastanawiał się Pete.

- Dobry pomysł. Sam marzę o tym, żeby ich dorwać w swoje ręce!

- Byle nie teraz - ostudził zapał Boba Sax. - Mamy jeszcze mnóstwo pracy.

- Rany! - zdenerwował się Pete. - Co z Łupsami?

Wszyscy trzej wrócili pod scenę, gdzie zespół szalał w najlepsze. Tutaj nic się nie zmieniło. Hałas był taki jak przedtem. Pchli targ zajmował tak wielką powierzchnię, że nikt nie zauważył walki, która odbyła się kilka alejek dalej.

- A jeśli blondyn i jego podręczny karateka byli muzykami? - wpadł na nowy pomysł Sax. - Istnieje coś takiego jak prawo autorskie. Wiecie, nie można kraść cudzych prac, nie tylko piosenek, ale książek, filmów itd. No, na przykład - Łupsy piszą sami swoje kawałki. Należy im się trochę grosza, jeśli ktoś nagra ich piosenki.

- O rany! Chciałbym, żeby to się stało! - powiedział Bob z zapałem. - A byłoby jeszcze lepiej, gdyby to oni sami podpisali kontrakt nagraniowy. Teraz wcale im się nie przelewa.

- Mnie to mówisz? - spojrzał na niego Sax. - Sam byłbym wściekły, gdybym się dowiedział, że ktoś sprzedaje ich pirackie nagrania.

- Nie mówcie mi, że to się często zdarza - zdziwił się Pete.

- Niestety, tak - Sax miał poważną minę. - Niedawno w Los Angeles skazano faceta za sprzedaż nielegalnie nagranych kaset. To nie był żaden malutki interes. Prasa podała, że jego działalność kosztowała przemysł fonograficzny trzydzieści dwa miliony! Rozumiesz? Trzydzieści dwie bańki strat!

Pete gwizdnął ze zdumienia.

- To kupa szmalu - powiedział.

- Nie mówiąc o tym, co stracili artyści - kompozytorzy, piosenkarze, muzycy. Przecież nikt z nich nie dostał ani grosza z tantiem - dodał Sax. - Jeśli piracki interes rozwija się na wielką skalę, traci na tym mnóstwo ludzi.

Powoli zbliżali się do sceny. Pulsujące dźwięki rocka otaczały ich zewsząd. Nie można było się im oprzeć. Ludzie, zbici w ciasny krąg, podskakiwali, tańczyli i śpiewali razem z Łupsami, którzy właśnie kończyli swój numer.

Dla bezpieczeństwa Bob wsunął swoje skarby pod deski sceny.

- Nie da się załatwiać interesów, kiedy Łupsy kręcą się w pobliżu - oświadczył Sax. - Pokażę wam ulotki, jak tylko zaczną następny kawałek. Nie poznałeś dotąd żadnego z nich, prawda, Pete?

- Nie - Pete miał nadzieję, że Sax nie zauważył jego tremy.

Nie peszył się nigdy w obecności piłkarskich sław, ale artyści to zupełnie co innego.

- Założę się, że wyskoczysz z butów - zaśmiał się Sax.

Nad nimi muzycy wydobyli z instrumentów zaskakujące, wysokie brzmienia. Jeszcze tylko finałowe wejście perkusji i - koniec. Zaczęła się wielka owacja. Publiczność biła brawo i szaleńczo gwizdała, gdy Łupsy po serii ukłonów zbiegli ze sceny.

Grzmot oklasków zmusił ich do powrotu. Pokazali się jeszcze raz i jeszcze raz, żeby pomachać fanom, aż w końcu pozwolono im zejść z estrady. Byli tak rozentuzjazmowani jak ich słuchacze.

- Hej, hej! - wrzasnął na widok Saxa wysoki, chudy młodzieniec z szopą słomianożółtych włosów i długą brodą. - I co o tym powiesz, chłopie? Ale daliśmy czadu, co?

Mówiąc to, z całych sił klepał Saxa po plecach wolną ręką, w drugiej ściskał pałeczki.

- Zawsze dajecie czadu. Tony - Sax nie zwracał uwagi na wybijany na jego plecach rytm. - Takiego czadu jak nikt. To jest Tony, nasz perkusista - powiedział do Pete’a. - Facet, który swoimi pałeczkami wyczynia prawdziwe cuda. Słuchajcie wszyscy. To jest Pete Crenshaw, przyjaciel Boba.

Pete pochylił się nieśmiało w czymś przypominającym ukłon.

W tym czasie Tony wybijał już jakiś skomplikowany rytm na brzegu sceny. Poły jego białej koszuli podskakiwały, ukazując wytarte dżinsy.

- Słyszycie! - wołał. - Jak to się wam podoba? Rytm na siedemnaście ósmych.

- Niesamowite - powiedział Sax z szacunkiem w głosie. - A to jest Maxi - wskazał drobną młodą kobietę.

- Wokalistka - zaśpiewała Maxi.

Maxi miała śliczną buzię w kształcie serca i długie, czarne włosy. Ubrana była w ekstrawagancką czerwoną suknię ze skóry, mocno wypchaną na ramionach, ale bez rękawów.

“Wygląda, jakby sobie je odpruła” - pomyślał Pete, patrząc jak Maxi obejmuje Saxa w pasie.

Miała bardzo ładne ręce. I silne, bo Sax aż jęknął.

- Wielka wokalistka - powiedział.

- Tylko wielka? - Maxi parsknęła mu w nos i ścisnęła mocniej.

- Największa!

Zaśmiała się i zwolniła uchwyt.

- Zawsze tak uważałem - ciągnął Sax. - Skala głosu: trzy oktawy. Ta malutka osoba potrafi zrobić cuda z najmarniejszą piosenką.

Maxi uśmiechnęła się słodziutko. Potem stanęła na palcach i poklepała Boba po policzku. Bob też się uśmiechnął. Bardzo, ale to bardzo szeroko.

“Nic dziwnego, że lubi tę pracę - pomyślał Pete. - Jest rozpieszczany przez piękne dziewczyny. I jeszcze mu za to płacą.” Okazało się, że nie tylko on obserwował Maxi.

- Romanse należą do zamierzchłej przeszłości - obwieścił gość z ogoloną na łyso głową. - W erze nuklearnej wszelkie kontakty międzyludzkie trwają zaledwie chwilę.

- To Quill. Keyboard. Stworzy na nim każdy dźwięk - od organów po krople deszczu. Człowiek-orkiestra.

Quill skłonił się poważnie przed Pete’em. Słońce zalśniło na jego łysinie i odbiło się od małego złotego kolczyka, który miał w prawym uchu, jak wszyscy członkowie zespołu. Był ubrany w stary smoking i zwykłe spodnie z wielkimi dziurami na kolanach. Zamiast paska używał białego sznura do bielizny. Pete uznał, że przypomina stracha na wróble.

- Tak w ogóle, życie w dzisiejszych czasach pozbawione jest jakiegokolwiek znaczenia - kontynuował Quill. - jesteśmy tylko marną protoplazmą w międzygalaktycznym syntezatorze.

Pete nie wiedział, co odpowiedzieć. Nigdy w życiu nie prowadził podobnej rozmowy. Nie mógł się doczekać, żeby opowiedzieć wszystko Kelly.

- Nie przejmuj się Quillem - pocieszyła go Maxi. - Jego nikt nie rozumie.

Potem wyciągnęła do przodu przystojnego chłopaka w poplamionej tweedowej marynarce i obcisłych białych sztruksach, które wetknął w kowbojskie buty.

- A oto Marsh - powiedziała.

Marsh miał rozwichrzone brązowe włosy, wysokie czoło i szare oczy pałające niepokojącym blaskiem.

- Gitarzysta i kompozytor - w głosie Saxa zabrzmiała nuta dumy. - Ten gość pisze muzykę dla Łupsów. Czy muszę mówić więcej?

- Jestem pod wrażeniem - powiedział Pete szczerze. - I naprawdę wierzę, że wygracie w sobotę.

- Co wygracie w sobotę? - wpadł mu w słowo Marsh.

Zmarszczył brwi, a jego oczy jakby przybladły.

- Co jest w sobotę? - powtórzył.

- Finał konkursu Jimmy’ego Cokkera - rozbawiony nieco Sax zwrócił się z wyjaśnieniem do Pete’a. - Marsh miewa często kłopoty z codziennością. Cały czas przebywa w swoim świecie. Słyszy w głowie tylko muzykę. Mam rację, bracie?

- To taki nasz roztargniony profesor - wtrąciła Maxi.

- Nie mogę - chrząknął Marsh strasznie zakłopotany.

- Czego nie możesz?

- Nie mogę zagrać w sobotę wieczór. Biorę ślub. Taak. Zdecydowaliśmy się wczoraj. W sobotę o ósmej. Chyba. Trzeba odwołać występ.

ROZDZIAŁ 4

FAŁSZYWY TROP

Zapadła grobowa cisza.

- Co?! - z gardła Maxi wydobyło się coś, co przypominało skrzek.

- Wszystko diabli wzięli! - jęknął Tony.

O czym ten Marsh myślał? Sam tylko udział w sobotnim konkursie zrobi z nich znany zespół! A jeśli wygrają, czeka ich tournee, kontrakt z wytwórnią płytową i sława!

Sax i Bob próbowali przekonać Marsha. Tony wątpił w jego zdrowie psychiczne. Quill wyłożył swoją teorię na temat bezsensowności instytucji małżeństwa. Maxi robiła miny i tupała nogami. Na nic się to nie zdało. Marsh ani myślał ustąpić. To jest jego życie, a on nie ma zamiaru odwoływać ślubu. Koniec dyskusji.

Maxi nie wytrzymała.

- Idiota! - wybuchnęła, okładając go pięściami. - Egoistyczny błazen!

Potem wymierzyła mu policzek i pobiegła do schodów. Mężczyźni byli tak zdumieni jej wybuchem, że natychmiast przestali się kłócić.

- Odchodzę! - rzuciła jeszcze przez ramię. - Znajdźcie sobie kogoś innego. Niech już dzisiaj śpiewa zamiast mnie.

Wszyscy wstrzymali oddech. Pete zdał sobie sprawę, że bez Maxi, tak jak bez Marsha, zespół nie może grać. Nawet Marsh przejął się tym, co zaszło.

- Poczekaj! - krzyknął Sax, rzucając się w pogoń za Maxi.

Złapał ją za ramię i przytrzymał. Wyrwała mu się z furią i odsunęła o krok. Stojąc ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, patrzyła na nich wściekłym wzrokiem. Z taką lepiej nie zaczynać!

- Jesteś solistką - odezwał się surowo Sax. - Koncert nie jest jeszcze skończony.

- Wielkie rzeczy! Powiedz to Marshowi. Bo on jakby nigdy nic zrywa sobotni występ, a ty nawet nie starasz się, żeby coś z tym zrobić.

- Maxi, poczekaj chwilę - Bob nachylił się do dziewczyny i szepnął jej coś do ucha.

Pokręciła ze złością głową, ale potem kiwnęła nią raz i drugi. W tym samym czasie Sax wrócił do Marsha.

- Kto jest twoją narzeczoną? - zapytał.

- Carmen Valencia.

- Carmen Valencia! - krzyknęła Maxi. - Ona? Chcesz ożenić się z Carmen?

- Nie ma sprawy - powiedział Sax. - Znam ją. Zadzwonię do niej i przełożymy datę ślubu.

- Dostanie histerii - ostrzegł Marsh, chociaż widać było ulgę na jego twarzy. - Przecież wiecie, jaki ona ma temperament.

- Temperament! - wrzasnęła Maxi z oburzeniem. - Przeceniasz ją, chłopcze. Ona i temperament. Udaje! Fałszuje jak w każdej piosence.

Pete z trudem powstrzymał śmiech.

Sax spojrzał na zegarek.

- Koniec przerwy - powiedział rzeczowo. - Pora na następny kawałek.

Marsh, sprawca całego zamieszania, westchnął ciężko.

- Co gramy w tej części? - zapytał, odgarniając włosy opadające mu na twarz.

W drodze na scenę Tony przypominał mu kolejność piosenek. Quill uśmiechnął się do Saxa z wdzięcznością i usiadł za klawiaturą.

- Pax vobiscum - powiedział po łacinie. - Pokój niech będzie z wami - powtórzył.

- Goręcej tu niż na meczu ligi koszykówki - pokręcił głową Pete.

- Zwykle jest spokojniej - mruknął Bob.

- Przez ten ślub zrobiła się afera - dorzucił Sax. - Ale załatwimy szybko całą sprawę.

- Wiecie... Nie rozumiem. Marsh mówił o tym tak... tak obojętnie - Pete był zaszokowany - jakby się wybierał na pizzę czy coś podobnego...

- Cały Marsh - wzruszył ramionami Sax. - Był zaręczony ze dwanaście razy, o ile mnie pamięć nie myli. Teraz pewnie też nic z tego nie wyjdzie.

- Co powiedziałeś Maxi? - zapytał Pete. - Zmiękła od razu.

- To było proste. Marsh już dwa razy był zaręczony z Maxi. Za każdym razem ona z nim zrywała. Co nie znaczy, że pozwoli mu wziąć ślub z jakąś inną. Co to, to nie. Więc powiedziałem jej, że pomysł z małżeństwem wziął się prawdopodobnie z nerwów. Zjadła go trema przed poważnym występem i musiał się jakoś rozładować, a tak naprawdę kocha wciąż tylko ją. Trzeba dać mu trochę czasu, żeby to sobie uświadomił.

- Nie myślałeś przypadkiem, żeby zatrudnić się w jakimś dziale porad miłosnych? - zaśmiał się Pete.

- Spadaj.

Na scenie Marsh wziął pierwszy akord. Natychmiast dołączyli do niego pozostali i muzyka wybuchła czystym, wibrującym dźwiękiem. Kolejny superprzebój Łupsów. Pete zastanawiał się, czy każdy rockman musi być świrem, żeby tak grać. Doszedł do wniosku, że nie ma to dla niego znaczenia.

- A teraz do rzeczy - Sax uznał, że nadszedł czas na poważną rozmowę o interesach. - Musimy ustalić strategię na sobotę. Chciałbym, żeby na koncercie w Los Angeles pojawiły się setki fanów Łupsów. Tłumy oklaskujące zespół zawsze robią wrażenie na sędziach. Musisz je rozwiesić - i wręczył Bobowi stos żółtych ulotek - w całym mieście. I to zaraz.

- Co powiesz, jeśli zrobię to jutro z samego rana? - zapytał Bob. - Mam zepsuty samochód.

- Naprawię go jeszcze dzisiaj - obiecał Pete.

- Może być - zgodził się Sax. - Ale musisz zacząć naprawdę wcześnie.

Potem spojrzał na scenę, gdzie Łupsy grali i tańczyli w idealnej synchronizacji z rytmem i z partnerami, i dodał:

- Czasem im odbija, ale trzeba przyznać, że umieją grać. Z takim czadem powinni w sobotę zgarnąć pierwszą nagrodę.

Jupiter Jones siedział przy stole i przypatrywał się fragmentom starego szpulowego magnetofonu. Maszyna, wielkości sporego pojemnika na chleb, była poprzedniczką dzisiejszych odtwarzaczy kasetowych. Wszystkie części leżały dokładnie w takiej kolejności, w jakiej Jupiter je wymontował.

Po namyśle uznał, że sprzęt jest w porządku, wymaga jedynie oczyszczenia i regulacji. Za chwilę będzie miał prawie profesjonalny, studyjny magnetofon. Wyobrażał już sobie jakość dźwięku! Z takim sprzętem można nagrywać płyty!

- I co zamierzasz zrobić z tym śmieciem? - zapytał kiedyś Pete ze sceptyczną miną.

Jupiter zignorował ton Pete’a. Bob uśmiechnął się tylko, kiedy Jupe odpowiedział ze zwykłą pewnością siebie:

- Przyszło mi do głowy, że powinniśmy z wujem Tytusem go sprzedać i nieźle na nim zarobić.

Wszyscy trzej byli właśnie w składzie wuja Tytusa. Jupe siedział w małej szopie, w której urządził warsztat. Na jej dachu umieścił antenę satelitarną. Wewnątrz na półkach leżały setki części i układów elektronicznych. Szopa stała obok ich Kwatery Głównej, czyli starej przyczepy kempingowej.

Z drugiej strony przyczepy znajdował się wypaćkany olejem kanał, w którym Pete razem z dalekim kuzynem Jupitera - Tayem Casseyem (o ile Tay był akurat w mieście) - reperowali samochody swoje, przyjaciół, a czasem nawet obcych klientów.

Teraz Pete ślęczał tam nad starym volkswagenem garbusem należącym do Boba.

- Rany, mam ochotę wysadzić to pudło w powietrze - warknął, kiedy zobaczył kolegów spoglądających na niego z góry.

Ujął się pod boki i z ponurą miną spoglądał w silnik samochodu. Garbus nie zapalił poprzedniego dnia po południu. Na szczęście Bob postawił go tuż przed bramą składu, więc bez kłopotu przepchali go do środka.

- Czy dobrze słyszę? - zawołał Bob. - Supermechanik Crenshaw publicznie przyznaje się do porażki?

- Przestań! - Pete nie miał ochoty na żarty. - Tylko Tay umiałby coś z tym zrobić. Jupe, nie wiesz, kiedy on wraca?

- Nikt nic nie wie - odpowiedział Jupiter. - Zwykle daje znać, zanim się pojawi w domu.

Tay miał dwadzieścia siedem lat. Był genialnym mechanikiem, ale jednocześnie nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu. Skład wuja Tytusa był jego bazą wypadową. Pojawiał się zazwyczaj raz w miesiącu na tydzień lub coś koło tego. Ponieważ właśnie mijały trzy tygodnie jego nieobecności, chłopcy mieli nadzieję, że niedługo go zobaczą.

- Chcesz powiedzieć, że z moim samochodem koniec? Pytam nie tylko dlatego, że muszę jutro rano rozwiesić te wszystkie ogłoszenia. - Bob miał zmartwioną minę. - Myślałem, że skoczę jeszcze raz na pchli targ i powęszę za tymi piratami. Do tej pory trafia mnie, kiedy pomyślę o moich pięciu dolarach! Nie mówiąc już o tym, że wieczorem wybieram się z Janą do kina...

- Lepiej sprawdź, czy ona ma samochód - powiedział Pete.

- Rany! - zrezygnowany Bob powlókł się do przyczepy.

Jupiter wrócił do warsztatu.

- Zawór ssania w porządku - przemawiał Pete do silnika. - Dławik w porządku. Wszystkie zawory sprawdzone. Co się z tobą dzieje, autko?

- Jupe! - zawołał Bob, stając w drzwiach przyczepy ze słuchawką w ręku. - Jana powiedziała, że możemy wziąć jej samochód, ale jest u niej koleżanka, która też chce jechać. Co ty na to?

- Co to znaczy: “Co ja na to”? - odpowiedział Jupiter. - Przecież koleżanka Jany nie potrzebuje mojej zgody, żeby pójść do kina.

- Nie udawaj - Bob popatrzył na niego z oczekiwaniem.

Jupiter dobrze wiedział, o co chodzi. Ale prędzej zgodziłby się na spotkanie z uzbrojonym bandytą w ciemnej alei niż na kolejną, upokarzającą randkę w ciemno.

Pete nie mógł się powstrzymać. Wszedł do szopy, żeby usłyszeć, jak Jupiter wywinie się tym razem.

- Jestem zajęty - Jupe pochylił się nisko nad stołem.

- Mówi, że jest bardzo zajęty - powtórzył Bob do telefonu. - Co? No dobrze - powiedział i odwrócił się do Jupitera. - Chce z tobą mówić. Daj spokój, Jupe. Wyluzuj się.

Jupe mruknął coś o tym, żeby Bob poszedł się powiesić. Potem odłożył śrubokręt na miejsce. Powoli odsunął się od stołu. Wreszcie wstał.

Jupiter miał okrągłą twarz, ciemne włosy i - jak to sam określał - był szeroki w pasie. Poza tym cechowała go wybitna inteligencja, dzięki której radził sobie ze wszystkimi problemami, z wyjątkiem dwóch - nadwagi i nieśmiałości wobec dziewczyn.

Chrząknął i z oporami sięgnął po słuchawkę.

- Słucham, tu Jupiter Jones - i w jednej chwili zaczerwienił się po uszy. - Mnie też miło cię poznać... - zamknął oczy i przełknął ślinę. - Nie, nie jestem Skorpionem... Przykro mi, ale mam inne plany na dzisiejszy wieczór. Już nie da się ich zmienić.

- Jupe! - zgodnie wrzasnęli Bob i Pete, słysząc to bezczelne kłamstwo.

- Dziękuję, że o mnie pomyślałaś - zakończył rozmowę Jupe, ignorując okrzyki kolegów.

Oddał Bobowi słuchawkę i otarł pot z czoła.

- No to o siódmej - rzucił Bob do słuchawki, patrząc krzywo na Jupitera. - Też nie mogę się doczekać. Cześć, Jana.

- Już widziałem ten film - obwieścił Jupiter. - Książka jest o wiele lepsza.

I biorąc do ręki śrubokręt, dodał:

- Nie mówiąc o tym, że mam nowy program odżywiania. - Jupiter uznał, że słowo “dieta” niesie za sobą negatywne skojarzenia. - Nazywa się “kromka z masłem”, bo na każdy posiłek trzeba jeść chleb z masłem. Jeśli pójdę do kina, zacznę opychać się prażoną kukurydzą, orzeszkami i batonami. Nie chcę zmarnować całych dwóch tygodni wyrzeczeń.

Poklepał się z nadzieją po brzuchu, który jednak sterczał tak samo jak zwykle.

Bob i Pete spojrzeli na siebie z uśmiechem. Jeśli Jupe coś postanowił, nie było na to siły.

- I jeszcze jedno. Muszę zastanowić się nad dzisiejszymi zdarzeniami na pchlim targu. A swoją drogą, Bob, dlaczego wybuliłeś forsę na pirackie nagrania?

- To była okazja! Trzy kasety za piątkę!

- Czy zechciałbyś powtórzyć, że to była okazja? - Pete popatrzył chytrze na Boba i wszyscy roześmiali się głośno.

- Chciałeś dostać coś za nic - parsknął Jupe - a skończyło się na tym, że nie dostałeś nic za całe pięć dolców.

- Zejdź ze mnie, Jupe. Sam czatujesz na okazje. Oni mnie okantowali. I to jest świństwo. Zbyt ciężko pracuję na chleb.

- Jak myślicie, czy ci dwaj mogli być oszukanymi klientami?

- A kim innym? - szybko odpowiedział Pete.

- Nie wiem - pokręcił głową Jupiter. - Wydaje mi się tylko, że oszukany klient zawsze żąda zwrotu pieniędzy. Czy oni mówili coś o pieniądzach?

- Jeden coś krzyczał, ale w obcym języku - odpowiedział Bob.

- No to dalej nic nie wiemy. Czy któryś z was zapamiętał przynajmniej numer rejestracyjny furgonetki?

Pete otworzył usta. Obaj z Bobem popatrzyli na siebie ze wstydem.

- Nie - przyznali.

Jupiter pokiwał ciężko głową. Zachowali się jak amatorzy.

- A może jest coś, jakiś ślad, o którym zapomnieliście? Słowo, rzecz...

Niespodziewanie dla wszystkich Pete skoczył na równe nogi i pognał do przyczepy.

- Nie zadzwoniłem do Kellyl - krzyknął przez ramię. - Pomyśli, że o niej zapomniałem.

- Spójrz prawdzie w oczy. Naprawdę o niej zapomniałeś - rzucił za nim Jupiter z nieodpartą logiką i zabrał się do czyszczenia śrub.

Analizował wydarzenia sprzed paru godzin. Chodziło o coś więcej niż pięć dolarów Boba. Szarpanina była ważniejsza. Nie miał już wątpliwości, że pojawiła się nowa sprawa do rozwiązania.

Bob też myślał o nieudanej transakcji. Był rozczarowany swoim zachowaniem. I wściekły na siebie. Zachował się jak głupkowaty chytrus. Nic dziwnego, że został wystawiony do wiatru. Wydawało mu się, że coś sobie przypomina. Zamazany obraz przepłynął przed oczami. Ale nie zdołał go zatrzymać.

Nagle klepnął się w czoło. Ze też wcześniej nie przyszło mu to do głowy! Złapał za słuchawkę, kazał Pete’owi, który wciąż rozmawiał z Kelly, natychmiast się rozłączyć, i zadzwonił do biura numerów. Poprosił o telefon do administracji targowiska. W pośpiechu zapisał numer na dłoni i kręcił dalej.

- Szósta alejka licząc od estrady - podnieconym głosem mówił do aparatu. - Tak, chodzi mi o stoisko z kasetami. Dziękuję - znowu nabazgrał coś na ręce.

- Stoisko wynajął niejaki Prem Manurasarda, zamieszkały w Rocky Beach, ulica San Martin 434 - oznajmił Jupiterowi, który natychmiast sięgnął po książkę telefoniczną.

- Nie ma takiej osoby - powiedział po chwili.

Zadzwonili znowu do biura numerów. Nie było abonenta o tym nazwisku.

- Sprawdźmy adres - Bob nie zamierzał się poddać.

- Musimy iść do komputera. Mam w nim rejestr telefonów według ulic.

Jupiter trzymał komputer w przyczepie ze względu na klimatyzację. Już od drzwi słychać było Pete’a.

- Ależ - tłumaczył się - oczywiście, że o tobie pamiętam. Cały czas.

Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Jupiter natychmiast włączył komputer.

- Mam odpowiedź, ale wątpię, czy ci się spodoba - powiedział po chwili. - jest San Martin 432 i 436. Nie ma 434.

- Co to znaczy?

- Albo to pusta parcela, albo na ulicy jest tak ciasno, że nie zmieścił im się dom pod 434.

- Fałszywy adres - jęknął Bob. - Nasz jedyny trop!

Jupiter z podejrzaną radością kiwnął głową.

- To mnie nie powstrzyma - oznajmił Bob kategorycznie - Mam zamiar złapać tych oszustów bez względu na koszty.

ROZDZIAŁ 5

TAJEMNICZE SZPULE

Następnego ranka ciepłe promienie słońca obudziły Boba. W kompletnym popłochu usiadł na łóżku. Przecież od świtu miał rozlepiać ulotki o sobotnim występie Łupsów! Całkiem o tym zapomniał!

Randka z Janą udała się nadzwyczajnie i on, nieszczęsny idiota, zapomniał o całym świecie! Aż się wzdrygnął, kiedy spojrzał na zegarek. Była dziesiąta! Na domiar złego wciąż nie miał samochodu.

Ubierając się pospiesznie, myślał o jakimś sensownym rozwiązaniu.

- Warto spróbować - mruknął do siebie i pognał do holu, żeby zadzwonić.

W domu było cicho. Oboje rodzice dawno wyszli do pracy. Ojciec Boba był reporterem i wcześnie zaczynał dzień, mama pośredniczyła w handlu nieruchomościami i często załatwiała sprawy w mieście.

Wystukał numer i odchrząknął, przygotowując się do rozmowy.

- Cześć, Sax. Mówiłem ci wczoraj o samochodzie, prawda? No więc Pete wciąż nie może go naprawić... i... chciałem zapytać... czy nie pożyczyłbyś mi karawanu? - Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź.

- Bierz go, chłopcze - Sax wyraźnie się spieszył. - Tylko chcę tu widzieć twoje zwłoki natychmiast! Musimy porozmawiać! - i rzucił słuchawkę.

Bob odetchnął z ulgą. Ale ma wspaniałego szefa! Teraz musi gnać. Najlepiej na rowerze! Ulotki wrzuci do plecaka. Powinny się zmieścić.

Wyciągnął spod łóżka karton ze szkolnymi śmieciami i sięgnął po plecak. Nagle zauważył coś dziwnego. Między jego rupieciami leżała brązowa papierowa torba. Nie było jej tam przedtem. Zajrzał do środka i zobaczył dwa płaskie pudełka z napisem “Amplex. Taśma 1/4 cala”.

W pierwszym była szpula z taśmą magnetofonową nawiniętą na grubość co najmniej dziesięciu cali. W drugiej - to samo. Szpule oznaczone były cyframi 1 i 2.

Zdziwiony wpatrywał się w torbę. Skąd wzięła się w jego rzeczach? I co zawierają taśmy?

Nagle zadźwięczały mu w uszach słowa Saxa. Przecież miał się natychmiast u niego zjawić! Wcisnął ulotki do plecaka i ze znalezionymi taśmami pod pachą wskoczył na rower. Pojechał prosto do składu staroci wuja Tytusa.

Jupiter był już w szopie.

- Co to jest? - znieruchomiał z kromką chleba z masłem w powietrzu, kiedy Bob rzucił mu na stół dwa białe pudełka.

- Jupe, sprawdź to, dobra? Muszę lecieć. Znalazłem je w swoich szkolnych rzeczach. Strasznie się spieszę. To może być coś ważnego. Nie mam teraz czasu...

- Nic już nie mów! - Jupiterowi zabłysły oczy.

Wcisnął do ust cały chleb, złapał pudełka i dokładnie się im przyjrzał. Czuł, jak dreszcz podniecenia przelatuje mu po krzyżu. Uwielbiał takie chwile.

Tymczasem Bob pedałował co sił do domu Saxa, odległego zaledwie o milę. Drzewa, przechodnie, zaparkowane samochody przelatywały obok niego w pędzie. W pewnej chwili zauważył kątem oka ciężarówkę jadącą po jego prawej stronie. Chociaż miał głowę zaprzątniętą innymi sprawami, niebieski zwalisty dodge wydał mu się znajomy. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, skąd go zna. Przecież taką furgonetką uciekli wczoraj piraci. Z okna samochodu wyglądała twarz o znajomych, azjatyckich rysach. To ten facet sprzedał mu lewe kasety. Co on tutaj robi?

- Hej, ty - wrzasnął Bob. - Oddawaj moje pięć dolarów!

Azjata cofnął się gwałtownie.

- Prem! - zawołał do kierowcy.

Za kierownicą siedział obrzydliwy typ z blizną. Bob usłyszał, że mówią coś szybko w obcym języku. Tym razem nie da się wykiwać! Zapamięta numer rejestracyjny!

Ciężarówka jechała jednak zbyt blisko. Widział tylko jej niebieski bok. Nagle gwałtownie przyspieszyła. Bob wytężył wzrok, czekając aż pokaże się tylna tablica. Zobaczył tylne drzwi i... nic więcej. Tablica była pokryta grubą warstwą zaschniętego błota. Potem kierowca gwałtownie skręcił i dodge zniknął za rogiem.

Przeklinając swój zepsuty samochód, Bob popedałował do Saxa. Nie miał pojęcia, co myśleć o tym spotkaniu.

Bob i Celesta siedzieli na składanych płóciennych krzesłach w biurze Saxa. Dookoła na ścianach wisiały fotosy z autografami wszystkich artystów i zespołów, których promowała agencja Rock-Plus.

Sax z zatroskanym wyrazem twarzy chodził z kąta w kąt jak zamknięte w klatce zwierzę - od starego pianina do nowoczesnej wieży i z powrotem.

- Rzecz w tym, dzieciaki - mówił - że muszę natychmiast jechać do Omaha i zaopiekować się mamą. Lekarze mówią, że to nie jest bardzo poważna operacja, ale uważam, że muszę tam być, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Przerwał, oparł się ciężko o biurko i próbował się uśmiechnąć.

- Teraz wy w dwójkę musicie prowadzić biuro. Wiem, że sobie dacie radę.

- A co z występem Hula Łupsów? - zaniepokoił się Bob.

- Wrócę w sobotę rano. Pilnujcie, żeby się nawzajem nie pozabijali. I nie brali z nikim ślubu.

- Dobra - uśmiechnął się Bob.

- Opowiedziałem Celeście o tym, co działo się wczoraj... Celesta, studentka college’u, pracowała na pół etatu jako sekretarka Saxa. Była wysoką, postawną blondynką i prezentowała się wspaniale.

- Maxi i Marsh zawsze zachowują się histerycznie - powiedziała. - Ciekawa jestem, czy kiedyś się zejdą?

- Nie myślę, żeby świat był gotów na taką kombinację - oznajmił Sax. - To piorunująca mieszanka.

Śmiali się jeszcze, kiedy zadźwięczał dzwonek u drzwi.

- Spodziewasz się kogoś? - zapytała Celesta wstając.

- Nie. Mnie już zresztą tu nie ma - Sax wyciągnął spod biurka zakurzoną skórzaną teczkę i wepchnął do niej plik papierów. - Muszę zostawić trochę miejsca na bieliznę - mruknął do siebie.

Bob wstał.

- Prawda, karawan - przypomniał sobie Sax, rzucając Bobowi kluczyki. - Kiedy skończysz robotę, oddaj kluczyki Celeście. Nie zamartwiaj się Łupsami. Ulotki są w tej chwili najważniejsze. A oni wyczerpali już tygodniowy limit awantur.

- Obyś miał rację.

Właśnie się żegnali, kiedy w drzwiach stanęła Celesta.

- Pan John Henry Butler do ciebie - powiedziała.

- Ja tylko na sekundę, Sendler - usłyszeli nosowy głos z pokoju obok. - Przykro mi, że zabieram twój cenny czas, ale byłbym zachwycony, gdybyś zgodził się poświęcić mojej marnej osobie chwilę. Jeśli pozwolisz, chciałbym porozmawiać o tej sensacyjnej grupie, którą się zajmujesz. Jak oni się nazywają? Jakoś dziwnie. Hula Łups, prawda?

Celesta nie odsunęła się od drzwi nawet na krok. Nie miała zamiaru wpuścić Butlera, zanim nie usłyszy zgody szefa.

- Ale sobie wybrał chwilę - mruknął Sax, przewracając oczami.

John Henry Butler był jednym z najbardziej wpływowych krytyków muzyki pop w całej południowej Kalifornii. Jego recenzje ukazywały się dwa razy w tygodniu w największym dzienniku Los Angeles. Wszyscy wiedzieli, że jednym zdaniem może zrobić gwiazdę z całkiem nieznanego artysty.

Sax podjął szybką decyzję.

- Jack! - zawołał uśmiechając się szeroko i wyszedł Butlerowi naprzeciw. - Bardzo mi miło, że wpadłeś. Wejdź, proszę. Zrób nam kawę, Celesto, dobrze?

Bob usunął się z drogi, kiedy Sax wprowadził do pokoju niskiego, kulfoniastego człowieka około pięćdziesiątki, z małymi, niebieskimi oczkami i przerzedzonymi, siwymi włosami. Cały pokój wypełnił się od razu zapachem drogiej wody kolońskiej.

- Oto mój asystent, Bob Andrews.

- Niezwykle mi miło. Czy mam przyjemność poznać jednego z członków zespołu Hula Łups? - Butler z ciekawością mierzył Boba od stóp do głów.

- To mój asystent - powtórzył Sax.

- Sax jest bardzo miły - powiedział Bob, wyciągając rękę - ale naprawdę jestem tylko jego chłopcem do wszystkiego.

- Ooo! - Butler wyglądał, jakby chciał cofnąć dłoń. Pozwolił jednak uścisnąć Bobowi czubki swoich palców i natychmiast schował rękę do kieszeni wytwornej jedwabnej marynarki. “Chyba po to, żeby ją zdezynfekować” - pomyślał Bob, ale głośno powiedział:

- Miło mi pana poznać.

- Nie mam co do tego wątpliwości - mruknął Butler do Saxa i przeszedł do sprawy. - Rozważam w myślach pewien pomysł. Zastanawiam się, czy nie ogłosić, że Hula Łups są moimi faworytami na zwycięzców konkursu Cokkera. Nie uważasz, że to wspaniałe?

Saxowi na moment opadła szczęka. Szybko się jednak pozbierał.

- Świetny wybór, Jack. Dowodzi spostrzegawczości.

Butler obejrzał dokładnie oba płócienne krzesła, zanim zdecydował się usiąść na jednym z nich. Zawsze nieprzenikniony Sax, teraz aż czerwony z wrażenia, usiadł za biurkiem. Bob cicho wysunął się z pokoju.

W sekretariacie szalała Celesta. Była wściekła. Z hukiem ustawiła na biurku dwa kubki i sięgnęła po słoik z kawą.

- Uszczypnął mnie - powiedziała z gniewnym błyskiem w oku. - Możesz w to uwierzyć?! Ten obleśny staruch! Stał za mną w drzwiach i śmiał mnie uszczypnąć! Świnia. Gdyby nie to, że Saxowi zależy na jego opinii, dałabym mu w twarz.

- I dobrze byś zrobiła - zgodził się z nią Bob. - To palant. Co prawda, szczypiąc właśnie ciebie, wykazał, że ma dobry gust - dodał.

- Baaardzo ci dziękuję za taki komplement - Celesta rzuciła na tacę łyżeczki i cukier. - Idę. Niech sobie ma tę swoją kawę. Ale jest wstrętny, prawda? Wygląda jak tłusta, biała ropucha.

Bob roześmiał się. Miała rację. Butler rzeczywiście wyglądał jak tłusta ropucha. Na szczęście Celesta też zaczęła się śmiać.

Bob z szacunkiem prowadził błyszczącego, czarnego cadillaca przez ulice Rocky Beach. Gdziekolwiek się pojawił, ludzie przystawali i oglądali się za długim, eleganckim pojazdem.

Sax kupił karawan dziesięć lat temu na aukcji zabytkowych aut, dodał tylne siedzenie i doprowadził cały samochód do nienagannego stanu. Wewnątrz była oryginalna, skórzana tapicerka i deska rozdzielcza z orzechowego drewna. Była to prywatna własność Saxa, chociaż czasami agencja używała cadillaca do celów transportowych.

Bob z szacunkiem ustawił samochód obok parkometra, złapał plecak i wyskoczył na chodnik. Ta część śródmieścia pełna była małych kafejek i barów, w których przesiadywali uczniowie i studenci. Uznał, że w takim miejscu znajdzie najwięcej fanów rocka, którym należy przypomnieć o udziale Łupsów w sobotnim konkursie.

Przypinał ulotki do tablic informacyjnych po obu stronach ulicy, zostawiał je na słupach ogłoszeniowych, wchodził do wszystkich sklepów, pytając czy może przylepić afisze na oknach wystawowych. Po godzinie wytężonej pracy wstąpił do baru na pączka. Odczekał chwilę w kolejce, myśląc co dalej.

Zdecydował, że przejdzie na główną ulicę Rocky Beach i zostawi ulotki w księgarniach i kawiarniach, których było tam mnóstwo. Skończył pączka, oblizał palce i skierował się skrótem w tamtą stronę.

Zrobił zaledwie kilka kroków. Nagle usłyszał dziwny hałas w bramie, którą właśnie mijał. Zawahał się przez chwilę i już miał się odwrócić, kiedy ktoś zarzucił mu na głowę grubą, czarną płachtę, złapał za ręce i zdarł z ramion plecak.

Nie dosyć, że nic nie widział, to jeszcze nie mógł się poruszyć.

ROZDZIAŁ 6

PĘDEM PRZED SIEBIE

Bob stał w ciemności, kompletnie ogłupiały. Dochodziły do niego jedynie stłumione dźwięki ulicy. Ktokolwiek go trzymał, nie mówił nic. Co dziwniejsze - nic nie robił.

- Kto to? - zapytał Bob głośno, starając się zachować spokój.

Usłyszał tylko szelest.

Nagle uświadomił sobie, że ma wolne nogi i że jest trzymany od tyłu. Szybkim i precyzyjnym ruchem pochylił się do przodu i wykonał kopnięcie w tył znane wszystkim karatekom jako ushiro-kekomi.

Trafił. Usłyszał jęk bólu. Człowiek, który go trzymał, zwolnił uścisk. Bob poleciał do przodu. Na szczęście, on i Pete ćwiczyli karate regularnie!

Za plecami usłyszał oddalające się kroki. Zdarł czarną szmatę z głowy i spojrzał w uliczkę. Pusta. Nie miał pewności, czy napastnik był jeden, czy było ich dwóch.

Pod jego nogami leżał plecak i rozrzucone ulotki. Bob dokładnie pamiętał, że zaciągał suwak, stojąc w kolejce po pączka. Napastnik musiał więc celowo otworzyć go i wyrzucić całą zawartość na ziemię.

Komu mogło zależeć na ulotkach? A może facet szukał czegoś innego? Na przykład dwóch pudełek z taśmami, które nie wiadomo jakim cudem znalazły się dziś rano wśród jego rzeczy?

Dopiero o wpół do trzeciej po południu Bob wsiadł na rower i popedałował do składu staroci. Wcześniej musiał odprowadzić karawan i oddać Celeście kluczyki. Przy okazji sprawdzili, czy wśród Łupsów panuje spokój.

Przejeżdżając przez bramę składu, omal nie spadł z roweru. Wokoło słychać było wspaniałe, krystalicznie czyste dźwięki rock’n’rolla! Dochodziły najwyraźniej z szopy Jupitera. Bob zajrzał do środka. Jupe i Pete siedzieli na krzesłach, z nogami na stole i rękami założonymi za głowę, i z błogimi minami wsłuchiwali się w muzykę.

Na podłodze leżał talerz z okruchami czegoś, co już zostało zjedzone.

- Kto to? Barbarzyńcy? - zapytał Bob stłumionym głosem.

- Ciii - odpowiedział Pete.

Jupiter nawet nie otworzył ust. Na ogół nie przepadał za rockiem, ale teraz siedział z przymkniętymi oczami, kompletnie zatracony w innym świecie. “To lepsze niż chleb z masłem” - myślał.

Bob oparł rower o swojego volkswagena i przysiadł obok nich. Muzyka dochodziła ze starego magnetofonu, w którym Jupiter grzebał przez kilka ostatnich dni. Bob przyjrzał się uważnie urządzeniu i wybałuszył oczy. Jeśli go wzrok nie mylił, słuchali właśnie taśmy, którą dał Jupiterowi dziś rano do identyfikacji!

- Chłopaki... - zaczął.

- Ciii! - zgodnie powiedzieli Jupiter i Pete.

Bob kiwnął głową, zamknął oczy i zaczął słuchać. Mieli rację. O wszystko można zapytać później. Teraz trzeba oddać się wspaniałej muzyce. Co za jakość nagrania!

Taśma się skończyła, a oni wciąż nic nie mówili.

- A więc do tego służy twój szpulowy magnetofon - przerwał ciszę Bob.

- Niesamowite, co? - Jupiter był bardzo zadowolony z siebie. - Wyobraźcie sobie, że całe urządzenie to wysokiej klasy...

- Jupiter, nie teraz - Pete wiedział, że jeśli od razu nie przerwie koledze, zostaną zmuszeni do wysłuchania dwudziestominutowego wykładu. - Potrzebne nam informacje. Bob, skąd masz te taśmy?

Bob opowiedział, jak znalazł je w pudle ze szkolnymi rupieciami.

- Kto je tam wsadził? - dopytywał się Pete.

- Sam chciałbym to wiedzieć. Zgadnijcie, kogo spotkałem dziś rano?

I Bob opowiedział o niebieskim dodge’u.

- Z tego, co słyszałem, wynika, że duży z blizną to Prem Manurasarda - zakończył historię Bob. - Ten mniejszy zwracał się do niego “Prem”.

- Czy... - zaczął Jupiter.

- Czytam w twoich myślach - nie dał mu dokończyć Bob - ale tablica rejestracyjna była zachlapana grubą warstwą błota i całkowicie nieczytelna.

- To wbrew prawu stanu Kalifornia - powiedział Jupiter poważnym tonem.

- A czego się spodziewasz po ludziach, którzy handlują lewymi kasetami, kradną czyjeś pięć dolców i wdają się w ostre mordobicia? - rzucił Pete.

- Nie wiecie jeszcze o jednym - i Bob opowiedział o tym, jak został napadnięty.

- Dziwne - Jupiter wypchnął dolną wargę, intensywnie myśląc. - Wydaje się, że to seria nie powiązanych niczym wypadków.

- Nie całkiem - zaprotestował Pete. - To musi mieć coś wspólnego z awanturą na pchlim targu.

- Chwileczkę! - Bob zmarszczył brwi i przeczesywał palcami blond włosy.

Przypominał sobie coś, ale nie był całkiem pewien. Kiedy upadł i uderzył się w głowę... Wszystko dookoła niego pływało w powietrzu... Widział wtedy...

Jupe i Pete nie spuszczali z niego oka.

- Pamiętam... pamiętam tego mniejszego pirata. Unosił się nad moim pudłem. Wtedy myślałem, że chce je ukraść. A mógł włożyć coś do środka!

- Hmmm - mruknął Jupiter, któremu okrągła twarz aż pojaśniała z zadowolenia. - Można pokusić się o pewną hipotezę. Załóżmy, że te dwie szpule łączą wszystkie wydarzenia. Czterej mężczyźni pobili się właśnie o nie. Widziałeś małego pirata obok swojego pudła, a z tego wynika, że para sprzedawców z pchlego targu miała szpule i taśmy najpierw. Tamci dwaj przyszli im je odebrać.

- A jak wytłumaczyć, że niebieska furgonetka jechała za mną dziś rano?

- Jakoś cię wyśledzili - powiedział Pete. - Może mówiłeś przy nich coś o Saxie. Albo o Łupsach.

- Może - zgodził się Bob. - Albo ja, albo ty.

- W porządku - Jupiter chodził wokół stołu. - Załóżmy, że mały schował taśmy. Może myślał, że pudło należy do ludzi z sąsiedniego stoiska. Potem wrócił i okazało się, że tam nikt nic nie wie. Wtedy przypomniał sobie o tobie. Leżałeś przecież niedaleko - pudła. Potem skojarzył, że rozmawialiście o Saxie i Łupsach. Wystarczyło sprawdzić w informacji adresowej - i już wiedzieli, gdzie jest agencja. Prawdopodobnie przyjechali rano, żeby sprawdzić biuro Saxa.

- I kto nakrył ich na gorącym uczynku? - zaśmiał się Pete. - Najszybszy cyklista w tym mieście - Superbob. Bob nie wydawał się rozśmieszony.

- Zobaczyli, że wchodzisz do środka - ciągnął Jupiter - i czekali. Potem wystarczyło już jechać za karawanem i znaleźć okazję, żeby przeszukać plecak.

- Bo plecak leżał na samym wierzchu szkolnych rupieci.

- Tak - Jupiter zadowolony usiadł i skrzyżował ręce na piersiach. - Wydarzenia wiążą się z nieodpartą logiką.

- Tak, to się trzyma kupy - zgodził się Bob.

- Co więcej - dodał Pete - Jupiter może nawet mieć rację.

- Ja mam rację - parsknął Jupe.

Obejrzeli dokładnie taśmy.

- Co o nich wiemy? - zapytał Bob.

- Studyjna jakość nagrania - odpowiedział natychmiast Jupe. - Mój szpulowy magnetofon ma piętnaście ipsów. To określenie prędkości obrotów - wyjaśnił, widząc ich zdziwione spojrzenie. - Piętnaście cali na sekundę. Zwykłe, amatorskie magnetofony mają dwa razy mniejszą. Twoje taśmy są przystosowane do piętnastu ipsów.

- Jakie znaczenie ma szybkość obrotów? - zapytał Pete.

- Im szybciej taśma przechodzi obok głowicy nagrywającej, a potem - odtwarzającej, tym wierniejszy dźwięk. Dzieje się tak dlatego, że większa prędkość umożliwia lepsze nagranie dźwięków o wysokiej częstotliwości. I jeszcze jedno - profesjonalne taśmy są szersze od taśm używanych w kasetach. Mają jedną czwartą cala. W kasetach jest jedna ósma cala.

- No dobrze. Rozumiem, że to profesjonalne nagranie, ale dlaczego szła o nie taka wojna? - zastanawiał się Bob.

Chłopcy popatrzyli po sobie niepewnym wzrokiem.

- Jestem prawie pewien, że to grają Barbarzyńcy - odezwał się po chwili Bob.

- Który album?

- Nie wiem, nie rozpoznałem piosenek.

- Posłuchajmy, co jest na drugiej szpuli - Jupiter sięgnął po następne białe pudełko. - Wydaje się, że muzyki starczy na całą płytę.

- Mógłbym tego słuchać cały dzień - rozmarzył się Pete.

- Ciekawe. Czy to znaczy, że Kelly nie wymyśliła ci żadnych zajęć na dzisiaj? - droczył się z nim Jupiter.

- Pokazała się nowa kolekcja ciuchów i Kelly poszła z mamą na zakupy. Wrócą dopiero późnym popołudniem. Kelly powiedziała, że do tego czasu mnie nie potrzebuje.

Jupe parsknął, a Bob roześmiał się głośno.

- Albo zaczniemy słuchać, albo wykładam na stół kilka pysznych czekoladowych batoników. Mogę też opowiedzieć historię pewnego młodego człowieka, który przez roztargnienie umawia się z dwiema różnymi dziewczynami jednego wieczoru.

Jupe pospiesznie założył szpulę. Wysłuchali całego nagrania, a potem wrócili do poprzedniego. Przecież Bob musiał poznać całość!

- To na pewno Barbarzyńcy - powiedział w końcu. - Ale nie znam żadnej piosenki. Albo są bardzo stare, albo całkiem nowe.

- Też nigdy ich nie słyszałem - dodał Pete. - A ty, Jupe?

Jupiter pokręcił głową.

- Nic nie słychać o Tayu? - przypomniał sobie Bob, patrząc na swojego garbusa.

- Ani słowa. Przykro mi.

Bob z westchnieniem ruszył w kierunku roweru, gdy nagle Pete zaproponował, że go podwiezie. Miał wyrzuty sumienia, że nie udało mu się naprawić volkswagena.

- To najlepsza propozycja, jaką dziś otrzymałem - uznał Bob. Wrzucili rower do bagażnika żółtego chevroleta, rocznik 1967, i pojechali do domu Boba.

- Ci Barbarzyńcy naprawdę są super, nie? - upewniał się Pete.

Tak jak Bob nie wiedział nic o samochodach, tak on w żadnym wypadku nie uważał się za eksperta od muzyki.

- Taaa. Są bardzo popularni, wszystkie ich albumy świetnie się sprzedają. Muzycznie są bez zarzutu.

Wjechali na podjazd przed domem Andrewsów.

- Wejdź. Zrobimy sobie coś do jedzenia. Umieram z głodu. Zjadłem dziś tylko jednego pączka.

Pete poczuł, że kiszki grają mu marsza.

- Świetny pomysł!

Wypchali sobie długie bułki wszystkim, co tylko znaleźli w lodówce. Bob wyjął karton soku. Usiedli przy stole ciesząc się z uczty, jaka ich czeka, gdy nagle nad ich głowami zaskrzypiały deski.

- Twoi starzy są w domu? - zdziwił się Pete.

- Nie. W pracy - Bob otworzył szeroko usta, żeby ugryźć kanapkę. - To stary dom.

- Tak. W starych domach zawsze skrzypią podłogi.

Nagle Pete krzyknął głośno. Bob odwrócił się, żeby zobaczyć, o co mu chodzi, i zamarł. W oknie pojawiły się dwie wielkie stopy. Potem - całe nogi. Ktoś opuszczał się z piętra po linie.

Wypadli obaj na podwórko. Facet o blond włosach sterczących jak druty wylądował właśnie lekko na ziemi.

- To typ z pchlego targu - wykrzyknął Bob.

- Gdzie one są? - zapytał blondyn.

- Co? - nie zrozumiał Pete.

- Taśmy! - warknął tamten. - Oddawać je natychmiast!

ROZDZIAŁ 7

TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIE

Jupiter wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w grube szpule taśmy, które leżały przed nim na stole. Intuicja podpowiadała mu, że jest o krok od rozwiązania ich tajemnicy, ale - jak dotąd przynajmniej - praktyka wskazywała na coś innego.

Raz po raz odtwarzał w głowie wszystkie zajścia z poprzednich dwóch dni: od wydarzeń na pchlim targu po atak na Boba.

“Faceci z niebieskiego dodge’a będą bardzo trudni do wytropienia” - stwierdził. Na targowisku podali fałszywy adres. W okolicach Rocky Beach można spodziewać się setek niebieskich ciężarówek tej marki. Bez numeru rejestracyjnego łatwiej znaleźć igłę w stogu siana!

Gdyby chociaż znać ich narodowość. Tak naprawdę określenie “Azjata” mogło oznaczać wszystkich od Wietnamu po Mongolię.

Jupiter wydął wargi. Pozostawały taśmy. Jeśli miał rację, to one właśnie były kluczem do całej sprawy. Co o nich wiadomo? Po pierwsze - Bob uważał, że nagrał je zespół rockowy pod nazwą Barbarzyńcy. Po drugie - nigdy dotąd nie słyszał tych piosenek. Czy to naprawdę wszystko?

Jupiter uśmiechnął się i poszedł do przyczepy. Zanim usiadł przed komputerem, sprzątnął z widoku opakowania chrupek i innych przekąsek. Potem wywołał DataServe - informacyjną bazę danych, do której był podłączony za niewielką miesięczną opłatą.

Wystukał na klawiaturze hasło: “przemysł muzyczny”. Poczekał, aż na ekranie pokaże się żądany dział, i dopisał: “Barbarzyńcy”. Wkrótce na czarnym ekranie pojawiły się żółte litery: miał przed sobą nazwiska i daty urodzenia członków zespołu, instrumenty, na jakich grają, dane dotyczące menadżerów grupy, trasy koncertowe, tytuły płyt, nagrody... Wszystko, włącznie z nazwą wytwórni nagraniowej, z którą Barbarzyńcy byli związani.

Galactic Sounds, Inc. była wielką, znaną firmą z siedzibą w Los Angeles. Jupiter przepisał do notesu adres, numer telefonu i nazwisko prezesa zarządu, uśmiechnął się do siebie i podniósł słuchawkę.

Blondyn miał bezczelny, zimny wyraz twarzy. Patrzył na nich wodnistoniebieskimi oczami, które wydawały się pozbawione rzęs. Nosił czarny dres i rękawiczki. Rozstawił szeroko nogi, w każdej chwili gotowy do ataku.

- Dlaczego tak ci zależy na tych taśmach? - zapytał nagle Pete.

- A więc jednak je macie! - wrzasnął tamten.

- Kolega zadał czysto teoretyczne pytanie - Bob próbował ratować sytuację.

- Słuchaj, śliczny chłopaczku - blondyn złapał Boba za ramię i mocno ścisnął - nie próbuj robić sobie ze mnie jaj!

Pete wyprostował się, był gotowy do walki w obronie Boba.

- Łapy przy sobie - Bob wyswobodził się z uścisku.

“Szarpanina dwa razy dziennie to za dużo” - pomyślał i warknął wściekły:

- Oczu nie masz? Oddaliśmy je tym faciom z niebieskiego dodge’a.

- Już ci mówiłem, żebyś nie robił sobie... - zaczął blondyn i zrobił krok w kierunku Boba.

Nie zdążył dobrze się zamierzyć, kiedy Pete skoczył w przód i zadał mu prosty, silny cios w brzuch, zwany w karate tatezuki.

Facet pochylił się, poleciał w bok, a potem zaczął uciekać.

- Pete! - krzyknął Bob i obaj rzucili się w pogoń.

Przeskoczyli przez płot i sadzili długimi krokami w stronę czerwonego forda pinto, do którego zmierzał blondyn. Niestety. Zawarczał motor i w jednej chwili samochód ruszył. Zanim zniknął za rogiem, chłopcom udało się jedynie zauważyć trzy pierwsze litery na tablicy rejestracyjnej: YBH.

- Kurczę! - złościł się Pete. - Myślałem, że go dogonię! Z połową numeru rejestracyjnego możemy go szukać do śmierci.

- I tak by nam nic nie powiedział - uspokajał go Bob. - Na szczęście nie udało mu się niczego od nas wyciągnąć!

A jednak Pete wciąż pomrukiwał ze złości. Wracali powoli do domu, gdy nagle popatrzyli na siebie, tknięci tą samą myślą.

- Szybko na górę - Pete rzucił się do schodów, a Bob za nim.

- O nie! - rozległo się jęknięcie Boba, kiedy wpadli do jego pokoju.

Oniemiali patrzyli na zdemolowane wnętrze. Zerwane plakaty zwisały w strzępach ze ścian. Zawartość wszystkich szuflad była wywalona na podłogę. Ubrania, papiery, pióra, ołówki, jakieś pamiątki - wszystko przemieszane, kłębiło się w każdym kącie. Blondyn musiał być wściekły.

Bob podniósł z ziemi tekturową teczkę z fragmentem “Cyklu życia muszki...”. Obok leżały inne rzeczy, które przyniósł ze szkoły.

- Wygląda na to, że dobrał się do mojego pudła - powiedział.

- Ale nie znalazł tego, czego szukał.

- Nie. Jupe miał rację - im wszystkim chodzi o taśmy.

- Jupe - powiedzieli równocześnie - musi natychmiast schować taśmy!

Pobiegli do holu zatelefonować. Po czwartym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka.

- Nie ma go? - nie dowierzał Pete.

Bob potrząsnął głową, odczekał chwilę i nagrał wiadomość:

- Jupe, tu Bob. Schowaj taśmy! Szuka ich pewien typ. - Zastanowił się i dodał: - Miej oczy otwarte na wszystko. Ten facet to twarda sztuka. Zaraz u ciebie będziemy.

- Gdzie on, do diabła, polazł? - zastanawiał się Pete, kiedy zbiegali po schodach. - Przecież dopiero co tam byliśmy.

- Mnie się pytasz?

Wskoczyli do chevroleta.

- A co będzie, jeśli ten łotr porwał Jupitera? - denerwował się Pete i przycisnął pedał gazu.

- Dlaczego by miał to zrobić?

- A bo ja wiem? Może myślał, że Jupe za dużo wie, albo coś podobnego... Sam wiesz, że Jupe nie bardzo umie się bić, nawet po roku ćwiczeń dżudo.

Wjeżdżali już w bramę składu rupieci. Pete podjechał pod samą szopę.

- Jupe!

- Jupe, gdzie jesteś?

Przeszukali szopę i przyczepę.

- Nie ma go - powiedział Bob. - I taśmy też zniknęły.

ROZDZIAŁ 8

POWAŻNE OSTRZEŻENIE

- Pomyśl rozsądnie - przejęty Bob odwrócił się do Pete’a. - Przyjechaliśmy natychmiast. Ten drań nie miałby czasu, żeby wpaść tu, znaleźć taśmy, złapać Jupitera i odjechać.

- No więc kto to zrobił?

- Tamci dwaj ze stoiska z lewymi kasetami - odpowiedział Bob. - Mały i ten z blizną.

- To by było kiepsko. Naprawdę kiepsko.

- Musimy się rozejrzeć. Może ktoś tu jest.

Obaj zaczęli przeczesywać skład, ignorując zupełnie klientów, którzy grzebali w poszukiwaniu skarbów.

- Hej!

- Jest tu kto?

Wokoło piętrzyły się wysokie sterty kupy rupieci. Stare lalki bez głów, śrubokręty dla mańkutów, części do starych samochodów, deskorolki, księgi pamiątkowe wystaw światowych, klatki dla ptaków... Wszystko było świadectwem kolekcjonerskiej pasji wuja Tytusa. Według niego każda rzecz jest cenna, w każdym rupieciu tkwią nieograniczone możliwości, które trzeba jedynie odkryć.

Nagle usłyszeli śpiew. Dochodził zza wysokiej sterty gratów. Nareszcie!

- Ciociu Matyldo! - zawołali.

Matylda Jones podniosła głowę i uśmiechnęła się do nich promiennie. Była kobietą sporego wzrostu, o łagodnej twarzy, gołębim sercu i o niezwykłym wprost talencie postępowania z młodymi chłopakami. Teraz, kiedy ci młodzi chłopcy mieli już po siedemnaście lat, a Jupiter sam zrobił komputerową inwentaryzację gigantycznych zasobów składu, ciotka Matylda uznała, że może popuścić im cugli. W praktyce znaczyło to, że trzęsie teraz tylko wujem Tytusem, Kurtem i Hansem, którzy u nich pracowali, no i całym składem staroci Jon esów.

- Czy jest tu gdzieś Jupe? - Bob z całych sił starał się nie okazywać zdenerwowania.

Matylda podniosła żarówkę ze stosu zabrudzonych lamp i delikatnie ją odkurzyła.

- Tak. Wydaje mi się, że go widziałam - włożyła żarówkę do koszyka i wzięła następną. - Czyżbyście znowu tropili jakiegoś ciemnego typa? Ach, te podejrzane zakamarki, w które was nosi! Nie możecie usiedzieć w jednym miejscu!

Pete uśmiechnął się. Ciotka Matylda była świadkiem wielu ich przygód.

- Czy wiadomo, dokąd poszedł Jupe?

- Nie bardzo. Zapytał tylko, czy może pożyczyć naszą furgonetkę, bo ma pilną przesyłkę do przekazania.

- Był sam?

- Całkowicie sam - ciotka Matylda spojrzała na Pete’a rozbawionym wzrokiem. - Ale zauważyłam w jego oczach szczególny błysk.

Obaj chłopcy odetchnęli z ulgą.

- Dzięki, ciociu.

- Cokolwiek wymyślił Jupe - powiedział Bob po powrocie do szopy - wiadomo, że to on ma taśmy.

- Cześć, chłopaki - dobiegł ich nagle czyjś wesoły głos. - Patrzcie, kto wrócił do miasta!

W drzwiach pojawiła się znajoma sylwetka Taya Casseya.

- Tay! - wykrzyknął Pete. - Świetnie, że wróciłeś!

- Nie masz nawet pojęcia, jak tu na ciebie czekamy - Bob wskazał palcem swojego starego volkswagena.

Tay, wiecznie zgarbiony chudzielec, zrzucił plecak i od razu podszedł do kanału.

- Wygląda na to, że mamy mały problem do rozwiązania - uśmiechnął się szeroko. - Czyżby twój niezawodny garbusik się zbuntował?

- Nie zapala - wyjaśnił Bob.

- Sprawdziłeś wszystko, mistrzu? - zapytał Tay Pete’a i nie czekając nawet na koniec szczegółowego sprawozdania, wsadził głowę pod maskę.

- Wszystkie zawory są na pewno w porządku - dokończył Pete.

- Hmmm. Założę się, że to coś z gaźnikiem. Musi być zalany. Rzućcie mi śrubokręt i klucz nasadowy. Zaczynam malutką operację.

Bob usiadł z boku, patrząc jak Pete wyszukuje narzędzia i wkłada je prosto w rękę Taya.

Pete czuł się jak idiota. Gaźnik! Oczywiście! Jak mógł wcześniej na to nie wpaść!

- Gaźnik - wyjaśniał tymczasem Bobowi Tay - to gość, który jest odpowiedzialny za wytworzenie mieszanki paliwa i powietrza w odpowiednich proporcjach. Zalewasz gaźnik - nie ma mieszanki.

- I samochód nie zapala. - Bob wyglądał tak, jakby zrozumiał.

- Dokładnie tak.

Po chwili gaźnik został wyjęty. Tay zabrał się do czyszczenia.

- Człowiek nie powinien się zabierać do wyjmowania gaźnika - instruował ich dalej - jeśli nie wie, co robi. Bo na przykład to maleństwo musi być czyste - jeśli mówię czyste, mam na myśli sterylną czystość - zanim zacznie się w nim grzebać.



dalej


strona główna
(23kB)